Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wpisy otagowane : spoleczenstwo-informacyjne

Przenosiny bloga (nowy adres, treść ta sama)

sczachor

dachowkaodwagi1

Po prawie trzynastu latach nieprzerwanego działania postanowiłem przenieść swojego bloga pod inny adres internetowy. Treść pozostanie ta sama.

Nowy adres: https://profesorskiegadanie.blogspot.com/

 Wiem, że to ryzykowna ale przy moich dość przeciętnych umiejętnościach  (nie znam języka html) nie potrafię na dotychczasowej platformie poprawić estetyki bloga i nie radzę sobie z reklamami. Zatem będę wygaszał wpisy w tym miejscu a cała aktywność przenoszę pod wskazany wyżej adres. 

Zapraszam tu: https://profesorskiegadanie.blogspot.com/

Mój blog wiele razy się zmieniał, dojrzewał. teraz kolejny krok. Zmienia się adres ale treść się nie zmienia. Nie zmienia się także wolna licencja, na której udostępniam publikowane treści. 

Superbelfrzy Nocą czyli o błędach, które nie są porażką

sczachor

superbelfrzynocaCo robią nauczyciele późnym wieczorem? Oglądają telewizję? Śpią? Nie, zazwyczaj albo przygotowują się do dnia następnego, wypełniając najrózniejsze szkolne „papiery” (także wersji cyfrowej) albo się uczą. I nowe technologie ułatwiają to ostatnie. Na przykład Superbelfrzy organizują wieczorne webinaria. Wyjaśnię na wszelki wypadek, że webinarium to takie seminarium w sieci (stąd web-inarium), wykład wprowadzony on-line. Całkiem nowa forma komunikacji międzyludzkiej w kontekście zawodowym (czyli dyskusji i dokształcania się).

A skoro webinarium jest nową formą, to trzeba się tego nauczyć, zarówno jako uczestnik jak i „prelegent”. I w tym roku miałem kilka okazji poprowadzić webinarium, m.in. z wykorzystaniem platformy Clickmeeting.

Zazwyczaj błędy traktujemy jako porażkę. Ale w procesie uczenia się błędy nie są porażka, są… ewaluacją. Są informacja zwrotną. To właśnie do edukacji bardzo pasuje powiedzenie „ten błędów nie popełnia kto nic nie robi”. Zatem i ja… popełniam błędy. Za każdym razem inne, ale cały czas przybywa mi umiejętności. Zbawienne te błędy, które potrafimy dostrzec.

Zostałem poproszony przez Superbelfrów o poprowadzenie webinarium, odbywającego się w cyklu Superbelfrzy Nocą. Chciałem podzielić się swoimi doświadczeniami i przygotowałem opowieść o mówieniu z wykorzystaniem ilustracji do kamishibai. Ale jak pokazać teatrzyk ilustracji na platformie e-learningowej?

Po około godzinnym spotkaniu miałem mieszane uczucia. Niby poszło dobrze, ale czułem niedosyt i dostrzegłem kilka swoich błędów. Dlaczego nie przygotowałem się lepiej, żeby tych błędów nie było? Bo na etapie planowania, przy małym doświadczeniu, nie byłem w stanie sobie tych błędów wyobrazić sobie i przewidzieć. To znaczy niektóre można było, ale nie od razu Kraków zbudowano.

Mówienie referatu w formie on-line jest trudne. A przynajmniej nowe dla mnie i zasadniczo różne od dotychczasowego doświadczenia. Po pierwsze nie widać publiczności. Widać tylko monitor, małe okienko z własną twarzą (czyli to co widzą uczestnicy) i okienko z czatem. Tam słuchacze mogą pisać. Ale litery są małe i nie bardzo je widać. Dopiero w dyskusji po tym e-spotkaniu, dowiedziałem się, że można jakoś powiększyć. Spróbuję następnym razem. Być może litery będą większe, ale przy prawdopodobnie takim samym oknie mniej będzie widać innych wypowiedzi. Przy intensywniejszej wymianie zdań, trudno będzie to obserwować.

Tak więc publiczności nie widać a co z tym się wiąże nie widać reakcji, nie widać języka ciała. Nie wiadomo czy słuchają i jak reagują. To, co widać na sali, w czasie bezpośredniego spotkania, na webinarium jest niedostępne. Mówi się do monitora. I takiego mówienia trzeba się nauczyć (metodą prób i błędów). Jeśli nie ma reakcji na czacie… to albo słuchają z uwagą, albo w ogóle nie słuchają. Teraz wiem, że trzeba pytaniami lub innymi zadaniami próbować nawiązać dialog z publicznością. I w ten sposób zobaczyć niewidzialne. Czyli nauczyć się wykorzystywania nowych technologii i nowego „języka ciała”.

W rozmowie po webinarium dowiedziałem się także, że można przełączać okna, z widoku prezentacji na quiz (trzeba wcześniej przygotować) czy na białą tablicę. Ale do takich wniosków dojść można, gdy popełni się błędy. Gdy zdobywa się doświadczenie. Uczyliście się kiedyś jeździć samochodem przy kursie na prawo jazdy? Wsiada człowiek pierwszy raz a tam tyle tych różnych dźwigni, pedałów, przełączników, kontrolek. I jeszcze trzeba patrzeć przed siebie, co przez maską samochodu na drodze się dzieje. W pierwszym momencie wydaje się, że tego jest za dużo (kto coś takiego wymyślił?). Gdy nabieramy wprawy w jeździe, to powoli dostrzegamy te wszystkie kierunkowskazy, wskaźniki i kontrolki. Uczymy się.

Co jeszcze widać w czasie webinarium? Liczbę uczestników, którzy dołączyli. Czy 50 osób to dużo czy mało? W środku tygodnia, późnym wieczorem?

Jakie są moje refleksje po? Trochę za szybko mówiłem. Powinienem wolniej. Ale to chyba efekt stresu. Trzeba przeżyć kilka razy by nabrać do siebie zaufania. To kolejny przykład, że błędy w edukacji są ewaluacja i pomagają w rozwoju. Póki swoje niedociągnięcia, potknięcia, braki dostrzegamy, póty się rozwijamy. Niepokoić się można wtedy, gdy uznamy, że wszystko było znakomicie, idealnie itd. Nic do poprawienie? Na drugi dzień miałem okazję odsłuchać nagrania i zobaczyć się z drugiej strony. Było lepiej niż myślałem. Na ogół bywamy zbyt samokrytyczni.

Ale wróćmy do dostrzeżonych błędów. Całość była na mój gust za mało spójna. Chciałem za dużo przekazać, za dużo opowiedzieć. Typowy błąd nowicjusza. Godzina zegarowa w zabieganych czasach to chyba za długo… Następnym razem i na to zwrócę uwagę.

Kolejnym moim wnioskiem jest to, że trzeba zaplanować pytania do słuchaczy. Będzie reakcja zwrotna, mimo że literki na ekranie będą małe. Trudno mówić a jednoczesnej czytać to, co ukazuje się na czacie Dobrym rozwiązaniem jest pomoc drugiej osoby, która nie mówi tylko czyta i ewentualnie potem przypomina. Przy takim wsparciu dialog jest łatwiejszy.

Umiejętności webinariowe dotyczą także publiczności. Czy pisać pytania na czacie i komentarze czy nie? A może się pisaniem przeszkadza? Może rozprasza? Ta nowa forma edukacji i komunikacji (webinarium) wymaga od nas wypracowania całkiem nowych standardów zachowania się. Trzeba więc próbować, przeżywać, doświadczać i sukcesywnie poszukiwać najlepszych rozwiązać i stylów rozmowy. Może za lat kilka czy kilkanaście będą już wydrukowane poradniki co i jak. Teraz ich nie ma. Uczymy się na sobie i przez działanie.

Proste przełożenie formy prezentacji z sali klasowej (uniwersyteckiej) nie jest jak widać dobrym rozwiązaniem. Trzeba odkryć potencjał nowego narzędzia. Niby prezentacja jest przygotowana w Power Poincie ale zapisana w pliku pdf i nie ma animacji. Trzeba szukać innych możliwości lub… czekać aż informatycy opracują nowe rozwiązania techniczne. Jakiś czas to potrwa. I my jako prelegenci-uczestnicy musimy o swoich potrzebach głośno mówić. Bo niby skąd programista ma wiedzieć co jest potrzebne? A my, jeśli nie spróbujemy czyniąc liczne błędy, skąd będziemy wiedzieli, czego nam potrzeba w tym nowym narzędziu i nowej formie komunikacji na odległość?

Kolejne próby i za każdym razem coś nowego. Nie ma innej rady. Najpierw oswoić się z nowym narzędziem, przekonać się, że "nie gryzie". Potem można próbować nowych opcji. W tym sensie błędy są błogosławione w procesie edukacji i nie należy ich traktować jako porażki. Raczej jako sukces, że się rozwijamy i dostrzegamy kolejne ważne elementy. Przeżyć, doświadczyć, zrozumieć.

Czego się muszę nauczyć? Podobno jest też opcja przyznawania głosu uczestnikom. Stają się na moment prelegentami. Niby prosta rzecz, ale jak i co nacisnąć by tę prostą czynność zrealizować? W sali przecież wystarczy wskazać ręką, powiedzieć, że ktoś ma głos…. A tu jest technika, siedziny od siebie po kilkadziesiąt kilometrów… i nikt nie ma tak długiej ręki…

No cóż, teraz chciałbym spróbować poprowadzić webinarium ze studentami, jako część kursowych zajęć. A może studenci, jako młodzi ludzie, już takie formy sami realizują? Może nie koniecznie za pomocą Clickmeeting? Może udałoby się zrobić studenckie seminarium w czasie Nocy Biologów w takiej właśnie formie? Przekaz byłby dostępny dla osób, będących daleko od Olsztyna.

A na zakończenie link do nagrania z webinarium jeszcze w wersji surowej, nieobrobionej: https://drive.google.com/file/d/1FgeLwT-yIMvV6mMV70XQWpd4Ylb7ZFpt/view

Mile widziane komentarze, sugestie, własne webinariowe refleksje.

Wieczorna bajka o mówieniu dla dorosłych (nauczycieli w szerokim sensie)

sczachor

Bajka_o_mwieniu_2W tym roku uczyłem się (mam nadzieję, że z dobrym skutkiem) dwóch różnych metod edukacji i przekazywania treści wykładowych. Pierwsza średniowieczna, a więc archaiczna, a druga nowoczesna, rodem z XXI wieku. Mam na myśli teatr ilustracji kamishibai oraz internetowe webinarium. Co te dwie metody łączy? Zdawałoby się, że są od Sasa do Lasa. Łączy je ewolucja człowieka i kulturowa ewolucja metod komunikacji. O tym ostatnim opowiadam także w tradycyjnej, wykładowej formie na uniwersytetach trzeciego wieku, nie tylko w Olsztynie.

To były moje pierwsze kroki z kamishibai i webinarium, i o tych swoich doświadczeniach chcę opowiedzieć nauczycielom w ramach wieczornych webinariów Superbelfrzy Nocą (czwartek, 23 listopada, początek o 21.00).

Drewniana skrzyneczka i malowane ilustracje. Bez prądu, elektroniki i nowoczesnych wodotrysków. Opowiadałem bajki opracowane wspólnie z wydawnictwem (to głównie uczniom szkolnym) oraz dwie samodzielnie namalowane i narysowane. Bo w jednym przypadku korzystałem także z myślografii czyli notowania wizualnego. Kamishibai przedstawiłem… studentom. I najwyraźniej z dobrym efektem. Nawet naukowcom i studentom z Japonii, co było dla nich dużą niespodzianą. Dopytywali skąd ich tradycyjne kamishibai trafiło do Olsztyna i dlaczego wzbudziło moje zainteresowanie. A ja tylko nawiązałem do dużego nurtu – w Europie ta forma opowieści jest bardzo popularna, zwłaszcza wśród nauczycieli (w Polsce też). Bo od nauczycieli z naszych szkół można się wielu wartościowych rzeczy nauczyć. Zwłaszcza wśród Superbelfrów.

I to właśnie głównie za sprawą Superbelfrów spróbowałem wykładania przez Internet. To były próby z Facebookiem, Skypem oraz platformą Clickmeeting. Poduczyłem się trochę,  a w zasadzie bardziej rozpoznałem możliwości i ograniczenia. Doświadczyłem i lepiej rozumiem jak i co przygotowywać. I teraz lepiej wiem, czego muszę się nauczyć... Mamy coraz więcej studentów z indywidualnym tokiem studiów, mieszkających daleko. Kontakt internetowy może być dobrą forma uzupełniającą tradycyjne zajęcia w murach uniwersytetu.

Bajka kojarzy się z literatura fikcji, z fantazją. I z wieczornymi opowieściami przy piecu, zwłaszcza jesienią. Ze światem bez telewizji i komputerów. Tym razem będzie to bajka dla dorosłych… i to z komputerem lub smartfonem czy tabletem.

Bajka o mówieniu” to refleksje o nowoczesnym wygłaszaniu referatów z wykorzystaniem średniowiecznych technik (kamishibai), przeznaczona głównie dla nauczycieli. Podzielę się swoimi refleksjami o tym, jak mówić by być słuchanym, jak wykorzystywać nowoczesne rzutniki multimedialne i techniki notowania wizualnego (myślografia). Opowieść okraszona będzie dygresjami, dotyczącymi ewolucji człowieka i rozwoju kultury komunikacji międzyludzkiej.

Więcej szczegółów na stronie Superbelfrów: http://www.superbelfrzy.edu.pl/webinaria/superbelfrzy-noca-49-stanislaw-czachorowski/

Internetowy konektywizm zaskakuje mnie coraz bardziej

sczachor

cytowanie_mojego_blogaRozprzestrzenianie się informacji przez internet coraz bardziej mnie zaskakuje. Wydawałoby się, że w tym gąszczu informacji i nadmiarze treści, trudno cokolwiek znaleźć. Pojawia się coraz więcej cyfrowych bibliotek, udostępniających swoje zasoby na wolnej licencji. Jest mnóstwo stron i portali z informacjami, do tego miliony blogów.

Jak w tym natłoku znaleźć cokolwiek interesującego? Sztuką jest zapewne umiejętność rozmowy… ze sztuczną inteligencją (kompetencja XXI wieku). To znaczy umiejętne wpisanie słów do wyszukiwarek czy samodzielne przeszukiwanie różnorodnych repozytoriów. Ale to nie wszystko….

Kiedy zaczynałem pisanie niniejszego bloga, myślałem że dotrze zaledwie do niektórych studentów. Potem okazało się, że trafia do bardzo szerokiego grona. Ale ciągle byłem przekonany, że trafia tylko do czytelników jako swoista rozrywka popularnonaukowa. Takie było i jest też jego przeznaczenie. Gdy zamieszczone drobne informacje faunistyczne trafiły do publikacji – byłem pozytywnie zaskoczony. Czyli jednak warto nawet drobiazgu ocalić od zapomnienia, bo komuś mogą się przydać. Jak je znajdują? Najwidoczniej potrafią wpisywać odpowiednie słowa do przeglądarek internetowych. Ale kilka dni temu moje zdziwienie było jeszcze większe (ilustracja obok). Odwołanie do bloga ze strony angielskojęzycznej. Przecież ja piszę tylko po polsku na tym blogu. Jednocześnie wątpię by znajomość języka polskiego była większa niż wśród rodaków. Jakże zatem angielskojęzyczny poszukiwacz kryptozoologii i mitów dotyczących zwierząt dotarł do mojego wpisu na blogu o zmierzchnicy trupiej główce?

Dotrzeć to pewnie nie sztuka, po nazwie gatunkowej. Ale jak odczytał i zrozumiał? Najwyraźniej internetowe tłumaczenie tekstu przez sztuczną inteligencję jest coraz sprawniejsze i dostępniejsze. Ba. Ludzie między sobą porozumiewają się z wykorzystaniem telefonu, mimo że nie znają swoich języków. Sztuczna inteligencja zmienia nasze życie. Jeszcze nigdy tak wielu ludzi nie komunikowało się ze sobą. Biomasa współpracujących mózgów jeszcze nigdy nie była tak duża. Masa krytyczna.

Ps. Małe wyjaśnienie bloga pisze nie zamiast tradycyjnych publikacji tylko równolegle. Nie zamiast tylko i.

Czy pozwalać studentom i uczniom korzystać z telefonów i tabletów na wykładach (lekcjach)?

sczachor

Telefon_na_wykadzieZamieszczone obok zdjęcie zrobione zostało w czasie wykładu dla uczniów w Iławie. Przyjechałem specjalnie kilkadziesiąt kilometrów, sala pełna, ponad 150 osób. Tyle wysiłku a oni co? Gapią się w te swoje telefony? Chciałbym się powiedzieć, ech ta dzisiejsza młodzież. I byłoby to… całkowicie nietrafione stwierdzenie. To, że patrzą w ekrany telefonów to znaczy, że słuchają wykładu! Po prostu zbyt stereotypowo oceniamy sytuację na zdjęciu. Kontekst zmieni wiele, dlatego zachęcam do dalszej lektury niniejszego tekstu by poznać ów kontekst sytuacji.

Sam tego niepokoju doświadczałem wielokrotnie. Na wykład się przygotowałem, napracowałem. Mówię coś, wydaje mi się, że ważnego, a część studentów mniej lub bardziej dyskretnie smyrga w telefonach. Znaczy lekceważą, nie słuchają bo zajmują się czymś innym? A gdyby notowali w zeszytach? Wtedy wykładowca czułby się dobrze, jest cisza i notują. Zaraz zaraz, a skąd wiadomo, że zapisują treści z wykładu a nie piszą listy miłosne, bazgrzą z nudów esy-floresy lub odrabiają zadania z innych zajęć (tych „ważniejszych”)? Język ciała i obserwowane sygnały zwrotne mogą wprowadzać w błąd. Może po prostu nie rozumiemy wykorzystania smartfonu… Najlepsza byłaby samoobserwacja: co ja robię na konferencjach, zebraniach, cudzych wykładach, gdy korzystam (lub nie korzystam) z telefonu?

Jakaś rada wydziału, ktoś czyta ważne dokumenty. Przy stołach siedzi kadra naukowa i to utytułowana (w większości). Na sali gwar, część rozmawia szeptem (ale na tyle głośnym, że słychać wszędzie), część „grzebie” w telefonach. Ci pierwsi są uciążliwsi bo wydawanymi dźwiękami nie tylko szum czynią ale ewidentnie przeszkadzają czytającemu – zapewne czuje się lekceważony, niesłuchany, marne uczucie (na wykładach to nigdy tak głośnego szeptanego hałasu nie słychać). Ważne ale nudne dokumenty i trudno się skupić? Może ma znaczenie brak poczucia sprawstwa? Bo wynik głosowania jest raczej znany. Dyskusji raczej nie będzie, a jeśli już to zdawkowa, formalna. Zatem można pogadać z sąsiadem na bardziej interesujące tematy lub skomentować fragment z czytanego dokumentu? Jeśli zrozumiemy siebie to może zrozumiemy studentów (uczniów). Potrzebna samoobserwacja. Oczekujemy od studentów, że nie będą korzystali z telefonów a sami to nagminnie czynimy? Ja korzystam. Czasem sprawdzam pocztę, czasem zajrzę na portal społecznościowy lub do serwisu informacyjnego sprawdzić co na świecie, czasem wyślę esemesa, że oddzwonię, bo teraz jestem na zebraniu i nie mogę odebrać telefonu, czasem szybko w słowniku lub jakiejś encyklopedii wyszukam trudne słowo, które się pojawiło „na obradach” a nie bardzo rozumiem co znaczy. Czasem zrobię zdjęcia jako formę notatki – by coś ważnego mi z konferencji nie umknęło. Zatem korzystam, gdy się nudzę lub mózg ma jeszcze wolne moce przerobowe by się czymś dodatkowo zająć. Może studenci (uczniowie) czynią podobnie? W podobnych stanach nudowo-mózgowych notuję coś, piszę konspekty lub po prostu rozmyślam o czymś innym niż to, co dzieje się na sali (konferencja/zebranie). Rozmyślania nie widać i nie przeszkadza? Korzystanie z mobilnego internetu także nie przeszkadza (przynajmniej mniej niż szeptanie). I przecież to nie jest cały czas a tylko w pewnych momentach.

Skąd więc niepokój, gdy studenci korzystają ze smartfonów? Odbieramy to jako sygnał języka ciała, że „teraz przynudzamy” lub „te treści ich nie interesują, nie absorbują”. Jeśli tak, to jest to ważny sygnał ewaluacyjny. Lepiej szybko otrzymywać sygnały o komunikacji niż dbać o złudzenia i pozory. Dla naszego języka ciała korzystanie z telefonów z mobilnym internetem jest czymś ewolucyjnie i kulturowo nowym (a przez to jeszcze obcym). W rozmowie oczekujemy, że słuchacz na nas patrzy. Wtedy odczuwany potwierdzenie, że jesteśmy słuchani. Ale i my musimy na słuchacza patrzeć, a nie na przykład mówić do ekranu czy komputerowego monitora… Czy jest chwila refleksji? Ważności i sensu siłą nie narzucimy. Co najwyżej uzyskamy pozory…

Sam robię czasem zdjęcia wyświetlanym na ekranie treściom. Bo nie zawsze można zdążyć z zanotowaniem treści, zanim prelegent zmieni obraz. Szybciej jest cyknąć zdjęcie. I mam notatkę, do której mogę wrócić. Najczęściej nie wracam, ale ruchowo i emocjonalnie angażuję się w notowanie. Tak samo ważne dla zapamiętywania jak ręczne notowanie. Jest jakąś formą aktywizującego słuchania. Czy wracacie do swoich konferencyjnych notatek? Po co więc je robić? By lepiej zapamiętywać i wspomagać myślenie, porządkowanie informacji w mózgu. Zawsze to trochę ruchu przy kilkugodzinnym siedzeniu na konferencji….

A gdy studenci robią zdjęcia na moim wykładzie? Zawsze pojawia się niepokój: może jakiś błąd na slajdzie, może krawat się przekrzywił lub mam plamę na spodniach albo rozpięty rozporek? Zrobią zdjęcie, gdzieś wrzucą i będą się wyśmiewać? Może jakieś błędy językowe robię a oni nagrywają, w podobnym celu? Na te niepokoje jest rada: samemu z telefonu korzystać (i zdecydowana większość to robi) oraz obserwować siebie samego. Może nie ma nic w tym złego? Co więcej, może wspomaga to proces edukacji i przekazywania wiedzy. Trzeba tylko ten świat odkryć i wykorzystać do celów komunikacji międzyludzkiej. Dwulicowość nie jest dobry rozwiązaniem (sami korzystamy, innym zabraniamy, przypisując niecne motywacje).

Od kilku lat próbuję wykorzystać możliwości internetu i mobilnej aktywności ludzi w sieci. Jednym z wcześniejszych pomysłów było wykorzystanie portali społecznościowych do komunikacji: przesyłania notatek z wykładów (slajdy z wykładu w formie pdf), dyskusji między wykładami, podsyłania materiałów dodatkowych. Czasem próbuję umieszczać linki do treści dodatkowych, np. w formie QR Kodu (bo łatwiej jest słuchaczowi zeskanować kod z ekranu niż wpisać długi i skomplikowany link). Czuję jednak duży niedosyt. Tego dialogu jest niewiele (mniej niz bym chciał), studenci nie są zbyt chętni do dyskusji. Próbuję dociec przyczyny: czy nie chcą w ogóle dyskutować w internecie, czy z tylko wykładowcami - bo to obce światy. Nie potrafią dyskutować czy tylko nie potrafią dyskutować w internecie? A może oferowane przeze mnie narzędzia komputerowo-internetowe nie są odpowiednie? Z tego powodu nieustannie się dokształcam i eksperymentuję.

Na wykładach, mniej więcej do 50-70% studentów potrafi skorzystać z mobilnego internetu. Być może powodem jest brak… dostępności bezpłatnego internetu na salach wykładowych. Jeśli nie mają swojego (a to kosztuje), to nie zawsze mogą skorzystać z wi-fi. Czy uczelnia jako instytucja i pracownicy także, myślą o tym, że niezbędnym warunkiem do dobrego kształcenia jest bezpłatne wi-fi na salach ćwiczeniowych i wykładowych? Pozostawiam to pytanie otwarte. Może sprawdzić w szkołach i na uczelniach.

Moje grupy wykładowe są małe, wnioski z ubiegłego roku nie muszą być więc w pełni wiarygodne. Dlatego, gdy zdarzyła się okazja, wykorzystałem wykład dla uczniów w Iławie.  Na sali było około 150 osób (w tylko kilkoro dorosłych). Pierwsza aktywność opierała się na wejściu na stronę i odpowiedzi na proste pytanie – rezultaty były widoczne od razu na ekranie (rycina powyżej). Prosty adres, prosta czynność. Zadanie to zrobiło 80-82 osoby (dwa różne zadania), zatem efektywność ponad 50%. Teraz znasz już Czytelniku kontekst górnego zdjęcia – słuchają bo posługują się telefonem by wykonać zadanie w czasie wykładu. Tak, pozory mogą mylić. Nie oceniajmy zbyt pochopnie nie znając sytuacji i kontekstu.

W podobnym czasie analogiczne zadanie na zajęciach wykonało 12 studentów spośród 14 obecnych na sali. Ale studenci to osoby dorosłe i nasycenie technologią i dostępem do internetu jest większe, więc nie powinno dziwić.Pozostaje jednak pytanie co zaoferować tym, którzy nie skorzystali? Tym dwóm osobom? Nie mają dostępu do nowych technologii (ograniczenie finansowe)? 

Z drugim zadaniem uczniowie z iławskich szkół podstawowych dużo słabiej sobie poradzili. Trzeba było zeskanować kod QR i wejść do grupy na Facebooku a następnie "zostawić swój ślad”. Spośród 150 uczniów tylko 22 „dotarło” do Facebooka a tylko dwie napisało przynajmniej jedno zdanie (pozostali tylko lajkowali). Podkreslic trzeba, że zadanie najpełniej wykonali czyniowie stari, z klasy VII a więc praktycznie gimnazjum. Młodsi sobie ewidentnie słabiej radzili (na informacji-plakacie była informacja, że na wykład warto przyjść z telefonem z mobilnym internetem). Niektórzy uczniowie sygnalizowali, że QR Kod nie działa (pomyślałem, że może jakiś błąd w generowaniu, ale potem sprawdziłem, wszystko było w porządku). Najwyraźniej nie do końca rozumieją działanie mobilnego internetu… że trzeba wcześniej włączyć wi-fi lub usługę internetowa we własnym telefonie. A skoro jeszcze nie rozumieją, to warto ich tego jak najszybciej nauczyć. 

Jeszcze jedna uwaga. Kilkoro uczniów zamiast wpisywać słowa, kojarzące się z biologią, wpisało jakieś niecenzuralne, hejtujące lub wulgarne (ot takie uczniowskie wygłupy). Margines ale jest. Cóż to znaczy? Że poczuli swoje sprawstwo, że mogą coś zrobić i.. zrobili to co potrafią. Najwyraźniej z takimi zadaniami na lekcji w szkole (z wykorzystaniem telefonu) do tej pory się nie spotkali. To było ich "pierwszy raz". Te uczniowskie wygłupy świadczą moim zdaniem o jeszcze niskich kompetencjach. Mają telefony, mają dostęp do internetu, ale uczą się tylko od siebie (bo ani rodzice nie uczą, ani szkoła). Więc najczęściej będą to wygłupy i hejt. Prawo wieku. Brakuje im sytuacji by mogli poznawać inne możliwości.

Nauczycielom i wykładowcom akademickim pozostaje nie tylko nauczać o świecie ale uczyć się z tym światem. Mitem jest chyba to, że młodzi ludzie sami się nauczą korzystania z nowych technologii i że są w tym lepsi od nas (poświęcają co prawda więcej czasu ale mają mniejszą wyobraźnię do czego wykorzystać - co najwyżej beda rozwijali we własnej, młodzieżówej subkulturze "podwórkowej"). Średnia przeciętna kompetencji jest taka sama, u młodych i u starych. Bo i starzy i młodzi uczą się teraz, gdy te technologie systematycznie się pojawiaają. Jedni szybciej i odważniej, inni w ogóle lub bardzo wolno. A skoro tak, to naszym, nauczycielskim obowiązkiem jest samemu sprawdzić, rozpoznać, doświadczyć, przeanalizować i jako ci doświadczeni pokazywać studentom i uczniom nowe możliwości.

Jest tylko jeden problem, Zarówno nauczyciele w szkołach jak i naukowcy na uniwersytetach muszą to robić…. za własne pieniądze. Oczywiście to państwo powinno wyposażyć swojego pracownika (nauczyciel, naukowe i wykładowca akademicki) w niezbędny sprzęt i oprogramowanie. Powinniśmy się tego domagać. Za długo przyzwyczajaliśmy się do akceptowania nienormalności. Póki to jednak nie nastąpi, trzeba sobie radzić tak, jak każdy umie i na własnym sprzęcie (ja na przykład muszę zmienić telefon, bo mam niewystarczający do potrzeb, jakieś 600-800 zł) i za własne pieniądze (do tego abonament za telefon i internet).

Na koniec (ilustracja na dole) wyniki krótkiego testu ze studentami. Korzystają z mobilnego internetu i telefonów. Ale wspólnie można nauczyć się więcej. Potrafią nawet dyskutować w grupie facebookowej, ale nie na wszystkie tematy. Muszą ich w jakiś sposób dotyczyć, być ważne i istotne. W trwającym semestrze już się czegoś nauczyłem, coś więcej zrozumiałem. Ale to ciągle za mało. Będę uczył się dalej. Uważam, że obowiązkiem akademickiego naukowca jest sprawdzać na sobie samym i dzielić się doświadczeniem ze studentami. A najlepiej wspólnie odkrywać i dyskutować. Po eksperymencie z uczniami (nie pierwszym zresztą) wnioskuję, że braki kompetencyjne w TIK moich studentów są efektem zaniedbań ze szkoły średniej (i gimnazjum). I nie ma co szukać winnych tylko uczyć się wspólnie. Bo nie ważne ile razy ptak zamachał skrzydłami – ważne jest jak wysoko się wzbił.

1jakwykorzystujetelefonnazajeciach

 2jakczestokorzystamztelefonunazajeciach

 

Czytaj także:

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci