Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : turystyka

Zapluty karzeł reakcji czyli propagandowa grupa rekonstrukcyjna z Jezioran

sczachor

jezioranyModa na różnego typu grupy rekonstrukcyjne, rekreacyjnie odtwarzające dawny styl życia, rozkwita także i w naszym regionie. A to bractwa rycerskie, a to Prusowie, wojska napoleońskie czy z okresu II Wojny Światowej. Są i Indianie z amerykańskiej prerii, światy fantazji literackiej z Hobbitami, aniołami, straszydłami z bajek. Swoich grup rekonstrukcyjnych doczekała się siermiężna propaganda okresu stalinizmu. Wszystko z pasji, zamiłowania do danego okresu i stylu życia i zapewne jako atrakcja turystyczna (no bo jakiż inny sens byłby?). No cóż, turyści niszowi różne gusty mają, mogą tęsknić za stalinizmem lub tylko z chęci poczucia klimatu epoki. I taką grupą rekonstrukcyjną stworzyła pani Danuta Kozłowska z Wolnych Jeziorach (niektórzy złośliwcy błędnie być może mogą odczytać że z Wolskich Jezioran).

Miałem okazję osobiście zetknąć się internetowo z tą rekonstrukcją. Na prawdę, świetne wczucie się w klimat języka i czasów. Poczułem się jak w okresie stanu wojennego. Prawdziwe mistrzostwo rekonstrukcji historycznej i siermiężnego, agresywnego stylu politruków.

Kiedy byłem studentem w czasie stanu wojennego, to pewien sekretarz uczelnianej komórki PZPR chciał mnie wyrzucić ze studiów. Powodem było wywieszenie przeze mnie plakatu w akademiku (ręcznie malowanego) o tworzeniu klubu plastycznego pt. „Klika Lenia”. Leń to był mój pseudonim artystyczny jeszcze z czasów licealnych (czytaj więcej na ten temat: Klika Lenia – dygresja do studenckich juwenaliów i wizerunku uniwersytetu ). Ale czujna władza dopatrzyła się Lenina i krytyki ustrojowej. Kontestacja owszem była ale czyż taka niebezpieczna dla ustroju? Przecież chodziło tylko o aktywność studencką w klubie plastycznym!. Usunięcie ze studiów stało się jednak realne. Chyba od tego okresu komunistyczna władza mocniej mną się zainteresowała, czego skutkiem były donosy na SB (czytaj więcej: Absurd lustracji - czyli kropla, która przelała szalę cierpliwości). Miałem więc swoją teczkę a niektórych TW  już z nazwiska poznałem. Niebawem ukaże się drukiem solidna książka z dokumentami - będzie wiadomo jeszcze  więcej.

Dzięki jeziorańskiej grupie rekonstrukcyjnej poczułem klimat komunistycznej propagandy, znanej z literatury (bo tak stary to ja jeszcze nie jestem) oraz klimatu stanu wojennego mojej młodości. Jak za dawnych czasów, anonimowe teksty, anonimowe komentarze ludu (cóż za perfekcyjne wczucie się w dawny klimat politruckiej propagandy), oto przykłady:  Wydawać by się mogło, że profesor to osoba należąca do elity intelektualnej,(...) należałoby raczej określić zwrotem „półinteligent niemoralny”, (...) Taki osobnik nie tylko nie potrafi przeanalizować sytuacji, jego światopogląd zbudowany na kłamstwie i manipulacji, który pod dyktando swojego moralnego i intelektualnego guru, czyli Adama Michnika, ochoczo wziął się do glanowania Jerzego Zelnika po tym, jak mainstreamowy błazen, czyli Kuba Wojewódzki, przeprowadził ubecki „żarcik” [tu widać drobne potknięcia, bo powinno być "reakcyjny" lub "kapitalistyczny żarcik" – widać rekonstruktorzy muszą jeszcze poćwicz, by nie mieszać wątków i w pełni utrzymać się w klimacie epoki], (...) Oto „autorytet moralny” z UWM, (...) Jak widać „autorytet moralny” z UWM o światłym, otwartym i niezmanipulowanym profesorskim mózgu, (...)  Zobaczyliśmy czarno na białym do czego zdolna jest mainstreamowa propaganda i jak działa przemysł pogardy uprawiany przez tych wszystkich uczepionych koryta pseudo-dziennikarzy, którzy w panice patrzą na spadające poparcie dla swoich mocodawców, Czy będzie miał odwagę spojrzeć w lustro i powiedzieć: „Zachowałem się jak ostatnia świnia”? A może tchórzliwie usunie z facebooka swoje obrzydliwe wpisy świadczące o mentalności, której z ostrożności procesowej nie określimy tu słowami cisnącymi się nam na usta? (...) bycie profesorem do czegoś jednak zobowiązuje. A biorąc udział w nagonce na Jerzego Zelnika pan Czachorowski okazał się, niestety, intelektualnym i moralnym zerem.(...) jest Pan niegodny, aby tytułować Pana profesorem.

Pod tekstem anonimowym kilka anonimowych komentarzy „ludu” pracującego (widać zorganizowana praca kolektywu rekonstrukcyjnego): Przykładem ten profesorek ochoczo pławiący się w kloacznym dole wykopanym przez platformerskich funkcjonariuszy agit-propu,(...) Te, profesorek, mama upuściła cię na główkę w dzieciństwie?(...) Temu profesorowi wydaje się, że jest kulturalny, ponieważ nie rzuca przekleństw.

Poczułem się jak władza, bo jak zaznaczają w swoim ideowym manifeście stalinowscy rekonstruktorzy „Nie ukrywamy, że naszym głównym celem jest „patrzenie władzy na ręce”. Ci, którzy zostali wybrani w demokratycznych wyborach, muszą liczyć się z tym, że ich wyborcy będą oceniać ich pracę na rzecz społeczności, której mają służyć. Tak - NASI DRODZY WŁODARZE - Waszym zadaniem jest SŁUŻYĆ; to Wy jesteście dla nas, a nie my dla Was.” Ani władzą nie jestem (samorządowego czy krajowego szczebla), ani z Jezioran, ani działaczem partyjnym. To z pewnością promocja turystycznej oferty owej grupy rekonstruktorów. Jednym słowem darmowa rozrywka.

Rekonstrukcja będzie głębsza, jeśli klimat dawnej, stalinowskiej epoki uskuteczniany w Internecie, uzupełniony zostanie o inscenizacje z epoki, realizowane w realu, np. tablice obiboków i kułaków, ewentualnie przodowników pracy, wiece potępienia itd. Inną możliwością historycznych rekonstrukcji może być budowa kopalni węgla na Warmii w ramach walki z wiatrakami. Niebezpieczeństwem rekonstruktorów bywa zbytnie utożsamienie się z odgrywaną epoką i całkowite przeniesienie swojego życia do wirtualnej, odgrywanej rzeczywistości. No cóż, rekonstrukcje bywają szkodliwe dla samych rekonstruktorów… ale i ludzi, którzy chcąc nie chcąc staną się mimowolnymi uczestnikami rekonstrukcji jako obiekt i „zapluty karzeł reakcji”.

Możliwie, że niebawem, w ramach pogłębionej rekonstrukcji, pojawi się województwo jeziorańskie i powrót do szkoły dziesięcioletniej w stylu radzieckim lub siedmioklasowej, bo "kiedyś tak było i było dobrze".  Czy Jeziorany, poprzez semantyczne powiązanie z wodą, nawiązywać chcą do konopielkowych Taplar? Byłaby to całkiem oryginalna koncepcja promocyjna miasteczka i gminy.

Ps. Nawet nie przypuszczałem, że w ciągu kilku godzin otrzymam tak dobre potwierdzenie mojej tezy, postawionej w komentarzu na Facebooku: „Skoro ludzie tak zacni, przyzwoici, wykształceni i zasłużeni jak pan Zelnik, tak łatwo dają się wkręcać i w pociągu typują ludzi do wcześniejszej emerytury bo byli bardziej za Komorowskim, to co dzieje się w głowach ludzi przeciętnych? (…) Refleksja jest taka, albo parcie na stanowiska (tak jak w korporacji, po trupach i bez względu na koszty) albo mocne zaangażowanie ideowe. (…) Jak widać (…) PiS tak mocno zmanipulowało przekaz i zatruło głowy Polaków, że nawet osoby przyzwoite, szlachetne w imię "rewolucji" i w walce z wyimaginowanym wrogiem-złem gotowe są na podłe zachowania. Mniejsza o ten konkretny przypadek - gdy był odosobniony nie warty byłby wzmianki. Ale to problem chyba powszechny, widoczny w korporacjach, widoczny nie tylko w jednej partii. Mały sygnał, że w narodzie dzieje się coś złego i demagodzy potrafią opętać nawet porządnych ludzi.” W kilka godzin po umieszczeniu tego komentarza był odzew z głębokiej prowincji: tekst na anonimowym portalu (internetowej gazecie?) Wolne Jeziorany

Ważka z własnego ogródka czyli żagnica sina

sczachor

Ogródek lub nawet tylko kawałek trawnika to nasze przyrodnicze okno na świat. Szczególnie w okresie wakacji. W ogródku można hodować kwiaty i warzywa. Można wystawić karmik (zimą) dla ptaków lub powiesić na drzewie budkę lęgową dla ptaków czy nietoperzy. Ale można uprawiać i hodować bioróżnorodność.

Ogródki działkowe, czy przydomowe ogródki (lub tereny zielone w mieście), coraz mniej wykorzystujemy do produkcji żywności. Coraz bardziej stają się miejscem rekreacji. Praca jest przyjemnością a dodatkową nagrodą jest obcowanie z przyrodą. Można patrzeć jak w ekran telewizora.

Zmiana funkcji (nawet tylko częściową) sprawia, że nasze ogrody wyglądają inaczej. W ogrodach stawiamy hotele dla pszczół, domki dla biedronek, tworzymy motylarnie. Dla urozmaicenia budujemy małe oczka wodne. I patrzymy co w ich żyje. Nie trzeba kupować złotych rybek, owady same przylecą. Najczęściej nie wiemy o ich obecności. Ale gdy larwy wychodzą na rośliny lub na brzeg, by się przeobrazić w owada doskonałego, to ze zdziwienie otwieramy oczy. Aż chce się siąść nad wodą i obserwować.

Powyższe zdjęcie przysłała mi p. Magda Markiewicz z Marcinkowa. Zafascynowało ją to, że z ogrodowego oczka wodnego w dniu 23 czerwca wyszło wiele ważek. Jedną uwieczniła na zdjęciu. To żagnica sina (Aeshna cyanea) zwana także żagnicą większa, żagnica błękitną lub żagnica okazała. Na zdjęciu jest samiec, jeszcze w barwach „młodzieńczych”. Po jakimś czasie nabierze typowych kolorów – zielone plamy a niektóre niebieskie. Ja już w pełni wybarwioną żagnice sina sfotografowałem w Stawigudzie jakiś czas temu (zobacz).

Larwy żagnicy sinej rozwijają się w różnorodnych wodach stojących i wolno płynących. Chętnie zasiedlają małe oczka wodne, także te w ogrodach przydomowych, zbiorniki w żwirowniach czy piaskowniach. W pełni zasługuje na miano ważki ogrodowej.

Ale nie tylko nad wodą można spotkać dorosłe ważki. Są drapieżnikami i polują na inne owady czasem daleko od zbiorników wodnych. Żagnica sina lubi żerować na leśnych polanach.

Jak podają autorzy "Atlasu rozmieszczenia ważek w Polsce", żagnica sina jest gatunkiem szeroko rozprzestrzenionym w naszym kraju i bardzo pospolitym. Jest gatunkiem eurytopowym czyli o szerokich preferencjach ekologicznych. W niektórych małych oczkach ogrodowych może wystąpić nawet masowo. Wtedy przyjemność z obserwowania przeobrażających się ważek jest ogromna. Ważki odlatują a zostają po nich tylko wylinki. Dorosłe zobaczyć można od połowy czerwca aż do listopada.

Dorosłe żagnice sine zjawiają się nad zbiornikami pojedynczo. Patrolujące samce przebywają nad wodą jakiś czas, po czym odlatują. Na ich miejsce pojawia się kolejny samiec. Samce w okresie rozrodczym są terytorialne i agresywne w odniesieniu do innych samców. Zaślepione amorami i wypatrujące samic są łatwe do obserwowania i fotografowania. Nie są zbyt płochliwe, same podlatują na wyciągnięcie ręki. Wystarczy siąść w fotelu i obserwować. Nawet, jeśli ważka się zbliża, to nie zamierza nas atakować. Ważki odżywiają się innymi owadami i nie polują na ludzi. Zbliżają się z ciekawości. Nic nam nie zrobią. Może wzbudzają niepokój bo są duże: osiągają długość 7-8 cm. Ale gdzież im do karbońskich przodków. Praważki z tamtego okresu osiągały rozpiętość skrzydeł do 80 cm! Czyli były dziesięć razy większe.

Zapłodniona samica od razu składa jaja, wkłuwając je w różne rośliny wodne i wodno-błotne: pływające, z liśćmi pływającymi po powierzchni, szuwarowe (wystające z wody) oraz mchy torfowce. Larwy do rozwoju potrzebują dwóch lat, w tym czasie liniejąc około 10 razy. Larwy mogą przetrwać krótkotrwałe wyschnięcie zbiornika, zakopując się w wilgotnych piasku, mule lub zalegających na dnie butwiejących liściach.

Nic tylko siąść nad wodą i obserwować bioróżnorodność, z kawą czy herbata u boku, książka do czytania lub... mobilnym internetem, by poczytać o wazkach na blogu.

Ważki najlepiej podglądać i fotografować o poranku lub wieczorem. W południe są bardzo ruchliwe.

Turystyka naukowa

sczachor

Najczęściej zwrot "turystyka naukowa" jest używany w pejoratywnym znaczeniu - odnosi się do naukowców, co to niby jadą na konferencję w celach naukowych a tak w zasadzie jadą zwiedzać. Zamiast nauki jest turystyka za publiczne pieniądze. Ale to margines.

Można jedna zastanowić się jaki jest wpływ naukowców na rozwój turystyczny regionu? I nie chodzi mi o jakieś konkretne badania naukowe i technologie. Pytanie dotyczy wpływu kapitału ludzkiego, zdawałoby się niewymiernego i nieuchwytnego.

W badaniach naukowych niezwykle ważna jest komunikacja naukowa, czyli dyskusje i wymiana myśli. We współczesnym świecie jest ona globalna i międzynarodowa. To nie tylko publikacje naukowe w czasopismach z relacjami z badań i dyskusjami teorii czy hipotez. To nie tylko wymiana korespondencji elektronicznej i kontakt za pośrednictwem nowoczesnych technologii i internetu. Komunikacja naukowa to także bezpośrednie spotkania międzyludzkie, w tym także kameralne "w cztery oczy". Żadna technologia takich bezpośrednich spotkań i dyskusji nie jest w stanie zastąpić.

Konferencje naukowe cały czas mają się dobrze – w jednym miejscu spotykają się specjaliści, by słuchać referatów, krótkich doniesień, oglądać i czytać plakaty naukowe oraz dyskutować plenarnie i kuluarowo. Efektem takich spotkań naukowych (ogólnopolskich czy międzynarodowych) są nie tylko wzajemne inspiracje czy szybki i kreatywny przepływ pomysłów. Efektem są późniejsze publikacje czy monografie oraz wspólne granty i badawcze inicjatywy. Ale są także uboczne efekty dla regionu.

Naukowcy spotykają się w różnych miejscach. Nie tylko w dużych miastach, często w maleńkich ośrodkach, blisko przyrody, w pewnym odizolowaniu od zgiełku świata. W takich warunkach dobrze się dyskutuje, jest czas na przemyślenia i refleksje.

Konferencje organizowane są najczęściej poza sezonem turystycznym (bo wolne miejsca i taniej). Naukowców na całym świecie systematycznie przybywa. Mają też pieniądze na badania oraz na upowszechnianie wiedzy, także w formie udziału w konferencjach, kongresach i sympozjach. To rosnąca i pokaźna grupa klientów dla branży turystycznej a jednocześnie bardzo trudna i wymagająca. Grupa bardzo wpływowa i opiniotwórcza.

Nocują, jedzą, czasem jeszcze zwiedzają. Wymagają tylko obecności sal seminaryjnych i wykładowych z nowoczesnym sprzętem audiowizualnym. Czasem przyjeżdżają z rodzinami (niejednokrotnie jako forma samousprawiedliwienia pracoholików i dbania o rodzinę), jest więc program dla osób towarzyszących, najczęściej właśnie przyrodniczo-kulturalny. Dla przyrodnika to poznawanie przyrody. Dodatkowe obserwacje i poznawanie świata. Dla humanistów po poznawanie innych kultur. Dlatego kongresy i sympozja są organizowane w różnych miejscach świata oraz na prowincji. Dwa w jednym, dyskusja i poznawanie. A pieniądze zostają na miejscu.

Warmia i Mazury mogłyby być nie tylko cudem natury ale i miejscem, gdzie są warunki do tworzenia. Do refleksji, dyskusji i spotkań naukowych. Spotkania naukowe to dodatkowy napływ turystów. I to tych z górnej półki. Właśnie taki jest dodatkowy, uboczny wpływ środowiska naukowego (akademickiego) na region.

Kto decyduje o wyborze miejsca na sympozjum? Nie ma centralnej instytucji, bo decydują sami naukowcy, za każdym razem ktoś inny. Kierują się własnym rozeznaniem i rozpoznaniem miejsc. To klasa kreatywna bez centralnego zarządzania. Nie można więc lobbować w jednym miejscu. I całe szczęście.

Warto inwestować w naukowców…. Bo mogą zaprosić w urocze miejsce znacznie więcej klientów. Naukowcy, jako grupa o dużym autorytecie, mają dużą siłę opiniotwórczą. Potem goście zagraniczni wracają z wrażeniami. Mogą być ambasadorami, pokazując zdjęcia, pisząc relacje, opowiadając i zachęcając innych do odwiedzenie tych samych miejsc. Rynek trudny, nie wystarczy reklama w gazecie czy baner. Po prostu trzeba bywać i pokazywać się na wszelkich spotkaniach naukowych. To się opłaca branży turystycznej. Opłaca się także mieć w regionie kapitał ludzki w postaci naukowców i uczelni wyższych.

Turystyka ekologiczna szansą rozwoju regionu

sczachor

Na początku września miałem przyjemność spotkać się w grupie hotelarsko-turystycznej i wygłosić mały wykład pt. "Turystyka ekologiczna szansą rozwoju regionu". Reklamy trąbią, że "Mazury to cud natury", ale nie bardzo wiadomo co tym cudem jest? I czy może być szansą dla rozwoju turystyki. Dwa miesiące nad jeziorem to przypadkiem nie jest za krótko? A od dużej liczby turystów to te jeziora staja się coraz brudniejsze... No więc przyjeżdżać czy nie przyjeżdżać?

Czy można rozwijać gospodarkę w oparciu o turystykę i przyrodę? Można - tylko trzeba wiedzieć jak. I trzeba znać swoje własne dziedzictwo przyrodnicze oraz kulturowe.

Przyroda zawsze ma lokalny charakter i zmienny w czasie. Dodatkowo oferta musi być dostosowana do różnego odbiorcy, zarówno ze względu na wiek jak i wykształcenie. Z przyrodą Warmii i Mazur najczęściej kojarzymy bociany, kormorany, bobry, rosiczki, jeziora, torfowiska. Ale te przecież występują także gdzie indziej. Taka oferta interesująca może być dla bardzo niewyrobionego turysty. Bardziej wyrafinowanym turystom warto pokazać różne gatunki grzybów, roślin, ptaków i owadów - jest tego bardzo dużo.

Coraz bardziej rozwija się na świecie specjalistyczna turystyka przyrodnicza, gdzie w różnych porach roku (poza sezonem wakacyjnym) ludzie przyjeżdżają oglądać ptaki na przelotach czy konkretne gatunki ważek, chrząszczy lub motyli.

Co ważne, przyroda jest zmienna w czasie, warto więc pokazywać te różne fenologiczne aspekty. Wiosną, latem, jesienią i zima spotykamy inne gatunki roślin i zwierząt, inna ich aktywność. W różnych porach roku Warmia i Mazury są inne, zarówno jeśli chodzi o kolory, zapachy, nawet dźwięki. Przyrodę można poznawać wszystkimi zmysłami. Aby lepiej ją poznać, trzeba przyjechać kilka razy, w różnych porach roku. Ze względu na fakt, że rośliny kwitną (poszczególne gatunki, łącznie z drzewami) w różnych okresach, to przyroda w lesie, na polach i łąkach inne ma kolory, inaczej pachnie. Do tego dochodzą dźwięki – inne odgłosy ptaków i owadów w różnych porach roku jak i porach dnia (podobnie z owadami czy roślinami). Przyjedź w rożnym czasie i powąchaj, zobacz, usłysz i posmakuj przyrody Warmii i Mazur.

Smakowanie wiąże się z wykorzystaniem w kulinariach sezonowych warzyw, owoców, grzybów itd., w tym ziół. Z przyrodą wiąże się dziedzictwo niematerialne, wykorzystanie w dawnej medycynie czy w rzemiośle. To poszerza głębię odbioru i stwarza zupełnie nowe sposoby opowiadania o niezwykłościach. Zapewnia obcowanie z unikalną i niebanalną przygodą. A przecież właśnie przygody i niezwykłości poszukują turyści.

Uzupełnieniem wakacyjnej przygody jest internetowy kontakt całoroczny poprzez takie portale jak Facebook, przez blogi czy nawet internetowe kamery, przekazujące obraz z danego miejsca (gniazdo bociana, orlika czy mrowiska, rosiczkowego torfowiska lub śródleśnej łąki). Można więc kreatywnie łączyć nowoczesne technologie z mobilnym internetem i uroki przyrody Warmii i Mazur.

Na naszym Uniwersytecie jest duży potencjał, który może wpierać lokalny przemysł turystyczny w rozwijaniu oryginalnej, niebanalnej i unikalnej oferty na cały rok. Przybliżaniu lokalnej przyrody służy także niniejszy blog. Ale już od najbliższego roku akademickiego (2014/2015) na Wydziale Humanistycznym uruchamiany jest interdyscyplinarny i międzywydziałowy kierunek kształcenia "Dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze" (studia licencjackie). Służymy także pomocą w przygotowaniu dedykowanej i indywidualnej oferty turystyki przyrodniczej i ekologicznej. Razem możemy odkrywać niezwykłe uroki przyrody na prowincji z kilkudziesięcioma tysiącami gatunków grzybów, roślin i zwierząt. W końcu uniwersytet nie istnieje sam dla siebie.

Osełedec na głowie czyli brudnica mniszka i smętkowate w E-ncyklopedii Warmii i Mazur

sczachor

W trakcie dyskutowania zawartości E-ncyklopedii Warmii i Mazur pojawił się wątek zwierząt i roślin, charakterystycznych dla naszego regionu. No bo jak zawrzeć typowe elementy bioróżnorodności regionu w zaledwie 700 hasłach? Parki krajobrazowe, rezerwaty czy większe jeziora wydają się oczywistością.

Osobiście w planie "wydawniczym" wymieniłem opisanie wielu gatunków owadów. Od razu u nie-biologów pojawiła się wątpliwość (w dyskusji) – czy to aby będzie charakterystyczne i typowe dla naszego regionu? Jakieś tam grzyby, rośliny, owady? Owszem endemicznych (występujących tylko tu) gatunków nie mamy. Z przyrodą Warmii i Mazur to najczęściej kojarzy się kormoran i bocian biały, ale jakieś tam chruściki, muchy, chrząszcze, motyle? Te wątpliwości nie wynikają z istoty naszej warmińsko-mazurskiej różnorodności biologicznej ile z braku wiedzy (zaległości w upowszechnianiu wiedzy przyrodniczej). Bo bezkręgowców jest bardzo dużo w liczbie gatunków. Na ogół ich nie dostrzegamy. A i wiedza naukowa jest stosunkowo skromna.

U owadów stosunkowo najsłabiej poznane są muchówki (Diptera), mimo że bardzo liczne są gatunkowo. A przecież o owadach, nawet muchach, można opowiadać godzinami nie mniej ciekawie niż o krzyżackich zamkach, napoleońskich bitwach czy niemieckich bunkrach. Tym bardziej warto w E-ncyklopedii o tych unikalnych, mało znanych organizmach opowiadać. Bo przecież internetowa encyklopedia ma także walor upowszechniania wiedzy.

Na zdjęciu wyżej (autor Dariusz Wierzbicki) muchówka, którą turyści przebywający w naszym regionie mogą spotkać. I spotykają. Ale czy dostrzegają? Niewidoczna niczym Smętek lub Kłobuk.

Muchówka należy do rodziny Sciomyzidae. Jeszcze nie widać związku z naszym regionem? Polska nazwa tej rodziny to smętkowate. I od razu kojarzy się z mazurskim i warmińskim Smętkiem. Literatury sporo. My pójdźmy entomologicznymi tropami smętkowatych.

Te niewielkie muchówki (dwuskrzydłe) w zbliżeniu (makrofotografia) ukazują całe swoje piękno, zarówno ubarwienia jak i przecudnych oczu. Długość ciała tych owadów waha się w granicach 2-14 milimetrów. Ubarwienie owadów dorosłych mieści się w kolorach od żółtobrązowej do brązowej, z rzadka niektóre gatunki ubarwione są w kolorze czarnym. Aparat gębowy typu ssącego, ciekawa i fotogeniczna budowa czułków oraz charakterystyczne owłosienie (uszczecinkowanie) tułowia. Na skrzydłach często widoczny jest rysunek przypominający siateczkę, czasem w formie plam. Przedni brzeg skrzydła zazwyczaj jest przyciemniony.

W Polsce występuje ponad 70 gatunków (reprezentujących 2 podrodziny), z których około 30 to formy wodne (związane w cyklu życiowym ze środowiskiem wodnym, tak jak moje ulubione chruściki). Larwy zasiedlają wody stojące (jeziora, stawy, drobne zbiorniki śródpolne i śródleśne) oraz stagnujące strefy rzek. Niektóre gatunki są pasożytami słodkowodnych ślimaków.

W Palearktyce znanych jest 167 gatunków, usystematyzowanych w 27 rodzajów. W Europie występuje 137 gatunków. Stan wiedzy o tych muchówkach w Polsce jest – tak jak i w innych krajach – stosunkowo słaby. Nawet nie jest znana pełna lista gatunków i możemy spodziewać się wykazania kolejnych. Rozmieszczenie ich też jest rozpoznane bardzo słabo. Bo i specjalistów jest niewielu. Kto ma więc to zrobić? Na szczęście dostepność fotografii cyfrowej jest powszechna a poprzez portale społecznościowe kontakt ze specjalistami znacznie ułatwiony. Można więc w czasie turystycznych wypadów urządzać sobie entomologiczne bezkrwawe łowy. I do domu przywieźć z Warmii i Mazur pamiątkowe zdjęcia nie tylko zamków gotyckich czy żaglówek na jeziorach ale i tajemniczo wyglądających owadów. Wakacje na tropach smętkowatych to prawie jak na tropach Smętka.

Dorosłe owady odżywiają się nektarem. Spotkać je można wśród roślinności wilgociolubnej. Zatem w krainie tysiąca jezior, dziesięciu tysięcy drobnych zbiorników wodnych, setek rzek i strumieni, nie trudno spotkać smęktowate (Sciomyzidae). Coś z mazurskim Smętkiem mają wspólnego – owo zamiłowanie do terenów wilgotnych. Ale kilka gatunków smętkowatych (po angielsku zwanych marsh flies) spotkać można w lasach a nawet siedliskach stepowych. To ostatnie kojarzy się raczej ze stepami Ukrainy. I w tym widać związek z naszym regionem, gdzie mieszka przecież sporo osób pochodzenia łemkowskiego czy ukraińskiego. To nasze dziedzictwo kulturowe. Jeśli przyjrzeć się głowie muchówki, zamieszczonej na zdjęciu wyżej, to kojarzy się mi z kozacką głową, na której widoczny jest osełedec.

Larwy nie są już tak piękne jak owady dorosłe. No cóż, u muchówek zazwyczaj larwy są piękne-inaczej: beznogie, czerwiowate, brzydkawo ubarwione. Larwy smętkowatych odżywiają się ślimakami i małżami. Larwy niektórych gatunków Sciomyzidae potrafią aktywnie pływać i atakować ślimaki wodne. W czasie ataku używają haków gębowych z zagiętymi ząbkami (nie myślicie czasem o piratach z Karaibów?).

W gruncie rzeczy niewielka larwa smętkowatych może zjeść w ciągu swojego życia od 8 do 24 ślimaków. Ale są i takie, które w ciągu całego swojego larwalnego życia konsumują tylko jednego ślimaka. Są też i takie, które najpierw są parazytoidami, po czym opuszczają skorupkę ślimaka i stają się drapieżnikami. Są i bardziej wyrafinowane gatunki wśród smętkowatych, bo odżywiające się jajami ślimaków i ich embrionami. Owadzie dziedzictwo kulinarne regionu :). U niektórych gatunków każde stadium larwalne muchówki rozwija się w innym ślimaku.

I co, o muchówkach z rodziny smętkowatych nie można powiadać zajmujących opowieści ze zbrodnia czy przygodą w tle? I to w nawiązaniu do mazurskiego Smętka, siedząc nad jeziorem, rzeką czy spacerując po wilgotnym lesie. One są wśród nas, niewidoczne tak jak Smętek.

Może inny przykład, taka brudnica mniszka. Motyl, uważany za szkodnika lasów i sadów. Leśnicy o nim często ze zgrozą opowiadają. Masowy pojaw takich szkodników, zwany gradacją, jest jak przejście frontu przez nasz region. Albo morowe powietrze. Tak jak wiele innych motyli (ćmami potocznie zwanymi) ma szerokie rozmieszczenie. Jaki więc związek z naszym regionem, aby opisać w internetowej encyklopedii Warmii i Mazur?

Otóż w połowie XIX w., w czasie gradacji (masowego pojawu) na Warmii i Mazurach silne, wichury uniosły miliony gąsienic brudnicy mniszki i przeniosły nad Bałtyk, gdzie zginęły topiąc się w morzu. Szczątki potopionych gąsienic wyrzucone na brzeg utworzyły wał długości kilkudziesięciu kilometrów o wysokości przekraczającej miejscami 0,5 m. Plaga rodem z Warmii i Mazur a przynajmniej z Prus Wschodnich. W tamtym czasie prasa opisywała to niezwykłe zjawisko a ludzie w chatach przez wiele miesięcy i lat sobie o tym opowiadali. Jest związek z regionem? Jest.

Można jeszcze dodać, że gąsienice są włochate, przez co mało który ptak je chce zjadać. Ale kukułka to je zjada. Ale być może dlatego podrzuca swoje jajka innym ptakom, żeby nie karmić swoich piskląt takim podłych i wstrętnym jedzeniem? Z miłości do swoich dzieci oddaje w nieproszoną adopcję innym ptakom. To oczywiście tylko porównanie, ale turystom o przyrodzie można ciekawie i z nutą sensacyjności opowiadać.

Może jeszcze i to, że te włochate gąsienice… fruwają, niczym podróż balonem czy na paralotni. Młodsze stadia larwalne są lekkie, a długie włoski pokrywające ich ciało ułatwia unoszenie przez wiatr, dzięki czemu mogą podróżować daleko i docierać do nowych, obfitych w pożywienie, terenów (czasem niestety do morza). Niczym młodzi ludzie z Warmii i Mazur, którzy za pracą i nauką rozjechali się po całej Europie.

Tak jak opisujemy w przewodnikach turystycznych pobyt Napoleona (przecież też epizodyczny), przejazdy królów, przetaczanie się wojen i epidemii, tak opisywać możemy nasze dziedzictwo przyrodnicze, o którym przecież bardzo mało wiemy. Jeśli nie liczyć kormorana, lisa czy bociana białego.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci