Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : krajowe-ramy-kwalifikacji

System klanowy, zarządzanie rozkazywaniem lub przekonywaniem oraz krajowe ramy kwalifikacji

sczachor

Polska w 2012 roku stała u progu zmian – wtedy następowało wprowadzenie Polskiej Ramy Kwalifikacji (Krajowe Ramy Kwalifikacji), co miało promować edukację opartą na rzeczywistych efektach uczenia się. Ważniejsze miało się stać nie to, jaki kurs czy studia skończyliśmy, ale to, co wiemy i co dzięki temu potrafimy zrobić. Minęły ponad dwa lata. O KrK na uczelniach mówi się dużo, ale czy rzeczywiście coś się zmieniło? Dyplomy powinny mówić o tym, co dana osoba naprawdę umie robić, a nie ile lat chodziła do szkoły czy studiowała. Miało być pięknie a wyszło jak zwykle. Dlaczego?

Para poszła w gwizdek, brak było i jest dyskusji merytorycznych i strategicznych a omawiane są szeroko jedynie sprawy techniczne i trzeciorzędne. Wysiłek skupiony jest na dopracowywaniu systemu komputerowego i obiegu dokumentów. Dlaczego tak mało rzeczywistych i oczekiwanych efektów? Moim zdaniem wynika to ze sposobu zarządzania, wielokrotnie już krytykowanego przez specjalistów nie tylko w odniesieniu do szkolnictwa wyższego. Był komunikat „macie wykonać”. Ale bez próby przekonania dlaczego to zrobić. Mus to mus, i tak zostało to zrobione. Czyli jak zwykle.

Na wszystkich szczeblach, poczynając od ministerialnego, zabrakło przekonywania co do samej istoty (w każdym razie zbyt mało do potrzeb było tego przekonywania i uzasadniania). Środowisko nie poczuło identyfikacji z zadaniem do wykonania. Identyfikacja to poczucie, że jest moje, że akceptuję i że warto. Ludzie potrzebują widzieć sens wykonywanych czynności, od sprzątania aż po edukację uniwersytecką.

Było odgórne polecenie – no to trzeba zrobić, aby się tylko w papierach zgadzało, jak będą kontrolowali. Wykonanie administracyjne, powstała uciążliwa struktura (sylabusy i system komputerowy), ale cel (jeszcze) nie został osiągnięty. Ten zasadniczy cel. Czynności i działań było dużo, aż się pot lał z czoła i złorzeczenie na zajmowanie czasu. Ale od tego mieszania w szklance herbata wcale nie robi się słodsza.

Jest jak było, tylko więcej administracyjnej i biurokratycznej pracy ma każdy nauczyciel akademicki (dużo więcej papierów i tabelek do pouzupełniania). Oczywiście bym przesadził, gdybym mówił, że nic sensownego się nie wydarzyło. Cały proces coś jednak dał: zastanawianie się nad celami. Było i jest tego jednak zbyt mało w stosunku do potrzeb. Jednak uczelnie dalej nie skupiają się na edukacji. Dlaczego?

Bo brak etosu, zaangażowania i identyfikacji, a karierę robi się w oparciu o publikacje. A nie jakąś tam dydaktykę czy jakość nauczania. Punktami mierzymy wartość publikacji. A dydaktyka? Zero zainteresowania. Jest i tyle. Niby ma być w uwzględniona postępowaniu habilitacyjnym (i innych awansach akademickich)…. Ale kto do tego przywiązuje rzeczywistą uwagę? Jak się pracuje to się jakieś zajęcia prowadzi i to wystarcza. W postępowaniu habilitacyjnym zrezygnowano nawet z wykładu w czasie kolokwium. A przecież habilitacja i wykład kiedyś dawały prawo do nauczania na uczelniach, prawo do wykładania. Bo w jakiś stopniu poświadczało kompetencje akademickie: potrafi coś zrobić nowego (dorobek naukowy) i mówić o tym (wykład). Teraz wychodzi na to, że uczyć może każdy…. I dlatego jest jak jest.

Założenia i plany były bardzo sensowne (w odniesieniu do Krajowych Rak Kwalifikacji). Zapoznałem się z nimi. Nakierowanie uwagi na cele a nie godziny i plany. Możliwość walidacji wiedzy dla osób, które nie uczęszczały na zajęcia. Tak mają (miały) być sformułowane efekty edukacyjne, aby osoba z ulicy mogła przyjść, zdać egzamin z kompetencji i otrzymać dyplom. Bo nie liczy się czas chodzenia do szkoły ale rzeczywista wiedza i umiejętności. Czyli otwiera się droga dla walidacji i kształcenia pozaformalnego. Takie podejdzie ogromnie mi się podobało. Dalej jest jednak tylko postulatem. Przecież tak jest w egzaminie na prawo jazdy – nie trzeba chodzić na kurs, można nauczyć się samemu (ekstermistycznie). Kompetencje sprawdza egzamin teoretyczny i praktyczny. I dostaje się dyplom – prawo jazdy. Dla uczelni to problem… bo musi mocno i sensownie zastanowić się, jakie efekty edukacyjne ma osiągnąć absolwent i jak to wiarygodnie sprawdzić (teraz sprawdza głównie czy chodzi na zajęcia i zalicza przedmioty). To zostało prawie całkowicie przemilczane i zostało poza powszechną dyskusją. Tkwimy w siatkach godzin, planach zajęć i sylabusach. Zbierane są dane cząstkowe ale w gruncie rzeczy nie są sprawdzane ani analizowane i nie wracają informacje zwrotne do nauczycieli akademicki. Rób coś i wypełniaj papiery. Bo w papierach ma się zgadzać. Sprawdzano czy zgadzają się trzeciorzędne szczegóły… ale nie sens, cele i zgodność z celami kierunkowymi i misją uniwersytetu.

Działalność pozorna i pozorowana, dużo pracy i wysiłku ale zupełnie poza efektem. Owszem, to bardzo duży wysiłek i wymaga dużego zaangażowania. A jeśli wydano tylko polecenie… to dlaczego pracownik, który nie identyfikuje się z założeniami i sensem tych zmian, miałby wkładać w proces swoją energię? Tym bardziej, że nie rozumie co i po co się robi. System komputerowego wybory jest odmóżdżający, mocno ograniczony (wybiera się to co najbardziej pasuje). W papierach wszystko gra, w sensie edukacji nic lub bardzo niewiele się zmieniło. Jest tylko walka o godziny – bo to walka o miejsce pracy, kosztem kolegów i koleżanek a nie dbałość o jakość finalną. Byłem ja miał godziny… a potem to choćby potop. Czy absolwent znajdzie pracę? Byle studenci na zajęciach byli…

Dydaktyka akademicka choruje tak jak cały system edukacyjny. Brak celów, brak etosu, brak poczucia misji. Pozostaje korporacyjny wyścig szczurów w indywidualnej karierze i ewentualnie w drobnych geszeftach (cwaniaczków nie brakuje w żadnej grupie zawodowej). Jakoś się w życiu trzeba ustawić. A wszystko przez kulturę pracy: wydawanie poleceń ale nie przekonywanie co do sensu. Kultura zarządza bardzo niska i rodem z feudalizmu lub autorytarnego PRLu. W konkurencji międzynarodowej z takim systemie przegramy. Już przegrywamy…

Jesteś tym, kogo znasz a nie tym co umiesz. Jest to po prostu dobieranie plemienne a nie zadaniowe. I tu i tam wybieramy (dobieramy ludzi) najlepszych… tylko cel jest inny (mój człowiek z mojego plemienia, klanu, grupy lub człowiek o najlepszych kompetencja do konkretnego zadania). W takim systemie po co są kompetencje, po co skupiać się na rzeczywistej wiedzy, umiejętnościach i kompetencja? Przecież liczy się to, z jakiego klanu jestem (stada, plemienia, hordy – tak jak przez setki tysięcy lat Homo sapiens). Widać to w samorządach, miejscach pracy, parlamencie…. Wydolność takiego systemu jest niska. Wspierasz swoich a nie kompetencje? Zysk chwilowy i ułuda zwycięstwa, bo i tak przegrasz, razem ze wszystkimi. Wyobraź sobie jazdę samochodem osobowym w daleką podróż. Kogo wybierzesz na kierowcę? Tego, kogo najbardziej lubisz (z twego klanu) czy najlepszego kierowcę? Pierwsza alternatywa da ci szybką satysfakcje i poczucie zwycięstwa… druga długofalowy spokój jazdy i bezpieczne oraz szybkie dotarcie do celu…. A czy umiesz wybierać według kompetencji? Czy to kiedykolwiek robiłeś (aś)?

c.d.n. (bo wszystkiego w krótkim tekście nie da się wypowiedzieć)

Miasto bez chodników a Krajowe Ramy Kwalifikacji

sczachor

W różnorodnych analizach, dotyczących kluczowych kompetencji w wieku XXI, podkreśla się wagę pracy zespołowej oraz sprawnej komunikacji. O wielkich zaległościach tylko w tych dwóch kompetencjach społecznych przekonujemy się na codzień. Przykładem są inwestycje w mieście i brak chodników.

Na powyższych zdjęciach jest uwieczniony fragment ulicy Obrońców Tobruku. Inwestycja zakończona jakieś 10 lat temu (albo i więcej). Do tej pory po jednej stronie całkowicie brakuje chodnika. A chodzą tamtędy codziennie setki ludzi, w tym studenci na zajęcia (w duchu złorzecząc wykonawcom i gospodarzom miasta). Na pobliskiej ulicy Iwaszkiewcza także po jednej stronie nie zaprojektowano chodnika. Ewidentny brak wyobraźni i błąd w sztuce. A przecież takich miejsc tylko w Olsztynie jest bardzo dużo.

Równocześnie w innych miejscach buduje się betonowe trawniki (np. tu i tu). Zilustrowane zdjęciami braki nie wyknikają więc z braku surowca lecz z braku m.in. umiejętności pracy zespołowej (nie w grupie, np. w urzędzie miasta, ale w zespole!) oraz braku umiejętności komunikacji społecznej (np. tu).

Nie piszę, żeby narzekać i kolejny raz wytykać niedogodności życia w mieście (to już robią inni w wielu innym miejscach, niczego nowego więc nie wniosę). Piszę, aby podkreślić, że reforma zawarta w Krajowych Ramach Kwalifikacji (dotyczy szkolnictwa wyższego) nie sprowadza się do układania w tabelkach zajęć. Głównym celem, jakżesz przez nas pomijanym, jest zmiana filozofii kształcenia i nastawienie na cel.

Czy można uczyć pracy zespołowej, samemu nie potrafiąc? Czy można uczyć nowoczesnych technik komunikacji społecznej samemu ich nie praktykując? Współczesny uniwersytet to miejsce, gdzie i wykładowcy muszą się dużo uczyć. Bo świat się zmienia. Ważne są nie tylko detale, ale i jakże ważne kompetencje społeczne. A pracy zespołowej można uczyć się... piekąc ciasto ta seminarium licencjackie...

Czy hydraulik lub sprzątaczka może być filozofem? Wymyślanie uniwersytetu na nowo...

sczachor

Toczy się gorąca i długa dyskusja o kształcie naszego szkolnictwa: czy ma być elitarne czy egalitarne. Tylko pozornie są to wykluczające się alternatywy. W elitarności ważna jest jakość kształcenia, w egalitarności - powszechność (brak ograniczeń i reglamentacji). Kluczem do dyskusji jest odpowiedź na pytanie po co jest wykształcenie. Czy na przykład uczelnie wyższe są zawodowe czy ogólnorozwojowe. Dyplom uczelni wyższej nie jest dyplomem reglamentowanej elity. Tak jak niegdyś dyplom szlachecki i posiadanie herbu (ściślej majątku ziemskiego). Czy na uniwersytetach mamy uczyć jak dobrze żyć i być szczęśliwym (dogłębnie a nie powierzchownie) czy jak przykręcać śrubki lub pisać sprawozdania? To pierwsze drugiemu nie przeszkadza, ale jeśli koncentrujemy się na tym drugim najczęściej zapominamy o tym pierwszym...

Skoro więc dyplom nie jest wyznacznikiem (przepustką) do elitarności, to czym jest? Po co ludzi uczyć pisać, skoro do pracy zawodowej wielu nie jest to potrzebne. Czy sprzątaczka lub zbieracz truskawek musi umieć pisać? W dobie telefonów komórkowych, internetu i telewizji umiejętność czytania nie jest konieczna do sprawnej komunikacji i wydawania poleceń. Umiejętność czytania i pisania jest niezbędna do uczestnictwa w kulturze a nie do zarabiania pieniędzy. Podobnie możemy spojrzeć na wykształcenie wyższe - ma służyć rozwojowi osobowości, samorealizacji, a przy okazji będzie kształceniem zawodowym. Bo we współczesnym świecie do pracy zawodowej trzeba umieć myśleć, być kreatywnym, rozumieć współczesny świat (a to nie jest łatwe, bo szybko  wszystko się zmienia).

Uczestnictwo w wiedzy i odkrywaniu świata nie może być reglamentowane biurokratycznie. Czy trzeba skończyć studia dziennikarskie, aby być dobrym dziennikarzem? Czy trzeba skończyć studia polonistyczne, aby być pisarzem? Liczba zawodów koncesjonowanych jest zbyt duża. Darwin nie był pracownikiem uniwersytetu. I takich przykładów można podawać setki.

I hydraulik może być filozofem. I sprzątaczka ma prawo zastanawiać się na sensem świata. Diogenes mieszkał w beczce, według dzisiejszych standardów byłby kloszardem. Hydruaulik musi się znać na komputerowych nowościach. Świat się bardzo zmienia szybko, ciągle musimy  uczyć się nowinek. Bez zrozumienia świata czujemy się wyobcowani, zagrożeni, wykluczeni. Z tego rodzą się teorie spiskowe. Zatem hydraulik musi być po studiach, żeby umiał wykonywać swój zawód i szybko się adaptował do nowych technologii. Ale ważniejsze jest w studiach wyższych to, żeby dawały umiejętność rozumienia świata i umożliwiały pełnoprawne uczestnictwo (aktywne a nie tylko bierne) w kulturze szeroko rozumianej. Pora, żeby uniwersytety to dostrzegły... Tym bardziej, że kształcenie ustawiczne staje się normą. Więc już nie tylko uniwersytety trzeciego wieku jako swoista rekreacja dla emerytów ale zupełnie nowe formy, umożliwiające dokształcanie ... hydraulika w zakresie filozofii.

W tym sensie kształcenie wyższe jest kształceniem do zawodu (rozumienie technologii i współpracy). Ale i w innym sensie studia są ważne – wiedza jako źrodło szczęścia poprzez rozumienie świata i sensu. Nie można ludzi skazywać na podrzędne niewolnictwo i niziny społeczne. Moda na uniwersytety trzeciego wieku wskazuje na powszechne poszukiwanie sensu. Bez hobby ludzie umierają na emeryturze (nie ma już własnych dzieci na utrzymaniu, nie ma pracy, po co żyć?). Wiedza jest elementem zdrowego stylu życia. Ale dla takiej funkcji sam uniwersytet musi się zmienić.

Musimy uniwersytety wymyśleć na nowo!!! Studenci potrzebują sensu a nie tylko zadawania lekcji do odrobienia. Studiowanie to nie tylko zadawanie prac klasowych, to tworzenie warunków edukacyjnych (dobrego i przyjaznego środowiska). Przecież wielu artystów robi coś innego niż studiowało. Stanisław Lem o ile pamiętam skończył medycynę, sukces życiowy i uznanie międzynarodowe osiągnął w zupełnie innej dziedzinie, ale w jego filozoficznym pisarstwie wiedza przyrodnicza i medyczna odegrały dużą rolę. Studia jako swoista cyganeria, kontestacja. Wielu wybitnych ludzi rozwinęło się w czasie studiów, ale poprzez samodzielne poszukiwania i samodzielny rozwój. Osiągnęli to poza zajęciami i programem. A więc najwartościowsze jest to, co sami zrobili, korzystając z okazji bycia wśród ludzi ambitnych. Przydałoby się więcej indywidualizmu, poszukiwań i rozwoju, a nie koszarniackiego porządku i szczegółowego układania planu zajęć i słupków* do rozwiązania.

Krajowe Ramy Kwalifikacji umożliwiają sensowne zmiany w kształceniu na uniwersytetach, koncentrując się na celach i efektach kształcenia (umiejętnościach) a nie siatkach godzin, dając dużą swobodę i autonomię uczelniom i wydziałom. W znanych mi przypadkach para poszła jednak w gwizdek: zamiast dyskutować nad celami i głównymi efektami szktałcenia wysiłek poszedł w szczegółowe reglamentowanie godzin i wymyślanie setek specjalności. Bardziej była to praca posłusznych urzędników, dostosowujących formalnie dokumenty do okólników (żeby w papierach się zgadzało), niż odpowiedzialne, samodzielne i twórcze działanie... Ciągle brakuje więc powszechnego indywidualnego programu studiów...  Najpewniej główną przyczyną jest zbyt niskie zaufanie  i brak wystarczających umiejętności pracy zespołowej: ze strachu przed utratą pracy, nie ufając innym, staramy się wyszarpywać jak najwięcej godzin dla siebie. Nie jest to więc koncentrowanie się na "efekcie finalnym" tylko rywalizacyjne i konkurencyjne wyszarpywanie sukna. Skutek nie jest trudny do przewidzenia. Być może jest to sygnał, że nam samym brakuje niektówych ważnych kompetencji społecznych...

Mądrzejsze uniwersytety i społeczności akademickie szybciej i sensowniej zmienią swoje koncepcje edukacyjne i umożliwią zarówno elitarne jak i egalitarne kształcenie na poziomie wyższym. Słabsi zostaną wyeliminowani. Bo studenci "zagłosują nogami". Kryzys demograficzny tak jak każdy kryzys niesie coś ozdrowieńczego. Umożliwi szybszą transformację do zupełnie nowych warunków cywilizacyjnych. Dla niektórych będzie to jednak bolesne. Ale to kolejny przykład na wartość wiedzy: im lepiej się rozumie świat i procesy w nim zachodzące, tym lepiej można sobie radzić, także zawodowo.

Dokąd zmierzać będzie olsztyński uniwersytet? Pytanie to nurtuje mnie także dlatego, że to mój pracodawca... Groźba bezrobocia w XXI wieku dotyka wszystkich grup zawodowych. I konieczność ciągłego przekwalifikowywania się oraz kształcenia ustawicznego. Lepiej się to zrozumie, gdy się samemu tego doświadczy. Nie ma więc tego złego, czego by na dobre nie można obrócić. Także kryzysu :). 

* - wyjaśnienie dla młodszych czytelników, w dawnej szkole "słupki" to były zadania matematyczne do wykonania, jakieś takie proste dodawanie, mnożenie itd.

Czy naukowcy potrafią pisać ? (cz. 3.) i dlaczego zostają naukowcami?

sczachor

Do zastanawiania się nad tym pytaniem sprowokołały mnie felietony „Ślepopisanie” Petera Wattsa, publikowane w Nowej Fantastyce. W majowym felietonie kontynuował swoje wywody, dlaczego naukowcy są kiepskimi pisarzami, choć teroretycznie powinni mieć najwięcej do powiedzenia w tym gatunku lterackim. Watts postawił pytanie dlaczego fantastyka naukowa jest tak mało naukowa, oraz opisuje wpływ nauki na społeczeństwo. Można dodać, że moda na baśń fantastyczną (fantazy) jest przykładem odwrotu od nauki także w literaturze fikcji. Zamiast scenografii naukowej i technicznej, zamiast prób prognozowania rozwoju technologii oraz trzymania się praw fizyki, chemii czy biologii – scenografia zupełnie fantastyczna, baśniowa, mitologiczna, nie z tego świata: budowanie (kreowanie) światów alternatywnych, tak jakby odkrywanie świata rzeczywistego nie było wielką przygodą i wyzwaniem - widać nauka jest hermetyczna i niedostęna dla szerokiego grona odbiorców. Nauka zbyt mocno się wyobcowała? 

Ale wróćmy do sformułowań Wattsa odnośnie przyczyn kiepskiego pisarstwa naukowców na polu SF.

Proces kształcenia naukowców czyni ich kiepskimi pisarzami (…) ogół naukowców jest bardziej zainteresowany chromem i przewodami, niż opowiedzeniem ciekawej historii.” Dlaczego tyle technologii a nie ciekawej narracji? Bo  „krycie tyłka jest kluczowe, jeśli chce się publikować swoje prace.”… jako naukowiec. Strach, co powiedzą inni naukowcy na literackie poczyniania autora sprawia, że zabezpiecza się na wszelkie sposoby kosztem jakości literackiej swojego dzieła. Podobnie rzecz się ma w przypadku popularyzacji wiedzy i wypowiedzi naukowców w mediach… Ale to jest także esencja recenzji naukowych. Niestety zbyt często pisane są w środowisku akademickim nierzetelne recenzje, bez wnikliwości ale pozytywne w swoich konkluzjach. Żeby się nie narazić. Pozytywnych opinii nie trzeba zbytnio uzasadniać (bo kto będzie protestował?), a przy wnikliwości recenzenta można byłoby wytnąć miałkość, plagiat czy małą istotność i brak oryginalności. To także swoiste „krycie tyłka” – po co się wychylać?

W kwietniowym felietonie, pt. „Złotogłowi” Peter Watts napisał: „po co ludzie decydują się na karierę naukową – przecież nie dla pieniędzy?” Pieniądze są w bizmesie a nie na uczelniach. W mojej dziedzinie zarabia się na biologii stosowanej: rolnictwie, biotechnologii, medycynie, zarządzanie zasobami przyrody (ekspertyzy), a nie na naukach podstawowych, nie na filozofii, biologii ogólnej i czystej nauce. Po co więc ludzie decydują się na kariery uczelniane? Z pasji poznawczej, z powodu bezrobocia – bo lepsza marna praca urzedniczo-uczelniana niż żadna? A może dla społecznego prestiżu? Naukowcy „podstawowi” (zajmujący się nauką jako taką, podstawową, a nie stosowaną i powiązaną z gospodarką) – ich nie jest więszość, są jak rodzynki w cieście. Widać główną masę tła (ciasta), ale czy mogą być same rodzynki bez ciasta drożdżowego, w którym twią?

Watts swoim w felietonie mapisał: „U swoich podstaw nauka jest zaglądaniem pod maskę wszechświata i obserwowaniem, jak to wszystko do siebie pasuje.” Sprawdzaniem jak to działa. Ale naukowiec to nie mechanik, nie zarabia na naprawianiu czy pukaniu młotkiem. W nauce są ludzie z misją i są przeciętniacy, dworacy-wyrobicy, którzy nie mogąc wnieść wiele do nauki skupiają się na relacjach socjalnych i „wywalczaniu” zasobów i pozycji społecznej za pomocą hierarchii akademickiej, czyli na terytorium tejże instytucji. Tak samo jak w każdej innej firmie czy korporacji. Żadnej różnicy. W nauce nie jest ani lepiej ani gorzej.

Myślę jednak, że wszyscy są potrzebni. Tak jak organizm nie składa się z samych komórek generatywnych (czytaj o tym porównaniu więcej). Ale ogranizm to praca zespołowa i uzupełniająca się, a nie arena egoistycznej rywalizacji i nie wyścig szczurów, podstawiających sobie nogi. I w tym nauka instytucjonalna nie różni się od innych korporacji czy przedsiębiorstw – wszędzie praca zespołowa przynosi lepsze rezultaty.

„Ciekawość jest silna w nas wszystkich; naukowcom jest absolutnie niezbędna.” Każdy zawód wymaga jednej z ludzkich predyspozycji (wymaga specyficznych kompetencji społecznych). Nauka bazuje na ciekawości, dociekliwości i kompetencjach intelektualnych. Teoretycznie naukowcy te cechy powinni mieć w stopniu wyższym niż średnia ogólnospołeczna. Ale czy tak rzeczywiście jest we wszytskich ośrodkach akademickich?

Watts odwołuje się do diagramu Venna, w którym literatura naukowa i fikcja w części zachodzą na siebie. Brak jest wyraźnych linii demarkacyjnych między tymi gatunkami pisarskimi. Dodałbym jeszcze tylko literaturę faktu (np. publicystykę naukową), jako trzecie koło zazębiajacych się obszarów.

Czy naukowcy przemówią ludzkim (zrozumiałym) głosem? Jest to w gruncie rzeczy głos w dyskusj nad kondycją szkół wyższych i potrzebą wymyślenia uniwersytetów na nowo. Wynika to z głębokich zmian jakie się dokonały w społeczeństwie globalnym. Czy nauka i literatura fikcji muszą być nieprzystawalnymi światami: nauka i popularyzacja, nauka i SF czy inna forma pisarstwa, publicystyki itd. W części tak. Bo inna jest w naukowym pisaniu metodologia, z naciskiem na przejrzystość, weryfikowalność i powtarzalność, kosztem komunikatywności. Można jednak zwiększać komunikatywność, można zmieniać styl wypowiedzi i komunikacji. Upowszechnianie nauki to jeszcze inny styl pisania i wypowiedzi. Ta sama treść i ten sam sens, ale inna forma, inny styl. Zgodność może być co do istoty ale nie formy wypowiedzi.

Ale prawdę – nawet tę naukową - można zawrzeć w bajce. Bo bajki to jakaś forma uogólnienia (forma uniwersalnego ujmowania prawidłości Wszechświata, tak jak ougólnieniem są matematyczne wzory). Bajka jest swoistą całością. W nauce teoria ogólna składa się z wymiennych elementów, opisanych zazwyczaj językiem matematyki. Choć czasem paradygmat czy teoria są jak całościowa bajka – nie jest suma elementów. Pozwala zrozumieć mechanizm świata, jego strukturę i działanie. A jak zbierze się wiele niepasujących elementów… to burzy się stary paradygmat i tworzy zupełnie nową całość, nową „bajkę” z ogólnymi teoriami i paradygmatami.

Czy uniwersytety powinny kształcić dla samych siebie (uczyć hermetycznego i niekomunikatywnego pisarstwa "naukowego") czy raczej dla społeczeństwa - a więc uczyć pisania komunikatywnego? Ale czy w tym drugim przypadku można kogoś nauczyć tego, czego samemu się nie umie? Przed takim dylematem staję codziennie. I z całą pewnością nie tylko ja. Krajowe Ramy Kwalifikacji są jakimś katalizatorem zastanawiania się i wymyślania uniwersytetów na nowo. Jednym ośrodkom akademickim udaje się to lepiej, innym gorzej. W tych drugich aktywność skupia się na powierzchownym rytuale i formalnym przestawianiu cyferek i literek.

Czy naukowcy potrafią pisać? (cz.1.)

sczachor

Pytanie wydaje się absurdalne. Doprecyzujmy je więc: czy naukowcy potrafią pisać zrozumiale i ciekawie? Pisanie jako forma komunikowania się jest jedną z podstawowych czynności każdego naukowca. Na dodatek rozliczani są z ilości i jakości tego pisania. Jeśli naukowiec nie pisze lub zbyt mało publikuje to może być zwolniony z pracy. Ale czy piszą zrozumiale? Czy piszą aby być zrozumiałymi czy też piszą aby mieć dobrze punktowane publikacje?

Do zastanawiania się nad tym pytaniem sprowokołały mnie felietony „Ślepopisanie” Petera Wattsa w Nowej Fantastyce. Z rekomendacji studentki zajrzałem do trzech z marca, kwietnia i maja br. Czasami z boku czasami lepiej widać, więc może z perspektywy literatury fikcji lepiej będzie można dostrzec literaturę naukową? Watts jest naukowcem piszącym literaturę science fiction. A skoro jest naukowcem to z pewnością publikuje naukowe prace. Zna więc dwa style, dwa warsztaty, dwa środowiska pisarkie... i dwa rodzaje czytelników tych obszarów.

W marcowym felietonie pt. „Urodzeni by być złymi” próbuje wyjasnić dlaczego naukowcy są kiepskimi pisarzami, choć teroretycznie powinni mieć najwięcej do powiedzenia w tym gatuku literackimŁ

„Dzięki specjalistycznej wiedzy naukowcy mogą być najlepiej poinformowanymi przewodnikami po przyszłości. Jednakże „poinformowany” i „zajmujący” to dwa różne słowa a naukowcy od małego są (...) szkoleni, by być kiepskimi pisarzami.”

Podobnie można zastanawiać się dlaczego naukowcy są także kiepskimi (zazwyczaj) popularyzatorami wiedzy. Wyjątki raczej potwierdzaja regułę (tym wyjątkiem i nową jakością jest np. trzecia kultura).

Watts argumentuje, że naukowcy skupiają się w literaturze science fiction (SF) na technice, a nie narracji „zbyt szczegółowa wiedza ogranicza wyobraźnię.” To samo można powiedzieć o samej nauce: zbytnie koncentrowanie się na szczególikach (trzeciorzędnych) utrudnia ocenę całości (i dotarcie do ważnej istoty). Widać to np. w recenzjach, gdzie czasem oceniający ogranizacza się do sprawdzenia błędów literowych, w ogóle nie oceniając treści (sensu i wartości naukowej rezencowanych badań). Błędy techniczne i te proste szczególiki w sumie najprościej zauważyć. To jest w stanie zrobić redaktor-niespecjalista. Od recenzenta naukowego oczekuje się czegoś więcej i to czegoś znacznie trudniejszego. W przypadku popularyzacji wiedzy sprowadza się to do braku umiejętności uogólnień i uproszczeń, aby zachować sens bez zachowania szczegółowego języka żargonowego (specjalistycznego). W swym języku naukowcy bywają jak koła, jadące w koleinach, koncentrują się na swoim przekazie a nie na odbiorcy i jego rozumieniu.

„Styl i gracja są nam systematycznie wybijane z głów w toku edukacji” – pisze Watts. A ja dodam wybijane jest spojrzenie całościowe. Skupianie się na tym, aby błędu literowego nie zrobić a nie na całej konstrukcji, logice wywodu czy ogólnych wnioskach i przejrzystosci wypowiedzi.

„Poetycki język zniekształca przekaz jak barwione szkło, które choć piękne, wypacza obraz. (...) Tyle tylko, że prace naukowe często są niezrozumiałe nawet dla innych naukowców. Co więcej, istnieje mechanizm promujący nieprzejrzystość w nauce.” Przykrywanie i pudrowanie pustki pod pozorem uczonego i specjalistycznego języka. Trzeba dużo publikować… ale czy tyle da się wymyślić i zrobić? Nieprzejrzystość to efekt ucznia zmuszonego do ilości (ocenianie ilościowe). Ucznia uczącego się dla ocen a nie poznania i siebie samego - stara się więc o widoczne pozory a nie treść zalegającą w głębi...

Peter Watts przytacza hipotezę dr. Foxa „Niezrozumiały przekaz z uznanego źródła, dotyczący dziedziny, w której specjalizuje się odbiorca, podniesie mniemanie odbiorcy o autorze przekazu.” Są to trafne spostrzeżenia. W sumie autor felietonów zamieszczanych w Nowej Fantastyce dużo mówi o środowisku akademickim i próbuje dociec skąd się biorą takie kłopoty z pisaniem zrozumiałym.

Bo – jak słusznie zauważa Watts – w nauce mocno liczy się autorytet i rytuał. Słuchający niezrozumiałego wywodu waha się wytknąć błędy, aby nie wyjść na głupka. Naukowcy uczą się mówić więc mętnym, akademickim językiem, pełnym specjalistycznego słownictwa, odwołań do innych autorytetów naukowych, aby dodać swoim wypowiedziom ważności i „uczoności”. Aby zniechęcić do polemiki… bo tak jest bezpieczniej. Tak jak z pudełkiem cukierków w ładnym i "profesjonalnym" opakowaniu - zniechęcić do zaglądania co jest w środku.. i czy rzeczywiście coś jest (czasem tylko pustka, bo cukierki wyjedzone). Niezrozumiałość jest więc samoasekurowaniem się...

„Badacze, którzy chcą zaimponować kolegom, powinni pisać mniej zrozumiałe prace (…). Akademickie dyskusje powinny być prowadzone przez mówców, którzy nie mówią z sensem.” To wg Wattsa kwintesencja wdrażania do zawodu akademickiego - i część (może nawet duża) "ucząc się dla ocen" znakomicię tę sztukę opanowuje. Bo zapatrzona jest powierzchowny rytuał a nie sens, znajdujący się w głębi...

Przez wiele lat myślałem, że ta cecha mętnych i zagmatwanych wypowiedzi jest efektem prowincjonalizmu i jest typowa naukowych miernot. Okazuje się, że to istota inicjacji i socjalizacji naukowej w środowisku akademickim także w wielkim, pozaolsztyńskim świecie. Pisanie niezrozumiałe czyni ich kalekami w komunikacji społecznej i niepełnosprawnymi w pisaniu popularnym czy literackim (a przecież SF mogłaby być domeną naukowego analizowania przyszłości).

W tle tych rozważań jest uniwersyteckie kształcenie umiejętności wypowiedzi w mowie i piśmie, a nawet obrazie. Uniwersytety powinny uczyć pisania, w tym także ciekawego i komunikatywnego, a nie tylko naukowo-barokowo ozdobnego, upstrzonego w niezrozumiałe żargonowe wywijasy. Warto sięgnąć - w dyskusjach nad Krajowymi Ramami Kwalifikacji i określaniu istotnych kompetecji, w jakie chcemy realnie wyposażyć naszych absolwentów - do wypowiedzi z boku, w tym przypadku do felietonów z czaopisma, poświęconego fantastyce.

c.d.n.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci