Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Wpisy otagowane : ocieplenie-klimatu

Elbląg - miasto portowe, już niebawem (zmiany klimatu)

sczachor

Elbląg dla Warmii i Mazur jest morskim oknem na świat. Może bardziej - prawie morskim. Istniał w tym mieście kiedyś ważny port. A że fortuna się kołem toczy, to wiele wskazuje na to, że morski port w Elblągu ponownie zacznie tętnić życiem.

A jeszcze dawniej w pobliżu było sławne Truso. Przez wieki jezioro Drużno przestało być zatoką morską, rzeki się wypłyciły i średniowieczny port zarósł trawą. Obecnie jedynie archeolodzy się nim interesują.

Elbląg był ważnym portem znacznie później. Port nad Zalewem Wiślanym (a więc bez bezpośredniego dostępu do morza) po 1945 roku stracił na znaczeniu. Wyjście z Zalewu na otwarte morze zablokowała granica z Rosją. Obecnie myśli się nawet o przekopaniu  Mierzei Wislanej, aby utorować drogę wodną z morza do portu. 

Ale już niebawem Elbląg stanie się miastem w pełni portowym i to z bezpośrednim dostępem do morza. I nie trzeba niczego przekowywać ani negocjować z Rosją. Wszystko za sprawą ocieplania klimatu. Najpóźniej do 2080 r. poziom wody w Bałtyku podniesie się o około 1 metr - zalana zostanie nie tylko Mierzeja ale i znaczny obszar Żuław (Delta Wisły).

Może więc czekając na skutki antropogenicznego ocieplenia klimatu już teraz warto przygotowywać port w Elblągu.... i budować domy dla tych, co zostaną zalani i będą szukać dla siebie nowego miejsca na suchym lądzie. Wraz z przybliżającym się morzem nadejdzie fala imigrantów. Nie tylko z Żuław.

Mało wody i drogi chleb

sczachor

Kiedy pod koniec września byłem we Francji, na wyjeździe studyjnym, poświęconym bioróżnorodności i ochronie przyrody. Moją uwagę zwróciła susza. Najpierw z okien samochodu widziałem deszczownie, nawadniające pola (zdjęcie niżej). Nawadniać pola jesienią, gdy wegetacja się kończy? Wydawało się to dziwne. Potem widzieliśmy spękaną ziemię (zdjęcie wyżej) oraz zaschnięte pola słonecznikowe.

Ponad dwa miesiące nie padało. Średnia roczna opadów jest mniej więcej taka sama, ale zmienia się rozkład opadów (co prognozowali naukowcy, ale im nie wierzono). Opady skupiają się w krótkich okresach. Pada dużo w krótkim czasie, a potem długo nic. W rezultacie wody jest niby tyle samo.... ale brakuje na polach. Nawadnianie jesienią miało umożliwić kiełkowanie nasion (ozimin i poplonów). Sztuczne nawadnianie kosztuje, co podnosi koszty upraw.

Po przyjeździe do Polski, w olsztyńskiej prasie zastałem informacje, że chleb zdrozeje. I nic dziwnego. Praw przyrody nie za się zakrzyczeć, antropogeniczne zmiany klimatu widoczne są gołym okiem. Pseudooszczędności w sprzeciwie wobec pakietu klimatycznego kosztują znacznie więcej. Tyle tylko, że te koszty dotykają nas "cichcem" i stopniowo. Teraz po prostu trzeba się przygotować na skutki. To będzie "bolało". Także i w cenie chleba.

Marnowanie biomasy czyli dygresja o efekcie cieplarnianym

sczachor

Poszukiwanie dobrych źródeł energii odnawialnej zajmuje wiele umysłów i wysiłek wielu zespołów badawczych. To znaczy nie poszukuje się energii odnawialnej ale surowców odnawialnych, z których tę energię pozyskujemy. Termin "energia odnawialna" jest skrótem myślowym. Bowiem to nie energia się odnawia, ale źródła tej energii.

Sam uczestniczę w badaniach, dotyczących wykorzystania biomasy do celów energetycznych. Nie jest to proste zadanie. Bo trzeba zaprojektować efektywne urządzenia, opracować optymalne sposoby uprawy takich roślin itd. A jeśli część gruntów przeznaczamy pod uprawy "energetyczne" to mniejsza jest powierzchnia upraw rolnych dla celów spożywczych i rosną ceny żywności. Po prostu świat jest powiązaną całością. Nic dziwnego, że wielotorowe badania i wdrożenia trwają tak długo. Wszystkie aspekty trzeba sprawdzić eksperymentalnie.

Moją działką - w badaniach nad wykorzystaniem wierzby dla celów energetyczncyh -  jest ocena wpływu takich upraw na bioróżnodoność. Bowiem ważna jest nie tylko sama technologia ale i skutki, jakie będzie wywierała, w pespektywie krótkookresowej i długookresowej.

No ale wróćmy do biomasy, marnowanej w mieście, co ilustruje powyższe zdjęcie. Jakiś czas temu przycięto drzewa i krzewy w miejscu, gdzie ma powstać park. Takie tam rutynowe prace pielęgnacyjne, w których "odpadem" jest biomasa. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem gałęzie zebrane w równo ułożone stosy. Pomyślałem, że idzie "dobre nowe". Przecież w olsztyńskiej ciepłowni (tej w Kortowie) wykorzystuje się do celów energetycznych zrębki wierzby, uprawianej dla celów energetycznych (kogeneracja). To z jednej strony szukanie sposobów na oszczędności ekonomiczne, z drugiej starania o nie zwiększanie bilansu dwutlenku węgla w atmosferze (globalne skutki powstają lokalnie). Spalamy to, co zostało przez rośliny w wyniku fotosyntezy związane w biomasie. W cyklu rocznym lub kilkuletnim bilans dwutlenku węgla wychodzi na zero. W ten sposób nie przyczyniamy się do zwiększania ilości tego "cieplarnianego" gazu w atmosferze.

Ekosystem miasta też odznacza się produktywnością (zazwyczaj o tym zapominamy). Tylko szkoda, że na przykład biomasa nie jest wykorzystywana, a po prostu marnotrawiona poprzez bezużyteczne spalanie. W niektórych zakątkach świata, tego nowocześniejszego, zakłada się ogródki warzywne, hoduje kury i pszczoły w ... miastach. Po pierwsze to wykorzystanie potencjału fotosyntezy i dostarczanie świeżych produktów na lokalny rynek, po drugie nie trzeba tej żywności z daleka transportować. A przecież transport także emituje do atmostery gazy, przyczyniające się do efektu cieplarnianego (nie wspominając o zanieczyszczeniu powietrza, szkodliwego dla człowieka). A jeśli weźmiemy pod uwagę, że współcześnie w miastach żyje już więcej ludzi niż na wsi, wtedy zrozumiemy jak ważne staje się przywrócenie produkcji żywności (i biomasy w szerszym sensie) w miastach. Nie jest więc aktualne stwierdzenie, że żywność tylko na wsi a drzewa w lesie... Sałata i kury w mieście nie są synonimem zacofania, ale wręcz przeciwnie - nowoczesności i zaawansowanych technologi (jak również nowego stylu życia).

Wracając dzisiaj do domu rozczarowałem się. To, co myślałem, że jest przeznaczone do elektrociepłowni, spalano w wielkim ognisku. Zupełnie bezproduktywne marnowanie biomasy. Ani z tego energii, ani przeciwdziałania kumulacji gazów cieplarnianych.

W Olsztynie - tak jak i w wielu miastach - marnujemy dużo biomasy. Tak samo jak nie odzyskujemy surowców wtórnych w recyklingu. Za mało jest pojemników do recyklingu a wcale nie ma pojemników na biomasę, którą potem można przeznaczyć na kompost lub do celów energetycznych. Żeby wypełnić międzynarodowe zobowiązania, dotyczące pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych jak i poziom recyklingu, dużo jeszcze musimy w Olsztynie zmienić. Jest to kwestia poszukiwania innowacyjności, edukowania (zmienienia nawyków) jak i wdrażania co codziennej praktyki. Być może uniwersytet (UWM) powinien być w tej mierze liderem i nie tylko mówić, ale i poprzez wdrożenia w miasteczku akademickim pokazywać jak to można zrobić.

Róże bez zapachu, EHEC i gatunki obce

sczachor

Już dawniej spotkałem się z problemem róż bez zapachu. Selekcja tych pięknych kwiatów spowodowała pojawienie się wielu pięknych w kształcie i barwie kwiatów, ale prawie lub całkowicie bez zapachu. W rezultacie przemysł perfumeryjny ma problemy z pozyskaniem olejku różanego. Perfumiarze szukają dziko rosnących róż w Rumunii i Bułgarnii.

Kilka dni temu oglądałem program popularnonaukowy o różach. Prawie wszystkie, a przynajmniej zdecydowaną większość niemieckich róż hoduje się w... Kenii. Bo dobry klimat i niskie płace (tania siła robocza). Samolotami codziennie róże wożone są z afrykańskich plantacji do Niemiec. Ale żeby róże szybko nie przekwitały.... wyselekcjonowano odmiany bezzapachowe. A więc to nie przez przypadek, w zapatrzeniu na barwę i ksztat, ale żeby kwiaty dużo dłużej zachowały świeżość i dłużej mogły "leżeć na półkach". 

Od chyba dwóch tygodni żyjemy epidemią, wywołaną nowym szczepem  bakterii Escherichia coli oznaczanym skrótem EHEC. Naukowcy i służby sanitarne ciągle szukają źródła i przyczyny. Jak można wyczytać w doniesieniach prasowych, po analizie DNA owych bakterii wynika, że  jest to "mieszaniec" dwóch różnych szczepów tej bakterii (groźny bo "nowy"). Wydaje się zupełnie nowym szczepem, przynajmniej w Europie. Ale naukowcy informują również o tym, że ten zjadliwy szczep pałeczki okrężnicy (polska nazwa tej bakterii) znany jest ze środkowej Afryki, gdzie od dawna występuje i też jest chorobotwórczy. Jeśli to okaże się prawdą, to europejska fala epidemii byłaby tylko skutkiem zawleczenia do nas gatunku obcego. Być może to nie hiszpańskie ogórki a afrykańskie róże.

Już wielokrotnie w historii pojawianie się nowych dla danej społeczności chorobotwórczych bakterii powodowało groźne epidemie. W Europie "morowe powietrze" wielokrotnie przynosiło śmierć. Podobnie Europejczy zawlekli nieznane w obu Amerykach gatunki bakterii, powodując epidemie, w których zmarło 90% populacji Indian. Nowy "wróg" jest zawsze groźniejszy niż stary.

Gatunki obce i inwazyjne zawsze doprowadzają do dużych strat finansowych. Większe zwierzęta i rośliny łatwiej zauważyć. Bakterie tylko po skutkach możemy "dostrzec" (nie licząc naukowych metod z wykorzystaniem mikroskopów i biologii molekularnej). Szopa pracza czy norkę ameryklańską dużo łatwiej zauważyc niż małe owady czy tym bardziej bakterie. 

Globalizacja niesie wiele dobrodziejst m.in. w handlu, ale przynosi też nieoczekiwane skutki. Przemieszczają się nie tylko ludzie i towary, ale i gatunki, wywołując skutki ekonomiczne i epidemiologicznie. Dokładny monitoring przyrody to nie są fanaberie ekologów. Jeśli się lekceważy te "trzy żabki i dwa motylki", to potem płaci się znacznie wyższe koszty społeczne i ekonomiczne.

Preferowanie przy zakupach lokalnie wyprodukowanych towarów to nie tylko przeciwdziałanie efektowi cieplarnianemu (zużycie energii na transport), ale i zmniejszanie ryzyka zawleczenia gatunków obcych. Daleki transport to także preferowanie odmian zdolnych do długiego przechowywania na półkach sklepowych. Stąd pomidory o grubej skórce czy róże bez zapachu. Lokalne i nie-wielkoprzemysłowe róże pachną a pomidory i ogórki lepiej smakują (bo producent nie musi martwić się o długi transport i przechowywanie). I są z naszymi, lokalnymi mikroorganizmami. Bo tu nie chodzi o całkowite wyjałowienie żywności - do życia potrzenujemy mikroorganizmów. Bo jak powiedział by Pawlak "po co szukać nowego wroga, kiedy własny jest, na własnej krwi wyhodowany" ?

Ogórki, Escherichia coli i ... ocieplenie klimatu

sczachor

Śmiertelne przypadki zatrucia enterokrowtocznym szczepem bakteri Escherichia coli wywołały panikę ogórkową w Europie i wielkie straty dla gospodarki Hiszpanii. W jaki sposób bakterie żyjące w ludzkim przewodzie pokarmowym mogły się znaleźć na ogórkach? O ile rzeczywiście zakażania pochodzą z ogórków i pomidorów.

Obecność tej chorobotwórczej bakterii na warzywach nie jest normalna. Rośliny musiałyby mieć kontakt z fekaliami. Albo chore osoby pakowały zieleninę, albo uprawy nawadniane były skażoną wodą. Albo... do nawodnień wykorzystywano odzyskiwaną z kanalizacji wodę i zawiodły systemy oczyszczania ścieków.

W wielu regionach Hiszpanii po prostu brakuje już wody. Wodę się oszczędza na wszelkie sposoby. Do podlewania wykorzystuje się wodę, uzyskiwaną z oczyszczanych ścieków bytowych. I tu dochodzimy do ocieplenia klimatu. Od jakiegoś czasu w niektórych środowiskach lansuje się pogląd, że z tym ociepleniem klimatu do bujda klimatologów i spisek ekologów. I że jakiekolwiek przeciwdziałania efektowi cieplarnianemu to tylko niszczenie gospodarki. Ale jeśli wziąć pod uwagę coraz silniejsze tormada i związane z nimi zniszczenia, oraz susze i powodzie w innych regionach, to  chyba taniej jest przeciwdziałać ociepleniu klimatu niż naprawiać skutki tych zmian klimatycznych.

Związek zakażonych ogórków z odzyskiwaną wodą ze ścieków i ociepleniem klimatu jest w tej chwili tylko moim przypuszczeniem, nie zweryfikowaną hipotezą. Naukowe młyny wolno mielą, ale dojdą do prawdy. Pomimo medialnego szumu i "ogórkowej paniki".

Chciałoby się tylko mieć nadzieję, że wyciągniemy właściwe wnioski, i nie poddamy się medialnej panice. Warto jednocześnie zaznaczyć, że w Polsce mamy bardzo mało wody zdatnej do użycia. Już dzisiaj warto myśleć o oszczędzaniu i sensownym gospodarowaniu zasobami przyrodniczymi, a nie wtedy, gdy będzie już za późno. Wyobraźnia i odpowiedzialność ważniejsza od taniego populizmu.

ps. Nie wszystkie szczepy bakterii Escherichia coli są dla nas groźne. W każdym z nas mieszka od 1,5 do 3 kilogramów różnych bakterii, w tym E. coli. Bez bakterii jelitowych marme byłoby nasze życie. W doniesieniach medialnych stanowczo brakuje mi wypowiedzi mikrobiologów.

Mała retencja w odpowiedzi na ocieplenie klimatu

sczachor

Jednym z negatywnych skutków ocieplenia klimatu będzie topnienie lodowców i podnoszenie się poziomu mórz i oceanów. Zamiast jałowo zaprzeczać wpływowi czlowieka na klimat (zaklinanie rzeczywistości) lepiej zacząc działać. W jakimś stopniu wodę można zatrzymać na lądach i minimalizowac podnoszenie się poziomu oceanów. Najlepszym rozwiazniem jest chyba mała retencja. Ale takie działania są mało widowiskowe: to nie jest Zapora Trzech Przełomów ani Kaskada Dolnej Wisły. Na wielkie budowy przyjeżdżają ważne osoby, są newsy. A mała retencja to "robota bez laurów" mino, że łącze retencjonowanie wody jest większe. Na szczęście pomagają nam bobry, zapłaty ani kamer telewizyjnych nie oczekując. Przy okazji to renatyryzacja terenów podmokłych. Czyli dwa w jednym.

To tak przy okazji Międzynarodowego Roku Bioróżnorodności i zbliżającego się Dnia Ziemi.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci