Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Wpisy otagowane : ochrona-srodowiska

Wiosenny szczypiorek na parapecie i zanieczyszczenie związkami biologicznie czynnymi

sczachor

osy_koloroweO związkach biologicznie czynnych przypomniałem sobie, gdy kolega poradził mi jak w doniczce na parapecie wyhodować własny szczypiorek „musisz kupić cebulę dymkę, ale nie próbuj z cebulą ze sklepów wielkopowierzchniowych – bo często taka cebula jest traktowana inhibitorami wzrostu (takie roślinne hormony, spowalniające wzrost). Handlowcy pryskają cebule, aby im dłużej leżała w sklepie i nie puszczała kiełków. Tak potraktowane cebule słabo rosną i najczęściej zasychają a szczypior się nie udaje.” Domyślam się, że na zdrowie człowieka te związki chyba negatywnie nie działają. Ale tego typu związków biologicznie czynnych w środowisku jest coraz więcej.

Są małe, dla oka niewidoczne i w niewielkiej ilości. A jednak są coraz bardziej uciążliwe. Niczym pasożyty - nie widać a mocno dokuczliwe. Wprowadzamy je do środowiska celowo, aby poprawić produkcję, własne zdrowie itd. Sukcesywnie dostrzegamy jednak negatywne skutki ich obecności. Mowa o hormonach (lub związkach podobnych do hormonów i wpływających na organizm podobnie), chemioterapeutykach, antybiotykach.

Najwcześniej zwróciliśmy uwagę na pestycydy (tak jak niesławny DDT), powodujących duże zmiany w ekosystemach, bo wpływające na różne gatunki roślin i zwierząt. Obecnie świat zastanawia się czy jedna grupa z tych środków ochrony roślin nie wpływa negatywnie na pszczoły.

Leczymy zwierzęta hodowlane: krowy, świnie, kury. Podajemy im duże ilości antybiotyków, czasem profilaktycznie. Nie wszystkie jednak ulegają rozkładowi w metabolizmie tych zwierząt. Wydalane są z kałem i wraz z obornikiem trafiają na pola uprawne. Potem śladowe ich ilości znajdują się w roślinach podawanych jako pasza dla zwierząt jak i sami spożywamy. Niewielkie ilości? Tak, ale cechą związków biologicznie czynnych jest to, że wpływają na procesy biologiczne (np. fizjologiczne). To taki szum informacyjny. To tak, jakby do programów komputerowych dostawały się obce fragmenty i zakłócały pracę komputerów.

Leki hormonalne lub środki antykoncepcyjne (hormonalne), jakie ludzie używają także wraz z moczem trafiają do kanalizacji lub środowiska. Już dawno zauważono, że te hormony wpływają np. na płeć ryb, żyjących niektórych rzeka. Nawet w niewielkie ilości powodują duże zmiany.

Jak zobaczyć to co niewidoczne? Czasem dostrzegamy przypadkowo, tak jak w przypadku kolorowego miodu. Pszczoły znalazły syrop, przeznaczony do utylizacji (pozostałość po produkcji cukierków i zabarwiony kolorowymi barwnikami). W konsekwencji pszczelarze znaleźli nienaturalnie kolorowy miód w ulach. Ale związki biologiczne czynne (hormony, antybiotyki, leki) są bezbarwne, nie widać ich w środowisku. Widać natomiast skutki ich obecności.

Innym przykładem są kolorowe gniazda os (takjak to, załaczone na fotografii wyżej). Tym razem to efekt celowego eksperymentu podawania osom kolorowego papieru, który wykorzystały do budowy gniazda. Kolor uwidocznił pochodzenie a samo gniazdo wygląda bajkowo i nienaturalnie. O obecności związków biologicznie czynnych dowiadujemy się zazwyczaj przypadkiem, tak jak było w sprawie obecności antybiotyków w owsie, którym karmiono konie.  Antybiotyk był w bardzie niewielkiej ilości, ale akurat koniom bardzo szkodził (w zasadzie mikroflorze bakteryjnej w ich jelitach). Akurat ten rodzaj antybiotyku stosowany jest w hodowli drobiu. Kurom nie szkodzi, ale kiedy wraz z nawozem trafi na pola, to potem dostaje się do roślin i trafia do zupełnie innych konsumentów.

Nic już nie będzie takiej jak dawniej. Synonimem zdrowej żywności są rośliny, nawozone obornikiem. Wszystko zależy jednak od tego, jak hodowane są zwierzęta, od których pochodzi nawóz (obornik). W przyrodzie nic nie ginie, nawet nasza głupota. Krąży i ujawnia się w nieoczekiwanych miejscach. Długo nam jeszcze zajmie poznawanie fukcjonowania ekosystemów i ich szeroko rozumianego metabolizmu. Mam na myśli na przykład bezsensowną wycinkę drzew i dewastację zieleni w miastach. Wycina się je łatwo, rosną długo. I gdy dostrzeżemy przydatność drzew w mieście, bo nawilzają powietrze, bo dostarczaja tlenu, bo usuwają zanieczyzczenia gazowe i redukują liczbe pyłów itd., to na naprawę sytuacji potrzeba będzie wielu lat...

 

Fot. Christopher Jobson , 2016, źródło: http://www.thisiscolossal.com/2016/04/rainbow-wasps/

Bajki w zielonych sukienkach, w sam raz na Dzień Ziemi

sczachor

malowane_kamieniaDobre bajki są mądre w swej treści. Fabuła jest tylko przykrywką dla prawd ogólnych. Są bajki dla dzieci i są bajki dla dorosłych. Czasem dla jednych i drugich ale każdy dostrzega nieco inne treści. Dzieci skupiają się na fabule, dorośli na prawdach ogólnych. Bo patrzą przez pryzmat doświadczenia i już posiadanej wiedzy. Kiedyś były bajki o smokach, księżniczkach, rycerzach, miłości i przygodzie.

Zmieniło się nasze otoczenie i na Dzień Ziemi, przypadający 22 kwietnia, szczególnie gorąco polecam „Bajki w zielonych sukienkach” autorstwa Anny Mikity. O czym są te bajki? O oszczędzaniu, odpowiedzialności, o współczesnych problemach ludzi i zdewastowanego środowiska. O świecie widzianym oczyma dziecka ale ważnym dla dorosłych. Patrząc na skalę bezmyślnej wycinki drzew, ton nieposegregowanych odpadów, zaśmieconych jezior i lasów, o bioróżnorodności w mieście i poza miastem, takie bajki są nie tylko aktualne ale i niezwykle potrzebne. Do niedawna jeszcze bajki Anny Mikity były w zestawie lektur szkolnych. W nowych propozycjach już nie ma….

Przeczytałem „Bajki” z dużą przyjemnością. Zawierają aktualne problemy „ekologii” (stąd te tytułowe zielone sukienki). Czyli tego, czego ewidentnie w naszych społeczeństwie obecnie bardzo brakuje. Wadą książeczki, wydanej przez MAC w 2016 r., są trochę za małe litery (jak dla dzieci) i miejscami tło utrudnia czytanie niewprawnemu oku. Ale ta wada jest zaletą, bo mobilizuje dorosłych by czytali dzieciom bajki. Ważne ze społecznego punktu widzenia. A także sami dorośli przypomną sobie treści, o których na co dzień zapominamy.

Na olsztyński Dzień Ziemi zapraszam do księgarni, na Bookfest 2017. W godzinach 16.00-18.00 spotkać będzie można Autorkę „Bajek w zielonych sukienkach” i przy okazji pomalować kamienie. I ja się dołożę ze swoimi opowieściami o przyrodzie w mieście.

Na fotografii wyżej jest jeden z takich malowanych kamieni. Leży na skwerze przy ul. Starej Warszawskiej. Pomalowałem go w ubiegłym roku. Jak widać służy zabawie i edukacji 

program_BF

 

O pilnej potrzebie edukacji ekologicznej

sczachor

17426151_10211135397254166_988438414404595520_nWidok masowo wycinanych drzew jest przygnębiający podwójnie. Oprócz zniszczonej przyrody (i wynikających z tego zagrożeń dla zdrowia ludzi) ukazuje ogromne braki w wykształceniu (edukacji) w zakresie rozumienia procesów przyrodniczych i skutków w środowisku.

Duże zanieczyszczenia środowiska w latach ubiegłych spowodowały, że zainteresowanie tak zwaną ekologią było bardzo duże. W latach 90. XX w. społeczna wiedza o stanie środowiska i konsekwencjach była chyba większa. A działania edukacyjne i prośrodowiskowe były w Polsce znacznie intensywniejsze. W rezultacie podjęto szereg działań, które znacząco poprawiły stan środowiska wokół nas. Nie tylko wybudowano liczne oczyszczalnie ścieków ale i znacząco ograniczono emisje gazów i pyłów. Wydawało się, że mamy progres.

Na przełomie wieków można było w raportach napisać „W Polsce obserwuje się poprawę lub zmniejszenie tempa degradacji w wielu komponentach środowiska. Coraz większe zagrożenie dla środowiska stwarza już nie przemysł, lecz rosnąca indywidualna konsumpcja energii, paliw i przedmiotów jednorazowego użytku oraz rozwój motoryzacji?”

Niestety ostrzeżenia zostały zlekceważone. Znaliśmy zagrożenie ale go nie uniknęliśmy. Na powrót mówimy o smogu w miastach i dewastacji środowiska. Indywidualna i krótkowzroczna pazerność daleko wyprzedza myślenie o dobru wspólnym. Masowa wycinka drzew (część jest uzasadniona, większa część to efekt głupoty i pazerności) jest tego dobitnym przykładem. Ale jest jednocześnie wierzchołkiem góry lodowej. I wskazuje na bardzo pilną potrzebę edukacji ekologicznej.

Bo po co jest drzewo w mieście, kiedy liście spadają na dachy samochodów? Podnosi to koszty mycia i woskowania karoserii? Zapewne. Ale brak drzewa to także mniej tlenu, większe zapylenie, mniejsza wilgotności latem, wyższe temperatury w mieście i smog. Przekłada się to na stan zdrowia ludzi i szybsze zgony. Można przypomnieć stare przysłowie „kto nie wyda na kucharza, wyda na lekarza”, a parafrazując: kto nie wyda na środowisko przyrodnicze, wyda na lekarza i grabarza.

Jestem zatrwożony skalą ignorancji przyrodniczej i skalą krótkowzrocznego egoizmu. Po raz kolejny można zadać pytanie: jaki świat pozostawimy po sobie?

Straty dla gospodarki i straty indywidualnych ludzi na skutek gwałtownych zjawisk atmosferyczny (m.in. jako skutek globalnego ocieplenia klimatu) maja wymierny efekt. " Wysoki stopień zurbanizowania przestrzeni jest czynnikiem stymulującym powstawanie strat, zaś wysoki wskaźnik terenów zielonych – łagodzącym." (czytaj cały tekst). Trzeba znowu bić na alarm. Konieczna jest szeroko zakrojona edukacja ekologiczna i konieczne podniesienie poziomu wiedzy przyrodniczej.

"Okazuje się, że musimy działać, bo to, co już się wydarzyło w środowisku ma taki skutek, że nasze wnuki nie będą miały gdzie żyć i wypoczywać, czysty tlen będą kupować w puszkach, a przyrodę oglądać na starych fotografiach."(czytaj cały tekst).

Eko-innowacje - nieopłacalne inwestycje czy realne oszczędności ?

sczachor

ekoinnowacjecbeo

Oprócz tego, że dzisiaj jest tłusty czwartek i Dzień Darwina to w Olszynie, na skraju miasta (Centrum Wdrażania i Promocji Innowacji w Olsztynie, Warmińsko-Mazurska Agencja Rozwoju Regionalnego S.A. w Olsztynie, ul. Jagiellońska 91a ) odbywać się będzie w godzinach 11.00-14.15 interesująca konferencja, dotycząca eko-innowacji.Wybieram się tam, nie tylko posłuchać ale i wziąć aktywny udział w panelu dyskusyjnym „Eko-innowacje - nieopłacalne inwestycje czy realne oszczędności”

Zachwyceni niedawną obniżką cen ropy naftowej zapominamy, że utrzymywanie obecnego poziomu wydobycia odbywa się przy wyraźnym wzroście liczby działających szybów wydobywczych. Lepiej już było. Mimo inwestycji w najbliższych latach spodziewać się można zarówno wzrost cen surowców ze źródeł nieodnawialnych jak i spadku wydobycia. Czy zdążymy odpowiednio wcześnie zainwestować w badania, technologii i inwestycje pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych? Przy spadku wydobycia i wzroście cen opłacalność energii odnawialnej będzie systematycznie wzrastać. I pytanie zasadnicze o nasz region - jakie jest miejsce Warmii i Mazur w dokonującej się trzeciej rewolucji technologicznej.

Pytanie o zyski z eko-innowacji jest pytaniem o wizję przyszłości – czy wiemy co nas czeka? Każda inwestycja kosztuje i wymaga na początku wydatków. W jakiej perspektywie liczony jest zysk z eko-innowacji? Czy mamy realną wizję przyszłości by przewidywać zyski długo-terminowe? Czy wiemy jakie będą ceny energii konwencjonalnej (jakie są zasoby i na ile lat starczą, jak będzie rosła cena energii przy wyczerpywaniu się zasobów konwencjonalnych)? Jakie są koszty zmian klimatycznych dla wszystkich podmiotów gospodarczych i społeczeństwa? Jakie będą preferencje konsumentów w przyszłości: zorientowane na ilość i stopę ży-ciową czy na jakość i komfort życia? Ile kosztuje bioróżnorodność i środowisko przyrodnicze?

Kiedyś pustynne piaski krajów arabskich wydawały się bezwartościowe. Bieda z nędzą. Do czasu, gdy rozwój technologii nie zaczął wykorzystywać ropy naftowej jako surowca dla gospodarki. Wtedy piaski ożyły inwestycjami. Po wieku fizyki nastał wiek biologii, powoli rozwija się biogospodarka. Czy Warmia i Mazury będą w centrum tych przemian czy też pozostaną na marginesie trzeciej rewolucji technologicznej?

Czego oczekują klienci i gospodarka dziś a czego poszukiwać będę w bliższej i dalszej perspektywie? Innowacje w ochronę środowiska to podnoszenie jakości życia. Czekać na gotowe technologie i kupować licencje czy samemu poszukiwać i rozwijać współpracę między przemysłem, nauką a społecznościami lokalnymi (samorządami)?

Czy w regionie potrafimy współpracować i wykorzystywać potencjał kapitału ludzkiego i zasoby środowiska? Jaka jest a jaka powinna być rola państwa w pobudzaniu innowacyjności w zakresie ochrony środowiska, biogospodarki i energii odnawialnej? Czekać na odgórne dyspozycje i regulacje czy aktywnie lobbować za pożądanymi rozwiązaniami legislacyjnymi? Więcej pytań niż odpowiedzi ale bez interdyscyplinarnego dialogu nauki, biznesu i samorządu pozostaniemy na marginesie zachodzących zjawisk.

Na wyżej postawione pytania poszukiwał będę odpowiedzi wraz z przedstawicielami samorządu terytorialnego, biznesu, instytucji państwowych i instytucji naukowych. Wszystko w zakresie nauk stosowanych i wdrażania innowacji w gospodarce.

A po południu już bardziej naukowo-teoretyczne spotkanie z okazji Dnia Darwina i równie ciekawa dyskusja akademicka o ewolucji z filozofami i organizacjami społecznymi. W tak zwanym międzyczasie znajdzie się czas na konsumpcję pączka, oczywiście z preferencja dla wyrobów tradycyjnych, lokalnych a nie taśmowo-wielkoprzemysłowych (i przy okazji mało zdrowych).

pczki1

Piję... i jestem z tego dumny!

sczachor

10258825_10204109151562415_229687827380573677_oPiję wodę z kranu już od wielu lat (w zasadzie od dzieciństwa). A teraz jestem z tego dumny. Nawet się publicznie obnoszę z tym piciem kranówy. Bo cała sprawa warta jest zachodu. To nie tylko styl życia ale i wpływ na stan planety (zasobów przyrody i biosferę). Nawet wielki ocean składa sięz małych kropel. I ja chcę być taką jedną kroplą.

Picie wody z kranu jest czymś oczywistym. Przecież po to są wodociągi, uzdatnianie wody i kontrola jakości. Dlaczego więc ludzie taszczą zgrzewki wody w butelkach z supermarketów, gdy mają taką samą lub lepszą w domu?Bez wysiłku i na dodatek dużo taniej? Dlaczego myją owoce przed jedzeniem wodą z kranu... ale tej wody się nie napiją? Dlaczego droższe ze sklepu (jak podatek) bardziej nam odpowiada niż to w kranie? Przestaliśmy myślec czy myślimy schematami i reklamami?

Jako dziecko nie lubiłem ubrań szytych na miarę. Bo mama była krawcową. Nużyły mnie przymiarki i różne przeróbki. To ze sklepu wydawło się jakieś lepsze, bardziej nobliwe, bardziej światowe. W każdym razie wystandaryzowane. A to szyte na miarę... jakieś takie indywidualne, domowe, ... biedne. Po roku 1989 wyraźnie się wzbogaciliśmy i luksus ze skleów stał się dla nas dostępny. Stał się niejako stylem życia: dużo, dużo konsumować...

Domowe ubrania szyte na miarę doceniłem za sprawą moje żony (kobiet wogłe). One się zachwycały indywidualnością, niepowtarzalnością  sukienek, spódnic i temu podobnych fatałaszków. I jeszcze wykończenie. Drobny, niewidoczny szczegół ale decydujący o wygodzie i jakości. Ja także doceniłem garnitury szyte na miarę. Św.p. teść (krawiec) jak uszył garnitur, to prawie się go nie czuło. Teraz od lat chodzę w kupowanych (ciągne coś uwiera, bo w pamięci mam wygode recznej roboty!). Już nie ta jakość. Wszystko szyte na kilka rozmiarów, pod sztancę, w sumie mało wygodne. Indywidualne i solidne rękodzieło dopiero docenilem po latach. Droższe? ale za ceną idzie jakość!

Myślę, że podobnie jest z kupowaniem wody w plastikowych butelkach. To ze sklepu wydaje się jakieś takie "ważniejsze", nobliwsze... i wszyscy tak robią. Zwłaszcza w reklamach. Więc naśladujemy. I nie zastanawiamy się nad sensem i skutkami.

Kiedyś piłem wodę ze studni, to było coś normalnego. W tamtym czasie wszyscy piliśmy wodę z kranu. Jak był kran w szkole czy w domu. W sklepie wody nikt nie sprzedawał. Chyba że jakąś mineralną, leczniczą. Albo oranżada. Ale wodę? Po co kupować to, co w domu jest za darmo? Pamiętam studnie w polu, gdzieś w Rumunii. I kubeczek zawieszony przy studni. Dla swoich i dla podróznego. Woda była za darmo. Czy ktoś kiedyś w Polsce odmówił komuś napicia się wody ze studni? Dlaczego więc teraz dobrowolnie opodatkowujemy się i sprzedajemy/kupujemy dobra, dostępne dla wszystkich? Może nam się wydaje, że ta w butelce plastikowej jest lepsza, zdrowsza?

10262170_10203437896181450_2920608028019413771_nOd wielu lat bardzo często wożę ze sobą wodę z kranu. Bo pustej butelki plastikowej (po wodzie) wlewam z kranu  i już. Wyglada jak kupna. A przede wszytkim lekka jest butelka. A teraz chcę mocniej zamanifestować picie wody z kranu. By ośmielić innych. By się ludzie nie wstydzili zabierać w podróż wody z kranu lub przegotowanej z czajnika.

Butelka na zdjęciu wyżej jest ze specjalnego tworzywa i nie zawiera bisfenoli. Te w wielu plastikowych butelkach z napojami są obecne. I są szkodliwe dla zdrowia

Czasami zabieram wodę w butelce szklanej, ale szklana butelka jest cięższa. Ostatnio wykorzystuję stare oranżadówki (na zdjęciu obok), maluję je i zabieram w nich wodę na pikniki na trawie. Tak do tej pory propagowałem picie wody z kranu. Teraz będę miał butelkę z napisem. To swoista manifestacja.

Jakiś czas temu spotkałem swoją, starszą już, sasiadkę z bloku. Ma kłopoty z chodzeniem. I dźwigała całą zgrzewkę wody z dyskontu. Gdy opowiedziełam jej, że równie dobra jest nasza z kranu, to powiedziała "O Boże, czemu ja nie wiedział i męczyłam się z noszeniem tej ze sklepu?" 

Dlaczego picie wody z kranu jest ważne? To nie ze skąpstwa lecz z poczucia odpowiedzialności i z rozsądku w konsupmcji.

1. Bo jest to ekonomiczne. Po co pracować na zbędne wydatki? Lepiej ten czas przeznaczyć na życie rodzinne lub towarzystkie. Ile koszytuje zbędny wydatek? Sporo. Można wyliczyc lub sprawdzic w internecie ile kosztuje te elementy dodatkowe, które wodą nie są.

2. Bo jest to ograniczanie zbędnego transportu i dodatkowej emisji spalin oraz gazów cieplarnianych. To problem globalny, ale rozwiązywalny lokalnie. Po co wozić z polskich gór wodę na Mazury?

3. Bo ogranicza to zbędne odpady i śmieci. Ileż tych krótkotrwałe użytkowanych, jednorazowych butelek wala się po rowach, lasach, jeziorach, wysypuje się z miejskich koszy do recyklingu? A co potem się z nimi dzieje? Koszty utyulizacji są spore i za wszystko płacimy (w opłatach i podatkach). 

4. Bo w wielu plastikowych butelkach znajdują się szkodliwe bisfenowle. Jakie są skutki przedostawania się do organizmu bisfenoli? Proszę sprawdzić. Lepsza byłaby woda w szklanych butelkach, ale to większy ciężar. Czy zatem na pewno woda sklepowa w plastikowych butelkach jest lepsza i zdrowsza?

Problem wody jest problemem globalnym. I ciągle narastającym. W wielu miejscach już jej brakuje. Czystej wody, zdatnej do picia. A jednocześnie wożenie jej tam i z powrotem to emisja gazów cieplarniahych i pogłębianie ocieplenia klimatu z negatywnymi skutkami, widocznymi coraz bardziej. W niektórych krajach zakazuje się sprzedazy wody w butelkach. Można kupić puste butelki. I sobie nalać. 

Picie wody z kranu z butelki wielokrotnego użytku jest oznaką nowoczesności i świadomości. To picie wody z jednorazowych butelek plastikowych jest zacofaniem. Oczywiście, we wszytskim warto znaleźć umiar. Są sytuacje, gdy woda butelkowana jest wygodniejsza. Zatem nie chodzi mi o żadem zakaz, jakąś skrajną ortodoksję. Po prostu - tam gdzie możesz i kiedy możesz pij wodę z kranu. Butelek wokół siebie masz bardzo dużo. Skorzystaj, to nie wstyd (w młodzieżowym slangu zwany obciachem).

Eko-innowacje w produkcji energii a problem oddziaływania turystyki na środowisko

sczachor

Pod koniec maja miałem przyjemność uczestniczyć w bardzo interesującej konferencji, zorganizowanej przez samorząd województwa warmińsko-mazurskiego. Tematem były eko-innowacje technologiczne w produkcji energii. Siedząc na skraju miasta i na skraju lasu w budynku Centrum Wdrażania i Promocji Innowacji Warmińsko-Mazurskiej Agencji Rozwoju Regionalnego, uświadomiłem sobie, że nawet na dalekiej prowincji widać dziejącą się na naszych oczach trzecią rewolucję technologiczną. Jest strach przed zmianą (tak jak zawsze w takich przypadkach), bo nic już nie będzie takie jak dawniej. Ale jest także nadzieja na rozwój regionu.

Były ciekawe wykłady, dla mnie bardzo pouczające, była też dyskusja, której osią stało się zastanawianie czy te eko-innowacje są dobre czy złe dla inwestorów. Czy zainteresowanie biznesu energią odnawialną wynika z opłacalności czy tylko z faktu, że ktoś daje dopłaty?

Zmiany niewątpliwie zachodzą. Żeby się dobrze do nich przygotować, to trzeba poznać i zrozumieć także globalne i długofalowe trendy. Przygotować się, by nie dać się zaskoczyć. Surowce tradycyjnej energetyki, takie jak gaz czy ropa naftowa niebawem się skończą (jakieś 40 lat). Sytuacja polityczna, nieprzewidywalna jak się okazuje, może sprawić, że kurek z gazem znacznie szybciej zostanie zakręcony (sytuacja w Rosji). W takim kontekście dyskusja nad innowacjami technologicznymi wydaje się jak najbardziej aktualna i potrzebna. Czy w naszym regionie zainwestujemy czy raczej pojawiać się będą dziewiętnastowieczne bunty tkaczek? Czy będziemy wśród liderów czy raczej zacofanych maruderów?

Czy OZE (odnawialne źródła energii) to szansa czy zagrożenie dla naszego regionu? Osobiście uważam, że jest to dla nas ogromna szansa. Szansa zarówno dla turystyki jak i biogospodarki. Elektrownie węglowe są daleko a my znajdujemy się na "końcu druta" - dlatego energia elektryczna jest u nas droga (droższa niż w innych regionach, może poza Podlasiem).

Przecież nie wszystkie inwestycje są opłacalne. Przykładem niech będą stadiony budowane na olimpiady - czasem koszty utrzymania są potem wyższe niż zyski z użytkowania. Takie inwestycje nie są nam potrzebne. Czy eko-innowacje należą do takich? Czy wszystkie OZE niosą takie same szanse i zagrożenia?

Często używanymi słowami na wspomnianej konferencji była kogeneracja (rzadziej trigeneracja) i prosumpcja. Ze zdziwieniem dowiedziałem się, że są u nas już gminy (np. Kisielice), które mogą być już samowystarczalne energetycznie. Skutkiem trzeciej rewolucji technologicznej jest gospodarka rozproszona, nie tylko w zakresie produkcji energii. Te zmiany wpływają na pozostałe działy gospodarki jak i nasze życie codzienne i styl życia.

Ekoinnowacje są szansą na nowoczesną prowincję, na współtworzenie marki regionu (lub wspieranie tej marki). Chyba, że prześpimy szansę i dobry czas. Ekoinnowacje to szansa na rozwój i jednocześnie promocja. Warmia i Mazury to region, gdzie może być wysoki komfort życia i wysoka jakość życia. Aby to jednak osiągnąć, potrzebny jest dialog i to wielopłaszczyznowy. Coraz bardziej rozpoznawalną marką regionu jest turystyka i żywność. I oby stała się także energetyka odnawialna, w tym wspierana miejscowymi badaniami naukowymi, tworzącymi innowacje (a nie kupowanie gotowych technologii z zewnątrz).

Niezwykle ciekawy dla mnie był wykład profesora Janusza Gołaszewskiego z UWM (a jednocześnie dyrektora Centrum Badanie Energii Odnawialnej). Profesor mówił o turystyce i energetyce ze źródeł odnawialnych. Obie te gałęzie: turystyka i energia odnawialna, z natury są lokalne. Zarówno w zakresie produkcji jak i tworzenia odpadów. Koniecznością jest więc zrównoważony przemysł turystyczny, wykorzystujący OZE. Profesor wskazywał na konieczność wdrożenia zasad gospodarki cyrkulacyjnej oraz wskazywał na niszowy produkt turystyczny, związany z OZE. I ja się z takim podejściem w pełni zgadzam.

Unia Europejska jest światowym liderem w wykorzystaniu różnych źródeł energii odnawialnej. Turystyka potrzebuje energii. Gospodarka turystyczna cechuje się ciągłym i wyraźnym wzrostem w skali globalnej. Ale jednocześnie turystyka odpowiedzialna jest za emisję ok. 5 % gazów cieplarnianych. Najwięcej produkuje ich transport samolotowy. Można więc przypuszczać, że wraz ze wzrostem świadomości ekologicznej bogatych społeczeństw na znaczeniu będzie rosła turystyka lokalna. To właśnie szansa dla naszego regionu. A jeśli stworzymy i będziemy umieli ją pokazywać - to tak jak dzieje się  już w niektórych regionach - nowoczesne eko-technologie same w sobie będą atrakcja turystyczną (pomijając fakt wspierania promocyjnego marki regionu).

W skali świata turystyka to 9% PKB - jest więc o co zabiegać. Jednocześnie rozwój turystyki niesie określone zagrożenia (np. wzrost potrzeb energetycznych, wzrost zużycia wody, ilości odpadów itd.).

Z konferencji wróciłem zadowolony i mocno zainspirowany.

O upałach i drzewach, których już nie ma

sczachor

Wczoraj byłem w Pasłęku, z wykładem dla młodzieży licealnej. Dzień zapowiadał się upalnie. Przed ósmą rano zawitałem na dworcu Olsztyn Zachodni. Kiedyś, przy trzecim peronie (na zdjęciu z lewej strony) rosły przepiękne drzewa. Było cudnie, był cień. Kiedy niedawno remontowano ulicę (Nowa Artyleryjska, duma inwestycyjna miasta), wszystkie wycięcto. Teraz jest jak na patelni - żadnego cienia. Nawet rano słońce prażyło niemiłosiernie. A upały dopiero się zaczynają....

Dlaczego wycięto? Bo być może utrudniały prace budowlane. Ale zieleni nie odbudowano. Co więcej, sam projekt jest niefunkcjonalny i komiczny. Projektant narcystycznie myślał o sobie, zabrakło mu wyobraźni i empatii. Jest znacznie więcej fuszerek niż tylko brak zieleni.

Obok peronu, przy ulicy jest przystanek autobusowy. Ale nie ma jak do niego dojść - trzeba zupełnie naokoło, dwa razy przechodząc przez tę samą, ruchliwą ulicę (a kilkaset metrów dalej jest podziemne przejście... prowadzące do nikąd). Nie ma zejścia z peronu na ten przystanek, a od wyjścia z przydworcowego tunelu nie ma chodnika. Więc trzeba dwukrotnie przechodzić przez ulicę. Strasznie to niewygodne i niefunkcjonalne. Chciałbym poznać nazwisko projektanta. Anonimowo jest przeklinany codziennie przez wielu pieszych i oczekujących na peronie podróżnych... Po co wycinano drzewa, skoro nie na tak chodnika (a jest miejsce). A skoro jest miejsce na zieleń, to czemu drzewem nie zasadzono? Za 20-30 lat byłby znowu cień.

Prognozy zapowiadają upalne lato. Zapewne znowu pojawia się kurtyny wodne, dające wytchnienie mieszkańcom. Wolałbym jednak, aby troska władz miasta była bardziej perspektywiczna i długofalowa. Nie byłyby potrzebne kurtyny, gdyby były dające cień drzewa. Zieleń miejska poprzez transpirację nawilża powietrze. I to zupełnie za darmo i samoistnie. Ale drzewa należą do takich "urządzeń", że nie da się ich "postawić" raz dwa. Trzeba mieć wyobraźnię, by posadzić i czekać na rezultat przynajmniej kilkanaście lat. Wycina się łatwo. Odzyskać zieleń jest bardzo trudno.

W czasie upałów i letniej spiekoty marzą mi się władze miejskie z wyobraźnią, empatią.... Podróże kształcą? Bezwarunkowo!

Rozszerzona rzeczywistość i papier ekologiczny

sczachor

Rzeczywistość rozszerzona to coś co pojawia się za sprawą małego sprzętu elektronicznego i mobilnego internetu (wystarczy smartfon a nie okulary googla). Prawie jak dodatkowy, ukryty wymiar. Taki hipertekst z linkami głębiej, dalej, obok.

Formy mieszane coraz bardziej przenikają do prasy codziennej i na uliczne plakaty. Nie trzeba wszystkiego pisać (w jednym miejscu). Mamy w kieszeni odpowiednie czytniki do rzeczywistości rozszerzonej: smartfony i tablety. Czasem wystarczy najechać kamerką z telefonu komórkowego na budynek, który widzimy…. By za chwilę przeczytać co to jest, poznać historię itd. Tak, jak kliknąć na publikowane słowo w tekście (hiperlink).

Gazety także się zmieniają. Papier, który jest jednocześnie…. filmem I to bez chodzenia do kila, włączania telewizora czy komputera? A dla czego nie. Coraz czescie widzmy tajemnicze kwadraciki (QR Code), dzięki którymi łatwo możemy przenieść się w rozszerzoną rzeczywistość: przeczytać więcej, zobaczyć zdjęcia, filmiki itd.

Gazeta Olsztyńska też zamieszcza (kiedyś częściej) specjalnie oznakowane zdjęcie (z niebieska literką A). Jeśli na nie najechać smartfonem – zdjęcie ożywa i zmienia się w filmik. Oczywiście tylko na naszym czytniku. Od dawna kusiło mnie aby to wypróbować. Niestety kupiłem sobie tablet, a jak się okazało program Aurasma (wykorzystywany w Gazecie) na tabletach źle działa (podobno dobrze na smartfoach).

Ale kilka dni temu wyszedł nowy (w zmienionej szacie i formie) numer Tygodnika Powszechnego. Zainstalowałem wykorzystywany przez Tygodnik program Actable... i zadziałało. Wow! Papier przemówił. I ja wreszcie zobaczyłem rzeczywistość rozszerzoną.

Ale to nie tylko ciekawość i frajda z gadżetu. Teraz wiem jak będzie wyglądał plakat uliczny i plakat naukowy z rozszerzoną rzeczywistością. Chcę nie tylko oglądać ale i wykorzystywać. I zdobytą wiedzę szybko przekazać studentom. Niech będą liderami a nie cywilizacyjnymi maruderami.

A Tygodnik Powszechny zaskoczył mnie nie tylko rzeczywistością rozszerzoną. Pozytywnie zaskoczył mnie także papierem, na którym jest drukowany. Bo to papier przyjazny środowisku. Opiniotwórczy tygodnik kształtuje także postawy konsumenckie.

„Decyzję by nowy format drukować na papierze gazetowym podjęliśmy świadomie, także z myślą o środowisku naturalnym. Drukujemy Tygodnik Powszechny (wnętrze) na papierze gazetowym, o gramaturze 45. Jest to papier ekologiczny [w sensie przyjazny dla środowisk s.Cz.]. Tylko papiery gazetowe o gramaturze 40-65 gram podlegają w całości recyklingowi. Jest to papier niepowlekany lakierem ani komponentem zapachowym, w całości podlegający oczyszczeniu. Papiernie skupują go, czyszczą z farby uzyskując pulpę, mieszają ją z wodą i związkami chemicznymi, które powodują odłączenie się farby drukarskiej od włókien celulozy. Po kolejnym oczyszczeniu, przez napowietrzanie, pulpa uzupełniana jest nową mieszaniną włókien celulozy oraz substancjami wzmacniającymi. By papier mógł spełniać kryteria ekologiczne wzbogacenie nie może przekroczyć progu 30% dodania nowej celulozy do masy oczyszczonej, pozyskanej ze starego papieru, pulpy. Drukując na papierze gazetowym chronimy lasy, to oczywiste. Ponadto zmycie farby z papieru gazetowego jest niepomiernie tańsze niż z papierów powlekanych i zapachowych; kosztuje mniej energii i wymaga mniej chemikaliów."

Europejskie regulacje dotyczące papieru gazetowego (makulaturowego): http://eur-lex.europa.eu/LexUriServ/LexUriServ.do?uri=OJ:L:2012:202:0026:0037:PL:PDF

Kiedyś gazety czytaliśmy z ołówkiem lub palcem, przesuwanym po tekście, by wątku nie zgubić, ewentualnie z lupą - by widzieć litery. Teraz coraz częściej czytamy z tabletem i smartfonem. Dwa w jednym. Może taka rzeczywistość rozszerzona będzie lepsza w odbiorze niż czytania wszystkiego  na ekranie laptopa? Świat się zmienia. A może on po prostu ewoluuje. Bo przecież ewolucja nie dotyczy tylko materii biologicznej ale i kulturowej?

Pokrzywą po grzbiecie i z pokrzywą na grzbiecie - za każdym razem całkiem fajnie

sczachor

Z pokrzywą spotykamy się już w młodości, a są to spotkania bolesne. Przynajmniej bywało tak dawniej, gdy dzieciństwo wiązało się przede wszystkim z podwórkiem a nie komputerem. A cofając się jeszcze bardziej w czasie, to kontakt z przyrodą był znacznie głębszy i pełniejszy niż obecnie. Udomawianie roślin i zwierząt trwało przez wieki. Zaczynało się właśnie od spotykania w sąsiedztwie, zabawy, eksperymentowania. Gdy coś się udało odkryć jako przydatne, z czasem mogło być w drodze hodowli udoskonalane. Przez swoistą symbiozę z człowiekiem rośliny i zwierzęta zatracały część ze swych cech (niekorzystnych dla człowieka), a zyskiwały inne. Wzajemne uzależnienie powoduje, że gatunki udomowione nie bardzo mogą poradzić sobie w dzikiej przyrodzie. Podobnie jest z symbiontami.

Bolesne spotkania z pokrzywą uczą rozpoznawać ją spośród innych roślin. Aby unikać i omijać. Ale podobno owe parzenie (nie temperaturą a kłującymi włoskami i drażniącą cieczą) przez pokrzywę wychodzi człowiekowi na dobre – chroni przed reumatyzmem. Kiedyś mieliśmy to za darmo – przy pieleniu ogródka, chodząc przez zarośla i przy płocie. Teraz, żyjąc w sterylnych przyrodniczo warunkach miejskich, na kurację pokrzywową trzeba jechać do SPA. Pokrzywa w majtkach wydaje się torturą ale niektórzy jeszcze za to płacą. Ludzie są dziwni, zwłaszcza ci bogaci (a było już tak w starożytności, o czym niżej).

Z dzieciństwa (tego podwórkowego) pamiętam smaganie się pokrzywą. Ot takie końskie zaloty. Albo straszenie się „głuchą pokrzywą”, czyli jasnotą. Liście o takim samym pokroju co pokrzywa, ale bez włosków parzących. Niewprawne oko łatwo zmylić. I na tym polegała zabawa a jednocześnie wzajemna edukacja przyrodnicza.

Siłą ludzkości jest pamięć zbiorowa, także ta zapisana i odczytywana w dowolnym momencie (czy to z książkowej kartki czy monitora komputerowego). To dużo więcej niż można nauczyć się na podwórku w czasach dzieciństwa. Z zaskoczeniem wyczytałem, że przez Rzymian pokrzywa traktowana była jako afrodyzjak. Być może chłostanie się pokrzywą tu i ówdzie wywoływało efekty podobne do viagry (a więc jednak pokrzywa w majtkach)? W każdym razie w mitologii rzymskiej pokrzywa była poświęcona bogini Wenus. Afrodyzjakiem były sproszkowane nasiona, wymieszane z miodem i popijane winem (a czyż i arcydzięgiel nie był łączony z winem?). Starożytni Rzymianie pisali, że chłosta pokrzywami przywraca bogatym mężczyznom ochotę do życia. Niewątpliwie, swędzenie i pieczenie musiało rozbudzić i zmusić do ruchu każdego malkontenta i bogatego, gnuśnego dekadenta znudzonego dostatkiem.

Kobiet chyba nie chłostano pokrzywami. Ale w Prusach wiązkę pokrzyw rzucano w oknach dziewcząt, których obyczaje nie były chwalebne. I zapewne chodziło o obyczaje będące w domenie starożytnej bogini Wenus. Pokrzywę rzucano w okna dziewcząt w maju. Ale w tym samym czasie dziewczynom lubianym i szanowanym dawano konwalie (widać się prowadziły dobrze). Dla jednych pachnące, subtelne kwiaty, dla innych parzące zielsko. Może także i po to, żeby uprzędły z pokrzywy odzienie.

Tak, tak, pokrzywa od wieków wykorzystywana była jako roślina dostarczająca włókien na sznury, powrozy, przędzę tkacką. Pokrzywa w uprawie i wykorzystaniu jest trudna. Dlatego wyparta została przez len i bawełnę. Odeszła w niepamięć tak jak konopie. I ponownie obecnie wraca do łask. Mała dygresja z aluzją do konopi – suszone ziele pokrzywy, zmieszane z tytoniem wchodzi w skład papierosów przeciwastmatycznych.

Na początku zapewne wykorzystywano pokrzywę z dzikich stanowisk. A jest to roślina żyznej ziemi, spotkania w dolinach rzek. Na naszych terenach rolnictwo najpierw rozwijało się właśnie w żyznych dolinach rzecznych. Więc już od samego początku mieliśmy z nią kontakt, dosłowny i w przenoścni. Traktowaliśmy jako kłopotliwy (bo parzący) chwast. Ale że nic się zmarnować nie może, to pewnie jeszcze przed neolitem wykorzystywana była przez łowców-zbieraczy do wytwarzania sznurów. Że jest parząca? Wystarczy zbierać ją późną jesienią lub wczesną wiosną, gdy jest „uschnięta”. Nie dość że nie parzy to jeszcze znacznie łatwiej z takiego surowca wydobyć włókno. Włókna pokrzyw są gładkie, mocne, miękkie i sprężyste, o barwie szarobiałej (w domowej produkcji odraza się wybielanie płynem Ace). Włókna otrzymywane są z łodyg z wydajnością od 8 do 12%, ale u o odmian uprawnych wydajność jest już wyższa: od 13 do 16%.

Udomawianie (domestykacja) polega właśnie na uwydatnianiu cech korzystnych dla człowieka. A pokrzywa bywała okazjonalnie rośliną hodowlaną, na włókno oraz dla zielonego barwnika (chlorofil).

Włókno może i dobre (o czym będzie jeszcze niżej), ale kłopotliwe jest to parzące zielsko (w małej ilości służy zdrowiu ale w większej swędzi paskudnie). Jednak jeśli człowiek dostrzeże jakąś dobrą cechę, to jak pies myśliwski będzie tropił lepszych rozwiązań. W taki sposób do Polski trafiła pokrzywa konopiolistna (Urtica canabina). Jest bardzo podobna do pokrzywy zwyczajnej (Urtica dioica), w naszym kraju jest efemerofitem (gatunkiem obcym, który się pojawił ale jeszcze nie zadomowił z sukcesem). Pochodzi z umiarkowanych stref Azji: od Uralu do Iranu, w Polsce jest zdziczała („uciekła” z upraw”) i bardzo rzadka, Pokrzywa konopiolistna jest uprawiana dla włókien (roślina włóknodajna). I ma cechę bardzo korzystną: włoski parzące występuję tylko na kwiatostanach. Włókna jak u pokrzywy a nie parzy dokuczliwie tak jak nasza. Nic dziwnego, że wzbudzała zainteresowanie udomowieniem.

Pokrzywa zwyczajna jako wymagająca żyznej gleby oraz kłopotliwa w zbiorze, w większej, przemysłowej produkcji wyparta została przez len, a potem przez tańszą bawełnę. Na stanowiskach archeologicznych znajdowane są pozostałości po tkaninach i sznurach z przędzy pokrzywowej już w epoce brązu. Ale z całą pewnością była wykorzystywana do tych celów już wcześniej. W XII wieku pojawiają się zapiski w książkach o wykorzystywaniu pokrzywy jako rośliny włóknodajnej. Pokrzywy traktowane były jako rośliny włókniste mniejszej wartości, przy czym jednak wzrost ich zastosowania następował do XVII wieku, po czym wyparte zostały przez jedwab i bawełnę (szybko, łatwo, dużo i taniej). Pokrzywa jako bieda-roślina traktowana była nie tylko pod względem kulinarnym. Według niektórych źródeł tkaniny z pokrzyw były cenione, a wyparte zostały przez tańsze materiały bawełniane. Powszechnie wykorzystywano włókna pokrzyw do produkcji szpagatu, lin i tkanin zarówno grubych żaglowych jak i bieliźnianych. I tak oto doszliśmy powtórnie do pokrzywy na grzbiecie. Ale już bez chłostania i parzenia skóry.

Pokrzywy w uprawach przemysłowych jako surowiec włókienniczy kosi się w sierpniu i wrześniu – gdy pędy zaczynają więdnąć. Dla niewielkich domowych potrzeb pierwotnych łowców-myśliwych czy rolników wystarczyły niewielkie ilości zebrane zimą lub wczesną wiosną (w części łodygi już przygotowane i było mniej pracy z pozyskaniem włókna). Ale w warunkach dużej uprawy zbiór musi być późnoletni lub wczesnowiosenny. Po kilkudniowym suszeniu z pokrzyw opadają zbędne liście, łodygi wiąże się w pęczki a następnie moczy, uważając by nie dopuścić do gnicia. Potem trzeba oddzielić „paździerz” przez tłuczenie i pocieranie pędów. W ten sposób wyczesuje się surową przędzę. Obecnie poza metodami mechanicznymi stosuje się także metody enzymatyczne i mikrobiologiczne.

Z pokrzywy szyto nie tylko prześcieradła i bieliznę. Armia napoleońska wędrowała przez Europę w mundurach uszytych z pokrzywy. Cenioną cechą było to, że włókna pokrzyw nie nasiąkają i nie gniją w wodzie - używane były do wyrobu sieci rybackich. A jeszcze XIX wieku wyrabiano z pokrzyw tkaniny oraz sita do cedzenia miodu i przesiewania mąki.

Pokrzywa była przez wieki blisko nas w różnorodnej formie. Gdy pojawiało się coś tańszego i łatwiejszego w pozyskiwaniu – pokrzywa odchodziła w cień (symbolicznie pod płot). Ale gdy pojawiał się kryzys, to pokrzywa wracała do łask. Na przykład w czasie I wojny światowej w państwach centralnych z powodu braku dostępu do importowanej „zamorskiej” bawełny, z włókien pokrzywy wyrabiano ubrania. Działało nawet Berlińskie Towarzystwo Uprawy Pokrzywy, wypłacające premie pieniężne za uprawę pokrzywy (ta zachęta była potrzebna, zważywszy na kłopotliwy zbiór i uprawę). Tekstylny przemysł pokrzywowy w tym czasie rozkwitł. Tym razem pokrzywowe mundury miała armia niemiecka. Znowu mężczyźni mieli pokrzywę na plecach… Już po wojnie dużych ilościach tkaniny pokrzywowe eksportowane były z Niemiec do Wielkiej Brytanii. W czasie II wojny światowej o pokrzywie znowu sobie przypomniano. W drugiej połowie XX w. uprawę pokrzywy kontynuowano w Związku Radzieckim i produkowano z niej powrozy i tkaniny opatrunkowe. Ale ZSRR upadł wcale nie przez pokrzywę. Teraz, na rosyjskim Dalekim Wschodzie kreowana jest moda na dzianiny z pokrzywy. Zapowiedź biedy czy efekt edukacji ekologicznej?

Zainteresowanie włóknem pokrzywowym nie zmalało. W instytutach badawczych z Niemiec, Austrii, Finlandii i Włoch wciąż trwają prace nad odmianami pokrzywy (klony, rozmnażane wegetatywnie, a jak pisałem poprzednio taki polikormon może żyć nawet 50 lat) o podwyższonej zawartości włókna. Być może trwają też prace nad pozbyciem się parzących włosków, ale wobec mechanicznego zbioru nie ma to większego znaczenia. Tym bardziej, że ”ubocznym” (dodatkowym) produktem uprawy pokrzywy na włókna mogą być liście, wykorzystywane dla celów kosmetycznych, leczniczych i dla pozyskania barwnika (o tym będzie następnym razem).

Moda na eko (czyli przyjazne dla środowisk) nie tylko nie mija ale i się rozwija. Co więcej, konsumenci europejscy ze względów ochrony środowiska (w tym przeciwdziałania efektowi cieplarnianemu) coraz bardziej preferują produkcję lokalną. Już nie z biedy ani wojennej blokady, ale ekologicznego rozsądku pokrzywa ponownie wróci nam na grzbiet…. W formie tkanin i bielizny.

Tkaniny utkane z pokrzyw mają nieco połyskującą fakturę, są delikatniejsze od tkanin lnianych i mocniejsze niż bawełniane.

A i jeszcze jedno, z włókien pokrzywy można wytwarzać również papier. Nic się nie zmarnuje a drzewa w lesie ocaleją.

c.d.n. (bo o pokrzywie, jak i o każdym elemencie naszego dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego można długo opowiadać) 

p.s. Jak właśnie doczytałem, jednak dziewczyny smagano pokrzywami - na Kresach Wschodnich na polach zasianych zbożem smagano pokrzywami dziewczęta, by zapewnić urodzaj. Może zachował się jakiś elementem starożytnych wierzeń magicznych - tych z Rzymu, związanych z płodnością i afrodyzjakami.

Motywy moich twórczych inspiracji w nauce i sztuce

sczachor

Wiedza jest bogactwem i dobrem ogólnym, które jest warunkiem rozwoju cywilizacji i do którego prawo ma każdy. Tak jak do wody i powietrza. Nie można więc zamykać i ograniczać dostępu do wiedzy. Podobnie jest ze sztuką.

Nauka i sztuka zachwyca się światem, każda na swój sposób i w odmiennej formie. W otaczającej rzeczywistości przyrodniczej dostrzegam nie tylko zależności przyczynowo-skutkowe, prawidłowości i obiekty badawcze, ale także piękno.

Motywem mojego malowania (nie tylko na butelkach i słoikach) jest chęć czynienia świata piękniejszym, nawet jeśli to piękno jest ulotne. Podstawowym surowcem są „odpady” cywilizacji nadmiernej i szybkiej konsumpcji – szklane butelki i słoiki (zbędne opakowania). Butelki i słoiki zbieram w dzikich zakątkach przyrody Warmii i Mazur. Zebranym śmieciom nadaję nową wartość. Jest to filozoficzny podtekst nadawania rzeczom zbędnym także i ludziom wykluczonym, spisanym na straty, zapomnianym, nowej ważności i wartości.

Recykling rzeczy i znaczeń to promocja postaw przyjaznych środowisku i ludziom. Malowanie butelek jest jak nauka – ma służyć ulepszaniu świata. Jest dla mnie jak chasydzka przypowieść, by za pomocą drobiazgu, jaką jest przywrócona do życia butelka, opowiedzieć o rzeczach ważnych i większych - za pomocą części pokazać całość.

Lubię malować z ludźmi w przestrzeni publicznej, by wspólnie odzyskiwać ją na społecznego życia.

Nauka jest ważną częścią kultury. Wyjaśnianie złożonej rzeczywistości wymaga wytrwałości. Malowanie na szkle także. Ludzie dzielą się wiedzą (ale i sztuką, miłością) nie tylko ze względu na korzyści finansowe, lecz coraz częściej po to, żeby uczynić świat miejscem lepszym do życia. Swoisty trend dzielenia się (ang. sharing economy/collaborative consumption – ekonomia dzielenia się) obserwowany jest zarówno w sieci (zwłaszcza w mediach społecznościowych czy dziennikarstwie obywatelskim), jak i w świecie realnym (np. bookcrossing).

Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki: jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań.

Rozdaję swoje butelki ludziom i instytucjom by przeciwdziałać wykluczeniu i rozmyślać nad nowym urządzeniem cywilizacji, nową odpowiedzią jak żyć. Na co dzień. Sztuka jest polem działania dla intuicji. Nauka jest polem działania racjonalności. Malujący naukowiec to negocjacje tych dwóch światów.

W wymiarze osobistym malowanie jest relaksem i wyjściem z wąskich ram życia zawodowego.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci