Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : e-learning

Juror to ma klawe życie

sczachor

pressO tym, że są jakieś kanały popularnonaukowe na YouTube, to coś wiedziałem. Ale raczej niewiele. Z niektórych czasem korzystałem (oglądałem). Ale dopiero, gdy pismo Press zaprosiło mnie do oceny kanałów popularnonaukowych na YouTube, to zobaczyłem całe bogactwo. Jedne lepsze, inne gorsze ale sporo bardzo dobrych. Oglądałem z przyjemnością.

Bycie jurorem ma tę zaleta, że się odkrywa świat nieznany. Niejako z konieczności. Bo jest praca domowa i trzeba odrobić. I tym sposobem dociera się do "nieznanych lądów". Nie lubię oceniać, bo zdaję sobie sprawę  z subiektywizmu. 

Kilka kanałów w moim odczuciu ma duże walory edukacyjne. I teraz się zastanawiam jak te kanały spopularyzować i wykorzystać edukacyjnie. To znaczy jako swoistą "lekturę uzupełniającą". Zwłaszcza te, które pokazują proste eksperymenty i sposoby aktywnego poznawania tajemnic świata.

 

Wspomniane kanały popularnonaukowe są elementem współczesnego środowiska edukacyjnego.  Także i z tego powodu warto je poznać i nauczyć się z nich korzystać. I zachęcać innych do tworzenia kolejnych. 

 

 

Mobilna interaktywność na wykładach

sczachor

W epoce powszechnie dostępnego internetu i licznych urządzeń mobilnych oraz sytuacji dużych zasobów informacji, dostępnych szybko i łatwo w internecie, tradycyjne wykłady akademickie tracą sens. W zasadzie tylko część - bo już nie ma sensu proste przekazywanie informacji i wiadomości. Owszem, główną wartością będzie pokazywanie logicznego myślenia, uczenie interpretacji i selekcji informacji, wartościowania, motywowanie i pokazywanie sensu. Nic nie zastąpi spotkania z człowiekiem pełnym pasji i z dużym doświadczeniem. Nawet najlepsze technologie cyfrowe.

A co z prezentacją multimedialną? Na sali jest już pokolenie cyfrowo myślące i wielozadaniowe, mogą i lubią robić wiele rzeczy na raz. Szum na sali nie oznacza, że są niegrzeczni i nie uwazają. Gdy widzę laptopy i tablety na sali wykładowej, to zastanawiam się czy oni notują? I jak? Robią zdjęcia, zapisują? I jak ułatwić notowanie studentom?

Długo myślałem jak połączyć internet z prezentacją multimedialną, aby to co potrzebują, dodatkowego objaśnienia, szybko i sprawnie mogli poszukać w internecie. Pojedyncze słowa, trudne terminy mogą sobie samodzielnie googlować. Ale jak doprowadzić do dialogu? I chyba coś wreszcie wymyśliłem. Podawanie adresu url jest mało funkcjonalne, dużo literek i znaków, łatwo o pomyłkę. Ale może rozwiązaniem jest QR Code?

Spróbuję tak to przygotować i sprawdzę czy działa. Na razie nie wiem, czy smartfonem można odczytać kod z ekranu. Ale od czego jest eksperymentowanie? Na dodatek wspólnie ze studentami. Może i oni coś mądrego i znacznie efektywniejszego podpowiedzą. Oni są cyfrowymi tubylcami, ja tylko cyfrowym imigrantem.

Atrapa zwana USOSem czyli o kształceniu informatycznym na uniwersytecie

sczachor

Dlaczego czasem udogodnienia informatycznie nie ułatwiają pracy? Wszystko bierze się chyba z braku zaufania do ludzi, nie do maszyn ale właśnie do ludzi. Wykorzystywanie urządzeń niezgodnie z przeznaczeniem może prowadzić do błędnych wniosków. Jeśli kupić sobie samochód i jeździć po mieście na pierwszym biegu, to przecież nie jest szybciej niż poruszanie się pieszo a dodatkowo jest dużo droższe. Czy samochody są beznadziejnymi urządzaniami czy tylko w tym przypadku niewłaściwie używanymi?

USOS to taki system informatyczny, który miał ułatwić i usprawnić pracę oraz prowadzenie dokumentacji, związanej z tokiem studiów. I na niektórych uczelniach tak właśnie jest (nawet polskich!). Na mojej uczelni nie. Już trzeci tydzień zajęć nowego semestru, loguję się w USOSie a tam… nie ma planu zajęć. Plan mam ale w wersji excellowsko-papierowej, doraźnie zmieniany i ręcznie układany. Przypomina mi się widok z końca XX w. na Białorusi, gdzie w sklepie obok kasy elektronicznej leżały liczydła i sprzedawczyni nimi się posługiwała (kasą też, więc było dłużej i uciążliwiej).

Dlaczego w moim USOSie planu zajęć nie ma? Bo po prostu nie ma w systemie stałych zajęć i nie ma wyboru zajęć dla studentów, tak jak to jest na niektórych innych uczelniach (nie włączono takiej opcji). Wybór zajęć jest biurokratyczną fikcją, studenci nie wykorzystują USOSa do zapisywania się na zajęcia itd. "Moje sprawdzany"? Nie ma, bo nie ma zajęć i grup przypisanych. Pojawią się za jakiś czas. Pani z dziekanatu ręcznie wpisze (a przecież studenci sami by wpisując się na zajęcia plan zajęć i grup ustalili). „Edycja przedmiotów” – nie masz uprawnień. Przedmioty edytuję w innym programie Sylabus. Ponoć mają być zintegrowane. Działają tylko protokoły zaliczeń. Ale widzę tylko te stare. Nowe, na ten semestr, pojawią się zapewne gdzieś w połowie semestru. Albo i później.

Wstawianie ocen studentom, aby zachować dane osobowe i umożliwić śledzenie postępów (przecież nie będę wywieszał na kartce na drzwiach!)? Nie ma takiej opcji. To znaczy w programie jest, ale jeśli dane nie są wprowadzane (tylko ręcznie, pod kontrolą) to i system nie działa. Ani studenci nie mają pożytku z takiego USOSa ani pracownicy. Podwójne księgowanie…

Elektroniczny indeks? Że niby tylko tu wpisuję a papierowy zniknie? To tak jak kupić sobie samochód i jeździć na pierwszym biegu. Niewiele pożytku a męka wielka. Jest adres mailowy i godziny konsultacji. USOS mógłby już działać od kilku lat, tak jak na niektórych innych uczelniach. Jeśli nie działa, to szukamy innych rozwiązań.

Widoczna jest ucieczka do innych, pozauczelnianych systemów, Ututi.com, academio.pl czy ostatnio Facebook. Tam znajduję szybki kontakt ze studentami, informacje, pliki z notatkami z wykładów, przydatne linki. Czyli wszystko to, co mogło by być w USOSie (i tam, gdzie w pełni wykorzystany, to pewnie tak jest), ale nie ma. Jednym słowem atrapa cyfryzacji i nowoczesności. Bo to nie tylko o sprzęt i program chodzi ale o mentalność i zmiany …. w myśleniu władz różnego szczebla i samych naukowców.

Dlaczego nie działa? Bo nie ma zgody na rzeczywistą wybieralność zajęć. A bierze się to z braku zaufania do studentów, że potrafią sami pokierować swoją edukacją w ramach zakreślonego programu i uczelnianej oferty. Bo studenta traktuje się nie jako podmiot ale jako przedmiot do zdobywania pieniędzy z ministerstwa. Bo w końcu jest to strach przed uwolnieniem systemu – lepiej wszystko trzymać w garści pod kontrolą – przecież ktoś mógłby wydrzeć nam godziny.

Czyli brak zaufania i do studentów i do współpracowników, których traktuje się jako rywalizujących i czyhających na pracę konkurentów. Gdzieś w oddali jest system nauczania i troska o efekty. Brak zaufania wynikający ze strachu. I jest atrapa cyfryzacji.

Są w planie narzucone obowiązkowe zajęcia pt. ”technologie informatyczne”. Po co? Gdy na mojej sali brak dostępu do internetu (eduroam nie sięga). Tak jak informatyka w szkole. Uczenie rzeczy niepotrzebnych. Uczelnia nie jest samotną wyspą na oceanie, izolowaną od świata realnego. Dwa równolegołe światy mało przystające do siebie: ten uczelniany i ten normalny? Dlaczego obowiązkowe zajęcia z cyfryzacji? Bo nie ufamy podwładnym, że kształcenie informatyczne na zajęciach będzie się odbywało. Nie ważne efekty, byleby w planie było biurokratycznie odfajkowane, że jest. Podobnie z przedmiotem „Etykieta” w wymiarze 2 h. Psuje plan, bo nie wiadomo jak takie michałki umieszczać. Taki obowiązkowy podatek, załatwianie komuś godzin lub biurokratyczna iluzja. Czy nie lepiej uczyć etykiety przy okazji innych zajęć? Czy nie lepiej przekonać pracowników, że jest to ważny element kształcenia i żeby uwzględnili te elementy na swoich zajęciach? Wpisać efekt i sprawdzać czy jest realizowany. Tylko teoretycznie proste, tak jak program komputerowy. Ale znowu brak zaufania do pracowników. Na pewno oszukają, na pewno nie zrobią, trzeba na sztywno narzucić. Nawet atrapę. Byleby było, jak łazienka u Solskich.

Do USOSa nie zaglądam częściej niż 1-2 na semestr. No bo i po co? Brak planu, brak możliwości bieżącego wystawiania ocen i komunikowania się ze studentami (przed kocem semestru dostane przypomnienie o ostatecznym terminie wpisywania ocen do protokołu w USOSie). Do Facebooka zaglądam często, nawet codziennie. Bo i studenci tam zaglądają, wystarczy założyć grupę (taką jak na zajęciach), aby udostępniać im notatki z wykładów, informować, dyskutować, a przy okazji siebie i ich nie tylko uczyć ale i wdrażać do cyfryzacji. I do realnego funkcjonowania w normalnym, codziennym świecie. Nawet wtedy, gdy nie jest to umieszczone w planie. Takie tam elementy e-learningu, realizowane w oparciu o dostępne zasoby open source. To przy okazji przygotowywania do działania w realnym świecie.

Lepiej używać technologii i realizować efekty kształcenia a nie wypełniać godziny. Bo to ostatnie to wiara w plan i słowo – jak zapisane to będzie. Iluzja. Nie opowiadać o budowie samochodu tylko uczyć jeździć! Nie opowiadać o technologiach komputerowych tylko stworzyć warunki do korzystania z nich. Na uczelni a nie prywatnie, na własną rękę (bo wtedy po co jest uniwersytet studentowi? tylko dla "papierka"). Bo student nie ma szansy się nauczyć. No może trochę.

Młodzież w szkole a studenci na uczelniach w radzeniu z nowymi mediami zostali zostawieni sama sobie. Co prawda odbywają się zajęcia z informatyki w szkole, ale są one cokolwiek oderwane od funkcjonalności. Wynikają z mentalności, że jeśli jakiejś umiejętności potrzeba, to wprowadzamy przedmiot o tej nazwie. Nie jest to skupienie się na efektach a na przedmiotach (wychowanie seksualne, wychowanie patriotyczne i wiele innych dziwacznych pomysłów). Na uczelniach bywa jeszcze gorzej. Jest to skupienie się na biurokratycznym i papierkowym „jest” a nie na procesie i rzeczywistych kompetencjach. Wiara w moc sprawczą słów i nazw przedmiotów. Wystarczy wprowadzić odpowiedni przedmiot a sprawa rozwiązana. W rezultacie puchnie plan zajęć i liczba obowiązkowych zajęć a studenci nie mają czasu na samodzielne studiowanie: wybierania i poszukiwanie.

Bezprzewodowy internet nie wszędzie jest dostępny w Kortowie, nie we wszystkich budynkach. Jest to więc uczenie w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości. Znacznie efektywniejsze byłoby tworzenie warunków do normalnego i oczywistego korzystania…. na wszystkich zajęciach i poza zajęciami. Tak jak w indyjskich slumsach wystawiony komputer na ulicy, nawet bez instrukcji, daje szansę nawet dzieciakom na szybko opanowanie umiejętności korzystrania z komoputera (czytaj więcej).

W czasie Nocy Biologów chciałem skorzystać z tablicy multimedialnej, która znajduje się na auli w Collegium Biologiae. Nie działała, bo nikt wczesniej nie korzystał. Z trzech zainstalowanych tablic multimedialnych na uczelni korzysta chyba jedna osoba. Taka kosztowna dekoracja. Ze swej natury co do korzystania powinna być zainstalowana na małej sali a nie dużej auli. Chciałbym się nauczyć wykorzystywania w dydaktyce takiej tablicy (nie tylko zresztą ja), ale nie mam okazji, bo na salach, gdzie mam wykłady i zajęcia takich urządzeń nie ma. Takie tablice działają już w wielu szkołach. Niebawem młodzież przyzwyczajona to tej pomocy dydaktycznej przyjdzie na studia…. A tam kreda, tablica i rzutnik multimedialny. Prawie jak skansen. Gdzie studenci mają się nauczyć nowych technologii? Na wykładzie o nowych technologiach? Więcej nauczą się na pokazach wykonywanych w praktyce niż na kursie z prezentacji.

„Naprawdę nie uczymy czytania u szukania wiarygodnych źródeł w internecie, bo zazwyczaj sami nie umiemy.” To prawda, ale jak i gdzie nauczyciele akademiccy mają się nauczyć technologii informatycznych? Potrzebne jest więc stwarzanie warunków do nauczenia się przez kadrę, aby i technologie informatyczne i etykietę i ergonomię wprowadzać na dowolnych zajęciach a nie na specjalnie nazwanym przedmiotem. Potrzeba większego zaufania do kadry a nie planów i nazw zapisanych na papierze. Inwestycja w kapitał ludzki nie jest abstrakcją. Ale, żeby nauczyciele akademiccy sami się uczyli nowych technologii informatycznych (przecież oceniani są za zupełnie coś innego), trzeba motywowania i przekonywania.

Bo jeśli pracownik nie jest przekonany, że warto, to wszelkie reformy pozostaną pięknie zapisane na papierze i rosnąć będzie pozorowana biurokratyczna sprawozdawczość a nie umiejętności studentów. Nauczyciele są specjalistami od każdej formy komunikowania się, w tym nowoczesnym metod informatycznych. Muszą chcieć się tylko uczyć wraz ze studentami. I żeby internet bezprzewodowy był dostępny w każdej sali. Bo komputer, laptop czy tableyt przyniosą własny... Znacznie ważniejsze to niż jedno wielkie centrum a reszta… pozostaje pustynią. Podobnie z dostępem do zasobów bibliotecznych.

Wakacyjne przepoczwarczanie się na uniwersytetach

sczachor

Wakacje są tylko pozorem spokoju. I nie chodzi mi o sesje poprawkowe czy trwające jeszcze egzaminy licencjackie i magisterskie. Nie tylko polskie uniwersytety są na rozdrożu, a w zasadzie w fazie porzepoczwarczania (że użyję porównania biologicznego), wykluwania się nowej jakości. Zmianom służyć mają także Krajowe Ramy Kwalifikacji.Czynnikiem stymulującym jest m.in. niż demograficzny. Ale to powód tylko dodatkowy (kropla przechylająca szalę).

W społeczeństwie i samym kształceniu zmieniło się bardzo wiele i uniwersytety muszą nadążyć za tymi zmianami. Powstała klasa kreatywna i rodzi się Science 2.0 oraz uniwersytety 2.0. Co to oznacza?

Dla sensownych zmian potrzebna jest refleksja oraz spoglądanie w tył, zastanawianie się nad różnorodnymi doświadczeniami, tak jak na przykład to:

"Po dwóch latach w Heidelbergu nie wiedziałem prawie nic, ale byłem w stanie w ciągu kilku dni zdobyć informacje i napisać pracę na dowolny temat. Nie wiedziałem co, ale wiedziałem jak. Oni, cytując Lecha Wałęsę, nie dali mi ryby, ale dali mi wędkę. Wyjechałem do Wiednia, a tam wszystko było na odwrót: mało seminariów, dużo wykładów i kucia na pamięć. Austriaccy koledzy wiedzieli o niebo więcej o starożytnej Grecji niż Niemcy, niektóre podręczniki znali prawie na pamięć, ale kiedy przyszło do napisania pracy seminaryjnej, byli w głębokim lesie."

Na szczęście przywróciliśmy prace licencjacką oraz słuchacze studiów podyplomowych muszą pisać pracę dyplomową. Samo "chodzenie" na zajęcia nie wystarczy. Chcemy sprawdzać efekty a nie włożony wysiłek.

Praca dyplomowa jest formą walidacji wiedzy i umiejętności. Czas zastanowić się jakie umiejętności taka praca dyplomowa poświadcza. To doskonały moment nad zastanowieniem się co to jest metodologia naukowa, jaką strukturę powinna mieć praca dyplomowa, co oceniać (objętość? napracowanie się?), po co kształcić umiejętności efektywenego komunikowania się na piśmie i w mowie. Inaczej bęziemy tylko naśladowali powierzchowne rytuały.

Wakacje to czas intensywnej pracy, także i dla mnie. Bo to nie tylo wyjazdy terenowe i zbieranie materiału entomologicznego. To także zastanawianie się nad dydaktyką, wymyślanie nowych propozycji, udoskonalaniw starych. Intelektualne ładowanie akumulatorów...

Na pewno powinno być mniej wykładów a więcej bezpośredniej komunikacji, dialogu, wspólnego poszukiwania. Nie tylko seminaria ale i uzupełniający kontakt poprzez sensowny (a nie pozorowany) e-learning.

Podsumowanie zajęć z autoprezentacji

sczachor

Z dużą satysfakcją wyczytałem na blogu "Nauka w Polsce" Polskiej Akademii Prasowej takie zdanie:

"A może wprowadzić na pierwszych latach studiów szkolenia z autoprezentacji, sposobów komunikowania wyników badań? Takie zajęcia nie miałyby na celu wyspecjalizowania tylko w dotarciu do szerokich rzesz odbiorców, ale po prostu – wyostrzenia przekazu, aby był zrozumiały, ciekawy, przejrzysty, zwięzły, spójny i wartościowy nawet dla kolegów i koleżanek z tej samej branży." (czytaj cały tekst).

Dlaczego z satysfakcją? Nie tylko dlatego, że w pełni się zgadzam z wymową tekstu Szymona Zdziebłowskiego pt. "Kiedy nauka traci sens". Przede wszystkim dlatego, że taki przedmiot wymyśliłem i realizuję od około 10 lat na Wydziale Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie. Nawet w prowincjonalnym Olsztynie, daleko od szosy (głównej, krajowej) może dziać się coś nowatorskiego i potrzebnego.

Cały czas próbuję zajęcia te modyfikować i dostosowywać do potrzeb. W tym roku wspólnie ze studentami eksperymentowałem z e-learningiem (np. wykład "Jak pracuje mózg oraz trudności w komunikacji w świecie pokolenia cyfrowego”, zrealizowany w ramach Tygodnia Otwartej Edukacji, ale jako wykład "kursowy"). W tym roku próbowaliśmy także uzupełnić standardowe CV wersją internetową czyli e-portfolio. Dla mnie również to nowość. Uczę się wraz ze studentami. Zdawałoby się stare treści trzeba ciągle dostosowywać do współczesności i warunków obecnych.

Różnica między starożytnym mówcą perorującym na agorze z uniesioną prawą dłonią i udrapowaną togą na lewym kolanie a człowiekiem współczesnym siedzącym w zasięgu sieci wi-fi z iPadem w dłoni i wpisującym coś na swoim profilu na Facebooku - jest naprawdę niewielka. Zmienił się tylko czas, przez jaki komunikat pozostaje w obiegu: jest coraz krótszy. A im krótszy termin przydatności do spożycia komunikatu, tym wyraziściej komunikat powinien być wyeksponowany. Nie każdy ma aforystyczne zdolności, o wiele łatwiej osiągnąć wyrazistość za pomocą emocji. Na Facebooku wszystko się pali - ale słomianym ogniem. Przyciąga uwagę, wyzwala lawinę (lub raczej pożar) komentarzy, ale szybko rozpala się jakieś inne ognisko. W stosunku do tradycyjnej komunikacji to jest jednak tylko różnica stopnia.” Michał Rusinek (czytaj całość)

Piszę to w kontekście dyskusji nad "kryzysem" edukacji uniwersyteckiej. I niejako tłumacząc się z zajęć na trawniku (czytaj więcej tu, tu i tu). Oraz tłumacząc się z wydzialowego bloga, na którym studenci uczą się także i takiej formy wypowiedzi publicznych oraz dyskutowania o nauce (i nie tylko nauce). W swej istocie nie różni się niczym od "starożytnego mówcy przemawiajacego z uniesiona dłonią". Współczesna retoryka ma wcielenie internetowe i multimedialne. Pozostaje jednak ta sama istota: przemawianie do ludzi a nie tylko w ich obecności.

"Socjologowie powiadają, że skończył się czas erudytów, zaczął czas researcherów - którzy mają krótką pamięć, za to umiejętność błyskawicznego zdobywania informacji. A także błyskawicznego dzielenia się nimi. Co z tego wyniknie dla literatury? Dla komunikacji międzyludzkiej? Dla - górnolotnie - dialogu? O ile będziemy chcieli ze sobą rozmawiać i czasami zastanawiać się nad tym, jak to się dzieje, że się ze sobą lepiej lub gorzej dogadujemy - moim zdaniem będzie dobrze." (czytaj całość).

Powinnością „profesora uniwersyteckiego” wobec studentów jest pomóc im zrozumieć świat, a nie ustawiać ich do wyścigu szczurów. To w kontekście tego, czego i jak uczyć oraz tego czy uniwersytet jest szkoła zawodową (więcej na ten temat, i jeszcze tu, i jeszcze tu)

Na koniec syntetyczne podsumowanie:

3 warunki znakomitej prezentacji:

- mówca przekazuje treści z niesamowitą pasją (emocje i język ciała)

- informacje mają potwierdzenie naukowe (wiarygodność)

- jest atrakcyjna graficznie (ułatwianie przekazu różnymi kanałami).

Teoretycznie zajęcia się skończyły a studenci zgłaszają się z indeksami po wpisy. Ale w praktyce samokształcenie się nie skończy. Bo uczymy się dla siebie a nie ocen.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci