Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : Trichoptera

O chochliku co z Puszczy Białowieskiej pochodzi

sczachor

DSCN3427Unikalność przyrodnicza Puszczy Białowieskiej jest od dawna podkreślana. Dużo w niej do odkrycia dla przyrodników. Jest jak swoisty punkt odniesienia, nasze unikalne w skali europejskiej CERN. Powinniśmy dbać, bo to nasze niezwykłe bogactwo narodowe.

W maju wybieram się na XXIII Ogólnopolskie Warsztaty Bentologiczne, które odbędą się w Janowie Lubelskim. Jakiś czas temu opracowywałem chruściki z Lasów Janowskich. Ale teraz jadę do tego miejsca by opowiedzieć o chruścikach Puszczy Białowieskiej.

Tegoroczne warsztaty poświęcone będą rzekom polihumusowym, które są mało znanym i rzadko występującym w Polsce typem cieków. Niezależnie jednak od wspólnego referatu, dotyczącego kilku grup bezkręgowców wodnych tego typu wód (moją działką są chruściki), będę chciał zrelacjonować wyniki badań nad chruścikami cieków Puszczy Białowieskiej. Polihumusowe one nie są ale humusowe to już na pewno.

Co wspólnego mają chochliki do Puszczy Białowieskiej? I jaki maja związek z chruścikami? Ano trochę mają, ale po kolei.

Badania terenowe w Puszczy Białowieskiej wykonaliśmy w 2010 r., na 11 stanowiskach umiejscowionych na ciekach wodnych. Stanowiska dobrano tak, by pokrywały się ze stanowiskami, na których prowadzono wcześniej badania fizyczno-chemiczne, florystyczne, fitosocjologiczne i mikrobiologiczne. Dodatkowo w badaniach uwzględniono zbiorniki okresowe i stawy. Wyniki trochę się w szufladzie odleżały, bo myślałem, że w ramach grantu uda się rozszerzyć badania i dopiero całościowe wyniki opublikuję. Grantu nie udało się zdobyć (na razie) Teraz jest okazja podwójna wyciągnąć wyniki z szuflady, przedstawić je na konferencji a potem napisać publikację. Jeśli nie ja to niech ktoś innych kontynuuje, bo Puszcza skrywa jeszcze wiele naukowych tajemnic, wartych poznania.

Ja badałem larwy, w ich naturalnym siedlisku. Wcześniej były publikowane wyniki odłowu imagines do światła (wiemy jakie gatunki występują w okolicy ale nie wiemy gdzie bytują larwy). To są zupełnie dwa różne obrazy trichopterofauny Puszczy Białowieskiej, inne ale komplementarne. W materiale zebranym w 2010 r. są gatunki nowe dla Białowieskiego Paku Narodowego (nie wykazywane do tej pory): Beaerodes minutus oraz Potamophylax rotundipennis. Te dwa gatunki można uznać za typowe i charakterystyczne dla małych rzek terenów śródleśnych i o dnie piaszczystym. Na terenie Puszczy Białowieskiej, poza granicami Parku, stwierdzono kolejne gatunki, po raz pierwszy odnotowane: Cyrnus crenaticornis, Hydropsyche siltalai oraz Ylodes simulans. Ocena ogólnego charakteru fauny chruścików Puszczy Białowieskiej wskazuje, że jest zdominowana pod względem jakościowym (liczby gatunków) przez element rzeczny, strumieniowy i w nieco mniejszym stopniu drobnozbionikowy. Udział elementów typowych dla wód stojących trwałych jest nieco mniejszy, mimo uwzględnienia stawów znajdujących się poza granicami parku. Pod względem ilościowym (liczebności) najliczniej reprezentowanych jest element drobnozbiornikowy i strumieniowy.

DSCN3458Biorąc pod uwagę strukturę dominacji oraz frekwencji, zauważyć można, że pod względem ilościowym przeważają gatunki drobnozbiornikowe (Limnephilus flavicornis, Trichostegia minor), typowe dla śródleśnych wód okresowych oraz gatunki typowe dla małych rzek śródleśnych (Limnephilus rhombicus), związane z rzekami krajobrazu otwartego (L. lunatus) oraz z rzekami z brzegami zadrzewionymi (Anabolia laevis). Pod względem pospolitości (frekwencja) wyróżniają się gatunki typowe dla śródleśnych drobnych zbiorników okresowych: Anabolia brevipennis, Glyphotaelius pellucidus, Limnephilus flavicornis, gatunki małych rzeczek śródleśnych (Limnephilus rhombicus, L. lunatus) a także gatunek typowy dla śródleśnych małych cieków o charakterze okresowym – Ironoquia dubia. Do tej pory gatunek ten uważałem za semisynantropa, zasiedlającego śródleśne rowy. Jego częste występowanie na terenie Białowieskie Parku Narodowego, wykazane także w latach 60. ubiegłego wieku (Mohhamand i In. 1986), wskazywać może, że okresowo wysychające cieki w Puszczy Białowieskiej są elementem typowym i naturalnym. Dane z Puszczy zmieniają obraz tego, co uważamy za pierwotne i naturalne. To ważne dla monitoringu rzek i prób renaturyzacji, bo mamy lepszy, prawdziwszy punkt odniesienia.

Zarówno wskaźniki różnorodności, indeksy biotyczne (BMWP, BMWP-PL – liczone dla całego makrobentosu) jak i wskaźniki naturalności wskazują na dobrą i bardzo dobrą jakość badanych cieków. Badane cieki wodne Puszczy Białowieskie cechują się stosunkowo wysoką, porównywalną z innym ciekami nizinnymi, wartością wskaźników różnorodności biologicznej i bardzo wysoką wartością współczynnika Pielou. Niższe klasy jakości wód (na niektórych stanowiskach) – przy równocześnie wysokich wskaźnikach różnorodności, wysokich wskaźnikach naturalności oraz obecności gatunków rzadkich takich jak chruściki Oligostomis reticulata, Beraeodes minutus - wynikać mogą z charakteru tych cieków: dużej ilości detrytusu i zabagnienia.

A teraz pora wyjaśnić co z tym chochlikiem. W ramach primaaprilisowego żartu, w 2006 opublikowałem krótki tekst, dowodzący, że chochlik to chruścik. Skoro pachnica dębowa miałaby stać się warmińskim symbolem Międzynarodowego Roku Różnorodności Biologicznej, to uznałem że warto będzie przygotować analogiczną opowieść o pachnicy i warmińskim Kłobuku. W sam raz do szukania w dziupli na noc świętojańską. Zbliża się pierwszy kwietnia, więc może pora przypomnieć ten żart (w innym miejscu, pisany na całkiem "poważnie").

Jak się okazuje chochlik jest istotą wielce zagadkową. Ostatnie jednak analizy i badania wskazują, że chochlik jest owadem z rzędu chruścików, gatunkiem zagrożonym wymarciem, który przez skolonizowanie siedlisk antropogenicznych, opanował nową niszę i dalej egzystuje. W środowisku naturalnym prawdopodobnie całkowicie już wyginął albo jest na skraju wyginięcia (pisząc te słowa 10 lat temu nie znałem jeszcze wynikmów badań w Puszczy Białowieskiej). Można sądzić, że obecne chochliki są już ewolucyjnie zmienione za sprawą przystosowania się do nowego środowiska. Najprawdopodobniej zmianie uległ także behawior chochlików. To taka mała dygresja do ewolucyjnych procesów synurbizacji i synatropizacji.

Mały słownik języka polskiego PWN (1989) tak objaśnia znaczenie słowa „chochlik”: „w baśniach ludowych: istota nadprzyrodzona duch złośliwy albo psotny; skrzat, latawiec, duszek” oraz „chochlik drukarski – omyłka, błąd w druku, często będący przyczyną zabawnych nieporozumień” Można wnioskować, że istota owa dawnej częściej i liczniej występowała w przyrodzie. Pierwotne środowisko życia jest trudne do ustalenia ze względu na skąpe piśmiennictwo z dawnych czasów. Możemy jedynie wnioskować pośrednio z zachowanych przekazów literacko-gawędziarskich. Obecnie istota owa występuje jedynie (lub głównie) w środowisku antropogenicznym, najczęściej w drukarniach i wydawnictwach. Przed całkowitym wyginięciem uratował się ów chochlik zmianą siedliska życia.

Więcej na temat chochlika znaleźć można w Wikipedii i dotyczy już formy całkowicie synantropijnej: (zobacz też Chochlik jest chruścikiem ).

Skąd przypuszczenie, że chochlik jest owadem? Owad to stworzenie złośliwe, naprzykrzające się, (porównaj: wadzić, zwada, wada, wadliwy). We współczesnym języku występuje jedynie chyba w języku czeskim właśnie jako „owad” - ktoś przykry, złośliwy. Dobrze to oddaje naturę chochlika. I jednoznacznie wskazuje, że chochlik to jakiś gatunek owada. Biorąc pod uwagę dane językowe można przypuszczać, że „owad” to słowo prasłowiańskie. W takim razie z owadami zetknęli się już Prasłowianie. Jeśli przyjąć, że etnos słowiański ukształtował się w środowisku leśnym lub na pograniczu lasu i stepu, to znalibyśmy pierwotne siedlisko chochlika. Najpewniej wraz z wędrówkami ludów około IV-V w n.e przedostał się ze wschodniej Europy (zlewnia Dniepru?) na zupełnie nowe tereny środkowoeuropejskie jak i zachodnioeuropejskie. W oderwaniu od środowiska pierwotnego skolonizował siedliska antropogeniczne. Słowianie byli ludem głównie rolniczym. Przekształcanie pierwotnej puszczy w krajobraz rolniczy sprzyjać musiało rozprzestrzenianiu się chochlików. Potem przenosząc się do siedzib ludzkich i wyewoluował w chochlika drukarskiego.

Dlaczego spośród owadów chochlika zaliczylibyśmy do rzędu Trichoptera? Chochlika drukarskiego tak na prawdę chyba nikt nie widział, chociaż na co dzień widzimy efekty jego działalności, wizualne ślady jego behawioru. Wskazuje to na jego kryptyczny behawior. Samego chochlika jeszcze chyba nikt nie widział, ale skutki jego owszem.

U chruścików właśnie behawior budowlany budzi niegasnącą ciekawość i zainteresowanie badaczy. A o tym behawiorze wnioskujemy głównie z wytworów: domków, sieci, a więc efektów pracy. Na dodatek należy wiązać chochlika z papierem, a więc pierwotnie z drewnem (cieki puszczańskie obfitują w butwiejące drewno). Jedynie wilgotne, butwiejące drewno jest strawialne przez owady (obecność grzybów i bakterii). Wskazuje to na środowisko wodne jako pierwotne dla chochlików. Dodatkowo musiały to być zbiorniki śródleśne, choć nie wiemy czy raczej wody stojące (lenityczne) czy płynące (lotyczne). Ustalenie tego szczegółu wymaga dodatkowych i wnikliwych badań. Spośród owadów wodnych odżywiających się detrytusem oraz o krytycznym behawiorze najbardziej chochlikowate są właśnie chruściki. Larwy wielu gatunków budują domki, które upodabniają owada do podłoża, utrudniając zobaczenie przez drapieżnika. Na dodatek imagines są aktywne głównie w nocy oraz o zmierzchu i świcie. Biorąc pod uwagę powyższe cechy chruścików i chochlików widzimy uderzającą zbieżność. Te podobieństwa nie są przypadkowe.

Pozostaje nam jedynie zidentyfikować konkretny gatunek chruścika, który jest chochlikiem. Nie wszystkie gatunki chruścików występujących w naszym kraju mają polskie nazwy. Chochlika zatem trzeba chyba szukać pośród tych gatunków. Dodatkowym kryterium powinno być rzadkość występowania oraz synantropijny charakter.

Po wstępnych analizach 10 lat temu uznałem, że chochlikiem jest Ironoquia dubia. Jest to gatunek, który może być uznany za synantropijny (a raczej semisynantropijny). Jest związany z wysychającymi rowami melioracyjnymi. Sam rodzaj pochodzi chyba z Syberii (Beringia) – rodzaj Ironoquia występuje także w Ameryce Północnej. Prawdopodobnie stosunkowo niedawno przywędrował do Europy Środkowej i chyba jest związany z krajobrazem rolniczym (rolnictwo ekstensywne). Jego pojawienie się można wiązać z okresem wędrówek ludów indoeuropejskich, lub później z wędrówkami Słowian. Ale liczne występowanie w ciekach Puszczy Białowieskiej wskazuje skąd pochodzi ten gatunek. Siedlisk takich już praktycznie nie ma, więc nic dziwnego że gatunek kolonizuje siedliska zastępcze.

Ironoquia dubia od 2006 roku ma polską nazwę: chochlik psotny. ewolucyjną i ekologiczną chochlików.

 

Wcześniej opublikowane: Stanisław Czachorowski, Trichopteron 19, 2006. oraz Czy chochlik jest chruścikiem?

 

Czy Profesor Bartoszewski był profesorem

sczachor

bartoszewskiPoczta Polska wydała znaczek z Władysławem Bartoszewskim. Wielce sympatyczne. Ale już środowiska prawackie „prawdziwych Polaków” (boż chyba nie prawicowe?) rozpoczęły internetowy hejt, zarzucając, że nie był profesorem. Jest więc okazja, by wyjaśnić co znaczy słowo profesor.

Słowa są jak gatunki w ekosystemie, z upływem czasu zmieniają swoje znaczenie. Taka "sukcesja ekologiczna" w języku. Zaskakujące jest to, że swego czasu magister był bardziej nobilitujący niż profesor.

Ale zacznę od lat pacholęcych i filatelistyki. Zbieranie znaczków pocztowych w czasach mojego dzieciństwa było bardzo popularne. Co tam jeszcze zbieraliśmy? Opakowania po czekoladach, pudełka po papierosach, mosy (guziki wojskowe), niektórzy etykiety zapałczane czy etykiety po alkoholach (wtedy butelki się myło i oddawało do skupu). Ale filatelistyka była najpopularniejsza. Mam więc duży sentyment do znaczków pocztowych (i starą kolekcję, do której dawno nie zaglądałem). Kilkanaście lat temu Poczta Polska wydała pierwszy na świecie znaczek z chruścikiem. Kupiłem dużo, i systematycznie naklejałem na listy, zwłaszcza te wysyłane za granicę do innych trichopterologów. Teraz też kupię sobie sporo „Bartoszewskich”, bo na znaczku widnienie zacne motto: „Warto być przyzwoitym”.

No a co z tym profesorem? Otóż słowo pochodzi z języka łacińskiego i oznacza nauczyciela. Jak podaje „Słownik wyrazów obcych”, (PIW, Warszawa) z 1958 roku profesor to „2. Tytuł używany w stosunku do nauczycieli i wykładowców, zwłaszcza szkół średnich”. Dlatego w szkołach jeszcze do niedawna mówiło się na nauczycieli „profesor”. W moich czasach tak było w liceum. Mówiliśmy między sobą także w formie uproszczonej, psor, sor (psorze). W tamtych czasach magister to był ktoś, czasem był jeden lub dwóch w miasteczku (np. aptekarz). Teraz już prawdopodobnie w szkołach średnich nie używa się określenia profesor, funkcjonuje chyba tak jak w szkołach podstawowych – pan, pani (jeśli się mylę, to mnie poprawcie i sprostujcie). No cóż, czasy się zmieniają. Ale w XX wieku nauczyciel w liceum był profesorem, czy to magister czy nauczyciel po studium nauczycielskim.

W miarę wzrostu znaczenia uczelni wyższych i krystalizowania się nomenklatury (terminologii) słowo profesor zaczęło oznaczać głównie nauczyciela akademickiego o pełnych prawach akademickim. A więc profesor to tytuł samodzielnego pracownika akademickiego, przyznawany po docenturze (teraz docenta już nie ma), i po habilitacji. W różnych okresach, tuż po wojnie, profesorami zostawali doktorzy. Można było więc być magistrem profesorem czy częściej doktorem profesorem (w zapisie prof. dr Jan Kowalski). Bo w nauce precyzyjność zapisu jest ważna.

Szkół wyższych przybyło, kadry ze stopniami i tytułami także. Tytuły i stopnie naukowe ujęte zostały precyzyjnie w ustawie. A więc jest tytuł naukowy profesora (po habilitacji), przyznawany przez prezydenta, na wniosek odpowiedniej rady naukowej, zwany pospolicie profesorem belwederskim lub zwyczajnym. Ale jest i stanowisko profesora czyli profesor nadzwyczajny (niższy w hierarchii niż zwyczajny – co niektórych może dziwić, bo nadzwyczajność wydaje się rzadsza i bardziej ekskluzywna). Pospolicie taki profesor nazywany jest uczelnianym (bo to stanowisko na konkretnej uczelni), złośliwie zwany podwórkowy lub zadnim (bo prof. pojawia się za nazwiskiem a nie przed). Tytuł naukowy od stanowiska wyraźnie odróżnia się sposobem zapisu: prof. dr hab. Jan Kowalski (tytuł naukowy) to co innego niż dr. hab. Jan Iksiński, prof. UWM (stanowisko, profesor nadzwyczajny, uczelniany). A tym bardziej prof. mgr Antoni Ygrekowski.

Zatem współcześnie słowo profesor ma kilka znaczeń (za Wikisłownikiem): 1.1) tytuł naukowy nadawany samodzielnym pracownikom naukowym; także osoba której nadano tak tytuł (1.2) nazwa stanowiska pracy na uczelniach wyższych i w instytucjach naukowych; także osoba pracująca na takim stanowisku (1.3) potocznie nauczyciel szkoły średniej, zwłaszcza liceum ogólnokształcącego (1.4) tytuł honorowy zasłużonych nauczycieli szkolnictwa podstawowego, gimnazjalnego oraz ponadgimnazjalnego; (profesor oświaty).

Profesor oznaczać może więc: tytuł naukowy, stanowisko naukowe, tytuł zwyczajowy, tytuł honorowy w oświacie. Czy zatem można poprawnie mówić o Profesorze Władysławie Bartoszewski per pan profesor? Można, mimo różnych perturbacji. Przede wszystkim liczy się wiedza. Ona zawsze jest najważniejsza. I szacunek środowiska akademickiego. Na ten ostatni trzeba sobie mocno zapracować.

Władysław Bartoszewski, po maturze studiował polonistykę na tajnym Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego (1941-1944). „W grudniu 1948 został przyjęty na trzeci rok polonistyki na Wydziale Humanistycznym UW. Studia zostały przerwane aresztowaniem w grudniu 1949 i pięcioletnim pobytem w więzieniu. W listopadzie 1958 został przyjęty na studia polonistyczne na Wydziale Filologicznym UW w trybie eksternistycznym. Złożył na ręce profesora Juliana Krzyżanowskiego pracę magisterską, jednak decyzją rektora UW Stanisława Turskiego został w październiku 1962 skreślony z listy studentów” (za Wikipedią). Czasy były trudne i za swą patriotyczną działalność cierpiał różne prześladowania. Napisał pracę magisterską, ale w wyniku politycznych represji został skreślony z listy studentów. Można więc zarzucać, że nawet nie jest magistrem…

Ale podobnie można powiedzieć o naszym najwybitniejszym matematyku, Stefanie Banachu. Jest najczęściej cytowanym matematykiem, zaraz po Euklidesie. Bez magistra przed wojną obronił doktorat. A i to w wyniku starań i „podstępu” przyjaciół z Lwowskiej uczelni. Banach nawet nie był świadomy, że jest na swojej obronie – myślał, że tłumaczy zagadnienia matematyczne przybyłym z Warszawy panom. Niesamowity talent naukowy i wielka sława matematyczna. Możemy być dumni ze szkoły lwowskiej i Stefana Banacha.

Wróćmy jednak do Władysława Bartoszewskiego, którego wiedzę uznały środowiska akademickie (nie zważając na braki stopni, wynikłe z politycznych prześladowań). „W latach 1973–1982 i 1984–1985 prowadził, jako starszy wykładowca, wykłady historii najnowszej (ze szczególnym uwzględnieniem wojny i okupacji) w Katedrze Historii Nowożytnej Polski na Wydziale Nauk Humanistycznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego [za Wikipedią]. W latach 1983–1984 i 1986–1988 był profesorem wizytującym [a więc zatrudnionym na stanowisku profesora – S.Cz.] w Instytucie Nauk Politycznych Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Ludwiga-Maksymiliana w Monachium (na tej uczelni także w Instytucie Nauki o Mediach w latach 1989–1990). Między 1984 a 1986 gościnnie wykładał na Katolickim Uniwersytecie Eichstätt-Ingolstadt. W 1993 był recenzentem pracy doktorskiej Jana Tkaczyńskiego na tej uczelni [recenzje prac doktorskich powierza się pracownikom samodzielnym: doktorom habilitowanym i profesorom – S.Cz.]. W roku akademickim 1985–1986 wykładał na Wydziale Historii i Nauk Społecznych Katolickiego Uniwersytetu Eichstätt w RFN. Od 1988 do 1989 wykładał w Katedrze Nauk Politycznych na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu w Augsburgu.”

Jednoznacznie wynika, że pan Władysław Bartoszewski był profesorem. Tytuł naukowy profesora (profesor belwederski) jest przyznawany dożywotnio. Stanowisko profesora jest czasowe, w trakcie zatrudnienia. Zatem profesorem nadzwyczajnym (uczelnianym) jest się tylko w momencie zatrudnienia na tym stanowisku. Po odejściu (np. na emeryturę) lub do innej pracy określenia „profesor” się już nie używa. Ale – tak jak w odniesieniu do byłych premierów, prezydentów i innych tytułów - używa się grzecznościowo. W przypadku Profesora Bartoszewskiego to wyraz szacunku i uznania dla wiedzy i postawy życiowej. Dorobek naukowy i pisarski ma ogromny i wartościowy.

Jak wykazałam, w pełni poprawnie jest nazywanie Profesora Bartoszewskiego profesorem.

Kiedy niedawno pewna prawacka gadzinówka (bo do słowa prawicowy mam sentyment i szacunek), różnymi inwektywami próbowała mnie dyskredytować, pojawił się anonimowy (a jakże, bo anonimowy hejt jest znakiem firmowym środowisk prawackich) wpis, odmawiający prawa używania określenia „profesor” w stosunku do mojej osoby. Ogromnie zabawnie wyglądały wyjaśnienia „Redakcji” (też anonimowej).

„Jednego nie rozumiem – dlaczego tytułujecie tego pana „Profesorem” (wzgl. dlaczego on sam to robi). Ten pan nie ma takiego stopnia naukowego. To żaden profesor tylko zwykły doktor habilitowany, co najwyżej zatrudniony na stanowisku profesora uczelnianego. Odkąd uczelnie wymyśliły sobie etaty o nazwie „profesor uczelniany” nikt już nie odróżnia ich od prawdziwych profesorów.” A tu wyjaśnienie „redakcji”: „Na swoim blogu "Profesorskie gadanie" pan Czachorowski przedstawia się tak: "Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii." Zarówno tytuł bloga, jak i ten wpis wskazują, że pan Czachorowski określa się mianem "profesor" i tego oczekuje od innych. Natomiast to, co wypisuje na swojej stronie fb, a co przytoczyliśmy tylko we fragmencie, dyskwalifikuje go jako inteligenta i autorytet moralny, bez względu na to, jaki jest jego faktyczny tytuł naukowy. Redakcja”

Czyż nie jest to zabawne? Ignorancja, która z napuszeniem rozprawia o profesorach. Mylone są pojęcia takie jak tytuł, stanowisko itd. Gwoli ścisłości to – jak sama zaznaczyła w swej nieświadomości Redakcja – nie przedstawiam się jako profesor w sensie tytułu naukowego. Ale to już chyba zazwyczaj tak bywa, że hejt idzie w parze z ignorancją.

Chruściki, webinarium i praca domowa

sczachor

 Szklarska_Porba_wodospad_Kamieczyka_2Nie ma lekko, człowiek siwiejący a uczyć się trzeba. I wcale nie mam na myśli tylko faktu, iż jadę na warsztaty bentologiczne uczyć się oznaczać muchówek (Diptera), żyjących w polskich wodach. W tam zwanym międzyczasie doszkalam się w trybie wieczorowym w zakresie korzystania z wolnych zasobów w dydaktyce akademickiej. Z tej okazji po raz pierwszy w życiu wziąłem udział w webinarium o Otwartych Zasobach Edukacyjnych. Dzisiaj to już czwarty raz w ramach cyklu, na który się z własnej woli zapisałem.

Jutro cały dzień w podróżny, potem bez komputera gdzieś w górach, a tu zadali pracę domową i do niedzieli zrobić trzeba. Śpieszę się, bo nie wiem czy na tablecie by się udało. Spróbuję, ale strzeżonego ... wiadomo. 

W Karkonosze jadę by w krótkim doniesieniu opowiedzieć o chruścikach (Trichoptera) Sudetów, stanie poznania, typologii cieków i zgrupowań ze szczególnym uwzględnieniem Kotliny Kłodzkiej. Będzie to wspólny referat, mój i pana Marcina Przesmyckiego (Pracownia Laboratorium z siedzibą w Wałbrzychu, WIOŚ we Wrocławiu).

W kraju zabieramy się za monitoring wód i wykorzystanie do tego celu makrobentosu, ale ciągle potykamy się o braki w badaniach podstawowych. Bez nich się nie da, i jednym z celów referatu będzie nawoływanie do powrotu do badań podstawowych, do owej „pogardzanej” faunistyki (oby nie był to głos wołającego w puszczy).

Chyba nie obędzie się bez dużej bazy danych i współpracy on-line wielu osób (mam nadzieję że uda się w ramach projektu Spin-Lab). A na konferencji, w kontaktach bezpośrednich do takiej współpracy namawiać można. Może się uda. Przecież nie wszyscy do reszty zachorowali na punktozę. Mam przynajmniej taką nadzieję.

W referacie opowiem (i pokażę) o stanie poznania chruścików Sudetów, z uwzględnieniem danych opublikowanych oraz materiałów niepublikowanych, zebranych w ramach Państwowego Monitoringu Środowiska wód płynących w latach 2007-2011. Poszczególnym typom abiotycznym cieków przyporządkowano zgrupowania chruścików (to co się udało z materiału zebranego w 2008 r. w Kotl;inie Kłodzkiej). 

W zlewni Nysy Kłodzkiej w 2008 r. najliczniej reprezentowane były: Hydropsyche siltalai i Psychomyia pusilla. Do dominantów zaliczono: Rhyacophila nubila, Sericostoma sp., Hydropsyche instabilis, do subdominantów: Hydropsyche incognita, Hydroptila sp., Hydropscyhe pelucidula, Athripsodes albifrons, Chaetopteryx villosa. Najwyższą frekwencją na stanowiskach odznaczyły się: Psychomyia pusilla Hydroptila sp., Hydropsyche incognita i Polycentropus flavomaculatus. W ciekach zlewni Bystrzycy struktura dominacji i frekwencji były trochę inne, ale eudominantami były te same gatunki: Hydropsyche siltalai i Psychomyia pusila. Do dominantów zaliczono: Polycentropus flavomaculatus, Anabolia sp., Rhyacophila nubila, do subdominantów: Athripsodes bilineatus, Goera pilosa, Halesus digitatus. Największą frekwencją na stanowiskach odznaczyły się: Polycentropus flavomaculatus, Rhyacophila nubila, Hydropsyche siltalai. O czym śiadczą te róznice? Opowien w trakcie wystąpienie. I o tym, co jeszcze trzeba zrobić by z tych danych wydobyć referencyjne zgrupowania chruścików.

19 gatunków występowało w badanych ciekach obu zlewni. Tylko w zlewni Bystrzycy w próbach z 2008 r. stwierdzono: Cyrnus trimaculatus, Hydropsyche bulbifera, H. fulvipes i Potamophylax cingulatus. Tylko w zlewni Nysy Kłodzkiej występowały: Agapetus ochripes, Athripsodes albifrons, Brachycentrus subnubilus, B. maculatus, Drusus brunneus, Halesus radiatus, H. tesselatus, Lasiocephala basalis, Lepidostoma hirtum, Rhyacophila tristis, Silo graelsi, S. nigricornis, S. piceus, Stenophylax permistus. Różnice między ciekami obu zlewni w największym stopniu wynikały z różnić w uwzględnionych typach abiotycznych. Najwięcej stanowisk zaliczono do typu 4 i 8, pojedyncze stanowiska do typu 5, 6, 10, 16 i 18. Typu abiotyczne typami, a jakie znaczenie ma siedliskowa heterogenność w ciekach? Bardziej widoczna na moim pojezierzu, ale i w górskich ciekach też jest widoczna.

Analizowano skład gatunkowy oraz podobieństwa faunistyczne między różnymi typami abiotycznymi badanych cieków. Analizowano także podobieństwa faunistyczne między stanowiskami. Stwierdzono, iż grupowanie stanowisk na podstawie podobieństwa faunistycznego nie pokrywa się w pełni z typami abiotycznymi rzek. Wskazuje to, że na rozmieszczenie chruścików w ciekach Kotliny Kłodzkiej wpływają także inne czynniki siedliskowe. Największa liczba gatunków preferuje typ abiotyczny rzek numer 4 (potoki wyżynne krzemianowe z substratem gruboziarnistym) i 8 (małe rzeki wyżynne krzemianowe) - są to: Anabolia sp. (laevis/furcata), Hydropsyche incognita, Hydropsyche instabilis, Hydropsyche pellucidula, Hydropsyche siltalai, Hydroptila sp., Polycentropus flavomaculatus, Psychomyia pusilla, Rhyacophila nubila, Sericostoma sp. Są to głównie gatunki dominujące. Najmniejsza liczba gatunków, bo tylko dwa (Anabolia sp., Hydropsyche angustipennis) została rozpoznana w rzekach o typie abiotycznym nr 18 (potok nizinny żwirowy). Ale to wszystko to początek drogi, pierwsza przymiarka. Wszystkich danych jest dużó więcej – ponad 60 tys. lar chruścików z całej Polski, z wielu typów wód. Bez spółpracy się nie da.

U góry zmodyfikowana fotografia wodospadu Kamieńczyka. Autor: Platanacero,  tytuł zdjęcia: "Szklarska Poręba, wodospad Kamieńczyka", źródło: Wikimedia Commons, licencja GFDL ver. 1.2 or CC-by-sa ver. 2.5, 2.0, and 1.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0-3.0-2.5-2.0-1.0), https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/4/4a/Szklarska_Por%C4%99ba%2C_wodospad_Kamie%C5%84czyka_1.jpg

Tekst i grafika niniejszego wpisu na licencji CC-BY-SA

 

ps. A gdzie praca domowa? Właściwy nauczyciel wie :).

Jak rozpoznać dorosłego chruścika?

sczachor

chruscikobjasnieniaDzisiaj jest Dzień chruścika (11 grudnia). Będzie więc o chruściku (Trichoptera).

Kiedy zaczęto naukowo opisywać gatunki, w tym i chruściki, rozpoczęło się tworzenie kolekcji. W dawnych czasach zasuszony czy inaczej zakonserwowany okaz był głównym sposobem gromadzenia wiedzy porównawczej. Okazy typowe, które posłużyły do opisania gatunki i nadawania mu naukowej nazwy, były szczególnie staranie chronione. Niczym wzorzec metra z Sevres. Bo to był główny punkt odniesienia i porównywania. Jeździło się więc od muzeum do muzeum, od specjalisty do specjalisty i porównywało, oznaczało okazy.

Naukowcy zbierali także publikacje z rysunkami i opisami gatunków. Co jakiś czas ktoś kusił się o stworzenie klucza do oznaczania lub atlasu (z rysunkami i cechami diagnostycznymi). Znacznie to ułatwiło rozpoznawanie gatunków. Jednakże w kluczach i atlasach zawarte były tylko nieliczne cechy gatunku. Te, na które akurat zwrócili uwagę naukowcy. A ponieważ dawniej opierano się na kolekcjach, to najczęściej podstawą diagnostyczną były aparaty kopulacyjne. Dla ich zachowania potrzebne były zbiory mokre – u zasuszonych owadów te cechy byłyby niewidoczne. Ze względu na szarobure ubarwienie skrzydeł chruścików, głównie to aparaty kopulacyjne stanowiły podstawę identyfikacji. Sporadycznie pojawiały się klucze, bazujące na skrzydłach chruścików (kształt i rysunek).

Przez lata naoglądałem się aparatów kopulacyjnych. Dziesiątki tysięcy osobników (nie licząc larw i ich cech). Przy okazji oglądałem całe osobniki… ale jakoś w pamięci inne cechy słabo zapadły (bo nie zwracałem na nie uwagi). I teraz mam problem. Pojawia się zupełnie nowa potrzeba. Wraz z upowszechnieniem się fotografii cyfrowej do internetu trafia dużo zdjęć chruścików. Możliwa jest więc nauka oparta na wolontariacie i hobby a główną metodą przyżyciowe obserwacje i fotografie. Ale do tego potrzebne jest porawne rozpoznanie gatunku.

Gdyby udawało się je oznaczać, byłoby więcej informacji o rozmieszczeniu chruścików. Ot na przykład zamieszczone zdjęcie Mateusza Sowińskiego. Jaki to gatunek? Cechą główną jest budowa aparatu kopulacyjnego, ale na zdjęciu przyżyciowym po prostu nie widać (czerwone kółko o czerwona strzałka). Cechami pomocniczymi, aby pośród ponad tysiąca gatunków europejskich szybciej znaleźć właściwy, są kolce na odnóżach (czarne kółka, niebieska strzałka). Na tym zdjęciu tylko częściowo widoczne. Mogą trochę pomóc ale nie widać wszystkich, więc trudno odczytać wzór. Ponadto obecność przyoczek (czerwone kółko, niebieska strzałka) – tu niestety w ogóle cecha niewidoczna. I liczba członków w głaszczkach szczękowych. Też słabo widoczna cecha.

Trochę jednak w pamięci zostaje z tych tysięcy przejrzanych okazów. Na przykład kolor tego chruścika – nie wszystkie są czarne. Pomyślałem więc, że może to Mystacides. Ale chyba za krótkie czułki i nieco iny kształt. Może Lasiocephala basalis? Ale inaczej zbudowana nasada czułków. Może Notidobia ciliaris? Trochę kształt skrzydeł nie taki. Może jakiś Athripsodes? Z czym porównywać? Ze zdjęciami w internecie? Ale tam nie wszystkie są wiarygodne i dobrze (poprawnie) podpisane. Wypadałoby zaglądnąć do swojej kolekcji – tyle, że ja przechowuję na mokro, więc skrzydła inaczej wyglądają (zwłaszcza kolorystycznie) a włoski często są pozlepiane.

Pozostaje cierpliwe gromadzenie informacji z pewnie oznaczonych zdjęć (chodzić w teren, fotografować i odławiać, by oznaczyć tradycyjną metodą). Jeśli jest potrzeba, to gromadzenie informacji przyniesie kiedyś rezultaty. Dla fotoamatorów i jednocześnie miłośników przyrody po prostu trzeba stworzyć zupełnie nowy klucz i atlas, oparty o zupełnie inne cechy diagnostyczne (widoczne na zdjęciach przyżyciowo wykonanych). Od jakiegoś czasu zwracam uwagę na te cechy i są rezultaty. Do niedawna wydawało mi się, że dwa gatunki są na zdjęciach nierozpoznawalne: Hagenella clathrata i Oligostomis reticulata mają charakterystyczne ubarwienie skrzydeł, wydaje się identyczne. Ale teraz dostrzegłem różnice w kolorze odnóży – da się więc je rozróżnić na zdjęciach. Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka. Takie przedsięwzięcie uda się jedynie w żmudnej pracy zespołowej. A taka jest przecież w swej istocie nauka.

Na razie nie wiem co to za gatunek na zamieszczonym zdjęciu.

Czy chruścik może ugryźć?

sczachor

oligostomis1Są pytania, które wprawiają w zdumienie. Bo są nietypowe i niestandardowe. Zazwyczaj dzieci zadają takie trudne (czasami nazywamy takie pytania „głupimi”), ale i dorosłym zdarza się zapędzić specjalistę w kozi róg. Są to pytania, których specjaliści sami sobie nie zadają. Dlaczego? Bo wynikają z zupełnie nieschematycznego punktu widzenia.

Wydawało mi się, że o chruścikach wiem dużo. Ale wczoraj dostałem list elektroniczny z bardzo zaskakującym pytaniem:

"Panie Profesorze, szukam w internecie informacji na temat dorosłej postaci chruścików. (…) Do poszukiwania informacji na temat tych owadów zmusiła mnie przykra przygoda jaka spotkała moją mamę podczas tegorocznych wakacji (…) Otóż mamę ukąsił jakiś owad. Wpadł do nogawki spodni i pewnie ze strachu zaatakował. Mama poczuła ukąszenie i odruchowo pacnęła owada przez spodnie. Wypadł ale odfrunął, bo jak mówi, był bardzo twardy. To było w sierpniu a do dzisiaj mama leczy miejsce po ukąszeniu, ponieważ powstał tam najpierw ropień a teraz martwica i czekamy na wyniki antybiogramu, bo dwa dotychczasowe antybiotyki nie działają. (…)Z opisu wynika, że ten owad miał około centymetra długości, był bursztynowej barwy i składał skrzydełka nie jak motyl, na płasko tylko wzdłuż ciała na plecach. (…) Oglądałyśmy różne zdjęcia owadów i wydaje nam się, że to dorosły chruścik. Mama spędzała wakacje nad samą rzeką więc może faktycznie. (…) I wreszcie dotarłam do właściwego pytania: czy dorosłe chruściki kąsają? W internecie nie znalazłam odpowiedzi ale ufam, że Pan ją zna, serdecznie pozdrawiam, A. C.”

Mnie osobiście nigdy dorosły chruścik nie ugryzł. Teoretycznie nie jest to możliwe. Chruściki (dorosłe, stadium imago) mają zredukowany aparat gryzący, przystosowany do zlizywania soków roślinnych. Nie miałby więc czym i jak ugryźć. Podobno dorosłe chruściki zlizują sok roślinny, z owoców i innych części. Kłopot w tym, że obserwacji o odżywianiu się dorosłych chruścików jest niewiele. Niemniej budowa wskazuje, że imago nie mogłoby ugryźć, tym bardziej boleśnie. Chruściki nie mają też żądła, a więc i użądlić by nie mogły. Nawet, gdyby chciały i w obronie własnej. Najwyraźniej nie był to chruścik. Być może jakaś błonkówka. A może jakaś krwiopijna muchówka z rodziny Tabanidae?

To nie pierwsze pytanie z prośbą o identyfikację. Niezwykle trudne, bo brakuje samego okazu. Nie ma nawet zdjęcia. Jest tylko opis nie-entomologa. Ugryźć by mogły larwy – ale te żyją w wodzie i skrzydeł nie mają. Zdarzało mi się, że wzięte w rękę larwy drapieżnych Polycentropodidae czy Rhyacophilidae, a nawet Hydropsychidae, próbowały swoimi żuwaczkami ugryźć w palec. Ale ja jestem za gruboskórny dla takich małych owadów. Mimo, że żuwaczki chitynowe, to przeznaczone dla dużo mniejszych stworzeń. Ludzka skóra jest zbyt gruba. Ale sam widok próbującego ugryźć owada może wystraszyć. A strach ma wielkie oczy.

Wracając do listu i zapytania. Coś niewątpliwie ugryzło lub użądliło. I najwyraźniej zainfekowało ranę. Na pytanie w liście odpowiedziałem, teraz jeszcze raz udzielam obszerniejszej odpowiedzi. Ale po głowie kołaczą się myśli o odżywianiu się dorosłych chruścików. Jak je podejrzeć by sprawdzić czym, kiedy i jak się odżywiają? Do jakich owoców przylatują? A może preferują inne soki roślinne?

Na zdjęciu u góry chruścik Oligostomis reticulata z Białowieskiego Parku Narodowego. Czy tak poczciwie i sympatycznie wyglądający owad mógłby ugryźć?

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci