Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : rolnictwo

Produkować z troską o Ziemię, żywić z troską o konsumenta

sczachor

ekokonferencja_2016W połowie października miałem okazję uczestniczyć w konferencji pt. "Produkować - z troską o Ziemię. Żywić - z troską o Konsumenta", zorganizowaną przez Departament Rozwoju Obszarów Wiejskich i Rolnictwa Urzędu Marszałkowskiego woj. warmińsko-mazurskiego,  pod patronatem Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego Gustawa Brzezina. Na spotkanie w Osadzie Danków (urocze miejsce) w Wielimowie k. Miłomłyna, przyjechali przedstawiciele z trzech województw. 

Spotkałem osoby, które znałem tylko internetowo. W realu można dużo owocniej podyskutować. I zaplanować działania w przyszłości. Posłuchałem o rolnictwie ekologicznym i niezwykłych lekcjach muzealnych. Zdziwiło mnie to, że zapotrzebowanie na produkty zdrowej, ekologicznej żywności jest dużo większe niż możliwości produkcji. Co prawda jest sporo gospodarstw ekologicznych i tradycyjnych ale mało jest przetwórców. Być może dobrym rozwiązaniem byłoby sprzedawać żywność ekologiczną... na miejscu. Do tego potrzeba nowych inicjatyw i współpracy. A na rozwój obszarów wiejskich są pieniądze (PROW 2014-2020). Rozmówcy podkreślali, że łatwe pieniądze się skończyły, Teraz pora na innowacje (czyli trzeba ruszyć szarymi komórkami).

Być może wsparciem dla żywności wysokiej jakości będą inkubatory przetwórstwa lokalnego. Skoro certyfikowanie produktów jest kosztowne i daje mało korzyści niewielkiemu producentowi, to być może szansą są produkty tradycyjne. Te potrzebują tworzenia legendy produktu. 

Niezwykle dla mnie ciekawym było wystąpienie o działaniach kucharza ... w muzeum (Wilanów). Interaktywne muzeum i rekonstrukcja kulinarna wraz z odtwarzaniem dawnych smaków. Muzea wyglądają już inaczej. Można w nić zjeść. I wcale nie chodzi o zaspokojenie głodu. Chodzi o pogłębioną podróż w przeszłość. I poznawanie starych odmian roślin i ras zwierząt. To także dobry pomysł dla regionalnego dziedzictwa kulinarnego, kulturowego i przyrodniczego. By sami turyści przyjechali do nas i do producentów ekologicznej żywności. Aby się to jednak udało, potrzeba współpracy, współpracy i innowacyjności. Bo w turystyce nie chodzi o samo jedzenie i spanie. Potrzebna jest także niebanalna przygoda.

Nad Kanał Elbląski nie pojechałem tylko posłuchać i w kuluarach podyskutować. Przygotowałem krótki referat o zupie z pokrzyw, zakopiańskiej litworówce i maści czarownic do latania. A do prezentacji przygotowałem degustację. Bo same słowa i obrazy nie przemawiają tak dobitnie jak własne doświadczeni. Chciałem pokazać namacalny przykład współpracy nauki z gospodarką (małymi, rodzinnymi firmami) oraz opowiedzieć o Wimlandii. Czyli o budowaniu legendy marki i wspieraniu lokalnej produkcji .

Z pomysłami i inspiracjami wracam na uczelnię, by podzielić się ze studentami (już w tym tygodniu, bo po co odkładać?). Opowiedzieć i spróbować od razu pomysły zrealizować. By studentom przekazywać nie tylko informacje (wiedza) ale stwarzać okazję do działania i nabierania doświadczenia w rzeczywistej pracy (współpraca z przedsiębiorstwami).

zupa_z_pokrzyw_i_masc_Dankow 

 

Przez żołądek… do wiedzy

sczachor

Chwasty są uciążliwością działkowiczów z ogródkiem i rolników z polami uprawnymi. Ciągłe pielenie, a one rosną i rosną. Kusi potraktować je chemicznymi środkami ochrony roślin. Ale cóż, te środki nie tylko niszczą chwasty na polu ale i bioróżnorodność wokół. A najgorsze, że przez jedzenie na talerzu trafiają do naszego organizmu. Broń obosieczna. Gracka, mimo że bardziej męczy to jest finalnie zdrowsza (i ruch i zdrowe jedzenie)…

Lepiej jest więc chwasty… zjeść. Znane jest porzekadło, że przez żołądek trafia się do serca mężczyzny. Ostatnio odkrywam, że przez żołądek trafić można do wiedzy. Z przybierającym zaskoczeniem obserwuję rosnące zainteresowanie przyrodą. A wszystko przez renesans zainteresowania dziedzictwem niematerialnym a konkretnie dziedzictwem kulinarnym, czyli dziedzictwem kulturowym i przyrodniczym.

Szukając przygody wracamy okazjonalnie do diety naszych przodków. Tak wiele da się zjeść i wyczarować cuda na talerzu z chwastów. Ale, żeby móc zjadać grzyby czy rośliny, ba nawet owady i inne bezkręgowce, trzeba je poznać i nauczyć się ich rozpoznawania (oczywiście grzybów nie zalicza się do chwastów, podobnie jak bezkręgowców, tu raczej mówi się o patogenach i szkodnikach). Żeby się nie otruć. A więc potrzebna jest wiedza przyrodnicza. I uczymy się z przyjemnością, nawet nie zauważając faktu uczenia się....

W księgarniach coraz liczniej pojawiają się atlasy rozpoznawania grzybów (z coraz większą liczbą dobrze opisanych i zilustrowanych gatunków), atlasy roślin, albumy z owadami. Ale to jeszcze nic. Pojawiają się książki kucharskie, gdzie głównym przedmiotem są właśnie dziko rosnące rośliny. Iść, jak koza na łąkę i się najeść.

Bardziej chodzi tu o przygodę (także wakacyjną przygodę). W części jest to zainteresowanie miłośników survivalu, w części archeologiczne i etnograficzne poszukiwania przeszłości. Taka swoista archeologia eksperymentalna. Ziołami interesujemy się więc nie tylko w celach leczniczych (ziołolecznictwo), ale także kulinarnych i kosmetycznych. W ten sposób ponownie odzyskujemy utraconą, zbiorową wiedzę o zasobach przyrody.

W sposób nieformalny i pozaformalny edukacja przyrodnicza rozwija się w najlepsze (proste przypomnienie faktu, że edukacja odbywa się nie tylko w szkole i nie tylko na uniwersytecie - to znak czasów). W sporej części to zainteresowanie lokalną bioróżnorodnością wynika z proekologicznych postaw ograniczania negatywnego wpływu na planetę i chęci ograniczania zbędnego transportu (w tym odgraniczania antropogenicznego efektu cieplarnianego). I jak zakupiłem niedawno dwie książki („Jadalne rośliny dziko rosnące. Lecznicze właściwości i składniki odżywcze 200 gatunków polskich roślin” oraz „Pyszne chwasty. 137 przepisów na dania z chwastów”).

Zawartość tych książek ogromnie mnie zaskoczyła. Pozytywnie. Nawet nie wiedziałem, że tyle lokalnie występujących roślin da się zjeść. A wraz z rosnącą wiedzą przyrodniczą będzie rosła świadomość ochrony przyrody. Bo to znaczne poszerzenie racjonalnego korzystania (i zarządzania) zasobami przyrody. Do tej pory na przyrodzie znali się leśnicy (z racji pracy) wędkarze, grzybiarze, myśliwi, rolnicy. Teraz dołączają także domowi zielarze, miłośnicy jadalnych chwastów. I oczywiście miłośnicy fotografii. Przyroda w zasięgu ręki i… rosnąca wiedza o lokalnych zasobach bioróżnorodności.

Coraz więcej osób poprawnie rozpoznaje gatunki grzybów, roślin i zwierząt. Znacząco pomaga w tym internet i portale społeczniościowe.

A ja, zaopatrzony w nowe i stare książki tego lata poeksperymentuję. Bo znacznie ciekawiej jest doświadczać przygody, niż tylko o niej czytać. Slow life w krainie cittaslow. Czyli na Warmii i na Mazurach.

Dlaczego nie jemy żołędzi czyli GMO i groch

sczachor

Ewolucja to nie jakaś manipulacja egoistycznych genów (hipotetycznych i nie znalezionych jak na razie) ale przede wszystkim integracja i dopasowywanie się. Długotrwałe przebywanie organizmów obok siebie w środowisku kończy się integracją i trwałym uzależnieniem. Przykładem jest człowiek i ... rolnictwo oraz GMO.

Przez tysiąclecia świadomie lub nieświadomie selekcjonowaliśmy rośliny i zwierzęta, zmieniając je tak, że są bardziej przyjazne dla nas. A my jednocześnie dbamy o te gatunki (związki protekcjonistyczne z symbiozą i mutualizmem włącznie). W szerszym ewolucyjnym sensie trudno powiedzieć czy to bardziej człowiek uzależniony jest od świni domowej czy odwrotnie.

Udomowione zwierzęta zmieniały się pod wpływem selekcji człowieka, nabierając cech użytkowych ale tracąc zdolność do samodzielnego, bez człowieka, życia. Przykładem jest chociażby krowa. Ale te zmiany dotyczyły także i człowieka. I nie chodzi tylko o choroby odzwierzęce, które wywarły ogromny wpływ na historię i niejedną cywilizację. U Indoeuropejczyków nastąpiła drobna zmiana genetyczna, która umożliwia wytwarzanie u dorosłych osób enzymu, ścinającego mleko. Bo u ssaków mlekiem żywią się tylko młode, dorosłe już nie. Jednak dzięki takiej drobnej z pozoru zmiany genetycznej i fizjologicznej, hodowcy bydła mieli zapewniony pokarm białkowy cały czas i to bez zabijania zwierzęcia. A ważne to jest na przednówku (przed nowym plonem), jak chociażby o tej porze roku. Tak więc w wyniku wielopokoleniowej integracji oba gatunki, bydło i człowiek, jeszcze bardziej się ewolucyjnie zintegrowały, dostosowując wzajemnie także i genotypy.

Jedne gatunki - ze względu na sprzyjające okoliczności cyklu życiowego - łatwiej się udomowiają, inne trudniej lub wcale. W selekcji roślin ludzie świadomie lub nie, dążyli do pozbycia się związków szkodliwych a rozwoju cech najbardziej przydatnych. Rośliny normalnie w różnorodny sposób bronią się przez roślinożercami, wytwarzająć substancje zniesmaczające (gorzki smak itd.) lub trujące.

Ludzkość probowała udomawiać przeróżne gatunki. Z dębami się nie udało - żołędzie są w dalszym ciągu zbyt gorzkie dla nas. A cykl życiowy dębu trwa zbyt długo, aby człowiek był na tyle cierpliwy by eksperymentować z kolejnymi odmianami i pokoleniami. Nie jemy żołędzi. Ale może się to zmienić za sprawą GMO czyli przyspieszonej, antropogenicznej ewolucji.

Nie ze wszystkich roślin udało się w toku hodowli pozbyć niepożądanych związków. Przykładem jest groch. Po zjedzeniu grochu po prostu mamy "wiatry". Teraz już wiemy, że to za sprawą oligosacharydów z grupy rafinoz, które rozkładane w przewodzie pokarmowym przez mikroorganizmy uwalniają gazy (a my mamy mało komfortowe wzdęcia). Wartość odżywcza grochu jest jednak duża. Ale jak pozbyć się kłopotliwych "gazów"?

Z pomocą może przyjść inżynieria genetyczna. Współczesny biolog jest inżynierem bardzo prezycyjnym. Najpierw przeprowadzane są różnorodne alalizy laboratoryjne, a dopiero potem projektowane zmiany genetyczne. By w końcu spróbować je zrealizować, znowu testować czy się udało a następnie próbować wprowadzać do produkcji.

Zamiast przypadkowych prób i długotrwałej seleksji - projektowanie i odpowiednie modyfikacje genetyczne. Ot taka przyspieszona i celowa ewolucja. A może ta normalna ewolucja też jest celowa?

Za sprawa GMO do rozwaań teoretycznych powraca neolamarkizm ale w nieco zmienionej formie. Czy celowe dostosowywanie się występuje w przyrodzie? Poznaliśmy już odporność immunologiczną, teraz poznajemy zupełnie nowe procesy.

Luki w naszej wiedzy o bioróżnorodności

sczachor

Od dłuższego czasu swoim mało słyszalnym, prowincjonalnym głosem (na puszczy) wołałem o potrzebie badań podstawowych i inwentaryzacji różnorodności biologicznej. Bo trudno jest zarządzać zasobami przyrody i chronić bioróżnorodność, jak nie wiadomo co i gdzie mamy. Przegląd stanu wiedzy o chruścikach Polski (Czachorowski S., Majewski T., 2003. Stan poznania chruścików (Trichoptera) obszarów chronionych Polski) pokazał wiele luk i białych plan. Zachęciło to do badań i publikowania danych z kolejnych obszarów chronionych, ale wciąż wiemy zbyt mało by mówić o wiedzy, pozwalajacej na skuteczną politykę ochrony przyrody. Po prostu entomologów-chruścikarzy jest zbyt mało (a to tylko przykład jeden z wielu w odniesieniu do bezkregowców). Podobnie z wiedzą o zagrożeniu chruścików w Europie Środkowej i Wschodniej (Czachorowski S, G. Visinskiene, A. Uherkovich, P. Chvojka, M. Kalnins, M. Moroz, P. Neu, T. Pitsch, V. D. Ivanov, R. Goduńko, L. Ujvarosi, 2004. Europejskie ostoje entomofauny – chruściki (Trichoptera) obszarów chronionych Europy Środkowej i Wschodniej).

We wtorkowej Gazecie Wyborczej (11 grudnia 2012) ukazał się tekst prof. Jana Marcina Węsławskiego (w cyklu "przepis na polską naukę"). Artykuł bardzo dobrze oddaje stan naszej niewiedzy i potrzeb. Wskazuje także na szanse dla polskiej nauki, zaniedbującej badania podstawowej i proste (??) opisywanie gatunków. Uczmy się od Amerykanów, którzy w porę się zreflektowali i wracają do nauk podstawowych.

W 2001 r. Unia Europejska ogłosiła deklarację o zatrzymaniu spadku różnorodności biologicznej. Po dziesięciu latach okazało się, że nie można tej deklaracji spełnić z prostej przyczyny: żeby mówić o spadku, zatrzymaniu lub naprawie bioróżnorodności trzeba wiedzieć jaki jest stan tejże różnorodności biologicznej. Obszary Natura 2000 nie rozwiązały problemu. Znacznie więcej trzeba chronić.... poza obszrami chronionymi. Umiejętnie i czynnie chronić a nie grodzić i zakazywać.  Na przykład na obszarach rolniczych. Polska nauka może wiele ważnego dla naukowego świata dokonać w naukach podstawowych, w inwentaryzowaniu bioróżnorodności jak i w opracowywaniu skutecznych metod biomonitoringu i w aktywnej ochronie przyrody. Przy okazji warto przypomnieć, że trwa ONZtowska Dekada Bioróżnorodności (2011-2020).

Zamieszczone wyżej zdjęcie to motyl mieniak teczowiec w uprawie wierzby "energetycznej" w Samławkach. Inwestowanie w odnawialne źródła energii dotyczy także przekształceń krajobrazów rolniczych z oczywistym wpływem na stan różnorodności biologicznej. Warto wiedzieć jak te przekształcenia wpłyną na przyrodę i jak ewentualnie przeciwdziałać negatywnym skutkom. Akurat moje pilotażowe badania wskazują, że przynajmniej w krajobrazie pojeziernym i w otoczeniu wielkohektarowych upraw poletka z wierzbą wpływają pozytywnie na stan bioróżnorodności, zarówno w aspekcie różnorodności gatunkowej jak i ekosystemowej.

W tym kontekscie nawet "zwykłe" badania podstawowe wspierać mogą ambitne cele regionalne rozwoju OZE. Liczę, że głos prof. Węsławskiego, zamieszczony w poczytnej i wpływowej gazecie, pomoże odwrócicc trend zamykania i zawężania kształcenia w zakresie zoologii i botaniki oraz kształcenia taksonomów, znających się na wielu grupach organizmów żywych.

ps. Biorę udział w dużym projekcie badawczym w ramach programu strategicznego NCBiR „Zaawansowane technologie pozyskiwania energii” - projekt „opracowanie zintegrowanych technologii wytwarzania paliw i energii z biomasy, odpadów rolniczych i innych – konwersje biochemiczne”. Badania mają bardzo szeroki, technologiczny charakter. Moja „działka” dotyczy tylko małego fragmentu – oceny jak ewentualnie pojawienie się upraw wpłynąć może na przyrodę Warmii i Mazur. Tytuł mojego zadania badawczego brzmi „Analizy bioróżnorodności wewnątrz i wokół plantacji roślin lignocelulozowych”.

Mało wody i drogi chleb

sczachor

Kiedy pod koniec września byłem we Francji, na wyjeździe studyjnym, poświęconym bioróżnorodności i ochronie przyrody. Moją uwagę zwróciła susza. Najpierw z okien samochodu widziałem deszczownie, nawadniające pola (zdjęcie niżej). Nawadniać pola jesienią, gdy wegetacja się kończy? Wydawało się to dziwne. Potem widzieliśmy spękaną ziemię (zdjęcie wyżej) oraz zaschnięte pola słonecznikowe.

Ponad dwa miesiące nie padało. Średnia roczna opadów jest mniej więcej taka sama, ale zmienia się rozkład opadów (co prognozowali naukowcy, ale im nie wierzono). Opady skupiają się w krótkich okresach. Pada dużo w krótkim czasie, a potem długo nic. W rezultacie wody jest niby tyle samo.... ale brakuje na polach. Nawadnianie jesienią miało umożliwić kiełkowanie nasion (ozimin i poplonów). Sztuczne nawadnianie kosztuje, co podnosi koszty upraw.

Po przyjeździe do Polski, w olsztyńskiej prasie zastałem informacje, że chleb zdrozeje. I nic dziwnego. Praw przyrody nie za się zakrzyczeć, antropogeniczne zmiany klimatu widoczne są gołym okiem. Pseudooszczędności w sprzeciwie wobec pakietu klimatycznego kosztują znacznie więcej. Tyle tylko, że te koszty dotykają nas "cichcem" i stopniowo. Teraz po prostu trzeba się przygotować na skutki. To będzie "bolało". Także i w cenie chleba.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci