Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Wpisy otagowane : cittaslow

Kołłątowiada czyli kultura jest przemysłem kreatywnie rozwijającym gospodarkę

sczachor

19703006_10212110819519113_3357995265308596568_oKultura jest nowoczesnym przemysłem kreatywnym, rozwijającym lokalnie i regionalnie. Mam na myśli kulturę szeroko i głęboko rozumianą, w tym także trzecią kulturę czyli naukę w przestrzeni publicznej (czytaj więcej czym jest trzecia kultura).  

Kultura (i ludzka praca z nią związana) jest niedoceniana, bo ulotna, „niematerialna”. Myślimy zazwyczaj jeszcze schematami XIX i XX wiecznymi, gdzie liczyła się produkcja węgla i stali. Ale teraz żyjemy w świecie trzeciej rewolucji technologicznej, komputerów i robotów. Żyjemy w czasach kryzysu czasu wolnego i wdrażania bezwarunkowego dochodu podstawowego. To nauka, edukacja i kultura będą dawały najwięcej pracy ludziom. W innych zastąpią nas komputery i roboty. Już zastępują.

Do niniejszej wypowiedzi sprowokowała mnie Kołłątowiada – święto ulicy Kołłątaja na olsztyńskiej Starówce. Do Kołłątowiady odnoszę się życzliwie, z zaciekawieniem. Ale i z rozczarowaniem. Popieram starania przedsiębiorców, chcących ożywić ten fragment Starówki, by przyszło więcej ludzi (a ich interesy kwitły). Tym bardziej ważne jest to wydarzenie, że cala Starówka zamiera a wiele lokali powstaje by po kilku miesiącach paść. Rozczarowała mnie Kołątowiada balonikami i dmuchaną brykalnią (była też muzyka na żywo i gry planszowe – te chwalę). Pop-tandeta jak na każdym wiejskim festynie. Zbyt mała przestrzeń starówkowej uliczki by konkurować z terenami na wsi czy nad jeziorem. Tego dnia na ulicy Kołłataja nie widziałem więcej ludzi niż na innych uliczkach Starówki. Owszem, pogoda był nieco deszczowa. Ale to nie pogoda i baloniki przyciągają ale niepowtarzalna i unikalna kultura. Wystarczy ją pokazać. Pisałem o rozczarowaniu, bo wiem, że na ulicy Kołłataja jest kilka rzeczy wartościowych, które można było pokazać i uwypuklić. Nie tylko na jeden dzień, ale i na cały rok. Szanse zmarnowane w popkulturowych schematach myślowych…

Gdy zajrzałem na facebookowe wydarzenie Kołłątowiady, to znalazłem tylko opis wydarzenie w formie „fiesta uliczna” I nic więcej. To ma przyciągać? Zabrakło opisu i zachęcenia czymś na prawdę ambitnym i niebanalnym. Letnia fiesta to teraz jest wszędzie, a piwo i cukrowa wata znacznie tańsze w innych miejscach…

19703016_10212110743277207_5222743229989001150_o

Dla przykładu wspomnę o trzech ciekawych, niewielkich imprezach. Wszystkie, jak się okazało, organizowane i animowane przez Miejski Ośrodek Kultury. Jedno dotyczyło patrzących drzew w Parku Centralnym. Mimo niepogody przychodzili ludzie by odszukać Joanę Lipę, Dariusza Klona, Wierzbę Natalię itd. Poszukiwanie z głębszym przesłaniem (kulturalny i przyrodniczy questing). Drugie to łódeczki z papieru, wiszące na drzewie (górne zdjęcie). Ślad po kolejnej animacji. I w końcu kamienie z napisami. Spotykasz taki w dyskretnym miejscu i zaraz chcesz odszukać inne. I zastanawiasz się co to, dlaczego? To właśnie takie nawet drobne animacje kulturalne zwabiają do przyjścia (ożywiają miejsce). Zachęcają do poszukiwań, spaceru, przebywania na Starówce. A jak już będziesz… to jest większa szansa, że zajdziesz do sklepu czy lokalu. Bo chodząc pieszo częściej zachodzimy do sklepów i lokali niż jadąc samochodem (idziesz wolniej, więcej widzisz, masz więcej czasu na zastanowienie się i pozytywna reakcje by wstąpić).

Na Starówce przeszkadza mi zatarasowanie chodników parkującymi samochodami i nieustannie jeżdżące samochody (to ostanie nie jest bezpieczne zwłaszcza dla dzieci). Unikalny klimat nie tworzy się zaparkowanymi samochodami lecz kulturą. Na dodatek samochody zajmują zbyt dużo miejsca (czytaj więcej na ten temat). A miejsca fizycznie na średniowiecznej starówce jest mało. Przestrzeń jest deficytowa. Warto to w końcu zrozumieć...

Po co przychodzić na Starówkę? Głównym powodem zawsze będzie kultura szeroko rozumiana (bo zjeść i napić się można w wielu miejscach). Było kino Awangarda, jedno z trzech najstarszych w Europie... Ale pazerny właściciel lokalu wyrzucił to kino i zrobił remont. I tak od kilku lat na samym Rynku stoi pustostan... Wiele osób wspomina Uliczkę Sztuki, zainicjowaną przez prof. Beno Małkowskiego. Podobnych animacji kulturalnych i społecznych bywało więcej. Na przykład ceramiczne wlepki. Jakiś anonimowy artysta przez kilka lat umieszczał te małe formy na ścianach. Zachęcały do poszukiwań, spacerów, przebywania.

Warto jeszcze raz powróżyć, że to kultura jest przemysłem kreatywnym, który może ożywiać lokalnie olsztyńską Starówkę oraz nasz region. Warmia i Mazury to kraina miasteczek cittaslow i wiosek tematycznych. Kołem zamachowym jest kultura, ludzkie spotkania wypełnione treścią i wieloaspektowym dialogiem, z malowanymi przystankami i butkami telefonicznymi z książkami.

19787494_10212118647314803_6020480924123145928_o

2 razy O czyli wszystkiemu winni są cykliści – przykład z Olsztyna i Oslo

sczachor

mokbarierkaDwa razy O odczytać można jako dwa kółka (symbol roweru) lub/i jako dwie litery O – pierwsze litery Olsztyna i Oslo. Niedopowiedzenia rodzą różne skojarzenia, a to pobudza do twórczego myślenia. W sam razy by napisać o zrównoważonym transporcie w mieście.

W Olsztynie pracuje zespół „międzyresortowy” (czy jakoś tak), który debatuje nad tym,  jak ożywić olsztyńską Starówkę. Porusza sprawy różne, ale chyba o najważniejszych zapomina (ewentualnie te dyskusje nie docierają do opinii publicznej). Na tym małym, a zabytkowym fragmencie miasta, lokale gastronomiczne (tudzież sklepy czy inne małe interesy) pojawiają się i znikają. Starówka to wizytówka turystyczna Olsztyna a nie tylko interes kilku drobnych przedsiębiorców. Nic dziwnego, że w ożywianie tego fragmentu miasta angażuje się i ratusz.

Olsztyńska Starówka jest mała, ograniczona do średniowiecznej lokacji. Olsztyn powstał jako małe miasteczko, takich jak wiele w tej części obecnej Polski.

Interes by się kręcił i w restauracjach i sklepach, gdyby ludzi przychodzących tu było więcej. Ale jak zmieścić ich na małej przestrzeni, gdy powierzchnię fizyczną zajmują parkujące i jeżdżące samochody? Skąd problem? Miasto się rozrosło i dodatkowo zmieniła funkcja średniowiecznego fragmentu miasta – nie ma tu już targowiska. Bo przez wieki funkcja handlowa przywabiała ludzi z okolicy. Poznikały i sklepy – za sprawą galerii handlowych. Nawet ratusz przeniesiono, więc i funkcja administracyjna także odpadła. Pozostała tylko funkcja turystyczna – ze względu na zabytki: gotycki ratusz, katedrę, zamek, odbudowaną starówkę na planie średniowiecznych ulic. No i funkcja kulturalna: dwa muzea, galerie artystyczne (też chyba dwie, w porywach trzy ale i one szybko upadają), wydarzenia plenerowe. Teoretycznie sporo ludzi się przewija… a jednak za mało by utrzymać powstające lokale.

Na co dzień zapominamy, że turystyka to największy biznes na świecie. A w wieku XXI usługi kulturalne stanowią coraz bardziej ważny fragment życia ludzkiego i … społecznego. Mamy czasy… kryzysu czasu wolnego. Za nas pracują komputery i roboty a my nie wiemy, co zrobić z wolnym czasem. Dlatego rozwija się edukacja, kultura i usługi. Oczywiście jeśli jest do tego przestrzeń.

Nie da się zmieścić więcej ludzi… jeśli przestrzeń zajmują samochody. To zwykłe prawa fizyki.

LodzDobrze ilustruje to eksperyment z Łodzi, opatrzony powyższym zdjęciem (eksperyment po wielokroć powtarzany w wielu miastach). Ile miejsca na drodze zajmuje odpowiednio: 40 samochodów, 45 rowerzystów i jeden autobus, mogący pomieścić wszystkich prowadzących auta i rowery? Widać gołym okiem, że najwięcej miejsca zabierają samochody. To dla turystycznego miasta przestrzeń stracona. Łódzki eksperyment miał dowieść, że poruszanie się rowerem lub komunikacją miejską może wpłynąć na zmniejszenie korków w mieście.  

Wróćmy do olsztyńskiej Starówki. Po pierwsze samochody zajmują fizycznie przestrzeń (funkcja parkingu i ciągu transportowego) – bo nie można przejść ani postawić ogródka letniego, nie można w tym miejscu zrobić imprezy kulturalnej. Parking na starówce czy pod gotycką katedrą to marnotrawstwo przestrzeni i rozwojowa głupota. Zaparkować można kilkaset metrów dalej… a kościoła i zamku nie da się przenieść. Nie da się także wybudować nowej starówki w innym miejscu. W części te funkcje przejmują nowe centra handlowe, ale tylko w małej części. To, co najważniejsze (zabytki i kultura), jest teraz zawłaszczane przez egoizm i brak wyobraźni małej grupy osób. Dlaczego zawłaszczają unikalne miejsce kosztem potrzeb innych?

Po drugie ze względu na samochody jeżdżące na starówce jest niebezpiecznie. Ilustruje to górne zdjęcie: barierka przy wyjściu z placówki kulturalnej (Stary Spichlerz, Miejskiego Ośrodka Kultury) pojawiła się niedawno. Tuż pod drzwiami przejeżdża bardzo dużo samochodów. Ja sam kilka dni temu, wychodząc z lokalu, znajdującym się przy ul. Okopowej, wszedłem wprost pod koła jadącego samochodu. Na szczęście jechał wolno. Takich miejsc konfliktowych i niebezpiecznych jest co najmniej kilka. Inny przykład, wybrałem się na znakomity koncert w amfiteatrze. Było trudno przejść nie tylko chodnikiem ale i ulicą, bo nie tylko ciągnący sznur samochodów ale i zaparkowane na chodnikach auta. W większości z łamaniem przepisów… ale kto by tam zwracał na to uwagę… Dodatkowo poniszczone nowe chodniki z płyt granitowych. Przecież tych zniszczeń nie dokonały panie w szpilkach (duża siła nacisku na małej powierzchni obcasa).

Ilekroć zachodzę na olsztyńską Starówkę w sezonie wakacyjnym to widzę nieustający strumień jadących samochodów, bo szukają miejsca do zaparkowania. I przejeżdżają tylko. Sami nie korzystają (praktycznie są tylko przejazdem) i innym miejsce zajmują. Ile miejsca wyłączonego z ruchu? Jedna ulica (całorocznie a w sezonie dodatkowo druga), jeden plac - z Targiem Rybnym to dwa, malutkie. Kilka miejsc wyjątkowo niebezpiecznych dla turystów. I zniechęcających do kolejnych odwiedzin.

Zamiast ogródka letniego stoi samochód. Nowa, włoska restauracja i cukiernia przy ul. Okopowej. Zwabiły mnie do zajrzenia wystawione na chodnik stoliki. Znak, że w środku jest sympatycznie. Niczym na krakowskim Kazimierzu. Ale kto będzie chciał pić kawę czy jeść ciastko, gdy 10-20 cm obok niego przejeżdżają stale samochody? Chyba, że jest to akurat zlot starych pojazdów. Ale takie coś to tylko raz w roku.

Praw fizyki się nie zmieni. Gdy odbywa się jakaś większa impreza kulturalna, to straż miejska lub policja musi blokować przejazd. By zrobić ludziom miejsce. Jeśli ma się odbywać jakaś uliczna parada (np. przy okazji Olsztyńskich Dni Folkloru), to wcześniej policja musi pousuwać parkujące samochody. Inaczej korowód nie przejdzie lub nie będzie miejsca dla widzów, którzy by to chcieli zobaczyć. Skoro w czasie większych imprez usuwa się samochody by zrobić miejsce dla ludzi… to może zrobić tak całorocznie? Przecież wokół olsztyńskiej starówki są parkingi. Wystarczy przejść tylko 100-300 metrów…. Zostawmy wjazd na Starówkę tylko samochodom dostawczym i ratunkowym. Tak jak to jest w wielu miastach. Inaczej Starówka dalej będzie zamierać.

Potrzeby kulturalne olsztyniacy i turyści zrealizują gdzie indziej. Na przykład w Parku Centralnym. Skąd się bierze ten egoizm i zawłaszczanie wspólnej przestrzeni publicznej tylko dla siebie? Najdziwniejsze, że również za samochodami na Starówce są… restauratorzy (niektórzy). Odporni na wiedzę i przykłady z całego świata. Potrzebna jest na pewno wiedza… a ta bierze się z edukacji. Szkolna nie wystarczy, potrzebna pozaformalna i ustawiczna. Czyli poza murami szkoły (a nie miasta). Na przykład w mediach publicznych. Brak zrozumienia zarówno praw fizyki jak i funkcjonowania społeczności miejskiej czy ekosystemu miejskiego. Brak zrozumienia… samego człowieka.

Pora na drugie kółko lub O. Przykład z Oslo, by pokazać, że jest to możliwe, zaczerpnięty z artykułu Ewy Szekalskiej pt. Gdy kierowca staje się gościem w mieście...  Oslo zwyciężyło w konkursie na Zieloną Stolicę Europy. Za ambitnymi celami redukcyjnymi idą tu takie kroki, jak planowany od 2019 r. niemal całkowity zakaz wjazdu prywatnych samochodów do centrum. Dodajmy, że centrum norweskiej stolicy jest duuuużo większe niż maleńka olsztyńska Starówka…. w 2019 roku w Oslo powierzchnia 1,7 km kw. będzie niemal całkowicie uwolniona od pojazdów osobowych (jakiż ułamek tej przestrzeni stanowi olsztyńska Starówka). Do tej pory transport przyczynia się w Oslo aż w 61 proc. do emisji CO2, z czego 39 proc. pochodzi z samochodów prywatnych. Ambicje norweskiej stolicy idą dalej, do 2050 r. miasto ma stać się neutralne węglowo (bilans emisji dwutlenków węgla ma wyjść na zero). Już w latach 2015-16 ponad 30 proc. wszystkich nowych samochodów sprzedanych w Oslo było autami elektrycznymi lub hybrydowymi. Norweskie miasto nie zadowala się obecnością 35 tys. elektrycznych aut i autobusami, w jednej trzeciej o napędzie alternatywnym. W Oslo ograniczenia dla kierowców będą wprowadzane stopniowo. W 2017 r. mają zostać zlikwidowane prawie wszystkie uliczne miejsca parkingowe w centralnej strefie (a jest ich prawie 600). Nie będzie możliwe przejechanie samochodem przez centrum, choć mieszkańcy będą mogli dostać się do swoich domów.

Samorządowi norweskiej stolicy chodzi o to, by jak największa część Oslo służyła różnorodnym aktywnościom i potrzebom innym niż transport – przestrzeń zostanie uwolniona pod działalność związaną z kulturą, sztuką, pod stojaki rowerowe i place zabaw oraz ogródki restauracyjne. W stolicy Warmii i Mazur, zarówno mieszkańcom jak i turystom przydałoby się odrobina ruchu (przejście kilkaset metrów od zaparkowanego samochodu). Tym bardziej, że współcześni Polacy chorują od braku ruchu i otyłości. Zatem ograniczenie ruchu samochodowego na maleńkiej, olsztyńskiej Starówce przysłuży się zdrowiu (ruch i mniej zanieczyszczeń), zaspokajaniu potrzemy kulturowych jak i rozwojowi ekonomicznemu... miasta ogrodu – bo takim się lansuje Olsztyn.

Edukacyjne drugie śniadanie w Parku Centralnym

sczachor

19575220_10212046698796135_5610946382005458099_oOd kilku dni padało, a tego dnia mżyło od rana. A mimo to zaplanowane edukacyjne drugie śniadanie na trawie w parku się odbyło. Zielona przestrzeń publiczna jest przyjazna na spotkania niekomercyjne. W zasadzie dorośli ludzie odkrywają na nowo … podwórka swojego dzieciństwa.

Pogoda jest zawsze, tylko czasem ubranie nie jest dostosowane do aury. Było za mokro by rozłożyć się na trawie, ale wystarczająco pogodnie by zasiąść pod wiatą w miejskim parku. I niezobowiązująco porozmawiać.

Odbyła się światowa prapremiera bajki kamishibai o pszczołach i molu książkowym. To efekt malowania moli na dachy biblioteki (Molariusz Warmińsko-Mazurski).Maria Karbowska zadebiutowała ze swoja bajką. Sama ją ułożyła, sama wykonała ilustracje. Ciąg dalszy nastąpi już w połowie lata.

Był mobilny, parkowy bookcrossing i rozmowy o książkach, podwórkach, zabawach z dzieciństwa. Był pokazany pomysł na grę edukacyjną, przygotowywaną na Europejską Noc Naukowców 2017, we wrześniu. Była prezentacja edukacyjnego programu Kahoot. Były ciasta domowej roboty, prezentacja powstającego malowanego portretu, dopłynęli kajakarze. I były dyskusje o tym, że trzeba się spotykać właśnie tak, niezobowiązująco, edukacyjnie. I że trzeba jakąś stronkę z informacjami o takich spotkaniach zrobić.

Na co dzień narzekamy na internet, portale społecznościowe i Facebook. Ale te „przekleństwa” umożliwiły nam nie tylko spotkanie w parku lecz również… współudział w śniadaniu w Szkocji. Współczesna technika pozwala nam budowanie i utrzymywanie więzi znacznie szerzej niż kiedyś. Ani deszczowa pogoda ani odległość nie jest przeszkoda by się spotykać. I rozmawiać, planować. Nie wszystko się udało tak jak planowaliśmy. Ale to nie jest ważne, bo wyszły dodatkowo inne rzeczy. Spotkanie otwarte na ludzi i na dziejące się pomysły.

Zaplanowaliśmy edukacyjne spotkanie na trawie, a w zasadzie na łące, w miejskim parku. By niespiesznie porozmawiać o edukacji, w tym nieformalnej i wakacyjnej. Miało być spotkanie rodzinne i przyjacielskie z dzieleniem się wiktuałami, dobry słowem, książkami i uśmiechami. I tak było, choć pogoda zmniejszyła przewidywaną frekwencję. Nie robimy tego dla „wyniku” tylko z czystej przyjemności spotykania się. Nie czekamy na gotowe. Sami organizujemy. Park to miejsce publiczne. Korzystajmy więc z przyrody w mieście i przestrzeni publicznej, nie tylko tego jednego dnia. Przyjemnie jest poleżeć na kocyku i boso pochodzić po trawie. A rozmowy... to budowanie więzi społecznych. Tak narodził się Homo sapiens.

Zapowiedź była tu: https://www.facebook.com/events/307183039708086/

To nie był pierwszy raz… i na pewno będą kolejne spotkania tego typu. Musimy tylko wymyślić dobry sposób informowania ludzi, bo wielu by chciało wcześniej wiedzieć o takich inicjatywach. Coś na pewno wymyślimy….

A niżej ilustracja z symultanicznego spotkania gdzieś w Szkocji. Byliśmy razem, niczym na podwórku.

19577098_1950528051826149_4641911265853605630_o

Wystawa Krajobrazy Warmii i Mazur w praktyce czyli przyrodniczy spacer wokół Planety 11.

sczachor

Krajobraz jest efektem działania wielu procesów. Niektóre z nich to długofalowe i powolne. Zmienia się przyroda, zmienia otoczenie kulturowe. Ale ślady są widoczne. Wystarczy je zobaczyć i dostrzec. A potem opowiedzieć. Bo to właśnie umiejętność opowiadania stworzyła ludzi. Opowiadamy śmiechem, tańcem, obrazem, śpiewem i słowem. A teraz także interaktywnym internetem. Opowieść jest jak iskanie ale umożliwia tworzenie więzi w znacznie większej grupie. Tak powstały społeczeństwa. 

Ciągle trwa ONZetowska Dekada Bioróżnorodności. Narody Ziemi przez tę dekadę starają się zwrócić uwagę na zagrożoną różnorodność biologiczną. Bioróżnorodność jako wartość kulturowa, przyrodnicza i gospodarcza.

Krajobrazy… w mieście? Czemu nie, tu też można dostrzegać globalne i lokalne procesy, tu także na przykładzie małego elementu można opowiedzieć o sprawach ważnych, wielki i wartościowych. W samym środku miasta.

Najpierw 2 lipca zapraszam do Parku Centralnego w Olsztynie, by usiadłszy na trawie porozmawiać o łące miejskiej. O bioróżnorodności wokół nas (zobacz szczegóły na Facebooku) i znaczeniu dla naszego zdrowia.

Natomiast 5 lipca razem z biblioteką Planeta 11 zapraszam miłośników przyrody i poszukiwaczy przygód na spacer wokół terenów zielonych w pobliżu Biblioteki Multimedialnej Planety 11. Pretekstem spotkania będzie otwarcie wystawy Krajobrazy Warmii i Mazur – dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe regionu, (z wystawą będzie można zapoznać się od 5 lipca do 31 sierpnia w Planecie 11). Spotykamy się o 16:30 w Planecie 11 (więcej szczegółów) skąd udamy się w pobliski miejski krajobraz roślin i zwierząt (owadów) i o nich porozmawiamy. Zachęcam do wzięcia aparatów fotograficznych bądź telefonów z aparatem. Zobaczymy co piękniej wygląda „nieużytki” czy zadbana zieleń. Jak się patrzy na owa zadbanie… to wolałbym, żeby go nie było…

Interaktywna wystawa pt. "Krajobrazy Warmii i Mazur - dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe regionu" to wystawa zdjęć i opisów wybranych roślin, grzybów i zwierząt Warmii i Mazur wraz z elementami etnografii oraz wykorzystania w dawnym i współczesnym ziołolecznictwie, gastronomii oraz perspektywy wykorzystania w biogospodarce. Wystawa zawiera wielkoformatowe wydruki zdjęć przyrodniczych Warmii i Mazur, krajobrazu rolnego, mozaiki siedlisk, stanowiących przykłady biogospodarki, wpisującej się w dawny krajobraz. Integralnym uzupełnieniem wystawy są internetowe wpisy na blogu, opisujące dokładniej wzajemne związki przyrody i kultury, z przykładami gatunków roślin, grzybów i zwierząt. Powstała na Olsztyńskie Dni Nauki i Sztuki… i od tego czasu krąży. Wraz z opowieściami o przyrodzie, ludziach i sensie życia.

Na planszach wystawowym znajdują się kody QR, umożliwiające szybkie odwiedzenie opisowych stron internetowych, wraz ze zdjęciami i filmikami. Wystawa zawiera 10 wielkoformatowych wydruków ze zdjęciami roślin, grzybów i zwierząt oraz ekosystemów, krótkie opisy oraz QR Code (dla osób z mobilnym Internetem w smartfonach i tabletach), kierującymi do szerszych opisów znajdujących się w internecie. 

Zdjęcia powstały przy okazji moich badań terenowych. Przyroda to nie tylko obiekt badawczy ale także piękno. 

O wiciu wianków, nauczycielach i świętojańskim budowaniu więzi

sczachor

tatarkaW noc świętojańską, pełną ludowej magii i wróżb, Ksenia plecie wianek z polnych kwiatów i ziół, by rzucić go w nurt Biebrzy i poznać odpowiedzi na zapisane w sercu pytania.” (Renata Kosin, „Tatarka”) I ja w noc świętojańską będę coś plótł (opowiadał) i puszczał (uwalniał). Może wianek też uplotę. Wybieram się do Wójtowa na piknik wiejski i uroczyste otwarcie Wymiennikowni Książek.

W dwóch starych budkach telefonicznych zlokalizowane zostaną wiejskie bookcrossingowe biblioteczki. I ja kilka książek zawiozę i uwolnię - puszczę w dalszy obieg, jak opowieść. Prawie jak puszczanie wianka na wodzie. I nie w celu wróżby ale w celu tworzenia więzi społecznych. Bo przecież i taki był wymiar zabaw świętojańskich, mniej lub bardziej magicznych. Przede wszystkim integrowały społeczność lokalną.

Pojadę do Wójtowa by uczestniczyć w zabawach oraz przeczytać (opowiedzieć) bajkę o żabie moczarowej w formie kamishibai. Ale będzie także improwizowana opowieść o Ćmie Wójtowskiej (ciem-na strona wójtowa czyli napójka łąkowa i inne zawisaki). I mocne nawiązanie do starosłowiańskiej etnografii (pochodzenie słowa ćma, wyobrażenia duszy ludzkiej, demon Ćmok). Czyli jeszcze jeden element nawiązujący do Kupały (palinocki, kupalnocki). Muzyka, taniec, opowieści i wierzenia – bardzo mocne nawiązanie do hipotez Dunbara na temat ewolucji człowieka i „niecielesnego” iskania się jako budowania więzi. Przeczytałem „Człowiek – biografia” i jestem mocno zainspirowany. Warto sprawdzić eksperymentalnie. I o tym z innymi podyskutowiać.

Zamieszczona ilustracja i cytat to nawiązanie do książki Renaty Kosin „Tatarka” Właśnie kupiłem i czytam. Wreszcie znalazłem trochę czasu na tę książkę. Znalazłem tam wielce sympatyczne podziękowanie, za inspirację do małego fragmentu o maści czarownic. Autorkę poznałem osobiście w czasie Europejskiej Nocy Naukowców, przyszła na wykład o maści czarownic i Wimlnadii. Upowszechnianie wiedzy i pikniki naukowe mają więc głębszy sens.

To nie jest pierwsze wykorzystanie inspiracji moimi tekstami w literaturze. Wcześniej w swoich książkach podziękowania zamieszczała Katarzyna Enerlich. A na przystankach elementy entomologiczne, inspirowane opowieściami o owadach, zamieszczała Anna Wojszel. Ogromnie cieszy mnie, że trafia to do regionalnej twórczości i lokalnych działań artystycznych. Namacalne dostrzeganie wywierania pozytywnego wpływu. Budujące potwierdzenie, że ktoś czyta moje pisanie na blogu… Czyta i dobrze wykorzystuje. Bo taka jest kultura – nieustanny przepływ i przetwarzanie, adaptowanie.

Koniec roku szkolnego skłania do jeszcze innych refleksji. Nauczyciel nigdy nie widzi efektów swoje pracy. Tylko drobne i niewyraźne, być może  mylące, slady. Czasami dopiero po wielu latach o czymś może się dowiedzieć. Ale nigdy nauczyciele nie są pewni czy i co dały ich wysiłki (zawód wybitnie stresujący i wypalajacy). Pracując z uczniem „słabym”, z różnorodnymi deficytami, „urobi się po łokcie” by uczeń osiągną efekt w ocenie innych zupełnie przeciętny. Ale ta „przeciętność” dla owego ucznia jest ogromnym sukcesem i także wysiłkiem… nauczyciela. Podobnie jest z uczniami zdolnymi. Nauczyciel - ten w szkole jak i na uniwersytecie – nigdy nie wie co jest efektem jego pracy a co wynika z niezależnego rozwoju samego ucznia/studenta i wpływu otoczenia (szeroki ekosystem edukacyjny). Lubimy mieć dobrych (zdolnych, zmotywowanych) uczniów i studentów… bo ich sukcesy łatwo sobie przypisujemy. Sukces ma wielu ojców (to a propos wczorajszego Dnia Ojca), porażka jest sierotą. A praca z szarymi, przeciętnymi w rankingach się nie liczy… Dlatego takie biadolenie, żeby ograniczyć liczbę miejsc na studiach czy liceach.. żeby byli tylko sami najlepsi. Bo z nimi są efekty i wygrane konkursy… A reszta? Na wyrzucenie, przemilczenie i udawanie, że nie istnieją? Nie akceptuję takiego sposobu myślenia…

Nauczyciel to ciężki i niewdzięczny zawód. Nie bez przyczyny mądrość ludowa mówi „obyś cudze dzieci uczył.” W szczególności te przeciętne i niewybitne (pozornie).

kosin

XX lat Wydziału Biologii i bioróżnorodność malowana na szkle

sczachor

butelkimoje2013

Butelki maluję od dawna. Inspiracją jest lokalna przyroda: głównie owady i rośliny. Od trzech lat maluję także kamienie i stare dachówki. Sztuka łączy, zarówno w czasie malowania na plenerach w parkach, jak i w czasie wernisażu. Można się spotkać z ludźmi i rozmawiać, także o przyrodzie, o etnografii i sensie.

Wiedza jest bogactwem i dobrem ogólnym, warunkującym rozwój cywilizacji, do którego prawo ma każdy. Tak jak woda, powietrze. Nie można więc ograniczać dostępu do wiedzy.

Każdy człowiek potrzebuje choć odrobiny filozofii, wiedzy i sztuki. Bo potrzebuje sensu i piękna. Człowiek jest twórcą, nawet lepiąc pierogi czy sprzątając mieszkanie. Dlatego wybrałem proste formy i tani materiał: słoiki i butelki wyrzucone do lasu, stare, niepotrzebne dachówki, polne kamienie. Przy wspólnym malowaniu, na przykład na trawniku w miejskim parku, mówić można ale nie trzeba. Ciszy nie trzeba zabijać słowem. Słów jest zbyt dużo. Mało kto ich słucha.

Spotykam się z ludźmi, by w prostej czynności przywracać sens i znaczenie rzeczom pozornie bezwartościowym. I ludziom. Nie tylko słowem przekazujemy treści. Wspólne malowanie jest dla mnie slow science na prowincji. Dla niektórych słowo prowincja, podwórko stygmatyzuje i ośmiesza. Dla mnie podwórko ma sens jako sposób pełniejszego bycia ze sobą bez zbytniego nadęcia i dworskiej oficjalności. To styl życia, związanego z lokalnością i z trzecią rewolucją technologiczną.

Malowanie butelek jest jak nauka – ma służyć ulepszaniu świata. Jest dla mnie jak chasydzka przypowieść, by za pomocą drobiazgu, jaką jest przywrócona do życia butelka, opowiedzieć o rzeczach ważnych i większych, za pomocą części pokazać całość. Dlatego maluję i przywracam do życia. Nie ma rzeczy i ludzi niepotrzebnych. Są tylko niedostrzeżeni w swym pięknie i wartości.

Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki – jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań. Przeciwdziała wykluczeniu i pozwala rozmyślać nad nowym urządzeniem cywilizacji, nową odpowiedzią jak żyć. Na co dzień. W wielkim świecie i na prowincji.

Sztuka jest polem działania dla intuicji. Nauka jest polem działania racjonalności. Malujący naukowiec to negocjacje tych dwóch światów.

 

W dniach 29 czerwca 1 lipca Wydział Biologii i Biotechnologii świętuje swoje dwudziestolecie istnienia. Data umowna, bo formalnie Wydział jest młodszy o dwa lata... lub starszy o kilkadziesiąt. Zależy jak liczyć. W ramach uroczystości przewidziano mini-wystawę pozazawodowych pasji pracowników. Ja pokażę kilka swoich butelek. Tych, które jeszcze nie zostały rozdane. Ale w wakacje domaluję kolejne. I rozdam, bo ludzi dobrych i miejsc cudnych jest dużo.

Wernisaż z molami czyli co jest tak fascynującego w malowaniu kamieni?

sczachor

mooe_wernisazPani z gazety zapytała mnie, co jest tak fascynującego w malowaniu kamieni? I kto mnie do tego zainspirował? Trudne pytanie, bo im bardziej się zastanawiam, bym trudniejsza staje się odpowiedź.

Co jest tak fascynującego w malowaniu kamieni? To, że są i że można malować je z ludźmi w przestrzeni publicznej, na przykład w parku. Po prostu zrobić coś razem, by tak jak kiedyś, być razem na podwórku. Rodzinnie, po sąsiedzku. A malować może każdy. Bo nie chodzi o to, by tworzyć arcydzieła ale by robić coś razem. Można przy tym pomilczeć. Lub rozmawiać, tak ogólnie o życiu o przyrodzie.

Kto mnie zainspirował do malowania kamieni? Trudno to ustalić, bo kultura jest wspólnym wytworem i wspólną wartością ludzi. Tworzy się i nawarstwia przez pokolenia, przez liczne spotkania, rozmowy, przenikania. W największym stopni do malowania kamieni zainspirowała mnie Anna Wojszel (ta od malowania przystanków). W czasie pleneru w Tumianach, malowałem butelki. A gdy mi zabrakło surowca do malowania a pani Ani płótna (blejtramy), pomalowała kamienie. Farb na szczęście nie zabrakło. I tak narodziły się malowane, warmińskie kamienie, opowiadające o przyrodzie, o bioróżnorodności i spędzaniu czasu na łonie natury.

Ta nasza biedna warmińska ziemia rodzi kamienie na polach. Niby zawadzają, niby są niepotrzebne, ale można z nich coś zbudować. Nadać im nowy sens poprzez umieszczenie w nowym kontekście. Kontekst wiele zmienia. Można je na przykład pomalować w kwiaty i owady by ozdabiały wspólną przestrzeń [publiczna i zachęcały do wspólnego spędzania czasu na podwórku, w parku, na wiejskim placu. Malowanie kamieni (tak jak dachówek czy starych, niepotrzebnych butelek i słoików) często towarzyszy mi w czasie różnych pikników naukowych i spotkań w przestrzeni publicznej. Sztuka daje poczucie sprawstwa i nie wymaga specjalnego przygotowania. Ułatwia kontakt i rozmowę.

Mówić (komunikować) można na różne sposoby. Poprzez wzniosłe słowa lub przez zwykłe, wspólne prace, w których mówi się milczeniem. Piszę publikacje, na konferencjach naukowych wygłaszam referaty, wystawiam postery naukowe, prowadzę dyskusje kuluarowe oraz internetowe. Ale czasem maluję…. pod słońcem prowincji, w cieniu lipy, dębu lub kasztanowca (jęlsi ich jeszcze nie wycieli), na miejskim trawniku. Maluję butelki, wyrzucone, nikomu już nie potrzebne. Przywracam im sens i znaczenie. Bez wykwintnie uczonych słów. Jeszcze łatwiej malować kamienie, bo farby tańsze, szybciej schną. Kamienie na tej ziemi już długo leżą. Są napływowe, tak jak my wszyscy. Przybyły z lodowcem ze Skandynawii. Albo przyjechały ciężarówką na budowę z górskich kamieniołomów. Są i leżą.

Przy okazji zapraszam na wernisaż do Biblioteki Uniwersyteckiej (plakat wyżej). Zaprezentowane będą prace powstałe w czasie takiego otwartego malowania molo książkowych na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej.Tego samego dni zapraszam także na Cuda, wianki i motyle - piknik twórczy a dzien później do parku i. Kusocińskeig na piknik i wspólne malowanie kamieni.

Czytaj także:

Czytaj dzieciom na trawniku. Albo jeszcze lepiej – eksperymentuj!

sczachor

18192494_10211479734142373_2880739364181260712_oMiejska Łąka staje się coraz popularniejszym pomysłem na organizację przestrzeni publicznej i wykorzystania przyrody w miastach. Tymczasem kosy spalinowe warczą, czyniąc spustoszenie wielkie w lokalnej różnorodności biologicznej roślin, a w konsekwencji i owadów. Ale gdzieniegdzie, między kamieniami lub schowane za krzewami, zostają mini kwiatowe refugia. Pokarm dla owadów zapylających. I jest co obserwować.

Zbliża się Ogólnopolski Tydzień Czytania Dzieciom. Zatem weź książkę i czytaj… na trawniku. A jeszcze lepiej na miejskiej łące. Wystarczy czytanie, bo jest wstępem do opowiadania i obserwowania tego, co piszczy w trawie, między ziołami. W warunkach łąkowych i trawnikowych doskonale sprawdza się … kamishibai. W pełni analogowo. Nie trzeba prądu, nie ma odbłysków światła na ekranie tabletu. I można czytać lub opowiadać.

Już raz miałem okazję przedstawić (przeczytać i opowiedzieć z pokazywaniem obrazków) bajkę kamishibai o motylu cytrynku latolistku, o jego cyklu życiowym i niedolach życia w mieście. Odbyło się to na przyulicznym trawniku, który niedawno powstał z inicjatywy społecznej. Efekt swoistej miejskiej, zielonej partyzantki. Powstał na samochodowym klepisku, w luce między domami. Młodzi ludzie założyli trawnik, zasadzili krzewy i kwiaty, w mądry sposób rewitalizując zaniedbane podwórko w śródmieściu Olsztyna. Czasem się spotkają a dzieci się bawią. Miałem okazję przeczytać–opowiedzieć bajkę edukacyjną. Malowaliśmy także kamienie, sadziliśmy kwiaty, lepiliśmy z gliny i bawiliśmy się w ... kałuży (ubrudzone dzieci są szczęśliwe, mamy trochę mniej…). Dorośli świętowali urodziny jednej z inicjatorek.

Ale można więcej, można eksperymentować i obserwować przyrodę, bo łąka to także laboratorium Dla dociekliwych i uważnych. Zatem z okazji zbliżającego się Tygodnia Czytania Dzieciom - czytaj książki przyrodnicze i... eksperymentuj. Weź książkę pod pachę i eksperymentuj.

Właśnie trafiła w moje ręce jedna z takich książek do czytania na trawniku. W swojej domowej biblioteczce mam już sporo podręczników szkolnych i akademickich ale przede wszystkim takich „podręczników” do edukacji pozaformalnej i ustawicznej. Na tego typu literaturę faktu jest coraz większe zapotrzebowanie, bo jest moda (dobra moda!) na samodzielne poszukiwanie, odkrywanie i poznawanie nie tylko przyrody. Już od kilkunastu lat w całej Polsce odbywają się liczne pikniki i festiwale naukowe. Ale na trawniku można rodzinnie lub po sąsiedzku poczytać (i poobserwować, poeksperymentować – gdzie lektura jest punktem wyjścia, albo odwrotnie).(zobacz także Noc Świętojańska w parku a tu relacja).

18518343_10211639556057821_6773941688293929663_o

Dzisiaj proponuję „Laboratorium w szufladzie – Biologia” Stanisława Łobodziaka, wydane przez Wydawnictwo Naukowe PWN w 2016 roku (niebawem zaprezentuję inne propozycje). Wygodny format, kolorowy spis treści (coś dla wzrokowców – stopień trudności doświadczeń oznaczono kolorami w spisie treści), liczne objaśnienia i ciekawostki ze świata nauki. Zróżnicowany poziom trudności. Dla dużych i dla małych. A dla najmłodszych - pod opieką i przy współudziale dorosłych. To nawet plus, bo rodzic będzie mógł sam poeksperymentować – przecież dziecko będzie znakomitym usprawiedliwieniem i pretekstem! Duży bawiący się na trawniku wyglądałby podejrzanie, ale z dzieckiem to wygląda na odpowiedzialnego i opiekuńczego!

Średnio miękkie okładki wygodne są także w warunkach trawnikowych. Na końcu kilka stron z przeznaczeniem na notatki. Omawiana książka to bogato ilustrowane źródło pomysłów, część do wykonania w domu i kuchni, część wymaga doświadczenia i dostępu do specjalistycznych odczynników i sprzętu laboratoryjnego. Kilka doświadczeń można wykonać właśnie na trawniku. Lub wykorzystać obserwacje z miejskiej łąki by kontynuować w domowej kuchni lub szkolnej pracowni. Do wykorzystania w terenie polecam w szczególności kilka doświadczeń o glebie, wodzie i fotosyntezie.

Zaletą książki są nie tylko propozycje doświadczeń i dobre opisanie wykonania – niczym w książce kucharskiej. Znajdują się także omówienia, ciekawostki i inne informacje, poszerzające wiedzę o przyrodzie. Nie chodzi przecież o efekt wow, ale zachętę do obserwacji i dalszego zgłębiania tajemnic przyrody.

Zatem weź książkę i idź na trawnik pod blokiem, na skwer, do parku. Siądź i czytaj, najlepiej dzieciom. Rozbudź w nich pasję czytelniczą i ciekawość świata. Skąd wziąć dzieci na podwórku, gdy siedzą w domu przed komputerami lub tabletami? Poszukaj ich w przedszkolu albo „wypożycz” od sąsiadów. Razem z sąsiadami. Bo może ktoś upiecze ciasto lub zrobi domową lemoniadę. A może uda się zjeść coś z łąkowych chwastów? To także pretekst by sięgnął po odpowiednią literaturę faktu.

Biblioteka pod szpileczką i pierwszy Warmińsko-Mazurski Molariusz

sczachor

malowanie_na_szkleŚwięta spędziłem na Mazowszu. W oczy kłuły tłumy ludzi z plastikowymi reklamówkami. Jednorazowymi opakowaniami, które za chwilę lądują w koszu. Bogate społeczeństwo? A w pojemnikach na śmieci dużo nieposegregowanych odpadów. Pojemniki do segregacji stoją obok.... Duża, jednorazowa konsumpcja. A kto bogatemu zabroni? Jest to raczej brak nawyków odpowiedzialności za środowisko wokół nas niż bogactwo. W wielu miejscach publicznych powycinane drzew lub pokaleczone „przycinaniem”. Brak elementarnej wiedzy przyrodniczej i ogrodniczej rzuca się w oczy. Jakaś archaiczna, chłopsko-folwarczna mentalność bezrefleksyjnego „panowania” nad przyrodą i eksploatowania. Bo mogę…. moja chata z kraja...

Książka jest spotkaniem z drugim człowiekiem. Można uczyć się na błędach (i sukcesach) nie tylko swoich. Nawet jeśli przemyślenia o świecie ubrane są w literacką fikcję. Dobra fikcja jest prawdziwa… bo jest modelem, uogólnieniem świata. Tak jak teoria naukowa. Tyle tylko, że trudniej ja poprawnie i jednoznacznie interpretować.

Odwiedziny bibliotek to przemyśliwanie lektur na nowo, szukanie ich aktualnego wydźwięku i kontekstu. Lalkę Bolesława Prusa – tak jak i wiele innych szkolnych lektur – przeczytałem ponownie w wieku mocno dojrzałym. Niby te same książki, ale zupełnie co innego z nich wyczytałem. Dostrzegłem nowe treści, na co innego zwróciłem uwagę. Tak, to prawda, świat postrzegamy przez pryzmat własnego wnętrza (systemu wiedzy i wartość) i przez pryzmat własnych doświadczeń.

Romantyzm czy praca u podstaw, pozytywizm Wokulskiego? Coraz mocniej skłaniam się do pozytywistycznej pracy u podstaw, w wielu wymiarach, także i w odniesieniu do edukacji prośrodowiskowej (ekologicznej).

Zamknięcie biblioteki Zielińskich w Płocku to poważny uszczerbek w kulturze lokalnej. Różne instytucje pożałowały pieniędzy na utrzymanie otwartej biblioteki i udostępnianie bogatych zbiorów. Kiedyś podarowanych pro publico bono. Zbiory i budynek są… tyle, że zamknięte. Potrzeba szukania nowego pomysłu, żeby przekonać społeczeństwa i polityków, że biblioteki są ważne. Bo nie każdy dostrzega ekonomiczny wpływ kultury. Wiedzy niby nie widać, ale jej efekty to już i owszem.

Nie samym chlebem człowiek życie – ludzie potrzebują sensu. I zrozumienia otaczającego nas świata. W zmieniającym się świecie różne biblioteki (a w zasadzie pracujący tam ludzie – kapitał ludzki!) wymyślają nowe funkcje i nowe formy udostępniania wiedzy oraz organizowania kontaktu człowieka z człowiekiem (także za pośrednictwem książek i czasopism). Na przykład w Przasnyszu Biblioteka organizuje różne spotkania, np.  20 kwietnia 2017 r., w ramach Klubu Rękodzieła „Biblioteka pod szpileczką”, odbędzie się malowanie starych butelek i słoików (czytaj także Przez szkło butelek, w przasnyskiej bibliotece).

Z kolei Biblioteka Uniwersytecka UWM, w ramach Tygodnia Bibliotek), zaprasza w maju na plenerowe malowanie Warmińsko-Mazurskiego Molariusza (zobacz szczegóły), na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej. Pomalowane zostaną stare, mazurskie dachówki. Ale jedna dachówka przyjechała aż z Umbrii, z Włoch, gdzie narodziła się idea wolnego życia cittaslow. 

12 maja 2017 r. (zobacz więcej /) spotkamy się by malować mole książkowe. Tak powstanie pierwszy Warmińsko-Mazurski Molariusz. Spotkamy się, by w otoczeniu wiedzy niespiesznie rozmawiać, malować i popijać herbatę. Rozmawiać będziemy o literaturze, różnorodności biologicznej i … o ekologii moli książkowych. Wstęp wolny, każdy może przyjść.

W czasie Tygodnia Bibliotek spotkamy się na tarasie Biblioteki Uniwersyteckiej UWM w Kortowie, by pomalować stare dachówki. Dachówki będą tutejsze, ze starego siedliska. One dużo widziały, dużo pamiętają. Może i ze 100 lat mają. Tym razem namalujemy mole książkowe, tak jak sobie wyobrażamy. Powstanie Molariusz (tak jak bestiariusz), który eksponowany będzie na specjalnym stelażu przed Biblioteką (obecnie są tam dachówki z bioróżnorodności Warmii i Mazur).

Spotkamy się, by przy malowaniu rozmawiać o książkach, czytaniu, molach książkowych. Studenci kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze przygotują kilka opowieści o własnych molach książkowych. W dowcipnej opowieści przedstawią swojego mola, jego biologię, budowę (zilustrowaną malunkiem na dachówce), opowiedzą jaki tryb życia prowadzi, w jakim siedlisku spotkać go można, opowiedzą o powiązaniach z innymi gatunkami. Będzie więc to ekologia moli książkowych. A przy okazji bioróżnorodność lokalna i fantastyczna.

Przyjdź, dachówki i farby już będą czekały. Można zabrać ze sobą jakieś ciasto lub coś do zjedzenia, by podzielić się z innymi. Konieczny dobry humor. A malować każdy potrafi. Pomożemy w razie czego. Można oczywiście przynieść własną dachówkę, o niezwykłej historii. I o niej, przy malowaniu opowiedzieć. Ja przyniosę ze sobą dachówkę z gminy Vafabbrica (Włochy, Umbria), przywiezioną przez Panią Prof. Małgorzatę Chomicz. Została znaleziona w miejscu starego klasztoru. Klasztoru już nie ma, zostało po nim trochę dachówek i figura na skale.

Dachówka z Umbrii, cittaslow i Molariusz Warmińsko-Mazurski

sczachor

Na plenerowe malowanie na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej dachówka przyjechała aż z Umbrii (na zdjęciu obok). Z Włoch, gdzie narodziła się idea wolnego życia cittaslow. W czasie lata, w Reszlu – pierwszym miasteczku cittaslow w naszym regionie – także będzie malowanie dachówek. Ale my 12 maja 2017 r. (zobacz więcej) spotkamy się by malować mole książkowe. Tak powstanie pierwszy Warmińsko-Mazurski Molariusz.

Spotkamy się, by w otoczeniu wiedzy niespiesznie rozmawiać, malować i popijać herbatę. Rozmawiać będziemy o literaturze, różnorodności biologicznej i … o ekologii moli książkowych.

Wstęp wolny, każdy może przyjść. W czasie Tygodnia Bibliotek spotkamy się na tarasie Biblioteki Uniwersyteckiej UWM w Kortowie, by pomalować stare dachówki. Dachówki będą tutejsze, ze starego siedliska. One dużo widziały, dużo pamiętają. Może i ze 100 lat mają. Tym razem namalujemy mole książkowe, tak jak sobie wyobrażamy. Powstanie Molariusz (tak jak bestiariusz), który eksponowany będzie na specjalnym stelażu przed Biblioteką (obecnie są tam dachówki z bioróżnorodności Warmii i Mazur). Spotkamy się, by przy malowaniu rozmawiać o książkach, czytaniu, molach książkowych. Studenci kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze przygotują kilka opowieści o własnych molach książkowych. W dowcipnej opowieści przedstawią swojego mola, jego biologię, budowę (zilustrowaną malunkiem na dachówce), opowiedzą jaki tryb życia prowadzi, w jakim siedlisku spotkać go można, opowiedzą o powiązaniach z innymi gatunkami. Będzie więc to ekologia moli książkowych. A przy okazji bioróżnorodność lokalna i fantastyczna.

Przyjdź, dachówki i farby już będą czekały. Można zabrać ze sobą jakieś ciasto lub coś do zjedzenia, by podzielić się z innymi. Konieczny dobry humor. A malować każdy potrafi. Pomożemy w razie czego. Można oczywiście przynieść własną dachówkę, o niezwykłej historii. I o niej, przy malowaniu opowiedzieć.

Ja przyniosę ze sobą dachówkę z gminy Vafabbrica (Włochy, Umbra), przywiezioną przez Panią Prof. Małgorzatę Chomicz. Została znaleziona w miejscu starego klasztoru. Klasztoru już nie ma, zostało po nim trochę dachówek i figura na skale.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci