Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : Mazury

Krutynia - rzeka wielu kultur i bogactwa wspomnień

sczachor

probarzekaW Mazurskim Parku Krajobrazowym koniec maja obrodził ciekawymi wydarzeniami, w których będę uczestniczył. I będę wspominał miłe chwile tam spędzone.. Zaczęło się jeszcze w czasach studenckich w postaci wycieczki przyrodniczej. Później, już jako pracownik Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie wraz ze studentami odbywającymi letnią praktykę biologiczną, odwiedziłem Krutyń w 1996 roku (zdjęcie obok). Zamieszkaliśmy w domku nad rzeką Krutynią. Teraz mieści się tam leśnictwo. Zbieraliśmy materiał do badań hydrobiologicznych. W letniej wyprawie uczestniczyli studenci kierunku biologia: Marta Tkaczuk, Iwana Jeleń, Ewa Jakóbowska, Letycka Karuzo, Katarzyna Stefańska, Agnieszka Linkiel, Elżbieta Dzioba, Wioletta Trzeciakowska, Katarzyna Białoskórska. Badaliśmy m.in. chruściki rzeki Krutyni i okolicznych jezior. W letnim obozie uczestniczyli z nami studenci z Białorusi a na dwa dni zawitali studenci z koła naukowego z ówczesnej ART. Przemierzyliśmy Park pieszo i kajakiem, odwiedzając także miejsca interesujące z kulturowego punktu widzenia. A na potańcówki chodziliśmy pieszo do Ukty. 

Na całoroczne badania hydrobiologiczne wróciłem w lata 2001-2002. Była to kolejna okazja poznać przyrodę i kulturę Mazurskiego Parku Krajobrazowego. Z dużą sympatią wspominam saunę i nocna kąpiel w rzece Krutyni. Tak się złożyło, że do tej pory nie było okazji całościowo opracować materiał chruścikowy z Mazurskiego Paku Krajobrazowego. A dzięki dawnej współpracy z dr Wandą Szczepańską ze Stacji Hydrobiologicznej w Mikołajkach dysponuję bogatym materiałem z lat 1951-1966. 

Teraz ponownie wybieram się do Krutynia. W niedzielę 29 maja uczestniczył będę w festynie edukacyjnym pn. "Dzień Bociana Białego". Zapraszam na wspólne malowanie mazurskiej przyrody na słoikach i butelkach. Następnego dnia, w poniedziałek 30 maja, w ramach konferencji "Krutynia - rzeka kultur" przedstawię referat pt. "Czy w Mazurskim Parku Krajobrazowym żyją jakieś niezwykłe chruściki?". Mam nadzieję, że będzie to wystarczająca inspiracja by zebrać dotychczasowe dane i je opublikować. Oraz by rozpocząć systematyczne badania chruścików tego Parku. Chciałbym sprawdzić czy żyje tu jeszcze Erotesis baltica i Hydroptila dampfi. Oraz kilka innych, rzadkich gatunków.

"Krutynia- rzeka kultur" pod taką nazwą odbędzie konferencja organizowana przez Mazurski Park Krajobrazowy. Jest to spotkanie o charakterze popularno-naukowym, którego celem jest wymiana poglądów na temat walorów przyrodniczych, krajobrazowych, historyczno-kulturowych MPK, ze szczególnym uwzględnieniem znaczenia wód powierzchniowych w dalszym rozwoju regionu oraz roli edukacji ekologicznej w kształtowaniu postawy szacunku wobec przyrody u przyszłych pokoleń. Do uczestnictwa w konferencji zaproszono przedstawicieli samorządów, środowisk naukowych, centrów edukacji ekologicznej, Lasów Państwowych, lokalnych organizacji turystycznych i innych instytucji z terenu Parku i województwa działających na rzecz ochrony przyrody i krajobrazu, jak również przedstawicieli branży turystycznej i szkół z terenu Parku, dzięki czemu możliwa będzie wymiana doświadczeń oraz zacieśnienie współpracy w ochronie przyrody i edukacji ekologicznej. Konferencja odbędzie się w poniedziałek 30 maja 2016 roku w Hotelu Habenda w Krutyni. Partnerem w konferencji jest kierunek Dziedzictwo Kulturowe i Przyrodnicze Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Konferencja jest dofinansowana ze środków Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Olsztynie.

Odwiedzę Park z aparatem by nadrobić zaległości wieloletnie. Nie omieszkam zdać relację z tej wizyty. Mam nadzieję powrócić z bardziej systematycznymi badaniami. Wtedy i zdjęć będzie więcej.

Gadające dachówki, złoty człowiek i transfer innowacji z uniwersytetu

sczachor

statuatki_zloty_czlowiekSpotkało mnie miłe i sympatyczne wyróżnienie statuetką Złotego Człowieka, wspólnie z p. Zofią Wojciechowską za projekt Gadających Dachówek (Zobacz relację Gazety Olsztyńskiej). Jest więc okazja by powiedzieć więcej nie tylko o gadających dachówkach.

Gadające Dachówki to innowacja, która powstała w czasie stażu w mikroprzedsiębiorstwie. Pomysł rozwijał się powoli, klucząc krętymi drogami a nabrał kształtów w ramach stażu (numer umowy o staż U.24/CIiTT.SIS2/PN/38/2014), jaki odbywam w małym przedsiębiorstwie. Staż odbywa się w ramach projektu pt. „Regionalny transfer wiedzy z nauki do biznesu – staże i szkolenia praktyczne naukowców w przedsiębiorstwach Warmii i Mazur”, współfinansowanego ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego a koordynowanego przez Centrum Innowacji i Transferu Technologii UWM w Olsztynie. Dachówkowa innowacja dotyczy branży turystycznej. Mam nadzieję, że skorzysta z niej małe przedsiębiorstwo z naszego regionu. Duże firmy sobie poradzą - najtrudniej jest mały, także z wdrażaniem innowacji. Innowacje są i dla małych!

Misją uniwersytetu jest wspieranie rozwoju regionalnego. Z innowacji korzystać mogą także małe (nawet mikro) przedsiębiorstwa. Innowacja nie musi oznaczać wielkich fabryk, dużych pieniędzy i mocno skomplikowanych technologii. Małe i duże przewroty najpierw powstają w głowie. Z gadających Dachówek mam nadzieję, że skorzysta branża turystyczna, ale przy okazji, jak podkreśla nominację Gazeta, „to cykl spotkań integrujących społeczność lokalną i pomagających im budować regionalną tożsamość.” Oddziaływania kulturotwórcze to także misja uniwersytetu. Szeroka współpraca z partnerami pozaakademickimi również.

Do nauki trzeba dopłacać a jakie są z tego zysku, korzyści dla społeczeństwa? Nie wszędzie da się postawić kasę fiskalną, więc ten wpływ nie dla każdego i nie od razu jest widoczny. Lata doświadczeń pod różnymi szerokościami geograficznymi wykazały, że warto mieć uniwersytety, w których uczeni obdarzeni są wolnością poszukiwań. Nawet wiedzy dla samej wiedzy. Bo paradoksalnie dobra teoria jest znakomitym wdrożeniem. Tak jak dobra mapa dla podróżnego.

Jak oceniać naukę (efektywność nauki)? Przez publikacje z listy filadelfijskiej i temu podobnymi narzędziami? Ale nie tylko publikowanie w czasopismach zagranicznych z listy IF (bo to działanie globalne i dla społeczności ogólnoświatowej) przesądza o pożytkach z uniwersytetów. Nie tylko o dumę, płynącą z ogólnoświatowego uznania i splendoru, chodzi (bo wtedy traktowali byśmy naukę na równi ze sportem). Można powiedzieć, że publikowanie w obcych językach i niedostępnych czasopismach to marnotrawstwo, to finansowanie nauki dla bogatych krajów, że to drenaż mózgów – bo inni korzystają. Ale to konieczne, by zachować kontakt z nauką światową. To także przepływ wiedzy światowej do lokalnej uczelni. Dobra nauka nie może być wyizolowana, bo wtedy z dużym trudem odkrywa się Amerykę po raz kolejny.

Jednakże obok tego poziomu globalnego potrzebny jest codzienny kontakt z otoczeniem uniwersytetu. Zapatrzeni w splendory ogólnoświatowe nie powinniśmy zapominać o kontakcie (i powinnościach) z „maluczkimi” na prowincji. Nie przypadkiem mój uniwersytet nosi nazwę Wamińsko-Mazurski. Mimo, że transfer wiedzy i innowacji do lokalnego otoczenia nie przekłada się ani na karierę zawodową, stopnie awansu czy prestiż zawodowy, to nie powinniśmy o nim zapominać. Dachówki to przykład zauważonego transferu do społeczności lokalnej (Gazeta Olsztyńska dostrzegła i publicznie innym pokazała). W większości taki przepływ wiedzy nie jest zauważalny we wskaźnikach naukometrycznych. Nie widać w publikacjach liczących się itd. Ale jest. To tylko wierzchołek góry lodowej – znacznie więcej nie dostrzegamy i nie widzimy tych pozytywnych skutków.

Dane wskazują, że tam gdzie uniwersytetu, tam gospodarczo lepiej funkcjonują społeczności lokalne. A więc w naukę warto inwestować i szkoły wyższe dotować, mimo, że pozornie nie widać szybkiego i wyraźnego przełożenia na gospodarkę. Może warto zwiększyć liczbę narzędzi pomiarowych? Ale koszty montowania „liczników pomiarowych” będą zbyt duże, zbyt biurokratycznie obciążające. Zbyt dużo aktywności samych uczonych pójdzie „w sprawozdawczość” (właśnie siedzę w kolejnych „papierach” i raportach”). Wystarczy zaufać… i robić swoje. Biznes też ma korzyści z wspierania nauki, i to nie koniecznie od razu. To tak jak z podlewaniem roślin – nie widać skutków po jednym podlaniu – roślina rośnie wolno i skutki widoczne są dopiero przy systematyczności. Kiedy zbieramy plon, wiemy, że zapracowaliśmy. Ale przecież nie wskażemy jednego konkretnego dnia, który zadecydował, bo np. 4 czerwca podlaliśmy wodą (innym razem sam deszcz glebę zrosił) id. Potrzeba wyobraźni by dostrzec tę zależność. I wiedzy ogólnej.

Czy Gadające Dachówki pomogą w dojrzewaniu lokalnej tożsamości (przekłada się na jakość życia) lub wspierać będą rynek turystyczny (przekłada się na stopę życiową)? Czas pokaże. Nie ta, to inna innowacja wspierać będzie rozówj regionalny. A może wszystkie razem, każda po troszeczku?

(zdjęcie u góry pochodzi z Gazety Olsztyńskiej, fot. Przemysław Getka)

Mazurska łąka na szkle malowana

sczachor

Trochę sobie pomalowałem w czasie urlopu. Tradycyjnie na szkle, z motywami rodzimej bioróżnorodności. Coś z tymi butelkami i słoikami trzeba zrobić. Tradycyjnie rozdaję… ale chyba będą także dwie małe wystawy w najbliższym czasie (a potem coś jesienią w czasie Olsztyńskich Dni Nauki).

Różnorodność biologiczna jest bogactwem naszego regionu, odkrywanym i kreowanym dziedzictwem a jednocześnie markowym produktem turystycznym. Malowanie na szkle jest okazją do rozmów w przestrzeni publicznej i do głębszych przemyśleń. Sztuka łączy się z nauką, humanistyka z biologią a rozważania teoretyczne z praktycznym zastosowaniem. To praktyczne tworzenie klimatu slow life i cittaslow (zasadnicza zmiana filozofii życia).

Malowanie na szkle jest relaksem ale jest i próbą uchwycenia dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego regionu. Nauka i sztuka zachwycają się światem, każda na swój sposób i w odmiennej formie. Podstawowym surowcem w tym malowaniu są odpady cywilizacji nadmiernej i szybkiej konsumpcji (puste opakowania słoiki, butelki, przygotowane do wyrzucenia na śmieci lub już wyrzucone w krzaki lub do rzeki).

Recykling rzeczy i znaczeń to promocja postaw przyjaznych środowisku i ludziom. Nauka jest ważną częścią kultury. Wyjaśnianie złożonej rzeczywistości wymaga wytrwałości. Malowanie na szkle także.

Ludzie dzielą się wiedzą (ale i sztuką, miłością) nie tylko ze względu na korzyści finansowe, lecz coraz częściej po to, żeby uczynić świat miejscem lepszym do życia. Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki: jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań.

Już niedługo będzie wystawa w barczewskiej Synagodze (galeria sztuki) oraz warsztaty w Tumianach. A także mini wystawa w Mrągowie oraz wykorzystanie do zajęć hotriterapeutycznych pt. „mazurska łąka”. Na zdjęciu moje malowanki, przygotowane na tę mrągowską wystawę.

Mazurska Łąka – to pomysł na zwrócenie uwagi na bioróżnorodność i wartość „zaniedbanych” sadów i łąk. A jak to na łące, jest rumianek (lub maruna, bo przecież moje malowanie nie jest idealne i w tych samych obrazach dopatrzyć się można różnych gatunków roślin i zwierząt), cykoria podróżnik, chaber polny (same „chwasty”, co mają dużą wartość i przyrodniczą i kulturową). Jest czerwończyk dukacik (którego widziałem w starym sadzie w Pieckach, przy Muzeum Regionalnym im. Walentyny Dermackiej z Sappiehów) i ćma czyli motyl nocny - sadzanka rumienica (Phragmatobia fuliginosa), jest majka lekarska (z kantarydyną co jest i trucizną i lekarstwem jednocześnie – wszystko zależy od proporcji). Żeby mogły pojawiać się owady w obfitości, zarówno te żerujące na roślinach (np. gąsienice motyli) jak i te odżywiające się nektarem i pyłkiem kwiatowym, muszą być na łące kwitnące „chwasty”. Im większe bogactwo gatunkowe roślin, tym większe bogactwo gatunkowe owadów. Ale jest i mucha Lucilia caesar, z rodziny plujkowatych, larwy uprzątają to, co na łące niepotrzebnego (padlina, gnijące resztki). Jest i pałka wodna i chruściki. Bo łąki na Mazurach z wodą sąsiadują. Kontekst jest ważny nie tylko w filozofii ale i ekologii.

A jeszcze historia tych butelek i słoików. Jedne już lat kilkadziesiąt mają. Wygrzebane z piwnic i strychów. Inne zupełnie nowiutkie... a już śmieciem się stały. Przywrócone do życia z odkrytą, domalowana nową wartością. By służyć rozważaniom i dyskusjom. Zarówno w trakcie malowania jak i w czasie użytkowania.

Żółciak siarkowy, jadłem, bardzo smaczny

sczachor

Jak w swej książce trafnie zaznaczył Marshall MacLuhan „zasoby naturalne (…) istnieją dzięki kulturze i umiejętnościom danej społeczności.” Pisał to w kontekście informacji (istnieją dzięki wspólnej wiedzy i umiejętnościom społeczeństwa), ale dobrze oddaje wpływ człowieka na środowisko i integralną koewolucję dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego. Żółta „huba” rosnąca na drzewach jest tego dobrym przykładem. Nawet społeczności łowiecko-zbierackie wpływają na otaczająca przyrodę. Udomowienie roślin i zwierząt (domestykacja) jest kolejnym krokiem w silniejszym wpływie na środowisko i narastającym zarządzaniu zasobami przyrody. No i silniejszym, wzajemnym uzależnieniu człowieka i gatunków, które wykorzystuje (koewolucja).

Wbrew pozorom sporo zostało w nas z pierwotnych łowców –zbieraczy, mimo że wiedza o jadalnych roślinach i zwierzętach dziko występujących powoli zanika w codziennej praktyce (przyrasta w książkach i zasobach internetowych). Teraz coraz częściej „polujemy” i „zbieramy” w super marketach.

Wiedzę co i jak jeść w największym stopniu uzyskujemy w rodzinie i najbliższym kręgu znajomych. A nasze kulinarne gusty i smaki kształtują się w pierwszych kilku latach życia. Gotowanie nie tylko zmieniło ale w dużym stopniu stworzyło człowieka. Znakomicie ten proces opisuje Richard Wrangham z książę „Walka o ogień. Jak gotowanie stworzyło człowieka”.

Należę jeszcze do pokolenia, które zbiera w lesie jagody, borówki, maliny i grzyby. Rozpoznawania grzybów w największym stopniu nauczyłem się na wakacjach, od wujka i babci. To wtedy nauczyłem się zbierać surojadki, koźlaki, maślaki, czerwone łebki, prawdziwki, kurki, opieńki i olszówki. Już na Mazowszu od kolegi nauczyłem się zbierać i jeść kanie. Znajomi z Białorusi częstowali mnie zupełnie dziwacznymi grzybami. Okazywały się jadalne (ale po odpowiednim kulinarnym przygotowaniu). W ostatnich latach w zdecydowanej większości robię grzybom jedynie zdjęcia. Cieszy ich widok i świadomość, że są jadalne. Jest to radość z oglądanie tego co jest bez konieczności posiadania (w tym skonsumowania).

Znajomości tego, co można zjeść i jak przyrządzić, ludzkość uczyła się przez setki tysięcy lat. I zawsze było to lokalne. Społeczności ludzkie są bardzo mobilne. Wędrujemy po świecie i spotykamy coraz to inną przyrodę i coraz inne gatunki roślin, grzybów i zwierząt. Głód często zaglądał nam w trzewia. Lokalnej i konsumpcyjnej różnorodności biologicznej uczyliśmy się albo od tubylców albo sami eksperymentując. Dzisiejsze, bogate dziedzictwo kulinarne, okupione zostało wieloma eksperymentami, śmiercią, zdrowiem, bólami brzucha, wymiotami itd. Nikt o tym anonimowych bohaterach już nie pamięta. Teraz sięgamy do książek i do internetu, dawniej była to tylko pamięć społeczna, przekazywana z pokolenie na pokolenie (stąd szacunek dla starości i siwizny). Czasem coś dodawaliśmy, czasem o czymś bezpowrotnie zapominaliśmy.

Żółciaka sarkowego znałem od dawna. Nawet wyczytałem w książkach, że jest jadalny. Ale dopiero niedawno skosztowałem. Poczęstowała mnie słuchaczka studiów podyplomowych (sam grzyb zebrany w Olsztynie, na osiedlu – jak widać na grzyby wcale nie trzeba jeździć do lasu). Był to smażony w panierce i marynowany w zalewie słodko-kwaśnej. W smaku bardzo podobny do marynowanej, smażonej na wzór mazurski, sielawy. Doznania kulinarne zaskakujące. Teraz spróbuję sam. Z ciekawości i chęci przeżycia przygody.

Żółciak siarkowy, bo o nim mowa, nosi naukową nazwę Laetiporus sulphureu, należy do grzybów z rodziny żagwiowatych (Polyporaceae). Nazwa trochę tautologiczna bo obie części odnoszą się do żółtego koloru. Ale dwuczłonowa nazwa gatunkowa jest wielkim wynalazkiem w porządkowaniu nazw gatunków. Żółciał siarkowy ma podobno około 70 synonimów naukowych. Teraz nazewnictwo porządkowane jest i pilnowane przez kodeks nomenklatury biologicznej. Precyzyjne zapisy wskazują, którą nazwę uznać za obowiązującą a które za starsze synonimy. Bo w starszych książka z różnych krajów można spotkać te inne nazwy. I warto wiedzieć co konkretnie się za nimi kryje. Precyzja w nauce jest niezwykle ważna.

W polskich nazwach znaleźć możemy także i inne określenia na żółciaka siarkowego: huba żółta, żagiew Rostafińskiego, żagiew topolowa, grzyb siarkowy, huba siarkowa. Lokalne nazewnictwo powoli ustępuje za sprawą globalizacji w postaci powszechnie dostępnych w księgarniach atlasów do rozpoznawania grzybów. Pismo, a zwłaszcza druk, ujednolica. Internet przyspiesza ten proces.

Owocnik żółciaka jest charakterystyczny i raczej nie do pomylenia z innymi grzybami, zwłaszcza trującymi. Owocniki w kolorze żółtym, czasem z odcieniem pomarańczowym są zazwyczaj bez trzonu, grubomięsiste, przyrośnięte bokiem do drzewa, o średnicy 10-30 cm i grubości 2-5 cm. Najczęściej owocniki rosną dachówkowato jeden nad drugim.

Żółciak jest gatunkiem kosmopolitycznym (poza Antarktydą występujący na wszystkich kontynentach, no ale na Antarktydzie nie ma drzew), powinien być więc powszechnie znany. Ale mało kto go zbiera w celach konsumpcyjnych. Zapewne dawniej było inaczej. Obecnie w Holandii nie zbierają do jedzenia nawet koźlaków czy prawdziwków. Jedynie grzyby kupowane w supermarkecie uznawane są za jadalne. A więc pierzarki, boczniaki czy uszaki bzowe (grzyby mun). Dla współczesnego człowieka istnieje tylko to, co można kupić w sklepie….

Żółciak siarkowy najliczniej spotykany jest na półkuli północnej, zwłaszcza w Ameryce Północnej i w Europie. W Polsce jest pospolity. Owocniki pojawiają się głównie w maju i czerwcu, ale spotkać można je aż do września. Młodsze owocniki są intensywnie żółte, potem nieco blakną . Zazwyczaj grzyb ten występuje w parkach, sadach, ogrodach, na przydrożnych drzewach, powalonych pniach. W lasach jest rzadszy. A więc krajobraz antropogeniczny wyraźnie mu sprzyja. W jakimś sensie jest to więc grzyb synantropijny. Występuje głównie na drzewach liściastych (np. w lasach łęgowych), na drzewach iglastych spotykany jest bardzo rzadko. Podobno owocniki rosnące na cisach są trujące (może przez substancje przenikające z cisa?). Najczęściej atakuje dęby, brzozy, wierzby, topole, robinie akacjowe i drzewa owocowe.

Przez leśników uważany jest za grzyb chorobotwórczy (a więc za szkodnika). Atakuje głównie drzewa liściaste, zarówno osobniki osłabione, jak i te w pełni zdrowe. Zanim pojawią się owocniki, grzybnia długo rozrasta się w środku drzewa. Powoduje intensywną brunatną zgniliznę drewna, najpierw w twardzieli, później w bielu. Pień drzewa w środku staje się pusty (jakby wydrążony) i tworzy się dziupla. Opanowane przez niego drzewo ginie w ciągu kilku lat. Najczęściej owocniki powstają na jeszcze żywym drzewie.

Dla przyrodników jest to gatunek dziuplotórczy. Tworzy więc siedliska dla wielu bezkręgowców. Sam jest wykorzystywany przez wiele gatunków owadów.

Grzyb jest jadalny ale po obgotowaniu (10-20 minut). Surowe owocniki są trujące. Przed spożyciem wymagają płukania (w tym pozbycia się resztek kory i małych mieszkańców czyli sześcionogich zjadaczy grzybni), obgotowania i odlania wody, dopiero potem można je dalej przetwarzać. W smaku jest przyjemny, nieco kwaśny (w starszych owocnikach lekko gorzki) o aromatycznym zapachu grzybowym.

W przepastnych zasobach internetowych znalazłem wiele przepisów kulinarnych na żółciaka (w niektórych krajach jest ceniony i uważany za ekskluzywny, a więc kosztowny przysmak). Bez trudu znalazłem przepisy na flaczki z żółciaka siarkowego, sznycle, paprykarz, pasztet z żółciaka czy marynowany w zalewie miodowo-korzennej. Jest tego zapewne więcej, bo kreatywność kulinarna ludzi jest ogromna. Można więc go smażyć, dusić, gotować, marynować.

Podobno wysuszony żółciak był bardzo dobrym materiałem do krzesania ognia krzesiwem. Współczesny człowiek z krzesiwa nie korzysta, więc pamięć o takim wykorzystaniu pozostaje już tylko w książkach.

Ważka ruda i żagnica wielka, czyli prawdziwe cuda, które zobaczyć można w przydomowym ogrodzie

sczachor

Nie trzeba daleko jechać, ani przedzierać się przez tropikalną dżunglę, ani iść za siódmą górę czy siódmą rzekę aby zobaczyć siódmy cud przyrodniczy świata. Przyrodnicze cuda zobaczyć można na Warmii, Mazurach i Powiślu. W leniwym, wakacyjnym czasie wystarczy siąść po prostu gdzieś w ogródku w pensjonacie, domku wczasowym, przy namiocie lub w hotelowym tarasie. I patrzeć.

Małe też jest piękne, niezwykłe, unikalne. Trzeba tylko o tym wiedzieć. Przyrodniczym siódmym cudem świata nie są reklamy telewizyjne czy przydrożne bilbordy. Mazury to cud natury? Ale co konkretnie? Jest bo jest, bo na plakatach napisali? Widzimy tylko w koło jakieś „robale” i „zielsko”. Drogi wakacyjny urlopowiczu, siądź, poobserwuj, a zaczniesz rozróżniać… ponad 20 tysięcy gatunków tych robali i kilkaset gatunków „chwastów”. Jeśli rozpoznasz gatunek rośliny czy zwierzęcia, to wtedy dostrzeżesz głębszy kontekst, głębszą teść. Bo do zauważonej ważki … dodamy historię jej życia, zwyczaje, ludzkie historie, kontekst kulturowym. W epoce cyfrowej i mobilnego internetu łatwo znaleźć dodatkowe informacje oraz szybką pomoc w rozpoznaniu gatunku (wystarczy zrobić zdjęcie). Znając nazwę szybko dotrzemy do niezwykłych opowieści o otaczających nas niezwykłościach. To zupełnie tak, jakby ślepy nagle odzyskał wzrok.

Przykładem niech będzie niebieska ważka (zdjęcie wyżej, spotkałem ją nad rzeką Pasłęką), która dziwnym trafem nazywa się ważką rudą lub ważką żółtą (Libellula fulva). Rudawa czy żółtawa jest tylko samica, samiec jest niebieski. Oczywiście chodzi o jego odwłok. Jest kilka podobnych gatunków, więc nie każda niebieska ważka to samiec ważki rudej.

Ta ważka nie jest zwykła, jest bardzo silnie związana z pojezierzami, bo praktycznie tylko w takim krajobrazie u nas występuje, gdzie indziej jest rzadka i raczej pojawia się przypadkowo. Trudno powiedzieć na czym konkretnie w biologii tego gatunku polega związek z pojezierzem. Fakt obserwowany, wymagający wyjaśnienia. Z mazurskimi jeziorami najczęściej wiążemy kormorany. Ale to jest już takie banalne. Ważka ruda jest bez wątpienia oryginalniejsza… i tylko dla wtajemniczonych.

Albo na przykład żagnica wielka (Aeshna grandis), widoczna na zdjęciu poniżej (fot. Z. Wojciechowska). Pozowała w Muzeum Regionalnym w Pieckach im. Walentyny Dermackiej. Podobno przylatują tam bardzo często. Można połączyć więc poznawanie dziedzictwa kulturowego z dziedzictwem przyrodniczym naszego regionu. Pani Zofia Wojciechowska wybrała się do tego Muzeum, by ugotować zupę z pokrzyw. Dla telewizji. Co jest niezwykłego w chwaście, co wszędzie rośnie, że aż przyjechała filmować zupę pokrzywową telewizja?

Współczesny świat i turysta szuka lokalności, unikalności i „ekologiczności”. Czy potrafimy opowiedzieć odwiedzającym nas turystom, na czym polega przyrodnicza niezwykłość i unikalność naszego regionu Warmii i Mazur? Czy umiemy odczytać niezwykłe dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze po mijanych gatunkach roślin, grzybów i zwierząt? 

Ale wróćmy co żagnicy wielkiej. To samica. Dawniej zwana także szklarzem (żagnica, nie samica). Może od witrażowych niemalże skrzydeł? Lekko brązowych – co ułatwia rozpoznanie gatunku (bo jest kilka gatunków żagnic). Ważki, zaliczane niegdyś do owadów siatkoskrzydłych (razem z chruścikami) były częstym motywem, wykorzystywanym przez artystów, zwłaszcza w secesji. Zachwycają swoim pięknem i wielkością. I archaiczną przeszłością, bowiem w epoce karbońskiej, przed wielu milionami lat (jeszcze przed dinozaurami) na Ziemi żyły olbrzymie praważki, których rozpiętość skrzydeł wynosiłam ponad 80 cm. Wtedy były panami przestworzy.

Żagnica wielka jest na prawdę duża – długości niemalże 8 cm i rozpiętości skrzydeł do 10 cm. Dorosłe owady spotkać można fruwające nawet daleko od wody, na leśnych drogach i polanach, od czerwca do września. Polują na inne owady, człowiekowi żadnej krzywdy nie zrobią (chyba, że złapiemy ją w rękę, wtedy może się bronić i żuwaczkami ugryźć w palec). Często żagnice nazywamy helikopterami, ze względu na doskonałe umiejętności lotu, z momentami zawiśnięcia nieruchomo w jednym miejscu. Larwy są również drapieżne. Potrafią zjeść nawet kijankę i małą rybkę.

Ile żyje żagnica? Cały cykl życiowy trwa dwa lata. Zimuje w stadium larwalnym. Żagnica wielka jest gatunkiem pospolitym w Europie Środkowej. Liczniej spotykana jest ta terenach zalesionych. Larwy tego gatunku żyją w różnego typu wodach stojących lub wolno płynących (kanały i starorzecza). Dużo ciekawych rzeczy można powiedzieć o jej zwyczajach rozrodczych. Ale to już zostawiam wnikliwym obserwatorom i miłośnikom odkrywania wakacyjnej przyrody w każdej postaci.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci