Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Czy może być większa połowa? Z dygresją o przemawianiu do krowy na miedzy.

sczachor

0005NV9PTP26O0VFC114Na tytułowe pytanie można odpowiedzieć dwojako: krótko i łatwo ale fałszywie oraz bardziej zawile, obszerniej ale jednak bliżej prawdy.

Pierwsza odpowiedź jest prosta – nie ma większej połowy, bo obie są równe. Druga odpowiedź będzie dłuższa i zawiera przesłanie, że może być większa połowa. Ale są ludzie, którym nie mieści się to w głowie i pałają „świętym” oburzeniem na takie „herezje”. Nagminnie poprawiają, powołując się na definicje i logikę. Pamiętam to ze szkoły, a teraz jest tego sporo w Internecie.

Dodatkowo zmobilizowany przez mojego osobistego trolla-hejtera (w przyrodzie nie ma organizmów bez pasożytów a w internecie blogera bez hejtera – więcej w dygresji 1), wyjaśnię dokładniej, jak krowie na miedzy (co robi krowa na miedzy – patrz dygresja 2) czy jest i dlaczego większa połowa.

Co tam w słownikach piszą? „Połowa: 1. «jedna z dwu równych części jakiejś całości», 2. «chwila, punkt, miejsce równo oddalone (w czasie lub przestrzeni) od obu krańców czegoś»” (Słownik PWN). Zatem jednoznacznie, połowy są równe i nie ma żadnych mniejszych czy większych. Ale w tym samym słowniku piszą, że jest lepsza lub gorsza połowa (w sensie współmałżonka i odniesieniu społecznym) – niby równe ale jednak czymś się różnią. I tu już jest pierwsza rysa na dogmacie o równych połowach. „Połówka – (…) jedna z dwóch równych części jakiegoś przedmiotu, połowa” (np. zjadł połówkę jabłka – do tego jabłka się jeszcze odniosę w dalszej części wypowiedzi) („Mały słownik języka polskiego”, PWN, Warszawa 1969, reprodukcja z 1989 roku).

I kolejna definicja słownikowa ”Połowa – jedna z dwu równych części jakiejś całości”. Tu mała dygresja, z tą równością to bywa tak, że wszyscy są równi ale niektórzy równiejsi. Ten niuans dostrzeżony został w dalszej części słownikowej definicji: „dopuszczalne: większa, mniejsza połowa (lepiej: więcej, mniej niż połowa, większa, mniejsza część). Dwie nierówne połowy.” (Słownik poprawnej polszczyzny”, PWN, Warszawa 1980). Skoro zatem nawet w słowniku uznano istnienie większej i mniejszej połowy, to coś jest na rzeczy i warto się tym zająć.

W matematyce połowy są równe. Z definicji. Więc nie ma większej i mniejszej. Prosty, jednoznaczny świat bez niuansów. Przynajmniej w prostej matematyce na poziomie szkoły podstawowej (ewentualnie średniej, ale tu już więcej złożoności). Dla wielu świat edukacji zamyka się na poziomie podstawowym, dlatego z wielką gorliwością pouczają „nie ma większej i mniejszej połowy!”. Można tu się przez chwilę zastanowić czy matematyka jest odkrywaniem świata czy wynajdywaniem (tworzeniem) zupełnie nowych bytów, które następnie czasem wykorzystujemy do opisu rzeczywistości. Niemniej języka matematyki, ze względu na jednoznaczny i „dokończony” charakter, używamy w wielu sferach życia z dużym sukcesem. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy zapominamy, że świat w swej złożoności nie mieści się w jednej, prostej algebrze. Matematycy odkrywają (lub wymyślają) wiele różnych światów matematycznych i z nich także korzystamy, np. z teorii zbiorów rozmytych (tego w szkole nie ma, uczą tylko o zbiorach klasycznych – dany element należy do pewnego zbioru lub nie należy, bez żadnych niuansów, że np. tylko częściowo). Zatem to nie matematyka jest niedoskonała, to ludzie czasami w sposób nieumiejętny i ograniczony posługują się matematyką.

Przykład ograniczonego korzystania z dobrodziejstw matematyki i algorytmów. Kilka lat temu wypełniałem roczne zeznanie podatkowe, korzystając z programu komputerowego. Taki program to spore ułatwienie, sam liczy, uzupełnia, wskazuje na jakieś braki itd. No i nie ma pomyłek w sumowaniu. Człowiek (czyli ja) zawsze się może pomylić w dodawaniu, odejmowaniu, wyliczaniu procentów. A taki komputerowy program robi szybko i bezbłędnie. Ale tym razem trafiłem na pewien problem. Wpisałem dane z PIT-u, otrzymanego od wydawcy. W przypadku praw autorskich czy umowy o dzieło, połowę kwoty przychodu stanowią koszty a połowę dochód. Ale kwota, stanowiąca podstawę wyliczenia, zawierała wartość z nieparzystą liczbą groszy (liczba niepodzielna przez dwa). Zatem w PIT-cie w jednej połowie (50%) było o jeden grosz więcej niż w drugiej połowie (50%). Jakby nie patrzeć - jedna połowa była minimalnie większa. Jeden grosz nie stanowił żadnej, istotnej kwoty (przecież księgowa nie mogła podać kwoty w półgroszach, zaokrągliła). Ale w algorytmie nie ma niuansów. Komputery nie myślą. Przynajmniej te, z którymi się do tej pory spotykałem. Gdyby to był człowiek, to by nierówność obu połówek uznał i nie robił problemów. Ale komputer (program) nie chciał przyjąć, sygnalizował błąd i nie pozwalał zakończyć rozliczenia podatku. Ja bym z chęcią ten grosz dopłacił, ale dokumentów dla urzędu skarbowego fałszować nie można. Nawet na jeden grosz. Musiałem PIT wypełnić ręcznie (zrezygnować z komputerowego programu bo był ortodoksyjnie nieustępliwy). Winna matematyka? Nie, winny programista z ograniczoną wyobraźnią. Nie przewidział wszystkich możliwości, oraz tego, że są mniejsze i większe połowy gdy kwota ma być liczbą całkowitą (a nie ułamkiem), z dokładnością do jednego grosza.

Oczywiście, matematyka jako taka jest znacznie szersza. Można zapisać różne liczby, nawet urojone. Można zapisać ułamek 2/3, ale podanie tego samego w ułamku dziesiętnym, wymusza uproszczenie i przybliżenie, np. 0,67 lub 0,66667 lub z jeszcze większą liczbą cyfr po przecinku. Mądrość polega na adekwatnym stosowaniu narzędzi. Nawet tak doskonałych jak matematyka. (czytaj więcej: czym jest nauka).

Przykład z zeznania podatkowego (jak i zaznaczonych wyżej definicji słownikowych) pokazuje, że są jednak różne połowy. Ślady są widoczne w naszym języku: większa połowa, równa połowa, idealna połowa itd.

Oto przykład z internetu: „Pani w szkole poprawia nas jak mówimy "większa połowa". Moim zdaniem pani nie ma racji, choć jest magistrem polonistyki. Jak dzielę scyzorykiem jabłko na 2 połowy, (jedna dla młodszej siostry), to zawsze wychodzi mi większa i mniejsza połowa. Ważyliśmy te nierówne połowy na dokładnej niemieckiej wadze elektronicznej. Zawsze jedna połowa jest większa/cięższa. Tę większą połowę daję oczywiście mojej siostrze, bo jest młodsza. Co wy na to?” (źródło).

Przykład z jabłkiem jest bardzo dobry. Tak jak z połową chleba. Sprowadza się do poziomu dokładności. Mniej więcej obie połowy są równe, choć gołym okiem widać, że są różnice. Ale te różnice nie są ważne (nie są istotne). Bo jabłko nie jest idealną kulą, to i połowy nie będą idealne (a jak widać większą połową można obdarować młodszą siostrę, wyrażając przy okazji troskę i opiekuńczość). Różnica nie jest istotna dla sprawy podzielenia się jabłkiem czy chlebem. Ortodoksja, dotycząca idealnych połówek, w wielu aspektach życia codziennego, jest po prostu wyrazem… niewłaściwego stosowania narzędzi (języka, pojęć).

Podobnych przykładów dostarcza życie biologiczne. Bo w przytoczonym przykładzie z dziedziczeniem genów po rodzicach (O soli kuchennej, ludziach i niematematycznej biologii) wskazywałem, że jednak po matce dziedziczymy większą połowę (ze względu na mitochondrialne DNA). Podobnych przykładów jest znacznie więcej. Dowcipnie dylemat większych i mniejszych połówek wyjaśniony jest na zamieszczonym wyżej rysunku. Są takie rzeczy na tym świecie, które się domorosłym „filozofom” nie śniły (a przynajmniej w rozumie nie mieszczą). Filozofom, co to uważają, że wszystko wiedzą i dlatego tak chętnie w brzydki, hejtowaty sposób, pouczają innych.

Dygresja 1. W przyrodzie nie ma organizmów bez pasożytów a w internecie nie ma blogera bez hejtera. Trolujący hejter świeci światłem odbitym, jak światełko odblaskowe. Nie ma własnego pomysłu, własnej twórczości, potrafi tylko komentować, a ze swej złośliwości czerpie poczucie (ułomne i niesycące) własnej wartości. Tak jak światełko odblaskowe – widoczne jest tylko wtedy, gdy odbija inne światło. Na dodatek odbija w sposób mniej lub bardziej zniekształcony. Samo z siebie jest ciemne i niewidoczne. A że hejter ma niskie poczucie własnej wartości (stąd złośliwie obsmarowuje innych by poczuć się ciut lepiej) lub zdaje sobie sprawę ze swych niegodnych, brzydkich czynności, to pozostaje anonimowy. Przecież pod podłymi rzeczami nikt publicznie nie podpisze się własnym imieniem i nazwiskiem.

W przyrodzie różnie sobie radzą organizmy z pasożytami. Iskają się, czyszczą, odrobaczają. Domowe sposoby na odrobaczanie w rzeczywistość wirtulanej, na pozbywanie się hejterów i internetowych trolli, też są. Mniej lub bardziej skuteczne, ale są.

Dygresja 2. Tłumaczyć jak krowie na miedzy. Słyszę to powiedzenie od wielu lat. Ale czy współczesny człowiek zrozumie, o co chodzi? Po co tłumaczyć krowie na miedzy i co to jest miedza oraz co robi krowa na miedzy? Bo żyjąc w mieście obrazków tych w pamięci nie mamy. A zatem miedza, to takie coś między jednym polem, a drugim (może nawet dzieli pole na dwie zazwyczaj nierówne, połowy). Niezaorana, więc i trawa tam rośnie oraz inne rośliny. Miedza to coś niewykorzystanego. Szkoda, żeby miało się zmarnować. I w dawnych czasach, gdy część mieszkańców wsi nie miała własnego pastwiska, swoje bydlęta (krowy, kozy), wypasało po rowach, miedzach i innych niczyich fragmentach. Albo i sam gospodarz wysyłał dziecko lub pastucha, by krowę wypasać na miedzy. A że z jednej i drugiej strony pole, to niepilnowana krowa mogłaby wejść w szkodę (znaczy zjeść to, co nie powinna), to pastuch przypilnować musi. Wiemy już więc co to jest miedza (bardzo ważna dla przyrody, bo i zające oraz inna bogata bioróżnorodność tam znajdowała schromienie w krajobrazie rolniczym) i co robi krowa na miedzy. A dlaczego jej coś tłumaczyć? Przy wypasaniu, kiedy krowa zieleninę skubie i powoli przeżuwa, pastuszek ma sporo czasu. Może siedzieć i przemyśliwać o życiu, fujarkę wystrugać lub koszyk z wikliny zrobić (tak zwykł czynić mój dziadek). I nie ma z kim pogadać. Chyba że z krową. Więc można cierpliwie, dokładnie krowie się zwierzyć, opowiadać i do różnych rzeczy przekonywać. Na przykład dlaczego nie powinna wchodzić w szkodę w zboże, buraki czy grykę. Ale czy krowa, z tego do niej przemawiania, coś zrozumie? Nawet jak przyjaźnie patrzy swoimi dużymi, cielęcymi oczami? Nie jest ważne, samo mówienie mówiącemu służy, pozwala poukładać myśli, przemyśleć kwestie, dopracować szczegóły.

Teraz to pewnie byśmy powiedzieli: tłumaczyć jak przygodnemu hejterowi na fejsbuku (znaczy do komputerowego ekranu). Skutek podobny tylko pięknych oczu bydlęcia nie widać… Ani nie czuć zapachu ziół czy nie słychać śpiewu skowronka. Chyba jednak lepiej do krowy na miedzy przemawiać.

Napójka łąkowa czyli ciemna strona warmińskiego Wójtowa

sczachor

napjka_akowaJedno zdjęcie z warmińskiego ogródka, wykonane telefonem z damskiej torebki, uruchomiło serię niezwykle intrygujących zdarzeń. Dostrzeganie szczegółów jest efektem edukacji i wiedzy. Człowiek głupi, ciemny i o ubogim zasobie wiedzy – w tym przypadku przyrodniczej – niewiele widzi, niewiele dostrzega. Mowa o lokalnej bioróżnorodności i aktywności społecznej. Ale po kolei.

Najpierw było zdjęcie z podpisem „gość w ogródku”. Niby zwykły robal, kto by tam na robale zwracał uwagę. A jednak, przyrodnicza wrażliwość na lokalną specyfikę czyni wiele dobrego. Pozwala dostrzegać piękno, w tym przypadku urodziwej, włochatej gąsienicy.

Co prawda zdjęcie nie jest najlepsze, bo nie widać wszystkich szczegółów, ale wydaje się, że jest to gąsienica napójki łąkowej, motyla o ciekawym behawiorze. Niby nic wielkiego, ktoś zrobił zdjęcie, ktoś zidentyfikował. Ale to dopiero początek historii.

Jeżeli to kolejna ciekawa ćma to może powinniśmy być "wioską ciem". Wójtowo – wieś jak wieś. Podolsztyńska, stare siedliska o bogatej historii, otoczone nowymi domami. Co ją może wyróżniać? Kapitał ludzki. Bo przyroda jest taka jak i gdzie indziej. Ale nie wszyscy potrafią patrzeć i dostrzegać.

Tak, to kolejna ćma i interesujący gatunek, o którym można interesująco opowiadać. Wcześniej był to zawisak tawulec (przeczytaj: A zawisak to ćma czy motyl?). Zdjęcie zrobione telefonem, zaowocowało krótką opowieścią na blogu. A potem spotkaniem w stylu śniadanie na trawie i malowaniem kamieni. Na jednym kamieniu namalowałem właśnie tego wójtowskiego zawisaka. Motyl, który stał się jednym z pretekstów do spotkania na wiejskim placu, rozmów o przyrodzie i urokliwie prowincjonalnym byciu ze sobą. Niby nic wielkiego. (Jak malowaliśmy kamienie oraz śniadanie na trawie). Ale takie spotkania rozwijają się w wartościowe inicjatywy społeczne.

A tymczasem w Wójtowie, na wspomnianym placu wiejskim, postawią starą budkę telefoniczną. Że nie mam sensu, bo przecież wszyscy i tak korzystają z telefonów komórkowych? Ale w tej budce będą… książki. Taka nietypowa, wiejska półka bookcrossingowa. Kolejny powód by się spotykać i robić coś razem. A co ma wspólnego półka bookcrossingowa z ćmą napójką łąkową? Otóż w toczącej się rozmowie, do następujących ustaleń doszliśmy. Już za niecały tydzień, w ramach Tygodnia Bibliotek, będziemy na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej UWM w Olsztynie malowali na starych dachówkach mole książkowe (Biblioteki inspirują czyli Molariusz Warmińsko-Mazurski). Dojadą także dachówki ze starego siedliska w Wójtowie. I namaluję na jednej właśnie napójkę łąkową – jako warmińskiego mola książkowego. A potem, dachówka z Biblioteki Uniwersyteckiej pojedzie do Wójtowa i ozdobi tę bookcrossingową, wiejską budkę telefoniczną. Inspirujący Tydzień Bibliotek i lokalna bioróżnorodność. By edukować, poznawać i więcej dostrzegać tego, co się dzieje wokół nas. Książki uczą tak samo jak spotkania i dyskusje.

Skoro pojawiła się kolejna interesująca ćma, to może ćmy Wójtowa jako wyróżnik tej miejscowości? Czyli ciemna strona (od ćmy a nie od ciemności) warmińskiego Wójtowa. Tytuł jest już więc rozwikłany. Teraz pora na opowieść o samej napójce, ćmie o aluzyjnej nazwie.

Barczatka napójka czyli napójka łąkówka (Euthrix potatoria syn. Philudoria potatoria) to motyl nocny z rodziny barczatkowatych. Co w niej niezwykłego? Gąsienice tego gatunku piją stosunkowo duże ilości wody w postaci kropel rosy i deszczu, zbierających się na liściach rośliny pokarmowej. Stąd jej nazwa – napójka. Od picia rosy. Ćma co w młodości rosę pije. Nieco romantycznie.

Barczatka napójka (napójka łąkowa) występuje na terenach podmokłych, w pobliżu jezior, rzek i torfowisk. Gąsienice żerują na ostrych trawach, trzcinie i pałce wodnej. Spotkać je można od września do czerwca, z przerwą na sen zimowy. Na wiosnę, po przezimowaniu, gąsienice budują nisko nad ziemią, przyczepione do źdźbeł traw lub pni drzew, białawe oprzędy, w których następuje przepoczwarczenie. Dorosłe motyle (stadium imago) obserwować można od końca czerwca do połowy sierpnia. Jak typowe ćmy prowadzą nocny tryb życia. Rozpiętość skrzydeł od 46 do 54 mm. Brzeg skrzydeł jest lekko falisty. Samiec ma skrzydła żółto-pomarańczowe z odcieniami brązu (można go rozpoznać po dużych, grzebykowatych czułkach i ciemniejszej barwie skrzydeł). Samica jest nieco większa i nieco jaśniejsza w ubarwieniu: od jasnożółtego do żółtobrunatnego. Charakterystyczne dla tego motyla są dwie białe plamki w ciemnej obwódce, znajdujące się na górnej stronie skrzydeł pierwszej pary. Na zewnętrznej części tylnego skrzydła znajduje się przyciemnienie.

Gatunek obecny w całej Europie od Półwyspu Iberyjskiego po Ural. W Polsce gatunek występuje na całym obszarze kraju. Niezbyt rzadki, można się go spodziewać w wielu miejscach. Ale teraz mamy udokumentowane występowanie w Wójtowie. Czyli jest o czym opowiadać.

Teraz pora na wyjaśnienie słowa ćma. Ma ono kilka znaczeń (współczesnych i dawniejszych): 1. Ćma to motyl nocny, 2. to także duża ilość, chmara, 3. ciemność, mrok, a nawet 4. brzydka pogoda, mżawka, zawierucha (lokalnie i gwarowo). Etymolodzy wskazują, że słowo ćma wywodzi się ze starosłowiańskiego tma, oznaczającego ciemność, mrok, a to z kolei pochodzi ze praindoeuropejskiego tem – ciemny, w znaczeniu wielkie mnóstwo, chmara, mrowie. Tuman to kalka z języka tureckiego – dziesięć tysięcy. W języku rosyjskim tuman czyli mgła, pochodzić może od dużej ilości a może od ćmić – osłabiać widoczność, przyciemniać, przesłaniać (tak dużo, że aż nie widać?). Ćmić to także pobolewać, mdlić. Ta mroczna chmara tępy ból przynosi… Zatem ćma zapewne bierze swoje znaczenie od mroku lub od dużej liczby. Dużo ich w nocy przylatuje do światła, zwłaszcza na terenach pierwotnych i o dobrze zachowanej przyrodzie. Nasi przodkowie widywali duże ilości motyli nocnych. Możliwe więc, że jest słowem bardzo starym, jeszcze wywodzącym się z języka praindoeuropejskiego, gdzie mrok i duża ilość znaczyło to samo.

I jeszcze jedno znaczenie, o którym chcę wspomnieć w nawiązaniu do Warmińsko-Mazurskiego Molariusza i malowania dachówek: ćma to ćmuk, ćmok, upiór. W Bestiariusz Słowiańskim Ćmok to nazwa potwora, pochodzącego z dawnych wieków. Pamięć o nim przetrwała najdłużej na Wielkopolsce. Ten starosłowiański demon miał skrzydła, albo jak nietoperz albo jak ćma (zatarło się w pamięci). Może i sama Ćma była kiedyś nazwą nocnego demona, bestii mitologicznej. Ćmok lub Ćma funkcjonowały w opowieściach naszych przodków, w kulturze oralnej (mówionej). Nie przetrwał do czasów słowa pisanego i bibliotek (bo nikt nie spisał, na utrwalił na malowanym obrazie). Zostały tylko niewyraźne, ćmawe ślady. Dlatego w czasie Tygodnia Bibliotek, malując mole książkowe, namalujemy także ćmę napójkę łąkową. Przy okazji opowiadając różne historie i pijąc, jeśli nie rosę to chociaż kawę czy herbatę, na tarasach Biblioteki Uniwersyteckiej.

I tak powstanie pierwszy Warmińsko-Mazurski Molariusz. A jedna z dachówek zawędruje do Wójtowa, by tworzyć ciem-ną stronę (historię) warmińskiej wsi. Ciemna historia czyli lokalna historia ciem. Z warmińskiego Wójtowa. A wszystko za sprawą spostrzegawczości i telefonu z damskiej torebki.

Fot. Beata Jakubiak.

Źródła:

Wikipedia https://pl.wikipedia.org/wiki/Barczatka_nap%C3%B3jka

Heintze J., Motyle Polski – atlas – część pierwsza. Wyd. II uzupełnione, WSiP, Warszawa, 1990.

Malmor I., Słownik etymologiczny języka polskiego, ParkEdukacja, Warszawa, 2010.

Brucken A., Słownik etymologiczny języka polskiego. PiW, Warszawa, 1974.

Zych P., Vargas W., Bestiariusz słowiański – rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach, BOSZ, Olszanica 2015.

Otrupek włochaty - brzmi groźnie, makabrycznie i tajemniczo

sczachor

Byrrhus_pilula_Linn_1758Nazwa często oddaje charakter zwierzęcia, grzyba czy rośliny. Otrupek kojarzy się z trupem, zwłokami. Jakaś tajemnicza zbrodnia majaczy we mgle. A do tego włochaty. Coś nieprzyjemnego. Ale zarazem intrygującego. Zatem zapraszam do lektury demaskującej tytułowego otrupka.

Trafiłem na niego przypadkiem, gdy zamieściłem zdjęcie chrząszcza przecudnej urody z imponującymi czułkami. Pierwsze moje skojarzenie nasunęło mi na myśl sprężyka. Ale znajomy specjalista od chrząszczy szybko mnie z błędu wyprowadził. „To nie jest sprężyk. Nie ma nic wspólnego z tą rodziną, bo rodzina Callirhipidae należy do Byrrhoidea, czyli jest bliżej spokrewniony z otrupkami i (Byrrhidae) niż ze sprężykami, które są w oddzielnej nadrodzinie Elateroidea.”

Otrupkowate? Czy to jakieś chrząszcze związane z padliną? Można je spotkać na martwych zwierzętach? Owadów, pojawiających się na zwłokach, jest wiele. Są wykorzystywane w kryminalistyce do określania potencjalnego czasu śmierci znalezionych zwłok.

Owszem, otrupkowate mają coś wspólnego z trupami, ale nie to, co myślałem. Same udają „trupka”. Jedno jest pewne, otrupkowate to chrząszcze bardzo tajemnicze bo słabo poznane, zwłaszcza ich tryb życia. Są uważane za grupę ewolucyjnie starą. Przypuszcza się, że otrupkowate odżywiają się mchem, porostami, glonami, niektórzy autorzy piszą, że odżywiają się także obumarłymi korzeniami traw lub innym materiałem roślinnym (w zasadzie detrytusem, martwymi częściami roślin). Czyli coś tam z szeroko rozumianymi „umarlakami” mają wspólnego. Larwy żyją w ziemi odżywiając się korzeniami różnych roślin.

Zasiedlają współcześnie strefę klimatu umiarkowanego. Niektóry specjaliści twierdzą, że są chłodnolubne. Występują w Europie i w Polsce, zarówno w obszarach górskich jak i nizinnych, w miejscach porośniętych mchem, na bagnach czy na wilgotnych skałach. Do otrupkowatych należą chrząszcze stosunkowo małe (do 13 mm), twarde, krępe i wyraźnie wypukłe. Charakterystyczną ich cechą są głębokie bruzdy na spodzie ciała, do których chrząszcze chowają odnóża i czułki – nie widać ani odnóży ani czułków, dlatego przypominają grudkę ziemi lub jakieś nasiono. Tak udając trupa, stają się trudno widoczne i trudne do uchwycenia. Niczym pancernik zwinięty w kulkę. I najpewniej ta cecha była powodem porównania ich do trupa – stąd nazwa otrupkowate. Są to mało ruchliwe chrząszcze, niektóre gatunki nie są zdolne do lotu (zrośnięte pokrywy skrzydłowe).

W Polsce występują 23 gatunki, z których jeden (Carpathobyrrhulus tatricus) umieszczony jest na Czerwonej Liście Zwierząt Ginących i Zagrożonych w Polsce. Polskie nazwy tych chrząszczy są urocze: otrupek, bedryk, ssacz, gabinetowiec, otrupek pigulnik, brunatek, dziewannik.

Otrupek włochaty (Byrrhus pilula) to najczęściej występujący przedstawiciel omawianej rodziny. Jego wymiary wahają się w granicach 7-11 mm. Jest gatunkiem pospolitym, spotkać go można na terenach nizinnych, w mchach lub na miejscach piaszczystych, na leśnych i polnych ścieżkach. W chwili zagrożenia chowa odnóża i czułki w specjalnych bruzdach i udaje martwego.

Morał z tej koleopterologicznej opowiastki jest taki, by nie sądzić o charakterze po samej nazwie. Bowiem nasze skojarzenia wynikają z naszego doświadczenia. Autor nazwy mógł mieć zupełnie inne skojarzenia i nazewniczą inspirację.

Fotografia: Udo Schmidt - Flickr: Byrrhus pilula (Linné, 1758), CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=21357522

Źródła:

  • Fauna Polski. Charakterystyka i wykaz gatunków. Tom I, Muzeum i Instytut Zoologii PAN, Warszawa, 2004.
  • Kozłowski M. W., Owady Polski – chrząszcze, Multico, Warszawa, 2009.
  • Majewski E., Słownik nazwiks zoologicznych i botanicznych polskich, Warszawa, 1894.
  • Winkler J.R, Severa F., Mały atlas chrząszczy. PWRiL, Warszawa,1977.
  • Zahradnik J., Przewodnik: Owady. Multico, Warszawa, 2000.

O soli kuchennej, ludziach i niematematycznej biologii

sczachor

18192502_10211470674555889_8169241228522430494_oBiologia, poprzez swoją zaskakującą złożoność, nieustannie zadziwia. Życie co i rusz wychodzi poza proste, matematyczne schematy. Bo czy może być większa połowa? Teoretycznie połowa to 50%, a więc obie połowy powinny być jednakowe. Z codziennego życia wiemy jednak, że z tym dzieleniem na pół różnie bywa. Niedokładność czyni wiele.

Ale biologia udowadnia, że może być większa połowa. Na przykład dziedziczymy cechy po rodzicach, po połowie. Ale mitochondrialne DNA dziedziczymy tylko po matce, bo plemniki nie zawierają mitochondriów. Czyli po połowie, ale po matce trochę więcej. Jest więc większa połowa, coś niemożliwego. Z pozoru. Bo zaawansowana matematyka dobrze opisuje nawet zjawiska biologiczne.

Składanie gatunków w ekosystemy, czy jakichkolwiek elementów żywych, nie jest prostą arytmetyką. Całość to nie jest suma części. W całości jest coś więcej, coś, czego nie było w żadnej z jej elementów. Dawniej utożsamiano z tajemniczą siłą życia vis vitalis. Nigdy jej nie znaleziono. Współcześnie wskazuje się na efekt, wynikający z organizacji elementów. Tak więc nie tylko suma ale i organizacja, czyli relacje między elementami, np. relacje przestrzenne i wynikające z nich nowe cechy.

Bardzo piękną ilustrację tej zasady, ujawniania się nowych własności w całości (układzie), złożonym z części, podał pewien młody człowiek. Były to jego rozmyślania na styku nauki i wiary, które pojawiło się w głowie tego młodego człowieka w czasie medytacji nad "Wy jesteście solą dla ziemi" (Mt 5,13). W przypadku soli i jej znaczenia dla człowieka ma nie tylko znaczenie sama sól i jej własności, ale ewolucja człowieka i jej znaczenie w odżywianiu. Nie wszystkie zwierzęta, nie wszystkie organizmy potrzebują soli, jako dodatku do pożywienia.

"Oczywiście zacząłem analizować chemię soli:  Na + Cl = NaCl. W skład soli (kuchennej, bo cyjanek potasu też sól...), czyli chlorku sodu, wchodzą atomy metalu gwałtownie reagującego (w odpowiedniej porcji wręcz wybuchowo) z wodą i zamieniającego ją w środek używany do udrażniania rur (NaOH) oraz atomy żółtozielonego, duszącego gazu.

Jednym słowem nic, co chcielibyśmy znaleźć w naszym obiedzie (choć gdzieś słyszałem, że jeden z pierwszych badaczy chloru miał stwierdzić, że nadaje się na składnik sosu do sałatek... nie pytajcie :-D ). Łącznie tworzą jednak substancję, która nadaje potrawom wyrazisty smak i w rozsądnych ilościach raczej nam nie szkodzi. Ludzie, tak jak sól, do której zostali porównani, nie stanowią prostej sumy swoich cech i uczynków, tak jak właściwości NaCl nie są sumą właściwości Na i Cl.

Tak więc fakt, że w czyimś życiu znajdują się miejsca niestrawne lub wręcz cuchnące nie oznacza, że nie może on zdziałać czegoś dobrego i pożytecznego. Ocena całego człowieka sprowadzona do oceny jego pojedynczych cech/czynów, jest dużym nadużyciem. Jakże aktualne.”

Chemiczny punkt widzenia pięknie przeniesiony na relacje międzyludzkie. Upowszechniam, bo warto. A że bez wiedzy autora, to i nazwisko tymczasem ukrywam.

 

ps. na zdjęciu sasanka, spotkana przedwczoraj przy kościele franciszkanów. Urzekła mnie swoim pięknem, więc zamieszczam. Tak bez związku z tematem. A może jednak, jakiś związek uda się dostrzec?

Biblioteki inspirują czyli Molariusz Warmińsko-Mazurski

sczachor

dachowka_i_farbySpotkania z ludźmi inspirują. Nawet, jeśli odbywają się za pośrednictwem papierowych książek. Biblioteka jest takim urokliwym miejscem na spotkania z myślą ludzką, opowieściami i refleksjami. W ciszy i w gwarze. To pierwsze w czasie czytania, to drugie w czasie różnorodnych, aktywizujących pikników naukowych.

Zmienia się świat wokół nas i nośniki ludzkiej myśli. Dawno temu były to recytowane poezje, śpiewane pieśni i ballady, tańczone przedstawienia muzyce. Potem myśl na długo przylgnęła do zadrukowanego papieru. Biblioteki z książkami przez kilka stuleci były sercem uniwersytetów. Teraz nastał czas elektroniki i cyfryzacji ludzkiej myśli oraz kontaktów. Ale nawet i teraz biblioteki nie przestają być miejscem spotkań. Zmienia się wiele (nośniki) by pozostało coś niezmiennego (wymiana ludzkich myśli).

Zbliża się IV Ogólnopolski Tydzień Bibliotek w Bibliotece Uniwersyteckiej UWM w Olsztynie (9-12.05.2017). W tym roku jego hasłem jest „Biblioteka. Oczywiście!”. A ja zapraszam na spotkanie z żywą książką i opowieściami o przyrodzie oraz kulturze przy… malowaniu dachówek. Tydzień Bibliotek został zainicjowany przez Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich. Jest to program promocji bibliotek i czytelnictwa, ukazujący jak biblioteki zmieniają swoje oblicze, między innymi przekształcają się w wielofunkcyjne centra informacji. Coraz bardziej stawia się w nich na nowoczesność, atrakcyjność i swobodniejsze zasady korzystania ze środków przekazu. To wszystko zapewnia przyjazny klimat do rodzenia się ciekawych pomysłów; krótko mówiąc – biblioteka inspiruje. Biblioteka UWM w Olsztynie w ramach Tygodnia Bibliotek zaprasza na cykl kulturalnych wydarzeń. Jedną z nich będzie piątkowe (12 maja) malowanie starych dachówek. A motywem będą… mole książkowe. Tak, jak sobie je wyobrażamy.

Dachówki pochodzą z Mazur, z Kowalewa, powiat piski. One dużo widziały, dużo pamiętają. Może i ze 100 lat mają. Ale jedna przyjechała aż z Umbrii (dar prof. Małgorzaty Chomicz). Przyjechała z dalekich Włoch, gdzie narodziła się idea wolnego życia cittaslow i gdzie powstawały pierwsze uniwersytety.

12 maja 2017 r., w godz. 12-18.00 (zobacz więcej) spotkamy się by malować mole książkowe. Tak powstanie pierwszy Warmińsko-Mazurski Molariusz. Zostanie wystawiony (zaprezentowany) na specjalnym stelażu (dachu) przed biblioteką. Obecnie są tam udostępniane dachówki z bioróżnorodnością Warmii i Mazur (namalowane w czasie pikników edukacyjnych na Wydziale Biologii i Biotechnologii oraz w czasie Europejskiej Nocy Naukowców w Bibliotece Uniwersyteckiej. Spotkamy się, by w otoczeniu wiedzy, na tarasie Biblioteki, niespiesznie rozmawiać, malować i popijać herbatę. Może nawet zjeść ciasto domowej roboty. Rozmawiać będziemy o literaturze, różnorodności biologicznej i … o ekologii moli książkowych. Powstanie molariusz (tak jak bestiariusz), który eksponowany będzie na specjalnym stelażu przed Biblioteką.

Spotkamy się, by zainsorowani literaturą faktu i fikcji oraz ilustracjami z książek, przy malowaniu rozmawiać o książkach, czytaniu, molach książkowych oraz lokalnym dziedzictwie przyrodniczym i kulturowym. Studenci kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze przygotują kilka opowieści o własnych molach książkowych. W dowcipnej opowieści przedstawią swojego mola, jego biologię, budowę (zilustrowaną malunkiem na dachówce), opowiedzą jaki tryb życia prowadzi, w jakim siedlisku spotkać go można, opowiedzą o powiązaniach z innymi gatunkami. Będzie więc to ekologia moli książkowych. A przy okazji bioróżnorodność lokalna i fantastyczna.

Można oczywiście przynieść własną dachówkę, o niezwykłej historii. I o niej, przy malowaniu, opowiedzieć. Ja przyniosę ze sobą dachówkę z gminy Vafabbrica (Włochy, Umbria), przywiezioną przez Panią Prof. Małgorzatę Chomicz. Została znaleziona w miejscu starego klasztoru. Klasztoru już nie ma, zostało po nim trochę dachówek i figura na skale. I powstaje opowieść z molem książkowym w tle.

Bioróżnorodność moli książkowych to podejście interdyscyplinarne, różnorodnożć kulturowa i różnorodność biologiczna. Z kontekstem lokalnym i europejskim.

 

Fot. Katarzyna Bikowska

zobacz też:

dachowki_kowalewo

Pradawny sposób leczenia jajkiem i nauka we współczesnych zabobonach

sczachor

kursy_szamanskieLudowe zabobony (irracjonalne, czasem szkodliwe i groźne dla zdrowia a przynajmniej dla rozumu) nie są tylko domeną przeszłości i polem badawczym etnografów. Są naszą teraźniejszością, widoczną chociażby w księgarniach, gdzie brakuje wydzielonych półek dla książek naukowych i popularnonaukowych, dużo jest za to ezoteryki i zabobonów w nowym, popkulturowym  wydaniu. Nasz klient nasz pan… i dlatego w Empiku na półce z napisem astronomia znajdują się książki z tematyką astrologiczną (słowa jakże podobne ale znaczenie bardzo różne). Post-prawda na pierwszym planie … nie tylko w polityce.

Dla kulturoznawcy fascynujące może być ożywanie dawnych zabobonów w nowym, pseudonaukowym, nowoczesnym opakowaniu. Czytam fragment książki o pradawnym leczeniu jajem, zdejmowaniu uroków itd. Już we wstępie znajduje się sporo odwołań do fizyki. Z pozoru wygląda na naukowe uzasadnienie. Ale tylko bardzo z pozoru. Niemniej współczesny zabobon mocno czerpie z terminologii naukowej, jak kameleon upodobniając się do nauki. Taka kulturowa mimikra. Jak pająk kwietnik czy modliszka kwiatowa. Wtopiona w tło czeka na swoją ofiarę.

Są nie tylko książki ale i szkolenia czy konferencje. Dawne mity w całkiem nowym przebraniu. Ogromnie rozbawiło mnie zdejmowanie uroków (klątwy) z drzewa genealogicznego. Mamy więc jakieś odwołanie do współczesnej genetyki, bo ktoś coś słyszał o DNA. I o genealogii. Łatwo człowieka słabo wykształconego oszukać i omamić.

Kluczowe jest słowo „pradawne”. Czyli jakieś odwołanie do głębokiej tradycji. Pada na podatny grunt u poszukujących lokalnej tożsamości, poszukujących czegoś sprawdzonego przez wieki. Drugim elementem bywa pseudonaukowe uzasadnienie, pojawiają się różne słowa, wyrwane z naukowej terminologii (np. energia, DNA, genealogia), umiejscowione w zupełnie innym kontekście teoretycznym i odmiennym paradygmacie. Sprytnie (jeśli celowo) lub głupio (jeśli wynika z ignorancji) wmieszane są fakty z resztkami dawnych mitów. To drugie jest ciekawe. Jeśli współcześnie następuje aktualizacja do współczesnej kultury i pojęć, to może i w przeszłości tak samo było? Wtedy odcyfrowanie ścieżek dyspersji mitów i magicznych zabobonów staje się niezwykle frapujące i intrygujące. Taki kulturowy transfer przez wieki.

Nieustannie zadaję sobie pytanie „dlaczego”, skąd to się bierze. Poszukuję odpowiedzi, zadziwiony silną falą ruchów antyracjonalnych. Mimo wykształcenia w wielu obszarach pozostajemy ignorantami, stąd nawet osoby z tytułami naukowymi w jednej dziedzicznie, mogą pleść bzdury w innej. Tak jak pewien profesor genetyk (dendrolog) głoszący bzdury o ludziach żyjących w czasach dinozaurów. Uwodzi popularność i grupa wyznawców tych pseudonaukowych wynurzeń? Mój znajomy dowcipnie to nazywa: wykształceni ponad swoją inteligencję...

Silne są ruchy antyszczepionwe nie tylko w USA. Dobrze znanym przykładem u nas jest komisja do badania katastrofy samolotu w Smoleńsku z parówkowymi eksperymentami i rażącymi błędami w uzasadnianiu. Dlaczego znajduje to tak duży posłuch i zainteresowanie? Skąd się biorą wyznawczy takich antynaukowych teorii spiskowych? Przeciętnego człowieka może to przerażać ale chłodnego naukowca może zaciekawiać jako interesujący temat i obiekt badawczy.

Na tle tego renesansu pseudonaukowej magii i zabobonów (istniały zawsze, teraz może tylko dzięki internetowi i mediom tak łatwo się rozprzestrzeniają) powstał społeczny ruch obrony nauki. Na ulicach odbywają się demonstracje, w Polsce jednak są bardzo słabo widoczne.

Zdejmowanie uroków z drzewa genealogicznego. Wystarczy się chwilę zastanowić, by dostrzec absurd takiej oferty. Stare zabobony w nowym krajobrazie pojęciowym, odnoszącym się do sukcesów nauki. Kiedyś nasi przodkowie bali się uroków rzucanych przez czarownice, wiedźmy, ludzi „o złym oku”. Czym innym jest etnograficzne dokumentowanie zabobonów czy odtwarzanie ich z przeszłości (udokumentować, zrozumieć), a czym innym wplatanie nauki do współczesnych zabobonów.

15219472_1481539378526929_8862659860847903740_nZasmuca popularność teorii spiskowych. Kiedyś czarownica, demony, teraz jakieś domniemane siły, opisywane teoriami spiskowymi (Żydzi, masoni, jakieś tajemnicze służby wielkiego mocarstwa lub przemysłu, ONI, łącznie z UFO).

Mity o rytualnych mordach Żydów (od średniowiecza) sprawiały, że wielu ludzi uwierzyło w spreparowane dokumenty (co ich czyniło podatnymi na takie mistyfikacje i manipulacje?). Wykreowany dla celów politycznych mit o zamachu smoleńskim spełnia te same funkcje co kiedyś wiara w czarownice, południce i inne demony, smoki, czarne wołgi itd. Wiele osób uwierzyło w prokurowane dowody komisji, złożonej z antyspecjalistów, ale z tytułami naukowymi. Nauka w służbie zła, to smuci. Popularność uwodzi? Potrzeba sławy czy zwykła finansowa pazerność? Społeczne zapotrzebowanie na „czarownice” i siły zła? Wynikało by z tego, że w gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami jak nasi przodkowie przed stuleciami czy tysiącami lat.

Dobrze to ilustruje spostrzeżenie: „Przekonanie, że światem rządzą siły, na które nie mamy wpływu, jest odwieczne. Kiedyś był to lęk przed złymi duchami, z czasem jednak zastąpił go człowiek – obcy, który chce posiąść nasze dobra, wykorzystać i zniszczyć.” (Agnieszka Krzemińska, Prawda historyczna”, Wielkie post, Niezbędnik Inteligenta, 1/20170).

A skoro są uroki i klątwy, to znajdzie się „specjalista” usuwający uroki, złe energie i co tylko jeszcze sobie klient zażyczy. Zmienia się tylko moda, raz są to techniki starożytnego Egiptu, raz Wschodu a raz prastare usuwanie uroków jajem. Proste metody by ustrzec przed groźnymi, niewidzialnymi siłami zła, czającymi się za rogiem....

Mobilny Internet na wykładach i trudne zmagania z innowacjami

sczachor

Kamishibai_1

Chcę podzielić się refleksjami z wykładu o kamishibai w przestrzeni akademickiej i opowiedzieć o tym, że innowacje na uczelniach mają „pod górkę”, a także opowiedzieć o moich próbach zaradzenia nudnym wykładom. Kilkakrotnie pisałem już o tym, że dydaktyka akademicka jest w zapaści ( nie jest to tylko moja opinia). Przyczyn jest wiele, m.in. na uniwersytetach oceniana jest nauka a nie jakość zajęć. Liczą się publikacje a nie zadowolenie studentów i rzeczywisty poziom nauczania. Ale to tylko jedna z przyczyn. Niemniej efekt jest taki, że na przykład wykłady są zazwyczaj nudne. Wykładowcy na rzutnikach multimedialnych zazwyczaj pokazują litery i czytają z ekranu. Trzeba sporej motywacji, by się nie nudzić (nudzą się i wykładowcy i studenci). I to tym bardziej, że duży procent wiedzy wykładowej jest łatwo dostępny z każdego miejsca na Ziemi i w dowolnym czasie. To nie wykłady stały się bardziej nudne niż kiedyś tylko zmieniły się warunki i otoczenie, zmieniło się środowisko edukacyjne. Jeśli więc nie charyzma wykładowcy, to przynajmniej forma niech będzie atrakcyjna. Współcześnie atrakcyjna. Konieczne sa więc nieustanne poszukiwania i innowacje.

Zdając sobie sprawę z faktu iż Power Point jest już mocno przestarzały (atrakcyjną nowinką był 15-20 lat temu) i wsłuchując się w reakcje studentów, poszukuję nowych form. Eksperymenty i poszukiwania są jak najbardziej właściwe w murach uniwersyteckich.

Przede wszystkim wykład ma tę przewagę nad treścią oglądaną lub czytaną w Internecie, że jest spotkaniem z żywym człowiekiem. Z osobowością. Przynajmniej potencjalnie. Samo przekazywanie faktów ma niewielki sens, zwłaszcza jeśli jest podane w nudnej, oklepanej formie.

Tak więc próbuję. W tym roku próbuję z mobilnym Internetem oraz wykładem w formie bajki kamishibai. Z takim też wykładem zagościłem u pedagogów na Wydziale Nauk Społecznych. Wiedziałem, że na sali będzie dużo osób, zatem oprócz przykładu z bajką, przygotowałem prezentację oraz trzy formy wykorzystania Internetu mobilnego. Po pierwsze kody QR, linkujące do różnych treść. Ale tylko niektóre osoby, siedzące bliżej ekranu, skutecznie połączyły się z Internetem za pośrednictwem wyświetlanych na ekranie kodów (można oczywiście wyświetlać link, ale ma to sens tylko dla krótkich i łatwych adresów internetowych). Kody QR nie są więc dobrą formą na wykłady i wyświetlanie ich na ekranie (jeśli już to powinny być wydrukowane w materiałach dodatkowych, papierowych, do rozdania).

Drugą formą było wykorzystanie wydarzenia na Facebooku. Tam też już kilka dni przed zacząłem umieszczać linki do tekstów, filmików itd. Z jednej strony była to zachęta, z drugiej materiały uzupełniające, rozszerzające treść wykładową. Dlaczego event a nie grupa? Bo przecież to tylko jednorazowe spotkanie.

Trzecią formą było wykorzystanie prezentacji w programie Mentimeter - umożliwia tworzenie interaktywnych prezentacji, umożliwiających natychmiastową reakcję słuchacza, a wyniki od razu wyświetlane są na ekranie. Zapisane slajdy z tego programu załączam z niniejszym tekstem. Program poznałem niedawno i próbuję na sobie sprawdzić czy i jak to działa i czy ma sens.

A główną innowacją-eksperymentem, z którym przyszedłem do pedagogów, była bajka kamishibai, wykorzystana do formy wykładowej (Dlaczego biolog przychodzi do pedagogów by opowiadać bajki edukacyjne w formie dziecięcego teatrzyku?). Łączenie wykłady tu i teraz z elementami umieszczonymi w chmurze to mój tegoroczny eksperyment (Ile czasu trzeba na przygotowanie wykładu). Wypróbowuję i doskonalę ten pomysł przy każdej, nadarzającej się okazji. Najpierw przygotowałem na wykład na Uniwersytet Młodego Odkrywcy, potem na wykład dla studentów biotechnologii, a teraz dla studentów, pracowników i nauczycieli.

Było około 80-90 osób na sali. Program Mentimeter wyświetla na ekranie prosty adres internetowy, wystarczy wpisać by połączyć się i dalej pojawiają się pytania do odpowiedzi (różne typy). Pierwszym zadaniem (ale postawionym pod koniec wykładu - ilustracja u góry), było wpisanie trzech słów, kojarzących się z kamishibai w przestrzeni akademickiej. 42 osoby użyły swojego telefonu z mobilnym internetem (nie było bezpłatnego wi-fi). Czyli około 50% obecnych na sali wykładowej. Podobnie było na zajęciach z biotechnologiami (mniejsza grupa ale użycie telefonów w podobnym procencie studentów). Pozostali albo nie chcieli albo nie mogli albo nie potrafili się podłączyć. Czy gdyby było bezpłatne wi-fi to udział byłby większy? Na to pytanie nie potrafię na razie odpowiedzieć. Trzeba to eksperymentalnie sprawdzić.

Kamishibai_2W drugiej ankiecie udział wzięło już nieco mnie osób (32). Było mniej czasu na zadanie i chyba mniej atrakcyjne było samo pytanie, wyświetlane na ekranie. Trzeba było dokonać wyboru. Aż 24 osoby zadeklarowały kontynuację dyskusji na FB. W facebookowym wydarzeniu zarejestrowało się 61 osób (36 zadeklarowało, że weźmie udział, a 25 że jest zainteresowanych). Nie sprawdziłem czy przybyło uczestników po wykładzie. Niemniej aktywny udział w dyskutowaniu wzięło kilka osób. A więc albo deklaracja co do dalszej dyskusji była na wyrost (słomiany zapał), albo aktywność sprowadziła się do biernego czytania (brak odwagi na aktywny i widoczny udział w dyskusji). Ewentualnie część nie odszukała „eventu” na FB.

Niemniej oba zadania pokazały, że jest to znacznie lepsza forma niż qr kody. Możliwa do stosowania bo zdecydowana większość współczesnych studentów ma w telefonach mobilny Internet. Nawet jak uczelnia nie zapewnia bezpłatnego wi-fi (eduroam słabo na mojej uczelni działa, w wielu miejscach).

Na uwagę zasługują osoby, które chciałyby dalszej dyskusji na FB ale nie potrafią poruszać się w świecie cyfrowym. Co najmniej 6 osób przyznało się, że nie potrafi poruszać się jeszcze w tej rzeczywistości. Ciekawe byłoby poznanie motywacji dwóch osób, które uznały, że nie ma sensu dyskusji na FB. Nie wiem czy dlatego, że na Facebooku czy na zaproponowany temat.

Łatwo przeprowadzić ankietę w takiej formie nawet na wykładzie z dużą liczbą osób. Wyniki w epoce cyfrowej uzyskać można łatwo i szybko. Ale dalej pozostanie trudność z interpretacją. Poprawną interpretacją.

Na pewno jest to jakaś dobra metoda zaktywizowania słuchaczy na wykładzie i zachęcenie ich do cichej, dyskretnej dyskusji przez anonimowe głosowanie czy udział w ankiecie itd. Kłopot dla mnie tylko taki, że program zapewnia bezpłatny dostęp tylko do dwóch slajdów. Za więcej trzeba zapłacić (abonament miesięczny lub roczny). Czy uczelnia wykupiłaby licencję dla potrzeb dydaktycznych? Wątpię. Zatem pracownik sam musi inwestować w narzędzia dydaktyczne. A przecież z drugiej strony uczelnia jako zakład pracy rości sobie prawa do wszystkich wytworów autorskich swojego pracownika. Albo równasz w dół do średniej-przeciętnej, albo za własne pieniądze wprowadzasz innowacje. I to jest problem współczesnej, polskiej dydaktyki w szkołach wyższych. Innowacje i innowatorzy mają pod górkę.

Ps. Cieszy mnie to, że kamishibai w przestrzeni akademickiej kojarzy się przede wszystkim z kreatywnością.

Wiosenny szczypiorek na parapecie i zanieczyszczenie związkami biologicznie czynnymi

sczachor

osy_koloroweO związkach biologicznie czynnych przypomniałem sobie, gdy kolega poradził mi jak w doniczce na parapecie wyhodować własny szczypiorek „musisz kupić cebulę dymkę, ale nie próbuj z cebulą ze sklepów wielkopowierzchniowych – bo często taka cebula jest traktowana inhibitorami wzrostu (takie roślinne hormony, spowalniające wzrost). Handlowcy pryskają cebule, aby im dłużej leżała w sklepie i nie puszczała kiełków. Tak potraktowane cebule słabo rosną i najczęściej zasychają a szczypior się nie udaje.” Domyślam się, że na zdrowie człowieka te związki chyba negatywnie nie działają. Ale tego typu związków biologicznie czynnych w środowisku jest coraz więcej.

Są małe, dla oka niewidoczne i w niewielkiej ilości. A jednak są coraz bardziej uciążliwe. Niczym pasożyty - nie widać a mocno dokuczliwe. Wprowadzamy je do środowiska celowo, aby poprawić produkcję, własne zdrowie itd. Sukcesywnie dostrzegamy jednak negatywne skutki ich obecności. Mowa o hormonach (lub związkach podobnych do hormonów i wpływających na organizm podobnie), chemioterapeutykach, antybiotykach.

Najwcześniej zwróciliśmy uwagę na pestycydy (tak jak niesławny DDT), powodujących duże zmiany w ekosystemach, bo wpływające na różne gatunki roślin i zwierząt. Obecnie świat zastanawia się czy jedna grupa z tych środków ochrony roślin nie wpływa negatywnie na pszczoły.

Leczymy zwierzęta hodowlane: krowy, świnie, kury. Podajemy im duże ilości antybiotyków, czasem profilaktycznie. Nie wszystkie jednak ulegają rozkładowi w metabolizmie tych zwierząt. Wydalane są z kałem i wraz z obornikiem trafiają na pola uprawne. Potem śladowe ich ilości znajdują się w roślinach podawanych jako pasza dla zwierząt jak i sami spożywamy. Niewielkie ilości? Tak, ale cechą związków biologicznie czynnych jest to, że wpływają na procesy biologiczne (np. fizjologiczne). To taki szum informacyjny. To tak, jakby do programów komputerowych dostawały się obce fragmenty i zakłócały pracę komputerów.

Leki hormonalne lub środki antykoncepcyjne (hormonalne), jakie ludzie używają także wraz z moczem trafiają do kanalizacji lub środowiska. Już dawno zauważono, że te hormony wpływają np. na płeć ryb, żyjących niektórych rzeka. Nawet w niewielkie ilości powodują duże zmiany.

Jak zobaczyć to co niewidoczne? Czasem dostrzegamy przypadkowo, tak jak w przypadku kolorowego miodu. Pszczoły znalazły syrop, przeznaczony do utylizacji (pozostałość po produkcji cukierków i zabarwiony kolorowymi barwnikami). W konsekwencji pszczelarze znaleźli nienaturalnie kolorowy miód w ulach. Ale związki biologiczne czynne (hormony, antybiotyki, leki) są bezbarwne, nie widać ich w środowisku. Widać natomiast skutki ich obecności.

Innym przykładem są kolorowe gniazda os (takjak to, załaczone na fotografii wyżej). Tym razem to efekt celowego eksperymentu podawania osom kolorowego papieru, który wykorzystały do budowy gniazda. Kolor uwidocznił pochodzenie a samo gniazdo wygląda bajkowo i nienaturalnie. O obecności związków biologicznie czynnych dowiadujemy się zazwyczaj przypadkiem, tak jak było w sprawie obecności antybiotyków w owsie, którym karmiono konie.  Antybiotyk był w bardzie niewielkiej ilości, ale akurat koniom bardzo szkodził (w zasadzie mikroflorze bakteryjnej w ich jelitach). Akurat ten rodzaj antybiotyku stosowany jest w hodowli drobiu. Kurom nie szkodzi, ale kiedy wraz z nawozem trafi na pola, to potem dostaje się do roślin i trafia do zupełnie innych konsumentów.

Nic już nie będzie takiej jak dawniej. Synonimem zdrowej żywności są rośliny, nawozone obornikiem. Wszystko zależy jednak od tego, jak hodowane są zwierzęta, od których pochodzi nawóz (obornik). W przyrodzie nic nie ginie, nawet nasza głupota. Krąży i ujawnia się w nieoczekiwanych miejscach. Długo nam jeszcze zajmie poznawanie fukcjonowania ekosystemów i ich szeroko rozumianego metabolizmu. Mam na myśli na przykład bezsensowną wycinkę drzew i dewastację zieleni w miastach. Wycina się je łatwo, rosną długo. I gdy dostrzeżemy przydatność drzew w mieście, bo nawilzają powietrze, bo dostarczaja tlenu, bo usuwają zanieczyzczenia gazowe i redukują liczbe pyłów itd., to na naprawę sytuacji potrzeba będzie wielu lat...

 

Fot. Christopher Jobson , 2016, źródło: http://www.thisiscolossal.com/2016/04/rainbow-wasps/

Dlaczego biolog przychodzi do pedagogów by opowiadać bajki edukacyjne w formie dziecięcego teatrzyku?

sczachor

Kamishibai_u_pedagogow_cytrynek_2017Kamishibai to opowieść w formie teatrzyku ilustracji, wywodząca się z tradycji japońskiej. Dlaczego biolog przychodzi do pedagogów by opowiadać o takiej starodawnej formie prezentowania treści? I to w epoce cyfrowej? Czy jest to remedium na zapóźnienia dydaktyki akademickiej i propozycja dla unowocześnienia form edukacji w szkole? Na zaproszenie Wydziału Nauk Społecznych spotkam się ze studentami i pracownikami by podzielić się swoimi doświadczeniami w wykorzystaniu mobilnego internetu i materiałów umieszczonych w chmurze jako uzupełnienia tradycyjnego wykładu.

Na ulicę Żołnierską idę z dużą nadzieją. Dawniej mieścił się tam Instytut Biologii i Ochrony Środowiska WSP w Olsztynie. Spędziłem tam wiele lat, jako student i jako pracownik. W tych murach odbylo się wiele ważnych dyskusji o edukacji. Teraz idę szukać wsparcia i inspiracji. Idę z nadzieją, że pedagodzy staną się katalizatorem dla olsztyńskiej, akademickiej dyskusji o edukacji, w tym edukacji w murach uniwersyteckich. Idę wszak do specjalistów od edukacji. Liczę, że w długoterminowej współpracy i otwartej dyskusji czegoś nowego się dowiem, że będę uczestnikiem dyskusji o meandrach i wyzwaniach współczesnej edukacji.

Warunki będą nietypowe, bo to wykład dla dużej grupy, a więc standardowa forma kamishibai  nie nadaje się (trzeba eksperymentować z formami hybrydowymi). Trzeba dostosować opowieść w konwencji kamishibai, zarówno do dużej sali jak i do epoki cyfrowej. Poza rozważaniami ogólnymi, dotyczącymi globalizacji, cyfryzacji i robotyzacji przedstawię także bajkę edukacyjną o cytrynku latolistku oraz pokażę pomysł na wykład akademicki w formie opowieści kamishibai z elementami myślenia wizualnego (myślografia, rysnotka).

Będą to także rozważania na temat unowocześniania dydaktyki nie tylko akademickiej oraz o zagrożeniach związanych z globalizacją, cyfryzacją i robotyzacją,  uzupełni je pytanie czy ludzi zastąpią komputery i roboty także w edukacji.

Na ogół (?) zakazujemy studentom korzystania z telefonów komórkowych i nagrywania wykładów. Tym razem zachęcam, aby na wykład przyjść z smartfonem, tabletem lub innym urządzeniem mobilnym, z dostępem do internetu i zainstalowanym, bezpłatnym programem do odczytywania kodów QR. Warto przynieść także notatniki, kolorowe długopisy, mazaki lub kredki. Można będzie robić zdjęcia i nagrywać filmiki (jako forma indywidualnych notatek). Albo notować w dawnym, analogowym stylu.

Kamishibai – analogowa komunikacja i edukacja w epoce cyfrowej? Czy jest to sensowna propozycja? O tym będę chciał z pedagogami porozmawiać. Mają większą wiedzę ode mnie i większe doświadczanie. Idę się uczyć. Aktywnie. Jednym słowem nauczeństwo w czasach trzeciej rewolucji technologicznej.

Gęsi gęgawe z Płucidugi Małej

sczachor

gesiPo raz pierwszy widziałem je w ubiegłym roku (Gęś gęgawa czyli jak Olsztyn nieustannie przyrodą zaskakuje). Byłem wielce zaskoczony i ucieszony. Rozmawiałem ze znajomy ornitologiem, a ten wspominał mi, że gatunek jest w ekspansji i zasiedlają coraz to nowe siedliska, nawet te mniej sprzyjające. Sugerował, że pewnie jak im się spodoba to powrócą. I miał rację, w tym roku również jest para z młodymi.

Najpierw, w czwartek rano (20 kwietnie 2017 r.) zadzwoniła znajoma pani z archiwum, z informacją, że już drugi dzień widzi przy ulicy parę gęsi z młodymi, chyba 5-6 gęsiaków, jak próbowały przejść do Kortowa przez ulicę. Pytała się co robić, by pomóc tym ptakom. W piątek, idąc rano do pracy i ja mogłem je zobaczyć, na małej łączce (w zasadzie trawniku). Para z czterema małymi gęsiakami. Po południu też je widziałem. Zapewne niedawno się wykluły i teraz z rodzicami wychodzą poskubać trawy.

W ubiegłym roku widziałem jedno pisklę, choć ktoś mówił ze wcześniej widział kilka. Teraz też nie wiem, czy znajoma z pracy rzeczywiście widziała 5-6 młodych, czy tylko było to wrażenie. Jęsli się nie myliła, to jednego gęsiaka już ubyło...  Na młode ptaki czyhają różne niebezpieczeństwa. Gęsi chyba są za mądre by wpaść pod samochód na ulicy. Ale może jakieś naturalne drapieżniki (lisy, norka amerykańska itp.) lub domowe psy i koty mogą czynić straty w lęgach. W tym roku poziom wody w dawniej osuszonym jezierze Płuciduga Mała jest ciut wyższy. Sporo traszek i innej drobnej „zwierzyny”: zamieszkuje tu na stałe. Ale teren jest mocno zdewastowany, zaśmiecony i systematycznie zasypywany gruzem. Systematyczna i bezmyślna dewastacja terenów zielonych, bo traktowanych jako „niczyje”.

Niech więc Dzień Ziemi będzie okazją by przypomnieć o dzikiej przyrodzie w mieście, o gęsi gęgawej i o niezwykle ciekawych procesach ewolucyjnych, zwanych synurbizacją.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci