Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : spoleczenstwo-XXI-wieku

Sposoby pozyskiwania rzetelnej informacji (relacja z Wrocławia cz. 3.)

sczachor

WP_20171109_10_47_27_ProJechałem daleko, przez całą Polskę, by dyskutować, dzielić się swoją wiedzą ale i po inspirację (dialog zawsze inspiruje i ubogaca). Długa podróż to taka swoista wymuszona pustelnia, oderwanie od zabieganej codzienności i możliwość spokojnego przemyślenia… na zadany temat. A tematem dyskusji panelowej, na którą jechałam na zaproszenie studentów z Politechniki Wrocławskiej, było „Przekazywanie informacji naukowej i nie tylko naukowej”. Dwukrotnie porządkowałem swoje myśli: przed, gdy przygotowywałem się do dyskusji na znany temat oraz po, gdy znałem już wypowiedzi innych panelistów oraz zaistniałą dyskusję. Pisanie ułatwia porządkowanie myśli i samo myślenie. A teraz przepisuję notatki z pociągu i… trzeci raz nad tym zagadnieniem się zastanawiam i precyzuję niektóre sformułowania. Takie życie po życiu… dyskusji. Jeszcze raz (już tylko wirtualnie, w głowie i myślach) dyskutować i formułować wypowiedzi, notować w głowie i na papierze. Podróż jest dla mnie nieodłącznym elementem każdej konferencji naukowej. Jest elementem uporządkowanie myśli. Taka swoista, temporalna i mobilna pustelnia w podróży.

Gotowość do samokrytyki i weryfikacji oraz otwartość na błędy, to wszystko jest potrzebne na początek by pozyskiwać rzetelne informacje.

Najprostszą i najstarszą formą pozyskiwania rzetelnych informacji jest po prostu zapytanie innej osoby. W formie bezpośredniej lub listem czy przez internet. Technika nas zbliża i ułatwia kontakty. Dawniej, dotarcie do eksperta było trudniejsze, bo żyliśmy w małych społecznościach. Teraz, w społeczeństwie globalnym i w epoce trzeciej rewolucji technologicznej, jest znacznie łatwiej. Odszukać i zapytać. Zatem najprościej po prostu zapytać. I tu potrzebne tak zwane miękkie kompetencje społeczne (o tym jeszcze niżej).

A skoro jest pytanie to jest i dyskusja bezpośrednia lub na odległość (opóźnienie). W dyskusji pojawiają się pomysły i wnioski, które nie istniały w głowie żadnego dyskutanta osobno. Dlatego wspominałem o konektywizmie: wiedzy powstającej w relacji, wiedzy rozproszonej w sieci mózgów (dojrzewającej i ujawniającej się w dialogu. Ludwik Fleck nazywał ten proces kolektywami myślowymi (początek XX wieku).

Zapytać. Niby takie proste, ale trzeba umieć i się odważyć. Kiedyś dotyczyło to umiejętności zapytania drugiego człowieka. Zatem potrzeba odrobiny śmiałości i umiejętności interpersonalnych. W nauce także przydatna jest znajomość języków obcych lub międzynarodowego języka nauki (kiedyś była to łacina, teraz angielski). To także znajomość terminologii specjalistycznej i żargonu naukowego. Ale dzisiaj ta umiejętność dotyczy także… umiejętności zapytania „maszyny” i poradzenia sobie z nowymi technologiami. Obsłużyć pocztę elektroniczną, wyszukiwarkę, programy do wideokonferencji czy czaty itd. Inteligencja społeczna pozwala nam prowadzić rozmowy z ludźmi. Teraz dodatkowo uczymy się zupełnie czegoś nowego - rozmów ze sztuczną inteligencją. Umieść zapytać człowieka a teraz maszynę to rozumieć procesy interpersonalne, języki obce a także język maszyny i sposób działania algorytmów.

Drugim sposobem pozyskiwania rzetelnych informacji jest sięgnięcie do źródeł i przeczytanie. A więc zapoznać się z uporządkowanymi, dopracowanymi wypowiedziami innych, spisanymi i wydrukowanymi. Zatem sprowadza się do umiejętności nie tylko czytania (w przypadku starodruków i rękopisów nie jest to takie proste jakby się zdawało – to konieczność czytania archaicznych języków i innych krojów pisma). Szukanie w bibliotece i w książkach czy czasopismach to poznawanie tego, do czego inni wcześniej doszli. To także umiejętność korzystania z zasobów w bibliotekach, zasobów elektronicznych czy szeroko pojętego internetu. W gąszczu informacji wszelakich nie tak łatwo się poruszać. A na dodatek trzeba wybrać te wiarygodne i przydatne.

I w końcu eksperyment. Nauka nowożytna zaczęła się w momencie, gdy uczeni odeszli od ksiąg i zaczęli szukać np. roślin w terenie. Zobaczyć jakimi są a nie tylko zapoznawać się z tym, co inni kiedyś o nich napisali. I spierać się, który starożytny autor prawdziwiej o danej roślinie napisał. Specyfiką nauk przyrodniczych (empirycznych) jest szukanie odpowiedzi także w „dialogu z przyrodą” czyli obserwowanie i eksperymentowanie.

Wybieranie między pytaniem specjalisty, czytaniem w mądrych księgach a eksperymentem to wybór między tym co szybsze i dostępniejsze. Czasem szybciej i łatwiej zapytać (gdy specjalista blisko i „pod ręką”), czasem łatwiej i szybciej przeczytać, gdy odpowiednie źródła są w pobliskiej bibliotece lub dostępnych zasobach internetowych. A czasem łatwiej wykonać eksperyment by szybko zweryfikować lub czegoś nowego się dowiedzieć.

Jak ocenić wiarygodność? To pytanie jest bardzo zasadne. Dotyczy zarówno pytania i rozmówcy jak i czytanych treści w książce czy publikacjach jak i interpretacji eksperymentu. To wszystko wymaga różnych umiejętności i kompetencji. Warto się ich nauczyć by nie być roznosicielem faktoidów i samemu nie dać się omamić (nie chorować i nie być roznosicielem choroby czyli fałszywych sądów i informacji).

Nieprawdziwe, błędne lub nie do końca rzetelne informacje mogą wynikać z kilku przyczyn. Na przykład z niedokładności (czy to odczytu aparatury badawczej czy zapamiętania i przekazania zasłyszanej informacji, niedokładności kopiowania itp.). Mogą wynikać ze świadomego oszustwa i chęci wprowadzenia w błąd. Wszystko to znane jest ludzkości od bardzo dawna.

Metodologia naukowa wypracowała swoje własne standardy i procedury, które ułatwiają wyszukanie informacji wiarygodnych. Wyrosły one z myślenia zdroworozsądkowego i kompetencji społecznych, znanych ludzkości od dawna. Po pierwsze trzeba korzystać z wielu źródeł. Na przykład zapytać kilku specjalistów, kilka różnych osób (świadków). Lub w przypadku publikacji i treści internetowych poszukać kilku różnych i niezależnych źródeł (publikacji, autorów, wydawnictw). Każde źródło można weryfikować w kontekście jego powstania. I trzeba być otwartym na błąd, zarówno autora jak i swój własny.

Wiarygodność w kulturze słowa (dawne wieki, gdy jedynym lub głównym kanałem komunikacji był język mówiony) i w małych społecznościach wynikała ze znajomości rozmówcy i rozumienia języka ciała. Znam kogoś (lub opinię o nim) od dawna i z różnych sytuacji. Wiem więc czy mu w danej sprawie zaufać czy nie. Ponadto język ciała to dodatkowe sygnały niewerbalne, które czasem potrafimy odczytać (inteligencja emocjonalna) i szybko ocenić wiarygodność rozmówcy.

W kulturze pisma, gdy krąg osób pozostających w kontakcie znacznie się rozszerzył, najczęściej autora informacji nie znamy. Jak więc osobiście ocenić jego wiarygodność lub wiarygodność tekstu i przekazu? Tego też ludzkość się nauczyła. W przypadku prac naukowych zwracamy uwagę na datę publikacji (w szybko rozwijającej nauce niektóre dane i hipotezy szybko ulegają dezaktualizacji), wydawnictwo lub czasopismo i kontekst. Potrzeba więc rozumieć procesy społeczne a nie tylko posiadać umiejętność czytania. Zwracamy uwagę na spójność przekazu i tak jak w języku ciała wyszukujemy różnych elementów, które albo zwieszają albo zmniejszają wiarygodność. Podobnie jest w kulturze internetu, tej najnowszej i nam najbliższej. Na źródła internetowe najczęściej narzekamy. A przecież są tak samo wiarygodne/niewiarygodne jak przekaz ustny czy pisany. To tylko utrwalona forma komunikacji, sama jej istota nie uległa zmianie.

Nie wszystko można i warto weryfikować dokładnie. Bo nie mamy na to czasu. Na pewno warto zweryfikować informacje nowe lub istotne. Tak jak polegamy na opinii osób (ich autorytet, wiarygodność, solidność, rzetelność) tak wyrabiamy sobie opinię o konkretnych źródłach drukowanych czy elektronicznych. Ludzie od zawsze popełniali błędy lub świadomie i celowo oszukiwali. Czy warto poświęcać czas na weryfikację wszystkiego? Tylko tego, co ważne i istotne. Bo do weryfikacji trzeba uważności, czasu i energii.

c.d.n.

Rozszerzona rzeczywistość i papier ekologiczny

sczachor

Rzeczywistość rozszerzona to coś co pojawia się za sprawą małego sprzętu elektronicznego i mobilnego internetu (wystarczy smartfon a nie okulary googla). Prawie jak dodatkowy, ukryty wymiar. Taki hipertekst z linkami głębiej, dalej, obok.

Formy mieszane coraz bardziej przenikają do prasy codziennej i na uliczne plakaty. Nie trzeba wszystkiego pisać (w jednym miejscu). Mamy w kieszeni odpowiednie czytniki do rzeczywistości rozszerzonej: smartfony i tablety. Czasem wystarczy najechać kamerką z telefonu komórkowego na budynek, który widzimy…. By za chwilę przeczytać co to jest, poznać historię itd. Tak, jak kliknąć na publikowane słowo w tekście (hiperlink).

Gazety także się zmieniają. Papier, który jest jednocześnie…. filmem I to bez chodzenia do kila, włączania telewizora czy komputera? A dla czego nie. Coraz czescie widzmy tajemnicze kwadraciki (QR Code), dzięki którymi łatwo możemy przenieść się w rozszerzoną rzeczywistość: przeczytać więcej, zobaczyć zdjęcia, filmiki itd.

Gazeta Olsztyńska też zamieszcza (kiedyś częściej) specjalnie oznakowane zdjęcie (z niebieska literką A). Jeśli na nie najechać smartfonem – zdjęcie ożywa i zmienia się w filmik. Oczywiście tylko na naszym czytniku. Od dawna kusiło mnie aby to wypróbować. Niestety kupiłem sobie tablet, a jak się okazało program Aurasma (wykorzystywany w Gazecie) na tabletach źle działa (podobno dobrze na smartfoach).

Ale kilka dni temu wyszedł nowy (w zmienionej szacie i formie) numer Tygodnika Powszechnego. Zainstalowałem wykorzystywany przez Tygodnik program Actable... i zadziałało. Wow! Papier przemówił. I ja wreszcie zobaczyłem rzeczywistość rozszerzoną.

Ale to nie tylko ciekawość i frajda z gadżetu. Teraz wiem jak będzie wyglądał plakat uliczny i plakat naukowy z rozszerzoną rzeczywistością. Chcę nie tylko oglądać ale i wykorzystywać. I zdobytą wiedzę szybko przekazać studentom. Niech będą liderami a nie cywilizacyjnymi maruderami.

A Tygodnik Powszechny zaskoczył mnie nie tylko rzeczywistością rozszerzoną. Pozytywnie zaskoczył mnie także papierem, na którym jest drukowany. Bo to papier przyjazny środowisku. Opiniotwórczy tygodnik kształtuje także postawy konsumenckie.

„Decyzję by nowy format drukować na papierze gazetowym podjęliśmy świadomie, także z myślą o środowisku naturalnym. Drukujemy Tygodnik Powszechny (wnętrze) na papierze gazetowym, o gramaturze 45. Jest to papier ekologiczny [w sensie przyjazny dla środowisk s.Cz.]. Tylko papiery gazetowe o gramaturze 40-65 gram podlegają w całości recyklingowi. Jest to papier niepowlekany lakierem ani komponentem zapachowym, w całości podlegający oczyszczeniu. Papiernie skupują go, czyszczą z farby uzyskując pulpę, mieszają ją z wodą i związkami chemicznymi, które powodują odłączenie się farby drukarskiej od włókien celulozy. Po kolejnym oczyszczeniu, przez napowietrzanie, pulpa uzupełniana jest nową mieszaniną włókien celulozy oraz substancjami wzmacniającymi. By papier mógł spełniać kryteria ekologiczne wzbogacenie nie może przekroczyć progu 30% dodania nowej celulozy do masy oczyszczonej, pozyskanej ze starego papieru, pulpy. Drukując na papierze gazetowym chronimy lasy, to oczywiste. Ponadto zmycie farby z papieru gazetowego jest niepomiernie tańsze niż z papierów powlekanych i zapachowych; kosztuje mniej energii i wymaga mniej chemikaliów."

Europejskie regulacje dotyczące papieru gazetowego (makulaturowego): http://eur-lex.europa.eu/LexUriServ/LexUriServ.do?uri=OJ:L:2012:202:0026:0037:PL:PDF

Kiedyś gazety czytaliśmy z ołówkiem lub palcem, przesuwanym po tekście, by wątku nie zgubić, ewentualnie z lupą - by widzieć litery. Teraz coraz częściej czytamy z tabletem i smartfonem. Dwa w jednym. Może taka rzeczywistość rozszerzona będzie lepsza w odbiorze niż czytania wszystkiego  na ekranie laptopa? Świat się zmienia. A może on po prostu ewoluuje. Bo przecież ewolucja nie dotyczy tylko materii biologicznej ale i kulturowej?

O potrzebie bohaterów. W nauce.

sczachor

Kiedy łączy nas coś z osobą sławną, to automatycznie podnosi to naszą samoocenę. Dlatego szukamy takiej łączności i ja kreujemy, stawiamy się w gronie znajomych, fanów itd. Kiedyś było tak z bohaterem i wodzem – pragnęliśmy być blisko… i po właściwej stronie. Teraz jest tak z celebrytą – bohaterem medialnej wioski.

Niska samoocena powoduje większą chęć do „wygrzewania się” w wielkości bohaterów lub celebrytów. Badania psychologów (i nie tylko) wskazują, że są pewne cechy charakteru, które ułatwiają zdobycie sławy. Nie zapominamy jednak o przypadku i sprzyjającej okoliczności. Bo to właśnie okoliczności sprawiają, że jesteśmy bohaterami lub menelami, przestępcami. W sprzyjających okolicznościach jesteśmy bohaterami powstania lub wojny, a innych zostajemy chuliganami... Kontekst, miejsce i czas zmieniają wszystko. Z jednego drzewa krzyż i łopata.

A jakie cechy charakteru ułatwiają zdobycie sławy? Jest to bez wątpienia indywidualna chęć dążenia do osiągnięcia sukcesów. Jakichkolwiek. Często przypadek decyduje, co osoba w swoim otoczeniu uzna za sukces. To dążenie do sukcesów chyba częściej występuje u mężczyzn (sprawny wojownik, sprawny myśliwy). Drugą sprzyjającą cechą jest tendencja do podejmowania ryzyka, skłonność do wkraczania na nowe, nieodkryte terytoria. Wypisz wymaluj – bohater: ryzykuje i ma motywację. I tu również ewolucyjnie możemy wskazać, że łowcy i myśliwi – a więc mężczyźni – o takich cechach kiedyś odnosili sukcesy. Więc takie cechy charakteru preferował kiedyś dobór naturalny.. lub kultura. I w końcu trzecia cecha, ułatwiająca zostanie bohaterem (lub celebrytą) - wrażliwość sytuacji, ocenianie sytuacji, refleks społeczny i środowiskowy), zdolność do improwizowanego planowania.

Te wymiennie cechy niezwykle ważne są w nauce i innowacyjności. Owszem, powyższe cechy mogą sprowadzić także na złą drogę i na margines. W cechy bohatera i celebryty wpisane jest ryzyko porażki… Czy my takie postawy, wyżej wymienione, preferujemy? Czy sprzyjamy bohaterom i naukowym celebrytom? Czy raczej preferujemy przeciętnych karierowiczów i kujonów? Postawy – nie wychylać się, lub cisze jedziesz, dalsze budziesz? Bezpiecznie do celu, bez ryzyka ale po stanowiska i zaszczyty? Kogo stawiamy za wzór młodym adeptom nauki, stawiamy świadomie i nieświadomie?

Nie dobór naturalny ale kultura pracy, kultura środowiska decydują o "kreowaniu", wychowywaniu bohaterów w nauce, zdolnych do ryzyka, często ponoszących porażki ale i czasem odnoszących sukcesy. Sukcesy, w których i my się wygrzewamy. Sukcesy, z których i my czerpiemy satysfakcję i dobre samopoczucie.

Zatem czy warto podejmować ryzykowne badania czy lepiej iść utartymi koleinami... po bezpieczne stopnie naukowe i stanowiska?

Pokolenie Ja i narcyzm konsumpcji

sczachor

Próbujemy się nazywać i identyfikować na różne sposoby. Nazywamy (i dzielimy się na) narody, zawody, ale i kolejne pokolenia. Obecnie chyba dominuje - przynajmniej wśród młodych - pokolenie "Ja". Poczucie własnej wartości i dawniej czasem osiągane było przez gnojenie studentów. Lub „kotów” w wojsku, lub jako fala w szkole. Lub hejtowanie w sieci. Grupowe znęcanie się nad ofiarą dawało i daje niektórym poczucie więzi i identyfikacji.

Obecnie wyrosło nam pokolenie Ja – pokolenie w którym wzrosła liczba odniesień do samego siebie, a spadła liczba odniesień i identyfikacji kolektywnych. To skutek (albo jednocześnie i przyczyna) globalizacji. Homogenna globalna wioska ze znacznie łatwiejszym przeżyciem jednostki tę jednostkę i Ja mocniej preferuje. Kiedyś przeżycie warunkowane było życiem we wspólnocie. Czy to plemię, czy rodzina, czy wioska. Tylko we wspólnocie można było przeżyć, fizycznie i psychcznie. Nawet pustelnik żył w relacji ze wspólnotą (do pustelnika wspólnota udawała się po rady i przemyślenia).  Globalna wspólnota jest jeszcze większa. Jedno plemię liczące kilkaset osób, nawet kilka tysięcy - nie byłoby w stanie utrzymać całej naszej konsumpcji i produkcji komputerów, telefonii mobilnej, podróży samolotami, krewetek itd. Czyli z jednej strony rozrasta się nasza kolektywna wspólnota do rozmiarów globalnych (łączą się do niedawna osobne zbiorowości), z drugiej rozpadają się lokalne małe wspólnoty i jesteśmy w stanie życie w pojedynkę... w globalnej wiosce. Integracja na jednym poziomie (globalnym, planetarnym) łączy się z dezintegracją na innym poziomie (np. rodziny). W sumie wychodzi na to samo ale jest zupełnie inaczej.

W konsekwencji obserwujemy społeczny wzrost indywidualizmu, wzrost kulturowego znaczenia "ja" i koncetrowanie się na "ja". Ja -  moje potrzeby są najważniejsze, ważniejsze niż grupa, niż społeczność. Pokolenie Ja dotknięte jest epidemią narcyzmu. Stąd m.in. pęd do bycia celebrytą (sławnym) choć przez 5 minut. Bo wszystko jest możliwe do osiągnięcia a sława (i szacunek) lokalnej społeczności zamienia się w poczucie sławy medialnej i globalnej, rotacyjnie po 5 minut dla każdego.

Narcyzm jest źródłem nadmiernej konsumpcji i nadmiernej pewności siebie, co skutkuje m.in. kryzysem ekonomicznym i ekologicznym. Konsumować, „bo jestem tego wart”. Pokolenie Ja powtarza nieustannie mantrę kulturową - „wszystko jest możliwe, wszystko mogę osiągnąć”. Ale wyrastanie w takim przeświadczeniu powoduje wzrost frustracji, depresji, większego niepokoju. Bo nie wszystko jest jednak możliwe. W takim rozumowaniu nie ma miejsca na „siły wyższe”, na przypadek, na niemożność fizyczną. Dlatego tak mocno przeżywamy klęski przyrodnicze, ulewy, powodzie, pożary, choroby, wypadki losowe i komunikacyjne. Od razu szukamy winnych. Bo przecież "wszystko jest możliwe" (dla Ja), a jeśli się nie udaje, to na pewno ktoś zawinił! Trzeba go znaleźć i ukarać. I wtedy znowu wszystko będzie możliwe. Ratujemy wizerunek kulturowego "wszystko jest możliwe dla mnie" poprzez zbiorowe palenie czarownic - szukanie kozła ofiarnego do rytualnego zlinczowania.

Pokolenie Ja jest narcystyczne, nastawione na "bycie sobą" i jest paradoksalnie bardziej przygnębione, zalęknione, zestresowane. Tak twierdzą socjolodzy. Indywidualizm prowadzi do izolacji. Jeśli czujemy się odizolowani to czujemy się źle. Dawne pokolenia miały większe poczucie przynależności. Mogły na sobie polegać. Pokolenie Ja to indywidualizm i samotność. Samotność w sieci. Poczucie przynależności pozwala znosić wiele niedogodności. Tym tłumaczyć można fenomen dyktatur, ZSRR czy Korei Północnej.

Narcyzm powoduje dużą konsumpcję, co pociąga za sobą nadmierne zużycie surowców i ogromną produkcję odpadów. Narcyzm niszczy nie tylko jednostki ale i środowisko. Żeby chronić środowisko (zostawić je dla przyszłych pokoleń), trzeba chronić duchowość człowieka. A ta duchowość wymaga wspólnotowości i poczucia przynależności. Przynależności opartej na wspólnych wartościach a nie wspólnym wrogu. Minimalizm, dobrowolna prostota czy franciszkańska asceza stają się coraz bardziej poszukiwanymi stylami życia, alternatywnymi dla konsumpcyjnego Ja. Nie da się ochronić przyrody nie chroniąc człowieka. I vice versa.

Być może najgorszy jest cywilizacyjnie i indywidualnie moment przejściowy, transformacji: kiedy nie ma jeszcze zbudowanej wspólnoty globalnej (identyfikacji ze znacznie większą społecznością już funkcjonującą w gospodarce) a już rozpadły się dawne spólnoty lokalne. Straciliśmy więzi lokalne poprzez zmianę stylu życia a jeszcze nie ugruntowało się poczucie przynależności np. europejskiej (dla mieszkańców Unii Europejskiej). W tym rozpadzie jeszcze próbujemy dzielić się na narody (wzrost nacjonalizmów) ale już gospodarczo i kulturowo funkcjonujemy w społeczeństwie globalnym, gdzie członkami wspólnoty są inni, do tej pory w identyfikacji narodowej utożsamiani jako "obcy". Być może pokolenie Ja jest bardzo przejściowym elementem transformacji kulturowej i swoistej kompartymentacji struktur.

Mobilna interaktywność na wykładach

sczachor

W epoce powszechnie dostępnego internetu i licznych urządzeń mobilnych oraz sytuacji dużych zasobów informacji, dostępnych szybko i łatwo w internecie, tradycyjne wykłady akademickie tracą sens. W zasadzie tylko część - bo już nie ma sensu proste przekazywanie informacji i wiadomości. Owszem, główną wartością będzie pokazywanie logicznego myślenia, uczenie interpretacji i selekcji informacji, wartościowania, motywowanie i pokazywanie sensu. Nic nie zastąpi spotkania z człowiekiem pełnym pasji i z dużym doświadczeniem. Nawet najlepsze technologie cyfrowe.

A co z prezentacją multimedialną? Na sali jest już pokolenie cyfrowo myślące i wielozadaniowe, mogą i lubią robić wiele rzeczy na raz. Szum na sali nie oznacza, że są niegrzeczni i nie uwazają. Gdy widzę laptopy i tablety na sali wykładowej, to zastanawiam się czy oni notują? I jak? Robią zdjęcia, zapisują? I jak ułatwić notowanie studentom?

Długo myślałem jak połączyć internet z prezentacją multimedialną, aby to co potrzebują, dodatkowego objaśnienia, szybko i sprawnie mogli poszukać w internecie. Pojedyncze słowa, trudne terminy mogą sobie samodzielnie googlować. Ale jak doprowadzić do dialogu? I chyba coś wreszcie wymyśliłem. Podawanie adresu url jest mało funkcjonalne, dużo literek i znaków, łatwo o pomyłkę. Ale może rozwiązaniem jest QR Code?

Spróbuję tak to przygotować i sprawdzę czy działa. Na razie nie wiem, czy smartfonem można odczytać kod z ekranu. Ale od czego jest eksperymentowanie? Na dodatek wspólnie ze studentami. Może i oni coś mądrego i znacznie efektywniejszego podpowiedzą. Oni są cyfrowymi tubylcami, ja tylko cyfrowym imigrantem.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci