Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Upowszechnianie wiedzy: kolokwializmy (relacja z Wrocławia cz. 6.)

sczachor

DSCN6768Kolokwializmy używane w tekstach popularnonaukowych (na przykład na blogach i portalach społecznościowych) rażą oczytanych, innych nie. Podobnie jak specjalistyczny język (żargon naukowy). Nie ma jednego wzorca czytelnika, zatem nie ma i uniwersalnego przekazu dla wszystkich.

Inaczej jest w mowie potocznej, w której nie zwracamy uwagi na kolokwializmy i niedokładną formę. Mamy kontakt wzrokowy ze słuchaczem i widzimy jego reakcję. Możliwa jest szybka informacja zwrotna i korygowanie przekazu. Zupełnie inaczej jest w publikacji: nie widać odbiorcy i jego reakcji. Nie widzimy czy i ile zrozumiał z naszego przekazu i intencji.

Blog internetowy formą pośrednią, a zwłaszcza portale społecznościowe - komentarze pojawiają się szybko. Co prawda są napisane, ale pojawiają się szybko, co trochę przypomina komunikację bezpośrednią. Jednak widzimy pismo i nastawiamy się odruchowo na dopracowany przekaz słowny. Te wymieszane, hybrydowe style wprowadzają nas w zakłopotania. Są nowe cywilizacyjnie. Na przykład na Facebooku komunikacja przypomina mowę potoczną – piszemy tak jak mówimy a czytamy jako pismo. Stąd dysonanse. Standardy i poprawność stylu komunikacji w tej formie przekazu dopiero się rodzi.

Na dodatek styl naukowy rządzi się swoją logiką. Przekaz naukowy powinien być precyzyjny i obiektywny. Dlatego w publikacjach przestrzega się z zasady precyzji języka nauki: precyzja ponad estetyką. Obiektywizm ponad pięknem sformułowań i barwnością opowieści. Jednak coraz bardziej komunikacja naukowa i popularnonaukowa wkracza w obszary komunikacji popularnej.

W popularyzacji nauki ważny jest kontekst sytuacji (tak jak w każdej komunikacji międzyludzkiej): np. liczba odbiorców, miejsce i sytuacja. Najprostszą i najstarszą cywilizacyjnie formą jest rozmowa i dyskusja. Kolejną jest referat konferencyjny czy wykład. Tutaj kolokwializmy mogą dużo bardziej razić a język żargonu naukowego (specjalności) wręcz bywa pożądany. Jest w jakimś stopniu wyznacznikiem elitarnej wspólnoty. Jeszcze inną formą jest publikacja naukowa, relacjonująca możliwie zwięźle i obiektywnie wyniki badań. Jest w swej treści wyrywkowa, wycinkowa. Znacznie bardziej rozbudowany przekaz przybiera formę książki: wypowiedź zaplanowana, uporządkowana, zamknięta.

Blog to nowa forma i dopiero jest „oswajana” przez środowisko akademickie. A jednocześnie jest jedną z popularniejszych form upowszechniania wiedzy. Trzecia rewolucja technologiczna znacznie wzbogaciła różnorodność tekstów naukowych i popularnonaukowych: artykuł, raport, artykuł przeglądowy, esej, publicystyka, polemika, recenzja, felieton, vlog itd. Dodatkową różnorodność wprowadza cel publikacji: cel edukacyjny lub poznawczy (badawczy). Rzetelność i obiektywizm powinny być takie same ale różni się odbiorca. W przypadku publikacji są to inni specjaliści, w przypadku celu edukacyjnego (czy upowszechniani wiedzy) odbiorca nie ma już tak wąskiej, specjalistycznego wiedzy.

I przed tymi wszystkimi dylematami staje zarówno dziennikarz jak i naukowiec czy nauczyciel akademicki. Wystarczy jednak odrobina empatii i wyobraźni a także chęć dotarcia do odbiorcy, by z tymi meandrami sobie dobrze poradzić. Byle by był tylko czas na odpowiednie przygotowanie się. A wprawa? Ta się pojawi w trakcie kolejnych prób i ćwiczeń. W życzliwym i otwartym środowisku edukacyjnym łatwiej ćwiczyć i popełniać błędy. Bo odbiorcy są nastawieni na komunikację a nie etykietę formy.

Upowszechnianie wiedzy i komunikacja: blogi i uproszczenia (relacja z Wrocławia cz. 5.)

sczachor

15380411_1198370920243378_7566912759558642931_nBlogi to nowa forma upowszechniania wiedzy, zarówno w sensie dziennikarskim jak i formy komunikacji akademickiej (uzupełnienie konsultacji i wykładów). Czy w krótkiej formie można ustrzec się zbytnich uproszczeń i strywializowania? Na dodatek pisać może każdy. Zatem pojawiają się obawy, że w blogowym upowszechnianiu wiedzy zbyt są duże uproszczenia, czasem wieje nudą i monotonią. Trudnością w pisaniu jest i to, że nie widać odbiorcy i jego reakcji. Zatem czy w blogowych opowieściach literatury faktu uda się uniknąć zbytnich uproszczeń a z drugiej strony nudy? Potrzebny jest złoty środek, ale wymaga wysiłku i czasu (lub pieniędzy).

Blog przez swą częstotliwość i otwartą formułę jest jak serial z niezaplanowaną fabułą. Jeśli się trzymać jednego, wąskiego tematu, to może stać się nudny i skierowany do wąskiego grona odbiorców. Z drugiej strony duża różnorodność może być grochem z kapustą, o wszystkim po trochu.

Blog jest jak serial, tematyczny felieton, lub książka w tworzeniu. Szeroko lub wąsko tematyczny (jednotematyczny). Mój ma już prawie 13 lat, zmienia się jego koncepcja i możliwości techniczne. W tej chwili jest już opublikowanych ponad 1900 wpisów o różnej wielkości, temacie i jakości. Czytelnik widzi tylko fragment i wycinek (pojedyncze wpisy), nie zna całości i historii (chyba, że wierny i stały czytelnik, albo zmotywowany, by krok po kroku przeczytać wszystkie lub wiele wpisów). Książkę całościowo zaplanowaną trzeba przeczytać w całości, by zrozumieć o co w niej chodzi. Blogi i seriale czytamy/oglądamy wyrywkowo. Czasem tylko pojedyncze wpisy. Czy nowy czytelnik przegląda wszystkie wpisy? Trudno się po blogu poruszać – jest jak przewijanie papirusu. Tak jak każda forma i blog jest ułomny.

Koncepcją mojego bloga jest to, by był jako uzupełniająca forma kontaktu i komunikacji. Jest dla studentów (w szerokim słowa tego znaczeniu) uzupełniającym repozytorium z materiałami pomocniczymi. Zacząłem z myślą o swoich studentach, potem pomysł rozszerzył się znacznie w kierunku edukacji ustawicznej i pozaformalnej. Jest także sposobem na głośne, otwarte myślenie i porządkowanie pomysłów.

Drugim celem mojego blogowania było pokazanie codziennego życie naukowca z całą różnorodnością i wielowymiarowością. Stąd różnorodne wtręty z życia codziennego i pozaakademickiego. One też wpływają na jakość pracy, czasem są inspiracją. W ciągu tych kilkunastu lat można zobaczyć zmiany, jakie dokonują się w szkolnictwie wyższym i roli uniwersytetów.

Blog charakteryzuje się częstością wypowiedzi, systematycznością ale i wyrywkowością. W pewnym sensie jest jak karczma - te dobre są stale odwiedzane, cytowane, „przedrukowywane” (udostępniane). Na przykład już od dłuższego czasu przedruki z tego bloga pojawiają się na portalu Lumen, niektóre, dotyczące edukacji, na portalu edunews.pl, wcześniej przyrodnicze na portalu przyrodniczym Gazety Olsztyńskiej (tematyka dotycząca różnorodności biologicznej naszego regionu). To tylko przykłady, gdyż publikowanie na wolnej licencji (creative commons) ułatwia upowszechnianie wiedzy.

Inną nową formą upowszechniania nauki są filmy, także te amatorskie, zamieszczane nie tylko na statycznych stronach www ale i na portalach społecznościowych (np. Facebook) czy kanale YouTybe. Możliwości komunikacji jest coraz więcej i stopniowo ich się uczymy jako społeczność akademicka. Nie bez potknięć i zagmatwanych poszukiwań. Uczymy się obsługi technicznej sprzętu i oprogramowania jak i dostosowania do poziomu odbiorcy.

Z kolei książka – ta najbardziej zasłużona dla upowszechniania wiedzy forma - to długa opowieść, zwarta, zamknięta, zaplanowana, jednorazowa. Mozemy ją zobaczyć dopieo w zakończonej formie. Poza tradycyjnymi papierowymi jest coraz więcej e-booków i innych wersji elektronicznych. Zmniejszone koszty i łatwość techniczna powoduje, że są coraz powszechniejsze.

A czy w różnorodnych formach upowszechniania wiedzy szukamy informacji czy inspiracji, pytań czy gotowych odpowiedzi?

 

Fot. Ewa Krawczyk (Cold Spring Harbor Laboratory)

Czytaj także:

Upowszechnianie wiedzy i komunikacja (relacja z Wrocławia cz. 4.)

sczachor

mostGdy jechałem na dyskusję panelową do Wrocławia, to starannie przygotowałem swoje wypowiedzi (znałem tematykę i pytania wprowadzające) ale i tak dyskusja potoczyła się inaczej. Trzeba być gotowym na improwizację i modyfikację. Dyskusja ma swoją niepowtarzalną i nieprzewidywalną do końca dynamikę. A teraz przepisuję notatki i nadaję im kolejną wersję, bogatszą o przemyślenia. Słowo pisane ma swoją logikę i wymusza inne ułożenie treści. Dopowiedzenie, doprecyzowanie.

Druga część dyskusji panelowej zatytułowana była „Sposoby prezentacji informacji”. Jakie jest postrzeganie informacji z perspektywy promotora, dziennikarza, naukowca i przeciętnego użytkownika? Kontekst sytuacji sporo zmienia. Ale pewna zasadnicza część pozostaje niezmienna i identyczna. Istotne wartości dla każdej z wymienionych grup odbiorców są zapewne różne. Odbiorca oczekuje przejrzystego i czytelnego przekazywania informacji. Zatem pojawia się kolejne pytanie o jakość informacji. Po co nam ta informacja: dziennikarzom, promotorowi, wykładowcy? Punkt widzenia prezentującego i odbiorcy może być różny.

Niezależnie od tego, czy jest to wykładowca czy dziennikarz, należy mówić i pisać do ludzi, a nie do siebie, gdy ewentualnie publiczność jest tylko tłem – to jest to po prostu głośne myślenie ze statystami. Jeśli przekaz mówiony czy pisany adresowany jest do odbiorcy, to ważne jest wyobrażenie sobie lub poznanie kontekstu sytuacji i okoliczności, w których ten przekaz zaistnieje. To można sobie wyobrazi, przemyśleć. I nie ważne, że realizacja może się w jakimś stopniu rozminąć z planami. Dialog jest zawsze nieprzewidywalny w jakimś przynajmniej stopniu. W dialogu tworzy się nowa wartość, tworzona przez obie strony. Wtedy wykład czy artykuł nie będzie tylko rytuałem ale i komunikacją międzyludzką w pełnym tego słowa znaczeniu.

Czy można sobie wyobrazić co wiedzą i czego chcą (kontekst sytuacji) słuchacze/czytelnicy? Im poprawniej odpowiemy sobie na to pytanie, tym trafniej dobierzemy treść i formę. W przypadku promotora na seminarium jest jeszcze aspekt dydaktyczny. Bo można chcieć wywołać efekt zadziwienia problemem czy nawet stresu. W dydaktyce przecież nie chodzi tylko o przekaz informacji ale i o stworzenie sytuacji edukacyjnej (tworzenie środowiska edukacyjnego).

Przygotowując referat czy artykuł warto przemyśleć dostępność informacji, którą chcemy przekazać. I odróżnić elementy ważne i mniej ważne, w tym dokładność podawanych informacji. Zatem kolejny raz trzeba zastanowić się co już wie słuchacz/czytelnik. Bo przecież staramy się mówić do ludzi a nie tylko do siebie samego. Tutaj pojawia się kwestia wyobraźni i empatii.

Słuchaczowi/czytelnikowi pozostaje podążanie za informacją i jej weryfikowanie. Po co jest odbiorcy konkretna informacja? Precyzyjna, prawdziwa, wiarygodna. Jakie jest źródło jej uwiarygodnienia, które zechcemy pokazać świadomie lub nieświadomie? Czyli co chce wykładowca, dziennikarz czyli nadawca przekazywać i jakiej spodziewa się reakcji.

Kiedy już wiemy (przemyślimy) co chcemy przekazać, wtedy pozostanie tylko dostosowanie formy by przekazać treść w prosty sposób ale nie uproszczony. To wielka sztuka. Więc trzeba ćwiczy, ćwiczyć po wielokroć. Uczymy się całe życie. Temu służą także seminaria na uniwersytetach. A i studenci sami tworzą sobie dogodne sytuacje i środowisko edukacyjne, czego przykładem jest dyskusja panelowa, zorganizowana przez studentów Politechniki Wrocławskiej.

W roli nadawcy, czy to w postaci referatu na seminarium czy konferencji lub artykułu w mediach występują także studenci. To przede wszystkim z myślą o nich spisuję tę relację i uporządkowane „porady”. Treść można ułożyć na kilka różnych sposób (różne pomysły i scenariusze): od ogółu do szczegółu, można zacząć od abstraktu: główny przekaz na początku, albo dopiero na zakończenie, jak rozwiązanie zagadki w kryminale, albo od planu wypowiedzi. Można i od szczegółu do ogółu (pokazać tok myślenia i dochodzenia do wniosków). Albo od decyzji końcowej a w trakcie pokazać jak do tego doszliśmy. To nie wyczerpuje wszystkich możliwych scenariuszy i pomysłów.

Bardzo dobrze jest znać temat i rozumieć przekazywane treści by przekazać to zwięźle, krótko precyzyjnie i wiarygodnie. W trakcie przygotować przy okazji dogłębniej poznajemy zagadnienie. A jak w czasie realizacji zorientujemy się, że nie bardzo rozumiemy… to też jest zyskiem. Jest jeszcze czas by poznać dokładniej problem i jeszcze kilka razy go przemyśleć. W tym przedyskutować. Bo dyskusja jest zbiorowym myśleniem. Także dyskusja panelowa. A jeśli rozumiemy i znamy referowane zagadnienie to znacznie łatwiej można dostosować przekaz do sytuacji, poziomu słuchaczy i ich oczekiwań. Nie odczytujemy jak kserokopiarka lecz budujemy opowieść od nowa, dostosowaną do okoliczności i publiczności.

Trening jest podstawa. Od tego są przecież studia i przestrzeń uniwersytecka by się ciągle uczyć: mówienia i pisania. Przydatną formą są krótkie prezentacje typu elevator speech (prezentacja w windzie). Mamy na zaprezentowanie swojego pomysłu kilkadziesiąt sekund, góra 2-3 minuty. I to bez komputera z rzutnikiem multimedialnym. Jeśli uda nam się zainteresować słuchacza (w tym przypadku kogoś ważnego, decyzyjnego, może szefa) to w efekcie możemy usłyszeć potwierdzanie, i akceptację „tak, zrób to”. Albo zaproszenie do dalszej rozmowy „tak, podaj mi szczegóły”, „tak opowiedz mi w szczegółach.”

To samo można opowiedzieć słowem, pismem, obrazem, scenką i to na różne sposoby. Warto poćwiczyć. Jeśli nie teraz, to kiedy? Korzystaj wiec z okazji by występować i ustnie przedstawiać swoje relacje, pomysły, dokonania oraz w formie pisanej (tradycyjna prasa lub internetowe blogi i fanpejdże. Studiowanie to nie tylko uczęszczanie na zajęcia obowiązkowe i „odrabianie lekcji”, to także samodzielne wyszukiwanie nieobowiązkowych możliwość współtworzenie gazet studenckich.

Na ilustracji most z Wrocławia. Most jako symbol łączenia, komunikacji i inżynierskiego osiągnięcia. Wszak byłem u studentów z politechniki.

Sposoby pozyskiwania rzetelnej informacji (relacja z Wrocławia cz. 3.)

sczachor

WP_20171109_10_47_27_ProJechałem daleko, przez całą Polskę, by dyskutować, dzielić się swoją wiedzą ale i po inspirację (dialog zawsze inspiruje i ubogaca). Długa podróż to taka swoista wymuszona pustelnia, oderwanie od zabieganej codzienności i możliwość spokojnego przemyślenia… na zadany temat. A tematem dyskusji panelowej, na którą jechałam na zaproszenie studentów z Politechniki Wrocławskiej, było „Przekazywanie informacji naukowej i nie tylko naukowej”. Dwukrotnie porządkowałem swoje myśli: przed, gdy przygotowywałem się do dyskusji na znany temat oraz po, gdy znałem już wypowiedzi innych panelistów oraz zaistniałą dyskusję. Pisanie ułatwia porządkowanie myśli i samo myślenie. A teraz przepisuję notatki z pociągu i… trzeci raz nad tym zagadnieniem się zastanawiam i precyzuję niektóre sformułowania. Takie życie po życiu… dyskusji. Jeszcze raz (już tylko wirtualnie, w głowie i myślach) dyskutować i formułować wypowiedzi, notować w głowie i na papierze. Podróż jest dla mnie nieodłącznym elementem każdej konferencji naukowej. Jest elementem uporządkowanie myśli. Taka swoista, temporalna i mobilna pustelnia w podróży.

Gotowość do samokrytyki i weryfikacji oraz otwartość na błędy, to wszystko jest potrzebne na początek by pozyskiwać rzetelne informacje.

Najprostszą i najstarszą formą pozyskiwania rzetelnych informacji jest po prostu zapytanie innej osoby. W formie bezpośredniej lub listem czy przez internet. Technika nas zbliża i ułatwia kontakty. Dawniej, dotarcie do eksperta było trudniejsze, bo żyliśmy w małych społecznościach. Teraz, w społeczeństwie globalnym i w epoce trzeciej rewolucji technologicznej, jest znacznie łatwiej. Odszukać i zapytać. Zatem najprościej po prostu zapytać. I tu potrzebne tak zwane miękkie kompetencje społeczne (o tym jeszcze niżej).

A skoro jest pytanie to jest i dyskusja bezpośrednia lub na odległość (opóźnienie). W dyskusji pojawiają się pomysły i wnioski, które nie istniały w głowie żadnego dyskutanta osobno. Dlatego wspominałem o konektywizmie: wiedzy powstającej w relacji, wiedzy rozproszonej w sieci mózgów (dojrzewającej i ujawniającej się w dialogu. Ludwik Fleck nazywał ten proces kolektywami myślowymi (początek XX wieku).

Zapytać. Niby takie proste, ale trzeba umieć i się odważyć. Kiedyś dotyczyło to umiejętności zapytania drugiego człowieka. Zatem potrzeba odrobiny śmiałości i umiejętności interpersonalnych. W nauce także przydatna jest znajomość języków obcych lub międzynarodowego języka nauki (kiedyś była to łacina, teraz angielski). To także znajomość terminologii specjalistycznej i żargonu naukowego. Ale dzisiaj ta umiejętność dotyczy także… umiejętności zapytania „maszyny” i poradzenia sobie z nowymi technologiami. Obsłużyć pocztę elektroniczną, wyszukiwarkę, programy do wideokonferencji czy czaty itd. Inteligencja społeczna pozwala nam prowadzić rozmowy z ludźmi. Teraz dodatkowo uczymy się zupełnie czegoś nowego - rozmów ze sztuczną inteligencją. Umieść zapytać człowieka a teraz maszynę to rozumieć procesy interpersonalne, języki obce a także język maszyny i sposób działania algorytmów.

Drugim sposobem pozyskiwania rzetelnych informacji jest sięgnięcie do źródeł i przeczytanie. A więc zapoznać się z uporządkowanymi, dopracowanymi wypowiedziami innych, spisanymi i wydrukowanymi. Zatem sprowadza się do umiejętności nie tylko czytania (w przypadku starodruków i rękopisów nie jest to takie proste jakby się zdawało – to konieczność czytania archaicznych języków i innych krojów pisma). Szukanie w bibliotece i w książkach czy czasopismach to poznawanie tego, do czego inni wcześniej doszli. To także umiejętność korzystania z zasobów w bibliotekach, zasobów elektronicznych czy szeroko pojętego internetu. W gąszczu informacji wszelakich nie tak łatwo się poruszać. A na dodatek trzeba wybrać te wiarygodne i przydatne.

I w końcu eksperyment. Nauka nowożytna zaczęła się w momencie, gdy uczeni odeszli od ksiąg i zaczęli szukać np. roślin w terenie. Zobaczyć jakimi są a nie tylko zapoznawać się z tym, co inni kiedyś o nich napisali. I spierać się, który starożytny autor prawdziwiej o danej roślinie napisał. Specyfiką nauk przyrodniczych (empirycznych) jest szukanie odpowiedzi także w „dialogu z przyrodą” czyli obserwowanie i eksperymentowanie.

Wybieranie między pytaniem specjalisty, czytaniem w mądrych księgach a eksperymentem to wybór między tym co szybsze i dostępniejsze. Czasem szybciej i łatwiej zapytać (gdy specjalista blisko i „pod ręką”), czasem łatwiej i szybciej przeczytać, gdy odpowiednie źródła są w pobliskiej bibliotece lub dostępnych zasobach internetowych. A czasem łatwiej wykonać eksperyment by szybko zweryfikować lub czegoś nowego się dowiedzieć.

Jak ocenić wiarygodność? To pytanie jest bardzo zasadne. Dotyczy zarówno pytania i rozmówcy jak i czytanych treści w książce czy publikacjach jak i interpretacji eksperymentu. To wszystko wymaga różnych umiejętności i kompetencji. Warto się ich nauczyć by nie być roznosicielem faktoidów i samemu nie dać się omamić (nie chorować i nie być roznosicielem choroby czyli fałszywych sądów i informacji).

Nieprawdziwe, błędne lub nie do końca rzetelne informacje mogą wynikać z kilku przyczyn. Na przykład z niedokładności (czy to odczytu aparatury badawczej czy zapamiętania i przekazania zasłyszanej informacji, niedokładności kopiowania itp.). Mogą wynikać ze świadomego oszustwa i chęci wprowadzenia w błąd. Wszystko to znane jest ludzkości od bardzo dawna.

Metodologia naukowa wypracowała swoje własne standardy i procedury, które ułatwiają wyszukanie informacji wiarygodnych. Wyrosły one z myślenia zdroworozsądkowego i kompetencji społecznych, znanych ludzkości od dawna. Po pierwsze trzeba korzystać z wielu źródeł. Na przykład zapytać kilku specjalistów, kilka różnych osób (świadków). Lub w przypadku publikacji i treści internetowych poszukać kilku różnych i niezależnych źródeł (publikacji, autorów, wydawnictw). Każde źródło można weryfikować w kontekście jego powstania. I trzeba być otwartym na błąd, zarówno autora jak i swój własny.

Wiarygodność w kulturze słowa (dawne wieki, gdy jedynym lub głównym kanałem komunikacji był język mówiony) i w małych społecznościach wynikała ze znajomości rozmówcy i rozumienia języka ciała. Znam kogoś (lub opinię o nim) od dawna i z różnych sytuacji. Wiem więc czy mu w danej sprawie zaufać czy nie. Ponadto język ciała to dodatkowe sygnały niewerbalne, które czasem potrafimy odczytać (inteligencja emocjonalna) i szybko ocenić wiarygodność rozmówcy.

W kulturze pisma, gdy krąg osób pozostających w kontakcie znacznie się rozszerzył, najczęściej autora informacji nie znamy. Jak więc osobiście ocenić jego wiarygodność lub wiarygodność tekstu i przekazu? Tego też ludzkość się nauczyła. W przypadku prac naukowych zwracamy uwagę na datę publikacji (w szybko rozwijającej nauce niektóre dane i hipotezy szybko ulegają dezaktualizacji), wydawnictwo lub czasopismo i kontekst. Potrzeba więc rozumieć procesy społeczne a nie tylko posiadać umiejętność czytania. Zwracamy uwagę na spójność przekazu i tak jak w języku ciała wyszukujemy różnych elementów, które albo zwieszają albo zmniejszają wiarygodność. Podobnie jest w kulturze internetu, tej najnowszej i nam najbliższej. Na źródła internetowe najczęściej narzekamy. A przecież są tak samo wiarygodne/niewiarygodne jak przekaz ustny czy pisany. To tylko utrwalona forma komunikacji, sama jej istota nie uległa zmianie.

Nie wszystko można i warto weryfikować dokładnie. Bo nie mamy na to czasu. Na pewno warto zweryfikować informacje nowe lub istotne. Tak jak polegamy na opinii osób (ich autorytet, wiarygodność, solidność, rzetelność) tak wyrabiamy sobie opinię o konkretnych źródłach drukowanych czy elektronicznych. Ludzie od zawsze popełniali błędy lub świadomie i celowo oszukiwali. Czy warto poświęcać czas na weryfikację wszystkiego? Tylko tego, co ważne i istotne. Bo do weryfikacji trzeba uważności, czasu i energii.

c.d.n.

Metody i inspiracje w pozyskiwaniu informacji (relacja z Wrocławia cz. 2.)

sczachor

panelowa_dyskusjaDyskusja i debata to jakaś forma głośnego myślenia… konektywnego (kolektywnego). Konektywizm nie narodził się dopiero w epoce internetu. Pojawił się w społeczności dyskutującej. Teraz tylko bardziej dostrzegamy te zależności bo są silniejsze i wyraźniejsze. Jako forma funkcjonowania wiedzy istniała od dawna, teraz tylko został dostrzeżony i zwerbalizowany.

Dyskusja panelowa jest stosunkowo nową formą komunikacji w nauce. Tylko kilku dyskutantów, zabierających glos w formie krótkich wystąpień (wypowiedzi), moderator nadaje ton i klimat (kieruje dyskusją, moderuje). Może pomagać albo usypiać. Podobnie zresztą z panelistami. Reszta sali słucha i ewentualnie zadaje pytania w wyznaczonym programem czasie.

Debata panelowa jest dobrą formą dyskusji w dużej grupie. Wszyscy nie mają szansy zabrać głosu. gdy na sali jest kilkadziesiąt lub kilkaset osób, a czasem pytania publiczności schodzą z tematu i tworzy się jarmarczna atmosfera. Co przy braku czasu nie jest korzystne. W mniejszej grupie wszyscy mogą zabierać głos, dla każdego starczy czasu i uwagi reszty słuchaczy. Ale w dużej grupie to jest praktycznie nieosiągalne. Skrajnym przykładem jest wykład: jeden mówi reszta słucha. Dyskusja panelowa jest formą kompromisową między tymi skrajnościami. W dyskusji panelowej kilka osób wypowiada się w formie miniprezentacji - zazwyczaj  bez wykorzystania rzutnika, tylko słowa. Dla mówców, przyzwyczajonych do posługiwania się rzutnikiem multimedialnym, jest to pewna trudność. Wymaga zmiany stylu wypowiedzi. Myślę, że technika szybkich (błyskawicznych) prezentacji jest dobrym treningiem do dyskusji panelowych (by były interesujące dla słuchaczy). Kilku mówców, czasem o różniących się poglądach na daną sprawę, dodaje dynamiki. Moderator dyskusji panelowej przyjmuje rolę wyraziciela „ludu z sali”. Czasem dyskusja panelowa organizowana jest na zakończenie sesji z referatami. Eksperci mówią, reszta słucha. Ale z prawem zadawania pytań. Inną formą organizowania dyskusji są tradycyjne referaty, po których następuje dyskusja.

Ja tymczasem wracam do spisywania refleksji po panelu dyskusyjnym pt. „Przekazywanie informacji – naukowej i nie tylko”, który odbył się 9 listopada 2017 r. na Politechnice Wrocławskiej, z inicjatywy studentów i ich miesięcznika „Żak”. Część pierwsza dyskusji dotyczyła metod i inspiracji w pozyskiwaniu informacji.

Źródła motywacji i inspiracji w badaniach naukowych to po pierwsze ciekawość naukowca, osoby poszukującej. Po drugie zanurzenie w tematyce badawczej: rozmowy z innymi specjalistami lub studentami (ogólnie zainteresowanymi podobną tematyką) oraz publikacje. Bo te drugie to także wypowiedzi, tyle że uporządkowane i dostosowane do „monologu” i dużych odległości (w czasie i przestrzeni). Zanurzenie w problematyce to różnorodne formy obcowania z tematem: obserwowanie i laboratoryjne eksperymentowanie, dyskutowanie, rozmyślanie. Jest jak szukanie grzybów w lesie: wiemy, że gdzieś tam mogą być. Ale trzeba je znaleźć i czasem przydatny jest łut szczęścia. Więc idziemy do lasu i się rozglądamy. Jeden znajdzie szybciej, drugi później, a trzeci wróci z niczym. Ale warto znowu iść do lasu i znowu szukać. W końcu się znajdzie, prędzej czy później. Czasem coś okazałego, czasem coś zwykłego i mizernego. A potem od jednego grzyba do kolejnego. To te poszukiwania i małe odkrycia tworzą niepowtarzalną ścieżkę po lesie w poszukiwaniu grzybów.

Zanurzenie w problematyce jest przebywaniem wśród poszukujących i wiedzących czy doświadczających (nie tylko w miejscu przebywania ale i z osobami odległymi, w czym obecnie znacząco ułatwia nam internet). Jak upiec chleb? Można przeczytać książkę o pieczeniu chleba. Znacznie lepiej jest jednak iść na praktykę do piekarza i obserwować, trenować, pytać a nawet eksperymentować. A najlepiej jedno i drugie: korzystać z wiedzy i doświadczać. W odniesieniu do studentów oznacza to uczestnictwo w seminariach i dyskusjach, sięganie do książek i publikacji naukowych, rozmowy z innymi studentami itd. I tak po nitce do kłębka dochodzić do odpowiedzi i własnego doświadczania.

Drugim wątkiem inspiracji jest… obowiązek i punktoza. W praktyce często naukowiec zastępuje uczonego. Wybór tematu uzależniony jest od możliwości uzyskania grantu, napisania punktowanej publikacji itd. Źródłem motywacji i „inspiracji” bardziej są administracyjne czynniki zewnętrzne niż wewnętrzna ciekawość i pasja badawcza.

Podsumowując, wybór tematu badań przez naukowca to splot ciekawości badacza i możliwości finansowej czy sprzętowej jakimi dysponuje on sam lub instytucja, w której pracuje. A także intensywność przebywania i aktywnego uczestnictwa w środowisku badawczym. Swoistego „zaburzenia” się w problematyce. Ważna jest więc jakość środowiska edukacyjnego i naukowego a nie tylko zdolności i predyspozycje naukowca. Na jałowiej glebie nawet najlepsze ziarno kiepsko się rozwija. Ale z drugiej strony i na żyznej glebie wybrakowane ziarno nie ma siły wykiełkować.

c.d.n.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci