Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Czy pierwouste mówią ludzkim głosem w Wigilię?

sczachor

Stajenka_betlejemskaLudowa tradycja głosi, w Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem. Ale które? Czy tylko te, co były w stajence betlejemskiej w czasie narodzin Zbawiciela? Jak poglądowo przedstawiono na załączonej ilustracji, w stajence na pewno było więcej zwierząt niż tylko wół, osioł i inne zwierzęta gospodarskie. Były i roztocza najróżniejsze, zapewne wiele owadów, zapewne różne pasożyty. Bogaty zwierzyniec. Które zatem mogą mówić ludzkim głosem?

Czy jak ma się pragębę to można mówić? Mam na myśli pierwouste. W zasadzie istnieją od ponad 100 lat. To znaczy istnieją od wielu milionów lat na Ziemi, ale dopiero w 1908 roku Karl Grobben nadał im nazwę. Czyli dopiero od tamtego roku istnieją w naszej świadomości. Najpierw w nauce a potem przedostały się do programów szkolnych. I teoretycznie powinniśmy o nich pamiętać.

Pamiętacie, że istnieją pierwouste i wtórouste? Było o tym w szkole. Możliwe, że jeszcze za krótko pojęcie funkcjonuje aby zagnieździło się w tradycji ludowej (popularnej i powszechnej). Może jednak z czasem… coś nowego i ożywczego przedostanie się do ludowej (popkulturowej) opowieści bożonarodzeniowej.

Ciekawe więc o czym w Wigilię ludzkim głosem rozmawiają pierwouste. Jest to jakby nie było szansa dla współczesnych mieszczuchów – bo gdzież oni znajdą stajnię, oborę czy chlew, by podsłuchać o czym zwierzęta (krowa, koń, świnia to zwierzęta wtórouste, tak jak i my) rozprawiają? Ba, a czy współczesny mieszczuch wie czym się różni obora od stajni czy chlewa? Tak więc łatwiej będzie spotkać w mieście pierwoustego zwierzaka. Tylko najpierw trzeba wiedzieć kto on zacz, ten pierwousty.

Nazwy i systematyka to sposób porządkowania złożonej rzeczywistości. Nie tylko nazwy gatunkowe ale i wyższe grupy systematyczne porządkują naszą rzeczywistość. Grupujemy organizmy według jednakowych cech. Są więc ssaki, kręgowce, strunowce czyli wtórouste. To nasza syntetyczna wizja różnorodności biologicznej i ich ewolucji. Tak też w 1908 roku pojawił się podział zwierząt dwubocznych (Bilateria) na pierwouste i wtórouste. Dwa klady, które się kiedyś w historii życia na Ziemi rozeszły. Ale przecież ciągle ze sobą współistnieją w ekosystemach wszelkiego rodzaju. Nie jesteśmy sami.

Pierwouste zwane także po polsku jako pragębowce, pierwogębe a w języku nauki Protostomia, to  grupa (zoolodzy mówią klad – co niesie za sobą sporą treść ewolucyjną) zwierząt dwubocznie symetrycznych, u których „w rozwoju embrionalnym nie wytwarza się wtórny otwór gębowy, a otwór prowadzący do jamy gastruli (pragęba) staje się w rozwoju osobniczym właściwym otworem gębowym”. Czyli pierwotna „gęba” dalej służy temu samemu. Inaczej jest u wtóroustych (Deuterostomia), u których pragęba staje się otworem odbytowym. Otwór gębowy zawiązuje się na nowo, jest wtórny. Stąd nazwa - wtórouste. I my, jako ssaki, do wtóroustych się zaliczamy.

A jakie zwierzęta zaliczamy do pierwotnych? I jakie spośród nich mogły być w stajence, choć ich nie dostrzegamy zazwyczaj? Na pewno stawonogi (owady i pajęczaki), zapewne pasożytnicze płazińce, zapewne i niesporczaki. Wtórouste, takie jak wół czy osioł to w ludowej tradycji mówią w Wigilię ludzkim głosem. Ale może warto pogłębiać i poszerzać ludowa tradycję. Wszak nauka to część kultury.

Ale czy wiecie, że u wtóroustych otwór gębowy w rozwoju zarodkowym pojawia się wtórnie w innym miejscy niż pragęba? Można powiedzieć, że pierwouste są bardziej pierwotne. Mają jakieś pierwszeństwo, zaznaczone w planie budowy. Może więc one jako pierwsze powinny w Wigilię przemawiać? O czym by powiedziały w tę świętą noc?

Wiedza ma tę moc, która pozwala zobaczyć, dostrzeć znacznie więcej. A co Ty byś w imieniu pierwoustych powiedział? W kontekście nocy wigilijnej.

 

Czytaj także: Wtórouste – ekstrawagancja i nonkonformizm naszego przodka

Poeci w czasach smartfonów i epoce esemesów

sczachor

25442770_10213475154106625_6703098992272544947_nNajpierw ludzie nauczyli się mówić. Było to jakieś kilkadziesiąt tysięcy lat temu. Albo trochę wcześniej. A zaraz potem narodziła się poezja, jako jedna z form opowieści. Poezja kształtowała się jakieś kilkadziesiąt tysięcy lat. Trwała i się rozwijała wraz z coraz większymi umiejętnościami językowymi.

Pierwszy kryzys przyszedł, gdy ludzie wynaleźli pismo. Ale poezja przetrwała, zmieniona ale jednak przetrwała. A czy poezja i poeci przetrwają w czasach smarftonów? Chyba tak, bo spotkałem w pałacu w Rudnie (gmina Kołbiel) poetę piszącego wiersze na smarfonie. I czytającego je z telefonicznego ekranu. Kartka papieru nie jest potrzebna. Zapewne nie jest jedynym tego rodzaju poetą w czasach esemesów i mobilnego internetu.

Dlaczego w ogóle powstała poezja? Chyba z dwóch powód: piękna języka i potrzeby zapamiętania. Najprawdopodobniej główną funkcją języka ludzkiego było budowanie więzi, swoiste iskanie na odległość. Ale na pewno ważną jego funkcją było też przekazywanie treści i informacji.

Już od swojego zarania człowiek lubił opowieści. Słuchać i opowiadać. Oprócz pieśni, opowieści, mitów, legend, sag itd. była poezja. Jak już powstał język (mowa) to uwidoczniła się niespodziewana cecha języka – piękno słów i budowanych zdań (nie wynika z merytorycznej treści czy przekazywanej informacji). Nie tylko wartość informacyjna ale i piękno (dobra komunikacja wymaga także i estetycznego piękna). To chyba był pierwszy powód powstania poezji. A drugi? Pamięć. Bo jak zapamiętać piękno słów i dłuższą opowieść? Tak narodził się rytm i rym (w pieśniach pamięć wspomagana była muzyką) – technika zapamiętywania.

Przez tysiąclecia istniała tylko poezja mówiona. Deklamowana, wypowiadana. Rym i rym służył zapamiętaniu. Trzeba było ułożyć piękne wiersze lub słuchając zapamiętać je od innych. A potem samemu deklamować. Była poezja intymna by pięknymi strofami uwodzić i miłość rozpalać. W wiadomym celu. Ale była i poezja towarzyska – by bawić zebranych, dawać rozrywkę, uczyć, przekazywać wartości. Poezja kameralna, poezja biesiadna i poezja wzniosła, plemienna. Zapamiętaliśmy tylko to co najpiękniejsze i najwartościowsze. Miliony innych fraszek, wierszy i poematów przeminęło.

Kiedy powstało pismo, to na początku było ono jedynie dodatkowym sposobem zapamiętania wiersza, poematu itd. Zapisać by odczytać. Pismo jako dodatkowa pamięć zewnętrzna. W tych czasach literatura (coś, składającego się z liter zapisanych) wiernie naśladowała kulturę mówioną. W poezji dalej był rym i rytm. Bo głównie poezja była wypowiadana. Z czasem zaczęliśmy wiersze czytać. I to był pierwszy cios dla poezji. Stała się niszowa.

Literatura sama siebie odkrywała i niejako wyzwoliła się spod szablonu kultury mówionej. Gdy wynaleziono druk i słowo pisane stało się tanie i powszechne, poezja zaczęła tracić rym i rytm. Bo już nie służyły zapamiętaniu. Wszak było już zapisane. Poeci zaczęli pisać wiersze dla ich graficznej i literalnej urody. Ale to piękno trzeba zobaczyć a nie wysłuchać. Bo nie słychać – tylko widać.

Pismo mocno zaszkodziło poezji. Ale ona przetrwała, zmieniona: pisana i czytana a nie zapamiętywana i wygłaszana. Wiersze czytane brzmią zazwyczaj gorzej niż te same wypowiadane z pamięci. Tylko nieliczni potrafią dobrze i przekonująco czytać na głos.

A teraz nastał czas elektronicznych ekranów, smartfonów i tabletów. Ponoć mniej czytamy. Przynajmniej mniej słów zapisywanych na papierze. O wiele łatwiej przesłać dźwięk, obraz i mimikę twarzy niż tylko same słowa. Dzięki smartfonom zaczynamy więcej mówić… niż pisać. To w jakimś sensie powrót do przeszłości. A czy w tych czasach przetrwa poezja?

Na grudniowym spotkaniu w pałacu w Rudnie spotkałem poetę, który pisze swoje wiersze na smarfonie i czyta je z ekranu telefonu. Bez pośrednictwa odręcznego pisma czy pisana na maszynie lub komputerowej klawiaturze. Jak widać poezja może istnieć bez drukowanych tomików wierszy.

Narzekamy na epokę elektronicznych gadżetów, że powodują spadek czytelnictwa. Chyba tak nie jest, bo piszemy dużo więcej, tyle tylko że wypowiedzi są inne. Zazwyczaj są to krótkie formy w postaci esemesów czy rymowanych życzeń świątecznych. Tak jak kiedyś fraszki, służą rozrywce i utrzymywaniu więzi.

Najpierw jest pomysł i sens wypowiedzi. Potem ubieramy te treść w piękną formę. Szukamy słów, które będą wywoływania niebanalne skojarzenia i układały się w piękne zdania. Ma być z sensem i pięknie (nie zawsze się udaje). 

W epoce pisma drukowanego poezja była limitowana. Autorzy skupiali się wokół wydawnictw lub czasopism. Nie dla każdego było miejsce. Nobilitacją było drukowanie w czasopismach lub tomikach wierszy. A czy obecnie zwykły lekarz może być poetą? Czy może pisać wiersze? Może. Druk jest tani, więc może sam wydawać swoje tomiki wierszy. A jeszcze łatwiej umieszczać je w internecie, wysyłać pocztą elektroniczną czy esemesami. Skoro nie potrafimy zapamiętywać tak jak nasi przodkowie, to możemy zapisywać w swoich tabletach i telefonach. I za ich pośrednictwem łatwo upowszechniać. Bo sensem poezji jest komunikacja: albo wypowiadaniem albo zapisywaniem na papierze, albo zapisywaniem na elektronicznych kartach pamięci. Mówimy, drukujemy, esemesujemy. Komunikujemy się.

Wydawało mi się, że poezja jest przeżytkiem… w czasach powszechnego słowa drukowanego. Ale skoro wiersze funkcjonują w smarfonach, to najpewniej poezja przetrwa . Na pewno lepiej poezji się słucha niż ją czyta. I do tego elektronika się bardziej nadaje niż zadrukowany papier.

Dlaczego przetrwa? Bo układanie wierszy daje poczucie sprawstwa. Tworzymy piękno i pokazujemy je innym. Sprawstwo i budowanie więzi międzyludzkich. Poezja więc przetrwa. I będzie popularna, zejdzie pod „strzechy” (raczej pod tabletowe ekrany). Nie wszystko musi być ponadczasowe. Wystarczy, że będzie nasze.

 

Nauczeństwo - o tym, dlaczego szkoła musi się zmieniać

sczachor

DSC_0390Szkoła jest i była jedynie elementem system edukacji, o czym zazwyczaj zapominamy. Zapominamy także o tych innych elementach edukacji. Wszystkie razem możemy określić jako środowisko edukacyjne. Szkoła zawsze miała przygotowywać do życia dorosłego i życia w społeczeństwie, łącznie z kompetencjami zawodowymi. Zmieniło się społeczeństwo i gospodarka, w ślad za tym zmienia się system edukacji (mniej lub bardziej świadomie). Tu drobna dygresja: nie wszystkie zmiany są dobre i pożądane. Obecna reforma edukacji (zwana potocznie deformą - od deformacji) w wielu aspektach jest szkodliwa, bo strukturalnie cofa nas do przeszłości. Przeszłości, której dawno już nie ma. Jest to więc zbędny i bezcelowy wysiłek.... Energię i entuzjazm trzeba zachować na coś rzeczywiście potrzebnego i koniecznego. Bo zmiany są nieuniknione...

Nasze uzasadnione narzekania na szkołę wynikają nie z tego, że dawniej zrobiliśmy coś źle, ale dlatego, że szybko zmienia się świat. I trzeba się dostosowywać do zupełnie nowych warunków. Dostosować a nie cofać, bo "dawniej było dobrze"...

Prosumcja - jako nowe zjawisko w gospodarce - jest efektem trzeciej rewolucji technologicznej. Najszybciej ujawniła się w Internecie i produkcji energii odnawialnej. Prosumcja to połączenie słów „produkcja” i „konsumpcja”, niegdyś te dwie aktywności były wyraźnie oddzielone. Teraz coraz częściej  bywamy jednocześnie producentami i konsumentami. Prosumpcja jako nowy sposób myślenia o świecie znajduje swoje odzwierciedlenie również w edukacji (np. Akademii Khana).

Nauczeństwo (nauczanie i uczenie się) to neologizm utworzony na próbę w czasie dyskusji ze studentami na portalu społecznościowym - oznacza uczyć się od siebie nawzajem, gdzie role nauczyciela i ucznia/studenta są przemieszane. Chyba już to słowo zakorzeniło się w dyskusji edukacyjnej. Doświadczam nauczeństwa na co dzień. Coraz bardziej świadomie.

Nauczeństwo to proces, w których nauczyciel jest jednocześnie uczestnikiem, tutorem, coachem. To także skupienie się na tworzeniu warunków do uczenia się a nie tylko transmisji gotowej i niepodważalnej wiedzy. Raz jestem nauczycielem, a raz uczniem. W sumie to istota uniwersytetu, gdzie we wspólnocie uczących i nauczanych wspólnie zbliżamy się do prawdy i odkrywamy świat, wspólnie budujemy wiedzę zbiorową. Potrzeba tylko odrobimy pokory i uświadomienie sobie, że nie wiem wszystkiego i nie znam się na wszystkim lepiej od swoich studentów (uczniów). Świadomości, że wspólnie i w relacjach odkrywamy nowe światy.

W codziennej pracy dydaktycznej namacalnie przekonuję się, że istnieje pokolenie cyfrowych tubylców, funkcjonujących jako wielozadaniowcy z podzielną uwagą. Ma to swoje plusy i minusy. Ale tacy są, ukształtowani przez środowisko, w którym żyją. Są jak inna kultura, inna cywilizacja. Uczę się od studentów korzystania z mobilnego Internetu, a i ja ich czegoś uczę. Zamieniamy się na chwilę rolami. Uczymy się nawzajem, w działaniu (nauczanie problemowe, koncepcja nauczyciela ignoranta, konektywizm, konstruktywizm). Dostrzegam,że w mimo łatwości docierania do informacji nie zawsze potrafią dyskutować, analizować i wykorzystywać te informacje. Mogę więc ich czegoś nauczyć, bo pewne kompetencje są niezmienne i przydatne w każdych warunkach: analogowych i cyfrowych. 

Czasem mam wrażenie, że w niektórych przestrzeniach cyfrowych to ja sprawniej się poruszam. Ale może to tylko złudzenie. Może ja tylko sprawniej poruszam się w moich strefach a nie znam ich światów i nawyków cyfrowego świata. Potrzeba nam otwartej ciekawości i dyskusji, by poznać swoje światy, być może bardzo odmienne. W przeszłości światy młodego pokolenia zawsze się trochę różniły od współczesnych im światów dorosłych.Ale nigdy wcześniej te różnice nie były tak duże jak współcześnie. W jakimś sensie jest to ciekawa przygoda podróżowania i odkrywania. 

Pozostawanie w sieci powiązań i wspólne tworzenie systemu wiedzy indywidualnej i tej grupowej jest coraz bardziej widoczne w systemie współczesnej edukacji. Dobrym przykładem jest chociażby Wikipedia. W przyszłym semestrze kolejny raz (po kilku latach przerwy) będę chciał wspólnie ze studentami współtworzyć hasła na polskiej Wikipedii. Tym razem z konektywizmem jako teorią objaśniającą zachodzące zjawiska. Poznawać przez uczestnictwo i aktywne tworzenie, by wspólnie zobaczyć czym jest nauka jako proces i nauka jako produkt. 

Luki w wiedzy i umiejętnościach nie wynikają tylko z braków czy dawnych zaniedbań w życiu człowieka: że nie skończył odpowiednich szkół czy miał słabe oceny. Przykładem jest Internet i kompetencje cyfrowe. Nie można było nauczyć się obsługi Internetu, smartfonów itd., bo ich jeszcze kilka-kilkanaście lat temu nie było powszechnie dostępnych. Dlatego współczesny nauczyciel uczy się razem z uczniami. A każdy ma inne predyspozycje i style uczenia się. Podobnie z seniorami. Uczyć się razem to jak wspólne odkrywać nowe kontynenty. Przygoda przy różnorodnych umiejętnościach eksploracyjnych.  Różnorodność umacnia zespół, potrzeba tylko pracy zespołowej, a z tym u nas, Polaków, bywa bardzo różnie. 

Świat się zmienił drastycznie i trzeba się uczyć przez całe życie a nie tylko w dzieciństwie czy młodości w systemie szkolnym, sformalizowanym. Ciągle mamy siedzieć w szkole i na kursach aż do uniwersytetu trzeciego wieku? A kiedy żyć i pracować, zakładać rodzinę i rodzic dzieci? Jedno i drugie musimy wykonywać jednoczesnie. Dlatego nawet uczniom w szkołach podstawowych trzeba zagwarantować wystarczająco dużo czasu bez "odrabiania lekcji" by mogli się bawić. By doświadczyć w pełni dzieciństwa. Podbnie z dorosłymi, by mogli nie tylko pracować, ale i żyć pełnią życia. Bo minie i dzieciństwo, i młodość.... A potem i jesień życia. I by studenci mogli studiować a nie tylko uczyć się. Więcej swobody i wolności! Więcej wyboru.

Pozostanie ustawiczna edukacja pozaformalna. Tyle tylko, że dla niej musimy stworzyć przestrzeń edukacyjną. Całkiem nową i zupełnie niepodoną do tego, co już było. 

Czerwona Królowa na ruchomych schodach czyli logo musi być ! Dostałem pracę domową do odrobienia…

sczachor

Logo_spokojne_bez_adresu_2Świat współczesny zmienia się niesamowicie szybko. Trudno nadążyć. Prawdą jest, że najważniejszą obecnie kompetencją jest umieć się uczyć. Powtarzam do nauczycielom w czasie szkoleń i gościnnych wykładów, powtarzam swoim studentom. Ale i sam na co dzień doświadczam (mnie to też dotyczy). Dostęp do wiedzy jest niewyobrażalnie łatwy, bez porównania do przeszłości. Ale co z dostępu do zasobów informacji jeślibyśmy nie potrafili z nich skorzystać? Czy obsłużyć urządzenia dającego dostęp? A postęp technologiczny jest tak ogromny, że wczorajsze nowinki jutro będą archaicznymi eksponatami muzealnymi. Coraz bardziej uczymy się „rozmawiać” z maszynami. Zupełnie nowy i uniwersalny język obcy…

Sytuacja człowieka we współczesnym świecie podobna jest do ewolucji w świecie żywym. Kiedyś głosiliśmy, że gatunki przystosowane są do swojego środowiska. To nie jest zupełnie poprawne, bo środowisko nieustannie się zmienia a więc i ewolucja trwa. Teraz mówimy, że gatunki nieustannie przystosowują się do środowiska (zmieniającego się). Jak w „Alicji w krainie czarów” – trzeba biec by ciągle być w tym samym miejscu (hipoteza Czerwonej Królowej w biologii ewolucyjnej). Lub inny przykład – wejdziemy na ruchome schody (ale podążajmy w przeciwnym kierunku do ruchu tego urządzenia) – trzeba cały czas iść… by być w tym samy miejscu. Jeśli się zatrzymamy, to ruchome schody poniosą nas do tyłu. Lub inni nas wyprzedzą.

Kiedy jakieś 12 lat temu powstał ten blog, nie przypuszczałem, że tak długo się utrzyma. Był eksperymentem (i dalej eksperymentuję, uczę się). Kilka razy się zmieniał mimo, że oprogramowanie tej witryny daleko nie nadąża za nowinkami. Od wielu lat część funkcjonalności oznaczona jest jako „w budowie”. No i teraz przyszło mi na to, że musiałem zrobić logo…

A było to tak. W ramach współpracy pojawiła się możliwość aby mój blog objął patronatem kilka wydawanych w 2018 roku książek. Niby nic ale… pojawiła się konieczności opracowania logo dla bloga: „Tworzy Pan jednego z lepszych blogów popularnonaukowych, Pana blog jest wymieniany w zestawieniach najlepszych blogów o nauce. Koniecznie musi Pan stworzyć logo.”

Jak mus to mus choć nigdy wcześniej nie opracowywałem żadnego logo (grafikę komputerową wykorzystywałem w innych celach). Trzeba się nauczyć kolejnej rzeczy. Możliwie to jest przy zachowaniu… zdolności do uczenia się aż do późnego wieku. Ech, współczesny świat… Oprogramowanie niby miałem już w komputerze, ale logo miało być w grafice wektorowej. Z pomysłem graficznym mieć było problemu – wybrałem dorosłego chruścika, wielokrotnie malowałem podobny symbol już na różnych obrazach, butelkach czy myślografii , wykorzystanej do bajki kamishibai. Ołówkiem, kredką nawet pędzlem, to owszem. Ale myszką? Kupić specjalny tablet do rysowania rysikiem elektronicznym? Raz, że wydatek, dwa, że to by trwało, a logo ma być w ciągu kilku dni.

Konektywizm to współpraca ludzi i wiedza powstają w sieci (powiązań, dialogu niezależnie od nośnika). Wszystkiego sam szybko się nie nauczysz. Ale od czego jest współpraca i… nauczeństwo. Raz uczę ja studentów, a raz studenci mnie. Uniwersytet w pełnym słowa tego znaczenia: wspólnota ludzi uczących się i nauczających. Dobre środowisk edukacyjne. Coś tam zrobiłem w Corelu, ale dopiero w czasie konsultacji… u mojej studentki , logo dojrzało. Doświadczona w grafice komputerowej szybko pokazała mi co i jak. I w jaki sposób zapisać, by była to grafika wektorowa. Potem jeszcze otwarte konsultacje na Facebooku i porady innych osób. Otwarte dzielenie się wiedzą jest piękne! I możliwe z wykorzystaniem mobilnego internetu. Dowiedziałem się o psychologii i filozofii tworzenia logo, że to nie takie byle co i wiele elementów ma znaczeni. Świat zupełnie dla mnie nowy.

Tak więc poćwiczyłem, pouczyłem się, podyskutowałem i logo powstało. Niżej kilka innych wersji. Odrobiłem pracę domową. A za jakiś czas napiszę o jaką współpracę chodzi i na jakich książkach pojawi się logo bloga Profesorskie Gadanie.

24909852_10213430763556889_8462142032683236863_n24993315_10213427443553891_966321500190814268_nlogo_chruscik

O ocenianiu stopniami i opisowo – przykład gazetowej ankiety i testu komputerowego

sczachor

1ktoryzmotylipiszczytrabiSkąd oni wiedzieli? To była pierwsza myśl, gdy nauczyciele, na wykładzie w trakcie konferencji metodycznej udzielili odpowiedzi na pytanie o motyla wydającego dźwięki. To był szybki test z wykorzystaniem telefonu komórkowego i mobilnego Internetu. (zobacz cały wykład, z małymi skrótami). Zabawa interaktywna, celem której było pokazanie, że można w szkole wykorzystywać edukacyjnie smartfony. Ale wrócę do pytania, które wcale nie było łatwe. Co oznacza ten wynik z wyraźnie dominującymi poprawnymi odpowiedziami? Czy nauczyciele rzeczywiście znali właściwą odpowiedź? Skąd wiedzieli o takiej niszowej informacji? A może były to w jakiejś części strzały w ciemno i sugerowanie się nazwą? Tego, niestety, prosty test i ocena cyfrowa nie są w stanie wyjaśnić. Do tego potrzebna byłaby dyskusja z zainteresowanymi (zapraszam do zamieszczania uwag w komentarzach pod niniejszym wpisem na blogu).

A przecież od szkół i nauczycieli oczekujemy prostych, cyfrowych ocen. Skoro skala jest od 1 do 6, to bardzo szybko otrzymujemy odpowiedź, jak jest: dobrze, celująco, dostatecznie itd. Szybko ale mało precyzyjnie. Co innego w ocenie opisowej. Tam jest dużo konkretów. Tyle, że nie wystarczy rzut oka. Trzeba przeczytać i pomyśleć. Przyzwyczajenie do ocen cyfrowych pozostaje na długo, po opuszczeniu szkolnych ław.

Kilka dni temu otrzymałem od pana redaktora z Gazety prośbę o udzielenie odpowiedzi na temat miasta (zobacz rezultaty). Zadanie okazało się prostsze niż myślałem. Była to bowiem ankieta z odpowiedziami w formie oceny szkolnej od 1 do 6. Można było wypełnić szybko lub z zastanowieniem a więc znacznie bardziej pracowicie i czasochłonnie. Jakkolwiek by nie postąpić, to odbiorca i tak nie widzi czy szybko, na zasadzie wrażeń, czy po długiej analizie. Ma przed sobą same cyfry. O, przepraszam, oceny. Tak jak w szkole. I co może pomyśleć? Jak odcyfrować? Jakie wyciągnąć wnioski?

Ocena jednej osoby lepsza byłaby, gdyby była kompletna i opisowa. Bo wtedy zawierałaby wszelkie niuanse i niestandardowe podejście. Ale gdy takich ocen jest więcej, to analiza wszystkich, gdy każda inaczej wygląda, byłaby bardzo trudna. Cyfry o wiele łatwiej się sumuje i wyciąga wartość średnią. Lub stosuje inne statystyki. Powstaje wynik zbiorczy. Można na jego podstawie coś interpretować i wyciągać kolejne wnioski. Ale jak blisko lub daleko będą od tych indywidualnych ocen-interpretacji?

Tę trudną sytuację dobrze opisuje stara anegdota, że ze statystyką jest jak z dziewczyną w bikini – niby cała roznegliżowana ale i tak to, co najważniejsze jest zakryte. Bo co oznacza na przykład ocena 4 w kategorii „dobre wykształcenie” (w odniesieniu do Olsztyna)? Czy ankietowani mieli na myśli szkoły podstawowe, szkoły średnie, zawodowe czy uczelnie wyższe? A może wszystko łącznie? I czy teraz wypominać uniwersytetowi niezadowalający poziom kształcenia czy też odnosić do szkolnictwa podstawowego? Pomijając fakt, że jest to jedynie odczucie kilku-kilkunastu osób a nie analiza efektów kształcenia itp.

Oceny cyfrowe łatwo wystawić, nieco trudniej jest je uzasadnić czy zinterpretować. Maniera ta od jakiegoś czasu utrwaliła się w recenzjach prac naukowych, wysyłanych do redakcji czasopism naukowych. Pozwala podjąć decyzję redaktorowi czy przyjąć pracę czy odrzucić. Szybkość przy nadmiarze dopływających informacji jest na pewno niezbędna. Szybko nie znaczy dobrze (trafnie).

Wystawienie oceny opisowej zajmuje nauczycielowi dużo więcej czasu. Ale jest jednocześnie dobrą informacją zwrotną dla samego zainteresowanego. Konkretną i zindywidualizowaną. Pozwala dostrzec nieszablonowe mocne strony i obszary, w których warto popracować (i co konkretnie poprawić). Bo jeśli jest ocena 4, to znaczy, że mogłoby być lepiej. Ale co konkretnie? Mniej lepiej niż przy ocenie 3 a więcej niż przy 5? A może odwrotnie. Na różne sposoby w edukacji próbuje się odchodzić od stosowania ocen cyfrowych na rzecz opisowych. Trudna to jednak droga. I nie zawsze możliwa. Czasem chcemy ustandaryzowanych liczb by można je było łącznie analizować statystycznie (to interesuje nie ucznia a organ zwierzchni). Bo dla kogo innego są oceny opisowe, a dla kogo innego cyfrowe. Szkoda, że czasem o tym zapominamy.

Ja pozostanę z niepewności skąd tak wielu nauczycieli wiedziało, że zmierzchnica trupia główka wydaje dźwięki. Czytali mojego bloga (kilka razy pisałem)? Brali udział w poprzedniej Nocy Biologów (była bohaterem gry edykacyjnej)? A może ich wiedza przyrodnicza jest większa niż skłonni jesteśmy przyznać? Ciekawy problem, wynikający z prostego testu, efektem którego były liczby. Bo może liczby inspirują do przemyśleń?

Ucz się - to ważne! Będzie na egzaminie.

sczachor

pomidoryTakie słowa można często usłyszeć w szkole i na uniwersytecie. Jest formą uzasadniania do czego się dana wiedza przyda. Przyda się... na egzaminie. Czy to uzasadnienie jest wystarczające? Pytam w kontekście spadającej motywacji do nauki. Bo nie wszyscy uczą się dla stopni i dobre oceny nie są zawsze wiarygodną przepustką do kariery. I oni to czasem wiedzą. Uczniowie i studenci. Widzą nieprzystawalność niektórych treści do współczesnego świata. 

Wszystko niby jest dobrze, uzasadnienie sensowne. Podkreśla ważność informacji, ukierunkowuje uwagę i motywuje do uczenia się (zapamiętania). Jest jednak mała wątpliwość. Bo albo jest to skrót myślowy, albo ... brak dobrego uzasadnienia. Jeśli używamy skrótów myślowych to miejmy na uwadze i to, czy adresat przekazu zna pełną wersję uzasadnienia. 

Po co ma te informacje uczeń/student przyswajać? Dla egzaminu? Czyli wiedza przydatna tylko w szkole/uczelni, potem zbędna. Z takiego motywowania bierze się 3 x Z (a w zasadzie 4): zakuć, zaliczyć, zapomnieć. Czwarte Z jest po to, by łatwiej zapomnieć. Nie będzie go nazywał po imieniu. Już dawne obserwacje wykazały, że część wiedzy i umiejętności nauczanych w szkole przydatna jest tylko w szkole. Potem zupełnie nieprzydatna. Bo na przykład takie ściąganie. Pozwala osiągnąć lepszą ocenę na klasówce... ale potem, w życiu zawodowym jest niepotrzebną kompetencją. Stosowanie jej prowadzi do katastrofy, także osobistej. Są oczywiście umiejętności i wiedza, które nie są przydatne, mimo że w szkole są dobrze oceniane i nagradzane. Lepiej zapomnieć.

Zapominanie jest bardzo ważną cechą naszego umysłu i bardzo przydatną w życiu. Nie wszystko warto pamiętać, np. traumatyczne przeżycia. Z wieloma informacjami jest podobnie: są przydatne tylko na chwilę, potem są balastem. I dobrze działający umysł zapomina. To dobra kompetencja i umiejętność. Czy w szkole uczymy się zapominania?

Wróćmy jednak do tytułowego motywowania "ucz się, bo się przyda". Na egzaminie. A do czego przyda się w życiu pozaszkolnym? Będzie to przydatne? Nie jest to nacisk na umiejętności tylko praktyczne, bo wiedza ogólna też jest bardzo "praktyczna" - tworzy indywidualny system wiedzy, buduje paradygmat (światopogląd) i ogólne umiejętności umysłowe, buduje wiedzę o świecie i rozumienie rzeczywistości wokół nas (całościowy i spójny system a nie worek z chaotycznie poupychanymi informacjami). Czasem robimy coś co ćwiczy i umysł, i umiejętności poznawcze. Tak jak sportowiec na treningu: przecież biegnie nie w zawodach tylko "tak, bez nagród". A przecież to dzięki treningom potem może wygrywać w realnych już zawodach i olimpiadach. 

Nawet uczenie się wierszy na pamięć... może mieć sens (nawet w czasach gdy dysponujemy ogromną pamięcią zewnętrzną, dostępną on-line) - jeśli wskażemy ćwiczenie umiejętności mnemotechnicznych, skupienie się na wysiłku i celowym działaniu. Ale ten sens trzeba studentowi/uczniowi pokazać. By był zmotywowany głęboko i trwale, by rozumiał sens wysiłku pozornie bezsensownego. Najpierw jednak to pytanie powinien postawić sobie nauczyciel. Po co. Po co ma uczeń/student to wiedzieć, znać, rozumieć? Bo będzie na egzaminie? To słaba motywacja. Uczenie się dla stopni zachęca do chodzenia na skróty i... skłania do ściągania... Bo przecież będzie na egzaminie.

Dlaczego jest to ważne? W jakim sensie przyda się do życia pozaszkolnego? Nauczyciel (także ten akademicki) powinien stawiać nieustannie sobie takie pytania by rozumieć a nie tylko odtwarzać stary rytuał. Bo kiedyś tak było... Ale może w tym czasie coś się zmieniło? Współczesny świat niezwykle szybko się zmienia. Dezaktualizują się racje ważne 5 czy 10 lat temu. Raz udzielona odpowiedź, nawet jeśli jest bardzo dogłębnie przemyślana, nie wystarcza  na "wszystkie czasy".  

Do efektywnego nauczania potrzebne jest by przekonać a nie wymusić (zastraszyć złą oceną na egzaminie).

A co zrobić, gdy nie słuchają? Gdy szepczą na lekcji czy wykładzie? Postraszyć, że będzie na egzaminie? Żeby więc lepiej notowali i zapamiętali? Na ile taka motywacja wystarczy?

Prowadzenie przyrodniczych obserwacji w terenie - materiały dla nauczycieli

sczachor

2czegochcesienauczycteraz

25 listopada 2017 r, na zaproszenie Fundacji Uniwersytet Dzieci, uczestniczyłem w konferencji metodycznej dla nauczycieli pt. "Jak realizować ciekawe lekcje przyrodnicze w szkole i w terenie? Konferencja dla nauczycieli szkół podstawowych." Wygłosiłem wykład pt. "Jaka jest rola bezpośredniego kontaktu z przyrodą w kształtowaniu postaw ekologicznych? Prowadzenie przyrodniczych obserwacji w terenie" (niżej slajdy z wykładu w formie prezentacji, a tu zapowiedź). Niniejszy tekst jest spełnieniem obietnicy, danej nauczycielom - przedstawiam materiały uzupełniające do wykładu.

Nie wszystko da się zanotować, nawet wykorzystując telefon komórkowy jako aparat fotograficzny. Zdjęcie jako notatka? Też tak robię. Ale można jeszcze więcej. Można więc wykorzystywać technologie informatyczne do uzupełnienia. Na wykładzie przede wszystkim słuchać a potem i tak pełne notatki się otrzyma. Nie ma więc niepokoju, że coś umknie. Teraz można przypomnieć sobie i... w komentarzach zamieścić swoje refleksje, uwagi i pytania. Dyskusja może toczyć się  daleko od sali wykładowej, daleko czasowo i przestrzennie. Nowe technologie mają swoje dobre strony.

U góry grafika przedstawiająca oczekiwania nauczycieli na początku konferencji. Czy udało się te oczekiwania spełnić? Może jakaś ewaluacja, np. w formie komentarzy do mnie dotrze, Fundacja rozdała anonimowe ankiety, ale wyników tej ewaluacji nie znam. Jeszcze.

Oglądanie samych slajdów, gdy nie było się na wykładzie, jest jak oglądanie filmu bez dźwięku. Fragmentaryczny odbiór informacji. Staram się zamieszczać w prezentacjach jak najmniej tekstu. Bo prezentacja jest tylko pomocą do opowieści. Ale osoby, które były, przypomną sobie treść. Jeśli ktoś nie zanotował jakichś fragmentów, to teraz na spokojnie zapisze, sprawdzi, doszuka. Uzupełniająco dodałem kilka slajdów z tekstem (nie było ich na wykładzie). Przy okazji sam przypomniałem sobie o programie, umożliwiającym umieszczenie prezentacji, by można było ją umieścić na stornie (czy blogu). Zatem i ja korzystam. Uczę się ze światem a nie tylko uczę o tym świecie (to sparafrazowane nawiązanie do niektórych slajdów z wykładu).

Obiecałem dodatkowe linki. Oto one:

Najważniejsze przesłanie z wykładu:

  1. Zaciekawienie (najpierw nauczyciela, potem ucznia)
  2. Metoda naukowa (jako sposób poznawania świata i weryfikowania informacji)
  3. Wsparcie (metodyczne dla nauczycieli)

Nad tym ostatnim na uniwersytecie pracujemy, by poszerzać możliwości. Już teraz zapraszam na Noc Biologów 2018, 12 stycznia. Program szczegółowy niebawem. Zapraszam także do zajrzenia na stronę wydziału z oferta wykładów wyjazdowych  i zajęć laboratoryjnych na uczelni: 

 
 

Creatonotos gangis potwór, który nie jest taki straszny i truciznę zmienia w afrodyzjak

sczachor

gangis7Kiedy na początku listopada znajomy podrzucił mi zdjęcie i krótki filmik tego niesamowitego owada, to w pierwszej chwili pomyślałem, że to jakaś mistyfikacja. Takie coś to przecież nie może żyć. Bo jakby się taki motyl poruszał a zwłaszcza fruwał? Może ktoś do odwłoka motyla nocnego coś po prostu przyczepił? A może jakiś pasożyt? Zdjęcie łatwo byłoby zmanipulować, ale filmik nakręcony telefonem komórkowym?

Nie ma rady, zaciekawiony zacząłem szukać. Tylko jak? Nie znam ani tej ćmy ani nazwy. Jak szukać? Ale można szukać podobnych zdjęć przez wyszukiwarkę Google. Już po kilku sekundach kilka podobnych się ukazało na monitorze. Na początku listopada informacji w sieci było niewiele, w tym sporo mało precyzyjnych a wręcz błędnych. Te dziwne struktury znalazłem opisane w kilku miejscach jako „włochate odnóża”. W innych miejscach spotkałem określenie „włochate ołówki”. Współczesne owady w stadium imago nie mają odnóży odwłokowy, tym bardziej tak dużych. Cóż to więc za struktury? Po dwóch tygodniach w sieci znalazło się już kilka filmików i dużo więcej informacji. W tym całkiem sensownych i dobrze opisanych. To pierwszy fenomen jaki dostrzegłem w związku z tym owadem: szybka odpowiedź na zapotrzebowanie społeczne.

Odwłokowe przydatki okazały się nie odnóżami i na dodatek uwypuklają się (są jakby nadmuchiwane, lecz mechanizm wynicowania inaczej przebiega niż „nadmuchiwanie") tylko na relatywnie krótko, potem znowu wnicowują. Zatem samce wcale z tymi mało wygodnymi „wyrostkami” na co dzień nie paradują. A więc nie przeszkadzają im ani w locie, ani w „życiu”. Niemniej ćma, która wywołała duże zainteresowanie społeczne w mediach społecznościowych, jest sporą ciekawostką, wartą opisania.

Znacznie ciekawszym elementem w biologii tego owada jest to, jak potrafią zamienić truciznę w afrodyzjak. Oszczędność metabolizmu i finezja ewolucji. O tym będzie niżej. Cierpliwości.

Niezwykły owad o nazwie Creatonotos gangis okazał się ćmą z rodziny niedźwiedziówkowatych (Arctiidae), znany był od dawna entomologom. Duże zainteresowanie pojawiło się po opublikowaniu krótkiego filmiku na portalu społecznościowym. Opisany został przez Linneusza w 1763 roku pod nazwą Phalaena gangis. Późniejsze synonimy to: Creatonotos continuatus Moore, 1877, Noctua interrupta Linnaeus, 1767 i Creatonotos flavoabdominalis Bang-Haas, 1938 (nazwisko i rok po nazwie gatunkowej oznaczają autora lub autorów i rok opisania, publikacji – pełna nazwa gatunkowa zawiera właśnie nazwisko lub skrót i rok). Wymienieni wyżej naukowcy raczej widzieli owady zasuszone, spreparowane i na ich podstawie dokonywali opisu. I dlatego nie dostrzegli tych „owłosionych ołówków”. Dlaczego? O tym za nieco niżej.

Rodzina niedźwiedzówkowatych występuje także w Polsce. Wiele z nich to pięknie ubarwione motyle nocne, gąsienice są zazwyczaj mocno owłosione (te liczne włoski to obrona przed drapieżnikami – nie wszystkie ptaki chcą jeść takie włochate i kłujące stworzenia).

Creatonotos gangis żyje w Azji południowo-wschodniej i zachodniej Australii. „Wygląda trochę jak połączenie stonogi, gąsienicy i ćmy.” Tak określano w różnych miejscach w sieci owego motyla. Swoją drogą skoro zdobył już taką sławę, to powinien doczekać się polskiej nazwy. W „Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych ...” Erazma Majewskiego z 1894 roku znajdują się polskie nazwy dla gatunków z rodzaju Phalaena. Nazwa rodzajowa jest opisywana jako: ćma, miernica, zanocnica. Konkretne gatunki już z nazwami takimi jak jedwabnik, prządka, wierzbowiec, mniszka itd. Phalaena gangis nie występuje. Ani kolejny synonim Noctua interrupta. Trzeba więc ukuć nazwę polską.

Te dziwne, włochate organy występują u samców, noszą nazwę coremata (organy zapachowe, nazwa pochodzi z języka greckiego i oznacza "odkurzacze do pierza"), nie są to odnóża, tak jak można znaleźć w wielu mniej profesjonalnych miejscach w sieci, obecne są na końcu odwłoka, wydzielają feromony. W Słowniku Entomologicznym Razowskiego (PWN, 1987) znajdujemy nazwę korema (corema, sacculi lateralis) „parzysta boczna kieszeń w VII, VIII i IX pierścieniu [segmencie – S.Cz.] odwłokowym samców licznych motyli, zawierająca pęk zmodyfikowanych łusek; narząd rozprzestrzeniający zapachy.” U naszego bohatera kieszeń ta może być uwypuklana na zewnątrz. Na jednym z filmików można zobaczyć jak entomolodzy z Australii, wstrzykując martwym motylom płyn, sztucznie doprowadzają do „wynicowania”. To dydaktyczna demonstracja budowy tegoż organu. Korema występują u co najmniej kilku innych gatunków, ale nie są tak duże jak u Creatonotos gangis. Stąd nie zwracały publicznej uwagi w mediach społecznościowych.

Gąsienice, brązowo owłosione, polifagiczne (czyli odżywiają się wieloma gatunkami roślin), są traktowane jako mało ważne szkodniki orzeszków ziemnych, ryżu, sorgo, kawy, słodkich ziemniaków, lucerny itd. Większe szkody mogą czynić w uprawach granatów (chodzi o drzewa z owocami granatów a nie o broń zaczepną czy obronną).

Feromony samców, produkowane w koremie, noszą nazwę hydroxydanaidal (nie znam polskiej nazwy, może jest, może hydroksydanaidal?). Jeśli w diecie larw znajdują się odpowiednie alkaloidy pirolizydynowe (gorzki smak, potencjalnie toksyczne), to dorosłe już owady produkują więcej feromonów hydroksydanaidalowych (ponad 0,4 miligrama). Jeśli w diecie gąsienic nie ma tych alkaloidów, to korema nie osiąga dużego rozmiaru i substancje zapachowe nie są wydzielane. I tu doszliśmy do trucizny, która zamieniana jest w afrodyzjak (w zasadzie feromon). To co miało odstraszać staje się niezwykle pożądane w życiu Creatonotos gangis. Feromony pozwalają odszukać partnerów do reprodukcji, nawet jeśli są oddaloni o kilka kilometrów. Chemiczna komunikacja jest potrzebna by tak małe organizmy mogły się odnaleźć w wielkim świecie. Tak jak my odnajdujemy swoje „drugie połowy” w globalnej wiosce.

Rośliny produkują alkaloidy jako truciznę, mającą odstraszyć lub choćby „zniesmaczyć” roślinożercom posiłek. Ale jak widać zawsze znajdą się jakieś ewolucyjne przystosowania do znoszenia tej trucizny. Co więcej, owady potrafią wykorzystać ją w swoim metabolizmie. Larwy gromadzą w ciele a po przepoczwarczeniu dorosłe samce wykorzystują do produkcji feromonów, zwabiających samice. Są więc ewidentnie bardziej atrakcyjne. Co cię nie zabije to cię wzmocni – pasuje jak ulał do biologii tej niezwykłej i już sławnej ćmy, Inne gatunki owadów potrafią gromadzić w swoim ciele alkaloidy (lub inną broń chemiczną roślin) przez co same są trujące dla drapieżników. Trucizna, która chroni. 

Więcej na temat ćmy Creatonotos gangis

 

Superbelfrzy Nocą czyli o błędach, które nie są porażką

sczachor

superbelfrzynocaCo robią nauczyciele późnym wieczorem? Oglądają telewizję? Śpią? Nie, zazwyczaj albo przygotowują się do dnia następnego, wypełniając najrózniejsze szkolne „papiery” (także wersji cyfrowej) albo się uczą. I nowe technologie ułatwiają to ostatnie. Na przykład Superbelfrzy organizują wieczorne webinaria. Wyjaśnię na wszelki wypadek, że webinarium to takie seminarium w sieci (stąd web-inarium), wykład wprowadzony on-line. Całkiem nowa forma komunikacji międzyludzkiej w kontekście zawodowym (czyli dyskusji i dokształcania się).

A skoro webinarium jest nową formą, to trzeba się tego nauczyć, zarówno jako uczestnik jak i „prelegent”. I w tym roku miałem kilka okazji poprowadzić webinarium, m.in. z wykorzystaniem platformy Clickmeeting.

Zazwyczaj błędy traktujemy jako porażkę. Ale w procesie uczenia się błędy nie są porażka, są… ewaluacją. Są informacja zwrotną. To właśnie do edukacji bardzo pasuje powiedzenie „ten błędów nie popełnia kto nic nie robi”. Zatem i ja… popełniam błędy. Za każdym razem inne, ale cały czas przybywa mi umiejętności. Zbawienne te błędy, które potrafimy dostrzec.

Zostałem poproszony przez Superbelfrów o poprowadzenie webinarium, odbywającego się w cyklu Superbelfrzy Nocą. Chciałem podzielić się swoimi doświadczeniami i przygotowałem opowieść o mówieniu z wykorzystaniem ilustracji do kamishibai. Ale jak pokazać teatrzyk ilustracji na platformie e-learningowej?

Po około godzinnym spotkaniu miałem mieszane uczucia. Niby poszło dobrze, ale czułem niedosyt i dostrzegłem kilka swoich błędów. Dlaczego nie przygotowałem się lepiej, żeby tych błędów nie było? Bo na etapie planowania, przy małym doświadczeniu, nie byłem w stanie sobie tych błędów wyobrazić sobie i przewidzieć. To znaczy niektóre można było, ale nie od razu Kraków zbudowano.

Mówienie referatu w formie on-line jest trudne. A przynajmniej nowe dla mnie i zasadniczo różne od dotychczasowego doświadczenia. Po pierwsze nie widać publiczności. Widać tylko monitor, małe okienko z własną twarzą (czyli to co widzą uczestnicy) i okienko z czatem. Tam słuchacze mogą pisać. Ale litery są małe i nie bardzo je widać. Dopiero w dyskusji po tym e-spotkaniu, dowiedziałem się, że można jakoś powiększyć. Spróbuję następnym razem. Być może litery będą większe, ale przy prawdopodobnie takim samym oknie mniej będzie widać innych wypowiedzi. Przy intensywniejszej wymianie zdań, trudno będzie to obserwować.

Tak więc publiczności nie widać a co z tym się wiąże nie widać reakcji, nie widać języka ciała. Nie wiadomo czy słuchają i jak reagują. To, co widać na sali, w czasie bezpośredniego spotkania, na webinarium jest niedostępne. Mówi się do monitora. I takiego mówienia trzeba się nauczyć (metodą prób i błędów). Jeśli nie ma reakcji na czacie… to albo słuchają z uwagą, albo w ogóle nie słuchają. Teraz wiem, że trzeba pytaniami lub innymi zadaniami próbować nawiązać dialog z publicznością. I w ten sposób zobaczyć niewidzialne. Czyli nauczyć się wykorzystywania nowych technologii i nowego „języka ciała”.

W rozmowie po webinarium dowiedziałem się także, że można przełączać okna, z widoku prezentacji na quiz (trzeba wcześniej przygotować) czy na białą tablicę. Ale do takich wniosków dojść można, gdy popełni się błędy. Gdy zdobywa się doświadczenie. Uczyliście się kiedyś jeździć samochodem przy kursie na prawo jazdy? Wsiada człowiek pierwszy raz a tam tyle tych różnych dźwigni, pedałów, przełączników, kontrolek. I jeszcze trzeba patrzeć przed siebie, co przez maską samochodu na drodze się dzieje. W pierwszym momencie wydaje się, że tego jest za dużo (kto coś takiego wymyślił?). Gdy nabieramy wprawy w jeździe, to powoli dostrzegamy te wszystkie kierunkowskazy, wskaźniki i kontrolki. Uczymy się.

Co jeszcze widać w czasie webinarium? Liczbę uczestników, którzy dołączyli. Czy 50 osób to dużo czy mało? W środku tygodnia, późnym wieczorem?

Jakie są moje refleksje po? Trochę za szybko mówiłem. Powinienem wolniej. Ale to chyba efekt stresu. Trzeba przeżyć kilka razy by nabrać do siebie zaufania. To kolejny przykład, że błędy w edukacji są ewaluacja i pomagają w rozwoju. Póki swoje niedociągnięcia, potknięcia, braki dostrzegamy, póty się rozwijamy. Niepokoić się można wtedy, gdy uznamy, że wszystko było znakomicie, idealnie itd. Nic do poprawienie? Na drugi dzień miałem okazję odsłuchać nagrania i zobaczyć się z drugiej strony. Było lepiej niż myślałem. Na ogół bywamy zbyt samokrytyczni.

Ale wróćmy do dostrzeżonych błędów. Całość była na mój gust za mało spójna. Chciałem za dużo przekazać, za dużo opowiedzieć. Typowy błąd nowicjusza. Godzina zegarowa w zabieganych czasach to chyba za długo… Następnym razem i na to zwrócę uwagę.

Kolejnym moim wnioskiem jest to, że trzeba zaplanować pytania do słuchaczy. Będzie reakcja zwrotna, mimo że literki na ekranie będą małe. Trudno mówić a jednoczesnej czytać to, co ukazuje się na czacie Dobrym rozwiązaniem jest pomoc drugiej osoby, która nie mówi tylko czyta i ewentualnie potem przypomina. Przy takim wsparciu dialog jest łatwiejszy.

Umiejętności webinariowe dotyczą także publiczności. Czy pisać pytania na czacie i komentarze czy nie? A może się pisaniem przeszkadza? Może rozprasza? Ta nowa forma edukacji i komunikacji (webinarium) wymaga od nas wypracowania całkiem nowych standardów zachowania się. Trzeba więc próbować, przeżywać, doświadczać i sukcesywnie poszukiwać najlepszych rozwiązać i stylów rozmowy. Może za lat kilka czy kilkanaście będą już wydrukowane poradniki co i jak. Teraz ich nie ma. Uczymy się na sobie i przez działanie.

Proste przełożenie formy prezentacji z sali klasowej (uniwersyteckiej) nie jest jak widać dobrym rozwiązaniem. Trzeba odkryć potencjał nowego narzędzia. Niby prezentacja jest przygotowana w Power Poincie ale zapisana w pliku pdf i nie ma animacji. Trzeba szukać innych możliwości lub… czekać aż informatycy opracują nowe rozwiązania techniczne. Jakiś czas to potrwa. I my jako prelegenci-uczestnicy musimy o swoich potrzebach głośno mówić. Bo niby skąd programista ma wiedzieć co jest potrzebne? A my, jeśli nie spróbujemy czyniąc liczne błędy, skąd będziemy wiedzieli, czego nam potrzeba w tym nowym narzędziu i nowej formie komunikacji na odległość?

Kolejne próby i za każdym razem coś nowego. Nie ma innej rady. Najpierw oswoić się z nowym narzędziem, przekonać się, że "nie gryzie". Potem można próbować nowych opcji. W tym sensie błędy są błogosławione w procesie edukacji i nie należy ich traktować jako porażki. Raczej jako sukces, że się rozwijamy i dostrzegamy kolejne ważne elementy. Przeżyć, doświadczyć, zrozumieć.

Czego się muszę nauczyć? Podobno jest też opcja przyznawania głosu uczestnikom. Stają się na moment prelegentami. Niby prosta rzecz, ale jak i co nacisnąć by tę prostą czynność zrealizować? W sali przecież wystarczy wskazać ręką, powiedzieć, że ktoś ma głos…. A tu jest technika, siedziny od siebie po kilkadziesiąt kilometrów… i nikt nie ma tak długiej ręki…

No cóż, teraz chciałbym spróbować poprowadzić webinarium ze studentami, jako część kursowych zajęć. A może studenci, jako młodzi ludzie, już takie formy sami realizują? Może nie koniecznie za pomocą Clickmeeting? Może udałoby się zrobić studenckie seminarium w czasie Nocy Biologów w takiej właśnie formie? Przekaz byłby dostępny dla osób, będących daleko od Olsztyna.

A na zakończenie link do nagrania z webinarium jeszcze w wersji surowej, nieobrobionej: https://drive.google.com/file/d/1FgeLwT-yIMvV6mMV70XQWpd4Ylb7ZFpt/view

Mile widziane komentarze, sugestie, własne webinariowe refleksje.

Dzielenie się ubogaca, czyli o tutoringu, bookcrossingu i metodzie projektu

sczachor

Na wykładach o wszystkim można opowiedzieć, ubogacić ilustracjami, zdjęciami, schematami. Można polecić studentom odpowiednią lekturę. I łatwo wejść w rolę wszystko-wiedzącego mentora. A  ile będzie z tego edukacyjnych efektów? Zdobywanie wiedzy rozumianej jako fakty i informacje, jest współcześnie bardzo łatwe. Najlepsze uniwersytety udostępniają bezpłatnie wykłady swoich najlepszych profesorów (on-line, wideo). Ale samo słuchanie nie wystarczy.

Można na wykładzie opowiadać o ochronie środowiska, o ekorozwoju, o zmianach stylu życia, o ekozofii. I opowiadam. Ale to chyba za mało. Czym innym jest wysłuchać informacji różnorakich, a czym innym jest samemu zauczestniczyć i przeżyć. Można poczytać o tutoringu. Ale można uczyć się przez działanie. Dlatego coraz częściej wykorzystuję metodę projektu na zajęciach. Ale nie z perspektywy mentora lecz współuczestnika. Zrobić coś razem to nawiązać do istoty uniwersytetu jako wspólnoty uczących i nauczanych. To także realizacja nauczeństwa, bycie jednoczesnej nauczycielem i uczniem.

Także i w tym roku ze studentami dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego prowadzę wykłady z ekologii i ochrony środowiska. W tym roku realizuję także ćwiczenia. I dzięki tej szczęśliwej okoliczności mam okazję wspólnie zrealizować projekt ze studentami. Bo opowiedzieć na wykładzie na czym polega projekt to coś innego niż wspólnie ze studentami taki projekt zaplanować i zrealizować.

We wspólnej dyskusji rodzą się pomysły i powolna realizacja. Każdy ma jakieś unikalne umiejętności. Doświadczenie studentów 40+ jest bezcenne. A i młodzi dołączają. Jesteśmy na początku drogi. I cieszymy się pierwszymi, wymiernymi rezultatami

23844531_2025733111007122_4932595216587654527_nI tak studenci wymyślili, żeby uruchomić kilka półek bookcrossingowych w piekarni (obok wlepka do książki, zaprojektowana przez Annę Wojszel). Stąd główne hasło „nie samym chlebem człowiek żyje”. Pełne nawiązanie do dziedzictwa. Potem pojawił się pomysł kolejnych miejsc, w małych miejscowościach. Gdy uruchomiliśmy fanpage i blog, to odezwały się osoby z różnych miejsc, chcąc dołączyć. Projekt się rozwija. Inauguracja pierwszych półek zaplanowana jest na 6. grudnia 2017, w Mikołajki. Symboliczne nawiązanie do obdarowywania się.

Uwalniamy książki i tworzymy nowe półki bookcrossingowe w dość nietypowych miejscach. Tam, gdzie ich jeszcze nie było. Na przykład w piekarniach i restauracjach. W miejscach na głębokiej prowincji i w miejscach, gdzie ludzie się spotykają. Książka zbliża a dzielenie się ubogaca. Dziedzictwo w szerokim sensie. Nie samych chlebem człowiek żyje czyli nie samą materialnością. Bo dziedzictwo ma wymiar materialny ale i niematerialny. Półek bookrossingowych jest już wiele. I warto o nich przypomnieć. Wiele lat temu, ze studentami biologii, uruchomiliśmy półkę bookcrossingową w czytelni wydziałowej. Potem czytelnię zlikwidowano, to i półka zniknęła. Obecnie nie ma na Wydziale Biologii i Biotechnologii półki z uwolnionymi książkami. Raz tylko robiliśmy akcję w czasie Nocy Biologów. Ale to była taka jednodniowa akcja. Być może teraz uda się ponownie zachęcić studentów biotechnologii i coś trwałego powstanie. Z naciskiem na nauki biologiczne i przyrodę.

Celem naszej akcji (zainicjowanej właśnie ze studentami dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego) jest zachęcenie do zmiany postaw konsumenckich, do dzielenie się nie tylko książkami. Książki są tylko symbolem. Chcemy także zachęcać do czytania a jednoczesne umożliwienia korzystania z książek tym, którzy nie mają do nich łatwego dostępu. Nie chodzi o to by były duże, centralne biblioteki ale by były blisko…. Blisko ludzi. A jeśli nie biblioteka to przynajmniej półka bookcrossingowa. Przeczytanych książek nie musimy wyrzucać do pieca ani na makulaturę. Stare książki możemy ożywić, podzielić się nimi z kimś innym i podzielić się wrażeniami z ich przeczytania.

Książki zbliżają ludzi w momencie czytania jak i w momencie dzielenia się nimi i dzielenia się wrażeniami z przeczytanych pozycji. Naszym celem jest ochrona środowiska - mniejsze zużycie surowców, w tym przypadku papieru. Chcemy wydłużyć czas użytkowania przedmiotów, na przykładzie książek. Chcemy dzielić się wiedzą i to podwójnie (fizycznie książkami a duchowo wiedzą i pomysłami).

Akcja dopiero się rozpoczyna, zainicjowana przez 7 osób…. Liczę, że będzie więcej, zarówno studentów jak i osób spoza uniwersytetu. Bo jeśli nasz uniwersytet ma być Warmińsko-Mazurski, to niech będzie mocno zakorzeniony w naszym regionie. W regionie i dla regionu. Dzielenie się ubogaca obie strony. A my chcemy zmieniać świat na lepsze małymi krokami i zaczynając od siebie samych. Możesz dołączyć (zajrzyj na bloga, tam znajdziesz niezbędne informacje: https://warmiobook.blogspot.com/

Dzielimy się książkami ale chodzi nam o coś więcej (i głębiej). Chcemy zmieniać postawy konsumenckie i postrzeganie świata. Zamiast kultury jednorazowości i szybkiej konsumpcji – trwałe i wielokrotnie wykorzystywane rzeczy (i idei). Ekonomia dzielenia się jest niezwykła, bo w wyniku dzielenia się obie strony coś zyskują. Tu prosta algebra nie wystarczy by opisać i zrozumieć tę rzeczywistość.

Naszym celem jest zmiana świadomości, stylu życia i codziennych nawyków. To taki przewrót kopernikański w myśleniu. Mikołaj Kopernik mieszkał na Warmii, nawiązanie więc do niego nie jest bezpodstawne. Poprzez akcję tworzenie nowych półek bookcrossingowych i uwalniania książek chcemy ułatwić dostrzeżenie problemów odpadów (konsumpcja towarów jednorazowych, rosnące wysypiska, śmieci zalęgające w lasach). Chcemy pokazać i zobaczyć jak prostymi działaniami można to zmieniać. Im więcej osób tym większy sukces akcji.

Co możesz zrobić, gdybyś chciał(a) dołączyć? Przeczytaj książkę. Uwolnij ją i przekaż dalej. Podziel się wrażeniami i zostaw swój ślad na naszym fanpejdżu. Zrób zdjęcie z książką i wyślij do nas, na facebookowy fanpage!

Niżej przykład z Kurzetnika, estetycznej półki bookcrossingowej w miejscu przyjaznym do spotkań. Takich miejsc jest już sporo, chcemy o nich opowiedzieć. I sprawić, by powstały nowe.

DSCN0689_1

Drugie dno (edukacyjne)

W dydaktyce chodzi nie tylko o wiedzę i umiejętności, ale i o kompetencje społeczne. W metodzie projektu uczymy się umiejętnościrzeczywiście potrzebnych w życiu pozaszkolnym. Nie na zaliczenie ale naprawdę, na serio. I uczymy się „poza klasą”, w środowisku społecznym, takim jakie ono jest w rzeczywistości. A przede wszystkim uczymy się współpracy. 

A czego ja się uczę? Tutoringu. Przez działanie a nie tylko uczestnictwo w szkoleniu. To doświadczania pozwala nam wiedzieć, czego jeszcze nie wiemy, co warto doczytać, dosłuchać i jeszcze przećwiczyć. Uczę się razem ze studentami. A każdy uczy się czegoś innego – tego, co akurat ma w deficycie i chce rozwinąć. Uczymy się od siebie w realnych sytuacjach, z potknięciami, radościami sukcesów. I tak przez całe życie. Bo kształcenie jest ustawiczne.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci