Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : filozofia-przyrody

Cisza i samotność sprzyjają mądrości

sczachor

reszel_butelki

"Cisza i oderwanie wyostrzają uwagę i pozwalają łatwiej dostrzegać rzeczywistą wartość spraw i rzeczy.

Cisza i samotność sprzyjają mądrości. Trzeba umieć milczeć, by mieć coś do powiedzenia i przynajmniej od czasu do czasu pobyć w samotności, by zdobyć umiejętność bycia pośród ludzi."

ks. Adam Boniecki, Tygodnik Powszechny nr 13 (3585), 25 marca 2018

 

Zdjęcie z letniego pleneru w Reszlu, 2017, miasteczko cittaslow.

W pogoni za poklaskiem staczamy się w otchłań absurdu i nienawiści

sczachor

 29340141_10214283012102570_4551243112460047067_nCzłowiek ma sens jedynie wśród ludzi. Bo jesteśmy gatunkiem społecznym. Naukowcy zupełnie niedawno odkryli znaczenie inteligencji społecznej oraz emocji. Okazało się, że nie tylko IQ jest w życiu człowieka ważne. Równie ważna jest komunikacja oraz budowanie więzi. W sumie to ludzkość wiedziała o tym od bardzo dawna, teraz tylko neurobiolodzy i antropolodzy wskazali na biologiczne i ewolucyjne podłoże tych zjawisk.

Jak budowane jest poczucie więzi i wspólnoty? Można na różne sposoby. Czasem na przykład przez wymyślanie wrogów i budowanie języka nienawiści. Wspólny wróg spaja grupę (przykład na ilustracji obok, skan z komentarzy internetowych). Tak było przez setki tysięcy lat. Ale strategia ta skuteczna była w hordach i grupach, żyjących na poziomie łowców i zbieraczy. Osiadły tryb życia oraz powstawanie coraz większych społeczeństw wymusiło wymyślanie innych mechanizmów spajających coraz większą grupę. Niemniej atawistyczne cechy tkwią w nas głęboko i często przypominają o sobie. Budowanie wspólnoty przez wskazywanie wrogów i na nich skierowany język nienawiści owszem spaja, ale nie za mocno i niestety na krótko. Zwłaszcza w dużych społecznościach. Na dodatek skutki uboczne są bardzo szkodliwe dla samej społeczności.

Kilka dni temu szukając informacji o książce „Eksperyment”, wpisałem kilka słów kluczowych i przypadkiem trafiłem na stronę, udającą serwis informacyjny. Zamieszczony tekst pana Jaśkowskiego nie był nowy, ukazał się kilka miesięcy temu (także i w innym miejscu). Z tym panem miałem już nieprzyjemność „spotkać” się w internecie, przy okazji protestu studentów. Pan Jaśkowski swoje „rewelacje” i ataki personalne umieszcza w różnych miejscach – tam gdzie wydrukują. A dotyczy to serwisów bardzo niskich lotów, stron prywatnych i najpewniej zawodowych troli (produkujących faktoidy).  

Nie będę polemizował z bzdurami (wcześniej już o tym nieco napisałem), które ten pan wypisuje, ani z jego atakami personalnymi. Na jedno chciałbym zwrócić uwagę. Ten pan jest doktorem nauk medycznych. A więc musiał odebrać podstawowe wykształcenie biologiczne i medyczne oraz zapoznać się z metodologią naukową. Jakim więc cudem teraz wypisuje wierutne bzdury o nie istnieniu wirusa odry (skan niżej), powołując się na wyrok sądu w Niemczech? O istnieniu lub nieistnieniu jakiegokolwiek gatunki nie rozstrzygają żadne sądy ! Sprawdziłem, o co chodziło z tym wyrokiem. Zmanipulowana informacja i mocno przekręcona. Wcześniej wykorzystywana była przez innego „guru” antyszczepionkowców (i zwolenników innych teorii spiskowych). Najwyraźniej pan Jaśkowski pozazdrościł sławy i chciał doszlusować do „celebrytów”. Chyba nie sprawdzał prawdziwości i sensu tegoż wyroku "o nie istnieniu wirusa", powodującego chorobę. A sprawa w sądzie dotyczyła obiecanej nagrody. Jakiś nawiedzony antyszczepionkowiec w Niemczech obiecał dużą sumę pieniędzy dla tego, kto wskaże publikację, udowadniającą istnienie wirusa odry. To miał być dowód na nie istnienie, bo skoro nikt się nie zgłasza po łatwe pieniądze, to na pewno nie ma wirusa. I jakiś człowiek zgłosił się, przedstawiając kilka publikacji. Oczywiście obiecanych pieniędzy nie otrzymał, zgłosił więc sprawę do sądu. Wyrok niestety zapadł niekorzystny, bo jakkolwiek publikacje dowodziły niezbicie istnienie chorobotwórczego wirusa odry, to nie w jednej publikacji. A kruczek adwokacki był taki, że miało być w jednej publikacji. I teraz niektórzy antyszczepionkowcy, w tym pan Jaskowski, powołują się na ten wyrok jako dowód na nieistnienie wirusa... Sprawa sądowa dotyczyła jednak niewypłacenia obiecanych pieniędzy a nie wirusa jako takiego. Ale "ciemny lud" każdą bzdurę kupi (bez weryfikacji), jeśli jest z odpowiednim zadęciem zakomunikowana.

A zatem dlaczego? Myślę, że dla poklasku i bycia przez moment w centrum społecznej uwagi jakiejś grupy? Możliwe, że pisanie wierutnych bzdur przez pana Jaśkowskiego wynika z samotności starszego człowieka. I jak w każdym odzywa się potrzeba bycia wśród ludzi, w grupie. A jeśli do tego ktoś słucha/czyta czy pokazuje swoją uwagę… to mówca czuje się ważnym. Uznanie w grupie jest jak narkotyk – wciąga i uzależnia. Potrzeba kolejnych dawek uznania, i biedny człowiek brnie w coraz większe bzdury. Emocje przesłaniają zdolność do analizowania wiarygodności faktów. I pan Jaśkowski wypowiada kolejne kwestie, by być słuchanym. Osamotniony, stary człowiek, szukający więzi z ludźmi. Już bez hamulców, bez samokrytyki? I jak widać po komentarzach w załączonym wyżej fragmencie, agresja rodzi jeszcze większą agresję. Złe myśli i faktoidy roznoszą się jak chorobotwórcze wirusy i jak plotki.

Komentarze jeszcze bardziej smutne. Efekt narastającego języka nienawiści i budowania wspólnoty przez nienawiść do wroga (rzeczywistego lub całkowicie wymyślonego). Napędzająca się wzajemnie grupa w poszukiwaniu więzi i społecznego uznannia. Na jak długo to będzie spajać? I jakie skutki samej grupie przyniesie? Jak się zużyje jeden wróg, to skoczą sami sobie do gardeł. Albo zaintersują się kolejną teorią spiskową....

Bezrefleksyjne teorie spiskowe... są efektem społecznego mózgu człowieka. Być unikalnym strażnikiem tajemnicy (teoria spiskowa) i mówić/pisać tak, by ktoś słuchał. Wtedy mówca czuje wieź społeczną, czuje się dobrze.Tak też można, ale nic dobrego z takiej strategii nie powstaje. Rośnie frustracja. 

Ostatnio pokazane badania wskazują, że spadła sympatia Polaków do wszystkich narodów (badanych). A ciekawe jak z sympatią do nas samych? Chyba też ten sam język nienawiści, kreowany przez liderów partyjnych i usłużne media. Dla chwilowego zysku. Ale jest jak z piciem wódki, chwilowa poprawa humoru... a poten duży kac z bólem głowy. Społecznie w Polsce ten "kac" jest coraz bardziej odczuwany w postaci rosnącej niechęci do innych i samych siebie (ciągle trzeba wynaleźć nowego wroga by mieć kogo nienawidzieć).

Chorobotwórcze wirusy czy bakterie mogą być przyczyną dużych epidemii. W przeszłości wielkie epidemie dziesiątkowały ludność Europy (ale i zapewne innych kontynentów też). Język nienawiści osłabia całe społeczności, nasila agresję, która przybiera nierzadko fizyczną postać… a czasem wojny i ludobójstwo. Niech przykładem będzie antysemityzm i Holokaust. A jeśli spojrzymy na współczesny świat to w każdym dziesięcioleciu znajdziemy przemoc i ludobójstwo z nienawiści do najprzeróżniejszych grup społecznych, etnicznych czy wyznaniowych. 

A na koniec mały cytat, odnoszący się do rocznicy marca 1968 i przemówienia Gomułki "(...) szybko zobaczymy, że znacznie więcej miejsca poświęcił atakowi na inteligencję, zwłaszcza na niepokornych pisarzy, niż na syjonistów. Dziś, gdy nie brakuje polityków szczujących "zwykłych ludzi" na  elity za rzekome - jak się mówiło w PRL - "oderwane od mas", warto o tym przypomnieć." (Prof. Dariusz Stoła, Tygodnik Powszechny,  nr 11.2018, artykuł "Kraj, w którym nie mogli być Polakami", 

Szczepionki bronią nas przed epidemiami. A co nas obroni przez nienawiścią? Jakie "szczepionki" duchowe? I żeby uchronić przed epidemią potrzebna jest duża "wyszczepialność". 

29386647_10214283011982567_8802529386784944496_n

Żeberka kurze i piwo bez GMO czyli współczesne fobie i marketing

sczachor

piwo_GMOMarketingowiec sprzeda klientowi wszystko, czego ten sobie zażyczy. A przynajmniej to, czego oczekuje. Reklamy produktów w dużym stopniu pokazują to, co w danym czasie i danym społeczeństwie jest modne lub ważne. A do zdrowia przywiązujemy dużą uwagę. Tu dochodzimy do cudownych recept. Kiedy swego czasu nauka i technika były modne (i święciły swoje sukcesy), towary i lekarstwa reklamowane były jako najnowsze, nowoczesne, amerykańskie itd. Kiedy w modzie science ustąpiło fantazy, odnotowaliśmy powrót do „natury” i starodawnych przepisów, czasem egzotycznych, czasem miejscowych. Pojawiły się więc produkty „babuni”, „dziadunia” (symbolicznie nawiązuje do czegoś ludowego i starego), dawne receptury, „bez chemii” itd.

Kwintesencją marketingowca jest pewna góralka, która gdy usłyszała, że Szymborska dostała Nobla odrzekła „Aaa, na nobla to najlepsze świstacze sadło”. Nasz klient nasz pan a od dawna wiadomo, że cudowne lekarstwa dobre są na wszystko.

Kiedy ukazało się dużo informacji o zawałach, chorobach wieńcowych i przyczynach je wywołujących, w tym enigmatyczne dane o cholesterolu, pojawiły się produkty bez cholesterolu i usuwające cholesterol. Pośród informacji prawdziwych były i informacje mocno podkoloryzowane. Bezcholesterolowe na etykiecie były także produkty z zasady nie zawierające cholesterolu (np. oleje roślinne). Każdemu to, czego potrzebuje. Pojawiła się moda na wędliny drobiowe (jako zdrowsze), to i można było znaleźć żeberka kurze lub żeberka drobiowe (nie pamiętam dokładnie nazwy). Coś dla smakoszy uwielbiających żeberka… ale żeby czuli się bardziej zdrowo to mogą kupić przecież żeberka drobiowe, czyli zdrowsze niż te tradycyjne, wieprzowe (dla jasności dodam, że o żadne żeberka z drobiu nie chodziło). Wystarczy tylko dobrze nazwać towar i już lepiej się sprzedaje? Ignorancja kupujących i spryt marketingowców.

Ostatnio modne jest GMO a w zasadzie produkty bez GMO. Szczytem jest chyba sól kamienna z dopiskiem na etykiecie „bez GMO” (towar zagraniczny, widziałem gdzieś w internecie). Ale i my dzielnie walczymy na tej niwie. Poza wieloma sytuacjami, gdzie taka informacja jest sensowna, są i liczne, gdzie napis „bez GMO” jest przykładem cwanego marketingu nakierowanego na głupotę kupujących. Nasz klient nasz pan?

Wcześniej pisałem o serku bez GMO (Serek wolny od GMO – rzecz o informacji zbędnej i bałamutnej). Kilka dni temu moją uwagę wzbudziło piwo „bez GMO”. Samo piwo mocno mnie zaciekawiło. Żołędziowe – pomyślałem, że może jako goryczki użyto żołędzi zamiast chmielu (na Warmii swego czasu odtworzono piwo lawendowe, które kiedyś warzono z braku chmielu). W jakimś stopniu może nawiązuje to do dawnych prób kulinarnego wykorzystywania dębowych żołędzi. Nasi przodkowie jedli żołędzie w czasach głodu. Nigdy jednak dębów ludzie nie poddali skutecznym zabiegom hodowlanym by wyselekcjonować odmiany bez dużej ilości substancji gorzkich. Żołędzie nie weszły do naszego menu, choć teoretycznie mogły. Piwo nie było rewelacyjne, ale potraktowałem jako sympatyczną ciekawostkę i odskocznię od ujednoliconych smaków dużych kompanii piwowarskich. Małe browary wzbudzają moją ciekawość i sympatię, raz że są lokalne, dwa że są mocno zróżnicowane smakowo (ich produkty, a nie same browary).

Czar sympatii prysł, gdy obejrzałem etykietkę (był jednak chmiel, więc nie wiem po co dodawano żołędzi). Z przodu była obszerna informacja o powrocie do tradycji i kilkuletnich staraniach przywrócenia starej receptury (czy aby na pewno jest to stara receptura? Bo może to po prostu współczesne eksperymenty? Eksperymentować warto, tylko po co udawać, że to jakieś odtwarzanie tradycji?). Ale z tyłu znalazłem godny pochwały dokładny skład co do słodu, żołędzi, chmielu i drożdży. Zaniepokoił mnie dopisek „bez GMO”. Odnosił się do drożdży. Co ma GMO do piwa? I dlaczego ma być niby bez GMO? Teoretycznie jakieś organizmy modyfikowane genetycznie mogły by być wykorzystywane do produkcji. Ale w czym to miałoby upośledzać produkt? Współczesny zabobon „szkodliwego” GMO?

Zaletą etykiet jest to, że podają zawartość produktu. Można się dowiedzieć dużo o produkcie. I można być świadomym konsumentem: wiedzieć co się je i wiedzieć jaki potencjalnie wpływ wywiera się na biosferę (efekt cieplarniany, zrównoważona gospodarka, uczciwa płaca itd.). Tyle, że ten dopisek „bez GMO” wydał mi się bałamutny i nic nie wnoszący. Ot taka moda i odczynianie uroków (browar stracił w moich oczach, bo traktuje klienta jak niedouczonego idiotę).

Skoro jest informacja o drożdżach, to łatwo było sprawdzić co to za jedne: Drożdże US-05 "Drożdże suche, górnej fermentacji. Wyselekcjonowane w Stanach Zjednoczonych. Nadają piwu lekki i orzeźwiający smak. Polecane do piw w stylu amerykańskim". Teoretycznie mogą być organizmy modyfikowane genetycznie i wykorzystywane w fermentacji. Ale przecież proces hodowli i udomawiania roślin i zwierząt przez tysiąclecia aktywności ludzkości polegał na modyfikowaniu genetycznym i selekcjonowaniu nowych, lepszych odmian i ras. W czym metody biotechnologiczne miałyby być gorsze lub mniej „naturalne”?

Wróćmy jeszcze do opisu użytych drożdży, o których znalazłem więcej informajci: „Drożdże (Saccharomyces cerevisiae), Czynnik rehydratacyjny (emulgator) E491 (…), Ilość żywych komórek: > 6 x 109 / gram, bakterie ogółem*: < 5 / ml, bakterie kwasu octowego *: < 1 / ml, Lactobacillus*: < 1 / ml, Pediococcus*: < 1 / ml, dzikie drożdże inne niż Saccharomyces*:< 1 / ml, patogenne mikroorganizmy: zgodnie z regulacjami”  Źródło: https://www.piwo.org/forums/topic/954-fermentis-safale-us-05/

Wyszukałem także informacji o producencie tych drożdży piwowarskich „Założona w 1853 r. przez Louisa Lesaffre w Marcq-en-Baroeul, Północna Francja, Grupa Lesaffre jest obecnie światowym liderem w produkcji drożdży oraz ekstraktu drożdżowego. Aktywność Grupy koncentruje się na rynku piekarskim. Grupa rozwinęła szeroką gamę produktów związanych z przemysłem fermentacyjnym: drożdże, zakwasy i pochodne takie jak polepszacze do pieczywa. (…).Louis Lesaffre (1802-1869), współczesny Pasteur’owi, założyciel Grupy, która nadal istnieje pod jego nazwiskiem, szybko zainteresował się tymi nowymi odkryciami. Uzyskawszy rozległe doświadczenie w zakresie fermentacji ziarna, założył fabrykę świeżych drożdży we Francji. Był jednym z pionierów przemysłu drożdżowego, wraz z Baronem Max de Springer i aktywnie przyczynił się do rozwoju rzemiosła piekarskiego. Drożdże stały się podstawą do dalszego rozwoju firmy oraz dywersyfikacji rodzinnego biznesu. Przez pokolenia, firma Lesaffre stopniowo rozwijała się, by w końcu stać się główną Grupą w biznesie specjalizującą się w biotechnologii.http://www.lesaffre.pl/firma/lesaffre-na-swiecie

Po co ten dopisek „bez GMO”, skoro podano nazwę szczepu, co umożliwia nie tylko odszukanie producenta ale i dokładnej charakterystyki mikrobiologicznej? Dla zaznaczenia, że to piwo jest „eko-koszerne”? Ale przecież brakuje informacji znacznie istotniejszych.

W dyskusji faceboowej o wspomnianym piwie ktoś mi zwrócił uwagę, że „Informacja na etykiecie, że dany surowiec jest bez GMO, jest wymogiem prawnym w produktach z certyfikatem EKO o ile nie istnieje na rynku dany surowiec w jakości EKO.” Tyle tylko, że na etykiecie nie było żadnych znaków z certyfikatami „eko” (słowo wytrych, więc to konkretne certyfikaty mają znaczenie). Może chodzi o certyfikat żywności ekologicznej ? Owszem wymogiem europejskiego certyfikatu żywności ekologicznej jest to, że do produkcji takiej żywności nie wykorzystuje się organizmów GMO. Ale ważne jest spełnienie także innych warunków, w tym "Specjalnie traktowane są też rośliny oraz gleba, w której rosną. Przede wszystkim ograniczone jest stosowanie nawozów i środków użyźniających glebę." I to ma sens, bo sporo różnych np. chemioterapeutyków dostaje się z gleby do roślin, nie wspominając o chemicznych środkach ochrony roślin. I co mi z bałamutnej informacji, że drożdże bez GMO (jakby w jakiś sposób GMO mogło szkodzić zdrowiu), jeśli nie wiem nic o zbożach i o chmielu, jak były uprawiane i czy nie zawierały różnych chemioterapeutyków, pestycydów czy innych substancji, których tak nie powinno być?

Dla gawiedzi jest „bez GMO”, a to co naprawdę ważne, jest zatajone lub nieznane. Znacznie ważniejsza byłaby dla konsumenta informacja czy roślinny (zboża i chmiel) pochodzą z upraw biodynamicznych oraz czy badane były pod kątem ewentualnej zawartości chemioterapeutyków lub innych zanieczyszczeń cywilizacyjnych a niepożądanych.

Nawiązując do starej gaździny to można powiedzieć, że na GMO to najlepsze jest świstacze sadło. Najlepiej syntetyczne bo świstaków żal.

Czy pierwouste mówią ludzkim głosem w Wigilię?

sczachor

Stajenka_betlejemskaLudowa tradycja głosi, w Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem. Ale które? Czy tylko te, co były w stajence betlejemskiej w czasie narodzin Zbawiciela? Jak poglądowo przedstawiono na załączonej ilustracji, w stajence na pewno było więcej zwierząt niż tylko wół, osioł i inne zwierzęta gospodarskie. Były i roztocza najróżniejsze, zapewne wiele owadów, zapewne różne pasożyty. Bogaty zwierzyniec. Które zatem mogą mówić ludzkim głosem?

Czy jak ma się pragębę to można mówić? Mam na myśli pierwouste. W zasadzie istnieją od ponad 100 lat. To znaczy istnieją od wielu milionów lat na Ziemi, ale dopiero w 1908 roku Karl Grobben nadał im nazwę. Czyli dopiero od tamtego roku istnieją w naszej świadomości. Najpierw w nauce a potem przedostały się do programów szkolnych. I teoretycznie powinniśmy o nich pamiętać.

Pamiętacie, że istnieją pierwouste i wtórouste? Było o tym w szkole. Możliwe, że jeszcze za krótko pojęcie funkcjonuje aby zagnieździło się w tradycji ludowej (popularnej i powszechnej). Może jednak z czasem… coś nowego i ożywczego przedostanie się do ludowej (popkulturowej) opowieści bożonarodzeniowej.

Ciekawe więc o czym w Wigilię ludzkim głosem rozmawiają pierwouste. Jest to jakby nie było szansa dla współczesnych mieszczuchów – bo gdzież oni znajdą stajnię, oborę czy chlew, by podsłuchać o czym zwierzęta (krowa, koń, świnia to zwierzęta wtórouste, tak jak i my) rozprawiają? Ba, a czy współczesny mieszczuch wie czym się różni obora od stajni czy chlewa? Tak więc łatwiej będzie spotkać w mieście pierwoustego zwierzaka. Tylko najpierw trzeba wiedzieć kto on zacz, ten pierwousty.

Nazwy i systematyka to sposób porządkowania złożonej rzeczywistości. Nie tylko nazwy gatunkowe ale i wyższe grupy systematyczne porządkują naszą rzeczywistość. Grupujemy organizmy według jednakowych cech. Są więc ssaki, kręgowce, strunowce czyli wtórouste. To nasza syntetyczna wizja różnorodności biologicznej i ich ewolucji. Tak też w 1908 roku pojawił się podział zwierząt dwubocznych (Bilateria) na pierwouste i wtórouste. Dwa klady, które się kiedyś w historii życia na Ziemi rozeszły. Ale przecież ciągle ze sobą współistnieją w ekosystemach wszelkiego rodzaju. Nie jesteśmy sami.

Pierwouste zwane także po polsku jako pragębowce, pierwogębe a w języku nauki Protostomia, to  grupa (zoolodzy mówią klad – co niesie za sobą sporą treść ewolucyjną) zwierząt dwubocznie symetrycznych, u których „w rozwoju embrionalnym nie wytwarza się wtórny otwór gębowy, a otwór prowadzący do jamy gastruli (pragęba) staje się w rozwoju osobniczym właściwym otworem gębowym”. Czyli pierwotna „gęba” dalej służy temu samemu. Inaczej jest u wtóroustych (Deuterostomia), u których pragęba staje się otworem odbytowym. Otwór gębowy zawiązuje się na nowo, jest wtórny. Stąd nazwa - wtórouste. I my, jako ssaki, do wtóroustych się zaliczamy.

A jakie zwierzęta zaliczamy do pierwotnych? I jakie spośród nich mogły być w stajence, choć ich nie dostrzegamy zazwyczaj? Na pewno stawonogi (owady i pajęczaki), zapewne pasożytnicze płazińce, zapewne i niesporczaki. Wtórouste, takie jak wół czy osioł to w ludowej tradycji mówią w Wigilię ludzkim głosem. Ale może warto pogłębiać i poszerzać ludowa tradycję. Wszak nauka to część kultury.

Ale czy wiecie, że u wtóroustych otwór gębowy w rozwoju zarodkowym pojawia się wtórnie w innym miejscy niż pragęba? Można powiedzieć, że pierwouste są bardziej pierwotne. Mają jakieś pierwszeństwo, zaznaczone w planie budowy. Może więc one jako pierwsze powinny w Wigilię przemawiać? O czym by powiedziały w tę świętą noc?

Wiedza ma tę moc, która pozwala zobaczyć, dostrzeć znacznie więcej. A co Ty byś w imieniu pierwoustych powiedział? W kontekście nocy wigilijnej.

 

Czytaj także: Wtórouste – ekstrawagancja i nonkonformizm naszego przodka

Creatonotos gangis potwór, który nie jest taki straszny i truciznę zmienia w afrodyzjak

sczachor

gangis7Kiedy na początku listopada znajomy podrzucił mi zdjęcie i krótki filmik tego niesamowitego owada, to w pierwszej chwili pomyślałem, że to jakaś mistyfikacja. Takie coś to przecież nie może żyć. Bo jakby się taki motyl poruszał a zwłaszcza fruwał? Może ktoś do odwłoka motyla nocnego coś po prostu przyczepił? A może jakiś pasożyt? Zdjęcie łatwo byłoby zmanipulować, ale filmik nakręcony telefonem komórkowym?

Nie ma rady, zaciekawiony zacząłem szukać. Tylko jak? Nie znam ani tej ćmy ani nazwy. Jak szukać? Ale można szukać podobnych zdjęć przez wyszukiwarkę Google. Już po kilku sekundach kilka podobnych się ukazało na monitorze. Na początku listopada informacji w sieci było niewiele, w tym sporo mało precyzyjnych a wręcz błędnych. Te dziwne struktury znalazłem opisane w kilku miejscach jako „włochate odnóża”. W innych miejscach spotkałem określenie „włochate ołówki”. Współczesne owady w stadium imago nie mają odnóży odwłokowy, tym bardziej tak dużych. Cóż to więc za struktury? Po dwóch tygodniach w sieci znalazło się już kilka filmików i dużo więcej informacji. W tym całkiem sensownych i dobrze opisanych. To pierwszy fenomen jaki dostrzegłem w związku z tym owadem: szybka odpowiedź na zapotrzebowanie społeczne.

Odwłokowe przydatki okazały się nie odnóżami i na dodatek uwypuklają się (są jakby nadmuchiwane, lecz mechanizm wynicowania inaczej przebiega niż „nadmuchiwanie") tylko na relatywnie krótko, potem znowu wnicowują. Zatem samce wcale z tymi mało wygodnymi „wyrostkami” na co dzień nie paradują. A więc nie przeszkadzają im ani w locie, ani w „życiu”. Niemniej ćma, która wywołała duże zainteresowanie społeczne w mediach społecznościowych, jest sporą ciekawostką, wartą opisania.

Znacznie ciekawszym elementem w biologii tego owada jest to, jak potrafią zamienić truciznę w afrodyzjak. Oszczędność metabolizmu i finezja ewolucji. O tym będzie niżej. Cierpliwości.

Niezwykły owad o nazwie Creatonotos gangis okazał się ćmą z rodziny niedźwiedziówkowatych (Arctiidae), znany był od dawna entomologom. Duże zainteresowanie pojawiło się po opublikowaniu krótkiego filmiku na portalu społecznościowym. Opisany został przez Linneusza w 1763 roku pod nazwą Phalaena gangis. Późniejsze synonimy to: Creatonotos continuatus Moore, 1877, Noctua interrupta Linnaeus, 1767 i Creatonotos flavoabdominalis Bang-Haas, 1938 (nazwisko i rok po nazwie gatunkowej oznaczają autora lub autorów i rok opisania, publikacji – pełna nazwa gatunkowa zawiera właśnie nazwisko lub skrót i rok). Wymienieni wyżej naukowcy raczej widzieli owady zasuszone, spreparowane i na ich podstawie dokonywali opisu. I dlatego nie dostrzegli tych „owłosionych ołówków”. Dlaczego? O tym za nieco niżej.

Rodzina niedźwiedzówkowatych występuje także w Polsce. Wiele z nich to pięknie ubarwione motyle nocne, gąsienice są zazwyczaj mocno owłosione (te liczne włoski to obrona przed drapieżnikami – nie wszystkie ptaki chcą jeść takie włochate i kłujące stworzenia).

Creatonotos gangis żyje w Azji południowo-wschodniej i zachodniej Australii. „Wygląda trochę jak połączenie stonogi, gąsienicy i ćmy.” Tak określano w różnych miejscach w sieci owego motyla. Swoją drogą skoro zdobył już taką sławę, to powinien doczekać się polskiej nazwy. W „Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych ...” Erazma Majewskiego z 1894 roku znajdują się polskie nazwy dla gatunków z rodzaju Phalaena. Nazwa rodzajowa jest opisywana jako: ćma, miernica, zanocnica. Konkretne gatunki już z nazwami takimi jak jedwabnik, prządka, wierzbowiec, mniszka itd. Phalaena gangis nie występuje. Ani kolejny synonim Noctua interrupta. Trzeba więc ukuć nazwę polską.

Te dziwne, włochate organy występują u samców, noszą nazwę coremata (organy zapachowe, nazwa pochodzi z języka greckiego i oznacza "odkurzacze do pierza"), nie są to odnóża, tak jak można znaleźć w wielu mniej profesjonalnych miejscach w sieci, obecne są na końcu odwłoka, wydzielają feromony. W Słowniku Entomologicznym Razowskiego (PWN, 1987) znajdujemy nazwę korema (corema, sacculi lateralis) „parzysta boczna kieszeń w VII, VIII i IX pierścieniu [segmencie – S.Cz.] odwłokowym samców licznych motyli, zawierająca pęk zmodyfikowanych łusek; narząd rozprzestrzeniający zapachy.” U naszego bohatera kieszeń ta może być uwypuklana na zewnątrz. Na jednym z filmików można zobaczyć jak entomolodzy z Australii, wstrzykując martwym motylom płyn, sztucznie doprowadzają do „wynicowania”. To dydaktyczna demonstracja budowy tegoż organu. Korema występują u co najmniej kilku innych gatunków, ale nie są tak duże jak u Creatonotos gangis. Stąd nie zwracały publicznej uwagi w mediach społecznościowych.

Gąsienice, brązowo owłosione, polifagiczne (czyli odżywiają się wieloma gatunkami roślin), są traktowane jako mało ważne szkodniki orzeszków ziemnych, ryżu, sorgo, kawy, słodkich ziemniaków, lucerny itd. Większe szkody mogą czynić w uprawach granatów (chodzi o drzewa z owocami granatów a nie o broń zaczepną czy obronną).

Feromony samców, produkowane w koremie, noszą nazwę hydroxydanaidal (nie znam polskiej nazwy, może jest, może hydroksydanaidal?). Jeśli w diecie larw znajdują się odpowiednie alkaloidy pirolizydynowe (gorzki smak, potencjalnie toksyczne), to dorosłe już owady produkują więcej feromonów hydroksydanaidalowych (ponad 0,4 miligrama). Jeśli w diecie gąsienic nie ma tych alkaloidów, to korema nie osiąga dużego rozmiaru i substancje zapachowe nie są wydzielane. I tu doszliśmy do trucizny, która zamieniana jest w afrodyzjak (w zasadzie feromon). To co miało odstraszać staje się niezwykle pożądane w życiu Creatonotos gangis. Feromony pozwalają odszukać partnerów do reprodukcji, nawet jeśli są oddaloni o kilka kilometrów. Chemiczna komunikacja jest potrzebna by tak małe organizmy mogły się odnaleźć w wielkim świecie. Tak jak my odnajdujemy swoje „drugie połowy” w globalnej wiosce.

Rośliny produkują alkaloidy jako truciznę, mającą odstraszyć lub choćby „zniesmaczyć” roślinożercom posiłek. Ale jak widać zawsze znajdą się jakieś ewolucyjne przystosowania do znoszenia tej trucizny. Co więcej, owady potrafią wykorzystać ją w swoim metabolizmie. Larwy gromadzą w ciele a po przepoczwarczeniu dorosłe samce wykorzystują do produkcji feromonów, zwabiających samice. Są więc ewidentnie bardziej atrakcyjne. Co cię nie zabije to cię wzmocni – pasuje jak ulał do biologii tej niezwykłej i już sławnej ćmy, Inne gatunki owadów potrafią gromadzić w swoim ciele alkaloidy (lub inną broń chemiczną roślin) przez co same są trujące dla drapieżników. Trucizna, która chroni. 

Więcej na temat ćmy Creatonotos gangis

 

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci