Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : klimat

O modliszce, co sesję zdjęciową w telewizji miała

sczachor

 23550202_10213194747016623_1885009330140447778_oOcieplenie klimatu sprzyja niektórym gatunkom. Przykładem jest modliszka, która od kilku lat coraz częściej jest widywana daleko na północ od swoich dawnych siedlisk. Nieodmiennie wzbudza zainteresowanie. Raz, że spotkanie nietypowe, dwa że owad piękny i niezwykły sam w sobie.W tym roku dostałem kilka informacji o spotkaniach z modliszką w północnej Polsce. Ale te zdjęcia są niezwykłej urody. Modliszka pozowała i... trafiła do telewizji. Gwiazda, jak nic.

Taki list dzisiaj dostałem:

Panie Profesorze

Przesyłam Panu zdjęcia (zatrzymane w kadrze) królowej owadów Modliszki, wykonane w dniu 1.10.2016 w Białymstoku przy ul. Kaszmirowej 23 przez moich znajomych. Zdjęcia zostały wykonane w przydomowym ogrodzie i były publikowane w TV.

Z poważaniem Jerzy Romańczuk

P.S. Życzę dalszej popularyzacji wiedzy przyrodniczej.

Modliszka pod Ełkiem

sczachor

modliszka

"Szanowny Panie Profesorze! Przeglądając informacje o modliszkach, natrafiłem na Pana artykuł, mówiący min. o tym,że modliszka na północy Polski to rzadkość. Pozwoliłem sobie, przesłać Panu, jedno ze zdjęć, zrobionych dziś tj. 10 09 2017 r niedaleko Ełku nad jeziorem Selment Duży. Mam nadzieję, że przyda się w pracy naukowej. Z wyrazami szacunku Jerzy Owsianka."

Jakkolwiek do pracy naukowej mi się nie przyda, bo zajmuję się nieco inna grupą owadów, to do popularyzacji wiedzy na pewno. A umieszczone dane dokumentacyjne z pewnością wykorzystają inni specjaliści. Zatem z całą pewnością się przyda. Dziękuję i pozdrawiam.

Zmiany klimatu uwidaczniają się nie tylko w katastrofalnych zjawiskach pogodowych ale i w zmianie zasięgu występowania gatunków. Modliszka jest gatunkiem południowym i ciepłolubnym. Wcześniej jej tu nie było, teraz cieszy oko przyrodników. Niezwykłe owady można oglądać na spacerze a nie tylko w książkach czy filmach przyrodniczych. 

Miejcie oczy szeroko otwarte, przyroda się zmienia. Nieustannie. Warto te zmiany dokumentować i opisywać. To na podstawie tych danych można będzie wyciągać wnioski co do zmian i zjawisk bardziej ogólnych. Nauka to przede wszystkim praca zespołowa. A w dobie trzeciej rewolucji technologicznej uczymy się nowych, szybszych form komunikacji. 

 Czytaj także:

O imigrantach... bo zostałem wywołany do tablicy

sczachor

oimigrantachRzeczywistość wokół nas jest wielowymiarową całością. Wbrew moim pierwotnym założeniom nie da się pisać tego bloga tylko o nauce i problemach życia uniwersyteckiego. W wielu problemach ludzie (także za pośrednictwem dziennikarzy) zwracają się w stronę uniwersytetów i do naukowców, z najróżniejszymi pytaniami, czasem odbiegającymi od zawodowych kompetencji. I trudno nie odpowiadać, trudno unikać jasnych deklaracji czy dzielenia się przemyśleniami. Byleby nie mylić kompetencji.

Dwa dni temu zadzwoniła pani redaktor z Gazety Olsztyńskiej i zapytała czy jesteśmy przygotowani na przyjęcie imigrantów. Dzisiaj się ukazało w formie jednozdaniowej sondy, z podpisem „prof. UWM.” Na początek warto wyjaśnić cóż to znaczy. Ani w mojej intencji, ani zapewne ze strony redakcji, ten skrót „prof.” nie odnosi się do kompetencji. Jest to tylko uzupełnienie nazwiska w celu zwiększenie rozpoznawalności osoby. I nic więcej.

Jestem biologiem, ekologiem. W tej dyscyplinie zdobywałem stopnie naukowe i tylko w tym obszarze umieszczony przed nazwiskiem „dr hab.” informuje o kompetencjach. W niczym więcej. Zatem o emigrantach wypowiadam się jako przeciętny człowiek (a nie jako naukowiec). Jest to wypowiedź osobista bez poparcia autorytetem dogłębnych badań naukowych. W tym sensie nie różni się od każdej innej ulicznej sondy.

Po tym przydługim wstępie pozwolę sobie rozwinąć i bardziej uzasadnić moją „gazetową”, lakoniczną wypowiedź (tak jak mówiłem przez telefon, a pani redaktor musiała samodzielnie skrócić do jednego, syntetycznego zdania). Nie jesteśmy przygotowani na imigrantów, bo jest to zjawisko w tej skali dla nas, Polaków, zupełnie nowe (nie mamy doświadczeń z przeszłości i jeszcze mentalnie nie przywykliśmy do tego, że jesteśmy bogaci i to do nas zwracają się z próbą o wsparcie a nie odwrotnie). Na nowe zjawiska i procesy nigdy nie jesteśmy przygotowani w pełni. Można prognozować, planować i przygotowywać się, ale jeśli coś pojawia się pierwszy raz to wcześniejsze wyobrażanie i przygotowania nie zawsze są trafne.

Nie jesteśmy przygotowani kulturowo, organizacyjnie i materialnie. Bo przegapiliśmy. Przecież problem narastał od lat i można było przewidzieć (ale myśleliśmy, że nie do nas imigranci zawitają i że solidarność wobec Greków czy Włochów… nie dotyczy nas…). Ale jako społeczeństwo wolimy odkładać na później, bo jakoś to będzie. O skali nieprzygotowania kulturowego przekonać się można po temperaturze dyskusji, czasem wręcz histerycznych i katastroficznych. "Kiedy nie panujesz nad rzeczywistością, zaczynasz krzyczeć. Obrażasz, potępiasz. To przejaw nie siły, lecz słabości." Kiedy nie rozumiemy rzeczywistości chętnie przyklaskujemy nawet najdziwniejszym teoriom spiskowym, bo jedna prosta zasada tłumacząca całą zagmatwaną rzeczywistość. Rzetelna wiedza o świecie jest więc najlepszym przygotowaniem na wszelkie zaskakujące sytuacje. Jest jak dobra mapa – nawet gdy zmienimy trasę marszu, lub się zagubimy, to dzięki dobremu odwzorowaniu szybko możemy odleźć drogę i podjąć sensowne działania (jeśli mapa jest zła i z błędami, to i tak wylądujemy na manowcach). Na nieprzewidywalną przyszłość najlepszym zabezpieczeniem jest dobra wiedza o świecie i rozumienie zachodzących zjawisk. Oraz umiejętność podejmowania kreatywnych działań i odwaga podejmowania decyzji. Podobnie z etyką (moralnością) - jeśli do wzoru podstawić nowe liczby, to i tak działa.

Nie jesteśmy przygotowani ale musimy działać natychmiast. Tak jak z deszczem, gdy zacznie padać. Nie ważne jest czy mamy parasol czy nie, musimy coś zrobić. Deszcz nie poczeka aż się namyślimy. W tym sensie jesteśmy już przygotowani na przyjęcie imigrantów. Wszystko co potrzeba mamy w zasięgu ręki. Potrzebne są działania doraźne jak i długofalowe, przemyślane na kilkadziesiąt lat do przodu. Potrzeba nam kreatywnych i niestandardowych działań. Zarówno w sferze kultury, organizacji jak i etyki. I umiejętność podejmowania szybkich decyzji. A raczej odwaga, bo przecież w niestandardowych działaniach zawsze można popełnić jakieś błędy… Błędy można poprawiać a zmarnowanego czasu się nie cofnie (nie ma maszyny do podróży w czasie).

Prawdziwe złoto hartuje się w ogniu. Dzięki tej trudnej sytuacji możemy zobaczyć jacy na prawdę jesteśmy. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Odnoszę to do spraw czystko polskich jak i europejskich. A na koniec ogólnoludzkich. Bo problem z imigrantami to także solidarność (lub pozostawienie samych sobie) z Grecją czy Włochami. Czujemy się Europejczykami czy nie?

Żyjemy na jednej planecie i nie da się jak na wakacjach „zarezerwować” (czytaj bezprawnie zawłaszczyć) parawanem kawałka nadmorskiej plaży. Obecne problemy z imigrantami są pokłosiem wojen, toczących się w innych niż Europa zakątkach świata (może powinniśmy tam dużo wcześniej interweniować, nawet wysyłając wojsko i ryzykując życie?). Żyjemy w globalnym świecie i gdziekolwiek źle się dzieje, to i tak do nas w tej czy innej postaci dojdzie. A może być dużo gorzej, bo jeśli wraz z ocieplaniem się klimatu podniesie się poziom oceanów to zalane zostaną najludniejsze tereny Ziemi. I wtedy znacznie większa fala uchodźców dotrze także i do nas. I niczym ich nie zatrzymamy, ani drutami, ani murami, ani czołgami. Dlatego już dziś warto myśleć o ograniczeniach z emisją dwutlenku węgla i nakładać na siebie, solidarnie z innymi, zobowiązania i samoograniczenia.

Mamy wpływ na to, co się dzieje na Ziemi. I chcemy czy nie musimy być za wspólne losy odpowiedzialni. Czy to w Europie czy na całym świecie. Wymaga to wiedzy (o tym jak funkcjonuje świat) jak i woli współpracy (z innymi, a nie tylko ze sobą). Nie odizolujemy się od reszty parawanem tak jak nad Bałtykiem w kurortach….

Podsumowując: choć nie jesteśmy przygotowani to już od zaraz musimy działać. Wszystko to, czego nam potrzeba do działania, już mamy. Teraz pora na szybkie decyzje w ciągle zmieniających się warunkach zewnętrznych. By działać na początek doraźnie, a potem długofalowo i z myśleniem o zaradzeniu przyczynom a nie tylko skutkom. W tych kłopotliwych dla nas sytuacjami, jako Polacy, mamy szansę zobaczyć siebie w działaniu. Jacy na prawdę jesteśmy. A jeśli odbiega to on naszych wyobrażeń i nas samych, to niech będzie to dla nas wyzwaniem do pracy nad sobą samym.

O gliniarzu naściennym co zasłon się czepia i do laptopów zagląda

sczachor

kokonyNie wchodzi się dwa razy to tej samej wody w rzece. Najdobitniej widać to po przyrodzie, która się nieustannie zmienia. Zmienia się za sprawą procesów naturalnych jak i oddziaływania człowieka, w tym antropogenicznego ocieplenie klimatu. Patrzymy na krajową przyrodę, ale widzimy coś innego niż nasi ojcowie czy dziadkowie. A nawet my sami z młodości. Niby to samo, ale w szczegółach to zupełnie inaczej. Jedne gatunki znikają, pojawiają się inne, czasem z daleka.

Zmieniliśmy sposób budowy domów, co zaskutkowało brakiem siedlisk do gniazdowania dla wielu gatunków, w tym dzikich, samotnych pszczół (dlatego budujemy hotele dla pszczół). Nie mamy dachów ze słomy i trzciny, nie mamy lepianek – a w konsekwencji i owadów tam zazwyczaj mieszkających. Za kominem nie cyka świerszcz (chyba że w pokojowym insektarium), nie kołacze kołatek w starych belkach.

W przyrodzie nie ma pustki. Pojawiają się zupełnie nowi lokatorzy. Przykładem jest gliniarz naścienny. Gliniarz jest osą z  rodziny grzebaczowatych (Sphecidae) o wdzięcznej nazwie naukowej Sceliphron destillatorum. Nie potrzebuje glinianej ściany, próchniejących desek czy szpar w oknach. Swoje lęgowe, gliniane dzbanuszki umieszcza w przedziwnych miejscach: a to na zasłonce, a to na torbie do laptopa. A i tam go wyśledzą i z przerażenia nowym, nieznanym mieszkance – wyrzucą.

Gliniarza od jakiegoś czasu obserwujemy w Polsce. A że jego konstrukcje są dla nas nowe, to i wzbudza dużą sensację. Nowego i nieznanego się boimy. Gliniarz jest gatunkiem południowym, wywodzący się ze środkowej, zachodniej i południowo-zachodniej Azji. Obecnie obserwowany jest w Afryce a także w Europie w rejonie śródziemnomorskim. Rzeczonego gliniarza spotkać go można w pobliżu ludzkich zabudowań, a dorosłe osy często widywane są na kwiatach z rodziny baldaszkowatych. Szukają tam zapewne swoich ofiar. Samica lepi gliniane gniazda w postaci pojedynczych, dzbanuszkowanych komórek z gliny. Po złożeniu jaja, do tak przygotowanego dzbanuszka samica znosi pająki i owady, sparaliżowane jadem (zazwyczaj pająki). Osa swoje ofiary żądli ale nie zabija, tylko paraliżuje. W ten sposób zapewnia świerszczy pokarm dla larw i to bez lodówki. U sparaliżowanego pająka cały czas działa system odpornościowy, organizm żyje, tkanki są ciągle "świeże". Analogicznie postępowali kiedyś ludzie, w epoce przedlodówkowej. Oczywiście nie chodzi o pająki i o żądlenie.

Nazwę opisywana osa wzięła od komórek wykonanych z gliny (gliniarz) i przytwierdzanych w różnych miejscach (naścienny), w tym na ścianach. Ale gliniane dzbanuszki przylepie nie tylko na ścianach ale i na lampkach nocnych, zasłonach, torbach do laptopów. W Polsce gliniarz naścienny zaobserwowany był po raz pierwszy w 1968 r. w Czesławicach k. Lublina (południowa Polska). Potem widziano go w Bieszczadach i w Beskidzie Niskim, w Ojcowskim Parku Narodowym i Krakowie, Chęcinach koło Kielc, w Hecznarowicach (woj., śląskie), pod Krakowem. W 2014 r. wyrywkowe informacje dotyczą obecności gliniarza na Śląsku, w Chorzowie, w Mielcu, w Kielcach, w Lubelskiem i w Brodnicy (to już blisko Warmii i Mazur!). Najprawdopodobniej jego ekspansja wiąże się z ocieplaniem klimatu.

Wcześniej pisałem już o gliniarzu:

Po publikacjach na moim blogu, co jakiś czas docierają do mnie nowe informacje o obecności tego gatunku w Polsce. Ostatnio z Częstochowy i Wrocławia

„Mama wczoraj znalazła u siebie kokony na zasłonce (w załączniku wysyłam zdjęcie). Czy to są kokony gliniarza naściennego? Mieszkamy w Częstochowie. Pozdrawiam serdecznie i bardzo proszę o odpowiedź, Sandra Plaga”

„Od kilku dni słyszałam ciągłe brzęczenie na szafie. Trochę się bałam zaglądać bo czasem wpada jakiś zbłąkany szerszeń (myślałam, że nie może się wydostać i zdechnie). Wczoraj ściągałam torbę od laptopa i zdziwiło mnie to co ujrzałam. Zrobiłam zdjęcia i pozbyłam się owadów. Nie wiedziałam co to jest, ale znalazłam Pana artykuł. Latającego gliniarza jeszcze nie widziałam być może nie zwróciłam uwagi. Larwy były tylko w 2 kokonach. Trzeci kokon był zamknięty ale po rozłupaniu nie było w nim larwy. W załączeniu przesyłam zdjęcia. Małgorzata Lewczuk"

Klimat się ociepla, może i do nas – na Warmię i Mazury - gliniarz naścienny zawędruje. Miejsce oczy szeroko otwarte. I nie panikujcie – bać się mogą jedynie pająki.

Zdjęcia: Sandra Plaga i Małgorzata Lewczuk

 

Nosema ceranae czyli jak o tym, jak choroba może być dobrodziejstwem

sczachor

pszczolanaoscieZjawiska w przyrodzie są najczęściej bardzo złożone: wiele czynników wpływa na efekt i jeden czynnik wpływa na wiele efektów. Z problemem tym od dawna boryka się ekologia (stąd w języku tej dyscypliny swoisty relatywizm i odwoływanie się do kontekstu), a od niedawna także i biologia molekularna. Zauważono bowiem, że wiele elementów oddziałuje na siebie jednocześnie. W badaniach zazwyczaj upraszcza się zadanie i analizuje zazwyczaj jeden (kilka) czynników, zaznaczając, że zjawisko tłumaczone jest danym oddziaływaniem w iluś tam procentach. Ale już w komentarzach, zwłaszcza tym popularnych, upraszcza się przekaz i można odnieść wrażenie, że jeden czynnik decyduje o danym zjawisku. Tyle tytułem wstępu.

Pszczoły są ważne jako zapylacze. W ostatnich latach obserwuje się dużą śmiertelnością pszczoły miodnej co budzi uzasadnione obawy (70 % roślin, które zjadamy jest owadopylna). Wiele różnych zespołów badawczych poszukuje przyczyn ginięcia pszczół (chodzi o pszczołę miodną). Ale w domyśle martwimy się i o inne zapylacze dziko żyjące. Zespoły badawcze podają różne przyczyny, ale to nie znaczy, że naukowcy się różnią. Nie ma sprzeczności między tymi badaniami, bo dotyczą różnych aspektów. I warroza, i neonikotyniany i być może jeszcze inne czynniki. Działają one synergistycznie (czasem antagonistycznie).

Jeśli dobrze pamiętam (ale mogę się mylić) to hiszpański lub brytyjski zespół badawczy odkrył czynnik odpowiedzialny za masowe ginięcie pszczoły miodnej (oczywiście nie znaczy że neonikotyniany nie są odpowiedzialne za śmiertelność pszczół). Jest nim pasożytniczy jednokomórkowiec Nosema ceranae . Żyje w przewodzie pokarmowym pszczół. Wywołuje chorobę zwana jako nosemoza Choroba ta jest zakaźna i dlatego szybko się rozprzestrzenia. Pasożyt został po raz pierwszy opisany w 1996 r., a w roku 2004 w Hiszpanii został uznany za chorobotwórczy. Powiązano go z czynnikiem wywołującym masowe ginięcie pszczół, ostatnio opisywane za oceanem. Pszczoły mogą umierać (bo dawnym zwyczajem o pszczołach mówi się, że umierają, w przeciwieństwie do innych zwierząt, które zdychają) już po ośmiu dniach po zarażeniu (kontakcie z tym jednokomórkowym pasożytem).

Nosemoza jako choroba pszczół znana jest od dawna, gdyż wywołuje je innym jednokomórkowiec Nosema apis. Ale Nosema ceranae powoduje szybszą śmierć i jest bardziej zjadliwym pasożytem. Krewniak, bo ten sam rodzaj, ale bardziej dla pszczoły niebezpieczny. Choroba jest najgroźniejsza dla robotnic i trutni. Po opuszczeniu kolonii chore pszczoły nie powracają do ula i umierają w znacznej odległości od niego. Pszczelarze więc obserwują znikanie całych rojów, jakby pszczoły poleciały na łąkę i nie potrafiły odnaleźć drogi powrotnej.  Nosema ceranae występujący powszechnie w basenie Morza Śródziemnego ale zagraża już pszczołom w północnej Europy. Przyczyniają się do tego sprzyjające warunki klimatyczne (jeszcze jedne negatywny skutek zmian klimatu, a w zasadzie ocielenia). Jego zjadliwość i pochodzenie wskazuje, że zupełnie niedawno zaatakował pszczołę miodną. Najpewniej pochodzi od innego gatunku owadów i na pszczołę przerzucił się w ostatnich latach.

Nosema apis należy do sporowców (mikrosporydia), pasożytujących w jelicie cienkim pszczół. Występuje przede wszystkim na obszarach intensywnej hodowli pszczół. Zarażenie tym pasożytem następuje po zjedzeniu spor przez pszczołę. W świetle jelita cienkiego następuje uwolnienie amebuli (formy inwazyjnej) z cysty, a następnie atak na komórki nabłonka jelita. Nowe cysty, po procesie rozmnażania (w w zasadzie pomnażania) wydostają się na zewnątrz wraz z kałem. Nosemoza uwidacznia się zwykle wiosną, sprzyja jej podniesienie temperatury w ulu oraz niedobór białka. Rozprzestrzenia się drogą pokarmową i ma najczęściej przebieg utajony. Może też przebiegać z objawami biegunki, zaparcia lub napuchnięcia odwłoka (a co pszczoły tez mają takie problemy), co może prowadzić do masowego umierania pszczół (wtedy zazwyczaj prowadzi to do śmierci całej rodziny).

Mikrosporidia jak się okazałó dość często towarzyszą owadom. Występują także u inwazyjnej biedronki azjatyckiej (czytaj O gruźlicy, malarii i inwazji krwiożerczych ninja na moim balkonie). Naukowcy z Niemiec odkryli, że hemolimfa biedronki azjatyckiej jest toksyczna dla innych biedronek. A sprawcą jest swoista broń biologiczna, bowiem w hemolimfie stwierdzono pasożytnicze mikrosporydia (występują w jajach i larwach biedronek azjatyckich, ale dla swoich gospodarzy są niegroźne). Inne biedronki nie są jednak na te mikrosporidia uodpornione i zjadając jaja biedronek ninja po prostu giną. Kontakt z nowym patogenem jest śmiertelny, tak jak w przypadku pszczoły miodnej i Nosema ceranae. Tak oto sami korzystaliśmy z biedronek jako broni biologicznej przeciwko mszycom a okazuje się, że i biedronki stosują swoją własna broń biologiczną przeciw konkurentom pokarmowym. Ciekawe jest tylko czy biedronki azjatyckie swoją broń biologiczna przywiozły ze swojej azjatyckiej ojczyzny czy też zdobyły gdzież w trakcie przemieszczeń po całym świecie. To drugie tłumaczyłoby fakt przybycia ninja do Polski z zachodu a nie z Ukrainy czy Białorusi, gdzie miałyby krótsza drogę (ale może były bez broni biologicznej).

Tak więc te same organizmy są bardzo chorobotwórcze, mniej chorobotwórcze lub wręcz korzystne. Taka to dziwna jest przyroda. Mikrosporydia to grupa eukariotów o niejasnej pozycji filogenetycznej. Są wyspecjalizowanymi organizmami jednokomórkowymi. Nie mają mitochondriów i peroksysomów, ich rRNA ma pewne cechy prokariotyczne (dlatego stanowią trudność dla systematyków i taksonomów) a ich genomy są najmniejsze spośród wszystkich eukariotów i wielkością odpowiadają genomom bakterii (bakterie to prokarionty). Mniejsza o te zawiłości niezwykle ciekawe dla biologa, ważne że mikrosporidia są obligatoryjnymi wewnątrzkomórkowymi pasożytami innych eukariotów. Infekują żywiciela wbijając w niego specjalną rurkę, przez którą dostają się do wnętrza komórki. Są częstymi pasożytami owadów.

To co obserwują ekolodzy w ekosystem to to, że długotrwałe oddziaływanie powoduje eliminowanie zjadliwości pasożyta. Własnie dlatego nowe transfery i nowe kontakty pasożyt-żywiciel zaczynają się bardzo zjadliwie i dramatycznie. Im starsze ekosystemy, tym więcej związków typy mutualizm czy symbioza, mniej zjadliwych pasożytów. Z czasem (w ewolucyjnym kontekście) nawet pasożyty tracą swoją zjadliwość. To naturalne, bowiem te, które nie tracą zjadliwości po prostu giną… śmierć żywiciela jest śmiercią i dla nich. A zawsze się znajdzie jakiś żywiciel wolny od pasożyta, który odbuduje populację. Ale już bez tego pasożyta. W przyrodzenie nie opłaca się być zbyt pazernym i zbyt mocno eksploatować żywicielską populację. Może z tego wysnuć analogię, że w miarę dogrywania się układu więcej jest miłości i współpracy niż zjadliwej wrogości. Nawet jeśli na początku było mocno krwawo.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci