Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : jezioro

Kolczasty pasożyt co straszy w jeziorze Jasnym i o tyfusie od zielonych jabłek

sczachor

Bosmina_z_Jeziora_JasnegoKiedyś każde jezioro, bagno, uroczysko, miało swojego utopca, rusałki czy inaczej zwanego demona, co na życie ludzi czyhał. Dzisiaj również wymyślamy strachy, czasem w dobrej, wychowawczej intencji. Przykładem jest Bosmina co na zdrowie kobiet ponoć czyha. I to w Jeziorze Jasnym. Czy ta Bosmina to jakaś nowa, współczesna rusałka, samowiła, południca czy inna latawica? Zaraz wyjaśnię.

Czasem w argumentacji, zwłaszcza z dziećmi, idziemy na skróty. Zamiast długiego uzasadnienia (bo wymagałoby to naświetlenia wielu spraw) straszymy policjantem, kominiarzem i czym tam tylko jeszcze, co pod ręką jest: „jak nie będziesz grzeczny to cię ten pan zabierze.”

Z dzieciństwa pamiętam smak niedojrzałych, zielonych jabłek papierówek. Kwaśne, małe, ale myśmy na podwórku zrywali i zjadali. Bo to były pierwsze owoce. Dziecięca niecierpliwość. Rozsądku w tym nie było, bo gdyby poczekać, to byłoby więcej większych i smaczniejszych owoców - rozpływających się w ustach delikatnych papierówek. Trochę było w tym syndromu wspólnego pastwiska.

Dorosły jest wybredniejszy w smaku, kwaśnego jabłka nie zje. Ale dzieciaki to inna kategoria. Myśmy jedli, czasem po pierwszym ugryzieniu - wyrzucali. Dorośli nas straszyli, że od jedzenia zielonych (niedojrzałych) jabłek można dostać tyfusu. Nie wiem, czy w to wierzyli, czy to był tylko „tani” sposób na ochronę niedojrzałych owoców. Intencje z tym tyfusem niby dobre - wychowawcze i dla ochrony jabłek, by miały czas dojrzeć. Ale myśmy i tak jedli, tylko z uzasadnieniem, że nie wolno po zielonych jabłkach pić zimnej wody - bo dopiero wtedy na tyfus zachorujemy. A poza tym, było już dawno to po wojnie, żadnego tyfusu na oczy nie widzieliśmy, więc nie był dla nas groźny.

Może ktoś tę bujdę z tyfusem wymyślił, by owoce chronić… ale potem takie zabobony żyją swoim życiem. Są rozpowszechniane… z pokolenia na pokolenie. A jak ktoś odkryje fałsz, to brak zaufania rozciąga na szersze spektrum zjawisk i… osób. Niby więc intencje dobre ale skutek bywa opłakany. W dalszej perspektywie. Może więc warto włożyć wysiłek i nie tylko dziecku od razu uzasadnić prawdziwy sens oszczędzania niedojrzałych jabłek? Przy okazji można uczyć odpowiedzialności za wspólne dobro. Trudne. Wymaga wysiłku w wielokrotnym argumentowaniu. Ale daje trwały efekty na lata, nie tylko w odniesieniu do niedojrzałych papierówek.

Po tym dłuższym (ale uzasadnionym) wstępie pora przejść do rzeczonej Bosminy. Na Facebooku pojawiła się gorąca prośba: „Stanisław Czachorowski - wzywam na pomoc w objaśnieniu tego stworka z Jasnego.” Chodziło o tego stwora, zamieszczonego na ilustracji wyżej. Z początku nie zrozumiałem w pełni sytuacji. Bo, to co widać, to przecież skorupiak, wioślarka (Cladorera). Bardzo oryginalny kształt pozwolił odszukać i doprecyzować, że to z rodziny Bosminidae, rodzaj Bosmina, gatunek najprawdopodobniej Bosmina coregoni. Zajrzałem na podlinkowany film, z wykładem, gdzie Bosmina jako groźny pasożyt się pojawiła.  I tam usłyszałem niezwykłą informację, że oto ta Bosmina występuje w Jeziorze Jasnym (to akurat nie jest nic dziwnego) i że jest kolcogłowym pasożytem, zagrażającym kobietom, które w jeziorze by się kąpały. Sugestia była jednoznaczna i poparta autorytetem pracownika Parku Krajobrazowego. Że niby jest mała, ta Bosmina, i żyjąc w kwaśnych wodach jeziora dystroficznego może przenikać do narządów rodnych kobiety i tam dalej żyć w środowisku kwaśnym, stając się pasożytem.

Teraz zrozumiałem alarmistyczny wpis na Facebooku z prośbą o wyjaśnienie. Kobiety mają prawo być zaniepokojone. Bać się czy nie bać, choć to nie demon lecz zwierzę? Co prawda o czymś takim (pasożytnictwie bosminy) nigdy nie słyszałem. Bosmina wydawała mi się po prostu planktonicznym skorupiakiem i nic więcej. Ale skoro ponoć można w jeziorze zarazić się rzęsistkiem pochwowym (nie weryfikowałem tego poglądu, ale wielokrotnie go słyszałem z różnych ust), to może i coś z tym skorupiakiem może być na rzeczy. Szybko sięgnąłem do internetu oraz książek hydrobiologicznych i parazytologicznych. Ani śladu o przypadkach bytności bosminy (skoro nazwę spolszczam, to pisane już z małej litery, bo przecież krowa, koń i okoń też piszemy małą literą, wyżej używałem nazwę Bosmina jako nazwę własną, tak jak imię - nie odnosi się to do nazwy naukowej) w kobiecym ciele, ani tym bardziej jakimkolwiek pasożytowaniu.

Obejrzałem ponownie podlinkowany film. Tym razem nie tylko krótki fragment o opisywanym skorupiaku ale całość, by poszukać dodatkowych szczegółów i zrozumieć kontekst. Okazało się, że opowieść o pasożytniczym skorupiaku referujący usłyszał od pracownika Parku Krajobrazowego Pojezierza Iławskiego, gdy ten „nakrył” ich na kąpieli w rezerwacie. Jezioro Jasne ma czystą wodę, ale jest rezerwatem. Kąpiel jest zabroniona. Bo kapiący się ludzie nie tylko zakłócają ciszę i przyrodniczy mir, ale i nieświadomie eutrofizacją wodę (wprowadzając biogeny), co jest zgubne dla przyrody całego ekosystemu jeziornego. Najprawdopodobniej historię o bosminie wymyślili pracownicy parku by odstraszyć od kąpieli w rezerwacie. Zapewne człowiek bardziej dba o własne zdrowie niż o wspólne dziedzictwo przyrodnicze (bioróżnorodność). Musiałby taki przeciętny turysta zrozumieć czym są jeziora oligotroficzne i dystroficzne, czym jest i jakie skutki przynosi eutrofizacja i jak człowiek do tego się przyczynia.

Raz puszczona bujda (nawet w dobrych intencjach) skutecznie się rozprzestrzenia, narastając stopniowo legendą. A czy chroni jezioro? Nie jestem pewien, Mężczyzn nie odstraszy. Ponadto może ktoś się nie wykąpie, ale wysika się nad jeziorem. Dostarczy biogenów (azot i fosfor). Lub wyrzuci śmieci do jeziora. Kolczasty pasożyt w ten sposób mu nie zaszkodzi, ale ekosystem jeziora na pewno na takim procederze straci.

Skoro już wiemy że Bosmina coregoni nie jest groźnym dla człowieka pasożytem, to dowiedzmy się o tych skorupiakach czegoś więcej. Na stronach angielskojęzycznych dowiedzieć się można że ma nazwę water flea. Pchał wodna? Ale jest to określenie wszystkich wioślarek. W naszych wodach spotkać możemy pchlicę wodną (Podura aquatica), ale to jest „owad” bezskrzydły, skoczogonek. Również dla człowieka w pełni bezpieczny - nazwę swą wzięła od sposobu poruszania się po powierzchni wody. Nawet Erazm Majecki w swym „Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych” z 1894 roku nie odnotowuje polskiej nazwy dla rodzaju Bosmina. Podaje tylko czeską nazwę - chobotnatka. Też uroczo. Natomiast nasza słoniczka odnosi się do innego gatunku.

Bosmina coregoni Baird, 1857 (synomim Eubosmina coregoni) - to pełna nazwa gatunkowa tytułowego kolczastego „potwora”. Oczywiście pewności całkowitej nie mam, że to ten gatunek. Bo nie jestem specjalistą od skorupiaków i planktonu a oznaczałem tyko na podstawie dostępnych mi książek. Bosminidae żyją w pelagialu i litoralu jezior oraz innych w zbiornikach wodnych (jeden żyje w wodach morskich). Występują na wszystkich kontynentach (poza Antarktydą). Na świecie znanych jest 18 gatunków, w Europie - 8, a w Polsce cztery. Bosmina longispida występuje w północnej Polsce a B. maritima w wysłodzonych wodach Morza Bałtyckiego. Pozostałe gatunki są pospolite: B. coregoni i B. longirostris.

Bosmina coregoni występuje w wielu odmianach (różniących się morfologicznie), charakterystycznych dla różnych typów troficznych jezior. Na dodatek tak jak i u innych gatunków z rodzaju Daphnia, występuje cyklomorfoza - w ciągu roku kolejne pokolenia różnią się wyglądem. Zmienia się np. kształt głowy. Dawniej naukowcy tłumaczyli to zjawisko zmianami w temperaturze i gęstości wody, obecnie popularniejsze jest wytłumaczenie ekologiczne: obroną przed małymi drapieżnikami (pozorne zwiększanie wielkości ciała i utrudnianie schwytanie). Bosmina coregoni występuje także w Północnej Ameryce, gdzie dostała się jak gatunek zawleczony, najprawdopodobniej z wodami balastowymi. Tam jest gatunkiem obcym.

Ale to nie wszystkie niezwykłości związane z bosminą. Należy do tych planktonicznych skorupiaków, które wykonują dobowe wędrówki do góry i w kierunku dna. W nocy podpływają ku górze, gdzie jest więcej pokarmu (fitoplankton) natomiast w ciągu dnia kryją się głębiej, gdzie światło nie dochodzi. Dla takiego małego skorupiaka codzienna wędrówka w górę i na dół, kilkanaście metrów, to duży wysiłek. Ale jeść się chce a drapieżnik groźny. Te dobowe, pionowe wędrówki także tłumaczone są unikaniem drapieżników. Szczątki bosminy dobrze zachowują się w osadach dennych, dlatego wykorzystywane są przez hydrobiologów w różnorodnych analizach paleolimnologicznych. Bosmina coregoni zanika w miarę eutrofizacji jezior a jej miejsce zajmuje B. londirostris. Zatem kąpiel w Jeziorze Jasnym (rezerwat przyrody) groźny jest nie dla człowieka ale dla tejże Bosmina coregoni.

Myślę, że warto odwoływać się do poczucia odpowiedzialności za otaczającą nas biosferę i bioróżnorodność. Wystarczy moim zdaniem solidna edukacja by w poczuciu odpowiedzialności turyści nielegalnie nie kąpali się w rezerwacie. Ani innych złych dla przyrody działań nie podejmowali. Trudniejsza droga, ale skuteczniejsza w długiej perspektywie czasowej.

ps. Jeśli napisać - bosmina, to oznacza zwierzę (nazwa spolszczona), jeśli Bosmina - to imię własne domniemanego wodnego demona, a jeśli Bosmina - to oznacza naukową nazwę rodzajową. Niewielka różnica w pisowni a wiele zmienia w odbiorze. Tak jak laska i łaska. Jedna kreseczka, jedna litera.

Fot. Krystyna Kasprzak z prezentacji, wyświetlanej na ekranie

Gęś gęgawa czyli jak Olsztyn nieustannie przyrodą zaskakuje

sczachor

gesgegawa_1Olsztyn już mnie wielokrotnie zaskakiwał swoją przyrodą: zające w mieście, chruścik niprzyrówka rzeczna, motyl czerwończyk nieparek, tracz nurogęś i wiele innych. Idąc do pracy ostatnio słyszę żurawie. Wczoraj, przy samej ulicy zobaczyłem parę gęsi gęgawych z młodym pisklakiem. Chyba trzeba aparat fotograficzny nosić ze sobą codziennie (ten w telefonie nie jest najlepszy).

Te niespodzianki to wynik dwóch procesów. Z jednej strony dobry efekt ochrony przyrody (tak jak w przypadku bobrów czy łosi), w drugiej efekt procesów synurbizacji. Czyli ewolucyjnego przystosowywani się zwierząt i roślin do życia w warunkach miejskich. To fragment szerszego procesu synantropizacji. Bo człowiek zmienił większość ekosystemów, mocno je przekształcając. Dla dzikiej przyrody możliwości są dwie: albo wyginąć albo się ewolucyjnie przystosować.

Przechodząc codziennie obok dawnego jeziora Płuciduga Mała, widywałem już i sarny, wiele różnych drobnych zwierząt, owady, kilka lat temu gniazdo remiza. I sporo śmieci. Jak to w mieście. Przez kilka lat sam sprzątałem lub organizowałem sprzątanie… ale ciągle śmieci przybywa. Ani to ładnie ani bezpiecznie dla dzikiej przyrody. Kiedyś było tu jezioro, potem osuszone i zmeliorowane. Ale z czasem nieco zatkały się rowy i teren stał się podmokły z rozległym trzcinowiskiem. Trwa mino systematyczne zasypywania gruzem, śmieciami… I trwa przyroda.

Gęś gęgawa (Anser anser) to przodek naszej gęsi domowej. Gatunek zamieszkuje Eurazję a zimuje w basenie Morza Śródziemnego oraz w środkowej i południowej Azji. Gęgawy z Wielkiej Brytanii nie migrują, widać jest im tam wystarczająco ciepło przez cały rok. Do nas gęsi gęgawy przylatują w lutym i marcu. W drogę powrotną odlatują od września do listopada. Nie jestem ornitologiem, w domu mam tylko starsze książki przyrodnicze, w których zaznaczono, że gatunek jest rzadkim ptakiem łęgowym (czyli rzadko u nas gnieździ się i wyprowadza lęgi). W Wikipedii (a więc chyba najnowsze dane) znalazłem informację, że w Polsce populacja lęgowa liczy około 1500 par i to skupionych na zachodzie kraju). Łatwiej ją zobaczyć w czasie przelotów.

Wczoraj zobaczyłem parę gęsi gęgawych z jednym pisklęciem. Zarówno koniec kwietnia jak i obecność pisklęcia jednoznacznie wskazuje, że nie są one przelotem w Olsztynie i że tu było gniazdo. Spokojnie żerowały na trawniku przy alei Warszawskiej, dość ruchliwej. A na chodniku stali luzie i się przyglądali. Zmartwiłem się widokiem tylko jednego gęsiaka. Czyżby niezbyt udany lęg? Znajoma mi potem powiedziała, że tydzień wcześniej też te gęsi widziała z kilkoma gęsiakami. Może więc gdzieś się schowały, w pobliskich trzcinach a rodzice pilnowali najbardziej niesforne maleństwo, co w świat się za bardzo wybrało. A może jakiś drapieżnik w tym czasie skonsumował gęsiaki? Lisy bywają - sam widziałem. Domowe koty i psy też sporo szkody wyrządzają. Ale może dotarła i norka amerykańska?

Gęgawy pasły się na skraju wspomnianego dawnego jeziora Płociduga Mała (na dawnych mapach zaznaczona jako "Płucidupa Mała" - ale nieprzystojna nazwę zmieniono). Gęś gęgawa zasiedla zazwyczaj słodkowodne zbiorniki gęsto porośnięte trzcinami, bagniste łąki i moczary. Preferuje tereny trudno dostępne. Poza tym ostatnim wszystko by się zgadzało. Rozległe trzcinowiska są. Gniazdo buduje na lądzie lub wodzie, w trzcinach lub szuwarach na brzegach jezior i rzek, czasem w dziuplach i na budynkach. Budowane jest przez samice, wyścielone piórami puchowymi. Składa się z roślin wodnych, gałązek, liści i trawy. Stopniowo wyściełane jest puchem. Jak wyczytałem gęś gęgawa wyprowadza dwa lęgi w roku, składając w marcu lub kwietniu 2 do 20 białych jaj (w innych źródłach podają 4-8 jaj lub 3-10). Samica wysiaduje jaja przez 4 tygodnie. Musiały więc być już co najmniej od miesiąca. Gęsi gęgawe dojrzałość płciową osiągają po 2-3 lata, łączą się w trwałe pary. Są roślinożerne, więc nic dziwnego, że pasły się na ulicznym trawniku. Samica wodzi młode a samiec przebywa w pobliżu i ochrania.

Kilka lat temu był u mnie na półrocznym stażu w ramach programu Leonardo da Vinci Carlos z Hiszpanii. Był zachwycony olsztyńską przyrodą. Zobaczył gatunki, które mu rodzice w książkach pokazywali, że żyją na wsi. Mały skarb i warto o niego dbać. Jak ten samiec gęgawy o swoją samice i gęsiaki.

gesgegawa_32

Chruściki z Jeziora Czarnego, czyli słów kilka o problemach europejskiej wiedzy o bioróżnorodności

sczachor

Owadów jest dużo, zarówno w liczbie gatunków jak i osobników. Specjalistów niestety niewielu. Bo nie sposób znać się na wszystkim. Można wybrać jedną, dwie grupy. A reszta jest poza zasięgiem sprawnego identyfikowania i zebrania wiedzy (poza wiedzą ekspercką). W rezultacie w Europe nie za bardzo wiemy jakie mamy zasoby różnorodności biologicznej i jaka jest skala zagrożenia. Zarówno w skali wymierania gatunków, zmian zasięgów występowania wraz z postępującymi zmianami klimatu czy przekształceniami antropogenicznymi środowiska, jak i dyspersji gatunków obcych. Przekłada się to na problemy gospodarcze.

Bioróżnorodność nie jest fanaberią nawiedzonych ekologów. To w jakimś sensie także problem gospodarczy, odczuwalny finansowo w bliższej i dalszej perspektywie czasowej.

Na początku czerwca odwiedził mnie dr Andrzej Kapusta, ichtiolog z Instytutu Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie, wraz z przebywającym na stażu naukowcem ze Słowacji. Branislav Hrabkovsky zainteresowany jest chruścikami. Ogromnie mnie to ucieszyło, bo na Słowacji nie ma obecnie chyba żadnego trichopterologa (Pavel Chvojka jest z Czech). 

Goście przynieśli kilka prób z chruścikami z Jeziora Czarnego w Olsztynie (zebrane w czerwcu 2013). , Udało się szybko zidentyfikować larwy: Leptocerus tineiformis, Agraylea multipunctata, Limnephilus flavicornis, Limnephius politus, Oxyethira sp. Dwa ostatnie są po raz pierwszy wykazane dla tego jeziora. W badaniach dr Lecha Pietrzaka, z początków wieku, z Jez. Czarnego w ciągu całego roku fenologicznego udało się wykazać obecność: Cyrnus crenaticornis, Holocentropus picicornis, Agraylea multipunctata, Orthotrichia sp., Agrypnia varia, Agrypia picta (?), Phryganea grandis, Nepmotaulius punctatolineatus, Glyphotaelius pellucidus, Anabolia laevis, Limnephilsu extricatus, L. flavicornis, L. lunatus, L. rhombicus, Triaenodes bicolor, Ylodes simulans, Leptocerus tineiformis, Mystacides longicornis, Athriposdes aterrimus, Oecetis furca. Wykazanie nowych gatunków w trakcie okazjonalnych badań wskazuje tylko na skalę naszej niewiedzy o tym, co mamy. Podobne przykłady można mnożyć.

Szansą dla naukowców jest współpraca z wolontariuszami. Ale do tego naukowcy muszą opracować dobre klucze do identyfikacji i współpracować, np. poprzez portale społecznościowe. Ani klucze, ani aktywność internetowa nie liczy się do dorobku  pracownika czy oceny parametrycznej jednostki. Potrzeba dużego samozaparcia, aby robić to, co jest ważne i potrzebne, wbrew (lub obok) systemowi awansu i oceny jednostek naukowych. Do czasu zanim władze państwowe równego szczebla dostrzegą nowe tendencje w nauce.

W sumie od naukowca społeczeństwo powinno wymagać niezależności myślenia i oceny sytuacji a także myślenia strategicznego i długofalowego a nie koniunkturalnego dostosowywania się do bieżących ocen. Róbmy więc swoje....

 

O ciemiężyku, uczepkach, krasnoludkach, analizowaniu DNA i monitoringu środowiska

sczachor

„Czytanie to jest odnajdywanie własnych bogactw i własnych możliwości przy pomocy cudzych słów.”

Jarosław Iwaszkiewicz

Cudze myśli są jak uczepki – przyklejają się i są przenoszone w inne miejsce. O tym, czym są uczepki będzie niżej, jak i o tym dlaczego czepiają się owadów. W sumie to owo czepianie się ma seksualny i prokreacyjny aspekt. Będzie także o krasnoludkach, analizatorach DNA i zintegrowanym monitoringu środowiska przyrodniczego.

Spacerując nad jeziorem Wigry spotkałem biało kwitnącą roślinkę. Spytałem botanika – nie był pewien gatunku… a nazwa szybko mi z głowy wyleciała (nie miałem notesu, aby zapisać). Nad Wigrami byłem na konferencji naukowej, poświęconej monitoringowi środowiska przyrodniczego. Szybkie rozpoznawanie gatunków roślin i zwierząt jest koniecznością monitoringu. Wiedza zgromadzona w głowie i łatwość rozpoznawania obrazów bardzo ułatwiają prowadzenie wszelkiego monitoringu czy inwentaryzacji przyrodniczej. Ale kształcenie specjalistów trwa bardzo długo. W pogoni za punktami, awansem i listami filadelfijskimi na uczelniach ubywa systematyków, czyli specjalistów od poszczególnych grup grzybów, roślin i zwierząt. Bo się nie opłaca w szybkiej karierze korporacyjnej... zajmować jakąś staromodną taksonomią, systematyka czy faunistyką... Mody bywają przemijające, róbmy więc swoje.

Spędzając wiele godzin, dni i tygodni na żmudnych pracach terenowych nie jednemu biologowi marzą się krasnoludki…. Dałoby się parę okruszków chleba, kubeczek mleka a krasnoludki wykonałyby czarną robotę, nierzadko wśród pokrzyw, komarów i ślepaków. Jeśli nie krasnoludki to może chociaż automatyzacja? Mieć jakiś przyrząd, taki jakich teraz wiele, przyjechać nad rzekę czy jezioro, wetknąć sondę do wody, chwilę zaczekać, a tu cudowny automacik-przyrządzik zawarczy, zapiszczy, pomruga światełkami-diodami i wydrukuje – niczym przenośna kasa fiskalna – listę gatunków chruścików, żyjących w danym miejscu. Jakże proste i wygodne byłyby badania inwentaryzacyjne i monitoringowe.

Przyrządzik wydaje się ciągle równie nierealny co krasnoludki. Ale na wspomnianej konferencji ktoś powiedział mi, że w Holandii czy Niemczech już tak badają obecność płazów w zbiorniku wodnym – pobierają próbkę wody i analizują fragmenty DNA – potrafią rozpoznać konkretne gatunki płazów. Brzmi obiecująco… ale trzeba najpierw takie markery opracować i raczej będą to kosztowne analizy. Płazów jest mało, chruścików więcej.

Z takimi marzeniami wróciłem do domu, wrzuciłem fotografię spotkanej rośliny na portal społecznościowy i w ciągu kilkudziesięciu minut otrzymałem nazwę gatunkowa. Nie ma co prawda krasnoludków, ale jest wielu współpracujących miłośników polskiej przyrody z dużą wiedzą praktyczną. Niemożliwe staje się możliwe, i to bez krasnoludków.. Wzajemna pomoc i konsultacje oraz aparat fotograficzny jako prosty przyrząd pomiarowy, umożliwiają powszechność monitoringu i obserwacje w wielu punktach kraju. Wolontariat naukowy daje to, czego zawodowa nauka nie jest w stanie zrobić, nawet przy dużych funduszach. W tym „amatorskim” ruchu naukowym widzę ducha prawdziwej nauki dla wiedzy nie dla kariery czy pieniędzy, bez syndromu korporacyjnego wyścigu szczurów.

Znając nazwę gatunkową, mogłem dalej szukać sam, w źródłach papierowych podręcznej biblioteczki i coraz obszerniejszych (ale zabałaganionych) źródłach internetowych. Ciemiężyk białokwiatowy (Vincetoxicum hirundinaria Medik., dawna nazwa, synonim: Cynanchum vincetoxicum R. Br.), bylina (czyli roślina zielna, wieloletnia ale nie drzewo ani krzew) żyjąca dłużej niż dwa lata i zwykle wielokrotnie w tym czasie wydająca nasionai. Należy do rodziny toinowatych (Apocynaceae) podrodziny Asclepioideae, dawniej jako rodzina tojeściowate (Asclepiadaceae). W tych zmieniających się urzędowych nazwach zawarta jest historia. Tak jak w dawnych nazwach miejscowości. A warto je znać, aby umieć interpretować starsze dokumenty. Bo na przykład, jeśli szukamy informacji o Olsztynie i znajdziemy w dokumentach Allenstein to będziemy wiedzieli, czego to dotyczy.

Ciemieżyk jest hemikryptofitem. Siedliskiem życia (czyli miejscem, gdzie można ciemiężyka spotkać w naturze) są widne lasy, głównie dębowe i sosnowe, zarośla, skraje lasów, zbocza, murawy.

Jest to roślina o specyficznej budowie kwiatów (tzw. kwiaty paściowe ), które, dzięki specjalnym uczepkom, znajdującym się pomiędzy pylnikami, przytrzymują owada (na zewnątrz kwiatu) i niejako zmuszają go do zabrania pyłku. Owe uczepki unieruchamiają owada na zasadzie zatrzasku. Owad, próbując się uwolnić, wyrywa pyłkowiny (ziarna pyłku zlepione w całość za pomocą substancji zwanej wisciną lub kitem pyłkowym) i przenosi na inny kwiat. Barwne kwiaty są niczym kolorowo wystrojone kobiety, zwabiające i kuszące. Owady przylatują za nektarem, a nieświadomie przenoszą pyłek i uczestniczą w mimowolnej prokreacji. Uczepki to taki doskonalszy wytwór ewolucji, nachalniej przymuszające owady do uczestnictwa w seksualności roślin. Nie ma nic za darmo, siorbiesz nektar to pomagaj...

Nie wszystko jest jeszcze w internecie i w Wikipedii oraz nawet najobszerniejsze encyklopedie i bazy danych nie zastąpią naszego myślenia i konieczności kojarzenia faktów oraz wyciągania wniosków. W botanice i zoologii jest jeszcze sporo języka łacińskiego, dawnego urzędowego języka naukowego i uniwersalnego. Zachował się nie tylko w nazwach gatunków ale i w określeniach medycznych czy farmaceutycznych. Ciemiężyk białokwiatowy używany był w dawnej medycynie, sam medykament nazywany był „korzeniem św. Wawrzyńca” czyli w języku farmaceutycznym Rhiz. Vincetoxici seu Rad. Hirundinariae. Podobno jeszcze i obecnie używany jest w weterynarii i homeopatii.

Właściwości lecznicze wynikają z obecności glikozydów o nazwie wincetoksyna lub asklepiadyna. Ciemiężyk zawiera także olejek lotny, żywice, śluzy, cukry, kauczuk i trójterpeny. Warto podkreślić że jest rośliną trującą. Truciznę od lekarstwa różni tylko ilość i czasem sposób podania.

Ciemiężyk białokwiatowy jest rośliną pospolitą i stosunkowo często spotykaną na niżu i w niższych partiach terenów górskich. Występuje w Europie Południowej, Środkowej i Wschodniej, w Afryce Północnej, w Turcji i na Kaukazie. Dawniej ciemiężyk uprawiany był w ogrodach (od połowy XVI w.), zapewne jako podręczna apteczka. Obecnie spotkać można w parkach i ogrodach zielarskich. Surowcem zielarskim są kłącza i korzenie. Najpopularniejszą postacią leku jest odwar z kłącza, który przyrządza się z jednej łyżeczki do herbaty rozdrobnionego suszu, zalanego jedną szklanką wody i gotowanego pod przykryciem przez około 3-5 minut od momentu wrzenia wody. Odwar następnie należy przecedzić i pić w razie potrzeby 2-3 razy dziennie po 1 /4 szklanki. Działa napotne, moczopędne, przeczyszczająco i ogólnie tonizująco.

Ciemiężyk jest rośliną o silnie trującym działaniu, dlatego nie wolno leczyć się nim bez zgody lekarza. Do wiedzy przyrodniczej i medycznej ludzkość dochodziła przez setki lat eksperymentowania. Były to udane i nieudane próby. Uczmy się więc na błędach innych. Gromadzenie wiedzy umożliwia nam rozwój cywilizacji. Kultura kumulatywna to zdobywanie (pozyskiwanie) informacji od innych i przez własne obserwacje przyrody, gromadzenie i upowszechnianie tych informacji. W tym wspaniałym dziele uczestniczyć mogą nie tylko „zawodowi” naukowcy ale niemalże każdy.

Nowoczesna technologia w postaci internetu i aparatów cyfrowych powoduje, że w monitoringu przyrodniczym nie musimy jałowo marzyć o krasnoludkach.

Odwiedzasz tego bloga niczym owad, czymś zwabiony. Może niektóre myśli uczepią się jak uczepki i przeniesiesz nieświadomie gdzie indziej? Tam, gdzie zakiełkuje nowa-stara myśl. Prokreacja wiedzy. Tak samo jak przy czytaniu książek. A może pomoże Ci odnaleźć w sobie bogactwo myśli i wrażeń...

Poza źródłami internetowymi, podlinkowanymi w hipertekście wykorzystałem także: Marian Nowiński „Dzieje upraw i roślin leczniczych”, wyd. II. PWRiL, Warszawa 1983

O wypalaniu traw na Dzień Ziemi

sczachor

Na międzynarodowy Dzień Ziemi (22 kwietnia) chciałem napisać o lesie i o studenckiej akcji sadzenia lasu. Ale przejeżdżające pod oknem wozy strażackie i pan redaktor z Gazety Wyborczej sprowokowali do innego tematu. „Przygotowuję artykuł dotyczący plagi wypalania traw. W związku z tym mam do Pana kilka pytań: jakie zagrożenia powodują pożary traw, jakie są ich najpoważniejsze skutki, dlaczego ludzie wypalają trawy? Chodzi mi zwłaszcza o przyrodnicze ujęcie tematu.”

Zatem powtórzę w rozszerzonej formie to, co zapewne w poniedziałek ukaże się w Gazecie Wyborczej. Wiosną, kiedy nie ma jeszcze rozwiniętej roślinności a pozostały „suche” trawy i rośliny zielne z ubiegłego sezonu, łatwo o pożar i szybkie roznoszenie się ognia. Po pierwsze jest to zagrożenie dla ludzi i ich dobytku. Po drugie w ogniu gnie bioróżnorodność: giną rośliny, nasiona (diaspory w szerzym ujęciu), kiełkujące nowe zioła i drzewa, ginie bardzo dużo małych zwierząt. Nie mają szansy ucieczki. Ginie wiele owadów, ślimaki, giną płazy, gady, drobne ssaki w tym jeże. Straty tej róznorodności biologicznej szczególnie dotkliwe (z przyrodniczego punktu widzenia) są w miastach, na przedmieściach i w krajobrazie rolniczym.

We współczesnym antropogenicznym krajobrazie wiele siedlisk jest pofragmentowanych i izolowanych. Jeśli w pożarze traw giną małe zwierzęta, zamieszkujące na takiej wyspie siedliskowej (izolowanej drogami i „betonem”), to potem nie mają skąd zasilić lokalną populację inne osobniki, z innych siedlisk (z innych subpopulacji), bo trudno tam dotrzeć. Giną więc nie tylko osobniki ale i całe populacje.

Ślimaki i płazy giną nie tylko na drogach ale i na chodniku. Na przechodniaku koło kościoła, między Osiedlem Mleczna i Kortowem, na niezbyt szerokich chodniku polbrukowym kilka dni temu widziałem rozdeptanych kilkadziesiąt młodych traszek (odcinek zaledwie kilkudziesięciu metrów). Wracały z zimowiska do pobliskiego bagienka – dawnego Jeziora Płocidugi. Tych drobnych zwierząt ginie dużo, po co więc jeszcze dorzucać do tego zniszczenia wypalaniem? Potem wydamy ogromne pieniądze na ochronę przyrody i reintrodukcję gatunków.

W wypalaniu marnowana jest także martwa materia organiczna. Ta „sucha trawa” jest bazą pokarmową dla wielu małych bezkręgowców jak i barkerii oraz grzybów. Potem te gatunki nie mają co jeść i giną lub jest ich bardzo mało. W konsekwencji jest mniej pożywienia dla ptaków, nietoperzy innych bezkręgowców itd. Po co dokarmiać ptaki chlebem, czy nie lepiej nie niszczyć im naturalnego pożywienia? Grabimy z liści trawniki jesienią, wiosną wypalamy resztki tego, co przetrwało. Z ekologicznego punktu widzenia to marnotrawstwo i bezmyślność. W końcu wypalanie traw wyjaławia glebę i przyspiesza erozję gleb. Przy ulewnych deszczach woda szybciej będzie spływać, co grozi lokalnymi podtopieniami

Dlaczego ludzie wypalają trawy? Pewnie w części dla zabawy, w części z tak zwanej głupoty. Gdy w pożarze znika martwa materia organiczna i odsłania się goła ziemia, wtedy szybciej widzimy wschodzące nowe rośliny. Wydaje się więc, że pożar przyspiesza wzrost roślin. Ale pod „suchymi” kępami traw także wzrastają nowe rośliny tylko nie rzucają się tak w oczy.

Z wypalaniem traw jest jak z leczeniem przez puszczanie krwi. Teraz mamy znacznie lepsze sposoby medyczne niż te dawne archaiczne rodem z neolitu czy epoki brązu. Podobnie jest z pielęgnacją zieleni - teraz mamy znacznie lepsze sposoby niż wypalanie.

Owszem, są sytuacje, gdy trzeba trawy wypalać. Ale są to nieliczne, kontrolowane wypalania, prowadzone przez przyrodników, aby w niektórych sytuacjach powstrzymać sukcesję ekologiczną i tworzyć warunki dla utrzymania się muraw kserotermicznych. Zwłaszcza wtedy, gdy znika wypas (zwierzęta wypasane zjadają trawę). Ale takie kontrolowane wypalanie nie są domeną naszego regionu. U nas, z głupoty i zabawy, giną rośliny, zwierzęta i dobytek ludzki. Na dodatek uwalniamy gazy cieplarniane, przyczyniając się do potęgowanie niekorzystnych zmian klimatu. Warto o tym pamiętać nie tylko w Dniu Ziemi.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci