Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Monszatan czyli o co chodzi z tym GMO ?

sczachor

Monszatan1Jako biolog czynnie uprawiający naukę powinienem dużo o GMO wiedzieć. Sam co prawda w zasadzie badań nad GMO nie prowadzę (niżej wyjaśnię dlaczego użyłem słowa „w zasadzie") ale z racji zajęć ze studentami biotechnologii temat ten jest często poruszany i dyskutowany na wszelkie sposoby. Mimo to z dużą przyjemnością przeczytałem książkę Marcina Rotkiewicza „W królestwie monszatana. GMO, gluten i szczepionki”. Poznałem sporo nowych dla mnie faktów. I mimo, że z głównymi tezami książki się zgadzam to czuję niedosyt i mam jedną zasadniczą uwagę. O tym będzie niżej.

Książkę gorąco polecam, zarówno przeciętnemu zjadaczowi chleba jak i biologom czy biotechnologom. To nie jest książka biologiczna. Marcin Rotkiewicz przestawia ciekawą opowieść społeczną. Obszerniej wyjaśnia tradycyjne sposoby udomawiania roślin, o samych technikach GMO niewiele pisze. Bo nie jest to podręcznik dla biotechnologów. Obszerniejsze wyjaśnienie technik tradycyjnego rolnictwa potrzebne jest Autorowi to uzmysłowienia, że owo tradycyjne rolnictwo także modyfikuje rośliny i to w sposób genetyczny. Od siebie dodam, że jest bardzo płynna granica między GMO w szerokim rozumieniu a GMO w wąskim rozumieniu. Bo w szerszym znaczeniu … organizmy rozmnażające się płciowo ze swej natury wykonują chcąc nie chcąc modyfikacje genetyczne potomstwa. Na tym bazuje ewolucja. Oraz zabiegi hodowlane, stosowane przez  człowieka od kilku tysięcy lat. Zmieniają się tylko narzędzia, precyzja i szybkość.

Wspomniałem o niedosycie. Moim zdaniem Autor zbyt dużą wagę przywiązuje do jednego człowieka (Jeremy Rifkin) i jednej organizacji (Greenpeace), przez co niechcący upodabnia się do stylistyki teorii spiskowych. Co prawda w kilku miejscach próbuje nakreślić społeczne tło i inne uwarunkowania, niemniej jest (jak dla mnie) tego zbyt mało. I nie wyjaśnia groźnego fenomenu teorii negacjonistów-denialistów nie tylko w odniesieniu do GMO, ale i innych aspektów współczesnego życia (o których wspomina już w tytule książki).

Mimo tego niedosytu książkę gorąco polecam, bo każdego tygodnia spotkać można takie apele (w mailach, na portalach społecznościowych, w mediach):

„Przyjaciele i Przyjaciółki!

Monsanto rusza ze sprzedażą megatrucizny, która zabija napotkane na swojej drodze rośliny... chyba że są zmodyfikowanym genetycznie produktem Monsanto. Co gorsza, przenosi się przez wiatr, zatruwając tereny, które nie były nią pryskane.”

Megatrucizna? Przenosi się przez wiatr? O takich nieporozumieniach obszernie opowiada Marcin Rotkiewicz w swojej książce „W królestwie monszatana”. GMO w popkulturze traktowane jest jako współczesny szatan, czarownica, wiedźma, z którymi trzeba walczyć, bo grozi nam zagłada. W sumie w społecznościach ludzkich nic się nie zmieniło od stuleci. Zmienia się tylko nazwa owej czarownicy. Tym razem jest to koncern Monsanto. W książce Rotkiewicza znajdziecie dokładne wyjaśnienie, dlaczego to ten koncert tak podpadł (jakie firma popełniła błędy marketingowe i wizerunkowe).

"Królestwo monszatana" jest ciekawą opowieścią o zmaganiach postępu z ignorancją. Rozumienie rzeczywistości potrzebne jest każdemu człowiekowi (obywatelowi). Biotechnologia i rozumienie zjawisk ekologicznych we współczesnym świecie są kluczowe, równie ważne jak technologie elektroniczne. Bez tej wiedzy można codziennie podejmować nierozsądne decyzje. O kilku przykładach pisałem już wcześniej:

Co znaczy „naturalnie i lokalnie wytwarzana żywność”? Można się domyślać, że jest zdrowsza i bardziej przyjazna dla środowiska. Ale dlaczego? Czy potrafisz, drogi czytelniku, to wyjaśnić? 

GMO jest słowem wytrychem i producenci na wyścigi umieszczają na etykietach, że ich produkty są bez GMO. Jeśli na opakowaniu z kurzymi jajami znajduję napis „bez GMO, nie karmione paszą z GMO” – to co to znaczy? W jaki sposób GMO z paszy miałoby przenieść się na kurę i dostać do jajka? Na tych samych opakowaniach często brakuje informacji czy jajka pochodzą od kur z wolnego wybiegu czy klatkowego (a przecież to ma zasadnicze znaczenie a nie mityczne GMO). Czy kury dostawały profilaktycznie antybiotyki, czy i jaka była pasza? Bo tym, co rzeczywiście zagraża naszemu zdrowiu, są związki biologicznie czynne (hormony, antybiotyki), czy inne substancje np. dioksyny, herbicydy itd. To one dostają się do organizmu kury a potem my to zjadamy i nasz metabolizm się z tymi substancjami boryka. Coś wiemy, że dzwoni, ale nie bardzo wiemy w którym kościele. Zatem podstawowa wiedza biologiczna i… rolnicza przydatna jest każdemu człowiekowi. W powszechnym obiegu czasami funkcjonują dawno nieaktualne informacje.

Książka Marcina Rotkiewicza to także dobry przykład jak się toczą w przestrzeni publicznej spory denialistów i ekspertów, na czym polega retoryka wojujących negacjonistów i jak powinien wyglądać sensowny dialog na dowolny temat. W pewnym sensie pokazuje czym różni się dyskurs naukowy od ulicznej kłótni.

Z przekonaniem polecam „Królestwo monsztana”. A potem proponuję sięgnąć do książek biologicznych by zrozumieć czym jest ewolucja, zmienność genetyczna, organizmy modyfikowane genetycznie itd. GMO samo w sobie nie jest niczym złym. Tak jak nóż – może służyć do krojenia chleba lub smarownai masła. Ale można nim też zabić inną osobę. Czy zakazać wytwarzania sztućców kuchennych bo ktoś mógłby kogoś nimi zabić? Głupota totalna. Podobnie z GMO. Zależy co to za modyfikacja i jakie skutki mogą być w wyniku użytkowania. Problem złożony, warto już teraz się dokształcać by móc nawet ze znajomymi toczyć sensowne rozmowy. I podejmować racjonalne decyzje w sklepie. Albo w czasie wizyty u lekarza, w sprawie szczepień profilaktycznych.

jajabezgmo

Na koniec wyjaśnię stwierdzenie „Sam co prawda w zasadzie badań nad GMO nie prowadzę”. Chruściki (Trichoptera) jako takie były wykorzystywane do badań nad skutkami jednej z odmian kukurydzy GMO, zawierającej geny odpowiedzialne za produkcję toksyny bakteryjnej. Znam te badania z literatury, sam takich nie prowadziłem. Ale badania naukowe prowadziłem w uprawach wierzby, przeznaczonej do celów energetycznych. Hodowlane odmiany wierzby nie były klasycznym GMO – wytworzone zostały „klasycznymi” metodami rolniczymi. Chodzi o uzyskanie najbardziej optymalnych odmian. Moje badania dotyczyły bioróżnorodności w takich uprawach.

Laboratorium całkiem inaczej, czyli jak powstaje takie Nowe coś...

sczachor

 "Ucz się razem ze światem a nie tylko o świecie" takie mądre zdanie usłyszałem dzisiaj na konferencji, transmitowanej internetowo. ie było mnie tam, a byłem i wysłuchałem ciekawego wykładu o szkole.

No więc uczę się , uczę. A od kilku dni powstaje w konektywnej dyskusji i spotkaniach w realu takie nowe coś, czyli laboratorium w chmurach.

Zobacz też: http://czachorowski.blox.pl/2017/10/Nowe-cos-czyli-otwieramy-sie-na-edukacje-Tydzien.html

 

c.d.n.

 

 

Specjalnie dla uczniów z Iławy

sczachor

Ilawa__co_by_byo_gdybyZgodnie z obietnicą, złożoną na wykładzie w Iławie, zamieszczam link do wydarzenia na Facebooku.

Jeden z uczniów zgłosił błąd, że qr kod nie zadziałał. Tuż po wykładzie sprawdziłem swoim telefonem – działało poprawnie. Ale skoro obiecałem, to zamieszczam. Być może w telefonie ucznia nie był włączony dostęp do internetu. Mogła też być inna przyczyna. Sądząc po aktywności na Facebooku przynajmniej kilkoro innych uczniów sprawnie weszło na wspomniane wydarzenie i zostawiło swój ślad. Jeszcze 7 dni czekamy na wykonanie zadania a potem ogłosimy wyniki i nagrody będą do odebrania w Miejskiej Bibliotece.

Korzystając z okazji zamieszczam także graficzne wyniki pierwszej aktywności „telefonicznej”. Na sali było około 150 (uczniowie z gimnazjum i ze szkół podstawowych z Iławy). Skutecznie telefonem z internetem posłużyło się 80 osób (84 przy kolejnym zadaniu, minutę później). Bardzo dobry wskaźnik kompetencji cyfrowych.

Wielkość słowa na obrazku (niżej) uzależniona jest od liczby wpisanych słów. Najczęściej uczniowie wpisywali zwierzęta, potem: natura, człowiek, nauka, rośliny, życia. Analiza pozostałych słów też pozwala wyciągnąć wnioski co do sposobu myślenia i skojarzeń obecnych na sali uczniów. Niektórych skusiło by wpisać jakieś „głupie” słowo (aktywność w pełni anonimowa). Potrzeba sprawstwa jest ogromna, a każdy czyni to, co potrafi. W pierwszym impulsie (swoiste testowanie technologii i możliwości). Najwyraźniej jeszcze brakuje w szkole czy innych miejscach publicznych możliwości wykazania się tego typu aktywnością (korzystania z mobilnego interentu i własnego telefonu oraz interaktywnych programów komputerowo-internetowych). Stąd te uczniowskie wygłupy. Ale to margines. Z tej krótkie aktywności i wypisanych słów można wyciągnąć kilka interesujących wniosków. To temat na kolejny wpis.

1zczymcisiekojarzybiologia

Znacznie trudniejszym zadaniem było za pomocą qr kody dołączyć do wydarzenia na Facebooku i zostawienia "śladu". W trakcie wykładu dołączyło kilku uczniów a dwoje zamieściło wpis. Inne osoby wchodziły na blog ale także nie zostawiły „śladu”. Szybkiej reakcji i zabrania głosu. Tak, to znacznie trudniej. Ale można się nauczyć.

Uczniowie (i nauczyciele) mają 7 dni na wykonanie zadania. Nagrody czekają. A przede wszystkim satysfakcja z posiadanych kompetencji. Teraz trzeba aktywności bardziej wymagającej, z refleksją, pisaniem, obrabianiem plików. Oraz umiejętności pracy w zespole.

c.d.n.

Ilawa__co_by_byo_gdyby_2

Nowe coś czyli otwieramy się na edukację - Tydzień Otwartej Nauki

sczachor

uwolnijnauke_logoW ubiegłym tygodniu, na olsztyńskim spotkaniu Superbelfrów RP przy herbacie, urodził się pomysł zorganizowania otwartych lekcji-spotkań, transmitowanych z naukowych laboratoriów. Udział w tym spontanicznym eksperymencie wykorzystania mobilnych technologii internetowych na początek zadeklarowali pracownicy Wydziału Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie.

Jakkolwiek przygotowania koncepcyjne, rekonesans wśród pracowników oraz testowanie możliwości (i umiejętności) technicznych nie zostały jeszcze zakończone, to rozpoczynający się dzisiaj Tydzień Otwartej Nauki jest dobrą okazją by zainaugurować rodzący się projekt pt. „Nowe coś czyli laboratorium w chmurach” (chodzi o chmurę w sensie dostępu internetowego).

Międzynarodowy Tydzień Otwartej Nauki w tym roku odbywa od 23. do 29. paździenika. Tematem tygodnia jest: „Otwórz, aby…”. My chcemy zdanie to rozwinąć następująco: „Otwieramy się by wesprzeć edukację szkolną w woj. warmińsko-mazurskim" (ale przecież i każdej innej szkoły, która ma dostęp do internetu).

Nowe coś czyli laboratorium w chmurach to pomysł by on-line transmitować krótkie wykłady, eksperymenty, relacje i transmisje z tego, co dzieje się w laboratoriach UWM (głównie, a przynajmniej na początek, Wydziału Biologii i Biotechnologii) oraz to, co naukowcy robią w terenie. Bo dla przyrodników laboratorium jest także las, jezioro, łąka, urbicenoza itd.

Pierwsza, inauguracyjna transmisja live (oraz nagrany krótki filmik), odbędzie się o godz. 9.30 we wtorek 24. października 2017 r., na Facebooku w grupie Uniwersytetu Młodego Odkrywcy: https://www.facebook.com/groups/409709186039142/. Szczegółowe informacje o kolejnych transmisjach oraz linkach do zarchiwizowanych nagrań znajdą się na stronie: http://uniwersytetmo.blogspot.com/p/nowe-cos.html . Do każdej transmisji chcemy dołączać zadanie do wykonania (wezwanie do działania, poznawczego działania lub prostej, praktycznej akywności).

Projekt adresowany jest do uczniów i nauczycieli. Liczymy na aktywną współpracę. Zajęcia zróżnicowane zostaną i tematycznie dostosowane (jak i poziomem trudności) do klas ze szkół podstawowych, gimnazjów oraz szkół ponadgimnazjalnych.

W Tygodniu Otwartej Nauki otwieramy nasze laboratoria nie tylko wirtualnie. Bowiem spotkania „w chmurze” uzupełniane będą wykładami i zajęciami w realu (po prostu rozwijać będzie to, co już trwa od kilku lat). W naszych zamierzeniach będzie to kolejny krok, tym razem z wykorzystaniem technologii komputerowych, dostępnych każdemu. Coś nowego, co się dopiero krystalizuje. Po prostu Nowe Coś. Laboratorium w Chmurze. I współpraca ze szkołami, wspomaganie w dostępie do naukowych laboratorium i kształcenia przyrodniczego.

Wszelkie sugestie mile widziane. Dołączajcie i wspomagajcie (ps. Polska Akademia Nauk nas wesprze, dotrzemy także do ich laboratoriów).

A niżej zdjęcie z herbatkowego spotkania Superbelfrów, na którym pomysł się narodził. Teraz powoli dojrzewa.

Superbelfrzy

Co by było, gdyby nikt nigdy nie uczył biologii i przyrody?

sczachor

22090013_10212852642504224_2954311359434937321_nGdyby nikt nigdy nie uczył biologii czy przyrody (to szersze podejście do biologii, bardziej interdyscyplinarne i międzyprzedmiotowe)? Oj, to byłoby bardzo marnie, wręcz niebezpiecznie.

Było krótko, teraz pora na solidniejsze uzasadnienie. Po pierwsze we współczesnym świecie nie ma możliwości nauczenia się samemu wiedzy biologicznej, więc nie można zostawiać bo „samo się zrobi”. Po drugie znajomość praw biologii jest bardzo potrzebna do współczesnego życia.

A było to tak. Dawno, dawno temu żyliśmy w środku procesów przyrodniczych. Niebo z gwiazdami było codziennie widoczne (współczesne miasta zaśmiecone są światłem i nawet w bezchmurną noc trudno dostrzec gwiazdy na niebie). Przyroda była wokół nas. To znaczy wokół naszych przodków (wokół nas też jest, ale zupełnie inna). Czy to myśliwy, czy zbieracz czy rolnik, codziennie się spotykał z roślinami, grzybami, zwierzętami, procesami przyrodniczymi. Uczył się od małego poprzez naśladownictwo i uczestnictwo w polowaniach, zbieraniu jagód, uprawie roli. Często leżał na trawie a w chacie słychać było nie tylko brzęczenie much ale i cykanie świerszcza za kominem. W pobliskiej rzece czy jeziorze chrząszcz brzmiał w trzcinie. Lub w sitowiu. Nasz przodek uczył się rozpoznawania roślin i zwierząt, które są jadalnie, które niebezpieczne, które przywracają zdrowie. Uczył się ustawicznie, przez całe życie i wiedzą się swoją dzielił. Od tego zależało jego życie. I przeżycie. Egzamin ważniejszy niż testy szkole, matura czy doktorat.

Współczesny młody człowiek żyje przeważnie w mieście (a i wieś miasto już przypomina). Dużo czasu spędza w budynkach, w pomieszczeniach, świat obserwuje przez … ekran telewizora, komputera, telefonu. Nie doświadcza. A jak na wsi, to także kontaktuje się z techniką i poznaje przyrodę za pośrednictwem mediów. Czasem dużo więcej wie o zwierzętach z Afryki (bo takie są filmy) niż o tych, co za progiem. A także tych co w domu. Dlatego nie dziwią sensacyjne wynurzenia o groźnych biedronkach azjatyckich (O gruźlicy, malarii i inwazji krwiożerczych ninja na moim balkonie). Poziom oderwania (wyizolowania) od rzeczywistości jest zatrważająco duży.

Niegdyś oczywiste wiadomości stają się współcześnie… egzotyczne. Bo skąd ma wiedzieć uczeń jak powstaje mleko, kiedy widzi tylko to w kartonikach na sklepowych półkach a nigdy nie widział żywej krowy. Nie mówiąc o dojeniu krowy czy kozy? Nawet w podręcznikach szkolnych znaleźć można sporo błędów (drobnych). Bo i sam autor czy ilustrator nie wie jak wygląda kłos jęczmienia. Zna pewnie tylko z innych ilustracji… Daleko od przyrody i świata naszych przodków. 

Czy artysta powinien wiedzieć jak wygląda chrząszcz? Powinien. Bo na przykład w Szczebrzeszynie, co to z brzmiącego chrząszcza słynie, artysta nie wiedział (Bubel ze Szczebrzeszyna czyli wiedza przyrodnicza potrzebna jest nawet artyście). I stoi pasikonik jako pomnik chrząszcza. I to w dwóch egzemplarzach. Najpewniej ów artysta świat owadów znał z animowanego filmu o pszczółce Mai...  Chrząszcz czy pasikonik, co za różnica? Duża. I nawet to, że chrząszcze brzęczeć mogą, nawet w trzcinie. Oraz, że są ćmy co piszczą… na swojej trąbce (O motylu co trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera).

Albo gdy się spotka żółtą żabę w Polsce, to uciekać, dzwonić na policję czy się zafascynować? (czyta: Żółta żaba z dojlidzkiego stawu co zamieszania narobiła)  Lub też czy warto wiedzieć jak wygląda barszcz Sosnowskiego i co oraz kiedy grozi, gdy się taką roślinę spotka? Azjaci pod reszelskim zamkiem, do broni (do kos)! 

Dlaczego Europejczycy podbili obie Ameryki i Australię (a nie odwrotnie) i jaki w tym udział miały udomowione zwierzęta, równoleżniokowe ułożenie Eurazji i odzwierzęce choroby? Jaki wpływ na rozwój cywilizacji miały i mają katastrofy ekologiczne? To wiedza jak najbardziej aktualna, bowiem żeby uniknąć kolejnej, a zarazem globalnej katastrofy o podłożu ekologicznym, trzeba rozumieć zjawiska przyrodnicze, w skali mikro i makro.

Co więcej, wiedza biologiczna dawno poszerzyła swoje obszary zarówno do skali mikro jak i makro. Wiemy dużo więcej niż wynika z doświadczenia pojedynczego człowieka. Stąd „na chłopski” rozum trudno pojąć z czego wynikają zmiany klimatyczne i jaki udział ma w tym człowiek, w tym nasze codzienne poczynania. A jeśli się nie rozumie, to trudno zaakceptować zalecane środki zaradcze w zakresie ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. I mnożą się przeróżne teorie spiskowe „antyklimatyczne”....

Z drugiej strony poznanie sięgnęło świata mikro. I to nie tylko w odniesieniu do budowy komórkowej ale i biologii molekularnej. Stąd się biorą niezrozumiałe (a wynikając z ignorancji) obawy przed GMO (nawet tam, gdzie tego nie ma (O istocie życia czyli czy krowa jedząca paszę z GMO sama staje się GMO). Innym, znamiennym przykładem jest nasilający się ruch antyszczepionkowy. Przykładowe głosy owych denialistów wiedzy biologicznej przytaczam niżej. Przy okazji wyjaśnię, że kleszcze nie są owadami, a borelioza to choroba odbakteryjna.

Tak, bez wiedzy biologicznej trudno przeżyć nawet we współczesnym świecie. Trzeba się jej uczyć nie tylko w szkole. Dlatego jadę do Iławy na spotkanie, zorganizowane przez bibliotekę. A w przyszłym tygodniu rozpoczyna się Tydzień Otwartej Nauki. I z tej okazji opowiem o kolejnych pomysłach, jakie wykoncypowali Superbelfrzy RP oraz Wydział Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie.

 22449926_1416504178403216_5528574196941172737_n

22490039_888899541273058_6625685396658730155_n

W związku z licznymi zapytaniami o biedronkę azjatycką

sczachor

13072830_10208273919639014_9030076166132735740_oSądząc po wzmożonym ruchu medialnym to mamy najazd obcych. Imigrantów. Mam na myśli szum wokół biedronki azjatyckiej. Gatunek niewątpliwie obcy w naszej faunie. Strach jednak jest zdecydowanie nadmierny. A wszystko najpewniej za sprawą tekstów w mediach, w tym internetowych. Taki gorący temat.

W Olsztynie biedronka azjatycka po raz pierwszy zaobserwowana była w 2010 roku (mogła być wcześniej, ale nikt znający się na rzeczy nie poinformował publicznie). Kilkakrotnie o niej pisałem. Ponieważ w ostatnich dniach często pytany jestem o tego uroczego owada, to niżej zebrałem w jednym miejscu linki z moimi opowieściami o biedronce azjatyckiej.

Najwyraźniej na blogu zamieszczam tekst o biedronce azjatyckiej raz na dwa lata. Wypadło, że i w tym roku powinienem. Ale zamiast kolejnego opowiadania z ukrytym morałem przypominam etnograficzną opowieść o biodrze i biedronce:

Miłej lektury.

 

Ps. na załączonym zdjęciu nie ma biedronki azjatyckiej.

Arteterapia, edukacja i konektywizm, czyli wernisaż grupy ART

sczachor

Na wernisażu Grupy A*R*T  wspomniałem o edukacji, arteterapii, bibliotece i konektywizmie. Pozwolę sobie rozwinąć to niecodzienne zestawienie pojęć (słów).

ART to Artystyczna Rezerwa Twórcza. Ale ten skrót kojarzy się – i to bardzo słusznie – z arteterapią (terapią przez sztukę). Artyści nieprofesjonalni, związani z Uniwersytetem Warmińsko-Mazurskim, są w różnym wieku. Malują, rysują, szydełkują, dekupażują, rzeźbią, fotografują, wiercą w jajku… bo jest to forma relaksu, odpoczynku intelektualnego. Ale także odkrywanie swoich zapomnianych czy jeszcze nie odkrytych pasji. Forma terapii. W procesie tworzenia odczuwa się nie tylko poczucie sprawstwa, ale dostrzega się siebie w procesie tworzenia. Istotny jest proces a nie produkt. Ważne są spotkania z ludźmi. Bo człowiek ma sens jedynie wśród ludzi. Relacje, powiązania, komunikacja, wspólne tworzenie to już wyraźna aluzja do konektywizmu.

Konektywizm to wiedza rozproszona, powstająca i krążąca w sieci nie tylko elektronicznej. Trafnie ujął to dawno temu Ludwik Fleck: w trakcie dialogu pojawiają się treści zupełnie nowe, które nie były w głowie ani jednego ani drugiego dyskutanta. Całość to więcej niż suma części. Ale by było to coś więcej, muszą być relacje i komunikacja, musi być dialog.

Wernisaż odbył się między Światowym Dniem Nauczyciela (5 października), a naszym krajowym Dniem Nauczyciela (14 października), w piątek trzynastego (nie jesteśmy przesądni choć interesujemy się etnografią). Jest więc symbolicznie osadzony w edukacji. I to nie dlatego, że malującymi są byli lub obecni nauczyciele akademiccy czy doktoranci. Uczymy się różnych technik malarskich czy zdobniczych. Czasem pierwszy raz w życiu, na emeryturze. Uczymy się sami, wspierając się radami, przez działanie i eksperymenty. Niektórzy dopiero w "złotej jesieni życia" rozpoczęli naukę na Wydziale Sztuki. Nic nie muszą, po prostu chcą.

Uczymy się całe życie, ustawicznie i w różnych formach. A uniwersytet jest dobrym miejscem, i na uczenie się, i na relacje z ludźmi. Na konektywizm: dialog między żywymi ludźmi, dialog za pośrednictwem książek oraz jako interdyscyplinarny dialog science z art.

Od czasu do czasu spotykamy się w Bibliotece Uniwersyteckiej, w przyjaznym miejscu, prezentując swoje prace. Biblioteka jako miejsce przyjazne do edukacji, dialogu i rozmyślań, odkrywana jest na nowo. Spotykamy się także na wyjazdowych plenerach. Na wspomnianej wystawie prezentuję butelki, które powstały w trakcie takich spotkań, na plenerze w Reszlu i w czasie Olsztyńskiej Wystawy Dalii. Ale jest jeszcze dachówka, pomalowana w czasie Tygodnia Bibliotek.

Na plenerowe malowanie na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej dachówka przyjechała aż z Umbrii. Z Włoch, gdzie narodziła się idea wolnego życia i miasteczka cittaslow. W naszym województwie jest najwiecje - zaraz po Italii. 12 maja 2017 r. spotkaliśmy się by malować mole książkowe na starych dachówkach. Tak powstał pierwszy Warmińsko-Mazurski Molariusz

Spotkaliśmy się na dachu biblioteki, by w otoczeniu wiedzy niespiesznie rozmawiać, malować i popijać herbatę. Było też ciasto. Dyskutowaliśmy o literaturze, różnorodności biologicznej i … o ekologii moli książkowych. Albo milczeliśmy. Bo w trakcie takich edukacyjno-arterapeutycznych spotkań ciszy nie trzeba zabijać słowem.

W czasie Tygodnia Bibliotek pomalowaliśmy stare dachówki, tutejsze, ze starego, mazurskiego, siedliska (a w zasadzie dwóch). Jak już wspomniałem, jedna dachówka przybyła z Włoch. Z gminy Vafabbrica (Umbra). Przywieziona została przez panią prof. Małgorzatę Chomicz. Została znaleziona w miejscu starego klasztoru. Klasztoru już nie ma, zostało po nim trochę dachówek i figura na skale.

Stare i już zdawało by się nikomu nieporzebne dachówki mają wiele lat, dużo widziały, dużo pamiętają. Mogłyby opowiedzieć nie jedną historię. Ale w maju 2017 r. namalowaliśmy mole książkowe, tak jak sobie wyobrażaliśmy. I powstał Molariusz (niczym intelektualny bestiariusz), który eksponowany jest na specjalnym stelażu przed Biblioteką .

Unikatowy katalog moli z głębokim podtekstem entomologicznym czyli Molariusz Wamińsko-Mazurski powstał w maju 2017 r. w czasie XIV Ogólnopolskiego Tygodnia Bibliotek. Różnorodne wyobrażenia moli zostały farbami naniosione na starą, wypalona gline, zaś ich autorzy dzielili się między sobą opowieściami, fraszkami i piosenkami, które się z konkretnym wyobrażeniem mola kojarzyły. I tak wśród galerii moli książkowych znalazły się m.in.: Napójka Łąkowa (mól książkowy z Wójtowa, preferuje wolne lektury), Bagiennik z Jeziora Czarnego (mól książkowy preferujący literaturę hydrobiologiczną, czyta na ławkach w parku), Kortowski Mól (uniwersytecki robaczek szybujący po wiedzę), Smerfomól (złapany w sieć uzależnień od czytania literatury naukowej), Mól Pedagogiczny (śliczny i liryczny) i wiele innych. Także Zmierzchnica Trupa Główka (w dwóch różnych odsłonach).

Nie skończyło się tylko na wspólnym, bibliotecznym plenerze i dachówkowej wystawie. Nieco później powstała gra edukacyjna, terenowa, której debiut miał miejsce w czasie Europejskiej Nocy Naukowców. Gra narodziła sie z interdyscyplinarnego dialogu i współpracy. Taka konektywistyczna całość, która jest większa od sumy części. 

A teraz, dachówka ze zmierzchnicą trupią główka, niezwykłym motylem, zalatującym do nas z południowej Europy (z Włoch i Umbrii także), stoi na wystawie Grupy ART, razem z poplenerowymi butelkami i innymi pracami artystów nieprofesjonalnych. I próbuje coś opowiedzieć. Lecz czy można usłyszeć pisk ćmy? Czasem tak, zwłaszcza gdy jest to tajemnicza zmierzchnica trupia główka i wystawa w Bibliotece Uniwersyteckiej.

ps. na wspomnianej wystawia są w sumie trzy różne dachówki, jedna z Reszla, z zamkowego dachu, kolejna, karpiówka, gdzieś z popegerowskiego budynku na Warmii.

Moim marzeniem jest pomalować wszystkie butelki świata (te niechciane)

sczachor

moje_butelki_z_wernisazu

W piątek 13-tego października 2017 r. odbył się wernisaż wystawy Grupy A*R*T (czytaj więcej na ten temat). I ja też po raz siódmy wystawiłem swoje malowane butelki, zarówno te znalezione w krzakach czy jeziorze, jaki te niewyrzucone (choć niepotrzebne) oraz podarowane przez znajomych (nie wyrzucają tylko oddają, by pomalować i by poszły w świat całkiem potrzebne). Malowane w bioróżnorodność, rośliny i owady naszego regionu. Ginąca i niedoceniana różnorodność biologiczna, niszczona przez zaśmiecanie krajobrazu i dewastowanie przyrody rozpasaną konsumpcją we wszystkich wymiarach.

Na wystawie znalazły się butelki malowane na lipcowym plenerze w Reszlu (zobacz zdjęcia z Reszla oraz informacje o plenerze). Niektóre pomalowane w reszelskim cittaslow już tam pozostały. Oraz butelki pomalowane w czasie wrześniowej, Olsztyńskiej Wystawy Dalii. Wszystkie powstawały w czasie spotkań z ludźmi. W czasie rozmów, rozmyślań i wzajemnych inspiracji. Bo człowiek ma sens jedynie wśród ludzi. Nawet jeśli jest samotny czy rozmyśla lub tworzy na pustkowiu. I sztuka też (ma sens jedynie wśród ludzi). Grupowa arteterapia, gdy mamy okazję dostrzegać siebie w procesie tworzenia. Ważny jest proces a nie produkt (finalny).

Maluję już od wielu lat. Pomalowałem już chyba z tysiąc butelek, słoików i innych szklanych pojemników (nie licząc starych dachówek czy polnych kamieni). Wszystkie rozdałem i powędrowały w różne miejsca Polski, Europy i świata. I ciągle mam pełne kartony czekających na kontakt z pędzlem i ludzkimi rozmowami.

Moim marzeniem jest pomalować wszystkie butelki świata – te niechciane, wyrzucone, zaśmiecające, niepotrzebne. By przez malowanie przywrócić im sens, uwagę, by ten sens, piękno i użytkowość ktoś na powrót zobaczył. I nie wyrzucał, lasu nie zaśmiecał, jeziora nie dewastował, konsumował mniej. Mniej materialnie więcej duchowo. Niemożliwie? Za dużo? Może będzie ich mniej... tych niechcianych i wyrzuconych. 

Nie ma rzeczy niepotrzebnych. I ludzi. Jest tylko nadmierna i powierzchowna konsumpcja rzeczy jednorazowych. Chciałbym im przywrócić długotrwałość i godne życie pełne sensu. Rzeczom i ludziom. Dużo tych niechcianych butelek (zapewne i ludzi). Wyrzuconych, za płot, za miedzę, za granicę, byle dalej z oczu. Odgrodzić się od tego „śmietnika” wysokim murem, kolczastym płotem…

Maluję, maluję a końca nie widać. Może ktoś pomoże je pomalować (i przywrócić sens)? Może razem, po wspólnej refleksji, odejdziemy od rozrzutnej kultury jednorazowości i przestaniemy dewastować zasoby Ziemi oraz estetykę krajobrazu, tego przyrodniczego i kulturowego? Może przestaniemy po prostu wyrzucać, a jednorazowość zastąpi długu cykl życiowy… opakowania. Piękno i trwałość przeciw tandecie i jednorazowości.

Żyj długo i z sensem. I pozwól żyć innym. Rzeczom i ludziom. W pośpiechu nie dostrzeżesz ani piękna ani sensu.

 

Czytaj też: Kup nowy odkurzacz, czyli prawo do naprawy

Życzenia dla nauczycieli

sczachor

Dalie

Nauczycielem się bywa. Każdy bywa nauczycielem, krócej lub dłużej. Nie tylko w szkole. Uczymy przez przykład, uczymy bliskich, uczymy się ustawicznie przez całe życie. Jesteśmy nauczniami, czasem uczymy, czasem to nas uczą. Uczymy się wspólnie i nawzajem..

Niewdzięczna jest praca nauczyciela. Po pierwsze dlatego, że nie widać od razu elektów pracy. Nauczyciel jest niczym leśnik, jego pracę dostrzegą przyszłe pokolenia (choć imienia mogą nie znać).  Na dodatek nie wiadomo czy efekty edukacyjne wynikają z jego pracy czy innych osób, zbiegów okoliczności, środowiska edukacyjnego itd. Sukces ma wielu ojców, porażka jest sierotą. Opss, jest nauczycielem. Bo na nauczycieli najczęściej narzekamy i pamiętamy wszystkie przykre chwile. Taki kozioł ofiarny. Dzisiaj będzie inaczej?

W dniu święta nauczycieli przyjmijcie drodzy pedagodzy, permanentni lub okazjonalni, podziękowania i wsparcie w trudnych chwilach zwątpienia, rezygnacji. To co robicie, jest bardzo ważne. Jest jak sadzenie nasion drzewa - efekty będą widoczne dopiero za jakiś czas.

W Dniu Nauczyciela kieruję do Was ciepłe słowa wsparcia i kwiaty. Są ulotne jak wdzięczność dla edukatorów - nie podlewane szybko więdną i przemijają. Ale Wy trwajcie. 

Przesyłam Wam życzenia, by uczniowie, a jeszcze bardziej rodzice uczniów, nie zapominali przekazywać Wam uśmiechy i proste, niematerialne dowody wdzięczności przez cały rok. Nie tylko szkolny.

Wytrwałości i wielu uśmiechów wokół Was!

O ewolucji, pasożytach i trolujących hejterach

sczachor

dzbanecznikiPodobieństwo systemów żywych i kulturowych w moim odczuciu świadczy o jedność świata we wszystkich jego przejawach. Poszukiwanie podobieństw i jednolitych praw, niezależnie od poziomu organizacji od lat mnie zajmuje. Bez wątpienia jestem zwolennikiem ogólnej teorii systemów.

Życie to program czy struktura? Pytanie to powraca ze zdwojoną mocą w obliczu postępów w konstruowaniu sztucznej inteligencji. Czy na przykład możliwe jest trwanie człowieczeństwa… w układach krzemowych? To samo można powiedzieć o systemach żywych. Takie pomysły od dawna lęgną się w głowach ludzkich, że przypomnę tylko mojego ulubionego futurologa Stanisława Lema.

W niniejszym wpisie chciałem opowiedzieć o pasożytach. Organizmy żywe od miliardów lat żyją w obecności pasożytów i w interakcji z nimi. A skoro są pasożyty (tak jak i inne interakcje międzygatunkowe) to nasze organizmy ewolucyjnie przystosowane są do ponoszenia strat. Na przykład nasze organy są ponad niezbędne potrzeby. Bo zawsze coś nas podżerało. Dlatego teraz możemy żyć z jedną nerką, jednym płucem (mniej wydajnie ale jednak). Wcześniejsze przygotowanie na możliwe i prawdopodobne straty.

W układach kulturowych też mamy relacje podobne do pasożytnictwa. I też chyba można dopatrzyć się podobnych strategii radzenia sobie z obecności „pasożytów”. Na przykład internetowych trolli czy hejterów. Są jak pasożyty, niezdolni do samodzielnego życia. Pasożyt-troll, jest również uciążliwy, żyjący cudzym (cudzymi zasobami, cudza energią). Istnieje tylko wtedy, gdy może na kimś pasożytować. Komentuje cudze wpisy bo sam ich stworzyć nie potrafi. Sam nie napisze, potrafi tylko komentować, krytykować złośliwie w stylu „ja tylko pytam”, jak eunuch w haremie, niczego nie spłodzi (sam) ale zawzięcie się udziela.

Czym się różni pasożytnictwo od drapieżnictwa? Wielkością względem ofiary. Pasożyt jest mały (fajna z tego aluzja społeczna wychodzi). Nie zabija a szkodzi. Drapieżnik jest duży w stosunku do ofiary – zabija osobnika i zjada. W pewnym sensie „pasożytuje” na populacji.

Krawiec kiedyś szył ubrania, od początku do końca. Projektował, fastrygował, przymierzał i powstawał ubiór kompletny, dostosowany do osoby. Czym innym jest dokonywanie drobnych przeróbek. Gotowe ubranie, które tylko nieco poprawia, skraca, doszywa, modyfikuje, ceruje. Też umiejętności lecz nieco o węższym zakresie kompetencji. Możliwe jest tylko przy jednoczesnym funkcjonowaniu fabryk odzieżowych. W szerszym systemie utrata części funkcji (tak jak w relacjach pasożyt-żywiciel). Podobnie szewc szył byty. Teraz tylko naprawia - zredukowane umiejętności, zawężenie. Pasożyt także ma zredukowane struktury i funkcje, sam nie przeżyje. Podobnie z internetowym trolem. Żyje tylko kosztem innych. Sam z siebie nie potrafi niczego stworzyć, napisać (czegoś o znamionach całego utworu, pełnej wypowiedzi). Tylko komentuje. Złośliwie. Myśli, że jest to oznaką inteligencji. Takie światełko odblaskowe, błyszczy tylko światłem odbitym. Uciążliwy jak pasożyt.

Hejter jest anonimowy bo boi się oceny i weryfikacji, nie potrafi stworzyć spójnej całości. Nie jest malarzem tworzącym dzieło (lepsze lub gorsze ale dzieło). Jest jak wandal co bazgrze, sprayem wypisuje brzydkie wyrazy. Lub scyzorykiem wycina nieporadne słowa na drzewach lub meblach.

Ignorować czy zwalczać? Co bardziej kosztowne? Kiedy w tundrze pojawia się dużo owadów krwiopijnych to renifery migrują bardziej na północ. Trud wędrówki, by uwolnić się od komarów i innych licznych, sześcionogich krwiopijców. Ale gdy nękających much jest niewiele, to mniejsze koszty są, gdy je tolerujemy (mimo strat) niż zwalczamy (bo to także wymaga energii). Biologia ewolucyjna podaje wiele przykładów takich dylematów i bilansów energetycznych.

Mój osobisty troll też bywa uciążliwy. Musiałem zwiększyć ograniczenia na moim blogu (włączone moderowanie). Jest to uciążliwsze dla czytelników (bo później widzą swoje komentarze), i dla mnie jest uciążliwsze bo częściej muszę zaglądać na blog w formule administratora. Włączyłem moderowanie by nie upowszechniać treści rasistowskich, faszystowskich, agresji, wulgaryzmów i bzdetów. Dlaczego miałby taki hejter korzystać z mojego bloga, dość licznie odwiedzonego? Pasażer na gapę, roznoszący „choroby”. Bo i pasożyty często roznoszą patogeny. Na przykład takie kleszcze. To, że wypija trochę krwi, nie stanowi dla nas wielkiego problemu. Jednak borelioza czy odkleszczowe zapalenie opon mózgowych jest już dużo większym problemem. Kleszcze bywają wektorem dla dużo groźniejszych patogenów, infekujących skrycie i z opóźnieniem. Koszt energetyczny zwalczania pasożytów bywa niekiedy duży, dlatego czasem opłaca się cierpieć, zaakceptować straty bo zwalczanie będzie bardziej kosztowne.

Rośliny jako organizmy osiadłe, narażone są na eksploatację przez roślinożerców. Roślina nie ucieknie. Musi bronić się inaczej, np. bronią chemiczną czyli różnymi związkami trującymi lub „zniesmaczającymi”. Koszt syntezy trucizn bywa spory. Dlatego bywa tak, że dopiero po nagryzieniu liści przez foliofagi następuje wzmożona synteza różnych związków obronnych. Czasem rośliny wydzielają sygnały chemiczne ostrzegające inne osobniki o obecności roślinożerców i potrzebie uruchomienia fabryki chemicznej.

Pojawianie się głupawych wpisów mojego osobistego (antyeuropejskiego, denialistycznego i antynaukowego trolla) powoduje włączanie uciążliwszej funkcji moderowania komentarzy.

Pasożytnictwo istnienie w przyrodzie. Organizmy przystosowują się do ich obecności, uruchamiając różnorodne strategie obronne wtedy, gdy szkody stają się zbyt uciążliwe.

 

ps. Na zdjęciu dzbaneczniki, rośliny owadożerne. Bo nawet nieruchliwa roślina może być konsumentem (odwrócone role). Zdobywa azot, gdy brakuje go w glebie. Na wszystko znajdzie się sposób.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci