Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Dalie malowane na szkle cz. 2

sczachor

dalie2Jakkolwiek nie planowałem tego wcześniej, to ponownie włączę się z Olsztyńską Wystawę Dalii, (piąta edycja). Kolejna okazja na niezwykły plener wśród pachnących kwiatów, w szklarni i ogrodzie doświadczalnym UWM. W sympatycznym towarzystwie.

Przyroda malowana na szkle. Na starych butelkach, słoikach, na tym co „niepotrzebne”, co zawadza. Najważniejsze jest spotkanie i rozmowy. Malowanie jest tylko pretekstem. Można milczeć i nie zabijać ciszy banalnym słowem. Ale można mówić, opowiadać, skupiając się na prostaczych czynnościach.

Każdy może tworzyć, bo twórczość jest przyjemna, zwłaszcza w towarzystwie pogodnych ludzi. Tradycyjnie już, powstałe w czasie pleneru prace, wystawimy na wystawie w czasie Nocy Biologów, w styczniu 2018 roku. Zapraszam we wrześniu (9-10 września 2017). Przynieś ze sobą jakąś butelkę lub słoik. Albo abażur żyrandola lub lustro. Butelki i słoiki muszą być pozbawione etykiet. Farby będą. Ale tradycyjnie można przynieść kawałek własnego ciasta lub innego smakołyku.

9 września, w godzinach 11:00-16:00 odbędą się także inne artystyczne warsztaty. Poza „Daliami na szkle malowanymi, cz. 2” będzie także „Gipsowy dalii ślad” (poprowadzi artysta rzeźbiarz Dąbrówka Tyślewicz, adiunkt Wydziału Architektury Politechniki Gdańskiej), oraz warsztaty florystyczne pt. „Kompozycje z dalii” (grupa M.A.I.K.)

A jak ktoś chce, to może przyjść ze swoimi sztalugami i malować akwarelami na papierze, farbami akrylowymi czy olejnymi.

Więcej na ten temat:

 

Edukacyjne kamienie w przestrzeni publicznej

sczachor

dialogDo tej pory malowałem na kamieniach lokalną różnorodność biologiczną, głównie rośliny i owady. W mojej intencji miały być elementem edukacyjnym i jednocześnie przyrodniczym street-artem. Wykorzystywałem także jako element gry terenowej z elementami questingu – by nadać mały element przygody w poszukiwaniu kolejnych kamieni i odgadywaniu gatunków. By zainspirować do poszukiwania wiadomości na temat spotykanych „chwastów i robali”. W społecznych plenerach w parku czy na trawniku, wspólne malowanie było zakończeniem opowieści o motylach czy niezwykłych chwastach, zwieńczeniem akcji zakładania miejskiej łąki itd. Leżąc w parku czy na trawniku nieustannie zachęcały do kontynuacji i kolejnych spotkań. Wspólne malowanie to pretekst do bycia razem i tworzenia choćby efemerycznej wspólnoty.

Na lipcowym plenerze w Zastawnie odkryłem coś jeszcze. Malując słowa można wykorzystać kamienie, fragmenty dachówek czy okruchy betonu do edukacji społecznej. Pomysł ten podsunęły mi projekty „kufra z marzeniami” czy „koszyka dobrych życzeń” (z którymi wcześniej miałem przyjemność się zapoznać). Nie jest więc to całkiem nowy pomysł. W przyrodzie i ludzkiej kulturze dominuje wszak ciągłość i nieustanne przetwarzanie. Nieustanna ewolucja.

szukajPokruszone stare dachówki, fragmenty doniczek… to niepotrzebne nikomu elementy. Niejako „zepsute”, zbędne, odrzucone na śmietnik. W ujęciu społecznym dobrze to ilustruje ludzi „niepotrzebnych”, wykluczonych, wyalienowanych. We współczesne Polsce nawet większość jest wyrzucona poza nawias, poza naród, nazwana kanaliami, zdradzieckimi mordami, obrażana na wszelkie sposoby. Może dlatego temu „gorszemu sortowi” akcja malowania i pisania na kamieniach czy starych dachówkach przypadła szybko do gustu? Taki drobny street art z edukacyjnym przesłaniem, najszybciej zakorzenił się w Elblągu i Morągu (zobacz Elbląg, oarz "kamienie przemówiły", plener w Zastawnie).

Malowane kamienie i fragmenty ceramiki, potłuczone dachówki, gliniane garnki czy donice. Ze słowami ważnymi dla wszystkich „potłuczonych” i „wyrzuconych”, z ich marzeniami. Jeszcze tylko dodać element terenowej gry miejskiej i być może QR Kody, przekierowujące do szerszego opisu, a społeczne przesłanie będzie głębsze i pełniejsze.

Wakacje długie. Może się uda.

kamienie_z_parku_centralnego

Młodzi ludzie chwalący Hitlera? Jest rok 2017 ! Ignorancja i groza…

sczachor

olsztynaruderaDziało się to w Olsztynie, w połowie lipca 2017 roku. Wyszliśmy z amfiteatru i ulicą Okopową szliśmy w kierunku Mostu św. Jana Nepomucena. Z małego lokalu Valhalla (jakże znamienna nazwa, nawiązująca do pogańskiej mitologii i germańskiego kultu siły)  wyszedł do nas na ulicę młody, elegancko ubrany mężczyzna. Miał tak może 19-20 lat. Mówił głośno, najpierw chyba do kogoś z lokalu, potem do nas: „Ja to mógł bym nawet być sądzony za propagowanie faszyzmu. Ale Hitler to był super gość, szkoda, że nie miał syna. Dzięki niemu Niemcy są potęgą. Przydałby się taki ktoś Polsce.”

Pojawia się pytanie czy jest to głupota, wynikająca z nieuctwa, czy jakieś dziwne kompleksy słabego młodzieńca. Pomijając miliony ofiar i zniszczeń w Europie, dokonanych przez owego „wspaniałego” Hitlera, zatrzymajmy się na zyskach dla Niemiec. Może ów młody człowiek obejrzał jakiś film z wojennymi zwycięstwami faszystowskich Niemiec?

A jaki jest zysk dla Niemców z Hitlera? Przed dojściem Adolfa H. do władzy Niemcy były kulturową i gospodarczą potęgą nie tylko w Europie, liderem postępu. Język niemiecki był międzynarodowym językiem nauki. Potęga nazistowskich Niemiec trwała raptem 6-7 lat (tak szybko skończyła się tysiącletnia Rzesza, od morza do morza). Ceną była śmierć około 10 milionów Niemców, utrata dużych części terytorium, ogromne zniszczenia gospodarcze i cofnięcie cywilizacyjne. Cóż za szaleniec chce podobnej „wielkości” dla Polski i Polaków? Z nazistowskich Niemiec wyjechało (uciekło) wielu naukowców, innych zamordowali. W rezultacie z lidera rozwoju cywilizacyjnego Niemcy stoczyły się na margines. Teraz międzynarodowym językiem nauki jest angielski. Utrata cywilizacyjnego prestiżu już na zawsze. Za chwilową złudną chwałę na polu walki cena duża i długotrwała. Koszty iluzorycznej wielkości były bardzo bolesne.

Owszem, teraz Niemcy są potęgą gospodarczą. Ale nie dzięki Hitlerowi tylko powojennej, kilkudziesięcioletniej odbudowie kraju i pomocy amerykańskiej. Niemcy skutecznie wyleczyli się z iluzji nazistowskich. Dziecinne sny o potędze w wykonaniu młodego człowieka są dla nas podwójnie groźne.

Przypomina mi się los ludności Prus Wschodnich – utraconego po wojnie terenu dawnych Niemiec. Na Warmii i Mazurach, odległym i biednym skrawku Rzeszy, Hitler uzyskał duże poparcie, w wyborach demokratycznych (potem była już tylko wojenna dyktatura). Pojawiły się inwestycje gospodarcze, ludziom żyło się dostatnio (chwilowo). Po 1939 pojawili się niewolnicy (jeńcy przymusowi robotnicy) do pracy w polu i fabrykach. Nie było widać skutków wojny przez jakieś 3-4 lata. Zrabowane z różnych krajów Europy dobra napływały systematycznie. Ojców, braci i synów wzięto do zwycięskiej armii , a po jakimś czasie przychodziły informacje o ich śmierci. A gdy nadeszła Armia Czerwona to cała ludność doznała gwałtów, przemocy, wywózek i śmierci. W końcu wysiedlenia. Na stałe.

Wystarczy sięgnąć do strat ludności z poszczególnych wsi: wiele zgonów na froncie, po wywózce na Syberii, inni zamordowaniu w trakcie mściwego przemarszu wojsk radzieckich. Ucierpieli i ci, co głosowali za Hitlerem, i ci co byli przeciw, jak i ci co się do polityki nie mieszali (moja chata z kraja). Zniszczenia i cierpienia były wielkie. A wszystko to za sprawą Hitlera i oddania władzy szaleńcowi.

Teraz w Polsce dzieją się rzeczy złe. Symetryści nie chcą się mieszać do polityki, cicho stoją z boku. Kult brutalnej siły i afirmacja dla dyktatury cieszą się sporym, jawnym lub cichym poparciem, także poparcie obecnych władz państwowych. Sny o potędze, wielkości i powstawianiu z kolan.

Boże, chroń nas przed takimi zbawcami narodu i kreatorami wielkości…. Brak wyobraźni i luki w znajomości historii, tej dawnej jak i tej najnowszej. Podobno historia jest nauczycielką życia. Tak, ale trzeba tę historię znać. 

Jak Bóg chce kogoś pokarać, to najpierw odbiera mu rozum. Nawet całemu narodowi.

Plac zabaw – kojec czy podwórkowe laboratorium ?

sczachor

10563042_10203596234379806_8171555717519565113_nPlac zabaw dla dzieci - jaki powinien być? Wyizolowany i zapewniający pełną kontrolę oraz bezpieczeństwo czy wkomponowany w przestrzeń miejską (wiejską)? Mamy za sobą ponad wiek dyskusji, eksperymentów, ogródków Jordanowskich, a zdaje się, że wróciliśmy do punktu wyjścia. Inspiracją do niniejszego tekstu są dwa zdjęcia z Olsztyna. Górne wykonane chyba rok temu w śródmieściu, wśród zabudowy z XIX wieku. Przestrzeń tak była zaplanowana, że nie było miejsca na place zabaw dla dzieci. Pozostawało podwórko. Teraz tę podwórkową przestrzeń najczęściej tarasują… samochody. A te dwie dziewczynki bawią się na chodniku przy bocznej uliczce. Tak jak 100-200 lat temu. Dolne zdjęcie pochodzi z nowego osiedla z apartamentami, koniec drugiej dekady XXI wieku. Niby profesjonalnie i kolorowo przygotowany plac zabaw, ale w kontekście otaczającej przestrzeni jest kuriozalnie rażący. W tym pierwszym przynajmniej dzieci nie są zamknięte w kojcu…, nie są wyizolowane. W tym drugim jest piaskownica, ławeczka (poza kojcem) dla rodzica by doglądał dziecko, a obok wylot wentylacji z parkingu podziemnego. W sumie jak mały wybieg dla psów…

Że bezpiecznie, bo dziecko nigdzie nie wybiegnie, nie wejdzie w pokrzywy, pies nie nasika do piaskownicy? Niby tak, ale jak się w tym bawić? Ryzyko jest wkomponowane w zabawę. To dziecięca wyobraźnia nawet z najbezpieczniejszych sprzętów może uczynić ryzykowną sytuację. Ponadto ryzyko jest elementem życia. Kiedyś trzeba się nauczyć samodzielności. Dzieci w kojcach i prowadzane na smyczy (są takie, w połączeniu z szelkami, jak dla pieska, czy kota, żeby nie uciekł) nie dorosną nigdy.

Zupełnie innym podejściem do placów zabaw są na przykład leśne przedszkola (kilka godzin na podwórku, w przyrodzie, niezależnie od pogody) czy warsztatownie miejskie, gdzie z rodzicem dzieciaki przychodzą pomajsterkować, bo są tam narzędzia, materiały, przestrzeń. Tak jak za naszych czasów szopa dziadka z gwoździami, młotkiem, piłą i innymi ostrymi, „groźnymi” przedmiotami. Dzieci same potrafią zorganizować sobie zabawę. Tak jak te dziewczynki na ulicznym chodniku.

Potrzebne są nam nowe ogródki Jordanowskie. Bo te współczesne niby kolorowe, plastikowo-metalowe place zabaw cofnęły nas w rozumieniu dzieci i dojrzewania. Co widać na wielu osiedlach miejskich i wiejskich. Pamiętacie naturalne place zabaw z kłodami drzew a nie plastikowe i metalowe?

podworkoiplac_zabaw

Przytłoczyła nas Iluzja tego, że jeśli coś jest specjalnie zrobione lub kupione, to jest lepsze. Profesjonalne. Widać to w placach zabaw jak i w urządzaniu zieleni miejskiej. Ma być widać, że coś się robiło: dużo hałasu i ingerencji - nawet jeśli wycina się drzewa by posadzić nowe (np. tuje), gdzie plantuje się naturalną zieleń by zasadzić trawnik, nieskazitelnie zielony, podlewany i często koszony. Sporo to kosztuje, więc „nie deptać zieleni”. Usiąść nie można – tylko popatrzeć?

Moim zdaniem – zarówno do projektowania placów zabaw jak i zieleni miejskiej - lepsza jest filozofia judo: wykorzystać siłę i aktywność „przeciwnika” czyli tego co już jest i dostosować (wykorzystać siłę przyrody i przestrzeni: naturalny wzrost roślin, naturalne ukształtowanie terenu). Wykorzystać samosiejki i to, że samo rośnie, a nie wygolić by zasadzić nowe, ze sklepu ogrodniczego (by było widać ingerencję, działanie, że nie za darmo się bierze pieniądze). Mniej widoczna ingerencja jest wyrazem mądrości i dojrzałości a nie „zaniedbania”. Bo ma być widać, że coś robiono? Czy nie lepiej, żeby kryterium był komfort i przyjemność? Zatem nie produkcja lecz podtrzymanie stanu (czy w domu ma być widać. Że ktoś sprzątał czy też ma być czysto?).

Proszę jeszcze raz spojrzeć na to dolne zdjęcie (wiem, że trudno ten plac zabaw zobaczyć, taki mały). Plac zabaw dla dzieci. Jak w klatce. A przecież tyle wspaniałej przestrzeni obok… ale zarezerwowanej na parking, chodnik (pewnie kredą dzieci nie mogą tam rysować), duża dzika zieleń tuż za siatką. Zamiast rewitalizować te mokradła i dostosować przyrodę, to się ją niszczy, osusza, zasypuje gruzem, by potem rozwinąć trawnik z rolki. I zakazać deptania….

Dzieci wychowywane wśród asfaltu i betonu cierpią na deficyt kontaktu z przyrodą. Tak twierdzą psycholodzy i pedagodzy. W pełni się z nimi zgadzam. Biolodzy czasem mówią, że ludzie wykazują biofilię – naturalną potrzebę kontaktu z przyrodą. Inaczej umierają.

Niedawno w Parku Centralny, przy okazji bardzo sympatycznego happeningu, poświęconego drzewom, miałem okazję wejść na drzewo. Co za radość, jak za dziecięcych lat. Jedno, porządne drzewo z wygodnymi gałęziami lepsze jest od kolorowego placu zabaw (tego z fotografii). I nie trzeba kupować, instalować. Wystarczy pozwolić wyrosnąć i nie obcinać gałęzi.

Drzewo na podwórku miejskim, na modernistycznym osiedlu, jest systematycznie przycinane. Obcinane są nisko rosnące gałęzie (tam gdzie pracownik sięgnie piłą, żeby pokazać, że coś "się robiło, dbało”). Nie można wejść na takie drzewo, a obcinane zbyt grube konary nie mają szansy się zabliźnić, drzewo atakowane jest przez grzyby i choruje. Powoli próchnieje i zamiera. Ciężko rosnąć w warunkach miejskich, zwłaszcza gdy jest się w taki dziwny sposób „pielęgnowane”. Służby za nasze pieniądze kaleczą drzewa i likwidują przestrzeń do kreatywnej zabawy.

W literaturze specjalistyczne pojawił się termin placemaking. Te obce słowo (w języku polskim jeszcze chyba nie stworzyliśmy własnego) to idea projektowania miejsc także jako projektowanie relacji międzyludzkich. Bo przestrzeń albo ułatwia albo utrudnia różnorodne relacje międzyludzkie. Dla mnie jako ekologa jest to oczywiste: to siedlisko (środowisko) kreuje biocenozy i interakcje międzygatunkowe. Tworzy dla nich podstawę, rusztowanie.

Żeby miejsce żyło, nie trzeba fajerwerków. Wystarczy dobrze zaprojektowana przestrzeń dla samoistnego nawiązywania się dobrych relacji międzyludzkich. Na przykład wystarczy inaczej ustawić ławki, by umożliwić siedzącym na nich ludziom rozmowę i kontakt (nie w jednej linii, ale naprzeciw lub prostopadle).

W moim mieście, Olsztynie, trwa od dłuższego czasu dyskusja na temat ożywiania zamierającej Starówki. A gdzie tam są miejsca do zabaw dla dzieci i młodzieży? Czasem, od wielkiego dzwonu, postawią na kilka dni karuzelę (w czasie jarmarku) albo dmuchaną brykalnię, albo duże planszowe gry. Tylko na obrzeżu starego miasta (w dawnej fosie), w pobliżu Łyny znajdują się dwa małe place zabaw. Tradycyjnie ogrodzone. Dzieci będą się z oczywistych względów nudzić. Jedna jaskółka wiosny społecznej nie czyni. Cały Targ Rybny (i kilka innych placyków) jest niewykorzystany pod tym względem. A gdyby dzieci miały co robić, to i rodzice byliby z nimi. Na dłużej. W parku przecież mogą być swoiste przyrodnicze warsztatownie (nie trzeba byłoby zakazywać dzieciom wchodzić do fontanny).

Na olsztyńskiej Starówce korzystamy z nielicznych animacji społecznych, głównie artystycznych, czasem pikników naukowych. A może park jako plac zabaw i laboratorium, całorocznie a nie tylko przy okazji jarmarku? Tak jak jest już np. przez Centrum nauki Kopernik (Ogród Odkrywców)?

Zamiast płotu lepsza byłaby zieleń, np. żywopłot. Nie tylko wydzielałaby przestrzeń ale sam byłby elementem zabawy. Fantazja dzieci jest ogromna.

Spoglądam za okno na ten osiedlowy plac zabaw na dolnym zdjęciu. Jak się przyjrzeć, to widać na nim czarną tablicę, do rysowania kredą. Ale ona jest czysta. Natomiast kilkanaście metrów dale widać dziecięce rysunki na uliczce i na parkingu. A może place zabaw zintegrowane z siłownią dla dorosłych, niech spędzają czas razem, w pobliżu, każdy w swojej aktywności. Razem, wielofunkcyjne a nie oddzielnie.

Teraz jest znacznie więcej miejsca na parking niż do zabawy dla dzieci (nie depcz trawników?, nie rysuj kredą po chodniku?, nie graj w piłkę?). Jak kojec dla psów. Samochód ważniejszy niż dziecko (własne), niż człowiek. Zachwianie wartości jest wyraźne. A obok obszerna przestrzeń zielona, gdzie można byłoby przeżywać przygody, bawić się w chowanego, poparzyć pokrzywą, zobaczyć ślimaka i biedronkę, usłyszeć żabę. Przestraszyć się pająka lub innym tajemniczym stworem. Wakacyjna przygoda w mieście. Teraz mamy miasto samochodów, w którym jesteśmy tylko dodatkiem i to zawadzającym.

Przyjazna przestrzeń publiczna buduje tożsamość. W Łodzi powstają na przykład parki kieszonkowe. W lukach po domach. Zamiast je zabudowywać, tworzą wielofunkcyjne małe parki, dla małych i dużych. Gdzie można usiąść i mieć kontakt z przyrodą. Lub z drugim człowiekiem. Nawet, jeśli jest cudzoziemcem lub imigrantem. Człowiekowi jest to potrzebne do życia. Komfortowego życia.

Najpierw trzeba wyobraźni i wiedzy o człowieku… i jego potrzebach, prawidłowościach rozwoju. Potem można projektować coś wygodnego. I zatrudniać podwórkowych, osiedlowych animatorów. Kiedyś byli to starsi koledzy i koleżanki, którzy wymyślali i inicjowali zabawy. Teraz, gdy dzieci na podwórku jest mniej, można przecież zatrudniać przygotowanych specjalistów. Lub wolontariuszy.

Proste prace fizyczne wykonują za nas maszyny.

A ja oczywiście w podwórkach i placach zabaw dla dzieci widzę znakomitą przestrzeń do edukacji pozaformalnej!

Sztuka może zmieniać rzeczywistość, czyli o dziurawej drodze do Wipsowa

sczachor

17523107_1908138972766537_5093932016346795556_nLudzie twardo osadzeni w realiach życia często lekceważą kulturę. Ot na przykład taki Stalin kpiąco pytał „a ile dywizji czołgów ma papież ?”. I my współcześnie szeroko rozumianą kulturę traktujemy z politowaniem: przecież liczy się dochód, twarde inwestycje i codzienna materialność. Nie traktujemy kultury jako inwestycji gospodarczej. Z wielkim zdziwieniem docierają do naszej świadomości informacje, że absolwenci filozofii znajdują pracę i są poszukiwani na rynku pracy. I wcale nie jako nauczyciele filozofii.

Nawet niewielkie działania artystyczne mogą wywierać duży wpływ. Trudno uchwytny ale bardzo skuteczny. Ot na przykład taka podrzędna droga do Wipsowa. Przez lata straszyła dziurami. Mimo próśb ciągle brakowało pieniędzy na jej remont. Były ważniejsze i pilniejsze sprawy. Ale wiosną ktoś umieścił kwiaty w dziurach . Teraz trudno było nie zauważyć problemu. Ktoś inny zrobił zdjęcie i upowszechnił. Jak wirus informacja się rozeszła i dotarła do osób wpływowych (jak kamień w bucie duszę uwierała). Żadna blokada drogi, żadne palenie opon, ot tylko kwiaty w dziurze na drodze. I już dziury nie ma, załatane.

19875097_1957992657781168_9073028162401488608_n

Sztuka może wpływać na naszą codzienną rzeczywistość, mimo że nie mierzy się jej w tonach węgla czy stali lub liczbą wyprodukowanych samochodów. Influencerzy – ludzie wywierający wpływ – działają w obszarze szeroko rozumianej kultury. Albo taka biała róża. Kwiat jak kwiat, ale blisko 80 lat temu za białą różę można było być rozstrzelanym lub trafić do obozu koncentracyjnego. W roku 2017 również ten kwiat wprawia niektórych w popłoch: osoba z kwiatem białej róży może być zatrzymana przez policję i spisana (o innych działaniach przemilczę).

Kwiat osadzony w kulturowym kontekście.. i już zmienia rzeczywistość. Czy to wetknięty w dziurę na drodze, czy to trzymany w ręku lub zatknięty za okratowanie policyjnego samochodu. Kultura (a sztuka jest częścią kultury) zmienia rzeczywistość. Inwestujmy w kulturę a nie tylko w beton. To samo można przecież odnieść do rewitalizacji olsztyńskiej starówki (to mój głos w toczącej się aktualnie publicznej dyskusji).

 

Fotografie znalezione na Facebooku.

 

Kołłątowiada czyli kultura jest przemysłem kreatywnie rozwijającym gospodarkę

sczachor

19703006_10212110819519113_3357995265308596568_oKultura jest nowoczesnym przemysłem kreatywnym, rozwijającym lokalnie i regionalnie. Mam na myśli kulturę szeroko i głęboko rozumianą, w tym także trzecią kulturę czyli naukę w przestrzeni publicznej (czytaj więcej czym jest trzecia kultura).  

Kultura (i ludzka praca z nią związana) jest niedoceniana, bo ulotna, „niematerialna”. Myślimy zazwyczaj jeszcze schematami XIX i XX wiecznymi, gdzie liczyła się produkcja węgla i stali. Ale teraz żyjemy w świecie trzeciej rewolucji technologicznej, komputerów i robotów. Żyjemy w czasach kryzysu czasu wolnego i wdrażania bezwarunkowego dochodu podstawowego. To nauka, edukacja i kultura będą dawały najwięcej pracy ludziom. W innych zastąpią nas komputery i roboty. Już zastępują.

Do niniejszej wypowiedzi sprowokowała mnie Kołłątowiada – święto ulicy Kołłątaja na olsztyńskiej Starówce. Do Kołłątowiady odnoszę się życzliwie, z zaciekawieniem. Ale i z rozczarowaniem. Popieram starania przedsiębiorców, chcących ożywić ten fragment Starówki, by przyszło więcej ludzi (a ich interesy kwitły). Tym bardziej ważne jest to wydarzenie, że cala Starówka zamiera a wiele lokali powstaje by po kilku miesiącach paść. Rozczarowała mnie Kołątowiada balonikami i dmuchaną brykalnią (była też muzyka na żywo i gry planszowe – te chwalę). Pop-tandeta jak na każdym wiejskim festynie. Zbyt mała przestrzeń starówkowej uliczki by konkurować z terenami na wsi czy nad jeziorem. Tego dnia na ulicy Kołłataja nie widziałem więcej ludzi niż na innych uliczkach Starówki. Owszem, pogoda był nieco deszczowa. Ale to nie pogoda i baloniki przyciągają ale niepowtarzalna i unikalna kultura. Wystarczy ją pokazać. Pisałem o rozczarowaniu, bo wiem, że na ulicy Kołłataja jest kilka rzeczy wartościowych, które można było pokazać i uwypuklić. Nie tylko na jeden dzień, ale i na cały rok. Szanse zmarnowane w popkulturowych schematach myślowych…

Gdy zajrzałem na facebookowe wydarzenie Kołłątowiady, to znalazłem tylko opis wydarzenie w formie „fiesta uliczna” I nic więcej. To ma przyciągać? Zabrakło opisu i zachęcenia czymś na prawdę ambitnym i niebanalnym. Letnia fiesta to teraz jest wszędzie, a piwo i cukrowa wata znacznie tańsze w innych miejscach…

19703016_10212110743277207_5222743229989001150_o

Dla przykładu wspomnę o trzech ciekawych, niewielkich imprezach. Wszystkie, jak się okazało, organizowane i animowane przez Miejski Ośrodek Kultury. Jedno dotyczyło patrzących drzew w Parku Centralnym. Mimo niepogody przychodzili ludzie by odszukać Joanę Lipę, Dariusza Klona, Wierzbę Natalię itd. Poszukiwanie z głębszym przesłaniem (kulturalny i przyrodniczy questing). Drugie to łódeczki z papieru, wiszące na drzewie (górne zdjęcie). Ślad po kolejnej animacji. I w końcu kamienie z napisami. Spotykasz taki w dyskretnym miejscu i zaraz chcesz odszukać inne. I zastanawiasz się co to, dlaczego? To właśnie takie nawet drobne animacje kulturalne zwabiają do przyjścia (ożywiają miejsce). Zachęcają do poszukiwań, spaceru, przebywania na Starówce. A jak już będziesz… to jest większa szansa, że zajdziesz do sklepu czy lokalu. Bo chodząc pieszo częściej zachodzimy do sklepów i lokali niż jadąc samochodem (idziesz wolniej, więcej widzisz, masz więcej czasu na zastanowienie się i pozytywna reakcje by wstąpić).

Na Starówce przeszkadza mi zatarasowanie chodników parkującymi samochodami i nieustannie jeżdżące samochody (to ostanie nie jest bezpieczne zwłaszcza dla dzieci). Unikalny klimat nie tworzy się zaparkowanymi samochodami lecz kulturą. Na dodatek samochody zajmują zbyt dużo miejsca (czytaj więcej na ten temat). A miejsca fizycznie na średniowiecznej starówce jest mało. Przestrzeń jest deficytowa. Warto to w końcu zrozumieć...

Po co przychodzić na Starówkę? Głównym powodem zawsze będzie kultura szeroko rozumiana (bo zjeść i napić się można w wielu miejscach). Było kino Awangarda, jedno z trzech najstarszych w Europie... Ale pazerny właściciel lokalu wyrzucił to kino i zrobił remont. I tak od kilku lat na samym Rynku stoi pustostan... Wiele osób wspomina Uliczkę Sztuki, zainicjowaną przez prof. Beno Małkowskiego. Podobnych animacji kulturalnych i społecznych bywało więcej. Na przykład ceramiczne wlepki. Jakiś anonimowy artysta przez kilka lat umieszczał te małe formy na ścianach. Zachęcały do poszukiwań, spacerów, przebywania.

Warto jeszcze raz powróżyć, że to kultura jest przemysłem kreatywnym, który może ożywiać lokalnie olsztyńską Starówkę oraz nasz region. Warmia i Mazury to kraina miasteczek cittaslow i wiosek tematycznych. Kołem zamachowym jest kultura, ludzkie spotkania wypełnione treścią i wieloaspektowym dialogiem, z malowanymi przystankami i butkami telefonicznymi z książkami.

19787494_10212118647314803_6020480924123145928_o

O karłątku leśnym z miejskiej łąki

sczachor

19702230_1583417945033116_574165480612398133_nW otaczającym nas krajobrazie ukrytych jest dużo różnorodnych śladów, zarówno zachodzących procesów naturalnych jak i wieloaspektowej działalności człowieka. Szukanie tych śladów i ich odczytywanie może być niezwykłą, wakacyjną przygodą.

Wystawa „Krajobrazy Warmii i Mazur”,  którą przygotowałem na Olsztyńskie Dni Nauki w 2014 r., była pokazywana m.in. w czasie Nocy Biologów 2017. Teraz znalazła się w bibliotece Planeta 11. Otwarciu wystawy towarzyszył spacer przyrodniczy (Wystawa Krajobrazy Warmii i Mazur w praktyce czyli przyrodniczy spacer wokół Planety 11).  Zamieszczony obok na fotografii motyl karłątek leśny (fot. Anna Skrzypińska) wiąże się z tym spacerem. Ale zanim opowiem o motylu najpierw słów kilka o przemianach krajobrazu.

Przy okazji wystawy miałem okazję odwiedzić tereny, które kiedyś nawiedzałem dość często. Sąsiadują z dawną Wyższą Szkołą Pedagogiczną w Olsztynie. Przychodziliśmy tu na zajęcia, prowadziliśmy czasem badania. Teren jest więc mi dobrze znany. Po latach niebytności dostrzegłem pewne zmiany.

Wiele tysięcy lat temu, gdy ustąpił lodowiec, obszar ten stanowił fragment tundry. Potem pojawili się ludzie, najpierw łowcy reniferów. W trwającym interglacjale i sukcesji ekologicznej tundra zmieniła się w las nizinny. Taki mniej więcej jak teraz widzimy w Puszczy Białowieskiej. Zupełnie inna bioróżnorodność. Ale wraz z zwiększeniem liczebności ludzi krajobraz coraz bardziej zmieniany był przez kulturę. W czasach początków Olsztyna był to krajobraz ekstensywnego rolnictwa.

Kolejna, duża zmiana różnorodności biologicznej i estetyki krajobrazu. W wieku XX wkroczyło miasto, zmieniona została także sieć wodna: zanikanie drobnych zbiorników okresowych krajobrazu polodowcowego i małych strumieni. Jeszcze na początki lat 80. XX w. widoczne były ślady małego źródełka, dającego początek małemu strumieniowi. Źródełko i strumień były w pamięci św. dr. W. Sępioła (badania prowadził nad antropogenicznymi zmianami zbiorników wodnych na Warmii i Mazurach) oraz w pozostającej jeszcze roślinności. Źródliskowy wysięk znajdował się poniżej ogrodzenia dawnej szkoły (Budowlanka). Ja sam ślady strumienia (koryta) widziałem jeszcze w jego końcowym biegu i ujściu do rzeki Łyny. Teraz nie ma już żadnych śladów.

19748551_1587030787987962_3523328499719148587_nPoniżej źródełka, nieopodal Planety 11 i Hotelu Relax, w dolinie strumienia od lat znajdują się dwa stałe zbiorniki wodne. Jak powstały? W części przez przegrodzenie doliny, w części najpewniej jako glinianka. Dawne miasto potrzebowało cegły. A do produkcji cegieł potrzebna jest glina. W krajobrazie polodowcowy jest jej dużo, wystarczy poszukać i wykopać. Potem powstałe zbiorniki i otaczające je tereny zielone stanowiły zielone tereny rekreacyjne dla powstałych osiedli i OSIR-u. Wypoczywali ludzie, na zawodach biegowych ćwiczyła młodzież. Po jakimś czasie pojawiła się ławka. Teraz jest ich nieco więcej.

Na obrzeżach pojawiła się roślinność krzewiasta i zaczęły rozrastać się drzewa. Często trawę koszono, ale zawsze można było spotkać sporo roślin i bezkręgowców, w stawach rozwijały się płazy i gniazdowały ptaki. Były ryby. Kilka lat temu jeden zbiorników kompletnie oczyszczono, usunięto prawie cała roślinność. Zabiegi te miały na celu usunięcie osoki aloesowate,. Po kilku latach ponownie zbiornik zarośnięty jest w całości osoką. Ale nie wszystkie gatunki roślin i zwierząt powróciły, bioróżnorodność jest wyraźnie mniejsza. Intencje działań były dobre… ale zabrakło trochę przyrodniczej wiedzy i znajomości procesów ekologicznych.

Od kilkudziesięciu lat krajobraz kształtowany jest przede wszystkich przez aktywność człowieka: inwestycje budowlane i sposób użytkowania zieleni. Teraz opisywany fragment jest to nieco zapomniany, taki dziki zakątek miasta. Ale w samym centrum. Pozytywnie zaskoczyła mnie wysoka, nieskoszona łąka kwietna. I kurka wodna z udanym lęgiem (gatunek ten gniazduje od wielu lat w tym samym miejscu). Zielona wyspa otoczona przez ruchliwe ulice i dużo betonu. Być może warto zasilać nasionami bioróżnorodność tej miejskiej łąki, by mądrze kształtować różnorodność biologiczną.

W czasie edukacyjnego spaceru pogoda była deszczowa, z małym i chwilowym przejaśnieniem. Mało widzieliśmy aktywnych owadów. Jednym z nich jest uwieczniony na zdjęciu karłątek leśny, samiec. Pora więc nieco więcej powiedzieć o naszym tytułowym bohaterze.

Karłątek leśny, zwanym także karłątkiem ceglastym (Thymelicus sylvestris), to motyl z rodziny powszelatkowatych (Hesperiidae). Jest gatunkiem pospolitym. Występuje w Europie, północnej Afryce i zachodniej Azji (aż po Iran) w strefie klimatu umiarkowanego, Ameryce Północnej. W Polsce spotkać go można w całym kraju. Zasiedla zakrzaczone łąki z wysokimi trawami, skraje lasów, śródleśne drogi, niewielkie polany. Rozwój trwa rok, występuje jedno pokolenie w roku. Dorosłe motyle obserwować można od połowy czerwca do końca lipca. Motylom do życia potrzebne są nie tylko kwitnące rośliny (nektar jako pokarm imagines) ale i rośliny żywicielskie dla gąsienic. Roślinami pokarmowymi gąsienic są różne gatunki traw (m.in. kłosówka wełnista, kłosówka miękka, kupkówka pospolita). Wykaszanie trawników kosami żyłkowymi prawie do samej ziemi powoduje, że nie mają gdzie rozwijać się gąsienice wielu gatunków motyli, w tym i karłątka leśnego. Trzeba dać czas motylom na rozwój.

W lipcu samica karłątka leśnego składa jaja na źdźbłach traw, w pochewce liściowej (do 30 jaj w jednej pochewce). Wylęg gąsienic z jaja odbywa się tego samego roku (od drugiej połowy lipca). Najpierw młodziutkie gąsienice zjadają osłonki jajowe (przyroda w swym funkcjonowaniu jest bardzo oszczędna, nic nie może się zmarnować), ale nie rozpoczynają żerowania na roślinach. Przędą wokół siebie jedwabne kokony i tak zimują, dodatkowo zabezpieczone pochewką liściową trawy. Wiosną rozchodzą się na różne strony i pojedynczo rozpoczynają żerowanie w rurkach ze zwiniętych liści traw. Są w ten sposób ukryte przed okiem drapieżników. Gąsienice są koloru zielonego, co utrudnia ich wypatrzenie w trawie.

Przepoczwarczenie, trwające 2-3 tygodnie, następuje w maju i czerwcu (czasem jeszcze na początku lipca), w luźnym oprzędzie, znajdującym się u podstawy rośliny żywicielskiej.

Karłatek leśny jest motylem o dziennej aktywności. Dorosłe większość czasu spędzają na wygrzewaniu się lub odpoczynku, z charakterystycznym, półotwartym układem skrzydeł. Tak jak ten na zdjęciu. Karłątki dobrze fruwają, manewrując między wysokimi trawami. I jak przystało na postać doskonalą (imago), za pomocą swojej rozwijanej trąbki, spijają nektar z kwiatów (zazwyczaj pożywiają się koło południa). Zaobserwowano jednocześnie, że poszczególne osobniki preferują kwiaty jednego gatunku. Kwiaty różnych gatunków roślin mają różną budowę a zatem nieco inaczej trzeba dostawać się do nektary. Preferowanie jednego gatunku (zazwyczaj najliczniejszego w danym miejscu) to oszczędność czasu na naukę spijania nektarów z kwiatów różnych gatunków. Ale karłątki zmieniają co jakiś czas preferowaną roślinę kwiatową, zwłaszcza gdy preferowanej wcześniej kwiatów jest mniej.

Na spacerze spotkaliśmy samca (widać to po charakterystycznej kresce na skrzydeł). Samce karłątków leśnych są terytorialne. Siedząc na wyższych źdźbłach trawy, kontrolują teren. Podrywają się do lotu, gdy zobaczą innego motyla i go ścigają. Samce przeganiają a samiczki starają się skłonić do amorów.

Karłątki leśne są motylami osiadłymi. Większość osobników spędza całe życie w jednym miejscu. Tylko nieliczne migrują dalej ( większość osobników w ciągu dnia przemieszcza się na odległość 20 m, nieliczne do 280 m). Dlatego jeśli wyginą na wspomnianym terenie koło Relaxu i Planety 11, bardzo trudno będzie w naturalny sposób odrodzić tę populację. Jak wspomniałem stanowi teren ten swoistą zieloną wyspę na „ocenie” betonowego miasta. Naturalnymi korytarzami mogłyby być przydrożne trawniki – ale te zazwyczaj są często i nisko koszone.

Kiedy będzie ładna pogoda, poszukaj trawnika lub jeszcze lepiej miejskiej łąki. Siądź w trawie i obserwuj. Teraz nastał czas karłątków. Ale i wiele innych gatunków roślin i zwierząt zobaczysz. Rozejrzyj się wokół i spróbuj rozpoznać ślady różnorodnych procesów, tych wielkoskalowych i tych bardzo lokalnych. Nawet w środku miasta świat przyrodniczy może być bardzo ciekawy. 

Przed lub po wyprawie zajdź do biblioteki by uzupełnić swoją wiedzę i lepiej zrozumieć, to co się widziało. W Planecie 11 jest dodatkowo wystawa, z QR Kodami, kierującymi do przyrodniczych opowieści. 

19731934_1587030624654645_4057878511529878320_n

2 razy O czyli wszystkiemu winni są cykliści – przykład z Olsztyna i Oslo

sczachor

mokbarierkaDwa razy O odczytać można jako dwa kółka (symbol roweru) lub/i jako dwie litery O – pierwsze litery Olsztyna i Oslo. Niedopowiedzenia rodzą różne skojarzenia, a to pobudza do twórczego myślenia. W sam razy by napisać o zrównoważonym transporcie w mieście.

W Olsztynie pracuje zespół „międzyresortowy” (czy jakoś tak), który debatuje nad tym,  jak ożywić olsztyńską Starówkę. Porusza sprawy różne, ale chyba o najważniejszych zapomina (ewentualnie te dyskusje nie docierają do opinii publicznej). Na tym małym, a zabytkowym fragmencie miasta, lokale gastronomiczne (tudzież sklepy czy inne małe interesy) pojawiają się i znikają. Starówka to wizytówka turystyczna Olsztyna a nie tylko interes kilku drobnych przedsiębiorców. Nic dziwnego, że w ożywianie tego fragmentu miasta angażuje się i ratusz.

Olsztyńska Starówka jest mała, ograniczona do średniowiecznej lokacji. Olsztyn powstał jako małe miasteczko, takich jak wiele w tej części obecnej Polski.

Interes by się kręcił i w restauracjach i sklepach, gdyby ludzi przychodzących tu było więcej. Ale jak zmieścić ich na małej przestrzeni, gdy powierzchnię fizyczną zajmują parkujące i jeżdżące samochody? Skąd problem? Miasto się rozrosło i dodatkowo zmieniła funkcja średniowiecznego fragmentu miasta – nie ma tu już targowiska. Bo przez wieki funkcja handlowa przywabiała ludzi z okolicy. Poznikały i sklepy – za sprawą galerii handlowych. Nawet ratusz przeniesiono, więc i funkcja administracyjna także odpadła. Pozostała tylko funkcja turystyczna – ze względu na zabytki: gotycki ratusz, katedrę, zamek, odbudowaną starówkę na planie średniowiecznych ulic. No i funkcja kulturalna: dwa muzea, galerie artystyczne (też chyba dwie, w porywach trzy ale i one szybko upadają), wydarzenia plenerowe. Teoretycznie sporo ludzi się przewija… a jednak za mało by utrzymać powstające lokale.

Na co dzień zapominamy, że turystyka to największy biznes na świecie. A w wieku XXI usługi kulturalne stanowią coraz bardziej ważny fragment życia ludzkiego i … społecznego. Mamy czasy… kryzysu czasu wolnego. Za nas pracują komputery i roboty a my nie wiemy, co zrobić z wolnym czasem. Dlatego rozwija się edukacja, kultura i usługi. Oczywiście jeśli jest do tego przestrzeń.

Nie da się zmieścić więcej ludzi… jeśli przestrzeń zajmują samochody. To zwykłe prawa fizyki.

LodzDobrze ilustruje to eksperyment z Łodzi, opatrzony powyższym zdjęciem (eksperyment po wielokroć powtarzany w wielu miastach). Ile miejsca na drodze zajmuje odpowiednio: 40 samochodów, 45 rowerzystów i jeden autobus, mogący pomieścić wszystkich prowadzących auta i rowery? Widać gołym okiem, że najwięcej miejsca zabierają samochody. To dla turystycznego miasta przestrzeń stracona. Łódzki eksperyment miał dowieść, że poruszanie się rowerem lub komunikacją miejską może wpłynąć na zmniejszenie korków w mieście.  

Wróćmy do olsztyńskiej Starówki. Po pierwsze samochody zajmują fizycznie przestrzeń (funkcja parkingu i ciągu transportowego) – bo nie można przejść ani postawić ogródka letniego, nie można w tym miejscu zrobić imprezy kulturalnej. Parking na starówce czy pod gotycką katedrą to marnotrawstwo przestrzeni i rozwojowa głupota. Zaparkować można kilkaset metrów dalej… a kościoła i zamku nie da się przenieść. Nie da się także wybudować nowej starówki w innym miejscu. W części te funkcje przejmują nowe centra handlowe, ale tylko w małej części. To, co najważniejsze (zabytki i kultura), jest teraz zawłaszczane przez egoizm i brak wyobraźni małej grupy osób. Dlaczego zawłaszczają unikalne miejsce kosztem potrzeb innych?

Po drugie ze względu na samochody jeżdżące na starówce jest niebezpiecznie. Ilustruje to górne zdjęcie: barierka przy wyjściu z placówki kulturalnej (Stary Spichlerz, Miejskiego Ośrodka Kultury) pojawiła się niedawno. Tuż pod drzwiami przejeżdża bardzo dużo samochodów. Ja sam kilka dni temu, wychodząc z lokalu, znajdującym się przy ul. Okopowej, wszedłem wprost pod koła jadącego samochodu. Na szczęście jechał wolno. Takich miejsc konfliktowych i niebezpiecznych jest co najmniej kilka. Inny przykład, wybrałem się na znakomity koncert w amfiteatrze. Było trudno przejść nie tylko chodnikiem ale i ulicą, bo nie tylko ciągnący sznur samochodów ale i zaparkowane na chodnikach auta. W większości z łamaniem przepisów… ale kto by tam zwracał na to uwagę… Dodatkowo poniszczone nowe chodniki z płyt granitowych. Przecież tych zniszczeń nie dokonały panie w szpilkach (duża siła nacisku na małej powierzchni obcasa).

Ilekroć zachodzę na olsztyńską Starówkę w sezonie wakacyjnym to widzę nieustający strumień jadących samochodów, bo szukają miejsca do zaparkowania. I przejeżdżają tylko. Sami nie korzystają (praktycznie są tylko przejazdem) i innym miejsce zajmują. Ile miejsca wyłączonego z ruchu? Jedna ulica (całorocznie a w sezonie dodatkowo druga), jeden plac - z Targiem Rybnym to dwa, malutkie. Kilka miejsc wyjątkowo niebezpiecznych dla turystów. I zniechęcających do kolejnych odwiedzin.

Zamiast ogródka letniego stoi samochód. Nowa, włoska restauracja i cukiernia przy ul. Okopowej. Zwabiły mnie do zajrzenia wystawione na chodnik stoliki. Znak, że w środku jest sympatycznie. Niczym na krakowskim Kazimierzu. Ale kto będzie chciał pić kawę czy jeść ciastko, gdy 10-20 cm obok niego przejeżdżają stale samochody? Chyba, że jest to akurat zlot starych pojazdów. Ale takie coś to tylko raz w roku.

Praw fizyki się nie zmieni. Gdy odbywa się jakaś większa impreza kulturalna, to straż miejska lub policja musi blokować przejazd. By zrobić ludziom miejsce. Jeśli ma się odbywać jakaś uliczna parada (np. przy okazji Olsztyńskich Dni Folkloru), to wcześniej policja musi pousuwać parkujące samochody. Inaczej korowód nie przejdzie lub nie będzie miejsca dla widzów, którzy by to chcieli zobaczyć. Skoro w czasie większych imprez usuwa się samochody by zrobić miejsce dla ludzi… to może zrobić tak całorocznie? Przecież wokół olsztyńskiej starówki są parkingi. Wystarczy przejść tylko 100-300 metrów…. Zostawmy wjazd na Starówkę tylko samochodom dostawczym i ratunkowym. Tak jak to jest w wielu miastach. Inaczej Starówka dalej będzie zamierać.

Potrzeby kulturalne olsztyniacy i turyści zrealizują gdzie indziej. Na przykład w Parku Centralnym. Skąd się bierze ten egoizm i zawłaszczanie wspólnej przestrzeni publicznej tylko dla siebie? Najdziwniejsze, że również za samochodami na Starówce są… restauratorzy (niektórzy). Odporni na wiedzę i przykłady z całego świata. Potrzebna jest na pewno wiedza… a ta bierze się z edukacji. Szkolna nie wystarczy, potrzebna pozaformalna i ustawiczna. Czyli poza murami szkoły (a nie miasta). Na przykład w mediach publicznych. Brak zrozumienia zarówno praw fizyki jak i funkcjonowania społeczności miejskiej czy ekosystemu miejskiego. Brak zrozumienia… samego człowieka.

Pora na drugie kółko lub O. Przykład z Oslo, by pokazać, że jest to możliwe, zaczerpnięty z artykułu Ewy Szekalskiej pt. Gdy kierowca staje się gościem w mieście...  Oslo zwyciężyło w konkursie na Zieloną Stolicę Europy. Za ambitnymi celami redukcyjnymi idą tu takie kroki, jak planowany od 2019 r. niemal całkowity zakaz wjazdu prywatnych samochodów do centrum. Dodajmy, że centrum norweskiej stolicy jest duuuużo większe niż maleńka olsztyńska Starówka…. w 2019 roku w Oslo powierzchnia 1,7 km kw. będzie niemal całkowicie uwolniona od pojazdów osobowych (jakiż ułamek tej przestrzeni stanowi olsztyńska Starówka). Do tej pory transport przyczynia się w Oslo aż w 61 proc. do emisji CO2, z czego 39 proc. pochodzi z samochodów prywatnych. Ambicje norweskiej stolicy idą dalej, do 2050 r. miasto ma stać się neutralne węglowo (bilans emisji dwutlenków węgla ma wyjść na zero). Już w latach 2015-16 ponad 30 proc. wszystkich nowych samochodów sprzedanych w Oslo było autami elektrycznymi lub hybrydowymi. Norweskie miasto nie zadowala się obecnością 35 tys. elektrycznych aut i autobusami, w jednej trzeciej o napędzie alternatywnym. W Oslo ograniczenia dla kierowców będą wprowadzane stopniowo. W 2017 r. mają zostać zlikwidowane prawie wszystkie uliczne miejsca parkingowe w centralnej strefie (a jest ich prawie 600). Nie będzie możliwe przejechanie samochodem przez centrum, choć mieszkańcy będą mogli dostać się do swoich domów.

Samorządowi norweskiej stolicy chodzi o to, by jak największa część Oslo służyła różnorodnym aktywnościom i potrzebom innym niż transport – przestrzeń zostanie uwolniona pod działalność związaną z kulturą, sztuką, pod stojaki rowerowe i place zabaw oraz ogródki restauracyjne. W stolicy Warmii i Mazur, zarówno mieszkańcom jak i turystom przydałoby się odrobina ruchu (przejście kilkaset metrów od zaparkowanego samochodu). Tym bardziej, że współcześni Polacy chorują od braku ruchu i otyłości. Zatem ograniczenie ruchu samochodowego na maleńkiej, olsztyńskiej Starówce przysłuży się zdrowiu (ruch i mniej zanieczyszczeń), zaspokajaniu potrzemy kulturowych jak i rozwojowi ekonomicznemu... miasta ogrodu – bo takim się lansuje Olsztyn.

Jak nieznajomy usunął mnie z grona znajomych

sczachor

czerwiec_2017Analiza języka, jakim się posługujemy chyba dużo może powiedzieć o naszych myślach i charakterze. Naukowcy analizują słownictwo i wyciągają różne wnioski. A przeciętnemu Kowalskiemu z pomocą przychodzą komputery i automatyczna analiza.

Zamieszczona grafika to przykład takiej darmowej zabawy – program analizujący słowa, używane na Facebooku. Byłoby przydatne, ale nie wiem z jakiego okresu „apka” analizowała moje wpisy na Facebooku: tydzień, miesiąc, dłużej? Nie znając materiału i metod nie sposób poprawnie zinterpretować. To tylko zabawa a nie naukowa analiza. Bo bez znajomości materiału i metod nie sposób powtórzyć analizy jak i zrozumieć jej zakres informacyjny. Niby jest ale tak na prawdę nie ma.

W nauce ważna jest powtarzalność i weryfikowalność. Dlatego w publikacjach umieszcza się możliwie szczegółowe informacje co i jak analizowano.

Atmosfera w Polsce do wielu miesięcy gęstnieje. Temperatura dyskusji coraz wyższa. Na ulicach manifestuje się nawet rękoczynami. Dziwne czasy…. Być może socjolodzy i językoznawcy potrafili by coś powiedzieć o tym, co się z nami dzieje, analizując np. język polityki i dnia codziennego. W dużych liczbach być może udałoby się wychwycić jakieś prawidłowości, które pozwoliłyby nam zrozumieć. Zrozumieć to co się z nami, jako narodem, dzieje. I jak przeciwdziałać negatywnym procesom i złym emocjom. Emocje napędzane nienawiścią przybierają różne formy. Nawet na Facebooku dzieją się rzeczy niemożliwe (pozornie niemożliwe). Bo jak na przykład nieznajomy może usunąć z grona znajomych? Przecież najpierw … trzeba się zaznajomić!

A było to tak. Na swojej tablicy facebookowej umieściłem link do artykułu Znany polski arcybiskup oddał swoje mieszkanie uchodźcom. "Nie zrobiłem nic wyjątkowego" z takim komentarzem: „Pełen szacunek. Przykład i świadectwo.” Widoczny na Facebooku fragment brzmiał tak: „- Nie mam rodziny, jestem prostym kapłanem, zaoferowanie mieszkania nic mnie nie kosztowało - mówi Konrad Krajewski, ksiądz, który na co dzień w imieniu papieża niesie pomoc biednym. Arcybiskup Konrad Krajewski udostępnił swoje mieszkanie syryjskiej rodzinie, która przybyła do Włoch w ramach pomocy humanitarnej. Parze urodziła się właśnie mała dziewczynka. "To jest normalne" Duchowny zamieszkał w pobliskim biurze, gdzie na co dzień pracuje i pomaga bezdomnym. Przez kilka tygodni żył w pokoju na parterze, następnie przeniósł się do pokoju na piętrze, gdzie ma więcej prywatności.”

W komentarzach pojawiła się i taka wypowiedź” „Robson Tk: I na koniec... usuwam Pana z grona znajomych, bo nie życzę sobie obłudy w moim otoczeniu. Bez urazy.” Nie dociekałem jakiej to obłudy się dopuściłem, nie na mój rozum i czas. Zaciekawiło mnie to demonstracyjne usunięcia z grona znajomych… Bo na Facebook nie mam i nie miałem wśród znajomych takiej osoby. Po prostu nieznajomy ukrywający się na dotatek pod pseudonimem. NIe będąc moim znajomym nie mógł mnie usunąć z grona znajomych. To tylko taka demonstracyjna forma wyrażania negatywnych emocji.

W czym rzecz? Może po prostu śledził mój profil (znajomych mam mniej niż 400, obserwujących mój profil jest około 700). Zajrzałem na facebookowy profil tej osoby, ukrywającej się pod dziwacznym pseudonimem. Znalazłem na jego tablicy zdjęcia roznegliżowanych kobiet i facetów z bronią. Sama męskość, seks i wojna. I wielkopolski nacjonalizm. Od wielkiej Polski o do morza do morza a nie od Wielkopolski… Z całą pewnością, ani nazwa, ani zawartość nie wskazuje na mojego znajomego.

Po prostu nieznajomy stał się jeszcze bardziej nieznajomym? Internetowe narzędzia, w tym Facebook, umożliwiają tworzenie więzi między ludźmi, jakich do tej pory nie mogliśmy mieć. Ewolucyjnie i kulturowo całkiem nowa sytuacja. 

Edukacyjne drugie śniadanie w Parku Centralnym

sczachor

19575220_10212046698796135_5610946382005458099_oOd kilku dni padało, a tego dnia mżyło od rana. A mimo to zaplanowane edukacyjne drugie śniadanie na trawie w parku się odbyło. Zielona przestrzeń publiczna jest przyjazna na spotkania niekomercyjne. W zasadzie dorośli ludzie odkrywają na nowo … podwórka swojego dzieciństwa.

Pogoda jest zawsze, tylko czasem ubranie nie jest dostosowane do aury. Było za mokro by rozłożyć się na trawie, ale wystarczająco pogodnie by zasiąść pod wiatą w miejskim parku. I niezobowiązująco porozmawiać.

Odbyła się światowa prapremiera bajki kamishibai o pszczołach i molu książkowym. To efekt malowania moli na dachy biblioteki (Molariusz Warmińsko-Mazurski).Maria Karbowska zadebiutowała ze swoja bajką. Sama ją ułożyła, sama wykonała ilustracje. Ciąg dalszy nastąpi już w połowie lata.

Był mobilny, parkowy bookcrossing i rozmowy o książkach, podwórkach, zabawach z dzieciństwa. Był pokazany pomysł na grę edukacyjną, przygotowywaną na Europejską Noc Naukowców 2017, we wrześniu. Była prezentacja edukacyjnego programu Kahoot. Były ciasta domowej roboty, prezentacja powstającego malowanego portretu, dopłynęli kajakarze. I były dyskusje o tym, że trzeba się spotykać właśnie tak, niezobowiązująco, edukacyjnie. I że trzeba jakąś stronkę z informacjami o takich spotkaniach zrobić.

Na co dzień narzekamy na internet, portale społecznościowe i Facebook. Ale te „przekleństwa” umożliwiły nam nie tylko spotkanie w parku lecz również… współudział w śniadaniu w Szkocji. Współczesna technika pozwala nam budowanie i utrzymywanie więzi znacznie szerzej niż kiedyś. Ani deszczowa pogoda ani odległość nie jest przeszkoda by się spotykać. I rozmawiać, planować. Nie wszystko się udało tak jak planowaliśmy. Ale to nie jest ważne, bo wyszły dodatkowo inne rzeczy. Spotkanie otwarte na ludzi i na dziejące się pomysły.

Zaplanowaliśmy edukacyjne spotkanie na trawie, a w zasadzie na łące, w miejskim parku. By niespiesznie porozmawiać o edukacji, w tym nieformalnej i wakacyjnej. Miało być spotkanie rodzinne i przyjacielskie z dzieleniem się wiktuałami, dobry słowem, książkami i uśmiechami. I tak było, choć pogoda zmniejszyła przewidywaną frekwencję. Nie robimy tego dla „wyniku” tylko z czystej przyjemności spotykania się. Nie czekamy na gotowe. Sami organizujemy. Park to miejsce publiczne. Korzystajmy więc z przyrody w mieście i przestrzeni publicznej, nie tylko tego jednego dnia. Przyjemnie jest poleżeć na kocyku i boso pochodzić po trawie. A rozmowy... to budowanie więzi społecznych. Tak narodził się Homo sapiens.

Zapowiedź była tu: https://www.facebook.com/events/307183039708086/

To nie był pierwszy raz… i na pewno będą kolejne spotkania tego typu. Musimy tylko wymyślić dobry sposób informowania ludzi, bo wielu by chciało wcześniej wiedzieć o takich inicjatywach. Coś na pewno wymyślimy….

A niżej ilustracja z symultanicznego spotkania gdzieś w Szkocji. Byliśmy razem, niczym na podwórku.

19577098_1950528051826149_4641911265853605630_o

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci