Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : ksztalcenie

Upowszechnianie wiedzy i komunikacja (relacja z Wrocławia cz. 4.)

sczachor

mostGdy jechałem na dyskusję panelową do Wrocławia, to starannie przygotowałem swoje wypowiedzi (znałem tematykę i pytania wprowadzające) ale i tak dyskusja potoczyła się inaczej. Trzeba być gotowym na improwizację i modyfikację. Dyskusja ma swoją niepowtarzalną i nieprzewidywalną do końca dynamikę. A teraz przepisuję notatki i nadaję im kolejną wersję, bogatszą o przemyślenia. Słowo pisane ma swoją logikę i wymusza inne ułożenie treści. Dopowiedzenie, doprecyzowanie.

Druga część dyskusji panelowej zatytułowana była „Sposoby prezentacji informacji”. Jakie jest postrzeganie informacji z perspektywy promotora, dziennikarza, naukowca i przeciętnego użytkownika? Kontekst sytuacji sporo zmienia. Ale pewna zasadnicza część pozostaje niezmienna i identyczna. Istotne wartości dla każdej z wymienionych grup odbiorców są zapewne różne. Odbiorca oczekuje przejrzystego i czytelnego przekazywania informacji. Zatem pojawia się kolejne pytanie o jakość informacji. Po co nam ta informacja: dziennikarzom, promotorowi, wykładowcy? Punkt widzenia prezentującego i odbiorcy może być różny.

Niezależnie od tego, czy jest to wykładowca czy dziennikarz, należy mówić i pisać do ludzi, a nie do siebie, gdy ewentualnie publiczność jest tylko tłem – to jest to po prostu głośne myślenie ze statystami. Jeśli przekaz mówiony czy pisany adresowany jest do odbiorcy, to ważne jest wyobrażenie sobie lub poznanie kontekstu sytuacji i okoliczności, w których ten przekaz zaistnieje. To można sobie wyobrazi, przemyśleć. I nie ważne, że realizacja może się w jakimś stopniu rozminąć z planami. Dialog jest zawsze nieprzewidywalny w jakimś przynajmniej stopniu. W dialogu tworzy się nowa wartość, tworzona przez obie strony. Wtedy wykład czy artykuł nie będzie tylko rytuałem ale i komunikacją międzyludzką w pełnym tego słowa znaczeniu.

Czy można sobie wyobrazić co wiedzą i czego chcą (kontekst sytuacji) słuchacze/czytelnicy? Im poprawniej odpowiemy sobie na to pytanie, tym trafniej dobierzemy treść i formę. W przypadku promotora na seminarium jest jeszcze aspekt dydaktyczny. Bo można chcieć wywołać efekt zadziwienia problemem czy nawet stresu. W dydaktyce przecież nie chodzi tylko o przekaz informacji ale i o stworzenie sytuacji edukacyjnej (tworzenie środowiska edukacyjnego).

Przygotowując referat czy artykuł warto przemyśleć dostępność informacji, którą chcemy przekazać. I odróżnić elementy ważne i mniej ważne, w tym dokładność podawanych informacji. Zatem kolejny raz trzeba zastanowić się co już wie słuchacz/czytelnik. Bo przecież staramy się mówić do ludzi a nie tylko do siebie samego. Tutaj pojawia się kwestia wyobraźni i empatii.

Słuchaczowi/czytelnikowi pozostaje podążanie za informacją i jej weryfikowanie. Po co jest odbiorcy konkretna informacja? Precyzyjna, prawdziwa, wiarygodna. Jakie jest źródło jej uwiarygodnienia, które zechcemy pokazać świadomie lub nieświadomie? Czyli co chce wykładowca, dziennikarz czyli nadawca przekazywać i jakiej spodziewa się reakcji.

Kiedy już wiemy (przemyślimy) co chcemy przekazać, wtedy pozostanie tylko dostosowanie formy by przekazać treść w prosty sposób ale nie uproszczony. To wielka sztuka. Więc trzeba ćwiczy, ćwiczyć po wielokroć. Uczymy się całe życie. Temu służą także seminaria na uniwersytetach. A i studenci sami tworzą sobie dogodne sytuacje i środowisko edukacyjne, czego przykładem jest dyskusja panelowa, zorganizowana przez studentów Politechniki Wrocławskiej.

W roli nadawcy, czy to w postaci referatu na seminarium czy konferencji lub artykułu w mediach występują także studenci. To przede wszystkim z myślą o nich spisuję tę relację i uporządkowane „porady”. Treść można ułożyć na kilka różnych sposób (różne pomysły i scenariusze): od ogółu do szczegółu, można zacząć od abstraktu: główny przekaz na początku, albo dopiero na zakończenie, jak rozwiązanie zagadki w kryminale, albo od planu wypowiedzi. Można i od szczegółu do ogółu (pokazać tok myślenia i dochodzenia do wniosków). Albo od decyzji końcowej a w trakcie pokazać jak do tego doszliśmy. To nie wyczerpuje wszystkich możliwych scenariuszy i pomysłów.

Bardzo dobrze jest znać temat i rozumieć przekazywane treści by przekazać to zwięźle, krótko precyzyjnie i wiarygodnie. W trakcie przygotować przy okazji dogłębniej poznajemy zagadnienie. A jak w czasie realizacji zorientujemy się, że nie bardzo rozumiemy… to też jest zyskiem. Jest jeszcze czas by poznać dokładniej problem i jeszcze kilka razy go przemyśleć. W tym przedyskutować. Bo dyskusja jest zbiorowym myśleniem. Także dyskusja panelowa. A jeśli rozumiemy i znamy referowane zagadnienie to znacznie łatwiej można dostosować przekaz do sytuacji, poziomu słuchaczy i ich oczekiwań. Nie odczytujemy jak kserokopiarka lecz budujemy opowieść od nowa, dostosowaną do okoliczności i publiczności.

Trening jest podstawa. Od tego są przecież studia i przestrzeń uniwersytecka by się ciągle uczyć: mówienia i pisania. Przydatną formą są krótkie prezentacje typu elevator speech (prezentacja w windzie). Mamy na zaprezentowanie swojego pomysłu kilkadziesiąt sekund, góra 2-3 minuty. I to bez komputera z rzutnikiem multimedialnym. Jeśli uda nam się zainteresować słuchacza (w tym przypadku kogoś ważnego, decyzyjnego, może szefa) to w efekcie możemy usłyszeć potwierdzanie, i akceptację „tak, zrób to”. Albo zaproszenie do dalszej rozmowy „tak, podaj mi szczegóły”, „tak opowiedz mi w szczegółach.”

To samo można opowiedzieć słowem, pismem, obrazem, scenką i to na różne sposoby. Warto poćwiczyć. Jeśli nie teraz, to kiedy? Korzystaj wiec z okazji by występować i ustnie przedstawiać swoje relacje, pomysły, dokonania oraz w formie pisanej (tradycyjna prasa lub internetowe blogi i fanpejdże. Studiowanie to nie tylko uczęszczanie na zajęcia obowiązkowe i „odrabianie lekcji”, to także samodzielne wyszukiwanie nieobowiązkowych możliwość współtworzenie gazet studenckich.

Na ilustracji most z Wrocławia. Most jako symbol łączenia, komunikacji i inżynierskiego osiągnięcia. Wszak byłem u studentów z politechniki.

Seminarium dyplomowe jako edukacyjne środowisko tworzenia

sczachor

seminarium_pisanie_pracyZdobywanie wiedzy na studiach to przede wszystkim porządkowanie a nie tylko dokładanie nowych faktów. Przekazywanie wiedzy jest procesem a nie tylko treścią. Dobrze to moim zdaniem ilustruje seminarium dyplomowe. Swoje lata już mam, siwe włosy też (dobrze że są i że jeszcze rosną), ale ciągle muszę się uczyć. Bo świat zmienia się nieustannie. I niestety bardzo szybko. Już nie tylko telefony trzeba zmieniać co roku. Jakże jednak żyć samemu w przytulnej stabilizacji, gdy studentów muszę przygotowywać do nieustannego uczenia się w zmieniających się świecie? Poznaję na własnej skórze jak to smakuje. I dzielę się swoim doświadczeniem (nie tylko na sali wykładowej czy laboratoryjnej).

Dzisiaj piszę o seminarium i jest to po części materiał powtórzeniowy dla studentów. Ale jednocześnie powoli przygotowuję się do poprowadzenia webinarium (nawet słowa trzeba tworzyć zupełnie nowe, pasujące do tej zmieniającej się rzeczywistości). Borykam się z techniką ale i z koncepcją. Trzeba zrozumieć jak przebiega komunikacja w tych nowych warunkach.

Najpierw będzie trochę wstępu wyjaśniającego (także i dla studentów, skąd to się wszystko wzięło). Piszę, by i samemu uporządkować swoje myśli. W dalszej części będzie wyjaśnienie tego, co widać na załączonym rysunku (grafice?).

Myślografię wyżej zamieszczoną (uczę się także technik myślenia wizualnego - rysnotek, ryślenia - by uczyć także moich studentów) rysowałem ręcznie, długopisem na papierowej kartce. Ale nie całkiem. Bo wykorzystując Bamboo Spark rysunek powstał także od razu w wersji elektronicznej. Pokolorowałem na tablecie wirtualnymi markerami. Potem umieściłem w chmurze (użyć cudzysłowu czy nie?), pobrałem na laptop a teraz zamieszczam na blogu. Nowe rzeczy, których się uczę. A ten chruścik w rogu też ma znaczenie.

W czasie seminarium staram się uczyć studentów pisania pracy dyplomowej. W zasadzie to jednak występuję w roli akuszerki - pomagam się urodzić. A jeszcze dokładniej to staram się stworzyć środowisko edukacyjne, które tym „narodzinom” będzie towarzyszyło i je ułatwiało.

Sam pisałem pracę magisterską a jako student uczestniczyłem w seminarium magisterskim (wtedy były tylko jednolite studia magisterskie). Potem byłem promotorem prac magisterskich z zakresu biologii i ekologii chruścików (Insecta: Trichoptera). Nie wystarczy jednak odwoływać się do przeszłości, tak jak kiedyś byłem uczony. Bo zbyt dużo się zmieniło przez ostatnie 30 lat. Wtedy były to studia magisterskie na kierunku biologia. Potem byłem promotorem prac dyplomowych na studiach podyplomowych dla nauczycieli (inna tematyka i inny charakter prac), prowadziłem seminarium na kierunku pielęgniarstwo (mój wydział otworzył studia z pielęgniarstwa by ułatwić powstanie wydziału medycznego), teraz na biotechnologii, czasem na biologii. No i pojawiły się studia w systemie bolońskim czyli licencjat i studia magisterskie (studia pierwszego i drugiego stopnia), W międzyczasie byłem także promotorem prac doktorskich. Jako recenzent wiele prac dyplomowych przeglądałem i analizowałem. W sumie doświadczenie spore.

Swoje obustronne (z tej i tamtej strony biurka w sali) i niesymetryczne (dużo częściej w roli promotora i prowadzącego zajęcia) od dawna uzupełniałem czytaniem adekwatnej literatury. Czyli korzystałem z doświadczenia innych w zakresie pisania prac dyplomowych i sensu seminarium dyplomowego. Czytałem autorów z różnych dyscyplin (nie tylko biologów) i często z bogatszym od mojego doświadczeniem. W ciągle i szybko zmieniającym się świecie nie wystarczyło raz (a dobrze) zapytać się i przemyśleć cel i sens pracy dyplomowej i samego seminarium. Ciągle trzeba dostosowywać metody do celu nadrzędnego. A i ten ostatni niewątpliwie się zmienia. I warto to dostrzec.

Na początku było seminarium magisterskie na kierunku biologia, w małych grupach. Studenci pisali zbliżone tematycznie prace z zakresu biologii i ekologii bezkręgowców wodnych (chruścików, pluskwiaków, chrząszczy, ważek, jętek, wodopójek). Często pracowali na tym samy obiekcie (jeziorze, rzece). Seminarium zaplanowane było na dwa lata. W dyskusji i zespołowo wypracowaliśmy program i harmonogram na dwa lata, z planowaniem badań (temat konkretny rodził się w dużo większym dialogu studenta i promotora, w porównaniu do sytuacji obecnej), często wspólnymi wyjściami terenowymi. Było więc na seminarium i planowanie badań terenowych, omawianie metod połowu bezkręgowców, było i omawianie metod analizy ze statystyką włącznie. Było omawianie wyników. Napisałem nawet dwa elektroniczne skrypty, dotyczące metodyki badań hydrobiologicznych jak i samego procesu pisania. Teraz muszę je znacznie zmienić by dostosować do obecnych potrzeb i aktualnej sytuacji.

Sporo się jednak zmieniło. Cel niby ten sam ale warunki inne. Inaczej wygląda egzamin dyplomowy - obecnie student musi przedstawić swoją pracę w formie prezentacji multimedialnej. A więc musi umieć coś nowego, w porównaniu do dawnych "dobrych czasów". Kiedyś pisaliśmy ręcznie i dawaliśmy do przepisania na maszynie maszynistce. Teraz najczęściej student sam pisze na komputerze, sam składa tekst (uczy się edycji). Jest więc i autorem i wydawcą jednocześnie. To więcej umiejętności niż kiedyś. Ale i możliwości technologiczne inne.

Co się jeszcze zmieniło? Jest dwusemestralne seminarium licencjackie i dłuższe seminarium magisterskie. Dla mnie zmieniło się jeszcze więcej. Mam obecnie zajęcia w większości z biotechnologami (wcześniej także z pielęgniarkami), dużo rzadziej z biologami. A ci ostatni i tak piszą prace odległe od mojej naukowej specjalności. Czyli uczę nie tego, na czym znam się najbardziej. Dawne wzorce omawiania metodologii badawczej straciło sens. Sam muszę nie tylko nauczyć się nowych merytorycznie rzeczy ale przemyśleć na nowo sens seminarium. Bo w grupie rozpiętość tematów prac dyplomowych jest znaczna. To nie są dyplomanci z jednej katedry… 

Jestem zoologiem a prowadzę seminarium dla biotechnologów i to także biotechnologii inżynierskiej (obecnie w dużo większym stopniu realizujemy program niz pokazujemy własne doświadczenie badawcze i własne odkrycia). Musiałem uwzględnić dwa nowe typy prac: aplikacyjne i projektowe (wcześniej, wraz z licencjatem pojawiły się prace przeglądowe). Nie sposób opowiadać o tym, co zna się tylko z książek… Sam więc musiałem na sobie sprawdzić na czym polegają prace aplikacyjne i projektowe.

To na czym skupić się dzisiaj by seminarium  nie było to tylko rytuałem i nudnym przedstawianiem (wygłaszaniem) prezentacji przez studentów? Duża grupa, tematyka o dużej rozpiętości, mało punktów styczności. A przynajmniej inne niż 20-30 lat temu.

Ciągłe uczenie się i odkrywanie wspólnego środowiska edukacyjnego (a więc nie tyle program co środowisko edukacyjne).

1. A więc student. To w jego głowie rodzi się utwór (sam komuteropis jest tylko formą utrwalenia tego utworu autorskiego). Dlatego znajduje się w centrum. Utwór powstaje przez procesy myślowe, dojrzewa, bo samo pisanie technicznie zajmuje mało czasu. Najpierw trzeba wiedzieć o czym napisać. Każda praca w tym sensie powstaje tak samo: czy to praca dyplomowa inżynierska, licencjacka czy magisterska. Student nie pracuje w próżni lecz w środowisku edukacyjnym (które uniwersytet powinien stworzyć, także poprzez pracowników takich jak ja).

2. Praca w laboratorium - bo moi studenci studiują na wydziale przyrodniczym. Nawet część prac licencjackich ma charakter badawczy (a nie tylko przeglądowy). Ekosystemy też są dla biologa laboratorium.

3. Biblioteka, jako miejsce, gdzie można odszukać potrzebne książki i czasopisma. W przypadku prac przeglądowych to tam znajduje się materiał badawczy. Umiejętność szukania… już nie w tradycyjnych szafkowo-szufladkowych katalogach bibliotecznych.

4. Zasoby internetowe stają się coraz ważniejsze… bo i dostęp do zasobów uniwersyteckiej biblioteki najłatwiejszy jest przez komputer… stojący w dowolnym miejscu. To zupełnie nowe umiejętności.

5. Promotor - główny konsultant i pomocnik. Grubość linii na rysunku ma odzwierciedlać skalę i intensywności kontaktów.

6. Grupa na Facebooku (bo tak pracuje obecnie ze studentami) to tylko przykład współpracy w chmurze. I kontaktów poza zajęciami.

7. Samo seminarium zostawiłem na końcu. Uczenie się dyskusji i współpraca zespołowa w myśleniu. Taka mała „szklarnia” gdzie w dyskusji wylęgają się poszczególne myśli.

Nieco inne warunki niż kiedyś. A przy okazji student nabywa dodatkowe umiejętności (kompetencje), przydatne nie tylko w trakcie pisania (przygotowywania) pracy dyplomowej i nie tylko w czasie studiów. Przydatne w całym życiu zawodowym. W takim rozumieniu seminarium nie jest tylko celem samym w sobie ale i elementem większej całości.

O obowiązkowych wykładach na uniwersytecie . Cz. 5 . Telefony, wielozadaniowość i brak uwagi

sczachor

To, że ktoś sprawdza obecność na wykładzie, to jego sprawa, jego koncepcja. Powodów może być wiele. I nic mi do tego. Ale gdy próbuje się narzucić obowiązkowe sprawdzanie listy na wszystkich wykładach, to już mnie to obchodzi bo i mnie dotyczy. Chcesz, to sprawdzaj, ale dlaczego narzucasz innym (regulaminy, rozporządzenia itd.)?

Zapewne każdy pamięta czasy szkolne. Tam było codzienne sprawdzanie listy obecności. Ale w szkole są nieletni, za których nauczyciel i szkoła ponoszą odpowiedzialność. Sprawdzanie obecności na lekcji ma inny sens. Ponadto dla rozbrykanej młodzieży sprawdzanie listy obecności na początku lekcji niesie funkcję wyciszania i wprowadzanie swoistego ładu. Ale na studiach są już ludzie dorośli, nie ponosimy za nich odpowiedzialność jak za nieletnich. I nie są już tak młodzieńczo rozbrykani. Przenoszenie wzorców bez refleksji nie musi przynosić dobrych efektów.

Wielokrotnie sam sprawdzałem listę obecności na wykładach. W dużej grupie nie ma sensu odczytywać na głos, puszczałem listę. W ciągu blisko 30 lat pracy stosowałem oba rozwiązania: z listą obecności i bez. Wykłady uważałem i uważam za przywilej dla studenta. A zmuszony do wystawiana oceny z wykładów… wyznaczam prace do wykonania. Oceniam więc efekty a nie obecność. Czasem jest to projekt, wspólny, zespołowy, czasem indywidualna praca do napisania. Ciągle poszukuję. Wykłady z tym zadaniem są powiązane i spójne. W przedmiotach, składających się z wykładów i ćwiczeń, te pierwsze są wstępem do zajęć praktycznych. Próbuję tworzyć spójny moduł. Różnie się to udaje, bo zależy od współpracy z innymi prowadzącymi ten sam przedmiot. Na ćwiczeniach odnotowuję obecność, czasem dyskretnie. Ale zawsze obecność jest drugoplanowa. Najważniejsza jest wykonana praca. Czasem student jest chory, czasem ma innym powód. A czasem jest ale nic nie robi. Jest bo jest. Jest dorosły i odpowiedzialny sam za siebie. Ale praca ma być wykonana. Ocena wnika z efektów a nie obecności.

Czasem dalej sprawdzam obecność w różny sposób, by wiedzieć ilu (jaki procent) chodzi na wykłady i by sprawdzać, czy jest jakiś związek z obecnością na wykładach a osiągniętymi efektami kształcenia. Taktuję to jako element ewaluacji. Wzdrygam się jednak przed narzucaniem innym obowiązkowej, jednej koncepcji, umocowanej w regulaminie studiów. Bo cóż niby nam daje to sprawdzanie listy i obowiązkowa obecność studentów na wykładzie? Klimat koszarowy?

bhp2wykladOpisuję w kolejnych wpisach na blogu – jako studium przypadku – jedno szkolenie bhp. Szedłem na nie z określonym nastawieniem: że raczej będzie nudno tak jak do tej pory. Kolejnym celem była ukierunkowana obserwacja dlaczego niektóre wykłady są nudne a inne nie. I czy warto do takich przymuszać obowiązkową obecnością. Skupiając się na swoich reakcjach chciałem sprawdzić, co z takiego wykładu zostaje w głowie (taki mały eksperyment). A że wszyscy uczestniczymy od czasu do czasu w podobnych szkoleniach, to to wspólne doświadczenie może być płaszczyzną do dyskusji o sensie obowiązkowego uczestnictwa studentów na wykładzie. Moja uwaga na opisywanym szkoleniu była ukierunkowana. Wiedziałem jakich sygnałów szukać i je notowałem. Z tego, co do tej pory opisałem (część 1, 2, 3 i 4) wynika, że nie warto upierać się przy obowiązkowych wykładach. Więcej szkód niż korzyści. Owszem, jest problem ale próbujmy go rozwiązywać inaczej.

Dlaczego denerwuję się (choć staram tego nie okazywać), gdy studenci wychodzą z telefonem poza salę lub esemesują (widać jak pod ławkami coś tam klikają)? Bo odbieram to jako wyraz lekceważenia mówcy i oznakę braku zainteresowania. A przecież napracowałem się w przygotowanie i staram się na wykładzie… Na tym szkoleniu wychodziłem z sali by zadzwonić, podobnie jak kilka innych osób. . Wiem, że nie wynikało to z lekceważenia prelegenta. Po prostu są czasem sprawy pilne do załatwienia. Czy coś straciłem przez chwilowe opuszczenie sali? Nie. Wychodziłem, kiedy niewiele się działo a kilkuminutowa nieobecność nie zrobiłaby wielkiej wyrwy informacyjnej. Zakazać używania urządzeń tego typu (żeby nie esemesowali)? A może tak sobie coś notują? Robią zdjęcia jako notatki, może sprawdzają w internecie, np. Wikipedii pojęcie, słowo, które padło a nie rozumieją? Przecież ja tak już wielokrotnie na różnych wykładach naukowych i szkoleniach robiłem (i widziałem podobnie zachowujących się innych naukowców). Skoro nie rozumiem, to szybko sprawdzam w internecie. To na prawdę jest przydatne. I dlatego, że inaczej odczytujemy ten język ciała to zakazać używania telefonów i tabletów? A jak się nudzą na wykładzie, to przynajmniej chwilami robą coś innego i będą mieli słabsze poczucie straconego czasu. W konsekwencji mniej negatywnych emocji. Skoro są na sali, to można ich szybko przywrócić do stanu „słuchania i uważania”.

Wielozadaniowość jest współczesnym faktem, A skoro tak, to trzeba powtarzać niektóre treści (te najważniejsze elementy), bo może wyszedł, może rozmyślał o niebieskich migdałach itd. i mu uleciało z głowy. Skupmy się na osiągniętym efekcie a nie na treści, które chcemy powiedzieć. Nie jest ważne co zostało powiedziane – ważne jest to, co zostało usłyszane i zapamiętane. Wystąpienie ustne ma swoją logikę i specyfikę, różną od tekstu pisanego. Więc mówmy a nie czytajmy. A niestety zbyt częstą praktyką jest… czytanie slajdów. I do takich wykładów mamy zmuszać studentów zapisami w regulaminach?

Wróćmy na salę szkoleniową (siedziałem tam 5 h). Trzeba odcierpieć swoje. Coś zapamiętam. Jaka jest efektywność zapamiętywania na wykładzie? Średnio 5 %. Na tym szkoleniu na pewno, jeśli nie mniej. Niewiele zapamiętałem, mimo, że było ciekawsze momenty. Dlaczego godzimy się na tak małą efektywność? Czy można wykład czymś zastąpić? Ależ oczywiście, ćwiczeniami praktycznymi oraz e-learningiem. Nie każdy wykład ale dużą część na pewno. W tym konkretnym przypadku szkolenia pracowniczego na pewno można było większość treści zastąpić działaniami praktycznymi. Efekty kształcenia byłyby znacznie większe. Nie piszę tego, by roztrząsać i oceniać jakieś tam szkolenie. To jest przede wszystkim refleksja dla mnie i dla kadry akademickiej, dyskutującej nad obowiązkowością wykładów. Czy ma to sens? Czy nie lepiej dokonać gruntownej zmiany form dydaktycznych?

Co zamiast wykładów? Ćwiczenia. Przykład szkolenia bhp – pięć godzin wykładów. Wolałbym ćwiczenia z reanimacji, z gaszenia pożarów, z ewakuacji, wolałbym studium przypadku z praw pracowniczych itd. To nie są tylko moje odczucia - naukowo udowodniono, że wykłady podające są najmniej efektywną formą kształcenia. Ćwiczenia angażując, zwłaszcza te praktyczne, zwiększają efektywność zapamiętywani treści i nabywania umiejętności. Co z tego, że przeczytam książkę kucharską, nawet nauczę się jej na pamięć (żeby celująco zdać egzamin), jeśli nawet raz nie spróbuję ugotować zupy, ulepić pierogów? Wiem ale nie umiem. A czyż jednym z ważniejszych zarzutów co do naszej uniwersyteckiej edukacji nie jest czasem brak umiejętności zastosowania wiedzy u naszych absolwentów?

Moja obecność na szkolenie bhp ro równocześnie dodatkowa ewaluacja - praktycznie i na sobie sprawdzam prawdziwość tez, jakie wygłaszam w czasie swoich wykładów na temat referowania (autoprezentacja). Nawet nudny wykład można zmienić w coś przydatnego. Inaczej by człowiek zwariował. Być może podobnie czynią studenci. Na swój sposób.

Mija godzina szkolenia, sala rozmawia, ludzie robią coś innego i tylko momentami słuchają. W szkoleniu chodzi o czas pracy. Zanotowałem, bo to krótkie chwile uwagi. Ważne problemy, prawo pracy, obowiązki pracownika, zwolnienia itd. Tu dygresja. Bez wątpienia służba BHP jest potrzebna na uczelni. Ale czy jedyną formą kontaktu mają być szkolenia raz na 6 lat? A może inna, stała więź z wykorzystaniem portali społecznościach? A może tę uwagę odnieść do wykładów i zajęć uniwersyteckich?

Sama ważkość problemu nie wystarczy by utrzymać uwagę i zainteresowanie słuchaczy. Musi być też forma w dobrej jakości (forma przekazywania treści). Ja oczekuję jakości a nie bylejakości. Studenci zapewne też tego samego oczekują. Jeśli nie przychodzą na wartościowe wykłady, to przynajmniej w części jest to efekt złej przeszłości (doświadczeń z przeszłości). Wina zbiorowa i skumulowana. Dbajmy o całość, bo sami też tracimy.

Na Facebooku znajomy podesłał mi link do e-behapowca - do materiałów e-learningowych z bhp. A może taka forma byłaby lepsza? Tylko jak sprawdzić, czy student zapoznał się z treścią? Sprawdzenie listy obecności wydaje się prostszym sposobem… ale jakże iluzorycznym.

Wszystko można ciekawie opowiedzieć, trzeba tylko chcieć mówić do ludzi a nie w ich obecności realizować program (czytanie i omawianie). Jak się głębiej zastanowić, to tak realizować można program… bez studentów. Że nie jest motywujące? Że oczekujemy satysfakcji i oklasków na stojąco? Bo się napracowaliśmy, wiele godzin przygotowania (nie mówiąc o zdobywaniu stopni i stanowisk), to teraz oczekujemy godziwej zapłaty w formie obecności i uwagi studentów? Niby oczekiwania uzasadnione. Ale czy system jest dobry?

Po 1,5 h 15 minut przerwy. Wreszcie. A jak studenci mają cały dzień wykłady, to jak oni wytrzymują… nudne wykłady. Sam pamiętam, z czasów studenckich, jakże to było ciężko. Dowcipkowaliśmy, bo humor pozwala znieść nawet katusze.

Rozmowy kuluarowe w przerwie. Wreszcie można być aktywnym. Ciekawa wymiana poglądów. Horyzontalna wymiana informacji. Może to jest równie ważne? Stworzyć sytuację, w której studenci będą razem. Jak masa krytyczna uranu. Wchodzą w interakcje i sporo się uczą. Może więc więcej przerw, aby te interakcje horyzontalne realizowały się najpełniej? To tak jak z konferencjami naukowymi, w jednym miejscu zbierają się ludzie o określonych zainteresowaniach. Nie tylko referaty, ale właśnie te nieformalne rozmowy jakże bywają owocne, inspirujące i wartościowe. Nie można konferencji oceniać po samych referatach.

Po przerwie kierownik znowu dobrze rozpoczyna, wychodzi blisko do publiczności, podaje przykłady z uniwersytetu. Pokazuje stronę www działu BHP i co tam można znaleźć. To jest przydatne. Bo choć nic nie zapamiętałem z informacji, to wiem gdzie ich szukać. Wspomaganie wykładu materiałami z internetu (najlepiej własnymi lub bezpośrednio związanymi z tematem) to dobre uzupełnienie tradycyjnych treści wykładowych. Pomaga poruszać się w nadmiarze i gąszczu informacji. Nie wystarczy powiedzieć ”znajdziecie w internecie” - trzeba pokazać jak i gdzie. Bo zasoby internetowe są rozległe jak pradawna i nieprzebyta puszcza.

Ale potem znowu jest fatalnie. Kolejny prelegent pokazuje na ekranie dokumenty, pdf i word. Wiele razy już to widziałem: przewijanie dokumentów. To się nie nadaje do prezentowania na wykładzie. Na ekranie niewiele widać. Kwintesencja lenistwa i arogancji. To tak, jakby wstać i głośno powiedzieć „Nie chciało mi się niczego dla was przygotowywać, mam was w nosie i co mi zrobicie?” Skoro tak pokazuje ktoś dokument, to równie dobrze można było wysłać mailem i poprosić o przeczytanie. Na wykładzie, pokazując na ekranie, lepiej jest wybrać fragmenty i pokazać w dużym powiększeniu, by było widoczne z daleka. I by pokazać jak szukać w dokumencie albo co jest w tym dokumencie najważniejszego. Prelegent trzyma mikrofon nisko, prawie nic nie słychać. Mówi cicho i monotonnie. Słuchacz obecnie oczekuje czegoś więcej. A bywając na różnych spotkaniach uczelnianych i pozauczelnianych te błędy widzę nagminnie (źle trzymamy mikrofon, przewijanie dokumentów). Prelegent mówi cicho i siedzi schowany za monitorem. Kontakt, tak ważny dla komunikacji, mocno utrudniony.

Choroby zawodowe, o to coś, co wzbudza zainteresowanie, bo mnie dotyczy. Dotyczy słuchacza.

Jak prowadzić wykłady? Pokazywać sens i to, do czego wysłuchiwana wiedza może się przydać. W końcu wykłady (tak jak i inne bezpośrednie kontakty) służą budowaniu więzi. W tym przypadku więzi między kadrą a studentami oraz między samymi studentami. Dodatkowa funkcja ale jakże ważna dla całości procesu edukacji - tworzenie więzi. Wykład z pytaniami do sali, to także tworzenie więzi. I aktywizowanie słuchaczy. Być może potrzeba jest też dobra fabuła, opowieść, dowcip.

Kto korzysta z wykładów, nawet tych nudnych? Ci, którzy mają wizję świata i motywację (kolektywizm i konstruktywizm jako podstawa teoretyczna do interpretacji). Wiedza nie jest sumą informacji, jest konstruktem, i wiedza powstaje w relacjach z innymi. Ci, którzy mają już jakiś szkielet, system, który uzupełniają puzzlami, wiedzą lub doświadczeniem. Wykład w oderwaniu od reszty kształcenia może być niezrozumiały. Czyli korzystają ci, którzy wiedzą, czego chcą. Mają cel i motywację, mają z grubsza system wiedzy, który uzupełniają. A czy przed naszymi wykładami (co do których chcemy zmusić obowiązkowa obecnością) sprawdzany takie elementy u studentów?

Na wykładzie można odpocząć, Cisza, czas na refleksje (jak w czasie podróży), przymusowe odizolowanie od niektórych innych działań. Na pełnych obrotach nie da się przecież cały czas żyć. Tak i ja teraz korzystam, choć krzesełko nie jest najwygodniejsze do notowania.

Koniec dygresji. Wracamy do studium przypadku (bo tak pracuje mózg słuchacza, przemieszane treści, trochę usłyszy, trochę pomyśli o swoich sprawach, poczyta na smartfonie). Nawet jak na Ciebie patrzy, to i tak nie wiesz co się w jego głowie dzieje. Nie wymuszaj uwagi. Co najwyżej prowokuj do uwagi i słuchania.

Przewijanie dokumentów doc na ekranie przez godzinę. Makabra, Czas wypełniony, sensu niewiele. Umiem czytać, sam sobie przeczytam i to znacznie szybciej. Ba, sam sobie znajdę, bo wujek Google jest uczynny i wie dużo. Może tak myślą studenci na naszych wykładach? Wykład, który byłby słuchany, to taki, który niesie coś oryginalnego, autentycznego (wszak płacą na prawa autorskie, to do czegoś zobowiązuje), Coś nowego, wyjątkowego, dedykowanego tu i teraz. Tak jak na koncercie muzycznym. Przecież teoretycznie można przyjść na dużą salę a ktoś będzie puszczał piosenki z płyty. A na ekranie zdjęcie. Lub filmik. Totalny play back

Teraz blok z udzielaniem pierwszej pomocy. Ważna informacja na wstępie – gdzie są defibratory u nas na UWM. Potem filmik. Szukanie pliku (zdradza słabe przygotowanie). Filmik jest już lepszy niż ciche mówienie i pokazywanie tekstów na ekranie. Ale przecież filmik to ja mogę sobie obejrzeć w internecie, u siebie w domu. Wystarczyło w ramach szkolenia przysłać dokumenty do przeczytania (te, co pokazywali na ekranie), link do filmiku i nie marnowałbym czasu. Te uwagi to pewnie przez efekt negatywnego nastawienia, wywołanego przymusem…. (pisałem o tym wcześniej, w poprzednich wpisach z tym tematem związanych).

Filmik lepszy…. Ale przecież pierwszej pomocy to najlepiej nauczyć się przez ćwiczenia a nie słuchanie treści czy ogadanie filmów. Ba, znam takiego jednego gościa co prawie na wszystkich wykładach puszczał filmy. Już nie pracuje. Opinie studentów były chyba mocno negatywne (ale zwolniony z zupełnie innego powodu – zła dydaktyka u nas jeszcze nie pozbawia pracy…). Ćwiczenia praktyczne są znacznie efektywniejsze. Na pewno możliwe w mniejszych grupach. Ale sens edukacyjny większy. Z samego słuchania i oglądania niewiele zapamiętałem. Chciałbym się nauczyć. Taka była moja motywacja przed szkoleniem. I przeczuwałem, że to szkolenie tego mi nie da. Studenci także niejednokrotnie wiedzą, że dana tematyka jest im potrzebna do pracy po studiach, czy do życia. I przeczuwają, że dany wykład (wykładowca) im tej wiedzy nie da. Dlatego nie przychodzą. Siłą zaciągnąć na wykład (dla dobrego samopoczucia wykładowcy)? Wiedzy im od tego nie przybędzie. Od lat postuluje się o więcej praktyki i ćwiczeń. A my dalej zamęczamy w części niepotrzebnymi wykładami. Bo jest w siatce godzin i nic nie zrobisz. W małej grupie zamieniam formę na bardziej hybrydową. Bo niech to się w programie nazywa wykład, ale formę realizacji i metody to dobieram ja. Tyle wolności mam. I chcę z tej wolności korzystać.

Po filmiku kierownik szkolenie komentuje. To dobrze, bo skazuje, uzupełnia, ukierunkowuje. Przydałby im się kurs jak mówić i jak szkolić (przeszkolić szkoleniowców). Wiedzę na pewno mają ale nie potrafią przekazać w pełni efektywnie. Może z uniwersyteckimi pracownikami jest podobnie?  Dział BHP uniwersytetu powinien być wzorcowy jeśli chodzi o szkolenia. Bo buduje prestiż i renomę uniwersytetu. Każdy z nas jest współodpowiedzialny za wizerunek. A jak nas widzą, tak potem w internecie i gazetach komentują.

Na pewno coś z tego szkolenia wyniosłem. Tak jak i inni. Ale jest to niska efektywność kształcenia, pewnie w granicach 5%. Średnia przeciętna. Ale przecież uniwersytet powinien być liderem w zakresie edukacji w każdym względzie. Ja mam duże wymagania i oczekiwania wobec tej instytucji. Inaczej jej autorytet zwiędnie. Drugi filmik z płytki (pojawiają się napisy o zastrzeżonych prawach autorskich), ten tekst szybko miga bez wyjaśnienia. Jako słuchacz nie mam pewności czy prelegenci nie naruszają prawa. Zapewne jest to w ramach dozwolonego użytku, ale aż się prosi o taki komentarz i wyjaśnienie. W jakimś stopniu wiąże się to z prawami pracowniczymi i naszą codzienną praktyką. Sam bym w tym zakresie chciał się wielu rzeczy dowiedzieć… No cóż, jak zwykle doczytam sobie w internecie…

Drugi filmik o zawartości apteczki. A nie lepiej byłoby pokazać "na żywca"? Apteczka nie jest duża, w torbie się zmieści, przynieść łatwo. Że sala duża i 60 osób? W sam raz na krótkie szkolenia w małych grupach ćwiczeniowych. Byłoby więc kilka terminów, łatwiej więc dostosować czas w dniu pracy. Fakt, więcej pracy dla szkolących. A tak to puszczą filmik i zaliczone. I z głowy.

Filmik to ja sobie mogę obejrzeć w doku, w internecie. A jak pojawią się momenty mniej ciekawe lub mi znane, to ciach, przewijam i nie marnuję czasu. Skupiam się na tym, czego nie wiem. Kolejny argument za tym, że 5 h szkolenia jest stratą czasu (możliwe, że podobnie o naszych wykładach myślą studenci). Rozesłanie dokumentów i linków do filmów (nawet w zamkniętej grupie) i najwyżej 1 h szklenia załatwiłoby sprawę. Filmik jest o apteczne samochodowej. Bo do innych celów został kiedyś nakręcony. Czy nie lepiej zainwestować i wykorzystując zasoby UWM nakręcić filmik o apteczce w 100% dostosowany do naszych uniwersyteckich warunków i potrzeb? I nie byłoby problemów z prawami autorskimi. Zawiesić na stronie i raz na rok przypomnieć mailem, że jest. W dowolnej chwili obejrzałbym, zapewne wielokrotnie z dużo większą efektywnością zapamiętania.

c.d.n

Czy wykłady na uniwersytecie powinny być obowiązkowe? Cz. 4 . W walce o etat i godziny

sczachor

kawaekonomiaNazbierało się sporo emocji przez lata, sporo dyskusji toczonych w różnych miejscach. Artykuł w Gazecie Wyborczej był kanalizatorem, wyzwalającym reakcję, a szkolenie bhp, wybrane jako studium przypadku (zobacz część 1, 2 i 3), jest pretekstem i tłem by włączyć się do dyskusji w uporządkowany i pełniejszy sposób. Nie ten gniazdo kala, który mówi, a ten co mówić nie pozawala. Motywacją jest więc troska o jakość, bo wierzę, że można naprawić i zmienić na lepsze. Gdybym nie wierzył, to bym milczał, bo po co się wychylać niepotrzebnie i nadaremno?

Wcześniej pisałem o motywacji, analizując na konkretnym przykładzie punkt widzenia słuchacza (studenta). W skali krajowej -  jeśli nie globalnej - mamy problemy z motywacją do nauki wśród nowego pokolenia. Magister nie jest już wyraźnym społecznym awansem, pracy nie ma itd. Kiedyś magister w małym miasteczku to był ktoś! Teraz 50 % młodzieży ma wyższe wykształcenie. Być licencjatem czy magistrem to nie jest ekskluzywny klub elity. Nie daje takiego prestiżu tak wiele lat temu, jak za naszej młodości czy młodości naszych rodziców. Ten aspekt motywowania do zwiększonego wysiłku już nie działa z taką siłą jak kiedyś. Stąd warto szukać nowych form, np. zajęcia praktyczne, gry, grywalizacja, lepiej dostosowanych do nowego pokolenia. Nasi studenci są ukształtowani w innym świecie. Czy do Chińczyków nie lepiej mówić po chińsku? Przecież nie wszyscy Chińczycy być może znają angielski a tym bardziej polski. Nie bardzo uświadamiamy sobie to, że są na sali przedstawiciele innej kultury (subkultury) i że nieadekwatnie odczytujemy ich język ciała. Jeśli patrzą z swoje smartfony i wysyłają esesemy, to wcale nie muszą okazywać braku zainteresowania, ostentacyjną niechęć itd. Jeśli robią zdjęcia slajdów naszego wykładu lub nagrywają na dyktafon czy kamerę wideo, to wcale nie dlatego, żeby nas ośmieszyć, wrzucając tendencyjnie zmontowany filmik czy fotkę na YouTube czy Facebooka. Nasza frustracja z pustoszejących sal czy braku uwagi bierze się w części z niezrozumienia sytuacji. Czy denerwuje nas mlaskanie przy jedzeniu, jako oznaka złego wychowania? Mnie tak. Ale przecież są kultury, w których to właśnie mlaskanie i siorbanie jest oznaką dobrego wychowania i uznania dla gospodarza. Inny język ciała… Jeśli spotkam się z przedstawicielami owej innej kultury, dobrze żeby o tych różnicach wiedział. Inaczej źle odczytam niewerbalny komunikat i podejmę błędne decyzje czy działania.

Koniec dygresji. Wracamy do studium przypadku - bo tak pracuje mózg słuchacza na wykładzie czy prelekcji, trochę usłyszy, trochę porozmyśla, trochę pod ławką poczyta. Wszytko to jest razem wymieszane. Mówimy z szybkością ok. 100 słów na minutę, zapiszemy najwyżej 25 (teraz już wiesz dlaczego studenci nie są w stanie wszystkiego, słowo w słowo, zapisać na wykładzie, a zwalnianie tempa mówienia by dyktować… nie ma sensu w XXI wieku!). Mózg ludzki przetwarza informacje z szybkością 600-1000 słów na minutę. Tak więc nawet szybko mówiący prelegent nie jest w stanie całkowicie zaangażować mocy obliczeniowych mózgu słuchacza. Samym mówieniem na pewno nie, chyba że w grę wejdą emocje, sens i wyobraźnia. Dyktować? I tak wszystkiego słowo w słowo nie zapiszą. Nie jesteś prorokiem, Twoje słowa nie są tak cenne. A poza tym są dyktafony, kserokopiarki i serwisy typu Chomikuj.pl. Sam możesz przygotować dodatkowe treści i udostępniać on-line. Tak więc na sali wykładowej, oprócz krzesełek, tablicy, ekranu i rzutnika multimedialnego powinno być wi-fi. To nie jest fanaberia, to niezbędna, współczesna pomoc dydaktyczna. Niejednokrotnie chwalimy się nowoczesnością… ale czy mamy takie podstawowe wyposażenie? Działające!

Wróćmy do studium przypadku. Szkolenie 5 h zegarowych. Dydaktycznych to pewnie więcej. Długo. Można było dać materiały do przeczytania lub przygotować materiały e-learningowe. Skoro my, wykładowcy, tego oczekujemy od szkolenia pracowniczego, to czy nie oczekują tego samego nasi studenci od naszych wykładów? Behapowców ktoś rozlicza z wykonania szkolenia o określonej długości. Mniej lub bardziej świadomie skupiają się na wypełnieniu czasu. Nie stawiają sobie najpierw celu i zakładanych efektów kształcenia a potem nie zastanawiają jak i jakie dla tego efektu, przy konkretnych uwarunkowania, zastosować formy edukacyjne i ile potrzebują na to czasu. Nie, szkolenie ma trwać 5 h i czymś je trzeba zapełnić.

A czy my, uniwersyteccy wykładowcy, nie czynimy tak samo? Jesteśmy rozliczani z pensum (nie z efektów!!!). Chcemy mieć więcej godzin na przedmiot, bo to gwarantuje nam pracę a "duży" przedmiot z egzaminem daje poczucie ważności (jestem ważną personą i mam pracę). Wywalczone godziny zapełniamy treścią (najczęściej dobieramy wartościową treści, ale dalej jest to wypełnianie czasu treścią a nie dobieranie treści i czasu do założonych efektów). Nie zaczynamy od efektów. Nawet teraz, gdy wdrażane są Krajowe Ramy Kwalifikacji i wypełniamy sylabusy. W założeniach KRK stawiają nacisk na efekty. Od nich powinniśmy zacząć jakiekolwiek układanie planu (a wcześniej mocno zastanowić się, jakie efekty chcemy sięgnąć). Ale raczej dopasowujemy efekty do wywalczonych godzin niż godziny dostosujemy do zaplanowanego efektu. Bo rozliczani jesteśmy z pensum. Być albo nie być.. pracownikiem. Więc bez zmiany systemu niewiele się zmieni. Nikt pod sobą dołków nie będzie kopał… Chyba że jakiś szaleniec.

Chcemy mieć godziny, wywalczymy o nie na radzie wydziału różnymi argumentami o niezbywalnej potrzebie takiej czy innej wiedzy (przedmiotu)… a potem zmuszamy do obecności. Bo pusta sala byłaby kompromitująca, a przynajmniej niosąca dyskomfort… i jeszcze by nam ktoś te godziny zabrał… Zmuszamy do obecności, by tworzyć atrapę poczucia ważności, sensu i potrzeby naszego wykładu. Do tego konieczny jest egzamin – można postraszyć (zmotywować), że to będzie na egzaminie! Im trudniejszy egzamin, tym sami jesteśmy ważniejsi… legenda wydziału a nawet uniwersytetu, co poziom studentów trzyma. Jak kapral w wojsku, przeczołga po błocie, każe szczoteczką do zębów wyczyścić podłogę. Jest co przez lata wspominać.

Czy przyprowadzając konia do wodopoju można go zmusić do picia, nawet wciskając łeb w koryto? Z daleka będzie wyglądało, że pije, bo pysk w wodzie… Ale czy chodzi nam o tworzenie pozorów? Patrząc na codzienną praktykę niestety tak, skupieni jesteśmy na pozorach… bo ta strategia nam się opłacała i opłaca. System trzeba zmieniać od góry…. Ale i od środka. Przynajmniej mówić. Nie ten gniazdo kala co mówi, ale ten co mówić nie pozwala.

Wróćmy do naszego studium przypadku (szkolenie). W dużym stopniu jest to tworzenie pozorów i obustronne udawanie, swoista gra. Wiemy – obie strony – że musimy, więc staramy się – obie strony – nie utrudniać sobie nawzajem życia. To widać w trakcie tego szkolenia – wystarczy odrobina uważnej obserwacji. W jakimś stopniu podobną grę prowadzimy na obowiązkowych wykładach. Skoro regulaminem jesteśmy zmuszeni do sprawdzania obecności, to puszczamy listę. I udajemy, że nie widzimy nadmiernie dopisanych osób (chyba, że przekroczone zostaną granice przyzwoitości i dopuszczalnych w tej grze reguł). Prowadząc tę wysublimowaną grę dostosowujemy się do systemu, by nie oberwać po głowie. Dyskomfort z tego udawania pozostaje. Ale jest jeszcze inna możliwość: ten system można zmienić, on może być sensowny i logiczny i udział w zmienionym kształceniu może dawać nam satysfakcję… Czy znajdą się odważni, którzy to zechcą zmienić? Nie będzie łatwo. Po co się wychylać i marnować czas, który można przeznaczyć na robienie kariery? Tak więc kluczowe jest poczucie wspólnotowości i traktowanie uniwersytetu jako wspólnej wartości, wspólnego dobra. Włączając w to studentów. Bo nie są przedmiotem, są podmiotem. Może więc problem obowiązkowych lub nie wykładów, to element wizji świata i traktowania drugiego człowieka?

c.d.n

ps. Zdjęcie z Facebooka - dobrze oddaje to, że można zrobić inaczej, wbrew utartym schematom.

Jak to z rymem do wiosny było?

sczachor

DSCN4341Każdy pretekst jest dobry by  podyskutować o potrzebie zmian w edukacji na każdym szczeblu. Zmian na lepsze. Wczoraj ponarzekałem (Zadanie dla sześciolatka, z którym profesor biologii poradzić sobie nie może), ale wyszło coś dobrego i pozytywnie pouczającego (przynajmniej dla mnie). Wszystko na dobre można zamienić. Nawet błędy. Do tego jeszcze wrócę.

Poprosiłem studentów o podanie rozwiązania dla błędnie opisanego ćwiczenia w zeszycie do ćwiczeń dla pierwszej klasy podstawowej. I z tej studenckiej dyskusji wyniknęło coś sympatycznego i pozytywnego. Coś sobie uświadomiłem. Moje poszukiwanie opierało się na poszukiwaniu sensu biologicznego, jakiejś logiki, spójności merytorycznej. Podobnie poszukiwali niektórzy studenci i też rozważali czy sosnowa igła to liść czy nie liść w sensie botanicznym. Ale szybko przystali w dyskusji na popularne rozróżnienie na liście i szpilki drzew iglastych. Analizowali siedlisko życia zięby oraz drzew jakie w tym siedlisku rosną, by na tej podstawie wywnioskować jaka odpowiedź byłaby najbardziej poprawna z biologicznego punktu widzenia. Oczywiście, oryginalne zadanie dotyczyło utrwalania literek i zmiękczeń, ale przecież świat jest całością. Spójną całością. Logika i prawa przyrody nie przestają obowiązywać na języku polskim (nauczaniu zintegrowanym)…. Zbyt wąskie kształcenie, swoiste klapki na oczach, powoduje tworzenie takich błędnych zapisów.

Młode pokolenie cyfrowych tubylców myśli inaczej (warto to ciągle sobie uświadamiać, w przeciwnym razie będziemy uważali studentów za leniwych i głupich, bo inaczej postępują niż sobie wyobrażamy, że powinni, czyli tak jak my). Kiedy proszę mojego syna o pomoc w różnych sprawach, czasem komputerowych, to mówi mi tak „skoro Ty masz problem, to najprawdopodobniej inni ludzie wcześniej też mieli ten problem i szukali rozwiązania. Możliwe, że to rozwiązanie już jest.” I googla lub szuka w specjalistycznych serwisach. Najczęściej ma racje. W zasadzie zawsze, tylko trzeba umiejętnie poszukać. Szybko udaje się znaleźć rozwiązanie. Warto korzystać z doświadczenia innych, a pokolenie cyfrowych tubylców nauczyło się sprawnie wyszukiwać informacje. My się gubimy.

I moi studenci też tak szukali. Po kilku minutach pojawiła się odpowiedź: „Odpowiedzią podobno ma być "topoli". Bo niby w jakiejś czytance powiązanej z tym zeszytem ćwiczeń jest tekst, w którym pojawia się zdanie "zrobiłem zdjęcie ziębie, która śpiewała na topoli". [źródło: http://zadane.pl/zadanie/9052129]". Czyli student zajrzał do odpowiednich serwisów z pomocami do zadań domowych, gdzie sobie uczniowie pomagają. Najzabawniejsze jest to, że było to zgłoszone jako zadanie do gimnazjum na język polski "Dokończ wierszyk; Kazio niesie Zuzi bazie. -To koniec zimy! - woła. Zięba śpiewa pieśń o wiośnie, zielenią się listki na... Potrzebne na dziś!”. Młode pokolenie w internecie uczy się współpracy i bezinteresownej pomocy innym. Nagrodą jest satysfakcja i wirtualny prestiż. Do takich zachować nawiązuje grywalizacja (gamifikacja), wprowadzana jako metoda do szkół i uniwersytetów.

Ale wrócimy do młodych ludzi rozwiązujących zadanie. W odpowiedzi było odwołanie się do czytanki z pierwszej klasy (w komplecie do zeszytu ćwiczeń,). Podano nawet numer strony (wyżej zdjęcie tej strony). Jeszcze zabawniejszy jest jeden z komentarzy (serwis uczniowskiej pomocy), że to proste i trzeba czytać ze zrozumieniem. Bo skoro w czytance jest o topoli… to listki zielenić się mogą tylko na topoli…. Ale moim zdaniem nie jest to uczenie się (czytanie) ze zrozumieniem, tylko na pamięć, ćwiczenie odtwórcze. I wprawa w odgadywaniu jaka odpowiedź jest pożądana (oczekiwana) przez nauczyciela. Weryfikuje się przez to, co powiedział nauczyciel lub jest w podręczniku, a nie przez eksperyment, falsyfikację, odwołanie do praw przyrody. Weryfikuje się czy uczeń "uważał" na lekcji a nie czy rozumie prawa przyrody w szerokim sensie.

Niemniej logika uzasadniania dla topoli (jako poprawnej odpowiedzi), wykorzystana przez studenta, była jak najbardziej poprawna i dobrze uzasadniona (dodatkowo poparta innymi informacjami i ilustracjami). Skoro w ministerialnej czytance jest topola, to w przygotowanym zeszycie do ćwiczeń powinna się pojawić. Był to sposób na odgadnięcia dlaczego autor ćwiczenia użył takich a nie innych słów. Czyli wyjaśnienie co być może "poeta" miał na myśli, pisząc takie polecenie dla pierwszoklasistów. Teza dobrze udokumentowana i uzasadniona.

Jeśli sprawdzamy wiedzę faktograficzną, to uczniowie i studenci szybko sobie z tym poradzą. Z wykorzystaniem internetu, nawet w telefonie komórkowym. Praktycznie sprawdzamy tylko umiejętność odszukiwania. I to jest cenna umiejętność, cenna kompetencja. Byle byśmy wiedzieli, że ćwiczymy zupełnie coś innego niż myślimy, że sprawdzamy. To nie studenci są głupi tylko nasze testy i egzaminy bywają głupie. Mimo zadęcia naukowością, przesyceniem trudnymi i specjalistycznymi słowami, czasem nic sensownego nie zawierają i niczego mądrego nie sprawdzają. Wspomniane testy i kolokwia.

I jeszcze jedna, dowcipna odpowiedź: „Zadzwoniłam do mojej mamy, która uczy akurat w 1 klasie, może coś zaradzi”. Dowcip i korzystanie z wiedzy innych ludzi, dostępnych w realu. Ten sposób myślenia jest charakterystyczny i dla mojego pokolenia. To już trzeci sposób, jedni biorą na logikę i szukają sensu, inni sprawdzają w internecie jak inni rozwiązali (bo po co odkrywać Amerykę na nowo), a jeszcze inni dzwonią do mamy. Ile ludzi tyle pomysłów.

Można na to spojrzeć inaczej. Każda odpowiedź jest ważna byle była dobrze uzasadniona. Wtedy uczymy myślenia, wiązanie faktów i wyszukiwania między nimi relacji, uczymy dyskusji i argumentowania. Może to trochę za ambitne na pierwszą klasę szkoły podstawowej, ale w starszych klasach i na studiach warto tego uczyć. Nie odtwarzania ale tworzenia, ćwiczenia w myśleniu i przekonywaniu. Szkoła polska (i w dużej części uniwersytety także) namiętnie uczy wiedzy odtwórczej: przekazuje informacje i odpytuje czy zostało należycie zapamiętane. Nie ważne czy jest sens i spójność. Ważne czy „było na wykładzie” „lub w podręczniku”. Nawet błędy można wykorzystać do tego by ćwiczyć uzasadnianie. Nie ważne jaka odpowiedź, ważne czy dobrze uzasadniona.

Kolejnym sposobem uzasaniania studentów biotechnologii było odwołanie… do literatury. Ktoś sobie przypomniał wierszyk i wskazał na dąb: Usiadła zięba na dębie:/„Na pewno dziś się przeziębię!/ Dostanę chrypki, być może,/ Głos jeszcze stracę, broń Boże,/ A koncert mam zamówiony/ W najbliższą środę u wrony. Argument równie dobry, bo przecież literacki a o naukę literek chodziło.  

I jeszcze inna argumentacja: „Może chodzi o klon? Ogólnie wierszyk przepełniony jest zmiękczeniami głoski ŹET ("Ź") co po zmiękczeniu daje Zi. A w wyrazie "klonie" mamy zmiękczenie głoski EŃ czyli "ni" .

I były też kreatywne, fantazyjne odpowiedzi, bazujące na dowcipie i wiedzy biologicznej, np. w formie rymowanego wierszyka (autor zeszytu do ćwiczeń mógłby się od studentów biotechnologii nauczyć pisania prostych, rymowanyych wierszyków) „Kazio taki roztargniony, chce się oświadczyć bo szuka żony. Bukietu róż z tego wszystkiego zapomniał i po bazie na brzeg szybciutko pognał. A zięba która na sośnie siedziała temu całemu cyrku podśpiewywała (...) Za nisko na sośnie siedziała, miauczenia kota nie usłyszała. Kocur był głodny, wysoko skakał i biedną ziębinę za ciałko złapał. I taki to koniec smutny ziębiny, za to Kazio był bardzo szczęśliwy! Zuzia buziaka na koniec mu dała, a sosna topolą się okazała."

Studenci znaleźli więcej rozwiązań i wiele ciekawszych uzasadnień niż ja. A najważniejsze, że potrafią budować fabułę. A to ważne do wygłaszania referatów tak, by być słuchanym.

Wszystko na dobre można zamienić. Nawet błędy. Swoje czy cudze. Nie bójmy się popełniać (lub wyszukiwać) błędów. Bo można je poprawić, bo świadczą o poszukiwaniu, uczeniu się. A straty czasu (gdy nie próbujemy) w żaden sposób nie odzyskamy. Maszyny czasu nikt jeszcze nie wynalazł.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci