Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Pozyskiwanie informacji nie tylko naukowej, (relacja z Wrocławia cz. 1.)

sczachor

WP_20171108_21_46_54_Pro

Czy studenci mogą zrobić coś ważnego i wartościowego w nauce? Tak, oni też. Było to w listopadzie 2017 roku. Zaprosili mnie studenci z Politechniki Wrocławskiej. Daleko, nie chciało mi się jechać. Dwa dni trzeba przeznaczyć by przez kilkadziesiąt minut uczestniczyć w dyskusji. Ale jeśli zaprosili studenci, to trzeba jechać. Bo zapewne autentycznie są ciekawi i jak się okazało sami zorganizowali debatę panelową. Czy debata studencka jest mniej ważna od konferencji naukowej krajowej czy zagranicznej? Równie ważna, mimo że nie jest prestiżowa i do kariery się nie liczy. Nie wszystko warto przeliczać na osobisty zysk. Nawet nie wypada.

Wyszukali mnie na drugim końcu Polski i włożyli trud w zaproszenie i przekonanie. Chcieli podyskutować, zapoznać się z moją opinią. Nie wypada studentom odmawiać. W sumie jestem nauczycielem „globalnym” a nie tylko przywiązanym do jednego miejsca. Przecież podatnik płaci mi za kształcenie w szerokim sensie. Nie powinienem więc ograniczać się tylko do „swoich” studentów. Parafrazując stare powiedzenie: wszyscy studenci są nasi. Współczesna edukacja, dzięki technologiom, staje się coraz bardziej otwarta i nie przywiązana do jednego miejsca. Wymaga się od nas mobilności. Przecież z tego powodu obecny jestem „w sieci”. W sumie niniejszy blog także powstał z inspiracji studentów (wiele lat temu). I z potrzeby kontaktu (komunikacji) ze studentami. Dzielenie się wiedzą nie jedną ma formę…

Podróż była długa, na dodatek pociąg spóźnił się ponad 70 minut. Dobrze, że wybrałem się wcześniej, z noclegiem. Potem podróż powrotna przez całą noc by zdążyć na zajęcia w Olsztynie. Męcząca wizyta we Wrocławiu ale inspirująca. Nie żałuję. I teraz z dużym opóźnieniem przepisuję swoje notatki i wrażanie ze spotkania ze studentami z Politechniki Wrocławskiej.

Wszystko zaczęło się na początku października, gdy dostałem taki oto list „(…) jestem dziennikarzem Miesięcznika Studentów Politechniki Wrocławskiej "Żak". Mam przyjemność zaprosić Pana do udziału w panelu dyskusyjnym pod tytułem „Pozyskiwanie informacji - nie tylko naukowej”. Wstępnie planujemy zorganizować wydarzenie 9 listopada 2017 w godzinach 11:15-17:45 na kampusie Politechniki Wrocławskiej.

W ramach dyskusji pragniemy poruszyć kwestie interesujące nie tylko pracowników naukowych i studentów, ale także zwykłych ludzi, którzy rozpoczynają dopiero swoją drogę z nauką. Całość wydarzenia planujemy podzielić na trzy części. W części pierwszej chcielibyśmy porozmawiać o tym, co nas inspiruje i jakie istnieją metody pozyskiwania informacji. W drugiej części poruszylibyśmy kwestię, jak przedstawić informacje w sposób interesujący dla czytelnika, promotora czy studenta. Z kolei w części trzeciej, dla początkujących, chcielibyśmy opowiedzieć o tym, jak odróżnić rzetelny, potwierdzony badaniami artykuł naukowy od sensacyjnych, chwytliwych treści pisanych pod publikę; w jaki sposób ludzie postrzegają informację za rzetelną.

Piszę do Pana, ponieważ jako twórca bloga o bardzo szerokiej tematyce (Profesorskie Gadanie), do której zalicza się również nauka, oraz jako nauczyciel, ma Pan duże doświadczenie w prezentacji takich treści w sposób przystępny dla zwykłego odbiorcy, używając przy tym jedynie sprawdzonych informacji. Mało tego, potrafi Pan zainteresować taką tematyką użytkownika internetu, który najczęściej szuka w nim rozrywki. Właśnie dlatego uważam, że jest Pan odpowiednią osobą do opowiedzenia nam czegoś w naszym panelu dyskusyjnym.” [wyróżnienia S.Cz.)

Kilka poruszonych kwestii było bardzo aktualnych i ważnych. Jak się potem okazało, miałem dobre przeczucie, że w dużym stopniu chodzi im przeciwdziałanie upowszechnianiu się nieprawdziwych, pseudonaukowych informacji. Zetknęli się z niepokojącymi zjawiskami i najwyraźniej nie chcieli być obojętni.

Po długiej podróży miałem przyjemność wieczorem spotkać się z Redakcją studenckiego miesięcznika (na zdjęciu u góry). Sami inżynierowie. Zapytałem, dlaczego przyszli inżynierowie angażują swój czas w takie „humanistyczne” przedsięwzięcie, jakim jest redagowanie i wydawanie niezależnego czasopisma studenckiego. Odpowiedzi były bardzo dojrzałe. Przecież inżynier to też człowiek i powinien mieć szerokie horyzonty. Czy studenci mogą zrobić coś ważnego i wartościowego w nauce? Tak, oni też. Wspominam swoje koło naukowe z czasów studenckich i naszą autentyczną ciekawość poznawczą, wybiegającą poza program studiów. I teraz takich studentów spotkałem. To budujące i motywujące. My, pełnoetatowi naukowcy, uganiamy się za punktami, awansami, a czasem zaniedbujemy autentyczne życie naukowe. Wielogodzinne obrady w czasie rad wydziałów dotyczą spraw administracyjnych a nie dyskusji, poszerzających horyzonty i inspirujących sporów. Za ile punktów opublikowałeś… a nie to, czego dotyczy twoje odkrycie, twoja publikacja… Sprawy administracyjne są ważne, ale w ich natłoku czasem gubi się coś niezwykle ważnego.

Spotkanie we Wrocławiu było dla nie inspirujące i ożywcze (mimo męczącej podróży). Miałem okazję nie tylko podzielić się swoim doświadczeniem i wiedzą ale i samemu przemyśleć na nowo kilka kwestii i zapoznać się z bardzo wartościowymi wypowiedziami. A teraz chcę się swoimi refleksjami podzielić.

c.d.n.

Kolejna Polka powalczy o nauczycielskiego Nobla

sczachor

Top102018BAZINST500x500O nauczycielach najczęściej mówi się źle… To taki odwieczny „chłopiec do bicia”. Nie lubimy być oceniani a czasem mamy złe wspomnienia z okresu szkolnego. 

Ja jednak napiszę w superlatywach. Tym bardziej, że jest okazja. Polska nauczycielka, Barbara Zielonka, w tym roku znalazła się wśród dziesięciu najlepszych nauczycieli i powalczy o „nauczycielskiego Nobla” (konkurs Global Teacher Prize). Nie uczy jednak w polskiej szkole. Wyemigrowała do Norwegii i uczy w norweskiej szkole. Ale czyż Marii Skłodowskiej-Curie nie jesteśmy dumni? A przecież ona też kształciła się i zdobywała naukowe laury „na obczyźnie”.

To już trzeci polski nauczyciel, który znalazł się wśród laureatów: w 2016 roku o nagrodę walczyła Jolanta Okuniewska, w 2017 - Mariusz Zyngier, a teraz Barbara Zielonka. Trzymam mocno kciuki. I jestem dumny,.

 

Posłuchajmy, co mówi o sobie i swojej pracy:

Czytaj więcej:

Fenomen uniwersytetów trzeciego wieku

sczachor

landartW tym roku akademickim odwiedziłem i odwiedzę osiem uniwersytetów trzeciego wieku z wykładami (trzy wizyty jeszcze przede mną): w Olsztynie (trzy różne), Olsztynku, Barczewie, Kętrzynie, Nidzicy i Ostródzie. Jak się dowiedziałem, w naszym województwie obecnie istnieją aż 33 uniwersytety trzeciego wieku! Są nie tylko w miastach i miasteczkach ale i gminach wiejskich (np. Purda). Powstają od kilkunastu lat bardzo lokalnie i dla ich prowadzenia powstają różne fundacje i stowarzyszenia (czasem działają zupełnie nieformalnie, przynajmniej na początku).

Skąd taki fenomen tych społecznych instytucji edukacyjnych? Przecież na emeryturze niczego już nie trzeba. Nie jest potrzebne nowe wykształcenie by zdobyć lepszą pracę. Wiedza dla własnej ciekawości. I by razem spędzić czas. Bo bez wątpienia człowiek jest istotą społeczną. Moim zdaniem uniwersytety i akademie trzeciego wieku są przykładem efektów funkcjonowania społeczeństwa wiedzy. Wykształceni ludzie chcą być aktywni cały czas. I chcą się uczyć zupełnie nowych rzeczy (nie dla pieniędzy). Wydaje mi się, że tak duża liczba uniwersytetów trzeciego wieku jest spowodowana dużą liczbą osób wykształconych oraz naturalną potrzebą człowieka dążenia do wiedzy. Drugim powodem jest to, że poszukujemy nowych, społecznych form bycia ze sobą. Już nie jesteśmy społeczeństwem agrarnym – w Europie ponad 75% populacji mieszka w miastach. A i ci co na wsi, to też nie wszyscy zajmują się uprawą ziemi. Dawne tradycje wspólnej pracy na polu, darcia pierza, międlenia lnu, łuskania fasoli czy młócenia zboża cepami zimą w stodole, są już nieadekwatne. Dlatego poszukujemy nowych form. Wzrasta rola bibliotek, domów kultury. Ale i to nie zaspokaja wszystkich potrzeb. Powstają więc i uniwersytety trzeciego wieku. Ludzie aktywni spotykają się, jeżdżą na wycieczki, dyskutują, robią coś dla innych.

Uniwersytety trzeciego wieku są elementem nowej, edukacyjnej rzeczywistości i przykładem społecznego samoorganizowania się dla edukacji ustawicznej. Powstają także uniwersytety drugiego wieku (każdego wieku) i lokalne kawiarnie naukowe, bo ludzie dorośli też chcą spotykać się i poznawać świat. Są jeszcze za młodzi na uniwersytety trzeciego wieku, za starzy do szkoły (już je pokończyli, ze studiami włącznie). Ostatnio tradycyjne uniwersytety otwierają swoje ławy także dla studentów 35+, 40+, 50 + itd. To jest powolne dostrzeganie społecznych potrzeb. Istnieją także inne społeczne organizacje, takie jak na przykład Uniwersytet Dzieci, które swoją edukacyjną aktywność adresują do dzieci i młodzieży. Popularne są różne festiwale i pikniki naukowe czy uniwersytety młodego odkrywcy. Zdawałoby się po co? Przecież są szkoły….

Zarówno uniwersytety trzeciego wieku jak i kawiarnie naukowe, lokalne towarzystwa naukowe i kulturalne czy uniwersytety dzieci, są dowodem na ważne procesy, zachodzące w naszych społecznościach. Coś bez wątpienia ważnego i przełomowego się dzieje. Być może to jeden z efektów trzeciej rewolucji technologicznej, być może jakaś inna a głęboka przyczyna, wymuszająca ogromne zmiany. 

A w tym nowym, wyłaniającym się krajobrazie społecznym i edukacyjnym, uniwersytety muszą odnaleźć swoje miejsce. I w pełni świadomie realizować swoją trzecią misję (poza badaniami naukowymi i tradycyjną dydaktyką dla „normalnych” studentów). Ja w każdym razie nad czymś takim teraz rozmyślam i planuję: oferta uniwersytety dla małych miasteczek i istniejących tak uniwersytetów trzeciego wieku i kawiarni naukowych, we współpracy z młodzieżą licealną. Bo ma to być międzypokoleniowa kawiarnia naukowa w cittaslow. Projekt będzie składamy w ramach programu Power. O efektach i koncepcji tych działań napiszę niebawem.

Na załączonym wyżej zdjęciu land art we francuskim arboretum. Czynienie świata piękniejszym. Uniwersytety trzeciego wieku też są przykładem aktywności, która świat czyni piękniejszym i... mądrzejszym. Warto do tego dzieła przyłożyć swoją rękę i poświęcić trochę czasu. 

Na łonie natury i na dodatek prestiżowo ?

sczachor

27912977_10213980447858653_7029341274279320369_oWydawało mi się, że wiem co znaczy zwrot „na łonie natury”. Ale gdy przechodzę obok dawnego jeziora Płociduga Mała i trwającej tam budowy, to stracę pewność. Na wszelki wypadek zajrzałem do słowników języka polskiego… najwyraźniej i one nie są już aktualne.

Na łonie natury (czyli na łonie przyrody) oznacza: wśród lasów, pól, w otoczeniu przyrody. Oznacza obszar, na którym znajduje się dużo roślin (i to dziko rosnących), obszar nieskażony zanieczyszczeniami. Zwrot „na łonie przyrody” kojarzy się z rekreacją, wypoczynkiem, powrotem do dzikiej (a przynajmniej dzikawej) przyrody, kojarzy się z odpoczynkiem. Mieszkańcy hałaśliwych miast chętnie uciekają na wypoczynek na łono natury. Sądzą z reklamy dewelopera – będzie blisko. Ale to ułuda.

Prestiżowe domy, ba nawet apartamenty, na łonie natury. Właśnie powstają. Owszem coś wspólnego z łonem natury mają, ale tylko w czasie przeszłym. Bo ni mniej ni więcej oznacza to,że budują domy na łonie natury, ale jak wybudują, to już tej natury nie będzie.

Jezioro Płociduga Mała ma długą historię. „Za Niemców” zostało osuszone ale przez lata uległo samoistnej renaturyzacji. W wyniku niedrożności części rowów odwadniających podniósł się nieco poziom wody i powstało przecudne rozlewisko z licznie żyjącymi tu traszkami, chruścikami czy kałużnicą. Widywałem remiza, sarny, lisy, krążącego błotniaka, liczne żaby, ważki, przepięknego motyka czerwończyka nieparka itd. W ostatnich dwóch latach gnieździły się tu gęsi gęgawe. Miejsce to było niezagospodarowane ale służące mieszkańcom do spacerów. Liczyłem, że może miasto uporządkuje ten teren. Tak zresztą było w planie zagospodarowania (oglądałem przy okazji wykonywania ekspertyzy) - nie było przewidziane pod inwestycje a przeznaczone na teren rekreacyjno "zielony".

Latem 2017 roku wjechała koparka i pogłębiając rów melioracyjny całe rozlewisko zostało zniszczone )osuszone). Zginęły traszki i żaby. Zginęło wiele organizmów wodnicy i wodnobłotnych. Oficjalnie, jak można było się dowiedzieć z mediów, to odnowiono rowy melioracyjne bo ponoć woda zalewała piwnice mieszkańcom domów przy ul. Gałczyńskiego. Na pierwszy rzut oka wydało się to zwykłą ściemą. Po kilku miesiącach „wyszło szydło z worka”. Wjechały maszyny i rozpoczęła się budowa. Zatem ewidentnie osuszenie było przygotowaniem pod inwestycję… Wycięto drzewa, osuszono teren, systematycznie nawożona jest ziemia. I gruz budowlany.

Deweloperzy sprzedają marzenia. Same chwytliwe słowa: coś prestiżowego, na łonie natury. Iluzja i fałsz a przy okazji dewastacja ostatnich skrawków przyrody w mieście. Łono natury w czasie przeszłym. Pogorszenie warunków dla już mieszkających tu ludzi i łudzenie nowych mieszkańców. Nie będzie ani przyrody, ani czystego powietrza, ani miejsca na spacery. Smog spory, co można sobie codziennie sprawdzić. Pozostaje prestiż? Bardzo iluzoryczny prestiż.

Tereny zielone w mieście potrzebną są dla zdrowia mieszkańców. Gdy ich brakuje, obniża się jakość życia. A tymczasem smog rośnie. Ostatnie skrawki zieleni zasypywane są gruzem. To gdzie ludzie mają wypoczywać? Nic dziwnego, że na spacery, nawet te poświąteczne, wielu mieszkańców wybiera… galerie handlowe…. Zamiast kontrowersyjnego zakazu handlu w niedzielę lepiej byłoby zainwestować w tereny zielone w mieście, nawet zwykłe „parki kieszonkowe”. A tymczasem w Olsztynie masowo wycina się drzewa, zasypuje tereny podmokłe, likwiduje skwery i… stawia lampy na środku chodnika (ostatnia inwestycja i budowa nowego mosty na Łynie). Brak wyobraźni czy jakaś głęboka, skrywana nienawiść do ludzi?

Zobacz także

Cittaslow. Dlatego maluję słoiki i butelki.

sczachor

butelka_z_reszlaSkończył się zimowy relaks z malowaniem butelek i słoików (rozpoczynają się zajęcia w kolejnym semestrze). Przy malowaniu odpoczywałem i rozmyślałem. Teraz mam co rozdawać. Dzisiaj trzy słoiczki z owadami trafiły w ręce Francuzów, przebywających na uczelni, a wieczorem niedźwiedziówka trafi do rąk Krzysztofa Łozińskiego. Słoiczki mają charakter użytkowy, jako kuchenne lub niekuchenne pojemniki na przyprawy lub drobiazgi. Albo dobre myśli (tak symbolicznie).

Malowane słoiczki i butelki, które ułatwiają rozmowę, są zagajeniem. I drobnym, rękodzielniczym prezentem. Niepotrzebne nikomu opakowania po konsumpcyjnej zawartości. Nic, tylko wyrzucić do śmieci. Nie wyrzucam. Nie jestem w stanie pomalować wszystkiego, co sam w konsumpcji produkuję. A do tego zbieram jeszcze te, wyrzucone przez innych, do lasu, do jeziora. Zbierając czynię świat piękiejszym, a dla bezkręgowców bezpieczniejszym. Szukanie sensu w niepotrzebnym. Z pozoru niepotrzebnym i zbędnym. Ba, czasem zawadzającym.

Nie sprzedaję swoich malowideł na szkle. Rozdaję... lub przekazuję na aukcje w szlachetnym celu. Waluta wymienialna za życzliwy uśmiech, przyjaźń lub dobre uczynki. Czasem zostawiam w urokliwych miejscach. Lepsze to niż pisanie na ścianie "tu byłem"...

Po raz kolejny czuję się w obowiązku wytłumaczyć, dlaczego maluję stare butelki i słoiki. Jestem biologiem i ekologiem, pracuję na Wydziale Biologii i Biotechnologii. Butelki i słoiki maluję od dawna. Inspiracją jest rodzima przyroda z warmińskiego i mazurskiego krajobrazu (a w tle recykling i reusing oraz spotkania międzyludzkie w nowej rzeczywistości i przestrzeni miejskiej). Maluję także polne kamienie i stare dachówki. Sztuka łączy, zarówno w czasie malowania w postaci spontanicznych plenerów w parkach i na trawniku, jak i w czasie wernisażu (spotykamy się, bo jest okazja… a jak już jesteśmy razem… to rozmawiamy). Załączona ilustracja pochodzi z pleneru w Reszlu (lato 2017). Malowałem w kawiarni. Butelka już tam została. Teraz planujemy (Artystyczna Rezerwa Twórcza) zorganizować plener letni w Barczewie. To będzie kolejny plener i spotkanie w cittaslow. Można się spotkać z ludźmi i rozmawiać, także o przyrodzie, o etnografii i otaczających nas krajobrazach. I o ewolucji człowieka w trzeciej rewolucji technologicznej.

Każdy człowiek potrzebuje choć odrobiny filozofii, wiedzy i odrobiny sztuki. Bo potrzebuje sensu i piękna. Każdy człowiek jest twórcą, nawet lepiąc pierogi czy sprzątając mieszkanie. A przynajmniej chce być twórcą. Wybieram proste formy i tani materiał, który znaleźć można wszędzie. Przy wspólnym malowaniu mówić można ale nie trzeba. Ciszy nie trzeba zabijać słowem. Można milczeć. Słów jest zbyt dużo. Mało kto ich słucha. A niektóre są takie mądre, że nawet mówiący ich nie rozumie... Milczenie jest więc ulgą.

Przy malowaniu spotykam się z ludźmi, by w prostej czynności przywracać sens i znaczenie rzeczom pozornie bezwartościowym. I ludziom. Nie tylko słowem przekazujemy treści. Wspólne malowanie to jest slow science na prowincji (oprócz nadmiaru śmieci czyli pustych już opakowań cierpimy w nauce na nadmiar zbędnej i pustej treści – wyrabianie normy i punktów – niedawno przeczytałem propozycję, by ograniczyć liczbę publikacji: mniej a lepiej).

Dla niektórych słowo prowincja, podwórko stygmatyzuje i ośmiesza. Jest czymś wstydliwym. Dla niego podwórko ma sens jako sposób pełniejszego bycia ze sobą bez zbytniego nadęcia i dworskiej oficjalności. To to styl życia, związanego z lokalnością i z trzecią rewolucją technologiczną. A na podwórku zawsze znajdą się kamienie. Albo butelki, na strychu słoiki a pod płotem stare dachówki. 

Tym razem malowałem sam, w zaciszu domowym. Myślami jednak byłem wśród ludzi. Myślałem o spotkaniach i wręczaniu szklanych prezentów. Ekonomia dzielenie się. Wiosną planuję pomalować trochę dachówek. Dwie przywiozłem specjalnie na tę okazję z Francji. Wędrują, jak idee – z miejsca na miejsce. A przy okazji kumulują w sobie treść i historie. Warto je opowiedzieć.

Naukowiec malujący stare butelki może się wydawać niepoważny. Dlatego wyjaśniam po raz kolejny,. Dlaczego. Dlaczego maluję. 

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci