Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : ekosystem

Plac zabaw – kojec czy podwórkowe laboratorium ?

sczachor

10563042_10203596234379806_8171555717519565113_nPlac zabaw dla dzieci - jaki powinien być? Wyizolowany i zapewniający pełną kontrolę oraz bezpieczeństwo czy wkomponowany w przestrzeń miejską (wiejską)? Mamy za sobą ponad wiek dyskusji, eksperymentów, ogródków Jordanowskich, a zdaje się, że wróciliśmy do punktu wyjścia. Inspiracją do niniejszego tekstu są dwa zdjęcia z Olsztyna. Górne wykonane chyba rok temu w śródmieściu, wśród zabudowy z XIX wieku. Przestrzeń tak była zaplanowana, że nie było miejsca na place zabaw dla dzieci. Pozostawało podwórko. Teraz tę podwórkową przestrzeń najczęściej tarasują… samochody. A te dwie dziewczynki bawią się na chodniku przy bocznej uliczce. Tak jak 100-200 lat temu. Dolne zdjęcie pochodzi z nowego osiedla z apartamentami, koniec drugiej dekady XXI wieku. Niby profesjonalnie i kolorowo przygotowany plac zabaw, ale w kontekście otaczającej przestrzeni jest kuriozalnie rażący. W tym pierwszym przynajmniej dzieci nie są zamknięte w kojcu…, nie są wyizolowane. W tym drugim jest piaskownica, ławeczka (poza kojcem) dla rodzica by doglądał dziecko, a obok wylot wentylacji z parkingu podziemnego. W sumie jak mały wybieg dla psów…

Że bezpiecznie, bo dziecko nigdzie nie wybiegnie, nie wejdzie w pokrzywy, pies nie nasika do piaskownicy? Niby tak, ale jak się w tym bawić? Ryzyko jest wkomponowane w zabawę. To dziecięca wyobraźnia nawet z najbezpieczniejszych sprzętów może uczynić ryzykowną sytuację. Ponadto ryzyko jest elementem życia. Kiedyś trzeba się nauczyć samodzielności. Dzieci w kojcach i prowadzane na smyczy (są takie, w połączeniu z szelkami, jak dla pieska, czy kota, żeby nie uciekł) nie dorosną nigdy.

Zupełnie innym podejściem do placów zabaw są na przykład leśne przedszkola (kilka godzin na podwórku, w przyrodzie, niezależnie od pogody) czy warsztatownie miejskie, gdzie z rodzicem dzieciaki przychodzą pomajsterkować, bo są tam narzędzia, materiały, przestrzeń. Tak jak za naszych czasów szopa dziadka z gwoździami, młotkiem, piłą i innymi ostrymi, „groźnymi” przedmiotami. Dzieci same potrafią zorganizować sobie zabawę. Tak jak te dziewczynki na ulicznym chodniku.

Potrzebne są nam nowe ogródki Jordanowskie. Bo te współczesne niby kolorowe, plastikowo-metalowe place zabaw cofnęły nas w rozumieniu dzieci i dojrzewania. Co widać na wielu osiedlach miejskich i wiejskich. Pamiętacie naturalne place zabaw z kłodami drzew a nie plastikowe i metalowe?

podworkoiplac_zabaw

Przytłoczyła nas Iluzja tego, że jeśli coś jest specjalnie zrobione lub kupione, to jest lepsze. Profesjonalne. Widać to w placach zabaw jak i w urządzaniu zieleni miejskiej. Ma być widać, że coś się robiło: dużo hałasu i ingerencji - nawet jeśli wycina się drzewa by posadzić nowe (np. tuje), gdzie plantuje się naturalną zieleń by zasadzić trawnik, nieskazitelnie zielony, podlewany i często koszony. Sporo to kosztuje, więc „nie deptać zieleni”. Usiąść nie można – tylko popatrzeć?

Moim zdaniem – zarówno do projektowania placów zabaw jak i zieleni miejskiej - lepsza jest filozofia judo: wykorzystać siłę i aktywność „przeciwnika” czyli tego co już jest i dostosować (wykorzystać siłę przyrody i przestrzeni: naturalny wzrost roślin, naturalne ukształtowanie terenu). Wykorzystać samosiejki i to, że samo rośnie, a nie wygolić by zasadzić nowe, ze sklepu ogrodniczego (by było widać ingerencję, działanie, że nie za darmo się bierze pieniądze). Mniej widoczna ingerencja jest wyrazem mądrości i dojrzałości a nie „zaniedbania”. Bo ma być widać, że coś robiono? Czy nie lepiej, żeby kryterium był komfort i przyjemność? Zatem nie produkcja lecz podtrzymanie stanu (czy w domu ma być widać. Że ktoś sprzątał czy też ma być czysto?).

Proszę jeszcze raz spojrzeć na to dolne zdjęcie (wiem, że trudno ten plac zabaw zobaczyć, taki mały). Plac zabaw dla dzieci. Jak w klatce. A przecież tyle wspaniałej przestrzeni obok… ale zarezerwowanej na parking, chodnik (pewnie kredą dzieci nie mogą tam rysować), duża dzika zieleń tuż za siatką. Zamiast rewitalizować te mokradła i dostosować przyrodę, to się ją niszczy, osusza, zasypuje gruzem, by potem rozwinąć trawnik z rolki. I zakazać deptania….

Dzieci wychowywane wśród asfaltu i betonu cierpią na deficyt kontaktu z przyrodą. Tak twierdzą psycholodzy i pedagodzy. W pełni się z nimi zgadzam. Biolodzy czasem mówią, że ludzie wykazują biofilię – naturalną potrzebę kontaktu z przyrodą. Inaczej umierają.

Niedawno w Parku Centralny, przy okazji bardzo sympatycznego happeningu, poświęconego drzewom, miałem okazję wejść na drzewo. Co za radość, jak za dziecięcych lat. Jedno, porządne drzewo z wygodnymi gałęziami lepsze jest od kolorowego placu zabaw (tego z fotografii). I nie trzeba kupować, instalować. Wystarczy pozwolić wyrosnąć i nie obcinać gałęzi.

Drzewo na podwórku miejskim, na modernistycznym osiedlu, jest systematycznie przycinane. Obcinane są nisko rosnące gałęzie (tam gdzie pracownik sięgnie piłą, żeby pokazać, że coś "się robiło, dbało”). Nie można wejść na takie drzewo, a obcinane zbyt grube konary nie mają szansy się zabliźnić, drzewo atakowane jest przez grzyby i choruje. Powoli próchnieje i zamiera. Ciężko rosnąć w warunkach miejskich, zwłaszcza gdy jest się w taki dziwny sposób „pielęgnowane”. Służby za nasze pieniądze kaleczą drzewa i likwidują przestrzeń do kreatywnej zabawy.

W literaturze specjalistyczne pojawił się termin placemaking. Te obce słowo (w języku polskim jeszcze chyba nie stworzyliśmy własnego) to idea projektowania miejsc także jako projektowanie relacji międzyludzkich. Bo przestrzeń albo ułatwia albo utrudnia różnorodne relacje międzyludzkie. Dla mnie jako ekologa jest to oczywiste: to siedlisko (środowisko) kreuje biocenozy i interakcje międzygatunkowe. Tworzy dla nich podstawę, rusztowanie.

Żeby miejsce żyło, nie trzeba fajerwerków. Wystarczy dobrze zaprojektowana przestrzeń dla samoistnego nawiązywania się dobrych relacji międzyludzkich. Na przykład wystarczy inaczej ustawić ławki, by umożliwić siedzącym na nich ludziom rozmowę i kontakt (nie w jednej linii, ale naprzeciw lub prostopadle).

W moim mieście, Olsztynie, trwa od dłuższego czasu dyskusja na temat ożywiania zamierającej Starówki. A gdzie tam są miejsca do zabaw dla dzieci i młodzieży? Czasem, od wielkiego dzwonu, postawią na kilka dni karuzelę (w czasie jarmarku) albo dmuchaną brykalnię, albo duże planszowe gry. Tylko na obrzeżu starego miasta (w dawnej fosie), w pobliżu Łyny znajdują się dwa małe place zabaw. Tradycyjnie ogrodzone. Dzieci będą się z oczywistych względów nudzić. Jedna jaskółka wiosny społecznej nie czyni. Cały Targ Rybny (i kilka innych placyków) jest niewykorzystany pod tym względem. A gdyby dzieci miały co robić, to i rodzice byliby z nimi. Na dłużej. W parku przecież mogą być swoiste przyrodnicze warsztatownie (nie trzeba byłoby zakazywać dzieciom wchodzić do fontanny).

Na olsztyńskiej Starówce korzystamy z nielicznych animacji społecznych, głównie artystycznych, czasem pikników naukowych. A może park jako plac zabaw i laboratorium, całorocznie a nie tylko przy okazji jarmarku? Tak jak jest już np. przez Centrum nauki Kopernik (Ogród Odkrywców)?

Zamiast płotu lepsza byłaby zieleń, np. żywopłot. Nie tylko wydzielałaby przestrzeń ale sam byłby elementem zabawy. Fantazja dzieci jest ogromna.

Spoglądam za okno na ten osiedlowy plac zabaw na dolnym zdjęciu. Jak się przyjrzeć, to widać na nim czarną tablicę, do rysowania kredą. Ale ona jest czysta. Natomiast kilkanaście metrów dale widać dziecięce rysunki na uliczce i na parkingu. A może place zabaw zintegrowane z siłownią dla dorosłych, niech spędzają czas razem, w pobliżu, każdy w swojej aktywności. Razem, wielofunkcyjne a nie oddzielnie.

Teraz jest znacznie więcej miejsca na parking niż do zabawy dla dzieci (nie depcz trawników?, nie rysuj kredą po chodniku?, nie graj w piłkę?). Jak kojec dla psów. Samochód ważniejszy niż dziecko (własne), niż człowiek. Zachwianie wartości jest wyraźne. A obok obszerna przestrzeń zielona, gdzie można byłoby przeżywać przygody, bawić się w chowanego, poparzyć pokrzywą, zobaczyć ślimaka i biedronkę, usłyszeć żabę. Przestraszyć się pająka lub innym tajemniczym stworem. Wakacyjna przygoda w mieście. Teraz mamy miasto samochodów, w którym jesteśmy tylko dodatkiem i to zawadzającym.

Przyjazna przestrzeń publiczna buduje tożsamość. W Łodzi powstają na przykład parki kieszonkowe. W lukach po domach. Zamiast je zabudowywać, tworzą wielofunkcyjne małe parki, dla małych i dużych. Gdzie można usiąść i mieć kontakt z przyrodą. Lub z drugim człowiekiem. Nawet, jeśli jest cudzoziemcem lub imigrantem. Człowiekowi jest to potrzebne do życia. Komfortowego życia.

Najpierw trzeba wyobraźni i wiedzy o człowieku… i jego potrzebach, prawidłowościach rozwoju. Potem można projektować coś wygodnego. I zatrudniać podwórkowych, osiedlowych animatorów. Kiedyś byli to starsi koledzy i koleżanki, którzy wymyślali i inicjowali zabawy. Teraz, gdy dzieci na podwórku jest mniej, można przecież zatrudniać przygotowanych specjalistów. Lub wolontariuszy.

Proste prace fizyczne wykonują za nas maszyny.

A ja oczywiście w podwórkach i placach zabaw dla dzieci widzę znakomitą przestrzeń do edukacji pozaformalnej!

Światowy Dzień Mokradeł 2016

sczachor

DSCN3440Jak się chce, to zawsze świętować można. Okazję nie trudno znaleźć. Jak nie Dzień Chruścika czy Noc Biologów to na przykład Światowy Dzień Mokradeł. A po mokradłach (ang. wetlands) za chruścikami i włóczę się już ponad 30 lat. Zawodowo, nie wliczając przygód z dzieciństwa. Zacząłem od zimowego (chyba w styczniu lub lutym) wyjazdu do źródeł Łyny. Było to jeszcze w czasach studenckich, chyba w 1983 roku.

A co to są te mokradła i czy są ważne dla ludzi? Mokradła to tereny wodno-błotne, podmokłe, czyli takie ze zbiornikami wodnymi ale i okresowo zalewanymi wodą. W języku polskim mamy wiele słów, odnoszących się do pojęcia mokradła: teren podmokły, bagno, torfowisko, błoto, moczary, taplary, moczary, trzęsawisko, bajoro, grzęzawisko, biel (torwoisko), topiel, topielisko. Najogólniej są to obszary okresowo lub stale zabagnione, podtopione lub pokryte warstwą wody. Nie do końca termin ma ostre granice (tak jak chyba wszystko w przyrodzie) i do mokradeł zaliczane są płytkie jeziora, tereny źródliskowego, rzeki wraz z dolina itd. Mokradło to teren silnie uwilgotniony, zalany wodą lub okresowo zabagniony, o glebach mineralnych lub organicznych. Tereny podmokłe najłatwiej spotkać w obniżeniach terenu (grawitacja, przepuszczalność gruntu i woda robią swoje), w dolinach rzecznych, rynnach polodowcowych. Zgodnie z konwencją ramsarską za mokradło uznaje się obszar leżący na pograniczu środowiska wodnego i lądowego. Są to więc zarówno obszary podmokłe (bagna), jak i wszelkie wody śródlądowe (strumienie, potoki, jeziora, zbiorniki okresowe), a także najpłytsze przybrzeżne wody morskie. W czasie Dnia Mokradeł zwraca się także uwagę na łęki (obszary leśne okresowo zalewane wodą).

Dla zwrócenia uwagi na problem zniszczenia mokradeł oraz konieczności ich ochrony wymyślono Światowy Dzień Mokradeł. Jest powód by o mokradłach porozmawiać. I o chruścikach w nich żyjących. Mogę więc świętować. Każdy może. W ramach świętowania umieszczam właśnie wpis na blogu. A zdjęcie pochodzi z badań w Puszczy Białowieskiej. Na ten obszar warto zwrócić uwagę nie tylko przyrodników, bo Puszcza Białowieska jest naszym skarbem narodowym, dziedzictwem przyrodniczym a nie magazynem potencjalnych desek. Dodatkowo w maju wybieram się na Warsztaty Hydrobiologiczne, których tematem będą rzeki polihumusowe. Przedstawię tam wyniki moich badań nad chruścikami cieków Puszczy Białowieskiej.

Światowy Dzień Mokradeł zwany jest także Światowym Dniem Obszarów Wodno-Błotnych, Dniem Terenów Podmokłych czy Międzynarodowym Dniem Mokradeł (angielski termin jest prostszy World Wetland Day), obchodzone jest 2 lutego. Święto ma upamiętniać podpisanie konwencji ramsarskiej (2 lutego 1971 roku). Światowy Dzień Mokradeł obchodzony jest od 1997 roku. A jak komu mało to może obchodzić Światowy Tydzień Mokradeł. A że nie zawsze 2. lutego jest darta wygodną w tym roku to wtorek), to na przykład w tym roku Uniwersytet Warszawki Dzień Mokradeł obchodzi 31 stycznia.

W 2016 roku hasłem przewodnim Światowego Dnia Mokradeł jest: Wetlands for Our Future (ze sloganem: Sustainable Livelihoods, w Polsce: Mokradła w zrównoważonym rozwoju).

Zatem wiesz kiedy, wiesz na jaki temat, nie pozostaje nic innego jak dzień świąteczny przyrodniczo święcić. To już za tydzień.

Czy sysydlaczki są zwierzętami?

sczachor

 Na początku sysydlaczki były zwierzętami. Czyli wtedy, gdy bliski ale ukryty świat mikro został wreszcie dostrzeżony przez człowieka. Człowiek żył przez tysiąclecia obok sysydlaczków, ale dopiero w XVII wieku zobaczył je po raz pierwszy.

Wszystko przez Leeuvenhoeka, który skonstruował mikroskop i spojrzał, co żyje w kropli wody. Wtedy właśnie ludzkość odkryła świat maleńkich istot, jak się później okazało, zbudowanych tylko z jednej komórki. Jedna komórka a cały organizm. Te maleńkie żyjątka, niewidoczne gołym okiem, potraktowano jako prymitywne istoty o prostej budowie i nazwano je Protozoa czyli zwierzęta pierwotne, pierwotniaki.

W ślad za Leeuvenhoekiem inni przez coraz doskonalsze mikroskopy zaglądali w świat kropli wody, i wszystkiego innego. Odkryty został wielki ląd, niczym Ameryka, a mikroskopowi podróżnicy co i rusz odkrywali nowe istoty, gatunki, ba nawet całe królestwa. Nauka, która bada pierwotniaki to protozoologia. Jeszcze w nazwie pobrzmiewa „zoologia” (z przedrostkiem ale jednak) a już sysydlaczki i inne pierwotniaki … przestały być zwierzętami. Bo odkryto organizmy jednokomórkowe z chlorofilem, a więc potraktowano jako rośliny (glony). Potem odkryto bakterie, też jednokomórkowe ale całkiem inne. Kolejne królestwo (ba, carstwo) w świecie istot najmniejszych. Świat organizmów jednokomórkowych, eukartiotycznych (a więc nie licząc bakterii i archeonów, archeowców – bo i bakterie teraz nie są uważane za grupę jednolitą) to świat mocno zróżnicowany, gdzie są i autotrofy i saprotrofy i heterotrofy. Pełen ekosystem. Do tego różnorodność kształtów: wiciowce, pełzaki, słonecznice, sporowce i w końcu orzęski. A ponieważ odkryto endosymbiozę oraz inne formy horyzontalnego transferu genów, zrewidowano nie tylko samo drzewo filogenetyczne, ale nawet jego koncepcję. Mówi się wręcz o kręgu życia. Sieć powiązań i wymiany w tych pradawnych mikro-ekosystemach, co uniemożliwia rysowanie linearnych i dychotomicznie rozgałęziających się drzew życia. Na razie dotyczy to jedynie początków życia i jednokomórkowców, z których wyodrębniły się bakterie, archeowce (Archaea - wiem, wiem, w szkole o tym dawniej nie było… ale teraz jest, bo biologia jest najbardziej dynamicznie rozwijająca się nauką) i eukarionty. Trzy domeny życia. Systematyka tak się rozbudowała, że pierwotnych nazw: królestwa, klasy, rzędy, rodziny) dawno już zabrakło. Pojawiają się więc nowe, dodatkowe.

Ale wróćmy do pierwotniaków, nazwy, która już nie oznacza pierwotnych zwierząt. Ale nazwa dyscypliny naukowej pozostała. Trzy stulecia zaglądania przez coraz doskonalsze mikroskopy (także elektronowe) oraz rozwój biologii molekularnej i badanie genów, sprawiło, że z dawnej grupy Protozoa (w opozycji do Metazoa) wyodrębniono pięć osobnych linii filogenetycznych. Jest jeszcze sporo znaków zapytania, więc proszę się zbytnio nie przyzwyczajać do podziału, który niżej podaję. Kolejne odkrycia mogą i ten schemat zmienić.

Po pierwsze są więc Excavata i należą tu jednokomórkowce pasożytnicze, drapieżne i fotosyntetyzujące (eugleniny, znane z podręczników szkolnych). Druga grupa to Chromalveolata (że dziwne te nazwy? Jakoś nazwać trzeba, bo świat życia bogatszy niż nasz język) – tu należą sysydlaczkowe orzęski, ale w towarzystwie fotosyntetyzujących okrzemek czy brunatnic. Są i pasożytnicze zarodźce (w tym ten od malarii). Trzecią grupą „pierwotniaków” są Rhizaria – gatunki ameb, z których większość ma pseudopodia (nibynóżki) w kształcie nitek. Czwarta jest Archaeplastida, gdzie znajdują się krasnorosty, ramienice i zielenica oraz wywodzą się rośliny zielone (te jakie znamy na co dzień). W zasadzie rośliny naczyniowe to wielokomórkowe Archaeplastida. Obraz zupełnie inny, niż pamiętamy ze szkoły. A nie pisałem już, że biologia to najdynamiczniejsza nauka w ostatnim stuleciu? Jest i piąta grupa – Unikonta, grupa eukariontów, do której należą ameby o płatowych lub rurkowanych nibynóżkach (pseudopodiach) a także… zwierzęta i grzyby.

Widać więc wyraźnie, że świat jednokomórkowców jest ogromnie zróżnicowany. A świat nie dzieli się już na jednokomórkowce i wielokomórkowce, ale na inne, filogenetyczne grupy (nazwy nam wydają się obce i nieznane, ale nasze wnuki do nich przywykną). Sysydlaczki, jako orzeski, znajdują się w jednej z nich (Chromalveolata), równie daleko od innych „zwierząt pierwotnych” co i od roślin naczyniowych czy zwierząt. Ogromną różnorodność świata żywego nazywać musimy na nowo, by uwzględnić wiedzę, jaką o życiu już zdobyliśmy. Biolodzy są jak Adam, co zobaczą – to nadają nazwę. W życiu codziennym zwierzętami będą jedynie… ssaki (a ptaki, to ptaki, owady to owady). W każdym razie sysydlaczki nie są zwierzętami w sensie systematycznym i biologicznym. Kiedyś były ale teraz już nie są. Nie są nawet zwierzętami pierwotnymi mimo, że ich badaniem zajmuje się protozoologia.

 zobacz też: Sysydlaczki z Krainy Tysiąca Jezior 

Na fotografii u góry sysydlaczki, fot. Damián H. Zanette, Wikimedia Commons.

Systematyka za: Biologia (Campbell i inni), Rebis, 2012, Rozdział 28 "pierwotniaki"

Warmińskie krajobrazy czyli chwasty i robale w barczewskiej synagodze

sczachor

Są różne sposoby organizowania spotkań z referatami, wykładami, prelekcjami czy dyskusjami panelowymi. Czasem na takich spotkaniach więcej jest rytuału niż treści. Na oficjalnym spotkaniu trzeba mówić. Cisza jest przestępstwem. Cisza niepokoi. Trzeba ją zabić gadaniną. Czasem jest więc to gadanie dla wypełniania pustki. Ma być mównica, stóp prezydialny, laptop, rzutnik multimedialny i ekran. Czasem nie bardzo wiadomo po co, ale jest. Bo taki jest rytuał. Naśladujemy formę a nie treść.

Dlatego w ostatnim czasie poszukuję czegoś innego. Aby stworzyć dobre warunki do autentycznej dyskusji a nie naśladować pusty rytuał. Cudnie się dyskutuje o historii, filozofii czy ekologii przy… lepieniu garnków. Albo malowaniu starych butelek. Sytuacja jest taka, że nie ma prezydium, nie ma ważnej i najważniejszej osoby, nie ma rzutnika i ekranu. Są ludzie przy stole. I coś robią. Dogodna sytuacja do rzeczywistego dialogu, bez tremy, bez obawy. Cisza nie boli, nie trzeba jej mordować czczą paplaniną. Nie trzeba się spinać na uczoną mowę. Liczy się treść a nie forma.

Dlatego właśnie zapraszam na warsztaty z malowania na szkle, ale i nie tylko. W Barczewie, w Galerii Synagoga. Można dołączyć o dowolnej porze. Będzie to dopiero 4. września (2014 r.) ale już teraz można dołączyć z przygotowaniami i przemyśleniami na Facebooku: https://www.facebook.com/events/609829592466724/

Dla każdego jest miejsce, choćby nie umiał malować lub czuł, że "nie ma talentu". Bo najważniejsze jest spotkanie i dialog. Otwarcie na słuchani i poznanie. Jak i chęć opowiedzenia swoich historii, przemyśleć, postawienie pytań. Malowanie jest tworzeniem jedynie dogodnej sytuacji. Prócz malowania będzie (wcześniejsze) pieczenie ciasta, robienie nalewek i konfitur, robienie kanapek, rozmowy, śpiewanie, a nawet tańce, jak kogoś najdzie ochota. Śpiew, opowieść, taniec są formami dialogu, formami komunikacji. Wyrażają nie tylko treść ale i emocje.

Chwasty i robale to określenia pejoratywne, związane z patrzeniem na szybki zysk i korzyść indywidualną. Bo „chwasty” i „robale” są zbędne, pozornie zawadzają, szkodzą, zabierają przestrzeń życiową. Więc je wyplewić, rozdeptać, usunąć, ziemię oczyścić. Podobnie traktujemy ludzi, całe społeczności i kultury: usunąć, oczyścić…. Aluzja jest zamierzona. Podobieństwa między ekosystemem a społecznością nie są przypadkowe. Są dyskretne i nie nachalne. Kto chce, ten dostrzeże. 

Gdy usuwane są "chwasty", to i w ekologicznym i społecznym aspekcie to wielka strata… niezbędnej i ożywczej różnorodności. Pola bez "chwastów" jałowieją, kultury bez „robali” usychają… Utrata bioróżnorodności w skali ekosystemu, krajobrazu czy biosfery kończy się klęskami ekologicznym, biedą i upadkiem cywilizacyjnym (przykładów w historii aż nadto). Dlatego tak dużo wysiłku ludzkość czyni by chronić bioróżnorodność. Trwa międzynarodowa Dekada Bioróżnorodności (2011-2020), proklamowana przez ONZ.

Obiektywnie rzecz ujmując nie ma "chwastów", "szkodników" i robali, jest bogactwo roślin i owadów. Bogactwo ekosystemów. Bo te chwasty i robale mogą być podstawą rozwoju regionalnego, opartego o szeroko rozumianą biogospodarkę. Różnorodność biologiczna jest bogactwem naszego regionu, odkrywanym i kreowanym dziedzictwem, a jednocześnie markowym produktem turystycznym. Może być, jeśli to wspólnie odkryjemy. Na przykład na Warmii, na przykład w Barczewie.

Malowanie na szkle jest okazją do rozmów w przestrzeni publicznej i do głębszych przemyśleń. Sztuka łączy się z nauką, humanistyka z biologią a rozważania teoretyczne z praktycznym zastosowaniem. To jest tworzenie klimatu slow life i cittaslow (zasadnicza i gruntowna zmiana filozofii życia). Malowanie na szkle jest relaksem ale jest i próbą uchwycenia dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego regionu.

Nauka i sztuka zachwyca się światem, każda na swój sposób i w odmiennej formie. Podstawowym surowcem w tym malowaniu są odpady cywilizacji nadmiernej i szybkiej konsumpcji (stare butelki, słoiki, gąsiorki do wina). Recykling rzeczy i znaczeń to promocja postaw przyjaznych środowisku i ludziom.

Nauka jest ważną częścią kultury. Wyjaśnianie złożonej rzeczywistości wymaga wytrwałości. Malowanie na szkle także. Ludzie dzielą się wiedzą (ale i sztuką, miłością) nie tylko ze względu na korzyści finansowe, lecz coraz częściej po to, żeby uczynić świat miejscem lepszym do życia. Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki: jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań.

No więc rozejrzyj się, poszukaj w piwnicy, na strychu, śmietniku lub w lesie, przy drodze czy jeziorze jakiejś butelki czy słoika. Może być kamyk lub muszla rodzimego mięczaka. Umyj, zdejmij etykietę i wraz z historią przynieś.

Żeby nam się lepiej pracowało, to można przynieść własne ciasto upieczone, lub kanapki zrobione, lub ziółka zebrane na herbatkę lub nalewkę do pokosztowania lub wino domowe, może słoiczek powideł do zjedzenia z chlebem, albo ogórki kiszone. Albo co tam kto ma (chleb samodzielnie upieczony lub opowieść ze świata dalekiego). Już teraz rozejrzyj się za chwastami polnymi, leśnymi, nadwodnymi. Zrób zdjęcie i postaraj się rozpoznać gatunek. Zdjęcie będzie inspiracją do malowania. Podobnie z owadami. A może uda się coś więcej o nich dowiedzieć? O ich kulturowym i przyrodniczym znaczeniu. Może cos o usługach ekostystemowych?

Będziemy rozmawiać jak by łuskaniu fasoli, darciu pierza, międleniu lnu czy kiszeniu kapusty. Będziemy opowiadać, by mówiąc o szczególe, tak jak w chasydzkiej opowieści powiedzieć o sprawach ważnych, ogólnych, uniwersalnych. O przyrodzie, o kulturze o ludziach. O lokalnej tożsamości, o poczuciu wrastania w lokalność.

Kiedyś ludzie przy pracy śpiewali. Może i nam się uda. Opowiadali historie. Będziemy opowiadali. Ba, nawet tańczono. A wspólnie namalujemy bioróżnorodność warmińskich krajobrazów, chwasty przydrożne, owady wszelakie i inne żywe stworzenia z naszej krainy.

Ale z pewnością wydarzy się coś głębszego, mniej uchwytnego. To trzeba poczuć i przeżyć. Nie ma rzeczy niepotrzebnych, nie ma ludzi zbędnych. Trzeba tylko zobaczyć ten istotny kontekst. Kontekst zmienia wiele.

Tajemniczy, nagi pogromca karmy dla kotów z Parku Centralnego. Czy da się go zjeść?

sczachor

Ośliniony przybysz, grasujący w Parku Centralnym w Olsztynie. W sam raz na wakacyjny sezon ogórkowy. Pierwszy raz widziałem bohatera niniejszego wpisu w  rzeczonym parku w 2011 roku, w czasie wycieczki. W tym roku widzę go masowo na drodze do pracy w okolicy dawnego jeziora Płuciduga Mała. Liczniejszy jest od innych ślimaków, i od ślimaka gajowego i od winniczka.

Kim jest – nie wiadomo. Można tylko się domyślać. Na pewno to ślinik. Taki ślimak. Nagi bo bez muszli. Czyli wszystko co trzeba dla ekshibicjonisty w miejskim parku. I jak napisała czytelniczka na moim blogu, w komentarzach „Może komuś takie ślimaki potrzebne? Mam ich od groma i nie wiem co z nimi zrobić ...obgryzają kwiatki, jedzą karmę dla kotów.” Ktoś inny szybko dopisał „Podobno skupują je laboratoria bo wydzielina używana jest do kremów, wyczytałam, że płacą za 1 kg 2 zł 50 gr”. Czyli można się pozbyć i jeszcze zarobić.

Pomarańczowe ślimaki sieją spustoszenie w ogródkach i panikę wśród działkowców, zjadają zwłaszcza kiełkujące rośliny. Wyjadają nawet z miski karmę dla kotów. W tym roku pojawiły się i na moim osiedlu. Wyglądają na ślinika luzytańskiego ale może to być także ślinik wielki. Oba gatunki są do siebie bardzo podobne a pewnie odróżnić je można tylko po cechach anatomicznych.

Podobno śluz ślimaków wykorzystuje się do różnych kosmetycznych preparatów. W tym roku, ze względu na ochronę przetrzebionej populacji ślimaka winniczka, w naszym regionie zakazany jest (na rok) zbiór tegoż gatunku. Może więc przemysłowe zainteresowanie znajdzie ślinik? I da podwaliny dla lokalnej biogospodarki? Już nie jako karma ale bioprodukt. A może nawet ktoś wpadnie na lokalne SPA z pilingiem i maseczką śluzową?

Zacznijmy od gatunku inwazyjnego, ślinika luzytańskiego (Arion lusitanicus lub Arion vulgaris – nawet biolodzy-taksonomowie nie są jednego zdania co to tego ślimaka). Należy do rodziny ślinikowatych (Arionidae). To ślimak lądowym, bezmuszlowy (nagi) należący do ślimaków płucodysznych. Należy do tzw. kompleksu ARVC (od pierwszych liter nazw gatunkowych tych ślimaków), obejmującego trudne w identyfikacji, podobne do siebie morfologicznie gatunki: Arion rufus (ślinik wielki, o nim nieco dalej będzie) A. ater, A. vulgaris i A. lusitanicus. Trudno będzie więc jednoznacznie ustalić co za gatunek czynni nam szkody.

Jak znalazłem w opisie gatunku na Wikipedii, A. lusitanicus jest endemitem Półwyspu Iberyjskiego, a gatunkiem inwazyjnym w Europie jest pochodzący z zachodniej Francji A. vulgaris. Takie stanowisko nie jest wśród malakologów (biologów, zajmujących się mięczakami) powszechne. Wszystko przez to, że duża jest zmienność genetyczna tego gatunku (gatunków). Spory więc trwają o to jak potraktować tę zmienność i jak ewentualnie wydzielić granice między taksonami. Taki trochę scholastyczny spór ile diabłów zmieści się na łebku od szpilki. Paradygmat genetyczny mocno nami zawładnął, a tymczasem ślimaki zjadają rośliny w ogródku. Duża zmienność genetyczna typowa jest dla gatunków inwazyjnych, jak i ich zdolność do hybrydyzacji międzygatunkowej. Zostawmy jednak te dywagacje biologom (naukowcom).

Dorosły ślinik luzytański mierzy od 7 do 15 cm długości, ubarwiony jest w kolorze pastelowo pomarańczowym z lekko szarawo ubarwioną głową i czułkami. Jest wszystkożerny (taki to nadaje się na męża bo nie wybrzydza przy obiedzie). Zjada głównie rośliny ale skorzysta także z drobnej padliny czy martwej materii organicznej. Cechą sprzyjającą inwazyjności jest także jego hermafrodyczności (obupłciowość). Możnaby powiedzieć – nawiązując do popkultury – że jest bardzo gender. Jeden osobnik może złożyć w ciągu roku do 450 jaj. Dojrzałość płciową osiąga po roku a jaja składane są jesienią. Jak podaje literatura, większość osobników ginie zaraz po złożeniu jaj. Mała to dla nas pociecha, bo potomstwo jest liczne.

Ślimaki rozpoczynają kopulację po osiągnięciu dojrzałości płciowej (czyli w wieku 5-8 miesięcy), tj. w trzeciej dekadzie lipca. Temperatura poniżej 10°C ogranicza kopulację, a obniżenie do 5°C całkowicie ją uniemożliwia. Ocieplenie klimatu sprzyja rozprzestrzenianiu się tego gatunku. Po złożeniu jaj większość osobników ginie, reszta zimuje i ginie dopiero wiosną następnego roku.

Po miesiącu od złożenia jaj wylegają się młode – gdzieś w okresie września. Z jaj złożonych później młode osobniki wylęgają się dopiero wiosną następnego roku. Największe zagęszczenie dorosłych osobników przypada na pierwszą połowę sierpnia i utrzymuje się do końca września i połowy października.

Dlaczego ptaki ich nie jedzą? Albo ropuchy? Jaskrawy kolor wskazuje, że chyba ślinik jest niesmaczny. Trochę czasu minie, zanim pojawi się wyspecjalizowany drapieżnik, ograniczający liczebność śliników.

Najprawdopodobniej ślinik luzytański został rozwleczony z materiałem roślinnym lub różnymi odpadkami. W Europie jest gatunkiem inwazyjnym. Dotarł do Islandii i Skandynawii. Sam się na pewno tam nie przedostał, raczej jako pasażer na gapę. Przewozimy w czasie podróży dużo gatunków, część z nich potrafi się zaaklimatyzować i potem sprawiać duży kłopot. Na przykład cuchnący grzyb – okratek australijski – dostał się do Europy w czasie pierwszej wojny światowej na bucie jednego z żołnierzy z Australii.

Wróćmy do ślinika luzytańskiego. W Polsce po raz pierwszy odnotowany został w 1993 roku. Może był i wcześniej, tylko świat naukowy o tym jeszcze nie wiedział. Jest zaliczany do 100 najbardziej inwazyjnych gatunków w Europie. Dotarł także do USA. Biolodzy (taksonomowie) spierać się będą o jego pozycję taksonomiczna a on w tym czasie podbija świat, jako szkodnik ogrodów i pól uprawnych oraz roznosiciel patogenów roślin.

Ale w Polsce występuje także ślinik wielki (Arion rufus), bezmuszlowy (nagi) ślimak lądowy, gatunek synantropijny na Warmii i Mazurach. Zmienny w ubarwieniu, od czarnego do rudego. Dawniej formy barwne uważane były za osobne gatunki. Ślinik wielki, jak sama nazwa wskazuje, to największy krajowy ślinik, długość 10-15 cm, szerokości do 2 cm, zmienny w ubarwieniu, od czarnego do rudego. Kolor związany jest z obecnością w skórze ślimaka dwóch pigmentów: melaniny (czarny kolor) i rufiny (czerwono-rudy). Zawartość tych barwnik uwarunkowana jest genetycznie oraz ekologicznie. Można spotkać osobniki czarne, czerwone, pomarańczowe, rude a czasami nawet żółte. Osobniki młode są jaśniej ubarwione. Dawniej opisywany jako dwa równe gatunki, różniące się ubarwieniem (Arion rufus i Arion ater). W Polsce spotyka się obie formy ubarwienia.

Jest to ślimak wszystkożerny, zjada rośliny, padlinę drobnych bezkręgowców, kał kręgowców. Spotkać go można latem i wczesną jesienią (osobniki dorosłe). W Polsce do niedawna występował jedynie na zachodzie kraju. Ale w ostatnich latach zaczął się pojawiać – jako gatunek synantropijny – także i w innych regionach. Podobnie jak niezwykle do niego podobny ślinik luzytański może opanowywać tereny poddane antropopresji. Żyje na mokrych łąkach przy zbiornikach wodnych. Spotkać go można w lasach różnych typów, w zaroślach, mad zbiornikami wodnymi, na torfowiskach. W ostatnich latach stał się gatunkiem synantropijnym, spotykanym na cmentarzach, ogrodach, parkach. Zazwyczaj występuje masowo i może wyrządzać szkody.

Zewnętrznie nie jest do odróżnienia od ślinika luzytańskiego (Arion lusitanicus) – rozróżnić można tylko po narządach wewnętrznych. Ślinik luzytańki jest gatunkiem w Polsce synantropijnym i obcym (inwazyjnym). Pojawia się w uprawach polnych i ogrodowych, gdzie może być uciążliwym szkodnikiem. Tak czy siak pomarańczowy ślimak u nas jest gatunkiem inwazyjnym, czy to ślinik wielki czy ślinik luzytański.

A jak zwalczać? Ślimaki lubią wilgoć i deszczową pogodę. Ograniczać liczebność populacji śliników mogą pasożytnicze nicienie (wchodzą w skład biologicznych preparatów antyślinikowych, zawierają nicienie z gatunku Phasomorhabditis hermaphrodita, są niezwykle skuteczne i działają selektywnie, są całkowicie niegroźne dla człowieka), pasożytnicze i drapieżne owady (niektóre chrząszcze i muchówki), duże drapieżniki takie jak żaby i ropuchy, jaszczurki, niektóre ptaki, ssaki (jeże, krety). Warto zatem zadbać o „naturalnych wrogów”. Być może dlatego łatwiej rozprzestrzeniają się te ślimaki w środowiskach ruderalnych, gdzie dziko żyjących amatorów ślimaków jest mniej.

Z braku drapieżników trzeba samemu zbierać śliniki, najlepiej rano lub wieczorem, a w czasie wilgotnej pogody także w ciągu dnia (tylko co z nimi potem zrobić? Zjeść czy sprzedać?). Tak jak kiedyś zbieraliśmy stonkę do butelek. Profilaktyka jest najlepsza – kontrolować zanim pojawią się w dużej liczbie. Można posiłkować się różnego typu pułapkami (deski, kuwety, kawałki folii pod którymi kładziemy resztki roślinne a nawet wylewamy ... piwo). Pod takich schronieniami, dogodnymi dla śliników, łatwiej jest je znaleźć i wyzbierać.

Wśród ogrodników poleca się osuszanie terenów wokół upraw, wykaszanie rowów i usuwanie naturalnych kryjówek. Warto także sprawdzać rośliny, które się kupuje i przynosi do ogródka, by nie zawlec pasażerów na gapę. Są także środki chemiczne (moluskocydy). Ale nie polecam.

Ślimaki szybko nie biegają, można je wyłapać. Albo zaakceptować i czekać na ekosystemowe procesy regulacyjne. Przecież komuś muszą w końcu posmakować.

Hmmm, a może da się z nich zrobić jakieś wakacyjne danie? Czy ktoś już próbował gastronomicznie wykorzystać ślinika wielkiego lub luzytańskiego?

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci