Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Wpisy otagowane : kawiarnia

Profesor i student w kawiarni. Korupcja, molestowanie czy po prostu akademicka dyskusja?

sczachor

Po wielu latach doświadczeń, nawet w ramach kursowych zajęć (np. z autoprezetacji), zachęcam studentów do spotykania się w miejscach pozaakademickich, w kawiarni czy nawet na trawniku. Pomysł dojrzewał przez wiele lat a zapoczątkowany został jeszcze za czasów WSP. Z tych spotkań wyrosła olsztyńska kawiarnia naukowa Collegium Copernicanum.

W nawiązaniu do kawiarnianych spotkań, z dużą radością przeczyłem wypowiedź prof. Klausa Bachmanna,  politologa ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej (Cały tekst). Z radością i satysfakcją, bo cieszy, gdy inni ludzie myślą i czynią podobnie. Spotykanie się ze studentami (czy innymi naukowcami lub ludźmi spoza uniwersytetu) w kawiarni nie jest więc żadnym dziwactwem: 

"Kiedy piszę ten tekst, moi studenci i koledzy rozsyłają zaproszenia na kolejne spotkanie będące elementem cyklu nieformalnych spotkań, podczas których studenci i wykładowcy dyskutują "o prawie przy kawie". Tym razem będą mówić o osądzaniu ludobójstwa w Rwandzie i byłej Jugosławii.”

Publiczna wypowiedź prof. Bachmanna nie jest tylko informacją o kawiarnianych spotkaniach lecz zawiera sporo ciekawych przemyśleń, wartych przypomnienia i przemyślenia. Profesor w swoim artykule nawiązuje do infomacji z jednej z polskich uczelni, gdzie rozważa się nagrywanie egzaminów, aby zapobiec molestowaniu czy korupcji.

„Dlatego tylko wtedy można żądać specjalnych rygorów na uczelniach, kiedy się traktuje studentów (cytat za prof. Hartmanem) "tak samo jak licealistów" - to znaczy jak dzieci, które z założenia własnego wyboru mieć nie mogą." (podkreślenie S.Cz.).

Wiele problemów, o których już pisałem (np. wybór zajęć a  USOS) wynika z braku zaufania i traktowania studentów jak dzieci. Prof. Bachmann pisze: „Między studentami i wykładowcami nie ma nawet joty zaufania. Jedni patrzą na studentów jak na zbędne, uciążliwe elementy, które zawracają im głowę i czekają tylko na moment nieuwagi, aby oszukać, oskarżyć, kombinować. Drudzy widzą w wykładowcach tylko aroganckich i chamskich biurokratów, którzy zagradzają im drogę do dyplomu i traktują ich jak podludzi.”

Na braku zaufania niczego dobrego się nie zbuduje. Dostrzeżenie problemu to jedno, drugie to poszukiwanie rozwiązania. Skoro nie ma zaufania, to jak je zbudować, wiedząc, że sytuacja na uniwersytetach jest pochodną sytuacji w kraju?

„To jest prawdziwy problem uczelni: niepewni siebie, coraz częściej w mediach krytykowani wykładowcy, którzy próbują ratować swój autorytet arogancją i pokazaniem "maluczkim" studentom, gdzie jest (rzekomo) ich miejsce, i studenci, którzy wolą się kreować na ofiary, zamiast walczyć o swoje. W takim świecie to faktycznie może być problem, jeśli wykładowca spotyka się ze studentką przy kawie albo rozmawia ze studentami na ulicy. Kto chciałby żyć w takim świecie?" (podkreślenie S.Cz.).

Zdaję sobie sprawę, że spotykanie się ze studentami w kawiarni może rodzić różnorodne komentarze. Ale nie chcę żyć w takim świecie nieufności i wrogości. Warto ryzykować, nawet narażając się na niesprawiedliwe plotki i obmawianie.

Być może celowym jest częstsze objaśnianie, dlaczego tak się robi, dlaczego próbujemy spotykać się także poza salą wykładową i rozwiązywać rzeczywiste problemy (przykład z Ornety i jeszcze jeden i jeszcze słowo o kołach naukowych).

Górne zdjęcie z kawiarni, której już nie ma (Dekorama), dolne ze Starego Zaułka, gdzie często spotykają się studenci, zwłaszcza ci artystycznie nawiedzeni. Oby takich miejsc było więcej a przy stolikach profesorzy nie siedzieli sami albo studenci nie przebywali w samotności w oczekiwaniu na akademickie i pełne zaufania relacje.

Zmienić parking w park, choć na chwilę - Park(ing) Day w Olsztynie

sczachor

Utrwalony wyżej fragment kamienno-betonowego miasta zamieni się na kilka godzin w park z kawiarenką. To wyraz tęsknoty za zielonym miastem, przyjaznym dla ludzi i wygodnym do życia. Happening jest formą dyskusji o rozwoju naszego miasta, dyskusji interdyscyplinarnej o ekorozwoju czyli rozwoju zrównoważonym.

Miało rozpocząć się w piątek o 10.00, ale w ostatniej chwili - ze względu na firmę rozkładającą trawę - oficjalnie rozpocznie się o godz. 12.00. My jednak (Collegium Copernicanum) startujemy zgodnie z zapowiedzią o dziesiątej i skończymy o 18.00. Za początkowe zamieszanie i nie pełną gotowość już teraz przepraszamy. Ale w sumie tworzenie parku to nie taka prosta sprawa, więc będzie symbolicznie. Zapraszamy już od 10tej, aby wspólnie stworzyć ten mini, okazjonalny park. Samo się nie zrobi w naszym mieście lepiej i przyjemniej - potrzebna jest codzienna aktywność wielu.

Będą dwa stoliki kawiarniane, kilka krzesełem, jeden kajak, gry planszowe, kawa i malowanie na szkle. Będzie także stolikowy bookcrossing oraz olsztyńska katarynka i okazja do dyskusji. Bardziej pogłębione rozważania będziemy kontynułowali jeszcze długo później, już w formie bardziej tradycyjnej. Happening jest wstępem do dyskusji i formą popularyzowania rozwoju zrównoważonego.

Postaramy się na bieżąco w piątek informować o przebiegu, zamieszczając wpisy na Facebooku: Park(ing) Day z Collegium Copernicanum.

Imaginator, Japonia i karpie co pod prąd płyną

sczachor

Imaginator... to sposób patrzenia na świat, "kadrowanie" rzeczywistości... za pomocą swoich dłoni. Z imaginatorem zapoznała nas p. H. Brakoniecka, na środowym spotkaniu w kawiarni naukowej klubu profesorów Collegium Copernicanum.

Spotkanie poświęcone było chryzantemom, o których opowiadała p. Zofia Wojciechowska. A samo spotkanie kawiarniane jest częścią charytatywnej akcji pomocy poszkodowenej Japonii - "polskie tulipany dla japońskiej chryzantemy". I tulipany i chryzentemy widać w imaginatorze, układajacym się w kształt ludzkiego serca. A wszystko za sprawą dłoni... Proste?

I jeszcze o karpiach, co płyna pod prąd, a przez swój wysiłek i dzielność stają się smokami. Symboliczne karpie przesyłali nam Japończycy, razem z pomocą, gdy swego czasu Polskę nawiedziły powodzie. Teraz my odwdzięczamy się tulipanami.

Okołonoworoczne malowanie użytkowe na szkle

sczachor

Kilka razy do roku nachodzi mnie ogromna potrzeba malowania. Maluję na szkle "niepłaskim", czyli różnych butelkach i słoikach. To taka sztuka użytkowa (na zdjęciu mały gąsiorek z nalewką aroniową z motywem ważkowym). Ale chyba każda sztuka ma swój użytkowy charakter: ozdabiania wnętrz, upiększania pomieszczeń i przestrzeni wokółludzkiej. Przecież nie samym chlebem człowiek żyje, a do osiągania szczęścia potrzaba mu także "konsupcji" piękna.

Przy malowaniu odpoczywam, regeneruję się. Chyba w każdym z nas drzemie twórca i potrzeba tworzenia. Nawet jeśli jest to lepienie pierogów, robienie swetra na drutach, pielęgnacja ogrodu... W czasach masowej produkcji i gotowych towarów mamy mniejsze możliwości codziennego zrealizowania swoich potrzeb twórczych. Na nowo musimy odkrywać dostępne formy dla własnej kreatywności. Coraz więcej osób maluje, dekoruje techniką decoupage, bawi się we florystykę. Przydałoby się więcej przestrzeni publicznej do pokazywania takiej twórczości amatorskiej, powstającej z głębi serca.

Chyba tylko w starych spichlerzu (MOK) są wystawy twórczości amatorskiej. Kieduś "Kulturka" propogowała Wystawę w Witrynie"... ale przecież jest wiele miejsc w kawiarniach i pubach. Byłoby i ładniej, sympatyczniej, i przybyłoby nam więcej minigalerii.

Kuksaj, bawarka i nadmiar źródeł do weryfikacji

sczachor

Żyjemy w czasach nadmiaru informacji, łatwo je odszukać, trudniej ocenić, która jest wartościowa. Google w 0,12 s odnajduje linki do 19 600 miejsc w Internecie ze słowem „bawarka”.  Naukowa rzetelność wymagałaby przejrzenia wszystkich. Żmudna praca, a na dodatek w Internecie nie ma wszystkiego. Wiele wartościowych opracowań, powstałych jako podsumowanie długotrwałych poszukiwań i rozmyślań, jest tylko na papierze.  Google ich nie odnajdzie. Co prawda coraz więcej dzieł papierowych jest skanowanych i przepisywanych, ale i tak mogą zaginąć w nadmiarze „ulicznego gwaru” różnorodnych forum dyskusyjnych. Google nie odróżni bawarki od Bawarki. Nie oceni wartości informacji. Owszem, pojawiają się coraz doskonalsze narzędzia i bardziej wytrawne sposoby wyszukiwania. Niemniej własnego myślenia, analizy i krytycznego osądu żaden komputer nie zastąpi. Bo można odnaleźć na przykład taką etiopska bawarkę.

Dopiero nasza wiedza (jako system) lub drobiazgowe sprawdzanie może wykazać czy to jakaś bzdura, nieporozumienie semantyczne czy coś wartościowego.

W nadmiarze odnalezionych wyników, nie wszystko to, co na pierwszych pozycjach wyszukiwania, jest najlepsze.  W przypadku bawarki na pierwszym miejscu jest hasło w Wikipedii. Ale ostatnio często się ono zmienia, np. w dniu 21 października br., w haśle było sporo pomyłek i pomieszania z poplątaniem. Niemniej zawierało linki i odsyłacze do innych źródeł, więc łatwo samemu sprawdzić. Weryfikować należy wszystkie źródła, nawet papierową encyklopedię PWN. Bo na przykład niektóre hasła z wydań z okresu PRL są ideologicznie przekłamane. Można powiedzieć, że nie ma złych czy głupich źródeł,  jest tylko głupia i niewłaściwa ich interpretacja.

Po moich przydługich poszukiwaniach, wiem już że nie można synonimizować bawarki z herbata mleczną, bo tradycje picia herbaty z mlekiem są różne i różnie powstawały.  Na przykład w Uzbekistanie piją kuksaj – zieloną herbatę z mlekiem. Po przejrzeniu tylko źródeł internetowych odnaleźć można kilka różnych herbat z mlekiem pod różnymi nazwami. Podobnie jest z podobnymi roślinami i zwierzętami – nie zawsze wynika to z homologii a czasem z analogii i niezależnego powstawiania cech, jako wyniku przystosowania do podobnych warunków środowiska. Nie można także stawiać znaku równości między polską bawarką a francuskim bavaroise, mimo że i jedno i drugie słowa oznaczają to samo w narodowych językach (pozory mogą mylić). Kusiłoby przyjąć, że to zwykłe przetłumaczenia a historia powstania jest jedna i z jednego kraju przeszło do drugiego.

Poza moimi wcześniejszymi poszukiwaniami, opisanymi we wcześniejszych blogowych wpisach, trafiłem na coś obiecującego wyjaśnienie tajemnicy.  Poza deserami i alkoholowymi drinkami znalazłem mianowicie „Bavaroise à l'eau -Tea sweetened with syrup or capillaire, and flavored with a little orange-flower water. Bavaroise au Lait -Made in the same way as Bavaroise à l'eau, but with equal quantities of milk and tea” (źródło).

A więc herbata słodzona syropem capillarowym, o którym wspominał Gołebiowski (więcej we wcześniejszym wpisie), w drugiej wersji z mlekiem i to pół na pół jak nasza bawarka! Chciałoby się krzyknąć eureka! Tyle, że jednakowa nazwa, dla dwóch różnych napojów (ale drugie znaczenie by pasowało).  W anielskojezycznej wikipedii znaleźć można takie hasło “Syrup of Maidenhair or Capillaire is a beverage. It is a syrup made from maidenhair fern leaves. The sweetened concentrate is mixed with a liquid, most commonly water or milk, before drinking. In Portugal a drink called Capilè is made of syrup of maidenhair with grated lemon zest and cold water. In seventeenth-century Bavaria it entered was added to a hot drink made from eggs, milk, and tea. In 18th century Europe it was used in a popular milk mixed drink.”

Dwa ostatnie zdania zdają się być upragnionym rozwiązaniem tajemnicy i dotarciem do źródeł pochodzenia nazwy, nie dość, że z mlekiem to jeszcze w Bawarii! Tyle, że hasło oznaczone znaczkiem wskazującym na konieczność poprawy i dopracowania, a wskazane źródło informacji jest dla mnie niedstepne (George Smith (1799). The laboratory; or, School of arts. C. Whittingham for H. Symonds, 1799). Na dodatek jest to stara pozycja i do poprawnej interpretacji trzeba byłoby bezwzględnie do niego dotrzeć.

W tejże angielskie Wiki jest także hasło o paproci, źródle syropu kapillorowego „Adiantum  the maidenhair ferns, is a genus of about 200 species of ferns in the family Pteridaceae, (…)".

Wiele wskazuje że bavaroise to napój z syropem kapilarowym o właściwościach leczniczych, o czym pisałem już wcześniej. Ale jego zdrowotność „na piesi” miała inne znaczenie niż obecnie przypisujemy bawarce (mimo, że o piersi też chodzi :) ). Samo zaś mleko nie czyni bawarki, tak jak dobre na przeziębienie mleko z miodem i masłem też nie jest bawarką. Joanna Szulc tak pisze „Herbata z mlekiem. Niegdyś jeden z podstawowych punktów zdrowej diety i sposób na przemycenie dodatkowych dawek mleka, dziś odchodzi w niepamięć. Nie nadaje się dla małych dzieci, nie powinny one bowiem pić czarnej herbaty (nawet tej krótko parzonej, bo to właśnie ona działa najbardziej pobudzająco, a mocna, długo parzona, ma przewagę garbników). Można ją zaproponować starszym dzieciom, jeśli zaakceptują jej smak. Ale bez złudzeń - kapka mleka nie uzupełni znacząco diety w wapń. Lepiej dać dziecku jogurt, serek, napój mleczny, niż przekonywać do picia bawarki. Chyba że mały smakosz po prostu polubi ten typowo brytyjski sposób na herbatę." (źródło).

Dużo ciekawych dla mnie informacji wniósł artykuł Kordiana Tarasiewicza, opublikowany na łamach pisma historycznego „Mówią Wieki”. Z tekstu wyraźnie widać dobrą znajomość historycznych źródeł oraz rzetelny warsztat historyka. Z tego artykułu wynika m.in., że najpierw u nas była Herba Tea a dopiero znacznie później odrosyjski czaj.  Ale najważniejszy jest ten fragment: „Stosunkowo rzadko pije się też herbatę z mlekiem, zwaną w XIX wieku angielską, a w bliższych nam czasach bawarką, serwowaną niegdyś dzieciom w przedszkolach.”

To zdanie z nowego i rzetelnego historycznego źródła znacząco podważa euforię wyżej wyrażoną, że niby bawarka z Bawarii. Wyraźnie wskazuje, że herbata z mlekiem do nas z Anglii przyszła (ale w jaki sposób?). A jeśli później bawarką została nazwana, to czy od Bawarii, czy bardziej od sposobu przyrządzania, przez „rozbawianie” (regionalne określenie na rozcieńczanie). Bo XIX w. to już chyba za późno na „biała warkę”.

Kolejne wzmocnienie niektórych hipotez, ale do dobrego rozwiązania poprzeba byłoby przejrzeć znacznie wiecej źródeł i intelektualnych tropów. Tego wymaga naukowa rzetelność... otwartego poszukiwania wyjasnienia, a nie znalezienia "dowodów" do już ukutej tezy.

A co do czaju, to (za Tarasiewiczem) „wedle przepisu z lat międzywojennych czaj miał być... lekką herbatą z arakiem z dodatkiem cząstki pomarańczy”.

Bawarka jako polski specyjał

sczachor

W książce Dawida Campbella "The tea book" z 1995 roku możemy przeczytać o bawarce jako herbacie z mlekiem. Nasza bawarka doczekała się międzynarodowego uznania, łącznie z zaleceniami dla karmiących matek.

Mimo, że herbata z obcych stron pochodzi, to i polska kuchnia coś do międzynarodowej gastronomii wniosła. Pewnie za sprawą naszym emigrantów. Tak jak włoskie mascarpone w czasie drugiej wojny światowej Włosi spopularyzowali w Europie.... w obozach jenieckich! Nawet będąc przegranym (osadzonym w obozie jenieckim) można być zwycięzcą !

W końcu się chyba odważę i bawarki się napiję. Ku chwale ojczyzny i rodzimej gastronomii :).

Bawarka

a na blogu więcej o poszukiwaniach bawarki, tu, tu, tu, tu i tu.

Ps. intrygujące są poszukiwania, kiedy nie wie się do czego się dojdzie. Tak jak w dobrym kryminale, zakończenie cały czas jest niepoznane, a czasem bywa zaskajujące.

Bawarka - mleko z herbatą czy herbata z mlekiem?

sczachor

W "Kuchni Polskiej" WNE z 2005 roku znalazłem informację o bawarce. Jest dopisana w uwagach, pod opisem herbaty (pijanej z dodatkiem cytryny itd. czy odrobiny mleczka), z zaznaczeniem że jest to raczej słaba herbata pół na pół zmieszana z mlekiem. A więc dodanie odrobiny mleczka czy śmietany nie czyni z herbaty bawarki!

We wcześniejszych przepisach Disslowej (zobacz tu), bawarka (z synonimem ważniejszym "ukropek"), to rozbawiona (rozcieńczona) gorąca wodą śmietanka. Może więc kluczem do zagadki bawarki jest picie mleka?

Osobiście mleko mi szkodzi, spożywam je jedynie w przetworach: jogurtach, kefirach, budyniach, serach i twarogach. I nic w tym dziwnego, dorosłym ludziom mleko szkodzi (niemowlęta i dzieci mają specjalne enzymy do trawienia mleka). Ludy pasterskie Eurazji, przez stulecia przystosowały się do spożywania mleka w okresie dorosłym. Jakież było nasze - Europejczyków - zdziwienie, gdy wysłaliśmy głodującej Afryce mleko! Dla nich było niemalże "trucizną". Przy trawieniu mleka wydzielają się m.in. związki opioidowe.

Zatem picie mleka "w dorosłości", to nabytek ewolucyjno-biochemiczny ludów pasterskich (bioróżnorodność na poziomie genetycznym). Z całą pewnością nie od razu się pojawił ten nasz "ewolucyjnych nabytek". Być może stąd różne eksperymentowanie z przetworami, fermentowaniem mleka (jogurty, kefiry, kumys) czy różnymi dodatkami do mleka. Masajowie np. pijają mleko z... dodatkiem krwi, świeżo upuszczonej z żył krowich.

Być może dodatek herbaty do mleka ułatwia przyswajanie i trawienie mleka? Jeśli takie miałaby mieć kulturowe pochodzenie bawarka, to musiałyby być ślady eksperymentowania kulturowego z dodatkami do mleka. Zatem, dla pełniejszego zrozumienia bawarki trzeba będzie mi sięgnąć w poszukiwaniach do... kultury spożywania mleka. Rozcieńczanie śmietanki czy mleka gorąca wodą wcale nie musiałoby wynikać z biedy, ale z dawniejszego, mlecznego doświadczenia kulturowego.

Bawarka, Włosy Wenery i ... wspomaganie laktacji?

sczachor

Każdy wie, że bawarka czyli herbata z mlekiem zalecana jest na laktację jako środek mlekopędny dla młodych i karmiących matek. Równie dużo opinii, że wcale nie pomaga :). Ilu Polaków, tylu lekarzy, co już Stańczyk dawno temu udowodnił. Bo i polecają mleko sojowe i bezalkoholowe piwo Karmi.

A dlaczego bawarka miałaby wspomagać laktację? Że z mlekiem (im więcej mleka pijesz, tym więcej masz dla dziecka w piersiach)? A może smaczniejsza od samego mleka? Anglicy "zapijają" się herbata z mlekiem, ale wcale nie z powodu karmienia piersią. Po prostu tak im smakuje (ciekawe czy wiedzą, że to bawarka, do Francji mają bliżej, więc gdyby to z tamtąd bawarka do nas przyszła, toby i w Angli na nią bavaroise mówili). Mocne napary z czarnej herbaty same może byłyby zbyt "siekierowate", stąd rozbawianie (rozcieńczanie) mlekiem?

Bawarska herbata naprowadziła na syrop kapillorowy. W końcu chyba rozgryzłem ów tajemniczy syrop, co to z Francji książeta bawarscy na sejm do Rzeczypospolitej ponoć przywieźli. To syrop z paproci niekropień właściwy - Adiantum capillus-veneri, zwany także kiedyś "Włosami Wenery". Bardzo kobiece. A może to jest źródłem przekonania, że bawarka (jeśliby pochodziła od bawarskiej herbaty choćby tylko nazwą) na laktację pomaga?

Syrop na piersi pomagający! Chwila radości... i dalej niepewność. "Na piersi" wcale nie musi oznaczać, że na "kobiece piersi w czasie karmienia", może tylko na choroby płucne i przeziębienia? Przejrzałem kilka książek zielarskich z mojej biblioteczki (łącznie z "Przewodnikiem ziołolecznictwa ludowego" i "Dziejami upraw i roślin leczniczych"). Nie znalazłem tej paproci. Albo nie o to książętom bawarskim chodziło (może dla smaku lub jakowego "narkotycznego kopa"?), albo jako środek nieskuteczny dawno nawet z medycyny ludowej został wyparty. Za to wśród ziół na laktację znalazłem: kminek, melisę, koper włoski, owoc anyżu, a w zestawach herbatek ziołowych-mlekopędnych także i ziele rutwicy lekarskiej i liść maliny. Kapilaru francuskiego ani śladu...

Popijając w jesienne wieczory herbatę z mlekiem, bawarką u nas zwaną, można się pozastanawiać nad genezą, i nazwy, i sposobu przyrządzania. A od rozwiązywania zagadek intelektualnych endorfiny w mózgu wydzielać się będą, co dodatkowo dostarczy przyjemności z picia herbaty. Najlepiej w pięknej filiżance, żeby i doznania oczno-estetyczne były.

Na zdrowie! Panowie bawarkę także pić mogą, bez obawy o laktację :).

Co to jest bawarska herbata ?

sczachor

Poszukiwania intelektualne i odkrywanie najprzeróżniejszych tajemnic może być przyjemne, a to za sprawą wydzielających się endorfin. Moje poszukiwanie odpowiedzi na pytanie czym była/jest bawarka, doprowadziły mnie ukropka a teraz do bavaroise czyli herbaty bawarskiej.

Tym razem dotarłem do umieszczonego przez Google skanu/reprodukcji dzieła Łukasza Gołębiowskiego z 1830 r. ("Domy i dwory", na skanie wyżej fragmenty strony 124 i 125). Przy okazji miałem doświadczyłem dobrodziejstw cyfryzacji zasobów bibliotecznych. To znakomite projekty, umożliwiające powszechy i łatwy dostęp do dorobku całej ludzkości. Warto przyklasnąć takim wolnym zasobom.

Ale do rzeczy. Wydawało się przez moment, że już znalazłem wreszcie swoją bawarkę czyli herbatę z mlekiem (lub raczej mleko z herbatą). Nazwa ta sama, i francuska i polska. Co prawda nie pada słowo "bawarka", ale to był rok 1830, więc może później słowo francuskie zostało przetłumaczone lub nazwa "herbata bawarska" została skrócona?

Jednakże lektura Gołębiowskiego nie przynosi łatwej odpowiedzi. Najpierw bavaroise wymioniona jest obok herbaty, kawy, czekolady, grogu i inych napitków czy nawet lodów. Nie jest więc synonimem herbaty ani jej odmianą. Dalej jest o herbacie pijanej z mlekiem (ale ani razu nie pada stwierdzenie, że jest to bawarka). A jeszcze dalej jest jednoznacznie wyjaśnione, że bavaroise czyli bawarska herbata, pijana była przez bawarskich księciów w Paryżu. I to na dodatek z sokiem kapiłłarowym (może bawarska herbata to herbata z owym sokiem kapiłłarowym). Nie jest więc to herbata z mlekiem. A co to ten sok kapiłłarowy? I co to jest bawarska herbata - może ma tyle wspólnego z herbatą co herbatka ziołowa?

Na francuskiej Wikipedii i na włoskich stronach (bo "wynalazł" to Sycylijczyk) można znaleźć bavaroise jako napój (o konsystencji budyniu) i jako krem (deser). A napój-drink, przygotowywany z herbaty, mleka i alkoholu (np. likieru, rumu), w kuchni francuskiej dodawany jest do kawy i włoskich lodów. Zdjęcia ze stron francuskich - do jakich dotarłem - wskazują, że jest to jakiś deser. W żaden sposób nie wygląda jak nasza bawarka czyli herbata z mlekiem (na sposób angielski).

Czy nazwa naszej bawarki ma coś wspólnego z bawarską herbatą? Czy też więcej wspólnego z dobawianiem (rozcieńczaniem) i warem-warzeniem? A może kluczem do sprawy jest mleko i picie mleka?

Czekają mnie więc kolejne poszukiwania i kolejna porcja endorfin. A może najpierw trzeba doświadczyć i napić się bawarki?

A może ktoś zna już tajemnicę bawarki - herbaty z mlekiem (lub mleka z herbatą)?

Ukropek

sczachor

Jesienne wieczory skłaniają do picia gorących napojów. Powszechna stała się herbata i kawa. Ale przecież dla narodów południa czymś dziwnym i niecodzienym jest picie ciepłego i gorącego - oni wolą soki, wodę, wino, a gorąca herbata tylko dla chorych. Pamiętam zdziwienie młodego Hiszpana, który przyjechał późną jesienią do nas na staż. Dziwił się, dlaczego gdzie nie przyjdzie częstują go od razu herbatą lub kawą. Ale po kilku miesiącach pobytu sam o te gorące napitki prosił :).

Hertaba i kawa uratowały Europę od plagi pijaństwa. Teraz na szczęście mamy czystą wodę i najprzeróżniejsze soki, o gazowanych napojach nie wspominając.

Ale jak było kiedyś z tymi gorącymi napojami? Zupa - też w naszej tradycji kulinarnej jest głęboko zakorzeniona. Kiedyś myślałem, że tylko z biedy, ale może jej popularność tkwi w "ciepłocie" ? Gotowanie wody to po pierwsze pozbywanie się pasożytów i chorobotwórczych bakterii, po drugie być może z chłodnego klimatu wynika.

Najpierw zaintrygowała mnie bawarka (Bawarka i czajnik), a teraz intryguje mnie tytułowy ukropek (skan z książki kucharskiej Marii Disslowej). Pod tą nazwą w starej książce kucharskiej znalazłem bawarkę i zalewanie wrzątkiem mleka lub śmietanki (ta druga pożywniejsza bo więcej tłuszczu). W dawnych czasach studenckich i licealnych poza herbatą (kawa była droga, a zbożowa nie tak smaczna) do dyspozycji było zalewanie wrzątkiem kostki rosołowej. Teraz znacznie większe bogactwo gorących kubków, rosołków, zupek w kubeczku : wystarczy nalać wrzączej wody z czajnika (samowary tylko elektryczne, ale i te wyszły z użycia).

W internecie znalazłem informacje o beskidzkim ukropku czyli omaszczonym wrzątku z chlebem. Według przepisu p. Teresy Pietrzyckiej z gminy Brzostek ukropek przygotowuje się następująco:

Zagotować 2 litry wody, wrzucić 3 ząbki czosnku – zagotować, zagęścić mąką i śmietaną, posolić do smaku, usmażyć kawałek słoniny i omaścić ukropek. Podawać z pieczywem.

Biedny za bardzo nie ma czym tego wrzątku "okrasić", czy to mąką, czy to śmietaną. Nazwa ta sama co u Disslowej ale nieco inaczej przyrzadzane. I na dodatek nazywa się zupą. Czy podobieństwo nazw jest przypadkowe czy wynika z tradycji i pochodzenia od tego samego kulinarnego wytworu?

Ale dalej nurtuje mnie prekursor czajnika i imbryka. Może dzban, dzbanek lub po prostu garnek? Dziubek od czajnika czy imbryka zapewne po to, żeby wygodnie nalewać do wykwintnych filiżanek i kubków. A może "przodkiem" gorącej herbaty czy kawy była zwykła gorąca zupa, gotowana w garnku? Czy nasi średniowieczni (i dawniejsi) przodkowie gotowali jakieś ziołowe herbatki (bo herbaty sensu stricte jeszcze nie znali) ?

Archeologia smaków i kuchni, to jak w paleobiologii odtwarzanie wyglądu zwierzęcia po jego skamieniałych śladach - wnioskowanie pośrednie i ciągłe domysły.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci