Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : kultura

Statystyka, krew do macy i ruchy antynaukowe

sczachor

macaW życiu codziennym, ale także i w nauce, nastawieni jesteśmy na sukcesy. Pokazujemy głównie to, co się udało, zapominając o niepowodzeniach. Tymczasem to, co zakryte, owe niepowodzenia, są niezwykle ważne by w pełni zrozumieć to, co widać. Czyli nasze sukcesy.

Statystyka pozwala zobaczyć to, czego gołym okiem nie widać. Wyławia z wielości to, co jest najistotniejsze. Ale jednocześnie ze statystyką jest jak z dziewczyną w bikini: niby cała rozebrana, ale i tak to, co najważniejsze jest zakryte. Obok wykres z artykułu, jeden z kilku tam zamieszczonych. Dotyczy opinii Polaków. Trudno jest je badać, bo można to robić za pomocą ankiet. Ale czy odpowiadający rozumie pytanie i czy odpowiada tak, jak myśli czy raczej tak, jak chciałby być widziany/odbierany/oceniany? To już zmartwienie naukowców jak poznać, to co nie jest na zewnątrz widoczne. Zazwyczaj jednak wykonujemy wiele różnych analiz statystycznych a pokazujemy w publikacji jedynie te, które "nam wyszły". Tych "odrzuconych" nie upubliczniamy (nauka opiera się na wielu porażkach, pomysłach, błędach).

Według wyżej prezentowanych danych jakiś odsetek ludzi ankietowanych w Polsce uważa, że dawniej Żydzi porywali dzieci chrześcijan, by po zamordowaniu pobrać krew, potrzebną do macy. Sam w dzieciństwie coś takiego słyszałem na podwórku, obok innych legend miejskich o czarnej wołdze itd. To, że jest jakiś odsetek ludzi wierzących (ekscytujących się) w takie fantasmagorie to nic dziwnego. Wszak są i zwolennicy płaskiej Ziemi, spisku reptilian, ilumiatów i wielu innych. Lubimy sensacje i ekscytujące plotki, nawet jeśli do końca w ich prawdziwość nie wierzymy. Pochodzą z czasów, gdy nie było telewizji i licznych książek (horrorów, sensacji itd.). I można by przejść do porządku dziennego, wzruszyć ramionami. Ale jest coś niepokojącego. Po pierwsze odsetek takich osób oraz to, że liczba wierzących w takie fake newsy w ostatnich kilku latach znacząco wzrosła (tak wynikałoby z załączonego wykresu). Czy dzieje się coś niedobrego? Jak interpretować te dane? I tym pytaniem dochodzimy do porównania z dziewczyną w bikini. Czego nie widać? Po pierwsze czy takie dane są wiarygodne i reprezentatywne. Na jakiej próbie przeprowadzono badania, jakimi metodami i jak wyciągano wnioski. Pozwoliłoby to wyciągnąć konstatacje czy i jak zebrane dane można interpretować i jak uogólniać.

Przyjmijmy, że te dane są wiarygodne i reprezentatywne. Cóż one znaczą? Możliwości interpretacji takich wycinkowych danych jest wiele. Ja pomyślałem o dwóch (co wcale nie zamyka możliwości formułowania innych hipotez). Po pierwsze wskazywałoby to na wzrost nastrojów antysemickich. Bo komuś, kogo nie lubimy, łatwiej przypiszemy złe cechy, nawet jeśli są fantastyczne. Człowiek myśli emocjami i to one zniekształcają obserwowaną rzeczywistość. Dlatego w nauce metodologia zmierza do tego, by wyeliminować emocje i aby wyniki badań i obserwacji było jak najbardziej obiektywne (temu służy min, powtarzalność wyników i eksperymentów).

Ale wróćmy do domniemanego wzrostu antysemityzmu w ostatnich latach w Polsce. Skąd miałby się brać, skoro Żydów praktycznie u nas nie ma? Pozostałość nastrojów i stereotypów sprzed 70-80 lat? Zatem hipoteza ta wymagałaby dodatkowego sprawdzenia – szukania innych „objawów” stanu ducha społecznego.

Druga hipoteza jest inna. Być może jest to ogólna tendencja wzrostu popularności ruchów antynaukowych (antyszczepionkowych, negujących antropogeniczne ocieplenie klimatu, antyewolucyjnych itd.). Zatem nie chodziłoby tylko o niechęć do Żydów (w sumie kultury żydowskiej nie znamy, jest dla nas obca, niezrozumiała) ale skłonność do uznawania za prawdziwe najróżniejszych koncepcji „magicznych”, fantastycznych i spiskowych. Ale i tę hipotezę należałoby sprawdzić (zweryfikować) innymi ankietami, eksperymentami itd. To nie są jedyne hipotezy, jakie można sformułować na podstawie załączonych danych statystycznych.

Z interpretacjami danych statystycznych trzeba być ostrożnym. Bo niby wszystko widać, ale przecież to co najważniejsze i tak jest zakryte. Po pierwsze zakryta jest teoria (paradygmat). Czyli całościowy zestaw faktów, koncepcji, hipotez, modelów. To w odniesieniu do tej całości odnosimy fragmentaryczne dane. I wydaje się nam, że pasują lub nie: tak jak pojedyncze puzzle w układance. Po drugie trzeba mieć więcej danych i to z różnych źródeł. Żeby odróżnić przypadkową zbieżność danych od rzeczywistej prawidłowości.

Nie wiem więc dokładnie jakie pewne i wiarygodne wnioski można wyciągnąć z wyrywkowych i pojedynczych danych statystycznych. Dodawanie krwi ludzkiej do macy… wydaje się niezwykle mało prawdopodobne (nie pasuje do paradygmatu). Przynajmniej nie w czasach nowożytnych. Etnografowie być może mogą wyjaśnić pochodzenie i uwarunkowania takiego mitu. Z kolei socjologowie mogą być może wyjaśnić utrzymywanie się takiego mniemania. A mnie niepokoi duży odsetek ludzi (blisko 25 %!), skłonnych dać wiarę w takie dziwactwa w wieku XXI ! W sumie groźne jest to ze społecznego punktu widzenia. W pewnych sprzyjających warunkach takie stereotypy przestają być ciekawostka socjologiczną czy etnograficzną i przekształcają się prześladowania, chuligańskie ekscesy czy nawet pogromy. Jest tak jak z organizmem - póki silny i zdrowy nic złego się nie dzieje ale kiedy wycieńczony i osłabiony wtedy nawet niegroźne bakterie czy wirusy mogą doprowadzić do ciężkiej choroby a nawet śmierci.

 

źródło ilustracji: https://oko.press/zydzi-porywali-dzieci-mace-polacy-coraz-czesciej-uwazaja-wstrzasajace-liczby/?fb_comment_id=1859790604096006_1860721390669594#f3882c3aedc0c6

Ps.1. A czy ktoś może wiem skąd się wziął ten zabobon o porywaniu dzieci i dodawaniu krwi do macy?

P.s. 2.Czy we współczesnych cukierniach też dodają syntetycznej „krwi” identycznej z naturalną (tu mała ironiczna aluzja do różnych syntetycznych dodatków do żywności, barwników, aromatów itd.)

W Polsce wszyscy jesteśmy imigrantami

sczachor

IMG_20180209_172437Skończyłem właśnie czytać „Wielką historię Polski. Tom 1. Najdawniejsze dzieje ziem polskich(do VII w). Dzieje Polski piastowskiej (VIII w. 1370)” Piotra Kaczanowskiego, Janusza Krzysztofa Kozłowskiego i Jerzego Wyrozumskiego, wydaną przez Świat Książki w 2003. Kupiłem kiedyś i stała na półce. Czekała. Napisana przez humanistów ale bez błędów w nazwach gatunkowych (Homo sapiens, Homo ececrus itd. pisane właściwie). Czyli można. I to lektura tej książki skłoniła mnie do refleksji migracyjnych. Opowieść historyczna zaczyna się od ewolucji człowieka i antropogenezy (nie licząc wyjaśnienia czym jest prehistoria, protohistoria i archeologia). Z oczywistych względów autorzy nie wspominają o Denisowianach (bo wtedy, gdy książka powstawała, jeszcze o ich istnieniu nauka nie wiedziała). Człowiek to istota bardzo wędrowna. Zaczęło się od człowieka wyprostowanego (Homo erectus). Żył na Ziemi znacznie dłużej od nas, a z Afryki do Europy dotarł już ponad milion lat temu. To był pierwszy człowiek (bo rodzaj Homo) Europy i terenów, obecnie zajmowanych przez Polskę. Homo erectus zamieszkiwał Europę dłużej niż my, z Neandertalczykiem włącznie. W każdym razie Homo erectus też by l imigrantem (afrykańskim).

Potem w Europie pojawił się Homo heidelbergensis, też przywędrował z Afryki. Ale już Neandertalczyk (Homo neanderthalensis) najpewniej powstał w Europie (właśnie z Homo heidelbergensis). Można więc powiedzieć, że jest w pełni pierwszym 100% Europejczykiem. Najbardziej tutejszy. W Afryce potomkiem Homo heidelbergensis był człowiek myślący (Homo sapiens). Jakkolwiek na Bliskim Wschodzie pojawił się w swojej migracji już jakieś 150-120 tys. lat temu, to w Europie pojawił sięokoło 40 tysięcy lat temu. Od miejsca znalezienia tych pierwszym ludzi współczesnych nazywamy Kromaniończykami. Bez wątpienia byli imigrantami. I zastali w Europie Neandertalczyka. Te dwa gatunki żyły razem może i kilka tysięcy lat. Sadząc po genach musiały się krzyżować. I tak Europejczycy mają w swoim genomie jakieś 2-4% genów po Neandertalczykach – pierwszych Europejczykach z ewolucyjnej krwi i kości .

Wędrowny Homo sapiens zasiedlił wszystkie dostępne kontynenty. Dotarł dalej niż Homo ecetrus. Mało wiemy co się działo z człowiekiem w Europie przez kilkadziesiąt tysięcy lat. Na pewno też się populacje przemieszczały i migrowały. Niedawno Brytyjczycy zrekonstruowali pierwszego (znalezionego) mieszkańca Wysp Brytyjskich. Dzięki badaniom DNA odtworzyli nie tylko jego wygląd fizyczny ale także kolor oczu, skóry i włosów. Jeśli interpretacja genów jest poprawna to ów pierwszy Brytyjczyk był ciemnoskóry, miał niebieskie oczy i ciemne, kręcone włosy. Podobni ludzie zamieszkiwali wtedy całą Europę. To dopiero późniejsza migracja ludności rolniczej z Bliskiego Wschodu przyniosła… znacznie jaśniejszy, jasny kolor skóry.

Od rewolucji neolitycznej i powstania osiadłych społeczności łatwiej było archeologom śledzić wędrówki ludzi, bo pozostawało znacznie więcej wytworów kultury materialnej. I tylko na obszarze współczesnej Polski przez tysiące lat obserwować można ślady, które wskazują na liczne wędrówki i coraz to nowych imigrantów. Najpierw na tereny obecnej Polski przywędrowali rolnicy, najpewniej z terenów delty Dunaju. Praindoeuropejczycy też nie mieli swojej ojczyzny w „Polsce”, a wypierając starszą ludność Europy zasiedlili niemalże cały kontynent. U nas byli kolejnymi imigrantami.

Nie wiemy kim byli mieszkańcy Biskupina i kultury Łużyckiej. Znamy tylko ich kulturę. Jeszcze przed naszą erą na tereny współczesnej Polski dotarły plemiona celtyckie a potem germańskie (kultura przeworska, kultura wielbarska). Docierały także najazdy koczowników ze stepów Azji. Zostawiali geny i kulturę. 

Nowi przybysze mieszali się z wcześniejszymi osadnikami. Słowianie dotarli gdzieś w V wieku (ślady archeologiczne znane od VI w.). Nie licząc północno-wschodniej Polski, gdzie zamieszkiwały kultury identyfikowane z Prusami. Nowi mieszkańcy w całości nie wymieniali ludności wcześniejszej. Widać zmiany kultury ale sądząc po genach duży odsetek pierwotnej ludności zawsze zostawał. I trwał.

Czyli przez ostatnie około tysiąc lat było już całkowicie swojsko? Słowiańsko-polsko? Nic z tych rzeczy. Cały czas docierali do nas nowi migranci, czasem pokojowo, czasem w formie najazdów. Dotarli Żydzi, Cyganie (ci ostatni aż z Indii) i wielu osadników z każdego krańca Europy. My także nie siedzieliśmy w miejscu. Ślady te można zobaczyć w genach, cechach fizycznych jak i genealogii.

Można powiedzieć, że jestem 100% przykładem obywatela Rzeczypospolitej, po ojcu z Korony, po mamie z Litwy. Płynie we mnie więc krew mazowiecka (polska), litewska, tatarska, białoruska (tak w uproszczeniu - jakbym bardziej poszperał to się jeszcze więcej znajdzie). Biologia i archeologia jednoznacznie dowodzi, że wszyscy w Polsce jesteśmy imigrantami. To cecha typowa dla gatunku Homo sapiens, niezwykle ruchliwego i wędrownego. Każda kultura, w tym i "polskość", powstawała na skutek mieszania się różnych fragmentów kulturowych, zapożyczeń, integracji. Ta różnorodność jest bogactwem. Zmienia się kultura, zmienia się język jak i poczucie tożsamości. Współczesna polskość to… wytwór w zasadzie dziewiętnastowieczny. Odwołujemy się co prawda w historii do Piastów i Jagiellonów ale to tylko malutki fragment naszej wielokulturowej tożsamości.

Warto znać swoją historię. Dogłębnie a nie po łebkach w stadionowym wydaniu. Wtedy można lepiej rozumieć nie tylko świat, ale i własną tożsamość i własną kulturę.

Do elementów biologicznych, archeologiczny i historycznych dorzucę jeszcze jeden ważny dla mnie aspekt. Jestem katolikiem i mocno przemawiają do mnie słowa papieża Franciszka: „Powiedziałem też zdanie, które dzieci migrantów nosiły potem na koszulkach: "Nie jestem niebezpieczny, jestem w niebezpieczeństwie". Nasza teologia jest teologią uchodźców. Wszyscy bowiem nimi jesteśmy, od chwili powołania Abrahama poprzez wszystkie migracje ludu Izraela. Sam Jezus był uchodźcą, imigrantem. Poza tym egzystencjalnie, poprzez wiarę, jesteśmy migrantami. Godność ludzka niesie ze sobą konieczne wezwanie do "bycia w drodze". Gdy mężczyzna lub kobieta nie jest "w drodze", jest mumią. Muzealnym eksponatem. Ktoś taki nie jest żywą osobą. Chodzi nie tylko o to, by być w drodze, lecz by także iść drogą. Drogą się podąża. W pewnym hiszpańskim wierszu czytamy: "Podążamy drogą, idąc". A iść to komunikować się z innymi. Idąc, spotykamy innych. Podążanie drogą leży być może u podstaw kultury spotkania. (...) Mówię to, ponieważ nie należy odpychać osób, które są w drodze. Byłoby to bowiem odpychanie od siebie komunikacji.”

 

Czytak także:

IMG_20180209_172424

Trzecia kultura a idea otwartego uniwersytetu

sczachor

26165647_1676648539062208_864880638777298770_nKiedy zmienia się szybko środowisko, to niektóre gatunki wymierają. Tak jak mezozoiczne dinozaury. Bez wątpienie w środowisku społecznym i edukacyjnym obecnie wiele się zmienia. Czy współczesne uniwersytety przetrwają (a jeśli tak, to w jakiej postaci)? Wracając do analogi z wymieraniem dinozaurów – nie wszystkie wymarły, niektóre przetrwały dzięki ewolucji. To ptaki, są liczne i powszechne. Zatem nie wszytko ginie, część się zmienia. To aluzja do tego, co zachodzi we współczesnej kulturze, edukacji i na nie tylko polskich uniwersytetach. Dlaczego i jak zachodzą te zmiany?

Coraz częściej i więcej pisze się i mówi o promocji nauki (i uniwersytetów) jak i popularyzacji wiedzy. Bez wątpienia działania te są słuszne. Ale w słowie „promocja” zawiera się trochę aspektów „chropowatych” – dlaczego niby promować wiedzę tak jak produkty w każdym biznesie i przedsiębiorstwie? Może wystarczy wynająć specjalistyczne firmy, zapłacić i nie zawracać sobie więcej głowy? Niech się zajmą fachowcy od marketingu. Z kolei popularyzacja wiedzy przez lata miała także pewien kontekst negatywny. Prawdziwi naukowcy są od uprawiania nauki a popularyzacją niech zajmą się jacyś dziennikarze, humaniści czy mniej zdolni naukowych. Przecież popularyzacja to mało twórcze zajęcie i podejście edukacyjne – prostymi słowy powiedzieć to, co już dawno wszyscy (w nauce) wiemy i od dawna jest w podręcznikach akademickich. Teraz tylko trzeba to zgrabnie opowiedzieć w czasopismach czy audycjach. Ale to nie jest przecież zadanie dla prawdziwych naukowców…

Na promocję nauki i popularyzację wiedzy można spojrzeć jednak inaczej, szerzej. Dlatego chcę mocniej położyć akcent na trzecią kulturę i pewne zjawiska, jakie zachodzą w kulturze i na uniwersytetach od kilku dziesięcioleci.

Jedno ze zjawisk w kulturze, kiedyś nazwane trzecią kulturą, teraz mocno objawia się w formie centrów naukowych, pikników naukowych, kawiarni naukowych czy naukowego blogowania. Trzecia kultura, narodziła się w Ameryce w drugiej połowie XX w. a przynajmniej tam została dostrzeżona i nazwana. Według Johna Brockmana trzecia kultura to uczeni i myśliciele badający świat empirycznie (nauki empiryczne, nauki przyrodnicze). Trzecia kultura to naukowcy, którzy dzięki swym pracom i pisarstwu przejmują rolę tradycyjnej „humanistycznej” elity intelektualnej w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, które od zawsze nurtują ludzkość: czym jest życie, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy, jaki jest sens istnienia. Zaskakujące jest również to, że często prowadzą dialog z mistycyzmem i religią.

To nie jest walka przyrodników z humanistyką, Bogiem itd., ale tylko (częściowa) rezygnacja z pośrednictwa humanistów i dziennikarzy w opowiadaniu (relacjonowaniu) odkryć przyrodniczych i ich interpretacji. W szczególności w naukach empirycznych dzieje się bardzo dużo, ciągle pojawiają się nowe odkrycia, nowe hipotezy, nowe teorie. I to takie które, „nawet filozofom się nie śniły”, zmuszając do ponownego przemyślenia kwestii, które od dawna wydawały się raz na zawsze rozstrzygnięte. Od czasów rewolucji naukowej z XVI wieku proces ten nabiera przyspieszenia. Po wieku chemii i fizyki nadszedł wiek biologii. Zmiany i skala odkryć są tak duże, że podręczniki za tym nie nadążają (zbyt wolny cykl wydawniczy w stosunku do pojawiających się odkryć). W rezultacie ogólne kształcenie przyrodnicze w szkołach średnich i na studiach szybko się w części dezaktualizuje a wykształcony człowiek może mieć znaczące luki w wiedzy i rozumieniu współczesnego stanu wiedzy (niech za przykład posłużą tylko napisy na etykietach produktów spożywczych „bez GMO”). Dotyczy to także naukowców różnych specjalności (przykład z książką „Sapiens. Od zwierząt do bogów” z mocno zdezaktualizowanymi informacjami na temat ewolucji, człowieka i kultury).

Kiedyś to humaniści byli pośrednikiem w przekazywaniu, analizowaniu i upowszechnianiu wiedzy przyrodniczej (całej wiedzy, w tym, i przyrodniczej). Wszystko w kontekście najważniejszych pytań ludzkości. Narastał coraz większy dysonans między przyrodnikami a humanistycznymi elitami. Pół wieku temu chemik fizyczny i pisarz w jednej osobie, Charles Snow w książce „Dwie kultury” trafnie to opisał. Zbyt szybki jest przyrost wiedzy, by mogli interpretować i przekazywać społeczeństwu humaniści (jedynie oni). To nie jest negowanie znaczenia humanistyki, to jest rezygnacja z nieporadnego pośrednictwa (coś na pewno trzeba zmienić). Bo przy gwałtownym przyroście wiedzy we wszystkich dyscyplinach oraz rosnącej specjalizacji naukowej wszyscy potrzebujemy stałego aktualizowania i przystępnego, jasnego popularyzowania wiedzy z innych dyscyplin. W oświeceniu można było być uczonym i mieć aktualną wiedzę o wszystkich badaniach z zakresu całej wiedzy. Teraz można być tylko wyspecjalizowanym naukowcem a wiedza ogólna wyniesiona przed laty ze szkoły (czy nawet studiów) jest mocno nieaktualna. Zmierzam do tego, że tak zwana popularyzacja i upowszechnianie wiedzy nie jest jak kiedyś przekazem (z pośrednictwem) od naukowców do zwykłych zjadaczy chleba a jest upowszechnianiem wiedzy dla wszystkich (także skierowana do naukowców). Jest bardziej dialogiem interdyscyplinarnym i wzajemnym aktualizowanie stanu wiedzy w różnych jej obszarach.

Wyodrębnione przez Snowa "dwie kultury" to kultura humanistów ("uczonych o literackiej proweniencji" – teoretycznie lepiej wprawionych w komunikacji międzyludzkiej, sprawniej i lepiej opowiadających i piszący, bo mówienie i pisanie to domena humanistów i ich warsztatu) oraz kultura przyrodoznawców, empiryków (naukowcy o chyba mniej sprawnej komunikacji, nie docierają co szerokiej publiczności, kiepsko mówią i kiepsko piszą – tak przynajmniej było, w pewnym uproszczeniu). Przyczyną narastającego od XIX wieku podziału stał się z jednej strony, burzliwy rozwój nauk ścisłych i techniki, z drugiej zaś konserwatyzm elit społecznych, z uporem lansujących tradycyjny, humanistyczny model kształcenia. Zajęte kiedyś pozycje elit intelektualnych były pilnie strzeżone przed nowymi „probówkarzami”, poruszającymi zasadnicze dla ludzkości kwestie. W zasadzie nowożytna nauka zaczęła się w Renesansie gdy uczeni przestali studiować jedynie księgi a zapragnęli sprawdzić w terenie jak wygląda mandragora, ssaki, ogień, Ziemia itd. Nie tylko analizować tekst z księgi ale sprawdzić w terenie i eksperymentalnie. Tak narodziła się współczesna rewolucja naukowa. Rola weryfikacji empirycznej stale rosła.

W połowie XX wieku C.P. Snow ujawnił narastający konflikt i wywołał ożywioną dyskusję. Sam pamiętam dyskusje (nie wiedząc nic jeszcze o książce „Dwie kultury) rozmowy z pewnym chemikiem – dziwiliśmy się, dlaczego niektórzy humaniści z dumą podkreślają publicznie, że nie znają się na fizyce, biologii czy chemii. A jednocześnie przyrodniczy raczej nie obnoszą się z faktem braków w lekturze Szekspira itd. Zatem nawet u nas trzeba się wstydzić braku znajomości teatralnej czy literackiej ale już nie ignorancji w zakresie wiedzy przyrodniczej.

Snow liczył na dialog i wzajemne zrozumienie obu kultur. Brockman poszedł niecierpliwie dalej, stworzył termin trzeciej kultury jako swoistej samodzielności komunikacyjnej przyrodników, tych którzy sami o swoich odkryciach piszą i mówią, wprowadzając je do obiegu ogólnospołecznego także w kontekście najważniejszych pytań ludzkości. Temu procesowi sprzyjało upowszechnienie się druku, podniesienie poziomu scholaryzacji i wzrost czytelnictwa. Wydaje się, że w wieku XXI procesy ujawniania się trzeciej kultury nabrały dynamizmu i powszechności. Stąd coraz częściej mówimy z afirmacją o promocji nauki czy popularyzacji wiedzy.

Ujawniony przez Snowa i Brockmana konflikt w kulturze w jakimś stopniu był tylko fragmentem szerszych zmian w społeczeństwie współczesnym. Po ich publikacjach narodziła się trzecia rewolucja technologiczna. We współczesnym świecie zmieniło się jeszcze więcej i jeszcze szybciej. Narodziły się zupełnie nowe formy komunikacji, skracające znacząco dystans między laboratorium a „szarym” obywatelem. Już w wieku XXI jak grzyby po deszczu powstawać zaczęły centra naukowe, upowszechniające naukę, pikniki i festiwale naukowe. Narodziła się zupełnie nowa jakość a w jakimś sensie tradycyjne uniwersytetu poczuły się zagrożone. Dzięki mobilnemu internetowi i upowszechniającej się coraz bardziej literaturze faktu dostęp do wiedzy jest tak duży jak nigdy wcześniej.

O jeszcze jednym czynniku chciałbym wspomnieć: znaczący wzrost liczby osób wykształconych na poziomie wyższym. Magistrów, licencjatów i inżynierów jest stanowczo za dużo, jeśliby wykształcenie wyższe traktować jako elitarne i zawodowe. Ale wystarczająco dużo jest przygotowanych odbiorców kultury naukowej, głodnych wiedzy o świecie (uniwersytet zmienia się z elitotwórczego i zawodowego na kulturotwórczy). Dostrzegliśmy edukację ustawiczną i pozaformalną. Uniwersytety albo dostrzegą tę szansę (i ewolucyjnie się zmienią), albo „wyginą”, to znaczy ich rola zostanie zmarginalizowana, np. przez zupełnie nowe formy upowszechniania wiedzy i edukacji.

Do tradycyjnej już misji uniwersytetów tworzenia nauki i standardowej dydaktyki (studenci w cyklach kilkuletnich) dodać trzeba coraz istotniejszą trzecią misję – misję społeczną, w tym edukację otwartą, pozaformalną. Twórcze uniwersytety otwierają się coraz bardziej, czego znamiennym przykładem jest chociażby siódma już ogólnopolska Noc Biologów, która odbędzie się 12 stycznia 2018 roku. Do tego trzeba zupełnie nowych form. W tej misji mieści się zarówno popularyzacja wiedzy jak i promocja nauki. Ale rozumiane nie jako proste działania marketingowe, mające zapewnić kandydatów na studia czy proste upowszechnianie wiedzy od naukowców do mniej wiedzących uczniów, ale jako szeroką dyskusję i upowszechnianie wiedzy także skierowanej do innych naukowców. Może zabrzmi to paradoksalnie ale trzeba upowszechniać naukę … wśród samych naukowców.

Dużo się zmienia, ale chyba jeszcze w przynajmniej małej części, funkcjonują te dwie kultury (humaniści i przyrodnicy), które się nie rozumieją. Pierwsza, przyzwyczajona jest do roli lidera i pośrednika - intelektualiści słowa i pióra ale nie nadążają za światem odkryć naukowych i nie rozumieją go. A dalej chcą być na pierwszym planie „celebrytów”. Druga ostatnio „brutalnie” różnymi wskaźnikami, parametryzacją i punktami w jakimś stopniu „się odgryza” i spycha humanistów na margines (przynajmniej finansowy i prestiżowy). Może oba te zjawiska są przyczyną powrotu teorii spiskowych i antynaukowych? Bez wątpienia trzeba nam nowej transformacji w obrębie nauki i uniwersytetów i ich relacji z kulturą.

Trzecia kultura to swoiste wyjście ludzi uniwersytetów (nie tylko przyrodników) na „ulicę” i bezpośredni dialog ze społeczeństwem. To opowiadanie o tym, co dzieje się w laboratoriach fizyków, chemików, matematyków, biologów, w pracowniach nauk empirycznych ale i archiwach historyków, pracowniach antropologów, filozofów, literaturoznawców.

W potocznej kulturze zbyt dużo nagromadziło się wyeksploatowanych faktów, dawno już odkrytych, dawnych przemyśleń i konstatacji. Zbyt „przetrawiona” kultura potrzebuje nowości, bo wiele intelektualnych „elit” skupiona jest wyłącznie na sobie i na tworzeniu komentarzy do komentarzy czy na krytyce krytyki (hermetyczny krąg wysublimowanej wzajemnej adoracji). Można odnieść wrażenie, że urwał się już kontakt z rzeczywistością. Tym bardziej, że ta rzeczywistość tak gwałtownie się zmienia za sprawą współczesnych odkryć naukowych i technologii, towarzyszących nam na co dzień. Współczesne odkrycia biologów wnoszą dużo nowego także do dyskusji filozofów jak i przeciętnego człowieka (GMO, in vitro, bakterie antybiotykooporne, sztuczna inteligencja itd.). Coraz bardziej nie rozumiemy świata, która nas otacza i na co dzień musimy w nim funkcjonować. Szukamy objaśnienia, zrozumienia… albo uciekamy w denialistyczne teorie spiskowe… Być może popularność różnych teorii spiskowych i negacji wynika z tego konfliktu „dwóch kultur” i braku umiejętności dialogu oraz kulturowej recepcji współczesnych odkryć naukowych.

W XX wieku w potocznej kulturze z odpowiedzi na najistotniejsze pytania człowieka zbyt bardzo wykluczono takie postaci jak Einstein, Bohr, Heisenberg, Feynman, Hubble, Darwin. Teraz tę listę trzeba uzupełnić o zupełnie nowe nazwiska współczesnych uczonych i współczesnych odkryć...

Długie lata oczekiwano, że to humaniści staną się pośrednikami między naukami przyrodniczymi a społecznością. Uczeni tworzący tak zwaną trzecią kulturę sami chwycili za pióra i językiem prostym objaśniają najbardziej zawiłe aspekty rzeczywistości, bezpośrednio opowiadając o swoich przemyśleniach, wątpliwościach, teoriach i odkryciach. W ten sposób liczne elementy nauki trafiają coraz szerszym nurtem do ogólnej kultury. W wieku XXI ważnym kanałem tej komunikacji sa blogi naukowe i różnorodne portale społecznościowe. Bo nauka jest źródłem nowości, niezmiernie ożywczej dla kultury w szerokim sensie.

Jeszcze do niedawna komunikowanie o odkryciach nauki powierzano tak zwanym popularyzatorom, najczęściej dziennikarzom lub osobom spoza głównego nurtu uniwersyteckiego. Bo popularyzacja wydawała się czymś niegodnym porządnego naukowca. Ale codziennie na łamach gazet, tygodników, na antenie radia czy telewizji pojawiają się tematy dotyczące biologii molekularnej, sztucznej inteligencji, teorii chaosu, teorii wszechświata inflacyjnego, kwarków, fraktali, superstrun, bioróżnorodności, nanotechnologii, bioniki, genomiki, cyberprzestrzeni, hipotezy Gai i setek innych.

Wielu humanistów może z dumą powiedzieć, że nie rozumie czy nie ma pojęcia o matematyce, fizyce, chemii, kosmologii czy biologii. Ale równocześnie jeśli przyrodnik nie czytał Miłosza, Szymborskiej wcale nie jest z tego dumny. Czasem mogłoby się wydawać, że tylko humaniści mają niekwestionowany monopol na rozwiązywanie zagadek egzystencjalnych. Przyrodnicy trzeciej kultury przeczą temu mitowi. Tyle tylko, że do tradycyjnych kompetencji warsztatu akademickiego i naukowego trzeba teraz dodać umiejętność sprawnej komunikacji z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. Już nie tylko kursowe wykłady na uczelni i specjalistyczne publikacje naukowe ale wykłady na otwartych piknikach naukowych, czasopisma popularne, współpraca z mediami, proste i zrozumiałe pisanie w internecie. To nowe środowisko edukacyjne dopiero powstaje na naszych oczach i nie do końca jeszcze wiadomo jaki przyjmie ostatecznie kształt. Uniwersytety powinny aktywnie dyskutować o tych kompetencjach i świadomie współtworzyć wspomniane nowe środowisko edukacyjne. Odkrywać, eksperymentować i współtworzyć.

Trzecia kultura to naukowcy (nie ograniczałbym ich jednak tylko do przyrodników ale rozumiem naukowców wszystkich specjalności i dziedzin badawczych, z humanistyką włącznie) poszukujący autentycznych praw dotyczących ludzi, ich świadomości, struktury Wszechświata a jednocześnie osobiście uczestniczą w badaniach naukowych. Profesorowie, którzy piszą językiem prostym o swoich badaniach nie tylko dla szerokiej publiczności ale także dla naukowców innych specjalności. Niestety język prosty nie jest ceniony. Bo nawet i w USA mętne wypowiedzi uznawane są za trudne a więc mądre. W ten sposób robi się karierę. Naukowcy objaśniający w prosty sposób koncepcje naukowe ludziom spoza świata nauki, spoza własnej, wąskiej dyscypliny, często traktowani byli pogardliwie przez kolegów „z branży”. To się w ostatnich latach chyba zasadniczo zmienia. Za sprawą takich słów jak „promocja” i „popularyzacja” nauki. Ja dorzuciłbym jeszcze takie określenia jak: otwarty uniwersytet, otwarta wiedza, edukacja pozaformalna.

W moim odczuciu zainicjowany w 2017 roku Marsz dla Nauki, jest jeszcze jednym przykładem zachodzących, głębokich procesów w kulturze.

 

Plakat dotyczy spotkania w dniu 10 stycznia, w ramach Twórczego Uniwersytetu, w Łodzi. (zobacz szczegóły)

Smok wawelski i Homo sapiens czyli o podobieństwach systemów biologicznych i kulturowych (językowych)

sczachor

1024pxSmok_wawelski_szkieletFascynujące jest to, że można analizować coraz więcej systemów biologicznych i kulturowych i doszukiwać się podobieństw, analogii czy wręcz wspólnego, uniwersalnego sposobu działania. Ogólna teoria systemów coraz bardziej może się krystalizować. Wymaga tylko analiz interdyscyplinarnych.

W naukach biologicznych coraz więcej wiemy o molekularnych mechanizmach naprawy DNA. Bo okazuje się, że jest wiele czynników, które codziennie w różnorodny sposób uszkadzają zapis genetyczny w DNA. W przenośni można by napisać, że jest wiele molekularnych chochlików czyniących psoty. Ale i są molekularni korektorzy – strażnicy poprawnego zapisu. Zupełnie niedawno, w 2015 roku, nagrodę Nobla z chemii przyznano trzem badaczom (Tomasowi Lindahlowi, Paulowi Modrichowi oraz Azizowi Sancarowi) za badania mechanizmów naprawy DNA. Jest więc w każdym organizmie swoista "Rada Dbałości o Poprawność Języka Genetycznego", zapisanego w DNA. Sposób zapisu w DNA zmienia sens genów, replikacji itd.

Na całe szczęście te mechanizmy naprawcze nie działają ze 100 procentową skutecznością. Bo trochę zmienności jest przydatne jako podglebie dla ewolucji. Przy odczytywaniu ‘błędów” inne struktury inaczej rozumieją ten sens i powstają nieco inne białka czy inaczej działają mechanizmy regulacyjne. Ot, takie małe nieporozumienie na poziomie molekularnym ale z widocznymi fenotypowo efektami. Czyli zmiany są szkodliwe i trzeba je naprawiać, ale troszkę zmienności też się przydaje. Organizmy biologiczne szukają tego złotego środka i harmonii.

W kulturze, w zawłaszcza w języku również dochodzi do różnych, przypadkowych, nieprzewidzianych zmian w zapisie słów. Sposób zapisu zmienia sens (znaczenie) a więc i końcowe efekty. Co chciał przekazać nadawca a co odczytał odbiorca (kodowanie i odkodowanie)? Słowo lud i lód wymawia się tak samo (może kiedyś było inaczej?). W rozmowie, to z kontekstu zdania i opowieści musimy wyłowić czy chodzi o lud czyli ludzi, czy też o lód jako stan skupienia wody (język jest całościowym system i lód musi pasować do lodów). W razie czego zawsze możemy dopytać. Inaczej jest w piśmie (słowach zapisanych), nie widzimy autora i dopytać nie możemy. To z ortografii i interpunkcji odczytujemy sens. Lud od ludzi, lód od lodu. Rosnąca różnica między językiem mówionym a językiem pisanym wynika z ewolucji. Język jest czymś żywym, pismo jest bardziej skostniałe… bo ma więcej cenzorów i „naprawiaczy”, strażników poprawnej np. polszczyzny, dbających o standardy. Ale nawet i w piśmie dokonuje się powolna ewolucja. Kilkadziesiąt lat temu chruściki pisano jako chróściki (co mnie kiedyś mocno zdziwiło, gdy dotarłem do przedwojennych publikacji. Coś, co dziś jest błędem, kiedyś było poprawne... (dzisiejsza poprawność wtedy była błędem).

Dobrze, że są słowniki oraz srodzy poprawiacze i strażnicy poprawnej ortografii i wymowy. Niemniej na szczęście i oni nie są skuteczni w 100%... bo język się zmienia i ewoluuje.

Dla komunikacji ma znaczenie jak się niektóre słowa i zwroty zapisze (że przytoczę klasyczny przykład jest różnica czy zrobisz komuś laskę czy łaskę - jedna kreseczka a zmienia sens, podobnie jest w DNA, czasem mała, niepozorna zmiana czyni wiele ). Ma znaczenie czy coś zapiszemy Homo sapiens czy homo sapiens (w niektórych komunikatorach nie można użyć kursywy, ale duże i małe litery zawsze są dostępne). Pierwszy zwrot odnosi się do nazwy gatunkowej (krótsza forma, bo pełna zawiera także nazwisko i rok, tym czasem aspekt ten pomińmy). Na świecie są miliony gatunków. Istnieją więc w zoologii, botanice itd. specjalne kodeksy a sami naukowcy rygorystycznie pilnują, by używać poprawnych, jednoznacznych nazw gatunkowych. Mają być unikalne i niepowtarzalne. W języku potocznym, np. polskim, nazwy nie są już tak rygorystycznie pilnowane. Dany gatunek może mieć kilka, równoprawnych nazw, np. stokrotka, stokrotka pospolita, stokrotka łąkowa, stokrotka trwała. Nazwa naukowa jest jednoznaczna: Bellis perennis. Przy okazji przypomnę, że polskie nazwy gatunkowe piszemy małą literą.

Skoro trzeba stworzyć miliony nazw naukowych dla milionów gatunków to… potrzeba dużej inwencji i kreatywności. Czasem dochodzi do tego dowcip. Przykładem jest Smok wawelski.

Niecałe 10 lat temu, jednemu ze znalezionych skamieniałości dinozaura nadano naukową nazwę gatunkową Smok wawelski. Na całym świecie nie ma problemu (bo nie znają języka polskiego i nie rozumieją słów "smok wawelski" ani kontekstu kulturowego opowiści o smoku spod Wawelu), tylko w Polsce może być zamieszanie. Bo można zapisać tę nazwę na trzy sposoby: Smok wawelski, Smok Wawelski i smok wawelski. I za każdym razem będzie inny desygnat (będzie oznaczało coś innego).

Tak, w świecie szybkich zmian, zmienia się i język mówiony i język pisany. Połapać się w tym czasem trudno.

Na ilustracji wyżej szkielet smoka wawelskiego, zwanego także smokiem z Lisowic (autor: Panek - Praca własna, GFDL, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=22708287)

Czytaj także:

 

ps. W poprzednim wpisie na blogu użyłem zwrotu "zapisać dużą literą". Zostałem przez kilka osób zganiony, za niepoprawną formę, np. "Ani z dużej, ani dużą. Wielką literą, panie poprawiaczu." Miałem wątpliwości już na etapie pisania, co jest formą poprawną. Dlatego wcześniej sprawdziłem. Otóż Słownik Języka Polskiego PWN podaje taką informację: "Jedni wolą pisać dużą literą, inni wielką literą to kwestia wyłącznie upodobań, żadnych zakazów ani nakazów tu nie ma. Trzeba tylko pamiętać, aby nie pisać z dużej (wielkiej) litery, gdyż wyrażenia te mają złą opinię w wydawnictwach poprawnościowych, mimo że ich frekwencja w tekstach jest duża. "  (źródło: sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/wielka-litera-czy-duza-litera;443.html ).

Pewnie dla mnie nie jednego są tylko duże i małe litery. Stąd wielka i duża są synonimami (ten sam desygnat). Ale może kiedyś było inaczej, może były wielkie, duże i małe litery i każda co innego znaczyła (a przy okazji inaczej wyglądała). Dlatego wśród regół było zaczynanie zdania wielką literą. Ale chyba coś w sposobie pisania się zmieniło. Niemniej został gdzieś zakaz-reguła w świadomości wielu osób. Codzienna praktyka wprowadziła zmiany na tyle istotne, że językoznawcy dopuszczają poprawność obu form.

Być może podobne zjawiska występują na poziomie molekularnym. Inspirujące byłoby poszukanie takich analogii.

Dlaczego teorie spiskowe cieszą się popularnością i ciągle się odradzają ?

sczachor

Kwiaty_w_stanikuMożnaby się dziwić, dlaczego jakieś niestworzone historie czy wierutne bzdury, miejskie legendy, ciągle znajdują chętnych do opowiadania i kultywowania. Dlaczego znajdują posłuch i zainteresowanie? Przecież człowiek jest mądry a edukacja powszechna. Na dodatek w wieku XXI tak łatwo wszystko sprawdzić, zweryfikować. A jednak są i trwają.

Pierwszą przyczyną jest to, że ludzie lubią opowieści. Lubią słuchać i lubią opowiadać. I to trwa już co najmniej od kilkudziesięciu tysięcy lat. A może trochę dłużej. Opowieści pełnią ważną rolę w integracji grupy i tworzeniu więzi. A człowiek jest małpą społeczną i sojusze w grupie są ważne. Bardzo ważne. Od małych grup po wielkie partie. Opowieść socjalizuje, ale i jest swoistym iskaniem – przytulaniem się, świadczeniem usługi i budowaniem więzi. Prawdopodobnie opowieści są starsze niż język (mowa). Bo taniec, gestykulacja, rytmiczne dźwięki też pozwalają stworzyć prostą opowieść.

Powstanie języka umożliwiło tworzenie opowieści w pełnym słowa tego znaczeniu. O świecie, o relacjach. Mowa jest takim udoskonalonym iskaniem – świadczeniem usług i budowaniem więzi przy uwolnionych rękach. Można więc coś robić, szukać pożywienia i „iskać”, czyli mówić. Takie zwykłe plotki-paplanie to budowanie więzi w grupie. Ćwiczenie inteligencji emocjonalnej i społecznej. Z kim trzymać, komu się podlizywać (bo ma zasoby dla nas atrakcyjne), kogo unikać, kto jest w niełasce samca i samicy alfa. Dzięki mowie ludzkie grupy (hordy) mogły stać się liczniejsze, a to dawało znaczną przewagę konkurencyjną i ewolucyjną nad innymi grupami (z definicji to wrogowie). Większe, dlatego że mózg potrzebuje dużo energii i trzeba dzielić czas na odżywianie się (łącznie z szukaniem pokarmu, jego przygotowaniem itd.) i jednocześnie opowiadać, mówić, komunikować się. Jeśli do tego dodamy inną innowację w postaci narzędzi i gotowania (termicznego uzdatniania żywności), to mamy duży postęp: mniej czasu na odżywianie się a więcej na budowanie relacji i sojuszy. Czyli więcej czasu na gadanie i opowiadanie. Tu mała dygresia, czy my w czasach nowoczesności z tymi wszystkimi maszynami, komputerami i robotami mamy więcej czasu na pogaduchy niż nasi przodkowie?

Drugim powodem popularności teorii spiskowych (i innych fantastycznych konfabulacji) jest to, że opowiadający na moment staje w centrum zainteresowania. Jego pozycja w grupie rośnie. Gdy opowiada staje się liderem, kimś ważnym, niczym przywódca. Zazdrośnicy oczywiście będą przeszkadzać, dyskredytować, zadawać podchwytliwe pytania, komentować zza pleców, hejtować tak czy siak, itd. Ale tymczasem ten wątek pomińmy.

Opowiadający staje w centrum i przynajmniej na moment zyskuje uznanie. A przecież słuchamy tylko rzeczy dla nas ważnych (z jakiegoś powodu), pięknych, intrygujących. Nie jest łatwo mówieniem zwrócić na siebie uwagę i zająć miejsce opowiadacza-mówcy. Nic dziwnego, że chcemy opowiadać, informować. Czy to dowcipy, czy to jakieś nowiny, czy dłuższe opowieści.

Ale o czym tu opowiedzieć, by inni słuchali? Może to być relacja z czegoś, co się widziało: że był wypadek, że krowa do rowu wpadła, że lis kurę porwał, że Bartłomiej zaczął już zboże kosić, że Maryna całowała się z Antkiem za stogiem, że grzyby już w lesie się pojawiły a sklepie za rogiem rzucili papier toaletowy, że widziało się film w kinie, że czytało się ciekawy tekst na blogu. Na tym pierwotnym zainteresowaniu sprawami ważnymi bazują media: by przykuć uwagę epatują sensacją, zbrodnią, seksem czy wypadkiem. Tyle, ze czynią to w znacznie większej, globalnej wiosce.

Zainteresowanie budzi także sensacja, coś co odbiega od normy, coś co jest inną interpretacją znanych zjawisk czy wydarzeń. Bo to, że ojcem Joachma jest Kurt, to wszyscy wiedzieli, ale jak zdradzić sensacyjną tajemnicę, że jednak ojcem jest Kleofas? Ten, co jest kowalem w sąsiedniej wiosce i kuleje na jedną nogę. Coś innego, nowego, niesamowitego. I tu dochodzimy do teorii spiskowych: jeśli przedstawimy inną interpretację dowolnego zjawiska, to zwrócimy na siebie uwagę i zainteresowanie naszą opowieścią. Że to nie Lech Wałęsa przeskoczył przez mur i był przywódcą Solidarności, że to nie Kolumb odkrył Amerykę, że wcale ludzie nie wylądowali na Księżycu i że żadnego antropogenicznego ocieplenia klimatu nie ma. A Ziemia to w ogóle jest paska… A w szkole uczą, że kulista, bo to jest spisek wielkiego biznesu, reptilian, iluminatów lub talmudystów.

Słuchamy opowieści ludzi z doświadczeniem. Ludzi który byli gdzieś daleko, widzieli niezwykłe krainy, brali udział w ważnych wydarzeniach, bitwach, wojnach, przygodach. Którzy opowiadają o nowych dla nas informacjach, wcześniej nieznanych (o roślinach, zwierzętach, grach komputerowych, przepisach na szarlotkę, cząstkach elementarnych itd.). Jednym słowem poszerzają naszą wiedzę o świecie. Coś przeżyli, coś widzieli, coś doświadczyli, czasem przez wiele lat. I teraz się tym dzielą. Mają czym.

Dlaczego teorie spiskowe są atrakcyjne? Bo wystarczy zasłyszeć jedną historię, przeczytać jeden artykuł w gazecie czy jedną książkę o UFO, diecie cud, spisku tajnym reptilian, szeptuchach, Paskudzie z Jeziora Zegrzynieckiego by… stać się ekspertem. Stać się wtajemniczonym, który może opowiadać. Niski koszt zostania ekspertem.

Owszem, nauka jest ciekawa. Lecz by współcześnie stać się ekspertem od ewolucji, wypadków lotniczych, klimatu, kształtu Ziemi, diecie paleo, klimatu itd. to trzeba sporo włożyć wysiłku w edukację, przeczytać wiele książek, odbyć wiele dyskusji. To trwa. Kiedyś było łatwiej, nie było tylu przyrządów i tak dużo zgromadzonej wiedzy. Teraz jest wysoki próg wejścia (wtajemniczenia). A przy teoriach spiskowych i innych paranaukowych sensacja próg wejścia jest niski. Czasem wystarczy jeden artykuł w czasopiśmie. I już można głosić wszem i wobec niezwykłe, sensacyjne nowiny. Można być opowiadaczem, na którym skupia się uwaga ludzi. Można opowiadać o czarostwie (bo nowe słowo dla czarów brzmi znacznie lepiej), o zbawiennym wpływie diety kapuścianej czy bezsolnej.

Lubimy opowiadać, zarówno historie zmyślone (literaturę fikcji), ciesząc się pięknem opowieści, jak i historie prawdziwe (literatura faktu) ciesząc się nowymi faktami i nowymi hipotezami. A przynajmniej wyglądające na prawdziwe. Bo ktoś widział. Na przykład szwagier lub kolega znajomego. Albo, najlepiej samemu się widziało i doświadczyło – wtedy jeszcze większa wiarygodność. I zainteresowanie. Dlatego historie spiskowe były, są i będą. Choć może lepiej zamiast zmyślania, konfabulacji (przecież mówiący sami w to wierzą) może uczyć ludzi opowiadania dowcipów czy pięknych historii? Albo rozsmakować w poznawaniu rzeczywistości?

Lubimy opowiadać historie bo daje to nam poczucie sprawstwa, poczucie wpływu na świat. Jak i daje popularność oraz buduje pozycję w grupie. 

Teorie negacjonistów (denialistów) wszelakiej maści (teorie spiskowe) są krótkotrwałe. Po jakimś czasie stają się nudne (bo powszechnie znane). Wtedy szukać trzeba innej. Albo odgrzebać starą, dawno zapomnianą.

Problemem współczesnego człowieka jest umiejętność odróżniania literatury fikcji od literatury faktu, a także odróżniania faktów od faktoidów. Jest nam trudniej, bo żyjemy w globalnej wiosce ze znacznie większą liczba kontaktów międzyludzkich (spotykamy takich, których nigdy nie widzieliśmy i nie znamy) i znacznie więcej dociera do nas informacji jak i opowieści. I to w formie nieznanej naszym przodkom. Nasze zmysły i myślenie racjonalne mogą nas zwodzić w rozpoznawaniu wiarygodnych i niewiarygodnych opowiadaczy.

 A co z tym zdjęciem na górze? Prawda, że intrygujące? Zwraca na siebie uwagę. Jak dobra opowieść. I skuteczna reklama.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci