Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Polska obojga narodów

sczachor

Tytuł nie jest pomyłką. Nawiązuje do Rzeczypospolitej (republiki) Obojga Narodów, do (dobrowolnej) unii dwóch państw: Korony (Królestwa Polskiego) i Litwy (Wielkiego Księstwa Litewskiego). Narodów w sensie etnicznym było więcej. Ważna była integracja i wspólna ojczyzna, zbudowana z dwu różnych organizmów państwowych, różnych historii, różnych kultur. Taki prototyp Unii Europejskiej.

Ale ja o czymś innym chciałem napisać – nie o łączeniu a o dzieleniu. O dzieleniu Polski, kraju zamieszkałego przez dwa narody… Polaków. Narody, coraz bardziej sobie wrogie. Nie łączenie a dzielenie. Niby ten sam język, ta sama wiara i ta sama, wspólna historia. Ale chyba różna kultura, skoro się dzielimy, rozwarstwiamy (jak ewoluujące gatunki na dwa potomne). Na razie są złe słowa, raniące, podsycające nienawiść (ale już od wielu lat). A czy potem będą dwa kraje? Tak jak Pakistan i Indie, Korea Południowa i Korea Północna, Wietnam Południowy i Wietnam Północny, Niemcy Wschodnie i Niemcy Zachodnie? Czy rozpadnie się jak Jugosławia? Takie kraje czasem się rozpadają, a czasem potem łączą. Po drodze jednak jest dużo ofiar, ran i urazów. Czy Polak będzie mądry przed szkodą?

Agresja służy samookreśleniu, poprzez zdefiniowanie wroga. Bo żeby się wyróżnić, trzeba zdefiniować tego złego. Tak jak w rozpadającym się małżeństwie. Negatywne emocje uzasadniają odejście. Więc te negatywne emocje potrzebują pożywki dla samouzasadnienia, wytłumaczenia i samousprawiedliwienia swoich rozłąkowych działań. Bo opuszczać kogoś dobrego jest niefajnie (jakoś tak brzydko, wina na nas spada, co przynosi dyskomfort). Ale jeśli to wróg, zło wcielone, to co innego. Więc tego wroga trzeba wykreować. Coraz bardziej nienawistnymi słowy. Drobnymi, dużymi, codziennymi.

A więc jest pierwszy i drugi sort Polaków, potomkowie AK i spolonizowani sowieci, Europejczycy i sekta smoleńska, Polacy i Wolacy, Polacy i zdrajcy itd. Nieostry podział ale ciągle się pogłębiający. Widać to nie tylko w polityce ale i w życiu codziennym, w rodzinie, w pracy, w kulturze. Słowna wojna hybrydowa. Lecz nieustannie podsycana raniącymi słowami i nienawiścią nabiera realnych kształtów… i rękoczynów. Nienawiść, która odmawia innym bycia Polakiem (prawdziwym Polakiem?). Czy dojdzie do gorącej wojny? Do nie tylko słownych podziałów na obywateli lepszej i gorszej kategorii, do dyskryminacji w prawach?

Czy Polska zostanie podzielona granicą – skoro nie będziemy już mogli ze sobą pokojowo żyć? Czy wyzwiska skończą się rękoczynami? Może tylko restrykcjami prawnymi ?

Czarna to wizja na rozpoczynający się rok 2017. Rok, który zaczął się już śmiercią, zamieszkami i rzucaniem kamieniami w policję. Czy znajdzie się ktoś, kto unię spowoduje między dwoma narodami Polaków i nastanie Polska Obojga Narodów, jako dobrowolna unia?

Czy przyjdzie w porę opamiętanie, i na górze i na dole. Każdy z nas może albo dolewać oliwy do ognia albo wylewać oliwę na wzburzone fale. Każdego dnia, słowem i czynem najdrobniejszym. Można być wzmacniaczem, potęgując i upowszechniając złe emocje. Lub być jak ściana w studiu radiowym – wyciszać wszelkie szumy i ze hałasy.

 

ps. zdjęcie zrobiłem w czasie wakacji w Krakowie...

Seminarium dyplomowe jako edukacyjne środowisko tworzenia

sczachor

seminarium_pisanie_pracyZdobywanie wiedzy na studiach to przede wszystkim porządkowanie a nie tylko dokładanie nowych faktów. Przekazywanie wiedzy jest procesem a nie tylko treścią. Dobrze to moim zdaniem ilustruje seminarium dyplomowe. Swoje lata już mam, siwe włosy też (dobrze że są i że jeszcze rosną), ale ciągle muszę się uczyć. Bo świat zmienia się nieustannie. I niestety bardzo szybko. Już nie tylko telefony trzeba zmieniać co roku. Jakże jednak żyć samemu w przytulnej stabilizacji, gdy studentów muszę przygotowywać do nieustannego uczenia się w zmieniających się świecie? Poznaję na własnej skórze jak to smakuje. I dzielę się swoim doświadczeniem (nie tylko na sali wykładowej czy laboratoryjnej).

Dzisiaj piszę o seminarium i jest to po części materiał powtórzeniowy dla studentów. Ale jednocześnie powoli przygotowuję się do poprowadzenia webinarium (nawet słowa trzeba tworzyć zupełnie nowe, pasujące do tej zmieniającej się rzeczywistości). Borykam się z techniką ale i z koncepcją. Trzeba zrozumieć jak przebiega komunikacja w tych nowych warunkach.

Najpierw będzie trochę wstępu wyjaśniającego (także i dla studentów, skąd to się wszystko wzięło). Piszę, by i samemu uporządkować swoje myśli. W dalszej części będzie wyjaśnienie tego, co widać na załączonym rysunku (grafice?).

Myślografię wyżej zamieszczoną (uczę się także technik myślenia wizualnego - rysnotek, ryślenia - by uczyć także moich studentów) rysowałem ręcznie, długopisem na papierowej kartce. Ale nie całkiem. Bo wykorzystując Bamboo Spark rysunek powstał także od razu w wersji elektronicznej. Pokolorowałem na tablecie wirtualnymi markerami. Potem umieściłem w chmurze (użyć cudzysłowu czy nie?), pobrałem na laptop a teraz zamieszczam na blogu. Nowe rzeczy, których się uczę. A ten chruścik w rogu też ma znaczenie.

W czasie seminarium staram się uczyć studentów pisania pracy dyplomowej. W zasadzie to jednak występuję w roli akuszerki - pomagam się urodzić. A jeszcze dokładniej to staram się stworzyć środowisko edukacyjne, które tym „narodzinom” będzie towarzyszyło i je ułatwiało.

Sam pisałem pracę magisterską a jako student uczestniczyłem w seminarium magisterskim (wtedy były tylko jednolite studia magisterskie). Potem byłem promotorem prac magisterskich z zakresu biologii i ekologii chruścików (Insecta: Trichoptera). Nie wystarczy jednak odwoływać się do przeszłości, tak jak kiedyś byłem uczony. Bo zbyt dużo się zmieniło przez ostatnie 30 lat. Wtedy były to studia magisterskie na kierunku biologia. Potem byłem promotorem prac dyplomowych na studiach podyplomowych dla nauczycieli (inna tematyka i inny charakter prac), prowadziłem seminarium na kierunku pielęgniarstwo (mój wydział otworzył studia z pielęgniarstwa by ułatwić powstanie wydziału medycznego), teraz na biotechnologii, czasem na biologii. No i pojawiły się studia w systemie bolońskim czyli licencjat i studia magisterskie (studia pierwszego i drugiego stopnia), W międzyczasie byłem także promotorem prac doktorskich. Jako recenzent wiele prac dyplomowych przeglądałem i analizowałem. W sumie doświadczenie spore.

Swoje obustronne (z tej i tamtej strony biurka w sali) i niesymetryczne (dużo częściej w roli promotora i prowadzącego zajęcia) od dawna uzupełniałem czytaniem adekwatnej literatury. Czyli korzystałem z doświadczenia innych w zakresie pisania prac dyplomowych i sensu seminarium dyplomowego. Czytałem autorów z różnych dyscyplin (nie tylko biologów) i często z bogatszym od mojego doświadczeniem. W ciągle i szybko zmieniającym się świecie nie wystarczyło raz (a dobrze) zapytać się i przemyśleć cel i sens pracy dyplomowej i samego seminarium. Ciągle trzeba dostosowywać metody do celu nadrzędnego. A i ten ostatni niewątpliwie się zmienia. I warto to dostrzec.

Na początku było seminarium magisterskie na kierunku biologia, w małych grupach. Studenci pisali zbliżone tematycznie prace z zakresu biologii i ekologii bezkręgowców wodnych (chruścików, pluskwiaków, chrząszczy, ważek, jętek, wodopójek). Często pracowali na tym samy obiekcie (jeziorze, rzece). Seminarium zaplanowane było na dwa lata. W dyskusji i zespołowo wypracowaliśmy program i harmonogram na dwa lata, z planowaniem badań (temat konkretny rodził się w dużo większym dialogu studenta i promotora, w porównaniu do sytuacji obecnej), często wspólnymi wyjściami terenowymi. Było więc na seminarium i planowanie badań terenowych, omawianie metod połowu bezkręgowców, było i omawianie metod analizy ze statystyką włącznie. Było omawianie wyników. Napisałem nawet dwa elektroniczne skrypty, dotyczące metodyki badań hydrobiologicznych jak i samego procesu pisania. Teraz muszę je znacznie zmienić by dostosować do obecnych potrzeb i aktualnej sytuacji.

Sporo się jednak zmieniło. Cel niby ten sam ale warunki inne. Inaczej wygląda egzamin dyplomowy - obecnie student musi przedstawić swoją pracę w formie prezentacji multimedialnej. A więc musi umieć coś nowego, w porównaniu do dawnych "dobrych czasów". Kiedyś pisaliśmy ręcznie i dawaliśmy do przepisania na maszynie maszynistce. Teraz najczęściej student sam pisze na komputerze, sam składa tekst (uczy się edycji). Jest więc i autorem i wydawcą jednocześnie. To więcej umiejętności niż kiedyś. Ale i możliwości technologiczne inne.

Co się jeszcze zmieniło? Jest dwusemestralne seminarium licencjackie i dłuższe seminarium magisterskie. Dla mnie zmieniło się jeszcze więcej. Mam obecnie zajęcia w większości z biotechnologami (wcześniej także z pielęgniarkami), dużo rzadziej z biologami. A ci ostatni i tak piszą prace odległe od mojej naukowej specjalności. Czyli uczę nie tego, na czym znam się najbardziej. Dawne wzorce omawiania metodologii badawczej straciło sens. Sam muszę nie tylko nauczyć się nowych merytorycznie rzeczy ale przemyśleć na nowo sens seminarium. Bo w grupie rozpiętość tematów prac dyplomowych jest znaczna. To nie są dyplomanci z jednej katedry… 

Jestem zoologiem a prowadzę seminarium dla biotechnologów i to także biotechnologii inżynierskiej (obecnie w dużo większym stopniu realizujemy program niz pokazujemy własne doświadczenie badawcze i własne odkrycia). Musiałem uwzględnić dwa nowe typy prac: aplikacyjne i projektowe (wcześniej, wraz z licencjatem pojawiły się prace przeglądowe). Nie sposób opowiadać o tym, co zna się tylko z książek… Sam więc musiałem na sobie sprawdzić na czym polegają prace aplikacyjne i projektowe.

To na czym skupić się dzisiaj by seminarium  nie było to tylko rytuałem i nudnym przedstawianiem (wygłaszaniem) prezentacji przez studentów? Duża grupa, tematyka o dużej rozpiętości, mało punktów styczności. A przynajmniej inne niż 20-30 lat temu.

Ciągłe uczenie się i odkrywanie wspólnego środowiska edukacyjnego (a więc nie tyle program co środowisko edukacyjne).

1. A więc student. To w jego głowie rodzi się utwór (sam komuteropis jest tylko formą utrwalenia tego utworu autorskiego). Dlatego znajduje się w centrum. Utwór powstaje przez procesy myślowe, dojrzewa, bo samo pisanie technicznie zajmuje mało czasu. Najpierw trzeba wiedzieć o czym napisać. Każda praca w tym sensie powstaje tak samo: czy to praca dyplomowa inżynierska, licencjacka czy magisterska. Student nie pracuje w próżni lecz w środowisku edukacyjnym (które uniwersytet powinien stworzyć, także poprzez pracowników takich jak ja).

2. Praca w laboratorium - bo moi studenci studiują na wydziale przyrodniczym. Nawet część prac licencjackich ma charakter badawczy (a nie tylko przeglądowy). Ekosystemy też są dla biologa laboratorium.

3. Biblioteka, jako miejsce, gdzie można odszukać potrzebne książki i czasopisma. W przypadku prac przeglądowych to tam znajduje się materiał badawczy. Umiejętność szukania… już nie w tradycyjnych szafkowo-szufladkowych katalogach bibliotecznych.

4. Zasoby internetowe stają się coraz ważniejsze… bo i dostęp do zasobów uniwersyteckiej biblioteki najłatwiejszy jest przez komputer… stojący w dowolnym miejscu. To zupełnie nowe umiejętności.

5. Promotor - główny konsultant i pomocnik. Grubość linii na rysunku ma odzwierciedlać skalę i intensywności kontaktów.

6. Grupa na Facebooku (bo tak pracuje obecnie ze studentami) to tylko przykład współpracy w chmurze. I kontaktów poza zajęciami.

7. Samo seminarium zostawiłem na końcu. Uczenie się dyskusji i współpraca zespołowa w myśleniu. Taka mała „szklarnia” gdzie w dyskusji wylęgają się poszczególne myśli.

Nieco inne warunki niż kiedyś. A przy okazji student nabywa dodatkowe umiejętności (kompetencje), przydatne nie tylko w trakcie pisania (przygotowywania) pracy dyplomowej i nie tylko w czasie studiów. Przydatne w całym życiu zawodowym. W takim rozumieniu seminarium nie jest tylko celem samym w sobie ale i elementem większej całości.

Żagnica zimowa na płocie

sczachor

15626418_961830757285281_4847435345519573044_o

Czy ważkę można spotkać w zimie? To zależy jaką. Imagines (czyli postacie dorosłe, ze skrzydłami) nie są aktywne w zimie. Dla organizmów zmiennocieplnych poruszanie się w niskiej temperaturze jest bardzo problematyczne. Więc fruwających ważek zimą nie zobaczymy w Polsce. Ale aktywne larwy w wodzie - jeśliby się komuś chciało poszukać - zawsze się znajdzie, i w rzekach i w jeziorach. Są aktywne tak jak wiele hydrobiontów. Zimą w wodzie życie kwitnie.

Kolega odonatolog, Grzegorz Tończyk, zamieścił na Facebooku powyższe zdjęcie, wraz z podpisem „Żagnica zimowa - obrazek z płotu kompostowni przy Grupowej Oczyszczalni Ścieków w Łodzi - nie ma odpoczywania - ważka może być wszędzie.” Tak więc zimową ważkę można spotkać, tyle że na płocie.

Malowanie na płocie kojarzy się zazwyczaj z brzydkimi wyrazami lub paskudnymi bazgrołami. Ale może być inaczej, nie tylko pięknie ale i edukacyjnie. Ponieważ miałem trudności z szybkim zidentyfikowaniem, kolega mi pomógł. Na płocie namalowany jest samiec ważki żagnicy sinej (zwanej także żagnicą większą) - Aeshna cyanea. Jest oczywiście żagnica jesienna (zwana także żagnicą mniejszą) - Aeshna mixta. Ale zimowej jako takiej nie ma.

Wróćmy do ważki uwidocznionej na łódzkim płocie. Żagnica sina osiąga długość 7-8 cm. Żagnice są dużymi ważkami. Dymorfizm płciowy widoczny jest w ubarwieniu, dlatego można powiedzieć, ża namalowany jest samiec. Dorosłe owady pojawiają się od połowy czerwca, ale nad zbiornikami wodnymi widuje się je dopiero w sierpniu i we wrześniu. W korzystnych warunkach pogodowych można je spotkać nawet w październiku i listopadzie. Ale w grudniu (i to pod koniec) to jeszcze chyba nikt nie widział. Chyba, że na płocie… namalowaną.

Aeshna cyanea zasiedla małe zbiorniki wodne: oczka śródleśne, zbiorniki powyrobiskowe na żwirowniach. Pojawia się także nad większymi zbiornikami: stawy rybne, bagienne jeziorka, jeziora. Jest jedną z pospolitszych wazek Polski.

W czasie Nocy Biologów w Olsztynie, w dniu 13 stycznia 2017 r. będzie możliwość namalowania lokalnej bioróżnorodności, na przykład ważki. Tyle że na starych dachówkach lub polnych kamieniach. Zapraszam.

Życzenie świąteczne (z morałem i nadzieją)

sczachor

15578499_715144871983384_6798674166312472858_nTak bardzo rzadko kiedy życzenia spokojnych świąt nabierają wyjątkowej wymowy i szczególnego znaczenia. To już nie są kurtuazyjne słowa, rytualnie i machinalnie wypowiadane, grzecznościowo i symbolicznie - bo tak wypada.

Życzę Wam, czytelnikom niniejszego bloga, spokojnych i refleksyjnych świąt Bożego Narodzenia. Niech wyciszenie od zgiełku mediów i rozpalonych społecznych emocji skłoni nas do otwartych dyskusji przy świątecznym stole. I do głębszych przemyśleć. Życzę otwartości na drugiego człowieka, jego przeżycia, myśli i emocje. Wysilmy się by je dostrzec. I spróbujmy zrozumieć. Tak jak i swoje. By nie szukać drzazgi w oku bliźniego, będąc ślepym na belkę we własnym oku.

Świat najskuteczniej zmieniać od siebie samego. Bo przecież mamy niewielki wpływ na innych, a na siebie bardzo duży (tak mówi moja żona - i ma pełną rację!). Możemy być sprawczy od zaraz. To jest w naszej mocy, zmienić siebie samego. Tu i teraz. Można zacząć od zmiany języka, by słowa nie raniły, nie były jak kamienie rzucane w nienawiści i by zranić, lecz by były nośnikiem treści, informacji, porozumienia. Trzeba umieć mówić i umieć słuchać. To wszystko jest w nas.

Spokojnych świąt! Bo niespokojnie jest i na szerokim świecie i w Polsce. I blisko nas. W globalnym świecie niepokój i nieszczęście, dziejące się gdzieś daleko, dociera i do nas. Jak fala wzbudzona skrzydłami motyla. Jest wiele problemów do rozwiązania. Trudnych, nabrzmiałych. Refleksja przy świątecznym stole jest potrzebna by zrozumieć świat, jego prawdziwe problemy (a nie te wydumane). Mądrość jest nam potrzebna. Bo jak mawiał ks. Tischner - w głupim brak miejsca na dobro.

Spokojnych i refleksyjnych świąt - by zacząć zasypywać wojenne okopy. Emocje i rozbudzana nienawiść zaślepia. Patrzymy a nie dostrzegamy, nie tylko tego co pod nogami i w zasięgu ręki, ale nawet tej przysłowiowej belki we własnym oku. I własnych słów, które ranią… nie słyszymy.

Życzę świąt spokojnych i radosnych - moim czytelnikom - tym, którzy zaglądają tu z sympatią, jak i tym, co szukają okazji do złośliwych komentarzy. Niech Święta Narodzenia Pańskiego otworzą nas na przyjazne spojrzenie na siebie nawzajem. Dla jednych te święta będą podbudowane przeżyciami religijnymi, dla innych radością, wynikającą z klimatu świątecznego spotkania przy stole. Z bliższymi i dalszymi. Rozmów nie unikniemy. Zostawmy oręże słowne w przedpokoju. Lub gdzieś na ulicy.

Niech puste, wigilijne nakrycie nabierze głębokiego, rzeczywistego znaczenia. Niech ten rytuał przestanie być pustym gestem. Ktoś czeka. Bliżej lub dalej, ale czeka. Na ciepły posiłek lub tylko dobre słowo.

Szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia i Szczęśliwego Nowego Roku.

Malowane dachówki czyli o łączeniu nauki i edukacji ze sztuką

sczachor

15320357_1490298657647258_1885965647_nMisją uniwersytetu jest upowszechnianie wiedzy. Zmieniający się świat prowokuje do poszukiwania nowych metod realizacji tej niezmiennej misji społecznej. Stąd rozwój w ostatnich latach edukacji pozaformalnej i ustawicznej. Przykładem takich poszukiwań jest wystawa malowanych dachówek, eksponowana przed budynkiem Wydziału Biologii i Biotechnologii (już od maja br. czytaj: Wystawa dachówkowa uzupełniona) oraz przed Biblioteką Główną UWM (od grudnia). Jak widać z zamieszczonego zdjęcia już od samego początku wzbudza zainteresowanie.

Humanista musi się znać na prawach przyrody, artysta także (zobacz też: Bubel ze Szczebrzeszyna czyli wiedza przyrodnicza potrzebna jest nawet artyście). Ale i przyrodnikowi przydaje się znajomość warsztatu artystycznego oraz humanistyczne obycie. Spotkać się można w przestrzeni publicznej, by malować i dyskutować.

Prezentowana przez Biblioteką Głowna UWM wystawa dachówek miała swoją inaugurację w Europejską Noc Naukowców (Noc Naukowców i bioróżnorodność na dachówkach malowana), potem przeniesiona została przed budynek Biblioteki. Od razu wzbudziła zainteresowania.

Zbliżająca się ogólnopolska Noc Biologów 2017  jest kolejna okazją do pokazania bioróżnorodnosci na dachówkach malowanych. Będzie wystawa w dwóch miejscach oraz warsztaty malowania na dachówkach. Natomiast w maju, w czasie tygodnia bibliotek, będzie kolejna okazji do spotkania nieformalnego z nauką, humanistyką i sztuką. Wtedy na tarasach bibliotecznych malować będziemy na dachówkach… Molariusz czyli plejadę moli książkowych. Tak jak sobie je wyobrażamy. Z całą pewnością nie zabraknie motywów biologicznych (w szczególności entomologicznych).

Noc Biologów jako tematyczny piknik naukowy to nie tylko wykłady i pokazy tego, co już dobrze znamy (popularyzacja nauki), ale także wspólne odkrywanie, np. metod edukacji pozaformalnej. Wspólnie eksperymentujemy, wspólnie odkrywamy i doświadczamy. Uniwersytet to miejsce, gdzie rodzi się wiedza. Przyjdź 13 stycznia 2017 r. w piątek i doświadczaj z nami. Efekty tych prac pozostaną nie tylko w przemyśleniach i refleksjach ale także w formie stałej ekspozycji na terenie miasteczka uniwersyteckiego.

Po co ta wystawa (instalacja) z dachówkami? By zachęcić do przemyśleń i refleksji o różnorodności biologicznej, lokalnej przyrodzie i antropogenicznych przekształceniach środowiska. Stare dachówki, są już z ludzkiego punktu widzenia niepotrzebne. W przyrodzie jednak nic nie ginie i nie ma rzeczy niepotrzebnych. Biologia nastraja filozoficznie oraz artystycznie. To co „martwe” (martwa materia organiczna) dzięki destruentom (reducentom) ponownie wraca do biologicznego obiegu (rola martwego drewna przedstawiona będzie także na wystawie o Puszczy Białowieskiej). W przypadku malowanych dachówek tymi „kulturowymi destruentami” są naukowcy i uczestnicy organizowanych przez UWM pikników naukowych. Przez sztukę i artystyczną aktywność można zmierzać do przyrodniczej wiedzy.

Wspomniane dachówkowe instalacje przed Collegium Biologiae i przed Biblioteką Główną są jak góra lodowa – widać tylko mały fragment. Reszta „ukryta” jest przed wzrokiem . Ale ta schowana pod wodą część daje się poznać. Okazją do poznawania będzie Noc Biologów 2017: wykłady, pokazy, warsztaty i …. żywa biblioteka.

Malowanie dachówek w przestrzeni publicznej to metoda aktywizującej edukacji pozaformalnej w zakresie przyrody i ochrony lokalnej bioróżnorodności. Otwarte plenery malarskie odbywały się w czasie pikników naukowych a malowaniu towarzyszyły opowieści o przyrodzie. Jest to interdyscyplinarna forma upowszechniania wiedzy. Na eksponowanych obecnie dachówkach jest już różnorodność biologiczna Warmii i Mazur: rośliny, owady, grzyby, przyroda wiosennej łąki, widziana oczami dorosłych i dzieci, specjalistów (botaników, zoologów) jak i amatorów. Ponieważ wykorzystywane są stare dachówki to jest to upcykling w połączeniu z edukacją przyrodniczą. Dachówki malowaliśmy w 2016 roku w trakcie pikników naukowych i edukacyjnych plenerów: 1 maja w Skansenie w Olsztynku "Jarmark sztuki nie tylko ludowej. Wyczarowane z gliny."  , 25 maja „Piknik z etnobatniką” w ramach międzynarodowego Dnia Fascynujących Roślin, 23. czerwca w czasie Nocy Świętojańskiej w Parku Centralnym (wspólnie z Gazetą Olsztyńską), w czasie pikniku na trawie przy ul. Stara Warszawska oraz Europejskiej Nocy Naukowców (30 września 2016).

Komunikować się można na różne sposoby. Poprzez wzniosłe słowa lub przez zwykłe, wspólne prace, w których mówi się milczeniem. Naukowcy piszą publikacje, wygłaszają referaty, prezentują postery naukowe, prowadzą dyskusje kuluarowe oraz internetowe. Ale czasem malują i dyskutują w niecodziennych okolicznościach….. Malują butelki, wyrzucone, nikomu już nie potrzebne. Przywracają im sens i znaczenie.

Dlaczego w czasie Nocy Biologów proponujemy także malowanie dachówek? Do efektywnej pracy umysłowej trzeba zatrudnić obie półkule mózgowe. Lewa półkula, zwana akademicką, gdy sama pracuje, to druga, prawa - zwana artystyczną - nudzi się i przeszkadza rozmyślaniem o "niebieskich migdałach". Efektywniej i kreatywniej pracujemy - nawet w nauce - gdy obie półkule mózgowe za zaangażowane. Nauka łączy się ze sztuką i wzajemnie uzupełnia. Potrzebna jest i analiza i synteza, naukowa skrupulatność i artystyczna innowacyjność. Sztuka dla naukowca nie jest tylko hobbystycznym odpoczynkiem ale i psychiczną higieną, intelektualna rozgrzewką.

Fot. Katarzyna Bikowska

Czytaj także:

Celinka i Dzień Chruścika

sczachor

celinka_chrucikListonosz mi przypomniał o Dniu Chruścika. A w zasadzie celinka. Nie jakaś tak mała Celina a celinka z chruścikiem. Celinka to poszewka na poduszkę. Ale to nie byle jaka tam poszewka (czytaj więcej: Najdłuższy maraton szycia celinek dla chłopców i dziewczynekSzyjemy celinki dla chłopca i dziewczynki). Dzieło mojej koleżanki, która w sekrecie uszyła, a listonosz przyniósł. Zaskoczenie było duże. Bo to pierwszy na świecie celinkowy chruściki. Polska może poszczycić się pierwszym na świecie znaczkiem pocztowym z chruścikiem (Trichoptera), To teraz będzie się szczyciła niezwykłą poszewką. A w zasadzie ja, bo u mnie na fotelu dzielnie spoczywa.

Przyglądam się i zastanawiam się z jakiej rodziny to jest larwa. Najpewniej z Limnephilidae. Ale możliwe że i z Lepidostomatidae lub Brachycentridae. Muszę się jej dokładnie przyjrzeć i starannie przeanalizować. W sam raz rozważania na Dzień Chruścika (też wymyślony w Polsce, a konkretnie to w Olsztynie).W każdym razie nowy dla nauki gatunek. Nazwę go Kaemka celinkai

Dzień Chruścika obchodzony jest 11 grudnia już od 2002 roku. Ostatnio trochę o nim zapomniałem. Ale celinka dowodzi, że święto się przyjęło i żyje własnym, zaskakującym życiem. W ubiegłych latach organizowaliśmy seminaria naukowe lub popularnonaukowe, czasem z udziałem gości zagranicznych. Spotykaliśmy się także w kawiarni by dyskutować o nauce, chruścikach i o życiu akademickim (w tym poczuciu humoru wśród naukowców). Wydawaliśmy newsletter Trichopteron.

Skoro chruścik o sobie przypomniał, to może warto powrócić do dawnej tradycji... w tym świętowania Dnia Chruścika. 

 celinkanafotelu

 

O gastronomii, nowożytnej nauce i o kulinarnych eksperymentach z tulipanami

sczachor

jadane_kwiaty_1O dzikich, leśnych tulipanach pisałem już kilkukrotnie. Przytaczałem stary przepis na sok z tulipanów. Wyszperany i udostępniony na niniejszym bogu przepis niedawno znalazłem w książce pt. „Jadane kwiaty” Małgorzaty Kalemby-Drożdż. Upowszechnianie wiedzy na wolnej licencji ma sens, bo ułatwia obieg informacji i wykorzystanie wiedzy. Przy okazji jest to mała ewaluacja, że mój blog jest czytany i wykorzystywany (a nie zawsze zostaje ślad w komentarzach).

Ciekawość ludzka jest ogromna i nadal eksperymentujemy z kulinarnym wykorzystaniem różnorodności biologicznej. Nie ograniczamy się tylko do znanych i sprawdzonych gatunków ale ciągle poszukujemy nowych. Czy to wertując stare księgi, czy to docierając do niespisanej tradycji. Ale także przez nieustanne eksperymenty w kuchni. Moda na wegetarianizm i weganizm jest chyba dodatkowym impulsem do poszukiwań. Ale impulsem jest także poszukiwanie nowych doznań i odkrywanie zapomnianego dziedzictwa.

Nauka przebadała już sporo roślin ale wiele jest jeszcze do odkrycia. Nowożytna nauka rozpoczęła się od wyjścia poza książki i przetwarzania dawno utrwalonych treści i rozpoczęcie poszukiwania roślin i zwierząt w terenie. Rozpoczęła się wraz empirycznym sprawdzaniem i doświadczaniem. Nie tylko przeczytać w starych księgach ale i samodzielnie sprawdzić, doświadczyć.

Współczesna gastronomia ma wiele wspólnego z nowożytną nauką. I nie mam na myśli kuchni molekularnej ale właśnie odwagę i gotowość do eksperymentowania. Nie tylko wyszukiwanie wiadomości w książkach i publikacjach ale samodzielne próbowanie, weryfikowanie wyczytanych informacji itd. Sprawdzanie jak to smakuje i czy da się zjeść (nie tylko raz).

Ostatnio pojawiło się kilka książek z takimi zebranymi danymi, popartymi własnymi eksperymentami smakowo kulinarnymi. Pierwsza, o której chciałbym wspomnieć, to „Jadalne rośliny dziko rosnące” (Lecznicze właściwości i składniki odżywcze 200 gatunków polskich roślin) Sfeffena Guido Fleishhauera, Jurgena Guthmanna i Rolanda Spiegelbergera (wyd. 2014). Drugą jest książka Łukasza Łuczaja (notabene naukowca) pt. „Dzika kuchnia” (wyd. 2016). I trzecia z mojej półki bibliotecznej to książka autorstwa Małgorzaty Kalemby-Drożdż pt. „Pyszne chwasty” (wyd. 2014).

Czwartą miałem tylko w ręku przez chwilę. Ale właśnie tam znalazłem informację o tulipanach w kuchni. To właśnie tam odnalazłem wygrzebany i umieszczony na moim blogu przepis na sok z dzikich tulipanów. Bardziej jednak zainteresowały mnie doświadczenia samej autorki, bo najwyraźniej jadła tulipany. Więcej znalazłem na jej blogu. Niemniej wykorzystywała zwykłe, ogrodowe tulipany, jako „opakowanie” dla lodów. Z tekstu wynika, że zjadła. I żyje. Czyli tulipina nie jest taka groźna dla człowieka, przynajmniej w małych ilościach.

tulipan1Nie wszystkie jednak zawarte w książce i na blogu autorki informacje są dla mnie czytelne (wnioskuję, ze nie wszystkie wynikają z doświadczenia czy empirycznego sprawdzenia w laboratorium lub kuchni). O toksynach, czyli tulipinie, pisze jedynie w odniesieniu do cebulek. Pisze, że jadalne są płatki kwiatów i łodygi. Pisząc o tulipinie wspomina o konieczności usunięcia słupka. Wydaje mi się, że usunięcie słupka wynika z tego, żeby wygodniej nałożyć lody do środka, a nie dlatego, że tam jest tulipina (czy autorka sprawdziła doświadczalnie?). Wzbudza to moją wątpliwość, skąd autorka wzięła informacje o tulipinie w cebulkach i słupku a braku w łodydze i płatkach? Taki jest niestety urok książek nie-naukowych (innych niż publikacje). W typowych publikacjach naukowych powinien znaleźć się odnośnik do pozycji z literatury. Struktura publikacji naukowej ukształtowała się przez dziesięciolecia by oddać obiektywizm i ułatwić powtarzanie wyników (prymat obiektywizmu nad pięknem języka). W jasny i przejrzysty sposób ma być oddzielona metodyka (materiał i metody) od własnych wyników i od dyskusji (z przypisami do innych opracowań). Ale książka kucharska nie jest publikacją naukową i takiej struktury nie musi mieć. Tym bardziej, że czytelnikom utrudniałoby to lekturę.

W innym miejscu w internecie znalazłem informację, że w Holandii w czasie głodu w okresie II wojny światowej ludzie zjadali cebulki tulipanów. Nie wiem czy na surowo (tak jak cebulę) czy po jakiejś obróbce. Niemniej te różne dane wskazują, że w niewielkich ilościach tulipina nie jest szkodliwa (z detoksykacją radzi sobie nasz organizm). Oczywiście, to są średnie wyniki. Każdy z nas jest indywidualnością. Niektórzy są uczuleni nawet na zwykłe produkty, nieszkodliwe dla innych. Nasz metabolizm zależy od genów oraz… mikroflory jelitowej, czyli genów współżyjących z nami organizmów (teoria hologenomu). To co dobre dla jednego nie musi być dobre dla innego. Nawet leki (zerknij na ulotkę, zawsze są jakieś przeciwskazania).

Wspomniana autorka na swoim blogu (http://pinkcake.blox.pl/2016/04/Lody-w-tulipanie.html) tak pisze: Kwiaty tulipana mają jadalne płatki, ale całe kwiaty tulipana można też wykorzystać jako naczynie do serwowania. Pomysł na lody straciatella z kakaowca podpatrzyłam w Top Chefie. Tulipanowy serwis to już moja inwencja. Lody kokosowe z limonką i ziarnami kakaowca w tulipanie: (…) 4 tulipany. Mleko, miód i sok z cytryny wlać do maszyny do lodów. Ziarna kakaowca surowe (lub prażone - jakie wolicie) pokruszyć i dodać do gotowych lodów. Można dać bardzo dużo, że uzyskamy coś w rodzaju straciatelli, albo tylko troszkę - jak wolicie. Jeżeli masa nie zgęstniała odpowiednio można ją wstawić na 20 minut do zamrażarki. Z tulipanów ostrożnie usunąć słupek i pręciki. Kwiaty umieścić w kieliszkach lub naczynkach do jajek, nałożyć do środka kwiatu lody, posypać dodatkowymi okruszkami nasion kakaowca i od razu podawać. Delikatnie słodkie lody z mleka kokosowego z dodatkiem ziaren kakaowca bardzo przyjemnie naciągają zapachem tulipanów. Kto chciał mógł zjeść lody razem z czarką, w której zostały podane. Można też w takiej formie zamrozić porządnie te lody, ale wtedy już nie będzie wyboru - trzeba będzie zjeść z przymarzniętymi płatkami.

Co do tulipiny, to należałoby laboratoryjnie sprawdzić czy jest w płatkach i w jakich ewentualnie ilościach. Ale jak wykazał kulinarny eksperyment trochę można zjeść, bez żadnych skutków ubocznych. Autorka wykorzystała tulipany ogrodowe, ale na blogu zauważyłem jedno jej zdjęcie z Żuław, na którym są dzikie tulipany. Jedno jest pewne, przytaczany wcześniej przepis na sok z leśnych tulipanów nie był trucizną. Na pewno był wykorzystany w kuchni. Ciekawe jak smakuje. I czy zrywano same kwiaty czy też z łodygami.tulipan2

Jest jednak nowa informacja, jaką znalazłem przy okazji sprawdzania lodów z płatkami tulipanów. „Tulipany są kwiatami, które mogą wywołać reakcję alergiczną, więc do ich spożycia należy podejść z zachowaniem środków ostrożności, czyli na pierwszy raz spróbować tylko trochę.” Czynnikiem alergizującym wcale nie musi być tylko tulipina. Niezwykle ciekawa jest także dyskusja pod blogowym wpisem autorki „Jadalnych kwiatów” - z której wymika, że bardziej obawiamy się zanieczyszczeń środowiska i stosowanych środków ochrony roślin niż toksyn naturalnie obecnych w roślinach.

Komentarze Gość: Maria, "Czy wszystkie tulipany są jadalne? Np. Czy te z własnego ogrodu lub doniczki? Przyznam, że to bardzo ''przystojny'' i pełny elegancji deser."

pinkcake "Mario, takie z własnego ogródka są najlepsze, bo niczym nie pryskane! Przede wszystkim najlepsze byłyby dzikie tulipany, ale one są malutkie. Poza tym raczej sugeruję odmiany proste, nie strzępiaste, szpiczaste czy wielokwiatowe." (Pinkcake to autorka bloga)

Nie omieszkałem i ja zapytać w interesującej mnie kwestii: sczachor "Tulipany zawierają trującą tulipinę. Z informacji, do jakich dotarłem, tulipina występuje także w kwiatach (zatrucia dzieci). Ciekawi mnie ile Państwo zjedliście tych tulipanów jednorazowa i czy były jakieś dolegliwości. Czy na surowo z lodami czy w jakiś sposób przetworzone? Może zalanie wrzątkiem lub inny sposób przetwarzania niszczy tulipine? A może nie jest jej dużo?"

pinkcake „Nigdy ani ja ani nikt z mojej rodziny nie miał żadnych dolegliwości po spożyciu tulipanów. Zazwyczaj konsumpcję ograniczaliśmy do kilku płatków. Ze względu na możliwe niekorzystne działanie, zawsze przy przepisach z wykorzystaniem tulipana zamieszczam ostrzeżenie. Tulipany bez wątpienia są trujące dla bydła i koni. Jednak nawet cebulki, w których stężenie alkaloidów jest wielokrotnie wyższe niż w innych częściach rośliny, nie są trujące dla wszystkich ludzi. Tulipany były masowo spożywane w Holandii w czasie wojny i to prawda, zdarzały się przypadki zatruć, jednak były sporadyczne. Są również osoby, które mają alergię kontaktową na tulipany. Ponadto cebulki tulipanów były spożywane przez Sybiraków. Szczególnie lubiły je zjadać dzieci. Również cebulki arabskich gatunków tulipana były jadane na surowo. Wiele roślin zawiera trujące związki, jednak objawy zatrucia zależą od dawki, indywidualnej wrażliwości i zdolności metabolicznych. Ja np. ciężko choruję po zwykłej cebuli, a po tulipanach nie.”

W innym miejscu internetowym wyczytałem, że „Wszystkie części rośliny z wyjątkiem płatków zawierają jednak związki toksyczne mogą powodować chorobę. Tulipany zawierają związki, które są toksyczne. Zjadanie cebulek tulipanów może powodować zawroty głowy, nudności , bóle brzucha i rzadko drgawki i śmierć . W przypadku zgłoszonych przez Davida Spoerke i Susan Smolinske w "toksyczności domowe" ludzie, którzy jedli gotowaną potrawę, zawierającą cebulki tulipanów, mieli trudności w oddychaniu, poty, wymioty i intensywne ślinienie się w ciągu 10 minut. (…)” Dwa alergeny obecne są w cebulkach tulipanów: tulipina A i tulipina B. Mogą powodować wysypki skórne i kruchości paznokci. Ludzie, którzy zajmują się cebulkami tulipanów w ogrodnictwie (także w czasie pakowania) i mają wysoką ekspozycję na kurz z tulipanów mogą mieć objawy nie tylko w ich rękach, ale i innych częściach ciała (typowe dla różnego typu alergii). Objawy mogą pojawiać się dopiero 12 godzin po ekspozycji na alergeny tulipana, ale nie wszystkie osoby są wrażliwe na te alergeny. Czasami płatki tulipanów , które nie są toksyczne , służą jako dodatek do potraw lub jako składniki w deserach i sałatkach. Kwiaty jednakże mogą zawierać substancje alergiczne. (Źródło).

Dużo więcej informacji można znaleźć na temat zatrucia tulipanami… w odniesieniu do zwierząt domowych: psów i kotów. W wielu miejscach zaznacza się, że trujące są cebulki. Ale skoro tulipany zjadają zwierzęta, to przecież jedzą raczej tylko części naziemne, liście, i kwiaty.

Inne przykłady i nformacja o zatruciach domowymi kwiatami, wśród których wymieniane sa tulipany (niestety zbiorczo):

  • narcyz, tulipany, hipeastrum i kliwia (z rodziny amarylkowatych), psianka paprykowa (koralowa), bluszcz, wisteria, amarylis, żonkil, oleander pospolity, hiacynt, irys, trójskrzyn pstry (bardzo popularna roślina doniczkowa), wilczomlecz piękny (popularnie: gwiazda betlejemska), cyklamen perski (fiołek alpejski) – powodują wymioty, biegunkę, podrażnienie żołądka (źródło
  • Tulipany i hiacynty. Tulipany zawierają alergizujące laktony, natomiast w hiacyntach można znaleźć podobne do nich alkaloidy. Te toksyczne substancje zawarte są w największej ilości w cebulkach. Podczas żucia drażnią tkanki jamy ustnej i przełyku, a typowymi objawami zatrucia są wymioty, obfite ślinienie oraz biegunka. Gdy zwierzę spożyje duże ilości cebulek, mogą wystąpić objawy sercowo-oddechowe, takie jak: przyśpieszenie akcji serca czy niefizjologiczne oddychanie. Zostały one zaobserwowane u krów oraz "nadgorliwych" labradorów. (źródło

Osy w Tramp-ku (z dygresją do stanu wojennego)

sczachor

osa_dachowa1Tramp to ”człowiek lubiący się włóczyć; wagabunda, obieżyświat, włóczęga, włóczykij”. Ale to także nazwa spotkań turystycznych, odbywających się w Olsztynie w Pubie Sowa. W zdrobnieniu - trampek - to już nazwa popularnego, taniego obuwia. Obuwie dla turysty i obieżyświata jest ważne, bo jak coś w nim uwiera, to wędrówka staje się boleścią.

Nie tylko gwóźdź czy kamień w bucie dokucza turyście. Dokuczają najróżniejsze owady, zarówno w marszu, gdy siądzie na trawie, jak i gdy spocznie w schronisku. Owady wadzą. Owady mogą nie tylko wadzić ale i stanowić atrakcję wędrówki. Bo można dostrzegać więcej i więcej spróbować zrozumieć. To turystyka z refleksją przyrodniczą.

Gdy idziesz, lub odpoczywasz, a coś Cię gryzie. I nie o sprawy duchowe tu chodzi, tylko o głodnych braci naszych mniejszych. Bo może to być refleksja nad tym, dlaczego gryzą, żądlą i szczypią. „Osy, szerszenie i pszczoły - żądlący sąsiedzi ze szlaku i z domu” to tytuł prezentacji, jaką przedstawię 13 grudnia na spotkaniu turystów Tramp. (zobacz szczegóły).

13 grudnia opowiem o owadach pasożytach co jawnie i skrycie piją naszą krew. Opowiem o ewolucji i pasożytnictwie, o tym czy bronić się czy przecierpieć i nie marnować energii. Tu pojawia się mała analogia społeczne (bo biologia ma duży kontekst filozoficzny i społeczny) z internetowym hejtem i analogowym plotkarstwem. Ignorować czy zwalczać? Bilans energetyczny (w przypadku biologii) i emocjonalny (w przypadku człowieka społecznego) może być różny. Nie zawsze walka jest lepsza.

Trudne jest życie pasożyta. Najczęściej ginie w nierównej walce z dużo większym żywicielem. A i czasem pasożyt staje się pożytecznym symbiontem. I to nie tylko w kontekście ewolucyjnym ale i bardzo krótkookresowym. Czyli jak pasożyta zmienić na symbionta? Biolodzy coraz częściej mówią o hologenomie i o tym, że korzystamy z cudzych genów w codziennym życiu.

Są jednak i takie owady, co nas żądlą w obronie własnej i obronie swojego potomstwa. Albo życia swoich sióstr. Skąd altruizm w świecie zwierzęcym, gdzie powinna być według nas nieustanna walka na kły i pazury, gdzie powinien być tylko egoizm? I nad tym od lat zastanawiają się biolodzy. W sumie turysta także może. Wędrować, podziwiać przenajróżniejsze uroki przyrody i rozważać życie w każdym jego wymiarze.

Ot chociażby nad czymś takim, że w dojrzałych ekosystemach mniej jest związków antagonistycznych a więcej protekcjonistycznych. Zło (pasożytnicze) organizm czasem zwycięża dobrem. Bilans jest ciekawy. I okazja do refleksji nad światem. Zwłaszcza w dniu 13 grudnia, rocznicy stanu wojennego.

Coś nas gryzie bo jest głodne i nas podjada lub się tylko broni. Albo przypadkiem. Jeśliś ciekawy to przyjdź na spotkanie lub poczytaj, np. artykuliki podlinkowane niżej.

O chruścikach, maści czarownic i o tym jak trafiłem do przewodnika kulinarnego

sczachor

15195885_10210035072226728_4041983578087506646_oChruściki kojarzą się wielu osobom z faworkami, ciastkami. W czasach studenckich, moja obecna żona, zastanawiała się dlaczego ja na biologii zajmuję się ciastem (bo wiedziała, że pracę magisterską piszę z chruścików). Szybko wyjaśniłem, że chodzi o chruściki owady wodne (Trichoptera).

Przytoczę jeszcze jedną anegdotę. To było chyba w latach 90. XX wieku, albo na przełomie lat 80. i 90. Internetu jeszcze wtedy u nas nie było. Ale hejterzy byli. Mieli tylko inne metody. Najwyraźniej byłem wtedy obiektem takiego hejtera, który rozpowiadał w rektoracie, że słaby jestem naukowo i asekurancko uciekam w gastronomię. Być może w swej niewiedzy ów hejter skojarzył chruściki z faworkami. Albo z premedytacja liczył na niewiedzę słuchających. 

Ale teraz już nie za sprawą chruścików-faworków trafiłem do renomowanego przewodnika kulinarnym Gault&Millau Polska (2017). Wszystko z powodu współpracy z drobnymi przedsiębiorcami z Warmii i Mazur. Nie tylko odbyłem staże w przedsiębiorstwach (w ramach projektów nastawionych na innowacyjność) ale współpracuję z małymi i średnimi przedsiębiorstwami (głównie z z regionu, czasem z dalej położonymi podmiotami) indywidualnie oraz w ramach działań Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym. Wspieram m.in. grupę Wimlandia. Jedna z restauracji, działająca we wspomnianej grupie, została nominowana do renomowanego przewodnika. Osoby weryfikujące odwiedziły więc Restaurację Cudne Manowce (anonimowo i dyskretnie). I najwyraźniej zwróciły uwagę na maść czarownic do latania i być może dotarły do wpisów na blogu.

Poza popularyzowaniem dawniej wykorzystywanych roślin (czarny bez, pokrzywa, arcydzięgiel itd.) próbuję we współpracy tworzyć zupełnie nowe produkty. Takie jak maść czarownic do latania (na badzie smalcu gęsiego) z zakorzenieniem w wiedzy etnograficznej i przyrodniczej. Taką działalność uważam za ściśle związaną z misją Uniwersytetu - transfer wiedzy do szeroko rozumianej gospodarki. I nie tylko do dużych koncernów, oferujących wsparcie finansowe na badania ale także do całych i średnich przedsiębiorstw. Wzmianka w przewodniku kulinarnym jest miłym śladem efektów transfery wiedzy. Nie ma za to punktów w karierze akademickiej ale dla mnie bardzo wartościowe.

Synergia ma to do siebie, że stale tworzą się nowe wartości. We współpracy z cukiernią obmyślam teraz chruściki-faworki. Ale będą one niezwykłe i mocno osadzone w dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym. 

galu

Dzięgielówka - dawno temu na Kazimierzu (i na Kociewiu)

sczachor

dziegielowka1Kiedy latem jechałem na Podhale, osobiście poznać tamtejszą litworówkę (tradycyjna nalewka górali na arcydzięglu litworze), zatrzymałem się w urokliwym Krakowie. Na Kazimierzu trafiłem do klimatycznie osadzonej w żydowskiej tradycji restauracji o jakże znaczącej nazwie „Dawno temu na Kazimierzu”. Wystrojem wnętrza nawiązuje do starych zakładów rzemieślniczych. Przy muzyce na żywo (najpewniej imigranci z Ukrainy), rozkoszowaniu się starymi maszynami do szycia, w karcie zobaczyłem dzięgielówkę. Z wielką ciekawością spróbowałem. Wytrawna wódka dla zdrowotności, o ziołowym smaku.

Siła tradycji, na „nizinach” dzięgielówka - w górach litworówka. Może na nizinach łatwiejszy dostęp do rosnącego po lasach dzięgiela leśnego, a w górach - arcydzięgla litwora? Tak było może kiedyś, w uwarunkowaniu do tego, co rośnie najbliżej. Teraz, gdy arcydzięgiel hodowany jest w ogrodach, możliwe że i dzięgielówkę robią z korzenia arcydzięgla (bo łatwo dostępny na rynku zielarskim). Niemniej w nazwach zachowane został dawne dziedzictwo.

Nalewki produkowano kiedyś dla zdrowia. Pito w niewielkich ilościach w celach medycznych. Właściwości arcydzięgla znane od dawna i od dawna wykorzystywane. Poza różnymi likierami, w skład których wchodzi i arcydzięgiel, dwie nalewki bazują głównie na tej roślinie: litworówka i dzięgielówka.

W przepastnych zasobach Internetu znalazłem kilka przepisów na dzięgielówkę. Pierwszy z nich: „Dzięgielówka - nalewka z korzenia arcydzięgla”. Według informacji tam zawartych, dzięgielówka jest nalewką z korzenia arcydzięgla i ma działanie lecznicze. Przyrządza się ją z 80 g korzenia arcydzięgla, 1 l spirytusu, 1 l wody, 500 g cukru, kory cynamonowej, goździków, gałki muszkatołowej. Można zatem powiedzieć, że litworówka różni się od dzięgielówki tym, że jest słodzona miodem. Ale wróćmy do przepisu: korzeń arcydzięgla dokładnie myjemy i kroimy w drobne kawałki. Wrzucamy go do słoja, po czym zalewamy spirytusem,rozcieńczonym pół litrem wody. Szczelnie zamknięty odstawiamy na dwa tygodnie. Potem dodajemy przyprawy: kawałek kory cynamonowej, 10 goździków, około połowy gałki muszkatołowej. Szczelnie zamykamy i ostawiamy na kolejny tydzień. Trzecim etapem jest filtrowanie uzyskanego nastawu i łączenie go z syropem cukrowym. Połączony nastaw alkoholowy i syrop znów szczelnie zamykamy w słoju i zostawiamy na trzy tygodnie. Ostatni etap wykonywania dzięgielówki to filtrowanie nalewki i przelanie jej do butelek. Szczelnie zamknięte zostawiamy w chłodnym miejscu na kolejne trzy miesiące." Tak jak przy produkcji innych nalewek potrzebny czas i cierpliwość. Czyli slow life a nie żaden tam pośpiech.

Korzeń arcydzięgla działa rozkurczowo, wykrztuśnie, moczopędnie, kojąco, pobudza czynność żołądka, wzmacnia naczynia krwionośne, reguluje krwawienia miesiączkowe, pracę jelit, układ trawienny. Te właściwości znano od dawna. Można wykorzystywać napar (herbatkę) lub nalewkę. Warto jednak pamiętać, że dzięgiel i arcydzięgiel zawierają furanokumaryny, które działają fotouczulająco. Zatem po wypiciu raczej należy unikać wychodzenia na słońce (wypiłeś? - zostań w domu). Tak jak w każdym lekarstwie warto znać kontekst: ile i kiedy z niego korzystać. Zwłaszcza w przypadku nalewek (alkoholowych)…

Jak podają źródła internetowe, dzięgielówka jest wyborną, wytrawną wódką ziołową o charakterystycznym dla arcydzięgla aromacie. Sporządzona jest według znanej od lat receptury, bardzo popularnej w rejonie wschodnich Karpat (ale na Podhalu znana jest pod nazwą litworówka). Kiedyś używana była jako lekarstwo na problemy trawienne. Współcześnie wykorzystywana jest do sporządzania różnorodnych drinków.

Tak jak uznanie i międzynarodową renomę zdobyła żubrówka, przygotowywana na bazie aromatycznej trawy turówkii wonnej (Hierochloë odorata), tak może uznanie zdobędzie również dzięgielówka i litworówka. Karpacka dzięgielówka w 1996 roku wyróżniona została złotym medalem na Międzynarodowych Targach POLAGRA 96.

Ale dzięgielówka znana jest nie tylko w Karpatach i Małopolsce. W 2006 roku została wpisana na listę produktów tradycyjnych województwa kujawsko-pomorskiego. W opisie tego tradycyjnego produktów smak określono jako korzenny, cierpki. Zawartość alkoholu 35%-45%, Łodyga arcydzięgla musi być zbierana nad rzeką w maju. Wynika z tego, że produkowana jest najpewniej albo z podgatunku arcydzięgla nadbrzeżnego, albo z hodowli ogródkowych albo produkowana jest z dzięgla leśnego. Arcydzięgiel litwor nie występuje na stanowiskach naturalnych na Kujawach.

Według opisu z listy produktów tradycyjnych dzięgielówkę przyrządza się z owoców, korzeni i ziela (liście i łodyga) arcydzięgla. Zanim rozpowszechnił się w Europie cukier, dosładzano je miodem. W zależności od regionu i tradycji pojawiały się różne warianty tej samej receptury. Przepis na dzięgielówkę pochodzi z książki „W kuchni i przy stole – Ksiónżka o jeściu na Kociewiu” pod redakcją Romana Landowskiego (wydana w 2002 r. w Tczewie). Kociewskiej dzięgielówki jeszcze nie kosztowałem. I nie wiem czy współczesna dzięgielówka wyrabiana jest na bazie cukru czy miodu. Trzeba będzie wybrać się na wycieczkę i sprawdzić.

Poznawanie dziedzictwa kulturowego jest nie tylko intrygujące ale i smaczne. Zanim jednak się w podróż wybiorę kilka innych przepisów na dzięgielówkę.

Dzięgielówka BahusaNajlepiej do nalewki używać świeżych korzeni (kopanych w maju) i łodyg arcydzięgla, ale można też przyrządzać ją na suszonym korzeniu. Nalewka robiona ze świeżych łodyg ma śliczny oliwkowo-zielony kolor. Wykopane korzenie należy lekko oskrobać, dokładnie umyć, osuszyć, pokroić. Do gąsiorka wrzucić 50 g korzenia arcydzięgla, dodać łyżeczkę otartej skórki pomarańczowej i kilka ziarenek kardamonu, zalać 3 l 45 - 50% wódki, zakorkować, zostawić w cieple na 8 - 10 dni, codziennie potrząsając gąsiorkiem, po czym zlać, przefiltrować, porozlewać do butelek, zostawić na co najmniej 4 - 5 miesięcy. Jednak im dłużej stoi tym nabiera szlachetniejszego smaku.”

Dzięgielówka dla cierpliwych to likier z arcydzięgla. Składniki: 40g korzenia arcydzięgla, 3g nasion kopru włoskiego, 3g owoców kolendry, 0,7l spirytusu, 0,7l wody, 400g cukru. „Zioła należy zalać wrzącym syropem z wody i cukru, pogotować 2 min i odstawić na 2 dni. Po 2 dniach odcedzić zioła, do wyciągu wlać spirytus, wymieszać, rozlać do butelek, odstawić w ciemne miejsce na co najmniej 3 miesiące (…). Pełen bukiet i charakterystyczny, lekko gorzkawo-słodki smak, likierek dostaje po kilku miesiącach leżakowania, ale warto czekać.”

Nalewka dzięgielówka, produkcja przemysłowa, Zawartość alkoholu: 40% obj. Nalewka sporządzona z mieszanki różnych ziół. Barwa żółto-zielonkawa, smak przyjemny ziołowy. Podstawowymi składnikami mieszanki ziół jest korzeń i nasiona arcydzięgla, owoce kopru włoskiego i kolendra.

Jak więc widać odnalezionych przeze mnie przepisach do wytwarzania dzięgielówki wykorzystywany jest arcydzięgiel litwor (Angelika archangelica syn. Archangelica officinalis - obecna polska nazwa to także dzięgiel litwor) a nie dzięgiel leśny (Angelika sylvestris). Jedynie Łukasz Łuczaj w książce „Dzika kuchnia” podaje przepis na nalewkę z dzięgiela, wykorzystując właśnie dzięgiel leśny (zamiennie z arcydzięglem). W swoim przepisie Łukasz Łuczaj proponuje dodać także owoce kardamonu i kawałek skórki pomarańczowej.

krakow1_344

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci