Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

W Warszawie dowiedziałem się, że jestem prorokiem i ewangelistą

sczachor

prorokTytuł jest z jednej strony chwytliwy bo kojarzy się z prorokami, wielkimi rzeczami społecznymi i paradoksalnie w tym jest jakaś szara, zwykła osoba. Może zaintrygować. Bo prorocy i ewangeliści (ewangelizatorzy) intrygują w niecodziennym i zaskakującym zestawieniu. Na dodatek religia zawsze nas nastawia emocjonalnie, albo za albo przeciw. Trudno być chłodnym. Są więc emocje.

Ale z drugiej strony tytuł jest i ryzykowny, bo w epoce nadmiaru informacji czytamy często same tytuły. I to tylko na podstawie tytułu komentujemy w internecie. Celują w tym internetowi trolle. Dyskutujemy nie z poglądami zawartymi w tekście lecz własnymi wyobrażaniem i skojarzeniami. Z tym co myślimy, że tam być może jest.

Zatem tytuł wzbudzający emocje z jednej strony zachęca do przeczytania z drugiej utrudnia poprawne przeczytanie treści.

W komunikowaniu się oraz w obserwowaniu świata wokół nas dużo zależy od kontekstu (w tym także emocjonalnego) jak i od tego, co już na dany temat (czy osoby) wiemy. Widzimy to, co chcemy dostrzec, słyszymy to, co chcemy usłyszeć. Taki filtr. W dużym stopniu w tym procesie biorą udział emocje. Drugim elementem jest nasz osobisty system wiedzy.

No więc jak jest z tymi moim prorokowaniem i ewangelizowaniem? I czy ma to związek z religią?

Znaczenie słów poznajemy najczęściej z kontekstu. Przykładem może być uczenie się języków. Możemy uczyć się języków definicyjne – słowa i ich znaczenie poznajemy z opisu, definicji. Możemy uczyć się ich znaczenia z kontekstu, w jakim zostały użyte. Przykładem są języki obce. Ja uczyłem się logicznie i definicyjnie w szkole. Z marnym skutkiem. Potem doskonaliłem kontekstowo. Z lepszym skutkiem. Podobnie jest z wieloma innymi rzeczami. Bo na przykład język biologii, żargon specjalistyczny mechaników samochodowych itd., możemy poznawać z uczenia się słówek ze słownika (definicji), albo po prostu zanurzyć się w środowisku osób tej profesji i… stopniowo poznawać w akcji, kojarząc znaczenie z kontekstu… Albo w dwojaki sposób. Ten ostatni jest najlepszy. 

Znaczenie słów bardzo często poznajemy z kontekstu w jakim je użyto. Bo na przykład zamek. Jeśli średniowieczny i z rycerzami, to zrozumiemy jako ceglaną budowlę z określonego okresu historycznego i o konkretnym przeznaczeniu. Jeśli błyskawiczny… to skojarzymy z ubraniami i zasuwaniem. Jeśli metalowy lub Yale – to zamek do drzwi. A przecież nie wyczerpuje to wszystkich znaczeń tego samego słowa „zamek”. Kontekst zmienia wiele. To dobre nawiązanie do konektywizmu i wiedzy konektywnej. I tu dochodzimy do wspomnianego prorokowania oraz samej konferencji, w której brałem udział w Centrum Nauki Kopernik.

Prorok i ewangelista (chyba poprawniej po polsku byłoby ewangelizator) to określenie na brokerów idei. Prorok czy ewangelizator jeszcze się nam jakoś sensownie kojarzy, ale broker? Już to słowo kiedyś słyszałem, w kontekście biznesu. Nie bardzo rozumiem co znaczy, tak mniej więcej, z naciskiem na mniej. Bo rzadko słyszałem i w obcej dla mnie dyscyplinie (środowisku pojęciowym). Czyli kojarzy mi się jakoś z biznesem. Czyli mniej trafnie.

Prorok to określenie na takiego brokera idei, który przynosi do organizacji nowe idee z zewnątrz. Ewangelizator to taki broker idei, który pomysły, doświadczanie i dokonania organizacji, grupy rozgłasza po świecie, wynosi na zewnątrz. Całkiem nowe pojęcia dotyczące konektywizmu i funkcjonowania organizacji oraz upowszechniania się idei, pomysłów.

Nowe zjawisko a więc jest potrzebne jakieś nowe słowo do jego opisania (by się móc sprawnie komunikować i porozumiewać). Można tworzyć neologizm, albo wykorzystać stare słowo, umieszczając je w nowym kontekście. Tak jak dzieje się w biologicznej ewolucji (narząd zmienia swą funkcję albo gatunek niszę w ekosystemie – zmienia się kontekst).

Dlaczego uświadomiłem sobie, że w tym kontekście pojęciowym jestem prorokiem? Bo z konferencji przywożę (i opowiadam, upowszechniam, próbuję zastosować, implantować) nowe idee. Dlaczego jestem ewangelizatorem? Bo o dokonaniach mojego, olsztyńskiego środowiska opowiadam na konferencjach w innych miejscach. „Wynoszę” na zewnątrz i opowiadam, upowszechniam a często znajduje to uznanie, naśladownictwo (czyli pada na podatny grunt). Samo uczestnictwo w konferencjach nie czyni z nas proroków lub ewangelizatorów. Nie każdy jest brokerem wiedzy, świadomym lub nieświadomym.

Jak mieszczanin ze sztuki Moliera (ten dowiedział się, że mówi prozą) uświadomiłem sobie, że od lat jestem i prorokiem i ewangelizatorem … w zakresie edukacji szeroko rozumianej.

W sumie równie dobrze mógłbym napisać, że jestem kleszczem (lub komarem) roznoszącym wirusy i bakterie między jednym organizmem a drugim. Takie biologiczne porównanie. Jednak zazwyczaj roznoszenie chorób kojarzy się z czymś złym, destrukcyjnym. Może lepiej by było – wektorem? Bo takie pasożyty roznosząc bakterie czy wirusy czasem są bardzo pożyteczne, dla danego organizmu. Ale to już inna historia. Opowiem kiedy indziej.

 

ps. pojawia sie wątpliwośc czy używać słowa "ewangelista" (tak jak na slajdzie w czasie warsztatów  w Centrum Nauki Kopernik) czy raczej "ewangelizator". Wydaje mi się, że lepiej byłoby chyba eangelizator. Ale używałem także formy oryginalnej, zaproponowanej porzez autorów. Oba słowa traktuję jako synonimy.

ewangwlista

Wiedźmy i czarownice w laboratorium w czasie Nocy Naukowców

sczachor

16107570_10210483321632683_2440532242588534438_oEdukacja pozaformalna w małych porcjach systematycznie nabiera rumieńców i na trwałe wpisuje się w krajobraz (środowisko) edukacyjny. Przykładem jest zbliżająca się Europejska Noc Naukowców (29 września 2017). Rozrywka łączy się z edukacją, edukacją z rozrywką. Bo poznawanie świata jest przyjemne. Jak więc tę przyjemność zakwalifikować: jako uczenie się czy jako rozrywka? W dobie trzeciej rewolucji technologicznej nauczanie dawno już wyszło poza mury szkoły i uniwersytetu.

Duże bogactwo i różnorodność pokazów, przygotowanych na Noc Naukowców w Olsztynie, przyciąga nie tylko młodzież szkolną, rodziny czy seniorów. W tym roku o Nocy Naukowców zwiedziały się wiedźmy i czarownice z warmińsko-mazurskich bagien, moczarów, lasów i innych tajemniczo-strasznych miejsc. Przylecą do Biblioteki Uniwersyteckiej…. Ale nie po to by straszyć lecz się dokształcać (ewentualnie jedno i drugie jednocześnie, kto ich tam wie). Na naukę nigdy nie jest za późno ani za wcześnie. Każdy może, niezależnie od wieku, wykształcenia i profesji. W odkrywanym środowisku edukacyjnym od niedawna dostrzegamy sieć wzajemnych powiązań (konektywizm). Temu problemowi poświęcona jest zbliżająca się konferencja w Centrum Nauki Koperki Pokazać-Przekazać (25-26 sierpnia 2017).

Konektywizmu to przekonanie, że wiedza nie jest zbiorem faktów, ale sumą relacji pomiędzy faktami. „To nie zbiór zdań oznajmujących nam prawdy na temat Wszechświata, ale sieć skojarzeń, która łączy nasze doświadczenia i działania. Wiedza jest rozproszona w sieciach połączeń pomiędzy ludźmi, przedmiotami (np. książki), wirtualnymi miejscami w internecie (jak choćby Wikipedia), czy urządzeniami (tzw. internet rzeczy – internet of things). Nie ma tu miejsca dla jednej szkoły, jednego nauczyciela, jednego podręcznika…” Jakkolwiek konektywizm mocno podkreśla uczenie się w sieci internetowej, to ludzie od swoich początków funkcjonowali w sieci powiązań, Kiedyś trzeba było wiedzieć kogo o daną rzecz zapytać: zielarkę o choroby, stolarza o to jak przybijać gwoździe, rolnika jak kosić żyto. Teraz trzeba umieć gdzie i jak szukać w internecie (jakie wpisać słowa w przeglądarce, jakie wybrać strony czy serwisy, jak odróżnić fakty od faktoidów). Konektywizm podkreśla, że „żeby się uczyć, musimy się kontaktować poprzez sieć ludzi, organizacji i urządzeń, przedzierać mozolnie przez sieci znaczeń i sensów. Z takiej perspektywy uczenie jest nie tyle gromadzeniem i zapamiętywaniem, ile podłączaniem się do sieci wiedzy i przechodzeniem od jednego jej węzła do kolejnych – bardziej oddalonych i wymagających większego zaangażowania.”

Środowisko (ekosystem) edukacyjny, pojęcie utworzone w analogii do przyrody i ekosystemu sensu stricte, to także sieć powiązań i mapa wiedzy. W takim rozumienie Europejska Noc Naukowców jest jednym z węzłów takiej edukacyjnej sieci. I nawet czarownice o tym wiedzą.

15972442_10210483308752361_4708837178998834610_oWieczorem, 29 września, w Bibliotece Uniwersyteckiej pojawi się także grupa artystyczna „Wiedźmuchy”. Ich pokaz i działania będą z elementami etnografii, nawiązaniem do produktów regionalnych, biotechnologii, lokalnej bioróżnorodności i interaktywną zabawą dla osób w każdym wieku.

Nauka narodziła się z mitów, praktyk szamańskich, wiedzy potocznej. Tak było przed wiekami. Współcześnie nauka i naukowcy funkcjonują zupełnie inaczej. Nie ma astrologii – jest astronomia. Nie ma szamańskich praktyk – jest medycyna, biotechnologia, etnografia. Ale jest na poważnie maść do latania… jako produkt regionalny z Warmii i Mazur. Takich przykładów wykorzystania dziedzictwa we współczesnej gospodarce jest więcej.

Co robią Wiedźmy na uniwersytecie i w laboratorium? Przyleciały się dokształcić. Bo wiedźma to ta co wie, a niewiasta to ta, która nie wie. Żyjemy w wieku gospodarki opartej na wiedzy. Rozwijają się nowe formy edukacji ustawicznej i pozaformalnej. Wiedźmuchy pojawią by się dokształcać, ale i po to, by zrobić casting dla nowych kandydatek. Będą tańce, zagadki i odlotowe zadania do wykonania. Tylko dla chętnych i odważnych.

Wiedźmuchy to grupa artystyczna kobiet z dystansem do siebie (są i pracownicy naukowi z UWM). Zamiast się upiększać one się malują… na brzydko. I mają odwagę zmierzyć się z negatywnym mitem kobiety-czarownicy, kobiety-wiedźmy. Zatem przybywajcie. W uniwersyteckich murach już raz gościły, w styczniu na Wydziale Biologii i Biotechnologii, w czasie Nocy Biologów 2017.

Link do zdjęć z Nocy Biologów 2017

Molariusz Warmińsko-Mazurski na Olsztyńskich Dniach Nauki i Sztuki

sczachor

18922097_1902078886484921_6999363679567141138_nW czasie zbliżających się Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki (27-28 września) prezentowana będzie m.in.  wystawa dachówek przed biblioteką. 8.00-22.00 (także w czasie Europejskiej Nocy Naukowców 29 września.  Wystawę dachówek z wyobrażeniami moli książkowych z entomologicznym podtekstem zobaczyć można będzie przed Biblioteką Uniwersytecką w Kortowie.

Wystawa to efekt kilku spotkań w przestrzeni publiczne i rozmów o dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym regionu.Najwięcej prezentowanych dachówek powstało w czasie Molariusza Warmińsko-Mazurskiego na dachu Biblioteki.

Spotkania z ludźmi inspirują. Nawet, jeśli odbywają się za pośrednictwem papierowych książek. Biblioteka jest takim urokliwym miejscem na spotkania z myślą ludzką, opowieściami i refleksjami. W ciszy i w gwarze. To pierwsze w czasie czytania, to drugie w czasie różnorodnych aktywizujących pikników naukowych. Zmienia się świat wokół nas i nośniki ludzkiej myśli. Dawno temu były to recytowane poezje, śpiewane pieśni i ballady, tańczone przedstawienia muzyce. Potem myśl na długo przylgnęła do zadrukowanego papieru. Biblioteki z książkami przez kilka stuleci były sercem uniwersytetów. Teraz nastał czas elektroniki i cyfryzacji ludzkiej myśli i kontaktów. Ale nawet i teraz biblioteki nie przestają być miejscem spotkań. Zmienia się wiele (nośniki) by pozostało cos niezmiennego (wymiana ludzkich myśli).

Dachówki zostały pomalowane 12. maja 2017 r. w czasie XIV Ogólnopolskiego Tygodnia Bibliotek na tarasie Biblioteki Uniwersyteckiej UWM w Olsztynie. Motywem przewodnim były … mole książkowe. Tak, jak sobie je wyobrażali malujący. Dachówki pochodzą z Mazur, z Kowalewa, powiat piski, Wapnika, Wójtowa. Jedna przyjechała aż z Umbrii (dar prof. Małgorzaty Chomicz). Przyjechała z dalekich Włoch, gdzie narodziła się idea wolnego życia cittaslow i gdzie powstawały pierwsze uniwersytety.

Do dachówek z molami napisane zostały opowieści - wszytskie do odszukania na blogu: https://gadajacedachowki.blogspot.com/  (można je będzie także przeczytać w czasie zwiedzania wystawy; link przez Kod QR oraz na ulotce i plakacie). Unikatowy katalog moli czyli Molariusz Wamińsko-Mazurski powstał 12. maja 2017 r. w czasie XIV Ogólnopolskiego Tygodnia Bibliotek. Różnorodne wyobrażenia moli zostały malowane na dachówkach, zaś ich autorzy dzielili się miedzy sobą opowieściami, fraszkami i piosenkami, które się z każdym wyobrażeniem mola kojarzyły.

I tak wśród galerii moli książkowych znalazły się m.in.: Napójka Łąkowa (mól książkowy z Wójtowa, preferuje wolne lektury), Bagiennik z Jeziora Czarnego (mól książkowy preferujący literaturę hydrobiologiczną, czyta na ławkach w parku), Kortowski Mól (uniwersytecki robaczek szybujący po wiedzę), Smerfomól (złapany w sieć uzależnień od czytania literatury naukowej), Mól Pedagogiczny (śliczny i liryczny) i wiele innych.

Noc sprzyja rozwijaniu się wyobraźni. To jeden z kilku powodów, dla którego "mole książkowe", czyli miłośnicy dużej ilości przeczytanych przez siebie książek, nie mogą się oderwać od lektury, także po zmroku. Kolejnym czynnikiem, dla którego "pożeracze" książek lubią noc to tajemnice. A te najlepiej odkrywać pod osłoną nocy, kiedy właśnie ożywia się wyobraźnia a wszystkie zmysły intensywniej pracują. Jeśli lubisz czytać i rozwiązywać zagadki, biblioteka jest dla Ciebie prawdziwym królestwem. Nocą budzą się tu różnorodne żyjątka, które oprócz pożerania papieru, czy innych materiałów wchodzących w skład opraw (skóra, drewno), lubią także poczytać tekst. Zapraszamy do poszukiwań drewnojadów, motyli futrzastych i innych moli książkowych, które opowiedzą Wam swoją historię w Bibliotece Uniwersyteckiej UWM w Olsztynie. 

Wystawę uzupełniają inne dachówki, pomalowane w czasie różnorodnych spotkań edukacyjnych, m.in. w olsztyneckim skansenie, Dnia Roślin itd. Natomiast w czasei Europejskiej Nocy Naukowćów pajawi sie molowa gra z przygodami. Szukając dachówkowych moli, ykrytych w bibliotece rozwiązać będzie można przyrodnicza zagadkę, zebrać pamiątkowe pieczątki z owadami oraz... otrzymać nagrodę.

Zaprawszam pod koniec wrzesnia na Olsztyńskie Dni Nauki i Sztuki oraz Europejską Noc Naukowców. 

Ps. Do wiedzy garną sie także Wiedźmuchy z lasu... zapowiedziały, że przylecą...

O długoskrzydlaku sierposzu i nauce z wolontariatem

sczachor

dlugoskrzydla1W czasach kiedy naukowcy zajmują się zdobywanie punktów to naukowcy-wolontariusze zajmują się żmudnym zbieraniem danych podstawowych. Prace faunistyczne nie przynoszą „punktów”, dlatego w coraz większym stopniu publikowaniem takich materiałów zajmują się specjaliści z różnego typu towarzystw naukowych. Dla nich nauka jest hobby a nie źródłem utrzymania. Najlepiej jednak wtedy, gdy wolontariusze współpracują z ośrodkami akademickimi. Wiele danych, zebranych przez setki obserwatorów, poddawanych jest analizie statystycznej i profesjonalnej analizie. Z takich big data wychodzą bardzo ciekawe analizy, np. dotyczące zmiany zasięgów występowania gatunków. Część z nich to efekt zmian klimatu. Inne to ekspansja gatunków inwazyjnych.

Najszybciej wolontariusze uaktywnili się w ornitologii. Ptaki są wdzięcznym obiektem do obserwacji i stosunkowo łatwe do oznaczenia (rozpoznania). Wśród owadów najłatwiej oznaczać motyle dzienne i ważki, dlatego o tych grupach wiemy stosunkowo najwięcej. Oprócz łatwości przyżyciowego oznaczania potrzebna jest mądra współpraca. Naukowcy muszą przygotować wygodne i łatwo dostępne klucze do oznaczania oraz chcieć wykorzystać Internet z portalami społecznościowymi. Systematycznie się to rozwija. Ja sam myślę o przygotowaniu klucza do oznaczeń chruścików, na podstawie skrzydeł. Coraz więcej osób robi zdjęcia (ułatwia weryfikację). Jednak żeby wykorzystać takie dane potrzebny jest dobry klucz, bazujący na rysunku złożonych spoczynkowo skrzydeł. Pracy będzie bardzo dużo… a punktów wcale. Niemniej nauka nie może się rozwijać tylko ”dla punktów”. To tak jak w szkole uczenie się dla ocen….

Nie myślałem, że zamieszczane przeze mnie ciekawostki o wybranych gatunkach owadów, roślin, grzybów i glonów (Hildebrandtia rivularis) mogą być przydatne do takich analiz. Ale nie tylko w ten sposób utrwala się obserwacje (z datą i miejscem). Pod postami pojawiają się obserwacje innych osób (trafiają szukając informacji lub ze specjalistycznych forów. W ten niezamierzony sposób dokumentowane są dane o rozmieszczeniu charakterystycznych gatunków.

Pisałem kiedyś o długoskrzydaku  (zobacz także komunikat). Te moje dane zostały wykorzystane przez kolegów entomologów w publikacji. Zebrali setki różnych obserwacji, także od wolontariuszy-naukowców. I tak powstała bardzo ciekawa praca, z mapką… Podobnie wpis o modliszce na moim blogu przyczynia się do zbierania obserwacji o tym gatunku.

Formy komunikacji zmieniają się, także w nauce czyli między naukowcami. Może kiedyś również będą się liczyły do „algorytmu”. A naukę uprawiać mogą nie tylko naukowcy zawodowi (utrzymujący się z pracy naukowej) lecz także „amatorzy”, czyli hobbyści. Nie znaczy że mają mniejszą wiedzę. Nauka dla niech nie jest źródłem utrzymania i zarobkowania. Zatem nie mają „parcia na punkty”. Jest miejsce na działalność wielu regionalnych i branżowych towarzystw naukowych.

Ilustracje to fragment z publikacji, która ukazała się w Przeglądzie Przyrodniczym o dłogoskrzydlaku sierposzu.

dlugoskrzydlak_2

Czy internet spłyca myślenie?

sczachor

Często można spotkać się z opiniami, że „Internet spłyca myślenie”. Ale czy jest tak naprawdę? Jaki powinien być punkt odniesienia? Być może porównujemy nie te elementy komunikacji, które należałoby. Z całą pewnością powszechny dostęp do komputerowych technologii zmienił nasz sposób komunikacji. Zastanówmy się co i jak zmienia. Pytanie, czy to dobrze czy źle, jest już znacznie trudniejsze.

Dla naczelnych, w tym człowieka, aspekt społeczny i komunikacji jest niezwykle ważny. Przyjaźnie, sojusze odgrywają dużą rolę w budowaniu pozycji socjalnej. Na początku było to przytulanie i iskanie się. To one w jakimś sensie limitowały liczebność grupy. Bo żeby przeżyć hominidy musiały dzielić czas na zdobywanie pożywienia i budowanie relacji społecznych (swój, bardziej swój, obcy, wróg itd.). Przy iskaniu się liczebność grupy, a więc i utrzymywanych kontaktów, ogranicza się do ok. 50 osobników.

Pierwszą adaptacją u hominidów, być może w rodzaju Homo, był rytuał oparty na rytmie, tańcu i być może specyficznym śpiewie-muzyce (dźwięki ale jeszcze nie mowa). Niezwykłą adaptacją człowieka (Homo sapiens) była mowa. Można utrzymywać więź z innymi i jednocześnie zajmować się zbieraniem pożywienia, czy jak współcześnie - pracą. Mowa to takie iskanie się na odległość. Równoczesne zajmowanie się pracą-szukaniem jedzenia i utrzymywaniem więzi. Podzielność i wielozadaniowość miała swoje początki setki tysięcy lat temu. Dorzućmy to tego sztukę i malowidła, a mamy pierwotny obraz więzi dawnych, niepiśmiennych ludzi. Kultura opowieści, oparta na mowie, jak i malowidłach (obraz), tańcu i pieśni, budujące rytuał a tym samym i więź w społeczności. Liczebność grupy wzrosła do ok 150. I tak żyliśmy jako Homo sapiens przez dziesiątki tysięcy lat. To niewyobrażalnie długo w porównaniu do współczesności.

W dużych społecznościach rolniczych powstało pismo. To kolejna adaptacja (tym razem kulturowa a nie biologiczna), która umożliwiła utrzymywanie więzi z większą grupą ludzi. Także z tymi, których nie widzimy. Bo już dawno nie żyją, lub są daleko. Tak daleko, że ich ani słyszymy ani widzimy. Pismo zmieniło wiele. Długo trwało doskonalenie słowa pisanego (gramatyka, interpunkcja, styl itd.). Początkowo pismo było nakładką na język mówiony: stąd w poezji rym i rytm, ułatwiające niepiśmiennym zapamiętywanie długich treści. Potem pismo wytworzyło swoje gatunki literacie i swój, zupełnie nowy, sposób przekazu. Tak żyliśmy zaledwie kilka tysięcy lat. Pamiętając, że piśmienni byli tylko niektórzy. Powstanie pisma możemy wiązać z rolnictwem i pierwszą rewolucją technologiczną. Społeczności rolnicze były przegęszczone, słabiej odżywione (co widać w wymiarach ciała i chorobach), ale to one wygrały cywilizacyjnie ze społecznościami nomadów, łowców-zbieraczy czy myśliwymi. Bo byli liczniejsi i w kontaktach utrzymywali więzi z większą liczbą osób. Biomasa współpracujących mózgów była większa. Pismo było jednym z elementów utrzymywania poszerzonych więzi i pamięci rozszerzonej. Zapisany papirus był pozamózgową pamięcią zewnętrzną.

Epoka przemysłowa to druga rewolucja technologiczna. Kolej żelazna ułatwiła dalekie i łatwe podróże (podobnie jak żegluga). Przeciętny człowiek spotykał w swoim życiu więcej ludzi niż jego średniowieczni przodkowie. Wynalezienie druku znacznie potaniło i przyspieszyło upowszechnianie słowa pisanego. Pojawiło się szkolnictwo powszechne. Rozkwitła kultura taniego słowa pisanego (drukowanego, z gazetami włącznie). Sokrates narzekał, że pismo zabije pamięć. I miał rację, skoro można zapisać, to nie trzeba pamiętać. Komunikacja pisana jest nieco inna od tej mówionej.

Pismo, powszechnie dostępne, bardzo zmieniło nasze społeczeństwa. Nie wszyscy za tym nadążają, ujawniły się wcześniej nieistotne dysfunkcje, np. dysleksja. Pewne inne formy przekazu i komunikacji zostały zmarginalizowane. A przecie uważamy kulturę pisaną za ogromne osiągnięcie.

Teraz żyjemy w czasach trzeciej rewolucji technologicznej i dominacji komunikacji elektronicznej, w tym internetowej. Nic już nie będzie takie jak dawniej. W epoce cyfrowej słowo zastępowane jest obrazem i filmem. Na powrót ważniejsze stały się nieco inne kanały informacji. Czy to źle? Po prostu inaczej.

Ważną cechą epoki cyfrowej jest… kolejne poszerzenie kręgów komunikacji – kontaktujemy się z jeszcze większą liczba ludzi. Liczba kontaktów jest chyba większa niż biologiczne możliwości naszego mózgu. Przecież ukształtowane w zupełnie innych warunkach. Ewolucja kulturowa znacznie wyprzedziła ewolucję biologiczną. A nasza zewnętrzna pamięć jeszcze bardziej została poszerzona. Nie musimy pamiętać, nie musimy mieć zapisanego w podręcznej biblioteczce… a i tak mamy do tego dostęp. Jak nie na dysku, to w "chmurze".

Dopiero w takim kontekście możemy „narzekać” na wszystkie braki epoki cyfrowej. Na przykład na swoisty narcyzm, egoizm, widoczny w portalach społecznościowych. Tyle tylko, że wcześniej też tacy byliśmy… w rozmowach między sobą. O czym plotkowaliśmy, jak nie o sobie i tym, co inni "do nas mają"? Mówimy z niezwykłą łatwością, pisze się znacznie trudniej. Mam na myśli pismo ręczne i drukowane. W mowie potocznej nie zwracamy uwagi na gramatykę i styl. Co innego w treści zapisanej. Teraz, dzięki technologiom cyfrowym, piszemy znacznie łatwiej i taniej niż kiedyś. Gdy papier sdużo kosztował a pisało się stalówką lub długopisem, nie wszystkie treści przenosiliśmy w postali liter i wyrazów. Zapisywaliśmy rzeczy tylko najważniejsze (odfiltrowane, odsiane). Podobnie jest ze zdjęciami cyfrowymi: pstrykamy na potęgę. Inaczej było w przypadku zdjęć analogowych: klisza kosztowała, odbitki kosztowały, długo się czekalo na wywołanie, więc z obrazów, jakie widzieliśmy wybieraliśmy tylko niektóre. Do utrwalenia i pokazania.

Niektórzy mówią, że cyfrowa kultura to „kultura krótkiego trwania”. Ma to sens jedynie w porównaniu do pisma. Bo przecież mowa potoczna też jest "kulturą krótkiego trwania". Błahe rzeczy po chwili zapominamy. Elektronika zbliżyła pismo do… dawnej mowy. Można powiedzieć, że dopiero teraz jak w lustrze siebie samych dostrzegamy.

Kultura cyfrowa spłyca? A czy codzienne rozmowy nas spłycają? Przez setki tysięcy lat nas spłycały? Sokrates narzekał na pismo, my narzekamy na media elektroniczne. A to tylko jeszcze jedna, nowa forma komunikacji i zewnętrznego (pozamózgowego) przechowywania informacji, danych itd.

Literatura na początku była kalką kultury oralnej. Potem dopiero się usamodzielniła, wykorzystując specyfikę swojego narzędzia. Myślę, że podobnie dzieje się z mediami elektronicznymi i internetem. Kulturowo ten nowy sposób komunikacji dopiero się krystalizuje i nabiera własnego charakteru. Paradoksalnie przywraca dawne kanały komunikacji, takie jak obraz i film (bezpośrednie uczestnictwo w spotkaniu z ludźmi). Do porównań kultury cyfrowej winniśmy przykładać adekwatne porównania a nie tylko literaturę pisaną. Która przecież w historii Homo sapiens jest tylko krótkim fragmentem naszego dziedzictwa i komunikacji.

Jedno jest pewne: media cyfrowe znacznie poszerzają nasze kontakty, w czasie, przestrzeni i kulturze. Efekt jest nieprzewidywalny. Nadmiar informacji dopływających do naszego mózgu na pewno nas zmienia. Już w dawnych czasach pustelnicy uciekali od gwaru tego świata, by "usłyszeć" swoje myśli. My również musimy się nauczyć żyć w tym hałasie bodźców i informacji.

Narzekamy na bylejakość różnych wpisów na internetowych portalach. Że ujawnia się tam pochopność decyzji, agresja, nienawiść i ignorancja. Ale tak od zawsze było w maglu, na ulicy czy przy wiejskim płocie. Nikt jednak wcześniej na to nie zwracał uwagi. Bo docierało do mniejszej liczby osób… i uważaliśmy za coś oczywistego. Z tych plotek w pamięci zostaało niewiele, interpretacja, synteza, podsumowanie, wybrane cytaty.

Konflikt najbardziej widoczny jest międzypokoleniowo: bo starsi i młodsi inaczej się komunikują, żyją według innych wzorców. Szczególnie jest to widoczne w szkole. I z tym problemem trzeba się zmierzyć. Mądrze zmierzyć a nie jałowo narzekać.

Czy dżdżownice śpią?

sczachor

Lumbricus.terrestrisDzieci mają tę właściwość, że zadają tak zwane głupie pytania. Podobnie jak niektórzy naukowcy (czyżby zachowali swą dziecięcość?). Głupie w tym sensie, że trudne i niespodziewane, że zazwyczaj sami o czymś takim nie pomyślimy. Dżdżownica to dżdżownica, po deszczu, znaczy dżdżu, wychodzi, szuka się jej pod kamieniami jako „robaka” na ryby. Ale żeby się zastawiać się czy śpią? To tylko dziecko może na to wpaść. Albo jakiś dociekliwy naukowiec.

Na blogu w zasadzie są dwa główne typy komentarzy. Pierwszy typ to szybkie, np. od jakiegoś czasu zamieszcza je przygodny troll, pisze bez związku z tematem, pod najnowszym wpisem, bo pod ręką. Bo czasem jak trolla przymusi, to musi, gdzie popadnie. Ale częściej pojawiają się komentarze pod starszymi postami, np. przyrodniczymi. Widać, że czytelnicy trafiają przez wyszukiwarki internetowe, gdy czegoś dla siebie szukają. Albo gdy dziecko zapyta i szuka się ratunku (pomocy). Ewentualnie jako link z tematycznego forum dyskusyjnego.

Tak było i tym razem. W komentarzu pod artykulikiem na temat ślimaków (czym się odżywiają) taki zastałem tekst: „Dziecko moje przywlokło ze spaceru ślimaka. Wyraziłam zgodę na kilkudniowy pobyt obywatela w naszym domu pod warunkiem zwrócenia go matce naturze w stanie nienaruszonym. Nieuchronne było więc pytanie co jedzą ślimaki? Właśnie uratował Pan pewnego towarzyskiego wstężyka gajowego (…) przed śmiercią głodową a mnie przed kompromitacją. Oczywiście nie obyło się bez kłopotów, ponieważ dziecko młodsze zainspirowane zdjęciem gotowe było do wydalania, w celu nakarmienia ślimaka. Dziecko starsze uznało natomiast, że fragment o sekcji jest zdecydowanie najciekawszy. Ostatecznie udało mi się przekonać potomstwo, że równie interesujące będzie obserwowanie, które liście nasz gość będzie wybierał. Na razie preferuje sałatę i miętę. Pojawił się jednak inny palący problem. Czy "dżdżownice" śpią ? Bardzo proszę o pomoc. Pozdrawiam BB”

Dżdżownice jako skąposzczety i pierścienice zajmowały moje myśli już znacznie wcześniej, w ujęciu ewolucyjnym. Skąposzczety w porównaniu do morskich krewniaków – wieloszczetów – mają prostszy cykl życiowy. Nie ma larwy swobodnie żyjącej. Podobnie jest u słodkowodnych skorupiaków, takich jak raki (dziesięcionogi). Ich morscy krewniacy mają larwę, żyjącą w wodze, a nasze raki mają rozwój prosty. Z jaja wylęga się mały raczek. Złożoność cykli życiowych jest zmorą studentów biologii, bo trudno to jakoś od razu ogarnąć. Zwłaszcza, że zawsze są jakieś wyjątki.

Gdy zwierzęta wędrują z morza do wód słodkich (rzeki, jeziora), jako pierwszy krok do wyjścia na ląd, to obserwować możemy przebudowę cyklu życiowego i utratę larwy wolnożyjącej w wodzie. Tak było chyba i u trylobitów, których potomkami są owady. Co się zmienia w warunkach życia? Mała, wolnożyjąca larwa, planktoniczna, to znakomite przystosowanie dla dyspersji. Tak jak na lądzie wiatr porywa babie lato czy nasiona roślin. Ale w wodach śródlądowych taka larwa traci sens: raz, że rzeka znosi w dół, dwa, że w wodach śródlądowych są niewielkie odległości. Co innego w morzach i oceanach. Zatem utrata w cyklu rozwojowym larwy i uproszczenie rozwoju (zamknięcie pewnego etapu w osłonkach jajowych) to odpowiedź na zmianę strategii dyspersji.

No dobra, ale co z tym snem dżdżownic? Z racji remontu w domu nie mam dostępu do mojej biblioteczki książek biologicznych. Trudno mi więc odświeżyć wiedzę zoologiczną. Pozostaje internet i googlowanie. Pierwsza odpowiedź okazała się dla mnie zaskakująca, bo dotyczy… sennika. Znaczy przeciętnego użytkownika internetu bardziej interesuje to, co oznacza, gdy śniła mu się dżdżownica niż sam fakt snu tego uroczego bezkręgowca.

Co podają różnorakie senniki? Jak się śni dżdżownica (mnie się chyba jeszcze nigdy nie śniła, ale po tych długich rozważaniach, to może i się przyśni): 1. za mało czasu poświęcasz bliskim, wolisz ukrycie niż kontakt ze światem. Potem, gdy musisz stawić mu czoła, dziwisz się, że ledwie unikasz rozdeptania. 2. nie przekonuj do siebie ludzi bogactwem, 3. (dżdżownica po deszczu) przez zachłanność pogorszą się Twoje kontakty z otoczeniem, 4. (nadziewać dżdżownicę na haczyk chcąc złowić ryby) – bez względu na wszystko będziesz podążać własnymi ścieżkami.

Wiedza przyrodnicza jest jednak mniej popularna. Trzeba szukać inaczej. Ja niestety zrezygnowałem po 10 minutach. Pozostaje tylko wnioskowanie z wiedzy ogólnobiologicznej, uwięzionej w komórkach nerwowych mojego mózgu. Być może jakiś naukowiec się już nad tym zastanawiał i napisał sążnistą i wyczerpującą pracę? Dżdżownice są rodziną skąposzczetów (Lumbricidae), te zaś należą do pierścienic. Żyją w glebie (inne skąposzczety także w wodach śródlądowych). Dżdżownice występują prawie na całej kuli ziemskiej, opisano około 250 gatunków. Prowadzą nocny tryb życia. A skoro są aktywne w nocy to raczej nie śpią o tej porze doby. Nocny tryb życia to najpewniej jedno z przystosowań by unikać drapieżników. Zwłaszcza, gdy dżdżownice wychodzą na powierzchnię gleby (o tym będzie niżej).

W części głowowej dżdżownicy (błędnie czasem nazywanej glizdą – bo glista to robak obły, obleniec a nie pierścienica. Na dodatek pisana przez s a nie z) znajduje się zwój okołoprzełykowy, pełniący funkcję mózgu. Prosty układ nerwowy to i pewnie bezkręgowiec spać nie musi. Zatem w sensie ludzkim dżdżownica nie śpi, a na pewno nie w czasie nocy. Ale może śpią w sensie zmniejszonej aktywności w niektórych porach roku?

Jak już wyżej wspomniałem, dżdżownice żywią się szczątkami organicznymi, wyszukiwanymi w glebie, albo zjadają je wychodząc na powierzchnię. Dlatego warto na miejskim trawniku zostawiać liście jesienią. Niech zostanie coś do jedzenia dla dżdżownic i innych, detrytusożernych bezkręgowców.

Większość życia dżdżownice spędzają w glebie, tam też się odżywiają i zimują. Zatem odrętwienie i spadek aktywności zimą można by uznać za sen. W tym sensie dżdżownica śpi. I to długo. Niektóre gatunki nawet latem zapadają w stan odrętwienia. Następuje to w czasie, gdy gleba ulega nadmiernemu wysuszeniu (upały). Skoro trudno się poruszać w stwardniałej glebie i pokarm jest wyschnięty i trudno dostępny (na martwej materii organicznej rozwijają się bakterie i grzyby, znakomite źródło białka) , to lepiej jest zasnąć (stan odrętwienia). Zimowy sen nazywamy hibernacją a letni – estywacją. Zatem sen dżdżownicy może trwać kilka miesięcy. Śpi w tym znaczeniu w małej jamce (wcześniej zbudowanej), wyścielonej śluzem, zwinięta w kłębek.

Proste „robaki”, ale jak się głębiej zastanowić to stanowią wdzięczny obiekt badawczy. Mijając dżdżownice może warto się nad jej życiem zastanowić? Bo skoro żyje w glebie, to czemu nocą, po dżdżu wychodzi na powierzchnię? I to czasem w zimie? Dlaczego spotkać można je w kałuży lub wędrujące po chodniku? Zmyliły drogę? Ludzie od dawna zastanawiali się dlaczego dżdżownice wychodzą na powierzchnię (skoro żyją w glebie, to dlaczego wyłażą ?), zwłaszcza po deszczu. Dlatego, że łatwiej, bo gleba miękka - to pierwsza,  nasuwająca się odpowiedź.

Ale są jeszcze hipotetycznie inne powody. Po pierwsze niektórzy sądzą, że to z powodu braku tlenu. W wilgotnym środowisku, przy wysokiej temperaturze (latem) ,w wyniku intensywnej aktywności bakterii w środowisku z dużą ilością materii organicznej, może tworzyć się siarkowodór. Zatem dżdżownice wychodzą na powierzchnie by uniknąć zatrucia (siarkowodór wiąże się na stałe z hemoglobiną, zawarta we krwi).

Inni obserwatorzy „robaczego życia” wskazują na procesy płciowe. Jakkolwiek dżdżownice są obojnakami (większości gatunków, nieliczne rozmnażają się przez partenogenezę), to do rozmnażania szukają partnerów by wymienić się gametami (różnorodność genetyczna jest ważna). Ciała sklejone są śluzem, wydzielanym przez siodełko (kilka zgrubiałych pierścieni tworzących się na oskórku). Gamety przedostają się do siodełka i są przekazywane partnerowi, który na krótko magazynuje je w zbiornikach nasiennych. Po dokonaniu wymiany zwierzęta się rozchodzą.

Jeszcze inni badacze wskazują na migrację: po wilgotnej glebie łatwiej się przemieszczać niż przez drążenie korytarzy, czy po suchej ziemi. W końcu jest hipoteza dotycząca ucieczki przed drapieżnikami takimi jak kret. W czasie deszczu spadające krople wydają wibracje, podobne do tych, wytwarzanych przez krety.

I na koniec kilka słów o niezwykle ważnej, przyrodniczej roli dżdżownic: spulchniają glebę i ją mieszają. To na pewno pamiętamy ze szkoły. A dla pewności sami możemy wykonać eksperyment. Albo zbudować karmnik dla dżdżownic na miejskim trawniku. Karmniki dla ptaków są przecież takie banalne i powszechne. Karmnik dla dżdżownic to co innego, jest elitarny. I stwarza okazje do długich opowieści o życiu dżdżownicy z naciskiem na sen.

Fot. (u góry) dżdzownica ziemna, James Lindsey at Ecology of Commanster [CC BY-SA 2.5 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.5) lub CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], Wikimedia Commons

Nauka wymaga współpracy - krótka historia wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli

sczachor

historiawszytskichludziEwolucja człowieka od lat wzbudza wielkie emocje. Łączy w sobie zarówno ewolucję biologiczną jak i ewolucję kulturową. Niezwykła ewolucja przejścia, dotykająca tajemnicy życia i ewolucji wszechświata. W ostatnich latach genetycy i biologia molekularna wniosła sporo nowego, z czym warto się zapoznać.

Od wieku szkolnego czytam książki o tej tematyce (ewolucja człowieka) i ciągle coś nowego się pojawia. Niezwykłe i fascynujące. Sięgnąłem po kolejną książkę, tym razem napisaną przez genetyka, Adama Rutherforda pt. „Krótka historia wszystkich ludzi którzy kiedykolwiek żyli” (Warszawa 2017, Prószyński i s-ka). Znalazłem sporo uporządkowanych faktów, z którymi częściowo zapoznawałem się na wykładach gościnnych i w publikacjach. Są i refleksje dotyczące współczesnej nauk. Na przykład aspekt zespołowości:

Nauka wymaga współpracy. Nie ma dziś samotnych geniuszy, nie spotyka się geniuszy zła, a bardzo rzadko zdarzają się geniusze heretycy. Niemal cała działalność naukową prowadzą bardzo zwyczajni ludzie pracujący w zespołach lub utrzymujący kontakty z innymi naukowcami z podobnych lub całkiem odmiennych dziedzin nauki. Gromadzą wiedzę, wspierając się na barkach historycznych i współczesnych gigantów jak pewnego razu stwierdził Issac Newton, powtarzając za jedenastowiecznym filozofem Bernardem z Chartes, który nawiązywał do greckiego mitu o myśliwym Orionie – na pewien czas oślepionym, lecz sięgającym wzrokiem dalej dzięki temu, że posadził sobie na ramionach karła.”

Kiedyś informacji było niewiele, bo i ludzi, zajmujących się tworzeniem wiedzy było mniej. Współcześnie biomasa (że użyję takiego ekologicznego terminu) komunikujących się ze sobą mózgów jest nieporównywanie większa. Stąd szybki i lawinowy dopływ nowych informacji naukowych. Rodzi to zupełnie nowe problemy: „W czasach współczesnych mamy odwrotny problem – duży nadmiar informacji i niemal całkowity brak sposobu, by temu zaradzić.”

W książce genetyka znalazłem potwierdzenie wcześniej wyczytanych u Robina Dunbara hipotez, dotyczących komunikacji i tworzenia historii. Genetyk ze swojego punktu widzenia pisze podobnie: „Ludzie uwielbiają opowiadać. Jesteśmy gatunkiem pożądającym narracji, a dokładniej, narracyjnej satysfakcji – wyjaśniania, nadawania sensu różnym sprawom oraz niewypowiedzianym zawiłościom ludzkiego bytu, szeregowania ich w postaci wstępów, rozwinięć i zakończeń. Kiedy przystąpiliśmy do odczytywania genomu, chcieliśmy odkryć w nim narracje porządkujące tajemnice historii, kultury i indywidualnej tożsamości, informujące nas szczegółowo, kim jesteśmy i po co żyjemy.”

Książka Rutherforda to opowieść o rozwoju badań genetycznych i dużej roli otwartych zasobów. Bez otwartej bazy genów ogromny postęp nie byłby możliwy. Ciekawa opowieść o Neandertalczyku, Homo sapiens i innych gatunków Homo czyli człowieka. Na skutek tych odkryć inaczej i pełniej można odczytać dane ze skamieniałości a nawet dane archeologiczne i historyczne, „ Nauka najczęściej ujawnia, że spora część świata wygląda inaczej niż sposób, w jaki my ją postrzegamy – bez względu na to, czy mowa o skali kosmicznej, molekularnej, atomowej lub subatomowej (…) Rozziew między ujawnionymi przez naukę faktami a treścią naszych rozmów o rodzinach i rasie to istna przepaść, gdyż – jak się przekonamy – stan rzeczy przedstawia się inaczej, niż sobie wyobrażaliśmy.”

Z dawną genetyką wiążą się różne mity, także te dotyczące różnych cech dziedzicznych (co od genów a co z wychowania i warunków środowiskowych). „Z genetyki nie dowiemy się również, dlaczego niektórzy ludzie dopuszczają się ohydnych aktów przemocy i morderstw. Oprócz tego, co genetyka może nam powiedzieć, równie ważne jest to, czego nie potrafi.” Znać swoją niewiedzę to już duża wiedza. Rutherford trawnie pisze, że „brak ciekawości oznacza brak człowieczeństwa.”

Dlatego nauka jest tak fascynująca. W w moim subiektywnym odczuciu w szczególności biologia. Może dlatego, że liczba odkryć naukowych i ogromnych zmian w zakresie tej wiedzy jest w ostatnich latach oszałamiająca. Trafne jest spostrzeżenie, że wiek XXI będzie wiekiem biologii. „Biologia to nauka o istotach żywych, a zatem śmiertelnych. Jest nauka chaotyczną – cudownie, lecz i frustrująco – nieprecyzyjną i wymykająca się definicjom.”

W dyskusjach o ewolucji często padają pytania o ogniwa przejściowe. Rutherford trawnie wskazuje, że: „Zawsze tkwimy w środku i wszyscy jesteśmy brakującym ogniwem.” Bo życie jest w nieustannym ruchu i funkcjonuje w czterech wymiarach: nie tylko fizycznym ale w wymiarze czasowym.

Książka napisana jest w miarę przystępnym językiem. Będzie przydatna także dla osób niezbyt obeznanych w terminologiach biologicznych i genetycznych. Tak przynajmniej sądzę. Ale jeśli ktoś trafi na trudniejsze fragmenty, zawsze można przecież łatwo doczytać w internecie. W wieku XXI dostępność do wiedzy jest fascynująco łatwa i powszechna. Byleby tylko chcieć, byleby tliła się w nas iskra człowieczeństwa czyli ciekawość. Najbardziej podstawowe terminy genetyczne sa wyjaśnione w słowniki, zamieszczonym na końcu komentowanej książki.

Na koniec jeszcze kilka cytatów „Nic, co żywe, nie stoi w miejscu, a wszystkie stworzenia są czterowymiarowe, istniejące w przestrzeni, lecz także w czasie. (…) życie to stan przejściowy, a jedyne byty naprawdę statystyczne są już martwe.”

„My, ludzie, jesteśmy gatunkiem technologicznym, naukę mamy w duszy, a rolnictwo to technologia stanowiąca przeciwieństwo naturalnego stanu rzeczy.” (…) naszymi działaniami i kulturą, samym naszym istnieniem kształtujemy świat, w którym żyjemy, z kolei nasz DNA reaguje na zmiany. Geny zmieniają kulturę, ona zaś zmienia geny.” Najpierw było to rolnictwo, potem przemysł i druga rewolucja technoloogiczna. Teraz na sobie doświadczamy trzeciej rewolucji technologicznej. Smartfony zmieniają nasz behawior, tak jak odżywianie zmienia nasz organizm (epidemia otyłości). Kiedy pojawią się zmiany genetyczne? To kwestia tylko czasu. Albo zadziała kultura. 

Modne słowo epigenetyka znajduje szczegółowe wyjaśnienie w omawianej książce. Czym jest a czym nie jest. Można "odziedziczyć" metabolizm do trzeciego pokolenia, ale nie jest to jeszcze dziedziczenie cech nabytych w sensie lamarkowskim. A jeśli masz czytelniku jakieś wątpliwości, to dobrze o tobie świadczy: Wątpliwości są kamieniem węgielnym nauki. Dają bowiem solidne podstawy, na których można budować argumenty oparte na danych.”

Kup nowy odkurzacz, czyli prawo do naprawy

sczachor

cma_zmierzchnicaA było to tak. Jakiś czas temu kupiliśmy odkurzacz. Bo stary się zepsuł. Nowy odkurzacz spisywał się znakomicie, firmy Elektrolux. Ale jak to w życiu bywa, zdarzają się nieoczekiwane wypadku. Zniszczyła się jedna z końcówek (szczotka). Szukaliśmy w sklepie – ale nie można było dokupić. No cóż, pozostała jeszcze druga – mniej wygodna do dywanów. Niedawno zepsuła się i druga końcówka. Pokleiliśmy taśmą, ale odkurzanie to istna mordęga. Znowu poszliśmy do kilku sklepów szukać brakującej końcówki. Ale Elektrolux już nie produkuje takich odkurzaczy (3 lata to już epoka), ponownie wrócił do okrągłego przekroju rury ssącej. Czyli nie można dokupić ani u producenta ani z innych modeli (bo nie pasuje). Pisać do serwisu i producenta? Potrwa długo i z niewiadomym rezultatem.

Uprzejmy pan w dużym sklepie poradził „trzeba kupić nowy odkurzacz”. Zepsuła się mała część a ja mam kupować nowy odkurzacz i produkować stertę śmieci? Gospodarka nastawiona na nieustanny rozwój wymusza kupowanie... rzeczy zbędnych. Bo na początku produkuje się rzeczy solidne. Ale jak już wszyscy kupią sobie odkurzacze, pralki, lodówki, telewizory, drukarki komputerowe? To wtedy sztucznie skraca się żywotność towarów by wymusić kolejne zakupy. Ba, producenci wstawiają różnorodne zabezpieczenia, uniemożliwiające samodzielną naprawę. Nawet w drogich traktorach (można kupić hakerski program i wtedy rolnik sam może naprawiać tam gdzie chce). W odpowiedzi na te działania, określone już terminem „spisek żarówkowy”, pojawił się ruch „prawo do naprawy”.

Nie ulegliśmy z żoną. Nie będziemy kupować nowego odkurzacza skoro zepsuła się tylko mała część. Trafiliśmy do zakładu naprawy sprzętu AGD na ul. Grunwaldzkiej (vis-a-vis mostu Jana). I tam nabyliśmy za kilkanaście złotych złączkę: z jednej strony pasuje do nietypowej i wycofanej z produkcji owalnej rury Elektroluxa, a z drugiej ma już standardowy kształt. Dokupiliśmy jeszcze dwie szczotki i po naprawie. Niczego zbędnego na śmieci nie wyrzucamy i nowego odkurzacza nie kupiliśmy. A w domu ponownie wygodnie można odkurzać.

Prawo do naprawy to ważna rzecz. Po pierwsze dotyczy zrównoważonego rozwoju i przeciwdziała zbędnej produkcji odpadów: oszczędza surowce i energię, nie produkuje zbędnych śmieci. Filozofia gospodarki opartej o nieustanny rozwój musi ulec zmianie. Inaczej ani klimat nie wytrzyma ani nie starczy nam zasobów Ziemi dla przyszłych pokoleń.

Całe szczęście, że istnieją takie małe, „starodawne” punkty naprawy i że znajdują się ludzie kreatywni, potrafiący systemowo obejść „spisek żarówkowy”.

Wracając do gospodarki. Świat się niesłychanie zmienił, trzeba wymyślić społeczeństwo i gospodarkę od nowa, zupełnie inaczej. To co było dobre jeszcze kilkadziesiąt lat temu, teraz staje się niewydolne i rodzi ogromne kryzysy.  Zmienianie nie jest łatwe i nie stanie się szybko. 

 

ps. Tekst ilustruje zdjęcie starej, niepotrzebnej butelki, pomalowanej w lipcowego czasie pleneru w Reszlu. Została w uroczej kawiarni. Wszystko można "naprawić" i przywrócić do użytku. Nie ma ludzi niepotrzebnych, nie ma rzeczy zbędnych, można w małym i dużym poszukać sensu i wartości. I nie przestraszy mnie hejt prawackiego anonima z Debatki, wielokrotnie szydzącego z mojego malowania butelek, dachówek i kamieni. Będę malował dale i o tym opowiadał. Malował z ludźmi w przestrzeni publicznej.

Rewolucja czy ewolucja w szkole ?

sczachor

13781979_522155891313158_2504384944343925033_nPołowa sierpnia, ale nauczyciele powoli przygotowują się do pracy w szkole. Już od września. A tam spore zmiany. Dla rodziców także będzie (niemiła) niespodzianka...

Żyjemy w czasach nieustannej zmiany, w okresie dużej transformacji systemu edukacji w skali globalnej, a więc to nie tylko nasz, polski problem. Codziennej pracy edukacyjnej towarzyszą poszukiwania i zadawanie sobie pytania, co jest ważne. Dawny model szkoły przestał być wydolny dlatego, że zmieniło się społeczeństwo, gospodarka i otoczenie szkoły. Żyjemy w czasach trzeciej rewolucji technologicznej, a zachodzące zmiany są bardzo głębokie. W pewnym sensie w skali globalnej wymyślamy na nowo system edukacji, dostosowany do zupełnie nowych potrzeb i sytuacji.

W epoce trzeciej rewolucji technologicznej nauczyciel też musi się uczyć funkcjonowania w nowej rzeczywistości (i nie chodzi mi o koniunkturalne dostosowywanie się do „wiejących wiatrów”). Nie wynika to z jego braków w wykształceniu. Po prostu rzeczywistość jest zupełnie nowa i całe pokolenie musi się uczyć zupełnie nowych umiejętności. Na przykład posługiwania mobilnym internetem we własnym telefonie. Nierzadko sprawniejsi w tych czynnościach są uczniowie. W konsekwencji to nauczyciel uczy się od uczniów (a rodzic od własnych dzieci).

Tak dużo się zmieniło, że do opisu rzeczywistości potrzebujemy całkiem nowych słów. Nauczeństwo (analogicznie do prosumpcji – producent i konsument w jednym) to jednoczesne bycie nauczycielem i uczniem, dzielenie się własnym doświadczeniem i wiedzą z równoczesnym uczeniem się od własnych uczniów. Świat wokół nas tak szybko się zmienia (np. nowe technologie komputerowe), że nauczyciel nie ma możliwości nauczenia się tego wszystkiego w toku edukacji i przygotowania dydaktycznego na studiach. Nowa rzeczywistość w wielu aspektach stawia go w roli nieustannego ucznia.

Także i uniwersytet jako instytucja poszukuje swojego nowego miejsca i wypełniania misji społecznej (poza prowadzeniem badań i kształceniem studentów). Po zakończonym projekcie Uniwersytet Młodego Odkrywcy zostało w głowie sporo doświadczenia, refleksji i pomysłów na współpracę ze szkołami. Niebawem kolejne próby odkrywania nowego środowiska edukacyjnego i nowych narzędzi dydaktycznych.

Piszę sporo o koniecznych zmianach w szkole i systemie edukacji. Ale nie mam na myśli reformy „dobrej zmiany” ministry Zalewskiej. Bo ta reforma nie ma sensu. Po pierwsze nie wynika z analizy sytuacji i w ogóle nie odpowiada na cywilizacyjne potrzeby współczesności. Jest robiona na zasadzie „a właśnie że zrobię i co mi zrobicie” (poseł Jarosław Kaczyński publicznie zapewniał, że idą w przeciwnym kierunku). Zła zmiana na dodatek robiona w wielkim pospiechu. O niebezpieczeństwach takiej zmiany na łapu-capu eksperci trąbią już niemalże od dwóch lat. I niestety mieli rację. We wrześniu wielki finał. Będą zmarnowane pieniądze, energia i zapał wielu ludzi a nic sensownego nie powstanie. Tylko zgorzknienie, zmęczenie i zniechęcenie…

Reforma ministry Zalewskiej robiona jest na zasadzie sentymentu „kiedyś tak było”. To tak, jak wspominanie starego człowieka o swojej młodości… gdy kiedyś biegał za piłką na boisku. Jak uwierzy i spróbuje, to w najlepszym wypadku dostanie zadyszki i złamie sobie nogę. Młodość się już nie wróci.

Podobnie jest z edukacją, świat się niewyobrażalnie zmienił. Społeczne poparcie dla „deformy” (jak ją nazywają nauczyciele) wynikało najpewniej w części z poczucia niepewności w nowym świecie. Modernizacja Polski poszła dla wielu grup zbyt szybko, nie mogli się w nowym świecie odnaleźć. Stąd naturalny, mentalny powrót do „dawnych, dobrych czasów”.

Będzie więc ten szkolny wrzesień bardzo nerwowy dla nauczycieli. Pełen improwizacji, zwiększonych dojazdów do pracy, smutnego działania na przeczekanie. Może, gdy już społecznie uświadomimy sobie zaległości polskiej szkoły, to zaczniemy ogólnonarodową dyskusję nad edukacją?

Nauczycielu, oby Ci się chciało cudze dzieci uczyć...

Wcześniejsze teksty na ten temat

Edukacyjne i wakacyjne plenery z dachówkami i kamieniami

sczachor

Po Reszlu i Zastawnie przyszła niespodziewanie pora na Morąg. Przy okazji Jarmarku Produktów Regionalnych w Morągu w niedzielę 13 sierpnia 2017, przy stoisku Ekofarmy Vitalis, będę malował dachówki. Przewodnim motywem będzie lokalna bioróżnorodność. Ale malowanie jest tylko pretekstem do spotkania i wspólnych rozmów. Tak jak kiedyś na podwórku. Każdy namaluje to, co dla niego jest ważne.

Jarmark w Morągu to jednodniowa impreza o charakterze wystawienniczo–handlowym. Zaprezentują się tam wytwórcy wyrobów użytkowych, artystycznych, naturalnych artykułów spożywczych oraz podmioty z branży turystycznej. Jeśli będziesz w okolicy, przynieść ze sobą jakiś kamień (lub kilka), fragmenty starych dachówek itd. Można wcześniej kupić sobie mazaki olejowe (napis będzie trwały i deszcz nie zmyje). Farby akrylowe będą na miejscu – zapewnia Ekofarma Vitalis. I stare dachówki z Elbląga. Pełne historii. A resztę dopowiemy na miejscu.

20245450_250734818776350_2467050848405441826_n

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci