Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Wpisy otagowane : media

Mój ulubiony Tygodnik Powszechny

sczachor

TygodnikPowszechnyKraków to miejsce wspaniałe. Niezwykle przyjazne dla turystów i odwiedzających. I wyjątkowo tanie. Zjeść na starówce można taniej niż w Olsztynie - było to dla mnie wielkim zaskoczeniem. Jest co zwiedzać i gdzie przesiadywać. Czuje się klimat miejsca. 

Wielokrotnie bywałem w Krakowie i zawsze wracam z tego miasta nienasycony. Z chęcią powrotu. Kraków inspiruje. Narobiłem oczywiście mnóstwo zdjęć. Będą dobrą ilustracją do przyszłych tekstów.

Będąc w Krakowie nie mogłem zapomnieć o redakcji mojego ulubionego Tygodnika Powszechnego. Była akurat niedziela. Nie chciałem sprawdzać czy pracują :). Jest więc tylko zdjęcie przed wejściem do siedziby Redakcji.

Tygodnik Powszechny czytam regularnie od kilku lat. Dobre dziennikarstwo, dużó wartościowych tekstów. I bardzo różnorodnych. 

 

Skansen czyli Święto Ziół faryzejsko cenzurowane

sczachor

skansen_1Cudze dzieci szybko rosną (w naszym oczach). Bo widzimy je od czasu do czasu i wtedy łatwo zauważamy zmiany we wzroście. Swoje, oglądany codziennie, mimo, że tak samo rosną, wydają się nam jako nie zmieniające się. Bo różnice są słabo zauważalne. Łatwej dostrzegamy duże zmiany niż te małe, a że widzimy swoje dzieci codziennie, to i wydają się nam ciągle takie same. Trzeba więcej dystansu by wyraźnie różnice zauważyć.

Telewizora w domu nie mam, ale w czasie wakacyjnych wojaży, przy śniadaniu lub w hotelu, oglądałem publiczną telewizję. Zmiany na gorsze widać bardzo wyraźnie. Przecierałem oczy i uszy ze zdumienia. Siermiężna, partyjna propaganda jak za dawnych, komunistycznych czasów…

Skansen kojarzy się z muzeum ludowym, z przeszłością. Z gromadzeniem nie tylko muzealnych eksponatów ale i z odtwarzaniem dawnych zawodów, z rekonstrukcjami dawnego stylu życia. Odnoszę wrażenie, że w publicznych mediach mamy jeden wielki skansen PRL-u… Ale z nieco inną retoryką, bo widać jak Polska „brunatnieje”.

Ale po kolei. Jak co roku w olsztyneckim skansenie (dokładnie: Muzeum Budownictwa Ludowego – Park Etnograficzny w Olsztynku) odbyło się Regionalne Święto Ziół. Podobnych imprez w ciągu jest więcej (np. Targi Chłopskie itd.). Znacząco ożywiają codzienną pracę wystawienniczą. Na tegoroczne Święto Ziół także zjechały tłumy zwiedzających (zobacz zdjęcia), zabrakło nie tylko miejsca na parkingu ale tworzyły się bardzo długie kolejki do kasy biletowej. Swoje produkty rzemieślnicze i lokalne wystawiło wielu małych producentów - to przy okazji znakomita promocja naszego regionu (rejestracje samochodów zdradzały przyjezdnych z różnych części Polski). Pod względem liczby stanowisk porównywalne z Europejskimi Targani Produktów Regionalnych, które niedawno odwiedziłem w Zakopanem. Jednym słowem sukces edukacyjny i kulturalny.

Wybierając się na Święto Ziół do Olsztynka umieściłem na Facebooku link do mojego tekstu o bylicy pospolitej, z komentarzem „Tak dla przypomnienia, przed dzisiejszym Świętem Ziół w olsztyneckim skansenie.” Gdy wróciłem, znalazłem dopisek innej osoby „Raczej Świętem Marii Wniebowziętej.” A co ma piernik do wiatraka? Ironiczny przytyk rozumiem, ale wynika on z powierzchownej oceny i jest zupełnie nietrafiony. Święto Ziół to nazwa imprezy edukacyjnej w skansenie. Owszem, w programie była nawet msza święta w zabytkowym kościółku. Uczestniczyłem (dlatego przytyk nietrafiony). Oprawę muzyczną zapewnił zespół folklorystyczny z Ełku "Kapela Trzy Czwarte", specjalnie napisali muzykę do mszy świętej. Niezwykłe przeżycie i tłumy ludzi uczestniczący w tej mszy świętej. Wyjątkowej i mocno prawdziwej mszy. Było przecudnie, było także poświęcenie ziół - oczywiście nie ma to znaczenia teologicznego tylko kulturowo-tradycyjnego.

Złośliwa w/w uwaga pojawiła się bo w nazwie „Święto Ziół” nie ma wyeksponowanego „patriotyzmu” i państwowo-kościelnego święta? (a czy nazwa jest ważna czy treść? To nie było zamiast ani przeciw - była to przede wszystkim impreza edukacyjna!). Tak na marginesie, flagi państwowe były wywieszone. To ostentacyjne obnoszenie się z wiarą i religijnością (osoby zamieszczającej cytowany komentarz) jest takie faryzejskie... i pisowskie. Gorszy wierzących i niewierzących. A propos - święto religijne nosi nazwę, jeśli się nie mylę - Święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny (zatem poprawiający sam nie bardzo rozumie, chyba na pokaz bardziej niż z sensem).

I nie poświęciłbym temu większej uwagi gdyby nie inny fakt. Otóż patronami imprezy edukacyjnej w Olsztynku było m.in. Radio Olsztyn i TVP3. Na próżno jednak szukałem na stronach Radia Olsztyn informacji o Święcie Ziół w Olsztynku. Nie było także relacji w telewizji regionalnej, ani 15. sierpnia ani 16. Mimo, że ekipa była. W dniu 15. sierpnia br. regionalne Informacje (TVP3) wypełnione były informacjami… z Warszawy. Pokazywano władze. Z regionu oczywiście pokazano uroczystość religijną ze Świętej Lipki. Odniosłem wrażenie, że sposób myślenia mojej znajomej z Facebooka jest taki sam jak mediów publicznych (albo odwrotnie). Im się tylko z jednym kojarzy. I jest tylko jeden sposób pokazywania rzeczywistości. Stąd moje skojarzenie z medialnym skansenem PRL-u. W Olsztynku nie było władz.. więc po co pokazywać? No i Święto Ziół - przy powierzchownym i pobieżnym oglądzie nie widać „patriotyzmu” ani „kościelności”. Święto Ziół było wartościową imprezę kulturalną i edukacyjną. Nie zabrakło nawet wątków czystko religijnych w znakomitej oprawie. Ale nie było faryzejskiego obnoszenia się… stąd niezauważone. Mimo, że ważne w kontekście regionalnym.

Typowy skansen ma to do siebie, że wchodzimy tam tylko na chwilę. Nawet jeśli uczestniczymy w rekonstrukcji lepienia garnków, pieczenia chleba, mielenia ziarna na żarnach... to wychodząc ze skansenu wracamy do normalnej i współczesnej rzeczywistości. Z "medialnym skansenem" w mediach publicznych jest inaczej. To ciągle trwa. Dobrym rozwiązaniem pozostaje jedynie zmiana programu lub... pozbycie się telewizora. Radia słucham (wybrany program) a informacje wyszukuję w internecie. Jednak nieustannie sącząca się propaganda wpływa na ludzkie zachowania a te już dotykają nas codziennie.... Nie tylko na Facebooku. Mam jednak nadzieję, że ten "medialny skansen" też się niebawem skończy i powrócimy do normalności i normalnych mediów, zwłaszcza publicznych.

skansen_2

10 lat blogowania

sczachor

blogczachorowskicopy

Nawet nie zauważyłem, że dwa tygodnie temu minęła 10. rocznica mojego blogowania. Pierwszy wpis ukazał się 16 sierpnia 2005 roku ("W końcu dojrzałem"). W ciągu tej dekady umieściłem 1500 wpisów. Statystyki wskazują, że blog w tym czasie odwiedzony był blisko pół miliona razy (28 sierpnia wieczorem było to dokładnie 489330 wejść). Początkowo było to po kilka wejść dziennie, teraz po kilkaset (czasem po kilka tysięcy, gdy jakaś gazeta umieści link na swoim portalu do wybranego tekstu). Na kilku portalach mój blog był lub jest podlinkowany, czasem artykuły (jak nazwać wpis blogowy? Ta krótka forma nie jest ani esejem, ani felietonem, ani artykułem...) były "przedrukowywane" (ot, nawet przedrukiem tego nazwać nie można, bo nic nie było drukowane) na innych portalach przyrodniczych czy edukacyjnych.

Dużo się w ciągu tego czasu nauczyłem, poznałem zupełnie inną rzeczywistość komunikacji. Miałem okazję wielokrotnie rozmyślać nad komunikacją w trzeciej rewolucji technologicznej. I nad tym jak się świat zmienia.

10 lat profesorskiego gadania. Chyba dużo. Mimo wielu niedoskonałości technicznych tego serwisu, jakoś nie chcę go porzucić. Powoli dojrzewa we mnie myśl, by wybrać część tekstów, poprawić i spróbować wydać w wersji papierowej, czyli trwałej i uporządkowanej. Takie przyzwyczajenie człowieka starszej, papierowej epoki. Chyba, że wymyślę zupełnie coś innego.

ps. ilustracja to baner ze strony PTTK, gdzie linkowany był mój blog.

Najwięcej na świecie jest.... dziennikarzy

sczachor

fotografowanieBadąc niedawno na przedstawieniu teatru ulicznego uświadomiłem sobie, że najpopularniejszym zawodem (profesją) współcześnie jest dziennikarstwo.

 W czasach Stańczyka, najwięcej było lekarzy:

"U jednego z tych panów, którzy radzi przy biesiadzie pragnęli Stańczyka dla zabawy gości, zdarzyła się rozmowa, jakiego też to stanu ludzi najwięcej na świecie. Każdy co innego mówił: ten krawców, ten szewców, ten innych rzemieślników. Stańczyk stojąc podle za czyjémś kresłem, odezwał się na to:  — Najwięcej jest lekarzów na świecie, ot jeśli nie wierzycie wasz mość, pokażę ich stu w Krakowie, w przeciągu trzech dni. "

Czasy się zmieniły i teraz najwięcej jest dziennikarzy, a zwłaszcza fotoreporterów. Czy to jakaś wycieczka, nawet spacer do lasu, czy to jakiś koncert, przedstawienie teatralne, spotkanie towarzyskie, wernisaż, wypadek, gradobicie... od razy pojawia się fotografujących i utrwalających zdarzenie ze dwa tuziny dziennikarzy. Nie wierzysz czytelniku? To sprawdź na dowolnym artystycznym, sportowym wydarzeniu czy uroczystości. Stań mentalnie z boku (jak rasowy dziennikarz) i policz widzów-uczestników, którzy przynajmniej jedno zdjęcie zrobili (lub nagrali wideo, trzasnęli sweetfocie czy selfi z dziejącym się wydarzeniem). Jaki procent widzów-uczestników wcieliło się w rolę dziennikarza-dokumentalisty?

Kiedyś to było lepiej, czy to wesele, pierwsza komunia, koncert w filharmonii, przedstawienie teatralne itd., zjawiał się jakiś jeden może dwóch dziennikarzy, z kamerą, jakiś fotoreporter. Chyba, że jakies ważne oświadczenie rządu czy inna państwowa uroczystość - to wtedy kilka telewizji, kilkunastu pstrykających fotoreporterów.  Ale teraz jest tak na każdej, nawej majprowincjonalniejszej, lokalnej uroczystości, czy małym wydarzeniu rodzinnym. Niemalże każdy wyciąga co tam kto ma, nie tylko aparaty i kamery ale nawet telefony komórkowe, tablety itd. I cykają, kręcą, nagrywają. Aż oglądać trudno . Widzów prawie nie ma - sami dziennikarze. Tak więc śmiało mogę stwierdzić, że współcześnie najwięcej jest dziennikarzy. Nie wszyscy mają etat, nie wszyscy dostają wierszówki i inne honoraria. Można by powiedzieć, że tak na prawde to niewielu.... Zdecydowana większość to freelancerzy, wolni strzelcy, dziennikarze w pełni niezależni i na dorobku. Na życiowym starcie. Wolontariusze mocno lokalni. Ale dziennikarze!

No cóż, ja też tak mam. I wiem, że dziennikarskie dokumentowanie pochłania i absorbuje. Skupiam się na utrwalaniu a nie na przeżywaniu, uczestniczeniu. Bo jest się dziennikarzem i trzeba dziennikarzować (wybierać dobre miejsce do fotografowania, przemieszczać się by być ciągle w centrum i mieć dobre ujęcia) a nie się obijać... Gdy dostrzegam coś pięknego, unikalnego, ciekawego to od razu chcę sfotografować, sfilmować, utrwalić. Tak jak dziennikarz. A co potem?

Potem to ludzie pokazują znajomym na swoich smartfonach, udostępniają na portalach skocznościowych, piszą ilustrowane blogi, pokazując zdjęcia opowiadają co widzieli i gdzie byli, co przeżyli. Dziennikarze relacjonujący świat... co prawda czasem publiczność niewielka, ale dziennikarskie utrwalanie jest dziennikarskim rzemiosłem i już. Czasem nawet duże stacje i czasopisma przedrukowują i na swoich łamach upubliczniają.

Z dzieciństwa pamiętam jak do wiejskiego domu wracał dziadek lub wujek lub ktokolwiek inny, to opowiadał. To co zobaczył i usłyszał, a to w mleczarni, a to w sąsiedniej wiosce, a to w sklepie, a to w wmieście (pekaesem trzeba było jechać ładnych paręnaście kilometrów - wielki świat!). Jak zdarzył się jakiś wypadek, krowa w szkodę wlazła, ktoś pijany awanturę zrobił albo grad zboże wyłożył - to też było opowiadanie. W tamtych czasach uczyliśmy się relacji słownej. Zapamiętać i opowiedzieć. Zbudować ciekawą i niezwykłą opowieść (taniego newsa !) jedynie słowami, intonacją głosu i językiem ciała. Czasem można było pokazać jakiś eksponat, np. kulkę gradową.

Teraz swoje opowieści ozdabiamy (ilustrujemy) fotografiami, filmami. I wcale nie musi to być jakiś blog internetowy. Po prostu wyciągamy komórkę i pokazujemy, kotki, pieski, dzieci, wnuki, swoje podróże wycieczkowe. Uczymy się więc fotografowania, filmowania, czasem blogowania, edytujemy foto albumy.  Przy okazji robiąc zdjęcia inaczej spostrzegamy rzeczywistość: nieco bardziej aktywnie, skupiając się na wyszukiwaniu ciekawych elementów, niepospolitych zjawisk itd.

Tak sobie myślę, że dziennikarstwo to powinien być najpopularniejszy kierunek na studiach... boż jest duże zapotrzebowanie!

 

ps. Zdjęcie wykonano w czasie lipcowego fotospaceru: https://www.facebook.com/fotospacerypl

Innowacja .... w połowie roboty

sczachor

wyastawadachowkowaKręte i długie są drogi wymyślania nowych rozwiązań. W zasadzie hipertekst istniał od dawna (przynajmniej w formie zalążkowej). Bo czym innym są powołania, cytaty i cytowanie? Odsyłaniem do innych źródeł, zarówno w celu "znajdź więcej na ten temat" jak i uwiarygodnienia. Ba, nawet w kulturze oralnej było odwoływanie się "a iksiński powiedział, widział etc.".

Na przestrzeni dziejów rosła szybkość docierania do "odsyłaczy" aż hipertekst wyłonił się w całej swej elektronicznej okazałości. Szybkość docierania do Iksińskiego (aby dopytać o więcej lub zweryfikować poprawność powoływania się na jego słowa) była niewielka a czasem niemożliwe było fizyczne dotarcie. A bez bezpośredniego kontaktu i rozmowy nie było przekazu. Gdy pojawił się druk zwiększyła się możliwość weryfikacji i docierania do pierwotnych źródeł, ale dalej było to kłopotliwe. Do bibliotek i księgozbiorów było daleko a zbiory niewielkie. Weryfikacja powołania czy cytacji była czasochłonna i pracochłonna.

Kolejnym przyspieszeniem było "wynalezienie" publikacji. Ale docieranie i sprawdzanie wszystkich źródeł, zawartych w czytanej publikacji, było dalej kłopotliwe i czasochłonne. Więc niewielu z tych możliwości praktycznie korzystało. W wielu przypadkach przepisywano bez sprawdzania. Pozorowany rytuał napędzany pośpiechem i koniecznością dużej wydajności.

Komputery i elektronika zmieniły wiele. Tekst nie musiał być linearny, hipertekstowe przekierowania w jednym dokumencie, jak i odwołania do innych za pomocą internetu, stworzyły zupełnie nowe możliwości. A w zasadzie pokusa by łatwo sprawdzić cytowanie, znaczenie słowa (już bez pracochłonnego sięgania do słowników czy encyklopedii) rozpraszała. Te oszałamiające możliwości utrudniły czytanie tekstów. Bo skoro łatwo można sprawdzić, iść do przekierowania, to łatwo zagubić się w dygresjach. Łatwo utracić kontakt z pierwotnymi tekstem. Zwłaszcza przy korzystaniu z zasobów inetrnetowych łatwo zagubić się w gąszczu pobocznych informacji i stracić kontakt z właściwym tekstem. Co, co kiedyś wynikało z ograniczeń, teraz musi być osiągane siłą woli i koncentracją. Zbyt duże możliwości rozpraszają.

Mobilny internet powszechnie dostępny zmienił jeszcze więcej. A w zasadzie dopiero stwarza takie możliwości. Dopiero uczymy się dostrzegać i wykorzystywać potencjał mobilnego internetu. Media stały się hybrydowe. Prasa wymieszana została z radiem i telewizją a do tego z namiastka bezpośredniej rozmowy (aktywizujące komentarze i portale społecznościowe). Środowisko akademickie powoli odkrywa te możliwości. Zmieniają się tradycyjne formy komunikacji naukowej. Już nie tylko seminaria, referaty, publikacje i sesje posterowe (a przecież poster to naukowa nowinka, upowszechniona w naukach przyrodniczych zaledwie dociera do nauk humanistycznych).

Eksperymentuję i ja  tworząc różnorodne innowacje. Na seminarium 12 grudnia sprawdzałem swój kolejny prototyp (na zamieszczonym zdjęcie dwie formy, na planszach i na dachówce). Działa. Oczywiście dostrzegam sporo różnych mankamentów, nie do końca trafnych rozwiązań. I będę to poprawiał w następnych realizacjach. Droga do innowacji jest długa. Wykonałem zaledwie kolejny krok, ani pierwszy ani ostatni. Eksperymentowanie pozwala zrozumieć proces i technologię. I wiem co trzeba wcześniej przygotować. Z pozoru wygląda to prosto i łatwo. Ale ważna jest treść. Ta jednak powstaje długo.

Hybrydowe formy komunikacji w nauce stają się faktem. Dla wielu jeszcze jako mglista fantazja, dla innych - rodząca się innowacja. Dla mnie jest to drugie. I to nabywane aktywnie i twórczo a nie biernie z trzeciej ręki (bo gdzieś w gazecie wyczytałem).

O lamarkizmie, wiedzy i o konektywizmie

sczachor
galerai_i_smartfony

Ewolucja kulturowa i to, co dzieje się w umyśle, od dawna były pożywką dla neolamarkizmu (dziedziczenie cech nabytych). Teraz jednak biolodzy znaleźli molekularne podłoże i wyjaśnienie dziedziczenia cech nabytych (m.in. metylacja DNA, koncepcja hologenomu itd.). Przesłanki istniały od dawna. Skoro uczy się nasz system odpornościowy, to dlaczego miałoby to być wyjątkiem? Biologia jest jednak fascynująca. Zmienia wiele nawet w filozofii. Choć na to trzeba czasu, by informacje dotarły z laboratoriów do bibliotek. Ale one systematycznie docierają.

Także neurobiolodzy znaleźli potwierdzanie dla tezy jednego z nautorytetów w dziedzinie mediów, kanadyjskiego badacza Marshalla McLuhana, głoszącej, iż „człowiek tworzy narzędzia, a potem one kształtują nas”. Okazało się, że długotrwały kontakt z internetem doprowadza do zmian w neuronalnej budowie, a w dalszej konsekwencji w funkcjonowaniu mózgu cyfrowych tubylców. Oznacza to ich inny sposób myślenia, wymagający odmiennych metod edukacyjnego oddziaływania. Dobrą ilustracją jest zdjęcie, jakie ostatnio zrobiło karierę na Facebooku. Wprawia w osłupienie starsze pokolenie. Autor zamieszczonego zdjęcia, Stephen Zunes, takim zaopatrzył je komentarzem "A photo taken by a friend of a friend in one of the world's great art galleries, the Rijksmuseum in Amsterdam, in front of Rembrandt's famous masterpiece "The Night Watch."

Wiedza jest indywidualną interpretacją wybranych wycinków rzeczywistości zapisaną w umyśle człowieka. Podkreślał to m.in. jeden z największych współczesnych specjalistów w dziedzinie przemian cywilizacyjnych, amerykański ekonomista P. F. Drucker. Napisał, że mądrość i wiedza nie zamieszkują w książkach, programach komputerowych czy w Internecie. Tam są jedynie informacje. Mądrość i wiedza są zawsze ucieleśnione w człowieku, są zdobywane przez uczącą się osobę i przez nią wykorzystywane. Zatem wiedza to nie zbiór informacji, ale całościowy system tych informacji i relacje między nimi. To system umożliwia korzystanie z tych informacji... lub leżą niewykorzystane. Informacje i relacje między nimi, co zwyczajowo określamy umiejętnością myślenia i rozumienia faktów. Tak jak w organizmie: nie suma elementów ale ich organizacja i relacje między nimi przesądza o całościowym systemie.

Podobnie polski psycholog Czesława Nosala stwierdził, że "Wiedza jest tworzona przez umysły i nie istnieje poza umysłami. Książki i komputery nie zawierają wiedzy. […] . Coraz częściej traktujemy sieć jako zastępnik, a nie tylko uzupełnienie naszej pamięci. wiedza jest konstruktem indywidualnym i żadna maszyna nie wykona za nas czynności jej wytworzenia". Zdobywanie wiedzy wiąże się z wysiłkiem i żaden internet tego nie zastąpi. Bo i ze smartfonów, żeby wiedza w głowie powstała, wymaga od mózgu energetycznego wysiłku.

Wymienione stwierdzenia wzmacniają dwa nurty edukacyjne, nazywane konstruktywizmem i konektywizmem. Nasz mózg lubi się uczyć, co najwyraźniej widać u dzieci. Zostańmy dziećmi aż do starości. A elektronika i internet? No cóż, zmieni nasze mózgi tak jak zmieniła mapa i pismo (zwłaszcza drukowane). Teraz odnosimy się z nabożnym szacunkiem do książek i słowa pisanego, a przecież nieodwracalnie zniszczyły one kulturę słowa mówionego. I to całkiem niedawno, przed ostatnie 2-4 stulecia. Zniszczyły kulturę, która towarzyszyła człowiekowi przez setki tysięcy lat.

Autoryzacja czyli nie chcemy być manipulowani

sczachor

Ostatnio głośne były w mediach dwa przypadki autoryzacji lub braku autoryzacji wywiadu prasowego (i związanych z tym wyjaśnień). Instytucja (zwyczaj) autoryzowania tekstu nie we wszystkich krajach jest praktykowany. Dlaczego domagamy się autoryzowania każdego wywiadu, udzielonego mediom? Bo boimy się efektu jaki powstanie (z chaosu własnych myśli lub medialnego niechlujstwa lub manipulowania). Czasem autoryzowanie jest nadużywane a po przemyśleniach odsyłany jest inny tekst z innymi wypowiedziami niż w czasie rozmowy. To instrumentalne traktowanie dziennikarza.

Rozmówcy (mam na myśli naukowców) boją się błędów i przeinaczeń, dziennikarze boją się opóźnień i zupełnego przebudowania wypowiedzi. Czy autoryzacja jest potrzebna? I z czego wynika taka silna potrzeba? Moim zdaniem wynika z braku zaufania. Nie tylko słowa mogą zostać inaczej zrozumiane (zwłaszcza specjalistyczne terminy naukowe), nawet tendencyjnie zmanipulowane ale i kontekst może być zaskakujący. Kontekst w jakim wywiad/wypowiedź zostanie umieszczony. Autoryzacja tylko częściowo pozwala uniknąć zmanipulowania. Bo jak chcą to i tak nas wyrolują. Niestety.

Wywiad to autorskie dzieło dwóch stron. To nie jest tylko zapis rozmowy, gdzie dziennikarz pełni podrzędną i techniczną rolę. Wywiad to dialog i rozmowa więc ma zawsze dwóch autorów. Dobór pytań i problemów jest przecież wkładem dziennikarza. Tak więc i dziennikarz wnosi swój twórczy, oryginalny element. Jego rolą jest obiektywizm i raczej nie angażowanie się emocjonalne w problem. Reprezentuje w jakimś sensie punkt widzenia czytelników. Niemniej jest twórcą. A przynajmniej powinien.

Skoro wywiad jest dziełem wspólnym, to obie strony powinny się szanować. Szanuj więc dziennikarza swego (empatia) i postaraj się zrozumieć jego punkt widzenia i to, czego potrzebuje, czego szuka. Szanuj swojego naukowca-rozmówcę (piszę w kontekście relacji nauka-media, ale i tu też empatia jest ważna) - zrozum jego punkt widzenia na problem. Nie jest tylko dekoracyjną paprotką do ilustrowania i naukowego uwiarygadniania z góry zaplanowanej tezy. Żądamy autoryzacji bo nie chcemy być manipulowani. Przecież manipulować można nawet nie zmieniając słów i sensu wypowiedzi. Wystarczy kontekst. Kontekst wiele zmienia.

Ale z drugiej strony czy dla każdej drobnej wypowiedzi musimy żądać autoryzacji zgodnie z prawem prasowym? Tekst (dźwięk, obraz) potrzebny jest za kilka godzin. Trzeba być więc dostępnym internetowo i sumiennie zrobić autoryzację w szybkim tempie. Nie zawsze ten obustronny wysiłek jest opłacalny przy zdawkowej i mało ważnej informacji (wypowiedzi, wywiadzie). Dystans do siebie samego także jest potrzebny.

Przy braku zaufania następuje ucieczka w media społecznościowe i dziennikarstwo obywatelskie. Owszem, dzieje się to kosztem profesjonalizmu. U mnie przykładem są liczne literówki. Ale jeśli w wielu mediach przedrukowują moje wpisy blogowe to często-gęsto nawet ich nie czytają dokładnie, bo zostaje dużo tych literówek. U siebie mogę poprawić (tak często robię, gdy po jakimś czasie zajrzę lub ktoś mi podpowie). Tam, gdzie przedrukowali już nie mam szansy. Utrata części profesjonalizmu nie jest więc tak straszna, bo media w pogoni za ilością i taniością z jakością przygotowywanych materiałów także zeszły kilka poziomów niżej. Niemniej trudno być profesjonalistą we wszystkim. Jeśli więc naukowiec decyduje się na samodzielność, to warsztatowo jest to gorsze niż we współpracy z dziennikarzem. Ale jeśli ceną ma być wiarygodność i instrumentalne traktowanie – to lepiej samemu. Podobnie z drugiej strony – rezygnacja ze współpracy naukowców oznacza gorszą jakość merytoryczną treści medialnych (zostają banały i ogólniki).

Dobra i wartościowa rzecz rodzi się we współpracy. A do współpracy potrzeba zaufania, budowanego przez dwie strony. Pospiech i gonienie za ilością przynosi złe efekty. Ale nie każdy jest dziennikarzem, Wielu politruków i działaczy przebiera się w szaty dziennikarskie, co jeszcze bardziej podważa wiarygodność i zaufanie do mediów. Zbyt dużo przebierańców.

Co to jest ekosystem inwestycyjny ? Albo ekologia mediów?

sczachor

10497889_598928876872214_6875096820284979704_oNauki biologiczne mają ogromne oddziaływanie kulturowe. Widać to w języku codziennym, widać w filozofii ale widać i w swoistych zapożyczeniach w innych naukach. W moim odczuciu nie jest to tylko powierzchowne naśladownictwo lecz coś głębszego. Nazwałbym to krokiem ku ogólnej teorii systemów i interdyscyplinarnej integracji.

Być może ekologia jest inspirująca ze względu na analizowanie wielu obiektów i wielu relacji jednocześnie. Tę złożoność dostrzegamy także w coraz to nowych dziedzinach. Dostrzegamy także wspólnotowość i kontekstowość. Niemniej zaskakują mnie odkrycia w książkach naukowych terminologii ekologicznej... w zupełnie nowym kontekście i zastosowaniu.

Bo co to jest ekosystem inwestycyjny ? Kalka słowna z nauk przyrodniczych czy inspiracja metodologiczna?

Skumulowany wzrost gospodarczy w latach 2010–2012 wyniósł ok. 10 proc., a ekosystem inwestycyjny rozwijał się m.in. dzięki przedsięwzięciom realizowanym w ramach przygotowań do Euro 2012, projektom samorządowym oraz środkom z unijnej perspektywy finansowej 2007–2013.” „Z odmienną sytuacją mamy do czynienia obecnie. Rok 2013 to niski wzrost gospodarczy, klif inwestycji publicznych, który zaczął się po Euro 2012, wygasające fundusze unijne i brak dużych projektów, które byłyby kołem zamachowym aktywującym ekosystem inwestycyjny.” (Nowy sposób na inwestycje – Debata „Rz” przed Forum Ekonomicznym).

Albo książka pod tytułem "Nowa ekologia mediów". Konwergencja a metamorfoza" Karola Jakubowicza. Od dłuższego czasu czytam te książkę. Bez wątpienia zaintrygował mnie tytuł. Czytam do poduszki. Utknąłem w drugiej połowie....

Poza gazetowymi "kolorami ekologicznymi, muzyką ekologiczną, pralniami ekologicznymi itd., pojawiają się więc ekosystemy inwestycyjne i całkiem nowe ekologie mediów. I to w poważnych książkach naukowych. Ciekawe zjawisko proszące się o dokładniejsze zbadanie.

Poczytność bloga

sczachor

Piszę na blogu bo lubię, bo pisanie pozwala porządkować myśli, bo jest formą brudnopisową przygotowania bardziej rozbudowanych wykładów czy tekstów. Piszę, bo jest to dla mnie forma upowszechniania wiedzy. I jest także formą dialogu ze studentami, słuchaczami, innymi osobami. 

Nie przykładam większej wagi do statystyk. Dlatego z pewnym zdziwieniem odbieram sygnały o poczytności tego bloga. Poza informacjami bezposrednimy docierają do mnie także sygnały "statystyczne". Ot  na przykład wczoraj dostałem takiego maila:

Wczoraj pokazaliśmy światu nowy wygląd strony głównej Blox.pl. Ważnym elementem tej stronie jest rubryka "Blogi tygodnia". Miło nam Cię poinformować że jesteś w pierwszej grupie blogerów wyróżnionych tym tytułem. Nową stronę główną wraz z blogami tygodnia znajdziesz pod adresem: http://www.blox.pl/beta/start Gratulujemy!

Sprawdziłem przy okazji statystykę. W rankingu ninijeszy blog w ostatnich 2-3 dniach był na 107-110 pozycji względem popularności na blox pl. oraz nr 4 w kategorii nauka (na 379 737 blogów w tym serwisie). Jest to o tyle dla mnie dziwne, że uważam swój blog za niszowy. Okazuje się jednak, że przynajmniej niektóre wpisy znajdują szersze grono odbiorców (czasem widuję podlinkowane na różnych serwisach internetowych poszczególne wpisy, zwłaszcza te przyrodnicze).

No to będę dalej pisał, tak jak pisałem. A skoro serwis ma nowe możliwości techniczne i wizualne, to popróbuję technicznie ulepszyć. Człowiek uczy się całe życie.... 

 

 

 

Ożywianie papierowych gazet - dlaczego idzie tak wolno i z dużymi oporami?

sczachor

Intermet i hybrydowe media dają duże możliwości. W gazetach papierowych pojawiają się nie tylko zdjęcia, ale w ślad za hipertekstowym stylem internetowych mediów mogą pojawiać się filmy. Papier ożywa, ale za sprawą czytników czytelników. Gazeta ożywa, gdy czytelnik ma tablet lub smartfona. I coraz więcej ludzi je ma.

I gazety eksperymentują. Kolejne tytuły zapowiadają rewolucję, pokazują nowinki... i na tym się kończy. Najpierw Gazeta Olsztyńska pokazała filmiki poprzez program Aurasma. Na moim tablecie się nie sprawdził. Dobrze działa chyba tylko na smarfonach. Ale po kilku próbach filmiki zniknęły z Gazety. Długo zastanawiałem się dlaczego.

Niedawno Tygodnik Powszechny, zmieniając format papierowy, także zapowiedział "ożywianie", z wykorzystaniem programu Actable. Nawet pojawiły się filmiki. Ale potem zamarło. Dlaczego?

Kilka dni temu zrozumiałem dlaczego tak się dzieje, że mimo iż są możliwości techniczne, mimo że przetestowane, to brakuje adekwatnego wsadu. Przyszła do mnie na wywiad młoda dziennikarka. Chwilę porozmawiała, nagrała na dyktafon, zrobiła zdjęcie i nagrała krótki filmik. Jedna osoba - wszystko w jednym (zobacz efekt). Jedna osoba potrafi napisać, zrobić zdjęcie i filmik (a potem edytować tekst, edytować zdjęcie i krótki filmik). Dziennikarz hybrydowy, bez podziału na prasę, radio i telewizję.

Jeszcze do niedawna, dziennikarz prasowy, jeśli chciał zdjęcie do swojego tekstu... to przychodził z fotografem, albo fotograf przychodził w innym terminie. Zrobić ilustrację. Tak przez lata media funkcjonowały. Dziennikarz był do tworzenia tekstu słownego. Od ilustracji był fotograf. A nagrać film? To kolejna osoba. Lub nawet kolejne medium. Teraz to się wszystko miesza i powstaje zupełnie nowa jakość. Czasem przychodzący do mnie dziennikarz radiowy od razu robi także zdjęcie. Zdjęcie  do radia? Tak, na stronę. Bo współczesne radio można słuchać dodatkowo w dowolnym czasie przez internet, czytać informacje na stronie www i oglądać zdjęcia.

Ożywianie gazety wymaga dodatkowego wsadu, nie tylko tekstu ale i obrazu ruchomego. Technicznie to nie jest takie trudne. Większy przełom musi dokonać się w nawykach i umiejętnościach. I nowe pokolenie się już tego uczy. Nic już nie będzie takie jak dawniej. Współczesny dziennikarz musi umieć znacznie więcej, także pod względem technicznym.

Technologia nie wystarczy. Potrzebny kapitał ludzki. O tym, jak bardzo zmienia się przekaz za sprawą technologii i jak technologia zmienia sam proces komunikacji, przekonuję się w trakcie lektury. Bo właśnie czytam dwie książki:

  • Marshall McLuhan "Zrozumieć media. Przedłużenia człowieka"
  • Karol Jakubowicz "Nowa ekologia mediów. Konwergencja a metamorfoza"

Ta ostatnia pozycja jest intrygująca także ze względu na przenikanie biologicznego sposobu patrzenia na świat do nauk społecznych. Pojawiają się już ekosystemy inwestycyjne jak i ekologia mediów. To nie tylko inspiracja słowem ale interdyscyplinarne wykorzystanie modeli.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci