Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : historia

Muzeum nauki, cz. 1. (śladami myśli spisanych i nie spisanych)

sczachor

16999231_10210912310317132_3355366969779760587_nPomysł na Muzeum Nauki w Olsztynie narodził się 10 lat temu w trakcie przygotowywania V Olsztyńskich Dni Nauki (2007 rok). To był mój drugi raz, gdy powierzono mi koordynację tego pikniku naukowego. Po dziesięciu latach warto powrócić do tematu, umownie nazwanego Muzeum Nauki. Bo i Olsztyńskie Dni Nauki nie tylko wpisały się na trwałe w krajobraz kulturalny Olsztyna ale i się rozrosły. Podobnych pikników naukowych jest już więcej, że wspomnę tylko o Nocy Biologów czy Humanistycznych Czwartkach. Powstało Muzeum Nowoczesności w Tartaku Raphalsonów, odbywają się różnorodne pikniki naukowe w przestrzeni publicznej (np. w olsztyńskim Parku Centralnym).

Pikniki naukowe i otwarta edukacja pozaformalna na trwałe weszły do życia Olsztyna i regionu. Zostały zaakceptowane i docenione. A przecież 10 lat temu nie było to takie oczywiste i czasem spotykało się z kpiną tu i ówdzie, np. w odniesieniu do wystawy „Śladami myśli – pamiątki po konferencjach naukowych, obronach prac doktorskich, inauguracjach akademickich”. Bo jak to można pokazywać naukę za pomocą kubków i długopisów? Wtedy i teraz twierdzę, że można. Potrzeba tylko wyobraźni.

Pozwolę sobie przypomnieć jak wtedy argumentowałem i przekonywałem do tej wystawy. Jej celem było pokazanie procesów naukowego myślenia, poprzez zebranie różnorodnych drobiazgów, towarzyszących naukowcom w trakcie różnorodnych dyskusji, konferencji oraz samotnej pracy w zaciszu gabinetu. Wystawa była skromna, kilka gablot z różnymi gadżetami i starym sprzętem badawczym.

Ważnym elementem tamtej wystawy było tworzenie opowieści o tym, dlaczego naukowcy wyjeżdżają na konferencje, czasami bardzo daleko. Czy nie mogliby siedzieć na miejscu? A nie mają książek w bibliotece? Dlaczego, jak i po co naukowcy z różnych ośrodków kontaktują się ze sobą? Tego nie trzeba tłumaczyć naukowcowi. Ale to warto tłumaczyć przeciętnemu zjadaczowi chleba, tym bardziej, że to z jego podatków finansowane są badania jak i udział w konferencjach. To było nowatorskie, jak na Olsztyn, spojrzenie na pokazywanie nauki. Drugi elementem była szeroka współpraca z mediami a trzecim otwarcie się na instytucje pozauczelniane.

17098163_10210912310357133_1014852254942601860_nWróćmy jednak jeszcze do wystawy promującej Muzeum Nauki (był rok 2007, zdjęcia dokumentują te wystawę). Żmudne i czasochłonne badania w końcu przekładają się na udogodnienia w życiu codziennym. We współczesnym świecie nauka jest już świadomie wspierana jako zyskowny element rozwoju gospodarczego. Żyjemy w społeczeństwie, którego gospodarka oparta jest na szeroko rozumianej wiedzy. Instytucje naukowe świadomie i celowo inwestują w promocję swojej „marki”. Dlatego coraz więcej jest przygotowywanych różnorodnych gadżetów z logo uniwersytetu czy instytutu badawczego. To swoisty znak formowy potwierdzający jakość oraz ułatwiający zapamiętanie „ważnego adresu”. To właśnie te kubki i długopisy były obiektem anonimowych docinek. Myślę, że po dekadzie pisania i wdrażania otwartej popularyzacji nauki takie podejście do przybliżania nauki i naukowców, nie budzi już większego zdziwienia. W ostatnich latach były nawet realizowane specjalne granty, celem których było nauczenie naukowców popularyzowania wiedzy naukowej oraz współpracy z mediami. Owe długopisy i konferencyjne kubki mają być jedynie pretekstem do opowieści o tym, jak rodzą się odkrycia i jaki jest sens komunikacji w nauce. Badania naukowe bez dyskusji w różnorodnej formie nie mogłyby się rozwijać.

Sama nazwa „Muzeum Nauki” mogła w 2007 roku wzbudzać zdziwienie. Muzeum kojarzy się nam z muzeum techniki, muzeum historycznym, archeologicznym, etnograficznym. Ale jak można pokazać naukę? Czyli co? Wtedy pisałem, że można pokazać naukowców w ich pracy, w ich tajemniczym procesie odkrywania, pokazać wytwory ich pracy, zarówno te pomagające odkrywać, jak i produkty finalnej, jakie znamy z życia codziennego. Tamta wystawa składała się z kilku gablot i kilku tablic z informacjami-opisami. Teraz opowiadam o nauce z dużo większym wykorzystaniem internetu. Przekaz dociera do szerszego odbiorcy. Wszyscy uczymy się popularyzacji nauki i edukacji pozaformalnej. Z perspektyw dekady widać jakościowy i ilościowy progres. Może czas na kolejny, smiały krok?

17098558_10210912310277131_1406166418614436803_nNauka i naukowcy cieszą się dużym autorytetem w polskim społeczeństwie. Wielu przeciętnych zjadaczy chleba chciałoby „podpatrzeć” naukowców w ich pracy, chociaż przez chwilę być współuczestnikiem odkryć, poszukiwań, chociaż przez chwilę poczuć klimat „badań i odkrywania”. Być może dlatego, że każdy z nas choć w maleńkiej części czuje się odkrywcą, poszukiwaczem i eksperymentatorem. Dowiodła tego duża frekwencja na kolejnych Olsztyńskich Dniach Nauki  czy Nocy Biologów, a teraz ogromne zainteresowanie Warmińsko-Mazurskim Uniwersytetem Młodego Odkrywcy.

Śladów badań naukowych w Olsztynie było i jest wiele. Trzeba je tylko pokazać. Jezioro Długie czy Kortowskie naukowcom i turystom „pachnie” inaczej. Dla turysty to zbiornik wodny, w którym można ewentualnie się wykąpać, popływać kajakiem pospacerować nad brzegiem. Dla hydrobiologa to przykłady wieloletnich poszukiwań i eksperymentowania z rekultywacją jeziora. Wiele z tych prób to nieudane poszukiwania, inne uwieńczone sukcesem. Jezioro Długie to wieloletnie próby zrozumienia jak działa i funkcjonuje ekosystem jeziorny i próby różnorodnych działań, wynalazków, przydatnych w rekultywacji. Można wspomnieć tylko o rurze Olszewskiego, natlenianiu hipolimnionu czy chemicznym wiązaniu biogenów. O tych różnych wynalazkach i eksperymentach naukowcy swoim specyficznym językiem piszą w różnorodnych publikacjach naukowych, mówią w referatach na różnorodnych krajowych i międzynarodowych konferencjach. Przeciętny spacerowicz nawet nie zdaje sobie sprawy, że chodzi po „laboratorium”, wielokrotnie opisywanym w czasopismach naukowych. Wystarczy tylko mu o tym opowiedzieć w przystępny i zrozumiały sposób, a w tafli jeziora „zobaczy” więcej. Poczuje, że jest w „magicznym” miejscu, poczuje się współuczestnikiem Wielkiego Odkrywania.

To samo można powiedzieć o zwykłych konferencyjnych gadżetach. Nie są one przecież celem wyjazdów na konferencje naukowe. Są one tylko śladem. Tak jak odcisk stopy na piasku jest tylko śladem po obecności jakiejś osoby na plaży, a nie samą osobą. Któż to był i co on robił nad jeziorem? Spacerował, prowadził badania, malował, układał wiersz, rozmyślał nad biznesplanem jakiegoś przedsięwzięcia? Czy można to wszystko wyczytać ze śladu na piasku? Potrzeba tylko sprytnego Indianina-tropiciela, które te ślady dostrzeże i właściwie zinterpretuje. I ciekawie opowie. 

Co i ile można wyczytać z okolicznościowego długopisu, programu czy zaproszenia? Potrzebna jest wypowiedź uczestników, „świadków”. Samo zebranie gadżetów to tylko pierwszy krok. Ogromnie przydatne są wspomnienia (spisane lub opowiedziane), które mogą ocalić od zapomnienia osoby i myśli, które mniej lub bardziej zmieniły naszą rzeczywistość.Zbierajmy przedmioty i spisujmy. A katalizatorem do wspomnień mogą być przecież te niepozorne drobiazgi.

W 2007 roku pisałem, że ze swojej blisko dwudziestoletniej kariery naukowej i licznych wyjazdów zachowałem… zaledwie dwa długopisy. Wtedy żałowałem, że te gadżety były dla mnie bezwartościowe. Przed dziesięciu laty apelowałem o odgrzebanie takich drobiazgów. Sam w ostatnich latach trochę starych sprzętów naukowych czy drobnych rzeczy przekazałem do Muzeum Warmii i Mazur jak i do Archiwum i Muzeum UWM. Być może Olsztyńskie Dni Nauki i Sztuki 2017 będą okazją do przygotowania kolejnej wystawy, już znacznie bogatszej i ze znacznie dojrzalsza opowieścią o „śladach myśli”. I myślę, że taka wystawa może być pokazana nie tylko w Bibliotece Uniwersyteckiej ale i na przykład w Muzeum Nowoczesności. Z czasem może doczekamy się i stałego miejsca, dużego i profesjonalnego, do pokazywania historii nauki i opowiadania o tym, jak powstaje myśl ludzka.

c.d.n

A tymczasem jeszcze filmik, całkiem współczesny, mający zilustrować jak można takie opowieści tworzyć. 

Takie czasy, że ciągle się trzeba uczyć

sczachor

Niżej kolejna próba. Ma sporo wad (widzę je dopiero po zakończeniu pracy), ale sam zrobiłem uzupełniający materiał do seminarium dyplomowego (zajęcia w przyszłym semestrze). Mam nadzieję, że nabiorę wprawy technicznej i oratorskiej. Nie ma innej rady, tylko ciągle trzeba próbować i się uczyć. Aż do emerytury... albo i jeszcze dłużej. I nie ma bezpiecznego miejsca, nie da się zaszyć w kącie i obrazić się na świat. To znaczy można, ale cóż to byłoby za życie?

Gdy zaczynałem swoją pracę, to uczyłem się pisać na maszynie i przygotowywać foliogramy (do rzutnika pisma). Teraz to zupełnie niepotrzebne. Dawne sprzęty, wydawało się wtedy nowoczesne, stoją w muzeach lub gdzieś zakurzone na szafach. Natomiast trzeba się nauczyć zupełnie innych czynności w przygotowywaniu materiałów dydaktycznych. Już nie slajdy (takie na kliszy filmowej) fotograficzne, już nie foliogramy. Ba, nawet  rzutnik multimedialny z Power Pointem, który nie tak dawno wydawał się szczytem najnowszej nowoczesności w salach dydaktycznych, trąci nie tylko myszką ale i brakiem funkcjonalności. Trzeba uczyć się filmowania, pisania scenariuszy, tworzenia scenografii i składania na komputerze tego, co kiedyś było domeną zupełnie innego zawodu. 

Tak więc, uczę się, nie tylko notowania wizualnego ale i przygotowywania dodatkowych materiałów. Bo w wieku XXI wykład musi wyglądać inaczej. Samo środowisko edukacyjne się zmieniło i zmienia dalej. 

c.d.n.

O Kurzętniku, bookcrossingu i o Czachorowskich co Kretkowskimi zostali

sczachor

kurzetnikW czasie wizyty w Kurzętniku, przy okazji koncertu kameralnego, przed domem kultury zobaczyłem uroczą półkę bookcorssingową (na zdjęciu). Do tej pory takie estetyczne i piękne wiejskie półki z uwalnianymi książkami widziałem na zdjęciach z różnych części świata. Teraz mogłem sam naocznie nacieszyć się pięknym widokiem i mądrą inicjatywą. Obok ławeczki, stolik i huśtawka. Tylko przysiąść i delektować się widokiem na dolinę rzeki Drwęcy oraz wzgórze z ruinami zamku. No i poczytać o historii, o przyrodzie, o ludziach....

Nie zdążyłem zajrzeć do szafeczki, aby sprawdzić jakieś do książki uwalniają mieszkańcy Kurzętnika. Na pewno korzystają, bo zauważyłem młode dziewczyny siedzące na ławeczce. Młodzi najwyraźniej czytają.

Zainspirowany sięgnąłem do źródeł (już w domu, po powrocie), by przypomnieć sobie co nieco o Kurzętniku. Zaciekawiła mnie jedna krótka informacja: „Spod Kurzętnika 11 lipca 1410 zawróciły wojska Jagiełły, by uniknąć bitwy podczas przeprawy przez Drwęcę podczas marszu na Malbork. Po bitwie grunwaldzkiej Kurzętnik znalazł się pod zarządem rycerza Jana Kretkowskiego, ale na mocy postanowień I pokoju toruńskiego znalazł się nadal w granicach państwa zakonu krzyżackiego.”

Co mnie zainteresowało? Jan Kretkowski - bo przypomniałem sobie kiedyś wygrzebane ze starych książek informacje o Czachorowskich z Czachorowa. Informacje pochodziły z XVI wieku. W tym czasie nazwiska dopiero krzepły. I to tylko u szlachty. Czasem przenosząc się ze wsi do wsi, przybierali nazwiska od nowych wsi. I tak było z Czachorowskimi, którzy osiedli w pobliskich Kurzętnikowi Kretkach (Kretki Małe): "Andrzej Rosół z Kretkowów vel Czachorowski (zm. przed 1545) (...). Z żony Elżbiety N, która powtórnie wyszła za mąż za Sebastjana, mieszczanina z Rypina, spłodził syna Piotra Kretkowskiego Rosołka (1546-65) z Kretków Małych (...). Bliskiemi krewnemi Andrzeja i Piotra Kretkowskich byli Mateusz (1541-6) i Jan (1540-67) Czachorowscy v. Kretkowscy, obydwaj z Kretków (...) oraz Paweł Czachorowski z Kretków (1543-68), woźny ziemski pow. Dobrzyńskiego” (…)„Z możnym rodem Kretkowskich h. Dołęga na Kretkach Wielkich nie mieli nic wspólnego rozmaici Kretkowscy z Kretek Małych, ubodzy ziemianie, którzy dziedziczyli w 1531-67 r., na częściach w Kr. Małych, Nadrożu i Chlebowie, a należeli jak się zdaje, do kilku rodzin. Z nich K. przydomku Rosół i Rosołek, gałęź Czachorowskich herbu Rogala z Czachorowa w pow. bielskim, byli jedni z Czachorowskiemi-Ruskowskiemi z Ruskowa (par. sobowska pow. dobrzyński) Czachorowskiemi-Kochańskiemi z Kochania (par. mokowska pow. dobrzyński)”

I ja się wywodzę z tych Czachorowski h. Rogala z mazowieckiego Czachorowa, z linii sobowskiej. Zatem moi dalecy kuzyni przybyli w okolice Kurzętnika już XVI wieku. Być może to oni dalej powędrowali na północ i zamieszkali w Prusach, dając początek linii Czacharowskich i być może Ciachorowskich (ci raczej z okolic Płońska i Nasielska, już w czasach rozbiorowych pod koniec XIX wieku). Napływ ludności polskiej z Ziemi Dobrzyńskiej i północnego Mazowsza był wielokrotny. Jedną z ostatnich fal emigracyjnych był przyjazd mojej bezpośredniej rodziny po 1945 roku. To znaczy, niektórzy przyjechali wcześniej, nie z własnej woli lecz jako robotnicy przymusowi w czasach hitlerowskich Niemiec. Pasjonująca przygodą jest poznawanie historii z perspektywy rodzinnej genealogii. Prowokuje do sięgania do książek oraz do przeglądania zasobów archiwalnych (metryki itd.). To drugie najczęściej wiąże się z uwalnianiem wiedzy, dzieleniem się pozyskanymi informacjami. Tak jak dzielenie się książkami.

Nie mamy jeszcze polskiego terminu na bookcrossing. Może kiedyś powstanie. Tymczasem więc dzielmy się wiedzą na różne sposoby, blogowe i te z wiejskimi pólkami bookcrossingowymi. Kiedy następny raz wybiorę się do Kurzętnika, na pewno przywiozę i zostawię kilka swoich książek, dotyczących przyrody lub historii. Swoich - w sensie z domowej biblioteczki...

Pochwała akademickiej codzienności

sczachor

banaszak1Milczenie nie oznacza ciszy. Myśli bywają spisywane i schowane w szufladzie. A potem, czasem... wydawane drukiem. I to, co przez lata było milczeniem lub szeptaniem po kątach, staje się publicznym wywodem. Wtedy czasem triumf zamienia się w klęskę. Odwołam się do ostatniego przykładu z tanimi geszeftami posłów, rozliczających delegację na samochody... mimo, że nie jechali. Przychodzi taki moment, że "sprawa się rypnie", bo ktoś w taki czy inny sposób coś powie. Przez lata przemilczane tanie geszefciki staja się powodem do wstydu. A słowo drukowane utrwala na długo. Trwalsze jest od efemerycznych artykułów w internecie.

Od wczoraj na moim biurku leży drugi, opasły tom dzienników bydgoskiego naukowca, profesora Józefa Banaszaka. Tym razem jego dzienniki obejmują okres 2009-2013. Poprzedni tom wywołał sporą burzę nie tylko w środowisku bydgoskim. W Olsztynie też ludzie ze środowiska akademickiego piszą pamiętniki i dzienniki (niektórzy o tym wspominają, być może odważą się je opublikować). Może kiedyś, może niebawem ukażą się drukiem lub przynajmniej w internecie? Spisane będą słowa i uczynki, subiektywnie ale jednak. I to, co po kątach bywa z niesmakiem szeptane nagle może trafić do publicznego, oficjalnego obiegu. Słabi i przegrani wcale nie muszą być tacy słabi... Cwaniacy i spryciarze, tak jak wspomniani posłowie, strąceni zostaną ze świecznika, przynajmniej w zakresie publicznej opinii.

Koniec dygresji. Wrócę na chwilę do dzienników prof. Banaszaka. Czy kogoś może interesować codzienne życie naukowca entomologa, pracownika akademickiego? Wprawny czytelnik dostrzeże nie tylko to zapisane, ale wyczyta wiele między wierszami. Zwłaszcza jeśli czytelnik zna środowisko akademickie dowolnego ośrodka. Dzienniki odbrązawiają. Ale i dla innych jest to interesujący zapis socjologiczny i kulturowy życia codziennego w wieku XXI.

Kilka książek autobiograficznych polskich przyrodników już przeczytałem. Żałuję, że takie opracowania nie powstają w Olsztynie. Nie ma o czym pisać? Nie ma komu pisać? O jakości i dojrzałości środowiska akademickiego świadczą książki biograficzne i wspomnieniowe. Świadczy ich jakość (lub miałkość i brak jakości). Wielu profesorów odeszło na emeryturę, inni odchodzą. Co pozostawią po sobie w ludzkiej pamięci? Może właśnie z takich książek i dzienników można będzie się przekonać, jaki ślad trwały w sercach ludzkich zostawiają? Jedne gwiazdy zszarzeją, inne Kopciuszki zakwitną blaskiem... dnia codziennego.

Słowo pisane w wersji drukowanej ma dużą siłę oddziaływania...

 

Magiczna moc czarnego bzu czyli o produkcie regionalnym słów kilka

sczachor

10649971_10204087998553603_6036671924687903581_nSkoro zwierzęta korzystają leczniczo z różnych ziół (roślin), to najpewniej hominidy też tak czyniły. Homo sapiens z pewnością wykorzystywał na jeszcze większą skalę, bo potrafił znacznie precyzyjniej i skuteczniej porozumiewać się . Najpierw tylko przez naśladownictwo, potem już przez mowę, a później pismo i inne, współczesne kanały komunikacji. Dla naszych przodków bez czarny był jedną z wielu roślin, wykorzystywaną kulinarnie. Przetwarzanie umożliwiło wykorzystanie tego produktu znacznie szerzej, bowiem w procesie obróbki pozbyć się można substancji szkodliwych i nieprzyjemnych. Tak jak z grzybami (no niektóre bezpiecznie zjeść można dopiero po ugotowaniu).

Ale z całą pewnością roślina ta była wykorzystywana także leczniczo. Najpewniej ta funkcja była nawet ważniejsza. Pozostałości archeologiczne (obecność nasion) wskazuje, że był wykorzystywany czarny bez już w epoce kamienia (a najpewniej jeszcze wcześniej). Jest więc jedną z najstarszych roślin leczniczych. A że dawniej świat realny mocno splatał się ze światem duchowym, to na pewno wokół tej rośliny narastały różnorodne mity i praktyki magiczne. Bo przecież leczenie polegało na magii – tak wtedy postrzegano świat. Mało prawdopodobne, aby udało się odtworzyć te praktyki magiczne z dawnych wieków. Możemy się tylko domyślać, nieudolnie odtwarzać z fragmentarycznych informacji. Lub fantazjować. Dla produktu turystycznego fantazjowanie też jest ważne.

Przyroda mocno związana jest z kulturą – te sfery nieustannie na siebie wpływają. Zatem do opowieści o leczniczych i kulinarnych właściwości bzu czarnego warto dołożyć trochę mitologicznych opowieści. Nie ręczę, że wszystkie zebrane nizej informacje są prawdziwe. Sam nie potrafię oddzielić faktów od mniej lub bardziej poetyckiej kreacji (wyobrażania sobie dawnych społeczeństw). Najczęściej podawane są gotowe interpretacje. Z naukowego punktu widzenia ważne są natomiast metody i jasne oddzielenie obserwacji od interpretacji i domysłów. Niech więc to będzie opowieść łącząca literaturę faktu z literaturą fikcji.

Podobno jeszcze nie tak dawno polskich Kresach Wschodnich istniał przesąd, że wykarczowanie hyczki (bo tak nazywano bez czarny) to czyn świętokradczy i może sprowadzić rychłą śmierć. Może tak wierzono a może tylko próbowano w ten sposób ochronić przed niepotrzebną dewastacja leczniczego krzewu. W wielu krajach dawniej nie wolno było palić bzem w piecu, „bo mogło to wywołać u całej rodziny parch na głowie i na twarzy, a w najlepszym wypadku wrzody na różnych częściach ciała”. Być może taki przesąd chronił te delikatne krzewy przed spaleniem w piecu. Może uzasadnienie magiczne (i obłożone klątwą) było skuteczniejsze niż przemawianie do rozsądku, że roślina ta cenniejsza jest jako lek niż materiał energetyczny, że jak się w piecu spali to na wiosnę nie będzie leczniczego kwiatu a jesienią smacznych i leczniczych jagód. No bo ileż ognia z takich delikatnych gałązek? A czy my współcześnie czasem nie straszymy swoich dzieci, że jak będą niegrzeczne to tamten pan zabierze (tudzież Cygan, kominiarz, policjant itd.).

Jeszcze w XVII i XVIII w. w wielu miejscach obowiązywał zakaz ścinania i wyrywania krzewu czarnego bzu, wierzono bowiem, że w jego korzeniach żyje wąż, strażnik świata podziemnego (w odniesieniu do Słowian mógł to być Żmij, ewentualnie jakiś Kłobuk). W tym czasie bez czarny już był bardzo powszechnie wykorzystywany jako roślina lecznicza i surowiec do produkcji wina z czarnego bzu (o czym pisałem już poprzednio). W tym miejscu przyda się mała dygresja – jeśli w jakimś kraju spotkasz się z potrawą, której spożyć nie jesteś w stanie a nie wypada odmówić gospodarzom… wystarczy powiedzieć, że religia zabrania ci jedzenie (picia) tegoż. Uszanują. Może i kiedyś moce magiczne były lepszym zabezpieczeniem niż ogrodzenie z drutu kolczastego…. I chyba nie jesteśmy bardziej racjonalni a mniej magiczni niż nasi przodkowie sprzed wieków... tylko nasze zabobony są nieco inne, inne wierzenia i inne słownictwo.

Jak pamiętamy czarny bez intensywnie pachnie (zwłaszcza w okresie kwitnięcia) i jest rośliną ruderalną, rosnącą gdzieś na przychaciu, przypłociu na przydomowym śmietnisku (a więc w pobliżu obejścia w miejscu niezbyt reprezentacyjnym). Nie budzi zdziwienia etnograficzne odnotowanie zwyczaju, że miejsce pod krzakiem bzu miało moc magiczną i dlatego matki zanosiły tam nieuleczalnie chore dzieci, wierząc, że demony dopomogą w ich uzdrowieniu. Natomiast krzew. który zmarniał wiosną z niejasnej przyczyny, wróżył niechybnie suszę na polach i w studni. Czyli jakieś nieszczęście. Pewno zły duch z korzeni czarnobzowych wyniósł się i zamieszkał gdzie indziej (jak w studni - to wyschła).

Szacunek dla czarnego bzu czy to ze względu na lecznicze właściwości czy to powiązanie z mocami duchowymi (dawniej było to jedno) widoczny był i w tym, że wieśniacy jeszcze na początku XX w. zdejmowali nakrycia głowy, przechodząc koło krzaka bzu, gdy ten rósł niedaleko domu (wg "Magia ziół" Andrzeja Skarżyńskiego). Trochę więcej dawnych wierzeń i zwyczajów zachowało się dla Celtów. Wcześniej zetknęli się z piśmienną kulturą i więcej udało się dla potomnych zachować. Dla Celtów czarny bez miał właściwości demoniczne (bo lecznicze właściwości interpretowano siłami duchowymi a nie jak my teraz witaminą C, flawonoidami czy sambunigryną - ale czy ktoś widział flawonoidy? Wierzymy, że tam są, gołym okiem nie widać) - spalony w stanie zieloności, ściągał na otoczenie nieszczęście. Wierzono też, że czarny bez miał moc zapobiegającą małżeńskiej wiarołomności. Być może ten zwyczaj (przekonanie, wierzenie) było bardziej powszechne w dawnej Europie, bowiem w czasie ślubu panna młoda wplatała kwiat czarnego bzu we wianek. W każdym razie kwiat ładny i aromatyczny – na pewno urodzie dużo przydawał.

Dla Celtów czarny bez był krzewem świętym, oznaką nieskończoności życia. W kalendarzu druidów był trzynastym i ostatnim drzewem roku. A skoro koniec roku to jednocześnie koniec i początek, śmierć i narodziny. Z kolei Germanie otaczali czarny bez szczególną troską i składali mu ofiary z chleba, mleka i piwa. Ewentualnie jako roślina azotolubna wyrastał w miejscach składania takich ofiar. Istny dylemat co było pierwsze: jajko czy kura. Niemniej niemiecka nazwa tego krzewu „holunder”, nawiązuje do bogini Holdy, matki bogów, czczonej jako opiekunka ogniska domowego, patronka ludzi i roślin. Może stąd się wzięła kresowa nazwa hyczka?

Znając od wieków właściwości lecznicze krzewu bzu czarnego, przypisywano mu również znaczenie magiczne, wierząc, że krzew ten jest siedliskiem bogów, czarodziejek, elfów, ale i czarta. Z demonami trzeba się umieć obchodzić, by pomogły a nie zaszkodziły. A czyż w nowej formule nie możemy odnieść tego do leków? Trzeba znać proporcje i sposób stosowania, by pomogły a nie zaszkodziły. Podobno w mitologii Słowian (ale nie wiem czy jest to w pełni prawda czy tylko kreacja, uzupełniająca braki w pożądanym opisie dawnego świata) czarny bez był uznawany za święte drzewo duchów podziemia i przypisywano mu zdolność pośredniczenia pomiędzy światem żywych i zmarłych. Niewiele się to różni od zwyczajów Celtów i Germanów. Ale to nic dziwnego, bowiem mieszkaliśmy w jednej Europie a kultura, także ta niematerialna, mocno się mieszała.

Jak już wspomniałem, zrywanie, łamanie gałęzi itd. bzu czarnego obarczone było różnym tabu. Ale przecież do leczenia stosować trzeba, lub do wyrobu instrumentów muzycznych (o czym posałem poprzednio). Na wszystko jest rada. Wedle śląskiego zwyczaju przed odłamaniem gałązki należało złożyć dłonie, uklęknąć przed rośliną i poprosić ją o wybaczenie słowami: „Pani bzowino, daj mi trochę swego drzewa, a ja Ci dam trochę mego, gdy w lesie wyrośnie.” Jak w każdej regule były i wyjątki oraz grupy uprzywilejowane. Tylko wdowom i sierotom można było ścinać dziki bez (bez tego cwanego, chłopskiego obiecywania gruszek na wierzbie i drzewa w lesie).

Myślę, że trochę magii przyda się i we współczesnym świecie… jako element marketingowy dla produktu regionalnego. Rozwijanie barwnych opowieści i zwyczajów przyda się zarówno sprzedawcom na targu jak i nobliwym hotelom ze zdrową żywnością. Goście poszukują niezwykłości, lokalności, oryginalności. Opakowanie także jest ważne. Zachwalając właściwości kulinarne czy medyczne, wymieniać można nie tylko skład chemiczny ze wszystkimi witaminami, flawonoidami, garbnikami i co tam tylko w metabolomie się znajdzie, ale i legendy, zwyczaje czy etnograficzne opowieści. To jest dodatkowe opakowanie potencjalnego, regionalnego produktu. Czarny bez jako jedna z kilku roślin znakomicie nadaje się na produkt regionalny z zasosowaniem kosmetycznym, kulinarnym leczniczym i… magicznym.

c.d.n.

zobacz też:

1. Czy wino lub nalewka z owoców bzu czarnego mogą być szkodliwe?

2. Bez czarny – zdrowie, uroda i biomuzyka

3. Jesień czarnym bzem się zaczyna

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci