Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Wśród najlepszych blogów naukowych roku 2017

sczachor

Totylko_teoriaZ dużą satysfakcją dowiedziałem się, że mój blog "Profesorskie Gadanie" został zauważony i doceniony "gdzieś daleko". To Tylko Teoria umieściła mój blog wśród dziesięciu najlepszych polskich blogów naukowych w roku 2017. Uznanie środowisk zewnętrznych cieszy podwójnie. Postaram się utrzymać poziom.

Jak się dowiedziałem? Przypadkiem. Co jakiś czas sprawdzam statystyki i skąd następują wejścia na mój blog. Dzisiaj zauważyłem sporo wejść właśnie z blogu "To Tylko Teoria". I kliknąłem, żeby sprawdzić dlaczego jest to przekierowanie. I tak dowiedziałem się o zaszczytnym dla mnie wyróżnieniu. 

 Jak napisał Łukasz Sakowski "Mojej ocenie podlegały następujące kryteria: jakość treści (merytoryczność, źródła, wzbudzenie zainteresowania), częstość publikacji treści (blogi długo nieaktualizowane zostały odrzucone, blogi bardzo rzadko uaktualniane traciły), popularność (zasięgi na platformie oryginalnej i w social media), odpowiedzialność (przemyślane, proedukacyjne treści), wygląd bloga/filmów na vlogach oraz inne, do których zaliczałem: niszowość i oryginalność czy zaangażowanie.". [wyróżnienie - S.Cz.]

Sam blog został scharakteryzowany następująco: "Profesorskie gadanie – blog profesora Stanisława Czachorowskiego z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, hydrobiologa i entomologa, na którym poruszane są tematy ogólnonaukowe: od edukacyjno-akademickich po popularyzację nauki."

 zobacz szczegóły rankingu: http://www.totylkoteoria.pl/2018/01/ranking-polskich-blogow-naukowych-2017.html

 

 

Smok wawelski i Homo sapiens czyli o podobieństwach systemów biologicznych i kulturowych (językowych)

sczachor

1024pxSmok_wawelski_szkieletFascynujące jest to, że można analizować coraz więcej systemów biologicznych i kulturowych i doszukiwać się podobieństw, analogii czy wręcz wspólnego, uniwersalnego sposobu działania. Ogólna teoria systemów coraz bardziej może się krystalizować. Wymaga tylko analiz interdyscyplinarnych.

W naukach biologicznych coraz więcej wiemy o molekularnych mechanizmach naprawy DNA. Bo okazuje się, że jest wiele czynników, które codziennie w różnorodny sposób uszkadzają zapis genetyczny w DNA. W przenośni można by napisać, że jest wiele molekularnych chochlików czyniących psoty. Ale i są molekularni korektorzy – strażnicy poprawnego zapisu. Zupełnie niedawno, w 2015 roku, nagrodę Nobla z chemii przyznano trzem badaczom (Tomasowi Lindahlowi, Paulowi Modrichowi oraz Azizowi Sancarowi) za badania mechanizmów naprawy DNA. Jest więc w każdym organizmie swoista "Rada Dbałości o Poprawność Języka Genetycznego", zapisanego w DNA. Sposób zapisu w DNA zmienia sens genów, replikacji itd.

Na całe szczęście te mechanizmy naprawcze nie działają ze 100 procentową skutecznością. Bo trochę zmienności jest przydatne jako podglebie dla ewolucji. Przy odczytywaniu ‘błędów” inne struktury inaczej rozumieją ten sens i powstają nieco inne białka czy inaczej działają mechanizmy regulacyjne. Ot, takie małe nieporozumienie na poziomie molekularnym ale z widocznymi fenotypowo efektami. Czyli zmiany są szkodliwe i trzeba je naprawiać, ale troszkę zmienności też się przydaje. Organizmy biologiczne szukają tego złotego środka i harmonii.

W kulturze, w zawłaszcza w języku również dochodzi do różnych, przypadkowych, nieprzewidzianych zmian w zapisie słów. Sposób zapisu zmienia sens (znaczenie) a więc i końcowe efekty. Co chciał przekazać nadawca a co odczytał odbiorca (kodowanie i odkodowanie)? Słowo lud i lód wymawia się tak samo (może kiedyś było inaczej?). W rozmowie, to z kontekstu zdania i opowieści musimy wyłowić czy chodzi o lud czyli ludzi, czy też o lód jako stan skupienia wody (język jest całościowym system i lód musi pasować do lodów). W razie czego zawsze możemy dopytać. Inaczej jest w piśmie (słowach zapisanych), nie widzimy autora i dopytać nie możemy. To z ortografii i interpunkcji odczytujemy sens. Lud od ludzi, lód od lodu. Rosnąca różnica między językiem mówionym a językiem pisanym wynika z ewolucji. Język jest czymś żywym, pismo jest bardziej skostniałe… bo ma więcej cenzorów i „naprawiaczy”, strażników poprawnej np. polszczyzny, dbających o standardy. Ale nawet i w piśmie dokonuje się powolna ewolucja. Kilkadziesiąt lat temu chruściki pisano jako chróściki (co mnie kiedyś mocno zdziwiło, gdy dotarłem do przedwojennych publikacji. Coś, co dziś jest błędem, kiedyś było poprawne... (dzisiejsza poprawność wtedy była błędem).

Dobrze, że są słowniki oraz srodzy poprawiacze i strażnicy poprawnej ortografii i wymowy. Niemniej na szczęście i oni nie są skuteczni w 100%... bo język się zmienia i ewoluuje.

Dla komunikacji ma znaczenie jak się niektóre słowa i zwroty zapisze (że przytoczę klasyczny przykład jest różnica czy zrobisz komuś laskę czy łaskę - jedna kreseczka a zmienia sens, podobnie jest w DNA, czasem mała, niepozorna zmiana czyni wiele ). Ma znaczenie czy coś zapiszemy Homo sapiens czy homo sapiens (w niektórych komunikatorach nie można użyć kursywy, ale duże i małe litery zawsze są dostępne). Pierwszy zwrot odnosi się do nazwy gatunkowej (krótsza forma, bo pełna zawiera także nazwisko i rok, tym czasem aspekt ten pomińmy). Na świecie są miliony gatunków. Istnieją więc w zoologii, botanice itd. specjalne kodeksy a sami naukowcy rygorystycznie pilnują, by używać poprawnych, jednoznacznych nazw gatunkowych. Mają być unikalne i niepowtarzalne. W języku potocznym, np. polskim, nazwy nie są już tak rygorystycznie pilnowane. Dany gatunek może mieć kilka, równoprawnych nazw, np. stokrotka, stokrotka pospolita, stokrotka łąkowa, stokrotka trwała. Nazwa naukowa jest jednoznaczna: Bellis perennis. Przy okazji przypomnę, że polskie nazwy gatunkowe piszemy małą literą.

Skoro trzeba stworzyć miliony nazw naukowych dla milionów gatunków to… potrzeba dużej inwencji i kreatywności. Czasem dochodzi do tego dowcip. Przykładem jest Smok wawelski.

Niecałe 10 lat temu, jednemu ze znalezionych skamieniałości dinozaura nadano naukową nazwę gatunkową Smok wawelski. Na całym świecie nie ma problemu (bo nie znają języka polskiego i nie rozumieją słów "smok wawelski" ani kontekstu kulturowego opowiści o smoku spod Wawelu), tylko w Polsce może być zamieszanie. Bo można zapisać tę nazwę na trzy sposoby: Smok wawelski, Smok Wawelski i smok wawelski. I za każdym razem będzie inny desygnat (będzie oznaczało coś innego).

Tak, w świecie szybkich zmian, zmienia się i język mówiony i język pisany. Połapać się w tym czasem trudno.

Na ilustracji wyżej szkielet smoka wawelskiego, zwanego także smokiem z Lisowic (autor: Panek - Praca własna, GFDL, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=22708287)

Czytaj także:

 

ps. W poprzednim wpisie na blogu użyłem zwrotu "zapisać dużą literą". Zostałem przez kilka osób zganiony, za niepoprawną formę, np. "Ani z dużej, ani dużą. Wielką literą, panie poprawiaczu." Miałem wątpliwości już na etapie pisania, co jest formą poprawną. Dlatego wcześniej sprawdziłem. Otóż Słownik Języka Polskiego PWN podaje taką informację: "Jedni wolą pisać dużą literą, inni wielką literą to kwestia wyłącznie upodobań, żadnych zakazów ani nakazów tu nie ma. Trzeba tylko pamiętać, aby nie pisać z dużej (wielkiej) litery, gdyż wyrażenia te mają złą opinię w wydawnictwach poprawnościowych, mimo że ich frekwencja w tekstach jest duża. "  (źródło: sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/wielka-litera-czy-duza-litera;443.html ).

Pewnie dla mnie nie jednego są tylko duże i małe litery. Stąd wielka i duża są synonimami (ten sam desygnat). Ale może kiedyś było inaczej, może były wielkie, duże i małe litery i każda co innego znaczyła (a przy okazji inaczej wyglądała). Dlatego wśród regół było zaczynanie zdania wielką literą. Ale chyba coś w sposobie pisania się zmieniło. Niemniej został gdzieś zakaz-reguła w świadomości wielu osób. Codzienna praktyka wprowadziła zmiany na tyle istotne, że językoznawcy dopuszczają poprawność obu form.

Być może podobne zjawiska występują na poziomie molekularnym. Inspirujące byłoby poszukanie takich analogii.

Homo sapiens sponiewieramy przez historyka

sczachor

Nie jestem statystycznym Polakiem – lubię czytać. I to przede wszystkim literaturę faktu. Właśnie skończyłem kolejną „cegłę” Normana Daviesa pt. „Na krańce świata. Podróż historyka przez historię”. Wspaniała lektura, 824 strony, a czyta się lekko z przyjemnością i mocno edukacyjnie ! Rozochocony zabrałem się za kolejną książkę, kupioną w okresie świątecznym. I niestety poległem przy trzecim rozdziale.

Ewolucja człowieka oraz wzajemne przenikanie się ewolucji biologicznej i kulturowej jest fascynującym tematem. W ostatnich latach, dzięki badaniom genetycznym oraz odkryciom skamieniałości, dużo się nowego pojawiło. Powstały także bardzo ciekawe teorie dotyczące powstania mowy i wykorzystania ognia do przygotowywani pokarmu. Koncepcje te bazują na wielu szczegółowych odkryciach z różnych dziedzin ale i na bardzo oryginalnych przemyśleniach. Dzieje się więc dużo i można czytać kolejne, ciekawe pozycje.

Przechodząc między półkami w księgarni, pośród wielu interesujących, nowych pozycji (z żalem nie kupiłem… na razie!) , zauważyłem „Sapiens. Od zwierząt do bogów” Yuvala Noaha Harariego. Przejrzałem spis treści – zapowiadał ciekawą lekturę. Zajrzałem na ostatnią stronę okładki… i zmroził mnie notoryczny błąd humanistów „homo sapiens”. Dlaczego w książce, wydanej przez poważne wydawnictwo PWN i PZWL znajdują się tak podstawowe błędy? Przecież naukowa nazwa gatunku człowieka brzmi Homo sapiens ! Pisany z dużej litery i kursywą (tak, wiem popełniłem błąd językowy, poprawnie powinno być dużą literą - razi dusze humanistów i językoznawców?). Czy reklamowany bestseller może zawierać takie błędy? Szybko poszukałem w treści nazw gatunkowych i wyłowiłem poprawnie zapisane Homo erectus, Homo floresiensis itd. Uf, to pewnie tylko błąd wydawnictwa i osoby mało kompetentnej, która pisała reklamową treść okładki. Kupiłem.

Wczoraj zacząłem czytać. I się przeraziłem w tekście notorycznie pojawia się „homo sapiens”. Wynika z tego, że to chyba albo poważny błąd tłumacza (Justyn Hunia) albo wydawnictwa albo… samego autora. Musiałbym dotrzeć do oryginalnego hebrajskiego a potem angielskiego wydania. Czytałem dalej i niesmak się pogłębiał. Ewidentnie autor popełniał błędy nie tylko w nazwie gatunkowej człowieka ale i w licznych uproszczeniach biologicznych.

Yuval Noah Harari – ktoś to jest? Szybko na Wikipedii znalazłem biogram i dorobek. To historyk (to teraz rozumiem te błędy). Nawet w haśle na polskiej Wikipedii o autorze były błędy z pisownią Homo sapiens. Szybko poprawiłem. Widać hasło do Wikipedii pisał także jakiś „humanista”, wzorując się na wydanej książce. To wskazuje, że błędy popełniane przez poważane i wiarygodne wydawnictwo łatwo się rozchodzą. Nawet jeśli w oryginale był błędny zapis to PWN na etapie tłumaczenia i przygotowania do druku mogło poprawić! Pośpiech jest złym doradcą i wrogiem solidności. Ewidentnie książka jest merytorycznie (to wina autora) i stylistycznie (językowo) niedopracowana (to pewnie wina tłumacza).

mapka

Jakość książki widać po załączonej ilustracji. To nie tylko błędnie zapisana nazwa naukowa człowieka, ale i błędnie zamieszczone objaśnienia. W tej postaci jest bzdurą. Tylko podstawowa wiedza o ewolucji hominidów pozwala stwierdzić, że zasięg występowania neandertalczyka jest tam, gdzie sugeruje owa mapa „inne gatunki człowieka, 100 tysięcy lat temu”. Homo sapiens chyba jest dobrze oznaczony. Pisze chyba, bo tylko domyślam się intencji autora.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby historycy pisali rozprawy o ewolucji Homo sapiens, zwłaszcza jeśli jest to opowieść o ewolucji biologicznej i ewolucji kulturowej (tu przecież pojawia się historia). Ale wypadałoby poprawnie pisać przynajmniej nazwy gatunkowe. Bo przecież ma znaczenie czy napiszemy lud czy lód. Wymawia się tak samo, ale znaczy coś innego. Podobnie z Homo sapiens – w tej postaci to nazwa gatunkowa, a w formie „homo sapiens” to określenie stylistyczne tak samo jak homo faber czy homo ludens. Sposób zapisu zmienia sens i treść. W teście jest często fraza „homo sapiens”. Tłumacz polski mógł to w wielu miejsca zastąpić „człowiek” lub „ludzie”. Sens byłby poprawny a nie raziło by kłującym w oczy błędem pojęciowym i ignorancją biologiczną.

Temat jest ciekawy, ale lektura okazała się mordęga, bo ciągle w oczy kłuło, np. „a Chińczycy geny [odziedziczyli] Homo erectusa” – nazw naukowych się nie odmienia. Bardzo ciekawie zapowiadająca się w książce „rewolucja poznawcza” opisywana jest za pomocą takich sformułowań „Można by to nazwać mutacją Drzewa Wiedzy. Dlaczego wystąpiła ona w DNA homo sapiens, a nie neandertalczyków?”.

W książce pojawiają się porównania także oderwane od rzeczywistości przyrodniczej, bo wielokrotnie autor podaje przykład lwa „podchodzącego stado bizonów”. Już zastanawiałem się czy autor ma głęboką wiedzę przyrodniczą i odnosi się do stanu w Ameryce Północnej sprzed okresu wyginięcia lwów na tym kontynencie. Nie, nie o to chodzi, tylko o brak elementarnej wiedzy: lwy żyją w Afryce (i Azji były jeszcze nie tak dawno) a bizony w Ameryce Północnej. Ale dla autora to bez różnicy…. Chyba, że tłumacz źle przetłumaczył, może to chodziło o afrykańskiego bawoła?

Wiedza przyrodnicza z zakresu ekologii, ewolucji, antropologii, etologii jest raczej powierzchowna i popkulturowa. Coś na pewno czytał i chciał opowiedzieć swoją historię. Tyle, że trudno czytać, gdy trafia się na takie fragmenty: „Dane, jakimi obecnie dysponujemy, wskazują, że zmiany we wzorcach społecznych, wymyślanie nowych technologii i zasiedlanie obcych środowisk były raczej wynikiem mutacji genetycznych i presji środowiska niż inicjatyw w sferze kultury.” Nie wiem jakiego skrótu myślowego użył autor, ale wychodną z tego bzdury. I ignorancja biologiczna. Raczej jest to pisarstwo odtwórcze, mało wartościowe. „Tak jak długo Homo erectus [znamienne, że nazwy gatunkowe innych gatunków z rodzaju Homo pisane są poprawnie, a tylko Homo sapiens jest sponiewierany] nie ulegał dalszym mutacjom genetycznym, jego kamienne narzędzia zasadniczo nie zmieniały się – i to przeszło milion lat!”. Tak jakby postęp kulturowy wynikał z mutacji genetycznych…. To ogromne uproszczenie !

Gdy w trzecim rozdziałem trafiłem na „Teoria genu „objadania się” cieszy się powszechnym uznaniem”, to się załamałem. Totalne uproszczenia innych, znakomitych lektur, które niedawno czytałem. „Nastanie rolnictwa i przemysłu stworzyło parasol ochronny osobnikom o niskiej inteligencji. Pracując w charakterze nosiwody albo przy linii montażowej, można było przetrwać i przekazać swoje kiepskie geny kolejnym pokoleniom.” Poległem. Dalej niż do połowy trzeciego rozdziału nie dobrnąłem.

Stanowczo odradzam kupowanie książki Harariego „Sapiens. Od zwierząt do bogów.” Przytoczyłem tylko mały fragment dostrzeżónych błędów. Tematyka jest ciekawa, polecam znakomite książki: np. Adama Rutherforda „Krótka historia wszystkich ludzi którzy kiedykolwiek żyli”, Robina Dunbara (w bibliografii opisywanej książki nazwisko tego autora raz napisane jest poprawnie, a raz z błędem i to przy tej samej książce) „Człowiek – biografia” oraz „Nowa historia ewolucji człowieka”. Czy chociażby „Homo przypadkiem sapiens” Konrada Fiałkowskiego i Tadeusza Bielickiego. Jest jeszcze kilka innych, niezwykle wartościowych - sami znajdziecie.

Na koniec mała refleksja. „Sapiens” to pozycja mocno przereklamowana. Szkoda, że dotarła do bardzo wielu czytelników na całym świecie, bo upowszechnia nie tylko drobne błędy w pisowni nazw gatunku Homo sapiens (niestety nagminne u humanistów!) ale i sporo płytkich i błędnych koncepcji biologicznych. Wręcz archaicznych. Napiszę wprost – książka szkodliwa. I wtórna. Ale mocno reklamowana jako międzynarodowy bestseller, polecany przez wielkich tego świata (Barack Obama, Mark Zuckenberg i Bill Gates).

Druga refleksja jest także, że potrzeba jest powszechnej edukacji biologicznej, także skierowanej do samych naukowców. Wiedza biologiczna szybko się zmienia, postęp naukowy jest naprawdę szybki. I szkoda by w różnych książkach interdyscyplinarnych upowszechniane były stare, nieaktualne koncepcje ewolucyjne. W tym dotyczące człowieka. I mam na myśli trzecią kulturę a nie tylko proste upowszechnianie nauki (o tym niebawem napiszę szerzej i opowiem na ciekawym seminarium w Łodzi).

Może kiedyś przeczytam całego „Sapiensa”. Teraz z przyjemnością czytam „Tajemnicze życie grzybów” Roberta Hofrichtera (tłumaczenie Monika Kilis, Bartosz Nowacki).

WP_20171221_14_50_42_Pro

Żeberka kurze i piwo bez GMO czyli współczesne fobie i marketing

sczachor

piwo_GMOMarketingowiec sprzeda klientowi wszystko, czego ten sobie zażyczy. A przynajmniej to, czego oczekuje. Reklamy produktów w dużym stopniu pokazują to, co w danym czasie i danym społeczeństwie jest modne lub ważne. A do zdrowia przywiązujemy dużą uwagę. Tu dochodzimy do cudownych recept. Kiedy swego czasu nauka i technika były modne (i święciły swoje sukcesy), towary i lekarstwa reklamowane były jako najnowsze, nowoczesne, amerykańskie itd. Kiedy w modzie science ustąpiło fantazy, odnotowaliśmy powrót do „natury” i starodawnych przepisów, czasem egzotycznych, czasem miejscowych. Pojawiły się więc produkty „babuni”, „dziadunia” (symbolicznie nawiązuje do czegoś ludowego i starego), dawne receptury, „bez chemii” itd.

Kwintesencją marketingowca jest pewna góralka, która gdy usłyszała, że Szymborska dostała Nobla odrzekła „Aaa, na nobla to najlepsze świstacze sadło”. Nasz klient nasz pan a od dawna wiadomo, że cudowne lekarstwa dobre są na wszystko.

Kiedy ukazało się dużo informacji o zawałach, chorobach wieńcowych i przyczynach je wywołujących, w tym enigmatyczne dane o cholesterolu, pojawiły się produkty bez cholesterolu i usuwające cholesterol. Pośród informacji prawdziwych były i informacje mocno podkoloryzowane. Bezcholesterolowe na etykiecie były także produkty z zasady nie zawierające cholesterolu (np. oleje roślinne). Każdemu to, czego potrzebuje. Pojawiła się moda na wędliny drobiowe (jako zdrowsze), to i można było znaleźć żeberka kurze lub żeberka drobiowe (nie pamiętam dokładnie nazwy). Coś dla smakoszy uwielbiających żeberka… ale żeby czuli się bardziej zdrowo to mogą kupić przecież żeberka drobiowe, czyli zdrowsze niż te tradycyjne, wieprzowe (dla jasności dodam, że o żadne żeberka z drobiu nie chodziło). Wystarczy tylko dobrze nazwać towar i już lepiej się sprzedaje? Ignorancja kupujących i spryt marketingowców.

Ostatnio modne jest GMO a w zasadzie produkty bez GMO. Szczytem jest chyba sól kamienna z dopiskiem na etykiecie „bez GMO” (towar zagraniczny, widziałem gdzieś w internecie). Ale i my dzielnie walczymy na tej niwie. Poza wieloma sytuacjami, gdzie taka informacja jest sensowna, są i liczne, gdzie napis „bez GMO” jest przykładem cwanego marketingu nakierowanego na głupotę kupujących. Nasz klient nasz pan?

Wcześniej pisałem o serku bez GMO (Serek wolny od GMO – rzecz o informacji zbędnej i bałamutnej). Kilka dni temu moją uwagę wzbudziło piwo „bez GMO”. Samo piwo mocno mnie zaciekawiło. Żołędziowe – pomyślałem, że może jako goryczki użyto żołędzi zamiast chmielu (na Warmii swego czasu odtworzono piwo lawendowe, które kiedyś warzono z braku chmielu). W jakimś stopniu może nawiązuje to do dawnych prób kulinarnego wykorzystywania dębowych żołędzi. Nasi przodkowie jedli żołędzie w czasach głodu. Nigdy jednak dębów ludzie nie poddali skutecznym zabiegom hodowlanym by wyselekcjonować odmiany bez dużej ilości substancji gorzkich. Żołędzie nie weszły do naszego menu, choć teoretycznie mogły. Piwo nie było rewelacyjne, ale potraktowałem jako sympatyczną ciekawostkę i odskocznię od ujednoliconych smaków dużych kompanii piwowarskich. Małe browary wzbudzają moją ciekawość i sympatię, raz że są lokalne, dwa że są mocno zróżnicowane smakowo (ich produkty, a nie same browary).

Czar sympatii prysł, gdy obejrzałem etykietkę (był jednak chmiel, więc nie wiem po co dodawano żołędzi). Z przodu była obszerna informacja o powrocie do tradycji i kilkuletnich staraniach przywrócenia starej receptury (czy aby na pewno jest to stara receptura? Bo może to po prostu współczesne eksperymenty? Eksperymentować warto, tylko po co udawać, że to jakieś odtwarzanie tradycji?). Ale z tyłu znalazłem godny pochwały dokładny skład co do słodu, żołędzi, chmielu i drożdży. Zaniepokoił mnie dopisek „bez GMO”. Odnosił się do drożdży. Co ma GMO do piwa? I dlaczego ma być niby bez GMO? Teoretycznie jakieś organizmy modyfikowane genetycznie mogły by być wykorzystywane do produkcji. Ale w czym to miałoby upośledzać produkt? Współczesny zabobon „szkodliwego” GMO?

Zaletą etykiet jest to, że podają zawartość produktu. Można się dowiedzieć dużo o produkcie. I można być świadomym konsumentem: wiedzieć co się je i wiedzieć jaki potencjalnie wpływ wywiera się na biosferę (efekt cieplarniany, zrównoważona gospodarka, uczciwa płaca itd.). Tyle, że ten dopisek „bez GMO” wydał mi się bałamutny i nic nie wnoszący. Ot taka moda i odczynianie uroków (browar stracił w moich oczach, bo traktuje klienta jak niedouczonego idiotę).

Skoro jest informacja o drożdżach, to łatwo było sprawdzić co to za jedne: Drożdże US-05 "Drożdże suche, górnej fermentacji. Wyselekcjonowane w Stanach Zjednoczonych. Nadają piwu lekki i orzeźwiający smak. Polecane do piw w stylu amerykańskim". Teoretycznie mogą być organizmy modyfikowane genetycznie i wykorzystywane w fermentacji. Ale przecież proces hodowli i udomawiania roślin i zwierząt przez tysiąclecia aktywności ludzkości polegał na modyfikowaniu genetycznym i selekcjonowaniu nowych, lepszych odmian i ras. W czym metody biotechnologiczne miałyby być gorsze lub mniej „naturalne”?

Wróćmy jeszcze do opisu użytych drożdży, o których znalazłem więcej informajci: „Drożdże (Saccharomyces cerevisiae), Czynnik rehydratacyjny (emulgator) E491 (…), Ilość żywych komórek: > 6 x 109 / gram, bakterie ogółem*: < 5 / ml, bakterie kwasu octowego *: < 1 / ml, Lactobacillus*: < 1 / ml, Pediococcus*: < 1 / ml, dzikie drożdże inne niż Saccharomyces*:< 1 / ml, patogenne mikroorganizmy: zgodnie z regulacjami”  Źródło: https://www.piwo.org/forums/topic/954-fermentis-safale-us-05/

Wyszukałem także informacji o producencie tych drożdży piwowarskich „Założona w 1853 r. przez Louisa Lesaffre w Marcq-en-Baroeul, Północna Francja, Grupa Lesaffre jest obecnie światowym liderem w produkcji drożdży oraz ekstraktu drożdżowego. Aktywność Grupy koncentruje się na rynku piekarskim. Grupa rozwinęła szeroką gamę produktów związanych z przemysłem fermentacyjnym: drożdże, zakwasy i pochodne takie jak polepszacze do pieczywa. (…).Louis Lesaffre (1802-1869), współczesny Pasteur’owi, założyciel Grupy, która nadal istnieje pod jego nazwiskiem, szybko zainteresował się tymi nowymi odkryciami. Uzyskawszy rozległe doświadczenie w zakresie fermentacji ziarna, założył fabrykę świeżych drożdży we Francji. Był jednym z pionierów przemysłu drożdżowego, wraz z Baronem Max de Springer i aktywnie przyczynił się do rozwoju rzemiosła piekarskiego. Drożdże stały się podstawą do dalszego rozwoju firmy oraz dywersyfikacji rodzinnego biznesu. Przez pokolenia, firma Lesaffre stopniowo rozwijała się, by w końcu stać się główną Grupą w biznesie specjalizującą się w biotechnologii.http://www.lesaffre.pl/firma/lesaffre-na-swiecie

Po co ten dopisek „bez GMO”, skoro podano nazwę szczepu, co umożliwia nie tylko odszukanie producenta ale i dokładnej charakterystyki mikrobiologicznej? Dla zaznaczenia, że to piwo jest „eko-koszerne”? Ale przecież brakuje informacji znacznie istotniejszych.

W dyskusji faceboowej o wspomnianym piwie ktoś mi zwrócił uwagę, że „Informacja na etykiecie, że dany surowiec jest bez GMO, jest wymogiem prawnym w produktach z certyfikatem EKO o ile nie istnieje na rynku dany surowiec w jakości EKO.” Tyle tylko, że na etykiecie nie było żadnych znaków z certyfikatami „eko” (słowo wytrych, więc to konkretne certyfikaty mają znaczenie). Może chodzi o certyfikat żywności ekologicznej ? Owszem wymogiem europejskiego certyfikatu żywności ekologicznej jest to, że do produkcji takiej żywności nie wykorzystuje się organizmów GMO. Ale ważne jest spełnienie także innych warunków, w tym "Specjalnie traktowane są też rośliny oraz gleba, w której rosną. Przede wszystkim ograniczone jest stosowanie nawozów i środków użyźniających glebę." I to ma sens, bo sporo różnych np. chemioterapeutyków dostaje się z gleby do roślin, nie wspominając o chemicznych środkach ochrony roślin. I co mi z bałamutnej informacji, że drożdże bez GMO (jakby w jakiś sposób GMO mogło szkodzić zdrowiu), jeśli nie wiem nic o zbożach i o chmielu, jak były uprawiane i czy nie zawierały różnych chemioterapeutyków, pestycydów czy innych substancji, których tak nie powinno być?

Dla gawiedzi jest „bez GMO”, a to co naprawdę ważne, jest zatajone lub nieznane. Znacznie ważniejsza byłaby dla konsumenta informacja czy roślinny (zboża i chmiel) pochodzą z upraw biodynamicznych oraz czy badane były pod kątem ewentualnej zawartości chemioterapeutyków lub innych zanieczyszczeń cywilizacyjnych a niepożądanych.

Nawiązując do starej gaździny to można powiedzieć, że na GMO to najlepsze jest świstacze sadło. Najlepiej syntetyczne bo świstaków żal.

Czy pierwouste mówią ludzkim głosem w Wigilię?

sczachor

Stajenka_betlejemskaLudowa tradycja głosi, w Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem. Ale które? Czy tylko te, co były w stajence betlejemskiej w czasie narodzin Zbawiciela? Jak poglądowo przedstawiono na załączonej ilustracji, w stajence na pewno było więcej zwierząt niż tylko wół, osioł i inne zwierzęta gospodarskie. Były i roztocza najróżniejsze, zapewne wiele owadów, zapewne różne pasożyty. Bogaty zwierzyniec. Które zatem mogą mówić ludzkim głosem?

Czy jak ma się pragębę to można mówić? Mam na myśli pierwouste. W zasadzie istnieją od ponad 100 lat. To znaczy istnieją od wielu milionów lat na Ziemi, ale dopiero w 1908 roku Karl Grobben nadał im nazwę. Czyli dopiero od tamtego roku istnieją w naszej świadomości. Najpierw w nauce a potem przedostały się do programów szkolnych. I teoretycznie powinniśmy o nich pamiętać.

Pamiętacie, że istnieją pierwouste i wtórouste? Było o tym w szkole. Możliwe, że jeszcze za krótko pojęcie funkcjonuje aby zagnieździło się w tradycji ludowej (popularnej i powszechnej). Może jednak z czasem… coś nowego i ożywczego przedostanie się do ludowej (popkulturowej) opowieści bożonarodzeniowej.

Ciekawe więc o czym w Wigilię ludzkim głosem rozmawiają pierwouste. Jest to jakby nie było szansa dla współczesnych mieszczuchów – bo gdzież oni znajdą stajnię, oborę czy chlew, by podsłuchać o czym zwierzęta (krowa, koń, świnia to zwierzęta wtórouste, tak jak i my) rozprawiają? Ba, a czy współczesny mieszczuch wie czym się różni obora od stajni czy chlewa? Tak więc łatwiej będzie spotkać w mieście pierwoustego zwierzaka. Tylko najpierw trzeba wiedzieć kto on zacz, ten pierwousty.

Nazwy i systematyka to sposób porządkowania złożonej rzeczywistości. Nie tylko nazwy gatunkowe ale i wyższe grupy systematyczne porządkują naszą rzeczywistość. Grupujemy organizmy według jednakowych cech. Są więc ssaki, kręgowce, strunowce czyli wtórouste. To nasza syntetyczna wizja różnorodności biologicznej i ich ewolucji. Tak też w 1908 roku pojawił się podział zwierząt dwubocznych (Bilateria) na pierwouste i wtórouste. Dwa klady, które się kiedyś w historii życia na Ziemi rozeszły. Ale przecież ciągle ze sobą współistnieją w ekosystemach wszelkiego rodzaju. Nie jesteśmy sami.

Pierwouste zwane także po polsku jako pragębowce, pierwogębe a w języku nauki Protostomia, to  grupa (zoolodzy mówią klad – co niesie za sobą sporą treść ewolucyjną) zwierząt dwubocznie symetrycznych, u których „w rozwoju embrionalnym nie wytwarza się wtórny otwór gębowy, a otwór prowadzący do jamy gastruli (pragęba) staje się w rozwoju osobniczym właściwym otworem gębowym”. Czyli pierwotna „gęba” dalej służy temu samemu. Inaczej jest u wtóroustych (Deuterostomia), u których pragęba staje się otworem odbytowym. Otwór gębowy zawiązuje się na nowo, jest wtórny. Stąd nazwa - wtórouste. I my, jako ssaki, do wtóroustych się zaliczamy.

A jakie zwierzęta zaliczamy do pierwotnych? I jakie spośród nich mogły być w stajence, choć ich nie dostrzegamy zazwyczaj? Na pewno stawonogi (owady i pajęczaki), zapewne pasożytnicze płazińce, zapewne i niesporczaki. Wtórouste, takie jak wół czy osioł to w ludowej tradycji mówią w Wigilię ludzkim głosem. Ale może warto pogłębiać i poszerzać ludowa tradycję. Wszak nauka to część kultury.

Ale czy wiecie, że u wtóroustych otwór gębowy w rozwoju zarodkowym pojawia się wtórnie w innym miejscy niż pragęba? Można powiedzieć, że pierwouste są bardziej pierwotne. Mają jakieś pierwszeństwo, zaznaczone w planie budowy. Może więc one jako pierwsze powinny w Wigilię przemawiać? O czym by powiedziały w tę świętą noc?

Wiedza ma tę moc, która pozwala zobaczyć, dostrzeć znacznie więcej. A co Ty byś w imieniu pierwoustych powiedział? W kontekście nocy wigilijnej.

 

Czytaj także: Wtórouste – ekstrawagancja i nonkonformizm naszego przodka

Poeci w czasach smartfonów i epoce esemesów

sczachor

25442770_10213475154106625_6703098992272544947_nNajpierw ludzie nauczyli się mówić. Było to jakieś kilkadziesiąt tysięcy lat temu. Albo trochę wcześniej. A zaraz potem narodziła się poezja, jako jedna z form opowieści. Poezja kształtowała się jakieś kilkadziesiąt tysięcy lat. Trwała i się rozwijała wraz z coraz większymi umiejętnościami językowymi.

Pierwszy kryzys przyszedł, gdy ludzie wynaleźli pismo. Ale poezja przetrwała, zmieniona ale jednak przetrwała. A czy poezja i poeci przetrwają w czasach smarftonów? Chyba tak, bo spotkałem w pałacu w Rudnie (gmina Kołbiel) poetę piszącego wiersze na smarfonie. I czytającego je z telefonicznego ekranu. Kartka papieru nie jest potrzebna. Zapewne nie jest jedynym tego rodzaju poetą w czasach esemesów i mobilnego internetu.

Dlaczego w ogóle powstała poezja? Chyba z dwóch powód: piękna języka i potrzeby zapamiętania. Najprawdopodobniej główną funkcją języka ludzkiego było budowanie więzi, swoiste iskanie na odległość. Ale na pewno ważną jego funkcją było też przekazywanie treści i informacji.

Już od swojego zarania człowiek lubił opowieści. Słuchać i opowiadać. Oprócz pieśni, opowieści, mitów, legend, sag itd. była poezja. Jak już powstał język (mowa) to uwidoczniła się niespodziewana cecha języka – piękno słów i budowanych zdań (nie wynika z merytorycznej treści czy przekazywanej informacji). Nie tylko wartość informacyjna ale i piękno (dobra komunikacja wymaga także i estetycznego piękna). To chyba był pierwszy powód powstania poezji. A drugi? Pamięć. Bo jak zapamiętać piękno słów i dłuższą opowieść? Tak narodził się rytm i rym (w pieśniach pamięć wspomagana była muzyką) – technika zapamiętywania.

Przez tysiąclecia istniała tylko poezja mówiona. Deklamowana, wypowiadana. Rym i rym służył zapamiętaniu. Trzeba było ułożyć piękne wiersze lub słuchając zapamiętać je od innych. A potem samemu deklamować. Była poezja intymna by pięknymi strofami uwodzić i miłość rozpalać. W wiadomym celu. Ale była i poezja towarzyska – by bawić zebranych, dawać rozrywkę, uczyć, przekazywać wartości. Poezja kameralna, poezja biesiadna i poezja wzniosła, plemienna. Zapamiętaliśmy tylko to co najpiękniejsze i najwartościowsze. Miliony innych fraszek, wierszy i poematów przeminęło.

Kiedy powstało pismo, to na początku było ono jedynie dodatkowym sposobem zapamiętania wiersza, poematu itd. Zapisać by odczytać. Pismo jako dodatkowa pamięć zewnętrzna. W tych czasach literatura (coś, składającego się z liter zapisanych) wiernie naśladowała kulturę mówioną. W poezji dalej był rym i rytm. Bo głównie poezja była wypowiadana. Z czasem zaczęliśmy wiersze czytać. I to był pierwszy cios dla poezji. Stała się niszowa.

Literatura sama siebie odkrywała i niejako wyzwoliła się spod szablonu kultury mówionej. Gdy wynaleziono druk i słowo pisane stało się tanie i powszechne, poezja zaczęła tracić rym i rytm. Bo już nie służyły zapamiętaniu. Wszak było już zapisane. Poeci zaczęli pisać wiersze dla ich graficznej i literalnej urody. Ale to piękno trzeba zobaczyć a nie wysłuchać. Bo nie słychać – tylko widać.

Pismo mocno zaszkodziło poezji. Ale ona przetrwała, zmieniona: pisana i czytana a nie zapamiętywana i wygłaszana. Wiersze czytane brzmią zazwyczaj gorzej niż te same wypowiadane z pamięci. Tylko nieliczni potrafią dobrze i przekonująco czytać na głos.

A teraz nastał czas elektronicznych ekranów, smartfonów i tabletów. Ponoć mniej czytamy. Przynajmniej mniej słów zapisywanych na papierze. O wiele łatwiej przesłać dźwięk, obraz i mimikę twarzy niż tylko same słowa. Dzięki smartfonom zaczynamy więcej mówić… niż pisać. To w jakimś sensie powrót do przeszłości. A czy w tych czasach przetrwa poezja?

Na grudniowym spotkaniu w pałacu w Rudnie spotkałem poetę, który pisze swoje wiersze na smarfonie i czyta je z ekranu telefonu. Bez pośrednictwa odręcznego pisma czy pisana na maszynie lub komputerowej klawiaturze. Jak widać poezja może istnieć bez drukowanych tomików wierszy.

Narzekamy na epokę elektronicznych gadżetów, że powodują spadek czytelnictwa. Chyba tak nie jest, bo piszemy dużo więcej, tyle tylko że wypowiedzi są inne. Zazwyczaj są to krótkie formy w postaci esemesów czy rymowanych życzeń świątecznych. Tak jak kiedyś fraszki, służą rozrywce i utrzymywaniu więzi.

Najpierw jest pomysł i sens wypowiedzi. Potem ubieramy te treść w piękną formę. Szukamy słów, które będą wywoływania niebanalne skojarzenia i układały się w piękne zdania. Ma być z sensem i pięknie (nie zawsze się udaje). 

W epoce pisma drukowanego poezja była limitowana. Autorzy skupiali się wokół wydawnictw lub czasopism. Nie dla każdego było miejsce. Nobilitacją było drukowanie w czasopismach lub tomikach wierszy. A czy obecnie zwykły lekarz może być poetą? Czy może pisać wiersze? Może. Druk jest tani, więc może sam wydawać swoje tomiki wierszy. A jeszcze łatwiej umieszczać je w internecie, wysyłać pocztą elektroniczną czy esemesami. Skoro nie potrafimy zapamiętywać tak jak nasi przodkowie, to możemy zapisywać w swoich tabletach i telefonach. I za ich pośrednictwem łatwo upowszechniać. Bo sensem poezji jest komunikacja: albo wypowiadaniem albo zapisywaniem na papierze, albo zapisywaniem na elektronicznych kartach pamięci. Mówimy, drukujemy, esemesujemy. Komunikujemy się.

Wydawało mi się, że poezja jest przeżytkiem… w czasach powszechnego słowa drukowanego. Ale skoro wiersze funkcjonują w smarfonach, to najpewniej poezja przetrwa . Na pewno lepiej poezji się słucha niż ją czyta. I do tego elektronika się bardziej nadaje niż zadrukowany papier.

Dlaczego przetrwa? Bo układanie wierszy daje poczucie sprawstwa. Tworzymy piękno i pokazujemy je innym. Sprawstwo i budowanie więzi międzyludzkich. Poezja więc przetrwa. I będzie popularna, zejdzie pod „strzechy” (raczej pod tabletowe ekrany). Nie wszystko musi być ponadczasowe. Wystarczy, że będzie nasze.

 

Nauczeństwo - o tym, dlaczego szkoła musi się zmieniać

sczachor

DSC_0390Szkoła jest i była jedynie elementem system edukacji, o czym zazwyczaj zapominamy. Zapominamy także o tych innych elementach edukacji. Wszystkie razem możemy określić jako środowisko edukacyjne. Szkoła zawsze miała przygotowywać do życia dorosłego i życia w społeczeństwie, łącznie z kompetencjami zawodowymi. Zmieniło się społeczeństwo i gospodarka, w ślad za tym zmienia się system edukacji (mniej lub bardziej świadomie). Tu drobna dygresja: nie wszystkie zmiany są dobre i pożądane. Obecna reforma edukacji (zwana potocznie deformą - od deformacji) w wielu aspektach jest szkodliwa, bo strukturalnie cofa nas do przeszłości. Przeszłości, której dawno już nie ma. Jest to więc zbędny i bezcelowy wysiłek.... Energię i entuzjazm trzeba zachować na coś rzeczywiście potrzebnego i koniecznego. Bo zmiany są nieuniknione...

Nasze uzasadnione narzekania na szkołę wynikają nie z tego, że dawniej zrobiliśmy coś źle, ale dlatego, że szybko zmienia się świat. I trzeba się dostosowywać do zupełnie nowych warunków. Dostosować a nie cofać, bo "dawniej było dobrze"...

Prosumcja - jako nowe zjawisko w gospodarce - jest efektem trzeciej rewolucji technologicznej. Najszybciej ujawniła się w Internecie i produkcji energii odnawialnej. Prosumcja to połączenie słów „produkcja” i „konsumpcja”, niegdyś te dwie aktywności były wyraźnie oddzielone. Teraz coraz częściej  bywamy jednocześnie producentami i konsumentami. Prosumpcja jako nowy sposób myślenia o świecie znajduje swoje odzwierciedlenie również w edukacji (np. Akademii Khana).

Nauczeństwo (nauczanie i uczenie się) to neologizm utworzony na próbę w czasie dyskusji ze studentami na portalu społecznościowym - oznacza uczyć się od siebie nawzajem, gdzie role nauczyciela i ucznia/studenta są przemieszane. Chyba już to słowo zakorzeniło się w dyskusji edukacyjnej. Doświadczam nauczeństwa na co dzień. Coraz bardziej świadomie.

Nauczeństwo to proces, w których nauczyciel jest jednocześnie uczestnikiem, tutorem, coachem. To także skupienie się na tworzeniu warunków do uczenia się a nie tylko transmisji gotowej i niepodważalnej wiedzy. Raz jestem nauczycielem, a raz uczniem. W sumie to istota uniwersytetu, gdzie we wspólnocie uczących i nauczanych wspólnie zbliżamy się do prawdy i odkrywamy świat, wspólnie budujemy wiedzę zbiorową. Potrzeba tylko odrobimy pokory i uświadomienie sobie, że nie wiem wszystkiego i nie znam się na wszystkim lepiej od swoich studentów (uczniów). Świadomości, że wspólnie i w relacjach odkrywamy nowe światy.

W codziennej pracy dydaktycznej namacalnie przekonuję się, że istnieje pokolenie cyfrowych tubylców, funkcjonujących jako wielozadaniowcy z podzielną uwagą. Ma to swoje plusy i minusy. Ale tacy są, ukształtowani przez środowisko, w którym żyją. Są jak inna kultura, inna cywilizacja. Uczę się od studentów korzystania z mobilnego Internetu, a i ja ich czegoś uczę. Zamieniamy się na chwilę rolami. Uczymy się nawzajem, w działaniu (nauczanie problemowe, koncepcja nauczyciela ignoranta, konektywizm, konstruktywizm). Dostrzegam,że w mimo łatwości docierania do informacji nie zawsze potrafią dyskutować, analizować i wykorzystywać te informacje. Mogę więc ich czegoś nauczyć, bo pewne kompetencje są niezmienne i przydatne w każdych warunkach: analogowych i cyfrowych. 

Czasem mam wrażenie, że w niektórych przestrzeniach cyfrowych to ja sprawniej się poruszam. Ale może to tylko złudzenie. Może ja tylko sprawniej poruszam się w moich strefach a nie znam ich światów i nawyków cyfrowego świata. Potrzeba nam otwartej ciekawości i dyskusji, by poznać swoje światy, być może bardzo odmienne. W przeszłości światy młodego pokolenia zawsze się trochę różniły od współczesnych im światów dorosłych.Ale nigdy wcześniej te różnice nie były tak duże jak współcześnie. W jakimś sensie jest to ciekawa przygoda podróżowania i odkrywania. 

Pozostawanie w sieci powiązań i wspólne tworzenie systemu wiedzy indywidualnej i tej grupowej jest coraz bardziej widoczne w systemie współczesnej edukacji. Dobrym przykładem jest chociażby Wikipedia. W przyszłym semestrze kolejny raz (po kilku latach przerwy) będę chciał wspólnie ze studentami współtworzyć hasła na polskiej Wikipedii. Tym razem z konektywizmem jako teorią objaśniającą zachodzące zjawiska. Poznawać przez uczestnictwo i aktywne tworzenie, by wspólnie zobaczyć czym jest nauka jako proces i nauka jako produkt. 

Luki w wiedzy i umiejętnościach nie wynikają tylko z braków czy dawnych zaniedbań w życiu człowieka: że nie skończył odpowiednich szkół czy miał słabe oceny. Przykładem jest Internet i kompetencje cyfrowe. Nie można było nauczyć się obsługi Internetu, smartfonów itd., bo ich jeszcze kilka-kilkanaście lat temu nie było powszechnie dostępnych. Dlatego współczesny nauczyciel uczy się razem z uczniami. A każdy ma inne predyspozycje i style uczenia się. Podobnie z seniorami. Uczyć się razem to jak wspólne odkrywać nowe kontynenty. Przygoda przy różnorodnych umiejętnościach eksploracyjnych.  Różnorodność umacnia zespół, potrzeba tylko pracy zespołowej, a z tym u nas, Polaków, bywa bardzo różnie. 

Świat się zmienił drastycznie i trzeba się uczyć przez całe życie a nie tylko w dzieciństwie czy młodości w systemie szkolnym, sformalizowanym. Ciągle mamy siedzieć w szkole i na kursach aż do uniwersytetu trzeciego wieku? A kiedy żyć i pracować, zakładać rodzinę i rodzic dzieci? Jedno i drugie musimy wykonywać jednoczesnie. Dlatego nawet uczniom w szkołach podstawowych trzeba zagwarantować wystarczająco dużo czasu bez "odrabiania lekcji" by mogli się bawić. By doświadczyć w pełni dzieciństwa. Podbnie z dorosłymi, by mogli nie tylko pracować, ale i żyć pełnią życia. Bo minie i dzieciństwo, i młodość.... A potem i jesień życia. I by studenci mogli studiować a nie tylko uczyć się. Więcej swobody i wolności! Więcej wyboru.

Pozostanie ustawiczna edukacja pozaformalna. Tyle tylko, że dla niej musimy stworzyć przestrzeń edukacyjną. Całkiem nową i zupełnie niepodoną do tego, co już było. 

Czerwona Królowa na ruchomych schodach czyli logo musi być ! Dostałem pracę domową do odrobienia…

sczachor

Logo_spokojne_bez_adresu_2Świat współczesny zmienia się niesamowicie szybko. Trudno nadążyć. Prawdą jest, że najważniejszą obecnie kompetencją jest umieć się uczyć. Powtarzam do nauczycielom w czasie szkoleń i gościnnych wykładów, powtarzam swoim studentom. Ale i sam na co dzień doświadczam (mnie to też dotyczy). Dostęp do wiedzy jest niewyobrażalnie łatwy, bez porównania do przeszłości. Ale co z dostępu do zasobów informacji jeślibyśmy nie potrafili z nich skorzystać? Czy obsłużyć urządzenia dającego dostęp? A postęp technologiczny jest tak ogromny, że wczorajsze nowinki jutro będą archaicznymi eksponatami muzealnymi. Coraz bardziej uczymy się „rozmawiać” z maszynami. Zupełnie nowy i uniwersalny język obcy…

Sytuacja człowieka we współczesnym świecie podobna jest do ewolucji w świecie żywym. Kiedyś głosiliśmy, że gatunki przystosowane są do swojego środowiska. To nie jest zupełnie poprawne, bo środowisko nieustannie się zmienia a więc i ewolucja trwa. Teraz mówimy, że gatunki nieustannie przystosowują się do środowiska (zmieniającego się). Jak w „Alicji w krainie czarów” – trzeba biec by ciągle być w tym samym miejscu (hipoteza Czerwonej Królowej w biologii ewolucyjnej). Lub inny przykład – wejdziemy na ruchome schody (ale podążajmy w przeciwnym kierunku do ruchu tego urządzenia) – trzeba cały czas iść… by być w tym samy miejscu. Jeśli się zatrzymamy, to ruchome schody poniosą nas do tyłu. Lub inni nas wyprzedzą.

Kiedy jakieś 12 lat temu powstał ten blog, nie przypuszczałem, że tak długo się utrzyma. Był eksperymentem (i dalej eksperymentuję, uczę się). Kilka razy się zmieniał mimo, że oprogramowanie tej witryny daleko nie nadąża za nowinkami. Od wielu lat część funkcjonalności oznaczona jest jako „w budowie”. No i teraz przyszło mi na to, że musiałem zrobić logo…

A było to tak. W ramach współpracy pojawiła się możliwość aby mój blog objął patronatem kilka wydawanych w 2018 roku książek. Niby nic ale… pojawiła się konieczności opracowania logo dla bloga: „Tworzy Pan jednego z lepszych blogów popularnonaukowych, Pana blog jest wymieniany w zestawieniach najlepszych blogów o nauce. Koniecznie musi Pan stworzyć logo.”

Jak mus to mus choć nigdy wcześniej nie opracowywałem żadnego logo (grafikę komputerową wykorzystywałem w innych celach). Trzeba się nauczyć kolejnej rzeczy. Możliwie to jest przy zachowaniu… zdolności do uczenia się aż do późnego wieku. Ech, współczesny świat… Oprogramowanie niby miałem już w komputerze, ale logo miało być w grafice wektorowej. Z pomysłem graficznym mieć było problemu – wybrałem dorosłego chruścika, wielokrotnie malowałem podobny symbol już na różnych obrazach, butelkach czy myślografii , wykorzystanej do bajki kamishibai. Ołówkiem, kredką nawet pędzlem, to owszem. Ale myszką? Kupić specjalny tablet do rysowania rysikiem elektronicznym? Raz, że wydatek, dwa, że to by trwało, a logo ma być w ciągu kilku dni.

Konektywizm to współpraca ludzi i wiedza powstają w sieci (powiązań, dialogu niezależnie od nośnika). Wszystkiego sam szybko się nie nauczysz. Ale od czego jest współpraca i… nauczeństwo. Raz uczę ja studentów, a raz studenci mnie. Uniwersytet w pełnym słowa tego znaczenia: wspólnota ludzi uczących się i nauczających. Dobre środowisk edukacyjne. Coś tam zrobiłem w Corelu, ale dopiero w czasie konsultacji… u mojej studentki , logo dojrzało. Doświadczona w grafice komputerowej szybko pokazała mi co i jak. I w jaki sposób zapisać, by była to grafika wektorowa. Potem jeszcze otwarte konsultacje na Facebooku i porady innych osób. Otwarte dzielenie się wiedzą jest piękne! I możliwe z wykorzystaniem mobilnego internetu. Dowiedziałem się o psychologii i filozofii tworzenia logo, że to nie takie byle co i wiele elementów ma znaczeni. Świat zupełnie dla mnie nowy.

Tak więc poćwiczyłem, pouczyłem się, podyskutowałem i logo powstało. Niżej kilka innych wersji. Odrobiłem pracę domową. A za jakiś czas napiszę o jaką współpracę chodzi i na jakich książkach pojawi się logo bloga Profesorskie Gadanie.

24909852_10213430763556889_8462142032683236863_n24993315_10213427443553891_966321500190814268_nlogo_chruscik

O ocenianiu stopniami i opisowo – przykład gazetowej ankiety i testu komputerowego

sczachor

1ktoryzmotylipiszczytrabiSkąd oni wiedzieli? To była pierwsza myśl, gdy nauczyciele, na wykładzie w trakcie konferencji metodycznej udzielili odpowiedzi na pytanie o motyla wydającego dźwięki. To był szybki test z wykorzystaniem telefonu komórkowego i mobilnego Internetu. (zobacz cały wykład, z małymi skrótami). Zabawa interaktywna, celem której było pokazanie, że można w szkole wykorzystywać edukacyjnie smartfony. Ale wrócę do pytania, które wcale nie było łatwe. Co oznacza ten wynik z wyraźnie dominującymi poprawnymi odpowiedziami? Czy nauczyciele rzeczywiście znali właściwą odpowiedź? Skąd wiedzieli o takiej niszowej informacji? A może były to w jakiejś części strzały w ciemno i sugerowanie się nazwą? Tego, niestety, prosty test i ocena cyfrowa nie są w stanie wyjaśnić. Do tego potrzebna byłaby dyskusja z zainteresowanymi (zapraszam do zamieszczania uwag w komentarzach pod niniejszym wpisem na blogu).

A przecież od szkół i nauczycieli oczekujemy prostych, cyfrowych ocen. Skoro skala jest od 1 do 6, to bardzo szybko otrzymujemy odpowiedź, jak jest: dobrze, celująco, dostatecznie itd. Szybko ale mało precyzyjnie. Co innego w ocenie opisowej. Tam jest dużo konkretów. Tyle, że nie wystarczy rzut oka. Trzeba przeczytać i pomyśleć. Przyzwyczajenie do ocen cyfrowych pozostaje na długo, po opuszczeniu szkolnych ław.

Kilka dni temu otrzymałem od pana redaktora z Gazety prośbę o udzielenie odpowiedzi na temat miasta (zobacz rezultaty). Zadanie okazało się prostsze niż myślałem. Była to bowiem ankieta z odpowiedziami w formie oceny szkolnej od 1 do 6. Można było wypełnić szybko lub z zastanowieniem a więc znacznie bardziej pracowicie i czasochłonnie. Jakkolwiek by nie postąpić, to odbiorca i tak nie widzi czy szybko, na zasadzie wrażeń, czy po długiej analizie. Ma przed sobą same cyfry. O, przepraszam, oceny. Tak jak w szkole. I co może pomyśleć? Jak odcyfrować? Jakie wyciągnąć wnioski?

Ocena jednej osoby lepsza byłaby, gdyby była kompletna i opisowa. Bo wtedy zawierałaby wszelkie niuanse i niestandardowe podejście. Ale gdy takich ocen jest więcej, to analiza wszystkich, gdy każda inaczej wygląda, byłaby bardzo trudna. Cyfry o wiele łatwiej się sumuje i wyciąga wartość średnią. Lub stosuje inne statystyki. Powstaje wynik zbiorczy. Można na jego podstawie coś interpretować i wyciągać kolejne wnioski. Ale jak blisko lub daleko będą od tych indywidualnych ocen-interpretacji?

Tę trudną sytuację dobrze opisuje stara anegdota, że ze statystyką jest jak z dziewczyną w bikini – niby cała roznegliżowana ale i tak to, co najważniejsze jest zakryte. Bo co oznacza na przykład ocena 4 w kategorii „dobre wykształcenie” (w odniesieniu do Olsztyna)? Czy ankietowani mieli na myśli szkoły podstawowe, szkoły średnie, zawodowe czy uczelnie wyższe? A może wszystko łącznie? I czy teraz wypominać uniwersytetowi niezadowalający poziom kształcenia czy też odnosić do szkolnictwa podstawowego? Pomijając fakt, że jest to jedynie odczucie kilku-kilkunastu osób a nie analiza efektów kształcenia itp.

Oceny cyfrowe łatwo wystawić, nieco trudniej jest je uzasadnić czy zinterpretować. Maniera ta od jakiegoś czasu utrwaliła się w recenzjach prac naukowych, wysyłanych do redakcji czasopism naukowych. Pozwala podjąć decyzję redaktorowi czy przyjąć pracę czy odrzucić. Szybkość przy nadmiarze dopływających informacji jest na pewno niezbędna. Szybko nie znaczy dobrze (trafnie).

Wystawienie oceny opisowej zajmuje nauczycielowi dużo więcej czasu. Ale jest jednocześnie dobrą informacją zwrotną dla samego zainteresowanego. Konkretną i zindywidualizowaną. Pozwala dostrzec nieszablonowe mocne strony i obszary, w których warto popracować (i co konkretnie poprawić). Bo jeśli jest ocena 4, to znaczy, że mogłoby być lepiej. Ale co konkretnie? Mniej lepiej niż przy ocenie 3 a więcej niż przy 5? A może odwrotnie. Na różne sposoby w edukacji próbuje się odchodzić od stosowania ocen cyfrowych na rzecz opisowych. Trudna to jednak droga. I nie zawsze możliwa. Czasem chcemy ustandaryzowanych liczb by można je było łącznie analizować statystycznie (to interesuje nie ucznia a organ zwierzchni). Bo dla kogo innego są oceny opisowe, a dla kogo innego cyfrowe. Szkoda, że czasem o tym zapominamy.

Ja pozostanę z niepewności skąd tak wielu nauczycieli wiedziało, że zmierzchnica trupia główka wydaje dźwięki. Czytali mojego bloga (kilka razy pisałem)? Brali udział w poprzedniej Nocy Biologów (była bohaterem gry edykacyjnej)? A może ich wiedza przyrodnicza jest większa niż skłonni jesteśmy przyznać? Ciekawy problem, wynikający z prostego testu, efektem którego były liczby. Bo może liczby inspirują do przemyśleń?

Ucz się - to ważne! Będzie na egzaminie.

sczachor

pomidoryTakie słowa można często usłyszeć w szkole i na uniwersytecie. Jest formą uzasadniania do czego się dana wiedza przyda. Przyda się... na egzaminie. Czy to uzasadnienie jest wystarczające? Pytam w kontekście spadającej motywacji do nauki. Bo nie wszyscy uczą się dla stopni i dobre oceny nie są zawsze wiarygodną przepustką do kariery. I oni to czasem wiedzą. Uczniowie i studenci. Widzą nieprzystawalność niektórych treści do współczesnego świata. 

Wszystko niby jest dobrze, uzasadnienie sensowne. Podkreśla ważność informacji, ukierunkowuje uwagę i motywuje do uczenia się (zapamiętania). Jest jednak mała wątpliwość. Bo albo jest to skrót myślowy, albo ... brak dobrego uzasadnienia. Jeśli używamy skrótów myślowych to miejmy na uwadze i to, czy adresat przekazu zna pełną wersję uzasadnienia. 

Po co ma te informacje uczeń/student przyswajać? Dla egzaminu? Czyli wiedza przydatna tylko w szkole/uczelni, potem zbędna. Z takiego motywowania bierze się 3 x Z (a w zasadzie 4): zakuć, zaliczyć, zapomnieć. Czwarte Z jest po to, by łatwiej zapomnieć. Nie będzie go nazywał po imieniu. Już dawne obserwacje wykazały, że część wiedzy i umiejętności nauczanych w szkole przydatna jest tylko w szkole. Potem zupełnie nieprzydatna. Bo na przykład takie ściąganie. Pozwala osiągnąć lepszą ocenę na klasówce... ale potem, w życiu zawodowym jest niepotrzebną kompetencją. Stosowanie jej prowadzi do katastrofy, także osobistej. Są oczywiście umiejętności i wiedza, które nie są przydatne, mimo że w szkole są dobrze oceniane i nagradzane. Lepiej zapomnieć.

Zapominanie jest bardzo ważną cechą naszego umysłu i bardzo przydatną w życiu. Nie wszystko warto pamiętać, np. traumatyczne przeżycia. Z wieloma informacjami jest podobnie: są przydatne tylko na chwilę, potem są balastem. I dobrze działający umysł zapomina. To dobra kompetencja i umiejętność. Czy w szkole uczymy się zapominania?

Wróćmy jednak do tytułowego motywowania "ucz się, bo się przyda". Na egzaminie. A do czego przyda się w życiu pozaszkolnym? Będzie to przydatne? Nie jest to nacisk na umiejętności tylko praktyczne, bo wiedza ogólna też jest bardzo "praktyczna" - tworzy indywidualny system wiedzy, buduje paradygmat (światopogląd) i ogólne umiejętności umysłowe, buduje wiedzę o świecie i rozumienie rzeczywistości wokół nas (całościowy i spójny system a nie worek z chaotycznie poupychanymi informacjami). Czasem robimy coś co ćwiczy i umysł, i umiejętności poznawcze. Tak jak sportowiec na treningu: przecież biegnie nie w zawodach tylko "tak, bez nagród". A przecież to dzięki treningom potem może wygrywać w realnych już zawodach i olimpiadach. 

Nawet uczenie się wierszy na pamięć... może mieć sens (nawet w czasach gdy dysponujemy ogromną pamięcią zewnętrzną, dostępną on-line) - jeśli wskażemy ćwiczenie umiejętności mnemotechnicznych, skupienie się na wysiłku i celowym działaniu. Ale ten sens trzeba studentowi/uczniowi pokazać. By był zmotywowany głęboko i trwale, by rozumiał sens wysiłku pozornie bezsensownego. Najpierw jednak to pytanie powinien postawić sobie nauczyciel. Po co. Po co ma uczeń/student to wiedzieć, znać, rozumieć? Bo będzie na egzaminie? To słaba motywacja. Uczenie się dla stopni zachęca do chodzenia na skróty i... skłania do ściągania... Bo przecież będzie na egzaminie.

Dlaczego jest to ważne? W jakim sensie przyda się do życia pozaszkolnego? Nauczyciel (także ten akademicki) powinien stawiać nieustannie sobie takie pytania by rozumieć a nie tylko odtwarzać stary rytuał. Bo kiedyś tak było... Ale może w tym czasie coś się zmieniło? Współczesny świat niezwykle szybko się zmienia. Dezaktualizują się racje ważne 5 czy 10 lat temu. Raz udzielona odpowiedź, nawet jeśli jest bardzo dogłębnie przemyślana, nie wystarcza  na "wszystkie czasy".  

Do efektywnego nauczania potrzebne jest by przekonać a nie wymusić (zastraszyć złą oceną na egzaminie).

A co zrobić, gdy nie słuchają? Gdy szepczą na lekcji czy wykładzie? Postraszyć, że będzie na egzaminie? Żeby więc lepiej notowali i zapamiętali? Na ile taka motywacja wystarczy?

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci