Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : rosliny

O gastronomii, nowożytnej nauce i o kulinarnych eksperymentach z tulipanami

sczachor

jadane_kwiaty_1O dzikich, leśnych tulipanach pisałem już kilkukrotnie. Przytaczałem stary przepis na sok z tulipanów. Wyszperany i udostępniony na niniejszym bogu przepis niedawno znalazłem w książce pt. „Jadalne kwiaty” Małgorzaty Kalemby-Drożdż. Upowszechnianie wiedzy na wolnej licencji ma sens, bo ułatwia obieg informacji i wykorzystanie wiedzy. Przy okazji jest to mała ewaluacja, że mój blog jest czytany i wykorzystywany (a nie zawsze zostaje ślad w komentarzach).

Ciekawość ludzka jest ogromna i nadal eksperymentujemy z kulinarnym wykorzystaniem różnorodności biologicznej. Nie ograniczamy się tylko do znanych i sprawdzonych gatunków ale ciągle poszukujemy nowych. Czy to wertując stare księgi, czy to docierając do niespisanej tradycji. Ale także przez nieustanne eksperymenty w kuchni. Moda na wegetarianizm i weganizm jest chyba dodatkowym impulsem do poszukiwań. Ale impulsem jest także poszukiwanie nowych doznań i odkrywanie zapomnianego dziedzictwa.

Nauka przebadała już sporo roślin ale wiele jest jeszcze do odkrycia. Nowożytna nauka rozpoczęła się od wyjścia poza książki i przetwarzania dawno utrwalonych treści i rozpoczęcie poszukiwania roślin i zwierząt w terenie. Rozpoczęła się wraz empirycznym sprawdzaniem i doświadczaniem. Nie tylko przeczytać w starych księgach ale i samodzielnie sprawdzić, doświadczyć.

Współczesna gastronomia ma wiele wspólnego z nowożytną nauką. I nie mam na myśli kuchni molekularnej ale właśnie odwagę i gotowość do eksperymentowania. Nie tylko wyszukiwanie wiadomości w książkach i publikacjach ale samodzielne próbowanie, weryfikowanie wyczytanych informacji itd. Sprawdzanie jak to smakuje i czy da się zjeść (nie tylko raz).

Ostatnio pojawiło się kilka książek z takimi zebranymi danymi, popartymi własnymi eksperymentami smakowo kulinarnymi. Pierwsza, o której chciałbym wspomnieć, to „Jadalne rośliny dziko rosnące” (Lecznicze właściwości i składniki odżywcze 200 gatunków polskich roślin) Sfeffena Guido Fleishhauera, Jurgena Guthmanna i Rolanda Spiegelbergera (wyd. 2014). Drugą jest książka Łukasza Łuczaja (notabene naukowca) pt. „Dzika kuchnia” (wyd. 2016). I trzecia z mojej półki bibliotecznej to książka autorstwa Małgorzaty Kalemby-Drożdż pt. „Pyszne chwasty” (wyd. 2014).

Czwartą miałem tylko w ręku przez chwilę. Ale właśnie tam znalazłem informację o tulipanach w kuchni. To właśnie tam odnalazłem wygrzebany i umieszczony na moim blogu przepis na sok z dzikich tulipanów. Bardziej jednak zainteresowały mnie doświadczenia samej autorki, bo najwyraźniej jadła tulipany. Więcej znalazłem na jej blogu. Niemniej wykorzystywała zwykłe, ogrodowe tulipany, jako „opakowanie” dla lodów. Z tekstu wynika, że zjadła. I żyje. Czyli tulipina nie jest taka groźna dla człowieka, przynajmniej w małych ilościach.

tulipan1Nie wszystkie jednak zawarte w książce i na blogu autorki informacje są dla mnie czytelne (wnioskuję, ze nie wszystkie wynikają z doświadczenia czy empirycznego sprawdzenia w laboratorium lub kuchni). O toksynach, czyli tulipinie, pisze jedynie w odniesieniu do cebulek. Pisze, że jadalne są płatki kwiatów i łodygi. Pisząc o tulipinie wspomina o konieczności usunięcia słupka. Wydaje mi się, że usunięcie słupka wynika z tego, żeby wygodniej nałożyć lody do środka, a nie dlatego, że tam jest tulipina (czy autorka sprawdziła doświadczalnie?). Wzbudza to moją wątpliwość, skąd autorka wzięła informacje o tulipinie w cebulkach i słupku a braku w łodydze i płatkach? Taki jest niestety urok książek nie-naukowych (innych niż publikacje). W typowych publikacjach naukowych powinien znaleźć się odnośnik do pozycji z literatury. Struktura publikacji naukowej ukształtowała się przez dziesięciolecia by oddać obiektywizm i ułatwić powtarzanie wyników (prymat obiektywizmu nad pięknem języka). W jasny i przejrzysty sposób ma być oddzielona metodyka (materiał i metody) od własnych wyników i od dyskusji (z przypisami do innych opracowań). Ale książka kucharska nie jest publikacją naukową i takiej struktury nie musi mieć. Tym bardziej, że czytelnikom utrudniałoby to lekturę.

W innym miejscu w internecie znalazłem informację, że w Holandii w czasie głodu w okresie II wojny światowej ludzie zjadali cebulki tulipanów. Nie wiem czy na surowo (tak jak cebulę) czy po jakiejś obróbce. Niemniej te różne dane wskazują, że w niewielkich ilościach tulipina nie jest szkodliwa (z detoksykacją radzi sobie nasz organizm). Oczywiście, to są średnie wyniki. Każdy z nas jest indywidualnością. Niektórzy są uczuleni nawet na zwykłe produkty, nieszkodliwe dla innych. Nasz metabolizm zależy od genów oraz… mikroflory jelitowej, czyli genów współżyjących z nami organizmów (teoria hologenomu). To co dobre dla jednego nie musi być dobre dla innego. Nawet leki (zerknij na ulotkę, zawsze są jakieś przeciwskazania).

Wspomniana autorka na swoim blogu (http://pinkcake.blox.pl/2016/04/Lody-w-tulipanie.html) tak pisze: Kwiaty tulipana mają jadalne płatki, ale całe kwiaty tulipana można też wykorzystać jako naczynie do serwowania. Pomysł na lody straciatella z kakaowca podpatrzyłam w Top Chefie. Tulipanowy serwis to już moja inwencja. Lody kokosowe z limonką i ziarnami kakaowca w tulipanie: (…) 4 tulipany. Mleko, miód i sok z cytryny wlać do maszyny do lodów. Ziarna kakaowca surowe (lub prażone - jakie wolicie) pokruszyć i dodać do gotowych lodów. Można dać bardzo dużo, że uzyskamy coś w rodzaju straciatelli, albo tylko troszkę - jak wolicie. Jeżeli masa nie zgęstniała odpowiednio można ją wstawić na 20 minut do zamrażarki. Z tulipanów ostrożnie usunąć słupek i pręciki. Kwiaty umieścić w kieliszkach lub naczynkach do jajek, nałożyć do środka kwiatu lody, posypać dodatkowymi okruszkami nasion kakaowca i od razu podawać. Delikatnie słodkie lody z mleka kokosowego z dodatkiem ziaren kakaowca bardzo przyjemnie naciągają zapachem tulipanów. Kto chciał mógł zjeść lody razem z czarką, w której zostały podane. Można też w takiej formie zamrozić porządnie te lody, ale wtedy już nie będzie wyboru - trzeba będzie zjeść z przymarzniętymi płatkami.

Co do tulipiny, to należałoby laboratoryjnie sprawdzić czy jest w płatkach i w jakich ewentualnie ilościach. Ale jak wykazał kulinarny eksperyment trochę można zjeść, bez żadnych skutków ubocznych. Autorka wykorzystała tulipany ogrodowe, ale na blogu zauważyłem jedno jej zdjęcie z Żuław, na którym są dzikie tulipany. Jedno jest pewne, przytaczany wcześniej przepis na sok z leśnych tulipanów nie był trucizną. Na pewno był wykorzystany w kuchni. Ciekawe jak smakuje. I czy zrywano same kwiaty czy też z łodygami.tulipan2

Jest jednak nowa informacja, jaką znalazłem przy okazji sprawdzania lodów z płatkami tulipanów. „Tulipany są kwiatami, które mogą wywołać reakcję alergiczną, więc do ich spożycia należy podejść z zachowaniem środków ostrożności, czyli na pierwszy raz spróbować tylko trochę.” Czynnikiem alergizującym wcale nie musi być tylko tulipina. Niezwykle ciekawa jest także dyskusja pod blogowym wpisem autorki „Jadalnych kwiatów” - z której wymika, że bardziej obawiamy się zanieczyszczeń środowiska i stosowanych środków ochrony roślin niż toksyn naturalnie obecnych w roślinach.

Komentarze Gość: Maria, "Czy wszystkie tulipany są jadalne? Np. Czy te z własnego ogrodu lub doniczki? Przyznam, że to bardzo ''przystojny'' i pełny elegancji deser."

pinkcake "Mario, takie z własnego ogródka są najlepsze, bo niczym nie pryskane! Przede wszystkim najlepsze byłyby dzikie tulipany, ale one są malutkie. Poza tym raczej sugeruję odmiany proste, nie strzępiaste, szpiczaste czy wielokwiatowe." (Pinkcake to autorka bloga)

Nie omieszkałem i ja zapytać w interesującej mnie kwestii: sczachor "Tulipany zawierają trującą tulipinę. Z informacji, do jakich dotarłem, tulipina występuje także w kwiatach (zatrucia dzieci). Ciekawi mnie ile Państwo zjedliście tych tulipanów jednorazowa i czy były jakieś dolegliwości. Czy na surowo z lodami czy w jakiś sposób przetworzone? Może zalanie wrzątkiem lub inny sposób przetwarzania niszczy tulipine? A może nie jest jej dużo?"

pinkcake „Nigdy ani ja ani nikt z mojej rodziny nie miał żadnych dolegliwości po spożyciu tulipanów. Zazwyczaj konsumpcję ograniczaliśmy do kilku płatków. Ze względu na możliwe niekorzystne działanie, zawsze przy przepisach z wykorzystaniem tulipana zamieszczam ostrzeżenie. Tulipany bez wątpienia są trujące dla bydła i koni. Jednak nawet cebulki, w których stężenie alkaloidów jest wielokrotnie wyższe niż w innych częściach rośliny, nie są trujące dla wszystkich ludzi. Tulipany były masowo spożywane w Holandii w czasie wojny i to prawda, zdarzały się przypadki zatruć, jednak były sporadyczne. Są również osoby, które mają alergię kontaktową na tulipany. Ponadto cebulki tulipanów były spożywane przez Sybiraków. Szczególnie lubiły je zjadać dzieci. Również cebulki arabskich gatunków tulipana były jadane na surowo. Wiele roślin zawiera trujące związki, jednak objawy zatrucia zależą od dawki, indywidualnej wrażliwości i zdolności metabolicznych. Ja np. ciężko choruję po zwykłej cebuli, a po tulipanach nie.”

W innym miejscu internetowym wyczytałem, że „Wszystkie części rośliny z wyjątkiem płatków zawierają jednak związki toksyczne mogą powodować chorobę. Tulipany zawierają związki, które są toksyczne. Zjadanie cebulek tulipanów może powodować zawroty głowy, nudności , bóle brzucha i rzadko drgawki i śmierć . W przypadku zgłoszonych przez Davida Spoerke i Susan Smolinske w "toksyczności domowe" ludzie, którzy jedli gotowaną potrawę, zawierającą cebulki tulipanów, mieli trudności w oddychaniu, poty, wymioty i intensywne ślinienie się w ciągu 10 minut. (…)” Dwa alergeny obecne są w cebulkach tulipanów: tulipina A i tulipina B. Mogą powodować wysypki skórne i kruchości paznokci. Ludzie, którzy zajmują się cebulkami tulipanów w ogrodnictwie (także w czasie pakowania) i mają wysoką ekspozycję na kurz z tulipanów mogą mieć objawy nie tylko w ich rękach, ale i innych częściach ciała (typowe dla różnego typu alergii). Objawy mogą pojawiać się dopiero 12 godzin po ekspozycji na alergeny tulipana, ale nie wszystkie osoby są wrażliwe na te alergeny. Czasami płatki tulipanów , które nie są toksyczne , służą jako dodatek do potraw lub jako składniki w deserach i sałatkach. Kwiaty jednakże mogą zawierać substancje alergiczne. (Źródło).

Dużo więcej informacji można znaleźć na temat zatrucia tulipanami… w odniesieniu do zwierząt domowych: psów i kotów. W wielu miejscach zaznacza się, że trujące są cebulki. Ale skoro tulipany zjadają zwierzęta, to przecież jedzą raczej tylko części naziemne, liście, i kwiaty.

Inne przykłady i nformacja o zatruciach domowymi kwiatami, wśród których wymieniane sa tulipany (niestety zbiorczo):

  • narcyz, tulipany, hipeastrum i kliwia (z rodziny amarylkowatych), psianka paprykowa (koralowa), bluszcz, wisteria, amarylis, żonkil, oleander pospolity, hiacynt, irys, trójskrzyn pstry (bardzo popularna roślina doniczkowa), wilczomlecz piękny (popularnie: gwiazda betlejemska), cyklamen perski (fiołek alpejski) – powodują wymioty, biegunkę, podrażnienie żołądka (źródło
  • Tulipany i hiacynty. Tulipany zawierają alergizujące laktony, natomiast w hiacyntach można znaleźć podobne do nich alkaloidy. Te toksyczne substancje zawarte są w największej ilości w cebulkach. Podczas żucia drażnią tkanki jamy ustnej i przełyku, a typowymi objawami zatrucia są wymioty, obfite ślinienie oraz biegunka. Gdy zwierzę spożyje duże ilości cebulek, mogą wystąpić objawy sercowo-oddechowe, takie jak: przyśpieszenie akcji serca czy niefizjologiczne oddychanie. Zostały one zaobserwowane u krów oraz "nadgorliwych" labradorów. (źródło

Pajędza (czarownica), która Antarktydzie zagraża i być może uczestniczyła w andrzejkowych wróżbach

sczachor

1024pxPoa_annuaBiolodzy szukają w genach pozostałości po biologicznej przeszłości poszczególnych gatunków. Z różnych okruchów rekonstruują filogenezę i dawne pokrewieństwo różnych taksonów. W kulturze jest podobnie. Przykładem niech będzie jędza. Ale co to za jędza (czarownica), co by zagrażała Antarktydzie? To już nie krowom mleko zabiera, uroków nie rzuca, dzieci nie podmienia a Antarktydzie zagraża? No cóż, widać globalizacja swoje zrobiła. Wszystko po kolei wyjaśnię, czytajcie cierpliwie.

Zaczęło się kilka dni temu na seminarium. Referat studenta dotyczył rośliny, wiechliny rocznej zwanej także wykliną roczną (Poa annua L.). Ale ludowa nazwa tej rośliny to pajędza. Wcześniej już spotykałem tę nazwę w botanicznym zestawieniu, ale nie zwróciła mojej uwagi. Jednak, kiedy od kilku miesięcy doczytuję różne etnograficzne opracowania, dotyczące wiedźm i czarownic, moja uwaga na jędze i wiedźmy jest wyczulona. Teraz dopiero więc pajędzę dostrzegłem. Ale zanim opiszę zagrożoną Antarktydę (co i dlaczego), najpierw zajmijmy się rzeczona jędzą.

W słowniku języka polskiego PWN jędza ma dwa znaczenia: 1. «zgarbiona starucha z długim nosem – postać z bajki uosabiająca zło», 2. pogardliwie «kłótliwa i dokuczliwa kobieta». W Słowniku Języka Polskiego w zestawieniu Baba-Jędza oznacza „1. wiedźma z bajki; Baba Jędza, 2. niesympatyczna lub brzydka kobieta, czarownica; baba jaga; baba-jaga.” Jeśli kiedyś jędza uosabiała zło (np. Baba Jędza, Baba Jaga), to może miała związek jakiś z czarownicami i wiedźmami? Gdzieś w dawnych wierzeniach (systemie wiedzy o świecie) naszych przodków? Wskazuje na to opis, zamieszczony w Wikipedii: „Jędza, jęza, jęga, zła baba, jędza baba, jędzyna – demon starosłowiański, pierwotnie zła bogini, wyobrażająca chorobę i gniew, po chrystianizacji zdegradowana do miana gniewliwej, wychudzonej czarownicy, o charakterze strzygi, porywająca i pożerająca dzieci. Była starą, wysoką, chudą, bardzo złą kobietą, zamieszkującą pustkowia. Wykradała matkom dzieci, zasadzała do klatek, wykarmiała, a następnie upieczone lub surowe pożerała.” Łączenie jędzy (pajędzy) z czarownicami i wiedźmami jest więc jak najbardziej właściwe. Zapewne nie dotrzemy do pełnej rekonstrukcji znaczeniowej, ale coś już wiemy.

Aleksander Brϋckner w Słowniku etymologicznym języka polskiego tak opisuje: „jędza, jędzona (ludowe), złośnica i czarownica, z jęg-ja, do lit. engti uściskać, ingti ubożeć, ignasti ubolewać; z g ocalało w nazwie rus. baba-jaga (z jęga), dla czarownicy. Byłby to więc pierwotnie demon (żeński) choroby, bólu.” O ile zła konotacja demona Jędzy (Jęgi), przynoszącej chorobę i ból, odnoszącej się do czarownicy, a współczesnej do kobiety starej, złej i wrednej, nie budzi wątpliwości, to jaki ma to związek z trawą?

Wiechlina roczna, wyklina roczna (Poa annua) - nazwa zwyczajowa – pajędza. Do tej pory nazwa trawy - wyklina - wydawała mi się zwykła i oczywista. Ale teraz dostrzegam znacznie więcej. W końcu dlaczego trawę nazywano wikliną (szczegóły niżej)? Przecież współcześnie pod nazwą wiklina kryje się wierzba, krzew, wykorzystywany w plecionkarstwie. Ma chyba związek z rokitą, rokicina, gęstymi łozowiskami. Od których nazwę chyba wziął nasz pospolity diabeł Rokita. Rokita - bo mieszkający, psocący w wierzbowych łozowiskach, krzakach itd. No cóż, etnografia i etymologia pozwalają zobaczyć więcej w zwykłych słowach… Wiechlina - to nazwa od typu kwiatostanu (wiecha).

Ale wróćmy do naszej pajędzy - dwa inne określenia: wyklina i wiklina też są tajemnicze i chyba ze sobą powiązane. Zatrzymajmy się jednak przy biologii tej trawy. Jest to gatunek kosmopolityczny, który wraz z człowiekiem rozprzestrzenił się po całym świecie. Można by powiedzieć, że jest to ikona globalizacji. A ze względu na swoją wszędobylskość uważany jest za jeden z najkłopotliwszych chwastów świata (także w Polsce). Niczym jakaś wredna czarownica czy jędza.

Pajędza została zawleczona także do Antarktyki (Antarktyda i wyspy znajdujące się wokół tego kontynentu). Jest trzecim gatunkiem roślin naczyniowych, występujących we florze Antarktyki. Po raz pierwszy została zauważona na przełomie lat 1984/85 przy głównym budynku polskiej stacji badawczej im. Henryka Arctowskiego na Wyspie Króla Jerzego. Od tej pory znacznie się rozprzestrzeniła. Czym się martwić? Od przybytku głowa nie boli? Kolejny gatunek być może wzmocni ekosystem Antarktyki. Zwłaszcza, że wraz z ociepleniem, zmniejsza się powierzchnia lodu i rozpoczyna się sukcesja ekologiczna. Lokalnie więc można by uznać pojawienie się pajędzy jako dobry znak. Tyle tylko, że jest ekspansywna i zagraża dwóm innym, rodzimym gatunkom roślin antarktycznych. O ile wiechlina roczna wszędzie występuje, to gatunki antarktyczne już nie są tak rozprzestrzenione. Zatem w skali globalnej grozi nam utrata bioróżnorodności. A przecież te dwa zagrożone gatunki roślin mogą się nam do czegoś „przydać”. Pajędza więc zagraża różnorodności biologicznej w Antarktyce tak jak kiedyś Jędza czyniła zło i przynosiła choroby. Tym razem szkodzi na Antypodach. I to za sprawą człowieka. Bo najpewniej przywlekli ją naukowcy… lub turyści, coraz liczniej odwiedzający Antarktykę. W Polsce wiechlina roczna rośnie przy droga, rowach, w ogrodach, na pastwiska i polach uprawnych (jako chwast). Rośnie również w miejscach intensywnie wydeptywanych (np. ścieżki).

Wróćmy do tajemniczej nazwy „pajędza”. U Erazma Majewskiego (1894 rok), Poa annua zapisana została pod nazwą zwyczajową jako wiklina roczna, wyklina (po chorwacku lasji matere božje). Z kolei pajędza odnosi się do skorupiaka Scyllarus (także płaskonóg - to ostatnie zostało, ogólnym pokrojem skorupiak ten przypomina krępą, grzbietobrzusznie spłaszczoną langustę). Dlaczego pajędza przeszła ze skorupiaka morskiego na trawę? I czy pajędza ma coś z wikliną lub wyklinaniem? I skąd takie zestawienie pa-jędza? Że niby jędza pa-pa, czyli żegnaj jędzo?

O wiklinie i diable Rokicie pisałem wyżej. Wyklina natomiast kojarzy się z wyklinamiem czyli z ciskaniem gromów, ciskaniem lub rzucaniem klątw (to już oczywista domena wiedźmy i czarownicy, łącznie z rzucaniem uroków), złorzeczeniem, przeklinaniem (w sensie rzucaniem klątwy a nie używaniem brzydkich wyrazów), piętnowaniem, potępianiem , smaganiem, ekskomunikowaniem, krytykowaniem, odsądzaniem od czci i wiary, narzekaniem, psioczeniem, lżeniem, obrażaniem, wymyślaniem, zrzędzeniem, urąganiem, wyzywaniem itd. W słowniku synonimów języka polskiego dla słowa wyklinać znajdują się 54 synonimy. Bogactwo wielkie.

Ale co wspólnego ma niepozorna trawa - wiechlina roczna, pajędza, wyklina - z jędzami, czarownicami i z wyklinaniem? Czy jest to jakieś przypadkowe nadanie nazwy zwyczajowej przez szukających inspiracji dawnych botaników? Czy też może jest to jakiś zapomniany ślad wykorzystywania tejże małej, niepozornej trawy w dawnych praktykach magicznych? Może odstraszających jędze? Na razie pozostaje to dla mnie tajemnicą. Ale może kiedyś, przypadkiem natrafię na kolejny ślad. Może ktoś podzieli się swoją wiedza? Może była wykorzystywana w jakichś wróżbach?

Fot.  Rasbak,  CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=95915

O rozumieniu słów, soku z tulipanów, włosach Wenery i ukropku czyli herbacie

sczachor

W moim ulubionym programie radiowym usłyszałem mądre słowa: „Nie wystarczy znać słowa, trzeba rozumieć ich znaczenie”. Znaczenie słów zależne jest od kontekstu, w którym są umieszczone (w wypowiedzi) i w którym są usłyszane. Kontekst zależy od mówiącego (kodującego) jaki i od słuchającego (odkodowującego). Kontekstów może być dużo, nawet intonacja głosu może zmienić sens i znaczenie pojedynczego słowa. Ale i różne subkultury (czy grupy zawodowe) mają swoje rozumienie słów (swój żargon). Cukiernik inaczej zrozumie „zrobić loda” niż młodzież na ulicy.

Kultura i język się zmieniają, zatem w różnych czasach te same słowa mogą mieć różne znaczenie, różne rozumienie. Dzisiejszy kontekst tych samych słów (nie znaczy, że tych samych desygnatów) zmienia się. Nauka stara się uczynić język (naukowy) precyzyjnym. Dlatego podawane są definicje czyli jak w danym tekście rozumiane jest konkretne słowo. Metodologia naukowa doszła do tego po wiekach dyskusji i zbędnych kłótni (nieporozumień). W życiu codziennym rzadko uzmysławiamy sobie, że nie wystarczy znać słowa. Zapominamy, że równie ważne jest ich rozumienie. Na tym polega wykształcenie, żeby używać z sensem i rozumieniem. Jeśli przysłuchać się dyskusjom polityków i celebrytów w mediach, można odnieść wrażenie, że rozumienie słów jest na bardzo niskim poziomie - używane są dowolnie i często w złym kontekście. Tyle tytułem wstępu (może trochę za długiego).

Kilka razy pisałem o tajemniczym soku z tulipanów. Dalej jest dla mnie zagadką, do czego był używany: czy jako lekarstwo, czy dodatek smakowy do deserów czy jako trucizna. Zapomniany eksperyment dawnych poszukiwań. Szukając śladów innych soków kwiatowych trafiłem także na inne, zapomniane już soki z fiołków, dziewanny i syrop kapilarowy. Ten ostatni przypomniał mi moje dawne poszukiwania źródeł herbaty z mlekiem czyli bawarki.

Syropy kwiatowe zachowywały zapach kwiatów, co wykorzystywane było w gastronomii. Ale miały także właściwości lecznicze (domniemane czy rzeczywiste). Konkurentem konserwowania cukrem były nalewki (konserwowanie alkoholem). A że dawniej cukier był drogi to syropy robione na bazie miodu. Samo zdrowie.

Syrop kapilarowy dawniej robiono z rośliny, paproci zwanej niekropień, z których niekropień właściwy (Adiantum capillus-veneris) zwany jest właśnie włosami Wenery. Niekropień właściwy, andantium rozwichrzone to gatunek szeroko rozprzestrzeniony na świecie. Występuje w zachodniej Azji, w południowej Europie, Afryce. W Polsce czasami był i jest uprawiany jako roślina doniczkowa (rośnie w półcieniu), czasami dziko rośnie jako efemerofit.

W starych książkach wyczytać można, że niekropień „kwitnie od maja do sierpnia i liścia nie roni”. Niekropień to paproć. Jakżeż może kwitnąć? Kwiat to współcześnie dobrze zdefiniowane pojęcie biologiczne, znane uczniom szkoły podstawowej (czyli praktycznie wszystkim). Na zdjęciu obok paproć niekropień właściwy..andantium "Liści nie roni", to znaczy najpewniej, że nie zrzuca liści na zimę. Ale co znaczy kwitnie? Czy że w tym czasie rośnie czy że wydaje zarodniki? „Właściwości lekarskie Kapiloru każdemu są wiadome: robią z niego syrop, na piersi pomagający” (w rozumieniu przeziębień chyba, zapalenia oskrzeli czy coś podobnego). Do dzisiaj przekonanie o leczniczych właściwościach włosów Wenery nie przetrwały. Dlaczego dawniej uważano, że ma właściwości lecznicze? Być może to przeżytek dawnego myślenia magicznego, przywiązywania znaczenia do nazwy i domniemanego powiązania z demonami, siłami duchowymi i magią. Wieloletnia praktyka a najpewniej weryfikacja naukowa i medyczna nie potwierdziła przypuszczenia o wartościowych leczniczych właściwościach syropy z niekropienia (syropu kapilarowego). Być może podobnie było z syropem z tulipanów. Ani w medycynie ani w gastronomii nie przetrwała tradycja używania. Ludzkość eksperymentuje z wieloma gatunkami. O niektórych zapominamy, do innych ponownie wracamy.

Andantium wymieniane jest jedynie jako jeden ze składników przeciwłupieżowy płynu tonizującego o nazwie Derforforante. Można także znaleźć informacje o właściwościach włosów Wenery: ściągające, antyseptyczne, łagodzące ból, powstrzymujące powstawaniu łupieżu, antyoksydant. A zastosowanie znajduje obecnie w kosmetyce, gdzie stosowany jest przy schorzeniach skóry głowy takich jak łupież i łojotok. 

Ale dlaczego piszę o soku kapilorowym, gdy w tytule jest herbata z mlekiem czyli bawarka? Bo niektórzy wywnioskowali, że bawarka pochodzi od Bawarii, powołując się na zapis z XIX książki: „Bavaroise czyli bawarska herbata, Xiążęta barwascy w Paryżu u Prokopa kazali sobie dawać herbatę z sokiem kapilarowym. Przyjęty i u nas ten napój, zwłaszcza podczas Małachowskiego sejmu. Lepiej wszakże robili i robią ci, którzy zamiast obcych listków, opłacanych drogo, w potrzebie rumianku, szałwii, mięty, dziewanny, bratków, betoniki, melisy, Weroniki, róży, poziomek suszonych itp.” (dzieło Łukasza Gołębiowskiego z 1830 r. "Domy i dwory"). Z tego fragmentu, wyrwanego z kontekstu, rzeczywiście można pomyśleć, że bawarska herbata to może bawarka (herbata z mlekiem). Ale w tej samej książce, kilka wersów wyżej opisana jest herbata z mlekiem. Skoro więc autor wymienia osobno bawarkę jako herbatę z mlekiem i bawarską herbatę jako herbatę z syropem kapilarowym, to są ro różne rzeczy i różne napoje. Na dodatek opis owej bawarskiej herbaty wskazuje, że jest to herbata bez mleka ale za to z syropem roślinnym - herbata z syropem kapilarowym tak jak z innymi ziołowymi, na przeziębienie szykowanymi. Teraz już z fiołków (bratków), dziewanny zazwyczaj nie pijamy. Ale herbatę z lipą jak najbardziej. Bavaroise (herbata bawarska) wymieniona jest obok herbaty, kawy, czekolady, grogu i innych napitków czy nawet lodów. Nie jest więc synonimem herbaty ani jej odmianą. Dalej w cytowanej książce jest o herbacie pijanej z mlekiem (ale ani razu nie pada stwierdzenie, że jest to bawarka). Z innych źródeł wiemy, że zwyczaj pijania herbaty z mlekiem do Polski przyszedł z Wielkiej Brytanii, a nie Francji.

slownik_Doroszewskiego

Kiedyś znalazłem w książce kucharskiej wzmiankę, że bawarka miała także nazwę ukropek. Maria Disslowa, w książce kucharskiej z 1935 r., opisuje ukropek (bawarka) jako napój sporządzony z połowy szklanki śmietanki i połowy szklanki wrzącej wody oraz kawałka cukru (wtedy powszechny w użyciu był cukier w głowach, więc się go najczęściej w kawałku brało do ust i popijało – zbyt długo trzeba byłoby czekać na rozpuszczenie w filiżance z herbatą ). Ale sam przepis wskazuje na fakt, iż pierwotnie bawarka (ukropek) nie była sporządzana na bazie herbaty. Ukropek oznacza także i współcześnie regionalną zupę (woda, śmietana, czosnek i omaszczone słoniną).

Słowo ukropek przypomniało mi się gdy dotarłem do wzmianki o ukropku jako herbacie (fragment zamieszczony u góry). Dawniej jako chiński ukropek czyli herbata. Może dlatego, że gorący napój? Może dlatego, że wcześniej takich gorących i zaparzanych płynów nie zwykliśmy pijać (za wyjątkiem może leczniczych ziół)? W każdym razie wzmacnia to przypuszczenie, że bawarka, czyli herbata z mlekiem, pochodzi od ukropu, ukropka czyli może oznaczało białą warkę (wrzątek, ukrop) lub rozbawiane (rozcieńczane) mleka gorąca wodą lub gorącą herbata.

Więcej na ten temat, we wcześniejszych tekstach:

Orzechowa wiedźma i oczar

sczachor

1024pxHamamelis_japonica4Szukając w Internecie poprzez słowa kluczowe do różnych tworów kultury dotrzeć możemy. Ostatnio otrzymałem zdjęcie kwitnącej rośliny. Wyglądała niesamowicie, pięknie i tajemniczo. Jeszcze ciekawszy był podpis - „orzechowa wiedźma” A w zasadzie podpis brzmiał jeszcze bardziej dziwacznie: „Kwiaty gałęziastego zimy czerwona orzechowa wiedźma”,  „Delikatni żółci kwiaty czarownicy leszczyna”. Czyli coś z czarownicą. Do zdjęcia dołączone było zapytanie „co to jest”. Nazwa była niezwykła. Jednak parę lat temu sam konsultowałem się z botanikiem, w sprawie rośliny o podobnym wyglądzie. Dlatego pierwszym moim skojarzeniem był oczar. Ale skąd ta wiedźma? I to orzechowa? Wszystko chyba za sprawą automatycznego tłumaczenia przez komputer. Rzeczywiście w języku angielskim oczar ma nazwę z czarownicą-wiedźmą w tle.

Ale najpierw o samym oczarze. Może polska nazwa powstała od czarowania, czarownic i jednocześnie od oczarowania pięknem tego krzewu? Oczar (Hamamelis L.) to krzew lub małe drzewo z rodziny oczarowatych. W rodzaju oczar systematycy umieścili pięć gatunków i jednego mieszańca (takie mieszańce są częstsze w przyrodzie niż biolodzy w definicji gatunku przewidzieli). Oczar japoński i oczar omszony pochodzą z Azji wschodniej, natomiast pozostałe gatunki pochodzą z Ameryki Północnej. W Polsce oczar można spotkać w kolekcjach dendrologicznych, gdzie sadzone są jako rośliny ozdobne. Możliwe że Europejczycy spotkali się z oczarem po raz pierwszy w Wirginii (oczar wirginijski Hamamelis virginiana L.). Przybyszom z Europy przypominały leszczynę, lecz kwiaty miały niezwykłe. Stąd angielska nazwa witch-hazels (czarownica-leszczyna, leszczyna czarownicy). Inna nazwa to winterbloom (zimowy kwiat).

Kwitnąca leszczyna (zobacz naszą kwitnąca leszczynę) i to w nietypowej porze roku - to musiała być sprawka wiedźmy. Oczar ma liście pokrojem zbliżone do liści leszczyny. Na dodatek to krzew lub małe drzewo. Podobieństwo spore. A Europejczycy (zresztą to typowe dla wszystkich ludzi) przybywając do zupełnie nowych ekosystemów rośliny i zwierzęta nazywali w nawiązaniu do tego, co znali w ojczyźnie. Kwiaty oczaru pojawiają się jesienią (oczar wirginijski) lub wczesną wiosną, a nawet zimą. Roślina przepiękna, w czasie kwitnięcia. Ale za sprawą mechanicznego, komputerowego tłumaczenia pojawiają się zupełnie nowe zestawienia słowne i zupełnie nowe byty, w postaci orzechowej wiedźmy. Bez porównani nazwa „oczar” jest piękniejsza.

O oczarze wirginijskim zaczęło być głośno gdy w Internecie pojawiły się artykuły z informacjami o cudownych właściwościach tej rośliny. Oczar stał się składnikiem wielu kosmetyków oraz paraleków. Witches - czarownice są ostatnio popularne w kręgu anglosaskiej kultury. Przynajmniej od końca XX wieku. Z rozgraniczniem, na te dobre uprawiające białą magię i te złe, czyniące czarna magię. Nie wiem jak w kulturze anglosaskiej dawniej było, w naszej, słowiańskiej, od przedchrześcijańskich czasów czarownice-wiedźmy były złe i zło człowiekowi czyniły. Leczeniem (również magicznym) zajmowały się inne postacie, inaczej nazywane. Pod wpływem anglosaskiej kultury zmienia się także w rodzimej popkulturze obraz czarownicy. Całkowicie oderwany od dawnego dziedzictwa.

White witch and good witch are qualifying terms in English used to distinguish practitioners of folk magic for benevolent purposes (i.e. white magic) from practitioners of malevolent witchcraft or black magic. Related terms are "cunning-folk", "witch doctor", and the French devins-guérisseurs, "seer-healers".

Ilustracje:

 oczar11

Maść czarownic czyli jak w kulturze obłaskawiliśmy wiedźmy i je do dobrych działań skierowaliśmy

sczachor

14435073_1245047425515689_7094462183430988636_oNie ma tematów nienaukowych - są tylko metody naukowe i nienaukowe… zgłębiania dowolnego tematu, poznawania dowolnego zjawiska. Na Europejską Noc Naukowców przygotowałem wykład o maści czarownic do latania (Maść czarownic (do latania) z Wimlandii czyli o tym jak nauka wspiera lokalną przedsiębiorczość). Można będzie skosztować tej maści i wypróbować na miejscu.

Maść czarownic z tajemniczej Wimlandii nie jest wierną rekonstrukcją tej starożytnej i średniowiecznej (O tym jak maść do latania wynalazłem). Jest uwspółcześnionym i przetworzonym produktem, dostosowanym do potrzeb promocji lokalnej wytwórczości i potrzeb turystycznych. Jest efektem współpracy nauki z lokalną gospodarką. Wykład w czasie Europejskiej Nocy Naukowców 2016 jest etnograficznym i kulturowym poszukiwaniem, by lepiej zrozumieć co to jest wiedźma i czarownica. 

Przed wykładem o maści czarownic i tajemniczej Wimlandii odbędzie się krótki występ zespołu Wiedźmuchy (na zdjęciu). Tak o sobie piszą: „Wiedźmy - przede wszystkim, Czarownice, Babajędze, różnie o Nas mówią. Grupa artystyczna, estradowa. Nie jesteśmy okultystkami, po prostu dobrze się bawimy !” Są dowcipne i mają dystans do siebie „Jest nas 12 anonimowych cudownych kobiet z dystansem do siebie. Między nami są przedszkolanki, pedagog, wykładowca akademicki, lekarz, bizneswomen i jedna dziewica - kogoś trzeba zepsuć.” Grupa istnieje od czerwca 2016 r. Panie występy już w Rusi, Reszlu, Nidzicy, Biesalu, Gietrzwałdzie.

A ja tymczasem wracam do rozważań o wiedźmach. Są co najmniej dwa obrazy wiedźmy (i czarownicy), dawny, gdzieś do końca XIX wieku, i współczesny, tak od połowy XX wieku. Jedno słowo - dwa desygnaty. Być może i dawniej ten sam wyobrażeniowo-demoniczny desygnat miał wiele określeń w różnych czasach, kulturach. Stąd tak dużo południc, rusałek, wiedźm, czarownic etc..

Mała dygresja. Współcześnie występują wiedźmy w dawnym, złym znaczeniu. Inne mają jedynie nazwy: hejter, plotkarz, intrygant itd. (bo słowem złym szkodzą ludziom. Ale to temat na inną opowieść). Słowo pozostało a desygnat się zmienił. Zaś desygnat zyskał nowe określenie (hejterka. Intryganta -  nie zawitkami i magicznymi formułami, a wypisywaniem złych rzeczy, potwarzami, obmowami, szkodzą ludziom.)

Zatrzymajmy się tylko przy wiedźmach. W danych etnograficznych w naszej kulturze wiedźma jest synonimem (lub określeniem bardzo bliskoznacznym) czarownicy. Dawniej miało znaczenie półdemona złego i szkodzącego lub osoby ludzkiej, złej, szkodzącej, brzydkiej. Wywodzi się z czasów szamańskich i swoistego traktowania rzeczywistości materialnej poprzeplatanej z duchową. Współcześnie złe demony zostały w dużym stopniu obłaskawione i usympatycznione. Przykładem mogą być krasnoludki, rusałki itd. Z dawnego kultu poprzez literaturę trafiają w nowej roli ponownie do codziennej kultury. Może dlatego, że dawna rzeczywistość odeszła w niepamięć. Dawne strachy i trudy życia przestały istnieć. Nie chodzimy nocą przez las czy nieoświetlone pola. Nie jesteśmy uzależnieni od mleczności krowy. Dawne, rzeczywiste troski i strachy zniknęły, zostały słowa i szczątkowe wyobrażenia. Przez kulturę fantazji zagospodarowane zostały do nowej roli. Czarownice poprzez telewizyjne kreskówki stały się sympatyczne i miłe. A skoro nie szkodzą, to trzeba znaleźć dla nich nowe zajęcie. Już nie szkodliwe czary a... np. zielarstwo i coaching. Czy nawet rozrywka. Tak jaki kiedyś stało się z turoniem, lajkonikiem czy innymi ludowymi zabawami. Nastąpiło przejście od kultu i praktyk kultowych do kultury i rytuału na poły rozrywkowego (forma oderwana pd pierwotnej treści). Od wierzeń do zwyczaju, od szamańskich praktyk do przygodnej rozrywki. Relikty, choć zmodyfikowane, dawnej kultury i wyobrażeń o świecie.

W literaturze fantazji wielokrotnie wykorzystywane są dawne wierzenia, zwyczaje, rytuały. Odpowiednio zmienione i rozwinięte tworzą bardzo rozbudowane światy. Taki Tolkien czy Sapkowski i tysiące innych. Wszystko dobrze, gdy odróżniamy literaturę i sztukę od rzeczywistości. Czytając książki przygodowe o rycerzach czy Indianach, jako dzieci bawimy się w rycerzy i Indian. Kiedyś na podwórku, dzisiaj wykorzystując gry komputerowe. Modne są historyczne grupy rekonstrukcyjne (te bazują na prawdziwej wiedzy) ale i grupy rekonstruujące (odtwarzające w realu) świat fantazji literatury: różne Disneylandy z Kaczorem Donaldem jak i wioski Hobbitów. W tej grupie mieszczą się różnego rodzaju czarownice i zabawy w Halloween. Ale są i zjawiska pomieszane. Np. kreowanie fantastycznego neopogaństwa typu wiccianie i tworzenie (wymyślanie) czarostwa (nowe słowo). Niby w nawiązaniu do przeszłości. Ale z przeszłością wiele nie ma wspólnego. Taka twórcza interpretacja i bardzo dowolna. Tak jak pisanie, że wiedźmy to te, które wiedzą. Wiedzą o ziołach i o leczeniu itd. Jeśli traktować jako nowe zjawisko kulturowe - to jak najbardziej. Można tworzyć wszystko. Ale udowadnianie, że ma to kontynuację z pradziejów… to już mieszanie pojęć i jest w sprzeczności z faktami. Chyba wynika z ignorancji. Albo jest myleniem fantazji z rzeczywistością. Tolkien stworzył swój świat, bardzo kompletny. Ale od początku do końca jest to literatura. Dobra literatura.

Przejrzałem sporo materiałów etnograficznych, szukając ludowego rozumienia słowa wiedźma i ludowego, dawnego rozumienia takiej istoty. Znalazłem tylko określenie istoty półdeminicznej lub ludzkiej, złej i szkodzącej człowiekowi. Na ludzi leczących (jakkolwiek) lud miał inne określenia: znachorzy, babki, szeptuchy itd. Mimo, że często takowe leczenie mocno przesiąknięte było i jest magią czy praktykami szamańskimi. Wiedźmy stały się sympatyczne dopiero w drugiej połowie XX wieku. Współcześnie stanowią hybrydę różnych elementów kultury i kreacji rozrywkowych: spiczastą czapkę, różdżkę, miotłę na której latają, zioła którymi leczą.

Kazimierz Moszyński w swojej trzytomowej „Kulturze ludowej Słowian” (kolejne tomy wydane w latach: 1929, 1934, 1939) pisze o magii, złej, dobrej i mieszanej. W badaniach etnograficznych odnotowano, że osoby zajmujące się „dobrą magią”, pomaganiem człowiekowi, uzdrawianiem itd. określane są nazwami: znachor, szeptucha i ani razu nie pojawia się wiedźma czy czarownica. Wiedźmy w dawnej kulturze miały więc jednoznacznie złe znaczenie, istot szkodzących człowiekowi, przed którymi należało się chronić. Moszyński w swoim dziele „Kultura ludowa Słowian” pod pojęciem "demonologia" rozumiał wszystkie, oprócz bóstw, mityczne istoty człekokształtne. Zaznaczył, że jest to kontinuum, tak jak nie ma jasnej granicy pomiędzy bóstwami a demonami, tak nie ma jej również pomiędzy demonami a ludźmi. Tę przestrzeń, dzielącą demony od ludzi, wypełniają istoty półdemoniczne: wiedźmy, zmory, płanetniki i upiory. Półdemony, w podejściu Moszyńskiego, z reguły pozostają w ścisłym związku z określonymi ludźmi czy z ich duszami. Każda wiedźma, latająca nocną porą w postaci ptaka, ćmy itd., by wyżerać płód z łona istot ciężarnych, jest według wierzeń ludu (spisanych przez Moszyńskiego) konkretną, jakąś kobietą, z imienia czy nazwiska w danej chwili nieznaną, ale niezawodnie istniejącą w jakimś miejscu na Ziemi między żywymi (czy umarłymi) ludźmi i dającą się odszukać. Gdzieś istnieje można ją odszukać, wykryć i coś tam zrobić by ukarać za wyrządzane zło (choroby, pożary, susze itd.) lub zapobiec dalszemu złu. Ludowe samosądy licznie są udokumentowane w kronikach.

Ale wróćmy do Moszyńskiego:. „Podobnie zmora to określony człowiek żywy, zwykle miejscowa dziewczyna, w której ciele znajduje się demon, czy płanetnik; upiór, tylko ten nie jest określonym człowiekiem żywym lub jego duszą, ani nie jest duszą określonego człowieka zmarłego, lecz żywym trupem jakiejś danej osoby. Ogólnie jednak biorąc, istoty półdemoniczne mimo cech odróżniających je od demonów posiadają z nimi wiele wspólnego, nie ma więc sensu zdecydowanie ich rozgraniczać”. Czasem (w dawnym rozumieniu) wiedźmy to konkretne osoby, znane z imienia i nazwiska. Być może to logika swoistego gatunku literackich opowieści. A czy my, współcześnie, w opowieściach nie wstawiamy osób z nazwiskami, by nadać im więcej realizmu i wiarygodności. Mówimy, że szwagier widział, znajomy znajomego zna tę sprawę, bo widział itd.?

W demonologii ludowej Słowian Moszyński wyróżnił także i wiedźmy, jakkolwiek traktował je zamiennie z czarownicami. Tak więc przynajmniej w końcu XIX wieku wiedźmy i czarownice traktowany były jako te same istoty półdemoniczne. W zasadzie postać półdemonicznych wiedźm jest ludzka i tylko niektóre występują pod postaciami zwierząt lub innych zjawisk (np. świecąca kula), a i to czasowo.

Tak sobie dawny lud słowiański wyobrażał wiedźmy o ludzkiej postaci (wg materiałów zebranych przez Moszyńskiegoi): „Plamy ciemnosine na ustach i całym ciele zdradzać mają wiedźmę, a po silnym znaku w kształcie nożyc rozpoznaje się upiora.” (upiora umieściłem, bo wg Hucułów upiór to męska postać wiedźmy - Ażebym nie urzekł czyli wiedźmy huculskie, Część 3. Poszukiwanie genezy wiedźm). W opisie postaci półdemonicznych i demonicznych „najczęściej ognistość kojarzona jest z wiedźmami, skrzydlatymi żmijami (latającymi w nocy i świecącymi jak ogień, albo nawet miotającymi za siebie iskry naokół, zapalając snopy, plewy itp.) czy meteorytami ("rozzłoszczony odmieniec lecąc po niebie iskry z siebie wypuszcza")”. Z kolei „zrośnięte brwi utożsamiane są z obrazem dwuskrzydłej zmierzchnicy (Sphinx), zaś ćma jest uważana z jednej strony za bardzo częste wcielenie duszy ludzkiej (lub po prostu za tę osobę), z drugiej zaś - za wcieloną duszę wiedzmy lub zmory. Podobnie jak zbyt obfite brwi, tak i ich zupełny brak piętnuje demoniczność upośledzonej przez niego człekokształtnej istoty ("niedobry jest, kto nie ma brwi - to już nie człowiek"). O brak brwi posądza się demony leśne i upiory”. 

Wiedźmom lub czarownikom przypisywane są oczy czerwone (poza tym - ludziom złym). Natomiast w dawnych słowiańskich wierzeniach praktycznie nie występował motyw rogów na głowie : „motyw rogów dzięki znacznemu rozpowszechnieniu wśród słowiańskiego ludu chrześcijańsko-kościelnej koncepcji szatana czy diabła przeniknął do demonologii wiejskiej jako cecha demoniczna. Pierwotnie nie był on zupełnie znany Słowianom, a i dziś oprócz czorta, żaden prawie demon słowiański nie jest rogaty.” Według Moszyńskiego w demonologii Słowiańskiej długie sutki przypisuje się prawie wyłącznie demonom wodnym oraz demonom w rodzaju dziwożonek czy boginek. Czasami spotyka się podania, w których mowa jest o żelaznych piersiach, co cechowało demony strzegące pól i ogrodów, albo służące jako postrach dzieci (Baba Jaga, żelazna baba). Jakiś daleki związek ma to z wiedźmami. Kamienne palce przypisywane są wodnikom, czarownicom i czarownikom (podłamywane podczas wzajemnych walk i kłótni). Spiczasta czapka używana była przez czarty, a przypominająca wątek ostrej głowy demonów. Motyw ten kojarzony jest przede wszystkim z demonem "nocnego strzelca", prowadzącego "dzikie łowy". W dawnej kulturze Słowian wiedźmy spiczastych czapek nie miały. Mamy więc wyobrażenie jak na przełomie wieku XIX i XX lud słowiański wyobrażał sobie wiedźmę (a jak nie). Trudno powiedzieć czy było tak zawsze. Może niektóre opisowe cechy wędrowały od jednego półdemona do drugiego czy nawet demona. Kultura jest czymś żywym, umożliwiającym drobne modyfikacje lub większe zmiany, czego obecnie jesteśmy świadkami.

Przejdźmy teraz do relacji demonów w stosunku człowieka (we dawnych ludowych wyobrażeń). Dane zebrane przez Moszyńskiego są jednoznaczne: zdecydowanie szkodliwe dla ludzi są wszelkie istoty półdemoniczne (za wyjątkiem płanetników), a więc wiedźmy, zmory i upiory. Inne dane wskazują, że ten negatywny stosunek pochodzi z czasów pogańskich, przedchrześcijańskich. „Na ogół biorąc także stosunek demonów właściwych do ludzi jest mniej lub bardziej wrogi (jednak ta wrogość nie jest bezwzględna i przede wszystkim nie dotyczy osób bliżej z danym demonem związanych). Zresztą według wierzeń z różnych okolic niektóre istoty demoniczne są nawet dość życzliwe dla ogółu ludzi i tylko mszczą się na tych, co rozmyślnie lub mimowolnie im się narazili. Wiły na przykład często uchodzą za istoty dobroczynne (tylko gdy człowiek przestąpi ich koło taneczne, mszczą się, raniąc go strzałami). Poza tym nawet złośliwego demona można sobie ująć i zasłużyć na jego wdzięczność. Kiedy indziej można go znów zmusić do okazywania pewnych usług, na drodze fizycznego nad nim zwycięstwa albo za pomocą podstępu czy też magicznych zabiegów. Najzłośliwsze dla ludzi są - nie licząc półdemonów - demony chorób oraz czarty”. Zdaniem Moszyńskiego w kulturze ludowej Słowian spotkanie z demoniczną istotą lub jej napaść na człowieka przedstawia się w wyobraźni ludu daleko groźniej. Niekiedy już samo tylko zjawienie się demona wróżyło człowiekowi, który go ujrzał, śmierć albo nieszczęście (np. taki przesąd wiąże się z ujrzeniem wodnika). Tak więc rozmaite rodzaje chorób skóry, łamania w kościach, sine piętna na ciele itd. interpretowali Słowianie jako skutki uszczypnięć, dotknięć lub pobicia przez demoniczne istoty, pastwiące się nocą czy w południe nad śpiącym człowiekiem, albo pociągające go w topiel. Także wszelkie inne chorobliwe przypadłości, a już przede wszystkim obłęd, powodowane były ingerencjami demonów. Dlatego leczenie chorób uważane było za wypędzanie złych mocy. Jeśli były stosowane jakiekolwiek zioła, to ze względu na ich domniemaną moc magiczną a nie właściwości lecznicze, tak jak teraz rozumiemy. Dopiero późniejsza nauka sprawdzała wszystkie ludowe zioła, (magiczne, takiej jak chociażby arcydzięgiel, pokrzywa, ostrożeń warzywny). Niby skutek ten sam, ale zupełnie inna interpretacja. Tak więc łączenie we współczesnej kulturze wiedźm z ziołolecznictwem jest w pełni błędne z historycznego punktu widzenia. Jest po prostu twórczą i współczesną interpretacją, przetworzeniem i zaadoptowaniem dawnych elementów w zupełnie nowym kontekście i nowym znaczeniu.

Z opracowania Moszyńskiego wynika, że w dawnych wierzeniach najróżniejsze demony chciały ludzi opętać, porwać, albo w ten czy inny sposób uśmiercić, wabiąc do siebie na różne sposoby. Najczęściej uwodziły głosem (boginki, rusałki, demony wodne), rzadziej innymi sposobami w rodzaju rozwieszania chustek, wstążek i tym podobnych drobiazgów, na które jakoby mają się skusić młode nie doświadczone dziewczęta (tak kusić mają demony wodne) - mężczyzn uwodziły seksualnością urodziwych kobiet, kobiety bogactwem i urodą fatałaszków i biżuterii... "Niektóre demoniczne istoty przed zabiciem zwabionego czy też napotkanego człowieka zadają mu zagadki (w ten sposób zachowują się niekiedy południce zachodniosłowiańskie i rusałki oraz upiory ukraińskie). Zwykle o ile zagadki zostaną rozwiązane demon traci władzę nad człowiekiem (w przeciwnym razie dręczy go i uśmierca). Ten motyw sfinksa spotyka się także na zachodniej słowiańszczyźnie w zastosowaniu do dość łagodnych na ogół kraśniaków (w takim wypadku fantazja ludowa kładzie jednak nacisk tylko na pomyślne rozwiązanie, co ma być warunkiem otrzymania daru od pytającego).” Jednym słowem wiedza ocalić życie może. Zatem warto ćwiczyć się w rozwiązywaniu zagadek wszelakich i powiększać swoja wiedzę o świecie. 

Sporo ciekawych przypadków wabienia przez wiedźmy w ludzkiej, konkretnej postaci, znajdujemy w wierzeniach czy raczej baśniach Hucułów (spisanych sto lat temu) - następnym razem przytoczę, zazwyczaj dotyczyło to kobiet, starających się pozyskać miłość i zainteresowanie mężczyzn. Typowe zabiegi magiczne z czarowaniem włącznie. Magia rozumiana była dawniej jako działanie na rzeczywistość. Taka szamańska inżynieria: zrobić to i to, by osiągnąć taki a taki skutek.

„Różne są sposoby znęcania się demonów nad ludźmi, którzy dostali się w ich ręce. Demony domowe głaszcząc ofiarę, zdzierały z niej skórę. Demony leśne (dziwożony, niekiedy upiory, przede wszystkim jednak rusałki oraz nawki) dręczą przez łaskotanie, kończące się zwykle śmiercią schwytanego człowieka.” Inny sposób znęcania się demonów nad ludźmi (oraz zwierzętami) przedstawia duszenie ich, względnie gniecenie wtedy, gdy są pogrążeni we śnie. Takie duszenie czy też gniecenie (przedsiębrane niekiedy nawet w stosunku do przedmiotów martwych) cechuje przede wszystkim zmorę, która dlatego bywa nawet nazywana gniotkiem lub podobnie. Współcześnie koszmary nocne tłumaczymy przejedzeniem się na noc lub zjedzeniem czegoś niestrawnego. Skutek niby ten sam: męczenie się i koszmary senne - ale wyjaśnienie zupełnie inne. Tak na marginesie - nie istnieją obiektywne obserwacje (fakty) bez paradygmatu, bez teorii, umożliwiającej ich interpretację. 

Co jeszcze znajdziemy u Moszyńskiego? "Jeżdżenie na napotkanych przez siebie ludziach jak na koniach to już sprawka upiorów lub innych demonów, dzieje się to przez zaskoczenie ofiary, np. wskoczywszy im znienacka nocą na plecy czy ramiona. Ten motyw często jest tak ze utożsamiany z czartami i czarownicami wskakującymi nocą na wozy podróżnych. [czasem na parobków lub mężów - dotyczy oczywiście czarownic/wiedźm]  Posępny motyw wysysania krwi ze śpiących ludzi i ze zwierząt domowych, utożsamia się z nim upiory, czarownice i inne bliżej nieokreślone demony i półdemoniczne istoty. (...)Słyszy się także o wyżeraniu serca, względnie wątroby, pożeraniu noworodków, dzieci i ludzi dorosłych. Demony potrafią także ściąć ludziom głowę albo ją ukręcić. Czasami wywołując po prostu jej ból. O zabijanie strzałami oskarża się wiły. Według bardzo powszechnego przekonania ludów słowiańskich kobiety ciężarne i położnice są bardziej niż pozostali ludzie narażone na napaści demonów itp. czartów czy w ogóle nieokreślonych bliżej złych duchów, wiedźm, zmor, duchów zwanych senka i navak, boginek, południc, nawet kraśniaków etc. Nieraz spotkać się można także z porywaniem niemowląt, podmianą ich a także porywaniem dziewczyn i kobiet.”

O ile złośliwy stosunek demonów do ludzi znajduje wyraz w całym szeregu motywów, zwykle przy tym nadzwyczajnie rozpowszechnionych, o tyle stosunek przyjazny mniej jest opracowany przez ludową fantazję. Są jednak takie wątki które nadają demonom dobry charakter. Do nich należą: opiekowanie się dziećmi porzuconymi przez ludzi oraz niektóre formy zawierania z ludźmi miłosnych stosunków.

W dawnej kulturze ludowej przychylne dla ludzi bywały demony domowe: opiekowały się dobytkiem, pomnażały go, ostrzegły domowników przed grożącym nieszczęściem, pomagały im w pracy itp. Przyjazne bywały niekiedy nawet dziwożony. Ale wiedźm jako demonów domowych etnografia słowiańska nie odnotowała. Słowianie południowi przypisywali wiłom liczne cechy dodatnie, jak nauczanie ludzi znachorstwa, odkrywanie przed nimi wiedzy lekarskiej, wszelkiego rodzaju okazywanie pomocy. Mogłyby więc wiejskie znachorki czy szeptuchy swą wiedzę od demonów zdobywać (przynajmniej u południowych Słowian). Ale wiedźmy były synonimem zła i szkodzenia.. Jednym z najważniejszych wątków cechujących dodatnią działalność demonów, jest wspomniane już przed chwilą pomnażanie majątku i bogactwa. Wszędzie, gdzie istnieje żywa wiara w duchy czy demony domowe tam tym właśnie istotom przypisuje się pomnażanie dobytku. Pomagają nam demony także przy przędzeniu, pielęgnowaniu koni i śpiewie. Przykładem może być znany u nas Kłobuk.

Podsumowując: w dawnych wierzeniach, do początków XX wieku, wiedźmy i czarownice to były istoty półdemoniczne, złe i szkodzące człowiekowi. We współczesnej kulturze następuje powolna zmiana  - element wierzeń (sięgających korzeniami przedchrześcijańskiego szamaństwa) przechodzi w element kultury i zmienia swoją funkcję, na bardziej przyjazna człowiekowi. W miejsce magii pojawia się rozrywka. Być może dawniej taki sam proces zaszedł w przypadku wiejskiego chodzenia z Turoniem? Dawny demon zamieniony został w postać z rozrywkowego przedstawienia.

c.d.n... bo wyszukałem jeszcze sporo innych, etnograficznych ciekawostek, związanych z wiedźmami.

 

czytaj też: O wiedźmach czyli ewolucji znaczeń i kontekście co zmienia znaczenie

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci