Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Wpisy otagowane : spoleczenstwo-informacyjne

Wyjaśnię, dlaczego ograniczam liczbę znajomych na Facebooku

sczachor

lampaPisałem to już kilkakrotnie na Facebooku. Ale pomyślałem, że może lepiej na blogu raz a dobrze napisać, a potem w razie potrzeby linkować. Jak pomyślałem tak robię.

Kochani znajomi i nieznajomi z Facebook. Wyjaśniam, dlaczego ograniczam liczbę znajomych na FB i nie wszystkich przyjmuję. Facebook to dla mnie sposób komunikacji. Liczbę znajomych na FB staram się ograniczać, bo inaczej bym się pogubił i nie opanował tegoż bałaganu. Za sprawą ewolucji i tego, że Homo sapiens kształtował się w niewielkich grupach (bez książek, gazet, telewizji i Internetu), to ma ograniczoną możliwość dobrego ogarnięcia zbyt dużej liczby znajomych. Też jestem Homo sapiens (i się tego nie wstydzę). Jeszcze kilka wieków temu przeciętny człowiek spotykał w swoim życiu 150-300 osób. Mógł je zapamiętać i nawiązać jakieś relacje. A potem zapamiętać te relacje. Teraz to jakby niemożliwe, bo w globalnej wiosce spotykamy setki ludzi. A może raczej tysiące, Ja już niestety czasem nie poznaję swoich dawnych studentów. I trochę mi niezręcznie gdy czasem nieznajome mi osoby płci piękniejszej mówią mi pierwsze "dzień dobry". 

"Znajomych" na Facebooku traktuję jako tymczasową, roboczą książkę kontaktów. To nie jest dla mnie katalog przyjaciół i znajomych, nie jest to ranking lubię-nie lubię. Profil mam otwarty, każdy może obserwować (bez wysyłania zaproszenia do znajomych). Czasem przyjmuję nowych bo jest potrzeba dołączenia do grupy, administrowania itd. Potem, przy okazji porządków usuwam z mojej Facebookowej książki adresowej (staram się nie przekraczać 400 znajomych – obserwujących liczba jest nieograniczona – tu nie ingeruje). Co nie znaczy, że na kogoś się obrażam, gniewam itd. Po prostu, moja głowa nie ogarnia zbyt dużej liczby aktywnych kontaktów. Czasem więc usunę kogoś, o kim zapomnę (nie rozszyfruję ikonki, pomylę nazwiska itp.), lub kogoś od dawna korespondencyjnie nieaktywnego. Potem znowu dołączę itd. Do końca nad tym nie panuję. Zatem proszę o wybaczenie jeśli kogoś nie dołączę do "znajomych" lub niechcący usunę.

Dla mnie Facebook to tylko robocza książka adresowa do korespondencji a nie plebiscyt popularności czy wyrażania uznania lub nie. Jeszcze raz więc proszę o wybaczenie, jeśli w swej nieporadności poruszam się jak słoń w składzie porcelany. Guziczki na Facebooku czasem zmieniają miejsce. Ot na przykład kilka dni temu zagubiła mi się funkcja autpoprawiania w języku polskim. Najwidoczniej w swojej nieporadności nacisnąłem jakiś klawisz skrótu i wskoczył jakiś egzotyczny język. Trochę to trwało zanim odkryłem przyczynę i potrafiłem naprawić.

Miejcie wyrozumiałość dla cyfrowego imigranta.

Zbliżam się do miliona odsłon na moim blogu

sczachor

kamienie_w_trawieMniej więcej 12 lat temu (w sierpniu 2005 roku)  założyłem niniejszego bloga. Wtedy dla mnie to był pełen eksperyment. W epoce internetowej to epoka. Ale blog okazał się bardziej funkcjonalny niż osobista strona www (zarzuciłem jej aktualizację już dawno).

Przez te 12 lat zamieściłem 1845 wpisów a sam blog zanotował blisko milion odsłon. Na początku było to zaledwie kilka wizyt dziennie. Potem było kilkanaście, w końcu kilkaset a ostatnio po kilka tysięcy dziennie. Dużo się nauczyłem. Bo na naukę nigdy nie jest za późno. Ani za wcześnie. I ciągle jest się czego uczyć...

Gdy na uczelni coraz bardziej realizujemy programy zamiast relacjonować rezultaty własnych badań, internet staje się coraz bardziej wolną, akademicką katedrą do opowiadania o swoich odkryciach, przemyśleniach, pomysłach. Mam takie wrażenie, że idea uniwersytetu jako wspólnoty uczących i nauczanych coraz bardziej przenosi się do internetu... jako nowej i efektywniejszej formy komunikacji. Bardziej nieskrępowana i z większym wyborem, zarówno mówiącego-piszącego jak i słuchaczy-czytelników. Minimum biurokracji, dużo więcej swobody. I na szczęście blogi nie wchodzą do algorytmów i oceny, zatem nikt nie pisze dla punktów...

Edukacja pozaformalna z wiedzą w małych porcjach i z pełnym wyborem. Dopiero uczymy się tej formy kontaktów i opowiadania. 12 lat nauki to niby dużo, a jednocześnie mało. W najbliższy piątek "profesorskie gadanie" chyba po raz pierwszy zaistnieje w formie wideokonferencji, na SKYPie (połączę się młodzieżą z Radawnicy, z Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii). Choć po głowie kołacze się myśl, że już chyba kiedyś próbowałem i tej formy. 

Fascynujące jest odkrywać (i doświadczać) nowe środowisko edukacyjne oraz uniwersytet w tym "ekosystemie edukacyjnym". 

Rozpoczął się nowy rok akademicki... i nowe wyzwania dydaktyczne. Bo na uniwersytecie od zawsze było się nauczniem: nauczycielem i uczniem jednocześnie. Bo we wspólnocie nauczających i nauczanych, we wspólnym poznawaniu i odkrywaniu, trudno poprowadzić granice między odkrywaniem a nauczaniem. W dialogu ze studentami samemu odkrywa się tajemnice świata. Dialog jest niezwykle potrzebny. Pięknie ujął to wiele lat temu Ludwik Fleck, pisząc o kolektywach myślowych. Był chyba prekursorem konektywizmu (to oczywiście inna opowieść, która niebawem na moim blogu się pojawi). 

Rozpoczynam nowy rok nauczania i uczenia się. Jutro pierwszy wykład dla studentów mikrobiologii. Będę miał okazję opowiadać o własnych badaniach i odkryciach. A więc będzie więcej uniwersytetu niż szkolnego programu. I to mnie cieszy.

Nowy rok akademicki ze standardowymi zajęciami dla studentów i nowy rok ze "studentami" na blogu.... I w jednym i w drugim przypadku będę miał okazję się uczyć. Tym bardziej, im więcej będzie dialogu i komunikacji... w obie strony.

ps. Ilustrujące wpis malowane kamienie są jak najbardziej związane z tematem. To przykład jednej z form "zajęć" terenowych i dyskusji "poza murami szkoły".

Metodyka nauczania na każdym etapie edukacji (biologia, przyroda)

sczachor

czachorowski_metodyka_nauczania_Warszawa_2017

Najpierw eksperymentuję na sobie, potem o tym opowiadam, np. moim studentom sensu lato (bo w edukacji pozaformalnej i ustawicznej każdy może być studentem, np. czytelnik niniejszego bloga). Tak jest i teraz. Ten wpis jest przestrzenią pomocniczą do wykładu i panelu pt. Metodyka nauczania na każdym etapie edukacji, w czasie  I Ogólnopolskiego Kongresu Nauczycieli Biologii i Przyrody, w Warszawie (więcej o kongresie: http://www.kongresbiologiczny.pl/) już w przyszłym tygodniu. O innym eksperymentowaniu edukacyjnym piszę tu: Moja pierwsza błyskawiczna prezentacja.

Bardziej szczegółowe wyjaśnienie, po co ten wpis na blogu i co należy zrobić, przedstawię w trakcie wykładu we wtorek 3. października 2017 r. Mam nadzieję, że osoby postronne i mniej wtajemniczone także z tego krótkiego tekstu skorzystają. 

 

Link do wydarzenia na Facebooku.

Główne zagadnienia wykładu:

Szkoła w czasach trzeciej rewolucji technologicznej – gdy nauczyciel też musi się uczyć funkcjonowania w nowej rzeczywistości: program nauczania czy środowisko edukacyjne? Uczeń XXI w. – jak wykorzystać w nauczaniu biologii smartfony, aplikacje, Wikipedię, lekcje multimedialne?

Nowoczesne podejście do nauki biologii i innych przedmiotów przyrodniczych – metodyka nauczania na każdym etapie edukacji (w największym stopniu dotyczy biologii i biotechnologii).

W klasie i w terenie – jak wykorzystać zajęcia laboratoryjne i terenowe, aby pomóc uczniom zrozumieć procesy i interakcje w świecie biologii i podnieść poziom nauczania.

Każdy może zostać odkrywcą – metoda naukowa i współpraca z podmiotami pozaszkolnymi (organizacje naukowe i przyrodnicze), współpraca z ośrodkami naukowymi w ciągu roku szkolnego.

Niżej dwa wybrane slajdy z wykładu, odnoszące się do pytania, czy postęp odbywa się za sprawą udoskonalania jednostki (superczłowiek, nadczłowiek, Homo sapientissimus itd.) czy relacji i organizacji grupy, społeczności. 

homo_sapientissimus

konektywizm

Czytaj także: 

 

10 lat Bloxa... i moje 9 lat pisania

sczachor

Prawie 9 lat temu zacząłem pisać bloga. Nie wiem czemu mój wybór padł ba bloxa. Zapewne ta platforma pierwsza mi się wygooglowała. Albo z innych powodów rzuciła się w oczy. W każdym razie w sierpniu 2005 roku to był mój nieporadny pierwszy raz. Wtedy wydawało mi się, że późno dołączam do blogosfery. Okazuje się jednak, że w tym roku Blox obchodzi 10-lecie istnienia. To za rok i ja będę obchodził jubileusz :).

Przerzuciłem się na blogowanie z dwóch powodów. Po pierwsze sprowokowali mnie studenci (konsultacje e-learningowe), po drugie zarządzanie stroną www było kłopotliwsze. Wraz z Bloxem wszedłem w nowy etap pisania "w chmurze". Wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem....

10 lat w rzeczywistości elektronicznej i internetowej to wiek cały. Sam nie potrafię programować. Mój blog na Bloxie jest więc taki trochę siermiężny i starodawny. Kilkakrotnie próbowałem z innymi platformami, bardziej nowoczesnymi, dającymi większe edytorskie możliwości. Ale Bloxa nie opuszczam. Żal byłoby porzucać tyle lat pracy. I emocjonalnej historii blogowania.

Razem z Bloxem nauczyłem się wiele. I ciągle się uczę. Pisanie uczy. Ale jednocześnie jest jakąś formą kształcenia ustawicznego. Jest też notatnikiem do gromadzenia myśli i pomysłów. Notatnika, do którego zaczynam coraz częściej zaglądać i wykorzystywać dawniej zapisane pomysły.

Zdjęcie u góry pochodzi z magazynu "Made in Warmia & Mazury", a artykuł dotyczy blogowania. Moje blogowanie zaczęło się właśnie na Bloxie...

Najpierw było po kilka odwiedzin dziennie. Potem systematycznie rosło. W miarę upływu lat i rozwijania moich umiejętności pisania, wpisy blogowe bywały przedrukowywane, linkowane i komentowane w różnych innych miejscach. Blog stał się opiniotwórczy. I coraz liczniej odwiedzany (zobacz przykład). Nie wiem ile wpisów przez te 9 lat zamieściłem. Statystyka wskazuje mi tylko liczbę komentarzy - a jest ich 1574. Natomiast liczba odwiedzin wyświetla się taka: 290311. Ale statystyki nie mają znaczenia. Ważniejszy jest sentyment...

A dlaczego warto pisać? Kilkakrotnie już to wyjaśniałem (np. tu)

Tak więc przechodzę do rzeczy 100 lat Bloxie

(100 lat w internecie to jak 1000 dla cywilizacji)

Gdzie się ma student nauczyć nowych technologii ?

sczachor

Nie tylko młodzież szkolna ale i studenci w radzeniu sobie z nowymi mediami zostali pozostawieni samymi sobie. Są jakieś przedmioty w szkole z informatyki czy zajęcia na studiach (typu nowoczesne technologie informatyczne). Ale jeśli uczeń lub student sam się nie nauczy, to praktycznych umiejętności nie wyniesie. Zamiast lekcji czy zajęć lepsze było tworzenie warunków - sami się nauczą, jak te dzieciaki ze slumsów w Indiach. Wystarczy tylko dostęp.... Rzeczywisty i codzienny a nie tylko okazjonalnie na zajęciach.

Studenci po lekcjach informatyki w szkole i zajęciach na studiach za główny i podstawowy sposób komunikacji grupowej uważają... pocztę elektroniczną (wspólny adres dla grupy). Nie wszyscy korzystają z takich narzędzi Facebook, Google+, Research Gate czy z możliwości blogowania i tworzenia e0portfolio. Po co są zajęcia z nowoczesnych technologii? O programowaniu w języku C++? To też ważne, ale na co dzień korzystamy w komunikacji międzyludzkiej i zawodowej z dostępnych narzędzi i łatwych w obsłudze. Muszą wiedzieć tylko do czego to jest przydatne i jak sensownie z tego korzystać.

Nie potrzebne są przedmioty, potrzebne są projekty i praca zespołowa (nauka przez działanie). Potrzebnych narzędzi nauczą się na innych zajęciach, niejako "przy okazji", o ile prowadzący sam z tych nowych technologii korzysta.

A na przykład w Kortowie to przydałby się powszechny dostęp do bezpłatnego Wi-Fi i to nie tylko w budynkach. Teraz jest eduroam, ale kłopotliwe i czasochłonne jest zakładanie konta (tylko dla pracowników i studentów) oraz nie we wszystkich budynkach jest zasięg. Bezpłatne Wi-Fi, to nie tylko wygoda dla studentów i pracowników, ale Kortowo byłoby miejscem, gdzie przyjeżdżaliby młodzi ludzie. A ja nawet na wykładach nie wszędzie mam zasięg sieci bezprzewodowej eduroam i nie mogę na skorzystać z materiałów on-line.... Jak pokazać stronę? Wcześniej zrobić zrzut z ekranu i pokazywać jako ilustracje.

Inny przykład, jest kilka tablic multimedialnych, np. na auli  w Collegium Biologiae. Ale nikt chyba z tego nie korzysta, bo gdy chciałem nauczyć się na Nocy Biologów, to okazało się, że oprogranowanie jest już nieaktualne (a sprzęt niepodłączony). Taka tablica na dużej auli nie jest funkcjonalna, lepsza byłaby w małej sali (tyle zdążyłem się nauczyć). Przychodzą do nas studenci, którzy w szkole z takiego sprzętu korzystali... a my, nie potrafimy użyć nawet tego co jest... Pozostaje kreda i tablica oraz pokazywanie zasobów internetowych (wiedza w chmurze) w formie statycznych ilustracji...

Nie chodzi o zakupy sprzętu. To łatwo zrobić. Trudniej sprawić, żeby ten sprzęt służył do celu, w jakim został zakupiony. Czy można uczyć „cyfrowych“ nauczycieli akademickich tego, jak mają uczyć w „cyfrowej uczelni“ nie dając im sprzętu do ręki? Sami mają sobie kupować i uczyć na prywatnym sprzęcie?

Jak to ktoś zgrabnie ujął "Można się oczywiście uczyć skoków na spadochronie nigdy nie skacząc z samolotu ani nawet z wieży spadochronowej. Czy wystarczy w skoczkach obudzić miłość do skakania? Pytanie, co się stanie, gdy ten pierwszy skok nastąpi..."

Lepiej jest tworzyć warunki do korzystania a nie organizować kursy (dla kadry) czy zajęcia (dla studentów). W rezultacie w oswajaniu nowych technologii studenci pozostawieni zostali samymi sobie. Jak mają laptop, tablet itd. z dostępem do internetu, to się sami uczą... Dobrze, żebyśmy przynajmniej z tych umiejętności korzystali w komunikowaniu się z nimi.

Otwarty dostęp do wiedzy naukowej

sczachor

Dyskusja wokół ACTA to coś więcej niż demonstracje uliczne. To szeroka dyskusja nad nowym podejściem do prawa autorskiego, dozwolonego użytku jak i domeny publicznej. Cyfrowe media stworzyły nową sytuację, więc na nowo musimy przemyśleć i zdefioniować utwór i powszechny dostęp do kultury. Nauka jest elementem kultury.

Już w najbliższym semestrze, na zajęciach z autoprezentacji ze studentami biotechnologii, spróbujemy podyskutować nad tym jaka jest granica między plagiatem, cytatem, inspiracją i kopią, w jakim zakresie prawa autorskie dotyczą studenta jako twórcę, odbiorcę i prosumenta, zarówno w zakresie refetarów na seminariach, sprawozdań czy pracy dyplomowej.

Ale żeby nie ograniczać się tylko do suchej dydaktyki, włączymy się w pierwszy międzynarodowy Tydzień Otwartej Edukacji (5-10 marca 2012).

Tymczasem coś od i dla naukowców:

Więcej na stronie: http://otwartymandat.pl/

Eksperyment z reklamami na blogu

sczachor

Od młodych ludzi, od uczniów czy studentów, też wiele można się nauczyć. Tak jak od każdego innego człowieka. Ale żeby coś studentom polecać na zajęciach wcześniej sprawdzam na sobie. Po prostu nie wpuszczam swoich studentów w "niesprawdzone maliny", nie są dla mnie "mięsem armatnim", czy jak w Armii Czerwonej nie prowdzę rozpoznania walką (wysyłanie żołnierzy na bunkier, aby sprawdzić co tam jest). Jeśli już to razem z nimi uczetniczę w eksperymentach.

W dydaktyce często wykorzystuję metodę projektu i nauki przez działanie. Czasami są to prośrodowiskowe projekty. Ponad rok temu, w czasie jednej z akcji zbierania elektrośmieci, studenci na swoim blogu (założony na potrzeby akcji) włączyli funkcję reklamy. Pomyślałem, że to może dobry pomysł, aby kolejnym rocznikom podpowiadać już pomysły przynoszące jakieś wsparcie finansowe realizowanych projektów. Postanowiłem sprawdzić, jak to działa i włączyłęm funkcje reklan na niniejszym blogu.

Po rocznym egzystowaniu reklam, zarobiłem 8 zł i 54 grosze :). Biorąc pod uwagę, że wypłaty następują od kwoty 10 zł, nie zarobiłem nic. A mój blog ma stosunkowo dużą oglądalność. Skoro tak, to nie będę łudził studentów, że mogą w ten sposób zarabiać. Można oczywiście prosić innych o klikanie na reklamy (np. ty kliknij u mnie, a ja u ciebie), ale będzie to pozorowana i udawana działność "biznesowa". Substytut.

Przecież i tak najczęściej reklam w ogóle nie czytamy. Traktujemy jako spam, nawet wtedy, gdy jako wredne okienka wyskakujące przesłaniają czytaną treść. Nie reagujemy (tak jak kiedyś) na reklamy telewizyjne, radiowe, prasowe, internetowe, czy papierowe ulotki znajdowane w skrzynce listowej. Bez czytania wyrzucamy na śmieci (w sumie to marnowanie zasobów środowiska). Po co taka bezproduktywna i nieskuteczna reklama? Masa pieniędzy idzie na produkcję beznadziejnych i tandetnych filmików reklamowych, zdjęć itd. Biznes wspiera kulturę? Nie, wspiera tandetny spam. To są paradoksy komercji i konsumpcji, życia w iluzji, że tak trzeba bo i inni się "reklamują". Lecz w zalewie informacji "sponsorowanych", szczególnie młode, sieciowe i anty-ACTA pokolenie odporne jast na taka spamową reklamę. Jednocześnie w mediach brakuje popularyzacji wiedzy. Zamiast teatrów telewizji, czy zamiast dobranocek dla dzieci, mamy potok ogłupiających reklam... w gruncie rzeczy nie oglądanych - to szum i spam kulturowy. Jakże wspaniały byłby świat medialny, gdyby chociaż w połowie czasu reklamowego pojawiły się programy objaśniające świat z treściami popularyzującymi wiedzę...

Przez dłuższy czas traktowałem te kolorowe reklamowe kwadraciki jako ozdobnik graficzny. Ale poszukam innego sposobu uatrakcyjnienie wyglądu niniejszego bloga.

Nawet nieudany eksperyment ma wartość, bo pomaga zrozumieć funkcjonowanie rzeczywistości wokół nas. W badaniach naukowych także wiele eksperymentów jest "nieudanych". Ale trzeba wykonać wiele prób, aby odkryć różnorodne prawidłowości. Najważniejszym przyrządem badawczym w nauce zawsze będzie... rozum i logiczne myślenie.

Owady, ochrona przyrody a sprawa ACTA, SOPA i PIPA

sczachor
Jak to mądrzy ludzie mówią diabeł tkwi w szczegółach a piekło wybrukowane dobrymi intencjami. Nie wystarczy chcieć dobrze, trzeba jeszcze pomyśleć o ewentualnych, nieprzewidzianych konsekwencja.

Dobrym przykładem jest prawo dotyczące ochrony środowiska. Jakiś czas temu wyszło rozporządzenie i ustawa, m.in. zabraniające fotografowania zwierząt w miejscu rozrodu. Zapis ten przygotowano głównie w oparciu o duże ssaki i ptaki. Dla tych zwierząt zapis był logiczny i sensowny.Wynikał z dobrych intencji i wiedzy (fotograf zbliżający się do gniazda dużego ptaka może skutecznie zniszczyć lęg). Ale jaki jest sens zakazu fotografowania ważki, chruścika czy innego owada w miejscu rozrodu, czyli lotów godowych nad rzeką czy jeziorem? Absurd. W żadnym wypadku nie sprzyja ochronie wspomnianych gatunków a utrudnia życie. Piszący te akty prawne myślał o ssakach a głównie ptakach. Ale kategoria "zwierzęta" w sensie zoologicznym jest większa. Jak postanowiliśmy doraźnie wybrnąć z tego absurdu? Po prostu odwoływać się do potocznego rozumienia zwierzęcia. No bo są zwierzęta... oraz ptaki, ryby, owady. Zatem w potocznym rozumieniu owad to nie zwierzę:). Na szczęście poprawiono i doprecyzowano prawo.

Teraz jesteśmy świadkami prób ukrócenia piractwa internetowego. Ale akty prawne tworzone są pod potrzeby oprogramowania i muzyki. Tyle tylko, że jako prawo autorskie rozszerzane jest na tradycyjne formy, w tym słowo pisane i działalność naukową. Dochodzi do absurdalnych rozwiązań. Nie dziwi więc społeczny bunt przeciw ACTA, SOPA czy PIPA. Przecież internautom nie chodzi o legalizację piractwa i nielegalnego obrotu dziełami autorskimi. Chodzi o dobre prawo. Prawo, które nie będzie otwierało furtki dla inwigilacji, blokowania internetu czy kneblowania działalności naukowej i upowszechniania wiedzy. Nie możemy pozwolić sobie na zaanektowanie naszej niepodległości intelektualnej.

W ochronie praw firm komputerowych, fonograficznych czy filmowych nie można wylewać dziecka z kąpielą. Wiedzy nie można opatentować. Tak jak nie można opodatkować powietrza czy dostępu do wody. 

Być dziennikarzem i... blogerem

sczachor

„Być dziennikarzem to przede wszystkim ciągle nad sobą pracować, kształcić się, zdobywać wiedzę, starać się zrozumieć świat.”

 Ryszard Kapuścićńki

Ale można to odnieść do każdego społecznego zawodu, do naukowca, nauczyciela, polityka, twórcy kultury, samorządowca. Poznawanie świata i rozumienie go jest stałym wyznacznikiem współczesnego świata. Bo szybko się zmienia. W każdym zawodzie więc trzeba kształcić się poznawać, rozumieć. W przeciwnym razie dochodzi do katastrof.

A że pisać publicznie dzisiaj łatwo, na przykład za sprawą blogów, to i amatorskie dziennikarstwo się upowszechniło. Amator jednak nie znaczy dyletant. Tylko tyle, że nie jest to praca zawodowa. A przecież zdecydowana większość blogerów nie żyje z piania blogów. Piszą nie z potrzeby finansowej, ale wewnętrznej chęci wypowiedzenia się. Dla siebie, czasem dla innych. A oznacza to - za słowami Kapuscińskiego - ciągłe pracę nad sobą i chęć zrozumienia świata.

Wikipedia jest jak medycyna ludowa

sczachor

Wikipedia to ludowa wiedza, ludowa sprawiedliwość i rozumienie prawa. Tak jak folklor jest opóźnionym odbiciem kultury wyższej, ogólnej, narodowej, tak Wikipedia jest ludowym odbiciem stanu wiedzy, nastrojów, poglądów, aktywności, czyli społeczeństwa informatycznego w tym przypadku (bo ci mają dostęp do Internetu).

Wiedza nie jest sumą informacji. Wiedza to informacje ułożone w systemie (paradygmacie). Informacje, definicje są zawsze kontekstowe. W przypadkowym zbiorze niespójnych haseł nie ma zwartej i całościowej wiedzy. Ale te hasła są niejednokrotnie przydatne. Tak jak ze wszystkich innych źródeł internetowych i papierowych trzeba umieć korzystać. Inaczej jest to wiedza bezwartościowa. Tak jak trzeba umieć jeździć samochodem. O sukcesie decyduje nie tylko jakość maszyny, ale i umiejętności kierowcy. Trzeba więc uczyć się korzystania poprawnego z Wikipedii. Tak jak z sukcesem można korzystać z medycyny ludowej. Ba, nawet czerpać z niej inspiracje do medycyny nowoczesnej (ale pomysły poddane są profesjonalnej obróbce metodologicznej).

Medycyna ludowa jest odzwierciedleniem dawnej medycyny. Funkcjonują przepisy z dawnych epok. Jest więc w stosunku do medycyny zapóźniona. A na dodatek bez własnego „silnika” rozwojowego i bez dystansu. Z niewielką dozą kreatywności. Naśladuje z opóźnieniem i z pewnym zniekształceniem.

Sam wikipediowania doświadczyłem, spróbowałem - więc mogę zdać relację ze swojego doświadczenia, obserwacji, odczuć. To są luźne refleksje a nie systematyczne badania, zakrojone na szerszą skalę. Nie oceniam z boku, oceniam po spotkaniu i przeżyciu, po byciu razem w tym dobrym i tym złym.

Wikipedia to dobry brudnopis i ćwiczenia w dyskutowaniu, zwłaszcza dla ludzi młodych. W porównaniu do innych for dyskusyjnych, mimo wszystko dużo większa kultura. Ale jako wiedza „ludowa” ma wymieszane dobre i wiarygodne informacje z bezwartościowymi i zmanipulowanymi.

Wady: anonimowość, fikcyjność osoby, przy anonimowości mniejsza kontrola nad sobą jak i ukrywanie prawdziwych, światopoglądowych intencji (zwłaszcza dla sekt, grup zawodowych lansujących swoje firmy czy produkty, wyznania – nie znając osoby nie możemy znać kontekstu wypowiedzi, co znacznie utrudnia interpretacją). Pacynki tworzone dla walki personalnej itd. Brak dystansu dla siebie, puszenie się w złudnej chwale „naukowego” encyklopedyzmu, w swej urojonej wielkości (jeśli napisane, umieszczone to ważne, jeśli skreślone to nieważne – iluzja że wikipediowość nadaje wartość (tak jak celebryci w TV – jeśli napiszą o czym w gazecie lub pokażą w TV to jest to coś ważnego, czy to osoba, czy to zdarzenie).

W jakimś sensie dla niektórych jest jak gra komputerowa lub powieść literacka – pozwala kreować siebie w lepszym świecie. Pewien absolwent politechniki kreuje się na doktora nauk biologicznych, pracującego w międzynarodowym zespole badawczym.

O ile informacjom można zaufać, to nierówna i nieokreślona jest interpretacja, zarówno samych źródeł jak i wyciągania wniosków. Czasem są sensowne i wartościowe interpretacje, czasem zupełnie bzdurne, niespójne itd. Często jest ukrywany lub nieuświadomiony subiektywizm, czasem próby narzucania światopoglądu itd. (dowartościowywanie i „unaukawianie” swojego punktu widzenia).

Bezpieczniejsze (w wykorzystaniu) są hasła proste, bardziej ryzykowne hasła abstrakcyjne i wymagające erudycji oraz kontekstu. Próba kategoryzacji jest klasyfikowaniem obiektów, zjawisk. Wymusza poszukiwanie związków, podobieństw, różnic. Ale w jakimś sensie jest to dobra praktyka do późniejszych przemyśleń, czym jest tak na prawdę wiedza. Te doświadczenia wikipedystów mogą się im kiedyś przydać przy refleksji nad wiedzą jako taką.

Wikipedia nie jest wartością jako dzieło (skończone, bo nigdy nie będzie skończone), lecz jako proces uczenia się. Zatem najwięcej korzystają aktywnie uczestniczący (edytujący, dyskutujący), mniej ci co tylko biernie korzystają. Wikipedia jest projektem wolontariatowego samokształcenia się (kształcenie ustawiczne w społeczeństwie informacyjnym).

Zalety/Wartości: w zakresie wiedzy – zbieranie informacji (często niekompletne i nieusystematyzowane, ale jednak), danych, linków internetowych (ta forma najbardziej dostępna dla wikiinternautów, łącznie z uwolnionymi zasobami – skanami-pdfami starych książek), bibliograficznych pozycji (raczej nigdy kompletna, raczej przypadkowa i wybiórcza).

W zakresie umiejętności to jest wartościowy brudnopis, bo żeby coś napisać, edytorzy muszą najpierw poszukać źródeł, coś przeczytać (ze zrozumieniem lub bez ale jednak aktywnie zapoznać się ze źródłami), sformułować zdanie, uporządkować informacje, czasem je integrować. Uczą się w końcu dyskutować (starania idą chyba w kierunku dyskusji merytorycznej, ale często-gęsto przedostają się argumenty ad personam i inne nieuczciwe metody, tak jak i w innych formach ludzkiej, publicznej aktywności).

Wikipedia to taki nieustający i nieustabilizowany brudnopis, kolejne (nowsze) wersje wcale nie muszą być lepsze od starszych – nie jest to proces ciągłego (nawet powolnego) udoskonalania. Wiki – to takie ciut uporządkowane Google (lepsze dla fotografii i rysunków, bo to ze swej natury swoiste całości – można dodać inne, ale nie zmanipulować danego obrazu), pierwszy kontakt szukania (najczęściej wysokie pozycje w googlowaniu).

Nie można się ograniczać do Wikipedii, bo nie ma tu ani pełnego obiektywizmu, ani kompletności opracowania (treść jeśli chodzi o wartość jest łaciata). Zatem trzeba sprawdzać źródła, na które powołuje się dane hasło, sprawdzać w innych nie-wikipediowych źródłach, zaglądać do historii haseł i sprawdzać co było wcześniej napisane i co było kasowane. W końcu samodzielnie wyciągać wnioski.

Wikipedia to tylko pomocny kolega, który przyniósł notatki (może niekompletne, może tendencyjnie wyselekcjonowane, może przypadkowe zebrane – akurat to, co było pod ręką a nie to co najwartościowsze).

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci