Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Wpisy otagowane : klimat

Modliszka pod Ełkiem

sczachor

modliszka

"Szanowny Panie Profesorze! Przeglądając informacje o modliszkach, natrafiłem na Pana artykuł, mówiący min. o tym,że modliszka na północy Polski to rzadkość. Pozwoliłem sobie, przesłać Panu, jedno ze zdjęć, zrobionych dziś tj. 10 09 2017 r niedaleko Ełku nad jeziorem Selment Duży. Mam nadzieję, że przyda się w pracy naukowej. Z wyrazami szacunku Jerzy Owsianka."

Jakkolwiek do pracy naukowej mi się nie przyda, bo zajmuję się nieco inna grupą owadów, to do popularyzacji wiedzy na pewno. A umieszczone dane dokumentacyjne z pewnością wykorzystają inni specjaliści. Zatem z całą pewnością się przyda. Dziękuję i pozdrawiam.

Zmiany klimatu uwidaczniają się nie tylko w katastrofalnych zjawiskach pogodowych ale i w zmianie zasięgu występowania gatunków. Modliszka jest gatunkiem południowym i ciepłolubnym. Wcześniej jej tu nie było, teraz cieszy oko przyrodników. Niezwykłe owady można oglądać na spacerze a nie tylko w książkach czy filmach przyrodniczych. 

Miejcie oczy szeroko otwarte, przyroda się zmienia. Nieustannie. Warto te zmiany dokumentować i opisywać. To na podstawie tych danych można będzie wyciągać wnioski co do zmian i zjawisk bardziej ogólnych. Nauka to przede wszystkim praca zespołowa. A w dobie trzeciej rewolucji technologicznej uczymy się nowych, szybszych form komunikacji. 

 Czytaj także:

O imigrantach... bo zostałem wywołany do tablicy

sczachor

oimigrantachRzeczywistość wokół nas jest wielowymiarową całością. Wbrew moim pierwotnym założeniom nie da się pisać tego bloga tylko o nauce i problemach życia uniwersyteckiego. W wielu problemach ludzie (także za pośrednictwem dziennikarzy) zwracają się w stronę uniwersytetów i do naukowców, z najróżniejszymi pytaniami, czasem odbiegającymi od zawodowych kompetencji. I trudno nie odpowiadać, trudno unikać jasnych deklaracji czy dzielenia się przemyśleniami. Byleby nie mylić kompetencji.

Dwa dni temu zadzwoniła pani redaktor z Gazety Olsztyńskiej i zapytała czy jesteśmy przygotowani na przyjęcie imigrantów. Dzisiaj się ukazało w formie jednozdaniowej sondy, z podpisem „prof. UWM.” Na początek warto wyjaśnić cóż to znaczy. Ani w mojej intencji, ani zapewne ze strony redakcji, ten skrót „prof.” nie odnosi się do kompetencji. Jest to tylko uzupełnienie nazwiska w celu zwiększenie rozpoznawalności osoby. I nic więcej.

Jestem biologiem, ekologiem. W tej dyscyplinie zdobywałem stopnie naukowe i tylko w tym obszarze umieszczony przed nazwiskiem „dr hab.” informuje o kompetencjach. W niczym więcej. Zatem o emigrantach wypowiadam się jako przeciętny człowiek (a nie jako naukowiec). Jest to wypowiedź osobista bez poparcia autorytetem dogłębnych badań naukowych. W tym sensie nie różni się od każdej innej ulicznej sondy.

Po tym przydługim wstępie pozwolę sobie rozwinąć i bardziej uzasadnić moją „gazetową”, lakoniczną wypowiedź (tak jak mówiłem przez telefon, a pani redaktor musiała samodzielnie skrócić do jednego, syntetycznego zdania). Nie jesteśmy przygotowani na imigrantów, bo jest to zjawisko w tej skali dla nas, Polaków, zupełnie nowe (nie mamy doświadczeń z przeszłości i jeszcze mentalnie nie przywykliśmy do tego, że jesteśmy bogaci i to do nas zwracają się z próbą o wsparcie a nie odwrotnie). Na nowe zjawiska i procesy nigdy nie jesteśmy przygotowani w pełni. Można prognozować, planować i przygotowywać się, ale jeśli coś pojawia się pierwszy raz to wcześniejsze wyobrażanie i przygotowania nie zawsze są trafne.

Nie jesteśmy przygotowani kulturowo, organizacyjnie i materialnie. Bo przegapiliśmy. Przecież problem narastał od lat i można było przewidzieć (ale myśleliśmy, że nie do nas imigranci zawitają i że solidarność wobec Greków czy Włochów… nie dotyczy nas…). Ale jako społeczeństwo wolimy odkładać na później, bo jakoś to będzie. O skali nieprzygotowania kulturowego przekonać się można po temperaturze dyskusji, czasem wręcz histerycznych i katastroficznych. "Kiedy nie panujesz nad rzeczywistością, zaczynasz krzyczeć. Obrażasz, potępiasz. To przejaw nie siły, lecz słabości." Kiedy nie rozumiemy rzeczywistości chętnie przyklaskujemy nawet najdziwniejszym teoriom spiskowym, bo jedna prosta zasada tłumacząca całą zagmatwaną rzeczywistość. Rzetelna wiedza o świecie jest więc najlepszym przygotowaniem na wszelkie zaskakujące sytuacje. Jest jak dobra mapa – nawet gdy zmienimy trasę marszu, lub się zagubimy, to dzięki dobremu odwzorowaniu szybko możemy odleźć drogę i podjąć sensowne działania (jeśli mapa jest zła i z błędami, to i tak wylądujemy na manowcach). Na nieprzewidywalną przyszłość najlepszym zabezpieczeniem jest dobra wiedza o świecie i rozumienie zachodzących zjawisk. Oraz umiejętność podejmowania kreatywnych działań i odwaga podejmowania decyzji. Podobnie z etyką (moralnością) - jeśli do wzoru podstawić nowe liczby, to i tak działa.

Nie jesteśmy przygotowani ale musimy działać natychmiast. Tak jak z deszczem, gdy zacznie padać. Nie ważne jest czy mamy parasol czy nie, musimy coś zrobić. Deszcz nie poczeka aż się namyślimy. W tym sensie jesteśmy już przygotowani na przyjęcie imigrantów. Wszystko co potrzeba mamy w zasięgu ręki. Potrzebne są działania doraźne jak i długofalowe, przemyślane na kilkadziesiąt lat do przodu. Potrzeba nam kreatywnych i niestandardowych działań. Zarówno w sferze kultury, organizacji jak i etyki. I umiejętność podejmowania szybkich decyzji. A raczej odwaga, bo przecież w niestandardowych działaniach zawsze można popełnić jakieś błędy… Błędy można poprawiać a zmarnowanego czasu się nie cofnie (nie ma maszyny do podróży w czasie).

Prawdziwe złoto hartuje się w ogniu. Dzięki tej trudnej sytuacji możemy zobaczyć jacy na prawdę jesteśmy. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Odnoszę to do spraw czystko polskich jak i europejskich. A na koniec ogólnoludzkich. Bo problem z imigrantami to także solidarność (lub pozostawienie samych sobie) z Grecją czy Włochami. Czujemy się Europejczykami czy nie?

Żyjemy na jednej planecie i nie da się jak na wakacjach „zarezerwować” (czytaj bezprawnie zawłaszczyć) parawanem kawałka nadmorskiej plaży. Obecne problemy z imigrantami są pokłosiem wojen, toczących się w innych niż Europa zakątkach świata (może powinniśmy tam dużo wcześniej interweniować, nawet wysyłając wojsko i ryzykując życie?). Żyjemy w globalnym świecie i gdziekolwiek źle się dzieje, to i tak do nas w tej czy innej postaci dojdzie. A może być dużo gorzej, bo jeśli wraz z ocieplaniem się klimatu podniesie się poziom oceanów to zalane zostaną najludniejsze tereny Ziemi. I wtedy znacznie większa fala uchodźców dotrze także i do nas. I niczym ich nie zatrzymamy, ani drutami, ani murami, ani czołgami. Dlatego już dziś warto myśleć o ograniczeniach z emisją dwutlenku węgla i nakładać na siebie, solidarnie z innymi, zobowiązania i samoograniczenia.

Mamy wpływ na to, co się dzieje na Ziemi. I chcemy czy nie musimy być za wspólne losy odpowiedzialni. Czy to w Europie czy na całym świecie. Wymaga to wiedzy (o tym jak funkcjonuje świat) jak i woli współpracy (z innymi, a nie tylko ze sobą). Nie odizolujemy się od reszty parawanem tak jak nad Bałtykiem w kurortach….

Podsumowując: choć nie jesteśmy przygotowani to już od zaraz musimy działać. Wszystko to, czego nam potrzeba do działania, już mamy. Teraz pora na szybkie decyzje w ciągle zmieniających się warunkach zewnętrznych. By działać na początek doraźnie, a potem długofalowo i z myśleniem o zaradzeniu przyczynom a nie tylko skutkom. W tych kłopotliwych dla nas sytuacjami, jako Polacy, mamy szansę zobaczyć siebie w działaniu. Jacy na prawdę jesteśmy. A jeśli odbiega to on naszych wyobrażeń i nas samych, to niech będzie to dla nas wyzwaniem do pracy nad sobą samym.

O gliniarzu naściennym co zasłon się czepia i do laptopów zagląda

sczachor

kokonyNie wchodzi się dwa razy to tej samej wody w rzece. Najdobitniej widać to po przyrodzie, która się nieustannie zmienia. Zmienia się za sprawą procesów naturalnych jak i oddziaływania człowieka, w tym antropogenicznego ocieplenie klimatu. Patrzymy na krajową przyrodę, ale widzimy coś innego niż nasi ojcowie czy dziadkowie. A nawet my sami z młodości. Niby to samo, ale w szczegółach to zupełnie inaczej. Jedne gatunki znikają, pojawiają się inne, czasem z daleka.

Zmieniliśmy sposób budowy domów, co zaskutkowało brakiem siedlisk do gniazdowania dla wielu gatunków, w tym dzikich, samotnych pszczół (dlatego budujemy hotele dla pszczół). Nie mamy dachów ze słomy i trzciny, nie mamy lepianek – a w konsekwencji i owadów tam zazwyczaj mieszkających. Za kominem nie cyka świerszcz (chyba że w pokojowym insektarium), nie kołacze kołatek w starych belkach.

W przyrodzie nie ma pustki. Pojawiają się zupełnie nowi lokatorzy. Przykładem jest gliniarz naścienny. Gliniarz jest osą z  rodziny grzebaczowatych (Sphecidae) o wdzięcznej nazwie naukowej Sceliphron destillatorum. Nie potrzebuje glinianej ściany, próchniejących desek czy szpar w oknach. Swoje lęgowe, gliniane dzbanuszki umieszcza w przedziwnych miejscach: a to na zasłonce, a to na torbie do laptopa. A i tam go wyśledzą i z przerażenia nowym, nieznanym mieszkance – wyrzucą.

Gliniarza od jakiegoś czasu obserwujemy w Polsce. A że jego konstrukcje są dla nas nowe, to i wzbudza dużą sensację. Nowego i nieznanego się boimy. Gliniarz jest gatunkiem południowym, wywodzący się ze środkowej, zachodniej i południowo-zachodniej Azji. Obecnie obserwowany jest w Afryce a także w Europie w rejonie śródziemnomorskim. Rzeczonego gliniarza spotkać go można w pobliżu ludzkich zabudowań, a dorosłe osy często widywane są na kwiatach z rodziny baldaszkowatych. Szukają tam zapewne swoich ofiar. Samica lepi gliniane gniazda w postaci pojedynczych, dzbanuszkowanych komórek z gliny. Po złożeniu jaja, do tak przygotowanego dzbanuszka samica znosi pająki i owady, sparaliżowane jadem (zazwyczaj pająki). Osa swoje ofiary żądli ale nie zabija, tylko paraliżuje. W ten sposób zapewnia świerszczy pokarm dla larw i to bez lodówki. U sparaliżowanego pająka cały czas działa system odpornościowy, organizm żyje, tkanki są ciągle "świeże". Analogicznie postępowali kiedyś ludzie, w epoce przedlodówkowej. Oczywiście nie chodzi o pająki i o żądlenie.

Nazwę opisywana osa wzięła od komórek wykonanych z gliny (gliniarz) i przytwierdzanych w różnych miejscach (naścienny), w tym na ścianach. Ale gliniane dzbanuszki przylepie nie tylko na ścianach ale i na lampkach nocnych, zasłonach, torbach do laptopów. W Polsce gliniarz naścienny zaobserwowany był po raz pierwszy w 1968 r. w Czesławicach k. Lublina (południowa Polska). Potem widziano go w Bieszczadach i w Beskidzie Niskim, w Ojcowskim Parku Narodowym i Krakowie, Chęcinach koło Kielc, w Hecznarowicach (woj., śląskie), pod Krakowem. W 2014 r. wyrywkowe informacje dotyczą obecności gliniarza na Śląsku, w Chorzowie, w Mielcu, w Kielcach, w Lubelskiem i w Brodnicy (to już blisko Warmii i Mazur!). Najprawdopodobniej jego ekspansja wiąże się z ocieplaniem klimatu.

Wcześniej pisałem już o gliniarzu:

Po publikacjach na moim blogu, co jakiś czas docierają do mnie nowe informacje o obecności tego gatunku w Polsce. Ostatnio z Częstochowy i Wrocławia

„Mama wczoraj znalazła u siebie kokony na zasłonce (w załączniku wysyłam zdjęcie). Czy to są kokony gliniarza naściennego? Mieszkamy w Częstochowie. Pozdrawiam serdecznie i bardzo proszę o odpowiedź, Sandra Plaga”

„Od kilku dni słyszałam ciągłe brzęczenie na szafie. Trochę się bałam zaglądać bo czasem wpada jakiś zbłąkany szerszeń (myślałam, że nie może się wydostać i zdechnie). Wczoraj ściągałam torbę od laptopa i zdziwiło mnie to co ujrzałam. Zrobiłam zdjęcia i pozbyłam się owadów. Nie wiedziałam co to jest, ale znalazłam Pana artykuł. Latającego gliniarza jeszcze nie widziałam być może nie zwróciłam uwagi. Larwy były tylko w 2 kokonach. Trzeci kokon był zamknięty ale po rozłupaniu nie było w nim larwy. W załączeniu przesyłam zdjęcia. Małgorzata Lewczuk"

Klimat się ociepla, może i do nas – na Warmię i Mazury - gliniarz naścienny zawędruje. Miejsce oczy szeroko otwarte. I nie panikujcie – bać się mogą jedynie pająki.

Zdjęcia: Sandra Plaga i Małgorzata Lewczuk

 

Nosema ceranae czyli jak o tym, jak choroba może być dobrodziejstwem

sczachor

pszczolanaoscieZjawiska w przyrodzie są najczęściej bardzo złożone: wiele czynników wpływa na efekt i jeden czynnik wpływa na wiele efektów. Z problemem tym od dawna boryka się ekologia (stąd w języku tej dyscypliny swoisty relatywizm i odwoływanie się do kontekstu), a od niedawna także i biologia molekularna. Zauważono bowiem, że wiele elementów oddziałuje na siebie jednocześnie. W badaniach zazwyczaj upraszcza się zadanie i analizuje zazwyczaj jeden (kilka) czynników, zaznaczając, że zjawisko tłumaczone jest danym oddziaływaniem w iluś tam procentach. Ale już w komentarzach, zwłaszcza tym popularnych, upraszcza się przekaz i można odnieść wrażenie, że jeden czynnik decyduje o danym zjawisku. Tyle tytułem wstępu.

Pszczoły są ważne jako zapylacze. W ostatnich latach obserwuje się dużą śmiertelnością pszczoły miodnej co budzi uzasadnione obawy (70 % roślin, które zjadamy jest owadopylna). Wiele różnych zespołów badawczych poszukuje przyczyn ginięcia pszczół (chodzi o pszczołę miodną). Ale w domyśle martwimy się i o inne zapylacze dziko żyjące. Zespoły badawcze podają różne przyczyny, ale to nie znaczy, że naukowcy się różnią. Nie ma sprzeczności między tymi badaniami, bo dotyczą różnych aspektów. I warroza, i neonikotyniany i być może jeszcze inne czynniki. Działają one synergistycznie (czasem antagonistycznie).

Jeśli dobrze pamiętam (ale mogę się mylić) to hiszpański lub brytyjski zespół badawczy odkrył czynnik odpowiedzialny za masowe ginięcie pszczoły miodnej (oczywiście nie znaczy że neonikotyniany nie są odpowiedzialne za śmiertelność pszczół). Jest nim pasożytniczy jednokomórkowiec Nosema ceranae . Żyje w przewodzie pokarmowym pszczół. Wywołuje chorobę zwana jako nosemoza Choroba ta jest zakaźna i dlatego szybko się rozprzestrzenia. Pasożyt został po raz pierwszy opisany w 1996 r., a w roku 2004 w Hiszpanii został uznany za chorobotwórczy. Powiązano go z czynnikiem wywołującym masowe ginięcie pszczół, ostatnio opisywane za oceanem. Pszczoły mogą umierać (bo dawnym zwyczajem o pszczołach mówi się, że umierają, w przeciwieństwie do innych zwierząt, które zdychają) już po ośmiu dniach po zarażeniu (kontakcie z tym jednokomórkowym pasożytem).

Nosemoza jako choroba pszczół znana jest od dawna, gdyż wywołuje je innym jednokomórkowiec Nosema apis. Ale Nosema ceranae powoduje szybszą śmierć i jest bardziej zjadliwym pasożytem. Krewniak, bo ten sam rodzaj, ale bardziej dla pszczoły niebezpieczny. Choroba jest najgroźniejsza dla robotnic i trutni. Po opuszczeniu kolonii chore pszczoły nie powracają do ula i umierają w znacznej odległości od niego. Pszczelarze więc obserwują znikanie całych rojów, jakby pszczoły poleciały na łąkę i nie potrafiły odnaleźć drogi powrotnej.  Nosema ceranae występujący powszechnie w basenie Morza Śródziemnego ale zagraża już pszczołom w północnej Europy. Przyczyniają się do tego sprzyjające warunki klimatyczne (jeszcze jedne negatywny skutek zmian klimatu, a w zasadzie ocielenia). Jego zjadliwość i pochodzenie wskazuje, że zupełnie niedawno zaatakował pszczołę miodną. Najpewniej pochodzi od innego gatunku owadów i na pszczołę przerzucił się w ostatnich latach.

Nosema apis należy do sporowców (mikrosporydia), pasożytujących w jelicie cienkim pszczół. Występuje przede wszystkim na obszarach intensywnej hodowli pszczół. Zarażenie tym pasożytem następuje po zjedzeniu spor przez pszczołę. W świetle jelita cienkiego następuje uwolnienie amebuli (formy inwazyjnej) z cysty, a następnie atak na komórki nabłonka jelita. Nowe cysty, po procesie rozmnażania (w w zasadzie pomnażania) wydostają się na zewnątrz wraz z kałem. Nosemoza uwidacznia się zwykle wiosną, sprzyja jej podniesienie temperatury w ulu oraz niedobór białka. Rozprzestrzenia się drogą pokarmową i ma najczęściej przebieg utajony. Może też przebiegać z objawami biegunki, zaparcia lub napuchnięcia odwłoka (a co pszczoły tez mają takie problemy), co może prowadzić do masowego umierania pszczół (wtedy zazwyczaj prowadzi to do śmierci całej rodziny).

Mikrosporidia jak się okazałó dość często towarzyszą owadom. Występują także u inwazyjnej biedronki azjatyckiej (czytaj O gruźlicy, malarii i inwazji krwiożerczych ninja na moim balkonie). Naukowcy z Niemiec odkryli, że hemolimfa biedronki azjatyckiej jest toksyczna dla innych biedronek. A sprawcą jest swoista broń biologiczna, bowiem w hemolimfie stwierdzono pasożytnicze mikrosporydia (występują w jajach i larwach biedronek azjatyckich, ale dla swoich gospodarzy są niegroźne). Inne biedronki nie są jednak na te mikrosporidia uodpornione i zjadając jaja biedronek ninja po prostu giną. Kontakt z nowym patogenem jest śmiertelny, tak jak w przypadku pszczoły miodnej i Nosema ceranae. Tak oto sami korzystaliśmy z biedronek jako broni biologicznej przeciwko mszycom a okazuje się, że i biedronki stosują swoją własna broń biologiczną przeciw konkurentom pokarmowym. Ciekawe jest tylko czy biedronki azjatyckie swoją broń biologiczna przywiozły ze swojej azjatyckiej ojczyzny czy też zdobyły gdzież w trakcie przemieszczeń po całym świecie. To drugie tłumaczyłoby fakt przybycia ninja do Polski z zachodu a nie z Ukrainy czy Białorusi, gdzie miałyby krótsza drogę (ale może były bez broni biologicznej).

Tak więc te same organizmy są bardzo chorobotwórcze, mniej chorobotwórcze lub wręcz korzystne. Taka to dziwna jest przyroda. Mikrosporydia to grupa eukariotów o niejasnej pozycji filogenetycznej. Są wyspecjalizowanymi organizmami jednokomórkowymi. Nie mają mitochondriów i peroksysomów, ich rRNA ma pewne cechy prokariotyczne (dlatego stanowią trudność dla systematyków i taksonomów) a ich genomy są najmniejsze spośród wszystkich eukariotów i wielkością odpowiadają genomom bakterii (bakterie to prokarionty). Mniejsza o te zawiłości niezwykle ciekawe dla biologa, ważne że mikrosporidia są obligatoryjnymi wewnątrzkomórkowymi pasożytami innych eukariotów. Infekują żywiciela wbijając w niego specjalną rurkę, przez którą dostają się do wnętrza komórki. Są częstymi pasożytami owadów.

To co obserwują ekolodzy w ekosystem to to, że długotrwałe oddziaływanie powoduje eliminowanie zjadliwości pasożyta. Własnie dlatego nowe transfery i nowe kontakty pasożyt-żywiciel zaczynają się bardzo zjadliwie i dramatycznie. Im starsze ekosystemy, tym więcej związków typy mutualizm czy symbioza, mniej zjadliwych pasożytów. Z czasem (w ewolucyjnym kontekście) nawet pasożyty tracą swoją zjadliwość. To naturalne, bowiem te, które nie tracą zjadliwości po prostu giną… śmierć żywiciela jest śmiercią i dla nich. A zawsze się znajdzie jakiś żywiciel wolny od pasożyta, który odbuduje populację. Ale już bez tego pasożyta. W przyrodzenie nie opłaca się być zbyt pazernym i zbyt mocno eksploatować żywicielską populację. Może z tego wysnuć analogię, że w miarę dogrywania się układu więcej jest miłości i współpracy niż zjadliwej wrogości. Nawet jeśli na początku było mocno krwawo.

Co będzie, gdy klimat się zmieni?

sczachor

1024pxAlgerien_5_0049Co będzie, gdy klimat się ociepli? Czy warto się martwić? Przecież były już okresy na Ziemi, gdy było i cieplej i zimniej. I przecież swiat się nie zawalił. Klimat globalnie się ociepla, to fakt a nie jakaś hipoteza czy "spisek ekologów". A gdy się ociepli, tak jak przed tysiącami lub milionami lat już było, to co będzie?

Świat i Ziemia dalej będą trwały, przyroda sobie poradzi. Jedne gatunki wymrą inne powstaną, jeszcze inne się zmienią. Ewolucja na Ziemi trwa nieprzerwanie od miliardów lat. Nie raz na Ziemi (i w biosferze) były zmiany klimatu lub jeszcze większe katastrofy, łącznie z uderzeniem asteroidy. I życie przetrwało. Przyroda zawsze da sobie radę.

A ludzie? Też przeżyją (raczej przetrwają), czym się więc martwić i po co ograniczać emisje gazów cieplarnianych? Przecież to kłopotliwe dla gospodarki!

Sahara też kiedyś był żyzna, z rzekami, jeziorami lasami, pełnymi zwierzyny. I żyli ludzie. O czym świadczą na przykład malowidła naskalne, jak to, zamieszczone obok (Malowidła naskalne z Tasili Wan Ahdżar , Algieria, fot. Gruba, Wikimedia Commons). Potem klimat się ocieplił, wraz z odejściem epoki lodowej. W Europie zniknął nieprzyjazny lodowiec, pojawiły się lasy, jeziora i warunki dogodne do życia dla człowieka. Odeszli co prawda łowcy reniferów, ale pojawili się rolnicy. To polodowcowe ocieplenie przyniosło nam w Europie, lepsze warunki do życia. Więc czemu mielibyśmy się martwić kolejnym ociepleniem klimatu?

Tak, ocieplenie klimatu z tak szerokiej perspektywy (niemalże filozoficznej) to nie problem. Jakoś to będzie. Ale jeśli to my podzielimy los Sahary? Pozostaną po nas sterty plastikowych śmieci i betonowe bloki. Szkopuł tkwi w właśnie szczególe. Wraz z ociepleniem pojawią się kolejne "Sahary" , a gospodarka i ludzie będą mieli ogromne kłopoty. To będzie kosztowne. Więc może tańsze jest zapobieganie zmianom klimatu niż dostosowywanie się do zmian? Tak jak ze zdrowiem (taniej zapobiegać niż leczyć), kto nie wyda na kucharza, wyda na lekarza.

Przyroda sobie poradzi. Tak zwani ekolodzy nie martwią się więc o przyrodę... ale o ludzi i gospodarkę. To, co przyjazne dla ekologii przyjazne jest i dla ekonomii (gospodarki). Warto o tym pamiętać, w czasie dyskusji o niecnych "spiskach klimatycznych".

 

Co nam przyniesie rok 2015 - czyli czy powodzie i wichury to spisek ekologów?

sczachor

green_universityPrzypuszczam, że rok 2015 upłynie pod znakiem klimatycznych klęsk żywiołowych i... narzekaniu, że to wszystko to spisek tak zwanych ekologów. Do spisku ekologów zapewne czasem trzeba dorzucić komary (bo i takie komentarze spotykałem). Rok 2014 okazał się najcieplejszy globalnie (tak jak prognozowano) od dłuższego czasu (pomijam okresy sprzed milionów lat). Gorsza jest jednak stała tendencja zwyżkowa, za którą wielu klimatologów "obwinia" antropogeniczne zwiększenie zawartości w atmosferze gazów cieplarnianych. Na plamy na słońcu, wybuchy wulkanów i kilka innych czynników wpływu w zasadzie nie mamy. Natomiast na emisję dwutlenku węgla ze źródeł antropogenicznych to potencjalnie wpływ mamy. Ale nie chcemy podejmować niepopularnych decyzji. Populizm jest atrakcyjniejszy niż odpowiedzialność.

W 2015 spodziewać się można kolejnych anomalii pogodowych: silniejszych zjawisk atmosferycznych, w jednym miejscu będzie cieplej, w innym chłodniej, w jednym więcej popada w innym będzie susza – inaczej jak przed laty. Gospodarka i rolnictwo będą musiały się przystosowywać do zmian. A będzie to bardziej "bolesne" niż redukcja emisji gazów cieplarnianych. Potencjalnie ludzkość ma już możliwości sterowania (minimalnego, ale jednak) globalnymi zmianami klimatu. Wymagałoby to jednak współpracy międzynarodowej i silnej woli. A do tego jeszcze chyba nie dojrzeliśmy. Może dopiero widoczne zmiany i klęski żywiołowe na dużą skałę zmobilizują nas do sensownych działań i współpracy? Wtedy można będzie powiedzieć, że nie ma tego złego, co na dobre nie można by obrócić - klęski klimatyczne mogą przyczynić się do większej międzynarodowej integracji. Chyba, że wcześniej przeważą tendencje destrukcyjne (takie jak zagrożenie z awanturniczej polityki putinowskiej Rosji - a przecież to nie jedyne, globalne i destrukcyjne źródło na świecie).

Ale to rzekome ocieplenie klimatu to podobno niecny spisek ekologów. Przecież jeszcze kilka dni temu mieliśmy srogi mróz i śnieg był. Nie ma więc zmian klimat a nawet jest ochłodzenie. Szwagier wie lepiej, bo widział gdzieś w internecie tajne, spiskowe maile ekologów, które przypadkiem wyciekły i wtajemniczeni poznali niecne plany spiskowców. Jest spisek klimatyczny nie ma żadnego ocieplenia klimatu. To spisek, żeby wyłudzić kasę, żeby wywołać przerażenie, ewentualnie zniszczyć gospodarkę jakimś wybranym krajom, np. Polsce, opartej na węglu (jednak kupujemy coraz więcej tańszego węgla za granica). Anomalie pogodowe, coraz częstsze, to kolejny spisek ekologów (i tajemniczych Onych, to wyboru, co kto woli).

Teoria spiskowa to taki ludyczny kamień filozoficzny – daje prostą odpowiedź na każde pytanie, daje proste wyjaśnienie wszystkiego.

Koszty energii odnawialnej są jeszcze często większe niż koszty energii konwencjonalnej. Ale nie liczymy dawniejszych inwestycji. Przez lata były dopłaty do węgla (przez cały PRL), inwestycje, koszty społeczne i przywileje górnicze. Jeśli liczyć wszystkie koszty, to OZE )odnawialne źródła energii) jest tańsze. Owszem, potrzeba jeszcze wielu lat inwestowania i poszukiwania, aby zwiększyć efektywność i obniżać koszty energii odnawialnej z różnych źródeł.

Wprowadzanie OZE Rozbija się o lobbing i głupotę (populizm). Lepiej wierzyć w spisek niż podejmować decyzje, zwłaszcza bolesne. Tak jak z paleniem papierosów… po co się odzwyczajać, przecież choroby nie widać od razu. Jak będzie rak płuc, to już za późno na zmiany stylu życia.

Gdzie jest odpowiedzialność za wichury i podtopienia zwolenników czarnej energii i rozgrzewania gospodarki? Teraz za powodzie wini się ekologów, bo bronią ptaszków w dolinach rzek i nie pozwalają na kolejne melioracje i prostowanie koryt rzecznych. Pomijając fakt, że melioracje i prostowanie koryt cieków wodnych nie tylko niszczy przyrodę ale i powoduje zwiększenie ryzyka powodzi… Będzie tylko gorzej. Zamiast uderzyć się w piersi i przyznać do błędów raczej będzie się szukać kolejnych wydumanych spisków i blokować OZE.

Pozostaje tylko wiara, że ludzie potrafią uczyć się na swoich błędach. I nadzieje w szybki postęp technologiczny. A także wytrwała praca i edukacja. Na rok 2015 patrzę z lekkim niepokojem...

 

ps. zamieszczona fotka nie ma za bardzo związku z tematem. Jest tam fragment wykładu dotyczącego idei green university. Dostosowywać do nowych warunków trzeba każdy fragment przestrzeni, a uniwersytet powinien być liderem.

Zmora trupia głowa pojawiła się w okolicach Morąga

sczachor

1779811_726709020717546_1535183154553511145_nW swojej elektronicznej skrzynce pocztowej znalazłem wiadomość elektryzującą, niczym news na Halloween. Rzecz dotyczy istoty, która  w średniowieczu wzbudzała popłoch. Sądzono, że szepcze czarownicom do ucha imiona osób, które mają umrzeć. 

Wiadomość sensacyjna dla entomologów, bo chodzi o motyla, który trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera. Być może stwierdzenie obecności tego motyla koło Morąga (w okolicy miejscowości Jurki) jest jeszcze jednym przykładem skutków ocieplenia klimatu. Jeśli coś może być groźne i niepokojące, to właśnie skutki ocieplenia klimatu ale nie sam motyl. Piękny, duży i uroczy. A to tylko nasza wyobraźnia karze nam widzieć trupią czaszkę na grzbiecie tego motyla. Inna sprawa, że zwyczaje tej ćmy są na prawdę niezwykłe.

Zdjęcie zamieszczone obok wykonał Marcin Korczakowski a zamieszczone zostało na facebookowej stronie Morąskiego Stowarzyszenia Miłośników Przyrody "Eko-Głos".

Ale oto ten elektryzujący entomologów i przyrodników list:

"Witam Pana Profesora,

mam ciekawą informację o ponownym stwierdzeniu trupiej główki na ziemi morąskiej. Mój znajomy Edward Korczakowski po raz kolejny zanotował obecność gatunku w okolicach Morąga. Tak na marginesie trzeba mieć dużo szczęścia, żeby tego południowego migranta napotkać w swoim życiu dwukrotnie. Bardzo mu zazdroszczę. Zdjęcia zrobione przez jego syna Marcina można zobaczyć na: stronie Morąskiego Stowarzyszenia Miłośników Przyrody. Piszę do Pana w nadziei, że ta informacja troszeczkę zelektryzuje środowisko przyrodnicze naszego regionu. Pozdrawiam serdecznie, Robert Gawroński"

I zlelektryzowała. Zapewne niebawem opublikowane zostaną bardziej szczegółowe informacje (czekają na nie entomolodzy). Jest to ciekawostka naukowa, ale i przy okazji ciekawostka dotyczaca regionalnej przyrody.

Zmierzchnica trupia główka (Acherontia atropos) to ćma, motyl nocny, zamieszkujący południową część Europy. Do nas, do dawnej krainy Prusów, czasem zalatuje (pokonując tysiące kilometrów!) ale ze względu na warunki klimatycznie nie kończy zazwyczaj rozwoju (jak uda się przepoczwarczyć to odlatuje na południe, podobnie jak kilka innych gatunków motyli, migrujących). Przynajmniej tak było do tej pory. Więcej o tym niezwykle interesującycm motylu tu: O motylu co trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera albo na stronie Radia Olsztyn.

Nadrzewek długoskrzydły, terkotliwy drapieżnik podobny do pasikonika zielonego

sczachor

Sierpniowe wieczory muzycznie umilają nam pasikoniki. Duże, zielone i przepięknie cykające. Biolog powiedziałby – strydulujące (cykające dźwięki, powstające w wyniku pocierania podstawami skrzydeł pierwszej pary, podobne do dźwięków świerszczy – ale wprawne ucho wychwyci szybko różnice). Grają, „śpiewają”, strydulują samce, a samice słuchają ... uszami umieszczonymi na przednich odnóżach.

I skoro zajmujemy się stereotypami, to warto wspomnieć, że pasikoniki wbrew powszechnej opinii są głównie drapieżnikami. Napadają na pogrążone w nocnym śnie muchy czy inne drobne owady. Wieczorami wspinają się na drzewa i stamtąd dobiega ich przepięknych, charakterystyczny „śpiew”. Czasem wpadają do mieszkania w bloku. Najczęściej jest to pasikonik zielony (Tettigonia viridissima) lub pasikonik śpiewający (Tettigonia cantans).

Swego czasu odwiedził mnie długoskrzydlak sierposz. Ale wczoraj, wieczorek zobaczyłem pod sufitem miniaturkę pasikonika zielonego. Larwy są podobne do owadów dorosłych, ale nie mają skrzydeł. A ten miał skrzydła, więc to owad dorosły. Na dodatek wyraźnie widoczne było pokładełko – zatem samica. Niewyrośnięty pasikonik?

Jak szybko w książkach odszukałem to był inny pasikonik (bo z rodziny pasikonikowatych, z długimi czułkami) – nadrzewek długoskrzydły. Żona zapewne przyniosła go z kwiatem doniczkowym z balkonu.

Nadrzewek długoskrzydły (Meconema thalassinum) to niewielki (około 1,5 cm długości, u samic długość pokładełka zbliżona jest do długości odwłoka, więc sumarycznie jest owad jest dłuższy) jasnozielony pasikonik (owady z rzędu prostoskrzydłych – Orthoptera).

Gatunek pospolity więc niby nic nazdwyczajnego. A jednak coś interesującego zawsze się znajdzie. Samce nie „ćwierkają”, bo nie mają aparatów strydulacyjnych. Wabią samice terkocąc, bębniąc odwłokiem o liście. Nie usłyszymy „cykania” a jedynie charakterystyczne warkotanie (uderza odwłokiem o liść, na którym siedzi). Samicom nadrzewka najwyraźniej takie dźwięki bardzo się podobają. Inaczej gatunek nie przetrwałby z braku potomstwa.

W niektórych książkach można spotkać informacje, że gatunek ten (mowa o nadrzewku długoskrzydłym) w Polsce nie występuje. Świat się zmienia i ta informacja stała się już nieaktualna. W Polsce obecnie spotkać go można od lipca do października, głównie na krzewach i drzewach, w lasach liściastych i mieszanych, a także w parkach i ogrodach, preferuje dęby. Spotykany coraz częściej w miastach (czy można mówić o synantropizacji lub synurbizacji?). Prowadzi nocny, nadrzewny tryb życia. Żywi się owadami o miękkich powłokach ciała, zjada więc mszyce. Z tego powodu możemy go uznać za owada pożytecznego. Możliwe, że dorosłego komara także zje. Więc wczorajszego gościa wcale nie wyrzucałam. Jak mu (a w zasadzie jej) się znudzi, to sam wyjdzie przez otwarte okno.

A skoro o dziwnych prostoskrzydłych piszę, to warto wspomnieć także o niezdarce dziewcy (Saga pedo). Nazwa niezwykła. Ale ten największy (do 12 cm) środkowoeuropejski przedstawiciel pasikoników w Polsce jeszcze nie występuje. Z naciskiem na „jeszcze”. Zasiedla tereny stepowe w południowej Europie, spotykany w dolinie Renu w Szwajcarii. Znane są tylko dzieworodne samice. Są oczywiście drapieżne. Mało ruchliwy owad zasłużył na swoją nazwę – niezdarka. A że same dzieworodne samice to i dodatkowe określenie – dziewica. Czy wraz z ocieplaniem się klimatu i ten owad do nas za jakiś czas dotrze?

Modliszka w Olsztynie czyli zaskakujące skutki zmian klimatu

sczachor

Wydawało mi się, że w kwestii przyrody a zwłaszcza owadów nic w Olsztynie mnie nie zaskoczy. Już kilkakrotnie pisałem o obecności gatunków obcych i inwazyjnych oraz o gatunkach rozszerzających swój zasięg występowania na północ. Wędrując po kraju widać wyraźnie, że przyroda się zmienia. Antropogeniczne zmiany środowiska nie jeden wymiar mają. Ale pośród nich jest i ocieplanie się klimatu. Wiele osób twierdzi, że to bzdura, że to spisek ekologów (by wyłudzić pieniądze). Przyroda jednak nie daje się manipulować, jest obiektywnym „sędzią”. Podobno w Polsce pojawiły się szakale (normalnie żyją na Bałkanach), spodziewać się możemy w miastach… dzikich papug. Nie są to skutki jednorazowych anomalii pogodowych tylko są efektem długotrwałych i kierunkowych zmian.

Ale wróćmy do owadów. Na początku sierpnia dostałem nietypowe zdjęcie, wykonane w Lesie Miejskim, na skraju miasta. Stoi tam kilka budynków – kompleks konferencyjny Warmińsko-Mazurskiej Agencji Rozwoju Regionalnego SA w Olsztynie. I 4. sierpnia 2014 r.  pan Piotr Odoj na ścianie budynku spotkał… modliszkę zwyczajną. „Owad miał około 5-6 cm długości tułowia. Zdjęcie marne bo robione telefonem. Okoliczności: kilkudniowa fala upałów, budynek położony w lesie miejskim (był Pan u nas na jakiejś konferencji).”

Do tej pory myślałem, że modliszkę w Olsztynie to można spotkać tylko w sklepie zoologicznym.

Modliszka zwyczajna (Mantis religiosa) to jedyny krajowy i środkowoeuropejski przedstawiciel rodziny modliszkowatych (Mantidae). Na południu Europy występuje kilka innych gatunków modliszek, m.in. modliszka śródziemnomorska, modliszka niepozorna, modliszka mała.

Modliszka zwyczajna to jeden z najbardziej znanych i intrygujących swoim wyglądem i zachowaniem owadów. Na ogół znamy z książek, filmów itd. Zawsze marzyłem, żeby spotkać modliszkę w naturze. Wiedziałem, że muszę udać się na południe (Puszcza Sandomierska czy Lasy Janowskie). Ale zawsze brakowało czasu i sposobności. Nie chciał Mahomet przyjść do góry to góra przyszła do Mahometa…

Swoją łacińską i polska nazwę zawdzięcza ułożeniu odnóży pierwszej pary – niczym modląca się mniszka. Zwłaszcza, że jako owad drapieżny często zastyga w bezruchu, czekając na ofiarę. Niczym zagłębiona w głębokiej modlitwie i kontemplacji. W dawnych książkach spotkać można także nazwy: liściec modliszka, markaczka, modliszka bigotnik. Modliszki znamy z ich drapieżnych zwyczajów oraz faktu zjadania samca po kopulacji (kopulacja trwa długo, czasem kilka godzin). Niezwykły owad, niezwykłe zwyczaje… a teraz okazuje się, że będzie ją można być może spotkać w pobliżu domu. Ubarwienie ciała ma zazwyczaj zielone czasem żółtozielone lub jasnobrązowe. Samce są zazwyczaj mniejsze od samic. Sądząc po wielkości, w Olsztynie na zdjęciu uwieczniono samicę.

Pierwsza para nóg przekształcona jest w charakterystyczny narząd chwytny (podobne odnóża pierwszej pary maja larwy niektórych chruścików, np. z rodzaju Phryganea). Dorosłą modliszkę można ją spotkać od sierpnia do października, kiedy jest dostatecznie ciepło. Samica składa do kilkuset jaj, umieszczonych w charakterystycznym kokonie zwanym ooteką. Zimują jaja, a wczesną wiosną (zazwyczaj w maju) wylęgają się larwy, podobne do owadów doskonałych (ale bez skrzydeł). Larwy też są drapieżne.

Klimat zmienia także sens zapisów w książkach i encyklopediach. Do tej pory można spotkać się z informacją, że modliszka zwyczajna w Polsce występuje tylko w części południowej, na ciepłych i suchych stanowiskach, na śródleśnych łąkach, polanach i brzegach lasów. Typowym siedliskiem są zakrzaczone tereny trawiaste. W Polsce modliszka preferuje mocno nasłonecznione polany i brzegi borów sosnowych, porośnięte wrzosowiskami.

Samice raczej niechętnie latają (w książkach spotkać może informację, że do lotu zdolne są tylko samce – ale sam samiec nie wystarczy, by pojawiła się populacja na nowym terenie). Zatem tym bardziej zastanawia obecność tego owada w Olsztynie (północna Polska). Czy to skutek naturalnej migracji, przypadkowego zawleczenia czy też efekt wypuszczenia z hodowli? Czy przetrwa zimę i czy populacja się utrzyma?

Słyszałem już tegoroczne doniesienia o zauważaniu modliszek w Międzyrzecu (chyba chodziło o Międzyrzec Podlaski, gdzie widuje sie modliszki już od 2011 roku, jak się właśnie dowiedziałem). Nie byłaby to więc odosobniona sytuacja. W każdym razie oczy trzeba mieć szeroko otwarte.

W Polsce modliszka uważana jest za gatunek rzadki i spotykana jest na stanowiskach o szczególnie sprzyjającym mikroklimacie. W regionie śródziemnomorskim występuje licznie na wielu stanowiskach. W Polsce modliszka umieszczona jest w Czerwonej Księdze z kategorią EN (gatunek bardzo wysokiego ryzyka) i jest objęty ścisłą ochroną gatunkową.

Okazuje się, że takie niezwykłości spotkać można nawet w Olsztynie.

Betonowe trawniki czyli skąd się biorą podtopienia w miastach

sczachor

Aura nas nie rozpieszcza. W tym roku często słyszymy o powodziach i podtopieniach w miastach, nawet w Olsztynie. Czy źle zbudowane są systemy kanalizacji, że nie potrafią odebrać spływającej wody? Zbudowane były dla innych sytuacji klimatycznych i urbanistycznych i teraz po prostu są niewydolne. Jednak koszty wymiany i przebudowy byłyby zbyt duże finansowo i społecznie, aby ktokolwiek próbował to zrobić (nie tylko w Polsce). Są prostsze i tańsze rozwiązania.

Po pierwsze w miastach, w tym w Olsztynie, zbyt dużo (niestety coraz więcej) jest powierzchni nieprzepuszczalnych dla wsiąkającej wody. Coraz więcej asfaltu, budynków i betonowych chodników. W rezultacie prawie cała woda deszczowa, która spadnie to spływa po ulicach. Prawie nic nie wsiąka. Na domiar złego w Olsztynie robimy trawniki z polbruku (czytaj na ten temat), systematycznie pogarszając sytuację hydrologiczną. Krótkowzrocznością planistyczną i ignorancją sami sobie systematycznie pogarszamy sytuację.

Żeby uchronić się przed zalewaniem ulic i podtopieniami trzeba zwiększyć liczbę powierzchni, przez które woda wsiąka do gruntu. Wtedy systemy kanalizacji burzowej dostają mniej wody (nie cały deszcz, który spadnie) i spływa ona wolniej i bardziej równomiernie.

Zatem sensownym rozwiązaniem są przede wszystkim trawniki. Na załączonym wyżej zdjęciu widać niepotrzebnie zabetonowaną przestrzeń między jezdniami. Dla ozdoby zawieszono skrzynki z kwiatami. Jest ładniej, ale trzeba podlewać - to też są koszty. Trawnik lub kwiaty wysadzone do gruntu wymagałyby mniejszego podlewania (jeśli w ogóle) i byłyby tańsze w utrzymaniu. Parkingi powinny być budowane z ażurowej kratki (tak jak w Elblągu przed starówką, zdjęcie na dole).

Kraje rozwinięte wprowadzają jeszcze dodatkowe sposoby spowalniania spływu powierzchniowego i w ten sposób chronią się przed podeszczowymi podtopieniami. Są to na przykład zielone dachy... czyli trawniki zakładane na dachach. Część wody jest przechwycona przez roślinność a dodatkowo spowalnia się odpływ deszczówki - w rezultacie opady spływają do systemu kanalizacji w wydłużonym czasie. Tam gdzie można, tworzy się powierzchnie przepuszczalne dla wody, np. ze żwiru. Rynny z dachów odprowadzają wodę bezpośrednio do gruntu (częściowo). Buduje się nawet podziemne zbiorniki na deszczówkę. Każde zagłębienie, nawet na trawniku, ma za zadanie przejmowanie wody i stanowi mini zbiorniczek retencyjny. Po pierwsze im dłużej woda zalega tym więcej jej wsiąka w grunt. Po drugie opóźniany jest spływ wody deszczowej.

Za intensywniejsze opady atmosferyczne w dużym stopniu odpowiedzialne jest globalne ocieplenie klimatu. Działalność człowieka ma na to duży wpływ. Jest więcej burz i opadów w krótszych odcinkach czasowych. Działania globalne, takie jak różnego rodzaju pakiety klimatyczne, poza długim okresem negocjacji (i wrażliwość na populizm) i tak zadziałają dopiero po wielu latach. Tak jak rozpędzonego pociągu nie da się zatrzymać od razu (średnia droga hamowania ponad 1 km), tak nie da się szybko zniwelować skutków antropogenicznych zmian klimatu.

Na pewno jednak mamy wpływ na małą architekturę, na nie betonowanie trawników i na zwiększanie powierzchni wsiąkliwych dla wody. Nie wiem dlaczego przy nowych inwestycjach tak dużo trawników zamienia się w betonowe pustynie. Czy ma to niby zmniejszyć koszty utrzymania, np. poprzez nie koszenie? Ale ta pseudo oszczędność przynosi straty znacznie większe w postaci zalanych samochodów, podtopień i utrudnień w komunikacji. Nawet niezbyt intensywny deszcz padający w Olsztynie przyniósł, wiele zalanych ulic (zobacz więcej).

Głupi i chytry dwa razy traci. Ile jeszcze trzeba stukania w klawiaturę by od dawna i powszechnie znane zależności ekologiczne i hydrologiczne terenów zurbanizowanych dotarły do decydenckich głów w Olsztynie?


© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci