Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Wpisy otagowane : gatunki-obce

O szeliniaku sosnowcu, Książniczkach i święcie Wikipedii

sczachor

Dzisiaj Dzień Wikipedii i zgodnie z przewidywaniami odezwały się media. No bo jak raz człowiek gdzieś przy jakimś temacie zaistniał, to potem raczej na pewno się powtórzy. Tym razem było to Radio RMF FM (ale kontakty z Radia UWM FM). Po prostu nasi absolwenci zdobywają doświadczenie i „idą w świat”. A Wikipedia pozostaje – mimo niedoskonałości – jedną z ważniejszych encyklopedii dla każdego, gdy szuka informacji. Można byłoby powiedzieć – encyklopedia pierwszego kontaktu. Że są tam błędy i niedoskonałości? Nie szkodzi, to historycznie ważny projekt aktywnie promujący otwartą wiedzę (open access i open source). Najwięcej z Wikipedii korzystają ci, którzy piszą, a nie ci, którzy czytają. Bo pisanie zmusza do czytania, dyskutowania, refleksji i krytycznego i całościowego myślenia. I promuje wolną wiedzę bez licencji i ograniczeń. Uczy także korzystania ze źródeł (wtedy gdy piszemy a nie biernie korzystamy). Nie jest błędem korzystanie z Wikipedii, błędem jest ograniczanie się do jednego źródła informacji i bezrefleksyjne korzystanie z jakiejkolwiek informacji.

Ale encyklopedia – nawet internetowa –ma tę wadę, że trudno znaleźć, jeśli nie wie się czego szukać. Kontakty międzyludzkie są znacznie pomocniejsze w szukaniu. Tak jak w księgarni – warto zapytać persolenu, gdzie co można znaleźć. Kto pyta nie błądzi (przynamniej długo nie błądzi).

W dobie internetu w konsultacjach pomocne są różne serwisy społecznościowe, np. Facebook. Dziś rano, pod przepięknym zdjęciem p. Jacka Freyera, znalazłem taki dopisek: „zagadka nie do końca księgarska... ostatnio oglądałam zdjęcia przyjaciela (fot. Jacek Freyer) i wśród nich pojawił się taki oto osobnik, a ja nie wiem, kimże on jest i mój przyjaciel nie wie również... a chcielibyśmy wiedzieć... może ktoś jest w stanie nam podpowiedzieć? Szukałam w różnych książkach, ale... no cóż - więc jeśli ktoś z Was wie, jaki to stwór na tej fotografii lub do jakich książek mogę sięgnąć by się o nim czegoś dowiedzieć, to bardzo proszę o podpowiedź... :)” (użytkownik Książnica Polska)

Skoro pytają urocze Książniczki, to jak nie pomóc? To na pewno owad. Co więcej - to chrząszcz z rodziny ryjkowcowatych (Curculionidae). Dokładniejsze określenia to już nie jako pewność, ale tylko domysły (z dużym prawdopodobieństwem trafienia), że to być może szeliniak sosnowiec. Pewności nie mam, bo nie znana jest rzeczywista wielkość (brak skali) i zdjęcie zrobione z nieco boku (nie widać wszystkich cech).

W komentarzach innych konsultantów pojawiły się propozycje imion. Wszystkie męskie. A może to samiczka? Płeć u owadów bez dymorfizmu płciowego znacznie trudniej jest ustalić. Pojawiła się także propozycja, aby nadać mu nazwę mola książkowego. Co do mola książkowego...  mól to motyl a nie chrząszcz, więc chyba odpada. Na dodatek szeliniak wcina (zjada) drewno a nie papier. Ale woli drzewo a nie drewno półek z książkami. Chyba, żeby taką opowieść stworzyć: larwa sobie żyła w drzewie, zrobili deski i z nich półkę... I wtedy wylągł się z larwy (po przepoczwarczeniu) dorosły chrząszczyk. Patrzy - a tu książki. No to zabrał się do czytania. I cóż czyta teraz ten nasz chrząszczyk (być może samiczka - Książniczka). Ewentualnie dorosły chrzaszcz szukał zimowego schronienia w zacisznym miejscu za książkami.

Podobny przypadek zdarzył się kilka lat temu. Firma meblarska zwróciła się do mnie z prośbą o eksperyzę. Żeby na podstawie zdjęcia określić gatunek owada i wydać opinię czy zagraża meblom (owad , nie ekspertyza). Bo firma z Wielkiej Brytanii wstrzymała cały eksport mebli z naszego regionu, po znalezieniu owada-szkodnika. Firma prowadzi sprzedaż mebli ekologicznych i jeśliby z mazurskimi meblami zawleczony został szkodnik-drewnojad, to wyniknęłyby duże straty. Szeliniak mebli nie lubi (nawet nie lakierowanych). Trawił na Wyspy najpewniej w palecie (europalecie), wykonanej z surowego drewna sosnowego (a więc nie w meblu tylko opakowaniu do transportu), a dorosły po prostu wyszedł po podróży za morze. I narobił paniki. Od tego czasu firma zmieniła sposób przygotowywania palet do transportu, aby żaden niechciany pasażer nie przyczynił się do zerwania kontraktu oraz nie pojawiały się gatunki obce w innych regionach świata. 

Szeliniak sosnowiec (Hylobius abietis L.) to średniej wielkości chrząszcz z rodziny ryjkowcowatych (Curculionidae), uważany za groźnego szkodnika leśnego. Dla tego chrząszcza las pachnie znacznie intensywniej, zwłaszcza żywica ściętych drzew. To znakomity biodetektor chemiczny. Parafrazując powiedzenie, że siano pachnie inaczej zakochanym i koniom, tak i ścięta sosna pachnie ludziom i szeliniakom zupełnie inaczej. Ciekawe co mogłoby (teoretycznie) takiego szeliniaka zwabić do księgarni, nawet jako pasażera na gapę?

Wielkość owada dorosłego waha się w granicach 7,3-13,5 mm. Pokrywy skrzydłowe są szersze w części przedplecza tworząc jakby barki, czym wyróżniają się szeliniaki od smolików (inne chrząszcze z rodziny ryjkowcowatych). Podobny do niego  szeliniak czarny (Hylobius piceus) jest nieco większy (12-16 mm). Owadów jest dużo, wiele do siebie podobnych. Często po samym zdjęciu nie da się pewnie zidentyfikowac gatunku - potrzebne jest preparowanie aparatów kopulacyjnych a czasami nawet badania genetyczne i analizy molekularne.

Larwy szeliniaka sosnowca są koloru biało-żółtego z brązowymi głowami, nie posiadają odnóży. Żyją w wydrążonych korytarzykach, najpierw pod korą, później w drewnie (jeśli w tym stadium zrobić deskę, to larwa może przetrwać i dalej zerować). Wiosną owady doskonałe (imagines) poszukują na porębach młodych drzewek sosny. W czasie żerowania wygryzają w korze pierścienie okalające pień. Z tego powodu przez lesników uważane są za szkodnika lasu.

Samice, po wielokrotnej kopulacji, składają 50-100 jaj, przytwierdzając je do korzeni pniaków świeżo ściętych sosen, świerków lub modrzewi. Dlatego owady te można spotkać na porębach. Z jaj po około 2-3 tygodniach wylegają się larwy, które zaczynają drążyć chodniki, najpierw w łyku, potem w bielu. W kolejnym roku, po przezimowaniu, następuje przepoczwarczenie (larwy żyją 1-2 lata). Czasem nowe pokolenie wylega się już jesienią (wrzesień-październik), zazwyczaj jednak larwy zimują i przepoczwarczają się dopiero wiosną następnego roku.

Dorosłe chrząszcze zimują ukryte wśród liści pod zwalonymi drzewami. Od biedy można byłoby przyjąć ze takowy chrząszczyk schronił się do księgarni, aby w ciepłym kąciku, pod szeleszczącym papierem przeczekać zimę.

Dorosłe chrząszcze żyją 2-3 lata, lecz aktywnie latają tylko młode. Ech, młodość ciekawa świata :). W kwietniu, maju lub czerwcu zlatują się na poręby, gdzie następuje kopulacja. W lipcu dorosłe chrząszcze spotkać można w koronach nasłonecznionych drzew, rosnących na skraju lasu. Tam żywią się gałązkami. Jesienią schodzą do gleby, gdzie zimują w ściółce.

Chrząszcze te uważane są za szkodniki leśne, gdyż żerując na młodych sadzonkach, ogryzają korę nadziemnej części pnia, powodując zranienia i osłabienia młodych drzewek. W wyniku intensywnego żerowania i ogryzienia kory, sadzonki najczęściej giną. Leśnikom to się najwyraźniej nie podoba...

Szeliniaki sosnowce wyczuwają różnorodne substancje nawet w niewielkiej koncentracji. Dlatego potrafią wyczuć z daleka dogodne siedlisko i do niego dotrzeć z daleka. Substancje te, wydzielane przez drzewa, określane są nazwą "atraktanty". Do takich atraktantów, dla owadów związanych z drewnem, należą terpeny, kwasy tłuszczowe zawarte w żywicach: kwas palmitynowy, stearynowy, oleinowy, linolowy, linolenowy, jak również ich estry metylowe. Szeliniak sosnowiec potrafi wyczuć z odległości 1 m już koncentrację takich atraktantów w stężeniu zaledwie jeden na 10 milionów! Owady kierują się w stronę źródła zapachu, wykorzystując kierunki prądów powietrza.

Więcej o szeliniaku

ps. Książniczki - bo od Książnicy Polskiej

Balisaskarioza, szop pracz i gatunki inwazyjne

sczachor

Wszystko płynie jak powiedział Pan Tarej z Miletu*. W konsekwencji nieustannie wchodzimy w relacje z innymi organizmami (w sensie ekologicznym) i innymi osobami (w sensie społecznym). Eliminując jedno zagrożenie, jednego wroga, zaraz spotykamy następnego. Mimo niekwestionowanych postępów medycyny ciągle chorujemy i umieramy. Żyjemy w spokojnych i dobrych czasach, a mimo to ciągle się czymś martwimy, czegoś się obawiamy.

Zmienia się i przyroda wokół nas. Jedne gatunki znikają, inne się pojawiają. Ochrona przyrody może poszczycić się wieloma sukcesami. Ale niezależnie od nich za sprawą aktywności człowieka ciągle docierają do nas gatunki obce. Niektóre z nich są inwazyjne. Znacznie mniej widoczne są pasożyty, przynoszone „niechcący” z tymi gatunkami. Przykładem jest choroba zwana balisaskariozą.

Balisaskarioza powodowana przez nicienia (czyli taką glistę) o naukowej nazwie Balisascaris procyonis. Żywicielem ostatecznym tegoż pasożyta są szopy, szopy pracze. A co nas mogą obchodzić jakieś amerykańskie szopy? U nas ich przecież nie ma. To znaczy nie było. Kilka lat temu pierwszego rozjechanego przez samochód szopa zauważono koło Szczytna. Prawdopodobnie więc już i są na Warmii oraz Mazurach.

Pasożytniczy nicień Balisascaris procyonis po raz pierwszy został odkryty i opisany naukowo w Polsce. A stało się to w Łodzi, gdy u szopa padłego w ogrodzie zoologicznym, wykryto tego pasożyta. Widać Amerykanom się nie chciało albo nie było tam odpowiednich specjalistów, żeby naukowo opisać ten gatunek nicienia. Bowiem pasożyt występuje bardzo powszechnie w północnoamerykańskiej populacji szopów.

Skąd szopy w Europie? Są od dawna w ogrodach zoologicznych i w prywatnych hodowlach. W czasie drugiej wojny światowej uciekły z berlińskiego ZOO i zdziczały. Po jakimś czasie przekroczyły Odrę, a potem Wisłę. I tak mamy u siebie szopa. Bo na przykład jenoty pojawiły się u nas dużo wcześniej (ze wschodu).

Gdy szop zje jajo pasożytniczego nicienia, inwazyjna larwa wykluwa się i w śluzówce jelita przez około 2 miesiące dojrzewa. W jelicie osobniki dorosłe kopulują i pojawiają się jaja. Wraz z odchodami kolejne pokolenia jaj wydostają się do środowiska. Wydostając się z odbytu mogą trafić do pyszczka szopa... i cykl życiowy się zamyka.

Jaja tegoż nicienia mogą być przypadkiem zjedzone przez inny gatunek zwierzęcia, w tym również człowieka. W tym przypadku człowiek jest żywicielem paratenicznym (przypadkowym), w którym nicień nie może rozwinąć się w postać dorosłą. Kontakt z człowiekiem dla nicienia jest szkodliwy, ale dla człowieka także. Poza człowiekiem żywicielami przypadkowymi (paratenicznymi) mogą być ptaki (w tym drób hodowlany), gryzonie, zające i inne zwierzęta u nas nie występujące. W żywicielu paratenicznym larwy nicienia „zdezorientowane” innym środowiskiem, przebijają się przez ścianę jelita i wraz z krwią wędrują po organizmie, osiedlając się w różnych tkankach, np. sercu, płucach, wątrobie czy gałce ocznej. W takich tkankach nicienie nie mają szansy na dojrzałość i wydanie potomstwa. Marna to dla nas pociecha, kiedy zachorujemy na zapalenie płuc, ślepotę czy różnego typu upośledzenia nerwowe (gdy nicień osiedli się w mózgu). Ba, może się to skończyć śmiercią żywiciela, czyli naszą. Marna pociecha z tego, że pasożyt także zginie. Pasożyty składają ogromne ilości jaj – któremuś się uda trafić na odpowiedniego żywiciela i wydać potomstwo.

Jaja pasożyta są niezwykle wytrzymałe na niesprzyjające warunki środowiskowe i mogą pozostać zdolne do inwazji, leżąc np. w glebie, nawet przez kilka lat. Spożywanie nieumytych owoców leśnych czy nawet głaskanie sympatycznego szopa pracza (na przykład takiego z prywatnej hodowli – bo jakichże to zwierzątek w domach nie trzymamy?) umożliwia się przedostanie niewidocznym jajom (niezwykle małych rozmiarów) z rąk do buzi... Trzeba iść więc za przykładem szopa i… myć wszystko przed jedzeniem. Także ręce. Z prozaicznych względów najbardziej na balisaskariozę narażone są dzieci.

A co z tym panem Tarejem? Ano, to że ciągle na nas czekają nowe wyzwania. Ale dzięki temu nasze życie nie jest nudne. I braku nudy w Nowy Roku  życzę w  Czytelnikom niniejszego bloga.

Nie ma zmartwień, które się powymartwiają - szczęście i radość życia nosimy więc w sobie. Niezależnie od szopów praczy, jenotów czy lisów (o tych ostatnich będzie w kolejnym blogowym wpisie). Robota jest nie do przerobienia, zmartwienia są nie do przemartwienia, cieszmy się więc życiem każdego dnia.

  Więcej informacji o balisaskariozie i pasożycie.

* cytat autentyczny :)

Ninja czyli nawet nasze biedronki są z Azji

sczachor

Trudno kupić już cokolwiek, co w całości lub w części nie pochodziłoby z Chin. Nawet markowe produkty (marka europejska, ale wykonane w CHRL), czosnek, elektronika. Zalewają nas produkty z Azji... Tanie? Ale koszty transportu to emisja gazów cieplarnianych, skutek więc nie tylko ekonomiczny ale i środowiskowy. Ponadto chciałbym coś solidnego a nie tandetę. Właśnie oddałem do reklamacji czajnik elektryczny, niedawno nabyty drogą kupna. Firma dobra i renomowana... ale wykonane w Azji...

Tuż przed świętami, gdy żona myła okna, ze szpary wypełzła biedronka. Ale to nie jest nasza zwykła biedronka. To jest biedronka ninja zwana arlekinem lub biedronką azjatycką (Harmonia axyridis). Jako gatunek obcy i inwazyjny dotarła już do Polski. W Olsztynie widziałem ją już w 2010 r. Teraz rozbudzona z odrętwienia zimowego chodzi po ścianie. Na dworze zimy nie widać, niemalże wiosna, więc moja domowa biedronka azjatycka cały czas jest aktywna. Drepcze i drepcze po ścianie, czasem zajrzy tu i tam.

Od przybytku głowa nie boli? Nie zupełnie. Jako gatunek inwazyjny zagraża naszej rodzimej bioróżnorodności. Tak jak wszystkie inne biedronki jest drapieżnikiem, zjada drobne owady, mszyce ale i jaja innych biedronek czy nawet ich larwy. A więc nie tylko konkuruje o zasoby ale i drapieżniczo eliminuje nasze poczciwe "boże krówki" (biedronkę siedmiokropkę).

Jeszcze nie wiadomo jaki będzie ekologiczny i środowiskowy skutek inwazji azjatyckich ninja. Małym pocieszeniem jest to, że nasze urocze siedmiokropki są gatunkami inwazyjnymi na innych kontynentach. Globalizacja w aspekcie przyrodniczym wiąże się nie tylko ze zmianami klimatu, ale i wpływem na lokalną bioróżnorodność.

Ech... nic już nie będzie takie jak dawniej. Nawet przyroda za oknem. Za moim oknem rosną obcego pochodzenia kasztanowce, które latem zjadane są przez inwazyjnego szrotówka kasztanowiaczka (taki drobny motylek). Nieopodal rozległe łany nawłoci kanadyjskiej. Teraz ta biedronka. Nic, tylko siąść w oknie i patrzeć co będzie dalej, w czasie tej tegorocznej wiosennej zimy... Poczytać dla rozrywki jakiegoś "harlekina"?

Azjaci pod reszelskim zamkiem, do broni (do kos)!

sczachor

Zwiedzając reszelski zamek z niepokojem zauważyłem pod murami azjatyckich agresorów! Owi najeźdźcy widoczni na zdjęciu - to barszcz Sosnowskiego (Heracleum sosnowskyi) czasami nazywany także barszczem kaukaskim. To olbrzymia roślina zielna z rodziny baldaszkowatych (Umbeliferae, z tej samej rodziny co cykuta czyli szalej jadowity).

Jest to w Polsce gatunek obcy i inwazyjny, groźny zarówno dla rodzimej przyrody jak i dla człowieka. Niech zdjęcie z Reszla będzie dzwonem na alarm i trwogi: obcy pod murami! Uznany jest ten gatunek za antropofita (wprowadzony przez człowieka), tak jak wcześniej opisywane rumianki. Ale w przeciwieństwie do wspomnianych chwastów leczniczych nic dobrego z obecności barszczu kaukaskiego nie wynika.

Jak sama nazwa wskazuje barszcz Sosnowskiego pochodzi z Kaukazu, w Europie Wschodniej i Środkowej pojawił się w połowie XX wieku (w ogrodach Europy Zachodniej uprawiany był już w XIX w. jako roślina ozdobna), najpierw za sprawą samego człowieka. Barszcz Sosnowskiego traktowany był jako roślina pastewna, dlatego obsiewano nim polach także i u nas. Ale pojawiły się problemy z uprawą i szkodliwością dla zdrowia człowieka. Upraw zaniechano ale przybysz pozostał i mimo zwalczania rozprzestrzenia się w sposób niekontrolowany. Niech nie zwiedzie nas jego uroda.

Barszcz Sosnowskiego preferuje siedliska wilgotne, o kwaśnym odczynie gleby, często spotkać można tę roślinę przy strumieniach, rzekach i nad brzegami jezior. Jako gatunek inwazyjny i obcy jest bardzo ekspansywny. Często tworzy zwarte łany, eliminując wszystkie inne gatunki roślin (a przynajmniej mocno je ograniczając np. przez zacienianie). To jest właśnie groźne dla naszej rodzimej flory. Nie zwalczany może opanować setki hektarów.

Na dodatek barszcz Sosnowskiego zawiera związki chemiczne zwane furanokumarynami. Przy silnym nasłonecznieniu i działaniu światła ultrafioletowego, furanokumaryny ulegają przemianom i powstają z nich substancje o silnie parzącym działaniu. Tak więc barszcz z Kaukazu staje się szczególnie zjadliwy w czasie pięknej, słonecznej pogody. Poparzenia powoduje zarówno kontakt z rośliną jak i z jej sokiem. W miejscach kontaktu skóry z sokami rośliny, pod wpływem promieniowania słonecznego, pojawiają się bąble, (tak jak przy oparzeniach), przechodzące czasem w ropiejące rany, a w najgorszych przypadkach nawet dochodzi do martwicy skóry.

W upalne dni barszcz Sosnowskiego wydziela lotne olejki eteryczne, które wdychane w większych stężeniach mogą wywoływać zawroty głowy, wymioty a nawet zaburzenia świadomości.

Może i pięknie wygląda ta okazała roślina pod murami reszelskiego zamku, ale wieje grozą, tak jak podczas oblężenia. Ziele niczym zagony tatarskich nomadów, oblega zamkowe mury. Za sprawą roślin stworzyć można klimat średniowiecznych zagrożeń najazdami obcych :).

rumian, rumianek i maruna czyli o przybyszach i miedzach

sczachor

Nie wszystko co ma białe płatki i żółty koszyczek to rumianek. Choć i samego rumianku więcej niż jeden gatunek. Łączy te kwiaty pokrewieństwo, podobieństwo i to, że wiele to archeofity i antropofity, czyli gatunki które kiedyś z człowiekiem przywędrowały. Takie dawne gatunki obce, które całkiem się "oswoiły". Mają także właściwości lecznicze.... mimo, że uważane za chwasty, a więc coś "zbędnego".

Rumian szlachetny zwany także rumiankiem rzymskim - Anthemis nobilis L., po rosyjsku zwany pupaszką, silnie aromatyczne ziele, uprawiane a z czasem zdziczałe w chwast się obróciło :). Jest rośliną leczniczą, czasem uprawianą jako ozdobna. Zawarte w tej roślinie olejki eteryczne używane bywają w kosmetyce.

Rumianek pospolity (Matricaria chamomilla L.) romaszką apteczną zwany przez naszych wschodnich sąsiadów, też jest silnie aromatycznym zielem. W Polsce jako chwast polny, ale niegdyś sprowadzny przez człowienia, uznawany za archeofita. Roślina lecznicza, wykorzystywana i do dzisiaj. Natomiast olejki eteryczne pozyskiwane z rumianku używane są do wyrobu likierów oraz do... farb do malowania na porcelanie.

Maruna bezwonna (Matricaria inodora) zawiera - jak nazwa wskazuje - mało elejku eterycznego, dlatego mniej pachnie. Ale i tak pięknie wygląda - prowincjonalnie i rustykalnie. Spotkać ją można na polach, w ogrodach, rumowuiskach, przy drogach a nawet na nasypach kolejowych.

Historia przemija. Rumian i rumianek znane już w czasach rzymskich. Przywędrowały do nas wraz z rozwijającą się ludzką cywilizacją. Rosną w krajobrazie rolniczym, gdzieś na miedzy, przy drodze, na przychaciach. Skrywają właściwości lecznicze jak i urodę prowincjonalnego klimatu. W pośpiechu mijane. Trzeba zwolnić, aby zapach poczuć i o bogatej historii tego "zielska" porozmyślać. I o przemijającym życiu osiedleńców i wysiedleńców we współczesnej Europie. I na Warmii.

Banalne, wiejskie kwiatki... Banalne? Kocham taką prowincjonalną "banalność".

Róże bez zapachu, EHEC i gatunki obce

sczachor

Już dawniej spotkałem się z problemem róż bez zapachu. Selekcja tych pięknych kwiatów spowodowała pojawienie się wielu pięknych w kształcie i barwie kwiatów, ale prawie lub całkowicie bez zapachu. W rezultacie przemysł perfumeryjny ma problemy z pozyskaniem olejku różanego. Perfumiarze szukają dziko rosnących róż w Rumunii i Bułgarnii.

Kilka dni temu oglądałem program popularnonaukowy o różach. Prawie wszystkie, a przynajmniej zdecydowaną większość niemieckich róż hoduje się w... Kenii. Bo dobry klimat i niskie płace (tania siła robocza). Samolotami codziennie róże wożone są z afrykańskich plantacji do Niemiec. Ale żeby róże szybko nie przekwitały.... wyselekcjonowano odmiany bezzapachowe. A więc to nie przez przypadek, w zapatrzeniu na barwę i ksztat, ale żeby kwiaty dużo dłużej zachowały świeżość i dłużej mogły "leżeć na półkach". 

Od chyba dwóch tygodni żyjemy epidemią, wywołaną nowym szczepem  bakterii Escherichia coli oznaczanym skrótem EHEC. Naukowcy i służby sanitarne ciągle szukają źródła i przyczyny. Jak można wyczytać w doniesieniach prasowych, po analizie DNA owych bakterii wynika, że  jest to "mieszaniec" dwóch różnych szczepów tej bakterii (groźny bo "nowy"). Wydaje się zupełnie nowym szczepem, przynajmniej w Europie. Ale naukowcy informują również o tym, że ten zjadliwy szczep pałeczki okrężnicy (polska nazwa tej bakterii) znany jest ze środkowej Afryki, gdzie od dawna występuje i też jest chorobotwórczy. Jeśli to okaże się prawdą, to europejska fala epidemii byłaby tylko skutkiem zawleczenia do nas gatunku obcego. Być może to nie hiszpańskie ogórki a afrykańskie róże.

Już wielokrotnie w historii pojawianie się nowych dla danej społeczności chorobotwórczych bakterii powodowało groźne epidemie. W Europie "morowe powietrze" wielokrotnie przynosiło śmierć. Podobnie Europejczy zawlekli nieznane w obu Amerykach gatunki bakterii, powodując epidemie, w których zmarło 90% populacji Indian. Nowy "wróg" jest zawsze groźniejszy niż stary.

Gatunki obce i inwazyjne zawsze doprowadzają do dużych strat finansowych. Większe zwierzęta i rośliny łatwiej zauważyć. Bakterie tylko po skutkach możemy "dostrzec" (nie licząc naukowych metod z wykorzystaniem mikroskopów i biologii molekularnej). Szopa pracza czy norkę ameryklańską dużo łatwiej zauważyc niż małe owady czy tym bardziej bakterie. 

Globalizacja niesie wiele dobrodziejst m.in. w handlu, ale przynosi też nieoczekiwane skutki. Przemieszczają się nie tylko ludzie i towary, ale i gatunki, wywołując skutki ekonomiczne i epidemiologicznie. Dokładny monitoring przyrody to nie są fanaberie ekologów. Jeśli się lekceważy te "trzy żabki i dwa motylki", to potem płaci się znacznie wyższe koszty społeczne i ekonomiczne.

Preferowanie przy zakupach lokalnie wyprodukowanych towarów to nie tylko przeciwdziałanie efektowi cieplarnianemu (zużycie energii na transport), ale i zmniejszanie ryzyka zawleczenia gatunków obcych. Daleki transport to także preferowanie odmian zdolnych do długiego przechowywania na półkach sklepowych. Stąd pomidory o grubej skórce czy róże bez zapachu. Lokalne i nie-wielkoprzemysłowe róże pachną a pomidory i ogórki lepiej smakują (bo producent nie musi martwić się o długi transport i przechowywanie). I są z naszymi, lokalnymi mikroorganizmami. Bo tu nie chodzi o całkowite wyjałowienie żywności - do życia potrzenujemy mikroorganizmów. Bo jak powiedział by Pawlak "po co szukać nowego wroga, kiedy własny jest, na własnej krwi wyhodowany" ?

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci