Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : synurbizacja

Kaczki na wodzie – tu zaszła zmiana

sczachor

kaczkinawodzie

Małe, senne miasteczko, jakieś ogródeczki na obrzeżach. Na płytkiej rzeczce kaczki brodzą. Widok taki jak zawsze? Niesamowity znak czasu, małe miasteczko i kaczki na rzece... Co w tym dziwnego? Ano to, że są to dzikie kaczki krzyżówki a nie hodowlane (udomowione). Zniknęły chlewiki i kurniki a puste miejsce zajmuje dzika zwierzyna. Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak wielkie zmiany się dokonują w przyrodzie i kulturze wokół nas.

Barczewo. Obrzeża miasteczka, jeszcze w zabudowie widać komórki, chlewiki, stare kurniku, gołębniki (ale gołębi już nie hodujemy na rosół ani na ofiarę). Ale są puste. Nikt już świnek nie hoduje, ani królików, ani kur, kaczek czy gęsi. Nawet warzywniaki zmieniają się w ogródki rekreacyjne. Kiedyś każdą zwierzynę byśmy upolowali (kłusowali) i zjedli. Znikają zwierzęta hodowlane nie tylko z małych miasteczek ale i ze wsi. Nie słychać porykiwania krów, piania kogutów, gęsi się nie pasą ma łące. Co najwyżej łabędzie i żurawie. Nikt nie wypasa bydła po rowach i miedzach. Prędzej sarnę spotkać można. W wyniku synurbizacji coraz to inne gatunki zwierząt pojawiają się w mieście. Nie polujemy, więc zmniejsza się dystans ucieczki – zwierzęta nie traktują człowieka już jako drapieżnika, groźnego myśliwego.

Jesteśmy bogaci, syci i najedzeni. To widać. Także i po naszej tuszy: zbyt mało ruchu, zbyt dużo kalorycznego jedzenia.

 

Ps. Zdjęcie zrobione w czasie  Fotospaceru po Barczewie realizowanego w ramach projektu: Panasonic Lumix: Fotograficzne Perły Polski (czytaj więcej)

Tracz nurogęś a sprawa dziedzictwa przyrodniczego regionu

sczachor

Sukcesywnie odzyskujemy swoje dziedzictwo przyrodnicze (co nie przeszkadza tracić w innych aspektach). Słyszeć żurawie w Olsztynie to bezcenne. Wyjdę na balkon i czasem słyszę przelatujące. Radość z obcowania z przyrodą staje się możliwa nawet w zasięgu miejskiej ręki. Niech to zachęca do dalszych działań i ochrony kolejnych gatunków. Przyroda cały czas się zmienia, nawet w mieście.

Na spacerze spotkać można nie tylko kaczkę krzyżówkę czy łabędzie. W wyniku procesów sunurbizacji bioróżnorodność miast stale wzrasta (mnie to cieszy podwójnie, jako mieszkańca i jako biologa). Ale także dzięki mądrzejszemu gospodarowaniu przestrzenią i zasobami naturalnymi. Tracz nurogęś, za nazwanie gęsią pewnie by się obraził. Bo to bardziej kaczka niż gęś. Ale nazwę ma wielce sympatyczną. Nurogęś żywi się rybami natomiast gęsi są trawożerne. Stąd mimo, że w nazwie ma coś z gęsi, gęsią tracz nurogęś nie jest.

Kilka lat temu spotkałem parę nurogęsi w rezerwacie Las Warmiński, w trakcie spływu kajakowego wraz ze studentami niemieckimi. To było moje pierwsze widzenie tegoż ptaka (nie licząc oglądania ilustracji w książkach). Spływ kajakowy przez dziką rzekę (pozwolenie było od wojewódzkiego konserwatora przyrody) był niezwykle ekscytujący - ciągłe przeprawy pod lub nad kłodą drzewa. Spływ kajakowy był zakończeniem ich (to znaczy Niemców z Uniwersytetu w Rostocku) dydaktycznej wizyty i wspólnych zajęć. Płynąc kajakiem nie tylko ja się ucieszyłem z tego niezwykłego widoku. Niemcy byli zachwyceni przyroda i traczem nurogęsią.

Jeszcze większym zaskoczeniem dla mnie było spotkanie pary tych ptaków w środku miasta, na niedzielnym spacerze (potem widywałem je także). Pływały po Łynie w pobliżu Mostu Jana, na olsztyńskiej Starówce. I jak wynika z rozmowy ze znajomymi, przebywają tam od dłuższego czasu (najpewniej się gnieżdżą gdzieś nad Łyną.

Nawet w mieście spotkać można niezwykłe i rzadkie gatunki. Bo tracz nurogęś w Polsce jest objęty ścisłą ochroną gatunkową. Zalecana jest ochrona czynna. Jak widać czynnie chronić można przyrodę nawet w mieście.

Nurogęś, tracz nurogęś (Mergus merganser) to gatunek dużego ptaka wodnego z rodziny kaczkowatych (Anatidae). Nurogęś jest przedstawicielem traczy - ptaków z rodziny kaczkowatych, wyspecjalizowanych w łowieniu ryb. Samce nurogęsi należą do najładniej upierzonych kaczek. Ale jak dla mnie to samiec pospolitej kaczki krzyżówki też jest śliczny. Nurogęś zamieszkuje rzeki i jeziora o przejrzystej wodzie, gdyż wypatruje ofiary z jej powierzchni (zanurza tylko głowę). Wybierają najczęściej tereny w pobliżu starych drzewostanów. Jak widać obecność pary traczy nurogęsi jest swoistym komplementem dla Olsztyna.

Jak już wspomniałem pożywieniem tej niezwykłej ni to kaczki ni to gęsi są głównie małe ryby (ok. 10 cm długości). Po zanurkowaniu tracz nurogęś może przebywać pod wodą do 2 minut. Nurogęś buduje gniazdo w dziuplach (dlatego preferuje stare drzewa z dziuplami), budkach lęgowych, a z braku miejsca w szczelinach budynków np. pod okapem, ale nigdy na otwartej przestrzeni. Szkoda, że w Olsztynie wycinamy tak dużo starych, dziuplastych drzew (niby pod pretekstem, że są chore). Przez wycinkę zabieramy miejsca gniazdowania dla wielu ptaków, w tym dla nurogęsi. A przecież takie ptaki jak nurogęś są same w sobie atrakcją turystyczną.

Nie tylko zabytki (dziedzictwo kulturowe) ale i bioróżnorodność (dziedzictwo przyrodnicze) są atrakcją turystyczną wielu miejsc. Sztuką jest jednak dostrzec tę wartość i pokazać (oraz umieć o niej opowiadać).

Tracz zamieszkuje chłodne strefy Eurazji i Ameryki Północnej. Jednak w czasie wędrówek można go spotkać bardziej na południe. W Polsce jest to bardzo nieliczny ptak lęgowy. Gnieździ się głównie na północy i zachodzie kraju. Całkowitą liczebność szacuje się na 900–1000 par. I tego niezwykłego ptaka spotkać można na spacerze po olsztyńskiej Starówce.

Rzeka Łyna kryje znacznie więcej przyrodniczych niezwykłości (żyje tu na przykład chruścik niprzyrówka rzeczna Leptocerus interruptus, kilka lat temu uznany za gatunek wymarły w Polsce). Przydałoby się tylko więcej ławek, aby było gdzie przysiąść i spokojnie poobserwować. No i mniej polbruku i mniej wycinek drzew. Przecież oficjalnie Olsztyn to miasto ogród. I niech ten ogród stanie się faktem!

Ale wróćmy do traczy. Samica składa jaja od końca marca do czerwca. W lęgu jest zazwyczaj 8-12 jaj. Gdy młode opuszczają gniazdo (zwykle niebawem po wykluciu), muszą wyskoczyć z dziupli lub z budki lęgowej. I to czasem ze znacznej wysokości. Może wydawać się to groźne (podobne zwyczaje ma inna kaczka, gnieżdżąca się w dziupli - gągoł). Pisklętom jednak nic złego się nie dzieje, ponieważ sztywne mieszki piór i rozpostarte łapy z błoną pławną niczym spadochron wyhamowują lot pisklęcia. Na dodatek  uderzenie łagodzone jest przez miękki puch. A czyż powszechnie gnieżdżące się w Olsztynie (i innych miastach) kaczki krzyżówki mają lepiej? Muszą przeprowadzić młode przez ruchliwe ulice, prowadząc z miejsca lęgu na staw czy jezioro.

Młode tracze nurogęsi zaczynają samodzielnie pływać i nurkować zaraz po dostaniu się do wody. Tak to już bywa u zagniazdowników - od razu muszą sobie radzić. Czasami, gdy jedno z piskląt się zagubi, przyłącza się do innej rodziny nurogęsi, która traktuje go jak własne. U traczy wszystkie dzieci są nasze.

W Polsce tracz nurogęś gniazduje głównie na północy i wschodzie. Dość licznie zimuje w całym kraju, a największa koncentracja osobników występuje na Zalewie Szczecińskim (tak twierdza ornitolodzy). Może jednak liczba tych niecodziennych ptaków wzrośnie i na Warmii. Co znacząco uatrakcyjni spacery i przesiadywanie na ławkach miejskich. Program przyrodniczy bez telewizora, bez prądu i na świeżym powietrzu.

Zagrożenie w piaskownicy czyli o samotności i potrzebie kształcenia ustawicznego

sczachor

Samotność obiektywnie nie istnieje. Samotni jesteśmy we własnej duszy. Bo nawet na największym pustkowiu mamy towarzysza i to nie jednego (dobrego lub złego). Nawet w pustelni coś z nami jest, a nasze życie wewnętrzne ma iście biologiczny wymiar. Wszędzie coś nas gryzie – albo pasożyty albo sumienie. Od tego nie uciekniemy...

Nie ma organizmu, który nie ma jakichś pasożytów. Lepiej jest mieć więc starych i sprawdzonych wrogów niż nowych i nieodgadnionych (nieprzewidywalnych). Tak jak Pawlak Kargula. Nie ma gatunku wolnego od pasożytów, nie ma organizmu bez jakichś pasożytniczych bakterii, wirusów czy grzybów. Ewolucyjnie kształtowaliśmy się w obecności pasożytów, także tych większych w postaci przywr, glist, tasiemców, pcheł, wszy, komarów i wszelakiego innego „robactwa”. Dzięki temu mamy „nadmiar” narządów. Biologicznie przygotowani jesteśmy na straty. Dlatego możemy żyć z kawałkiem wątroby, jednym płucem, jedną nerką (tu mała dygresja skoro pozbyliśmy się wielu pasożytów, tym łatwiej powinniśmy dzielić się sobą z innymi w formie transplantacji czy choćby tylko honorowego krwiodawstwa). Nawet apetyt mamy nadmiarowy. Bo kiedyś mieliśmy do wykarmienia towarzyszące nam w jelicie(i nie tylko) pasożyty. W nawiązaniu do tej prawidłowości współcześnie odchudzający się ludzie czasami świadomie połykają jaja tasiemców, żeby zachować przyjemność obfitego jedzenia i szczupłą sylwetkę jednocześnie.

Ale wróćmy do Kargula i Pawlaka czyli starych i nowych „wrogów”. Nowe choroby pasożytnicze, które pojawiają się w populacjach ludzkich, to efekt zmian w środowisku, migracji ludności (przenosicieli i ułatwiaczy dyspersji), migracji i zawleczenia zwierząt oraz nowych rodzajów kontaktów ludzi ze zwierzętami. Choroby odzwierzęce nie są niczym nowym. Bliskie sąsiedztwo już zaowocowało wieloma chorobami odzwierzęcymi, tyle tylko, że po kilku epidemiach już się uodporniliśmy na te patogeny. I przywykliśmy, tak jak Pawlak do Kargula i odwrotnie.

Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Trzeba się ciągle uczyć, bo świat się zmienia, tak jak woda w płynącej rzece. Uczyć się trzeba w życiu dorosłym (kształcenie ustawiczne). I nic w tym nowego, bo od tysiącleci uczyliśmy się przez całe życie. Ostatnio uczenie się utożsamialiśmy ze szkołą. A przecież nie da się chodzić do szkoły przez całe życie :). Nawet jak powymyślamy uniwersytety trzeciego wielu czy wieku uniwersalnego, to i tak pozostanie kształcenie ustawiczne… napędzane wewnętrznym silnikiem „dziecięcej” ciekawości świata. I dobrze.

O tym, że świat się zmienia i stare przyzwyczajenia mogą być groźne, świadczą coraz to nowe pasożyty. W młodości przyzwyczaiłem się do jedzenia w lesie jagód i poziomek. To było normalne. Że bakterie? Ależ w lesie w powietrzu jest mniej bakterii niż w szpitalu na oddziale antyseptycznym. To za sprawą fitoncydów, wydzielanych przez wiele gatunków drzew (np. iglastych).

Dawny zwyczaj stał się jednak groźny za sprawą nowego pasożyta – tasiemca wielojamowego o łacińskiej nazwie Echinococcus multilocularis. Jest to obecnie najbardziej groźny dla człowieka tasiemiec. W przyrodzie żywicielem ostatecznym tego tasiemca są lisy, natomiast w środowisku antropogenicznym: psy i koty. Człowiek zaraża się przez połknięcie jaj tasiemca (jaja zwane są onkosferami), poprzyklejanych do leśnych owoców i grzybów. Grzybów leśnych nie jemy surowych, więc rzeczywistym zagrożeniem są jagody i poziomki. Jaja tasiemców dostają się tam wraz z odchodami lisów, a w środowiskach antropogenicznych – psów i kotów.

Piaskownica w mieście może okazać się bardzo niebezpieczna. Wystarczy, że będą tam załatwiały się chore zwierzęta. A w miastach nie przestrzegamy podstawowych zasad higieny. Psie kupki walają się po każdym trawniku i chodniku a właściciele zwierząt pozwalają  załatwiać się im w osiedlowych piaskownicach. Nie wspominając o bezpańskich kotach i psach (czy dzikich zwierzętach pojawiających się w mieście za sprawa synurbizacji). A dzieci jak to dzieci, lepiąc babki z piasku nowe przedmioty wkładają do ust. Bo po prostu wszechstronnie poznają świat.

Do zakażenia przez Echinococcus multilocularis może też dojść poprzez przypadkowe spożycie jaj tasiemców, które znajdować się mogą w wodzie lub glebie zanieczyszczonej odchodami zakażonych zwierząt. Ewentualnie bezpośredni kontakt z lisami i psami, gdyż jaja tasiemca mogą się znajdować na sierści, pysku i języku zakażonych zwierząt oraz na zanieczyszczonych odchodami przedmiotach.

W ostatnich latach w Polsce wykładana była szczepionka przeciw wściekliźnie, adresowana do lisów. Wyeliminowaliśmy jedno zagrożenie – wściekliznę – pojawiło się nowe. W przyrodzie nie ma pustki. Nie można najeść się raz na całe życie. Albo raz posprzątać, żeby zawsze było czysto. Nie da się raz na zawsze wyeliminowac wszytsckich chorób lub zagrożeń.

Populacja lisów regulowana była wścieklizną (dużo ich zdychało przez wściekliznę). Teraz lisy są dużo liczniejsze – jest to nie tylko większa presja drapieżnicza w ekosystemach ale i ułatwione rozprzestrzenianie się wspomnianego tasiemca. Obecnie dla człowieka dużo większym zagrożeniem niż wścieklizna stała się bąblowica (choroba wywoływana przez opisywanego tasiemca). Echinococus multilocularis jest tasiemcem niewielkich rozmiarów (długość ok. 2 mm). Jaja (onkosfery) są niewielkich rozmiarów (średnica 0,04 mm), gołym okiem ich nie zobaczymy. Jaja wydostają się z zarażonych zwierząt wraz z kałem. Do środowiska wydostają się ostatnie człony tasiemca, zawierające od 200 do 600 inwazyjnych jaj. A jak na pasożyta przystało jaja tasiemca są oporne na niesprzyjające warunki środowiskowe – nie szkodzi im temperatura minus 27 stopni Celsjusza. W temperaturze minus 70 stopni Celsjusza inwazyjność tracą dopiero po 96 godzinach. W glebie czy piaskownicy zachowują zdolność do skutecznego zarażenia przez ponad rok.

Żywicielem pośrednim opisywanego tasiemca są małe leśne gryzonie. Zjadając owoce zarażają się tasiemcem. Tam rozwijają się cysty. A gdy lis, pies lub kot zje gryzonia, tasiemiec przedostaje się do jelita i tam kończy cykl życiowy. Do człowieka trafia więc opisywany tasiemiec przypadkowo. Nie będziemy zjedzeni przez lisa, psa czy kota, a w konsekwencji pasożyt zginie (przerwany cykl życiowy). Człowiek jednak choruje na Bąblowicę (echinokokozę), wywołaną przez tego tasiemca. Objawy kliniczne pojawiają się po 5-10 latach, a nawet po 15 latach.

Bąblowicę wywołać może także inny tasiemiec, bliski krewniach naszego głównego bohatera - tasiemiec jednojamowo (Echinococcus granulosus). Głównym objawem jest jednokomorowa torbiel (nawet do 20 cm), zlokalizowana najczęściej w wątrobie, rzadziej w płucach, śledzionie, kościach czy mózgu. Torbiele bąblowca powodują wiele objawów chorobowych a czasem przypominają objawy wywołane guzem nowotworowym.

Echinokokoza wielokomorowa, powodowana przez Echinococcus multilocularis, jest groźniejsza, bowiem w wątrobie nie powstaje torbiel - pasożyt szybko się rozrasta, niszcząc tkanki tego narządu (watroba podziurawiona jest niczym szwajcarski ser). Bąblowiec wędruje z krwią do płuc, oka, a nawet do mózgu. Echinokokoza wielokomorowa w 90 % przypadków kończy się śmiercią człowieka. Opisywana postać bąblowicy objawami przypomina chorobę nowotworową z przerzutami.

Takie mogą być skutki trwania przy dawnych nawykach spontanicznego zjadanie jagód i poziomek w lesie. Dziesiątki lat było to przyjemne i bezpieczne. Obecnie, za sprawą zlikwidowania wścieklizny w populacji lisów i pośrednio związanym z tym rozprzestrzenieniem się tasiemca Echinococcus multilocularis, nawyk ten jest śmiertelnie niebezpieczny.

Echinococcus multilocularis jest wspołczesnie najbardziej patogennym ze wszystkich tasiemców pasożytniczych dla ludzi. W kilku powiatach województwa warmińsko-mazurskiego lisy są szczególnie często nosicielami opisywanego tasiemca - ekstensywność zarażenia osiąga 50–70% osobników w populacji. Nie wystarczy więc stara i sprawdzona wiedza – ciągle uczyć się trzeba czegoś nowego i ciągle badać zdawało by się dobrze poznane środowisko wokół nas.

Świat się nieustannie zmienia, warto więc zachować dziecięcą ciekawość poznawnia świata na całe życie. A uniwersytety powinny ciekawość tę zaspokajać, rozwijając różnorodne formy kształcenia ustawicznego oraz kształcenia nieformalnego. Przykładem  tego ostatniego są Olsztyńskie Dni Nauki czy Noc Biologów.

Pierwszomajowe łażenie po drzewach, i na dodatek z morałem

sczachor

Przyszłości nie da się dobrze przewidzieć, dlatego, że najczęściej przyszłość nie jest przedużeniem teraźniejszości. Trzeba umieć dostrzec to, co dopiero się wykluwa. W Olsztynie dużo wysiłku poświęca się na poszerzanie ulic, kosztem zieleni i chodników. Ponoć ma być więcej samochodów. Badania socjologiczne pokazują jednak, że młodym ludziom bardziej zależy na dostępie do internetu niż posiadaniu samochodu. Na dodatek wolą rower. Nowe pokolenie jest po prostu inne od pokolenia, które snuje plany i czyni inwerstycje.

Wyraźnie uzmysłowił mi to pierszomajowy spacer z rodziną do lasu. Po drodze mnóstwo rodzin na rowerach, z kijami, biegających i aktywnie wypoczywających. "Olsztyn aktywnie" staje się coraz bardziej faktem. Tyle tylko, że chodniki są w fatalnym stanie (większość funduszy i troski idzie w drogowy asfalt). Po co więc tworzyć buspasy na Al. Warszawskiej, które ponoć będą potrzebne za 10 lat, gdy już teraz pogarsza się warunki poruszania pieszym i rowerzystom? A będzie jeszcze gorzej, bo ta rowerowo-piesza tendencja się nasila.

Wspominając Morąg, przypomniało mi się dziecięce łażenie po drzewach. Ale takie drzewa muszą być na podwórku, żeby było gdzie się bawić. W czasie rodzinnego spaceru wokół Jeziora Długiego (piękna ścieżka w budowie, zapowiada się sympatycznie) a dalej Lasem Miejskim, trafiliśmy  na Leśny Park Linowy. Można było cofnąć się pamięcią w wiek dziecięcy i połazić po drzewach... ale zupełnie bezpiecznie i całkiem profesjonalnie. Rodziny   wspinające się razem, troskliwi ojcowie, instruujący swoje latorośle. Aż chciałoby się więcej takich miejsc.

Dobrze, że są takie miejsca. Dobrze, że ocalało sporo zadrzewionych skwerów z zielenią. Ale takie linowe atrakcje tylko od swięta są dostępne (bo potrzebna specjalna wyprawa na drugi koniec miasta). Warto przypomnieć sobie o zabiedbanych podwórkach i bezpiecznych miejscach do zabawy naszych dzieci. Podczas takich prostych zabaw ludzie starzy i młodzi uczą się... i nie trzeba potem najróżniejszych terapii. Inwestycja w ogródki jordanowskie to poźniejsza oszczędność na wydatkach medycznych i łatwiejsza nauka. Proste chodzenie po krawężniku czy gra w klasy to nauka koordynacji i wielu innych funkcji, o których specjaliści mogą długo opowiadać.

Zieleń w przestrzeni publicznej i place zabaw to nie jest skansen czy zbytkowe fanaberie, to mądra i profesjonalna inwestycja. I warto o tym nieustannie przypominać. Aby plany odpowiadały potrzebom przyszłości a nie nieaktualnej przeszłości w starych głowach.

Dzik kontra miasto Olsztyn (albo odwrotnie)

sczachor

Media rządzą się swoimi prawami, mają swój styl komunikacji. W wersji elektronicznej artykułu o dzikach i "wojnie" wypowiedzianej dzikom przez naukowców jest dużo skrótów myślowych i uproszczeń. Ale już w wersji papierowej dzisiejszej Gazety Olsztyńskiej jest już obszerniejszy tekst i więcej konkretów (mniej szokuje). Ale i tam jest to tylko ogólne, medialne muśnięcie problemu. Ten sam temat w wersji internetowej i papierowej nawet w gazecie codziennej inaczej jest opracowany. Kto chce jednak pełnej wiedzy, a nie tylko krótkotrwałej medialnej ekscytacji, musi sięgnąć do źródeł bardziej obszernych. To normalne. Nie szukamy przecież butów na zimę w piekarni czy masarni.

Kiedy kilka lat temu dziki zaczęły pojawiać się na skraju Olsztyna, stanowiły medialną sensację i atrakcję publiczną. Kiedy zaczęły bywać na osiedlach częściej i głębiej zapuszczać się "w miasto", pojawiły się niepokoje. Bo w gruncie rzeczy to dzikie i duże zwierzęta. W niektórych przypadkach mogą być groźne dla człowieka. Ale ważniejsze, że my sami się boimy. Strach przed wyjściem z bloku z obawy przed dzikami? Atrakcja atrakcją, ale żeby w ten sposób dziki "terroryzowały" strachem mieszkańców? Coś z tym koniecznie trzeba zrobić. I żeby to było mądre rozwiązanie, wynikające z głębokiej wiedzy a nie doraźnej paniki.

Początkowo zaczęto dziki odławiać w pułapki i wywozić daleko w las. Takie swoiste "internowanie". Ale dzikom dobrze w mieście, więc wracają. A wraz z nim problem. Że nie mamy do tej pory gotowych rozwiązań? Nie dziwota, bo i problem jest zupełnie nowy. Nie ma na czym się wzorować. W sukurs mogą przyjść naukowcy, a Olsztyn przecież jest miastem akademickim. O innowacje nie trudno, wystarczy tylko dobra współpraca.

Problem jest złożony i nowy. Wynika z globalnych procesów, w tym z synurbizacji czyli przystosowywania się roślin i zwierząt do życia w miastach. Ani Olsztyn ani dzik nie jest tu wyjątkiem. Biolodzy i ekolodzy nawet w Olsztynie (UWM) to zjawisko od lat kilku intensywnie badają. Nie wystarczy jednak sama wiedza przyrodnicza. W mieście ważny jest człowiek i jego potrzeby. Wkraczamy więc w ekorozwój i zarządzanie nie tylko zasobami przyrody ale i zarządzanie miastem.

Miasto to nie tylko ulice, przejścia dla pieszych i światła na skrzyżowaniach. Miasto to również ekosystem i ludzie wraz ze swoimi potrzebami (bo przecież miasto jest dla ludzi a nie ludzie dla miasta).

13 stycznia 2012 r. Wydział Biologii zaprasza na otwarte wykłady i pokazy, ilustrujące wiele dziedzin biologii, od biologii molekularnej i DNA aż po ekosystemy i zarządzanie zasobami przyrody. Jeden dzień uniwewrsytetu otwartego, dla szkół, rodzin, przedsiębiorców i samorządowców (szukających wsparcia innowacyjnego dla swoich przedsięwzięć). Znajdzie się i miejsce na wykłady o dzikich zwierzętach i roślinach w mieście, przyczynach, skutkach i sposobach radzenia sobie z problemami, wynikającymi z "inwazji" obcych. Co najmniej jeden wykład poświęconby będzie problemowi dzików w Olsztynie, wraz z propozycjami zaradzenie kłopotom przy równoczesnym uwzględnieniu potrzeb mieszkańców, nie tylko bezpieczeństwa ale i kontaktu z żywą i dziką przyrodą. Przewidziana będzie otwarta dyskusja (dabata) temu problemowi poświęcona.

Szczegółowy program wykładów i pokazów pojawi się niebawem. Nowe problemy warto rozwiązywać wspólnie z naukowcami. Od tego nauka jest. A sam uniwersytet nie jest zamknięty dla nie-studentów. W wieku XXI nawet w Olsztynie uczelnie wyższe stają się coraz bardziej otwarte i open source.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci