Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Powstawanie gatunków na drodze krzyżówek międzygatunkowych – wyłom w darwiniźmie?

sczachor

porostyInformacja o powstaniu nowego gatunku zięb Darwina na archipelagu Galapagos, opublikowana przez małżeństwo Grantów i współpracowników, wywoła duże zainteresowanie i swoistą sensację w wielu mediach. Oto zaobserwowano bardzo szybkie powstanie nowego gatunku (w ciągu dwóch pokoleń tych ptaków) w wyniku krzyżówki międzygatunkowej. Szybkość i sposób nie mieści się w klasycznym modelu darwinowskiej ewolucji. Cóż to oznacza?

W podręcznikach do biologii ewolucję darwinowską opisuje się jako proces powolny, pojawiania się drobnych zmian genetycznych (np. mutacji), które w wyniki doboru naturalnego prowadzą do powstania nowego gatunku. Czasem w formie rozchodzenia się (dywergencji) gatunków podobnych. A więc powolny proces i prowadzący do dywergencji, rozdzielania się nowych gatunków. A tu zupełnie inaczej: nowy gatunek w wyniki połączenia (mieszaniec międzygatunkowy).

W udokumentowanym przez Grantów przypadku jeden samiec obcego gatunku przyleciał na jedną z wysp i skrzyżował się z samicą innego gatunku. I tak powstała populacja, która jest osobnym gatunkiem. Podobnych danych od wielu lat jest dużo więcej. Dlaczego więc dopiero teraz wywołują sensację? Być może dopiero teraz dojrzewamy do zmiany paradygmatu.

Ale najpierw kilka wyjaśnień. Teoria Darwina dotyczy powstawania gatunków drogą doboru naturalnego. I w tym sensie wymieniony wyżej przykład niczego nie obala. Prawo doboru naturalnego jak najbardziej jest w mocy i nie zostało podważone. Co więc zostało podważone lub co nowego wnoszą takie obserwacje? Nowość dotyczy źródła zmienności, która dalej poddawana jest doborowi naturalnemu. Do tej pory w teorii ewolucji podawane były przykłady zmienności, powstającej w wyniki mutacji w obrębie osobnika (gatunku). Krzyżówki międzygatunkowe wskazują na jeszcze jedną przyczynę zmienności: hybrydyzację międzygatunkową. Nie dwa (gatunki potomne) z jednego ale jeden z dwóch. Dotyczyć to może gatunków spokrewnionych, gdy w szczególnych przypadkach przełamana zostaje bariera rozrodcza.

Od wielu lat dowodów na takim proces jest wiele. Na przykład nasze żubry powstały jako krzyżówka międzygatunkowa. Badania genetyczne wykazały, że współczesny Homo sapiens ma w sobie część genów po Neandertalczyku i Homo erectus. Musiało więc dochodzić w przeszłości do krzyżówek międzygatunkowych. Przy okazji kolejny raz podważany jest dogmat biologii, że gatunki nie krzyżują się, a jeśli już to nie wydają płodnego potomstwa (przykładem był muł). Przypomnę, że możliwości mieszania się gatunków jest znacznie więcej i znamy to od dawna, tylko nie zostały te fakty włączone do spójnej teorii. Teraz być może nastąpi zmiana paradygmatu. Nie będzie to jednak obalenie darwinizmu a jedynie rozszerzenie, dopełnienie tej teorii.

Od lat znamy na przykład hybrydyzację u żab zielonych czy tworzenie się poliploidów u ryb oraz u roślin. Na koniec nawiążę do załączonej wyżej ilustracji - porostów. Porost to organizm, powstały po integracji dwóch zupełnie odmiennych gatunków: grzyba i glonu. A więc gatunków wcale nie blisko spokrewnionych. W wyniku powolnego procesu powstał zupełnie nowy poziom organizacji, nowy gatunek i samodzielny byt biologiczny. Nie klasyczne ”rozdzielanie" a sumowanie i powiększanie. Nie podważa to teorii doboru naturalnego lecz wskazuje na jeszcze inny mechanizm powstawania różnorodności (która też podlega selekcji naturalnej). W drzewach filogenetycznych trzeba będzie wprowadzić zmiany: już nie tylko rozgałęzianie się linii rozwojowych (tak jak gałęzie i konary w drzewie ), ale i zrastanie się w jedno różnych takich linii. No cóż, czasem i na prawdziwym drzewie dochodzi do zrośnięcia się gałęzi…

Takie zjawiska widzimy od dawna… ale ich nie dostrzegamy. Do tego ostatniego potrzeba nowa teoria, nowy paradygmat.

Czy mózg społeczny dalej ewoluuje? Rzecz o znajomych z portali społecznościowych.

sczachor

Znajomi_na_facebookuDo działania sprowokowały mnie dwie informacje z dwóch różnych książek. A może nawet kilku. W każdym razie skłoniły mnie nie tylko do rozważań, jak wpływają współczesne nowe media na funkcjonowanie mózgu (co w nim zmieniają?), ale i do szybkiego eksperymentu.

A zaczęło się od tego, iż naukowcy już dawno zauważali pewien paradoks. Przez lata uważaliśmy powiększający się mózg za skorelowany z rosnącą inteligencją. Uważaliśmy, że większy mózg to większa inteligencja (dlatego jeszcze kilkadziesiąt lat temu uważaliśmy, że mężczyźni są inteligentniejsi od kobiet bo mają większe mózgu, średnio-statystycznie - teraz wiemy, że to nie jest prawda), zatem w ewolucji powiększający się mózg hominidów (człowiekowatych) świadczył o selekcji na coraz większą inteligencję. Mądrzejsi i inteligentniejsi wygrywali z mniej inteligentnymi. Wydawało się proste i oczywiste...

Wielkość mózgu łatwo można sprawdzić po skamieniałych czaszkach naszych przodków. Ale jak zmierzyć inteligencję? Szukano dowodów pośrednich, na przykład takich jak sztuka czy narzędzia. I to pojawił się problem. Narzędzia kamienne wytwarzali już nasi przodkowie, najpewniej nawet australopiteki, na pewno Homo habilis i Homo erectus. Na przestrzeni dziejów widać jak narzędzia stawały się coraz bardziej złożone. Możliwe, że były jeszcze inne wytwory i narzędzia, ale te wykonane z części organicznych się nie zachowały. Przynajmniej te najdawniejsze. Pozostaje więc tylko analiza kamieni łupanych. I tu rzecz zaskakująca. Przez ponad milion lat pięściaki były identyczne, o takim samym poziomie złożoności… gdy w tym czasie mózg szybko rósł. Jak wytłumaczyć ten paradoks? Mózg ewolucyjnie rósł a nie było widać przyrostu inteligencji?

Dobór naturalny nie działa tak, że cecha może się przydać dopiero za ileś tam pokoleń. Przydatna musi być tu i teraz i musi zwiększać przeżycie. Jedną z ciekawszych koncepcji jest hipoteza polskich uczonych (Konrad Fijałkowski, Tadeusz Bielecki – o książce Homo przypadkiem sapiens napiszę niebawem). Duży mózg był preadaptacją, rozwijał się jako zabezpieczenie przed udarem cieplnym u gatunku polującego „na zmęczenie” zwierzyny (polowanie na zagonienie). Selekcja naturalna na coraz większy mózg dotyczyła więc innej adaptacji, a wynikła z tego inteligencja pojawiła się niejako przypadkiem.

Drugą ciekawą interpretację zaproponował Robin Dunbar w postaci teorii mózgu społecznego. Otóż uczony ten twierdził (i poparł to badaniami oraz licznymi sensownymi argumentami), że ewolucyjny wzrost mózgu u przodków człowieka i rodzaju Homo związany był z życiem społecznym i utrzymywaniem kontaktów w grupie. Większy mózg to możliwość nawiązania liczniejszych relacji i kontaktu, a tym samym umożliwienie funkcjonowania większej grupie. Liczniejsza horda to lepsza obrona przed drapieżnikami i łatwiejsze zdobywanie pokarmu. Dunbar w kilku książkach przedstawił różnorodne dowody na kształtowanie się społecznego mózgu. Wskazał, że nasze społeczne umiejętności ukształtowały się dziesiątki tysięcy lat temu, w grupach do 150 osobników. Tyle znajomych "pomieści” nasz mózg. Także i teraz, w wielu XXI.

W „Potędze mózgu” (czytaj więcej ). Znalazłem takie zdanie „większość kont użytkowników Facebooka zawiera listę znajomych liczącą 100-250 osób, jak niedawno wykazały badania przeprowadzone na grupie 1 miliona osób.” Dalej autor pisze, że regularni użytkownicy Facebooka nie posiadali większych sieci społecznych niż przypadkowi użytkownicy Facebooka. „Dwa inne badania przeprowadzone online, w ramach których analizowano wiadomości wymieniane za pomącą e-maili oraz Twittera, także wykazały, że typowo grupy osiągały rozmiary od 100 do 250 osobników.” Dunbar tłumaczy to tym, że mózg ukształtowany został tysiące lat temu w innych warunkach i teraz nie ma dodatkowych mocy przerobowych do obsłużenia większej liczby kontaktów  (”ograniczona przestrzeń w naszych umysłach przeznaczona na przyjaciół”).

Niemniej czytając o ewolucji mózgu społecznego nasunęła mi się na myśl, że w zasadzie portale społecznościowe są tak popularne bo dobrze zaspokajają nasze odwieczne potrzeby kontaktu społecznego, nawet na odległość i czasem tylko w myśli. Tak było już dawniej, a teraz mamy dodatkowe narzędzia.

I tu pojawił się drugi impuls. „Dla osoby cierpiącej obecnie na amnezję smartfon może się jednak stać nie tyle uzupełnieniem, ile substytutem, protezą hipokampu.” („Eksperyment. Opowieść o mrocznej godzinie w dziejach medycyny” Luka Dittricha ). Skoro telefon z fotografiami i kontaktami jest swoistą „protezą pamięci”, to czy smartfonowo-komputerowa pamięć zewnętrzna (pozamózgowa) nie zmienia i nie rozszerza naszych możliwości w kontaktowaniu się i tworzeniu większych niż kiedyś sieci społecznych? Już nie tylko za pomocą neuronów w mózgu ale z wykorzystaniem „neuronów” sztucznych i pozamózgowych?

Po pierwsze chciałem sprawdzić czy spostrzeżenie Dunbara o 100-250 znajomych na Facebooku znajduje potwierdzenie. Nauka ma to do siebie, że wszystko można sprawdzić (jest weryfikowalne). Można zweryfikować własnym eksperymentem lub w publikacjach (czyli to, co zrobili inni). Jeśli eksperyment jest złożony, to szybciej dotrzemy do publikacji innych (np. istnienie Ameryki szybciej sprawdzimy wyszukując publikacje i zdjęcia niż samodzielną podróżą.)

Nie mam na razie szansy na eksperyment na próbie miliona użytkowników. Ale zapytałem znajomych w grupie Facebookowej Superbelfrzy (153 członków, w tym 17 moich wirtulanych znajomych). W ciągu kilku dni odpowiedziało blisko 50 osób, a więc jedna trzecia. Jedna z osób pomogła mi i założyła ankietę na googlu (mogłem się więc czegoś przy okazji nauczyć). Odpowiedziały także osoby, których nie znam ani z widzenia, ani najpewniej nie zauważyłem w tej grupie. Zupełnie nieznajomi. A mimo to możemy wspołdziałać i współpracować. Współpracować tak jak znajomi w grupie społecznej czy zawodowej. 

Pierwsza ważna uwaga. Próba jest mała i nie wiem czy można uznać za reprezentatywną. W każdym razie znacznie mniej niż 1 milion. Zatem do uzyskanych wyników podchodzę bardzo ostrożnie. Chcę tylko pokazać, że można samemu sprawdzać, eksperymentować, analizować (w tym sensie każdy od zaraz może być naukowcem). Wtedy pojawia się pole do dyskusji i lepszego rozumienia danego zagadnienia. Po takim eksperymentowaniu chętniej szuka się dodatkowej literatury i publikacji.

W rupie 48 Superbelfrów sytuacja okazała się złożona (zobacz górny wykres kołowy) i niezbyt podobna do opisywanej przez Dunbara. Na pewno osoby w tej grupie miały znacznie więcej znajomych na Facebooku. W przedziale 100-250 zaledwie 6 osób (na 48). W przedziale 250-400 znajomych było 10 osób, a na przykład w przedziale powyżej 500 – aż 17 osób. Inną kwestią jest to, co oznacza „znajomy” na Facebooku. Łatwo zauważyć różne style i różne podejście: jedni ograniczają inni są bardziej otwarci i zależy im na dużej licznie znajomych. Po prostu portale społecznościowe pełnią różną funkcję, nie tylko towarzyską ale i medialno-upowszechnieniową, są swoistą grupą kontaktu, także zawodowego. Nauczyciele mają grupy z uczniami, istnieją także grupy typowo zawodowo-biznesowe. Media społecznościowe tworzą nową rzeczywistość i wymykają się dawnym schematom. Różne cele, różne style. Ale na pewno jest to komunikacja jakiej nie doświadczali nasi przodkowie (w skali i sposobie). Nasza osobista, mózgowa, pamięć wspomagana jest pamięcią komputera i smarfronu. Tak, jak dla ludzi z amnezją smarfony są protezą uszkodzonego mózgu, tak dla ludzi „normalnych”… są wzmocnieniem funkcji społecznych. Dlatego możemy tworzyć znacznie szersze sieci społeczne. Podobnie tak jak pięściak, włócznia czy łuk znacznie wydłużyły ramię Homo sapiens. Mógł dotrzeć z uderzeniem tam, gdzie jego krótkie ramię nie sięgało.

Zastanawiało mnie także to, w ilu grupach funkcjonują ankietowani Superbelrzy. Tu również było duże zróżnicowanie, od kilku grup, przez kilkanaście do powyżej 20 (dolny wykres kołowy). Liczebność w grupach (udało się przeanalizować 111 grup): najwięcej było grup małych (do 50 osób) oraz bardzo dużych, powyżej 500 osób. Tu chyba wyraźnie widać różne funkcje i cele. W małych grupach wszyscy się znają, w dużej mierze także w realu, duże to bardziej media społecznościowe, swoiste „gazety tematyczne” niż grupy społeczne sensu stricte.

Zaciekawiony tymi rezultatami poszukałem w sieci innych opracowań o zbliżonej tematyce. I tak przy okazji dotarłem do innych jeszcze badań Dunbara i jego zespołu. Ale to już opowieść na inną okazję.

 liczebnoc_w_grupie

Potęga mózgu… i plotkowania w czasach Facebooka

sczachor

27657443_10213882420928041_685146990205505375_nEwolucja człowieka i naszego mózgu intryguje od lat. Mimo wielu badań i wielu nowych faktów ciągle zostaje sporo niewiadomego. „Potęga mózgu. Jak ewolucja życia społecznego kształtowała ludzki umysł” trojga autorów” Clive Gamble, John Gowlett, Robin Dunbar, wydana w Krakowie w 2017 roku, jest popularyzatorskim pokłosiem dużego projektu badawczego (psychologia, socjologia i archeologia). Przedstawia dokładnie teorię (hipotezę) mózgu społecznego, mówiącą, że to życie towarzyskie (w tym plotki) odpowiedzialne było za ewolucyjny wzrost mózgu. Jedna, zintegrowana opowieść o ewolucji człowieka. Wszystkiego nie ma (wielu innych, konkurencyjnych hipotez-opowieści nie zawarto), ale jest bardzo dużo aktualnych informacji i spójnej wiedzy. Jest to zajmująca opowieść o tym, „jak w toku ewolucji nasze mózgi społeczne wytworzyły zdolność myślenia globalnego”. Główna teza: „odwieczny związek między naszymi mózgami (...) a wielkością, podstawowych jednostek społecznych, w jakich żyjemy”. Mózg społeczny umożliwia tworzenie i utrzymanie relacji z większą liczbą współplemieńców. Liczba Dunbara wynosi 150 osób. Te zależności ukształtowały się wiele tysięcy lat temu. A teraz istniejemy w znacznie większych społecznościach. I jak sobie radzimy?

Autorzy bardzo dokładne przedstawiają różnorodne dowody. Czasem jest zbyt dużo powtórzeń w kolejnych rozdziałach (ale dla osób po raz pierwszych wkraczających w te tematykę i tę hipotezę społecznego mózgu to dobry zabieg). Komentują wiarygodność swoich dowodów i przedstawiają historię badań nad ewolucją człowieka i jego rosnącego mózgu.

Nawet w dużej aglomeracji, jak twierdza autorzy, „świat (…) osób, które faktycznie znamy – składa się zazwyczaj z niewielkiej liczby około 150 osób.” To górna granica liczby ludzi, z którymi możemy utrzymywać relacje. Tak przynajmniej było przez kilkadziesiąt tysięcy lat. W toku ewolucji u hominidów mózg pozwalał na coraz większą liczbę relacji i kontaktów, co skutkowało coraz większymi grupami, a to ułatwiało zarówno obronę przed drapieżnikami jak i zdobywanie pożywienia. W przeszłości rozrastał się mózg, a w zasadzie jedna jego cześć. A czy teraz, gdy dysponujemy pismem i elektroniką, swoistą pamięcią zewnętrzną, funkcjonalnie nie utrzymujemy szerszych kontaktów i relacji? Jeśli tak, to ewolucja kulturowa byłaby przedłużeniem ewolucji biologicznej. Już nie rozrasta nam się mózg a przybywa pamięci zewnętrznej. Na przykład w postaci smarfonu.

Autorzy piszą, że „liczba twarzy, jakie potrafimy zidentyfikować, wynosi maksymalnie 1500-2000” a przecież to wziąć dużo mniej niż liczba mieszkańców, naszej miejscowości. Od kilku lat ponad połowa ludzkości mieszka w miastach a nie małych wioskach. Narzekamy na Facebooka i smartfony, ale one w rzeczywistości zaspokajają naszą odwieczną potrzebę kontaktów międzyludzkich. Może to dobry sposób na utrzymanie więzi w globalnym świecie? Tego oczywiście nie ma w książce, ale na podstawie lektury takie rodzą się pytania.

„Świat społeczny zdominowany jest przez przyjaciół i znajomych z pracy”. A ja bym dodał, że także w coraz większym stopniu przez „znajomych” z Facebooka. Internet nie tyle pozwala nam zawierać nowe znajomości co przede wszystkim podtrzymywać kontakty zawarte w realu. Wiele grup Facebookowych dobrze funkcjonuje dlatego, że od czasu do czasu ich członkowie spotykają się w bliskim kontakcie.

„Potęga mózgu. Jak ewolucja życia społecznego kształtowała ludzki umysł” to fascynująca lektura i dobra opowieść. Nie wymaga specjalistycznego, wcześniejszego przygotowania. Każdy może przeczytać i zrozumieć. „Liczba 150 wyznacza granice naszej zdolności poznawczej do pamiętania, przywoływania i reagowania w sposób uporządkowany i społecznie produktywny.” Tak. Tak na pewno było, gdy jedyną pamięcią był nasz mózg. Ale w czasach, gdy zaczęliśmy zapisywać na papierze a potem na dyskach komputerów, serwerów i telefonów, nasza pamięć dostała znakomite rozszerzenie i wzmocnienia. To, co się nie zmieści w neuronach, zmieści się w „krzemie”. Być może współcześnie, gdy jesteśmy narażeni na zalew informacji i kontaktów (mnóstwo ludzkich twarzy), to szczególnego znaczenia nabiera wybiórczość i… korzystanie z pamięci zewnętrznej. Na przykład w smartfomie. Tak jak jest z pamięcią krótkotrwałą i pamięcią długotrwałą. Nie można i nie warto wszystkiego pamiętać. Ale trzeba mieć dostęp do tego, co potencjalnie się przyda.

Opowieść o ewolucji hominidów, pięściakach, narzędziach, kulturze i archeologii. Dobrze się czyta. Nasza rozszerzona komunikacja zaczęłą się od iskania. Potem był śmiech, pieśni az powstał język. A jego pierwszą funkcją było… plotkowanie i w ten sposób utrzymywanie więzi. „Średnio spędzamy dwie godziny dziennie na interakcjach socjalnych” (pomijając te zawodowe). Skoro we współczesnym świecie bardzo dużo czasy spędzamy w pracy (albo szkole)… to może dlatego Facebook jest takim wentylem, umożliwiającym utrzymywanie więzi społecznych (przekraczając czas i odległość)?

Język i Facebook to przede wszystkim budowanie więzi. Autorzy „Potęgi mózgu” piszą, że większość kont użytkowników na Facebooku posiada 100-250 znajomych a przeciętne grupy liczą 100-200 osób. Zaciekawiło mnie to. Warto to sprawdzić.

„Facebook czy Twitter, opierają swój sukces na ludzkim pragnieniu utrzymywania kontaktów społecznych.” Może więc nie są takie złe? Może warto je „oswoić” i dobrze wykorzystać w życiu codziennym jak i … szkole.

Jeszcze jeden ciekawy wątek. Świat cyfrowy ponad 7 miliardów ludzi, w dużym stopniu pozostających w relacjach w skali nigdy wcześniej nieznanej ludzkości, tworzy zupełnie nowe zjawiska. Może dopiero w tej skali mocniej uwidacznia się konektywizm (naszej wiedzy, tworzonej w relacjach, w sieci i w formie rozproszonej). Na przykład w 1950 roku liczba słów w języku angielskim wynosiła około pół miliona. W roku 2000 Google wskazuje, że jest już ich jeden miliom (przybywało średnio 8 tysięcy słów rocznie). Giną języki, ale i powstają nowe słowa. Ciekawe ile słów jest współcześnie w języku polskim. I czy ich przybywa. Podkreślić trzeba, że ten milion słów istnieje jedynie w sieci powiązań. Przecież pojedynczy człowiek nie zna tylu. Regularnie wykorzystuje i rozumie zaledwie do 60 tysięcy. Zatem globalna wiedza rozproszona umiejscowiona jest w sieci. Kiedyś była to sieć komunikujących się ludzi i ich wspólna pamięć. Teraz jest podobnie, tyle tylko, że tworzymy znacznie liczniejsze grupy…. Mimo, że nasz mózg się nie powiększył. Bo moim zdaniem ewolucję biologiczną zastąpiła ewolucja kulturowa i wytworzenie „pamięci zewnętrznej” . Na przykład w zwykłym telefonie.

Komputery, które umożliwiły lot ludzi na Księżyc miały mniejszą moc obliczeniową niż nasze telefony komórkowe. Ale w pewnym sensie te smarfony także zabierają nas w podróż zupełnie niebywałą. Podróż do noosfery (postulowanej przez Teilharda de Chardin).

Czytaj także:

Eksperyment – o historii nauki na przykładzie mózgu

sczachor

26904637_10213758477349529_6946229260562871822_nStulecie badań nad ludzkim mózgiem. Ale w rzeczywistości coś znacznie więcej. Jeśli dowolnej, jednej rzeczy przyglądać się (rozważać) wystarczająco długo, to można zobaczyć i zrozumieć cały świat. Bo świat jest całością wielu elementów ze sobą powiązanych różnymi relacjami.

„Eksperyment. Opowieść o mrocznej godzinie w dziejach medycyny” Luka Dittricha to książka niezwykła (wydana w Krakowie w wydawnictwie Znak), wielowątkowa i wielowymiarowa, jakkolwiek poświęcona jest jedynie jednej osobie, jednemu początkowo niezamierzonemu eksperymentowi. Ale autor umiał zbudować znakomitą opowieść, niczym detektywistyczny kryminał. Z licznymi wątkami osobistymi, co zwiększa emocjonalny odbiór tej wypowiedzi. Umie trzymać w napięciu i ciągle do akcji wprowadzać dodatkowe elementy. Dlatego poznajemy nie tylko kilkadziesiąt lat badań nad ludzkim mózgiem. Książka skłoniła mnie do licznych refleksji i skojarzeń.

Lektura jest trudna (emocjonalnie), czasem wstrząsająca, ale gorąco polecam, zarówno czynnym naukowcom (dowolnej specjalności) jak i zwykłym czytaczom, poszukujących niebanalnych doznań czytelniczych. Jest napisana przez dziennikarza a nie naukowca, stąd więcej ciekawie prowadzonych opowieści niż uporządkowanej podręcznikowo wiedzy akademickiej.

Bardzo dobra książka. Trochę wstrząsająca, bo pokazująca także brzydszą stronę nauki i naukowców. Ale pokazuje również postęp w badaniach, etyce i metodologii. Pokazuje dojrzewanie metody naukowej (jeśli oczywiście ktoś zwróci na to uwagę). A wszystko wokół mózgu.

Kwintesencję znajdziemy na końcu (jak w dobrym kryminale): „niektóre historie są takie, że im dłużej się im przyglądać, tym szersza staje się perspektywa i zaczynają obejmować coraz więcej części świata.” Luke Dittrich opowiada o medycynie, o nauce, o naturze ludzkiej, o własnej rodzinie. Przeczytałem w kontekście innych, niedawnych lektur o ewolucji Homo sapiens, ewolucji mózgu, kulturze i języku. Być może dlatego dostrzegałem inne fragmenty w tej wielowątkowej opowieści. Zaskoczyła mnie długa historia potyczek nauki z myśleniem magicznym. Wydawało mi się, że myślenie racjonalne i nowożytna nauka eksperymentalna zaczęła się w Renesansie, gdy uczeni odeszli od ksiąg by sprawdzić doświadczalnie w terenie przeróżne fakty i hipotezy. Nie byli pierwsi. Zaskoczył mnie wątek z Hipokratesem (przecież to starożytność!). Ten grecki lekarz zasłynął tym, że „w medycynie nie ma miejsca dla bogów”. Hipokrates „odrzucił magię, spirytualizm i religię, na których opierała się większość jego poprzedników [w odniesieniu do diagnozowania i leczenia chorób, co znakomicie koresponduje z epilepsją, jednym z głównych wątków tej książki]. Zamiast tego usiłował zlokalizować źródła ludzkich dolegliwości w naszym fizycznym otoczeniu i w samym ciele.” Już 2,5 tysiąca lat temu Hipokrates skrytykował „magów, oczyścicieli, żebrzących kapłanów i szarlatanów”, którzy pod pozorami boskości ukrywają swą własną niewiedzę o tym, jaką należy stosować terapię. A jeszcze wcześniej, w starożytnym Egipcie, 3600 lat temu w papirusach o tematyce medycznej, znaleźć można porady dla lekarzy, oparte na doświadczeniu (inne znane papirusy egipskiej medycyny ograniczały swoje zalecenia do zaklęć i dziwnych mikstur). Zatem już wtedy powstawała nowoczesna medycyna, jaką znamy obecnie, oparta na empirii.

Gdzieś w tle widzimy jak zmieniał się nasz stosunek do ludzi chorych, zwłaszcza umysłowo chorych, jak rodziły się etyczne zasady prowadzenia badań naukowych. Współczesne standardy nie istniały od zawsze, okupione zostały wieloma cierpieniami. Zmieniał się i zmienia stosunek do zwierząt, używanych w eksperymentach. Można powiedzieć, że jako ludzkość dojrzewaliśmy i dojrzewamy. W medycynie od zawsze ścierały się dwa podejścia „po pierwsze nie szkodzić” i „lepiej zrobić coś niż nic.” I jest to znakomity punkt wyjścia dla różnorodnych rozmyślań, nie tylko medycznych.

Zaskakujące może być stwierdzenie, że „w pewnych okolicznościach człowiek, mając mniej mózgu, może rozumować jaśniej i wydajniej.” Tym łatwiej możemy zrozumieć fakt, że w porównaniu do naszych przodków z paleolitu mamy mniejsze mózgi…

W medycynie przez wiele dziesiątków lat „umarli uczyli żywych” oraz „upośledzeni oświecali nieupośledzonych”. Teraz dzięki nowoczesnej aparaturze możemy badać mózg przyżyciowo i (chyba) bez szkody dla badanych. A i tak mózg ludzki dla nas jest nieustającą zagadką. Tym samym kultura.

Jak bardzo zmienia się nasza etyka widzimy na przykładach dawnych, naszych ludzkich przekonań. W latach 40. XX wieku prezes Amerykańskiego Towarzystwa Neurologicznego twierdził, że „ludzi, którzy cierpią na niedorozwój umysłowy, powinno się zabijać” (eutanazja „kompletnie, beznadziejnie niedorozwiniętych; pomyłek natury”). To klimat epoki i wielu innych poglądów, jakie wtedy w naszych społeczeństwach funkcjonowały. Dzięki lekturze Eksperymentu łatwo dostrzec jak się zmieniamy jako społeczeństwo.

Jak to się stało, że w obozach koncentracyjnych zbrodniczych eksperymentów dokonywali wykształceni lekarze a nawet wybitni naukowcy? Przyczyną jest cale społeczeństwo jako takie. Bo to „zasady przewodnie obowiązujące w państwie nazistowskim spowodowały moralne upodlenie narodu niemieckiego, a to moralne upodlenie doprowadziło do fizycznego upodlenia innych istot ludzkich”. Zbrodnie nazistowskich lekarzy „były nieuniknioną konsekwencją złowieszczych doktryn, za którymi się opowiedzieli.” Niech będzie to dla nas przestrogą na teraz i w przyszłości. Im dłużej będziemy wpatrywali się w przeszłość, tym łatwiej zrozumiemy zagrożenia teraźniejszości.

Miejscami mroczność Eksperymentu wynika z faktu, że dostrzegamy samych siebie. Tego, jak patrzymy na innych ludzi, chorych, imigrantów, obcych…

Być może jednym ze źródeł antynaukowych ruchów (takich jak ruch antyszczepionkowych) jest utrata zaufania, które pojawiło się w wyniku wcześniejszych procedur i eksperymentów.

Mnie najbardziej zaintrygował wątek rozwoju nauki i samej metodologii. Na czym polega nauka? „Każde kolejne pokolenie bierze szkice stworzone przez ludzi, którzy byli przed nim, i poprawia je, czasem wprowadzając niewielkie ulepszenia, dodając przecinki lub opuszczając zdania, a czasami dokonując bardziej drastycznych zmian, usuwając całe rozdziały albo pisząc zupełnie nowe. Wszyscy oni są redaktorami i wszyscy, a przynajmniej co najlepsi, muszą z pasją podchodzić do zmiany cudzego szkicu, jeśli w ogóle mają doprowadzić do jakiegoś postępu.” Nauka ma nie tylko kumulatywny charakter, ale tak jak mózg musi zapominać, by normalnie funkcjonować. Tak, nawet uczenie się polega także na zapominaniu. Czasem zdarzają się rewolucje naukowe (zmiana paradygmatu). I nauka ma zawsze charakter zespołowy. To, co w najnowszych trendach filozofii nauki nazywa się konektywizmem. Jak w mózgu. Zatem nauka jest jak mózg. Próbując zrozumieć funkcjonowanie naszego mózgu zrozumiemy funkcjonowanie całego świata. W tym, na przykład nauki.

Dopatrzyłem się także elementów trzeciej rewolucji technologicznej, np. „Dla osoby cierpiącej obecnie na amnezję smartfon może się jednak stać nie tyle uzupełnieniem, ile substytutem, protezą hipokampu.” A dla nas rozszerzeniem mózgu, pamięcią zewnętrzną. Z całą pewnością zmienia to nie tylko funkcjonowania naszego osobistego mózgu ale i całej ludzkości.

Prawie 500 stron… ale warto przeczytać. To wciągająca lektura, czasem wstrząsająca. Na pewno pouczająca.

Ps. W czytanej książce zauważyłem dwa, irytujące mnie błędy w pisowni nazwy gatunkowej człowieka (Homo sapiens). Na stronach 108 i 289 pojawia się "homo sapiens". Czytałem egzemplarz „przed ostatnią korektą”. Mam więc nadzieję, że korekta te błędy wyłapała. Czytelniku, możesz zabawić się w naukowaca i samemu sprawdzić w swojej ksiązce.  Jeśli te błedy zostały… to świadczą o stanie wiedzy przyrodniczej wśród „humanistów” (tłumaczy, literaturoznawców, korektorów itd.). Jeśli te błędy nie zostały usunięte w tak dobrym wydawnictwie, to znaczy, że trzeba głośniej bić na alarm. Wszak dotyczy to człowieka .

Warmiobook, czyli studencki projekt uwalniania książek

sczachor

23844531_2025733111007122_4932595216587654527_n1Na wykładach można mówić, przedstawiać fakty, liczby, przykłady. Jednakże metoda podająca jest niewystarczająca. Kiedy się czegoś doświadcza, to łatwiej zrozumieć i zapamiętać. Wiedzę można stopniować: wiem, rozumiem, działam. Żeby zrozumieć, to trzeba najpierw wiedzieć. Ale samo "wiedzenie" nie oznacza jeszcze zrozumienia. Żeby działać, to trzeba wiedzieć i rozumieć. Ale można wiedzieć i rozumieć a nie potrafić działać czyli zastosować w praktyce swojej wiedzy, wyniesionej ze szkoły czy uniwersytetu.

Ochrona środowiska (w tym rozwój zrównoważony) dotyczy każdego z nas. Czy jednak wiedza o przyczynach degradacji środowiska przekłada się na rozumienie współzależnych zjawisk i procesów oraz podejmowanych działań? Ostatnio dużo mówi się o smogu. Ale czy wiemy skąd się bierze i co można zrobić, by zapobiegać tym nieprzyjemnym skutkom?

Z powyższych powodów staram się możliwie często realizować ze studentami różne projekty, wpisane w program zajęć. Jest to także okazja by uczyć się pracy w zespole. Przykładem jest projekt uruchomienia półek bookcrossingowych (Warmiobook), zrealizowany wspólnie ze studentami kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Semestr się skończył, zajęcia także. Teraz projekt będzie żył swoim życiem. Okaże się, na ile udało się go "pchnąć" by toczył się dalej. Czy i jaki wywarł wpływ na samych studentów oraz inne osoby, które włączyły się do działań lub tylko o nich usłyszały?

I jeszcze jeden motyw. Biblioteki to nie tylko magazyn książek, to także miejsce spotkań. Wartością istniejących bibliotek jest nie tylko zgromadzony księgozbiór, ale także bliskość tych miejsc. Czyli możliwość dotarcia. Z żalem można obserwować likwidowanie bibliotek osiedlowych czy wiejskich (podobno ze względów finansowych i tego, że wiedza dostępna jest już w internecie). Jednym z motywów studenckiej akcji bookcrossingowej był... brak biblioteki na osiedlu. Skoro nie ma biblioteki, to niech będzie choćby półka z uwolnionymi książkami, na przykład w piekarni, restauracji czy innym obiekcie. Chyba z podobnych przyczyn powstają półki bookcrossingowe w wielu małych miejscownikach. Tych inicjatyw jest na prawdę dużo. 

Żyjemy w społeczeństwie bogatym i konsumpcyjnym. Dużo zużywamy i dużo wyrzucamy. Książki są tylko przykładem jak można wykorzystać rzeczy już "niepotrzebne". Oraz jak można  się dzielić wiedzą i zasobami z innymi. Nie musimy mieć wszystkiego na własność by się tym cieszyć.  Owszem, jeszcze z niektórych półek książki i czasopisma szybko znikają. Zapewne przywłaszczane przez "czyścicieli". Ale osób potrafiących się dzielić systematycznie przybywa. Moim zdaniem świadczy to o rosnącej dojrzałości obywatelskiej (współodpowiedzialności za przestrzeń i przyrodę wokół nas). I powolnej zmianie patrzenia na świat wokół nas - umiejętność dzielenia się, ograniczania zużycia surowców przez wspólne korzystanie z dóbr. 

Mija drugi miesiąc studenckiej akcji Warmiobook pod hasłem "Nie samym chlebem człowiek żyje". Jakie są dotychczasowe rezultaty akcji? Po pierwsze odwiedziliśmy i opisaliśmy kilka istniejących już półek bookcrossingowych, dołączyły do nas inne osoby, które zaangażowały się w zbiórkę książek i opiekę nad powstałymi półkami. Uruchomiliśmy nowe półki bookcrossingowe w następujących miejscach: Restauracja i Pensjonat "Złoty Strug" w Pluskach, Restauracja Cudne Manowce w Olsztynie, Federacja Organizacji Socjalnych w Olsztynie, Bar Przy Ratuszu w Barczewie, Pub Nowy Andergrand w Olsztynie, Bar CoRazTo (Olsztyn ul. Burskiego 18). A  jutro odbędzie się uroczyste otwarcie kolejnej półki w siedzibie Radia Olsztyn (ul Radiowa).

Naszymi książkami zasililiśmy istniejące już wcześniej półki: Biblioteka Uniwersytecka UWM w Olsztynie, Półka "pod Sambą", ul. Gałczyńskiego 1, Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Olsztynie (Stary Ratusz). Biblioteka w Lidzbarku Welskim. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy naszego bloga odwiedziło łącznie 4854 razy. Na blogu opublikowaliśmy 81 tekstów. Nasz facebookowy fanpage polubiło 263 osoby. O naszej akcji mówiono już w Radiu Olsztyn, Radiu UWM FM, pisano w Gazecie Wyborczej, Gazecie Olsztyńskiej. W naszym katalogu regionalnych półek bookcrossingowych przybyło kilka nowych pozycji. Zdobyliśmy też sponsorów naszej akcji - to Wydział Biologii i Biotechnologii oraz Wydział Humanistyczny Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, którzy przekazali fundusze na promocję naszej akcji w postaci plakatów, wklejek i zakładek do książek oraz dyplomów. Naszym największym sukcesem jest zebranie blisko 600 książek, którymi już dzielimy się z "głodnymi książki" czytelnikami, które już są na naszych półkach. Powstają nowe półki, będziemy o nich pisać.

Cały projekt to zaledwie kilka osób. Na początek. 

Zajęcia się skończyły, oceny wystawione, wpis do USOSa dokonany. Ale projekt trwa. Pozostała wiedzxa i doświadcznie. Ale może zostanie jeszcze coś więcej.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci