Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : chrzaszcze

Otrupek włochaty - brzmi groźnie, makabrycznie i tajemniczo

sczachor

Byrrhus_pilula_Linn_1758Nazwa często oddaje charakter zwierzęcia, grzyba czy rośliny. Otrupek kojarzy się z trupem, zwłokami. Jakaś tajemnicza zbrodnia majaczy we mgle. A do tego włochaty. Coś nieprzyjemnego. Ale zarazem intrygującego. Zatem zapraszam do lektury demaskującej tytułowego otrupka.

Trafiłem na niego przypadkiem, gdy zamieściłem zdjęcie chrząszcza przecudnej urody z imponującymi czułkami. Pierwsze moje skojarzenie nasunęło mi na myśl sprężyka. Ale znajomy specjalista od chrząszczy szybko mnie z błędu wyprowadził. „To nie jest sprężyk. Nie ma nic wspólnego z tą rodziną, bo rodzina Callirhipidae należy do Byrrhoidea, czyli jest bliżej spokrewniony z otrupkami i (Byrrhidae) niż ze sprężykami, które są w oddzielnej nadrodzinie Elateroidea.”

Otrupkowate? Czy to jakieś chrząszcze związane z padliną? Można je spotkać na martwych zwierzętach? Owadów, pojawiających się na zwłokach, jest wiele. Są wykorzystywane w kryminalistyce do określania potencjalnego czasu śmierci znalezionych zwłok.

Owszem, otrupkowate mają coś wspólnego z trupami, ale nie to, co myślałem. Same udają „trupka”. Jedno jest pewne, otrupkowate to chrząszcze bardzo tajemnicze bo słabo poznane, zwłaszcza ich tryb życia. Są uważane za grupę ewolucyjnie starą. Przypuszcza się, że otrupkowate odżywiają się mchem, porostami, glonami, niektórzy autorzy piszą, że odżywiają się także obumarłymi korzeniami traw lub innym materiałem roślinnym (w zasadzie detrytusem, martwymi częściami roślin). Czyli coś tam z szeroko rozumianymi „umarlakami” mają wspólnego. Larwy żyją w ziemi odżywiając się korzeniami różnych roślin.

Zasiedlają współcześnie strefę klimatu umiarkowanego. Niektóry specjaliści twierdzą, że są chłodnolubne. Występują w Europie i w Polsce, zarówno w obszarach górskich jak i nizinnych, w miejscach porośniętych mchem, na bagnach czy na wilgotnych skałach. Do otrupkowatych należą chrząszcze stosunkowo małe (do 13 mm), twarde, krępe i wyraźnie wypukłe. Charakterystyczną ich cechą są głębokie bruzdy na spodzie ciała, do których chrząszcze chowają odnóża i czułki – nie widać ani odnóży ani czułków, dlatego przypominają grudkę ziemi lub jakieś nasiono. Tak udając trupa, stają się trudno widoczne i trudne do uchwycenia. Niczym pancernik zwinięty w kulkę. I najpewniej ta cecha była powodem porównania ich do trupa – stąd nazwa otrupkowate. Są to mało ruchliwe chrząszcze, niektóre gatunki nie są zdolne do lotu (zrośnięte pokrywy skrzydłowe).

W Polsce występują 23 gatunki, z których jeden (Carpathobyrrhulus tatricus) umieszczony jest na Czerwonej Liście Zwierząt Ginących i Zagrożonych w Polsce. Polskie nazwy tych chrząszczy są urocze: otrupek, bedryk, ssacz, gabinetowiec, otrupek pigulnik, brunatek, dziewannik.

Otrupek włochaty (Byrrhus pilula) to najczęściej występujący przedstawiciel omawianej rodziny. Jego wymiary wahają się w granicach 7-11 mm. Jest gatunkiem pospolitym, spotkać go można na terenach nizinnych, w mchach lub na miejscach piaszczystych, na leśnych i polnych ścieżkach. W chwili zagrożenia chowa odnóża i czułki w specjalnych bruzdach i udaje martwego.

Morał z tej koleopterologicznej opowiastki jest taki, by nie sądzić o charakterze po samej nazwie. Bowiem nasze skojarzenia wynikają z naszego doświadczenia. Autor nazwy mógł mieć zupełnie inne skojarzenia i nazewniczą inspirację.

Fotografia: Udo Schmidt - Flickr: Byrrhus pilula (Linné, 1758), CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=21357522

Źródła:

  • Fauna Polski. Charakterystyka i wykaz gatunków. Tom I, Muzeum i Instytut Zoologii PAN, Warszawa, 2004.
  • Kozłowski M. W., Owady Polski – chrząszcze, Multico, Warszawa, 2009.
  • Majewski E., Słownik nazwiks zoologicznych i botanicznych polskich, Warszawa, 1894.
  • Winkler J.R, Severa F., Mały atlas chrząszczy. PWRiL, Warszawa,1977.
  • Zahradnik J., Przewodnik: Owady. Multico, Warszawa, 2000.

Entomologiczne andrzejki

sczachor

wonnica_pimwkaMożna wróżyć z wosku, cyny, fusów, wnętrzności zwierząt, odgaszanych węgli, lotu ptaka, świńskiej lub krowiej łopatki czy nawet czerpiąc wodę przetakiem. A można i wróżyć sobie owadami. Tak przynajmniej było jakieś sto lat temu na Warmii, o czym można wyczytać w „Dorocznych zwyczajach i obrzędach Warmii” Jana Chłosty.

Otóż dziewczęta na wsi kopały dołek w ziemi i szukały chrząszczy. Jeśli znalazły błyszczącego - to oznaczało, że wybranek będzie wojskowym. Jeśli znalazły czarnego chrząszcza - to przyszły mąż miał być kominiarzem. A jeśli jasny (biały) to znaczyło że będzie młynarzem. Domyślam się, że błyszczący czy czarny to może być owad dorosły (imago). Zapewne jakieś chrząszcze epigeiczne, szukające schronienia. Może jakieś biegaczowate (Carabidae), może trzyszcze a może tylko żuki gnojarze. Białe to już najpewniej są larwy, żyjące w glebie.

Wróćmy jednak jeszcze do tych dawnych, wiejskich wróżb na Warmii. Jeśli „robak” (wszystko zależy jaką wiedzę zoologiczną miały warmińskie dziewczyny i czy potrafiły odróżnić owady od innych bezkręgowców) miał szorstką powierzchnię to znaczyło, że mąż będzie bogaty. A jeśli gładką - ubogim.

Pośród innych andrzejkowych wróżb z dawnej Warmii warto wspomnieć (za Janem Chłostą) o umieszczaniu w łóżku nasion lnu lub owsa. Dodatkowo dziewczęta wypowiadały przy tej czynności sentencje, aby we śnie pojawił się wybrany chłopak. Bo wróżbom trzeba dyskretnie pomóc (podpowiedzieć). Koło Biskupca natomiast w andrzejkowy czas dziewczęta kładły pod poduszkę męskie spodnie lub nieumytą łyżkę.

Andrzejkowe wróżby są dobrym pretekstem by się spotkać w sympatycznym gronie. Wróżby i zabawy towarzystwie nie muszą się sprawdzać. Wszak sami jesteśmy kowalami własnego losu.

A na zamieszczonym zdjęciu chrząszcz z rodziny kózkowatych, wonnica piżmówka, sfotografowana w czasie badań w Delcie Wisły, kilka lat temu.

Czytaj także: O chrząszczach, motylach i wróżbach andrzejkowych

Ażebym nie urzekł czyli wiedźmy huculskie (Część 3. Poszukiwanie genezy wiedźm)

sczachor

huculszczyznaKontynuuję swoje poszukiwania genezy słowa wiedźma. Po Polesiu (Wiedźmy poleskie czyli skąd się wiedźma u nas wzięła) tym razem sięgam do Huculszczyzny. Zajrzałem do starej, etnograficznej książki Włodzimierza Szuchiewicza pt. „Huculszczyzna” tom IV., wydanej w 1908 roku, dobra i rzetelna praca etnograficzna. Treść jeszcze nie została skarżona współczesnym, medialnym (Hollywoodzkim) punktem widzenia i nowym kulturowym kreowaniem fantastycznych światów. A materiały z żywej pamięci pochodzą z wieku XIX. Zatem materiał wiarygodny i rzetelny. W rozdziale XX („O bogach ziemskich i ludziach niezwykłych") przeczytać można i o wiedźmach. W zasadzie zawarte fakty etnograficzne (to jak sobie Huculi wyobrażali wiedźmy i co o nich sądzili) potwierdzają wcześniej przytaczane (w poprzednich wpisach o wiedźmach) zdanie Moszyńskiego, że wiedźmy należały do kategorii półdemonów, z pogranicza świata ludzi i demonów.

Cóż więc Huculi myśleli o wiedźmach? „Wiedźma to kobieta, z której podczas snu ulatuje dusza, wychodząc tyłem przez otwarte okno, drzwi lub komin. [tu moja mała dygresja - pogańska Słowiańszczyzna wyobrażała sobie duszę jako coś fruwającego zazwyczaj jako ptaka, być może czasem także owada-ćmy. W odniesieniu do ptaków zrozumiały był szacunek dla bocianów i jaskółek] Dusza wiedźmy wygląda jak świecąca, przejrzysta kula, która toczy się ogrodami, polami, na miejsce swojego przeznaczenia; można ją widzieć, a pochwycić ją może tylko kobieta połami swej koszuli, a mężczyzna spodniami, a przechować można ułowioną duszę tylko w makutrze; [makutra kojarzy mi się z ucieraniem maku. Być może owa makutra do przechowywania duszy wiedźmy ma jakiś związek z makiem i poprzednio przytaczanymi informacjami z Polesia, gdzie mak związany był z odczynianiem przeciw wiedźmom i zwany był wiedunem] gdyby przy tem ta kula pękła, umiera równocześnie kobieta, z której dusza uleciała. Gdyby kto pochwycił taką duszę, a ciału nadał inne położenie, jak to było, gdy ona z niego wyleciała, albo gdyby kto wziął ciało z miejsca, gdzie ta kobieta usnęła, ona nie ożyje, chociażby wypuścił ujętą duszę; trzeba poprzód położyć ciało na swoje miejsce i to w pierwotne położenie, wtedy dopiero wejdzie weń dusza i to tylko nocą, nigdy w dzień.”

No to mamy obraz wiedźmowej duszy. Pora coś więcej dowiedzieć się o samych wiedźmach: „Kobiety, co rodzą się wiedźmami, mają maleńki twardy ogon; są i bezogonowe wiedźmy, któremi stały się złe kobiety; te są wiedźmami od ludzi, a tamte od krów, owiec itp.”. Ewidentnie widać więc, że wiedźmy z zasady są złe. Mogą się takie urodzić. Być może ów ogon to medycznie udokumentowane przypadki urodzenia się ludzi z dłuższą kością ogonową. Jak każdy niecodzienny i „inny” przypadek w budowie anatomicznej budził strach i wymagał jakiegoś światopoglądowego uzasadnienia. 

Nocą siadają wiedźmy na kociubę [narzędzie do wygarniania węgli z pieca chlebowego albo pogrzebacz, rodzaj pogrzebacza służącego do rozgarniania żaru w piecu chlebowym, ale także rodzaj płaskiej szufli, służącej do wkładania i wyjmowania ciasta (bochenków chleba itd) z pieca chlebowego - jak widzimy nie tylko miotła służyła do latania] lub miotłę i wylatują zwyczajnie kominem na oznaczone miejsce, na jakiejś górze lub na miedzy, gdzie odbywają swe narady; tam rozdziela pomiędzy nie czart szczeć, ażeby miały czem ciąć ludzi.” W dalszej części jest wzmianka o cięciu, zatem pewnie tną ową szczecią. Mamy więc drugi sposób podróżowania, już nie tylko dusza ulatująca nocą ale i sama wiedźma może latać (na miotle lub kociubie). W każdym razie spotykają się z czartem, silą nieczystą i bezwarunkowo szkodzą ludziom. O żadnej wiedzy na temat ziołolecznictwa w świadomości Hucułów sprzed ponad wieku nie ma mowy. Pomocne to nam będzie do oddzielenie tego co było dawniej, od współczesnego tworzenia wizerunku wiedźm. Ale to inna oczywiście opowieść.Wróćmy do huculskich wiedźm (etnograficznych zapisków Szuchiewicza). „Wiedźmy nasyłają chorobę, lub szkodzą człowiekowi materyalnie, ogryzając np. las, skutkiem czego on usycha lub t.p. One czarują w miejscach, którędy bydło idzie do wody, nabierając gliny ze śladu bydlęcia, wyskubują mu włosy, udoją mleka, a urobiwszy z gliny, włosów i mleka maleńkie baryłeczki, przechowują je w drzewach świerkowych.” Szuchiewicz w przypisie zaznacza, że baryłeczki to poczwarki chrząszcza Monochamus sartor - żerdzianka krawiec, chrząszcz z rodziny kózkowatych, zasiedla bory iglaste. w Europie Środkowej gatunek współcześnie rzadki, larwy żyją pod korą i tam następuje przepoczwarczenie. Huculi mocno związani byli z lasem i drewnem, większość ich wyrobów była z drewna. Zapewne często tego chrząszcza spotykali. Jak widać przypisywali mu magiczne właściwości, efekt knucia wiedźm ale i dobry środek do pomnożenia bogactwa (o tym niżej). Może jakoś wiązało się to z opisywanym szkodzeniem w postaci „ogryzania lasu, skutkiem czego on usycha” ? Erazm Majecki w „Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich” z 1894 roku dla wspomnianego chrząszcza takie podaje polskie nazwy: cierniorożec, żerdziak, żerdzianka. „Kto taką baryłeczkę znajdzie, daje ja swej krowie, a krowa daje wskutek tego dużo tłustego mleka. [zatem jakiś sposób na przechytrzenie wiedźmy lub wykorzystanie jest działań na swoja korzyść] Wiedźma wchodzi do stajni, a gdy nassie się mleka, wraca wypełniona kulą do domu, gdzie wydaje mleko używane, a sama wchodzi przez usta w ciało. Wiedźma od krów może nadoić mleka i z międlicy, przysiadłszy koło niej, jak do podoju i wetknąwszy nóż w międlicę.”

Zatem wiedźmy kradną mleko krowom, przylatując jako dusza, zatem niewidzialna lub trudno dostrzegalna dla ludzi. W wielu opowieściach etnograficznych wiedźmy albo kradną mleko krowom, albo sprawiają, że krowy mało mleka dają (przez co działają na szkodę ludzi). Chciałbym na ten aspekt zwrócić uwagę. Praindoeuropejczycy wiązani są z udomowieniem bydła i hodowlą. Całoroczne wykorzystanie mleka dawało duży zysk cywilizacyjny i populacyjny (uniezależniało od sezonowości rolniczych plonów i zapobiegało głodowi). Być może stąd taka duża estyma dla bydła (widoczna także u indyjskich Ariów), zarówno w postaci wierzeń jak i obaw przez „zabraniem” mleka, podstawy wyżywienia i gospodarki. Te wywody o mleku i wiedźmach wskazywałyby, że wiedźmy jako złe demony czy półdemony pochodzą z dawnej prasłowiańskiej (może nawet praindoeuropejskiej) tradycji. Błędne są więc niektóre współczesne wywody jakoby dawniej, w przedchrześcijańskiej Słowiańszczyźnie wiedźmy były „dobre” i miały wiedzę jak wykorzystywać zioła do leczenia ludzi, a dopiero w czasach chrześcijańskich niesłusznie i z niewiedzy zostały uznane za złe. Zanim przytoczę kolejny fragment z „Huculszczyzny” Szuchiewicza, jeszcze małe wyjaśnienie czym jest międlica (młode pokolenie wiedzieć raczej nie może, chyba, że ze skansenu). Międlica, to drewniany przyrząd do międlenia lnu lub konopi. Z krową i mlekiem nic nie ma wspólnego. Może tylko wygląd, stojącej międlicy jakoś przypominałby czworonoga?

Huculi wiedźmy i upiory podobnie traktowali Upiór to znów taki mężczyzna, jak wiedźma. Jedni są od koni, inni od rybołowstwa, od myślistwa itd. Upiór wie, która z kobiet jest wiedźmą, to też może przeszkodzić jej zamysłom; jeżeli znają się oboje, wtedy zamienia się upiór na konia, a wiedźma jedzie na nim.” Ot, siła złego na jednego (człowieka). Skoro wiedźma czy upiór szkodzi to i wiele różnych praktyk magicznych z ziołami i innymi odstraszaczami wiedź i czarownic wszelakich zachowało się w zwyczajach ludowych, spisanych przez dawnych etnografów. Na przykład miotła czy siekiera położona na progu lub przy progu, wtykanie pokrzywy lub bylicy w strzechę obory, czy zakładanie na rogi krowom, by odstraszyć wiedźmy. Być może i świętojańskie wianki były sposobem zabezpieczania się ludzi przed wiedźmami. Traktowanymi jako zło czające się na zdrowie i majętność ludzi.

Wróćmy do Huculszczyzny „Wiedźma, która nie ma gniewu do nikogo, przemawia wchodząc do izby lub do stajni: Tnę a nie utnę! - wtedy nic złego nie stanie się; jeżeli zaś powie bez powyższych słów: Joj, jakie to piękne! np. dziecko, oho, ono pewnie umrze!” Jeszcze ja pamiętam z dzieciństwa i młodości (współczesność, druga połowa XX wieku!) zwyczajowe zawiązywanie małemu dziecku w wózku czerwonej wstążki, by obronić przed urokiem. Może już nie w sferze świadomego kultu czy wierzeń ale przynajmniej zwyczajów kulturowych. A czyż my czasem nie mówimy, gdy nam ktoś coś dobrego życzy „nie dziękuję, by nie zapeszyć”? Ciekaw jestem czy przedmaturalne wiązanie sobie (na studniówkę) czerwonych podwiązek nie jest jakąś przetworzoną pozostałością po tych dawnych, archaicznych wierzeniach i zabezpieczaniem się przed urokiem wiedźm. Ciekawy wątek do poszukiwań. Ale wróćmy do Hucułów i ich wyobrażeniom wiedźm: „Dlatego też każdy człowiek, co nie chce być podejrzany o to, że jest wiedźmą czy upiorem, powinien przed wyrażeniem zdziwienia swego najpierw splunąć, potem powiedzieć: Ażebym nie urzekł! - i dopiero, gdy domownicy od powiedzą: Nie urzekniesz! - powiedzieć: Jakie to piękne! Lub podobnie.” Widać być uznanym za wiedźmę czy upiora nie należało do dobrego tonu. Groziło sąsiedzkimi restrykcjami. Czy to magicznymi, odwetowymi działaniami na szkodę czy… topieniem w rzece. Bo zapiski o wschodniosłowiańskim topieniu czarownic znamy z relacji arabskich już z XI czy XII wieku - nie mają więc genezy chrześcijańskiej a są rodem z przedchrześcijańskiej Słowiańszczyzny. Sam z dzieciństwa i z Mazowsza pamiętam z rozmów różnych ludzi takie zwroty "Ażebym nie urzekł" czy coś podobnego. Tak głęboko w codziennej kulturze wryły się dawne i już zapomniane zabobony, wierzenia, kultowe praktyki.

I na koniec jeszcze jeden fragment z Huculszczyzny sprzed ponad wieku „Jeżeli wiedźma lub upiór umrze, kładą ich ciało twarzą ku ziemi i tak, ażeby głową było zwrócone ku wschodowi, a ksiądz ma taki grób zapieczętować w nogach i głowie, ażeby wiedźma czy upiór nie mogły wyjść z groby.” Wierzenia i kultura - jeśli nie zostały spisane - nie zachowują się. Ale ostatnia wzmianka jest już śladem dla archeologów. Dysponując spisanymi wyobrażeniami (etnografia), można próbować interpretować znacznie starsze znaleziska archeologiczne, czy to dotyczące pochówku czy innych materialnych pozostałości. Żmudna to praca. Ale pasjonująca.

Dotychczasowe poszukiwania wskazują, że dawniej wiedźma traktowana była jako półdemon czyniący ludziom zło. I to pejoratywne traktowanie ma genezę bardzo starą, przedchrześcijańską. Współcześnie (koniec wieku XX i początek XXI) przypisujemy wiedźmom i czarownicom inne znaczenie, ale jest to już współczesna kreacja i wynika nie tyle z sięgania do źródeł lecz przetwarzania na współczesne potrzeby. O tym także napiszę. Niebawem.

c.d.n. będą kolejne informacje etnograficzne z Huculszczyzny i Słowiańszczyzny Wschodniej oraz Wołoszczyzny.

Czytaj także:

 wiedzmy_huculskie

Anisoplia cyathigerum czyli giełczyk krzyżowiec czy nałanek, bronka i nierówienek na warmińskiej dachówce?

sczachor

anisoplia_agricolaW czasie majówkowego malowania na kamieniach, cegłach i dachówkach (Sztuka nie tylko ludowa - wyczarowane z gliny) malowaliśmy motywy przyrodnicze. Były krajobrazy warmińskie „chwasty” i owady (a nawet trafiła się krowa i papuga). Inspiracją była pamięć tego, co obserwujemy wokół nas oraz przyniesione książki z roślinami i owadami Polski.

Ania Wojszel wybrała m.in. chrząszcza z „Małego Atlasu Chrząszczy”. No i pojawił się mały problem, bo w książce była tylko nazwa łacińska (bez polskiej). Zacząłem więc poszukiwanie, bo rozjaśnić nieco bardziej.

W Małym Atlasie była tylko nazwa łacińska Anisoplia cyathigerum. Trochę trwało, zanim ustaliłem z pomocą internetowych baz danych, że jest to starszy synonim Anisoplia agricola. W poszukiwaniu polskiej nazwy sięgnąłem do „Słownika nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich Erazma Majewskiego z 1894 r. Dla rodzaju Anisoplia znalazłem takie nazwy polskie: nałanek (od występowaniu na łanie zbóż?), bronka (ta nazwa niezwykle tajemniccza), nierówienek. Dla nazwy Anisoplia fruticola - kłośnik, nałan kłosiniec. Jest w czym wybierać, by chrząszcza namalowany na dachówce miał jakąś polską nazwę. Dla gatunku Anisoplia crucifera - giełczyk, krzyżowiec. A skoro A. crucifera to synonim A. agricola i A. cyathigerum to wychodzi na to, że na dachówce jest giełczyk krzyżowiec. Ewentualnie nałanek, bronka i nierówienek.

Giełczyk krzyżowiec w Polsce występuje ale do tej pory na Warmii i Mazurach nie był stwierdzony. Teraz jest, namalowany na starej, warminskiej lub mazurskiej dachówce ze Skansenu w Olsztynku. Rysunek w kształcie krzyża w jakiś sposób nawiązuje do historii regionu i Krzyżaków (rosyjska nazwa gatunku kózka krzyżonośna lub kózka nosząca krzyż). Krzyżowiec też do rysunku nawiązuje. Nie wiem tylko skąd giełczyk. Ale brzmi tajemniczo i sympatycznie.

Anisoplia agricola (syn. A. cyathigerum, A. crucifera) jest chrząszczem z rodziny żukowatych (Scarabaeidae) - czyli jest kuzynem. skarabeusza (poświętnika), żuka gnojarza, chrabąszcza majowego, pachnicy dębowej, orszoła i wielu innych. Należy do podrodziny Melolonthinae - plemię Rutelini . Są to chrząszcze szeroko rozprzestrzenione w rejonach tropikalnych subtropikalnych, wiele z nich odznacza się pięknym ubarwieniem. Nasz giełczyk krzyżowiec też jest jak na żuka ładnie ubarwiony. W Europie grupa Rutelini jest stosunkowo nieliczna. Ponieważ larwy żyją w zbożach i odżywiają się korzeniami, to bywają te chrząszcze zaliczane do szkodników. Tyle, że są nieliczne i rzadkie, szkód więc nie czynią.

Uwieczniony na dachówce gatunek występuje w Europie południowo-wschodniej i w południowo-wschodniej części Europy Środkowej, na Kaukazie, w Azji Mniejszej, Armenii i Syberii Zachodniej. W Polsce chrząszcz tej jest nadzwyczaj rzadko spotykany, znany z kilku stanowisk w południowej części kraju, przy czym dane o rozmieszczeniu na Nizinie Sandomierskiej i w Beskidzie Zachodnim oparte są na znaleziskach sprzed przeszło stu lat i wymagają współczesnego potwierdzenia. Giełczyk zasiedla gleby gliniaste i czarnoziemy w strefie lasostepu. Larwy żyją w glebie, odżywiając się korzeniami traw i roślin zielnych. Cykl rozwojowy trwa około dwu lat. Postacie dorosłe spotkać można w lecie. (źródła: Coleoptera Poloniae, Baza Bioróżnorodności).

A nieco wyżej widać dachówkę z czerwończykiem nieparkiem. mojego autorstwa. 

Fot. Anna Wojszel.

Wszystko mija, nawet najgorsze

sczachor

kaluznica1

"Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija"

St. Lec

Wszystko przemija, nawet najdłuższa i jadowita żmija, i hejterka i cyberstalking. Są pasożyty świata biologicznego i pasożyty świata wirtualnego. Oba typy są uciążliwe. Ale przemijają. Co najwyżej zostają swędzące po ukąszeniach miejsca.

A na zdjęciu wyżej łarwa kałużnicy, takiego chrząszcza wodnego. Wyspecjalizowany ślimakożerca. Nie żmija, a też ... przepełza. W inne miejsce. By się przepoczwarczyć w coś innego.

 

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci