Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : dziedzictwo-kulturowe

Dzielenie się ubogaca, czyli o tutoringu, bookcrossingu i metodzie projektu

sczachor

Na wykładach o wszystkim można opowiedzieć, ubogacić ilustracjami, zdjęciami, schematami. Można polecić studentom odpowiednią lekturę. I łatwo wejść w rolę wszystko-wiedzącego mentora. A  ile będzie z tego edukacyjnych efektów? Zdobywanie wiedzy rozumianej jako fakty i informacje, jest współcześnie bardzo łatwe. Najlepsze uniwersytety udostępniają bezpłatnie wykłady swoich najlepszych profesorów (on-line, wideo). Ale samo słuchanie nie wystarczy.

Można na wykładzie opowiadać o ochronie środowiska, o ekorozwoju, o zmianach stylu życia, o ekozofii. I opowiadam. Ale to chyba za mało. Czym innym jest wysłuchać informacji różnorakich, a czym innym jest samemu zauczestniczyć i przeżyć. Można poczytać o tutoringu. Ale można uczyć się przez działanie. Dlatego coraz częściej wykorzystuję metodę projektu na zajęciach. Ale nie z perspektywy mentora lecz współuczestnika. Zrobić coś razem to nawiązać do istoty uniwersytetu jako wspólnoty uczących i nauczanych. To także realizacja nauczeństwa, bycie jednoczesnej nauczycielem i uczniem.

Także i w tym roku ze studentami dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego prowadzę wykłady z ekologii i ochrony środowiska. W tym roku realizuję także ćwiczenia. I dzięki tej szczęśliwej okoliczności mam okazję wspólnie zrealizować projekt ze studentami. Bo opowiedzieć na wykładzie na czym polega projekt to coś innego niż wspólnie ze studentami taki projekt zaplanować i zrealizować.

We wspólnej dyskusji rodzą się pomysły i powolna realizacja. Każdy ma jakieś unikalne umiejętności. Doświadczenie studentów 40+ jest bezcenne. A i młodzi dołączają. Jesteśmy na początku drogi. I cieszymy się pierwszymi, wymiernymi rezultatami

23844531_2025733111007122_4932595216587654527_nI tak studenci wymyślili, żeby uruchomić kilka półek bookcrossingowych w piekarni (obok wlepka do książki, zaprojektowana przez Annę Wojszel). Stąd główne hasło „nie samym chlebem człowiek żyje”. Pełne nawiązanie do dziedzictwa. Potem pojawił się pomysł kolejnych miejsc, w małych miejscowościach. Gdy uruchomiliśmy fanpage i blog, to odezwały się osoby z różnych miejsc, chcąc dołączyć. Projekt się rozwija. Inauguracja pierwszych półek zaplanowana jest na 6. grudnia 2017, w Mikołajki. Symboliczne nawiązanie do obdarowywania się.

Uwalniamy książki i tworzymy nowe półki bookcrossingowe w dość nietypowych miejscach. Tam, gdzie ich jeszcze nie było. Na przykład w piekarniach i restauracjach. W miejscach na głębokiej prowincji i w miejscach, gdzie ludzie się spotykają. Książka zbliża a dzielenie się ubogaca. Dziedzictwo w szerokim sensie. Nie samych chlebem człowiek żyje czyli nie samą materialnością. Bo dziedzictwo ma wymiar materialny ale i niematerialny. Półek bookrossingowych jest już wiele. I warto o nich przypomnieć. Wiele lat temu, ze studentami biologii, uruchomiliśmy półkę bookcrossingową w czytelni wydziałowej. Potem czytelnię zlikwidowano, to i półka zniknęła. Obecnie nie ma na Wydziale Biologii i Biotechnologii półki z uwolnionymi książkami. Raz tylko robiliśmy akcję w czasie Nocy Biologów. Ale to była taka jednodniowa akcja. Być może teraz uda się ponownie zachęcić studentów biotechnologii i coś trwałego powstanie. Z naciskiem na nauki biologiczne i przyrodę.

Celem naszej akcji (zainicjowanej właśnie ze studentami dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego) jest zachęcenie do zmiany postaw konsumenckich, do dzielenie się nie tylko książkami. Książki są tylko symbolem. Chcemy także zachęcać do czytania a jednoczesne umożliwienia korzystania z książek tym, którzy nie mają do nich łatwego dostępu. Nie chodzi o to by były duże, centralne biblioteki ale by były blisko…. Blisko ludzi. A jeśli nie biblioteka to przynajmniej półka bookcrossingowa. Przeczytanych książek nie musimy wyrzucać do pieca ani na makulaturę. Stare książki możemy ożywić, podzielić się nimi z kimś innym i podzielić się wrażeniami z ich przeczytania.

Książki zbliżają ludzi w momencie czytania jak i w momencie dzielenia się nimi i dzielenia się wrażeniami z przeczytanych pozycji. Naszym celem jest ochrona środowiska - mniejsze zużycie surowców, w tym przypadku papieru. Chcemy wydłużyć czas użytkowania przedmiotów, na przykładzie książek. Chcemy dzielić się wiedzą i to podwójnie (fizycznie książkami a duchowo wiedzą i pomysłami).

Akcja dopiero się rozpoczyna, zainicjowana przez 7 osób…. Liczę, że będzie więcej, zarówno studentów jak i osób spoza uniwersytetu. Bo jeśli nasz uniwersytet ma być Warmińsko-Mazurski, to niech będzie mocno zakorzeniony w naszym regionie. W regionie i dla regionu. Dzielenie się ubogaca obie strony. A my chcemy zmieniać świat na lepsze małymi krokami i zaczynając od siebie samych. Możesz dołączyć (zajrzyj na bloga, tam znajdziesz niezbędne informacje: https://warmiobook.blogspot.com/

Dzielimy się książkami ale chodzi nam o coś więcej (i głębiej). Chcemy zmieniać postawy konsumenckie i postrzeganie świata. Zamiast kultury jednorazowości i szybkiej konsumpcji – trwałe i wielokrotnie wykorzystywane rzeczy (i idei). Ekonomia dzielenia się jest niezwykła, bo w wyniku dzielenia się obie strony coś zyskują. Tu prosta algebra nie wystarczy by opisać i zrozumieć tę rzeczywistość.

Naszym celem jest zmiana świadomości, stylu życia i codziennych nawyków. To taki przewrót kopernikański w myśleniu. Mikołaj Kopernik mieszkał na Warmii, nawiązanie więc do niego nie jest bezpodstawne. Poprzez akcję tworzenie nowych półek bookcrossingowych i uwalniania książek chcemy ułatwić dostrzeżenie problemów odpadów (konsumpcja towarów jednorazowych, rosnące wysypiska, śmieci zalęgające w lasach). Chcemy pokazać i zobaczyć jak prostymi działaniami można to zmieniać. Im więcej osób tym większy sukces akcji.

Co możesz zrobić, gdybyś chciał(a) dołączyć? Przeczytaj książkę. Uwolnij ją i przekaż dalej. Podziel się wrażeniami i zostaw swój ślad na naszym fanpejdżu. Zrób zdjęcie z książką i wyślij do nas, na facebookowy fanpage!

Niżej przykład z Kurzetnika, estetycznej półki bookcrossingowej w miejscu przyjaznym do spotkań. Takich miejsc jest już sporo, chcemy o nich opowiedzieć. I sprawić, by powstały nowe.

DSCN0689_1

Drugie dno (edukacyjne)

W dydaktyce chodzi nie tylko o wiedzę i umiejętności, ale i o kompetencje społeczne. W metodzie projektu uczymy się umiejętnościrzeczywiście potrzebnych w życiu pozaszkolnym. Nie na zaliczenie ale naprawdę, na serio. I uczymy się „poza klasą”, w środowisku społecznym, takim jakie ono jest w rzeczywistości. A przede wszystkim uczymy się współpracy. 

A czego ja się uczę? Tutoringu. Przez działanie a nie tylko uczestnictwo w szkoleniu. To doświadczania pozwala nam wiedzieć, czego jeszcze nie wiemy, co warto doczytać, dosłuchać i jeszcze przećwiczyć. Uczę się razem ze studentami. A każdy uczy się czegoś innego – tego, co akurat ma w deficycie i chce rozwinąć. Uczymy się od siebie w realnych sytuacjach, z potknięciami, radościami sukcesów. I tak przez całe życie. Bo kształcenie jest ustawiczne.

Arteterapia, edukacja i konektywizm, czyli wernisaż grupy ART

sczachor

Na wernisażu Grupy A*R*T  wspomniałem o edukacji, arteterapii, bibliotece i konektywizmie. Pozwolę sobie rozwinąć to niecodzienne zestawienie pojęć (słów).

ART to Artystyczna Rezerwa Twórcza. Ale ten skrót kojarzy się – i to bardzo słusznie – z arteterapią (terapią przez sztukę). Artyści nieprofesjonalni, związani z Uniwersytetem Warmińsko-Mazurskim, są w różnym wieku. Malują, rysują, szydełkują, dekupażują, rzeźbią, fotografują, wiercą w jajku… bo jest to forma relaksu, odpoczynku intelektualnego. Ale także odkrywanie swoich zapomnianych czy jeszcze nie odkrytych pasji. Forma terapii. W procesie tworzenia odczuwa się nie tylko poczucie sprawstwa, ale dostrzega się siebie w procesie tworzenia. Istotny jest proces a nie produkt. Ważne są spotkania z ludźmi. Bo człowiek ma sens jedynie wśród ludzi. Relacje, powiązania, komunikacja, wspólne tworzenie to już wyraźna aluzja do konektywizmu.

Konektywizm to wiedza rozproszona, powstająca i krążąca w sieci nie tylko elektronicznej. Trafnie ujął to dawno temu Ludwik Fleck: w trakcie dialogu pojawiają się treści zupełnie nowe, które nie były w głowie ani jednego ani drugiego dyskutanta. Całość to więcej niż suma części. Ale by było to coś więcej, muszą być relacje i komunikacja, musi być dialog.

Wernisaż odbył się między Światowym Dniem Nauczyciela (5 października), a naszym krajowym Dniem Nauczyciela (14 października), w piątek trzynastego (nie jesteśmy przesądni choć interesujemy się etnografią). Jest więc symbolicznie osadzony w edukacji. I to nie dlatego, że malującymi są byli lub obecni nauczyciele akademiccy czy doktoranci. Uczymy się różnych technik malarskich czy zdobniczych. Czasem pierwszy raz w życiu, na emeryturze. Uczymy się sami, wspierając się radami, przez działanie i eksperymenty. Niektórzy dopiero w "złotej jesieni życia" rozpoczęli naukę na Wydziale Sztuki. Nic nie muszą, po prostu chcą.

Uczymy się całe życie, ustawicznie i w różnych formach. A uniwersytet jest dobrym miejscem, i na uczenie się, i na relacje z ludźmi. Na konektywizm: dialog między żywymi ludźmi, dialog za pośrednictwem książek oraz jako interdyscyplinarny dialog science z art.

Od czasu do czasu spotykamy się w Bibliotece Uniwersyteckiej, w przyjaznym miejscu, prezentując swoje prace. Biblioteka jako miejsce przyjazne do edukacji, dialogu i rozmyślań, odkrywana jest na nowo. Spotykamy się także na wyjazdowych plenerach. Na wspomnianej wystawie prezentuję butelki, które powstały w trakcie takich spotkań, na plenerze w Reszlu i w czasie Olsztyńskiej Wystawy Dalii. Ale jest jeszcze dachówka, pomalowana w czasie Tygodnia Bibliotek.

Na plenerowe malowanie na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej dachówka przyjechała aż z Umbrii. Z Włoch, gdzie narodziła się idea wolnego życia i miasteczka cittaslow. W naszym województwie jest najwiecje - zaraz po Italii. 12 maja 2017 r. spotkaliśmy się by malować mole książkowe na starych dachówkach. Tak powstał pierwszy Warmińsko-Mazurski Molariusz

Spotkaliśmy się na dachu biblioteki, by w otoczeniu wiedzy niespiesznie rozmawiać, malować i popijać herbatę. Było też ciasto. Dyskutowaliśmy o literaturze, różnorodności biologicznej i … o ekologii moli książkowych. Albo milczeliśmy. Bo w trakcie takich edukacyjno-arterapeutycznych spotkań ciszy nie trzeba zabijać słowem.

W czasie Tygodnia Bibliotek pomalowaliśmy stare dachówki, tutejsze, ze starego, mazurskiego, siedliska (a w zasadzie dwóch). Jak już wspomniałem, jedna dachówka przybyła z Włoch. Z gminy Vafabbrica (Umbra). Przywieziona została przez panią prof. Małgorzatę Chomicz. Została znaleziona w miejscu starego klasztoru. Klasztoru już nie ma, zostało po nim trochę dachówek i figura na skale.

Stare i już zdawało by się nikomu nieporzebne dachówki mają wiele lat, dużo widziały, dużo pamiętają. Mogłyby opowiedzieć nie jedną historię. Ale w maju 2017 r. namalowaliśmy mole książkowe, tak jak sobie wyobrażaliśmy. I powstał Molariusz (niczym intelektualny bestiariusz), który eksponowany jest na specjalnym stelażu przed Biblioteką .

Unikatowy katalog moli z głębokim podtekstem entomologicznym czyli Molariusz Wamińsko-Mazurski powstał w maju 2017 r. w czasie XIV Ogólnopolskiego Tygodnia Bibliotek. Różnorodne wyobrażenia moli zostały farbami naniosione na starą, wypalona gline, zaś ich autorzy dzielili się między sobą opowieściami, fraszkami i piosenkami, które się z konkretnym wyobrażeniem mola kojarzyły. I tak wśród galerii moli książkowych znalazły się m.in.: Napójka Łąkowa (mól książkowy z Wójtowa, preferuje wolne lektury), Bagiennik z Jeziora Czarnego (mól książkowy preferujący literaturę hydrobiologiczną, czyta na ławkach w parku), Kortowski Mól (uniwersytecki robaczek szybujący po wiedzę), Smerfomól (złapany w sieć uzależnień od czytania literatury naukowej), Mól Pedagogiczny (śliczny i liryczny) i wiele innych. Także Zmierzchnica Trupa Główka (w dwóch różnych odsłonach).

Nie skończyło się tylko na wspólnym, bibliotecznym plenerze i dachówkowej wystawie. Nieco później powstała gra edukacyjna, terenowa, której debiut miał miejsce w czasie Europejskiej Nocy Naukowców. Gra narodziła sie z interdyscyplinarnego dialogu i współpracy. Taka konektywistyczna całość, która jest większa od sumy części. 

A teraz, dachówka ze zmierzchnicą trupią główka, niezwykłym motylem, zalatującym do nas z południowej Europy (z Włoch i Umbrii także), stoi na wystawie Grupy ART, razem z poplenerowymi butelkami i innymi pracami artystów nieprofesjonalnych. I próbuje coś opowiedzieć. Lecz czy można usłyszeć pisk ćmy? Czasem tak, zwłaszcza gdy jest to tajemnicza zmierzchnica trupia główka i wystawa w Bibliotece Uniwersyteckiej.

ps. na wspomnianej wystawia są w sumie trzy różne dachówki, jedna z Reszla, z zamkowego dachu, kolejna, karpiówka, gdzieś z popegerowskiego budynku na Warmii.

O chruścikach, maści czarownic i o tym jak trafiłem do przewodnika kulinarnego

sczachor

15195885_10210035072226728_4041983578087506646_oChruściki kojarzą się wielu osobom z faworkami, ciastkami. W czasach studenckich, moja obecna żona, zastanawiała się dlaczego ja na biologii zajmuję się ciastem (bo wiedziała, że pracę magisterską piszę z chruścików). Szybko wyjaśniłem, że chodzi o chruściki owady wodne (Trichoptera).

Przytoczę jeszcze jedną anegdotę. To było chyba w latach 90. XX wieku, albo na przełomie lat 80. i 90. Internetu jeszcze wtedy u nas nie było. Ale hejterzy byli. Mieli tylko inne metody. Najwyraźniej byłem wtedy obiektem takiego hejtera, który rozpowiadał w rektoracie, że słaby jestem naukowo i asekurancko uciekam w gastronomię. Być może w swej niewiedzy ów hejter skojarzył chruściki z faworkami. Albo z premedytacja liczył na niewiedzę słuchających. 

Ale teraz już nie za sprawą chruścików-faworków trafiłem do renomowanego przewodnika kulinarnym Gault&Millau Polska (2017). Wszystko z powodu współpracy z drobnymi przedsiębiorcami z Warmii i Mazur. Nie tylko odbyłem staże w przedsiębiorstwach (w ramach projektów nastawionych na innowacyjność) ale współpracuję z małymi i średnimi przedsiębiorstwami (głównie z z regionu, czasem z dalej położonymi podmiotami) indywidualnie oraz w ramach działań Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym. Wspieram m.in. grupę Wimlandia. Jedna z restauracji, działająca we wspomnianej grupie, została nominowana do renomowanego przewodnika. Osoby weryfikujące odwiedziły więc Restaurację Cudne Manowce (anonimowo i dyskretnie). I najwyraźniej zwróciły uwagę na maść czarownic do latania i być może dotarły do wpisów na blogu.

Poza popularyzowaniem dawniej wykorzystywanych roślin (czarny bez, pokrzywa, arcydzięgiel itd.) próbuję we współpracy tworzyć zupełnie nowe produkty. Takie jak maść czarownic do latania (na badzie smalcu gęsiego) z zakorzenieniem w wiedzy etnograficznej i przyrodniczej. Taką działalność uważam za ściśle związaną z misją Uniwersytetu - transfer wiedzy do szeroko rozumianej gospodarki. I nie tylko do dużych koncernów, oferujących wsparcie finansowe na badania ale także do całych i średnich przedsiębiorstw. Wzmianka w przewodniku kulinarnym jest miłym śladem efektów transfery wiedzy. Nie ma za to punktów w karierze akademickiej ale dla mnie bardzo wartościowe.

Synergia ma to do siebie, że stale tworzą się nowe wartości. We współpracy z cukiernią obmyślam teraz chruściki-faworki. Ale będą one niezwykłe i mocno osadzone w dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym. 

galu

Dzięgielówka - dawno temu na Kazimierzu (i na Kociewiu)

sczachor

dziegielowka1Kiedy latem jechałem na Podhale, osobiście poznać tamtejszą litworówkę (tradycyjna nalewka górali na arcydzięglu litworze), zatrzymałem się w urokliwym Krakowie. Na Kazimierzu trafiłem do klimatycznie osadzonej w żydowskiej tradycji restauracji o jakże znaczącej nazwie „Dawno temu na Kazimierzu”. Wystrojem wnętrza nawiązuje do starych zakładów rzemieślniczych. Przy muzyce na żywo (najpewniej imigranci z Ukrainy), rozkoszowaniu się starymi maszynami do szycia, w karcie zobaczyłem dzięgielówkę. Z wielką ciekawością spróbowałem. Wytrawna wódka dla zdrowotności, o ziołowym smaku.

Siła tradycji, na „nizinach” dzięgielówka - w górach litworówka. Może na nizinach łatwiejszy dostęp do rosnącego po lasach dzięgiela leśnego, a w górach - arcydzięgla litwora? Tak było może kiedyś, w uwarunkowaniu do tego, co rośnie najbliżej. Teraz, gdy arcydzięgiel hodowany jest w ogrodach, możliwe że i dzięgielówkę robią z korzenia arcydzięgla (bo łatwo dostępny na rynku zielarskim). Niemniej w nazwach zachowane został dawne dziedzictwo.

Nalewki produkowano kiedyś dla zdrowia. Pito w niewielkich ilościach w celach medycznych. Właściwości arcydzięgla znane od dawna i od dawna wykorzystywane. Poza różnymi likierami, w skład których wchodzi i arcydzięgiel, dwie nalewki bazują głównie na tej roślinie: litworówka i dzięgielówka.

W przepastnych zasobach Internetu znalazłem kilka przepisów na dzięgielówkę. Pierwszy z nich: „Dzięgielówka - nalewka z korzenia arcydzięgla”. Według informacji tam zawartych, dzięgielówka jest nalewką z korzenia arcydzięgla i ma działanie lecznicze. Przyrządza się ją z 80 g korzenia arcydzięgla, 1 l spirytusu, 1 l wody, 500 g cukru, kory cynamonowej, goździków, gałki muszkatołowej. Można zatem powiedzieć, że litworówka różni się od dzięgielówki tym, że jest słodzona miodem. Ale wróćmy do przepisu: korzeń arcydzięgla dokładnie myjemy i kroimy w drobne kawałki. Wrzucamy go do słoja, po czym zalewamy spirytusem,rozcieńczonym pół litrem wody. Szczelnie zamknięty odstawiamy na dwa tygodnie. Potem dodajemy przyprawy: kawałek kory cynamonowej, 10 goździków, około połowy gałki muszkatołowej. Szczelnie zamykamy i ostawiamy na kolejny tydzień. Trzecim etapem jest filtrowanie uzyskanego nastawu i łączenie go z syropem cukrowym. Połączony nastaw alkoholowy i syrop znów szczelnie zamykamy w słoju i zostawiamy na trzy tygodnie. Ostatni etap wykonywania dzięgielówki to filtrowanie nalewki i przelanie jej do butelek. Szczelnie zamknięte zostawiamy w chłodnym miejscu na kolejne trzy miesiące." Tak jak przy produkcji innych nalewek potrzebny czas i cierpliwość. Czyli slow life a nie żaden tam pośpiech.

Korzeń arcydzięgla działa rozkurczowo, wykrztuśnie, moczopędnie, kojąco, pobudza czynność żołądka, wzmacnia naczynia krwionośne, reguluje krwawienia miesiączkowe, pracę jelit, układ trawienny. Te właściwości znano od dawna. Można wykorzystywać napar (herbatkę) lub nalewkę. Warto jednak pamiętać, że dzięgiel i arcydzięgiel zawierają furanokumaryny, które działają fotouczulająco. Zatem po wypiciu raczej należy unikać wychodzenia na słońce (wypiłeś? - zostań w domu). Tak jak w każdym lekarstwie warto znać kontekst: ile i kiedy z niego korzystać. Zwłaszcza w przypadku nalewek (alkoholowych)…

Jak podają źródła internetowe, dzięgielówka jest wyborną, wytrawną wódką ziołową o charakterystycznym dla arcydzięgla aromacie. Sporządzona jest według znanej od lat receptury, bardzo popularnej w rejonie wschodnich Karpat (ale na Podhalu znana jest pod nazwą litworówka). Kiedyś używana była jako lekarstwo na problemy trawienne. Współcześnie wykorzystywana jest do sporządzania różnorodnych drinków.

Tak jak uznanie i międzynarodową renomę zdobyła żubrówka, przygotowywana na bazie aromatycznej trawy turówkii wonnej (Hierochloë odorata), tak może uznanie zdobędzie również dzięgielówka i litworówka. Karpacka dzięgielówka w 1996 roku wyróżniona została złotym medalem na Międzynarodowych Targach POLAGRA 96.

Ale dzięgielówka znana jest nie tylko w Karpatach i Małopolsce. W 2006 roku została wpisana na listę produktów tradycyjnych województwa kujawsko-pomorskiego. W opisie tego tradycyjnego produktów smak określono jako korzenny, cierpki. Zawartość alkoholu 35%-45%, Łodyga arcydzięgla musi być zbierana nad rzeką w maju. Wynika z tego, że produkowana jest najpewniej albo z podgatunku arcydzięgla nadbrzeżnego, albo z hodowli ogródkowych albo produkowana jest z dzięgla leśnego. Arcydzięgiel litwor nie występuje na stanowiskach naturalnych na Kujawach.

Według opisu z listy produktów tradycyjnych dzięgielówkę przyrządza się z owoców, korzeni i ziela (liście i łodyga) arcydzięgla. Zanim rozpowszechnił się w Europie cukier, dosładzano je miodem. W zależności od regionu i tradycji pojawiały się różne warianty tej samej receptury. Przepis na dzięgielówkę pochodzi z książki „W kuchni i przy stole – Ksiónżka o jeściu na Kociewiu” pod redakcją Romana Landowskiego (wydana w 2002 r. w Tczewie). Kociewskiej dzięgielówki jeszcze nie kosztowałem. I nie wiem czy współczesna dzięgielówka wyrabiana jest na bazie cukru czy miodu. Trzeba będzie wybrać się na wycieczkę i sprawdzić.

Poznawanie dziedzictwa kulturowego jest nie tylko intrygujące ale i smaczne. Zanim jednak się w podróż wybiorę kilka innych przepisów na dzięgielówkę.

Dzięgielówka BahusaNajlepiej do nalewki używać świeżych korzeni (kopanych w maju) i łodyg arcydzięgla, ale można też przyrządzać ją na suszonym korzeniu. Nalewka robiona ze świeżych łodyg ma śliczny oliwkowo-zielony kolor. Wykopane korzenie należy lekko oskrobać, dokładnie umyć, osuszyć, pokroić. Do gąsiorka wrzucić 50 g korzenia arcydzięgla, dodać łyżeczkę otartej skórki pomarańczowej i kilka ziarenek kardamonu, zalać 3 l 45 - 50% wódki, zakorkować, zostawić w cieple na 8 - 10 dni, codziennie potrząsając gąsiorkiem, po czym zlać, przefiltrować, porozlewać do butelek, zostawić na co najmniej 4 - 5 miesięcy. Jednak im dłużej stoi tym nabiera szlachetniejszego smaku.”

Dzięgielówka dla cierpliwych to likier z arcydzięgla. Składniki: 40g korzenia arcydzięgla, 3g nasion kopru włoskiego, 3g owoców kolendry, 0,7l spirytusu, 0,7l wody, 400g cukru. „Zioła należy zalać wrzącym syropem z wody i cukru, pogotować 2 min i odstawić na 2 dni. Po 2 dniach odcedzić zioła, do wyciągu wlać spirytus, wymieszać, rozlać do butelek, odstawić w ciemne miejsce na co najmniej 3 miesiące (…). Pełen bukiet i charakterystyczny, lekko gorzkawo-słodki smak, likierek dostaje po kilku miesiącach leżakowania, ale warto czekać.”

Nalewka dzięgielówka, produkcja przemysłowa, Zawartość alkoholu: 40% obj. Nalewka sporządzona z mieszanki różnych ziół. Barwa żółto-zielonkawa, smak przyjemny ziołowy. Podstawowymi składnikami mieszanki ziół jest korzeń i nasiona arcydzięgla, owoce kopru włoskiego i kolendra.

Jak więc widać odnalezionych przeze mnie przepisach do wytwarzania dzięgielówki wykorzystywany jest arcydzięgiel litwor (Angelika archangelica syn. Archangelica officinalis - obecna polska nazwa to także dzięgiel litwor) a nie dzięgiel leśny (Angelika sylvestris). Jedynie Łukasz Łuczaj w książce „Dzika kuchnia” podaje przepis na nalewkę z dzięgiela, wykorzystując właśnie dzięgiel leśny (zamiennie z arcydzięglem). W swoim przepisie Łukasz Łuczaj proponuje dodać także owoce kardamonu i kawałek skórki pomarańczowej.

krakow1_344

Tulipina czyli gorzkie i kręte drogi poszukiwań kulinarnych

sczachor

 

13095848_1047463645315521_8849496352094343176_n

Tulipina to trujący związek, występujący w tulipanach. Notowano zatrucia u zwierząt domowych, które zjadały tulipany. Wcześniej pisałem już o odnalezionym, starym przepisie kucharza na sok z dzikich leśnych tulipanów (linki na dole tekstu). Trucizna, deser czy eksperymenty kulinarne? W globalnym świecie na co dzień cieszymy się niewyobrażanym bogactwem smaków i kompozycji kulinarnych. Na nasze doznania pracowały tysiące pokoleń naszych przodków, którzy z głodu i ciekawości próbowali chyba wszystkiego. Nauczyli się nawet konsumować rośliny i zwierzęta trujące… przez lata doskonaląc sposoby przygotowania.

Próbowali z głodu, magii i szukając zdrowia. Dlaczego magii? Bo dla naszych przodków świat duchowy i realny przenikały się, stapiały w jedno. Magia bardzo podobna jest do inżynierii - także stara się za pomocą różnych działań wpłynąć na rzeczywistość. Czasem nawet to działało. I nie myślę tylko o efekcie placebo ale biologicznym działaniu ziół. Tyle tylko, że błędna teoria (podejście teoretyczne, model świata) inaczej wyjaśniała działanie lecznicze ziół i niejednokrotnie prowadziła na manowce.

Ale wróćmy do tulipiny i  dzikich tulipanów (leśnych - na zdjęciu wyżej, zdjęcie nadesłane przez czytelniczkę mojego bloga). Po moich publikacjach na blogu o żółtych, leśnych tulipanach,  w komentarzach (i na e-maila) czytelnicy nadesłali wiele informacji o miejscach występowania tejże rośliny. Zastanawiałem się, czy dzikie (botaniczne) żółte tulipany naturalnie występowały w lasach północnej Polski, czy też jako dzikie (bo innych nie było lub były bardzo drogie) były uprawiane i "zdziczały" a dużo stanowisk przetrwało do dzisiaj. Licznie podobno występują na Żuławach. Delta Wisły stosunkowo niedawno została osuszona i zagospodarowana. Dlatego mogły się tam pojawić jedynie jako przydomowe, ogródkowe uprawy, sztucznie wprowadzone (Holendrzy przywieźli je ze sobą, ze swojej ojczyzny?). Po dawnych mieszkańcach żuławskich wsi pozostały pamiątki - stare nagrobki oraz rozkwitające po zimie rośliny cebulkowe. „Cykliczny wysyp kwiatów na dawnych grobach dokumentuje wiarę w zmartwychwstanie i życie wieczne, do którego śmierć jest tylko bramą."  W podobny sposób wiele gatunków roślin zadomawia się w naszym krajobrazie, czego przykładem są archeofity. Ale jest jeszcze jedna możliwość, bazująca na prawidłowości dziczenia ras hodowlanych. Możemy obserwować to na przykładzie naszych miejskich gołębi. Pozostawione same sobie, po latach swobodnego krzyżowania się, powróciły do ubarwienia dzikiej formy.

Tulipomania rozkwitła w XVII wieku. W pewnych okresach niektóre odmiany kosztowały majątek. Moda minęła. Dawni mieszkańcy Prus Wschodnich odeszli. Być może tulipany pozostawione same sobie  „zdziczały”, wracając do swojej pierwotnej, niewyselekcjonowanej przez człowieka, formy? Mówiąc językiem biologicznym - zmienił się nacisk selekcyjny. Pewną wątpliwość co do takiej interpretacji budzą małe i izolowane populacje dzikich, leśnych tulipanów. Czy do powrotu do formy dzikiej nie jest potrzebne krzyżowanie się różnych odmian? 

Ale wróćmy do trującej tupiliny. „Tulipan ogrodowy (Tulipa gesneriana) jest trujący, ponieważ cała roślina zawiera trujący alkaloid tulipinę. Tulipina działa toksycznie na rdzeń przedłużony oraz zakończenia nerwów czuciowych a także pobudzająco na wydzielanie gruczołów, podobnie jak akonityna. Poza tym wywołuje ciężkie uszkodzenia serca. Zatrucia mogą się zdarzyć wskutek pomylenia cebulek tulipana z cebulą jadalną (cebule tulipanów mają jednak inny kształt, zwykle są mniejsze i nie mają charakterystycznego zapachu cebuli). Możliwe są także przypadki zjadania kwiatów przez dzieci.” Czy tego nie wiedział kucharz, przygotowujący sok z dzikich tulipanów?

A może wszystko zależy od ilości? Kiedyś kandyzowano nawet konwalię majową. I zjadano. Też roślina trująca. Czy sok z leśnych tulipanów (ściśle miodowy wywar) mógł być trujący? Podobne związki do tulipiny występują w wawrzynie (listek bobkowy - liści wawrzynu na co dzień używamy w naszej kuchni)). Liście zawiera do 3% olejków, w skład których wchodzą m.in.: cyneol, terpeny, geraniol itd. W większych ilościach liść laurowy jest toksyczny. Olejki eteryczne zawierają znaczną ilość goryczy i garbników – stąd charakterystyczny ostry i gorzki smak. Ale przecież odrobina goryczy w potrawach jest przez nas pożądana. Zwłaszcza w przetworach. Suszone liście są używane jako przyprawa do bigosu, gulaszu, mięsa, marynat itd. Liście odstraszają szkodniki - wkładane są do szaf, gdzie przechowuje się żywność. Znajdują też zastosowanie w perfumerii. Tyle dobrego… ale nadmiar może szkodzić.

Podobnie jest z wieloma ziołami - nadużywanie zamiast wyleczyć może zaszkodzić zdrowiu i życiu. Potrzebna jest wiedza. A na tę wiedzę pracowaliśmy przez tysiące lat i tysiące eksperymentów. Przypomnę, że wiedza to nie tylko zbiór faktów ale i teoria, porządkująca te fakty w spójny i całościowy system. Eksperymentowano na samych sobie. Z bardzo różnymi skutkami. Nasza dzisiejsza rozkosz podniebienia okupiona została wieloma ofiarami. Można to sobie uzmysłowić na przykładzie pomyłek przy zbieraniu grzybów - co roku słyszymy o zatruciach, w tym nawet śmiertelnych. 

Czy sok z dzikich tulipanów warto przywrócić lokalnej tradycji kulinarnej (dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze)? Kuszące. A może trzeba wpierw dokładniej zbadać zawartość i efekty obróbki kulinarnej? Bo przecież ważna jest nie tylko sama zawartość związków potencjalnie toksycznych w surowych owocach, kwiatach czy roślinach. Istotne jest to, co się dzieje podczas obróbki kulinarnej (termicznej i innej). Gastronomia wiele trucizn i niejadalności zamienia w zdrowe rozkosze podniebienia.

 

Więcej artykułów o dzikich, leśnych tulipanach

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci