Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

W pogoni za poklaskiem staczamy się w otchłań absurdu i nienawiści

sczachor

 29340141_10214283012102570_4551243112460047067_nCzłowiek ma sens jedynie wśród ludzi. Bo jesteśmy gatunkiem społecznym. Naukowcy zupełnie niedawno odkryli znaczenie inteligencji społecznej oraz emocji. Okazało się, że nie tylko IQ jest w życiu człowieka ważne. Równie ważna jest komunikacja oraz budowanie więzi. W sumie to ludzkość wiedziała o tym od bardzo dawna, teraz tylko neurobiolodzy i antropolodzy wskazali na biologiczne i ewolucyjne podłoże tych zjawisk.

Jak budowane jest poczucie więzi i wspólnoty? Można na różne sposoby. Czasem na przykład przez wymyślanie wrogów i budowanie języka nienawiści. Wspólny wróg spaja grupę (przykład na ilustracji obok, skan z komentarzy internetowych). Tak było przez setki tysięcy lat. Ale strategia ta skuteczna była w hordach i grupach, żyjących na poziomie łowców i zbieraczy. Osiadły tryb życia oraz powstawanie coraz większych społeczeństw wymusiło wymyślanie innych mechanizmów spajających coraz większą grupę. Niemniej atawistyczne cechy tkwią w nas głęboko i często przypominają o sobie. Budowanie wspólnoty przez wskazywanie wrogów i na nich skierowany język nienawiści owszem spaja, ale nie za mocno i niestety na krótko. Zwłaszcza w dużych społecznościach. Na dodatek skutki uboczne są bardzo szkodliwe dla samej społeczności.

Kilka dni temu szukając informacji o książce „Eksperyment”, wpisałem kilka słów kluczowych i przypadkiem trafiłem na stronę, udającą serwis informacyjny. Zamieszczony tekst pana Jaśkowskiego nie był nowy, ukazał się kilka miesięcy temu (także i w innym miejscu). Z tym panem miałem już nieprzyjemność „spotkać” się w internecie, przy okazji protestu studentów. Pan Jaśkowski swoje „rewelacje” i ataki personalne umieszcza w różnych miejscach – tam gdzie wydrukują. A dotyczy to serwisów bardzo niskich lotów, stron prywatnych i najpewniej zawodowych troli (produkujących faktoidy).  

Nie będę polemizował z bzdurami (wcześniej już o tym nieco napisałem), które ten pan wypisuje, ani z jego atakami personalnymi. Na jedno chciałbym zwrócić uwagę. Ten pan jest doktorem nauk medycznych. A więc musiał odebrać podstawowe wykształcenie biologiczne i medyczne oraz zapoznać się z metodologią naukową. Jakim więc cudem teraz wypisuje wierutne bzdury o nie istnieniu wirusa odry (skan niżej), powołując się na wyrok sądu w Niemczech? O istnieniu lub nieistnieniu jakiegokolwiek gatunki nie rozstrzygają żadne sądy ! Sprawdziłem, o co chodziło z tym wyrokiem. Zmanipulowana informacja i mocno przekręcona. Wcześniej wykorzystywana była przez innego „guru” antyszczepionkowców (i zwolenników innych teorii spiskowych). Najwyraźniej pan Jaśkowski pozazdrościł sławy i chciał doszlusować do „celebrytów”. Chyba nie sprawdzał prawdziwości i sensu tegoż wyroku "o nie istnieniu wirusa", powodującego chorobę. A sprawa w sądzie dotyczyła obiecanej nagrody. Jakiś nawiedzony antyszczepionkowiec w Niemczech obiecał dużą sumę pieniędzy dla tego, kto wskaże publikację, udowadniającą istnienie wirusa odry. To miał być dowód na nie istnienie, bo skoro nikt się nie zgłasza po łatwe pieniądze, to na pewno nie ma wirusa. I jakiś człowiek zgłosił się, przedstawiając kilka publikacji. Oczywiście obiecanych pieniędzy nie otrzymał, zgłosił więc sprawę do sądu. Wyrok niestety zapadł niekorzystny, bo jakkolwiek publikacje dowodziły niezbicie istnienie chorobotwórczego wirusa odry, to nie w jednej publikacji. A kruczek adwokacki był taki, że miało być w jednej publikacji. I teraz niektórzy antyszczepionkowcy, w tym pan Jaskowski, powołują się na ten wyrok jako dowód na nieistnienie wirusa... Sprawa sądowa dotyczyła jednak niewypłacenia obiecanych pieniędzy a nie wirusa jako takiego. Ale "ciemny lud" każdą bzdurę kupi (bez weryfikacji), jeśli jest z odpowiednim zadęciem zakomunikowana.

A zatem dlaczego? Myślę, że dla poklasku i bycia przez moment w centrum społecznej uwagi jakiejś grupy? Możliwe, że pisanie wierutnych bzdur przez pana Jaśkowskiego wynika z samotności starszego człowieka. I jak w każdym odzywa się potrzeba bycia wśród ludzi, w grupie. A jeśli do tego ktoś słucha/czyta czy pokazuje swoją uwagę… to mówca czuje się ważnym. Uznanie w grupie jest jak narkotyk – wciąga i uzależnia. Potrzeba kolejnych dawek uznania, i biedny człowiek brnie w coraz większe bzdury. Emocje przesłaniają zdolność do analizowania wiarygodności faktów. I pan Jaśkowski wypowiada kolejne kwestie, by być słuchanym. Osamotniony, stary człowiek, szukający więzi z ludźmi. Już bez hamulców, bez samokrytyki? I jak widać po komentarzach w załączonym wyżej fragmencie, agresja rodzi jeszcze większą agresję. Złe myśli i faktoidy roznoszą się jak chorobotwórcze wirusy i jak plotki.

Komentarze jeszcze bardziej smutne. Efekt narastającego języka nienawiści i budowania wspólnoty przez nienawiść do wroga (rzeczywistego lub całkowicie wymyślonego). Napędzająca się wzajemnie grupa w poszukiwaniu więzi i społecznego uznannia. Na jak długo to będzie spajać? I jakie skutki samej grupie przyniesie? Jak się zużyje jeden wróg, to skoczą sami sobie do gardeł. Albo zaintersują się kolejną teorią spiskową....

Bezrefleksyjne teorie spiskowe... są efektem społecznego mózgu człowieka. Być unikalnym strażnikiem tajemnicy (teoria spiskowa) i mówić/pisać tak, by ktoś słuchał. Wtedy mówca czuje wieź społeczną, czuje się dobrze.Tak też można, ale nic dobrego z takiej strategii nie powstaje. Rośnie frustracja. 

Ostatnio pokazane badania wskazują, że spadła sympatia Polaków do wszystkich narodów (badanych). A ciekawe jak z sympatią do nas samych? Chyba też ten sam język nienawiści, kreowany przez liderów partyjnych i usłużne media. Dla chwilowego zysku. Ale jest jak z piciem wódki, chwilowa poprawa humoru... a poten duży kac z bólem głowy. Społecznie w Polsce ten "kac" jest coraz bardziej odczuwany w postaci rosnącej niechęci do innych i samych siebie (ciągle trzeba wynaleźć nowego wroga by mieć kogo nienawidzieć).

Chorobotwórcze wirusy czy bakterie mogą być przyczyną dużych epidemii. W przeszłości wielkie epidemie dziesiątkowały ludność Europy (ale i zapewne innych kontynentów też). Język nienawiści osłabia całe społeczności, nasila agresję, która przybiera nierzadko fizyczną postać… a czasem wojny i ludobójstwo. Niech przykładem będzie antysemityzm i Holokaust. A jeśli spojrzymy na współczesny świat to w każdym dziesięcioleciu znajdziemy przemoc i ludobójstwo z nienawiści do najprzeróżniejszych grup społecznych, etnicznych czy wyznaniowych. 

A na koniec mały cytat, odnoszący się do rocznicy marca 1968 i przemówienia Gomułki "(...) szybko zobaczymy, że znacznie więcej miejsca poświęcił atakowi na inteligencję, zwłaszcza na niepokornych pisarzy, niż na syjonistów. Dziś, gdy nie brakuje polityków szczujących "zwykłych ludzi" na  elity za rzekome - jak się mówiło w PRL - "oderwane od mas", warto o tym przypomnieć." (Prof. Dariusz Stoła, Tygodnik Powszechny,  nr 11.2018, artykuł "Kraj, w którym nie mogli być Polakami", 

Szczepionki bronią nas przed epidemiami. A co nas obroni przez nienawiścią? Jakie "szczepionki" duchowe? I żeby uchronić przed epidemią potrzebna jest duża "wyszczepialność". 

29386647_10214283011982567_8802529386784944496_n

Zapytaj astronautę czyli jak spełniają się marzenia

sczachor

Zapytaj_astronaute_okadkaJako kilkunastoletni chłopiec zaczytywałem się w książkach science-fiction i zafascynowany byłem perspektywą lotów w kosmos. Marzyłem by samemu polecieć, np. z misją kolonizacyjną Marsa. Interesowałem się już wtedy biologią i myślałem, że biolog na pewno się przyda. Ale jednocześnie czułem, że moje marzenia są jakieś nierealne. Podbój kosmosu był za razem blisko i bardzo daleko. Wydawało się, że już zaczniemy latać a ciągle się proces wydłużał. Może po prostu za słabo chciałem? Bo Tin Peake marzył i poleciał. I teraz przeczytałem jego książkę pt. "Zapytaj astronautę" (Wszystko, co powinieneś wiedzieć o podróżach i życiu w kosmosie), w tłumaczeniu Zbigniewa Kościuka, a wydaną przez Wydawnictwo Kobiece (Białystok, marzec 2018).

Lektura książki zbiegła się z widowiskowym wysłaniem rakiety z samochodem przez Munka. Na nowo kosmos stał się bliski i realny. Może więc znowu zacząć marzyć o wielkich podróżach, wyzwaniach i nieziemskich przygodach?

„Nie pozwólcie nikomu, aby powiedział wam, że nie możecie czegoś osiągnąć” – te słowa Tima Peake’a odnieść można nie tylko do podróży w kosmos. Książkę czyta się świetnie i poza ciekawostkami z życia astronauty dowiedzieć się można wielu ogólnych rzeczy. Znowu poczułem się jak chłopiec, który marzy o przygodach.

Rozczytywałem się w książkach Stanisława Lema. Ale Tim Peake znacznie bardziej realnie i namacalnie przedstawił codzienne życie astronauty: od przygotowań i treningów, po życie codzienne na stacji kosmicznej i trudach lądowania oraz powtórnej aklimatyzacji do życia na Ziemi. Autor przedstawił to tak obrazowo, że poczułem się jakbym sam poleciał na misję do międzynarodowej stacji kosmicznej. Opowieść o życiu astronauty ułożona jest w formie pytań i odpowiedzi. Powstawała z pytań… zadawanych za pośrednictwem Facebooka i Twittera – portali społecznościowych. Bardzo współczesna forma i niecodzienny sposób tworzenia treści. Ale może tak będzie już coraz częściej?

Tim Peake to pierwszy Brytyjczyk, który dotarł na pokład Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Spędził tam blisko pół roku na badaniach i eksperymentach w stanie nieważkości. My też mamy swojego kosmonautę – Mirosława Hermaszewskiego. Ale zabrakło chyba takiego medialnego podejścia w promocji misji kosmicznych. Międzynarodowa Stacja Kosmiczna to przede wszystkim niezwykłe laboratorium badawcze. Nauka to proces zespołowy, nic więc dziwnego, że badania prowadzą duże zespoły międzynarodowe.

Nie jest łatwo zostać astronautą. „Ścieżka prowadząca w kosmos jest usiana wieloma poniżającymi sytuacjami w rodzaju wziernikowania esicy, endoskopii, lewatywy oraz niekończącego się poszturchiwania i opukiwania.” Ale nie trzeba być prymusem w szkole. O wiele ważniejsze są marzenia i wytrwałość w dążeniu do celu. Z tego samego chyba powodu podobały mi się „Opowieści o pilocie Pirxie” Stanisław Lema.

Współcześnie naukowiec i pilot mają równe szanse by zostać astronautą. W 2009 roku z dwudziestu kandydatów na astronautę połowa nie miała doświadczenia pilota wojskowego. Zatem można marzyć i w laboratorium naukowym o lotach kosmicznych. Byleby zadbać o zdrowie i kondycję.

Astronautą może zostać nauczyciel, inżynier, lekarz medycyny lub osoba wykonująca inny zawód.(…) Przede wszystkim, niezależnie od tego, co studiowałeś, powinieneś być w tym naprawdę dobry. Jest to zalecenie o charakterze ogólnym i nie odnosi się tylko do lotów kosmicznych. Bo jak pisze Peake „wykształcenie akademickie lub lotnicze mogą doprowadzić was do rozmowy kwalifikacyjnej, ale robotę astronauty dostaniecie dzięki zapałowi i entuzjazmowi, charakterowi i odpowiedzialności.

Mocno w pamięci utkwił mi fragment o tym, dlaczego na stacji kosmicznej trzeba wolno i ostrożnie zdejmować skarpetki. Po prostu złuszcza się naskórek (pięty stają się bardzo delikatne) i może unosić się jako kłopotliwy pył i kurz dość długo w warunkach mikrograwitacji. Niespodziewany kłopot. W warunkach ziemskich na takie drobiazgi nie zwracamy uwagi. A jak załatwiać naturalne potrzeby fizjologiczne w warunkach nieważkości? Tego też można się dowiedzieć ze wspomnianej książki. Jak w kosmosie pierze się ubrania? Czy jedzenie smakuje tak samo? Jak pachnie kosmos i próżnia? Co dzieje się z naszym organizmem? I czy można wziąć udział w londyńskim maratonie będąc w ... kosmosie. Tego wszystkiego doświadczają astronauci a bardzo duże zespoły na Ziemi starają się to technicznie i koncepcyjnie rozwiązać.

Bliski jest podbój kosmosu. To będzie nasza wielka przygoda. Gramy w wielkiej, międzynarodowej drużynie, która tego dokona. A na razie można wziąć do ręki książkę Tima Peake’a i poznać życie na stacji kosmicznej. Codzienne życie astronauty.

A co jeszcze z omawianej lektury warto zasygnalizować? Na przykład to, że posiadanie szerokich doświadczeń, np. pracy w międzynarodowym środowisku, zawsze będzie dużą zaletą, podobnie jak zdolności językowe. A także tak zwane kompetencje miękkie: praca w grupie, umiejętność podejmowania decyzji, zdolności przywódcze, umiejętność pracy w warunkach stresowych itd. Przydadzą sie każdemu, nie tylko w kosmosie.

 

Czytaj także:

Jak zmienił się styl pisania prac dyplomowych, plusy i minusy. (Relacja z Wrocławia, cz. 8.)

sczachor

WiedmuchyI w końcu, w czasie dyskusji panelowej na Politechnice Wrocławskiej, padło to pytanie, dotyczące pisania pracy dyplomowej. Co się zmieniło, gdy zwiększyła się liczba studentów i wprowadzono system boloński a także Krajowe Ramy Kwalifikacji? W części zmiany te wynikały z prób dostosowania i ujednolicenia standardów kształcenia w Europie. Od lat słyszeć można różne głosy o obniżeniu jakości kształcenia, bo studentów jest „za dużo”. Więcej osób studiuje to i więcej jest przeciętniaków. Arytmetyczny efekt masowego kształcenie na poziomie wyższym. Więcej jest wszystkich studiujących to i więcej słabych i przeciętnych. Ale więcej także zdolnych i wybitnych. Jak więc oceniać jakość edukacji?

System boloński wprowadził studia dwustopniowe: licencjat i „magisterka” (oraz studia trzeciego stopnia, doktoranckie). W rezultacie studenci muszą pisać dwie prace dyplomowe zamiast jednaj (tak jak było w systemie jednolitych studiów magisterskich). Dwa razy to samo? I tak, i nie. Dwa razy praca dyplomowa to większa wprawa i większe umiejętności. Często praca licencjacka jest potem rozwijana. Owszem, narzekają czasem pracownicy, twierdząc, że przez 5 lat można było solidniej nauczyć, że teraz są czasem powtórzenia. Liczba lat studiów się nie zmieniła a różne trudności wynikają z niedopracowania programów kształcenia. Jednym się udaje lepiej, innym gorzej.

System boloński to większa mobilności i więcej wyboru dla studenta. Może po trzech latach zmienić swój profil kształcenia niczego nie tracąc. Łatwiej ponadto zmieniać uczelnie. Moim zdanie to duży zysk i poprawa jakości.

Co do jakości pracy dyplomowej: inne czasy inne możliwości. Nie wynikają one ze zmiany systemu kształcenia. Kilkakrotnie o tym pisałem. Współczesne prace dyplomowe wymagają od studentów większych umiejętności. Kiedyś napisać pracę oznaczało wykonać badania i skomponować treść. Potem oddać do przepisania na maszynie. Dzisiaj to: maszynopisanie (na komputerze), edycja i skład (łamanie tekstu, ilustracje), napisanie streszczenia w języku angielskim. Na egzaminie dodatkowo prezentacja multimedialna z kwintesencją pracy. A więc więcej umiejętność.

Obecne studiowanie jest bardziej egalitarnie – nie wyłania elity. Ale z powodów ilościowych a nie jakościowych. Współczesne społeczeństwo i gospodarka potrzebują osób wykształconych. Więcej wysiłku to trzeba się dostosować (uczelnia, promotor). Przemyśleć formę i dostosować do nowych warunków, w tym także samą koncepcję pracy dyplomowej. Dwie prace dyplomowe to także potencjalnie lepsze upowszechnienie metody naukowej i umiejętności pisania raportu. Prace projektowe i aplikacyjne obecne są na kierunkach inżynierskich. Zmieniły się także nieco formy komunikacji społecznej. Dlatego i samo seminarium z konieczności powinno wyglądać nieco inaczej. Myślę, że powinno uwzględniać formy internetowe (w tym webinarium), bo takich umiejętności będzie od absolwentów wymagał rynek pracy i społeczne życie. Jest to oczywiście pewien kłopot dla kadry akademickiej, bo musi uczyć się nowych umiejętności i zmienionego funkcjonowania społeczeństwa. A nie jest to łatwe, gdy zmiany zachodzą tak szybko.

Uczestnicy trzech części dyskusji panelowej:

  • prof. dr hab. inż. Arkadiusz Wójs - dziekan Wydziału Podstawowych Problemów Techniki;
  • dr hab. Stanisław Czachorowski - biolog, ekolog i entomolog, autor bloga Profesorskie Gadanie;
  • dr hab. inż. Izabela Sówka - Zakład Inżynierii i Ochrony Atmosfery;
  • dr Mateusz Kotowski - Kierownik Zespołu Filozofii i Socjologii Wiedzy SNHiS PWr.
  • mgr Jędrzej Leśniewski - zastępca dyrektora CWiNT ds. Bibliotek.
  • Aleksandra i Piotr Stanisławscy - autorzy najpopularniejszego w Polsce bloga popularnonaukowego Crazy Nauka;
  • Łukasz Remisiewicz - autor bloga Neurosocjologia – mózgi na społecznej smyczy;
  • Wojciech Kazanecki – przedstawiciel firmy McKinsey&Company.

 

Zamieszczone wyżej zdjęcie nie pochodzi z dyskusji panelowej a z Nocy Biologów 2018 w Olsztynie

c.d.n.

Czytaj także:

Empatia i odkrycie neuronów lustrzanych – w sam raz na stulecie i tydzień mózgu

sczachor

EmpatiaWłaśnie rozpoczął się Tydzień Mózgu (12-18 marca 2018 r.). A jednocześnie obchodzimy stulecie badań nad ludzkim mózgiem. Fascynująca przygoda z odkrywaniem największej tajemnicy budowy i funkcjonowania ludzkiego mózgu. I ciągle jest wiele do odkrycia. Niedawno zakończyłem czytanie kolejnej, „mózgowej” książki: „Empatia. Jak odkrycie neuronów lustrzanych zmienia nasze rozumienie ludzkiej natury” Christiana Keysersa, wydaną w Krakowie w 2017 przez Wydawnictwo Copernicus Center Press, w tłumaczeniu Łukasza Kwiatka. Jest znakomitym dopełnieniem innej książki, która niedawno przeczytałem: „Eksperyment. Opowieść o mrocznej godzinie w dziejach medycyny” Luka Dittricha  O ile Eksperyment dotyczył wcześniejszego poznawania mózgu z wykorzystaniem kontrowersyjnych dzisiaj metod ingerencji chirurgicznej, to opowieść Keysersa dotyczy późniejszego okresu i poznawania mózgu metodami nieinwazyjnymi. Ale także z wykorzystywanie osób z różnymi ułomnościami (oczywiście badano także osoby jak najbardziej normalne). Druga połowa XIX wieku to początek nowożytnej nauki o mózgu. Trudne to były początki. Teraz wiemy znacznie więcej a wiedza ta jest coraz bardziej fascynująca. Wiemy już dlaczego łatwo zrozumiemy innych ludzi a super komputery nie są w stanie tego zrobić. Z drugiej strony komputery bez porównania łatwiej radzą sobie z rachunkiem różniczkowym... w przeciwieństwie do przeciętnego człowieka. A przecież zaczynamy żyć w czasach, w których porozumiewanie się ze sztuczną inteligencją staje się naszą codziennością: od wypłaty pieniędzy w bankomacie, przez zakup biletów tramwajowych aż do nadania bagażu na lotnisku. Coraz więcej kontaktów z maszynami….

„Empatia” jest wspaniała opowieścią o badaniach i odkryciu neuronów lustrzanych oraz neuronów podzielanych. Jest sporo odniesień do autyzmu i prób wyjaśnienia jego przyczyn na poziomie funkcjonowania neuronów w mózgu. Zrozumienie pozwala dobrać lepszą terapię. Mnie intrygowały wszystkie wątki, które w jakimś stopniu odnosiły się do powstania języka. A to za sprawą rozważań nad ewolucją kulturową człowieka i koncepcji społecznego mózgu Dunbara.

„Empatia" i neurony lustrzane (oraz podzielane) pozwala zrozumieć, jak emocje innych ludzi mogą stać się częścią nas. Lepsze poznanie mózgu pozwala zrozumień procesy uspołeczniania. Ja poszukiwałem jakichś elementów o odniesieniu ewolucyjnym. „Neurony lustrzane prowadzą do tworzenia więzi z innymi ludźmi, dysfunkcje tych neuronów mogą prowadzić do „emocjonalnego rozłączenia” z nimi.” Autor miał na myśli autyzm. W omawianej książce sporo jest fascynującej historii o sukcesywnie dokonywanych odkryciach. Nie jest to podręcznik akademicki ale dobrze napisana opowieść z zakresu literatury faktu. Myślę, że z przyjemnością przeczyta ją zarówno biolog jak i przeciętny zjadacz chleba.

Postrzeganie świata nie jest tym samym co jego rozumienie. Ale jeśli dowolnej, jednej rzeczy przyglądać się wystarczająco długo, to można zobaczyć (i zrozumieć) cały świat. Bo świat jest całością wielu elementów ze sobą powiązanych różnymi relacjami. Ludzie bardzo łatwo orientują się w tym, co dzieje się w umysłach innych osób. Jedni naukowcy nazywają to intencjonalnością, inni inteligencją społeczną. Jest ona równie ważna co przez lata wychwalana inteligencja, mierzona ilorazem inteligencji (testy IQ).

Nie będę omawiał szczegółowo „Empatii”. Podkreślę tylko, że dobrze opisuje strukturę i funkcjonowanie mózgu (jak na pozycję popularnonaukową) i można poznać podstawy wcześniej obserwowanych przez psychologów i pedagogów różnych prawidłowości. Teraz o wiele lepiej wiemy czym jest intuicja i za sprawa jakich neuronów intuicja się pojawia. Rozumiemy innych ludzi nie tylko dzięki logice ale i intuicji. Teraz mamy naukowe podstawy do rozumienie obu tych procesów. Jeszcze do niedawna dominowało przekonanie, że ludzki mózg rozumie świat tak, jak naukowiec. Czyli dzięki zbieraniu dowodów i w oparciu o dane empiryczne budowaniu racjonalnej teorii funkcjonowania tego świata. Filozofowie nauki dowiedli, że nauka rozwija się także inaczej. A teraz neurobiolodzy udowodnili, że i mózg inaczej funkcjonuje. A jego „irracjonalność” w niektórych działaniach jest jak najbardziej prawidłowa. Czyli wracamy do punktu wyjścia: dalej możemy porównywac mózg i naukę.

Także  i ta książka skłoniła mnie do licznych refleksji i skojarzeń. Czytając, ołówkiem pozaznaczałem wiele fragmentów i zrobiłem dużo dopisków. Sukcesywnie będę do nich sięgał, by sobie przypominać i by rozmyślać. Jest tam sporo uwag, które można wykorzystać w edukacji. Nie tylko dostrzec pewne zjawiska (tak jak to robili pedagodzy w czasie minionych dziesięcioleci) ale i zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego nie wystarczy do studentów mówić ale trazeba także stworzyć im dobre środowisko edukacyjne, którym mogą działać, manipulować i dyskutować. To samo mozna odnieść do cznió, nauczycieli i szkoły. 

Czytaj też:

Jak prezentować w inny niż pisany sposób? (relacja z Wrocławia cz. 7.)

sczachor

babeczki_z_polonistykiPopularyzacja nauki to jeszcze jedna forma komunikacji w ramach literatury faktu. Literatury rozumianej oczywiście w bardzo szerokim sensie, bo jeśli jest to film czy webinarium to przecież nie składa się z liter i pisma jako takiego. Możliwości współczesnej techniki umożliwiają nam opowieści i komunikację na zupełnie nowe i stare, przedliteraturowe sposoby. Z jednej strony jest o poszerzanie wiedzy o świecie, budowanie indywidulanego paradygmatu (modelu świata), ale z drugiej strony jest to także budowanie relacji i więzi między ludźmi.

Podzielam pogląd, że nauka jest elementem kultury. Przywykliśmy do pisanej formy prezentowania treści edukacyjnych i naukowych (czyli także kulturowych). Ale jest to nie tylko nie jedyna, ale i nie najstarsza forma komunikacji międzyludzkiej. Tak zwana popularyzacja nauki (wiedzy) to z jednej strony element kultury współczesnego, wyedukowanego społeczeństwa, a z drugiej coraz mocniej rozwijająca się forma edukacji pozaformalnej. Bo w czasach trzeciej rewolucji technologicznej zmieniają się nam szkoły i uniwersytety. Wymyślamy je na nowo, dostosowując do potrzeb i środowiska kulturowego.

Tytułowe pytanie pochodzi z panelu dyskusyjnego, który odbył się w listopadzie 2017 roku na Politechnice Wrocławskiej (zobacz program debaty). Jak prezentować w inny niż tradycyjny, pisany sposób? A chociażby na Facebooku, na uczelnianych fan page i innych, coraz to nowych, portalach społecznościowych, na których przekaz może odbywać się w formie pisanej ale zbliżonej do kultury słowa mówionego (niczym plotki z kolokwializmami) ale i przez filmy, obrazy, schematy. Nowe, hybrydowe formy, których się dopiero uczymy.

Pojechałem do Wrocławia by podzielić się swoimi przemyśleniami na temat opowieści o tematyce popularnonaukowej (literatura faktu) i zaprezentować punkt widzenia biologa ewolucjonisty. Chciałem podkreślić, że człowiek to istota społeczna, której społeczny mózg kształtował się na długo przed wynalezieniem pisma i literatury. Chciałem także zaznaczyć aspekt dydaktyczny – punkt widzenia promotora (i wykładowcy), bowiem prowadzę seminarium dyplomowe już od kilkunastu lat i z częścią problemów, poruszonych na spotkaniu, borykam się na co dzień, w czasie zajęć ze studentami. Chciałem przekazać swoją wiedzę i czegoś się nauczyć. A teraz w odcinkach spisuję uporządkowaną relację z dyskusji panelowej w Bibliotechu Politechniki Wrocławskiej.

Sporo czasu w dyskusji poświęcono uproszczeniom na blogach. Czy w podążaniu za atrakcyjnością i komunikatywnością stawiać bardziej na uproszczenia czy jednak na ścisłość? Czy można to pogodzić? Da się, ale to wymaga wysiłku. Kto za to zapłaci? Czyli czy liczyć na misję pracowników akademickich czy też zdać się na blogi i portale, utrzymujące się z reklam (a więc w pełni aktywność pozaakademicka)? Niezależnie od tej drugiej możliwości wydaje mi się, że w ramach trzeciej, społecznej misji uniwersytetu pracownicy powinni upowszechniać naukę a nie tylko „gonić” za publikacyjnymi punktami. Przecież utrzymujemy się (pensje i pieniądze na badania) z podatków obywateli. Niech coś do nich w przystępnej formie wraca. Mamy taki moralny i obywatelski obowiązek.

W jaki sposób prezentować w inny niż pisany? I to w sytuacji niedosytu a jednocześnie nadmiaru informacji. Żyjemy w pośpiechu i nadmiarze dopływających bodźców i informacji. Oczekujemy więc, że ktoś za nas przefiltruje z tego szumu rzeczy najlepsze i najważniejsze. Z oczywistych względów kierujemy się ku autorytetom. Tylko jak je znaleźć? Stąd być może społeczne oczekiwanie, że naukowcy będą do nas częściej i przystępniej mówić, pisać, objaśniać. W czasie dyskusji padło pytanie i propozycja zarazem, żeby instytucje naukowe zabierały zdanie w sprawach ważnych społecznie i aktualnie „wałkowanych” w mediach. Tego w zasadzie do tej pory nie było.

Tytułowe pytanie odnosi się także to prezentacji na wykładach, z wykorzystaniem rzutnika multimedialnego i… pokazywania słów na ekranie. W takim kontekście pojawia się pytanie czy prezentacja w Power Poincie to skuteczna droga czy już przeżytek? Niewątpliwie prezentacja multimedialna jest bardzo wygodna (dla wykładającego), bo łatwo ją przygotować, przenieść i zaprezentować (czasem niestety odczytać). Kiedyś wzbudzała zainteresowanie, jako nowość. Ale przez lata spowszedniała. Warto na marginesie przypomnieć, że Power Point to nie jest Power Text…

Na wykładzie z prezentacją (jak i na blogu czy fanpage), trzeba po prostu opowiedzieć ciekawą historię z zakresu literatury faktu, w zależności od sytuacji i kontekstu (do kogo i w jakich warunkach mówimy/piszemy). Z wykorzystaniem mowy, pisma, filmu czy nawet teatru. Czytanie z ekranu jest nudne. Opowiedz, napisz, narysuj, zagraj. Byle ciekawie i z sensem.

A czy pozwalać studentom w czasie zajęć i na wykładach korzystać z telefonów komórkowych? Czy telefony komórkowe przeszkadzają? Wykładowcom i studentom. To może być ich sposób notowania, np. robienie zdjęć ważniejszych treści wyświetlanych na ekranie. Albo poszukiwanie niezrozumiałych słów lub terminów specjalistycznych? Tego nie wiemy. Zakładamy raczej, że nie uważają, że lekceważą i w tym czasie plotkują na „Facebookach” lub za pomocą esemesów. A przecież nie musi to być trafna diagnoza.

W nawiązaniu do nagminnego korzystania z telefonów warto przypomnieć, że studenci teraz mniej czytają. To jednak niezbyt precyzyjna odpowiedź. Mniej czytają w tradycyjnych książkach, ale więcej w nośnikach elektronicznych, w krótkich formach i z dużą liczbą ilustracji. Czyli czytają ale trochę inaczej. Co więcej, teraz więcej osób pisze, nawet przeciętniacy. I dobrze. Ćwiczą się w wypowiedziach. Nie bójmy się tego przesytu. W treningu przeciętniacy stają się wybitni i sprawni. A piszą w innych formach, bardzo krótkich (esemesy, tweety itd.) i z dużą interaktywnością.

Mam do komunikacji międzyludzkiej i tej na wykładach podejście ewolucyjne i rozpatruję w długiej osi zmian w rozwoju Homo sapiens. Najpierw nasi przodkowie przez dziesiątki tysięcy lat żyli tylko w kulturze słowa. Teraz też korzystamy z tej formy, ale znacznie w mniejszym zakresie i nie tylko jako jedynej i wyłącznej. W kulturze mówionej, gdzie informacje zapisywane były jedynie w mózgach poszczególnych osób, niezwykle ważne było zapamiętywanie. Słuchając opowieści lub będąc uczestnikiem wydarzenia pojawia się problem: jak zapamiętać. By za jakiś czas komuś innemu tę zapamiętaną treść otworzyć, przekazać. Z przyczyn li tylko mnemotechnicznych w kulturze słowa pojawił się rym i rytm w poezji, melodia w pieśni, taniec i teatr (ruch i relacje międzyludzkie). A być może malowidła naskalne w jaskini były pierwszy „power pointem” – obrazami, służącymi zapamiętaniu i zilustrowaniu opowieści czy przekazu wiedzy lub opowieści z obrazem otaczającego świata.

Logikę i dramaturgię opowieści wykorzystujemy w części lub całości w referatach, wykładach, panelach dyskusyjnych, dyskusjach. Ale nasi słuchacze mają dodatkowe umiejętności i pamięć zewnętrzną (mogą zanotować, nagrać itd.). Tyle się zmieniło i pewne dawniej ważne i logiczne elementy straciły swój sens. Wiersze straciły rym i rytm bo nie są już niezbędne do zapamiętania treści. Przecież można zapisać…. I do otworzenia wykorzystać pamięć zewnętrzną. Trzeba tylko umieć zakodować a potem odkodować. A notować można przecież nawet rysunkiem…. Albo telefonem komórkowym.

Nie tak dawno w historii ludzkości, ale dawno w stosunku do naszego życia, pojawiło się pismo a potem druk (ułatwienie powielania i rozsyłania zapisanych treści). Początkowo pismo naśladowało wytwory kultury słowa (rym i rytm), z czasem wytworzyło własne, specyficzne i unikalne formy. Mimo ograniczeń w formie komunikacji przywykliśmy i w pełni zaakceptowaliśmy formy pisane w przestrzeni akademickiej z biblioteką w centralnym miejscu uniwersytetu. Publikacja, książka, skrypt, list, publikacja. Słowa układają się linearnie, czasem tylko przerywane ilustracjami. Niekoniecznie ludzki mózg tak pracuje…

Kolejnym krokiem w tej ewolucji kulturowej komunikacji było wynalezienie przekazu na dalekie odległości. Telegraf po raz pierwszy umożliwił przekaz informacji szybszy niż poruszający się człowiek (z informacją ustną czy pisemną). Potem pojawił się telefon, radio, telewizja. Te ostatnie to przekaz masowy z filmem i audycją radiową. Mimo, że te technologie mają już kilkadziesiąt lat to nie weszły jeszcze na trwałe w akademicką edukację (a małymi wyjątkami). A teraz mamy jeszcze nowoczesne technologie z globalnym inetrnetem: kolejna eksplozja zupełnie nowych form… umożliwiających częściowy powrót do dawnych, przedpiśmiennych tradycji: formy hybrydowe, webinarium, czat, wideotransmisja.

I jak w tym nowym świecie ma się znaleźć wykład z prezentacją multimedialną (np. w Power Poincie)? Efekt nowości już minął a czytanie z ekranu do osób piśmiennych i z dostępem do źródeł mija się z celem. Wykładowcy umieszczają tekst na slajdach bo łatwiej im zapamiętać to, co chcieliby przekazać. Wygodne. Ale nie dla słuchacza. Przydałby się jakiś komponent interaktywny, albo „stary” z kultury słowa mówionego, albo nowoczesny z multimediami i interaktywnym internetem. Przecież słuchacze zazwyczaj mają telefony z dostępem do internetu. Prezentacja z komputera jest… czasem tylko elementem rytuały: należy wyjść i coś na ekranie pokazać. Bo tak się robi i robiło. Jeśli jednak wykładowca pomyśli o odbiorcy to bez trudu dobierze odpowiednie formy komunikacji. Oczywiście jeśli ma coś do przekazania… W sumie każdy ma, jeśli tylko zechce nad tym się zastanowić nieco głębiej.

Po co słuchacz ma słuchać? Jak go zmotywować? Otrzyma nowe, oryginalne informacje? Wykładowca występuje w roli strażnik tajemnicy, A może usłyszy nowe interpretacje, nowe hipotezy. A może spotka człowieka z paską naukową i emocjami?

Jak zachęcić do słuchania nie tylko słowem pisanym? Ucz się, to jest ważne, będzie na kolokwium lub egzaminie? Zaufaj profesorowi/autorytetowi, że to jest ważne i przydatne. Ale studenci nie mają zaufania bo zbyt dużo przypadkowości i niskiego poziomu. Ludzie potrzebują sensu, trzeba go im pokazać. Na samym początku. Mam wiedzę i emituję ją nie patrząc czy i jak dociera? Oprócz prawdziwej wiedzy są i podróbki (zawsze były!), nie ma na 100% sprawności w doborze kadry akademickiej.

Na koniec mała dygresja, odnosząca się do przebiegu debaty. Prowadzący studenci-moderatorzy nie za bardzo pilnowali czasu i paneliści mówili za dużo i z długo. I tu pojawia się dylemat moderatora – dbać o dyscyplinę czasową i w ten sposób zapewnić realizację wcześniej przygotowanego scenariusza, czy pozwolić toczyć się własnym nurtem i godzić się na niezrealizowanie pewnych punktów programu (bo zabraknie czasu)? Dyskusja jest czymś żywym i nie do końca zaplanowanym. Nie zawsze trzymanie się sztywno scenariusza jest dobrym rozwiązaniem. Sam czasami mam takie dylematy, gdy występuję w roli moderatora czy przewodniczącego zebrania. Decyzja jest trudna i na pewno uzależniona od sytuacji.

c.d.n.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci