Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Wpisy otagowane : miasto

Innowacyjność, zaufanie społeczne i usychające drzewa w mieście

sczachor

Co ma zaufanie społeczne do usychających drzew w mieście? Ilustruje to powyższy obrazek z dawno zakończonej inwestycji na Placu Konsulatu. Niby wszystko ładnie, pięknie i nowocześnie, a jednak coś jest nie tak. Diabeł tkwi w szczegółach. Spróbujmy się zastanowić skąd ten diabeł się bierze. Będę dowodzić, że z braku zaufania i wynikającej z tego nieumiejętności dialogowania (komunikacji międzyludzkiej).

Może najpierw wyjaśnię co z tą inwestycją jest nie tak. Duża powierzchnia wyłożona granitem i polbrukiem tudzież ulicznym asfaltem. Dla gleby z drzewami zostawiono niewielką przestrzeń. Na dodatek ta zieleń odgrodzona jest wysokim murkiem. Nawet jak popada, to woda z placu nie zasili gleby, spłynie kanalizacją. Z jednej strony to rosnące obciążenie dla systemu kanalizacyjnego, z drugiej brak wody dla zieleni (trzeba podlewać, ale administracja o tym zapomina).

Ostatnio sporo w Olsztynie pada, ale proszę zwrócić uwagę na wysuszoną polepę pod drzewem i resztki rachitycznej zieleni. Dużo pada, a zieleń i tak usycha. Paradoks wynikający z błędów w realizacji inwestycji (braku wyobraźni od projektanta to szarego wykonawcy). Woda zamiast podlewać roślinność i zasilać wody powierzchniowe - spływa kanalizacją. Marnotrawstwo i rosnące zagrożenie podtopieniami. Bo im więcej miasta w taki sposób wybetonujemy, tym większe obciążenie dla systemu kanalizacji burzowej. Czyli drzewa będą usychać przy równoczesnym zalewaniu chodników, piwnic i samochodów? Skąd takie niefunkcjonalne projekty?

Dobrze ilustrują ten problem cytaty z wywiadu z prof. Hausnerem.

„Innowacyjność nie powstanie za sprawą działań administracyjnych. Nawet najbardziej sprawna władza publiczna nie może nakazać gospodarce innowacyjności”

„Innowacyjność to wykorzystanie zasobów, w tym wiedzy, do wytwarzania wartości dodanej”

Indywidualnie, klanowo, jesteśmy zaradni, ale nie jako zbiorowość, wspólnota. Dlaczego? Bo nie mamy zaufania do nikogo poza najbliższym otoczeniem. (...)Cechy naszej administracji to: zaściankowość, widzenie tylko swojego odcinka, nieufność i zabieganie o swoje.”

Prof. Jerzy Hausner (Tygodnik Powszechny z dnia 28 lipca 2013 r.)

Im więcej nieufności, tym mniej dialogu i komunikacji. W konsekwencji nie dostrzegamy ważnych elementów, które po zakończeniu inwestycji mocno doskwierają a nie ma ich jak poprawić. W przypadku Placu Konsulatu, po interwencjach społecznych postawiono ławki. Ale tych betonowych murków nie ma jak naprawić. I drzewa będą usychały. Prędzej czy później.

To zapatrzenie na siebie, brak zaufania – za wyjątkiem swojego klanu – pozbawia nas innowacyjności i spycha w drogie i niefunkcjonalne inwestycje. Żeby projekty inwestycji miejskich były lepsze, potrzeba więcej dialogu i zaufania. To drugie buduje się bardzo powoli. Trzeba wytrwałości. Ale po pierwsze trzeba wizji i budowania przestrzeni przyjaznej kontaktom międzyludzkim. Kapitału ludzkiego niby nie widać… ale skutki braku tego kapitału już są bardzo widoczne.

Za dialog wszyscy jesteśmy współodpowiedzialni. Budujmy zaufanie a nie podsycajmy nieufność, m.in. przez mnożące się teorie spiskowe.

Spór o miasto deszczem wywołany

sczachor

Spór, jaki ostatnio rozgorzał w olsztyńskich mediach o przyczynę podtopień, jest krótkotrwały i pełen emocji. Ale jest jednocześnie wywołany długotrwałym sporem o wizję miasta ogrodu. To długa dyskusja nad wizją miasta i inwestycjami. I ona szybko nie przeminie. Jeden deszcz i przypadek podsycił i ujawnił drzemiące od dawna emocje.

Symbolicznie w mediach moje wypowiedzi przeciwstawiane są opinii prezydenta Olsztyna - Piotra Grzymowicza. Czy za powodzie winne jest betonowanie miasta czy nie całkiem sprawna kanalizacja burzowa? Rzeczywistość jest tak złożona i wielowymiarowa, że pewnie jedno i drugie jest prawdziwe. Po wpisie na moim blogu najpierw odezwała się Gazeta Olsztyńska, potem TVP, potem przedrukowali na olsztyńskim portalu a na koniec (?) zadzwonili z Gazety Wyborczej. Pewnie dzisiaj jest w gazecie. Ale to są krótkie wypowiedzi. Szum medialny szybko przeminie, a problem pozostanie.

Problem z podtopieniami będzie się nasilał, bo jest kilka przyczyn. Po pierwsze konserwacja kanalizacji burzowej, po drugie zmniejszanie się powierzchni chłonnych dla wody w mieście w wyniku normalnej zabudowy i błędów w planowaniu, w końcu przyczyną są intensywniejsze opady, spowodowane zmianami klimatycznymi. Nie ma jednej, nawet dużej inwestycji, która by problem rozwiązła. Potrzebne są działania systematyczne i rozproszone. Tak jak z myciem rąk przed jedzeniem, które wielu chorobom zapobiega.

Bo nie ma bezpośredniego związku z zabetonowanie trawnika na ul. Wojska Polskiego a podtopieniami na Jarotach - zbyt duża odległość. Tak jak nie ma związku z tym, że Jaś rąk nie umył a  Kasia zachorowała. Jest jednak ogólny związek z brakiem higieny i chorobami "brudnych rąk".

Jest wiele inwestycji w Olsztynie, które zwiększają ilość powierzchni nieprzepuszczalnych dla wody. Pisałem o tym wielokrotnie i dlatego najpewniej olsztyńskie media do mnie wydzwaniamy. Podam może dwa kolejne przykłady. Na rogu Iwaszkiewicza i Tuwima powstał duży hipermarket, w miejscu terenów zielonych. To nie tylko powierzchnia sklepu, ale i duży parking. Parking wyłożony polbrukiem. A przecież wystarczyło zastosować powierzchnię ażurową - ta sama funkcja ale z częściową przepuszczalnością powierzchni. Żeby było śmieszniej ażurową kratownicę położono... jako chodnik dla pieszych (strasznie niewygodne, powierzchnia symboliczna i niewielka). Czy jeden parking spowoduje podtopienia? Nie, on tylko pogarsza ogólną sytuację. Czy od jednego papierosa dostaniemy raka płuc? Ale codziennie wieloletni palacz może tak stawiać pytanie i udawać, że problemu nie ma, ze palenie w ogóle nie szkodzi.

Drugi przykład - ulica Iwaszkiewicza. W naturalnym zagłębieniu, na trawniku z bajorkiem postawiono domy tzw. Trzy Wieże. Ubytek powierzchni wchłaniającej wodę. Ale dla wybudowanego tam sklepu wielkopowierzchniowego po drugiej stronie ulicy, w miejscu planowanego od ponad dekady parku, wybudowano polbrukowy parking. I znowu przybywa powierzchni betonowych (ubywa zieleni tak pożądanej przez mieszkańców!), po których woda spływa i gdzieś się musi gromadzić. A wystarczyło tylko zastosować kratownice ażurowe i uciążliwość byłaby mniejsza. Chodnika dla pieszych oczywiście do tej pory nie ma... Taka to inwestycja.

Trzeci bliski przykład, Aleja Warszawska, asfaltową jezdnię poszerzono na buspasy a na rozległym terenie zielonym budowany jest wielki apartamentowiec. Znowu ubywa terenów zielonych a przybywa nieprzepuszczalnego "betonu". Nie da się zbyt długo zamiatać pod dywan - prędzej czy później widać będzie górkę i śmieci przypadkowo rozsypią się po całym pokoju. W najmniej oczekiwanym momencie.

Miasto musi się rozwijać i nie protestuję przeciw inwestycjom jako takim. Ale wskazuję na fakt, ze brakuje inwestycji i działań kompensujących te negatywne hydrologicznie skutki. Przy takim trendzie nie trzeba być prorokiem by przepowiadać coraz częstsze podtopienia. Bo system kanalizacji musi odbierać coraz więcej wody z coraz większej powierzchni. Przy przeciążeniu nawet drobne kłopoty z piaskiem czy śmieciami w kanalizacji kończyć będą się zalaniami.

Na dodatek w związku z ociepleniem klimatu w ciągu wielu lat możemy spodziewać się intensywniejszych opadów niż kiedyś. Tak więc obiektywna, zewnętrzna sytuacja wskazuje, że powinniśmy wyprzedzająco i roztropnie działać. Chodzi więc nie tylko o niepogarszanie dotychczasowej struktury ale wyprzedzające przygotowanie się na coraz intensywniejsze opady. Stara sieć kanalizacyjna nie jest na to przygotowana i nie ma szansy na odkopanie całego miasta i położenie nowej, znacznie bardziej przepustowej kanalizacji. Sposoby zaradzenia są już znane i na świecie stosowane, nie trzeba więc odkrywać Ameryki na nowo. To, o czym piszę nie jest nauką (odkrywanie nieznanego) a jedynie popularyzacją istniejącej już wiedzy.

Przykład i porównanie

Zanim przypomnę znane już na świecie fakty, posłużę się przykładem. Proszę przypomnieć sobie albo niedzielną mszę świętą w kościele albo jakiś seans w kinie czy teatrze. Jak to jest, że gdy wchodzimy do kościoła, kina, teatru to tłoku przy wejściu nie ma. Ale jak wychodzimy to ścisk i tłok już jest? Przecież tyle samo ludzi i te same drzwi? Różnica polega w czasie - na ogół wchodzący przychodzą w różnym czasie i moment wchodzenia jest rozciągnięty na dłuższy okres. Ta sama liczba ludzi, gdy próbuje wyjść w jednym momencie, powoduje tłok i zator. Czy mamy mówić, że wyjście za małe i należy poszerzyć? Jeśli są dodatkowe wyjścia - to są otwierane. A jak nie ma? To wystarczy, gdy część osób opóźni nieco swoje wstawanie z ławek czy kinowych foteli. Na tym polega retencja w odniesieniu do wody. A co, jeśli na skutek zmian klimaty w pomieszczeniu znajduje się więcej wody-ludzi niż zwykle? Każde dodatkowe, nawet małe, wyjście awaryjne jest przydatne.

Jakie są potrzebne działania w mieście?

Zamiast zmniejszania ilości powierzchni przepuszczalnych dla wody trzeba zwiększać powierzchnię chłonną. To są trawniki (jak na fotografii górnej), to są ażurowe parkingi itd. Na to nie trzeba większych nakładów tylko wiedzy i wyobraźni. Ale są i nowe rozwiązania tak jak zielone dachy (niższa fotografia) - nie tylko upiększają miasto ale i zwiększają retencję wody. Takie powinny być już na wszystkich nowych inwestycjach, zwłaszcza tych wielkopowierzchniowych (nieznacznie zwiększą koszty budowy). Na dodatek odfiltrowują z powietrza pyły (szkodliwe dla zdrowia ludzi w mieście).

W końcu można część wody z dachu, spływającej rynnami, odprowadzać przynajmniej w części od razu do gruntu lub małych, podziemnych i przesiąkliwych zbiorników wodnych. Wszystkie takie liczne i rozproszone powierzchniowo działania powodują, że po każdym deszczu mniej wody trafia do kanalizacji burzowej oraz spływa ona wolniej, w dłuższym okresie, co ułatwia odprowadzenie kanalizacją z miasta.

Potrzebne są też natułane zbiorniki retencyjne w postaci szerokiej, nie zabudowanej doliny zalewowej rzek. Bo jeśli całą wodę i to w krótkim czasie odprowadzimy z dużego miasta... to pojawi się problem fali powodziowej poniżej miasta dla innych miejscowości i terenów. Nie żyjemy w próżni. Takie tereny zielone jak dawne Jezioro Płocidugi na przeciw Brzezin i tereny zalewowe powyżej Olsztyna są naturalnymi, potencjalnymi zbiornikami retencyjnymi dla dużej wody, która od Rusi i Bartąga ewentualnie mogłaby do nas się zbliżać (po jakiejś intensywnej ulewie). Niech tam ta woda w części się czasowo zgromadzi... to Łyna w mieście nie wyleje.

Planowanie inwestycji w mieście to nie łatwej zadanie. Trzeba o wielu rzeczach wyprzedzająco pomyśleć. A dyskusja wokół ostatnich podtopień jest tylko częścią debaty o kształt miasta, od dłuższego czasu trwającej. Miasto dla ludzi czy parking dla samochodów lub poletko dla inwestorów?

Dlaczego chodzę pieszo i pod blokiem nie mam samochodu?

sczachor

Dlaczego chodzę pieszo i pod moim blokiem nie mam samochodu na trawniku lub chodniku? Bo w mieście coraz dotkliwszy jest problem przestrzeni, zwłaszcza zanikania przestrzeni publicznej (wspólnej). Jak mógłbym innych namawiać do rezygnacji, sam się rozbijając limuzyną? Namawiać do zamiany samochodu na rower, żeby inni mi zrobili miejsce dla mojej wygody? Nie byłbym wiarygodnym. Zmienianie świata na lepsze najlepiej zaczynać od siebie. Chcę sam na sobie sprawdzić, czy można, żeby potem i innych namawiać.

Ekorozwój to także wspólne użytkowanie dóbr trwałego użytku. W mieście samochody głównie stoją, 8 godzin tu,12 godzin tam. A ulicach ciasno, chodniki zastawione autami, pod blokami rozjechane trawniki. Trudno przejść i w oczy kole brzydota. Samochód w mieście to w dużym stopniu środek do zaspokajania ambicji, ”mania”. Konsumpcja to przede wszystkim aspekt psychologiczny i społeczny. Chcemy być ważni a jeszcze w naszej mentalności samochód jest wyznacznikiem statusu społecznego.

Owszem, brak samochodu często wydłuża moją podróż. Ale sporo zyskuję: nowe znajomości, głębsze relacje z ludźmi, czas dla siebie a nie wyścigu szczurów. Bo korzystając z transportu publicznego lub życzliwości innych mam więcej okazji do relacji społecznych. Dłuższa podróż? To więcej czasu na przemyślenia. Mniej znaczy więcej. Mniej jednego więcej czegoś innego. Być może nawet ważniejszego...

Coraz bardziej uwodzi mnie filozofia życia skromnego. Skromność i umiarkowanie w konsumpcji nie z biedy ale rozsądku. Społecznego i "ekologicznego". Uwodzi mnie filozofia umiarkowanej konsumpcji. Podobnie z uwalnianiem wiedzy na wolnej licencji - nie warto wszystkiego opatentowywać. Dzielenie się światem jest przyjemniejsze niż "grodzenie pastwisk" i zawłaszczanie wszystkiego co się da. Poranne słoneczko cieszy, tak jak wieczorny zapach lip. Czy trzeba mieć to na wyłączną własność, by czuć radość i cieszyć się pięknem? Mniej znaczy więcej.

ps. prawo jazdy miałem już na początku lat 80. XX wieku...

Prywata i egoizm bierze się z samotności

sczachor

Prywata bierze się z samotności, z poczucia braku wspólnotowości, braku poczucia przynależności. Skoro jestem sam, jestem porzucony, osamotniony, to przynajmniej zadbam o siebie, swój majątek. Swój domniemamy prestiż mierzony pieniędzmi i drogimi gadżetami. Pieniądze będą wyrazem uznania społecznego i więzi społecznych, surogatem i substytutem tych więzi. To motywy chciwej baby z Radomia i eksponowanych stołków (władza jako łup a nie zobowiązanie wobec wspólnoty i realizacji zadania).

Poczucie więzi można mieć za darmo. Wystarczy zainwestować czas dla innych a nie czas na "chapanie" i zagarnienie pod siebie. Miłości nie da się kupić. Ani przyjaźni nie da się kupić. Na jedną i na drugą trzeba zapracować kontaktami społecznymi nasyconymi empatią.

Dla budowania wspólnotowości potrzebna jest przestrzeń. Budując miasta trzeba myśleć o takiej przestrzeni. Nawet o zwykłym pokoju socjalnym dla studentów. Bo w budynkach UWM nie ma takiej niekomercyjnej przestrzeni. Studenci siedzą na schodach. A jak mają czas między zajęciami, to nie mają gdzie pobyć ze sobą. Wiosną przynajmniej są trawniki. Tylko trzeba się odważyć, aby wyjść i usiąść na trawie. Posiedzieć z innymi i patrzeć na świat. I patrzeć czy inni patrzą.

zobacz też: http://www.youtube.com/watch?v=I80ptBHFWMI&feature=share&list=UU6iiel6dILg2nBD8kVeXtFw

Olsztyn rowerzystów - co jest nowoczesnością w mieście?

sczachor

Nowoczesność ze swej istoty wyprzedza współczesną codzienność. W tej drugiej najczęściej tkwi przeszłość i dawne mniemanie o nowoczesności. W wielu dyskusjach o rozwoju Olsztyna pada słowo nowoczesność i wiek XXI. Ale różnie jest rozumiane. Dla niektórych nowoczesność kojarzy się z wysokimi drapaczami chmur i samochodami... bo tak było w połowie XX wieku. Nowoczesność bardzo powoli przenika do świadomości społecznej i codziennej praktyki. A kiedy już się utwrawli... co innego jest nowoczesnością. Przemijanie. Kto stoi w miejscu, ten się cofa.

Z czego wynika nowoczesność we współczesnym mieście? Samochód nie jest już nowinką ani symbolem bogactwa. Nie tęsknimy już za bardzo za kanciastym plastikiem i masową konsumpcją. Nie jesteśmy już na dorobku. Coraz bardziej myślimy o jakości życia a nie o stopie życiowej, mierzonej wzrostem PKB i ilością konsumpcji (i w konsekwencji ilością odpadów). Niegdysiejsze nowinki przejady się nam kompletnie. Symbolem nowoczesności nie jest już magnetowid czy antena satelitarna, ani nawet samochód. Bo w przypadku transportu miejskiego i podmiejskiego wzrost liczby samochodów zaskutkował... wolniejszą jazdą. Średnia szybkość poruszania się systematycznie spada. Poszerzanie ulic nic nie pomaga, co wielokrotnie przećwiczono w miastach amerykańskich.

W czasie urlopu byłem nad polskim morzem. Pojechałem koleją. Zaskoczony byłem tłumami na dworcu we Władysławowie i na Helu... mimo, że pociągów było bardzo dużo (często kursowały). I z okien pociągu widziałem kilometrowe korki na drogach. Przy takim ruchu tylko transport zbiorowy jest w stanie sprawnie przewozić ludzi (samochód staje się niezwykle powolny). Wynika to z praw fizyki. W dużych miastach rozwija się metro, szybka kolej miejska i .... ścieżki rowerowe. Bo to i sprawniej, szybciej i zdrowiej.

Rower chyba jeszcze w naszej świadomości jest synonimem "zacofania" i "biedy". Tak jak dla naszych dziaków ciemny chleb. Dla nas ciemny chleb jest już oznaką zdrowego stylu życia. Rower także. Wystarczy spojrzeć na coraz bardziej widoczną w Polsce chorobę cywilizacyjną: otyłość. Samochodowa nowoczesność zabrała nam ruch i wysiłek fizyczny z negatywnymi skutkami. Zbyt dużo czasu spędzamy w korkach, siedząc w samochodzie.

Nic dziewnego, że w nowoczesnych społeczeństwach jest moda na rowery i renesans tego środka transportu. Nawet w Olsztynie gołym okiem widoć coroczny przyrost jeżdżących na rowerach, rekreacyjnie i do pracy. Jest i zdrowiej i szybciej. A jak się zastanowić to nowocześniej.

W tym roku Gazeta Wyborcza (Olsztyn) zaprasza do udziału w drugiej edycji akcji "Olsztyn rowerzystów" . Finał akcji zaplanowano na sobotę 25 sierpnia 2012 r. Chętni do swoistego zamanifestowania obecności i potrzeb rowerowych w Olsztynie zbierać się będą między godz. 9.45 a 10.00 w trzech punktach: 1. przy Zespole Szkoł Samochodowych na al. Wojska Polskiego, 2. pod ratuszem, 3. przy pętli autobusowej na Likusach. Rowerzyści następnie pojadą nad jez. Długie. O szczegółach akcji Gazeta będzie informowała od początku przyszłego tygodnia.

W trakcie tegorocznej akcji dwa główne postulaty rowerzystów to: 1. konserwacja już istniejącego systemu tras rowerowych w Lesie Miejskim oraz 2. realizacja gotowego już projektu nowych tras we wschodniej części Lasu Miejskiego.

A na zdjęciu tegoroczny obrazek z Sopotu. Po wyjściu z dworca PKP od razu trafić można na informację turystyczną i... rower miejski. Oby tak przyjaźnie dla turysty było i w Olsztynie jak najszybciej!

ps. Ja oczywiście wezmę aktywny udział w akcji Gazety. Przecież nie jestem "zacofany" :).

Tańcząc z Węgrami na olsztyńskim bruku

sczachor

Lubię folklor, ale ten autentyczny, żywy, a nie ten zasuszony, "cepeliowski", sceniczno-urzędowy. Poza ciekawością jest dla mnie refleksją nad dziedziczeniem biologicznym i dziedziczeniem kulturowym, poszukiwaniem wzajemnych podobieństw. Tak jak biolog poprzez ślady w DNA odczytuje różne związki między gatunkami i procesami filogenetycznymi, tak i w folklorze dostrzec można różnorodne związki z historią szeroko rozumianą.

I jeszcze jedna reflekcja na marginesie Międzynarodowych Dni Folkloru Warmia. Do ożywienia (rewitalizacji) miejsc nie wystarczą piękne budynki i odnowione elewacje. Potrzebni są ludzie. Bo to autentyczność i oryginalność ludzi, których możemy spotkać, przyciąga do miejsc. Nie szata zdobi człowieka ale człowiek szatę - tak samo człowiek zdobi miejsca.

Kiedy wczoraj szedłem na Starówkę ulicą Okopową widziałem zniszczone (i nie naprawione) płyty chodnikowe. Co z tego, że z granitu (drogie), kiedy zniszczone przez parkujące samochody. Szedłem za grupą Niemców. I oni mieli trudności z przejściem. Taki widok odstrasza... a wszystko za sprawą parkujących samochodów, niszczą chodniki, uniemożliwiaja przejście, odstręczają spacerowiczów.

Jakże inaczej wygladał Targ Rybny. Ale wcale nie dlatego, że zastawiony był letnimy ogródkami. Nawet scena nie byłaby poprzebna, gdyby chcieli częściej przychodzić ludzie... i tworzyć, malować, śpiewać, tańczyć.

Wieczorem miał odbyć się koncert-pokaz grupy folklorystycznej z Węgier. Zaczęło się z dużym opóźnieniem. Ale Węgrzy mieli znakomitą koncepcję. Zamiast występować na scenie... wybrali bruk na Targu Rybnym. Członkowie zespołu wyszli i tańczyli... w zwykłych, współczesnych strojach. W dżinsach, koszulach w kratę i adidasach. Dopiero pod koniec dołączyły osoby w strojach folkowych. Była zabawa uliczna, piękna w swoim autentyzmie. Coś egzotycznego a jednoczesnie nie za szybą (jak na wystawie sklepowej, albo w muzeum).

Nowa Artyleryjska czyli dowód na nieistnienie pieszego (w Olsztynie)

sczachor

O tym, że piesi nie istnieją (przynajmniej w Olsztynie), przekonali mnie projektanci Nowej Artyleryjskiej. Pod koniec kwietnia wybrałem się z żoną na długi wiosenny spacer. Po wędrówce nad Łyną i oglądaniu nieistniejących parków: im. Korczaka, Parku Centralnego (podobno ma inwerstycja ruszyć), dotarłem pod zamek, by zobaczyć rozpoczętą inwestycję w Parku Nad Łyną. Pomęczyć się można, bo przecież jest nadzieja na polepszenie i wygodę. Przeszliśmy pod nowym mostem, chwaląc w duchu rozwiązanie, umożliwiające bezkolizyjne przemieszczanie się rowerzystów i pieszych.

Wracając  z Zatorza doszliśmy od Al. Wojska Polskiego do wiaduktu nad linią kolejową i lewą stroną ruszyliśmy w kierunku Dworca Zachodniego. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po kilkudziesięciu metrach chodnik się jakoś tak urwał (na zdjęciu wyżej), zupełnie bez powodu. 

Cztery kostki polbrukowe i granitowy krawężnik. Teoretycznie jedna osoba by się zmieściła. Ale barierka ochronna na to nie pozwala. Nawet jedna osoba się nie przeciśnie (niebezpiecznie ze względu na przejeżdżające samochody). Poszliśmy dalej, bowiem w tym czasie nie było jeszcze ruchu samochodowego. Ale jak ulica zostanie oddana, to pieszy musiałby się cofnąć, przejść na drugą stronę ulicy i dopiero dalej wędrować i za jakiś czas ponownie na tę stronę jezdni powrócić.

Dlaczego nie ma chodnika po tej stronie ulicy? Przecież miejsca jest dużo! Chyba dlatego, iż projektant uznał, że pieszych po prostu nie ma w Olsztynie. Więc po co chodnik, gdy pieszy to byt nieistniejący?

Błędu projektowego trudno będzie się pozbyć, bo o ile na dużym odcinku w prosty sposób można chodnik zrobić, to już brak miejsca na wiadukcie... Trzeba byłoby zrobić jakąś antresolkę.

Z jeszcze większym zdziwieniem zobaczyłem to, co było dalej. Nie było chodnika, mimo, że było miejsca dużo. Po co więc wycinano drzewa przy peronie na dworcu Olsztyn Zachodni? Bo przeszkadzały pustce? Teraz jest goło, ponuro i niefunkcjonalnie. Takie kononowiczowskie "nie będzie nic". Teraz po prostu widać, że drzewa wycięto zupełnie bez powodu.

Z jeszcze większym zdziwieniem zobaczyliśmy zaprojektowany przystanek (nieco dalej). Jest przystanek, ale brak chodnika z jednej i drugiej strony, brak nawet możliwości bezpośredniego przejścia na perony (co wydawałoby się logiczne). Przystanek łączy się ze światem poprzez przejście dla pieszych prowadzące na drugą stronę ulicy. Czyli jak wysiądę, to muszę przejść na drugą stronę, potem ponownie powrócić? Bo podziemne przejście od tej strony jezdni odgrodzone jest betonowym murkiem (fizycznie nie da się przejść). Przystanek, który przez brak chodnika z niczym nie łączy. Podobne rozwiązania spotkać można przy Kortowie, na Warszawskiej... Bo przystanki są dla autobusów, ale nie dla pieszych?

Dworzec jest w dużym stopniu odcięty od miasta. A wystarczyło tylko zrobić w tym miejscu (okolice zaprojektowanego przystanku autobusowego) schody i zejście, najpierw na przystanek i chodnik, a dalej, w kierunku rzeki Łyny, poprzez kolejne schody - byłoby wygodne zejście do bezkolizyjnego przejścia zarówno na Zatorze jak i Park Nad Łyną. Z punktu widzenia pieszego byłoby to rozwiązanie niezwykle funkcjonalne i wygodne. Ale widać pieszych w Olsztynie nie ma... Lub nie powinno być?

Pomysł młodych ludzi, aby Dworzec Zachodni nosił nazwę Olsztyn Stare Miasto jest mądry i dostrzegający potrzeby ludzi... pieszych. Tak niewiele trzeba, aby otworzyć się na świat i funkcjonalność. Trzeba tylko odrobimy wyobraźni w czasie projektowania...

Ciekaw jestem kto projektował w opisywanym fragmencie takie bezchodnikowe rozwiązania nie-dla-pieszych. Komu zabrakło wyobraźni i świadomości, że jednak człowiek porusza się głównie na własnych nogach? Po co wycinano piękne drzewa, dające cień na peronie i urok całemu miejscu? Teraz nie ma ani drzew, ani chodnika, ani niczego. Pan Kononowicz miał rację (nie będzie nic)?

O śmieciach w mieście, edukacji szkolnej i kształceniu ustawicznym

sczachor

Wiosenny obrazek z centrum miasta wojewódzkiego, w pobliżu ważnych urzędów... aleja z ławkami, koszami na śmieci, a tuż obok na trawniku sterty długo zalegających śmieci. To wstęp do rozważań o edukacji, kształceniu ustawicznym i pozaformalnym, oraz olsztyńskim uniwersytecie.

Zalegające śmieci są dyskomfortem. Rodzą negatywne odczucia. Ale ja skupię się na refleksji i próbie interpretacji. Zaśmiecenie centrum miasta w sąsiedztwie licznych koszy na śmieci, wskazuje na dość poważne problemy z funkcjonowaniem w mieście (objaw choroby i społecznych niedomagań). Ktoś czegoś nie umie. Po pierwsze ciekawe kto i czego, po drugie dlaczego. Z tego może wynikac trzecie: jak temu zaradzić.

Często z wyraźnym poczuciem wyższości odnosimy się do dawnego systemu kształcenia, wyśmiewając się z uczenia się na pamięć fragmentów książek. No bo po co wkuwać na pamięć to, co łatwo odczytać z książki? Jedyna korzyść, to ćwiczenie pamięci? No dobrze, ale czy my, w XXI wieku, jesteśmy mądrzejsi i efektywniejsi? Czy teraz, my bardziej profesjonalni i oświeceni, uczymy rzeczy potrzebnych?

Programy szkolne (od przedszkola po uniwersytet) przepełnione są treściami w dużym stopniu mało potrzebnymi. Wkuwanie dla samej zasady? Może w celach ćwiczenia pamięci lub zdolności budowania indywidualnego systemu wiedzy, indywidualnego obrazu świata? A co z umiejętnościami potrzebnymi w życiu społecznym i pozaszkolnym? Przecież szkoła powinna uczyć "do życia" a nie dla samej siebie? W systemie szkolnym, z tak przeładowanymi programami i wypełnionym czasem, nie uczymy rzeczy potrzebnych na codzień. Ot na przykład taniec - korzystamy z tej umiejętności przez całe życie, ale w szkole się tego nie można nauczyć - umiejętności niezwykle przydatnej w życiu społecznym. Braki spychają na margines, do kąta, wiele osób, przyczyniając się do ich osobistego dyskomfortu jak i niskiej jakości życia towarzysko-zawodowego.

Wracając do powyższego zdjęcia: jak wiele osób nie potrafi skorzystać ze zwykłego kosza na śmieci? Przecież to takie teoretycznie proste. Ale skutki braku tych prostych umiejętności są widoczne i denerwujące. Jak wiele jest w naszej edukacji luk i zapominania o kompetencjach społecznych, niezwykle ważnych dla normalnego funkcjonowania? Przykład z zaśmieceniem jest jednym z wielu.

Pora na próbę interpretacji. Problem z zaśmieceniem to w jakimś sensie problem z nadmierną konsumpcją i produkowaniem zbyt dużej liczby kłopotliwych odpadów. Czy w ogóle jest dostrzegany? Nie można zaradzić temu, czego się nie dostrzega. Po drugie to problem z kompetencjami i prostymi umiejętnościami, dotyczącymi recyklingu i higieny miejskiej. Można to nazwać w skrócie brakami "kultury osobistej", czyli brakiem umiejętności życia w społeczeństwie. Teoretycznie to bardzo proste umiejętności. Najwyraźniej jednak o czym ważnym zapominany w długim systemie edukacyjnym.

W końcu to (czyli obrazek ze śmieciami w centrum wojewódzkiego miasta) dowód na niewydolność systemu miejskiego, począwszy od urzędników zlecających sprzątanie, ogłaszanie przetargów i kontrolowanie wykonania. I na koniec braki w efektywnym działaniu konktretnych przedsiębiorstw. To braki w kompetencjach pracy zespołowej, kompetencjach służby publicznej, czytelności i przejrzystości funkcjonowania administracji, a także braki w umiejętnościach konsultacji społecznych. W zakresie wiedzy możemy odnosić to do braków w rozumieniu fukncjonowania ekosystemu miejskiego w szerokim sensie. Winne szkoły sprzed 20-30 lat?

Obrazek - jakże typowy wiosną - uwidacznia, że system edukacji (z komputerami, internetem, urzędami, kuratoriami itd.) nie uczy rzeczy ważnych, bo brakuje nam kompetencji społecznych.

Zacząc od najmłodszych? To się w "międzyczasie" zdemoralizują od starszych. Potrzebne jest od zaraz kształcenie ustawiczne i pozaformalne. Ustawiczne  - bo nakierowane na wszystkie pokolenia i wszystkie zawody. Pozaformalne - bo przecież nie skierujemy wszystkich pracujących na studia lub kursy podyplomowe. Najlepszym rozwiązaniem byłoby więc rozwijanie systemu kształcenia pozaformalnego i ustawicznego.

Zapewne w ciągu najbliższych dni właściwe służby posprzątają to i inne miejsca w mieście, o wielu innych zapominając. Może nawet objawy tej choroby w wielu miejscach uda się przypudrować. Ale jeśli nie zlikwidujemy przyczyny, to co wiosny (i nie tylko wiosny) będziemy narzekali na brudne i zaśmiecone miasto. Czy mamy kompetencje społeczne, aby dostrzec problem, poprawnie do zidentyfikować i usunąć przyczyny?

Zaśmiecone miasto w centrum - dla jednych to powód dla narzekań, dla innych to inspiracja na rozwój usług i "zrobienie interesu". Czy uniwersytet dostrzeże dla siebie szanse na innowacyjne formy kształcenia pozaformalnego i ustawicznego, zwłaszcza w obliczu niżu demograficznego? W sumie będzie to również test na kompetencje i wydolność tejże instytucji naszego miasta i regionu...

Jak drzewa w mieście sadzą

sczachor

Podróże kształcą. To prawda. Powyższe zdjęcie ze świątecznej podróży do Płocka. Kiedyś było to brzydkie i zaniedbane miasto, pełne asfaltu i brudnej "nowoczesności" rodem z epoki przemysłowej. Wielką dla mnie niespodzianką były nowoposadzone drzewa w wielu miejscach na płockich ulicach. A te białe fartuszki o ochrona przed solą. Bo nowe władze posadziły drzewa w ubytkach ulicznych jesienią. Wtedy jeszcze nie wiedziano, że zima będzie łagodna. Zadbali więc o wszystko, nawet o to, żeby zimowa sól nie przeszkadzała drzewom.

Władze zmieniły się przed rokiem. Dawne władze - mimo licznych inwerstycji - odeszły do wyborczego lamusa. Tak mówią miejscowi. Bo inwestycje to nie wszystko. Muszą być jeszcze to inwerstycje z sensem. A płocczanom widać zależy na urodzie miasta i ulicznych drzewach.

Morał? Jest i morał bardzo oczywisty. Do Płocka jechałem przez kilka małych miasteczek. W niektórych piękne parki w środku miasteczka zamienione zostały w gołe i betonowe place. Pornury widok. Ciekawe, kiedy i tam się władze zmienią?

Płockowi zazdroszczę wielu ulic w śródmieściu - takich zadrzewionych ulic nie ma już w Olsztynie. A kiedyś Olsztyn wydawał mi się zielonym miastem... Jeśli ktoś usilnie pyta się o morał z podróży (one ponoć kształcą - zarówno podróże jak i morały), to już wprost piszę: nawet w Polsce miasta mogą pięknieć a na śródmiejskich ulicach drzewa stają się dla mieszkańców ważniejsze niż miejsca do parkowania. No i to, że władze bywają zmieniane, jeśli nie rozumieją potrzeb współczesnego społeczeństwa. Nawet władza się zmienia, albo mądrzeje albo wyborcy ją zmieniają. Tak czy siak zmienia się na lepsze.

Betonowe trawniki w Olsztynie...

sczachor

Zachęcony tym, że Gazeta Wyborcza napisała, a Pan Prezydent Olsztyna Piotr Grzymowicz szybko zainterweniował w sprawie polbrukowej skarpy przy dworcu Olsztyn Zachodni, ośmielam się i ja pokazać miejsce do interwencji. Bo czy w Olsztynie mają być betonowe (polbrukowe) trawniki? Na zdjęciu fragment nowej Altyleryjskiej, przy wiadukcie i podziemnym przejściu dla pieszych przy Wojska Polskiego.

Szeroki (może z metr), pas odzielający dwa pasy ruchu.... wyłożony polbrukiem. Dalej widać, że na Wojska Polskiego też tak zrobią. A przecież w tym miejscu mógłby być zwykły trawnik. A nawet zieleń niska. Oto argumenty za zielonym trawnikiem, a przeciw betonowym powierzchniom.

1. Trawnik jest ładniejszy niż betonowa nawierzchnia, wyłożona polbrukiem. Przecież miasto dla mieszkańców to nie kolonia karna, ale miejsce, gdzie powinni dobrze się czuć. Zatem także i estetyka jest ważna Panie Prezydencie. Przecież już w tylu miejscach się poprawiło (pod względem estetycznym), więc ufam, że i władzom miasta zależy na estetyce. Może to miejsce przeoczono?

2. Polbrukowa nawierzchnia nie przepuszcza wody. Po deszczach woda zamiast wsiąkać w grunt będzie spływała po jezdni. Zamiast odnawiać wody gruntowe będzie obciążać system kanalizacji. W mieście mamy zbyt dużo nieprzepuszczalnych, asfaltowych i betonowych powierzchni. W sumie to coraz większe obciążenie kanalizacji, co przy intensywnych deszczach grozi coraz częstszymi podtopieniami. Warto zauważyć, że klimat się ociepla i w kolejnych latach będzie z intensywnymi opadami coraz trudniej sobie poradzić. Ale ważniejsze jest wsiąkanie wody w glebę i odnawianie wód gruntowcyh. Tegoroczna sucha jesień pokazała, że wody w Polsce mamy mało. Jeśli zbyt szybko odpłynie do Bałtyku, to mamy sytuację jak teraz, gdzie Wisłę można przejść w kaloszach. Zatem z dłuższej perspektywy ekologicznej lepiej żeby było jak najwięcej trawników a jak najmniej betonu. Droga musi być asfaltowa, to zrozumiałe. Ale już trawniki mogą być nie-betonowe. Wręcz powinny być normalne-trawnikowe. I owady, ślimaki, dżdżownice oraz ptaszki się ucieszą. A olsztynianie lubią przyrodę, więc też będą bardziej zadowoleni.

4. Jeśli w mieście będzie zbyt mało miejsc, gdzie woda wsiąka w grunt, a zbyt dużo asfaltu i betonu, to będą usychały drzewa w mieście. Podlewanie jest kosztowne. Po co więc płacić za coś, co można mieć za darmo?

5. Beton jest droższy niż zwykły trawnik. A więc to kolejny argument ekonomiczny. Oczywiście, utrzymanie całoroczne trawnika jest już droższe, bo trzeba ze dwa razy w roku kosić trawę. A gdyby tak jeszcze trochę krzaczków posadzić, to byłoby jeszcze piękniej.

6. Trawnik na pewno jest kłopotliwszy w utrzymaniu, ale jeśli liczyć wszystkie koszty krótko- i długoterminowe, to jest to lepsze rozwiązanie i sumarycznie tańsze. Produkcja betonu pochłania dużo energii, co dokłada się do emisji dwutlenku wegla (najpierw produkcja cementu, potem transport daleko ciężkich półproduktów). W rezultacie dokładamy się do negatywnych skutków ocieplenia klimatu: susze i gwałtowne opady, powodujące podtopienia.

7. Im więcej betonu tym wyższa temperatura w mieście - im więcej zieleni tym lepsze chłodzenie latem (transpiracja). Czy w mieście mamy czuć się podle? I uciekać z Olsztyna czy też mądrą gospodarką przestrzennną, zgodną z zasadmi ekorozwoju, tworzyć miasto przyjazne dla ludzi i o wysokiej jakości życia?

8. I jeszcze jeden argument związany z bezpieczeństwiem. Gdyby posadzic tam krzewy, to będzie jeszcze ładniej (tłumienie hałasu ulicznego) i przy okazji choć trochę zamortyzuje ewentualne kolizje, wynikające z wypadnięcia samochodu z pasu ruchu z wjechaniem na przeciwległy.

A to przykład (niżej) z Olsztyna, bardzo pozytywny. Parking utwardzony betonową kratownicą. Stabilny grunt dla samochodów i jednocześnie przepuszczalny dla wody, która wsiąka i zasila wody podziemne. I jeszcze trochę zieleni, zarówno przyjemne dla oka jak i ważne dla fotosyntezy. Czyli można, nawet w Olsztynie.

Powiązane tematy: drzewa w mieście, wsiąkanie wody, usychające drzewa na beton placach.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci