Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Wpisy otagowane : urbicenoza

Czy dżdżownice śpią?

sczachor

Lumbricus.terrestrisDzieci mają tę właściwość, że zadają tak zwane głupie pytania. Podobnie jak niektórzy naukowcy (czyżby zachowali swą dziecięcość?). Głupie w tym sensie, że trudne i niespodziewane, że zazwyczaj sami o czymś takim nie pomyślimy. Dżdżownica to dżdżownica, po deszczu, znaczy dżdżu, wychodzi, szuka się jej pod kamieniami jako „robaka” na ryby. Ale żeby się zastawiać się czy śpią? To tylko dziecko może na to wpaść. Albo jakiś dociekliwy naukowiec.

Na blogu w zasadzie są dwa główne typy komentarzy. Pierwszy typ to szybkie, np. od jakiegoś czasu zamieszcza je przygodny troll, pisze bez związku z tematem, pod najnowszym wpisem, bo pod ręką. Bo czasem jak trolla przymusi, to musi, gdzie popadnie. Ale częściej pojawiają się komentarze pod starszymi postami, np. przyrodniczymi. Widać, że czytelnicy trafiają przez wyszukiwarki internetowe, gdy czegoś dla siebie szukają. Albo gdy dziecko zapyta i szuka się ratunku (pomocy). Ewentualnie jako link z tematycznego forum dyskusyjnego.

Tak było i tym razem. W komentarzu pod artykulikiem na temat ślimaków (czym się odżywiają) taki zastałem tekst: „Dziecko moje przywlokło ze spaceru ślimaka. Wyraziłam zgodę na kilkudniowy pobyt obywatela w naszym domu pod warunkiem zwrócenia go matce naturze w stanie nienaruszonym. Nieuchronne było więc pytanie co jedzą ślimaki? Właśnie uratował Pan pewnego towarzyskiego wstężyka gajowego (…) przed śmiercią głodową a mnie przed kompromitacją. Oczywiście nie obyło się bez kłopotów, ponieważ dziecko młodsze zainspirowane zdjęciem gotowe było do wydalania, w celu nakarmienia ślimaka. Dziecko starsze uznało natomiast, że fragment o sekcji jest zdecydowanie najciekawszy. Ostatecznie udało mi się przekonać potomstwo, że równie interesujące będzie obserwowanie, które liście nasz gość będzie wybierał. Na razie preferuje sałatę i miętę. Pojawił się jednak inny palący problem. Czy "dżdżownice" śpią ? Bardzo proszę o pomoc. Pozdrawiam BB”

Dżdżownice jako skąposzczety i pierścienice zajmowały moje myśli już znacznie wcześniej, w ujęciu ewolucyjnym. Skąposzczety w porównaniu do morskich krewniaków – wieloszczetów – mają prostszy cykl życiowy. Nie ma larwy swobodnie żyjącej. Podobnie jest u słodkowodnych skorupiaków, takich jak raki (dziesięcionogi). Ich morscy krewniacy mają larwę, żyjącą w wodze, a nasze raki mają rozwój prosty. Z jaja wylęga się mały raczek. Złożoność cykli życiowych jest zmorą studentów biologii, bo trudno to jakoś od razu ogarnąć. Zwłaszcza, że zawsze są jakieś wyjątki.

Gdy zwierzęta wędrują z morza do wód słodkich (rzeki, jeziora), jako pierwszy krok do wyjścia na ląd, to obserwować możemy przebudowę cyklu życiowego i utratę larwy wolnożyjącej w wodzie. Tak było chyba i u trylobitów, których potomkami są owady. Co się zmienia w warunkach życia? Mała, wolnożyjąca larwa, planktoniczna, to znakomite przystosowanie dla dyspersji. Tak jak na lądzie wiatr porywa babie lato czy nasiona roślin. Ale w wodach śródlądowych taka larwa traci sens: raz, że rzeka znosi w dół, dwa, że w wodach śródlądowych są niewielkie odległości. Co innego w morzach i oceanach. Zatem utrata w cyklu rozwojowym larwy i uproszczenie rozwoju (zamknięcie pewnego etapu w osłonkach jajowych) to odpowiedź na zmianę strategii dyspersji.

No dobra, ale co z tym snem dżdżownic? Z racji remontu w domu nie mam dostępu do mojej biblioteczki książek biologicznych. Trudno mi więc odświeżyć wiedzę zoologiczną. Pozostaje internet i googlowanie. Pierwsza odpowiedź okazała się dla mnie zaskakująca, bo dotyczy… sennika. Znaczy przeciętnego użytkownika internetu bardziej interesuje to, co oznacza, gdy śniła mu się dżdżownica niż sam fakt snu tego uroczego bezkręgowca.

Co podają różnorakie senniki? Jak się śni dżdżownica (mnie się chyba jeszcze nigdy nie śniła, ale po tych długich rozważaniach, to może i się przyśni): 1. za mało czasu poświęcasz bliskim, wolisz ukrycie niż kontakt ze światem. Potem, gdy musisz stawić mu czoła, dziwisz się, że ledwie unikasz rozdeptania. 2. nie przekonuj do siebie ludzi bogactwem, 3. (dżdżownica po deszczu) przez zachłanność pogorszą się Twoje kontakty z otoczeniem, 4. (nadziewać dżdżownicę na haczyk chcąc złowić ryby) – bez względu na wszystko będziesz podążać własnymi ścieżkami.

Wiedza przyrodnicza jest jednak mniej popularna. Trzeba szukać inaczej. Ja niestety zrezygnowałem po 10 minutach. Pozostaje tylko wnioskowanie z wiedzy ogólnobiologicznej, uwięzionej w komórkach nerwowych mojego mózgu. Być może jakiś naukowiec się już nad tym zastanawiał i napisał sążnistą i wyczerpującą pracę? Dżdżownice są rodziną skąposzczetów (Lumbricidae), te zaś należą do pierścienic. Żyją w glebie (inne skąposzczety także w wodach śródlądowych). Dżdżownice występują prawie na całej kuli ziemskiej, opisano około 250 gatunków. Prowadzą nocny tryb życia. A skoro są aktywne w nocy to raczej nie śpią o tej porze doby. Nocny tryb życia to najpewniej jedno z przystosowań by unikać drapieżników. Zwłaszcza, gdy dżdżownice wychodzą na powierzchnię gleby (o tym będzie niżej).

W części głowowej dżdżownicy (błędnie czasem nazywanej glizdą – bo glista to robak obły, obleniec a nie pierścienica. Na dodatek pisana przez s a nie z) znajduje się zwój okołoprzełykowy, pełniący funkcję mózgu. Prosty układ nerwowy to i pewnie bezkręgowiec spać nie musi. Zatem w sensie ludzkim dżdżownica nie śpi, a na pewno nie w czasie nocy. Ale może śpią w sensie zmniejszonej aktywności w niektórych porach roku?

Jak już wyżej wspomniałem, dżdżownice żywią się szczątkami organicznymi, wyszukiwanymi w glebie, albo zjadają je wychodząc na powierzchnię. Dlatego warto na miejskim trawniku zostawiać liście jesienią. Niech zostanie coś do jedzenia dla dżdżownic i innych, detrytusożernych bezkręgowców.

Większość życia dżdżownice spędzają w glebie, tam też się odżywiają i zimują. Zatem odrętwienie i spadek aktywności zimą można by uznać za sen. W tym sensie dżdżownica śpi. I to długo. Niektóre gatunki nawet latem zapadają w stan odrętwienia. Następuje to w czasie, gdy gleba ulega nadmiernemu wysuszeniu (upały). Skoro trudno się poruszać w stwardniałej glebie i pokarm jest wyschnięty i trudno dostępny (na martwej materii organicznej rozwijają się bakterie i grzyby, znakomite źródło białka), to lepiej jest zasnąć (stan odrętwienia). Zimowy sen nazywamy hibernacją a letni – estywacją. Zatem sen dżdżownicy może trwać kilka miesięcy. Śpi w tym znaczeniu w małej jamce (wcześniej zbudowanej), wyścielonej śluzem, zwinięta w kłębek.

Proste „robaki”, ale jak się głębiej zastanowić to stanowią wdzięczny obiekt badawczy. Mijając dżdżownice może warto się nad jej życiem zastanowić? Bo skoro żyje w glebie, to czemu nocą, po dżdżu wychodzi na powierzchnię? I to czasem w zimie? Dlaczego spotkać można je w kałuży lub wędrujące po chodniku? Zmyliły drogę? Ludzie od dawna zastanawiali się dlaczego dżdżownice wychodzą na powierzchnię (skoro żyją w glebie, to dlaczego wyłażą ?), zwłaszcza po deszczu. Dlatego, że łatwiej, bo gleba miękka - to pierwsza,  nasuwająca się odpowiedź.

Ale są jeszcze hipotetycznie inne powody. Po pierwsze niektórzy sądzą, że to z powodu braku tlenu. W wilgotnym środowisku, przy wysokiej temperaturze (latem), w wyniku intensywnej aktywności bakterii w środowisku z dużą ilością materii organicznej, może tworzyć się siarkowodór. Zatem dżdżownice wychodzą na powierzchnię by uniknąć zatrucia (siarkowodór wiąże się na stałe z hemoglobiną, zawartą we krwi).

Inni obserwatorzy „robaczego życia” wskazują na procesy płciowe. Jakkolwiek dżdżownice są obojnakami (większości gatunków, nieliczne rozmnażają się przez partenogenezę), to do rozmnażania szukają partnerów by wymienić się gametami (różnorodność genetyczna jest ważna). Ciała sklejone są śluzem, wydzielanym przez siodełko (kilka zgrubiałych pierścieni tworzących się na oskórku). Gamety przedostają się do siodełka i są przekazywane partnerowi, który na krótko magazynuje je w zbiornikach nasiennych. Po dokonaniu wymiany zwierzęta się rozchodzą.

Jeszcze inni badacze wskazują na migrację: po wilgotnej glebie łatwiej się przemieszczać niż przez drążenie korytarzy, czy po suchej ziemi. W końcu jest hipoteza dotycząca ucieczki przed drapieżnikami takimi jak kret. W czasie deszczu spadające krople wydają wibracje, podobne do tych, wytwarzanych przez krety.

I na koniec kilka słów o niezwykle ważnej, przyrodniczej roli dżdżownic: spulchniają glebę i ją mieszają. To na pewno pamiętamy ze szkoły. A dla pewności sami możemy wykonać eksperyment. Albo zbudować karmnik dla dżdżownic na miejskim trawniku. Karmniki dla ptaków są przecież takie banalne i powszechne. Karmnik dla dżdżownic to co innego, jest elitarny. I stwarza okazje do długich opowieści o życiu dżdżownicy z naciskiem na sen.

Fot. (u góry) dżdzownica ziemna, James Lindsey at Ecology of Commanster [CC BY-SA 2.5 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.5) lub CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], Wikimedia Commons

Plac zabaw – kojec czy podwórkowe laboratorium ?

sczachor

10563042_10203596234379806_8171555717519565113_nPlac zabaw dla dzieci - jaki powinien być? Wyizolowany i zapewniający pełną kontrolę oraz bezpieczeństwo czy wkomponowany w przestrzeń miejską (wiejską)? Mamy za sobą ponad wiek dyskusji, eksperymentów, ogródków Jordanowskich, a zdaje się, że wróciliśmy do punktu wyjścia. Inspiracją do niniejszego tekstu są dwa zdjęcia z Olsztyna. Górne wykonane chyba rok temu w śródmieściu, wśród zabudowy z XIX wieku. Przestrzeń tak była zaplanowana, że nie było miejsca na place zabaw dla dzieci. Pozostawało podwórko. Teraz tę podwórkową przestrzeń najczęściej tarasują… samochody. A te dwie dziewczynki bawią się na chodniku przy bocznej uliczce. Tak jak 100-200 lat temu. Dolne zdjęcie pochodzi z nowego osiedla z apartamentami, koniec drugiej dekady XXI wieku. Niby profesjonalnie i kolorowo przygotowany plac zabaw, ale w kontekście otaczającej przestrzeni jest kuriozalnie rażący. W tym pierwszym przynajmniej dzieci nie są zamknięte w kojcu…, nie są wyizolowane. W tym drugim jest piaskownica, ławeczka (poza kojcem) dla rodzica by doglądał dziecko, a obok wylot wentylacji z parkingu podziemnego. W sumie jak mały wybieg dla psów…

Że bezpiecznie, bo dziecko nigdzie nie wybiegnie, nie wejdzie w pokrzywy, pies nie nasika do piaskownicy? Niby tak, ale jak się w tym bawić? Ryzyko jest wkomponowane w zabawę. To dziecięca wyobraźnia nawet z najbezpieczniejszych sprzętów może uczynić ryzykowną sytuację. Ponadto ryzyko jest elementem życia. Kiedyś trzeba się nauczyć samodzielności. Dzieci w kojcach i prowadzane na smyczy (są takie, w połączeniu z szelkami, jak dla pieska, czy kota, żeby nie uciekł) nie dorosną nigdy.

Zupełnie innym podejściem do placów zabaw są na przykład leśne przedszkola (kilka godzin na podwórku, w przyrodzie, niezależnie od pogody) czy warsztatownie miejskie, gdzie z rodzicem dzieciaki przychodzą pomajsterkować, bo są tam narzędzia, materiały, przestrzeń. Tak jak za naszych czasów szopa dziadka z gwoździami, młotkiem, piłą i innymi ostrymi, „groźnymi” przedmiotami. Dzieci same potrafią zorganizować sobie zabawę. Tak jak te dziewczynki na ulicznym chodniku.

Potrzebne są nam nowe ogródki Jordanowskie. Bo te współczesne niby kolorowe, plastikowo-metalowe place zabaw cofnęły nas w rozumieniu dzieci i dojrzewania. Co widać na wielu osiedlach miejskich i wiejskich. Pamiętacie naturalne place zabaw z kłodami drzew a nie plastikowe i metalowe?

podworkoiplac_zabaw

Przytłoczyła nas Iluzja tego, że jeśli coś jest specjalnie zrobione lub kupione, to jest lepsze. Profesjonalne. Widać to w placach zabaw jak i w urządzaniu zieleni miejskiej. Ma być widać, że coś się robiło: dużo hałasu i ingerencji - nawet jeśli wycina się drzewa by posadzić nowe (np. tuje), gdzie plantuje się naturalną zieleń by zasadzić trawnik, nieskazitelnie zielony, podlewany i często koszony. Sporo to kosztuje, więc „nie deptać zieleni”. Usiąść nie można – tylko popatrzeć?

Moim zdaniem – zarówno do projektowania placów zabaw jak i zieleni miejskiej - lepsza jest filozofia judo: wykorzystać siłę i aktywność „przeciwnika” czyli tego co już jest i dostosować (wykorzystać siłę przyrody i przestrzeni: naturalny wzrost roślin, naturalne ukształtowanie terenu). Wykorzystać samosiejki i to, że samo rośnie, a nie wygolić by zasadzić nowe, ze sklepu ogrodniczego (by było widać ingerencję, działanie, że nie za darmo się bierze pieniądze). Mniej widoczna ingerencja jest wyrazem mądrości i dojrzałości a nie „zaniedbania”. Bo ma być widać, że coś robiono? Czy nie lepiej, żeby kryterium był komfort i przyjemność? Zatem nie produkcja lecz podtrzymanie stanu (czy w domu ma być widać. Że ktoś sprzątał czy też ma być czysto?).

Proszę jeszcze raz spojrzeć na to dolne zdjęcie (wiem, że trudno ten plac zabaw zobaczyć, taki mały). Plac zabaw dla dzieci. Jak w klatce. A przecież tyle wspaniałej przestrzeni obok… ale zarezerwowanej na parking, chodnik (pewnie kredą dzieci nie mogą tam rysować), duża dzika zieleń tuż za siatką. Zamiast rewitalizować te mokradła i dostosować przyrodę, to się ją niszczy, osusza, zasypuje gruzem, by potem rozwinąć trawnik z rolki. I zakazać deptania….

Dzieci wychowywane wśród asfaltu i betonu cierpią na deficyt kontaktu z przyrodą. Tak twierdzą psycholodzy i pedagodzy. W pełni się z nimi zgadzam. Biolodzy czasem mówią, że ludzie wykazują biofilię – naturalną potrzebę kontaktu z przyrodą. Inaczej umierają.

Niedawno w Parku Centralny, przy okazji bardzo sympatycznego happeningu, poświęconego drzewom, miałem okazję wejść na drzewo. Co za radość, jak za dziecięcych lat. Jedno, porządne drzewo z wygodnymi gałęziami lepsze jest od kolorowego placu zabaw (tego z fotografii). I nie trzeba kupować, instalować. Wystarczy pozwolić wyrosnąć i nie obcinać gałęzi.

Drzewo na podwórku miejskim, na modernistycznym osiedlu, jest systematycznie przycinane. Obcinane są nisko rosnące gałęzie (tam gdzie pracownik sięgnie piłą, żeby pokazać, że coś "się robiło, dbało”). Nie można wejść na takie drzewo, a obcinane zbyt grube konary nie mają szansy się zabliźnić, drzewo atakowane jest przez grzyby i choruje. Powoli próchnieje i zamiera. Ciężko rosnąć w warunkach miejskich, zwłaszcza gdy jest się w taki dziwny sposób „pielęgnowane”. Służby za nasze pieniądze kaleczą drzewa i likwidują przestrzeń do kreatywnej zabawy.

W literaturze specjalistyczne pojawił się termin placemaking. Te obce słowo (w języku polskim jeszcze chyba nie stworzyliśmy własnego) to idea projektowania miejsc także jako projektowanie relacji międzyludzkich. Bo przestrzeń albo ułatwia albo utrudnia różnorodne relacje międzyludzkie. Dla mnie jako ekologa jest to oczywiste: to siedlisko (środowisko) kreuje biocenozy i interakcje międzygatunkowe. Tworzy dla nich podstawę, rusztowanie.

Żeby miejsce żyło, nie trzeba fajerwerków. Wystarczy dobrze zaprojektowana przestrzeń dla samoistnego nawiązywania się dobrych relacji międzyludzkich. Na przykład wystarczy inaczej ustawić ławki, by umożliwić siedzącym na nich ludziom rozmowę i kontakt (nie w jednej linii, ale naprzeciw lub prostopadle).

W moim mieście, Olsztynie, trwa od dłuższego czasu dyskusja na temat ożywiania zamierającej Starówki. A gdzie tam są miejsca do zabaw dla dzieci i młodzieży? Czasem, od wielkiego dzwonu, postawią na kilka dni karuzelę (w czasie jarmarku) albo dmuchaną brykalnię, albo duże planszowe gry. Tylko na obrzeżu starego miasta (w dawnej fosie), w pobliżu Łyny znajdują się dwa małe place zabaw. Tradycyjnie ogrodzone. Dzieci będą się z oczywistych względów nudzić. Jedna jaskółka wiosny społecznej nie czyni. Cały Targ Rybny (i kilka innych placyków) jest niewykorzystany pod tym względem. A gdyby dzieci miały co robić, to i rodzice byliby z nimi. Na dłużej. W parku przecież mogą być swoiste przyrodnicze warsztatownie (nie trzeba byłoby zakazywać dzieciom wchodzić do fontanny).

Na olsztyńskiej Starówce korzystamy z nielicznych animacji społecznych, głównie artystycznych, czasem pikników naukowych. A może park jako plac zabaw i laboratorium, całorocznie a nie tylko przy okazji jarmarku? Tak jak jest już np. przez Centrum nauki Kopernik (Ogród Odkrywców)?

Zamiast płotu lepsza byłaby zieleń, np. żywopłot. Nie tylko wydzielałaby przestrzeń ale sam byłby elementem zabawy. Fantazja dzieci jest ogromna.

Spoglądam za okno na ten osiedlowy plac zabaw na dolnym zdjęciu. Jak się przyjrzeć, to widać na nim czarną tablicę, do rysowania kredą. Ale ona jest czysta. Natomiast kilkanaście metrów dale widać dziecięce rysunki na uliczce i na parkingu. A może place zabaw zintegrowane z siłownią dla dorosłych, niech spędzają czas razem, w pobliżu, każdy w swojej aktywności. Razem, wielofunkcyjne a nie oddzielnie.

Teraz jest znacznie więcej miejsca na parking niż do zabawy dla dzieci (nie depcz trawników?, nie rysuj kredą po chodniku?, nie graj w piłkę?). Jak kojec dla psów. Samochód ważniejszy niż dziecko (własne), niż człowiek. Zachwianie wartości jest wyraźne. A obok obszerna przestrzeń zielona, gdzie można byłoby przeżywać przygody, bawić się w chowanego, poparzyć pokrzywą, zobaczyć ślimaka i biedronkę, usłyszeć żabę. Przestraszyć się pająka lub innym tajemniczym stworem. Wakacyjna przygoda w mieście. Teraz mamy miasto samochodów, w którym jesteśmy tylko dodatkiem i to zawadzającym.

Przyjazna przestrzeń publiczna buduje tożsamość. W Łodzi powstają na przykład parki kieszonkowe. W lukach po domach. Zamiast je zabudowywać, tworzą wielofunkcyjne małe parki, dla małych i dużych. Gdzie można usiąść i mieć kontakt z przyrodą. Lub z drugim człowiekiem. Nawet, jeśli jest cudzoziemcem lub imigrantem. Człowiekowi jest to potrzebne do życia. Komfortowego życia.

Najpierw trzeba wyobraźni i wiedzy o człowieku… i jego potrzebach, prawidłowościach rozwoju. Potem można projektować coś wygodnego. I zatrudniać podwórkowych, osiedlowych animatorów. Kiedyś byli to starsi koledzy i koleżanki, którzy wymyślali i inicjowali zabawy. Teraz, gdy dzieci na podwórku jest mniej, można przecież zatrudniać przygotowanych specjalistów. Lub wolontariuszy.

Proste prace fizyczne wykonują za nas maszyny.

A ja oczywiście w podwórkach i placach zabaw dla dzieci widzę znakomitą przestrzeń do edukacji pozaformalnej!

O karłątku leśnym z miejskiej łąki

sczachor

19702230_1583417945033116_574165480612398133_nW otaczającym nas krajobrazie ukrytych jest dużo różnorodnych śladów, zarówno zachodzących procesów naturalnych jak i wieloaspektowej działalności człowieka. Szukanie tych śladów i ich odczytywanie może być niezwykłą, wakacyjną przygodą.

Wystawa „Krajobrazy Warmii i Mazur”,  którą przygotowałem na Olsztyńskie Dni Nauki w 2014 r., była pokazywana m.in. w czasie Nocy Biologów 2017. Teraz znalazła się w bibliotece Planeta 11. Otwarciu wystawy towarzyszył spacer przyrodniczy (Wystawa Krajobrazy Warmii i Mazur w praktyce czyli przyrodniczy spacer wokół Planety 11).  Zamieszczony obok na fotografii motyl karłątek leśny (fot. Anna Skrzypińska) wiąże się z tym spacerem. Ale zanim opowiem o motylu najpierw słów kilka o przemianach krajobrazu.

Przy okazji wystawy miałem okazję odwiedzić tereny, które kiedyś nawiedzałem dość często. Sąsiadują z dawną Wyższą Szkołą Pedagogiczną w Olsztynie. Przychodziliśmy tu na zajęcia, prowadziliśmy czasem badania. Teren jest więc mi dobrze znany. Po latach niebytności dostrzegłem pewne zmiany.

Wiele tysięcy lat temu, gdy ustąpił lodowiec, obszar ten stanowił fragment tundry. Potem pojawili się ludzie, najpierw łowcy reniferów. W trwającym interglacjale i sukcesji ekologicznej tundra zmieniła się w las nizinny. Taki mniej więcej jak teraz widzimy w Puszczy Białowieskiej. Zupełnie inna bioróżnorodność. Ale wraz z zwiększeniem liczebności ludzi krajobraz coraz bardziej zmieniany był przez kulturę. W czasach początków Olsztyna był to krajobraz ekstensywnego rolnictwa.

Kolejna, duża zmiana różnorodności biologicznej i estetyki krajobrazu. W wieku XX wkroczyło miasto, zmieniona została także sieć wodna: zanikanie drobnych zbiorników okresowych krajobrazu polodowcowego i małych strumieni. Jeszcze na początki lat 80. XX w. widoczne były ślady małego źródełka, dającego początek małemu strumieniowi. Źródełko i strumień były w pamięci św. dr. W. Sępioła (badania prowadził nad antropogenicznymi zmianami zbiorników wodnych na Warmii i Mazurach) oraz w pozostającej jeszcze roślinności. Źródliskowy wysięk znajdował się poniżej ogrodzenia dawnej szkoły (Budowlanka). Ja sam ślady strumienia (koryta) widziałem jeszcze w jego końcowym biegu i ujściu do rzeki Łyny. Teraz nie ma już żadnych śladów.

19748551_1587030787987962_3523328499719148587_nPoniżej źródełka, nieopodal Planety 11 i Hotelu Relax, w dolinie strumienia od lat znajdują się dwa stałe zbiorniki wodne. Jak powstały? W części przez przegrodzenie doliny, w części najpewniej jako glinianka. Dawne miasto potrzebowało cegły. A do produkcji cegieł potrzebna jest glina. W krajobrazie polodowcowy jest jej dużo, wystarczy poszukać i wykopać. Potem powstałe zbiorniki i otaczające je tereny zielone stanowiły zielone tereny rekreacyjne dla powstałych osiedli i OSIR-u. Wypoczywali ludzie, na zawodach biegowych ćwiczyła młodzież. Po jakimś czasie pojawiła się ławka. Teraz jest ich nieco więcej.

Na obrzeżach pojawiła się roślinność krzewiasta i zaczęły rozrastać się drzewa. Często trawę koszono, ale zawsze można było spotkać sporo roślin i bezkręgowców, w stawach rozwijały się płazy i gniazdowały ptaki. Były ryby. Kilka lat temu jeden zbiorników kompletnie oczyszczono, usunięto prawie cała roślinność. Zabiegi te miały na celu usunięcie osoki aloesowate,. Po kilku latach ponownie zbiornik zarośnięty jest w całości osoką. Ale nie wszystkie gatunki roślin i zwierząt powróciły, bioróżnorodność jest wyraźnie mniejsza. Intencje działań były dobre… ale zabrakło trochę przyrodniczej wiedzy i znajomości procesów ekologicznych.

Od kilkudziesięciu lat krajobraz kształtowany jest przede wszystkich przez aktywność człowieka: inwestycje budowlane i sposób użytkowania zieleni. Teraz opisywany fragment jest to nieco zapomniany, taki dziki zakątek miasta. Ale w samym centrum. Pozytywnie zaskoczyła mnie wysoka, nieskoszona łąka kwietna. I kurka wodna z udanym lęgiem (gatunek ten gniazduje od wielu lat w tym samym miejscu). Zielona wyspa otoczona przez ruchliwe ulice i dużo betonu. Być może warto zasilać nasionami bioróżnorodność tej miejskiej łąki, by mądrze kształtować różnorodność biologiczną.

W czasie edukacyjnego spaceru pogoda była deszczowa, z małym i chwilowym przejaśnieniem. Mało widzieliśmy aktywnych owadów. Jednym z nich jest uwieczniony na zdjęciu karłątek leśny, samiec. Pora więc nieco więcej powiedzieć o naszym tytułowym bohaterze.

Karłątek leśny, zwanym także karłątkiem ceglastym (Thymelicus sylvestris), to motyl z rodziny powszelatkowatych (Hesperiidae). Jest gatunkiem pospolitym. Występuje w Europie, północnej Afryce i zachodniej Azji (aż po Iran) w strefie klimatu umiarkowanego, Ameryce Północnej. W Polsce spotkać go można w całym kraju. Zasiedla zakrzaczone łąki z wysokimi trawami, skraje lasów, śródleśne drogi, niewielkie polany. Rozwój trwa rok, występuje jedno pokolenie w roku. Dorosłe motyle obserwować można od połowy czerwca do końca lipca. Motylom do życia potrzebne są nie tylko kwitnące rośliny (nektar jako pokarm imagines) ale i rośliny żywicielskie dla gąsienic. Roślinami pokarmowymi gąsienic są różne gatunki traw (m.in. kłosówka wełnista, kłosówka miękka, kupkówka pospolita). Wykaszanie trawników kosami żyłkowymi prawie do samej ziemi powoduje, że nie mają gdzie rozwijać się gąsienice wielu gatunków motyli, w tym i karłątka leśnego. Trzeba dać czas motylom na rozwój.

W lipcu samica karłątka leśnego składa jaja na źdźbłach traw, w pochewce liściowej (do 30 jaj w jednej pochewce). Wylęg gąsienic z jaja odbywa się tego samego roku (od drugiej połowy lipca). Najpierw młodziutkie gąsienice zjadają osłonki jajowe (przyroda w swym funkcjonowaniu jest bardzo oszczędna, nic nie może się zmarnować), ale nie rozpoczynają żerowania na roślinach. Przędą wokół siebie jedwabne kokony i tak zimują, dodatkowo zabezpieczone pochewką liściową trawy. Wiosną rozchodzą się na różne strony i pojedynczo rozpoczynają żerowanie w rurkach ze zwiniętych liści traw. Są w ten sposób ukryte przed okiem drapieżników. Gąsienice są koloru zielonego, co utrudnia ich wypatrzenie w trawie.

Przepoczwarczenie, trwające 2-3 tygodnie, następuje w maju i czerwcu (czasem jeszcze na początku lipca), w luźnym oprzędzie, znajdującym się u podstawy rośliny żywicielskiej.

Karłatek leśny jest motylem o dziennej aktywności. Dorosłe większość czasu spędzają na wygrzewaniu się lub odpoczynku, z charakterystycznym, półotwartym układem skrzydeł. Tak jak ten na zdjęciu. Karłątki dobrze fruwają, manewrując między wysokimi trawami. I jak przystało na postać doskonalą (imago), za pomocą swojej rozwijanej trąbki, spijają nektar z kwiatów (zazwyczaj pożywiają się koło południa). Zaobserwowano jednocześnie, że poszczególne osobniki preferują kwiaty jednego gatunku. Kwiaty różnych gatunków roślin mają różną budowę a zatem nieco inaczej trzeba dostawać się do nektary. Preferowanie jednego gatunku (zazwyczaj najliczniejszego w danym miejscu) to oszczędność czasu na naukę spijania nektarów z kwiatów różnych gatunków. Ale karłątki zmieniają co jakiś czas preferowaną roślinę kwiatową, zwłaszcza gdy preferowanej wcześniej kwiatów jest mniej.

Na spacerze spotkaliśmy samca (widać to po charakterystycznej kresce na skrzydeł). Samce karłątków leśnych są terytorialne. Siedząc na wyższych źdźbłach trawy, kontrolują teren. Podrywają się do lotu, gdy zobaczą innego motyla i go ścigają. Samce przeganiają a samiczki starają się skłonić do amorów.

Karłątki leśne są motylami osiadłymi. Większość osobników spędza całe życie w jednym miejscu. Tylko nieliczne migrują dalej ( większość osobników w ciągu dnia przemieszcza się na odległość 20 m, nieliczne do 280 m). Dlatego jeśli wyginą na wspomnianym terenie koło Relaxu i Planety 11, bardzo trudno będzie w naturalny sposób odrodzić tę populację. Jak wspomniałem stanowi teren ten swoistą zieloną wyspę na „ocenie” betonowego miasta. Naturalnymi korytarzami mogłyby być przydrożne trawniki – ale te zazwyczaj są często i nisko koszone.

Kiedy będzie ładna pogoda, poszukaj trawnika lub jeszcze lepiej miejskiej łąki. Siądź w trawie i obserwuj. Teraz nastał czas karłątków. Ale i wiele innych gatunków roślin i zwierząt zobaczysz. Rozejrzyj się wokół i spróbuj rozpoznać ślady różnorodnych procesów, tych wielkoskalowych i tych bardzo lokalnych. Nawet w środku miasta świat przyrodniczy może być bardzo ciekawy. 

Przed lub po wyprawie zajdź do biblioteki by uzupełnić swoją wiedzę i lepiej zrozumieć, to co się widziało. W Planecie 11 jest dodatkowo wystawa, z QR Kodami, kierującymi do przyrodniczych opowieści. 

19731934_1587030624654645_4057878511529878320_n

Czytaj dzieciom na trawniku. Albo jeszcze lepiej – eksperymentuj!

sczachor

18192494_10211479734142373_2880739364181260712_oMiejska Łąka staje się coraz popularniejszym pomysłem na organizację przestrzeni publicznej i wykorzystania przyrody w miastach. Tymczasem kosy spalinowe warczą, czyniąc spustoszenie wielkie w lokalnej różnorodności biologicznej roślin, a w konsekwencji i owadów. Ale gdzieniegdzie, między kamieniami lub schowane za krzewami, zostają mini kwiatowe refugia. Pokarm dla owadów zapylających. I jest co obserwować.

Zbliża się Ogólnopolski Tydzień Czytania Dzieciom. Zatem weź książkę i czytaj… na trawniku. A jeszcze lepiej na miejskiej łące. Wystarczy czytanie, bo jest wstępem do opowiadania i obserwowania tego, co piszczy w trawie, między ziołami. W warunkach łąkowych i trawnikowych doskonale sprawdza się … kamishibai. W pełni analogowo. Nie trzeba prądu, nie ma odbłysków światła na ekranie tabletu. I można czytać lub opowiadać.

Już raz miałem okazję przedstawić (przeczytać i opowiedzieć z pokazywaniem obrazków) bajkę kamishibai o motylu cytrynku latolistku, o jego cyklu życiowym i niedolach życia w mieście. Odbyło się to na przyulicznym trawniku, który niedawno powstał z inicjatywy społecznej. Efekt swoistej miejskiej, zielonej partyzantki. Powstał na samochodowym klepisku, w luce między domami. Młodzi ludzie założyli trawnik, zasadzili krzewy i kwiaty, w mądry sposób rewitalizując zaniedbane podwórko w śródmieściu Olsztyna. Czasem się spotkają a dzieci się bawią. Miałem okazję przeczytać–opowiedzieć bajkę edukacyjną. Malowaliśmy także kamienie, sadziliśmy kwiaty, lepiliśmy z gliny i bawiliśmy się w ... kałuży (ubrudzone dzieci są szczęśliwe, mamy trochę mniej…). Dorośli świętowali urodziny jednej z inicjatorek.

Ale można więcej, można eksperymentować i obserwować przyrodę, bo łąka to także laboratorium Dla dociekliwych i uważnych. Zatem z okazji zbliżającego się Tygodnia Czytania Dzieciom - czytaj książki przyrodnicze i... eksperymentuj. Weź książkę pod pachę i eksperymentuj.

Właśnie trafiła w moje ręce jedna z takich książek do czytania na trawniku. W swojej domowej biblioteczce mam już sporo podręczników szkolnych i akademickich ale przede wszystkim takich „podręczników” do edukacji pozaformalnej i ustawicznej. Na tego typu literaturę faktu jest coraz większe zapotrzebowanie, bo jest moda (dobra moda!) na samodzielne poszukiwanie, odkrywanie i poznawanie nie tylko przyrody. Już od kilkunastu lat w całej Polsce odbywają się liczne pikniki i festiwale naukowe. Ale na trawniku można rodzinnie lub po sąsiedzku poczytać (i poobserwować, poeksperymentować – gdzie lektura jest punktem wyjścia, albo odwrotnie).(zobacz także Noc Świętojańska w parku a tu relacja).

18518343_10211639556057821_6773941688293929663_o

Dzisiaj proponuję „Laboratorium w szufladzie – Biologia” Stanisława Łobodziaka, wydane przez Wydawnictwo Naukowe PWN w 2016 roku (niebawem zaprezentuję inne propozycje). Wygodny format, kolorowy spis treści (coś dla wzrokowców – stopień trudności doświadczeń oznaczono kolorami w spisie treści), liczne objaśnienia i ciekawostki ze świata nauki. Zróżnicowany poziom trudności. Dla dużych i dla małych. A dla najmłodszych - pod opieką i przy współudziale dorosłych. To nawet plus, bo rodzic będzie mógł sam poeksperymentować – przecież dziecko będzie znakomitym usprawiedliwieniem i pretekstem! Duży bawiący się na trawniku wyglądałby podejrzanie, ale z dzieckiem to wygląda na odpowiedzialnego i opiekuńczego!

Średnio miękkie okładki wygodne są także w warunkach trawnikowych. Na końcu kilka stron z przeznaczeniem na notatki. Omawiana książka to bogato ilustrowane źródło pomysłów, część do wykonania w domu i kuchni, część wymaga doświadczenia i dostępu do specjalistycznych odczynników i sprzętu laboratoryjnego. Kilka doświadczeń można wykonać właśnie na trawniku. Lub wykorzystać obserwacje z miejskiej łąki by kontynuować w domowej kuchni lub szkolnej pracowni. Do wykorzystania w terenie polecam w szczególności kilka doświadczeń o glebie, wodzie i fotosyntezie.

Zaletą książki są nie tylko propozycje doświadczeń i dobre opisanie wykonania – niczym w książce kucharskiej. Znajdują się także omówienia, ciekawostki i inne informacje, poszerzające wiedzę o przyrodzie. Nie chodzi przecież o efekt wow, ale zachętę do obserwacji i dalszego zgłębiania tajemnic przyrody.

Zatem weź książkę i idź na trawnik pod blokiem, na skwer, do parku. Siądź i czytaj, najlepiej dzieciom. Rozbudź w nich pasję czytelniczą i ciekawość świata. Skąd wziąć dzieci na podwórku, gdy siedzą w domu przed komputerami lub tabletami? Poszukaj ich w przedszkolu albo „wypożycz” od sąsiadów. Razem z sąsiadami. Bo może ktoś upiecze ciasto lub zrobi domową lemoniadę. A może uda się zjeść coś z łąkowych chwastów? To także pretekst by sięgnął po odpowiednią literaturę faktu.

Grzyb na drzewie czy raczej szczyt ślepego egoizmu?

sczachor

18519801_1506147009416498_2666914816872597490_nKoło mojego bloku niedawno wycięto piękną wierzbę a dwie pozostałe mocno ogołocono z gałęzi. Stoją jak kikuty. Nieoficjalnie można było się dowiedzieć, że wycięto… bo liście spadały na zaparkowane w pobliżu samochody i brudziły karoserię. Ewidentnie ktoś mocno w siebie zapatrzony nie potrafi dostrzec innych korzyści z dużego drzewa w mieście. Ot chociażby takiego, że samochód stoi w cieniu a nie na słońcu. Zbliża się upalne lato… A w szerszym kontekście zieleń w mieście to poprawa zdrowia i samopoczucia ludzi. To „urządzenia" nie tylko produkujące tlen, zmniejszające ilość zanieczyszczeń (w tym pyłów), wytłumiające hałas ale i „urządzenia” produkujące fitoncydy i oczyszczające powietrze z bakterii. To obiekty, które człowiekowi poprawiają samopoczucie. Nie tylko oczy ale i cały człowiek najlepiej wypoczywa patrząc na zieleń, na przyrodę. No cóż, skrajni i krótkowzroczni (w sensie wyobraźni) egoiści niszczą publiczną przestrzeń nie tylko dla siebie…ale i dla innych.

Na zdjęciu zamieszczonym wyżej  wcale nie jest uwidoczniony grzyb, mimo że z daleka podobny jest do żółciaka siarkowego. Zdjęcia przysłała mi znajoma z takim komentarzem: „Z fascynacją przyglądałam się pstrykanemu grzybkowi, który fociłam – pośród wiosennej zieleni... Tym razem fascynacja zmieniła się w złość na człowieka. Pani, którą na spacer wyprowadził husky, nie mykolog wcale, wyjaśniła mi, że to nie grzyb, to pianka. Była tu dziupla, gniazdo ptaków, którą zakleił pianką jakiś facet, bo mu ptaszki brudziły parkowany pod drzewem samochód... Barbarzyńca, tą pianką sama bym go potraktowała...”

Lex Szyszko jedynie ujawniło i usankcjonowało (dowartościowało) duże pokłady szkodliwego egoizmu. Bez wyobraźni, bez liczenia się z negatywnymi skutkami własnych działań. I dotyczy to nie tylko traktowania przyrody jako dobra wspólnego i przestrzeni publicznej. Odnosi się także do traktowania drugiego człowieka. To ostatnie najłatwiej zaobserwować w sklepie. Jak niektórzy klienci traktują personel (sprzedawców, kasjerki).

Gęsi gęgawe z Płucidugi Małej

sczachor

gesiPo raz pierwszy widziałem je w ubiegłym roku (Gęś gęgawa czyli jak Olsztyn nieustannie przyrodą zaskakuje). Byłem wielce zaskoczony i ucieszony. Rozmawiałem ze znajomy ornitologiem, a ten wspominał mi, że gatunek jest w ekspansji i zasiedlają coraz to nowe siedliska, nawet te mniej sprzyjające. Sugerował, że pewnie jak im się spodoba to powrócą. I miał rację, w tym roku również jest para z młodymi.

Najpierw, w czwartek rano (20 kwietnie 2017 r.) zadzwoniła znajoma pani z archiwum, z informacją, że już drugi dzień widzi przy ulicy parę gęsi z młodymi, chyba 5-6 gęsiaków, jak próbowały przejść do Kortowa przez ulicę. Pytała się co robić, by pomóc tym ptakom. W piątek, idąc rano do pracy i ja mogłem je zobaczyć, na małej łączce (w zasadzie trawniku). Para z czterema małymi gęsiakami. Po południu też je widziałem. Zapewne niedawno się wykluły i teraz z rodzicami wychodzą poskubać trawy.

W ubiegłym roku widziałem jedno pisklę, choć ktoś mówił ze wcześniej widział kilka. Teraz też nie wiem, czy znajoma z pracy rzeczywiście widziała 5-6 młodych, czy tylko było to wrażenie. Jęsli się nie myliła, to jednego gęsiaka już ubyło...  Na młode ptaki czyhają różne niebezpieczeństwa. Gęsi chyba są za mądre by wpaść pod samochód na ulicy. Ale może jakieś naturalne drapieżniki (lisy, norka amerykańska itp.) lub domowe psy i koty mogą czynić straty w lęgach. W tym roku poziom wody w dawniej osuszonym jezierze Płuciduga Mała jest ciut wyższy. Sporo traszek i innej drobnej „zwierzyny”: zamieszkuje tu na stałe. Ale teren jest mocno zdewastowany, zaśmiecony i systematycznie zasypywany gruzem. Systematyczna i bezmyślna dewastacja terenów zielonych, bo traktowanych jako „niczyje”.

Niech więc Dzień Ziemi będzie okazją by przypomnieć o dzikiej przyrodzie w mieście, o gęsi gęgawej i o niezwykle ciekawych procesach ewolucyjnych, zwanych synurbizacją.

Marzą mi się osiedlowe kompostowniki

sczachor

kompost2Ostatnio codziennie rano, tuż po szóstej, pani sprzątająca warczy wentylatorem. Bardzo głośnym. Zgarnia liście. A w zasadzie zdmuchuje. Spółdzielnia pomyślała o nowoczesności, ale wątpliwa to nowoczesność. Zatruwa hałasem jak i szkodzi przyrodzie (brak martwej materii organicznej na trawnikach, erozja gleby, zużycie paliw kopalnych, zanieczyszczanie powietrza spalinami itd.). Zdmuchuje dmuchawą liście, a potem grabi na kupki i ktoś kiedyś wywiezie. Spory wysiłek, wydatek energetyczny jak i uciążliwe dla mieszkańców (hałas). A dodatkowo nieprzyjazne dla miejskiej bioróżnorodności.

Miasto jest ekosystemem, jest więc produkcja pierwotna i odpady organiczne. Martwa materia organiczna ma swoich konsumentów, a w wyniku ich działalności materia wraca do biologicznego obiegu. Nie warto tego procesy zakłócać źle pojętą estetyką.

Olsztyn tak jak i wiele innych polskich miast boryka się z nadmiarem śmieci (odpadów). Recykling realizowany jest w małym stopniu, wokół śmietników jest nieustający bałagan. Niezbyt miły widok. O ile jeszcze można liczyć że szkło, papier i plastik w końcu będą recyklingowane (mieszkańcy się nauczą), to co zrobić z biomasą? Przez moment były pojemniki do biomasy, ale szybko zniknęły (chyba źle były wykorzystywane przez mieszkańców).

Drugim problemem jest brak przestrzeni dla aktywności mieszkańców na osiedlach. A można te dwa problemy rozwiązać i połączyć w formie osiedlowych kompostowników. Mała, estetyczna architektura (w wielu miejscach Europy i Polski już widziałem takie). Te kompostowniki mogą być umieszczone w różnych punktach, a w sąsiedztwie ławeczka. Niekoniecznie przy tradycyjnych śmietnikach. Niewielka budowla o funkcjach edukacyjnych. Bo przecież ścianki konstrukcji można wykorzystać jako element edukacyjny: niewielkie plansze z tekstem, zdjęciami (grafikami edukacyjnymi) i QR Kodami, odsyłającymi do znacznie bogatszych treści. Internet mobilny jest powszechny, więc można przyjść, poczytać i wykorzystać swoją komórkę (telefon) by dowiedzieć się więcej. A także usiąść na ławeczce i obserwować przyrodę. A jeśli będą w kompostowniku prześwity, to będzie widać wszystkie procesy zachodzące w glebie, w tym związane z dekompozycja biomasy. Można oczywiście na ściankach umieścić także hotele dla owadów zapylających. Kilka funkcji w jednej konstrukcji.

Cykl produkcji kompostu to od 3 miesięcy do roku lub ciut dłużej. Oczywiście o ile jest prawidłowo prowadzony. Ale przecież służby porządkowe, zamiast tylko warczeć dmuchawą, mogą wykonywać i takie prace: nadzór merytoryczny nad kompostownikiem. Fakt, wymaga to wiedzy. Ale czy brakuje nam ludzi wykształconych? Lub czy nie jesteśmy wstanie szybko przeszkolić dowolnych pracowników? Mamy takie możliwości, potrzeba tylko wyobraźni. Żyjemy w epoce gospodarki opartej na wiedzy i powszechnym, wyższym wykształceniu. Najwyższy czas z tego korzystać.

Co do środka? Na pewno resztki organiczne z domów. Mniej trafi na komunalne wysypisko, więc z punktu widzenia miasta jak najbardziej przydana aktywność. Ponadto trawa ze koszonych trawników. I oczywiście liście grabione jesienią. To także obniżka kosztów utrzymania zieleni (nie trzeba wywozić i płacić za utrzymanie wysypiska, które i tak zbyt szybko się wypełnia). Zatem inwestycja w tę małą architekturę i ewentualne szkolenie kadr zwróci się mniejszymi kosztami utylizacji odpadów.

A co z wytworzoną próchnicą? Można wykorzystać do nawożenia trawników i miejskiej zieleni. Znowu zysk finansowy. I zysk ekologiczny. Bo więcej próchnicy w glebie to większe zatrzymywanie wody.

W ramach działań edukacyjnych (informacje na ścianach kompostownika oraz internet mobilny) można popularyzować karmniki dla dżdżownic (jeszcze mniejsze obiekty), domki dla jeży i estetyczne karmniki dla ptaków (nie będzie chleba na chodniku) oraz wyżej wspomniane hotele dla owadów. Jeśli zadbamy o dżdżownice to będzie pokarm dla wielu ptaków żyjących w mieście. Ptaków, które lubimy oglądać i słuchać. Ułatwi to kontakt z przyrodą i skanalizuje aktywność wielu mieszkańców. Wolontariat miejski i „partyzantka” ogrodnicza w jednym. I tak dochodzimy do elementu integracji osiedlowej. Nie tylko wspólne użytkowanie kompostownika ale okazja do prac społecznych i pielęgnacji zieleni (a w zasadzie bioróżnorodności) osiedlowej).

Marzy mi się osiedlowy kompostownik. To sposób na zwiększenie recyklingu odpadów, poprawę warunków funkcjonowania przyrody w mieście jak i sposób na aktywizacje i integrację społeczności lokalnej (osiedlowej). Owszem, realizacja wymaga logistyki i wiedzy. Wymaga nie tylko zatrudniania zwykłych cieci do grabienia liści ale dobrze przygotowanych kadr. To wszystko mamy. Wystarczyłoby tylko w wieku XXI wykorzystać istniejący potencjał kapitału ludzkiego.

Marzą mi się osiedlowe kompostowniki… Czasem marzenia się spełniają…

Róże zakwitające jesienią czyli o pożytkach z różnorodności

sczachor

14481753_10209448884652405_6559468705297065698_o

Róża zakwitająca pod koniec września (zdjęcie zrobione 26 września, w Olsztynie) to jakaś anomalia? Przecież już kwitła latem, teraz obsypane są owocami. Nie za późno na zakwitanie? Przecież owadów do zapylenia coraz mniej, a i przymrozki blisko. Czy zdąży wydać owoc? Wydaje się że to zupełnie bez sensu i szans na powodzenie. A jednak w tym przyrodniczym szaleństwie jest sens i metoda.

Różnorodność biologiczna to wielość gatunków w ekosystemie. Różnorodnych gatunków o bardzo zróżnicowanych strategiach życiowych i przystosowaniach ekologicznych. Jakiekolwiek by nie były warunki, czy to chłodno, czy upalnie, czy deszczowo czy raczej sucho - zawsze jakiemuś gatunkowi będzie to sprzyjało, innemu przeszkadzało. Zatem duża różnorodność sprzyja stabilności ekosystemów.

Podobnie jest z populacją jednego gatunku. Osobniki nie są identyczne, różnią się nieznacznie między sobą. Są więc i takie, które na skutek różnych sygnałów środowiskowych zakwitają jesienią, zupełnie nie w porę. Zazwyczaj jest to zmarnowany potencjał. Ale czasem może się opłacać. Jeśli tegoroczna jesień będzie długa i ciepła akurat może ta róża wyda owoc. Odniesie sukces w nietypowych warunkach. Dla całego gatunku może to oznaczać przetrwanie w nietypowych i zmiennych warunkach (pojawi się więcej osobników zakwitających pod koniec września). Zmiany klimatu są coraz bardziej widoczne. Skutkują zmianami w pogodzie. Dawna strategia i cykl życiowy może okazać się pułapką. To właśnie takie osobniki nietypowe mogą zagwarantować sukces całej populacji (gatunku).

Zmienność jest kosztowna, bo w warunkach bardzo stabilnych i powtarzalnych taka zmienność od optimum oznacza stratę. Ale w warunkach zmienności i niepowtarzalności warunków środowiskowych taka "rozrzutna" zmienność jest bardzo korzystna - zawsze jakiś zakres zmienności (osobników) "utrafi" w warunki środowiska danego okresu (roku, wielolecia).

Myślę że podobnie jest w kulturze i społeczności - różnorodność wydaje się rozrzutna i kłopotliwa ale właśnie w warunkach zmieniającego się środowiska może okazać się zbawienna. Skoro przyszłość nie jest do końca przewidywalna to nie wiadomo co się może przydać. Co okaże się bardzo korzystne.  Ujednolicanie narodu np. do "prawdziwych Polaków" może okazać się klęską w porównaniu do wielokulturowości pod każdym względem, nie tylko genetycznym ale i społecznym.

Jedno jest pewne, zmienia się nie tylko klimat ale i warunki cywilizacyjne. Nie nadążamy za zmianami. Nic nie będzie takiej jak wczoraj i dzisiaj. A skoro tak, to we własnym, narodowym interesie powinniśmy zadbać o dużą wielokulturowość, różnorodność pod każdym względem. Imigranci mogą okazać się życiodajną siłą, gwarantująca przetrwanie

 

 

 

Rewitalizacja miasta z zielenią w roli głównej

sczachor

13691094_10208870332148954_4756998348915225841_o

Cieszy każda dobra rewitalizacja śródmieścia z zielenią w tle. Nie tylko odnowione elewacje kamienic, ale i usunięty fragment "betonu", zasadzone drzewa, trochę zieleni i ławeczki. Aż chce się do takiego miejsca przeprowadzić. Zamieszkać. I siłą rzeczy płacić tu podatki. 

Zastąpienie fragmentu betonowego chodnika odkrytą glebą z zielenią to zwiększenie powierzchni wsiąkania wody. Ma znaczenie w czasach gwałtownych opadów. Im więcej wsiąknie tym mniej muszą przyjmować kanały przeciw burzowe. Były planowane lata temu ale teraz, wraz ze zmianami klimatu, zwiększyła się intensywność opadów. Więc nie są w stanie odprowadzić nadmiaru wody siecią kanalizacji. Ponadto szkoda tej wody, gdy jej coraz bardziej brakuje.

Jak podrosną zasadzone lipy to będą dawały upragniony cień w nagrzanych miastach. A gdy zakwitną to przecudny zapach wypełni całą ulicę. Mam jedynie nadzieję, że odkrytej powierzchni będzie wystarczająco dużo by rosnące drzewa miały wodę. Inaczej albo uschną albo trzeba podlewać.

A pod drzewem ławeczka. By odpoczywać i cieszyć się pięknym widokiem. Mały skwer zamiast parkingu. Dobry kierunek zmian, by ludziom w mieście żyło się przyjemniej. Jeszcze tylko tę zrewitalizowaną przestrzeń wypełnić kulturą i życiem społecznym. Od nowa nauczyć się siedzieć na ulicznej ławce, najlepiej w czyimś towarzystwie.

I może "chwasty" dzikie rośliny wyrosną i uchowają się przez czyszczącymi motykami porządkujących zieleń miejską....

 

Nikt nie staje się w pełni człowiekiem w pojedynkę

sczachor

trawnik_ulicaTrafiając na cenne i wartościowe myśli, chce się je jakoś mocno zapamiętać, utrwalić. Chyba dobrym sposobem jest zapisywać... i dyskutować. Poszukanie związku z innymi elementami wiedzy zgromadzonej w głowie jest nie tylko odłożeniem na półkę w szafie mózgu ale i funkcjonalnym powiązaniem z innymi pojęciami, zjawiskami itd. Wtedy łatwiej sobie taką myśl przypomnieć. Nie jest eksponatem w magazynie tylko używanym narzędziem. 

Przy porannej lekturze trafiłem na takie wyjątkowo trafne zdanie:

"Nikt nie staje się w pełni człowiekiem rozumnym w pojedynkę; nasze umysły zawdzięczamy wychowaniu w kulturze, w bliskości z innymi ludźmi."

Zdanie odnosi się do ewolucji ludzkiego języka, ale dostrzegam w nim znacznie głębszą myśl. Artykuł pt. "Najważniejszy wynalazek ludzkości" (chodzi o język!) Łukasza Kwiatka ukazał się w Tygodniku Powszechnym i jest omówieniem książki "Ewolucja języka. W stronę hipotez gesturalnych". Zaciekawiony na pewno sięgnę po tę książkę. Rozważania o języku nasunęły mi nieco inne analogie społeczne, odnoszące się do lokalności i globalności jak najbardziej na czasie. 

A dlaczego zamieszczam zdjęcie z ulicznego trawnika jako ilustrację do cytatu, odnoszącego się do ewolucji języka? Zdjęcie pochodzi z wczorajszego happeningu "Zielona partyzantka - odsłona druga" (zobacz zdjęcia). Tworzenie przestrzeni publicznej, w której można rozmawiać, jest tworzeniem warunków do rozwoju kultury. I tego by można było w pełni stawać się człowiekiem w bliskości z innymi. Język jest swoistym iskaniem się na odległość. By wyrastać do pełni człowieczeństwa potrzebni są ludzie i kontakt z nimi. Wspólna praca, wspólne rozmowy nawet "o niczym". Akcja polegała na zamianie nielegalnego, dzikiego parkingu na zieloną przestrzeń, w której ludzie mogą się spotykać. Jednym słowem obywatelskie, spontaniczne i oddolne budowanie warunków do rozwoju kultury... i praktycznego korzystania z języka, najważniejszego wynalazku Homo sapiens. Przy okazji była to dobra rewitalizacja, bo do prac włączyli się miejscowi, z ulicy. I ja tam byłem, kowale bezskrzydłe na kamieniu namalowałem oraz kilka kwiatków zasadziłem. 

I na tym tle wspominam nasz Dzień Wolności, wybory 4 czerwca 1989 roku. Ważny dzień dla mnie, dla Polaków, dla Polski. Wolność trzeba uzyskiwać aktywnie, tak jak teren zielony dla ludzi w środku miasta. I stale zabiegać, bo nigdy nie jest dane raz na zawsze. Nie mogę być w Warszawie na manifestacji by pokazać na ulicy moje uznanie dla wolności w pełni odzyskanej w 1989 roku jak i współczesnych starań o zachowanie zagrożonej wolności. Swoje poparcie wyrażam więc blogowo. Tak jak mogę, tak jak potrafię.

W wyborach 1989 roku byłem członkiem komisji wyborczej w Olsztynie. Już nie pamiętam czy przewodniczącym czy wiceprzewodniczącym komisji. Długo liczyliśmy głosy, bo nie bardzo wiedzieliśmy jak interpretować skreślenia: lista krajowa była najczęściej przekreślana w całości, ale niektórzy utrzymywali, że te nazwiska, których przekreślenie nie dotykało, należy liczyć na "tak". Liczenie głosów trwało bardzo długo. To były czasy bez telefonów komórkowych i żona się bardzo martwiła. W domu nie mieliśmy telefonu stacjonarnego, więc wieści nie było. Wróciłem do domu późno ale z dobrą nowiną. Czekaliśmy tylko na zbiorcze wyniki, które były równie dobre. Wielkie zwycięstwo wolności i aktywności ludzi. 

I tę wspaniałą chwilę z 1989 roku dzisiaj wspominam. Świętuję i celebruję. Lokalnie, podwórkowo, językowo.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci