Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Czy genologia to nauka o genach?

sczachor

Nauka się rozrasta jak dryfujący kontynent. Przybywa naukowców, dziedzin i specjalizacji. W tak dużej liczbie pracujących aktywnie osób i dyscyplin urywa się kontakt a komunikacja natrafia na coraz liczniejsze bariery. Tak jak izolowane barierami geograficznymi czy ekologcznymi gatunki - język (języki?) nauki ewoluuje na osobnych wyspach. Trudno powiedzieć czy bardziej allopatrycznie czy sympatrycznie, bo naukowcy mówią coraz bardziej odmiennymi językami. I nie tylko o różne języki narodowe chodzi a o hermetyczne i specjalistyczne języki poszczegółnych dyscyplin.

Naukowcy tak jak Adam, napotykane zjawiska nazywają (nadają im nazwy). Ale ponieważ jest wielu Adamów, żyjących na osobnych wyspach, ewolucja terminologii przebiega w mniejszej czy większej izolacji. Czasem tylko dochodzi do zaskakujących spotkań i odkryć niespodziewanych konwergencji.

Dla mnie przez lata genetyka była nauką biologiczną, zajmującą się dziedziczeniem i genami. Co prawda słowo "genetyczny" ma w biologii dwa znaczenia, pierwsze starsze i odnosi się do pochodzenia (nie tylko organizmów ale i innych obiektów przyrodnicznych). Taki pewnie jest źródłosłów samych genów i genetyki. Obecnie jednak raczej genetyczny  utożsamiany z DNA i czymś, uzależnionym od genów. Pomijając  fakt, że w życiu codziennym jest to słowo-wytrych.

Jako biolog z zaskoczeniem spotkałem się z genologią, nauką humanistyczną, zajmująca się typami, rodzajami literackimi. Genetyka i genologia jakkolwiek mocno podobne, zajmują się  zupełnie czymś innym. Podobnie z entomologią, etymologią i enologią. Nawet w samej biologii fenologia to coś innego i nie związanego z fenetyką. Dlaczego jedne nauki nazywamy -logią a inne -tyką? Czy są jakieś podobieństwa między prawidłowościami ewolucji biologicznej i ewolucji kulturowej?

Pod tymi zawiłościami naukowej terminologii łatwo przemykają się inne ludzkie aktywności, które w nazewnictwie, niczym mimikra, upodobniają się, podszywają pod naukę. Przykładem jest rumpologia.

Konsiliencja, integracyjna jedność wiedzy, jest chyba nam potrzebna także jako duży projekt badawczy i wysiłek cywilizacyjny. Bo przecież nie tylko o ujednolicenie terminologii chodzi, Ważniejsze jest zintegrowanie teorii z różnych dziedzin (swoiste ułożenie puzzli, aby do siebie pasowały i dawały jeden obraz). Skoro świat wokół nas jest jednością, dlaczego nasza wiedza miałaby być tak mocno pofragmentowana i odizolowana od siebie?

O odczytywaniu referatów

sczachor

Modne się stało narzekanie na nowe technologie cyfrowe, które zmieniają sposób myślenia. Smartfony, e-booki, laptopy, tablety oduczają czytania książek, uczą wielozadaniowości, podzielności uwagi i powierzchowności uczenia się. To wszystko prawda. Ale...

Kiedy upowszechniło się pismo i drukowane książki, wtedy narzekano, że pismo zabija pamięć i oducza sztuki komunikacji. Wcześniej, w kulturze oralnej (mówionej), przez setki tysięcy lat treści trzeba było zapamiętać i opowiedzieć. Sztuka opowiadania rozwijała się. Książki przyczyniły się do uwiądu retoryki i sztuki przemawiania. A przecież są to umiejętności na co dzień nam potrzebne. Czytając książki nie przestaliśmy mówić...

Od dawna na uczelniach i towarzystwach naukowych ugruntował się nawyk odczytywania wystapień (nawet termin "odczyt" na to wskazuje). "Czytać lekcje" to termin z języka rosyjskiego jeszcze dobtniej pokazuje skalę zniszczenia sztuki przemawiania. A przecież zupełnie inaczej odbiera się słowo mówione z obserwowanym językiem ciała, a inaczej słowo pisane (czytane). Przemawianie jest czynnością w zbiorowości i z bezpośrednimi interakcjami. Czytanie jest indywiduallizmem i samotnością: pisarz pisze w samotności, my czytamy w samotności.

Nie zamierzam dysktedytować książek i pisania - mają niewątpliwe walory, zalety i wniosły ogromnie dużo do komunikacji społecznej. Ale to dobrodziejstwo - jeśli jest nieumiejętnie stosowane, przynosi szkody. Przykład w artykule Leszka Jażdzewskiego:

"Opowiadanie bredni na wykładach, usypianie studentów monotonnym odczytywaniem przepisanych ze starych podręczników sentencji, wyręczanie się nimi na ćwiczeniach – gdzie ci prezentują fragmenty z Wikipedii – zamiast porządnego seminarium – to wszystko jest zarówno powszechne, jak i zupełnie bezkarne. Prawdziwi sadyści, którzy za punkt honoru stawiają sobie oblanie połowy roku, „bo mogą", stają się legendami wydziałów (chyba celują w tym prawnicy i lekarze), a kolejne roczniki studentów katują aż do śmierci. Swojej albo ich." (czytaj całość).

Wszystkie poradniki, dotyczące wystąpień publicznych zalecają mówienie a nie czytanie, np. "Wbrew panoszącemu się zwyczajowi wykładu nie nalezy czytać! Wykładowca może posługiwać się notatkami (co pozwoli mu trzymać się planu) ale nie czytać - bo skoro wykład jest czytany, to po co wykładowca?"*.

W czytaniu (odczytywaniu wcześniej w samotności napisanego tekstu) przodują humaniści i literaturoznawcy. Ale po co czytać, skoro studenci, słuchacze sami mogą to zrobić? Przecież nie są analfabetami! A internet stwarza zupełnie nowe i dawniej niewyobrażalne możliwości dostępu do tekstów napisanych i opublikowanych.

Nowe technologie także zmieniają nasz sposób komunikowania się i przekazywania wiedzy. Ale poza niewątpliwymi zaletami i nowymi możliwościami mają swoje wady. Zwłaszcza jeśli nie stosujemy ich zgodnie z przeznaczenim. Prezentacja multumedialna umożliwia wprowadzenie pokazywania obrazów, tekstów, animacji, filmów. Może dynamizować przekaz i wspomagać mówcę. Ale - tak jak kiedyś pismo - tak teraz multimedia pozwalają nam skupić się na sobie i samozachwycie z przygotowywania prezentacji. Pomagając rozpraszają mówcę.

Prezentację z wykładem przygotowujemy w samotnosci... a wygłaszamy w społeczności, w dynamicznej interakcji. Jeśli skupimy się na własnym dziele (tak jak kiedyś na zapisanych zdaniach) to stracimy kontakt z odbiorcą. Są więc sytuacje, gdzie wykładowca/prelegent czyta.... nie z kartki tylko z ekranu (lub monitora komputerowego). Tym się to różni od odczytywania z kartki, że widzowie widzą tekst. I nie patrzą na prelegenta.

Prezentacja multimedia (np. Power Point) ma i inną wadę - uwiązuje mówcę do linearnego przekazu, wynikającego z kolejności przygotowanych slajdów. Prezentacjo prowadź - tak skutkuje nowinkarska technika. Każde dobrodziejstwo ma swoje ograniczenia.

Tak, z całą pewnością nowe gadżety w postaci tabletów, smarfonów i temu podobnych coraz to nowszych urządzeń, niosą różnorodne zagrożenia i upośledzenia niektórych form komunikacji społecznej. Mają też niewątpliwe zalety. Sztuką jest ich użwać zgodnie z przeznaczeniem i docierać do sedna i sensu komunikacji i przekazywania wiedzy.

Sensem wykładu uniwersyteckiego jest dialog i spotkanie społeczne a nie odczytywanie monologu, czy to z kartki, czy z ekranu multimediów. Mówimy do ludzi a nie w ich obecności. Musimy tylko chcieć się komunikować i poznać odbiorcę. A reszta... to nie ważne czy z kredą, komputerem, czy z tablicą multimedialną. Treść jest ważniejsza od formy i mówimy do ludzi a nie w ich obecności.

A od poniedziałku zajęcia ze studentami, w tym autoprezentacja dla studentów biotechnologii, czyli sztuka przekazywania wiedzy na piśmie, ustnie i w... internecie. Sztuka naukowego komunikowania się.

* Agata i Jerzy Rzędowscy "Mówca doskonały. Wystąpienia publiczne w praktyce", Helion, 2009.

Artyści, śmieci i ludzie niepotrzebni

sczachor

Artyści potrafią zmienić śmieci w coś pięknego, w dzieło sztuki. Bo nie surowiec jest ważny a sposób patrzenia na świat. A gdyby tak samo podejść do ludzi i dostrzec, że nie ma "śmieci", że tym zmarginalizowanym można przywrócić sens i ważność? Że odrzucone może być dziełem sztuki, czymś wartym zadumy?

Powyzsze zdjęcie zaczerpnięte z internetu, ryby wykonane z pustych butelek plastikowych (śmieci). Górne samodzielnie wykonane w Puszczy Kampinoskiej.

Środa. Zatrzymaj się.

sczachor
Zatrzymaj się tam, gdzie jesteś, zaprzestań wysiłku. Prędzej czy później i tak się zatrzymasz i tak wszystko utracisz. Zatrzymaj się.

Bociany zrehabilitowane bo to nie one winne są niżowi demograficznemu :)!

sczachor

W tradycji folklorystycznej i w opowieściach z przymrużeniem oka, bociany przynoszą dzieci – są więc odpowiedzialne za przyrost naturalny.  Od dłuższego czasu w Europie obserwujemy spadek płodności mężczyzn a jednoczesnie spadek liczebności bocianów w wielu regionach. Statystycznie na pewno tę zależność udałoby się udowodnić.

Obecnie w krajach rozwiniętych problemy z poczęciem są znacznie większe niż problemy z uniknięciem poczęcia. Z tego m.in. powodu rośnie zainteresowanie zapłodnieniem in vitro (wspomaganie niedomagającej „natury). Poza innymi przyczynami niepłodności zwraca się uwagę na spadek liczby plemników w ejakulacie (w tym spadek liczby żywych i sprawnych plemników). A stało się to tak powszechne, że nawet zaniżono normy medyczne. W zasadzie problem dotyczy całej Europ poza Finami.

Spadek płoności męskiej części Europy wynika w dużym stopniu z trybu życia. Jądra znajdują się na zewnątrz jamy ciała, w mosznie, bo im za ciepło w organizmie (por. wnętrostwo). Muszą być „chłodzone” tak jak pomidory w chłodni. Jedną z hipotez spadku płodności jest przegrzewanie jąder. Wprowadzenie do powszechnego użytki pampersów, spowodowało, że dziecko nie czując dyskomfortu dłużej „robi” w pieluchy a chłopcy dłużej chodzą w szczelnych pampersowych majtkach. U kierowców długo pracujących za kierownicą obserwowano okresowy spadek płodności. Dlaczego? Bo spędzają długi czas w pozycji siedzącej, gdzie jądra szczelnie są otulone i zbyt długo przebywają w ciepełku.

Teraz okazuje się, że siedzenie przed telewizorem lub komputerem przynosić może podobne efekty. Ktoś może wymyśli podkładki przewiewne i chłodzące, tak jak podstawki z wentylatorem pod laptopy? Naukowcy z USA zalecają, że aby zachować płodność trzeba częściej się ruszać i chodzić na spacery zamiast siedzieć przed telewizorem czy ekranem komputera. Z badań przeprowadzonych w Harvard School of Public Health, wynika, że wśród mężczyzn w wieku od 18 do 22 lat, którzy oglądali telewizję przez ponad 20 godzin tygodniowo, obserwowano o 44 proc. mniej plemników niż u tych, którzy nie prowadzili takiego telewizyjno-siedzącego trybu życia. Oglądamy ekrany telewizyjne (;ub komputerowe) w bezruchu, podobnie jak w czasie długiej jazdy samochodem. To właśnie brak aktywności fizycznej szkodzi zdrowiu i liczebności plemników.

Pojawiająca się w Europie moda na porzucanie samochodów na rzecz jazdy rowerem i chodzenia pieszo także i w aspekcie męskiej płodności przynosi dobre rezultaty. W tym kontekście bardziej atrakcyjny i męski okazuje się pan jeżdżący rowerem niż szpanujący „furą”. Nie ma więc co zwalać na bociany – trzeba się ruszać.

Drugą przyczyną spadku płodności oraz innych groźnych dla ludzkości zmian jest zanieczyszczenie środowiska związkami biologicznie czynnymi, podobnymi do hormonów. Organizm się „myli” i ulegamy rozregulowaniu. To tak, jakby do tekstu z informacją wprowadzać znaki podobne do słów i zdań – przekaz może zostać zupełnie inaczej odebrany. Najpierw dodawaliśmy hormony wzrostu w hodowli drobiu – by szybciej kurczaki rosły… ale te same hormony dostając się wraz z pożywieniem do młodych organizmów ludzkich zaburzały jego rozwój. Efekt niezamierzony i niespodziewany, ale niekorzystny. Potem odkryliśmy ftalany oraz estrogeny. Część pochodzenia naturalnego (np. z soją, fitoestrogeny), inne pochodzenie antropogenicznego i syntetycznego, np. dioksyny i pochodne. Teraz w żywności dostrzegamy także antybiotyki, jako pozostałości zbiegów hodowlanych, czy środki ochrony roślin.

Różne związki biologicznie czynne są małe i ich „nie widać”, a szkodzą w niewielkich ilościach. Na przykład środki hormonalne, przyjmowane przez ludzi jako leki na menopauzę lub środki antykoncepcyjne, z moczem do kanalizacji, przez oczyszczalnie i do rzeki, a tam w stężeniach minimalnych powodują zmianę płci u ryb. Chyba po raz pierwszy zjawisko to zaobserwowano w Tamizie.

Do bocianów strzelają w Libanie, ale spadek płodności to nie jest wina bocianów. Bo bociany dzieci nie przynoszą :). Za spadek płodności kobiet i mężczyzn winny jest styl życia i zanieczyszczenie naszego środowiska związkami biologicznie czynnymi. Bociany zrehabilitowane bo nie one winne niżowi demograficznemu :)! Ochrona naszych bocianów wyniak z innych pobudek niż zapobieganie niżowi demograficznemu.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci