Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

O wiciu wianków, nauczycielach i świętojańskim budowaniu więzi

sczachor

tatarkaW noc świętojańską, pełną ludowej magii i wróżb, Ksenia plecie wianek z polnych kwiatów i ziół, by rzucić go w nurt Biebrzy i poznać odpowiedzi na zapisane w sercu pytania.” (Renata Kosin, „Tatarka”) I ja w noc świętojańską będę coś plótł (opowiadał) i puszczał (uwalniał). Może wianek też uplotę. Wybieram się do Wójtowa na piknik wiejski i uroczyste otwarcie Wymiennikowni Książek.

W dwóch starych budkach telefonicznych zlokalizowane zostaną wiejskie bookcrossingowe biblioteczki. I ja kilka książek zawiozę i uwolnię - puszczę w dalszy obieg, jak opowieść. Prawie jak puszczanie wianka na wodzie. I nie w celu wróżby ale w celu tworzenia więzi społecznych. Bo przecież i taki był wymiar zabaw świętojańskich, mniej lub bardziej magicznych. Przede wszystkim integrowały społeczność lokalną.

Pojadę do Wójtowa by uczestniczyć w zabawach oraz przeczytać (opowiedzieć) bajkę o żabie moczarowej w formie kamishibai. Ale będzie także improwizowana opowieść o Ćmie Wójtowskiej (ciem-na strona wójtowa czyli napójka łąkowa i inne zawisaki). I mocne nawiązanie do starosłowiańskiej etnografii (pochodzenie słowa ćma, wyobrażenia duszy ludzkiej, demon Ćmok). Czyli jeszcze jeden element nawiązujący do Kupały (palinocki, kupalnocki). Muzyka, taniec, opowieści i wierzenia – bardzo mocne nawiązanie do hipotez Dunbara na temat ewolucji człowieka i „niecielesnego” iskania się jako budowania więzi. Przeczytałem „Człowiek – biografia” i jestem mocno zainspirowany. Warto sprawdzić eksperymentalnie. I o tym z innymi podyskutowiać.

Zamieszczona ilustracja i cytat to nawiązanie do książki Renaty Kosin „Tatarka” Właśnie kupiłem i czytam. Wreszcie znalazłem trochę czasu na tę książkę. Znalazłem tam wielce sympatyczne podziękowanie, za inspirację do małego fragmentu o maści czarownic. Autorkę poznałem osobiście w czasie Europejskiej Nocy Naukowców, przyszła na wykład o maści czarownic i Wimlnadii. Upowszechnianie wiedzy i pikniki naukowe mają więc głębszy sens.

To nie jest pierwsze wykorzystanie inspiracji moimi tekstami w literaturze. Wcześniej w swoich książkach podziękowania zamieszczała Katarzyna Enerlich. A na przystankach elementy entomologiczne, inspirowane opowieściami o owadach, zamieszczała Anna Wojszel. Ogromnie cieszy mnie, że trafia to do regionalnej twórczości i lokalnych działań artystycznych. Namacalne dostrzeganie wywierania pozytywnego wpływu. Budujące potwierdzenie, że ktoś czyta moje pisanie na blogu… Czyta i dobrze wykorzystuje. Bo taka jest kultura – nieustanny przepływ i przetwarzanie, adaptowanie.

Koniec roku szkolnego skłania do jeszcze innych refleksji. Nauczyciel nigdy nie widzi efektów swoje pracy. Tylko drobne i niewyraźne, być może  mylące, slady. Czasami dopiero po wielu latach o czymś może się dowiedzieć. Ale nigdy nauczyciele nie są pewni czy i co dały ich wysiłki (zawód wybitnie stresujący i wypalajacy). Pracując z uczniem „słabym”, z różnorodnymi deficytami, „urobi się po łokcie” by uczeń osiągną efekt w ocenie innych zupełnie przeciętny. Ale ta „przeciętność” dla owego ucznia jest ogromnym sukcesem i także wysiłkiem… nauczyciela. Podobnie jest z uczniami zdolnymi. Nauczyciel - ten w szkole jak i na uniwersytecie – nigdy nie wie co jest efektem jego pracy a co wynika z niezależnego rozwoju samego ucznia/studenta i wpływu otoczenia (szeroki ekosystem edukacyjny). Lubimy mieć dobrych (zdolnych, zmotywowanych) uczniów i studentów… bo ich sukcesy łatwo sobie przypisujemy. Sukces ma wielu ojców (to a propos wczorajszego Dnia Ojca), porażka jest sierotą. A praca z szarymi, przeciętnymi w rankingach się nie liczy… Dlatego takie biadolenie, żeby ograniczyć liczbę miejsc na studiach czy liceach.. żeby byli tylko sami najlepsi. Bo z nimi są efekty i wygrane konkursy… A reszta? Na wyrzucenie, przemilczenie i udawanie, że nie istnieją? Nie akceptuję takiego sposobu myślenia…

Nauczyciel to ciężki i niewdzięczny zawód. Nie bez przyczyny mądrość ludowa mówi „obyś cudze dzieci uczył.” W szczególności te przeciętne i niewybitne (pozornie).

kosin

XX lat Wydziału Biologii i bioróżnorodność malowana na szkle

sczachor

butelkimoje2013

Butelki maluję od dawna. Inspiracją jest lokalna przyroda: głównie owady i rośliny. Od trzech lat maluję także kamienie i stare dachówki. Sztuka łączy, zarówno w czasie malowania na plenerach w parkach, jak i w czasie wernisażu. Można się spotkać z ludźmi i rozmawiać, także o przyrodzie, o etnografii i sensie.

Wiedza jest bogactwem i dobrem ogólnym, warunkującym rozwój cywilizacji, do którego prawo ma każdy. Tak jak woda, powietrze. Nie można więc ograniczać dostępu do wiedzy.

Każdy człowiek potrzebuje choć odrobiny filozofii, wiedzy i sztuki. Bo potrzebuje sensu i piękna. Człowiek jest twórcą, nawet lepiąc pierogi czy sprzątając mieszkanie. Dlatego wybrałem proste formy i tani materiał: słoiki i butelki wyrzucone do lasu, stare, niepotrzebne dachówki, polne kamienie. Przy wspólnym malowaniu, na przykład na trawniku w miejskim parku, mówić można ale nie trzeba. Ciszy nie trzeba zabijać słowem. Słów jest zbyt dużo. Mało kto ich słucha.

Spotykam się z ludźmi, by w prostej czynności przywracać sens i znaczenie rzeczom pozornie bezwartościowym. I ludziom. Nie tylko słowem przekazujemy treści. Wspólne malowanie jest dla mnie slow science na prowincji. Dla niektórych słowo prowincja, podwórko stygmatyzuje i ośmiesza. Dla mnie podwórko ma sens jako sposób pełniejszego bycia ze sobą bez zbytniego nadęcia i dworskiej oficjalności. To styl życia, związanego z lokalnością i z trzecią rewolucją technologiczną.

Malowanie butelek jest jak nauka – ma służyć ulepszaniu świata. Jest dla mnie jak chasydzka przypowieść, by za pomocą drobiazgu, jaką jest przywrócona do życia butelka, opowiedzieć o rzeczach ważnych i większych, za pomocą części pokazać całość. Dlatego maluję i przywracam do życia. Nie ma rzeczy i ludzi niepotrzebnych. Są tylko niedostrzeżeni w swym pięknie i wartości.

Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki – jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań. Przeciwdziała wykluczeniu i pozwala rozmyślać nad nowym urządzeniem cywilizacji, nową odpowiedzią jak żyć. Na co dzień. W wielkim świecie i na prowincji.

Sztuka jest polem działania dla intuicji. Nauka jest polem działania racjonalności. Malujący naukowiec to negocjacje tych dwóch światów.

 

W dniach 29 czerwca 1 lipca Wydział Biologii i Biotechnologii świętuje swoje dwudziestolecie istnienia. Data umowna, bo formalnie Wydział jest młodszy o dwa lata... lub starszy o kilkadziesiąt. Zależy jak liczyć. W ramach uroczystości przewidziano mini-wystawę pozazawodowych pasji pracowników. Ja pokażę kilka swoich butelek. Tych, które jeszcze nie zostały rozdane. Ale w wakacje domaluję kolejne. I rozdam, bo ludzi dobrych i miejsc cudnych jest dużo.

Wystawa na płocie czyli w obronie Puszczy Białowieskiej

sczachor

19222920_1580652825280125_3737171541350158033_oW Puszczy Białowieskiej bywałem wielokrotnie. Przeważnie w sprawach naukowych. Raz tylko wypoczynkowo. To unikalne i wyjątkowe laboratorium przyrody, w którym poznajemy tajemnice świata. A jeśli do kogoś wiedza jako wartość  nie przemawia, to warto zwrócić uwagę, że jest magnesem turystycznym, przynoszącym realne pieniądze ludności miejscowej jak i Polsce. Czy próbuje ktoś rozebrać Wawel by wykorzystać kamień i cegły do budowy innych budynków?

Nie mogłem pojechać teraz do Białowieży, by przyłączyć się do spacerowej manifestacji. Ale pojechała moja wystawa. Plansze ze zdjęciami, krótkimi opisami oraz qr kodami, odsyłającymi do dłuższych tekstów przyrodniczych, powstały jako innowacyjna wystawa na Olsztyńskie Dni Nauki i Sztuki oraz Europejską Noc Naukowców. Była (i jest) formą upowszechniania nauki, łączeniem tradycyjnych form przekazu z mobilnym internetem. Ale już po swojej premierze nie leżała zakurzona na strychu. Pokazana była także w czasie Nocy Biologów, była w bibliotece Planecie 11 a teraz jest w Puszczy Białowieskiej. Na obozie obrońców polskiej przyrody. Wiedza niemalże trafiła pod strzechy i służy dobrej sprawie społecznej.

Puszcza Białowieska jest unikatem na skalę międzynarodową, a na pewno europejską. Jest naszym skarbem narodowym. Jest ostatnim fragmentem w miarę pierwotnej puszczy na nizinach. Innych, rezerwowych nie mamy, nie tylko w Polsce ale i Europie. Jak ulegnie zniszczeniu, to będzie to strata nieodwracalna. Tego się nie na naprawić... Podobnie ze zniszczoną Ziemią (nie mamy zapasowej).

Jest europejskim laboratorium, w którym uczymy się jak rozsądnie gospodarować w lasach, także gospodarczych. Jest swoistym, ekologicznym „wzorcem z Sevres” a jednocześnie „magazynem gatunków” (bankie bioróznorodności). Miałem przyjemność nie tylko odwiedzać Puszczę ale i prowadzić tam badania nad chruścikami. Stosunkowo pierwotny krajobraz powoduje, że ekosystemy wodne wraz z żyjącymi tam gatunkami (np. chruścikami) są dobrym punktem odniesienia do badania zmian antropogenicznych w wodach śródlądowych nizinnej części Europy. W Puszczy Białowieskiej żyje wiele unikalnych gatunków zwierząt, roślin i grzybów, niektóre gatunki spotkać można tylko tu. Te gatunki mogą nam „się przydać”, zarówno w przemyśle farmaceutycznym, medycynie jak i szeroko pojętej gospodarce XXI w. Z tych właśnie powodów w wielu miejscach świata chroni się bioróżnorodność (różnorodność na poziomie genetycznym, gatunkowych oraz ekosystemowym).

Wszystkie plansze z tej wystawy można obejrzeć tu: Puszcza Białowieska - dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe Europy 

puszcza_bialowieska

Kilka innych tekstów o Puszczy Białowieskiej można przeczytać m.in. tu:

Strasznica co się do nogi przytula i ćmoka udaje

sczachor

zawisak_borowiecCzasem dostaję zaskakujące prośby o identyfikację różnych owadów, prośby o porady względem owadów czy innych bezkręgowców. Takie prace domowe w ramach nauczeństwa. Zdjęcie i opis strasznicy pani Anny Nowakowskiej zamieszczam, bo jest niezwykle urokliwy.

„Poznałam strasznicę. Wyszła spod samochodowego fotela, pełniącego obowiązki leżaka pod sosną. Ale cichutka była i zobaczyłam ją dopiero, gdy połaskotała mnie w nogę. Czyli sekwencja była taka: łaskotanie - wzdrygnięcie - i (w tym miejscu u pań pojawia się wrzask AAAAAA!!!!) wybałuszenie gał. Ja na nią. Ona na mnie. WTF? - pomyślałam. Spierniczaj z mojej nogi, powiedziałam. Spojrzała hardo. Wzięłam patyczek i ją lekko teges. Leciutko. Ale dalej trwała na mojej gołej łydce, pokazała mi tylko jakiś gest. To mogło być wzruszenie ramion. Albo demonstracja zbyt krótkich skrzydeł, niegotowych do lotu. Była okropnie, przerażająco, nie do opisania straszna, ta strasznica. Wyglądem części głowowej przypominała miniaturową sowę albo i gorzej, hybrydę sowy i nietoperza. Miała około 5 cm długości i dość krępe ciało, zakończone w okolicy domniemanego zadka ostro, jak u skorpiona. Szara, ozdobiona kilkoma jasnymi kropkami. Do tego jakieś niekompletne, cherlawe skrzydła (chyba). No i tak sobie siedziałyśmy. Aż polazła z powrotem pod fotel. Zaraz przyjedzie Bożenka i na nim usiądzie. Zobaczymy, co się wydarzy. (…) To już po "uzyskaniu" tych wielkich skrzydeł. I nie mówcie, że nie jest taka straszna, dopóki wam skrycie nie usiądzie na łydce."

Wywołany do tablicy przez Małgorzatę Sobiesiak pomysłałem, że to zmrocznik przytuliak (tu opowieść o takim przytuliaku).  Nazwa na dodatek była bardzo a propos przytulania się włochatej istoty do nogi. Ale po dokładniejszej analizie zdjęcia, zmieniłem zdanie. To niewątpliwie jest zawisak borowiec (Sphinx pinastri syn. Hyloicus pinastri) – gatunek motyla z rodziny zawisakowatych (Sphingidae). Na dodatek można zidentyfiokowac płeć. To była samiczka.

Jak przystało na ćmę za dnia była niemrawa. Zawisak borowiec to duży motyl, włochaty (włoski na ciele ułatwiają motylom wygłuszyć dźwięki nietoperzy, a przez to być niewidocznymi dla tych owadożerców), więc i zdziwienie budzić może.

Strach ma wielkie oczy. Podobnie reagowali ludzie i dawniej, czego przykładem jest rysunek i opis zmierzchnicy trupiej główki, pochodzący z połowy XVIII wieku a wykonany przez generała Joachima Jaucha, (1684-1754) „1749: Taka Szarańcza padła na milę od Kalisza, z którey dwie złapano, y jednę serwują w Kapitule Gneźnieńzskiey, a drugą OO. Reformaci w Kaliszu, tę gdy wzięto w rękę skrzeczała jako Gacek, y pianę żółtą z pyska toczyła, cała była kosmata, jak axamit, Śmierć na piersiach, nogi dwie kosmate y zęby wiewiórcze mająca etc.” (więcej: O motylu co trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera).  Ale teraz zamiast rysować  niecodziennego zwierza w sztambuchu można szybko zrobić zdjęcie telefonem komórkowym, wrzucić na Facebooka i po kilkudziesięciu minutach ktoś zidentyfikuje.

Zawisak borowiec to stosunkowo najbardziej szaroburo ubarwiony zawisak z naszych krajowych zawisakowatych. Rozpiętość skrzydeł dochodzi do 7,5-8,5 cm. Dorosłe motyle spotkać można wieczorami w czerwcu i lipcu, głównie w borach. Za dnia przesiadują w ukryciu a ubarwienie skrzydeł ułatwia im skryć się na drzewach (barwa skrzydeł upodobania motyla do podłoża). Zawisak borowiec jest gatunkiem palearktycznym (czyli występuje Europie, Azji i Ameryce Północnej), w Polsce występuje w całym kraju, miejscami jest pospolity.

Gąsienice są nieowłosione, duże, zielone lub brązowe z żółtymi i czerwonymi paskami na grzbiecie, z i czerwonymi oczami. Na ósmym segmencie gąsienica ma haczykowaty wyrostek w postaci rogu. Można je spotkać w sierpniu i październiku, intensywnie żerujące na igłach sosny, czasem świerka, jodły i modrzewia. Przy większej liczebności mogą wyrządzać szkody i dlatego zawisak borowiec uważany jest za szkodnika leśnego.

Zawisak borowiec ma ciekawe, dawne ludowe nazwy: cmok (to chyba nawiązanie do starosłowiańskiego demona), siwiotek, sośniarka, zawisak, zmierzchnica siwiotek, zmierzchnica żałobnica, zmierzchnik borowiec, żałobnik. Cmok (ćmok) to z jednej strony nawiązanie no słowa ćma (dawni Słowianie duszę ludzką najczęściej wyobrażali sobie pod postacią ćmy lub innego owada), a z drugiej nawiązanie do nazw demonów słowiańskich: ćmoka i ćmucha.

Ćmok w etnografii przetrwał na Wielkoposlce. Skrzydlaty demon straszy już tylko w opowieściach. Ćmuch zamieszkiwał w pobliżu jezior, bagien i stawów. Kształtem przypominał żabę. Więc nie bardzo pasuje do zawisaka borowca. Inne nazwy naszej bohaterki (bo na zdjęciu przecież samiczka) odnoszą się do rośliny żywicielskiej (sośniarka), koloru dorosłego owada (siwotek), pory lotu (zmierzchnica), sposobu spijania nektaru z kwiatów (zawisak) czy jakiejś żałoby (żałobnik). Albo od koloru albo w jakimś związku z cmokiem…

Pamięć z dawnych czasów nie przetrwała. Trzeba więc na nowo tworzyć opowieści o żałobnym cmoku siwotku, który wychodząc zza fotela, łaskocze po nogach i o strach niewiasty przyprawia. Teraz byśmy chętniej nazwę cmok wywodzili od cmokania, czyli całowania... Czy pocałunek ćmy jest przyjemny?

Budka telefoniczna, ciem-na strona wójtowa i… ewolucja człowieka

sczachor

19145711_10211855853785129_5095532999428229395_nBędzie to krótka opowieść o książkach, dzieleniu się i ewolucji człowieka. O budce telefonicznej także będzie (choć już poznikały z naszych ulic). Chcecie poznać tę opowieść? To czytajcie dalej.

Skończyłem czytać „Człowiek – biografia” Robina Dunbara. Fascynująca lektura o nowych hipotezach, dotyczących ewolucji człowieka i genezy języka. Książka warta szerszego omówienia. Tymczasem ograniczę się do zdawkowej relacji.

Dunbar analizuje behawior hominidów i człowieka. Zaczyna od więzi w „stadzie”- grupie hominidów i przyczynach powstawania większych grup (m.in. ochrona przed drapieżnikami i wewnątrzgatunkową konkurencją innych hord). Więcej osobników to większy stres. Iskanie jest jednym ze sposobów budowania więzi i niwelowania negatywnego stresu (wydzielanie endorfin). Tyle tylko, że pojawia się dylemat: jeść czy iskać? Czyli konflikt między potrzebą zdobywania pokarmu i budowania więzi (relacji) w grupie. Czas nie jest z gumy, coś za coś. Ewolucyjny wynalazek, najpierw śmiechu, a potem muzyki i w dalszej kolejności języka, umożliwił Homo sapiens budowanie liczniejszych więzi przy mniejszym nakładzie czasu. A liczniejsza grupa pokonać może inną hordę i wytworzyć więcej kontaktów, skutkujących innowacyjnością i nowymi technologiami. Ewolucja języka zaczyna się wg Dunbara od śmiechu. Potem pojawiła się muzyka: pieśń i taniec. A w końcu język i opowieści, budujące więź. Dundar pisze także o religii, umożliwiającej tworzenie dużych społeczności. Wspomina także o nieceniu ognia i kulturotwórczej roli wspólnego posiłku.

Tyle w telegraficznym skrócie. Ja do tego dodałbym internet i Facebook jako nową formę budowania więzi w jeszcze liczniejszej grupie. Ale to już inna opowieść, na inną okazję.

Jest więc książka i społeczna ewolucja człowieka. Pora na ćmy z Wójtowa. Ciemna strona podolsztyńskiego Wójtowa to w zasadzie… opowieść o ćmach z Wójtowa (Napójka łąkowa czyli ciemna strona warmińskiego Wójtowa).  Opowieść tocząca się w internecie. Ale zaczęła się od spotkań w realu i malowania kamieni. I będzie kontynuacja w postaci półki bookcrossingowej w starej budce telefonicznej oraz o czytaniu na trawie. Nie będzie to pierwsza, wiejska półka bookcrossingowa (przykład z Kurzętnika), ale wielce sympatyczna.

Stowarzyszenie "Wspólne Wójtowo" zaprasza w dniu 24 czerwca o godz.16:30 mieszkańców i gości na uroczyste otwarcie Wymiennikowni Książek w Wójtowie, umiejscowionych w budkach telefonicznych na placu zabaw oraz na boisku leśnym. Projekt "Uwolnij książkę w Wójtowie" współfinansowany jest przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Olsztynie. Świętowane będzie także 10-lecie Stowarzyszenia "Wspólne Wójtowo". Na okolicznościowym torcie, przedstawiona będzie historia działalności stowarzyszenia. Wójtowanie proszą o przyniesienie książek do Wymiennikowni. Czytaj więcej o wydarzeniu: http://dziedzictwo-kip.blogspot.com/2017/06/uroczyste-otwarcie-wymiennikowni.html

I ja tam będę, bajkę o żabie moczarowej przeczytam, kamienie pomaluję i noc świętojańska świętował będę.

Na zdjęciu wyżej: czytanie bajki kamishibai na miejskim skwerze. Znakomity pretekst by porozmyślać o ewolucji człowieka, kultury i formach budowania więzi.

Będzie opowieść, będzie wspólne jedzenie, będzie muzyka. Będzie więc budowanie więzi i dzielenie się wiedzą (opowieściami słownymi i zapisanymi w książkach).

Wręczenie dyplomów i uroczyste zakończenie roku akademickiego na Warmińsko-Mazurskim Uniwersytecie Młodego Odkrywcy

sczachor

dyplom_gowinaW najbliższą sobotę (17 czerwca br.) odbędzie się uroczyste zakończenie roku akademickiego na Warmińsko-Mazurskim Uniwersytecie Młodego Odkrywcy. Dyplomy otrzyma ponad 90 uczniów uczestniczących w regularnych zajęciach, ponad 100 uczniów, realizujących zadania w Klubach Młodego Odkrywcy oraz blisko 30 nauczycieli, zaangażowanych w projekt. Wszyscy nasi młodzi studenci otrzymają dyplomy pamiątkowe, potwierdzające udział w projekcie i zajęciach na UWM w Olsztynie. Dyplomy otrzymają także nauczyciele, uczestniczący w projekcie ze szkół w Szczytnie, Ostródzie, Stawigudy, Butrynach, Lamkowa, Dywit, Olsztyna, Dzierzgonia. Łupsztycha. Projekt Uniwersytet Młodego Odkrywcy finansowany jest przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa wyższego. Więcej o projekcie: http://uniwersytetmo.blogspot.com/p/projekt.html

Niby koniec, ale to dopiero początek nowego rozdziału i poszukiwaniu metod edukacji pozaformalnej i realizowania misji uniwersytetu (poza prowadzeniem badań i kształceniem studentów jest jeszcze misja społeczna).

Elementem projektu był zadanie badawcze. Zbieramy doświadczenia, rozpoznajemy potrzeby, eksperymentujemy z różnymi metodami. Na bazie doświadczeń i wsłuchiwania się w potrzeby nauczycieli oraz szkół, chcemy tworzyć współczesne środowisko edukacyjne (ekosystem edukacyjny). Jesteśmy w połowie drogi. To nie byl poczatek, bowiem od kilku lat organizujemy rózne pikniki i festiwale naukowe. I nie jest koniec, bo co roku pojawiają się nowe pomysły. W globalnej wiosce edukację wymyslamy na nowo. Bo zmienił się świat i potrzeby. I my w tym procesie aktywnie uczestniczymy.

Wydział Biologii i Biotechnologii wraz z końcem projektu nie zamierza zawieszać współpracy z młodymi odkrywcami i szkołami. Już czasie wakacji planowane są wspólne małe projekty badawcze (m.in. liczenie motyli, szukanie modliszki, spotkania w formie plenerowej kawiarni naukowej). A od września zaproponowane zostaną dodatkowe zajęcia dla Klubów Młodego Odkrywcy. Podjęta zostanie także próba uruchomienia drugiej edycji Uniwersytetu Młodego Odkrywcy. Już teraz zapraszam nauczycieli i szkoły do współpracy (więcej na stronie http://uniwersytetmo.blogspot.com  oraz na Facebooku: https://www.facebook.com/Uniwersytet-M%C5%82odego-Odkrywcy-w-Olsztynie-628819603969463/ ). 

Zobacz także:

http://uniwersytetmo.blogspot.com/2017/06/wreczenie-dyplomow-i-uroczyste.html

http://biologiaolsztyn.blogspot.com/2017/06/modzi-odkrywcy-otrzymaja-dyplomy.html

 UMO_seminarium_2

Język i Facebook to przede wszystkim budowanie więzi

sczachor

DunbarZ całą pewnością Internet i smartfony zmieniają nasze życie, nasze mózgi i sposób funkcjonowania społeczeństwa. Jedni lamentują, inni z entuzjazmem się angażują, a jeszcze inni analizując, próbując zrozumieć.

Czytam znakomitą książkę, dotycząca ewolucji człowieka, z licznymi odniesieniami do ewolucji kultury i języka. Mam na myśli, załączoną na ilustracji książkę Robina Dunbara „Człowiek – biografia”, wydaną w 2016 r. przez Copernicus Center Press (oryginał w języku angielskim ukazał się w 2014 roku).

W nawiązaniu do wcześniejszego wpisu (Studencie, nie bój się popełniać błędów) przytoczę najpierw to zdanie: „Nauka idzie do przodu nie poprzez znajdywanie poprawnych odpowiedzi za pierwszym razem, lecz przez zmuszanie nas do zadawania pytań.” Od blisko 40 lat czytam książki odnoszące się do ewolucji człowieka. Coraz to nowe fakty i nowe odkrycia, zmieniające nie tylko filogenezę i systematykę, ale i coraz to nowe hipotezy, wyjaśniające różne kwestie np. przyczyny wzrostu wielkości mózgu, powstanie języka i kultury itd. Za każdym razem pasjonujące opowieści (pamiętam tylko te dobrze napisane). Niby ten sam temat… a za każdym razem intrygująca opowieść, zarówno dla biologa jak i zwykłego człowieka. W ostatnich latach zawodowo wykorzystuję tę wiedzę w pracy ze studentami… w ramach seminarium dyplomowego i autoprezentacji, próbuję lepiej najpierw samemu zrozumieć a potem opowiedzieć studentom. Mam na myśli wykorzystanie nowych technologii w komunikacji naukowej. Uzyskuję dodatkowe uzasadnienie dla wykorzystania Internetu, Facebooka i kamishibai w upowszechnianiu treści naukowych. Staram się studentów wyposażyć w kompetencje ważne w XXI wieku… a jednocześnie, jak się okazuje, odwieczne dla Homo sapiens.

Robin Dunbar przedstawia zupełnie nowe pytania i nowe interpretacje na temat ewolucji człowieka i społeczności: przedstawia oryginalną hipotezę mózgu społecznego oraz modele budżetów czasowych (wyjaśniającym m.in. wzrost objętości mózgu). Ta ostatnia dobrze koresponduje z dwoma innymi naukowymi opowieściami, które poznałem w ostatnich latach: „Walka o ogień – jak gotowanie stworzyło człowieka” Richarda Wranghama (Wydawnictwo CiS, 2009) oraz „Homo przypadkiem sapiens” Konrada Fiałkowskiego i Tadeusza Bielickiego (Wyd. PWN 2008).

W książce Dunbara fascynuje mnie (jestem na początku lektury) podejście do języka i komunikacji. Znajduję pogłębione uzasadnienie dla moich pomysłów, które przedstawiałem ostatnio na kilku wykładach (w załączaniu slajd z prezentacji). Dunbar przedstawia nowe interpretacje „w kontekście ewolucji człowieka: należy do nich muzyka i taniec, opowiadanie historii, religia oraz formy umysłowości społecznej określone mianem teorii umysłu lub mentalizacja, a także śmiech.” Czytając opowieść naukową Robina Dunbara, w tle zastanawiam się nad fenomenem Facebooka i treści tam zamieszczanych. Chyba zawsze ludzie badając ewolucję i przeszłość, myślą o zrozumieniu teraźniejszości i zbliżającej się przyszłości. By płynąć z nurtem a nie zawracać Wisły kijem.

Kamishibai_u_pedagogow_cytrynek__2017

Autor „Biografii Człowieka” wskazuje, że rozmiar mózgu jest związany z wielkością grupy (do której należy nosiciel owego mózgu). Ponadto pisze, że można ustalić ile dodatkowego czasu jest potrzebne na tworzenie więzi społecznych w większych grupach. „Zwiększony mózg musi iść w parze z dodatkowym czasem na zdobywanie pożywienia.” Bo większy mózg to dużo większe zapotrzebowanie energetyczne organizmu. I na tym tle zastanawiam się na ile Internet i komputery „powiększają” nam funkcjonalny mózg (zewnętrzne nośniki pamięci). Czy Internet (np. Facebook) poprzez nowe formy więzi społecznym pozwalają nam tworzyć lub funkcjonować w znacznie większych społecznościach (w odniesieniu do naszych przodków) globalnego świata? Język (mowa) znacząco zmienił człowieka i społeczności. Podobnie było z pismem. W czasach trzeciej rewolucji technologicznej powoli dokonuje się kolejna, zasadnicza zmiana. Mózg się nam „powiększa” ale w zupełnie inny sposób. Nasuwają mi się skojarzenia z futurystycznymi wizjami Stanisława Lema.

I jeszcze jednego uzasadnienia szukam w książce Dunbara – uzasadnienia biologicznego dla konektywizmu. Język umożliwił tworzenie uporządkowanych sieci, „w których jednostki połączone są ze sobą więzami pokrewieństwa, przyjaźni i zobowiązań. Sposób, na jakie sieci te są zorganizowane ze względu na więzi rodzinne i pozostałe, a także to, jak nakładają się one na relacje przestrzenne, ma wpływ na to, jak łatwo przychodzi jednostce zawołanie o pomoc, i jak skutecznie podtrzymywane są zależności, od których zależy spójność i trwałość sieci.” Człowiek chyba zawsze uczył się w sieci. Tylko dawnie inaczej wyglądał nasz ekosystem edukacyjny.

Z lektury „Człowieka” wynika że już dawno zaczęliśmy żyć w świecie wirtualnym. Dwa kluczowe aspekty kultury są wyjątkowe dla ludzi: religia i opowiadanie historii. Co istotne – jak pisze Dunbar – „obie wymagają od nas, abyśmy żyli w świecie wirtualnym: w świecie naszych umysłów.” Zastanawiam się, czy elektroniczna rzeczywistość wirtualna nie jest czasem jedynie rozbudowaną rzeczywistością wirtualną naszego mózgu.

Wracam do lektury. Pasjonującej. Literatura faktu (np. naukowa i popularnonaukowa) jest równie intrygująca jak beletrystyka. Bowiem jest coraz więcej naukowców potrafiących… opowiadać ! Dobrze opowiadać.

Studencie, nie bój się popełniać błędów

sczachor

kamishibaiSłowa te kieruję przede wszystkim do studentów, z którymi prowadzę zajęcia. Ale z uwagi na fakt, że żyjemy w czasach edukacji ustawicznej, kieruję je praktycznie do każdego. Wszyscy się ciągle uczymy, nie tylko w szkole czy na sformalizowanych kursach.

Dlaczego nie bać się popełniania błędów? Przecież błąd to coś niedobrego, niepoprawnego, niedoskonałego, coś za co obniżają ocenę, wypominają, czasem szydzą i wyśmiewają się. Same zło? Być może z tego strachu przed popełnieniem błędów boimy się wypowiedzieć, działać, spróbować czegoś nowego. A przecież uczymy się poprzez działanie, poprzez podejmowanie kolejnych prób. Zdobywamy w ten sposób doświadczenie i wiedzę głębszą niż tylko powierzchowną.

Aby to zilustrować posłużę się trzema przykładami. Pierwszy dotyczy dawnych czasów licealnych, a drugi jest współczesny i odnosi się do zamieszczonego zdjęcia.Trzeci najbardziej aktualny.

W czasach liceum nie wiedziałem, że jestem dyslektykiem. W pierwszej klasie na pierwszej pracy klasowej popełniłem kilka błędów. Otrzymałem ocenę niedostateczną. Przypomnę, że wtedy to była najniższa ocena, jedynek nie było. Wystraszyłem się swoich błędów (przy walnym udziale polonistki). Na kolejnych pracach klasowych starałem się jak naj mniej pisać. Po prostu bałem się pisać…. I moje wypracowania wychodziły marnie, brak ciekawej treści a do tego zawsze jakieś błędy w ortografii czy interpunkcji. Za sukces uznałem ocenę 3 z trzema minusami...  Kilkuletnia trauma. Dopiero na korepetycjach, u innej polonistki, nauczyłem się pisać jako tako. Chodzi o kompozycję (uwierzyłem w siebie, że dam rade... zdać do nastęnej klasy). A jeszcze inna polonistka, w kolejnych latach nauki, bardzo dyskretnie nauczyła mnie odwagi. Do tego stopnia, że na pracy klasowej pisałem wiersze jako element … wypracowania. Pełna odwaga wypowiedzi i otwarcie na świat. Jestem jej wdzięczny do dzisiaj. Za wydobycie odwagi i to, co w wypowiedziach młodego człowieka było najważniejsze, najciekawsze. Oczywiście, dyslektykiem pozostałem i błędy robię dalej. Ale błędy ortograficzne, literowe czy interpunkcyjne można poprawiać . Wymaga to tylko więcej pracy. Dysleksja to zaproszenie do cięższej pracy.

Strach przed popełnieniem błędu powoduje, że nic lub niewiele robimy. Wciskamy się w kąt życia a swoje talenty ukrywamy (nawet o nich nie wiedząc). To tak jakby pójść na urodziny i nie zjeść urodzinowego tortu… ze strachu, że być może zaszkodzi itd.

Minęło wiele lat. Czas studiów to dobry okres na naukę i poszukiwania, próbowania wielu różnych możliwości. Uczeń-student ma prawo czegoś nie wiedzieć czegoś nie umieć perfekcyjnie. Przecież dopiero się uczy. A jak ma kucharz nauczyć się gotowania, gdy praktycznie nie spróbuje? Ciągle czegoś nowego. Nawet jeśli na początku przypali, przesili, przesłodzi… to zdobywa doświadczenie. Wie już ile to jest szczypta soli. Nabiera wprawy manualnej i wyobraźni jak produkt będzie wyglądał finalnie. Błądzenie i popełnianie pomyłek jest elementem uczenia się. To w wyniku kolejnych prób, powtarzania dochodzimy do wprawy. Zatem spróbuj czegoś nowego. A ponieważ jest to nowe, to z oczywistych względów nie będzie jeszcze doskonałe.

Na zdjęciu moja próba z opowiadaniem bajki kamishibai. Od prawie roku próbuję i ćwiczę przed różną publicznością, w różnych warunkach. Za każdym razem dostrzegam swoje kolejne niedociągnięcia, braki (jak i to, co się udało). Teraz dostrzegam co i jak należy zmienić i czego jeszcze się nauczyć. Samo czytanie o kamishibai nie dałoby mi takiej głębszej wiedzy. Praktyczne działanie, własne próby i obserwacja rezultatów (jak i siebie samego w akcji) pozwala na pełniejsze zrozumienie. Pozwala na dostrzeżenie swoich słabych i mocnych stron. A przy kolejnym razie, dostrzegę swoje kolejne niedociągnięcia. Bo w miarę uzyskiwania doświadczenia i wprawy, dostrzega się znacznie więcej. Samokrytyka jest potrzebna, lecz trzeba trzymają ja na wodzy… nawet jeśli inni ochoczo w tym nam pomagają.

I przykład ostatni, sprzed kilku dni. Brałem udział jako wykładowca w e-konferencji (webinarium). Nigdy wczesniej tego nie robiłem (a wiem, że trzeba się tego nauczyć - takie czasy). Co prawda dwa razy uczestniczyłem jako bierny słuchacz w webinariach – czyli miałem jakieś mgliste wyobrażenie. Ale czym innym jest słuchać, a czym innym mówić i pokazywać. Przede wszystkim to kwestia techniczna – czy będę potrafił? Przygotowałem się i zrealizowałem. Potem mogłem odsłuchać się i zobaczyć jak to wypadło „z drugiej strony”. Dostrzegłem kilka problemów, o których nie pomyślałem wcześniej. Po pierwsze animacje w prezentacji nie zadziałały. Wniosek dla mnie, że trzeba inaczej przygotować samą prezentację. Po drugie wskaźnik za bardzo „latał” po ekranie (mogło to rozpraszać). Okazuje się także, że ważna jest kamera i mikrofon. Korzystanie z laptopa jest gorsze niż z komputera stacjonarnego… bo w laptopie mikrofon zbyt mocno zbiera dźwięki z klawiatury. Zatem nie należy pisać na czacie, gdy się jest prelegentem z włączonym mikrofonem. Itd., itp. Gdybym nie spróbował, to bym nie miał tego doświadczenia i tych refleksji. Na własnych błędach sporo się można nauczyć. Teraz przede mną kolejne wyzwanie – zorganizować webinarium lub e-konferencję jako organizator. Potrzebne będą kolejne umiejętności techniczne, nie widoczne dla uczestnika….

Zatem droga studentko i drogi studencie – nie bójcie się popełniania błędów! A w zasadzie powinienem napisać tak: nie bój się nowych wyzwań i próbowania nowych działań, mimo że wiąże się z niedoskonałością pierwszych prób, czasem topornością „dzieła” czy ujawnieniem się różnych braków. W procesie uczenia się, w poszukiwaniach, masz prawo do popełniania różnych błędów. Jeśli nie teraz, to kiedy? Teraz jest jeszcze nauka i ktoś, kto podpowie, skoryguje. Potem będzie praca i życie na serio. Z mniejszą wyrozumiałością otoczenia.

Śmiało. Zrób coś nowego. Studia to nie tylko uczenie się z książek i chodzenie na zajęcia. To okazja by poznać nowych ludzi. Nie ważne gdzie studiujesz, ważne kogo spotykasz. Dotyczy to także wyzwań i różnorodnych działań.

Niech strach przed błędami nie blokuje ci dostępu do wszelakiego eksperymentowania.

Nieprzewidziane skutki straszenia GMO

sczachor

mleko_z_gmo

Czasem można przedobrzyć. Także i w marketingu. GMO (organizm genetycznie modyfikowane) są jednym ze współczesnych straszaków. W popkulturowym przekonaniu GMO to coś groźnego, niedobrego. Tak jak kiedyś czarownice, wilkołaki, strzygi czy inne utopce. Każdy coś tam słyszał o GMO, że to coś niezdrowego, że coś nienaturalnego, że jest be (nawet jak nie wiadomo co to jest i dlaczego złe). Więc najpewniej przeciętny klient będzie wystrzegał się GMO jak uroku wiedźmy. Kiedy modny był strach przed cholesterolem (że niezdrowy), to na produktach zamieszczano informację, że nie zawiera cholesterolu. Niby potrzebna informacja dla ludzi, przestrzegających diety. Ale jeśli pojawia się na produktach, które z zasady nie mają cholesterolu? To jest to chwyt marketingowy i spam informacyjny (notabene dużo tego  w czasach post prawdy). Podobnie jest z GMO. Widziałem nawet zdjęcie na słoiku z solą, że produkt nie zawiera … GMO. Znaczy zdrowy, dobry można kupować.

Wcześniej pisałem o serku z mleka bez GMOi o tym, że jest to informacja bałamutna (Serek wolny od GMO – rzecz o informacji zbędnej i bałamutnej,  O istocie życia czyli czy krowa jedząca paszę z GMO sama staje się GMO). Ta sama firma oznacza także i inne swoje produkty owym tajemniczym znaczkiem (wolne od GMO). Na mnie działa odstraszająco (jako nierzetelna i bałamutna, wybieram inne produkty). Ale rzecz ciekawa, jak widać na zdjęciu, ta sama firma sprzedaje podobne towary różnie oznakowane, jedne nic nie mają, inne, że są bez GMO. To znaczy jak? W tym przypadku zsiadłe mleko jest z GMO? Tak można wywnioskować z zestawienia obu produktów. Bo przecież nie ma informacji, że brak – tak jak na sąsiednim produkcie.

Wyszedł z tego marketingowy strzał w kolano. Na jogurcie naturalnym, dla podkreślenia że jest naturalny, dodano dwie dodatkowe informacje: 1. że nie zawiera GMO (absurdalność takiego zapisu omawiałem w poprzednich tekstach), 2. nie zawiera mleka w proszku. Mało kto zrozumie także tę drugą informację. Najpewniej chodzi o to, że jogurt nie jest zagęszczany mlekiem w proszku (dość powszechna praktyka). Naturalny jogurt ma naturalnie gęstą konsystencję. A jeśli nie ma, to się go „podrasowuje” dodając mleko w proszku. Poprawnie powinna informacja brzmieć: "(jogurt) nie zagęszczany mlekiem w proszku". Bo samo mleko w proszku nie jest czymś złym i niezdrowym (natomiast zagęszczanie "jogurtu" mlekiem w proszku jest w jakimś sensie fałszowaniem produktu i udawaniem, że to jest jogurt zamiast wprost napisać "deser mleczny"). A taki wydźwięk ma napis „Nie zawiera mleka w proszku”. Tak jak nie zawiera cholesterlu, glutenu itd.

Najwyraźniej ktoś od marketingu po prostu „przefajnował”, przedobrzył z popkulturowymi informacjami o „naturalności” produktów. Zamiast przyciągać – odstrasza… np. od innych produktów tego samego producenta.

Czym się różni nauka od zabobonów i niegroźnych rytuałów?

sczachor

15723580_10210356773229052_7772077242693420493_oMyślenie naukowe jaki i teorie spiskowe czy zabobony biorą swoje źródło w tym samym myśleniu racjonalnym, właściwym ludziom od zarania. Chcemy sensu i zrozumienia otaczającego nas świata i chcemy być sprawczy czyli mieć wpływ na ten świat.

Skąd się biorą teorie spiskowe i mity, jak rodzą się legendy? Profesor Bogusław Pawlikowski, antropolog, w artykule „Co praczłowiek miał na myśli” Tygodnik Powszechny, 4 czerwca 2017 r., nr 23 (3543) tak pisze o źródłach legend i rytuałów: „To efekt ostrego przyczynowo-skutkowego sposobu myślenia, który jest jednocześnie wadą i zaletą naszych umysłów. Czasami, choć nie możemy znaleźć przyczyn, wciąż ich poszukujemy, co prowadzi nas do błędnego przypisywania zależności przyczynowych czemuś, co tylko z sobą koreluje. Tak się rodzą rytuały – np., jeśli trener raz się ogolił i akurat jego drużyna wygrała mecz, to potem będzie się golił przed każdym meczem”.

Z jednego drzewa i krzyż i łopata.

Kontekst zmienia wiele w rozumieniu zjawiska. Nauka też od tego nie jest wolna. Statystycznie możemy doszukać się jakichś związków. Ale to nie jest równoznaczne ze znalezieniem przyczyn. O czym często zapominamy. Zależności statystyczne sugerują związek, ale go nie udowadniają.

Czym się różni nauka od zabobonów i teorii spiskowych? Tym, że ma dopracowaną metodologię i ma odwagę poddawania w wadliwość (wszystkiego, nawet własnych rezultatów). Nauka weryfikuje i nie spoczywa na laurach. Nawet jeśli błądzi.

Zamieszczone zdjęcie nie ma związku z niniejszym tekstem. Jest zabawne i tyle. Podobało mi się, to zamieściłem. Ale jak ktoś chce, to może jakiś związek, korelację czy inną zależność drobiazgo zbada i odkryje.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci