Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Wpisy otagowane : wiedza

Głupota i wiedza przy jednym stole. To przez milczenie !

sczachor

22181351_10212824619243660_972752626263205495_o

 

"Jak to się stało, że głupotę sadza się dziś przy jednym stole z wiedzą i obu stronom przyznaje się po jednym głosie?"

Szymon Hołownia "Z głupotą przy stole", Tygodnik Powszechny nr 40 (3560), 1.10.2017

 

"Ale - myśląc szeroko - czyż nie jest to winą naukowców, że nie zadali sobie trudu, by ze swojej opowieści o udanej walce z zagrożeniem chorobami takimi jak odra czy polio uczynić nie mniej atrakcyjny mit?"

Anna Dziewit-Meller "Król Herod w Białogardzie", Tygodnik Powszechny nr 40 (3560), 1.10.2017

 

W czasach post-prawdy rzetelność i wiedza spychane są na margines. Może to jakaś cykliczna oscylacja w rozwoju społecznym, może coś poszło nie tak, może przez pychę i zbytni pośpiech, może przez pazerność na sławę, popularność i pieniądze. W każdym razie warto się zatrzymać i gruntowniej przemyśleć. Popularyzacja wiedzy (upowszechnianie wiedzy) staje się coraz niezbędniejsza. 

W pogoni za punktami i kariera o czymś ważnym zapomnieliśmy. 

 

 

W Warszawie dowiedziałem się, że jestem prorokiem i ewangelistą

sczachor

prorokTytuł jest z jednej strony chwytliwy bo kojarzy się z prorokami, wielkimi rzeczami społecznymi i paradoksalnie w tym jest jakaś szara, zwykła osoba. Może zaintrygować. Bo prorocy i ewangeliści (ewangelizatorzy) intrygują w niecodziennym i zaskakującym zestawieniu. Na dodatek religia zawsze nas nastawia emocjonalnie, albo za albo przeciw. Trudno być chłodnym. Są więc emocje.

Ale z drugiej strony tytuł jest i ryzykowny, bo w epoce nadmiaru informacji czytamy często same tytuły. I to tylko na podstawie tytułu komentujemy w internecie. Celują w tym internetowi trolle. Dyskutujemy nie z poglądami zawartymi w tekście lecz własnymi wyobrażaniem i skojarzeniami. Z tym co myślimy, że tam być może jest.

Zatem tytuł wzbudzający emocje z jednej strony zachęca do przeczytania z drugiej utrudnia poprawne przeczytanie treści.

W komunikowaniu się oraz w obserwowaniu świata wokół nas dużo zależy od kontekstu (w tym także emocjonalnego) jak i od tego, co już na dany temat (czy osoby) wiemy. Widzimy to, co chcemy dostrzec, słyszymy to, co chcemy usłyszeć. Taki filtr. W dużym stopniu w tym procesie biorą udział emocje. Drugim elementem jest nasz osobisty system wiedzy.

No więc jak jest z tymi moim prorokowaniem i ewangelizowaniem? I czy ma to związek z religią?

Znaczenie słów poznajemy najczęściej z kontekstu. Przykładem może być uczenie się języków. Możemy uczyć się języków definicyjne – słowa i ich znaczenie poznajemy z opisu, definicji. Możemy uczyć się ich znaczenia z kontekstu, w jakim zostały użyte. Przykładem są języki obce. Ja uczyłem się logicznie i definicyjnie w szkole. Z marnym skutkiem. Potem doskonaliłem kontekstowo. Z lepszym skutkiem. Podobnie jest z wieloma innymi rzeczami. Bo na przykład język biologii, żargon specjalistyczny mechaników samochodowych itd., możemy poznawać z uczenia się słówek ze słownika (definicji), albo po prostu zanurzyć się w środowisku osób tej profesji i… stopniowo poznawać w akcji, kojarząc znaczenie z kontekstu… Albo w dwojaki sposób. Ten ostatni jest najlepszy. 

Znaczenie słów bardzo często poznajemy z kontekstu w jakim je użyto. Bo na przykład zamek. Jeśli średniowieczny i z rycerzami, to zrozumiemy jako ceglaną budowlę z określonego okresu historycznego i o konkretnym przeznaczeniu. Jeśli błyskawiczny… to skojarzymy z ubraniami i zasuwaniem. Jeśli metalowy lub Yale – to zamek do drzwi. A przecież nie wyczerpuje to wszystkich znaczeń tego samego słowa „zamek”. Kontekst zmienia wiele. To dobre nawiązanie do konektywizmu i wiedzy konektywnej. I tu dochodzimy do wspomnianego prorokowania oraz samej konferencji, w której brałem udział w Centrum Nauki Kopernik.

Prorok i ewangelista (chyba poprawniej po polsku byłoby ewangelizator) to określenie na brokerów idei. Prorok czy ewangelizator jeszcze się nam jakoś sensownie kojarzy, ale broker? Już to słowo kiedyś słyszałem, w kontekście biznesu. Nie bardzo rozumiem co znaczy, tak mniej więcej, z naciskiem na mniej. Bo rzadko słyszałem i w obcej dla mnie dyscyplinie (środowisku pojęciowym). Czyli kojarzy mi się jakoś z biznesem. Czyli mniej trafnie.

Prorok to określenie na takiego brokera idei, który przynosi do organizacji nowe idee z zewnątrz. Ewangelizator to taki broker idei, który pomysły, doświadczanie i dokonania organizacji, grupy rozgłasza po świecie, wynosi na zewnątrz. Całkiem nowe pojęcia dotyczące konektywizmu i funkcjonowania organizacji oraz upowszechniania się idei, pomysłów.

Nowe zjawisko a więc jest potrzebne jakieś nowe słowo do jego opisania (by się móc sprawnie komunikować i porozumiewać). Można tworzyć neologizm, albo wykorzystać stare słowo, umieszczając je w nowym kontekście. Tak jak dzieje się w biologicznej ewolucji (narząd zmienia swą funkcję albo gatunek niszę w ekosystemie – zmienia się kontekst).

Dlaczego uświadomiłem sobie, że w tym kontekście pojęciowym jestem prorokiem? Bo z konferencji przywożę (i opowiadam, upowszechniam, próbuję zastosować, implantować) nowe idee. Dlaczego jestem ewangelizatorem? Bo o dokonaniach mojego, olsztyńskiego środowiska opowiadam na konferencjach w innych miejscach. „Wynoszę” na zewnątrz i opowiadam, upowszechniam a często znajduje to uznanie, naśladownictwo (czyli pada na podatny grunt). Samo uczestnictwo w konferencjach nie czyni z nas proroków lub ewangelizatorów. Nie każdy jest brokerem wiedzy, świadomym lub nieświadomym.

Jak mieszczanin ze sztuki Moliera (ten dowiedział się, że mówi prozą) uświadomiłem sobie, że od lat jestem i prorokiem i ewangelizatorem … w zakresie edukacji szeroko rozumianej.

W sumie równie dobrze mógłbym napisać, że jestem kleszczem (lub komarem) roznoszącym wirusy i bakterie między jednym organizmem a drugim. Takie biologiczne porównanie. Jednak zazwyczaj roznoszenie chorób kojarzy się z czymś złym, destrukcyjnym. Może lepiej by było – wektorem? Bo takie pasożyty roznosząc bakterie czy wirusy czasem są bardzo pożyteczne, dla danego organizmu. Ale to już inna historia. Opowiem kiedy indziej.

 

ps. pojawia sie wątpliwośc czy używać słowa "ewangelista" (tak jak na slajdzie w czasie warsztatów  w Centrum Nauki Kopernik) czy raczej "ewangelizator". Wydaje mi się, że lepiej byłoby chyba eangelizator. Ale używałem także formy oryginalnej, zaproponowanej porzez autorów. Oba słowa traktuję jako synonimy.

ewangwlista

Wiedźmy i czarownice w laboratorium w czasie Nocy Naukowców

sczachor

16107570_10210483321632683_2440532242588534438_oEdukacja pozaformalna w małych porcjach systematycznie nabiera rumieńców i na trwałe wpisuje się w krajobraz (środowisko) edukacyjny. Przykładem jest zbliżająca się Europejska Noc Naukowców (29 września 2017). Rozrywka łączy się z edukacją, edukacją z rozrywką. Bo poznawanie świata jest przyjemne. Jak więc tę przyjemność zakwalifikować: jako uczenie się czy jako rozrywka? W dobie trzeciej rewolucji technologicznej nauczanie dawno już wyszło poza mury szkoły i uniwersytetu.

Duże bogactwo i różnorodność pokazów, przygotowanych na Noc Naukowców w Olsztynie, przyciąga nie tylko młodzież szkolną, rodziny czy seniorów. W tym roku o Nocy Naukowców zwiedziały się wiedźmy i czarownice z warmińsko-mazurskich bagien, moczarów, lasów i innych tajemniczo-strasznych miejsc. Przylecą do Biblioteki Uniwersyteckiej…. Ale nie po to by straszyć lecz się dokształcać (ewentualnie jedno i drugie jednocześnie, kto ich tam wie). Na naukę nigdy nie jest za późno ani za wcześnie. Każdy może, niezależnie od wieku, wykształcenia i profesji. W odkrywanym środowisku edukacyjnym od niedawna dostrzegamy sieć wzajemnych powiązań (konektywizm). Temu problemowi poświęcona jest zbliżająca się konferencja w Centrum Nauki Koperki Pokazać-Przekazać (25-26 sierpnia 2017).

Konektywizmu to przekonanie, że wiedza nie jest zbiorem faktów, ale sumą relacji pomiędzy faktami. „To nie zbiór zdań oznajmujących nam prawdy na temat Wszechświata, ale sieć skojarzeń, która łączy nasze doświadczenia i działania. Wiedza jest rozproszona w sieciach połączeń pomiędzy ludźmi, przedmiotami (np. książki), wirtualnymi miejscami w internecie (jak choćby Wikipedia), czy urządzeniami (tzw. internet rzeczy – internet of things). Nie ma tu miejsca dla jednej szkoły, jednego nauczyciela, jednego podręcznika…” Jakkolwiek konektywizm mocno podkreśla uczenie się w sieci internetowej, to ludzie od swoich początków funkcjonowali w sieci powiązań, Kiedyś trzeba było wiedzieć kogo o daną rzecz zapytać: zielarkę o choroby, stolarza o to jak przybijać gwoździe, rolnika jak kosić żyto. Teraz trzeba umieć gdzie i jak szukać w internecie (jakie wpisać słowa w przeglądarce, jakie wybrać strony czy serwisy, jak odróżnić fakty od faktoidów). Konektywizm podkreśla, że „żeby się uczyć, musimy się kontaktować poprzez sieć ludzi, organizacji i urządzeń, przedzierać mozolnie przez sieci znaczeń i sensów. Z takiej perspektywy uczenie jest nie tyle gromadzeniem i zapamiętywaniem, ile podłączaniem się do sieci wiedzy i przechodzeniem od jednego jej węzła do kolejnych – bardziej oddalonych i wymagających większego zaangażowania.”

Środowisko (ekosystem) edukacyjny, pojęcie utworzone w analogii do przyrody i ekosystemu sensu stricte, to także sieć powiązań i mapa wiedzy. W takim rozumienie Europejska Noc Naukowców jest jednym z węzłów takiej edukacyjnej sieci. I nawet czarownice o tym wiedzą.

15972442_10210483308752361_4708837178998834610_oWieczorem, 29 września, w Bibliotece Uniwersyteckiej pojawi się także grupa artystyczna „Wiedźmuchy”. Ich pokaz i działania będą z elementami etnografii, nawiązaniem do produktów regionalnych, biotechnologii, lokalnej bioróżnorodności i interaktywną zabawą dla osób w każdym wieku.

Nauka narodziła się z mitów, praktyk szamańskich, wiedzy potocznej. Tak było przed wiekami. Współcześnie nauka i naukowcy funkcjonują zupełnie inaczej. Nie ma astrologii – jest astronomia. Nie ma szamańskich praktyk – jest medycyna, biotechnologia, etnografia. Ale jest na poważnie maść do latania… jako produkt regionalny z Warmii i Mazur. Takich przykładów wykorzystania dziedzictwa we współczesnej gospodarce jest więcej.

Co robią Wiedźmy na uniwersytecie i w laboratorium? Przyleciały się dokształcić. Bo wiedźma to ta co wie, a niewiasta to ta, która nie wie. Żyjemy w wieku gospodarki opartej na wiedzy. Rozwijają się nowe formy edukacji ustawicznej i pozaformalnej. Wiedźmuchy pojawią by się dokształcać, ale i po to, by zrobić casting dla nowych kandydatek. Będą tańce, zagadki i odlotowe zadania do wykonania. Tylko dla chętnych i odważnych.

Wiedźmuchy to grupa artystyczna kobiet z dystansem do siebie (są i pracownicy naukowi z UWM). Zamiast się upiększać one się malują… na brzydko. I mają odwagę zmierzyć się z negatywnym mitem kobiety-czarownicy, kobiety-wiedźmy. Zatem przybywajcie. W uniwersyteckich murach już raz gościły, w styczniu na Wydziale Biologii i Biotechnologii, w czasie Nocy Biologów 2017.

Link do zdjęć z Nocy Biologów 2017

Biologia systemów – podręcznik dla studentów, filozofów i… teologów

sczachor

biologia_systemwKiedy wiele lat temu przeczytałem „Ogólną teorię systemów” Bertalanffego to jeszcze bardziej zafascynowałem się biologią. Od młodości intrygowała mnie zagadka i istota życia. To był jeden z powodów, dla których wybrałem studia biologiczne. Ciągle sięgałem po różne książki, szukając tej niezwykłej tajemnicy życia. Bez wątpienia żyjemy w wieku biologii, bo to odkrycia biologiczne w największym stopniu obecnie napędzają dyskusje filozoficzne ale i spory wpływ mają także na rozważania teologiczne.

Teoria organizacji jest chyba tą tajemniczą „vis vitalis”, nadającą specyfikę istotom żywym. Ekologia w swej naturze mocno łączy się z zorganizowaniem układów złożonych. Tak więc na marginesie moich badań ekologicznych i hydrobiologicznych, ciągle snułem refleksje o naturze ogólnej, zainspirowany „Ogólną teorią systemów”. Wiedza biologiczna szybko się zmienia, w szczególności w zakresie biologii molekularnej. Wiedza wyniesiona ze studiów szybko się w wielu miejscach dezaktualizuje. Dlatego z przyjemnością sięgam po „literaturę faktu”, nieco odbiegającą od mojej specjalności naukowej. Ale można także zauważyć, że biologia molekularna dochodzi do tych problemów, z którymi już wcześniej zetknęła się ekologia: układy złożone, wieloelementowe i o wielu relacjach. Dlatego z ciekawością przyglądam się jak oni sobie z tym radzą. Zdawałoby się bariera nie do przebycia. Biologia molekularna i ekologia różnią się poziomami organizacji: małe i duże. Jednak coraz bardziej uwidacznia się ich podobieństwo, zwłaszcza w kontekście teorii systemów.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego sięgnąłem po „Biologię systemów – strategię działa organizmu żywego” Leszka Koniecznego, Ireny Roterman i Pawła Spólnika. Prowadzę seminaria dla studentów biotechnologii i chcę mieć wiedzę aktualną, by móc prowadzić dyskusje. Ja pamiętam wiedzę ze swoich studiów, sprzed 30 lat. Oni czytają nowe podręczniki i słuchają zupełnie innych wykładów. Trzeba być na bieżąco by rozumieć nie tylko studentów ale i współczesny świat. I by z nowymi argumentami ponownie włączyć się do dawnych dyskusji o ewolucji i istocie życia.

Kilka lat temu przeczytałem do poduszki pierwsze wydanie tej książki. Lubię literaturę faktu. Co prawda książki takie, które są podręcznikami akademickimi, wymagają przygotowania i pewnej wiedzy oraz przyswojenia specjalistycznej terminologii, ale czyta się je z dużą przyjemnością. W tle gdzieś przewija się poszukiwanie istoty życia w kontekście najnowszych odkryć i nowych teorii biologicznych. Teraz trzymam przed sobą nowe wydanie, nieco zmienione (Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2017). W uzupełnionym wydaniu dodany został rozdział 6 „Istotne problemy biologii i medycyny w wizji molekularnej”. Siedem lat od poprzedniego wydania to sporo jak na biologię molekularną. Spodziewam się więc znaleźć kilka innych, mniej widocznych, uaktualnień stanu wiedzy.

Dlaczego polecam ten podręcznik nie tylko studentom kierunków przyrodniczych? Bo jest w nim poruszanych sporo ważnych dla ogólnej wiedzy problemów. I zupełnie nowych pojęć (np. proteom, metabolom, epigenetyka). A także zupełnie nowego spojrzenia na molekularne podłoże… dziedziczenia cech nabytych, kierunkowości ewolucji czy definicji życiai porównywania organizmów żywych do robotów. To, co kiedyś wydawało się definitywnie rozstrzygnięte (np. dziedziczenie cech nabytych), wraca za sprawą epigenetyki ponownie na „wokandę”. W zasadzie takie pytania pojawiały się już wcześniej w literaturze science-fiction czy w filozofii. Ale teraz dyskusja toczy się w oparciu o zupełnie nowe odkrycia, nowe fakty i nowe teorie biologiczne. Jest nowe paliwo. Dlatego polecam te książkę także filozofom i teologom.

Książka w zasadzie jest podręcznikiem, uzupełniającym uniwersytecki kurs biochemii. Ale w książce „spojrzenie na biologię poprzez wiedzę podstawową potraktowano jako drogę prowadzącą do uogólnień.” Dlatego ja, jako ekolog, po nią sięgnąłem z przyjemnością, czyniąc ołówkiem liczne notatki (na ksiażkach wypozyczonych z biblioteki tak nie robią - lubię mieć własne, by na nich do woli notować i dopisywać rodzące się myśli). Polecam także filozofom, bo opierają się często na mocno przestarzałych faktach z biologii. Wiedza sprzed kilkunastu lat z liceum jest już bardzo nieaktualna. Nawet ze studiów biologicznych. Polecam więc tę książkę do samodzielnego studiowania w wieku dorosłym, dawno po studiach (i nie tylko osobom z wykształceniem biologicznym). Podręcznik, w odróżnieniu od artykułów naukowych i popularnonaukowych, daje wiedzę uporządkowaną. Wiedza zaprezentowana jest jako spójny system (całościowy).

Czytając próbuję wychwytywać uogólnienia, dotyczące istoty życia. Rozdział 6.5 dotyczy poszukiwania kryterium życia: „Rozszerzająca się wiedza biologiczna pozwala coraz lepiej rozumieć mechanizmy i procesy, którymi posługuje się przyroda. Wciąż jednak problem życia, jako zjawiska, nie ma jednoznacznego wyjaśnienia.” I to jest właśnie coś dla filozofów i niespokojnych umysłów.

W opisywanej książce znalazłem kilka potwierdzeń moich dawniejszych pomysłów i hipotez. Inne mocno zaskakują. Na przykład na tle lektury rodzi się refleksja, że wolność jest wpisana w istotę życia. Wolność i swoboda wyjaśnia ewolucyjny (filogenetyczny) wzrost złożoności. „Nieśmiertelne i niestarzejące się komórki nie są spójne z programem świata żywego.” Lub ten fragment „definicja życia musi mieć charakter umowny, przyjmując, że przyroda sama definiuje, co jest żywe.

Nie da się streścić podręcznika, liczącego 235 stron. Podam więc na koniec jedną z autorskich definicji życia: „Żywym można więc uznać wytwór przyrody, który wskazuje cechy samodzielności jako efekt automatyzmu i ma określony, zgodny z programem przyrody program własnego działania z narzuconym ograniczeniem czasowym.” Dodam tylko, że autorzy mocno stoją na gruncie fizyki i chemii. A sam podręcznik nafaszerowany jest faktami, ilustracjami, schematami i licznymi pojęciami.

Na zakończenie przytoczę jeszcze spis treści (strukturę rozdziałów) by lepiej oddać charakter tej książki:

1. Struktura i funkcja w układach żywych

2. Energia w biologii – potrzeba i wykorzystywanie

3. Informacja – rola i znaczenie w układach żywych

4. Regulacja w układach biologicznych

5. Współdziałanie w zorganizowanych układach biologicznych

6. Istotne problemy biologii i medycyny w wizji molekularnej.

Z przyjemnością ponownie sięgnę po „Biologię systemów”, przeglądając stare notatki i poszukując nowych inspiracji i paraleli między systemami poziomu molekularnego i poziomu ekologicznego.

Za jakiś czas znowu podzielę się refleksjami z lektury i przemyśleń.

Serek wolny od GMO – rzecz o informacji zbędnej i bałamutnej

sczachor

mlekoigmo

Przy śniadaniu spojrzałem i mocno się zadumałem. Niby głupota. Ale skąd się ona bierze? Moda? Brak edukacji ustawicznej? Potrzeba upowszechniania wiedzy? Kiedyś straszono czarownicami... teraz GMO? O problemie edukacyjnym pisałem poprzednio (Buraki i nieszczelne jelito, czyli o pilnej potrzebie edukacji ustawicznej i pozaformalnej). Teraz będzie ciąg dalszy.

Moją uwagę zwrócił napis: „bez GMO, z mleka od krów karmionych paszami bez GMO*”. A cóż ta gwiazdka znaczy? Że gdzieś więcej informacji? Na drugiej stronie, na etykiecie znalazłem wyjaśnienie „bez genetycznie zmodyfikowanych organizmów”. Jeśli się głębiej zastanowić i przeanalizować, to informacja jest bardzo bałamutna, niby informuje ale tak na prawdę dużo ważnych rzeczy ukrywa.

Wspomniany napis na opakowaniu jest schlebianiem ignorancji klientów. Jednych się zyska, a innych przy okazji straci. Pewnie to taki „myk” marketingowy, taki jak przy okazji jajek innej firmy (czytaj więcej  i jeszcze tu). Zapewne oddaje strach przed GMO, więc umieszczają napis, podobnie jak „bez glutenu”. Niby ma podkreślać wysoką jakość produktu. W gruncie rzeczy oszukuje.

etykeitagmoA skąd owo złowrogie GMO miałoby się wziąć w mleku krowim i jakie mogłoby stanowić zagrożenie? W Polsce nie ma upraw roślin GMO, więc teoretycznie wszystkie krowy jedzą pasze bez GMO. Organizmy modyfikowane genetycznie są pod bardzo różnym kątem. Korzystamy z wielu leków, produkowanych na bazie aktywności zmodyfikowanych genetycznie organizmów (np. mikroorganizmów), i jakoś strachu nie ma. Modyfikowane są genetycznie rośliny takie jak kukurydza, soja, rzepak itd. Cóż to znaczy? Jedne zawierają geny bakteryjne, odpowiedzialne za produkcję toksyn, dzięki którym roślina odporna jest na szkodniki. Jednocześnie geny te nie ulegają ekspresji w nasionach, które my zjadamy, a więc nie ma możliwości zatrucia konsumentów. Zostało to sprawdzone. Inne modyfikacje polegają na odporności rośliny na stosowanie herbicydy. Jest więc dużo różnych modyfikacji i nie wolno wszystkiego wrzucać do jednego worka GMO. To tak jakby zabrać wszystkim Polakom prawo jazdy bo kilka osób popełniło wykroczenie drogowe…

Czy produkty z organizmów modyfikowanych są groźne dla człowieka? Niżej napiszę o realnych zagrożeniach, teraz się skupię na tych mitycznych (wywodzących się z ignorancji). Przed wprowadzeniem do produkcji GMO jest poddawane różnym badaniom. Zatem dla zdrowia człowieka nie ma bezpośredniego zagrożenia czy negatywnego wpływu (o pośrednich napiszę za chwilę). Niektórzy zwracają uwagę, że być może tego zagrożenia jeszcze nie odkryliśmy. Teoretycznie DNA roślin lub zwierząt modyfikowanych genetycznie mogłoby się jakoś negatywnie ujawnić w naszym przewodzie pokarmowym (w reakcji z mikroorganizmami, naturalnie występującymi w przewodzie pokarmowym). Bardzo teoretycznie. Nasz organizm trawi DNA, a jeśli jakieś krótsze fragmenty mogłyby przedostawać się przez barierę jelita to…. dotyczy to człowieka już od milionów lat. Dzięki „cudzym” genom jesteśmy zdrowi – zachęcam do zapoznania się z pojęciem hologenom (temat nowy i bardzo szeroki, niezwykle interesujący).

Codziennie spożywamy pokarm zawierający najróżniejsze DNA, bakterii, grzybów, roślin, zwierząt, nie tylko tych, które spożywamy świadomie i celowo. Zatem jeśli mielibyśmy z tego powodu nie jeść produktów z GMO… to nie jedzmy w ogóle. Absurdalne, nieprawdaż? Tak jak to zagrożenie genami z GMO. W tym sensie zagrożenie jest wydumane i nieprawdziwe, a informacja na etykiecie bałamutna. Równie dobrze można zamieścić informację, że krowy zabezpieczono magicznie przed urokami czarownic (wszak kiedyś czarownice psuły krowom mleko). Tez nie zaszkodzi konsumentowi i też będzie prawdziwa (nie w sensie skuteczności zabiegów lecz faktu ich wykonania).

W Polsce, o ile pamiętam, jest zakaz produkcji roślin i zwierząt (w produkcji rolniczej), dlaczego więc taki napis na etykiecie z mleczarni? Mleko sprowadzają z USA do produkcji serka? Owszem, soi GMO nie możemy uprawiać, ale sprowadzać na paszę gotowe nasiona już można (i Polacy w produktach z soi jedzą dużo „GMO”). Czyli, być może chodzi w tej etykiecie o to, że krowom nie podaje się pasz z zawartością soi GMO. Hmmm, a w jaki sposób soja GMO (tu ważne pytanie: jak zmodyfikowana, bo są różne modyfikacje genetyczne) miałaby negatywnie wpływać na organizm krów i w konsekwencji na mleko? Brak takiej wiedzy. Natomiast jest wiedza o innych zagrożeniach. Na przykład wiemy, że w soi znajduje się sporo fitohormonów (każdej soi, nie tylko tej GMO), spożywanie większej ilości soi przez młodych chłopców kończyć się może … zaburzeniami hormonalnymi. Bo spożywają w pełni naturalne składniki, fitohormony, podobne do ludzkich hormonów. To zjawisko wykorzystuje się zresztą w leczeniu negatywnych skutków menopauzy u kobiet – zamiast podawania hormonów odpowiednia dieta z naturalnymi fitohormoinami. Dochodzimy więc do konstatacji, że ważne jest to co jemy. Ale akurat nie GMO jest tu jakimkolwiek zagrożeniem. Przynajmniej nie w sensie, zawartym na omawianej etykiecie.

Chcemy zdrowych produktów, np. serka z mleka. A czym się żywią krowy? Trawą (zielonką). Skoro napis informuje, że nie podają im paszy z roślin GMO… to co im podają? Jaką paszę? Może mączkę kostną - wtedy byłoby zagrożenie BSE (choroba szalonych krów, w wyniku przenoszenia prionów)? A może dla uzyskania dużej mleczności dostają pasze niezupełnie naturalne, może ze sporą dawką antybiotyków? Tych informacji nie ma. Pośrednio dowiedzieć się można, że krowy są na sztucznych paszach. W gruncie rzeczy jest to marketingowy strzał w stopę.

Jakie więc niosą zagrożenia uprawy GMO? Po pierwsze ekonomiczne., Bo są na licencji, czyli rolnik musi kupić materiał siewny tylko od firmy i tylko jej odsprzedać plon. Groźne w przypadku monopolu i braku wolnych, bezlicencyjnych odmian roślin (i zwierząt). Innym zagrożeniem są uprawy rośli GM z odpornością na herbicydy. Bo wtedy rolnik może bez obaw stosować duże dawki. Te prędzej czy później przedostają się do roślin. A potem do naszych organizmów. Ale zagrożeniem nie jest samo GMO tylko herbicydy (stosowane w rolnictwie od dawna). Ale o braku nawet śladowych ilości chemicznych środków ochrony roślin w paszach dla krów i mleku nie ma najmniejszej wzmianki (na omawianej etykiecie). Zatem jest informacja zupełnie zbędna (przecież wszystkie chyba krowy w Polsce jedzą trawę i ewentualnie pasze bez roślin GMO, ponadto samo GMO w paszy nie jest żadnym zagrożeniem dla naszego zdrowia) a brak naprawdę ważnych.

W rolnictwie stosuje się sporo „chemii”, których to związków negatywny wpływ na ekosystemy i nasze zdrowie został już udowodniony i wykazany (stąd moda na zdrową żywność, żywność wysokiej jakości). To jest realne zagrożenie dla jakości żywności. Zwierzęta karmione są hormonami (by przyspieszyć wzrost), antybiotykami (by zmniejszyć straty z powodu chorób) a w lekarstwach chemioterapeutykami. Od zwierząt, te związki biologicznie czynne, wraz z nawozem dostają się na pola, by potem wraz z ziarnem trafiać do kolejnych zwierząt. Warzywa wychodowane na oborniku też mogą nie być całkiem zdrowe – zależy od jakich zwierząt pochodzi nawóz naturalny. Zanieczyszczenie środowiska i żywności „chemią” oraz związkami biologicznie czynnymi jest narastającym faktem. O tych zagrożeniach na etykietcie nie ma wzmianki. To co najważniejsze jest ukryte lub nieuświadomione a to co nieistotne podane w sensacyjnym tonie.

Omawiany serek jest w pudełku plastikowym, każdy plasterek przełożony jest arkusikiem foliowym, by się nie sklejały. Zatem koszt dla środowiska w postaci zużytych surowców, zużytego na transport paliwa (i wpływ na efekt cieplarniany) oraz produkowanych odpadów jest duży. Przydałaby się więc informacja o „śladzie ekologicznym” danego produktu. Tych jest brak. Zdrowa żywność bo nie zawiera GMO? Schlebiacie ignorancji zdezorientowanych klientów.

Zapewne ktoś się nabierze na ten chwyt marketingowy. Ale ja firmę zaczynam traktować podejrzliwie. Wcześniej chętnie wybierałem produkty mleczne z Piątnicy, teraz będę dużo ostrożniejszy i z większym wahaniem sięgnę po ich produktu. Raczej będę wybierał inne.

Inny przykład. Przed świętami wielkanocnymi wybrałem się do sklepu w małym mieście mazowieckim by zakupić jajka kurze. Uwagę moją zwróciło opakowanie z informacją w podobnym tonie „bez GMIO”. Ale nie było informacji czy kury są w wolnym wybiegu czy z chowu klatkowego. Czyli to co najistotniejsze zostało całkowicie utajnione. Pieczątek na jajkach też nie było, więc nie mogłem sam sprawdzić i rozszyfrować. Nie kupiłem.

Kiedyś straszono czarownicami, rzucaniem uroków i leśnymi demonami. Teraz starszy się GMO (i paroma innymi teoriami spiskowymi). Potrzebna jest więc edukacja ustawiczna i nieformalna, bowiem są zjawiska całkiem nowe i nie można było ich nauczyć się w szkole tych kilkanaście- czy kilkadziesiąt lat temu. Rosnąca skala ignorancji bierze się z.. postępu technologicznego i szybkiego dezaktualizowanie się sporych części programów nauczania. Wszyscy się musimy uczyć, niezależnie od wieku i wykształcenia. Remedium jest edukacja ustawiczna i pozaformalna.

Ale najpierw potrzebna jest nam ogólnonarodowa, sensowna debata o edukacji.

Buraki i nieszczelne jelito, czyli o pilnej potrzebie edukacji ustawicznej i pozaformalnej

sczachor

Można się wyśmiewać z głupoty, można się zasmucać skalą ignorancji i współczesnych zabobonów. Ja jednak przytaczam poniższy przykład w zupełnie innym celu. Chcę wskazać na głęboką potrzebę edukacji ustawicznej i pozaformalnej. Nowe wyzwania edukacji nas nie ominą. Zareagujemy racjonalnie albo… mitycznie i magicznie.

Najpierw słów kilka o edukacji ustawicznej (przez całe życie). To nic nowego, Homo sapiens robił tak od setek tysięcy lat. Ale odkąd wymyślono zorganizowane szkoły i edukacja formalna objęła niemalże całą populację (powszechny obowiązek szkolny), to narodził się mit, że uczymy się tylko w szkole. I że jak czegoś ktoś nie wie, nie umie, to wina niedostatecznego kształcenia w szkole. Potrzeby edukacyjne są ogromne stąd nacisk na poszerzanie programów nauczania (poza biologiczną wydolność ucznia) o coraz to nowe i niezbędne treści. Wydłużanie zorganizowanej edukacji (nawet wykształcenie wyższe się upowszechniło, w Polsce w ostatnich 15-20 latach) oraz potrzeba doskonalenia zawodowego na różnych kursach i szkoleniach, to efekty takiego sposobu myślenia. Tak dostrzegliśmy kształcenie ustawiczne, czyli przez całe życie. W zasadzie odkrywamy je na nowo. Uczymy się także dla przyjemności (a nie tylko w celach zawodowych), czego przykładem są liczne Uniwersytety Trzeciego Wieku.

Nauka w szkole już nie wystarczy, bo potrzeby stale rosną. Tak dostrzegliśmy edukację pozaformalną czyli poza zorganizowanymi formami edukacji w szkole. Taka powinna być m.in. misja radia, telewizji, prasy czy nawet bibliotek i domów kultury. Powinna, ale całkiem o tym zapomnieliśmy, zwłaszcza w odniesieniu do mediów publicznych. Ostatnie lata to rozwój różnorodnych, nowych form edukacji zarówno ustawicznej jak i pozaformalnej. Ale to wciąż za mało jak na wyzwanie czasów, w których żyjemy. W systemie edukacji dokonuje się cicha ale ogromna rewolucja.

Szybki postęp technologiczny powoduje, że nowości jest zbyt dużo. A aktualna wiedza potrzeba jest nam by rozumieć świat wokół nas. Także i takie reklamy (zamieszczona niżej na ilustracji) o nieszczelnych jelitach. Bez dostępu do wiedzy i edukacji człowiek może być łatwo manipulowany. Jest jak mieszczuch w dżungli – nie rozumie przyrody wokół siebie i najzwyczajniej wszystkiego się boi. Bo nieznane, niezrozumiałe, dla niego nieprzewidywalne.

18301242_797531337076546_1654348113801578721_nBuraki ćwikłowe jadam od dzieciństwa, w postaci zupy czy buraczków jako dodatku do drugiego dania. Od dawna zauważyłem, tak jak wielu innych ludzi, że po zjedzeniu buraków czerwonych mocz zabarwia się na ciemno, na buraczkowo. Normalne zjawisko. Czasem zastanawiałem się tylko jakie to barwniki przedostają się do moczu i zabarwiają mocz.

Z drugiej strony, w diagnostyce medycznej mocz wykorzystuje się od dawna. Oddajemy w słoiczku do laboratorium w czasie standardowych badań (często w towarzystwie pobierania krwi). Na podstawie moczu, tego jaki jest i co jest w środku, lekarze sporo mogą dowiedzieć się o stanie naszego organizmu. Zatem w świadomości ludzkiej coś zostaje: mocz wykorzystywany jest w diagnostyce.

I na taki grunt trafia cytowany i zamieszczony wyżej artykuł o wykorzystaniu buraków czerwonych do samodzielnego zdiagnozowania „nieszczelności jelita”. Brzmi groźnie, a każdy może sobie taki test samodzielnie w domu zrobić. Co prawda instrukcja jest nieprecyzyjna, bo nie wiadomo co z tym sokiem z buraków zrobić: wstawić do lodówki (wszak moda jest na różne biopola i homeopatie, energie itd.) czy wypić. Domyślać się można, że trzeba by ten sok wypić. I co się stanie? U większości populacji mocz się zabarwi. Ale zabarwienie moczu z czego innego wynika niż nieszczelność jelita. Wymieszana jest prawdziwa informacją z ewidentną bzdurą. Wystarczy całkiem średnia wiedza o budowie naszego organizmu i fizjologii by zapaliła się w głowie „czerwona lampka”, że coś tu jest nie tak. Mocz powstaje w nerkach a nie jelitach. Że dostaje się do krwi a stąd do nerek? Przynajmniej wiedza ze szkoły średniej (tak mi się przynajmniej zdaje na podstawie mojej edukacji sprzed 30 lat) wystarczy by nieufnie podejść do takiej domowej diagnozy. I poszukać informacji w innych źródłach, bo to wydaje się mało wiarygodne. Na marginesie można dodać, że popularność najróżniejszych teorii spiskowych (denializm) mieści się chyba w tym samym nurcie.

O wykrywaniu nieszczelności jelit (a co to takiego?) sokiem z buraków i obserwacji moczu pisze ktoś głupi lub cyniczny. Skala ignorancji jest duża. Sądząc po dyskretnej reklamie na końcu tekstu, pisze to raczej ktoś cyniczny, licząc na ignorancję czytelników. Chce niedouczonych lub zagubionych w świecie nowoczesności ludzi oszukać i naciągnąć na wydatek, proponując swoją „rewelacyjną” kurację. Proste i tanie, jak zdejmowanie uroków pokrzywą lub dziurawcem. Na końcu wspomnianego tekstu pojawia się nazwa cudownej pasty różanej. Reklama dyskretna. Bo przecież przestraszony człowiek, że ma jakieś nieszczelności jelita, poszuka sobie tej pasty i zakupi. Cudowna kuracja jak leczenie od uroków starodawną metodą z jajkiem. I tania.

Jakie wnioski? Potrzebna wiedza, by przeżyć we współczesnym świecie. By nie bać się wyimaginowanych czarownic, nieszczelności jelita czy GMO. Bo współczesny człowiek potrzebuje umieć szybko weryfikować informacje i sprawdzać w różnych źródłach. W dobie mobilnego internetu i licznych bibliotek jest to technicznie łatwe. Potrzeba tylko umiejętności i nawyk, a to wszystko powinno pojawić się w toku edukacji formalnej. Nauczyć uczyć się i samodzielnie dochodzić do prawdy, weryfikować licznie napływające dane.

Dawny model edukacji, rozumianej jako wyposażanie w niezbędną wiedzę encyklopedyczną, jest obecnie niefunkcjonalny, bo tej wiedzy jest za dużo i za szybko się w wielu fragmentach dezaktualizuje. Pojawiają się zarówno nowe urządzenia jak i nowa wiedza, o której nie słyszeliśmy w czasie edukacji szkolnej. Bo wtedy jej nie było. To nie jest wina zaległości szkolnych tylko szybko zmieniającego się świata. Dlatego właśnie powinny (i są) rozwijane coraz to nowe formy edukacji ustawicznej i pozaformalnej. Nie sposób wszystkiego i raz na zawsze nauczyć się w szkole.

Ale potrzebne jest także rozumienie podstawowych procesów oraz krytyczne myślenie, ciekawość. W tym sensie „naukowcem” może być każdy, by odnaleźć się w nowym świecie. Tak więc współczesna szkoła powinna uczyć przede wszystkim krytycznego myślenia, weryfikowania informacji poprzez sięganie do różnych źródeł i ocenę, które są wiarygodne. Te umiejętności potrzebne są także po to, by w pełni korzystać potem z edukacji pozaformalnej. Tak jak kurs prawa jazdy – umożliwia potem poruszanie się różnymi pojazdami (a nie tylko taką marką, na jakiej się uczylismy).

Brak aktualnej wiedzy to poczucie zagrożenia i wyalienowania we współcześnie obcym świecie. Dlaczego nie iść do lekarza, gdy mamy obawy co do swojego zdrowia? Nie ufamy medycynie czy też trudny jest dostęp do specjalisty? Dlaczego tak wiele osób chętniej słucha szarlatanów i naciągaczy, gdy teoretycznie bardzo łatwo może zasięgnąć porady specjalisty, także za pośrednictwem mobilnego internetu? Kto jest dla nas ekspertem?

c.d.n.

Muzeum Nauki cz. 6. Czy lepiej być brudnym czy głupim?

sczachor

Czy lepiej być brudnym czy głupim? Oczywiście, że głupim… bo nie widać. Tak anegdotycznie można zilustrować niewidoczność (nieuchwytność) wiedzy. Mają z tym problem nauczyciele na wszystkich poziomach: od przedszkola do doktora (studia doktoranckiej). Po prostu nie widać tego, co jest w głowie.

Wiedzę rozumianą jako wiadomości, umiejętności i rozumienie, oceniać można po efektach. Przypomina to trochę rozpoznawanie przedmiotów z zamkniętymi oczami, tylko po dotyku. Nic dziwnego, że o zabawne pomyłki nie trudno.

Jaką wartość mają badania naukowe? Setki naukowców przebywa w swoich laboratoriach, salach wykładowych, ba nawet kawiarniach. Cóż oni robią? Siedzą i myślą? A czy jest to jakikolwiek wysiłek? Nie machają kilofem, młotkiem czy łopatą, a więc z pozoru „nic nie robią”. Tylko czasem trud myślenia uwidacznia się na twarzy… ale raczej wtedy, gdy z myśleniem są jakieś kłopoty, na przykład na egzaminie czy klasówce.

Czy istnieje coś, czego gołym okiem nie widać? Społeczeństwa coraz więcej pieniędzy wydają na utrzymanie instytucji naukowych, na badania i eksperymenty. Czy warto i czy są jakieś wartościowe owoce tych działań? Wiedzy nie widać. Dostrzec możemy jedynie wytwory tej wiedzy. Ale nawet do zdawałoby się najprostszych wynalazków, teorii, koncepcji ludzkość dochodziła zbiorowym wysiłkiem przez stulecia. Korzystając na co dzień z różnorodnych urządzeń, korzystając z zasobów wiedzy i rozumienia świata wokół nas, najczęściej zapominany o tej mało widocznej pracy intelektualnej. Bo przecież na pierwszy rzut oka nie widać na ulicy, kto jest mądry, kto przeciętny a kto głupi. Co innego z czystością – brudnego dostrzeżemy od razu.

W ramach Olsztyńskich Dni Nauki w 2007 roku powstała czasowa wystawa, zatytułowana „Muzeum nauki”. Pisałem już o niej kilka razy. Przypominam, bo sprawa jest cały czas aktualna i warto do niej wracać. Nie było to muzeum techniki, ale właśnie muzeum nauki w szerokim słowa tego znaczeniu. Trudno jest udokumentować proces powstawiania wiedzy. Ale można zgromadzić wytwory tej wiedzy i w ten sposób opowiedzieć jak zmieniał się świat. Od astrolabium i tablicy astronomicznej Kopernika do telefonów komórkowych i nawigacji satelitarnej, od żarna i sierpa do roślin transgenicznych i kurnika z Internetem, od gęsiego pióra i inkaustu do komputerów.

Na wspomnianej wystawie przed dziesięciu laty zgromadzone zostały także przedmioty towarzyszące powstawaniu wiedzy w czasie różnorodnych dyskusji, konferencji, kongresów, seminariów. Drobne gadżety próbujące udokumentować to, co trudne jest do dostrzeżenia.

Społeczeństwo wiedzy to społeczeństwo, którego rozwój oparty jest o wiedzę. To znacznie więcej niż wąsko pojmowana gospodarka oparta na wiedzy. Także filozofia, humanistyka i sztuka wpływają na rozwój gospodarczy, pomimo że nie wytwarzają technicznych wynalazków. Ale znacząco wspomagają proces powstawania wynalazków. Być może tamta wystawa pozwoliła niektórym osobom zobaczyć to, co nieuchwytne, ulotne a jednocześnie niezwykłe. Sądzę jednak, że warto takie wystawy organizować częściej lub stworzyć stale działające Muzeum Nauki.

Niżej przypominam kilka opisów, które na tablicach towarzyszyły tamtej wystawie. Treść jest aktualna.

Sala wykładowa i konferencyjna

Kiedyś była tylko kreda i tablica. Potem pojawiły się pierwsze rzutniki pisma oraz epidiaskopy. Pierwsze foliogramy były przygotowywane ręcznie. Teraz w salach wykładowych i podczas konferencji królują rzutniki multimedialne i prezentacje komputerowe. Drewniane wskaźniki zastąpione zostały wskaźnikami laserowymi.

Pierwsze plakaty naukowe (postery) wykonywane były prostymi technikami graficznymi, z piórkiem kreślarskim, patyczkiem, tuszem, wzornikami do pisma, aerografem. Rapidograf i literki samoprzylepne wydawały się wielkim ułatwieniem pracy. Teraz cały plakat przygotowywany jest w komputerze, przenoszony do drukarni na płycie CD i drukowany w dowolnej liczbie egzemplarzy, nie tylko na papierze ale i różnorodnych tworzywach. Niebawem pojawią się pewnie plakaty umieszczane na „papierze”-ekranie ciekłokrystalicznym, będącym zarówno przekazem multimedialnym jak i interaktywnym.

Wszystkie te zmieniające się coraz szybciej gadżety technologiczne wspomagają jedynie warunki powstawania myśli. Bo te rodzą się w trakcie dyskusji osoby z osobą. Gadżety ułatwiają tylko komunikację i coraz sprawniejszy przekaz informacji. Istotne pozostaje jednak samo spotkanie i sama dyskusja, sam przepływ myśli z głowy do głowy.

W terenie i laboratorium

Niegdysiejszy szkicownik zastąpiły najpierw aparaty fotograficzne (analogowe). Teraz na wyposażeniu naukowca są aparaty cyfrowe, dyktafony, GPS-y, laptopy, palmtopy, telefony komórkowe i inne cuda „nafaszerowane” elektroniką. Z użycia zniknęły dyskietki pięciocalowe a bliskie wycofania są dyskietki 3,5 calowe [pisałem to w roku 2007 , teraz tych dyskietek już niema, a i płyty CD wychodza z uzycia...] . Obecnie królują płyty CD, DVD i przenośne nośniki pamięci. W szybkim tempie zmieniają się „gadżety” do spisywania myśli, które rodzą się w głowach naukowców. Mimo jednak ogromnego postępu technologicznego i licznych „gadżetów” – procesy myślowe dalej są nieuchwytne.

Gadżety konferencyjne

Naukowcy nie jeżdżą na konferencje i sympozja po kubki, koszulki czy na uroczyste kolacje. Głównym celem udziału w konferencji jest dyskusja i wymiana myśli, poszukiwanie naukowych inspiracji do dalszych badań. Naukowiec jeździ na kongresy aby przedstawić własne wyniki badań i poddać je obiektywnej dyskusji, jeździ aby zapoznać się z wynikami innych naukowców z całego świata. W końcu spotkać się z ludźmi z bardzo daleka i podyskutować. Nauka rozwija się poprzez dyskusje. Im więcej osób uczestniczy w tych dyskusjach, tym szybsza i głębsza jest wymiana myśli, a co za tym idzie postęp naukowy.

Po tych spotkaniach i rozmowach pozostają jedynie wtórne ślady: zdjęcia, programy, zaproszenia, streszczenia referatów oraz różnego typu gadżety konferencyjne takie jak: identyfikatory, okolicznościowe znaczki i koszulki, notatniki, okolicznościowe długopisy, kubki, maskotki itd. Myśli naukowców są dla nas niewidoczne. Jako ślad pozostają tylko drobiazgi konferencyjne. Identyfikatory ułatwiają odszukanie się osób w czasie konferencji, programy i streszczenia ułatwiają dotarcie do interesującego posteru czy referatu, kubeczki i koszulki z logo konferencji mają ułatwić zapamiętanie spotkania, adresu instytucji naukowej czy zespołu badawczego. Wszystko są to ślady spotkań i dyskusji naukowych. Nie są nimi samymi. Tak jak ślad stopy na piasku są tylko śladem obecności osoby, a nie nią samą.

Dyskusje odbywają się w trakcie różnorodnych seminariów, konferencji, zjazdów, posiedzeniach naukowych z obronami prac doktorskich i kolokwiami habilitacyjnymi. Ale dyskusja odległych osób odbywa się także za pomocą tradycyjnej korespondencji, publikacji naukowych drukowanych w specjalistycznych czasopismach (najczęściej międzynarodowych), książek i monografii. W ostatnich latach dyskusja uległa zintensyfikowaniu dzięki poczcie elektronicznej i Internetowi.

Muzeum Nauki, cz. 5. Kręta droga i muzeum przyrodnicze ciągle w marzeniach

sczachor

Gablota z wystawy W 2007 roku marzyło mi się profesjonalne muzeum przyrodnicze (w szerszym sensie muzeum nauki) w Olsztynie. Muzeum gromadzące zbiory dla celów naukowych, zarówno w postaci zwierząt i roślin czy banku nasion, które będą w przyszłości wykorzystywane do badań genetycznych, jak i zbiory gromadzące okazy do dalszych badań taksonomicznych, morfologicznych, anatomicznych itd. Wiele elementów tak rozumianego muzeum wtedy już było i obecnie też jest – rozproszona po wydziałach i katedrach oraz w zbiorach prywatnych i instytucjach pozaakademickich. Ale czasem bywa tak, że naukowy odchodzą na emeryturę a ich zbiory i kolekcje ulęgają powolnemu zniszczeniu i rozproszeniu.

Marzyło mi się muzeum, które oprócz celów naukowych miałoby funkcje popularyzatorskie i dydaktyczne, które w atrakcyjny i profesjonalny sposób ukazywałoby osiągnięcia równych dziedzin naukowych. Tak rozumiane muzeum byłoby kolejną atrakcją turystyczną Olsztyna oraz znakomitym elementem zaplecza badawczego. Jak już wspomniałem, wiele elementów już jest. I jestem przekonany, że środowisko akademickiego powoli, ale systematycznie w tym kierunku zmierza. Tak pisałem w 2007 roku. Chyba się pomyliłem. Potencjał cały czas jest, ale muzeum przyrodniczego nie widać. Wiele przyczyn się na to złożyło. Modne stały się inne kierunki działań naukowych. A prawdziwe muzeum przyrodnicze powstają na innych uniwersytetach. Może i w Olsztynie kiedyś pojawi się sprzyjająca okazja na tak rozumiane muzeum przyrodnicze.

Moja inicjatywa w 2007 roku, przy okazji V Olsztyńskich Dni Nauki, była tylko jednym z wielu, maleńkich kroczków. Bo nauka to działanie zespołowe i kumulatywne.Udaje się te przedsięwzięcia, które realizowane są przez wielu, czasem niezależnie od siebie, ale w jednym nurcie. 

Celem wystawy  „Muzeum Nauki” z 2007 roku, którą wtedy przygotowaliśmy, było to przypomnienie o istnieniu Archiwum i Muzeum Uniwersyteckiego, gromadzącego określone pamiątki po olsztyńskich naukowcach (ale pamiątki takie znajdują się także w Muzeum Warmii i Mazur). Nie można tworzyć wystawy z niczego. Pomysłem na wystawę było pokazanie procesów „naukowego myślenia”, poprzez zebranie różnorodnych drobiazgów, towarzyszących naukowcom w trakcie różnorodnych dyskusji, konferencji. Ważnym elementem było opowiadanie o tym, dlaczego naukowcy wyjeżdżają na konferencje, czasami bardzo daleko. Żmudne i czasochłonne badania w końcu przekładają się na wynalazki i udogodnienia w życiu codziennym. We współczesnym świecie nauka jest już świadomie wspierana jako zyskowny element rozwoju gospodarczego. Żyjemy w społeczeństwie, którego gospodarka oparta jest na szeroko rozumianej wiedzy. Choć czasem można odnieść wrażenie, że dominują w życiu codziennym irracjonalne teorie spiskowe i egzotyczne zabobony. 

Sama nazwa „Muzeum Nauki” może wzbudzać zdziwienie. Muzeum kojarzy się nam z muzeum techniki, muzeum historycznym, archeologicznym. Ale jak można pokazać naukę? Czyli co? Naukowców w ich pracy, w ich tajemniczym procesie odkrywania, wytwory ich pracy, zarówno te wytwory pomagające odkrywać, jak i te produkty finalnej, jakie znamy z życia codziennego. W sumie nie jest to żadna zbytnia nowinka, bo w Warszawie już od dawna istnieje Muzeum Ewolucji. A od kilku lat z sukcesem funkcjonuje Centrum Nauki Kopernik. Do dobrego muzeum potrzebne są eksponaty i opowieść. Sama opowieść ( i trochę gadżetów multimedialnych) nie wystarczy, jak i nie wystarczą same eksponaty, poukładane w gablotach. Zatem zbierajmy eksponaty (uchrońmy je prze zniszczeniem i wyrzuceniem na śmietnik) i wymyślajmy opowieści.

Olsztyn jest coraz bardziej miastem turystycznym. Tylko co w nim oglądać? Jeden zamek, starówkę, katedrę? Co jeszcze można zobaczyć, tak żeby zatrzymać się na dłużej? Olsztyn to miasto uniwersyteckie. Czy wiedza naukowa może być atrakcją do oglądania, zwiedzania? W 200 7 roki i obecnie twierdzę, że wiedza może być atrakcją turystyczną w szerokim rozumieniu. Sukcesy centrów nauki (Warszawa, Toruń, Gdańsk, Gdynia) są tego dobrym przykładem. A także duża frekwencja na różnego typu uniwersyteckich piknikach naukowych. 

Najsławniejszym naukowcem Olsztyna jest bez wapnienia Mikołaj Kopernik. Trochę pamiątek można zobaczyć w Muzeum Warmii i Mazur na zamku, obejrzeć dwa pomniki. I co dalej? W Planetarium (trochę niestety niepotrzebnie przez olsztyniaków zapomnianym) można zobaczyć „kamienie z nieba”. Niektóre „naukowo magiczne” miejsca wymagają odkrycia i wypromowania.

Środowisko akademickie w Olsztynie jest od ponad pół wieku (nie licząc seminarium). Czy nie ma po działalności naukowej żadnego śladu, dostrzegalnego dla turysty? Czy tylko nazwy ulic w Kortowie i na Brzezinach i kilka głazów oraz tablic pamiątkowych? Nie, śladów jest wiele. Warto je tylko wydobyć do społecznej świadomości i dobrze pokazać także i turystom. 

Nauka i naukowcy cieszą się dużym autorytetem w polskim społeczeństwie. Jeszcze. Wielu przeciętnych zjadaczy chleba chciałoby „podpatrzeć” naukowców w ich pracy, chociaż przez chwilę być współuczestnikiem odkryć, poszukiwań, chociaż przez chwilę poczuć klimat „badań i odkrywania”. Być może dlatego, że każdy z nas choć w maleńkiej części czuje się odkrywcą, poszukiwaczem i eksperymentatorem.

Śladów badań naukowych jest wiele. Trzeba umieć je tylko pokazać. Miejsca różnych eksperymentów, miejsca pracy itd. Wystarczy tylko mu o tym opowiedzieć w przystępny i zrozumiały sposób, a w tafli jeziora „zobaczy” więcej. Poczuje, że jest w „magicznym” miejscu, poczuje się współuczestnikiem.

To samo można powiedzieć o zwykłych konferencyjnych gadżetach. Nie są one przecież celem wyjazdów na konferencje naukowe. Są one tylko śladem, pamiątką, praktycznym gadżetem, ale przemijającym. Co i ile można wyczytać z okolicznościowego długopisu, programu czy zaproszenia? Potrzebna jest wypowiedź uczestników, „świadków”. I potrzebne są sprawne pióra, które spiszą w ciekawy sposób opowieści o ludziach, ich odkryciach, życiu i pasji. Samo zebranie naukowych drobiazgów to tylko pierwszy krok. Ogromnie przydatne byłyby wspomnienia. Te sukcesywnie drukować może prasa (ale nie tylko papierowa lecz i internetowa). Byłby to swoisty przewodnik „muzealny” w odcinkach i przypomnienie wybitnych profesorów, naukowców, związanych z Olsztynem. Część z nich jest już na emeryturze, o części pamiętają jeszcze znajomi, rodzina. Może pomogą ocalić od zapomnienia, osoby i myśli, które mniej lub bardziej zmieniły naszą rzeczywistość.

Mamy już dobre narzędzia do takich opowieści: escape-roomy, grywalizacje, questingi itd. W regionie powstają różnorodne wioski tematyczne. Może znajdą się kreatywni ludzie, którzy zaproponują podobne rozwiązania, wykorzystujące naukę i naukowców z Olsztyna oraz regionu.

Czym jest nauka ? Cz. 6. System

sczachor

nauka3relacjeJeśli nauka jest systemem całościowym, to ważne są nie tylko elementy składowe (fakty, pojęcia, hipotezy, prawa, teorie itd.) ale i organizacja (struktura, relacje między poszczególnymi elementami). Tak jak w zegarku czy organizmie, poszczególne części wynikają z całości. Z jednej części, jednej kości czy organu, możemy wnioskować o całości (całym organizmie, gatunku). Dlatego paleobiolodzy potrafią odtworzyć wygląd i sposób życia całego zwierzęcia jedynie z kilku kości, czy nawet pojedynczego zęba.

Wnioskowanie z jednej części o całości nie jest jednak takie proste. W odniesieniu na przykład do ekosystemu (posłużę się takim biologicznym przykładem) są gatunki wyspecjalizowane, dobrze przystosowane do środowiska. One są dobrymi bioindykatorami. Ale są też gatunki eurytopowe, oportunistyczne. Wnioskowanie na ich podstawie jest dużo trudniejsze i obarczone większym zakresem nieokreśloności. Analogicznie możemy powiedzieć, że niektóre pojęcia w danej dyscyplinie naukowe są dyskretne, dobrze i precyzyjnie zdefiniowane oraz pojęcia bardzie rozmyte znaczeniowo, „oportunistyczne” (mniej zróżnicowane jak komórki macierzyste ale za to z dużym potencjałem do wyróżnicowania się, specjalizacji).

W przypadku gatunków oportunistycznych można wnioskować o stanie całego ekosystemu ale potrzeba więcej danych i informacji o kontekście. Całość to więcej niż suma części, to organizacja. W nauce ważne są wiec nie tylko zgromadzone obserwacje, wytworzone pojęcia, hipotezy, ale i sposób ich zorganizowania czyli teorie i paradygmaty. Te też zmieniają się ewolucyjnie. Dlatego uczniowie lub początkujący adepci nauki zdziwieni są, że w jednym podręczniku tak, a w innym inaczej opisane są te same problemy, zjawiska itd.

W systemie wszystko jest ze sobą powiązane. Zmiana części (pojawienie się nowych faktów naukowych, hipotez) wpływa na zmianę całości. I odwrotnie, zmiana paradygmatu wpływa na części (np. interpretacja od dawna znanych faktów). Przewrót kopernikański spowodował inne interpretowanie tego, co od dawna na niebie widzieliśmy. Na świat obiektywny patrzymy także przez pryzmat teorii, tego co już wiemy. Istotę systemu można zawrzeć w greckiej sentencji” wszystko ze wszystkim, wszystko ze wszystkiego”.

Na podstawie obserwacji budujemy (modyfikujemy, bo przecież nie tworzymy zupełnie od nowa) wiedzę, teorie i tworzymy system wiedzy. Metodą jest indukcja. Z założeń i praw dedukujemy wnioski (dedukcja jako kolejna metoda). Ale relacje między częściami (pojęciami, prawami) można ustalać lub weryfikować za pomocą eksperymentów (faksyfikacja). W końcu optymalizacja systemu wiąże się z dążeniem do prostoty - rozumowanie abdukcyjne. Filozofowie nauki mówią o konsyliencji wiedzy: hipoteza powinna tłumaczyć jak najszerszą klasę zjawisk, tłumaczyć (wyjaśniać) te zjawiska w jak najprostszy sposób, wyjaśniać według podobieństw (zjawiska z przeszłości i przyszłości). Piszą także o koherencji: hipoteza, teoria powinna podawać wyjaśnienia jak najbardziej spójne z największą liczbą obserwowanych danych.

Nauka rozwija się z potocznego rozumowania zdroworozsądkowego (od oportunizmu do specjalizacji). Specjalizacja wymaga złożonego systemu i otoczenia. Współcześnie więc nauka rozwija się w dużych zespołach i instytucjach.

Czytaj całość (wszystkie części w jednym kawałku)

Czym jest nauka ? Cz. 5. System rozwijający się

sczachor

nauka2rozwojsystemuW kolejnej części opisuję naukę jako system. Układ, system to nie jest suma części, lecz także relacje między tymi częściami, sposób ich wzajemnego ułożenia. Organizacja a nie jakaś tajemnicza vis vitalis..

Weźmy za przykład zegarek. Rozkręćmy go na części i wszystkie wrzućmy wszystkie do woreczka. Suma części będzie taka sama, niczego nie zabraknie. A jednak nie będzie to już sprawny mechanizm, pokazujący godziny. System jako mechanizm. Takie podejście mogli byśmy nazwać mechanistycznym. Lepszym przykładem (modelem) systemu jest organizm - ciągle się zmienia, wymienia części (w metabolizmie), rośnie, ewoluuje a mimo to przez cały czas jest sprawny i działający.

Nauka jako system wiedzy, czy to w pojedynczym mózgu człowieka, czy to jako ogólnoludzki system wiedzy, jest systemem „biologicznym”, niczym organizm. Tak, jakbyśmy oglądali swoje zdjęcia z dzieciństwa, młodości, dojrzałości. Widać podobieństwo ale przecież za każdym razem jest to „ktoś inny”. Tę zmienność trzeba uwzględniać nie tylko w historii nauki, ale i na co dzień. Bowiem nauka zmienia się dynamicznie i bardzo szybko. W dyskusji, gdy używamy pojęć, warto jest wiedzieć z jakiego „organizmu” (teorii, paradygmantu) one pochodzą. Takie same słowa nie oznaczają tych samych desygnatów. I jeszcze kilka porównań biologicznych.

Dla organizmu charakterystyczny jest rozwój (ontogeneza) i ewolucja (filogeneza). Już sam wzrost na wielkość wymusza zmiany organizacyjne całego systemu. Mały organizm jednokomórkowy może być mniej zorganizowany, ale gdy komórka rośnie to wraz wielkością liniową powierzchnia wzrasta do kwadratu a objętość do sześcianu. Dlatego pojawiają się nowe problemy, np. nie wystarcza już wymiana gazowa powierzchnią ciała (u organizmów wielokomórkowych) i pojawiają się specjalne organy (skrzela, skrzelotchawki, płuca), pozwalające zwiększyć powierzchnię wymiany dla powiększającego się organizmu. Sam więc wzrost wymusza reorganizację całego systemu.

Nauka na pewno ma charakter kumulatywny. Do tego dochodzi ewolucja - zmienność w czasie i dostosowywanie się do środowiska (otoczenia). System więc wewnętrznie się „konstruuje” (różnicuje, np. wraz z przyrostem wiedzy wyodrębniają się nowe dyscypliny i subdyscypliny) i optymalizuje (np. dojrzewa metodologia).

Kiedy się nauka zaczęła? Gdzieś w mrokach prehistorii. Ten pierwotny system wiedzy naszych przodków wynikał zapewne z obserwacji środowiska (otoczenia). Był niezróżnicowany, wszystko było ze sobą ścisłe powiązane: magia, religia, wiedza o ludziach i przyrodzie. Niezróżnicowane jak komórki macierzyste. Nauki w obecnym rozumieniu jeszcze nie było. Dopiero się powoli wyróżnicowała, jak tkanki z komórek macierzystych. Wiedza była mała i jednolita (w dzisiejszym rozumieniu), mieściła się w głowie jednego człowieka lub jednego plemienia. Wzrost wiedzy, wynikając z wzrostu komunikujących się ze sobą ludzi, jak i sposobu utrwalania wiedzy (pismo, druk, współczesne nośniki), to liczba zgromadzonych przez społeczność faktów, najpierw tylko w zbiorowej pamięci potem spotęgowane przez możliwość zapisania na papierze. A teraz w komputerach.

Ale to nie tylko wzrost na ilość ale i zmiana organizacji. Możemy mówić o rozwoju i ewolucji teorii i paradygmatów Paradygmat (czy w węższym rozumieniu teoria) decyduje o tym, co dostrzegamy. Patrzymy na świat przez pryzmat teorii i tego, co już wiemy i spodziewamy się zobaczyć (lekarz na zdjęciu rentgenowski czy na ekranie ultrasonografu widzi więcej niż pacjent). Nie ma faktów obiektywnych samych w sobie. To tak, jak patrzenie przez czerwone szkło (czerwone elementy będą niewidoczne). Niby widać, ale coś umyka. Wystarczy zmienić kolor szkła, a świat będziemy postrzegać nieco inaczej.

W toku tej ewolucji następowało wyróżnicowanie się i dojrzewanie metody naukowej, coraz wyraźniejsze wyodrębnienie się nauki z innych elementów wiedzy, z religii, magii.

Obserwujemy otoczenie, i na zasadzie indukcji, tworzymy nowe fakty, hipotezy, teorie. Na przykład wynalezienie teleskopu, czy mikroskopu zaowocowało dopływem zupełnie nowych obserwacji, pojęć. Tak jak odkrycie nowych kontynentów i zaobserwowanie nowych gatunków roślin i zwierząt. Wzbogaciło ilościowo ale i nie tylko. Zaowocowało także przebudową systemu, zmianą relacji między już zgromadzonymi faktami, np. teoria ewolucji inaczej uporządkowała zgromadzoną wiedzę o różnorodności biologicznej. Sama zaś teoria ewolucji spowodowała inne (kaskadowe) zmiany w systemu nauki. Nowe definicje.

Dedukcja to wnioskowanie z tego, co już wiemy, z nowej teorii i paradygmatu, wyprowadzanie możliwych innych hipotez. W naukach przyrodniczych dowodzenie (weryfikacja) tych hipotez odbywa się przez eksperyment. Tak jak odkrywanie nowych pierwiastków, wynikających z systemu Mendelejewa. Można było wydedukować istnienie nieznanych pierwiastków, ale trzeba je było eksperymentalnie „zobaczyć”, „dotknąć”.

Nauka jako system rozwijający się, przebudowujący i reorganizujący. To zarówno organizm w czasie ontogenezy jak i organizm ewoluujący. Stany poprzednie różnią się od obecnych. System nie jest prosta sumą elementów.

c.d.n.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci