Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Buraki i nieszczelne jelito, czyli o pilnej potrzebie edukacji ustawicznej i pozaformalnej

sczachor

Można się wyśmiewać z głupoty, można się zasmucać skalą ignorancji i współczesnych zabobonów. Ja jednak przytaczam poniższy przykład w zupełnie innym celu. Chcę wskazać na głęboką potrzebę edukacji ustawicznej i pozaformalnej. Nowe wyzwania edukacji nas nie ominą. Zareagujemy racjonalnie albo… mitycznie i magicznie.

Najpierw słów kilka o edukacji ustawicznej (przez całe życie). To nic nowego, Homo sapiens robił tak od setek tysięcy lat. Ale odkąd wymyślono zorganizowane szkoły i edukacja formalna objęła niemalże całą populację (powszechny obowiązek szkolny), to narodził się mit, że uczymy się tylko w szkole. I że jak czegoś ktoś nie wie, nie umie, to wina niedostatecznego kształcenia w szkole. Potrzeby edukacyjne są ogromne stąd nacisk na poszerzanie programów nauczania (poza biologiczną wydolność ucznia) o coraz to nowe i niezbędne treści. Wydłużanie zorganizowanej edukacji (nawet wykształcenie wyższe się upowszechniło, w Polsce w ostatnich 15-20 latach) oraz potrzeba doskonalenia zawodowego na różnych kursach i szkoleniach, to efekty takiego sposobu myślenia. Tak dostrzegliśmy kształcenie ustawiczne, czyli przez całe życie. W zasadzie odkrywamy je na nowo. Uczymy się także dla przyjemności (a nie tylko w celach zawodowych), czego przykładem są liczne Uniwersytety Trzeciego Wieku.

Nauka w szkole już nie wystarczy, bo potrzeby stale rosną. Tak dostrzegliśmy edukację pozaformalną czyli poza zorganizowanymi formami edukacji w szkole. Taka powinna być m.in. misja radia, telewizji, prasy czy nawet bibliotek i domów kultury. Powinna, ale całkiem o tym zapomnieliśmy, zwłaszcza w odniesieniu do mediów publicznych. Ostatnie lata to rozwój różnorodnych, nowych form edukacji zarówno ustawicznej jak i pozaformalnej. Ale to wciąż za mało jak na wyzwanie czasów, w których żyjemy. W systemie edukacji dokonuje się cicha ale ogromna rewolucja.

Szybki postęp technologiczny powoduje, że nowości jest zbyt dużo. A aktualna wiedza potrzeba jest nam by rozumieć świat wokół nas. Także i takie reklamy (zamieszczona niżej na ilustracji) o nieszczelnych jelitach. Bez dostępu do wiedzy i edukacji człowiek może być łatwo manipulowany. Jest jak mieszczuch w dżungli – nie rozumie przyrody wokół siebie i najzwyczajniej wszystkiego się boi. Bo nieznane, niezrozumiałe, dla niego nieprzewidywalne.

18301242_797531337076546_1654348113801578721_nBuraki ćwikłowe jadam od dzieciństwa, w postaci zupy czy buraczków jako dodatku do drugiego dania. Od dawna zauważyłem, tak jak wielu innych ludzi, że po zjedzeniu buraków czerwonych mocz zabarwia się na ciemno, na buraczkowo. Normalne zjawisko. Czasem zastanawiałem się tylko jakie to barwniki przedostają się do moczu i zabarwiają mocz.

Z drugiej strony, w diagnostyce medycznej mocz wykorzystuje się od dawna. Oddajemy w słoiczku do laboratorium w czasie standardowych badań (często w towarzystwie pobierania krwi). Na podstawie moczu, tego jaki jest i co jest w środku, lekarze sporo mogą dowiedzieć się o stanie naszego organizmu. Zatem w świadomości ludzkiej coś zostaje: mocz wykorzystywany jest w diagnostyce.

I na taki grunt trafia cytowany i zamieszczony wyżej artykuł o wykorzystaniu buraków czerwonych do samodzielnego zdiagnozowania „nieszczelności jelita”. Brzmi groźnie, a każdy może sobie taki test samodzielnie w domu zrobić. Co prawda instrukcja jest nieprecyzyjna, bo nie wiadomo co z tym sokiem z buraków zrobić: wstawić do lodówki (wszak moda jest na różne biopola i homeopatie, energie itd.) czy wypić. Domyślać się można, że trzeba by ten sok wypić. I co się stanie? U większości populacji mocz się zabarwi. Ale zabarwienie moczu z czego innego wynika niż nieszczelność jelita. Wymieszana jest prawdziwa informacją z ewidentną bzdurą. Wystarczy całkiem średnia wiedza o budowie naszego organizmu i fizjologii by zapaliła się w głowie „czerwona lampka”, że coś tu jest nie tak. Mocz powstaje w nerkach a nie jelitach. Że dostaje się do krwi a stąd do nerek? Przynajmniej wiedza ze szkoły średniej (tak mi się przynajmniej zdaje na podstawie mojej edukacji sprzed 30 lat) wystarczy by nieufnie podejść do takiej domowej diagnozy. I poszukać informacji w innych źródłach, bo to wydaje się mało wiarygodne. Na marginesie można dodać, że popularność najróżniejszych teorii spiskowych (denializm) mieści się chyba w tym samym nurcie.

O wykrywaniu nieszczelności jelit (a co to takiego?) sokiem z buraków i obserwacji moczu pisze ktoś głupi lub cyniczny. Skala ignorancji jest duża. Sądząc po dyskretnej reklamie na końcu tekstu, pisze to raczej ktoś cyniczny, licząc na ignorancję czytelników. Chce niedouczonych lub zagubionych w świecie nowoczesności ludzi oszukać i naciągnąć na wydatek, proponując swoją „rewelacyjną” kurację. Proste i tanie, jak zdejmowanie uroków pokrzywą lub dziurawcem. Na końcu wspomnianego tekstu pojawia się nazwa cudownej pasty różanej. Reklama dyskretna. Bo przecież przestraszony człowiek, że ma jakieś nieszczelności jelita, poszuka sobie tej pasty i zakupi. Cudowna kuracja jak leczenie od uroków starodawną metodą z jajkiem. I tania.

Jakie wnioski? Potrzebna wiedza, by przeżyć we współczesnym świecie. By nie bać się wyimaginowanych czarownic, nieszczelności jelita czy GMO. Bo współczesny człowiek potrzebuje umieć szybko weryfikować informacje i sprawdzać w różnych źródłach. W dobie mobilnego internetu i licznych bibliotek jest to technicznie łatwe. Potrzeba tylko umiejętności i nawyk, a to wszystko powinno pojawić się w toku edukacji formalnej. Nauczyć uczyć się i samodzielnie dochodzić do prawdy, weryfikować licznie napływające dane.

Dawny model edukacji, rozumianej jako wyposażanie w niezbędną wiedzę encyklopedyczną, jest obecnie niefunkcjonalny, bo tej wiedzy jest za dużo i za szybko się w wielu fragmentach dezaktualizuje. Pojawiają się zarówno nowe urządzenia jak i nowa wiedza, o której nie słyszeliśmy w czasie edukacji szkolnej. Bo wtedy jej nie było. To nie jest wina zaległości szkolnych tylko szybko zmieniającego się świata. Dlatego właśnie powinny (i są) rozwijane coraz to nowe formy edukacji ustawicznej i pozaformalnej. Nie sposób wszystkiego i raz na zawsze nauczyć się w szkole.

Ale potrzebne jest także rozumienie podstawowych procesów oraz krytyczne myślenie, ciekawość. W tym sensie „naukowcem” może być każdy, by odnaleźć się w nowym świecie. Tak więc współczesna szkoła powinna uczyć przede wszystkim krytycznego myślenia, weryfikowania informacji poprzez sięganie do różnych źródeł i ocenę, które są wiarygodne. Te umiejętności potrzebne są także po to, by w pełni korzystać potem z edukacji pozaformalnej. Tak jak kurs prawa jazdy – umożliwia potem poruszanie się różnymi pojazdami (a nie tylko taką marką, na jakiej się uczylismy).

Brak aktualnej wiedzy to poczucie zagrożenia i wyalienowania we współcześnie obcym świecie. Dlaczego nie iść do lekarza, gdy mamy obawy co do swojego zdrowia? Nie ufamy medycynie czy też trudny jest dostęp do specjalisty? Dlaczego tak wiele osób chętniej słucha szarlatanów i naciągaczy, gdy teoretycznie bardzo łatwo może zasięgnąć porady specjalisty, także za pośrednictwem mobilnego internetu? Kto jest dla nas ekspertem?

c.d.n.

O chruściku z Jeziora Czarnego i molu książkowym - gatunek nowy dla nauki

sczachor

bagieniec_mol_ksiazkowy_2Wcześniej pisałem o pochodzeniu chochlika (linki na końcu tekstu), wskazując na ewolucyjne pochodzenie od chruścików (Trichoptera). A teraz, przygotowując się do pierwszego Warmińsko-Mazurskiego Molariusza wpadłem na ślad mola książkowego. Dokładniej to odszukała go Anna Mikita, nad Jeziorem Czarnym, kilka osobników siedziało na ławeczce i czytało coś (zobaczysz te chruściki-mole książkowe, gdy dokładniej wpatrzysz się w zdjęcie, zamieszczone obok). Budowa domku i siedlisko wskazuje na bagiennika żółtorogiego (Limnephilus flavicornis). Niżej jest zdjęcie rekonstrukcji, wykonanej także przez Annę Mikitę. Tak, jak go zapamiętała w czasie niespodziewanego spotkania na ławeczce, w parku nad Jeziorem Czarnym w Olsztynie.

Więcej o filogenezie i ekologii tegoż mola książkowego, wywodzącego się z rzędu chruścików będzie w czasie malowania dachówek na dachu biblioteki (12 maja 2017 Biblioteki inspirują czyli Molariusz Warmińsko-Mazurski).

Mól to owad, co do tego nie ma większych wątpliwości. Na to datek to owad z rzędu motyli (Lepidoptera) a te są bliskimi kuzynami chruścików. Wspólnie z motylami chruściki należą do odzianoskrzydłych (Amphiesmenoptera) jedna mają łuseczki na skrzydłach (Lepidoptera) inne włoski (Trichoptera), stąd włoskoskrzydłe i łuskoskrzydłe. Niedawno odkrytym jest rząd Tarachoptera, spokrewniony z chruścikami i motylami. To oczywiście inna opowieść (niebawem napiszę).

Chruściki są spokrewnione z motylami, mól to motyl, nocny czyli ćma (o pochodzeniu słowa ćma czytaj tu: Napójka łąkowa czyli ciemna strona warmińskiego Wójtowa). Nie powinno więc dziwić odnalezienie nowego gatunku moli książkowych pośród owadów, wywodzących się z chruścików.

Wróćmy to moli co są motylami. Najbardziej z molami książkowymi związane są te z rodziny molowatych (Tineidae)., liczacej łącznie około. 3 tys. gatunków. Najbardziej znane są dwa gatunki: mól kożusznik. mól futrzany (Tinea pellionella) – larwy żerują na futrach, materiałach wełnianych i w pierzu, oraz mól ubraniowy czyli mól włosienniczek (Tineola bisselliella), uważany za szkodnika, niszczącego ubrania. Jego gąsienice żyją w rurkowatych osłonkach, które składają się z resztek pożywienia i wydzieliny gruczołów przędnych *w czym bardzo przypominają larwy chruścikow, budujace domki). Żywią się tkaninami wełnianymi i wyrobami futrzarskimi. Pokarmem innych molowatych są także grzyby i nasiona. Są i takie, co plastik jedzą i są nadzieja na zaradzeniu zaśmiecenia świata torebkami foliowymi.

Mole ksiązkowe są detrytusożerne jak nic, w symbiozie z bakteriami i grzybami trawią nie tylko celuloze ale i inne niesrawialne dla zwierząt produkty organizcnze (i nie tylko) – potrzebują tylko wilgoci. Z nich to wywodzi się mól książkowy bagieniec (bagiennik) żółtorogi. Lektura wciąga jak bagno (znaczy dobra literatura a nie jakieś hejtowe zapaskudzanie papieru i internetu). A żółotorogi? Bo ma brzydką manierę zaginania kartek w książkach. Preferuje stare i pożółkłe, stąd te zagięte rogi są żółte. Wszystko więc jasne - bagieniec żółtorogi z Jeziora Czarnego jest kolejnym gatunkiem mola książkowego z tworzącego się Warmińsko-mazurskiego Molariusza.

Przyłapane zostały na ławeczce, nad Jeziorem Czarnym. Preferują literaturę szuwarowo-bagienną i hydrobiologiczną, marynistyczną kiepsko trawią, ale sięgają w chwilach głodu. Ponoć gatunek ten przedkłada literaturę faktu nad literaturę fikcji. Ale to nie jest pewne. Lubią czytać w przestrzeni publicznej. W parkach, nad wodą, na ławeczce, na kocyku. Widywany także w bibliotekach, zwłaszcza w czasie deszczu. To nawiązanie do zwyczajów dziko żyjących przodków. Chruściki dorosłe latają (są aktywne) także w czasie deszczu (dlatego korzystają z nich, jako bazy pokarmowej, nietoperze w czasie deszczowej aury).

Wyjątkowy i nowo odkryty gatunek mola książkowego. Więcej na jego temat można będzie posłuchać w trakcie malowania dachówek, w piątek 12 maja 2017. A wstępna rekonstrukcja na fotografii nizej: 

bagieniec_mol_ksiazkowy_1

Tymczasem polecam lekturę o chochliku:

 

ps. ninijeszy tekst przeznaczony jest jedynie dla ludzi inteligentnych i z poczuciem humoru. Innym może zaszkodzić (skutki ubczne trudne do przewidzenia).

Malowane dachówki, mole książkowe oraz majowe i majówka

sczachor

18058228_668341316691018_663274272069896791_n„Miłość jest siostrą mądrości. W głupim nie ma dość materiału na dobroć"

J. Tischner.

Majowa przyroda, pachnąca i ptakami rozspiewana zachęca do spotkań poza murami. Majowe i majówka to spotkania społeczne, człowieka z człowiekiem… i coś jeszcze. Wokół przestrzeni publicznej jakimi są kapliczki, przydrożne krzyże. A majówki skłaniają do wyszukiwania jeszcze innych przestrzeni publicznych: remizy, trawniki. Czy nawet dach biblioteki.

Śpiew przy kapliczce, muzyka na majówce. Warto pielęgnować rytuały bycia razem… bo za jakiś czas nie będziemy potrafili … poza rytuałem picia alkoholu.

Nie odciągając od majowego ani majówek zapraszam na wspolne malowanie na dachy Biblioteki Uniwersyteckiej. Z opowieściami o przyrodzie i molach książkowych. 

Nauka i sztuka mają wiele wspólnego – dzielenie się. I jest to swoista ekonomia, bo to dzielenie pomnaża i ubogaca, nikomu nie ubywa. Biblioteka, będąca sercem uniwersytetu, staje się nowym miejscem do spotkań i utrzymywania więzi. Nikt nie jest zbędny. Kazdy jest przydatny i ważny.

Czy może być większa połowa? Z dygresją o przemawianiu do krowy na miedzy.

sczachor

0005NV9PTP26O0VFC114Na tytułowe pytanie można odpowiedzieć dwojako: krótko i łatwo ale fałszywie oraz bardziej zawile, obszerniej ale jednak bliżej prawdy.

Pierwsza odpowiedź jest prosta – nie ma większej połowy, bo obie są równe. Druga odpowiedź będzie dłuższa i zawiera przesłanie, że może być większa połowa. Ale są ludzie, którym nie mieści się to w głowie i pałają „świętym” oburzeniem na takie „herezje”. Nagminnie poprawiają, powołując się na definicje i logikę. Pamiętam to ze szkoły, a teraz jest tego sporo w Internecie.

Dodatkowo zmobilizowany przez mojego osobistego trolla-hejtera (w przyrodzie nie ma organizmów bez pasożytów a w internecie blogera bez hejtera – więcej w dygresji 1), wyjaśnię dokładniej, jak krowie na miedzy (co robi krowa na miedzy – patrz dygresja 2) czy jest i dlaczego większa połowa.

Co tam w słownikach piszą? „Połowa: 1. «jedna z dwu równych części jakiejś całości», 2. «chwila, punkt, miejsce równo oddalone (w czasie lub przestrzeni) od obu krańców czegoś»” (Słownik PWN). Zatem jednoznacznie, połowy są równe i nie ma żadnych mniejszych czy większych. Ale w tym samym słowniku piszą, że jest lepsza lub gorsza połowa (w sensie współmałżonka i odniesieniu społecznym) – niby równe ale jednak czymś się różnią. I tu już jest pierwsza rysa na dogmacie o równych połowach. „Połówka – (…) jedna z dwóch równych części jakiegoś przedmiotu, połowa” (np. zjadł połówkę jabłka – do tego jabłka się jeszcze odniosę w dalszej części wypowiedzi) („Mały słownik języka polskiego”, PWN, Warszawa 1969, reprodukcja z 1989 roku).

I kolejna definicja słownikowa ”Połowa – jedna z dwu równych części jakiejś całości”. Tu mała dygresja, z tą równością to bywa tak, że wszyscy są równi ale niektórzy równiejsi. Ten niuans dostrzeżony został w dalszej części słownikowej definicji: „dopuszczalne: większa, mniejsza połowa (lepiej: więcej, mniej niż połowa, większa, mniejsza część). Dwie nierówne połowy.” (Słownik poprawnej polszczyzny”, PWN, Warszawa 1980). Skoro zatem nawet w słowniku uznano istnienie większej i mniejszej połowy, to coś jest na rzeczy i warto się tym zająć.

W matematyce połowy są równe. Z definicji. Więc nie ma większej i mniejszej. Prosty, jednoznaczny świat bez niuansów. Przynajmniej w prostej matematyce na poziomie szkoły podstawowej (ewentualnie średniej, ale tu już więcej złożoności). Dla wielu świat edukacji zamyka się na poziomie podstawowym, dlatego z wielką gorliwością pouczają „nie ma większej i mniejszej połowy!”. Można tu się przez chwilę zastanowić czy matematyka jest odkrywaniem świata czy wynajdywaniem (tworzeniem) zupełnie nowych bytów, które następnie czasem wykorzystujemy do opisu rzeczywistości. Niemniej języka matematyki, ze względu na jednoznaczny i „dokończony” charakter, używamy w wielu sferach życia z dużym sukcesem. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy zapominamy, że świat w swej złożoności nie mieści się w jednej, prostej algebrze. Matematycy odkrywają (lub wymyślają) wiele różnych światów matematycznych i z nich także korzystamy, np. z teorii zbiorów rozmytych (tego w szkole nie ma, uczą tylko o zbiorach klasycznych – dany element należy do pewnego zbioru lub nie należy, bez żadnych niuansów, że np. tylko częściowo). Zatem to nie matematyka jest niedoskonała, to ludzie czasami w sposób nieumiejętny i ograniczony posługują się matematyką.

Przykład ograniczonego korzystania z dobrodziejstw matematyki i algorytmów. Kilka lat temu wypełniałem roczne zeznanie podatkowe, korzystając z programu komputerowego. Taki program to spore ułatwienie, sam liczy, uzupełnia, wskazuje na jakieś braki itd. No i nie ma pomyłek w sumowaniu. Człowiek (czyli ja) zawsze się może pomylić w dodawaniu, odejmowaniu, wyliczaniu procentów. A taki komputerowy program robi szybko i bezbłędnie. Ale tym razem trafiłem na pewien problem. Wpisałem dane z PIT-u, otrzymanego od wydawcy. W przypadku praw autorskich czy umowy o dzieło, połowę kwoty przychodu stanowią koszty a połowę dochód. Ale kwota, stanowiąca podstawę wyliczenia, zawierała wartość z nieparzystą liczbą groszy (liczba niepodzielna przez dwa). Zatem w PIT-cie w jednej połowie (50%) było o jeden grosz więcej niż w drugiej połowie (50%). Jakby nie patrzeć - jedna połowa była minimalnie większa. Jeden grosz nie stanowił żadnej, istotnej kwoty (przecież księgowa nie mogła podać kwoty w półgroszach, zaokrągliła). Ale w algorytmie nie ma niuansów. Komputery nie myślą. Przynajmniej te, z którymi się do tej pory spotykałem. Gdyby to był człowiek, to by nierówność obu połówek uznał i nie robił problemów. Ale komputer (program) nie chciał przyjąć, sygnalizował błąd i nie pozwalał zakończyć rozliczenia podatku. Ja bym z chęcią ten grosz dopłacił, ale dokumentów dla urzędu skarbowego fałszować nie można. Nawet na jeden grosz. Musiałem PIT wypełnić ręcznie (zrezygnować z komputerowego programu bo był ortodoksyjnie nieustępliwy). Winna matematyka? Nie, winny programista z ograniczoną wyobraźnią. Nie przewidział wszystkich możliwości, oraz tego, że są mniejsze i większe połowy gdy kwota ma być liczbą całkowitą (a nie ułamkiem), z dokładnością do jednego grosza.

Oczywiście, matematyka jako taka jest znacznie szersza. Można zapisać różne liczby, nawet urojone. Można zapisać ułamek 2/3, ale podanie tego samego w ułamku dziesiętnym, wymusza uproszczenie i przybliżenie, np. 0,67 lub 0,66667 lub z jeszcze większą liczbą cyfr po przecinku. Mądrość polega na adekwatnym stosowaniu narzędzi. Nawet tak doskonałych jak matematyka. (czytaj więcej: czym jest nauka).

Przykład z zeznania podatkowego (jak i zaznaczonych wyżej definicji słownikowych) pokazuje, że są jednak różne połowy. Ślady są widoczne w naszym języku: większa połowa, równa połowa, idealna połowa itd.

Oto przykład z internetu: „Pani w szkole poprawia nas jak mówimy "większa połowa". Moim zdaniem pani nie ma racji, choć jest magistrem polonistyki. Jak dzielę scyzorykiem jabłko na 2 połowy, (jedna dla młodszej siostry), to zawsze wychodzi mi większa i mniejsza połowa. Ważyliśmy te nierówne połowy na dokładnej niemieckiej wadze elektronicznej. Zawsze jedna połowa jest większa/cięższa. Tę większą połowę daję oczywiście mojej siostrze, bo jest młodsza. Co wy na to?” (źródło).

Przykład z jabłkiem jest bardzo dobry. Tak jak z połową chleba. Sprowadza się do poziomu dokładności. Mniej więcej obie połowy są równe, choć gołym okiem widać, że są różnice. Ale te różnice nie są ważne (nie są istotne). Bo jabłko nie jest idealną kulą, to i połowy nie będą idealne (a jak widać większą połową można obdarować młodszą siostrę, wyrażając przy okazji troskę i opiekuńczość). Różnica nie jest istotna dla sprawy podzielenia się jabłkiem czy chlebem. Ortodoksja, dotycząca idealnych połówek, w wielu aspektach życia codziennego, jest po prostu wyrazem… niewłaściwego stosowania narzędzi (języka, pojęć).

Podobnych przykładów dostarcza życie biologiczne. Bo w przytoczonym przykładzie z dziedziczeniem genów po rodzicach (O soli kuchennej, ludziach i niematematycznej biologii) wskazywałem, że jednak po matce dziedziczymy większą połowę (ze względu na mitochondrialne DNA). Podobnych przykładów jest znacznie więcej. Dowcipnie dylemat większych i mniejszych połówek wyjaśniony jest na zamieszczonym wyżej rysunku. Są takie rzeczy na tym świecie, które się domorosłym „filozofom” nie śniły (a przynajmniej w rozumie nie mieszczą). Filozofom, co to uważają, że wszystko wiedzą i dlatego tak chętnie w brzydki, hejtowaty sposób, pouczają innych.

Dygresja 1. W przyrodzie nie ma organizmów bez pasożytów a w internecie nie ma blogera bez hejtera. Trolujący hejter świeci światłem odbitym, jak światełko odblaskowe. Nie ma własnego pomysłu, własnej twórczości, potrafi tylko komentować, a ze swej złośliwości czerpie poczucie (ułomne i niesycące) własnej wartości. Tak jak światełko odblaskowe – widoczne jest tylko wtedy, gdy odbija inne światło. Na dodatek odbija w sposób mniej lub bardziej zniekształcony. Samo z siebie jest ciemne i niewidoczne. A że hejter ma niskie poczucie własnej wartości (stąd złośliwie obsmarowuje innych by poczuć się ciut lepiej) lub zdaje sobie sprawę ze swych niegodnych, brzydkich czynności, to pozostaje anonimowy. Przecież pod podłymi rzeczami nikt publicznie nie podpisze się własnym imieniem i nazwiskiem.

W przyrodzie różnie sobie radzą organizmy z pasożytami. Iskają się, czyszczą, odrobaczają. Domowe sposoby na odrobaczanie w rzeczywistość wirtulanej, na pozbywanie się hejterów i internetowych trolli, też są. Mniej lub bardziej skuteczne, ale są.

Dygresja 2. Tłumaczyć jak krowie na miedzy. Słyszę to powiedzenie od wielu lat. Ale czy współczesny człowiek zrozumie, o co chodzi? Po co tłumaczyć krowie na miedzy i co to jest miedza oraz co robi krowa na miedzy? Bo żyjąc w mieście obrazków tych w pamięci nie mamy. A zatem miedza, to takie coś między jednym polem, a drugim (może nawet dzieli pole na dwie zazwyczaj nierówne, połowy). Niezaorana, więc i trawa tam rośnie oraz inne rośliny. Miedza to coś niewykorzystanego. Szkoda, żeby miało się zmarnować. I w dawnych czasach, gdy część mieszkańców wsi nie miała własnego pastwiska, swoje bydlęta (krowy, kozy), wypasało po rowach, miedzach i innych niczyich fragmentach. Albo i sam gospodarz wysyłał dziecko lub pastucha, by krowę wypasać na miedzy. A że z jednej i drugiej strony pole, to niepilnowana krowa mogłaby wejść w szkodę (znaczy zjeść to, co nie powinna), to pastuch przypilnować musi. Wiemy już więc co to jest miedza (bardzo ważna dla przyrody, bo i zające oraz inna bogata bioróżnorodność tam znajdowała schromienie w krajobrazie rolniczym) i co robi krowa na miedzy. A dlaczego jej coś tłumaczyć? Przy wypasaniu, kiedy krowa zieleninę skubie i powoli przeżuwa, pastuszek ma sporo czasu. Może siedzieć i przemyśliwać o życiu, fujarkę wystrugać lub koszyk z wikliny zrobić (tak zwykł czynić mój dziadek). I nie ma z kim pogadać. Chyba że z krową. Więc można cierpliwie, dokładnie krowie się zwierzyć, opowiadać i do różnych rzeczy przekonywać. Na przykład dlaczego nie powinna wchodzić w szkodę w zboże, buraki czy grykę. Ale czy krowa, z tego do niej przemawiania, coś zrozumie? Nawet jak przyjaźnie patrzy swoimi dużymi, cielęcymi oczami? Nie jest ważne, samo mówienie mówiącemu służy, pozwala poukładać myśli, przemyśleć kwestie, dopracować szczegóły.

Teraz to pewnie byśmy powiedzieli: tłumaczyć jak przygodnemu hejterowi na fejsbuku (znaczy do komputerowego ekranu). Skutek podobny tylko pięknych oczu bydlęcia nie widać… Ani nie czuć zapachu ziół czy nie słychać śpiewu skowronka. Chyba jednak lepiej do krowy na miedzy przemawiać.

Napójka łąkowa czyli ciemna strona warmińskiego Wójtowa

sczachor

napjka_akowaJedno zdjęcie z warmińskiego ogródka, wykonane telefonem z damskiej torebki, uruchomiło serię niezwykle intrygujących zdarzeń. Dostrzeganie szczegółów jest efektem edukacji i wiedzy. Człowiek głupi, ciemny i o ubogim zasobie wiedzy – w tym przypadku przyrodniczej – niewiele widzi, niewiele dostrzega. Mowa o lokalnej bioróżnorodności i aktywności społecznej. Ale po kolei.

Najpierw było zdjęcie z podpisem „gość w ogródku”. Niby zwykły robal, kto by tam na robale zwracał uwagę. A jednak, przyrodnicza wrażliwość na lokalną specyfikę czyni wiele dobrego. Pozwala dostrzegać piękno, w tym przypadku urodziwej, włochatej gąsienicy.

Co prawda zdjęcie nie jest najlepsze, bo nie widać wszystkich szczegółów, ale wydaje się, że jest to gąsienica napójki łąkowej, motyla o ciekawym behawiorze. Niby nic wielkiego, ktoś zrobił zdjęcie, ktoś zidentyfikował. Ale to dopiero początek historii.

Jeżeli to kolejna ciekawa ćma to może powinniśmy być "wioską ciem". Wójtowo – wieś jak wieś. Podolsztyńska, stare siedliska o bogatej historii, otoczone nowymi domami. Co ją może wyróżniać? Kapitał ludzki. Bo przyroda jest taka jak i gdzie indziej. Ale nie wszyscy potrafią patrzeć i dostrzegać.

Tak, to kolejna ćma i interesujący gatunek, o którym można interesująco opowiadać. Wcześniej był to zawisak tawulec (przeczytaj: A zawisak to ćma czy motyl?). Zdjęcie zrobione telefonem, zaowocowało krótką opowieścią na blogu. A potem spotkaniem w stylu śniadanie na trawie i malowaniem kamieni. Na jednym kamieniu namalowałem właśnie tego wójtowskiego zawisaka. Motyl, który stał się jednym z pretekstów do spotkania na wiejskim placu, rozmów o przyrodzie i urokliwie prowincjonalnym byciu ze sobą. Niby nic wielkiego. (Jak malowaliśmy kamienie oraz śniadanie na trawie). Ale takie spotkania rozwijają się w wartościowe inicjatywy społeczne.

A tymczasem w Wójtowie, na wspomnianym placu wiejskim, postawią starą budkę telefoniczną. Że nie mam sensu, bo przecież wszyscy i tak korzystają z telefonów komórkowych? Ale w tej budce będą… książki. Taka nietypowa, wiejska półka bookcrossingowa. Kolejny powód by się spotykać i robić coś razem. A co ma wspólnego półka bookcrossingowa z ćmą napójką łąkową? Otóż w toczącej się rozmowie, do następujących ustaleń doszliśmy. Już za niecały tydzień, w ramach Tygodnia Bibliotek, będziemy na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej UWM w Olsztynie malowali na starych dachówkach mole książkowe (Biblioteki inspirują czyli Molariusz Warmińsko-Mazurski). Dojadą także dachówki ze starego siedliska w Wójtowie. I namaluję na jednej właśnie napójkę łąkową – jako warmińskiego mola książkowego. A potem, dachówka z Biblioteki Uniwersyteckiej pojedzie do Wójtowa i ozdobi tę bookcrossingową, wiejską budkę telefoniczną. Inspirujący Tydzień Bibliotek i lokalna bioróżnorodność. By edukować, poznawać i więcej dostrzegać tego, co się dzieje wokół nas. Książki uczą tak samo jak spotkania i dyskusje.

Skoro pojawiła się kolejna interesująca ćma, to może ćmy Wójtowa jako wyróżnik tej miejscowości? Czyli ciemna strona (od ćmy a nie od ciemności) warmińskiego Wójtowa. Tytuł jest już więc rozwikłany. Teraz pora na opowieść o samej napójce, ćmie o aluzyjnej nazwie.

Barczatka napójka czyli napójka łąkówka (Euthrix potatoria syn. Philudoria potatoria) to motyl nocny z rodziny barczatkowatych. Co w niej niezwykłego? Gąsienice tego gatunku piją stosunkowo duże ilości wody w postaci kropel rosy i deszczu, zbierających się na liściach rośliny pokarmowej. Stąd jej nazwa – napójka. Od picia rosy. Ćma co w młodości rosę pije. Nieco romantycznie.

Barczatka napójka (napójka łąkowa) występuje na terenach podmokłych, w pobliżu jezior, rzek i torfowisk. Gąsienice żerują na ostrych trawach, trzcinie i pałce wodnej. Spotkać je można od września do czerwca, z przerwą na sen zimowy. Na wiosnę, po przezimowaniu, gąsienice budują nisko nad ziemią, przyczepione do źdźbeł traw lub pni drzew, białawe oprzędy, w których następuje przepoczwarczenie. Dorosłe motyle (stadium imago) obserwować można od końca czerwca do połowy sierpnia. Jak typowe ćmy prowadzą nocny tryb życia. Rozpiętość skrzydeł od 46 do 54 mm. Brzeg skrzydeł jest lekko falisty. Samiec ma skrzydła żółto-pomarańczowe z odcieniami brązu (można go rozpoznać po dużych, grzebykowatych czułkach i ciemniejszej barwie skrzydeł). Samica jest nieco większa i nieco jaśniejsza w ubarwieniu: od jasnożółtego do żółtobrunatnego. Charakterystyczne dla tego motyla są dwie białe plamki w ciemnej obwódce, znajdujące się na górnej stronie skrzydeł pierwszej pary. Na zewnętrznej części tylnego skrzydła znajduje się przyciemnienie.

Gatunek obecny w całej Europie od Półwyspu Iberyjskiego po Ural. W Polsce gatunek występuje na całym obszarze kraju. Niezbyt rzadki, można się go spodziewać w wielu miejscach. Ale teraz mamy udokumentowane występowanie w Wójtowie. Czyli jest o czym opowiadać.

Teraz pora na wyjaśnienie słowa ćma. Ma ono kilka znaczeń (współczesnych i dawniejszych): 1. Ćma to motyl nocny, 2. to także duża ilość, chmara, 3. ciemność, mrok, a nawet 4. brzydka pogoda, mżawka, zawierucha (lokalnie i gwarowo). Etymolodzy wskazują, że słowo ćma wywodzi się ze starosłowiańskiego tma, oznaczającego ciemność, mrok, a to z kolei pochodzi ze praindoeuropejskiego tem – ciemny, w znaczeniu wielkie mnóstwo, chmara, mrowie. Tuman to kalka z języka tureckiego – dziesięć tysięcy. W języku rosyjskim tuman czyli mgła, pochodzić może od dużej ilości a może od ćmić – osłabiać widoczność, przyciemniać, przesłaniać (tak dużo, że aż nie widać?). Ćmić to także pobolewać, mdlić. Ta mroczna chmara tępy ból przynosi… Zatem ćma zapewne bierze swoje znaczenie od mroku lub od dużej liczby. Dużo ich w nocy przylatuje do światła, zwłaszcza na terenach pierwotnych i o dobrze zachowanej przyrodzie. Nasi przodkowie widywali duże ilości motyli nocnych. Możliwe więc, że jest słowem bardzo starym, jeszcze wywodzącym się z języka praindoeuropejskiego, gdzie mrok i duża ilość znaczyło to samo.

I jeszcze jedno znaczenie, o którym chcę wspomnieć w nawiązaniu do Warmińsko-Mazurskiego Molariusza i malowania dachówek: ćma to ćmuk, ćmok, upiór. W Bestiariusz Słowiańskim Ćmok to nazwa potwora, pochodzącego z dawnych wieków. Pamięć o nim przetrwała najdłużej na Wielkopolsce. Ten starosłowiański demon miał skrzydła, albo jak nietoperz albo jak ćma (zatarło się w pamięci). Może i sama Ćma była kiedyś nazwą nocnego demona, bestii mitologicznej. Ćmok lub Ćma funkcjonowały w opowieściach naszych przodków, w kulturze oralnej (mówionej). Nie przetrwał do czasów słowa pisanego i bibliotek (bo nikt nie spisał, na utrwalił na malowanym obrazie). Zostały tylko niewyraźne, ćmawe ślady. Dlatego w czasie Tygodnia Bibliotek, malując mole książkowe, namalujemy także ćmę napójkę łąkową. Przy okazji opowiadając różne historie i pijąc, jeśli nie rosę to chociaż kawę czy herbatę, na tarasach Biblioteki Uniwersyteckiej.

I tak powstanie pierwszy Warmińsko-Mazurski Molariusz. A jedna z dachówek zawędruje do Wójtowa, by tworzyć ciem-ną stronę (historię) warmińskiej wsi. Ciemna historia czyli lokalna historia ciem. Z warmińskiego Wójtowa. A wszystko za sprawą spostrzegawczości i telefonu z damskiej torebki.

Fot. Beata Jakubiak.

Źródła:

Wikipedia https://pl.wikipedia.org/wiki/Barczatka_nap%C3%B3jka

Heintze J., Motyle Polski – atlas – część pierwsza. Wyd. II uzupełnione, WSiP, Warszawa, 1990.

Malmor I., Słownik etymologiczny języka polskiego, ParkEdukacja, Warszawa, 2010.

Brucken A., Słownik etymologiczny języka polskiego. PiW, Warszawa, 1974.

Zych P., Vargas W., Bestiariusz słowiański – rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach, BOSZ, Olszanica 2015.

Otrupek włochaty - brzmi groźnie, makabrycznie i tajemniczo

sczachor

Byrrhus_pilula_Linn_1758Nazwa często oddaje charakter zwierzęcia, grzyba czy rośliny. Otrupek kojarzy się z trupem, zwłokami. Jakaś tajemnicza zbrodnia majaczy we mgle. A do tego włochaty. Coś nieprzyjemnego. Ale zarazem intrygującego. Zatem zapraszam do lektury demaskującej tytułowego otrupka.

Trafiłem na niego przypadkiem, gdy zamieściłem zdjęcie chrząszcza przecudnej urody z imponującymi czułkami. Pierwsze moje skojarzenie nasunęło mi na myśl sprężyka. Ale znajomy specjalista od chrząszczy szybko mnie z błędu wyprowadził. „To nie jest sprężyk. Nie ma nic wspólnego z tą rodziną, bo rodzina Callirhipidae należy do Byrrhoidea, czyli jest bliżej spokrewniony z otrupkami i (Byrrhidae) niż ze sprężykami, które są w oddzielnej nadrodzinie Elateroidea.”

Otrupkowate? Czy to jakieś chrząszcze związane z padliną? Można je spotkać na martwych zwierzętach? Owadów, pojawiających się na zwłokach, jest wiele. Są wykorzystywane w kryminalistyce do określania potencjalnego czasu śmierci znalezionych zwłok.

Owszem, otrupkowate mają coś wspólnego z trupami, ale nie to, co myślałem. Same udają „trupka”. Jedno jest pewne, otrupkowate to chrząszcze bardzo tajemnicze bo słabo poznane, zwłaszcza ich tryb życia. Są uważane za grupę ewolucyjnie starą. Przypuszcza się, że otrupkowate odżywiają się mchem, porostami, glonami, niektórzy autorzy piszą, że odżywiają się także obumarłymi korzeniami traw lub innym materiałem roślinnym (w zasadzie detrytusem, martwymi częściami roślin). Czyli coś tam z szeroko rozumianymi „umarlakami” mają wspólnego. Larwy żyją w ziemi odżywiając się korzeniami różnych roślin.

Zasiedlają współcześnie strefę klimatu umiarkowanego. Niektóry specjaliści twierdzą, że są chłodnolubne. Występują w Europie i w Polsce, zarówno w obszarach górskich jak i nizinnych, w miejscach porośniętych mchem, na bagnach czy na wilgotnych skałach. Do otrupkowatych należą chrząszcze stosunkowo małe (do 13 mm), twarde, krępe i wyraźnie wypukłe. Charakterystyczną ich cechą są głębokie bruzdy na spodzie ciała, do których chrząszcze chowają odnóża i czułki – nie widać ani odnóży ani czułków, dlatego przypominają grudkę ziemi lub jakieś nasiono. Tak udając trupa, stają się trudno widoczne i trudne do uchwycenia. Niczym pancernik zwinięty w kulkę. I najpewniej ta cecha była powodem porównania ich do trupa – stąd nazwa otrupkowate. Są to mało ruchliwe chrząszcze, niektóre gatunki nie są zdolne do lotu (zrośnięte pokrywy skrzydłowe).

W Polsce występują 23 gatunki, z których jeden (Carpathobyrrhulus tatricus) umieszczony jest na Czerwonej Liście Zwierząt Ginących i Zagrożonych w Polsce. Polskie nazwy tych chrząszczy są urocze: otrupek, bedryk, ssacz, gabinetowiec, otrupek pigulnik, brunatek, dziewannik.

Otrupek włochaty (Byrrhus pilula) to najczęściej występujący przedstawiciel omawianej rodziny. Jego wymiary wahają się w granicach 7-11 mm. Jest gatunkiem pospolitym, spotkać go można na terenach nizinnych, w mchach lub na miejscach piaszczystych, na leśnych i polnych ścieżkach. W chwili zagrożenia chowa odnóża i czułki w specjalnych bruzdach i udaje martwego.

Morał z tej koleopterologicznej opowiastki jest taki, by nie sądzić o charakterze po samej nazwie. Bowiem nasze skojarzenia wynikają z naszego doświadczenia. Autor nazwy mógł mieć zupełnie inne skojarzenia i nazewniczą inspirację.

Fotografia: Udo Schmidt - Flickr: Byrrhus pilula (Linné, 1758), CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=21357522

Źródła:

  • Fauna Polski. Charakterystyka i wykaz gatunków. Tom I, Muzeum i Instytut Zoologii PAN, Warszawa, 2004.
  • Kozłowski M. W., Owady Polski – chrząszcze, Multico, Warszawa, 2009.
  • Majewski E., Słownik nazwiks zoologicznych i botanicznych polskich, Warszawa, 1894.
  • Winkler J.R, Severa F., Mały atlas chrząszczy. PWRiL, Warszawa,1977.
  • Zahradnik J., Przewodnik: Owady. Multico, Warszawa, 2000.

O soli kuchennej, ludziach i niematematycznej biologii

sczachor

18192502_10211470674555889_8169241228522430494_oBiologia, poprzez swoją zaskakującą złożoność, nieustannie zadziwia. Życie co i rusz wychodzi poza proste, matematyczne schematy. Bo czy może być większa połowa? Teoretycznie połowa to 50%, a więc obie połowy powinny być jednakowe. Z codziennego życia wiemy jednak, że z tym dzieleniem na pół różnie bywa. Niedokładność czyni wiele.

Ale biologia udowadnia, że może być większa połowa. Na przykład dziedziczymy cechy po rodzicach, po połowie. Ale mitochondrialne DNA dziedziczymy tylko po matce, bo plemniki nie zawierają mitochondriów. Czyli po połowie, ale po matce trochę więcej. Jest więc większa połowa, coś niemożliwego. Z pozoru. Bo zaawansowana matematyka dobrze opisuje nawet zjawiska biologiczne.

Składanie gatunków w ekosystemy, czy jakichkolwiek elementów żywych, nie jest prostą arytmetyką. Całość to nie jest suma części. W całości jest coś więcej, coś, czego nie było w żadnej z jej elementów. Dawniej utożsamiano z tajemniczą siłą życia vis vitalis. Nigdy jej nie znaleziono. Współcześnie wskazuje się na efekt, wynikający z organizacji elementów. Tak więc nie tylko suma ale i organizacja, czyli relacje między elementami, np. relacje przestrzenne i wynikające z nich nowe cechy.

Bardzo piękną ilustrację tej zasady, ujawniania się nowych własności w całości (układzie), złożonym z części, podał pewien młody człowiek. Były to jego rozmyślania na styku nauki i wiary, które pojawiło się w głowie tego młodego człowieka w czasie medytacji nad "Wy jesteście solą dla ziemi" (Mt 5,13). W przypadku soli i jej znaczenia dla człowieka ma nie tylko znaczenie sama sól i jej własności, ale ewolucja człowieka i jej znaczenie w odżywianiu. Nie wszystkie zwierzęta, nie wszystkie organizmy potrzebują soli, jako dodatku do pożywienia.

"Oczywiście zacząłem analizować chemię soli:  Na + Cl = NaCl. W skład soli (kuchennej, bo cyjanek potasu też sól...), czyli chlorku sodu, wchodzą atomy metalu gwałtownie reagującego (w odpowiedniej porcji wręcz wybuchowo) z wodą i zamieniającego ją w środek używany do udrażniania rur (NaOH) oraz atomy żółtozielonego, duszącego gazu.

Jednym słowem nic, co chcielibyśmy znaleźć w naszym obiedzie (choć gdzieś słyszałem, że jeden z pierwszych badaczy chloru miał stwierdzić, że nadaje się na składnik sosu do sałatek... nie pytajcie :-D ). Łącznie tworzą jednak substancję, która nadaje potrawom wyrazisty smak i w rozsądnych ilościach raczej nam nie szkodzi. Ludzie, tak jak sól, do której zostali porównani, nie stanowią prostej sumy swoich cech i uczynków, tak jak właściwości NaCl nie są sumą właściwości Na i Cl.

Tak więc fakt, że w czyimś życiu znajdują się miejsca niestrawne lub wręcz cuchnące nie oznacza, że nie może on zdziałać czegoś dobrego i pożytecznego. Ocena całego człowieka sprowadzona do oceny jego pojedynczych cech/czynów, jest dużym nadużyciem. Jakże aktualne.”

Chemiczny punkt widzenia pięknie przeniesiony na relacje międzyludzkie. Upowszechniam, bo warto. A że bez wiedzy autora, to i nazwisko tymczasem ukrywam.

 

ps. na zdjęciu sasanka, spotkana przedwczoraj przy kościele franciszkanów. Urzekła mnie swoim pięknem, więc zamieszczam. Tak bez związku z tematem. A może jednak, jakiś związek uda się dostrzec?

Biblioteki inspirują czyli Molariusz Warmińsko-Mazurski

sczachor

dachowka_i_farbySpotkania z ludźmi inspirują. Nawet, jeśli odbywają się za pośrednictwem papierowych książek. Biblioteka jest takim urokliwym miejscem na spotkania z myślą ludzką, opowieściami i refleksjami. W ciszy i w gwarze. To pierwsze w czasie czytania, to drugie w czasie różnorodnych, aktywizujących pikników naukowych.

Zmienia się świat wokół nas i nośniki ludzkiej myśli. Dawno temu były to recytowane poezje, śpiewane pieśni i ballady, tańczone przedstawienia muzyce. Potem myśl na długo przylgnęła do zadrukowanego papieru. Biblioteki z książkami przez kilka stuleci były sercem uniwersytetów. Teraz nastał czas elektroniki i cyfryzacji ludzkiej myśli oraz kontaktów. Ale nawet i teraz biblioteki nie przestają być miejscem spotkań. Zmienia się wiele (nośniki) by pozostało coś niezmiennego (wymiana ludzkich myśli).

Zbliża się IV Ogólnopolski Tydzień Bibliotek w Bibliotece Uniwersyteckiej UWM w Olsztynie (9-12.05.2017). W tym roku jego hasłem jest „Biblioteka. Oczywiście!”. A ja zapraszam na spotkanie z żywą książką i opowieściami o przyrodzie oraz kulturze przy… malowaniu dachówek. Tydzień Bibliotek został zainicjowany przez Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich. Jest to program promocji bibliotek i czytelnictwa, ukazujący jak biblioteki zmieniają swoje oblicze, między innymi przekształcają się w wielofunkcyjne centra informacji. Coraz bardziej stawia się w nich na nowoczesność, atrakcyjność i swobodniejsze zasady korzystania ze środków przekazu. To wszystko zapewnia przyjazny klimat do rodzenia się ciekawych pomysłów; krótko mówiąc – biblioteka inspiruje. Biblioteka UWM w Olsztynie w ramach Tygodnia Bibliotek zaprasza na cykl kulturalnych wydarzeń. Jedną z nich będzie piątkowe (12 maja) malowanie starych dachówek. A motywem będą… mole książkowe. Tak, jak sobie je wyobrażamy.

Dachówki pochodzą z Mazur, z Kowalewa, powiat piski. One dużo widziały, dużo pamiętają. Może i ze 100 lat mają. Ale jedna przyjechała aż z Umbrii (dar prof. Małgorzaty Chomicz). Przyjechała z dalekich Włoch, gdzie narodziła się idea wolnego życia cittaslow i gdzie powstawały pierwsze uniwersytety.

12 maja 2017 r., w godz. 12-18.00 (zobacz więcej) spotkamy się by malować mole książkowe. Tak powstanie pierwszy Warmińsko-Mazurski Molariusz. Zostanie wystawiony (zaprezentowany) na specjalnym stelażu (dachu) przed biblioteką. Obecnie są tam udostępniane dachówki z bioróżnorodnością Warmii i Mazur (namalowane w czasie pikników edukacyjnych na Wydziale Biologii i Biotechnologii oraz w czasie Europejskiej Nocy Naukowców w Bibliotece Uniwersyteckiej. Spotkamy się, by w otoczeniu wiedzy, na tarasie Biblioteki, niespiesznie rozmawiać, malować i popijać herbatę. Może nawet zjeść ciasto domowej roboty. Rozmawiać będziemy o literaturze, różnorodności biologicznej i … o ekologii moli książkowych. Powstanie molariusz (tak jak bestiariusz), który eksponowany będzie na specjalnym stelażu przed Biblioteką.

Spotkamy się, by zainsorowani literaturą faktu i fikcji oraz ilustracjami z książek, przy malowaniu rozmawiać o książkach, czytaniu, molach książkowych oraz lokalnym dziedzictwie przyrodniczym i kulturowym. Studenci kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze przygotują kilka opowieści o własnych molach książkowych. W dowcipnej opowieści przedstawią swojego mola, jego biologię, budowę (zilustrowaną malunkiem na dachówce), opowiedzą jaki tryb życia prowadzi, w jakim siedlisku spotkać go można, opowiedzą o powiązaniach z innymi gatunkami. Będzie więc to ekologia moli książkowych. A przy okazji bioróżnorodność lokalna i fantastyczna.

Można oczywiście przynieść własną dachówkę, o niezwykłej historii. I o niej, przy malowaniu, opowiedzieć. Ja przyniosę ze sobą dachówkę z gminy Vafabbrica (Włochy, Umbria), przywiezioną przez Panią Prof. Małgorzatę Chomicz. Została znaleziona w miejscu starego klasztoru. Klasztoru już nie ma, zostało po nim trochę dachówek i figura na skale. I powstaje opowieść z molem książkowym w tle.

Bioróżnorodność moli książkowych to podejście interdyscyplinarne, różnorodnożć kulturowa i różnorodność biologiczna. Z kontekstem lokalnym i europejskim.

 

Fot. Katarzyna Bikowska

zobacz też:

dachowki_kowalewo

Pradawny sposób leczenia jajkiem i nauka we współczesnych zabobonach

sczachor

kursy_szamanskieLudowe zabobony (irracjonalne, czasem szkodliwe i groźne dla zdrowia a przynajmniej dla rozumu) nie są tylko domeną przeszłości i polem badawczym etnografów. Są naszą teraźniejszością, widoczną chociażby w księgarniach, gdzie brakuje wydzielonych półek dla książek naukowych i popularnonaukowych, dużo jest za to ezoteryki i zabobonów w nowym, popkulturowym  wydaniu. Nasz klient nasz pan… i dlatego w Empiku na półce z napisem astronomia znajdują się książki z tematyką astrologiczną (słowa jakże podobne ale znaczenie bardzo różne). Post-prawda na pierwszym planie … nie tylko w polityce.

Dla kulturoznawcy fascynujące może być ożywanie dawnych zabobonów w nowym, pseudonaukowym, nowoczesnym opakowaniu. Czytam fragment książki o pradawnym leczeniu jajem, zdejmowaniu uroków itd. Już we wstępie znajduje się sporo odwołań do fizyki. Z pozoru wygląda na naukowe uzasadnienie. Ale tylko bardzo z pozoru. Niemniej współczesny zabobon mocno czerpie z terminologii naukowej, jak kameleon upodobniając się do nauki. Taka kulturowa mimikra. Jak pająk kwietnik czy modliszka kwiatowa. Wtopiona w tło czeka na swoją ofiarę.

Są nie tylko książki ale i szkolenia czy konferencje. Dawne mity w całkiem nowym przebraniu. Ogromnie rozbawiło mnie zdejmowanie uroków (klątwy) z drzewa genealogicznego. Mamy więc jakieś odwołanie do współczesnej genetyki, bo ktoś coś słyszał o DNA. I o genealogii. Łatwo człowieka słabo wykształconego oszukać i omamić.

Kluczowe jest słowo „pradawne”. Czyli jakieś odwołanie do głębokiej tradycji. Pada na podatny grunt u poszukujących lokalnej tożsamości, poszukujących czegoś sprawdzonego przez wieki. Drugim elementem bywa pseudonaukowe uzasadnienie, pojawiają się różne słowa, wyrwane z naukowej terminologii (np. energia, DNA, genealogia), umiejscowione w zupełnie innym kontekście teoretycznym i odmiennym paradygmacie. Sprytnie (jeśli celowo) lub głupio (jeśli wynika z ignorancji) wmieszane są fakty z resztkami dawnych mitów. To drugie jest ciekawe. Jeśli współcześnie następuje aktualizacja do współczesnej kultury i pojęć, to może i w przeszłości tak samo było? Wtedy odcyfrowanie ścieżek dyspersji mitów i magicznych zabobonów staje się niezwykle frapujące i intrygujące. Taki kulturowy transfer przez wieki.

Nieustannie zadaję sobie pytanie „dlaczego”, skąd to się bierze. Poszukuję odpowiedzi, zadziwiony silną falą ruchów antyracjonalnych. Mimo wykształcenia w wielu obszarach pozostajemy ignorantami, stąd nawet osoby z tytułami naukowymi w jednej dziedzicznie, mogą pleść bzdury w innej. Tak jak pewien profesor genetyk (dendrolog) głoszący bzdury o ludziach żyjących w czasach dinozaurów. Uwodzi popularność i grupa wyznawców tych pseudonaukowych wynurzeń? Mój znajomy dowcipnie to nazywa: wykształceni ponad swoją inteligencję...

Silne są ruchy antyszczepionwe nie tylko w USA. Dobrze znanym przykładem u nas jest komisja do badania katastrofy samolotu w Smoleńsku z parówkowymi eksperymentami i rażącymi błędami w uzasadnianiu. Dlaczego znajduje to tak duży posłuch i zainteresowanie? Skąd się biorą wyznawczy takich antynaukowych teorii spiskowych? Przeciętnego człowieka może to przerażać ale chłodnego naukowca może zaciekawiać jako interesujący temat i obiekt badawczy.

Na tle tego renesansu pseudonaukowej magii i zabobonów (istniały zawsze, teraz może tylko dzięki internetowi i mediom tak łatwo się rozprzestrzeniają) powstał społeczny ruch obrony nauki. Na ulicach odbywają się demonstracje, w Polsce jednak są bardzo słabo widoczne.

Zdejmowanie uroków z drzewa genealogicznego. Wystarczy się chwilę zastanowić, by dostrzec absurd takiej oferty. Stare zabobony w nowym krajobrazie pojęciowym, odnoszącym się do sukcesów nauki. Kiedyś nasi przodkowie bali się uroków rzucanych przez czarownice, wiedźmy, ludzi „o złym oku”. Czym innym jest etnograficzne dokumentowanie zabobonów czy odtwarzanie ich z przeszłości (udokumentować, zrozumieć), a czym innym wplatanie nauki do współczesnych zabobonów.

15219472_1481539378526929_8862659860847903740_nZasmuca popularność teorii spiskowych. Kiedyś czarownica, demony, teraz jakieś domniemane siły, opisywane teoriami spiskowymi (Żydzi, masoni, jakieś tajemnicze służby wielkiego mocarstwa lub przemysłu, ONI, łącznie z UFO).

Mity o rytualnych mordach Żydów (od średniowiecza) sprawiały, że wielu ludzi uwierzyło w spreparowane dokumenty (co ich czyniło podatnymi na takie mistyfikacje i manipulacje?). Wykreowany dla celów politycznych mit o zamachu smoleńskim spełnia te same funkcje co kiedyś wiara w czarownice, południce i inne demony, smoki, czarne wołgi itd. Wiele osób uwierzyło w prokurowane dowody komisji, złożonej z antyspecjalistów, ale z tytułami naukowymi. Nauka w służbie zła, to smuci. Popularność uwodzi? Potrzeba sławy czy zwykła finansowa pazerność? Społeczne zapotrzebowanie na „czarownice” i siły zła? Wynikało by z tego, że w gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami jak nasi przodkowie przed stuleciami czy tysiącami lat.

Dobrze to ilustruje spostrzeżenie: „Przekonanie, że światem rządzą siły, na które nie mamy wpływu, jest odwieczne. Kiedyś był to lęk przed złymi duchami, z czasem jednak zastąpił go człowiek – obcy, który chce posiąść nasze dobra, wykorzystać i zniszczyć.” (Agnieszka Krzemińska, Prawda historyczna”, Wielkie post, Niezbędnik Inteligenta, 1/20170).

A skoro są uroki i klątwy, to znajdzie się „specjalista” usuwający uroki, złe energie i co tylko jeszcze sobie klient zażyczy. Zmienia się tylko moda, raz są to techniki starożytnego Egiptu, raz Wschodu a raz prastare usuwanie uroków jajem. Proste metody by ustrzec przed groźnymi, niewidzialnymi siłami zła, czającymi się za rogiem....

Mobilny Internet na wykładach i trudne zmagania z innowacjami

sczachor

Kamishibai_1

Chcę podzielić się refleksjami z wykładu o kamishibai w przestrzeni akademickiej i opowiedzieć o tym, że innowacje na uczelniach mają „pod górkę”, a także opowiedzieć o moich próbach zaradzenia nudnym wykładom. Kilkakrotnie pisałem już o tym, że dydaktyka akademicka jest w zapaści ( nie jest to tylko moja opinia). Przyczyn jest wiele, m.in. na uniwersytetach oceniana jest nauka a nie jakość zajęć. Liczą się publikacje a nie zadowolenie studentów i rzeczywisty poziom nauczania. Ale to tylko jedna z przyczyn. Niemniej efekt jest taki, że na przykład wykłady są zazwyczaj nudne. Wykładowcy na rzutnikach multimedialnych zazwyczaj pokazują litery i czytają z ekranu. Trzeba sporej motywacji, by się nie nudzić (nudzą się i wykładowcy i studenci). I to tym bardziej, że duży procent wiedzy wykładowej jest łatwo dostępny z każdego miejsca na Ziemi i w dowolnym czasie. To nie wykłady stały się bardziej nudne niż kiedyś tylko zmieniły się warunki i otoczenie, zmieniło się środowisko edukacyjne. Jeśli więc nie charyzma wykładowcy, to przynajmniej forma niech będzie atrakcyjna. Współcześnie atrakcyjna. Konieczne sa więc nieustanne poszukiwania i innowacje.

Zdając sobie sprawę z faktu iż Power Point jest już mocno przestarzały (atrakcyjną nowinką był 15-20 lat temu) i wsłuchując się w reakcje studentów, poszukuję nowych form. Eksperymenty i poszukiwania są jak najbardziej właściwe w murach uniwersyteckich.

Przede wszystkim wykład ma tę przewagę nad treścią oglądaną lub czytaną w Internecie, że jest spotkaniem z żywym człowiekiem. Z osobowością. Przynajmniej potencjalnie. Samo przekazywanie faktów ma niewielki sens, zwłaszcza jeśli jest podane w nudnej, oklepanej formie.

Tak więc próbuję. W tym roku próbuję z mobilnym Internetem oraz wykładem w formie bajki kamishibai. Z takim też wykładem zagościłem u pedagogów na Wydziale Nauk Społecznych. Wiedziałem, że na sali będzie dużo osób, zatem oprócz przykładu z bajką, przygotowałem prezentację oraz trzy formy wykorzystania Internetu mobilnego. Po pierwsze kody QR, linkujące do różnych treść. Ale tylko niektóre osoby, siedzące bliżej ekranu, skutecznie połączyły się z Internetem za pośrednictwem wyświetlanych na ekranie kodów (można oczywiście wyświetlać link, ale ma to sens tylko dla krótkich i łatwych adresów internetowych). Kody QR nie są więc dobrą formą na wykłady i wyświetlanie ich na ekranie (jeśli już to powinny być wydrukowane w materiałach dodatkowych, papierowych, do rozdania).

Drugą formą było wykorzystanie wydarzenia na Facebooku. Tam też już kilka dni przed zacząłem umieszczać linki do tekstów, filmików itd. Z jednej strony była to zachęta, z drugiej materiały uzupełniające, rozszerzające treść wykładową. Dlaczego event a nie grupa? Bo przecież to tylko jednorazowe spotkanie.

Trzecią formą było wykorzystanie prezentacji w programie Mentimeter - umożliwia tworzenie interaktywnych prezentacji, umożliwiających natychmiastową reakcję słuchacza, a wyniki od razu wyświetlane są na ekranie. Zapisane slajdy z tego programu załączam z niniejszym tekstem. Program poznałem niedawno i próbuję na sobie sprawdzić czy i jak to działa i czy ma sens.

A główną innowacją-eksperymentem, z którym przyszedłem do pedagogów, była bajka kamishibai, wykorzystana do formy wykładowej (Dlaczego biolog przychodzi do pedagogów by opowiadać bajki edukacyjne w formie dziecięcego teatrzyku?). Łączenie wykłady tu i teraz z elementami umieszczonymi w chmurze to mój tegoroczny eksperyment (Ile czasu trzeba na przygotowanie wykładu). Wypróbowuję i doskonalę ten pomysł przy każdej, nadarzającej się okazji. Najpierw przygotowałem na wykład na Uniwersytet Młodego Odkrywcy, potem na wykład dla studentów biotechnologii, a teraz dla studentów, pracowników i nauczycieli.

Było około 80-90 osób na sali. Program Mentimeter wyświetla na ekranie prosty adres internetowy, wystarczy wpisać by połączyć się i dalej pojawiają się pytania do odpowiedzi (różne typy). Pierwszym zadaniem (ale postawionym pod koniec wykładu - ilustracja u góry), było wpisanie trzech słów, kojarzących się z kamishibai w przestrzeni akademickiej. 42 osoby użyły swojego telefonu z mobilnym internetem (nie było bezpłatnego wi-fi). Czyli około 50% obecnych na sali wykładowej. Podobnie było na zajęciach z biotechnologiami (mniejsza grupa ale użycie telefonów w podobnym procencie studentów). Pozostali albo nie chcieli albo nie mogli albo nie potrafili się podłączyć. Czy gdyby było bezpłatne wi-fi to udział byłby większy? Na to pytanie nie potrafię na razie odpowiedzieć. Trzeba to eksperymentalnie sprawdzić.

Kamishibai_2W drugiej ankiecie udział wzięło już nieco mnie osób (32). Było mniej czasu na zadanie i chyba mniej atrakcyjne było samo pytanie, wyświetlane na ekranie. Trzeba było dokonać wyboru. Aż 24 osoby zadeklarowały kontynuację dyskusji na FB. W facebookowym wydarzeniu zarejestrowało się 61 osób (36 zadeklarowało, że weźmie udział, a 25 że jest zainteresowanych). Nie sprawdziłem czy przybyło uczestników po wykładzie. Niemniej aktywny udział w dyskutowaniu wzięło kilka osób. A więc albo deklaracja co do dalszej dyskusji była na wyrost (słomiany zapał), albo aktywność sprowadziła się do biernego czytania (brak odwagi na aktywny i widoczny udział w dyskusji). Ewentualnie część nie odszukała „eventu” na FB.

Niemniej oba zadania pokazały, że jest to znacznie lepsza forma niż qr kody. Możliwa do stosowania bo zdecydowana większość współczesnych studentów ma w telefonach mobilny Internet. Nawet jak uczelnia nie zapewnia bezpłatnego wi-fi (eduroam słabo na mojej uczelni działa, w wielu miejscach).

Na uwagę zasługują osoby, które chciałyby dalszej dyskusji na FB ale nie potrafią poruszać się w świecie cyfrowym. Co najmniej 6 osób przyznało się, że nie potrafi poruszać się jeszcze w tej rzeczywistości. Ciekawe byłoby poznanie motywacji dwóch osób, które uznały, że nie ma sensu dyskusji na FB. Nie wiem czy dlatego, że na Facebooku czy na zaproponowany temat.

Łatwo przeprowadzić ankietę w takiej formie nawet na wykładzie z dużą liczbą osób. Wyniki w epoce cyfrowej uzyskać można łatwo i szybko. Ale dalej pozostanie trudność z interpretacją. Poprawną interpretacją.

Na pewno jest to jakaś dobra metoda zaktywizowania słuchaczy na wykładzie i zachęcenie ich do cichej, dyskretnej dyskusji przez anonimowe głosowanie czy udział w ankiecie itd. Kłopot dla mnie tylko taki, że program zapewnia bezpłatny dostęp tylko do dwóch slajdów. Za więcej trzeba zapłacić (abonament miesięczny lub roczny). Czy uczelnia wykupiłaby licencję dla potrzeb dydaktycznych? Wątpię. Zatem pracownik sam musi inwestować w narzędzia dydaktyczne. A przecież z drugiej strony uczelnia jako zakład pracy rości sobie prawa do wszystkich wytworów autorskich swojego pracownika. Albo równasz w dół do średniej-przeciętnej, albo za własne pieniądze wprowadzasz innowacje. I to jest problem współczesnej, polskiej dydaktyki w szkołach wyższych. Innowacje i innowatorzy mają pod górkę.

Ps. Cieszy mnie to, że kamishibai w przestrzeni akademickiej kojarzy się przede wszystkim z kreatywnością.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci