Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : prowincja

Cittaslow. Dlatego maluję słoiki i butelki.

sczachor

butelka_z_reszlaSkończył się zimowy relaks z malowaniem butelek i słoików (rozpoczynają się zajęcia w kolejnym semestrze). Przy malowaniu odpoczywałem i rozmyślałem. Teraz mam co rozdawać. Dzisiaj trzy słoiczki z owadami trafiły w ręce Francuzów, przebywających na uczelni, a wieczorem niedźwiedziówka trafi do rąk Krzysztofa Łozińskiego. Słoiczki mają charakter użytkowy, jako kuchenne lub niekuchenne pojemniki na przyprawy lub drobiazgi. Albo dobre myśli (tak symbolicznie).

Malowane słoiczki i butelki, które ułatwiają rozmowę, są zagajeniem. I drobnym, rękodzielniczym prezentem. Niepotrzebne nikomu opakowania po konsumpcyjnej zawartości. Nic, tylko wyrzucić do śmieci. Nie wyrzucam. Nie jestem w stanie pomalować wszystkiego, co sam w konsumpcji produkuję. A do tego zbieram jeszcze te, wyrzucone przez innych, do lasu, do jeziora. Zbierając czynię świat piękiejszym, a dla bezkręgowców bezpieczniejszym. Szukanie sensu w niepotrzebnym. Z pozoru niepotrzebnym i zbędnym. Ba, czasem zawadzającym.

Nie sprzedaję swoich malowideł na szkle. Rozdaję... lub przekazuję na aukcje w szlachetnym celu. Waluta wymienialna za życzliwy uśmiech, przyjaźń lub dobre uczynki. Czasem zostawiam w urokliwych miejscach. Lepsze to niż pisanie na ścianie "tu byłem"...

Po raz kolejny czuję się w obowiązku wytłumaczyć, dlaczego maluję stare butelki i słoiki. Jestem biologiem i ekologiem, pracuję na Wydziale Biologii i Biotechnologii. Butelki i słoiki maluję od dawna. Inspiracją jest rodzima przyroda z warmińskiego i mazurskiego krajobrazu (a w tle recykling i reusing oraz spotkania międzyludzkie w nowej rzeczywistości i przestrzeni miejskiej). Maluję także polne kamienie i stare dachówki. Sztuka łączy, zarówno w czasie malowania w postaci spontanicznych plenerów w parkach i na trawniku, jak i w czasie wernisażu (spotykamy się, bo jest okazja… a jak już jesteśmy razem… to rozmawiamy). Załączona ilustracja pochodzi z pleneru w Reszlu (lato 2017). Malowałem w kawiarni. Butelka już tam została. Teraz planujemy (Artystyczna Rezerwa Twórcza) zorganizować plener letni w Barczewie. To będzie kolejny plener i spotkanie w cittaslow. Można się spotkać z ludźmi i rozmawiać, także o przyrodzie, o etnografii i otaczających nas krajobrazach. I o ewolucji człowieka w trzeciej rewolucji technologicznej.

Każdy człowiek potrzebuje choć odrobiny filozofii, wiedzy i odrobiny sztuki. Bo potrzebuje sensu i piękna. Każdy człowiek jest twórcą, nawet lepiąc pierogi czy sprzątając mieszkanie. A przynajmniej chce być twórcą. Wybieram proste formy i tani materiał, który znaleźć można wszędzie. Przy wspólnym malowaniu mówić można ale nie trzeba. Ciszy nie trzeba zabijać słowem. Można milczeć. Słów jest zbyt dużo. Mało kto ich słucha. A niektóre są takie mądre, że nawet mówiący ich nie rozumie... Milczenie jest więc ulgą.

Przy malowaniu spotykam się z ludźmi, by w prostej czynności przywracać sens i znaczenie rzeczom pozornie bezwartościowym. I ludziom. Nie tylko słowem przekazujemy treści. Wspólne malowanie to jest slow science na prowincji (oprócz nadmiaru śmieci czyli pustych już opakowań cierpimy w nauce na nadmiar zbędnej i pustej treści – wyrabianie normy i punktów – niedawno przeczytałem propozycję, by ograniczyć liczbę publikacji: mniej a lepiej).

Dla niektórych słowo prowincja, podwórko stygmatyzuje i ośmiesza. Jest czymś wstydliwym. Dla niego podwórko ma sens jako sposób pełniejszego bycia ze sobą bez zbytniego nadęcia i dworskiej oficjalności. To to styl życia, związanego z lokalnością i z trzecią rewolucją technologiczną. A na podwórku zawsze znajdą się kamienie. Albo butelki, na strychu słoiki a pod płotem stare dachówki. 

Tym razem malowałem sam, w zaciszu domowym. Myślami jednak byłem wśród ludzi. Myślałem o spotkaniach i wręczaniu szklanych prezentów. Ekonomia dzielenie się. Wiosną planuję pomalować trochę dachówek. Dwie przywiozłem specjalnie na tę okazję z Francji. Wędrują, jak idee – z miejsca na miejsce. A przy okazji kumulują w sobie treść i historie. Warto je opowiedzieć.

Naukowiec malujący stare butelki może się wydawać niepoważny. Dlatego wyjaśniam po raz kolejny,. Dlaczego. Dlaczego maluję. 

O wiciu wianków, nauczycielach i świętojańskim budowaniu więzi

sczachor

tatarkaW noc świętojańską, pełną ludowej magii i wróżb, Ksenia plecie wianek z polnych kwiatów i ziół, by rzucić go w nurt Biebrzy i poznać odpowiedzi na zapisane w sercu pytania.” (Renata Kosin, „Tatarka”) I ja w noc świętojańską będę coś plótł (opowiadał) i puszczał (uwalniał). Może wianek też uplotę. Wybieram się do Wójtowa na piknik wiejski i uroczyste otwarcie Wymiennikowni Książek.

W dwóch starych budkach telefonicznych zlokalizowane zostaną wiejskie bookcrossingowe biblioteczki. I ja kilka książek zawiozę i uwolnię - puszczę w dalszy obieg, jak opowieść. Prawie jak puszczanie wianka na wodzie. I nie w celu wróżby ale w celu tworzenia więzi społecznych. Bo przecież i taki był wymiar zabaw świętojańskich, mniej lub bardziej magicznych. Przede wszystkim integrowały społeczność lokalną.

Pojadę do Wójtowa by uczestniczyć w zabawach oraz przeczytać (opowiedzieć) bajkę o żabie moczarowej w formie kamishibai. Ale będzie także improwizowana opowieść o Ćmie Wójtowskiej (ciem-na strona wójtowa czyli napójka łąkowa i inne zawisaki). I mocne nawiązanie do starosłowiańskiej etnografii (pochodzenie słowa ćma, wyobrażenia duszy ludzkiej, demon Ćmok). Czyli jeszcze jeden element nawiązujący do Kupały (palinocki, kupalnocki). Muzyka, taniec, opowieści i wierzenia – bardzo mocne nawiązanie do hipotez Dunbara na temat ewolucji człowieka i „niecielesnego” iskania się jako budowania więzi. Przeczytałem „Człowiek – biografia” i jestem mocno zainspirowany. Warto sprawdzić eksperymentalnie. I o tym z innymi podyskutowiać.

Zamieszczona ilustracja i cytat to nawiązanie do książki Renaty Kosin „Tatarka” Właśnie kupiłem i czytam. Wreszcie znalazłem trochę czasu na tę książkę. Znalazłem tam wielce sympatyczne podziękowanie, za inspirację do małego fragmentu o maści czarownic. Autorkę poznałem osobiście w czasie Europejskiej Nocy Naukowców, przyszła na wykład o maści czarownic i Wimlnadii. Upowszechnianie wiedzy i pikniki naukowe mają więc głębszy sens.

To nie jest pierwsze wykorzystanie inspiracji moimi tekstami w literaturze. Wcześniej w swoich książkach podziękowania zamieszczała Katarzyna Enerlich. A na przystankach elementy entomologiczne, inspirowane opowieściami o owadach, zamieszczała Anna Wojszel. Ogromnie cieszy mnie, że trafia to do regionalnej twórczości i lokalnych działań artystycznych. Namacalne dostrzeganie wywierania pozytywnego wpływu. Budujące potwierdzenie, że ktoś czyta moje pisanie na blogu… Czyta i dobrze wykorzystuje. Bo taka jest kultura – nieustanny przepływ i przetwarzanie, adaptowanie.

Koniec roku szkolnego skłania do jeszcze innych refleksji. Nauczyciel nigdy nie widzi efektów swoje pracy. Tylko drobne i niewyraźne, być może  mylące, slady. Czasami dopiero po wielu latach o czymś może się dowiedzieć. Ale nigdy nauczyciele nie są pewni czy i co dały ich wysiłki (zawód wybitnie stresujący i wypalajacy). Pracując z uczniem „słabym”, z różnorodnymi deficytami, „urobi się po łokcie” by uczeń osiągną efekt w ocenie innych zupełnie przeciętny. Ale ta „przeciętność” dla owego ucznia jest ogromnym sukcesem i także wysiłkiem… nauczyciela. Podobnie jest z uczniami zdolnymi. Nauczyciel - ten w szkole jak i na uniwersytecie – nigdy nie wie co jest efektem jego pracy a co wynika z niezależnego rozwoju samego ucznia/studenta i wpływu otoczenia (szeroki ekosystem edukacyjny). Lubimy mieć dobrych (zdolnych, zmotywowanych) uczniów i studentów… bo ich sukcesy łatwo sobie przypisujemy. Sukces ma wielu ojców (to a propos wczorajszego Dnia Ojca), porażka jest sierotą. A praca z szarymi, przeciętnymi w rankingach się nie liczy… Dlatego takie biadolenie, żeby ograniczyć liczbę miejsc na studiach czy liceach.. żeby byli tylko sami najlepsi. Bo z nimi są efekty i wygrane konkursy… A reszta? Na wyrzucenie, przemilczenie i udawanie, że nie istnieją? Nie akceptuję takiego sposobu myślenia…

Nauczyciel to ciężki i niewdzięczny zawód. Nie bez przyczyny mądrość ludowa mówi „obyś cudze dzieci uczył.” W szczególności te przeciętne i niewybitne (pozornie).

kosin

XX lat Wydziału Biologii i bioróżnorodność malowana na szkle

sczachor

butelkimoje2013

Butelki maluję od dawna. Inspiracją jest lokalna przyroda: głównie owady i rośliny. Od trzech lat maluję także kamienie i stare dachówki. Sztuka łączy, zarówno w czasie malowania na plenerach w parkach, jak i w czasie wernisażu. Można się spotkać z ludźmi i rozmawiać, także o przyrodzie, o etnografii i sensie.

Wiedza jest bogactwem i dobrem ogólnym, warunkującym rozwój cywilizacji, do którego prawo ma każdy. Tak jak woda, powietrze. Nie można więc ograniczać dostępu do wiedzy.

Każdy człowiek potrzebuje choć odrobiny filozofii, wiedzy i sztuki. Bo potrzebuje sensu i piękna. Człowiek jest twórcą, nawet lepiąc pierogi czy sprzątając mieszkanie. Dlatego wybrałem proste formy i tani materiał: słoiki i butelki wyrzucone do lasu, stare, niepotrzebne dachówki, polne kamienie. Przy wspólnym malowaniu, na przykład na trawniku w miejskim parku, mówić można ale nie trzeba. Ciszy nie trzeba zabijać słowem. Słów jest zbyt dużo. Mało kto ich słucha.

Spotykam się z ludźmi, by w prostej czynności przywracać sens i znaczenie rzeczom pozornie bezwartościowym. I ludziom. Nie tylko słowem przekazujemy treści. Wspólne malowanie jest dla mnie slow science na prowincji. Dla niektórych słowo prowincja, podwórko stygmatyzuje i ośmiesza. Dla mnie podwórko ma sens jako sposób pełniejszego bycia ze sobą bez zbytniego nadęcia i dworskiej oficjalności. To styl życia, związanego z lokalnością i z trzecią rewolucją technologiczną.

Malowanie butelek jest jak nauka – ma służyć ulepszaniu świata. Jest dla mnie jak chasydzka przypowieść, by za pomocą drobiazgu, jaką jest przywrócona do życia butelka, opowiedzieć o rzeczach ważnych i większych, za pomocą części pokazać całość. Dlatego maluję i przywracam do życia. Nie ma rzeczy i ludzi niepotrzebnych. Są tylko niedostrzeżeni w swym pięknie i wartości.

Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki – jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań. Przeciwdziała wykluczeniu i pozwala rozmyślać nad nowym urządzeniem cywilizacji, nową odpowiedzią jak żyć. Na co dzień. W wielkim świecie i na prowincji.

Sztuka jest polem działania dla intuicji. Nauka jest polem działania racjonalności. Malujący naukowiec to negocjacje tych dwóch światów.

 

W dniach 29 czerwca 1 lipca Wydział Biologii i Biotechnologii świętuje swoje dwudziestolecie istnienia. Data umowna, bo formalnie Wydział jest młodszy o dwa lata... lub starszy o kilkadziesiąt. Zależy jak liczyć. W ramach uroczystości przewidziano mini-wystawę pozazawodowych pasji pracowników. Ja pokażę kilka swoich butelek. Tych, które jeszcze nie zostały rozdane. Ale w wakacje domaluję kolejne. I rozdam, bo ludzi dobrych i miejsc cudnych jest dużo.

Budka telefoniczna, ciem-na strona wójtowa i… ewolucja człowieka

sczachor

19145711_10211855853785129_5095532999428229395_nBędzie to krótka opowieść o książkach, dzieleniu się i ewolucji człowieka. O budce telefonicznej także będzie (choć już poznikały z naszych ulic). Chcecie poznać tę opowieść? To czytajcie dalej.

Skończyłem czytać „Człowiek – biografia” Robina Dunbara. Fascynująca lektura o nowych hipotezach, dotyczących ewolucji człowieka i genezy języka. Książka warta szerszego omówienia. Tymczasem ograniczę się do zdawkowej relacji.

Dunbar analizuje behawior hominidów i człowieka. Zaczyna od więzi w „stadzie”- grupie hominidów i przyczynach powstawania większych grup (m.in. ochrona przed drapieżnikami i wewnątrzgatunkową konkurencją innych hord). Więcej osobników to większy stres. Iskanie jest jednym ze sposobów budowania więzi i niwelowania negatywnego stresu (wydzielanie endorfin). Tyle tylko, że pojawia się dylemat: jeść czy iskać? Czyli konflikt między potrzebą zdobywania pokarmu i budowania więzi (relacji) w grupie. Czas nie jest z gumy, coś za coś. Ewolucyjny wynalazek, najpierw śmiechu, a potem muzyki i w dalszej kolejności języka, umożliwił Homo sapiens budowanie liczniejszych więzi przy mniejszym nakładzie czasu. A liczniejsza grupa pokonać może inną hordę i wytworzyć więcej kontaktów, skutkujących innowacyjnością i nowymi technologiami. Ewolucja języka zaczyna się wg Dunbara od śmiechu. Potem pojawiła się muzyka: pieśń i taniec. A w końcu język i opowieści, budujące więź. Dundar pisze także o religii, umożliwiającej tworzenie dużych społeczności. Wspomina także o nieceniu ognia i kulturotwórczej roli wspólnego posiłku.

Tyle w telegraficznym skrócie. Ja do tego dodałbym internet i Facebook jako nową formę budowania więzi w jeszcze liczniejszej grupie. Ale to już inna opowieść, na inną okazję.

Jest więc książka i społeczna ewolucja człowieka. Pora na ćmy z Wójtowa. Ciemna strona podolsztyńskiego Wójtowa to w zasadzie… opowieść o ćmach z Wójtowa (Napójka łąkowa czyli ciemna strona warmińskiego Wójtowa).  Opowieść tocząca się w internecie. Ale zaczęła się od spotkań w realu i malowania kamieni. I będzie kontynuacja w postaci półki bookcrossingowej w starej budce telefonicznej oraz o czytaniu na trawie. Nie będzie to pierwsza, wiejska półka bookcrossingowa (przykład z Kurzętnika), ale wielce sympatyczna.

Stowarzyszenie "Wspólne Wójtowo" zaprasza w dniu 24 czerwca o godz.16:30 mieszkańców i gości na uroczyste otwarcie Wymiennikowni Książek w Wójtowie, umiejscowionych w budkach telefonicznych na placu zabaw oraz na boisku leśnym. Projekt "Uwolnij książkę w Wójtowie" współfinansowany jest przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Olsztynie. Świętowane będzie także 10-lecie Stowarzyszenia "Wspólne Wójtowo". Na okolicznościowym torcie, przedstawiona będzie historia działalności stowarzyszenia. Wójtowanie proszą o przyniesienie książek do Wymiennikowni. Czytaj więcej o wydarzeniu: http://dziedzictwo-kip.blogspot.com/2017/06/uroczyste-otwarcie-wymiennikowni.html

I ja tam będę, bajkę o żabie moczarowej przeczytam, kamienie pomaluję i noc świętojańska świętował będę.

Na zdjęciu wyżej: czytanie bajki kamishibai na miejskim skwerze. Znakomity pretekst by porozmyślać o ewolucji człowieka, kultury i formach budowania więzi.

Będzie opowieść, będzie wspólne jedzenie, będzie muzyka. Będzie więc budowanie więzi i dzielenie się wiedzą (opowieściami słownymi i zapisanymi w książkach).

Napójka łąkowa czyli ciemna strona warmińskiego Wójtowa

sczachor

napjka_akowaJedno zdjęcie z warmińskiego ogródka, wykonane telefonem z damskiej torebki, uruchomiło serię niezwykle intrygujących zdarzeń. Dostrzeganie szczegółów jest efektem edukacji i wiedzy. Człowiek głupi, ciemny i o ubogim zasobie wiedzy – w tym przypadku przyrodniczej – niewiele widzi, niewiele dostrzega. Mowa o lokalnej bioróżnorodności i aktywności społecznej. Ale po kolei.

Najpierw było zdjęcie z podpisem „gość w ogródku”. Niby zwykły robal, kto by tam na robale zwracał uwagę. A jednak, przyrodnicza wrażliwość na lokalną specyfikę czyni wiele dobrego. Pozwala dostrzegać piękno, w tym przypadku urodziwej, włochatej gąsienicy.

Co prawda zdjęcie nie jest najlepsze, bo nie widać wszystkich szczegółów, ale wydaje się, że jest to gąsienica napójki łąkowej, motyla o ciekawym behawiorze. Niby nic wielkiego, ktoś zrobił zdjęcie, ktoś zidentyfikował. Ale to dopiero początek historii.

Jeżeli to kolejna ciekawa ćma to może powinniśmy być "wioską ciem". Wójtowo – wieś jak wieś. Podolsztyńska, stare siedliska o bogatej historii, otoczone nowymi domami. Co ją może wyróżniać? Kapitał ludzki. Bo przyroda jest taka jak i gdzie indziej. Ale nie wszyscy potrafią patrzeć i dostrzegać.

Tak, to kolejna ćma i interesujący gatunek, o którym można interesująco opowiadać. Wcześniej był to zawisak tawulec (przeczytaj: A zawisak to ćma czy motyl?). Zdjęcie zrobione telefonem, zaowocowało krótką opowieścią na blogu. A potem spotkaniem w stylu śniadanie na trawie i malowaniem kamieni. Na jednym kamieniu namalowałem właśnie tego wójtowskiego zawisaka. Motyl, który stał się jednym z pretekstów do spotkania na wiejskim placu, rozmów o przyrodzie i urokliwie prowincjonalnym byciu ze sobą. Niby nic wielkiego. (Jak malowaliśmy kamienie oraz śniadanie na trawie). Ale takie spotkania rozwijają się w wartościowe inicjatywy społeczne.

A tymczasem w Wójtowie, na wspomnianym placu wiejskim, postawią starą budkę telefoniczną. Że nie mam sensu, bo przecież wszyscy i tak korzystają z telefonów komórkowych? Ale w tej budce będą… książki. Taka nietypowa, wiejska półka bookcrossingowa. Kolejny powód by się spotykać i robić coś razem. A co ma wspólnego półka bookcrossingowa z ćmą napójką łąkową? Otóż w toczącej się rozmowie, do następujących ustaleń doszliśmy. Już za niecały tydzień, w ramach Tygodnia Bibliotek, będziemy na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej UWM w Olsztynie malowali na starych dachówkach mole książkowe (Biblioteki inspirują czyli Molariusz Warmińsko-Mazurski). Dojadą także dachówki ze starego siedliska w Wójtowie. I namaluję na jednej właśnie napójkę łąkową – jako warmińskiego mola książkowego. A potem, dachówka z Biblioteki Uniwersyteckiej pojedzie do Wójtowa i ozdobi tę bookcrossingową, wiejską budkę telefoniczną. Inspirujący Tydzień Bibliotek i lokalna bioróżnorodność. By edukować, poznawać i więcej dostrzegać tego, co się dzieje wokół nas. Książki uczą tak samo jak spotkania i dyskusje.

Skoro pojawiła się kolejna interesująca ćma, to może ćmy Wójtowa jako wyróżnik tej miejscowości? Czyli ciemna strona (od ćmy a nie od ciemności) warmińskiego Wójtowa. Tytuł jest już więc rozwikłany. Teraz pora na opowieść o samej napójce, ćmie o aluzyjnej nazwie.

Barczatka napójka czyli napójka łąkówka (Euthrix potatoria syn. Philudoria potatoria) to motyl nocny z rodziny barczatkowatych. Co w niej niezwykłego? Gąsienice tego gatunku piją stosunkowo duże ilości wody w postaci kropel rosy i deszczu, zbierających się na liściach rośliny pokarmowej. Stąd jej nazwa – napójka. Od picia rosy. Ćma co w młodości rosę pije. Nieco romantycznie.

Barczatka napójka (napójka łąkowa) występuje na terenach podmokłych, w pobliżu jezior, rzek i torfowisk. Gąsienice żerują na ostrych trawach, trzcinie i pałce wodnej. Spotkać je można od września do czerwca, z przerwą na sen zimowy. Na wiosnę, po przezimowaniu, gąsienice budują nisko nad ziemią, przyczepione do źdźbeł traw lub pni drzew, białawe oprzędy, w których następuje przepoczwarczenie. Dorosłe motyle (stadium imago) obserwować można od końca czerwca do połowy sierpnia. Jak typowe ćmy prowadzą nocny tryb życia. Rozpiętość skrzydeł od 46 do 54 mm. Brzeg skrzydeł jest lekko falisty. Samiec ma skrzydła żółto-pomarańczowe z odcieniami brązu (można go rozpoznać po dużych, grzebykowatych czułkach i ciemniejszej barwie skrzydeł). Samica jest nieco większa i nieco jaśniejsza w ubarwieniu: od jasnożółtego do żółtobrunatnego. Charakterystyczne dla tego motyla są dwie białe plamki w ciemnej obwódce, znajdujące się na górnej stronie skrzydeł pierwszej pary. Na zewnętrznej części tylnego skrzydła znajduje się przyciemnienie.

Gatunek obecny w całej Europie od Półwyspu Iberyjskiego po Ural. W Polsce gatunek występuje na całym obszarze kraju. Niezbyt rzadki, można się go spodziewać w wielu miejscach. Ale teraz mamy udokumentowane występowanie w Wójtowie. Czyli jest o czym opowiadać.

Teraz pora na wyjaśnienie słowa ćma. Ma ono kilka znaczeń (współczesnych i dawniejszych): 1. Ćma to motyl nocny, 2. to także duża ilość, chmara, 3. ciemność, mrok, a nawet 4. brzydka pogoda, mżawka, zawierucha (lokalnie i gwarowo). Etymolodzy wskazują, że słowo ćma wywodzi się ze starosłowiańskiego tma, oznaczającego ciemność, mrok, a to z kolei pochodzi ze praindoeuropejskiego tem – ciemny, w znaczeniu wielkie mnóstwo, chmara, mrowie. Tuman to kalka z języka tureckiego – dziesięć tysięcy. W języku rosyjskim tuman czyli mgła, pochodzić może od dużej ilości a może od ćmić – osłabiać widoczność, przyciemniać, przesłaniać (tak dużo, że aż nie widać?). Ćmić to także pobolewać, mdlić. Ta mroczna chmara tępy ból przynosi… Zatem ćma zapewne bierze swoje znaczenie od mroku lub od dużej liczby. Dużo ich w nocy przylatuje do światła, zwłaszcza na terenach pierwotnych i o dobrze zachowanej przyrodzie. Nasi przodkowie widywali duże ilości motyli nocnych. Możliwe więc, że jest słowem bardzo starym, jeszcze wywodzącym się z języka praindoeuropejskiego, gdzie mrok i duża ilość znaczyło to samo.

I jeszcze jedno znaczenie, o którym chcę wspomnieć w nawiązaniu do Warmińsko-Mazurskiego Molariusza i malowania dachówek: ćma to ćmuk, ćmok, upiór. W Bestiariusz Słowiańskim Ćmok to nazwa potwora, pochodzącego z dawnych wieków. Pamięć o nim przetrwała najdłużej na Wielkopolsce. Ten starosłowiański demon miał skrzydła, albo jak nietoperz albo jak ćma (zatarło się w pamięci). Może i sama Ćma była kiedyś nazwą nocnego demona, bestii mitologicznej. Ćmok lub Ćma funkcjonowały w opowieściach naszych przodków, w kulturze oralnej (mówionej). Nie przetrwał do czasów słowa pisanego i bibliotek (bo nikt nie spisał, na utrwalił na malowanym obrazie). Zostały tylko niewyraźne, ćmawe ślady. Dlatego w czasie Tygodnia Bibliotek, malując mole książkowe, namalujemy także ćmę napójkę łąkową. Przy okazji opowiadając różne historie i pijąc, jeśli nie rosę to chociaż kawę czy herbatę, na tarasach Biblioteki Uniwersyteckiej.

I tak powstanie pierwszy Warmińsko-Mazurski Molariusz. A jedna z dachówek zawędruje do Wójtowa, by tworzyć ciem-ną stronę (historię) warmińskiej wsi. Ciemna historia czyli lokalna historia ciem. Z warmińskiego Wójtowa. A wszystko za sprawą spostrzegawczości i telefonu z damskiej torebki.

Fot. Beata Jakubiak.

Źródła:

Wikipedia https://pl.wikipedia.org/wiki/Barczatka_nap%C3%B3jka

Heintze J., Motyle Polski – atlas – część pierwsza. Wyd. II uzupełnione, WSiP, Warszawa, 1990.

Malmor I., Słownik etymologiczny języka polskiego, ParkEdukacja, Warszawa, 2010.

Brucken A., Słownik etymologiczny języka polskiego. PiW, Warszawa, 1974.

Zych P., Vargas W., Bestiariusz słowiański – rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach, BOSZ, Olszanica 2015.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci