Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : globlokalizm

Krowy i globalizacja

sczachor

krowy

Kiedyś sądzono, że jak pierwsze pociągi z lokomotywą parową będą szybko jeździly z zawrotną szybkością 40 km na h, to krowy stracą mleko. Pociągi krowom mleka nie zabrały. A jak jest z globalizacją?

Po pierwsze można się zastanowić jak krowy przyczyniły się do globalizacji. Niby z pozoru w żaden sposób. Ale przecież przez tysiąclecia były ważnym środkiem produkcji i rozwijały rolnictwo. Nawet w genach mamy ślad - są ludzie, którzy trawią surowe mleko nawet w wieku dorosłym (co na ssaki jest nietypowe). Ale dzięki temu mogli przetrwać czasy niedostatku jedzenia. Byleby krowa była. Albo inne zwierzę mleczne (owca, koza, kobyła, wielbłąd). Tak więc krowy przyczyniły się chcąc niechcąca do rozwoju społeczeństw, a więc w pośredni sposób przyczyniły się go globalizacji. 

Chciałbym się dokładniej zająć innym elementem związku krów z globalizacją, to znaczy jak globalizacja wpływa na krowy. Wszystko wskazuje, że krowy straciły na globalizacji. Straciły po pierwsze imiona (Krasula, Bukieta, Malwina, Gniada, Łaciata). Jak w dospodarstwie była jedna, dwie czy cztery krowy, to można było je nazwać i imona zapamiętać. Tak jak psa Burka czy Azora. Ale jeśli w nowoczesnej oborze jest takich krów 50 albo 100, na dodatek podobne do siebie, to jak tu nadać idywidualnie każdej imię? I jak to zapamiętać? Nie da się. Bo do zapamietania imion potrzebne są głębsze relacje. Pozostaje nadać krowom numery i wszczepić kolczyki do ucha. Bo tyle krów indywidualnie rozpoznawać może tylko komputer. A że komputery wolą numery bardziej od imion... to krowy mają numery i paszporty a nie imiona. Zresztą my także coraz częściej występujemy pod postacią numerów, peselów i innych kodów, wygodnych dla komputerowych systemów ewidencji. Prawie jak te krowy w wielkiej oborze. Tyle że przynajmniej nas nie doją. W każdyzm razie dosłownie, bo w przeności to wielokrotnie czuję sie dojony....

Ale wróćmy do zasadniczego tematu. Po drugie  w procesie globalizacji krowy odnotowały utratę więzi z czlowiekiem w społecznościach rolniczych i życia wokół krowy żywicielki. W sumie to ta strata nas także dotyczy. Mniej żałujemy, bo już nie żyjemy w społecznościach agrarnych a krowę kojarzymy bardziej z reklamą pewnej czekolady i myślimy, że jest fioletowa. Niektórzy są przekonani także, że mleko bierze się z fabryki... bo widuję je tylko w kartonikach lub butelkach. O dojeniu krów nigdy nie słyszeli ani nie widzieli. NIe czuli zapachu mleka ze świeżego udoju, i porzecedzania przez biała sciereczkę do kany, by nastęnie schłodzić w studni.

W epoce globalizacji związek człowieka z krową się rozluźnił. Już nie wprowadzamy na zimę żywiny do domu, by na mrozie nie zmarniała (a tak było jeszcze w XIX czy nawet poczatkach XX wieku). Nie mówiąc o dawnych domach, łaczących część mieszkalną z częścią dla zwierząt. Bylismy blisko siebie, pod jednym dachem. Było cieplej i na wzajem czuliśmy swój zapach. No i wymienialiśmy się wirusami i bakteriami. Stąd choroby odzwierzęce (ospa, grypa, cholera i wiele inych). Choroby te dały się nam we znaki ale jednoczesnie pozwoliły podbić obie Ameryki. Bo 90% rdzennych Indian zmarło na skutek europejskich chorób. Były więc nasza nieświadomą superbronią. A wszystko z bliskiego kontaktu, teraz globalnie zatracanego. No bo jak można mieć bliskie relacje z setką krów lub 500 znajomymi na Facebooku? Tylko w komputerze... Teraz nikt krowy pod dach nie weźmie. Co najwyżej w wielkiej oborze program komputerowy sam właczy klimatyzację. Albo rolnik, siedząc w domu i patrząc na czujniki w swoim koputerze kliknie tu i tam.  

Z dzieciństwa i wakacji pamiętam wieczorne przyganianie krów z pastwiska do zagrody, na wieczorny udój. Pastuszkowanie nie tylko pozwala poznać zwyczaje krowy ale i poznać otaczająca przyrodę. Dziadek te swoje 2-3 krowiny często rankami wypasał na rowach, pod lasem czy na miedzach. Teraz nikt już krów ni kóz po miedzach nie wypasa. Dlatego zarastają. Rowy a nie krowy. A przy braku wypasu intensywnie rozprzesztrzeniają się gatunki obce, takie jak na przykład nawłoć kanadyjska. A dziadek mój, patrząc jednym okiem czy krowy w szkodę jaką nie wchodzą, siadał i wyplatał koszyki wiklinowe. Wiklinę pozyskiwał nad rzeką, w trakcie wypasu. Nie żadna tam jakaś plantacja. Kto teraz umie wyplatać koszyki? Takie proste, ludyczne? Chyba całkiem zaginęłą kulura pasterska i wszystko co z nią związane... 

A po porannym udoju dziadek brał kanę (lub dwie) na rower i zawoził (raczej zaprowadzał) do pobliskiej mleczarni. Było kilkaset metrów, ale długo go nie było. Bo mleczarnia, po sklepie, to było drugie miejsce spotkań i wymiany informacji. Jak wrócił do domu na śniadanie, to opowiadał, co od ludzi usłyszał. Co gdzie się wydarzyło, kto kogo lubi itd. Taki krowozależny prekursor serwisu społecznosciowego.

I jeszcze z domowego mleka robiło się masło. W drewnianej kirzance. Lubiłem ubijać masło. I rozmawiac lub słuchac jak inni rozmawiają. Potem popijać maślankę i zajadać masło zroszone kropelkami maślanki. Wraz z globalizacją ten świat odszedł w niepamięć (to znaczy ja jeszcze pamiętam ale nie mam już żywego kontaktu). Chyba, że czasem w jakims skansenie w ramach historycznych inicjatyw rekonstrukcyjnych. I biały ser, który babcia robiła, w trójkątnym płóciennym woreczku, przyciśniętym kawałkiem szyny lub kamienia. Odeszło.

Krowy i globalizacja. Wieś się zmieniła. W wielu wsiach nie słychać już porykiwania bydła, piania kogutów. Są wsie... ale jakies takie inne zapachowo i dźwiękowo, Wsie turystyczne, bez dawnego stylu życia i produkcji. Pasąca się pojedyncza krowa jest symbolem tego, zanikającego świata.

Teraz są wielkie fermy. I niewykorzystana biomasa na rowach i miedzach. Brak wypasu to duże zmiany w ekosystemach, w roślinności i bytujących tam dawniej owadach. Trawniki są koszone kosami spalinowymi, żyłkowymi, bo nikt już nie wypasa krów po rowach… Krowa, koza czy owca robiła to znacznie lepiej i z korzyścią dla bioróżnorodności. W niektórych miastach amerykańskich... wypożycza się kozy do strzyzenia trawników. Bardziej przyjazne dla przyrody i... bardziej ekonomiczne. Może więc krowy i inne przeżuwacze wrócą do naszego krajobrazu? Oraz zawód pastucha? Już nie jako przezytek dawnej gospodarki ale jako awangardowe i nowoczesne metody zarządzania zielenią i biomasą nawet w miastach. 

Krowy nie straciły mleka na skutek globalizacji... ale my straciliśmy piękniejszy świat. Zamykamy się w komputerach i stajemy się cyframi, niczym numerki identyfikacyjne na kolczyku w krowim uchu.

Czosnek niedźwiedzi czyli o glokalizacji i wiosennych nowalijkach z lasu

sczachor

Coś tam czasem słyszałem o tej roślinie, niemalże jak o mitycznym kwiecie paproci. Puszczałem mimo uszu i nie wgłębiałem się. W ubiegłym roku, na przedświątecznym straganie, pośród innych kresowych i przez to egzotycznych specjałów, spotkałem kiszony… czosnek niedźwiedzi (na fotografii wyżej). Kupowałem kiszone zielone pomidory to i czosnek kupiłem. Z wielkiej ciekawości i chęci poznania egzotyki (jakże bliskiej i zapomnianej). Długie zielone pędy. Teraz domyślam się, że są to chyba łodyżki, na których wyrasta kwiatostan (rysunek niżej).

W smaku był specyficzny, z wyraźnym zapachem markaptanów i innych aromatów. Bez wątpienia oryginalny i niepowtarzalny w smaku. Ale dalej nie wiedziałem jak wygląda ta roślina, zwłaszcza w naturze. Nawet jeśli kiedyś spotkałem w lesie, to niechybnie minąłem nie rozpoznawszy.

Czosnek niedźwiedzi po łacinie nosi nazwę z niedźwiedziem w tle - Allim ursinum. U nas dawniej zwanym także babczym czosnkiem, czosnkiem wężowcem (nazwa znakomicie pasująca do kiszonego czosnku, jaki kupiłem na straganie), psim czosnkiem, trzemuchą (ta ostatnia nazwa występuje także u Słowian Południowych). Ceniony na wschodzie Europy, do dzisiaj chętnie konsumowany w Rosji.. Zachował się jako swoisty relikt kulinarny, gdzieś na obrzeżach cywilizacji. U nas zapomniany i na powrót odkrywany. Obecnie w Niemczech jest poszukiwanym rarytasem.

Czosnek niedźwiedzi (jak i wiele innych roślin) zniknął z naszego menu z dwóch powodów. Po pierwsze zmieniliśmy swoje lasy niszcząc siedlisko tego gatunku. W wyniku dawnej gospodarki leśnej, polegającej na przebudowie lasów mieszanych na monokulturowe lasy iglaste (sosna i świerk) oraz regulacji (melioracje i prostowanie) rzek a przez to niszczenie siedlisk czosnku niedźwiedziego w lasach łęgowych, stał się rośliną rzadką i ginąca w wielu częściach Polski. Od 2004 r. czosnek niedźwiedzi jest w naszym kraju objęty częściową ochroną gatunkową. Umieszczony został także na czerwonej liście roślin i (w 2006 roku), na obszarze Polski uznany za narażony na wyginięcie w izolowanych stanowiskach.

Być może rozpoczęte działania renaturyzacyjne (np. leśne kompleksy promocyjne oraz programy małej retencji wód) przyczynią się do uratowania tego gatunku i ponownie będzie częsty w lasach, tak jak za czasów Prusów i Zakonu Krzyżackiego. Może powróci do naszego realizowanego dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego regionu: oglądany w lasach i konsumowany w ramach specyfiki dziedzictwa kulinarnego Warmii Mazur i Powiśla.

Po drugie jesteśmy bogaci i zapracowani. Po co się męczyć szukaniem, zbieraniem, gdy gotowe można kupić? Odchodzimy od lokalności…. Zapominamy o dawnych, wiosennych (przednówkowych) nowalijkach. Zamiast w lesie, łące czy ogródku… nabywamy nowalijki w supermarketach (często przywożone z daleka, nowalijki oczywiście, bo supermarketów na miejscu mamy aż nadto). To złe strony globalizacji. Na szczęście rodzi się glokalizacja (globlokalizm) w prowincjonalnych cittaslow… czyli globalny powrót do lokalności i niepowtarzalnych uroków prowincji.

Cudze chwalicie, swojego nie znacie. W globalnej wiosce, gdzie gusty i mody lansują celebryci różnej maści, zapominamy o swoim dziedzictwie kulinarnym, o swoim dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym. Bo na przykład lepiej znamy przyrodę sawanny czy raf koralowych, niż przyrodę wokół nas. Więcej wiemy o żyrafach, rekinach, pingwinach i kaktusach niż o… czosnku niedźwiedzim. Dlaczego? Bo w telewizji więcej filmów o lwach i zebrach, niż o tym co mieszka pod płotem lub rośnie w rowie czy na skraju lasu. Bardziej świat poznajemy przez szklaną szybkę telewizora niż z codziennych spacerów do lasu czy pracy na polu.

Kiedyś chodziliśmy do lasu, nad rzekę, na łąkę, po grzyby, jagody, zioła czy wiosenne nowalijki przednówkowe. Teraz instynkt zbieracza realizujemy w dyskontach, śledząc ulotki reklamowe, gdzie szukamy okazji cenowych, promocyjnych itd. Już nie radość ze znalezienia dorodnego prawdziwka, łanu poziomek czy okazałej pokrzywy i czosnku niedźwiedziego a radość z upolowania (wyszukania) w supermarkecie chińskich produktów w okazyjnie niskiej cenie (dwa pęczki rukoli w cenie jednej i z promocyjnym dodatkiem skarpetek). Nosimy ze sklepów wodę w butelkach, mimo, że mamy równie dobrą w kranie (w Olsztynie akurat mamy).

Nie znamy smaku truskawek prosto z krzaka (bo z własnego ogrodu), pomidora, czy jagód. Kupujemy je w sklepie, zapakowane, konserwowane, transportowane z daleka. Celebryci zachwycają się krewetkami? To i my zajadamy, mimo że daleko mieszkamy od morza. Globalne, celebryckie gusty dalekie są od lokalności i sezonowości. Globalna urawniłowka.

Ale rodzi się glokalizacyjna tęsknota za unikalna prowincją i … czosnkiem niedźwiedzim. To, co lokalne staje się egzotyczne, ekskluzywne, wyszukane w guście. Próbowałem kiszonego czosnku niedźwiedziego a teraz chciałbym spróbować zupy pokrzywowej z czosnkiem niedźwiedzim.

Wiosenne nowalijki nie tylko w sklepie spotkać możemy. Możemy je zebrać podczas wiosennych, np. majówkowych, spacerów wycieczek za miasto. A nawet po mieście. Nie trzeba szukać daleko, wystarczy tylko (aż?) trochę wiedzy… o własnym, lokalnym dziedzictwie przyrodniczym i kulturowym, o dziedzictwie niematerialnym. Sięganie po to, co dziko rośnie, to jeden z trendów widocznych w niektórych kuchniach, np. skandynawskiej. Ale i w Polsce o jadalnych, dzikich roślinach mówi się ostatnio coraz częściej. Dobra to moda i niech rozwija się jak najprężniej, łącznie z powstawaniem ogródków w miastach (bo w miastach można produkować żywność!). Bo w przypadku czosnku niedźwiedziego dla celów konsumpcyjnych trzeba rozwijać hodowle ogrodowe. Przynajmniej do czasu, gdy nie uda się skutecznie przywrócić tej rośliny naszym lasom.

Ale na razie zostańmy przy dziko rosnących roślinach i grzybach. Poznajmy bliżej czosnek niedźwiedzi, jeden z pierwszych (również kulinarnych) zwiastunów wiosny. Jest to roślina leśna, rośnie w wilgotnych i cienistych lasach liściastych, szczególnie buczynach. Najłatwiej spotkać ją nad rzekami i strumieniami, w dobrze naświetlonych miejscach. Lubi zwłaszcza lasy bukowe, o lekko podmokłej glebie. Powszechnie występuje na południu Polski, w terenach górzystych i tamtejszych dolinach rzek. Jest bardzo wytrzymały na zmiany temperatury dlatego dobrze znosi wiosenne kaprysy pogody. Obecnie optymalne warunki dla rozwoju czosnku niedźwiedziego znajdują się w zbiorowiskach żyznej buczyny karpackiej, gdzie może występować łanami (zdjęcie na dole). Występuje głównie w reglu dolnym. Obecnie na niżu spotykany jest rzadko (nie licząc upraw ogrodowych).

Żeby zobaczyć czosnek niedźwiedzi warto się wybrać na wiosenne wycieczki np. do Biebrzańskiego Parku Narodowego czy Białowieskiego Parku Narodowy. A Mazury 7. cud natury? W czosnek niedźwiedzi nie jesteśmy zasobni, a i niedźwiedzia u nas się także nie uświadczy. Może kiedyś….

Czosnek niedźwiedzi (Allium ursinum) to bylina (geofit cebulowy), która rośnie rośnie w naturalnych stanowiska na terenie Europy oraz w Turcji i na Kaukazie. W innych miejscach jest spotykany w uprawach, bo jest atrakcyjną rośliną kulinarną oraz leczniczą. Czosnek babczy (warto przypominać starze nazwy, by odzyskiwać także dziedzictwo kulturowe) dorasta do wysokości 20–50 cm. Rośnie kępami, czasami tworzy duże, zwarte łany. Czosnek psi wydziela charakterystyczny czosnkowy zapach, który zawdzięcza wytwarzanym merkaptanom. Właściwości lecznicze ma podobnie jak powszechnie znany i uprawiany czosnek. Cebula ma kształt podłużny, jest długości 2–6 cm. Łodyga wzniesiona, trójkanciasta i bezlistna, o wysokość 15–50 cm. To właśnie takie łodygi (kiszone) kupiłem na świątecznym straganie. Liście odziomkowe, na długich ogonkach, zazwyczaj dwa. Kształt liści jest szerokolancetowaty do jajowatego, szerokie na 2–5 cm, płaskie, cienkie, o soczysto zielonej barwie. Kwiaty białe, zebrane w baldach pozorny, umieszczony na szczycie łodygi (jak na rycinie wyżej, pozyskane z zasobów Wikimedia Commons). Kwitnie od kwietnia do maja (w długi majowy weekend mamy szanse jeszcze zobaczyć kwitnący czosnek niedźwiedzi). Kwiaty zapylane są przez trzmiele i muchówki. Nasiona roznoszone są przez mrówki.

Czosnku niedźwiedziego w naszych lasach zrywać nie wolno, ale kupimy go w sklepach zielarskich lub możemy uprawiać go w ogrodzie. Na wycieczkach w lesie podziwiajmy tę roślinę i trzymajmy kciuki za jej renaturyzację i powrót do warmińsko-mazurskich lasów.

C.d.n

ps. na koniec zdjęcie z Bieszczadów (fot. Kazimierz Nóżka), z rozległym łanem czosnku niedźwiedziego.

Globlokalizm czy glokalizacja?

sczachor

Należę do pokolenia, które lubi czytać książki. Jak wyjaśniły to najnowsze badania neurobiologów, czytanie zmienia nam mózg, stymuluje nowe połączenia neuronów w mózgu i rozwija abstrakcyjne myślenie. Ubocznym skutkiem zamiłowania do czytania papierowych książek jest.... brak miejsca w domu. I pomyśleć, że kilkaset lat temu zamożna biblioteka Zakonu w Malborku liczyła coś koło 40 książek. Teraz, dzięki zamożności z jednej i powszechności druku z drugiej, każdy z nas może mieć niemalże bibliotekę aleksandryjską w domu.

W dobie interenetu czytanie książek może wydawać się anachronizmem. Sam rozmyślam o częstszym korzystaniu z e-booka, bo chociaż nie można zaginać kartek i robić notatek, to księgozbiór zajmuje bez porównania mniej miejsca :).

Ale wróćmy do tytułowego pytania globlokalizm czy glokalizacja? Świat się zmienia, dostrzegamy coraz to nowe zjawiska, takie które istaniały od dawna (tylko ich nie "widzieliśmy") oraz takie, które pojawiają się dopiero teraz.  Problem globalizacji, jednej planeratnej wioski, gdzie wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, pojawił się już jakiś czas temu. Globalizacja to efekt rozwoju cywilizacyjnego, integracji oraz rozwoju technik dalekiej i szybkiej komunikacji (prasa, radio, telewizja internet, telefonia utd.). Globalizacja to także efekt czytania.... bo skoro czytamy to i więcej o świecie wiemy, także tym dalekim. Skoro więcej wiemy, to się tym interesujemy. Skoro się interesujemy to media poszukują nam informacji. I tak globalizacja się nakręca w warstwie informacyjnej jak i ekonomicznej czy politycznej.

Globalizacja to świat niczym w jednej wiosce. To znaczy tylko w warstwie medialnej, celebryckiej. Bo równocześnie z narastaniem globalizacji (łatwej łączności i szybkiej podróży) nasila się celebrowanie lokalności i unikalnej regionalności. Powrót do gwar, lokalnej żywności, unikalnego rękodzieła itd. Nacjonaliści się martwią, bo z jednej strony globalizacyjny uniwersalizm, z drugiej afirmacja lokalności i emancypacja społeczności lokalnych, dawniej jednemu narodowi podporządkowanych i "zagłuszonych".

Dwa w jednym. Integracja planeratna (jak biosfera) jak i wyróżnicowywanie i specjalizacja części. Coraz bardziej złożony organizm. Ale jak to nazwać? To połączenie i wzajemne uzależnienie globalizacji i nasilonej lokalności? Tak jak Adam, to co zabaczył, to nazywał. Dostrzeganie nowych zjawiask to także nadawanie im nazwy, nazywanie.

Jak nazwać połączenie globalizacji z lokalnością? Gdzieś w papierowej książce (dawniej wszystkie książki były papierowe więc książka brzmiała jednoznacznie, ale nie dziś) spotkałem termin globlokalizm. I zaczałęm używać. Nie pamiętam już gdzie termin zaczerpnąłem - sam go nie wymyślałem. Bo po co wymyślać nazwę skoro już jest? Globlokalizm wydawał mi się terminem podstawowym, więc w dobie interentu zawsze znajdę definicję szybko i łatwo. Nie zapisałem w notatkach źródła... Teraz nie mogę odnaleźć, bo książek w domu dużo...

Ale w dyskusji z filozofami pojawił się inny termin - glokalizacja. Inne złożenie dwóch słów: globalizmu i lokalności, ale z końcówką -izm. Zagooglałem.... i swojego globlokalizmu nie znalazłem. Googlały się tylko moje wpisy na blogu i moje użycia terminu. Glokalizacja się googlała dość dobrze i łatwo.

Wniosek z tego taki, że warto czytać książki, bo nie wszystko w sieci się znajdzie. Przynajmniej łatwo się nie znajdzie.

Glokalizacja czy globlokalizm to dywersyfikacja, kompartymentacja, różnicowanie i wyodrębnianie się części w integrującej się całości. W miarę poznawania zjawiska i dostrzegania nowych aspektów może to, co dzisiaj traktuje jako synonimy, za jakiś czas będzie odrębnymi zjawiskami. Bo dla opisania większego bogactwa dostrzeganych zjawisk potrzebować będziemy większej liczby słów o zachodzących polach semantycznych lub całkowicie rozdzielnych.

Zabawa słowami rozwija abstrakcyjne myślenie. Jakoś trzeba będzie opisać rosnącą rolę żywności lokalnej w globalnym świecie z ogólnoświatowymi markami, rosnącą rolę ochrony bioróżnorodności (stare odmiany i rasy). Jakoś trzeba będzie opisać i zrozumieć jednoczesną integrację Europy i emancypację Kaszubów, Ślazaków, poszukiwania warmińskości. Nowe słowa rodzą się z wraz z dostrzeganiem nowych zjawisk.

Olsztyński i europejski globlokalizm

sczachor

Rocznice sprzyjają refleksjom (20 lat olsztyńskiej redakcji Gazety Wyborczej). Gazeta Wyborcza nieodłącznie kojarzy mi się z wolnością, dyskusją i odpowiedzialnością, oraz z przeplataniem się spraw lokalnych z globalnymi (globlokalizm). Pamiętam euforię czerwca 1989 r., mój udział w komisji wyborczej i duchowe odzyskanie wolności. W tym samym czasie pojawiła się Gazata Wyborcza. Wybory minęły, tutuł pozostał. Polskie odzyskiwanie wolności widziałem z lokalnej i indywidualnej perspektywy.

Olsztyńską redakcję GW pamiętam jeszcze z ul. Głowackiego i wspólnie organizowane akcje ekologiczne, np. obchodzienia Dnia Ziemi. Święta międzynarodowego, ale zakorzeniającego się lokalnie i na naszym gruncie. Było to myślenie o ochronie przyrody i środowiska, ważne w skali globalnej, ale realizowane przez bezpośrednie, lokalne akcje i próbę aktywizowania „prowincji” . Swoiste myślenie obywatelskie brania odpowiedzialności za najbliższy świat, w poczuciu wolności i z szerokim dyskutowaniem.

Rok 1989 był nie tyle powrotem do Europy (bo Polska nigdy z Europy nie zniknęła), co powrotem do decydowania o Europie. Był rokiem powolnego powrotu do bycia obywatelem Europy a nie tylko parobkiem czy niewolnikiem. I w tym wymiarze ostatnie lata – okres funkcjonowanie Gazety Wyborczej w Olsztynie – były przede wszyskim dyskutowaniem o wartościach. W Gazecie Wyborczej najbardziej właśnie cenię szeroką dyskusję i opiniotwórczość.

Tegoroczna pokojowa nagroda Nobla dla Unii Europejskiej daje mi dużą satysfakcję. Czuję się Europejczykiem i podwójnie jestem dumny. Raz z faktu bycia Europjeczykiem, dwa z docenienia niezwykle wartościowego pomysłu, jakim jest Unia Europejska. Europa bez wojen, integrująca się, poznająca się, współpracująca, wspierająca się. W tym czasie, z mojej perspektywy olsztyńsiej prowincji, były to różne próby współpracy międzynarodwej, wymiany studentów, zaciekawionego poznawania się, wyjazdów oraz przyjmowania młodych Europejczyków z różnych krajów u siebie na stażu (drobne ślady pozostały w Gazecie, w numerach archiwalnych). Jestem głęboko przekonany, że warto Unię Europejską rozszerzać o kolejne kraje. Nie zatrzymywać zazdrośnie tego, co wartościowe, tylko dla siebie.

Europa bez granic wybitnie sprzyja odradzaniu się lokalności i regionalności. Gdyby nie likwidacja zasieków na przejściach granicznych najpewniej dużo bardziej niechętnie odnosilibyśmy się do krzepnięcia lokalnej tożsamości, w tym Kaszubów czy Ślązaków. Na pewno poczycie europejskiego bezpieczeństwa ułatwia krzepnięcie i krystalizowanie się warmińskiej czy mazurskiej tożsamości. Sprzyja poznawaniu przeszłości, odkrywaniu własnej wielokulturowości i rodzeniu się nowo-Warmiaków. Nie boimy się już Niemców a nawet Rosjan. Ksenofobia bierze się ze strachu i niewiedzy. Fakt, nie wszytscy przestali się bać… Ale tak jak Polska tak i Europa jest procesem stawania się.

Okres „olsztyńskiej” Gazety Wyborczej to także okres wylęgania się idei uniwersytetu i powstania UWM. Dla mnie uniwersytet jest miejscem zdobywania szerokiej wiedzy, jako elementu szczęścia. Wiedza umożliwia zrozumienie świata, a w konsekwencji jesteśmy bardziej otwarci i nie boimy się otoczenia. To daje poczucie szczęścia. To również dyskutowanie o wartościach, w gruncie rzeczy europesjkich. Unia Europejska nie likwiduje naszej kulturowej różnorodności i tożsamości. Wręcz przeciwnie.

Kiedyś Europa nieustanie szarpana była wojnami. Dalej się różnimy, rozwijamy swoją lokalność i odmienność, lecz nie zatracamy ani kultury ani języka. Wręcz przeciwnie. Silny wspiera słabszego. Pomysł na "Unię" jest nawet naśladowany, mniej lub bardziej wiernie, w innych częściach świata. Mimo trudności i narzekania wiecznych malkontentów i przestraszonych, dumny jestem z Unii Europejskiej.

Czuję się Europejczykiem, ale wcale nie przestaję być Polakiem czy Warmiakiem. Te wartości się dopełniają a nie wykluczają. Na przykład w UE czuję kontynuację w znacznie poszerzonej wersji Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Łatwiej podróżować bez wiz i stania w długich kolejkach na granicy. I wszędzie czuję się jak u siebie, czy to w Wilnie, Rumunii, Francji, Niemczech, Wiedniu, Daugavpils. Najczęściej nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo, my Europejczycy, jesteśmy do siebie kulturowo podobni. Na dodatek Unia Europejska niesie w sobie wiele ideałów chrześcijańskiej Europy. Łączą nas wspólne wartości. Zbyt często mówimy o gospodarce i pieniądzach, za mało o wartościach. A przecież Unia Europejska to unia wartości a nie tylko unia gospodarcza!

Nie boję się świata i odmienności. Wiedza pozwala zrozumieć świat nas otaczający. Wiedza jest w tym sensie źródłem szczęścia. I tak też widzę uniwersytet. Nie jako wyższą szkółkę zawodową, ale jako miejsce, gdzie zdobywa się prawdziwą wiedzę i prawdziwe szczeście (wiedzę jak żyć i być szczęśliwym, spełnionym). Owszem, to projekt daleki do zakończenia. Tak jak i Unia Europejska. Banalnie napiszę: to nasz zbiorowy obowiązek. I czuję się dumnym obywatelem Europy, który może płacić składki i wspierać słabszych. Nie jestem parobkiem, patrzącym jedynie na UE jako międzynarodową pomoc społeczną. Jestem dumnym Europejczykiem, ciagle zgłębiającym naszą wspólną, europejską historię. A łączy nas wiele od wielu stuleci, nawet tysiącleci. A teraz zostałem noblistą... W zespoele wielu innych milionów Europejczyków. To duża satysfakcja z tak ogromnej pracy zespołowej.

Gazeta Wyborcza kojarzy mi się z dobrymi latami odzyskiwnaia wolności i poczucia odpowiedzialności w różnorodnych wymiarach. Oby pogłębiała swoją rolę opiniotwórczą i lokalnego opisywania spraw globalnych. Taki olsztyński i europejski zarazem globlokalizm.

Wobec postępującej tabloidyzacji mediów chciałoby się ocalić przynajmniej kilka przed sensacyjną miałkością i skandalizowaniem. Żeby zostało coś dla normalnych ludzi. Życzę tego Gazecie.

O drzewach, rozwoju zrównoważonym i globlokalizmie

sczachor

Na codzień naukowiec jest w dylemacie między globalizmem i uniwersalizmem a lokalnością. Nauka ze swej istoty jest uniwersalna. Badamy i publikujemy dla całej ludzkości (nawet najmniejsze dorobiagi, które potem układają się w całość ogólnej wiedzy). A tymczasem tuż obok nas dzieją się sprawy zwykłe, lokalne, które też trzeba rozwiązywać. Przyroda i zieleń w mieście to problem ciekawy (np. zjawisko synurbizacji i synantropizacji). Ale przecież społeczność lokalna poszukuje argumentów i konkretnych odpowiedzi. Czy spokojnie i chłodno badać, analizować, publikować gdzieś daleko, i patrzeć jak zmienia się na gorsze w najbliższej okolicy? Cóż z tego, że na wykładach z ochrony środowiska będę mówił o rozwoju zrównoważonym, o nowych trendach w ekologii miasta, jak wokół domu, w wyniku niewiedzy, dochodzi do szkód i psucia przestrzeni?

Czasem więc warto, aby naukowiec stał się obywatelem, takim zwykłym ale nie biernym. I poza pisaniem publikacji i wygłaszeniem referatów popracował także szpadlem. Po prostu żyć tym, co się głosi :). Ile przyroda jest warta? O tym można poczytać np. tu. Oprócz PKB jest i GPI (Genuine Progress Indicator).

Tam gdzie trzeba wyciąć drzewa pod inwestycje, to trzeba. Ale w Olsztynie jest dużo miejsc, w których  niszczy się zieleń zupełnie bez sensownego powodu, bez zezwoleń, z prywatnych egoistycznych zachcianek (bo np. reklamę zasłania). I jest dużo miejsc, które należałoby uzupełnić zielenią. Pan prezydent Olsztyna obiecał wiosenne i jesienne nasadzenia zieleni. Z niecierpliwością czekam na realizację. Żeby zasadzili przynajmniej tyle, co wycieli. I żeby parki wreszcie powstały, te co tyle lat już czekają... Mieszkańcy też czekają.

A żeby władze zdopingować do śmielszych i bardziej zdecydowanych działać napisałem list do gazety. Nie liczę na władze, sam zasadzę drzewo. Co nie znaczy, że rezygnuję z przekonywania i naukowego uzasadniania w zakresie rozwoju zrównoważonego oraz opisywania zdrowotnego, estetycznego i ekonomicznego zysku z obecności zieleni w Olsztynie. My tu gadu gadu (naukowo i popularnie), a drzewka w tym czasie podrosną :).

Globlokalizm to synergiczne działanie procesów globalnych i lokalnych. Hasłem ekorozwoju jest "myśl globalnie, działaj lokalnie". Nie ma co haseł tylko głosić. Dla akademickiej wiarygodności trzeba je też realizować.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci