Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Bajki w zielonych sukienkach, w sam raz na Dzień Ziemi

sczachor

malowane_kamieniaDobre bajki są mądre w swej treści. Fabuła jest tylko przykrywką dla prawd ogólnych. Są bajki dla dzieci i są bajki dla dorosłych. Czasem dla jednych i drugich ale każdy dostrzega nieco inne treści. Dzieci skupiają się na fabule, dorośli na prawdach ogólnych. Bo patrzą przez pryzmat doświadczenia i już posiadanej wiedzy. Kiedyś były bajki o smokach, księżniczkach, rycerzach, miłości i przygodzie.

Zmieniło się nasze otoczenie i na Dzień Ziemi, przypadający 22 kwietnia, szczególnie gorąco polecam „Bajki w zielonych sukienkach” autorstwa Anny Mikity. O czym są te bajki? O oszczędzaniu, odpowiedzialności, o współczesnych problemach ludzi i zdewastowanego środowiska. O świecie widzianym oczyma dziecka ale ważnym dla dorosłych. Patrząc na skalę bezmyślnej wycinki drzew, ton nieposegregowanych odpadów, zaśmieconych jezior i lasów, o bioróżnorodności w mieście i poza miastem, takie bajki są nie tylko aktualne ale i niezwykle potrzebne. Do niedawna jeszcze bajki Anny Mikity były w zestawie lektur szkolnych. W nowych propozycjach już nie ma….

Przeczytałem „Bajki” z dużą przyjemnością. Zawierają aktualne problemy „ekologii” (stąd te tytułowe zielone sukienki). Czyli tego, czego ewidentnie w naszych społeczeństwie obecnie bardzo brakuje. Wadą książeczki, wydanej przez MAC w 2016 r., są trochę za małe litery (jak dla dzieci) i miejscami tło utrudnia czytanie niewprawnemu oku. Ale ta wada jest zaletą, bo mobilizuje dorosłych by czytali dzieciom bajki. Ważne ze społecznego punktu widzenia. A także sami dorośli przypomną sobie treści, o których na co dzień zapominamy.

Na olsztyński Dzień Ziemi zapraszam do księgarni, na Bookfest 2017. W godzinach 16.00-18.00 spotkać będzie można Autorkę „Bajek w zielonych sukienkach” i przy okazji pomalować kamienie. I ja się dołożę ze swoimi opowieściami o przyrodzie w mieście.

Na fotografii wyżej jest jeden z takich malowanych kamieni. Leży na skwerze przy ul. Starej Warszawskiej. Pomalowałem go w ubiegłym roku. Jak widać służy zabawie i edukacji 

program_BF

 

Biblioteka pod szpileczką i pierwszy Warmińsko-Mazurski Molariusz

sczachor

malowanie_na_szkleŚwięta spędziłem na Mazowszu. W oczy kłuły tłumy ludzi z plastikowymi reklamówkami. Jednorazowymi opakowaniami, które za chwilę lądują w koszu. Bogate społeczeństwo? A w pojemnikach na śmieci dużo nieposegregowanych odpadów. Pojemniki do segregacji stoją obok.... Duża, jednorazowa konsumpcja. A kto bogatemu zabroni? Jest to raczej brak nawyków odpowiedzialności za środowisko wokół nas niż bogactwo. W wielu miejscach publicznych powycinane drzew lub pokaleczone „przycinaniem”. Brak elementarnej wiedzy przyrodniczej i ogrodniczej rzuca się w oczy. Jakaś archaiczna, chłopsko-folwarczna mentalność bezrefleksyjnego „panowania” nad przyrodą i eksploatowania. Bo mogę…. moja chata z kraja...

Książka jest spotkaniem z drugim człowiekiem. Można uczyć się na błędach (i sukcesach) nie tylko swoich. Nawet jeśli przemyślenia o świecie ubrane są w literacką fikcję. Dobra fikcja jest prawdziwa… bo jest modelem, uogólnieniem świata. Tak jak teoria naukowa. Tyle tylko, że trudniej ja poprawnie i jednoznacznie interpretować.

Odwiedziny bibliotek to przemyśliwanie lektur na nowo, szukanie ich aktualnego wydźwięku i kontekstu. Lalkę Bolesława Prusa – tak jak i wiele innych szkolnych lektur – przeczytałem ponownie w wieku mocno dojrzałym. Niby te same książki, ale zupełnie co innego z nich wyczytałem. Dostrzegłem nowe treści, na co innego zwróciłem uwagę. Tak, to prawda, świat postrzegamy przez pryzmat własnego wnętrza (systemu wiedzy i wartość) i przez pryzmat własnych doświadczeń.

Romantyzm czy praca u podstaw, pozytywizm Wokulskiego? Coraz mocniej skłaniam się do pozytywistycznej pracy u podstaw, w wielu wymiarach, także i w odniesieniu do edukacji prośrodowiskowej (ekologicznej).

Zamknięcie biblioteki Zielińskich w Płocku to poważny uszczerbek w kulturze lokalnej. Różne instytucje pożałowały pieniędzy na utrzymanie otwartej biblioteki i udostępnianie bogatych zbiorów. Kiedyś podarowanych pro publico bono. Zbiory i budynek są… tyle, że zamknięte. Potrzeba szukania nowego pomysłu, żeby przekonać społeczeństwa i polityków, że biblioteki są ważne. Bo nie każdy dostrzega ekonomiczny wpływ kultury. Wiedzy niby nie widać, ale jej efekty to już i owszem.

Nie samym chlebem człowiek życie – ludzie potrzebują sensu. I zrozumienia otaczającego nas świata. W zmieniającym się świecie różne biblioteki (a w zasadzie pracujący tam ludzie – kapitał ludzki!) wymyślają nowe funkcje i nowe formy udostępniania wiedzy oraz organizowania kontaktu człowieka z człowiekiem (także za pośrednictwem książek i czasopism). Na przykład w Przasnyszu Biblioteka organizuje różne spotkania, np.  20 kwietnia 2017 r., w ramach Klubu Rękodzieła „Biblioteka pod szpileczką”, odbędzie się malowanie starych butelek i słoików (czytaj także Przez szkło butelek, w przasnyskiej bibliotece).

Z kolei Biblioteka Uniwersytecka UWM, w ramach Tygodnia Bibliotek), zaprasza w maju na plenerowe malowanie Warmińsko-Mazurskiego Molariusza (zobacz szczegóły), na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej. Pomalowane zostaną stare, mazurskie dachówki. Ale jedna dachówka przyjechała aż z Umbrii, z Włoch, gdzie narodziła się idea wolnego życia cittaslow. 

12 maja 2017 r. (zobacz więcej /) spotkamy się by malować mole książkowe. Tak powstanie pierwszy Warmińsko-Mazurski Molariusz. Spotkamy się, by w otoczeniu wiedzy niespiesznie rozmawiać, malować i popijać herbatę. Rozmawiać będziemy o literaturze, różnorodności biologicznej i … o ekologii moli książkowych. Wstęp wolny, każdy może przyjść.

W czasie Tygodnia Bibliotek spotkamy się na tarasie Biblioteki Uniwersyteckiej UWM w Kortowie, by pomalować stare dachówki. Dachówki będą tutejsze, ze starego siedliska. One dużo widziały, dużo pamiętają. Może i ze 100 lat mają. Tym razem namalujemy mole książkowe, tak jak sobie wyobrażamy. Powstanie Molariusz (tak jak bestiariusz), który eksponowany będzie na specjalnym stelażu przed Biblioteką (obecnie są tam dachówki z bioróżnorodności Warmii i Mazur).

Spotkamy się, by przy malowaniu rozmawiać o książkach, czytaniu, molach książkowych. Studenci kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze przygotują kilka opowieści o własnych molach książkowych. W dowcipnej opowieści przedstawią swojego mola, jego biologię, budowę (zilustrowaną malunkiem na dachówce), opowiedzą jaki tryb życia prowadzi, w jakim siedlisku spotkać go można, opowiedzą o powiązaniach z innymi gatunkami. Będzie więc to ekologia moli książkowych. A przy okazji bioróżnorodność lokalna i fantastyczna.

Przyjdź, dachówki i farby już będą czekały. Można zabrać ze sobą jakieś ciasto lub coś do zjedzenia, by podzielić się z innymi. Konieczny dobry humor. A malować każdy potrafi. Pomożemy w razie czego. Można oczywiście przynieść własną dachówkę, o niezwykłej historii. I o niej, przy malowaniu opowiedzieć. Ja przyniosę ze sobą dachówkę z gminy Vafabbrica (Włochy, Umbria), przywiezioną przez Panią Prof. Małgorzatę Chomicz. Została znaleziona w miejscu starego klasztoru. Klasztoru już nie ma, zostało po nim trochę dachówek i figura na skale.

Dziesięciolecie Uniwersytetu Dzieci

sczachor

DSC_0302Uniwersytet Dzieci obchodzi dziesięciolecie swojego istnienia. Przez lata swoje działalności, także i w Olsztynie, wniósł nową jakość w mury akademickie w zakresie edukacji pozaformalnej. Do już istniejących form prowadzenia wykładów i zajęć dla dzieci i młodzieży w czasie różnych pikników naukowych (np. Olsztyńskie Dni Nauki i Sztuki, Noc Biologów itd.) wprowadził systematyczne zajęcia, trwające cały rok. Uczelnie podążają tym samym kierunku, czego przykładem są zajęcia typu „wypożycz sobie naukowca” lub Czwartki z Humanistyką. A ostatnio także uruchomiony projekt Uniwersytet Młodego Odkrywcy.

Oprócz oczywistych korzyści edukacyjnych w upowszechnianiu wiedzy Uniwersytet Dzieci dał dodatkową szansę kadrze akademickiej na wypracowanie metod pracy z bardzo nietypowymi studentami. Działalność Uniwersytetu Dzieci wspiera misję uniwersytetu i dobrze wpisuję się w globalne trendy edukacyjne. Podążamy w tym samym, globalnym kierunku, odkrywając nowe środowisko edukacyjne.

Z uniwersytetem Dzieci współpracuje od samego początku ich działalności w Olsztynie. Prowadziłem już wykłady jak i zajęcia. Bardzo ciekawe doświadczenie dydaktyczne. Starem się je wykorzystać w codziennej pracy upowszechniania wiedzy i współpracy ze szkołami.

Na zdjęciu wyżej ostatni wykład w ramach inauguracji "Nauki do kwadratu".

Powstał pierwszy, pełnometrażowy film o chruścikach

sczachor

17884460_1355115637868602_1141244278273557648_nPrzed chwilą obejrzałem przedpremierowo (i roboczo) pierwszy polski film o chruścikach. Nosi tytuł „Żywot chruścika / Life of the Caddis”. Pierwszy, publiczny pokaz odbędzie się w Sandomierzu w końcu kwietnia, w czasie Festiwalu Filmów Niezwykłych, następny odbędzie się na Węgrzech w Gödöllő, w czasie Festiwalu Filmów Przyrodniczych, a w czerwcu - w Łodzi na Międzynarodowym Festiwal Filmów Przyrodniczych im. Wł. Puchalskiego.

Będę zabiegał by film pokazać także w Olsztynie, np. w czasie Dnia Chruścika (jak co roku 11 grudnia).

„Tytułowy chruścik, spokrewniony z motylami, wydaje się pospolity i dobrze znany. Tymczasem jest on fenomenem ewolucyjnym, jednym z najbardziej niezwykłych stworzeń na Ziemi – wyróżnia go genetyczny zapis poszerzenia organizmu o domek. Żyje w rzekach, rozlewiskach, strumieniach. Jest naturalnym czujnikiem czystości ich wód. Wrażliwa kamera stopniowo odsłania niedostrzegalne na co dzień, kruche piękno świata chruścików. Ten film to przynosząca ukojenie podróż w głąb natury, ku misterium życia.”

źródło: fanpage dotyczący filmu: https://www.facebook.com/zywot.chruscika/

W 2013 roku powstał inny film ,,Dzień chruścika", w ramach serii ,,Dzika Polska. Wpłyń na wodę"! Można go wyszukać i obejrzeć w sieci. 

Dachówka z Umbrii, cittaslow i Molariusz Warmińsko-Mazurski

sczachor

Na plenerowe malowanie na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej dachówka przyjechała aż z Umbrii (na zdjęciu obok). Z Włoch, gdzie narodziła się idea wolnego życia cittaslow. W czasie lata, w Reszlu – pierwszym miasteczku cittaslow w naszym regionie – także będzie malowanie dachówek. Ale my 12 maja 2017 r. (zobacz więcej) spotkamy się by malować mole książkowe. Tak powstanie pierwszy Warmińsko-Mazurski Molariusz.

Spotkamy się, by w otoczeniu wiedzy niespiesznie rozmawiać, malować i popijać herbatę. Rozmawiać będziemy o literaturze, różnorodności biologicznej i … o ekologii moli książkowych.

Wstęp wolny, każdy może przyjść. W czasie Tygodnia Bibliotek spotkamy się na tarasie Biblioteki Uniwersyteckiej UWM w Kortowie, by pomalować stare dachówki. Dachówki będą tutejsze, ze starego siedliska. One dużo widziały, dużo pamiętają. Może i ze 100 lat mają. Tym razem namalujemy mole książkowe, tak jak sobie wyobrażamy. Powstanie Molariusz (tak jak bestiariusz), który eksponowany będzie na specjalnym stelażu przed Biblioteką (obecnie są tam dachówki z bioróżnorodności Warmii i Mazur). Spotkamy się, by przy malowaniu rozmawiać o książkach, czytaniu, molach książkowych. Studenci kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze przygotują kilka opowieści o własnych molach książkowych. W dowcipnej opowieści przedstawią swojego mola, jego biologię, budowę (zilustrowaną malunkiem na dachówce), opowiedzą jaki tryb życia prowadzi, w jakim siedlisku spotkać go można, opowiedzą o powiązaniach z innymi gatunkami. Będzie więc to ekologia moli książkowych. A przy okazji bioróżnorodność lokalna i fantastyczna.

Przyjdź, dachówki i farby już będą czekały. Można zabrać ze sobą jakieś ciasto lub coś do zjedzenia, by podzielić się z innymi. Konieczny dobry humor. A malować każdy potrafi. Pomożemy w razie czego. Można oczywiście przynieść własną dachówkę, o niezwykłej historii. I o niej, przy malowaniu opowiedzieć.

Ja przyniosę ze sobą dachówkę z gminy Vafabbrica (Włochy, Umbra), przywiezioną przez Panią Prof. Małgorzatę Chomicz. Została znaleziona w miejscu starego klasztoru. Klasztoru już nie ma, zostało po nim trochę dachówek i figura na skale.

Strona www czy strona na Facebooku (fanpage)?

sczachor

17362407_10211048077151218_2753257845636583003_nPonieważ w ostatnim czasie uczestniczyłem w kilku grupach w dyskusji na temat tego, czy do promocji, np. nauki, lepsza będzie strona www czy fanpage na Facebooku, chciałbym podzielić się swoim doświadczeniem i przemyśleniami. Ułatwiam sobie sprawę, grupując argumenty w jednym miejscu.

W internetowej komunikacji uczestniczę już od blisko 20 lat. Redagowałem kilka biuletynów (newsletterów), w wersji papierowej i elektronicznej (rozsyłane pocztą elektroniczną), prowadziłem stronę www, kilka blogów, uczestniczyłem w listach dyskusyjnych, prowadzę kilka stron facebokowych (fanpage) i dyskutuję w kilku grupach na portalach społecznościowych. Znam problem z dwóch stron: odbiorcy i twórcy. Rozumiem więc (tak przynajmniej mi się wydaje) zarówno komfort odbiorcy jak i twórcy treści.

Różnicę między tworzeniem strony www a fanpage (czyli strony na FB) narysowałem i przedstawiam na załączonej ilustracji (schemacie), żeby łatwiej wyjaśnić istotę problemu. W dyskusji nad wyborem najbardziej optymalnego do własnych potrzeb rozwiązania, ważne jest zrozumienie jak działają różne elementy wirtualnej rzeczywistości. Istotne jest również to, że cały czas zmienia się internetowa komunikacja. Na przykład w ostatnim czasie więcej oglądanych jest treści w urządzeniach mobilnych (telefony, tablety) niż na komputerach stacjonarnych i laptopach.

A zatem strona www czy fanpage? Można wykorzystywać obie formy wiedząc, że inaczej funkcjonują zarówno od strony przygotowania jak i użytkowania.

Zaletą strony www jest jednolitość i dobre przejrzenie treści przed upublicznieniem: materiały spływają od autorów (z tym to chyba nie ma nadmiaru w żadnej instytucji czy grupie społecznej). Redakcja-administrator pełni rolę swoistej "cenzury prewencyjnej" by niczego niewłaściwego lub słabego nie wypuścić w świat. To dobre rozwiązanie do rzadko aktualizowanych treści. Działa jak czasopismo z redakcją i recenzjami przed opublikowaniem. Wadą jest wolne działanie i wąskim gardłem jest administrator (bo to on pracuje w plikach i umieszcza aktualizacje na serwerze). Kolejną zaletą strony www jest to, że każdy ma do niej dostęp. Musi tylko o takiej stronie wiedzieć, znać adres i zaglądać. I to już jest coraz większym problemem, bo funkcjonujemy w niesamowitym nadmiarze treści i różnorodnych ofert internetowych. I nie wystarczy, że użytkownik raz zajrzy. Musi chcieć zaglądać często. A zagląda często, gdy szuka aktualnych informacji o rozkładzie jazdy, pogodzie czy np. planie zajęć. Ewentualnie poszukuje ciekawych treści do poczytania. Te muszą pojawiać się więc często. Zatem nie wystarczy,żeby strona www była. Ważne czy jest czytana....

FP (fanpage na Fecebooku), jako element portalu społecznościowego działa inaczej. Znacznie łatwiej publikuje się treści z wielu miejsc (rozproszenie zarządzania), może być wielu adminów (administratorów z pełnymi uprawnieniami modyfikowania strony jak i kasowanie niepożądanych treści) i wielu redaktorów. Zawartość (treść) można kupić albo tworzyć samemu. Najbardziej funkcjonalna jest opcja, gdy wielu członków danej społeczności (np. naukowców, na fanpage popularyzującym wiedzę), jest autorami treści i aktywnie tworzy zawartość. Wymaga to wzajemnego zaufania i współpracy. To może być trudne.

Dodatkowo na FP mogą publikować dowolne osoby - ich treści ukazują się z boku (są znacznie mniej widoczne.) Administratorzy czuwają nad usuwaniem niestosownych komentarzy i treści (dlatego lepiej by było ich kilku, bo zawsze ktoś będzie on-line). Zaletą jest szybkość działania i wielość (różnorodność) treści. A to ważne dla portalu społecznościowego. Wadą fanpage jest to, że widoczny jest tylko dla użytkowników Facebooka. Ale jest to duża społeczność. Zaletą jest łatwość upowszechniania treści i szybkość docierania do dużej liczby użytkowników.

Jeśli fanpage (strona na Facebooku) tworzona jest w stylu strony www (jednoosobowo, z dużym filtrem redakcyjnym i starannym, a więc długim, ustalaniem treści) to ani nie ma zalet strony www (dostęp dla każdego użytkownika internetu) ani zalet społecznościowego fanpage (łatwość i szybkość upowszechniania treści, zwłaszcza krótkich).

Bardzo dobrym rozwiązaniem jest tworzenie jednocześnie typowej strony www i fanpage, łącznie z prowadzeniem bloga (samodzielnie lub zagregowanego ze stroną).

Moim zdaniem FP (fanpage) powinien tak działać, żeby nie dublować roli i funkcji strony www. Do tego potrzeba zaufania do siebie oraz powolnego stworzenia katalogu dobrych praktyk, czyli napisania co i jak umieszczać. I nie jako regulamin na początku ale jako coś powstającego w ciągłej dyskusji. Taka formuła jest lepsza dla pomysłu dojrzewającego w głowach społeczności, prowadzącej dana stronę, i ciągle poprawianego (doskonalonego).

Wymagane są więc społeczne kompetencje do pracy zespołowej (i to w rzeczywistości wirtualnej, co ma swoją specyfikę) jak i skutecznej komunikacji internetowej (trochę inna, niż ta w bezpośrednim kontakcie).

Nie wystarczy kupić samochód, trzeba jeszcze nim jeździć. Wtedy inwestycja staje się opłacalna. Stronę łatwo zaprojektować, zlecić wykonanie informatykowi i umieścić na serwerze. Znacznie trudniej systematycznie wypełnić ją treścią. I to treścią interesującą dla odbiorcy. W pewnym uproszczeniu dobra strona działa jak … dobre czasopismo – warto tam ciągle zaglądać.

Podobnie jest z fanpage (nie tylko na Facebooku ale i innych portalach społecznościowych). Tu również problemem jest zazwyczaj słaba aktywność i brak systematycznie zamieszczanych treści. Zespołowo lepiej jest tworzyć treść, bo wystarczy okazjonalna aktywność kilku, kilkunastu członków społeczności, aby zawsze coś nowego się pojawiał.

O pilnej potrzebie edukacji ekologicznej

sczachor

17426151_10211135397254166_988438414404595520_nWidok masowo wycinanych drzew jest przygnębiający podwójnie. Oprócz zniszczonej przyrody (i wynikających z tego zagrożeń dla zdrowia ludzi) ukazuje ogromne braki w wykształceniu (edukacji) w zakresie rozumienia procesów przyrodniczych i skutków w środowisku.

Duże zanieczyszczenia środowiska w latach ubiegłych spowodowały, że zainteresowanie tak zwaną ekologią było bardzo duże. W latach 90. XX w. społeczna wiedza o stanie środowiska i konsekwencjach była chyba większa. A działania edukacyjne i prośrodowiskowe były w Polsce znacznie intensywniejsze. W rezultacie podjęto szereg działań, które znacząco poprawiły stan środowiska wokół nas. Nie tylko wybudowano liczne oczyszczalnie ścieków ale i znacząco ograniczono emisje gazów i pyłów. Wydawało się, że mamy progres.

Na przełomie wieków można było w raportach napisać „W Polsce obserwuje się poprawę lub zmniejszenie tempa degradacji w wielu komponentach środowiska. Coraz większe zagrożenie dla środowiska stwarza już nie przemysł, lecz rosnąca indywidualna konsumpcja energii, paliw i przedmiotów jednorazowego użytku oraz rozwój motoryzacji?”

Niestety ostrzeżenia zostały zlekceważone. Znaliśmy zagrożenie ale go nie uniknęliśmy. Na powrót mówimy o smogu w miastach i dewastacji środowiska. Indywidualna i krótkowzroczna pazerność daleko wyprzedza myślenie o dobru wspólnym. Masowa wycinka drzew (część jest uzasadniona, większa część to efekt głupoty i pazerności) jest tego dobitnym przykładem. Ale jest jednocześnie wierzchołkiem góry lodowej. I wskazuje na bardzo pilną potrzebę edukacji ekologicznej.

Bo po co jest drzewo w mieście, kiedy liście spadają na dachy samochodów? Podnosi to koszty mycia i woskowania karoserii? Zapewne. Ale brak drzewa to także mniej tlenu, większe zapylenie, mniejsza wilgotności latem, wyższe temperatury w mieście i smog. Przekłada się to na stan zdrowia ludzi i szybsze zgony. Można przypomnieć stare przysłowie „kto nie wyda na kucharza, wyda na lekarza”, a parafrazując: kto nie wyda na środowisko przyrodnicze, wyda na lekarza i grabarza.

Jestem zatrwożony skalą ignorancji przyrodniczej i skalą krótkowzrocznego egoizmu. Po raz kolejny można zadać pytanie: jaki świat pozostawimy po sobie?

Straty dla gospodarki i straty indywidualnych ludzi na skutek gwałtownych zjawisk atmosferyczny (m.in. jako skutek globalnego ocieplenia klimatu) maja wymierny efekt. " Wysoki stopień zurbanizowania przestrzeni jest czynnikiem stymulującym powstawanie strat, zaś wysoki wskaźnik terenów zielonych – łagodzącym." (czytaj cały tekst). Trzeba znowu bić na alarm. Konieczna jest szeroko zakrojona edukacja ekologiczna i konieczne podniesienie poziomu wiedzy przyrodniczej.

"Okazuje się, że musimy działać, bo to, co już się wydarzyło w środowisku ma taki skutek, że nasze wnuki nie będą miały gdzie żyć i wypoczywać, czysty tlen będą kupować w puszkach, a przyrodę oglądać na starych fotografiach."(czytaj cały tekst).

Raduj się Europo, pokojem

sczachor

europa

O, radości, iskro bogów, kwiecie Elizejskich Pól,
Święta, na twym świętem progu staje nasz natchniony chór.
Jasność twoja wszystko zaćmi, złączy, co rozdzielił los.
Wszyscy ludzie będą braćmi tam, gdzie twój przemówi głos.} x2

Patrz, patrz, wielkie słońce światem biegnie, sypiąc złote skry.
Jak zwycięzca i bohater biegnij, bracie tak i ty.
Radość tryska z piersi Ziemi, radość pije cały świat.
Dziś wchodzimy, wstępujemy na radości złoty ślad.} x2

Ona w sercu, w zbożu, w śpiewie, ona w splocie ludzkich rąk.
Z niej najlichszy robak czerpie, w niej największy nieba krąg.
Wstańcie ludzie, wstańcie wszędzie, ja nowinę niosę wam:
Na gwiaździstym firmamencie bliska radość błyszczy nam.} x2

 

Zrobiłem to! Wykład w formie bajki kamishibai z wykorzystaniem myślografii

sczachor

17310106_10211063925187409_5600699602202326091_oOdważyłem się, przygotowałem i zrealizowałem, wykład dla studentów, w formie bajki kamishibai. Miałem dużą tremę i spore obawy, jak to zostanie przyjęte i jaki będzie efekt. Ale zanim opowiem o efektach, najpierw przedstawię skąd się wzięła inspiracja i dlaczego wykład właśnie w takiej formie .

Nawet najlepsza metoda, stosowana zbyt często, może znużyć i stracić swój pierwotny blask. Kiedy pojawiły się rzutniki multimedialne i Power Point, powiało w salach akademickich nowoczesnością i świeżością. Była to znacząca odmiana po rzutnikach pisma (folie) i mówieniu wykładów/referatów z kartki. Prezentacja multimedialna na obronie doktoratu czy na wykładzie, zachwycała. Dawała przecież duże możliwości. Szybko na trwałe zagościła na konferencjach naukowych i salach wykładowych. Została wprowadzona jako element egzaminu dyplomowego. Po kilkunastu latach najwyraźniej spowszedniała. Nie było już nowości a czytanie z ekranu tekstu momentami zaczynało irytować słuchaczy. Świat się szybko zmienia, a zwłaszcza środowisko akademickie powinno być liderem zmian i upowszechniania nowości. Od czasu do czasu pojawiały się inne programy, np. Prezi, co nieco wprowadzało odmiany i zainteresowania.

Trzy lata temu po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć opowiadanie bajki kamishibai (wtedy nie wiedziałem jak to się nazywa, ale spodobało mi się jako zupełnie inne podejście do opowiadania). Był to występ Anais Fleur w czasie charytatywnej aukcji „Malality pod młotek", w dniu 14 lutego 2014 r. Kilka miesięcy wcześniej (8 czerwca 2013 roku) w Pałacu Młodzieży w Olsztynie odbył się maraton malarski (w którym uczestniczyłem, malując swoje butelki) i sztafeta literacka pod nazwą "Malality". "Malality" to inicjatywa młodych artystów, którzy zachęcali do wspólnej twórczości mieszkańców Olsztyna. Przez cały dzień pod skrzydłami muz szerzona była idea wolontariatu. W trakcie imprezy czytano poezję Gałczyńskiego, przy której stworzono około 70 prac plastycznych. Część prac przekazano Hospicjum a część przeznaczono na „licytację" w dniu 14 lutego 2014 r. I ja miałem swój maleńki udział. Dawanie procentuje, bo ja dzięki udziałowi w tej akcji miałem okazję i dużą przyjemność zobaczenia pani Anais (zobacz film)

W głowie zalęgła się myśl: a może by właśnie  tak spróbować przygotować wystąpienie? Potem, w czasie wyjazdu terenowego, w rozmowie ze studentką, dowiedziałem się, że studenci znudzeni są prezentacjami. Bardzo ciepło wspominała profesora, który nie korzystał z rzutnika multimedialnago (pan starszej daty, jeszcze nie opanował nowoczesnej techniki komputerowej) ale opowiadał z wielką pasją, wzbudzając zainteresowanie.

W ubiegłym roku, w czasie konferencji Ideatorium (poświęcona dydaktyce akademickiej), zebrane tam grono nauczycieli akademickich zgodnie wyartykułowało, że dydaktyka akademicka zatrzymała się w rozwoju na zdobyczach sprzed 20 lat: kserówkach i Power Poncie. W czasie Ideatoriów w Gdańsku, pracownicy uniwersyteccy poszukują nowych metod, dzieląc się doświadczeniami z wdrażania grywalizacji itp (ja rok temu opowiadałem o wykorzystaniu kodów QR). Nieco później dostałem propozycję napisania trzech bajek edukacyjnych dla dzieci, prezentowanych w formie kamishibai. Wyzwania podjąłem się z dużą przyjemnością i zaciekawieniem. W taki sposób otrzymałem skrzyneczkę (mały, drewniany parawanik). Plansze namalował artysta, a ja miałem okazję opowiedzieć bajkę o cytrynku latolistku w czasie Europejskiej Nocy Naukowców we wrześniu 2016 roku. To był mój pierwszy raz. Dla dzieci.

Ale w głowie ciągle dojrzewała myśl, żeby przygotować wykład dla studentów w takiej niecodziennej formie. Od lat prowadzę przedmiot autoprezentacja (głównym celem jest pokazanie i przećwiczenie metod prezentacji publicznych, w tym wygłaszania referatów). Staram się ciągle wprowadzą jakieś nowości: grywalizację, e-portfolio, lapbook itp. Zaplanowałem więc przygotowanie wykładu o tym, jak wygłosić referat, tym razem bez rzutnika multimedialnego i prezentacji w programie Power Point, ale właśnie w formie bajki kamishibai.

Ostatnim impulsem był udział w webinarium z SuperBelframi (spotkałem na konferencji w Warszawie – Inspiracje). Zacząłem ćwiczyć myślografię i ryśnotki (myślenie wizualne, notowanie graficzne). Przypomniałem sobie swoje dawne szkolenie z mind mappingu. Ale nauczyłem się także nowych umiejętności. A przede wszystkim nabrałem odwagi.

Kłopot z przygotowaniem wykładu w formie bajki kamishibai polegał na konieczności namalowania kilkunastu ładnych rysunków. Odkładałem to na wolny czas. Natomiast myślografia umożliwiła szybsze wykonanie potrzebnych plansz. Siadłem i narysowałem, jedynie ilustrację tytułową namalowałem akwarelkami (bo chciałem zobaczyć jak to będzie wyglądało). Wyciągnąłem także z szafy dwa rekwizyty: skarpeciaka-Profesorka, które kiedyś dostałem i Kłobuka, którego w ubiegłym roku wykonałem na warsztatach nad Jeziorem Krzywym.

Odważyłem się i opowiedziałem swoją bajkę studentom biotechnologii oraz biologii. Na wykładzie z autoprezentacji oraz na seminarium dyplomowym. Oba wykonania w małej grupie (bo na dużą salę ta metoda nie nadaje). I studentom spodobało się. Bałem się, że może odbiorą jako metodę infantylną – taki dziecinny teatrzyk, a oni przecież są dorośli i studiują kierunek przyrodniczy. Ku mojemu zadowoleniu i niewielkiemu zaskoczeniu, odebrali bardzo dobrze. W jednym z komentarzy, tuż po wystąpieniu usłyszałem, że studenci mają przesyt prezentacji multimedialnych (zwłaszcza tych czytanych z ekranu), więc każda inna forma odbierana jest z dużą ulgą i wdzięcznością. Wskazali też na kilka drobnych niedociągnięć technicznych. Wiem już co i jak poprawić. W jednej grupie studenci nagrali fragmenty, więc mam nadzieję zobaczyć swoje wystąpienie z perspektywy widza.

Na pewno będę jeszcze próbował z kolejnymi wykładami w formie bajki kamishibai. Muszę tylko nauczyć się tworzenia opowieści i sztuki opowiadania. Samo rysowanie nie wystarczy. Ciągle się czegoś trzeba uczyć. Ale nie martwię się tym, bo uczenie się rozwija. I sprawia, że i mówca się nie nudzi. Nowość to wyzwanie i radość z osiąganie nowych celów.

Nawiązując do tytułu: zrobiłem to i… zrobię znowu. Narysuję, namaluję, opowiem. Ale z umiarkowaniem i niezbyt często, by nie spowodować przesytu. Z wykładów multimedialnych nie rezygnuję, dalej będę je przygotowywał.

Co zmienią polowania w rezerwacie Las Warmiński

sczachor

Las_WarmiskiOgromnie mnie zmartwiła i zbulwersowała informacja o planach wprowadzenia polowań w rezerwacie Las Warmiński. Naukowo i turystycznie miejsce to odwiedzam od wielu lat. Jest dla mnie poligonem doświadczalnym. Zarówno jeśli chodzi o chruściki rzeki Łyny i znajdujących się tam jezior oraz drobnych zbiorników i źródeł, jak i antropogenicznych przekształceń krajobrazu.

Las Warmiński to pole badawcze dla wielu naukowców (badania te pozwolą lepiej zrozumieć funkcjonowanie przyrody i bardziej racjonalnie z niej korzystać), historia wielowiekowych przekształceń ekosystemów i regeneracji przyrody. To bogata historia. Napisałem kilka publikacji naukowych, zrealizowane zostały prace magisterskie i jeden doktorat. Jeszcze w czasach WSP przyjeżdżałem tu ze studentami na letnie praktyki.

Rezerwat Przyrody Las Warmiński to obiekt dobrze mi znany. To jednocześnie obszar Natura 2000 i fragmenty leśnego kompleksu promocyjnego - przykład zmian w sposobie użytkowania lasu i dostrzeżenia wartości biologicznych i turystycznych.

Oprócz badań naukowych Las Warmiński wielokrotnie odwiedzałem turystycznie i rekreacyjnie. Wiele osób spotykałem. Przyjeżdżałem ze studentami, także zagranicznymi, pokazując piękno warmińskiego krajobrazu, metody ochrony przyrody i dbania o bioróżnorodność. Była także współpraca z leśnikami, sadzenie lasu czy nawet zbieranie śmieci, pozostawionych przez turystów. Znając uroki terenu zaproponowałem nakręcenie filmu w ramach cyklu Dzika Polska. I film powstał. Opowiada nie tylko o chruścikach i owadach ale także o całej przyrodzie i historii.

Dlaczego bardzo martwią mnie zapowiedzi polowań w Lesie Warmińskim? W rezerwacie? Po pierwsze dlatego, że takie polowania mocno uderzą w wizerunek turystyczny regionu. Może polowania zwabią dewizowych myśliwych, co lubią strzelać do wszystkiego (tak jak kiedyś partyjnych dygnitarzy z Warszawy i Moskwy). Ale zniszczy wizerunek turystyczny dla znacznie liczniejszych turystów. Dla regionu oznacza to straty finansowe (gospodarcze).

Bo jak będą polowania to będzie zakaz wstępu do Lasu i mandaty za przeszkadzanie w polowaniu (nie mówiąc o ryzyku postrzelenia). Las Warmiński to przyrodnicze zaplecze rekreacyjne Olsztyna, wizytówka regionu. To po co nam rezerwaty i parki narodowe, gdy można wycinać wiekowe dęby i strzelać, do wszystkiego co się rusza? Dziesięciolecia starań w zakresie ochrony przyrody legną w gruzach. Zmarnowany wysiłek wielu pokoleń. To nie jest wcale dobra zmiana…

Wcześniej był to rewir łowiecki dla sekretarzy KC PZPR (rządowy obszar Łańska). Pozostałością są asfaltowe drogi w lesie… by dygnitarze mogli wygodnie dojechać. Do niedawna stał jeszcze „domek Gierka”, myśliwski domek z wygodnym dojazdem drogą asfaltową z ośrodka rządowego w Łańsku. Pamiętam jeszcze go jak stał. Nocowaliśmy tam ze studentami w czasie praktyk. Zostały tylko fundamenty. Załączone dwa zdjęcia przedstawiają ten obiekt z różnych okresów…

Czy zwierzęta zagrażają Lasowi Warmińskiemu? A czy nie wystarczą tereny łowieckie wokół rezerwatu? I te liczne ambony tam stojące? Czy przyroda polska nie będzie już chroniona nawet w rezerwatach i parkach narodowych?

Do niedawna zawzięci wycinacze drzew mówili „drzewa to se chrońcie w rezerwatach”… I to już nie jest aktualne. Bardzo niedobra jest ta zmiana.

Czytaj także: Kolejna wojna min. Szyszki. Wpuszcza myśliwych do rezerwatu

Las_Warminski_rezerwat

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci