Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : gatunek-inwazyjny

Nie dotykaj mnie! Czyli nad Łyną jak w Himalajach

sczachor

Faktem jest, że w Olsztynie rzeka Łyna przedziera się przez morenę, miejscami brzegi rzeki są jak w górach, w kształcie litery V. Ale skąd porównanie do Himalajów? A to za sprawą inwazyjnego uciekiniera z ogródków – niecierpka himalajskiego (Impatiens glaudulifera), zwanego także niecierpkiem gruczołowatym oraz niecierpkiem Roylego. Spotkałem ostatnio na spacerze, nad Łyną. Kusi by zjeść. Ale o tym za chwilę.

Pierwotnie występował w Azji Środkowej, w rejonie Himalajów, w zachodnich Indiach oraz Pakistanie. To duża, dorastająca do dwóch i pół metr wysokości, ładnie kwitnąca roślina. Spodobała się, więc zaczęto ją uprawiać jako roślinę ozdobną w ogródkach. W takim celu zawleczono ją do Ameryki Północnej, Europy i Nowej Zelandii, gdzie stała się gatunkiem inwazyjnym. W Europie po raz pierwszy niecierpek himalajski odnotowany został w 1839, w Polsce w 1890 roku. Pierwszą naturalną populację zaobserwowano w naszym kraju w 1960 roku. Teraz występuje w wielu miejscach. Sam widywałem na Morzem Bałtyckim, na Żuławach, a teraz na Łyną na Warmii.

Występuje głównie w miejscach wilgotnych i rozprzestrzenia się wzdłuż rzek (nie licząc ogródków). Pojawia się na nieużytkach w miejscach wilgotnych, cienistych ale także w naturalnych zbiorowiskach okrajkowych na glebach żyznych w prześwietlonych buczynach, grądach i lasach łęgowych.

A czym tu się martwić, skoro kwiaty duże, z dużą ilością nektaru? Od przybytku głowa nie boli. Otóż są obawy czy jako gatunek inwazyjny nie będzie wypierał naszych, rodzimych. A wtedy zysk byłby związany ze stratą w skali lokalnej jak i globalnej (nie będzie u nas i nie będzie na Ziemi bo wyginie w miejscu naturalnym).

Mamy w lasach naszego rodzimego niecierpka pospolitego (Impatiens noli-tangere). Ta niedotykalska w nazwie roślina ma ciekawe owoce, które przy dotknięciu „strzelają” (gwałtownie się otwierają) i wyrzucają owoce daleko (autochoria). Jakby roślina nie cierpiał, aby ktoś ją dotykał. "Nie dotykaj mnie"… ma w nazwie. Kwitnie na żółto, występuje w obszarze euroazjatycko-zachodnioamerykańskim, w klimacie suboceanicznym. Rośnie w siedliskach wilgotnych, cienistych, w lasach nizinnych oraz górskich. Pierwotnie występowała głównie w lasach jesionowych, olchowych i wiązowych. Ale teraz obecna jest także w borach świerkowych i niektórych zbiorowiskach wtórnych. Nic trwałego na tym świecie.

O niecierpku pospolitym wiemy dużo. To znaczy długo był obecny obok kultur europejskich, stąd lepiej do poznaliśmy w przeszłości. Dlatego w lecznictwie ludowym wykorzystuje się odwar z niecierpka jako środek moczopędnych i przeczyszczający, do przemywania ran (uważano, że wtedy nie powstają blizny), a zawarte substancje o gorzkim smaku powodują wymioty i zawroty głowy. Ziele niecierpka pospolitego używano do farbowania wełny na żółto.

Ale teraz mamy jeszcze dwa niecierpki, obecne w naszej florze. Wspomniany niecierpek himalajski i podobny do pospolitego niecierpek drobnokwiatowy (Impatioens parviflora). Oba mają chyba podobne właściwości (bo i zawierają podobne substancje). Na pełne kulturowe rozpoznanie i wykorzystanie trzeba czasu. Czasu współistnienia.

Niecierpek himalajski w naszym kraju uznany został za gatunek inwazyjny, groźny dla rodzimej przyrody. Mało kto pewnie wie, że jego wprowadzanie do środowiska jest zabronione przez Ustawę o ochronie przyrody. Od 2012 roku także jego import, posiadanie, prowadzenie hodowli, rozmnażanie i sprzedaż wymagają specjalnego pozwolenia Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska. A więc nie przelewki, tym bardziej, że łamanie tego zakazu traktowane jest jako wykroczenie i grozi karą aresztu lub grzywny pieniężnej.

Ale jeść można. Bo to może będzie jakiś sposób na intruza – po prostu go zjeść. O kulinariach za chwilę. Że problem jest poważny, niech zilustruje to projekt badawczy, realizowany w latach 2014- 2016 w woj. podlaskim, pt. „Niecierpek gruczołowaty - inwazyjny gatunek obcego pochodzenia - inwentaryzacja, rozprzestrzenianie się, metody zwalczania”, na który przeznaczono ponad 800 tys. zł.

Niecierpek himalajski, tak jak nasz rodzimy niecierpek pospolity ma ciekawy mechanizm rozsiewania się. Nazywa się to autochoria –dojrzałe owoce w postaci podłużnych torebek pękają przy dotknięciu lub potrąceniu, wyrzucając nasiona nawet na odległość 7 m. Wyższy to dalej wystrzeliwuje swoje nasiona. A jest ich dużo – jedna roślina produkuje ich do 4 tys., i zachowują długo zdolność kiełkowania. Cechy typowego gatunku inwazyjnego.

W czym problem z tymi gatunkami inwazyjnymi? Przecież od zawsze wszystkie gatunki rozprzestrzeniały się po Ziemi. Gdyby nie dyspersja, żaden by nie przetrwał. A po ustąpieniu lądolodu w całości nasza fauna i flora jest „obca”, bo powróciła z refugiów. Lub przybyła w postaci naturalnej dyspersji. Jak odróżnić procesy naturalne od tych generowanych przez człowieka? Czy wszystko, co związane z wpływem człowieka to złe? Na pewno nie. Ale trzeba mieć to pod jako-taką kontrolą. Ocenia się, że oddziaływanie inwazyjnych gatunków obcych jest obecnie jednym z największych – obok utraty siedlisk – zagrożeń dla różnorodności biologicznej na całym świecie (wypieranie gatunków rodzimych oraz przeobrażanie siedlisk a więc utrata bioróżnorodności sumaryczne w skali globalnej).

Botanicy wśród roślin obcego pochodzenia, zawleczonych za sprawą człowieka, wyróżniają archeofity (zawleczone do roku 1500 – taka umowna granica) oraz kenofity zawleczone po 1500 roku. Wiele archeofitów próbujemy przywrócić środowisku. A to dowód, że nie wszystko co obce i za sprawą człowiek to jest złe.

W każdym razie na niecierpka himalajskiego patrzymy krzywym okiem. A skoro wroga i intruza trudno się pozbyć, to może go po prostu zjeść? Okazuje się, że można. Ważne, żeby rośliny nie były spożywane na surowo, gdyż mają właściwości przeczyszczające i moczopędne. Kwiaty mają słodki smak i w małej ilości można ich używać do jadalnej dekoracji potraw. Liście i miękkie wierzchołki pędów można gotować jak inne warzywa… ale jak piszą w książkach za bardzo smaczne nie są. Z kolei nasiona mają przyjemny, orzechowy aromat. Można je zjadać nawet na surowo. Pojawiają się od września. Można z nich nawet tłoczyć jadalny olej.

Czyli jak będziesz czytelniku na spacerze i zobaczysz okazałego niecierpka himalajskiego, to przysłuż się lokalnej bioróżnorodności i zjedz trochę nasion, kwiatów czy ziela. To będzie kulinarny wymiar patriotyzmu. A przez liczne próby i twórczą inwencję może wymyślimy coś wartościowego do podniebienia… lub domowej medycyny. Dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe (w tym kulinarne) to coś, co ciągle jest tworzone.

Tajemniczy, nagi pogromca karmy dla kotów z Parku Centralnego. Czy da się go zjeść?

sczachor

Ośliniony przybysz, grasujący w Parku Centralnym w Olsztynie. W sam raz na wakacyjny sezon ogórkowy. Pierwszy raz widziałem bohatera niniejszego wpisu w  rzeczonym parku w 2011 roku, w czasie wycieczki. W tym roku widzę go masowo na drodze do pracy w okolicy dawnego jeziora Płuciduga Mała. Liczniejszy jest od innych ślimaków, i od ślimaka gajowego i od winniczka.

Kim jest – nie wiadomo. Można tylko się domyślać. Na pewno to ślinik. Taki ślimak. Nagi bo bez muszli. Czyli wszystko co trzeba dla ekshibicjonisty w miejskim parku. I jak napisała czytelniczka na moim blogu, w komentarzach „Może komuś takie ślimaki potrzebne? Mam ich od groma i nie wiem co z nimi zrobić ...obgryzają kwiatki, jedzą karmę dla kotów.” Ktoś inny szybko dopisał „Podobno skupują je laboratoria bo wydzielina używana jest do kremów, wyczytałam, że płacą za 1 kg 2 zł 50 gr”. Czyli można się pozbyć i jeszcze zarobić.

Pomarańczowe ślimaki sieją spustoszenie w ogródkach i panikę wśród działkowców, zjadają zwłaszcza kiełkujące rośliny. Wyjadają nawet z miski karmę dla kotów. W tym roku pojawiły się i na moim osiedlu. Wyglądają na ślinika luzytańskiego ale może to być także ślinik wielki. Oba gatunki są do siebie bardzo podobne a pewnie odróżnić je można tylko po cechach anatomicznych.

Podobno śluz ślimaków wykorzystuje się do różnych kosmetycznych preparatów. W tym roku, ze względu na ochronę przetrzebionej populacji ślimaka winniczka, w naszym regionie zakazany jest (na rok) zbiór tegoż gatunku. Może więc przemysłowe zainteresowanie znajdzie ślinik? I da podwaliny dla lokalnej biogospodarki? Już nie jako karma ale bioprodukt. A może nawet ktoś wpadnie na lokalne SPA z pilingiem i maseczką śluzową?

Zacznijmy od gatunku inwazyjnego, ślinika luzytańskiego (Arion lusitanicus lub Arion vulgaris – nawet biolodzy-taksonomowie nie są jednego zdania co to tego ślimaka). Należy do rodziny ślinikowatych (Arionidae). To ślimak lądowym, bezmuszlowy (nagi) należący do ślimaków płucodysznych. Należy do tzw. kompleksu ARVC (od pierwszych liter nazw gatunkowych tych ślimaków), obejmującego trudne w identyfikacji, podobne do siebie morfologicznie gatunki: Arion rufus (ślinik wielki, o nim nieco dalej będzie) A. ater, A. vulgaris i A. lusitanicus. Trudno będzie więc jednoznacznie ustalić co za gatunek czynni nam szkody.

Jak znalazłem w opisie gatunku na Wikipedii, A. lusitanicus jest endemitem Półwyspu Iberyjskiego, a gatunkiem inwazyjnym w Europie jest pochodzący z zachodniej Francji A. vulgaris. Takie stanowisko nie jest wśród malakologów (biologów, zajmujących się mięczakami) powszechne. Wszystko przez to, że duża jest zmienność genetyczna tego gatunku (gatunków). Spory więc trwają o to jak potraktować tę zmienność i jak ewentualnie wydzielić granice między taksonami. Taki trochę scholastyczny spór ile diabłów zmieści się na łebku od szpilki. Paradygmat genetyczny mocno nami zawładnął, a tymczasem ślimaki zjadają rośliny w ogródku. Duża zmienność genetyczna typowa jest dla gatunków inwazyjnych, jak i ich zdolność do hybrydyzacji międzygatunkowej. Zostawmy jednak te dywagacje biologom (naukowcom).

Dorosły ślinik luzytański mierzy od 7 do 15 cm długości, ubarwiony jest w kolorze pastelowo pomarańczowym z lekko szarawo ubarwioną głową i czułkami. Jest wszystkożerny (taki to nadaje się na męża bo nie wybrzydza przy obiedzie). Zjada głównie rośliny ale skorzysta także z drobnej padliny czy martwej materii organicznej. Cechą sprzyjającą inwazyjności jest także jego hermafrodyczności (obupłciowość). Możnaby powiedzieć – nawiązując do popkultury – że jest bardzo gender. Jeden osobnik może złożyć w ciągu roku do 450 jaj. Dojrzałość płciową osiąga po roku a jaja składane są jesienią. Jak podaje literatura, większość osobników ginie zaraz po złożeniu jaj. Mała to dla nas pociecha, bo potomstwo jest liczne.

Ślimaki rozpoczynają kopulację po osiągnięciu dojrzałości płciowej (czyli w wieku 5-8 miesięcy), tj. w trzeciej dekadzie lipca. Temperatura poniżej 10°C ogranicza kopulację, a obniżenie do 5°C całkowicie ją uniemożliwia. Ocieplenie klimatu sprzyja rozprzestrzenianiu się tego gatunku. Po złożeniu jaj większość osobników ginie, reszta zimuje i ginie dopiero wiosną następnego roku.

Po miesiącu od złożenia jaj wylegają się młode – gdzieś w okresie września. Z jaj złożonych później młode osobniki wylęgają się dopiero wiosną następnego roku. Największe zagęszczenie dorosłych osobników przypada na pierwszą połowę sierpnia i utrzymuje się do końca września i połowy października.

Dlaczego ptaki ich nie jedzą? Albo ropuchy? Jaskrawy kolor wskazuje, że chyba ślinik jest niesmaczny. Trochę czasu minie, zanim pojawi się wyspecjalizowany drapieżnik, ograniczający liczebność śliników.

Najprawdopodobniej ślinik luzytański został rozwleczony z materiałem roślinnym lub różnymi odpadkami. W Europie jest gatunkiem inwazyjnym. Dotarł do Islandii i Skandynawii. Sam się na pewno tam nie przedostał, raczej jako pasażer na gapę. Przewozimy w czasie podróży dużo gatunków, część z nich potrafi się zaaklimatyzować i potem sprawiać duży kłopot. Na przykład cuchnący grzyb – okratek australijski – dostał się do Europy w czasie pierwszej wojny światowej na bucie jednego z żołnierzy z Australii.

Wróćmy do ślinika luzytańskiego. W Polsce po raz pierwszy odnotowany został w 1993 roku. Może był i wcześniej, tylko świat naukowy o tym jeszcze nie wiedział. Jest zaliczany do 100 najbardziej inwazyjnych gatunków w Europie. Dotarł także do USA. Biolodzy (taksonomowie) spierać się będą o jego pozycję taksonomiczna a on w tym czasie podbija świat, jako szkodnik ogrodów i pól uprawnych oraz roznosiciel patogenów roślin.

Ale w Polsce występuje także ślinik wielki (Arion rufus), bezmuszlowy (nagi) ślimak lądowy, gatunek synantropijny na Warmii i Mazurach. Zmienny w ubarwieniu, od czarnego do rudego. Dawniej formy barwne uważane były za osobne gatunki. Ślinik wielki, jak sama nazwa wskazuje, to największy krajowy ślinik, długość 10-15 cm, szerokości do 2 cm, zmienny w ubarwieniu, od czarnego do rudego. Kolor związany jest z obecnością w skórze ślimaka dwóch pigmentów: melaniny (czarny kolor) i rufiny (czerwono-rudy). Zawartość tych barwnik uwarunkowana jest genetycznie oraz ekologicznie. Można spotkać osobniki czarne, czerwone, pomarańczowe, rude a czasami nawet żółte. Osobniki młode są jaśniej ubarwione. Dawniej opisywany jako dwa równe gatunki, różniące się ubarwieniem (Arion rufus i Arion ater). W Polsce spotyka się obie formy ubarwienia.

Jest to ślimak wszystkożerny, zjada rośliny, padlinę drobnych bezkręgowców, kał kręgowców. Spotkać go można latem i wczesną jesienią (osobniki dorosłe). W Polsce do niedawna występował jedynie na zachodzie kraju. Ale w ostatnich latach zaczął się pojawiać – jako gatunek synantropijny – także i w innych regionach. Podobnie jak niezwykle do niego podobny ślinik luzytański może opanowywać tereny poddane antropopresji. Żyje na mokrych łąkach przy zbiornikach wodnych. Spotkać go można w lasach różnych typów, w zaroślach, mad zbiornikami wodnymi, na torfowiskach. W ostatnich latach stał się gatunkiem synantropijnym, spotykanym na cmentarzach, ogrodach, parkach. Zazwyczaj występuje masowo i może wyrządzać szkody.

Zewnętrznie nie jest do odróżnienia od ślinika luzytańskiego (Arion lusitanicus) – rozróżnić można tylko po narządach wewnętrznych. Ślinik luzytańki jest gatunkiem w Polsce synantropijnym i obcym (inwazyjnym). Pojawia się w uprawach polnych i ogrodowych, gdzie może być uciążliwym szkodnikiem. Tak czy siak pomarańczowy ślimak u nas jest gatunkiem inwazyjnym, czy to ślinik wielki czy ślinik luzytański.

A jak zwalczać? Ślimaki lubią wilgoć i deszczową pogodę. Ograniczać liczebność populacji śliników mogą pasożytnicze nicienie (wchodzą w skład biologicznych preparatów antyślinikowych, zawierają nicienie z gatunku Phasomorhabditis hermaphrodita, są niezwykle skuteczne i działają selektywnie, są całkowicie niegroźne dla człowieka), pasożytnicze i drapieżne owady (niektóre chrząszcze i muchówki), duże drapieżniki takie jak żaby i ropuchy, jaszczurki, niektóre ptaki, ssaki (jeże, krety). Warto zatem zadbać o „naturalnych wrogów”. Być może dlatego łatwiej rozprzestrzeniają się te ślimaki w środowiskach ruderalnych, gdzie dziko żyjących amatorów ślimaków jest mniej.

Z braku drapieżników trzeba samemu zbierać śliniki, najlepiej rano lub wieczorem, a w czasie wilgotnej pogody także w ciągu dnia (tylko co z nimi potem zrobić? Zjeść czy sprzedać?). Tak jak kiedyś zbieraliśmy stonkę do butelek. Profilaktyka jest najlepsza – kontrolować zanim pojawią się w dużej liczbie. Można posiłkować się różnego typu pułapkami (deski, kuwety, kawałki folii pod którymi kładziemy resztki roślinne a nawet wylewamy ... piwo). Pod takich schronieniami, dogodnymi dla śliników, łatwiej jest je znaleźć i wyzbierać.

Wśród ogrodników poleca się osuszanie terenów wokół upraw, wykaszanie rowów i usuwanie naturalnych kryjówek. Warto także sprawdzać rośliny, które się kupuje i przynosi do ogródka, by nie zawlec pasażerów na gapę. Są także środki chemiczne (moluskocydy). Ale nie polecam.

Ślimaki szybko nie biegają, można je wyłapać. Albo zaakceptować i czekać na ekosystemowe procesy regulacyjne. Przecież komuś muszą w końcu posmakować.

Hmmm, a może da się z nich zrobić jakieś wakacyjne danie? Czy ktoś już próbował gastronomicznie wykorzystać ślinika wielkiego lub luzytańskiego?

O gruźlicy, malarii i inwazji krwiożerczych ninja na moim balkonie

sczachor

Tytuł chyba dobry, bo jest sensacyjnie i ocieka krwią. Dotyczy jednak biedronek. Sensacyjność związana jest z ekologią i miastami. Opowieść jednak warta jest uwagi, bo w tle pojawi się potencjalne lekarstwo ma groźne, ludzkie choroby. Nie jest przypadkiem, że jesienią masowo pojawiają się w naszych domach – niczym najazd azjatyckich koczowników (Hunów czy Mongołów). W sterylnych warunkach miejskich większa liczba biedronek na ścianie i na oknie wzbudza panikę. A same biedronki mogą dać nam lekarstwo na malarię i gruźlicę.

W piątek, w słoneczny jesienny dzień syn zawołał, „atakują nas biedronki azjatyckie, pełno ich na oknie”. Syn mnie wołał, bo wiedział, że chcę zrobić im zdjęcie, a słowo „atakują” było użyte w dużej przenośni. Entomologiczny gość był raczej niecodzienny. Kilka szwendało się po oknie, ale po wyjściu na balkon zauważyłem ich kilkadziesiąt na ścianie bloku. W różnych formach barwnych. Z zadowoleniem pstrykałem.

Ale już następnego ranka zadzwonił pan z Radia Olsztyn z pytaniem czy nie znajdę kilku chwil, bo jest „epidemia biedronek w Olsztynie” (zobacz efekt). Znaczy jest temat medialny. W ostatnich latach sporo było można usłyszeć o biedronce azjatyckiej. Skalę zainteresowania wskazywały pytania dziennikarza: czy są krwiożerczymi czy napadają ludzi, skąd się wzięły itd. Strach ma wielkie oczy. W każdym razie masowe pojawy biedronki azjatyckiej są dla nas nietypowe i są zjawiskiem nowym. Ekolodzy podsycają emocje pisząc o gatunku obcym i zagrażającym naszej bioróżnorodności. Czy jest jakieś zagrożenie? Same biedronki, jako drapieżniki, są w jakimś sensie krwiożercze, ale na ludzi nie napadają i nie atakują. Może tylko ewentualnie mogą u niektórych osób wywoływać alergie – ale co teraz nie jest alergenem?

Niniejsza opowieść jest o biedronce Harmonia axyridis, zwanej biedronką azjatycką, arlekinem czy ninja. Pochodzi ona z rejonu wschodniej i środkowej Azji, ale do Polski dotarła nie ze wschodu, ale przez Europę Zachodnią. Takie to są kręte drogi inwazji gatunków obcych. W zasadzie bardzo podobna jest do biedronki siedmiokropki, naszej rodzimej, więc w panice przed biedronkami wschodnimi możemy wyrządzić krzywdę naszej tutejszej bożej krówce (zobacz też czy biedronka ma biodro).

Wszystko zaczęło się wiele lat temu, gdy poszukiwaliśmy biologicznych metod zwalczania szkodników. Dość szybko ludzie odkryli, że biedronki jako drapieżniki, odżywiające się małymi mszycami, mogą pomagać w zwalczaniu szkodników roślin. Nie środki chemiczne ale właśnie naturalni sprzymierzeńcy w walce ze szkodnikami upraw. Naszą rodzimą biedronkę siedmiokropkę zawieziono w inne miejsca, także do Ameryki czy na Nową Zelandię (tam jest gatunkiem obcym). Ale biedronek łatwych w hodowli i wygodnych do stosowania w ochronie roślin jest więcej. Pośród wielu innych eksperymentowano także z biedronką azjatycką.

Już w 1916 roku biedronkę azjatycka przewieziono do USA i tam wykorzystywano do walki z mszycami. Trzeba było wielu lat, aby „uciekła” z hodowli i upraw do środowiska naturalnego. Po kilku dziesięcioleciach biedronka azjatycka okazała się gatunkiem inwazyjnym, szybko rozprzestrzeniającym się po świecie – pojawiła się w Ameryce Południowej. W Europie Zachodniej pojawiła się około 1982, sprzedawana komercyjnie jako biologiczny środek ochrony roślin przed mszycami. Ale do Europy została sprowadzona dużo wcześniej, bo w 1964 r. na Ukrainę oraz w 1968 r. na Białoruś. Ekspansja w Polsce zaczęła się jednak od zachodu.

W 1982 introdukowano ją we Francji, a w warunkach naturalnych zaobserwowano ją dopiero w 1991 roku we Francji. Potem w kolejnych latach pojawiała się w Kolejnych krajach: Belgii, Niemczech, Grecji, ostatnio pojawiła się w Afryce. W zachodniej Europie biedronki ninja zostały zauważone w 1999 r. W Polsce po raz pierwszy zaobserwowano w warunkach naturalnych w 2006 w Poznaniu. W Olsztynie po raz pierwszy informacje o obecności tego gatunku pojawiły się w 2010 roku. Teraz i u nas występuje masowo. Sam ją mogłem na balkonie w dużej licznie oglądać.

Są płodne a więc spełniają cechy gatunku, który może łatwo stać się inwazyjnym. Samica w ciągu jednego dnia składa około 25 jaj. Niby niewiele, ale w ciągu swojego życia składa już od 1,5 tys. do 4 tys. jaj. Biedronki azjatyckie żyją przeciętnie od 5 tygodni do trzech miesięcy, ale mogą dożyć nawet 3 lat (w sprzyjających warunkach). W sprzyjających warunkach może być do 5 pokoleń w ciągu roku. Szybko więc mogą zwiększyć swoją liczebność. Larwa rozwija się ponad 10 dni, w tym czasie zjada od 90 do 370 mszyc. Dorosłe owady są równie mszycożerne – zjadają od 15 do 65 mszyc dziennie. A jeśli mszyc zabraknie odżywiają się innym, małymi bezkręgowcami, w tym jajami i larwami innych biedronek. Stąd obawa o nasze rodzime gatunki. Ale takie troficzne relacje zachodzą i w drugą stronę. Poza bezkręgowcami biedronki azjatyckie mogą odżywiać się także pyłkiem kwiatowy i nektar, oraz mogą nadgryzać dojrzałe owoce, np. winogrona. Żerują na owocach uszkodzonych przez ptaki i inne owady, trudno więc uznać ją za szkodnika sadów. Bo i inne gatunki biedronek, nasze rodzime, podobnie się zachowują. Być może panikę przed ninja w dużym stopniu wywołały media, szukające sensacji.

Biedronki ninja (nawiązanie do Azji i cichych zabójców) mają ponad 5 mm długości (są różnej wielkości 5-8 mm, zazwyczaj ciut większe od naszej siedmiokropki, ale mniejsze od oczatki), rude głaszczki oraz charakterystyczną plamkę w kształcie litery "M" na przedpleczu. Ta m-kształtna plamka nie zawsze jest widoczna u wszystkich odmian barwnych. Koloru głaszczek raczej nie dostrzeżemy – wymaga to powiększenia. Pozostaje przypatrzeć się ubarwieniu (od żółtego i pomarańczowego, przez czerwone aż do czarnego) i kropkom - tych jest od zera do 23, w zależności od odmiany barwnej (duża zmienność jest cecha typowa dla gatunków inwazyjnych). Larwy mają charakterystyczne pomarańczowe pasy na bokach odwłoka i 4 brodawki grzbietowe larwy czwartego stadium.

Jesienna inwazja biedronek nie jest przypadkiem. W październiku migrują do miejsc zimowania. Sygnałem do podjęcia wędrówek jest skracający się dzień. W swojej dawnej ojczyźnie migrowały w góry, by przezimować w szczelinach skalnych lub pod kamieniami. Miasto, z betonowymi „skałami” bardzo przypomina takie siedlisko, a szczeliny w oknach – szczeliny skalne. Lecą do mieszkań, gdy jest słonecznie i ciepło – bo to najlepszy czas na migrację dla owadów (są zmiennocieplne). Nie jest przepadkiem, że pojawiły się na moim bloku w piątek po południu, w piękną słoneczną, złotojesienną pogodę. Na dodatek jasne elewacje wabią te biedronki. Lubią zimować w naszym pobliżu, przy domach – bo tu jest ciepło. Wybierają szczeliny pod parapetami, szczeliny między oknami, zakamarki pod sufitem czy za meblami. Inne biedronki szukają podobnego schronienia, ale jest ich znacznie mniej i dlatego może nie zwracamy na nie uwagi.

Ekolodzy i entomolodzy podkreślają, że biedronki azjatyckie są zagrożeniem dla naszych rodzimych gatunków - mogą przyczynić się do zmniejszenia lokalnej bioróżnorodności. Może jednak bardziej biedronka azjatycka wchodzi w pustkę ekologiczną i bardziej widoczna jest na terenach przekształconych, antropogenicznych, zurbanizowanych. Byłaby więc raczej skutkiem spadku różnorodności gatunkowej i swoistego „osłabienia” ekosystemów niż przyczyną tych zjawisk. Objawem choroby a nie jej przyczyną.

Dlaczego ninja tak dobrze sobie radzi i jest ekspansywna? Być może dzięki swojej hemolimfie (zawarty jest w niej związek harmonina) o silnych właściwościach antybakteryjnych. Być może dlatego znacznie sobie lepiej radzi od innych biedronek w środowisku zmienionym przez człowieka. Bardziej więc wchodzi w pustkę ekologiczna niż agresywnie wypiera inne gatunki. Tak więc masowe pojawy traktujmy jako objaw osłabienia ekosystemów. Warto się nad tym zadumać. Czyli jest zagrożenie, ale nie takie o jakim myślimy. Harmonina jest silnym antybiotykiem i jest w stanie zablokować rozwój nawet ludzkich patogenów, np. zarodźca malarii czy prątka gruźlicy. Zatem może warto po pierwsze przyjąć pod swój dach na zimę arlekiny i zainteresować się nimi naukowo i medycznie pod kątem produkcji lekarstw przeciw malarii i gruźlicy. Biedronka azjatycka więc nie tyle może przysporzyć nam kłopotów co wspomóc medycynę. Nie ma tego złego, co na dobre nie można byłoby obrócić – ale do tego trzeba po prostu wiedzy.

Naukowcy z Niemiec odkryli, że hemolimfa biedronki azjatyckiej jest toksyczna dla innych biedronek. A sprawcą jest swoista broń biologiczna, bowiem w hemolimfie stwierdzono pasożytnicze mikrosporydia (występują w jajach i larwach biedronek azjatyckich, ale dla swoich gospodarzy są niegroźne). Inne biedronki nie są jednak na te mikrosporidia uodpornione i zjadając jaja biedronek ninja po prostu giną. Tak oto sami korzystaliśmy z biedronek jako broni biologicznej przeciwko mszycom a okazuje się, że i biedronki stosują swoją broń biologiczną. Ciekawe jest tylko czy biedronki azjatyckie swoją broń biologiczna przywiozły ze swojej azjatyckiej ojczyzny czy też zdobyły gdzież w trakcie przemieszczeń po całym świecie. To drugie tłumaczyłoby fakt przybycia ninja z zachodu a nie z Ukrainy czy Białorusi, gdzie miałyby krótsza drogę (ale może były bez broni biologicznej). To co nowe wzbudza w nas emocje i zainteresowanie.

Czy biedronki azjatyckie stwarzają problemy dla człowieka? Pojawiają się informacje, że czynią szkody w sadach. Być może, ze przy dużej liczebności, gdy już zjedzą mszyce, wtedy odżywiają się dojrzałymi owocami. Ale ile może zjeść taka mała biedronka, nawet jeśli jest w większej liczbie? Może to tylko na siłę szukane „haków” na gatunek obcy nazywany inwazyjnym. Tak jak panikujemy z nawłocią kanadyjską (roślina uznana za gatunek obcy i inwazyjny), a wydaje mi się, że jej ekspansja bardziej wiąże się z brakiem wypasu i wykaszania a nie przez wypieranie rodzimych gatunków.

Ale wróćmy do naszej ninja, uciążliwość wynika z faktu pojawiania się w naszych mieszkaniach w okresie jesiennym i przebywania w okresie zimy. Ugryźć raczej nie ugryzie, chyba, że w obronie własnej. Ale tak mały owad raczej nie przegryzie skóry dorosłego człowieka. Bardziej realne są alergie, które stwierdzono u dzieci jak i dorosłych. Ale co teraz nie jest alergenem? Biedronki w obronie własnej wydzielają żółtawą ciecz – jest to hemolimfa. To ona może wywoływać alergie. Może też zostawiać plamy na ubraniach czy ścianach. Czy dla kilku plam na ścianie mamy się pozbywać sympatycznego owada oraz potencjalnego leku na gruźlicę?

Przekopnica a sprawa raka nieboraka

sczachor

Rymowankę o raku-nieboraku pamiętam z dzieciństwa. Przypomniała mi się w tym przedświątecznym nastroju. Jest wspomnieniem szczęśliwego, beztroskiego dziecińtwa, z zimami pełnymi śniegu. I zabawy z babcią "idzie rak nieborak, jak uszczypnie będzie znak". Wtedy rak nieborak kojarzył mi się ze zwykłym rakiem szlachetnym (Astacus astacus). Bo występowały w pobliskiej rzece Liwnie i Zolce. Widywałem je po ugotowaniu - były czerwone (jak na inne powiedzenie z rakiem przystało). I w rzece, gdy pełzały po dnie rzeki z przezroczysta wodą (ale wtedy nie były czerwone i to było moje pierwsze zdziwienie). I to, że szczypały, jak się je nieumiejętnie chwyciło. Dziecięca skóra wrażliwa, nie to co dorosłego. Straszyliśmy się rakami... A raczej dorośli nas.

Teraz w naszych wodach prawie już nie ma raka szlachetnego, ani drugiego rodzimego raka błotnego. Wszędzie rozpanoszył się rak amerykański (Orconectes limosus), zwany także pręgowanym. Ten gatunek obcy i inwazyjny przyniósł ze sobą dżumę raczą, od której wyginęły nasze raki. Teraz naukowcy szukają ratunku i probują odtworzyć populacje raka szlachetnego. Nie tylko z sentymentu dla rodzimej bioróżnorodności, ale także ze względów ekonomicznych. Rak szlachetny jest trochę większy i dużo więcej za niego płacą na rynkach europejskich (kupowany w celach konsumpcyjnych a nie do straszenia dzieci). Kiedyś eksportowaliśmy duże ilości raków. Teraz niestety nie. To taka mała dygresja, że jeśli nie dba się o przyrodę, to traci się ekonomicznie.

Ale wróćmy do naszego raka-nieboraka. Słowo "nieborak" oznacza kogoś biednego, nieszczęsnego i niesie ze sobą dozę życzliwego współczucia. Ale przecież ten rak-nieborak szczypał w dziecięcej zabawie. Któż więc wymagał współczucia?

Nieborakami określa się także skorupiaki, inaczej zwane przekopnicami. Żyją one głównie w wodach okresowych i pojawiają się zaraz po wypełnieniu się wodą tych zbiorników. Pojawiają się nagle, jakby spadły z nieba. Stąd nazwa niebo-rak czyli rak z nieba. A przekopnice? Bo przekopują się do stawów nie wiadomo skąd. Może spod ziemi?

Przekopnicę-nieboraka po raz pierwszy zobaczyłem jeszcze w czasach studenckich, w badaniach w Dolinie Narwii koło Łomży. Zachwycały swoją archaiczną budową. Potem - całkiem niedawno - spotkałem przekopnice w okolicach Smolajn, w dolinie Łyny (zdjęcie przekopnicy wiosennej wyżej). Po szczegółach budowy okazało się, że to przekopnica wosenna.

Przekopnica wiosenna, w naukowej nomenklaturze Lepidurus apus, ma charakterystyczną budowę ciała z miękkim karapaksem (termin zoologiczny, można sobie sprawdzić, jeśli kogoś ten niezrozumiały termin przeraża), przykrywającym głowę i część tułowia. Przekopnica wiosenna (Lepidurus apus) posiada parę oczu złożonych i oko proste. Jaja po złożeniu muszą być przesuszone, aby dalej się rozwijały. Przekopnice są detrytusożerne i drapieżne. Jest to gatunek zimnolubny, ginie gdy temperatura wody jest wyższa niż 15 stopni Celsjusza. U populacji występujących w Europie Północnej i środkowej dominują dzieworodne samice (partenogeneza), natomiast w Europie Południowej występują obie płcie i rozmnażanie płciowe. Mogą rozmnażać się partenogenetycznie przez kilkanaście lat. Samce pojawiają się niezwykle rzadko w naszych warunkach.

Skusiło mnie na kolejna dygresję. Ostatnio zauważa się przewagę liczebną kobiet w naszej populacji, a mężczyźni żyją o około 8 lat krócej... Nic tylko czeka nas seksmisja i los przekopnic? Nic tylko nie nieborakiem jest płeć męska...

Ale wrócmy do przekopnicy ze zbiorników okresowych, zalewowej doliny Łyny. Na 11 parze odnóży u samicy występują swoiste zbiorniczki, w których jaja przechodzą krótki okres dojrzewania. Samice składają od 20 do 400 jaj. Z jaj wylegają się larwy – naupliusy. Przekopnica wiosenna spotykana jest od marca do kwietnia w płytkich okresowych zbiornikach śródleśnych, na łąkach zalewowych nizinnych rzek, często razem z dziwogłówką wiosenną (Siphonophanes grubei = Eubranchipus grubii). Dziwogłówkę wiosenną spotkać można w Olsztynie, w Lesie Miejskim, w niewielkich zbiorniczkach okresowych. Niesamowity widok, gdy pływają grzebietem do dołu.

W Polsce występuje jeszcze inny rak-nieborak. Jest to przekopnica właściwa (Triops cancriformis), żyjąca w płytkich gliniastych kałużach i osuszanych na zimę stawach rybnych. Spotykać ją można od kwietnia do listopada. Ciało ma koloru brązowego (ciemnooliwkowego), dochodzi do 3-5 cm a z wyrostkami odwłoka do 10 cm długości. Uważana za szkodnika pól ryżowych we Włoszech i w Hiszpanii. A u nas za szkodnika w stawach rybnych. Jakkolwiek są to zwierzęta obupłciowe to w Polsce występują prawie wyłącznie dzieworodne samice. Samca po raz pierwszy znaleziono w 1858 r. w Krakowie. Wiosną, po pojawieniu się wody w zbiornikach okresowych, wylęgają się przekopnice z jaj zeszłorocznych, przemrożonych, już po 2-3 dniach od zalania. Po 10 dniach larwy mają pół centymetra. Są więc na tyle duże, że nie są zjadane przez narybek a konkurują z nim o pokarm. Z tego względu przekopnice właściwe uważane są za szkodnika w stawach rybnych. Jeśli zbornik późną wiosną wyschnie a potem ponownie napełni się woda, z jaj przesuszonych mogą wylęgać się kolejne przekopnice (kolejne pokolenie). Jaja, które nie przezimowały, wymagają do swojego rozwoju wody lepiej natlenionej, niż te co przezimowały.

Skąd te dziwne uwarunkowania rozwoju po przesuszeniu lub przemrożeniu? To proste, bezkręgowce nie mają kalendarza, nie wiedzą ile dni jest w roku, nikt im w radiu czy internecie lub telefonie komórkowym nie przypomina jaką mamy datę, kto obchodzi imieniny i jaka to pora roku. Mechanizm przesuszania i przemarzania jest dobrym miernikiem czasu i sygnałem, że już teraz można. Obecna ciepła zima wprowadzi w błąd wiele gatunków, bo organizmy błędnie mogą odczytać sygnały płynące ze środowiska.

Przekopnice (Notostraca, tarczowce) to stosunkowo duże skorupiaki z gromady liścionogów (Branchiopoda), reprezentowane przez jedną rodzinę i 9 gatunków. W Europie występuje siedem gatunków, w Polsce dwa: Lepidurus apus i Triops cancriformis. Mamy więc dwa raki nieboraki i nie wiadomo, który z nich jest bardziej wart życzliwego współczucia.  Odnóża tułowiowe są listkowate. Samice składają jaja, wymagające przesuszenia do dalszego rozwoju. Jest to przystosowanie do życia w zbiornikach okresowych. Przekopnice żyją głównie w płytkich wodach okresowych ale w Arktyce mogą zasiedlać głębsze strefy jezior.

Zbliżają się święta. Nie będzie dalekiego wyjazdu na wieś,  pociągiem z parowozem. I nie będzie zasp śniegu. Nie będzie raków ani szlachetnych ani nieboraków. Będą wpomnienia... szczęśliwego dzieciństwa. Jedynie zapach wędlin z Litwy, zakupionych na Jarmarku Jakubowym, przywoła obrazy z dziecińtwa. I świata, którego już nie ma. Ale będzie kutia i ślizyki, i śledź w pomidorach.

Szablak krwisty - myśliwy i drapieżca z centrum Olsztyna

sczachor

Nazwa cokolwiek groźna, zwłaszcza, że dotyczy drapieżnika. Bowiem ważki są drapieżnikami, a o tu ważkę chodzi. Lecz nazwa "krwisty" odnosi się do koloru, co od razu widać, a nie jakiejs wyjątkowej, krwiożerczej natury.

Sympetrum sanguineum - szablak krwisty (po angielsku zwany ruddy darter), pospolity gatunek, rozwijający się w wodach stojących, z preferencją do małych zbiorników, takich jak stawy w środku miasta. Takie piękności można oglądać w środku Olsztyna. Czasem grzecznie na roślinie usiadą i z gracją pozują do zdjęć. Tak piękne i karmazynowe są tylko samce. Samice są mniej barwne, jasno-szaro-brązowe. Tak to już w przyrodzie się jakoś plecie, trochę inaczej niż u ludzi...

Jesienią także przyroda jest piękna, nawet w środku miasta. Co prawda inaczej już wygląda lecz jest się czym zachwycać.

ps. zdjęcie zrobione dużo wcześniej. Ale i późną jesienią różne owady spotkać można. Wczoraj na ścianie, przy drzwiach spotkałem biedronkę azjatycką - Harmonia axyridis, gdzieniegdzie wzbudzającą grozę wśród ludzi. Ale to już inna opowieść o gatunkach inwazyjnych. 

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci