Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

O e-portfolio, agregatorze blogów i kreatywnych poszukiwaniach w dydaktyce uniwersyteckiej

sczachor

Przemierzanie nowych ścieżek jest trudne i ryzykowne. Bo można zabłądzić, bo inni mogą krytykować, obśmiewać, nie rozumieć sensu i celu (stąd ta uszczypliwość i nieprzychylne komentarze). Chodzenie utartymi ścieżkami jest bezpieczne, bo po wielokroć sprawdzone i przez wszystkich akceptowane. Nikt się nie dziwi, nie szydzi, nie kręci nosem. Ale chodząc po utartych szlakach, trudno coś odkryć. Co było do odkrycia najpewniej zobaczyli i opisali wcześniejsi podróżnicy. Można tylko powielać i przetrawiać przetrawione.

Rolą naukowca jest nieustanne poszukiwanie (za to nam płacą). Kreatywność wpisana jest w uprawianie nauki, więc każdy prawdziwy naukowiec powinien być kreatywny z definicji. Nawet ryzykowanie, nawet błądzenie wpisane jest w zawód naukowca. Bo nie pobłądzi, ani guza sobie nie nabije tylko ten, kto niczego nie poszukuje i nie próbuje odkrywać.

Od jakiegoś czasu prowadzę autorski przedmiot pod nazwa „autoprezentacja”. Wcześniej głównym celem było uczenie wygłaszania ustnych referatów, przygotowania posteru naukowego i pisanie krótkich tekstów popularnonaukowych. Z czasem, na prośby studentów, dołączyłem CV, pisanie listu motywacyjnego i elementy planowania własnej kariery naukowej (studenckiej). Ale kto stoi w miejscu, ten się cofa. Świat tak szybko się zmienia, że umiejętności i wiedza sprzed kilku lat stają się nieaktualne i nie w pełni przydatne.

W tym roku odważyłem się na wprowadzenie e-portfolio (także w ramach metody projektu – zobacz agregator). Sam musiałem doczytać, poszukać i samemu spróbować. Tworzę więc swoje e-portfolio, bo jak uczyć studentów? Tylko na podstawie zasłyszanych informacji? Jestem biologiem i natura eksperymentatora tkwi we mnie mocno i głęboko. Ale trudno jest przekonywać i motywować studentów, by również spróbowali czegoś zupełnie nowego.

Najszybciej dołączyli ze swoimi e-portfolio studenci najlepsi, najbardziej odważni i ciekawi świata, najlepiej zorientowani w rynku pracy i w niezbędnych kompetencjach. Ale co z resztą przeciętnych, zwykłych studentów – przecież takich jest większość. Spisać na straty? Szkoda i nie taki jest sens kształcenia uniwersyteckiego (to nie survivalowa selekcja). Motywowanie i zachęcanie do nowinek i eksperymentowania wymaga większej wiedzy i wysiłku ze strony wykładowcy akademickiego. Trzeba się uczyć… także liderowania i motywowania. I chodzić po nierozpoznanym gruncie.

Jednym z elementów eksperymentowania z e-portfolio jest założenie publicznie widocznego agregatora blogów i pokazanie publicznie rezultatów. Jak motywować, kiedy publiczne odsłonięcie się wiąże się z ryzykiem hejtowania czy zwykłego kuluarowego plotkowania (te dochodzą później)? A przecież to jest prawdziwe życie i z tym się spotkają po opuszczeniu murów uniwersytetu. Lepiej więc przygotować do trudnego życia i rzeczywistej konfrontacji ze światem niż trzymać pod kloszem w iluzji.

Ale jeszcze trudniej zachęcić do podobnego współuczestnictwa samych pracowników. Przekonać a nie rozkazywać czy zmuszać. Jak przekonać pracowników uniwersyteckich do eksperymentowania z nowymi technologiami internetowymi i odkrywaniem zupełnie nowego świata? Jak przekonać, by pójść na niezbadane ścieżki wspólnie ze studentami?

Biorąc pod uwagę gotowość do eksperymentowania z nowościami, nasi studenci nie są gorsi od nas samych. Narzekanie więc na ponoć niski poziom studentów nie za bardzo pokrywa się z faktami.

Są i pozytywne rezultaty e-portfoliowego eksperymentowania (nauka przez działanie). Agregator z epotrfolio został już dostrzeżony nie tylko w lokalnej gazecie (Nasz Olsztyniak), ale i daleko poza Olsztynem, w kręgach w pełni zawodowych i profesjonalnych. To mała nagroda i zachęta by próbować dalej. Nie oglądając się na hejtowanie i złośliwości, wynikające z niezrozumienia. Z czasem i reszta, ta nieśmiała i z obawami, także zrozumie sens i wartość takiej formy obecności w interencie i poszukiwania pracy czy współpracy.

O uniwersytecie, małych wiejskich szkołach, narkotykach i sensie życia

sczachor

Sporo się ostatnio dyskutuje o sensie uniwersytetu. Dostrzec moża duże rozczarowanie, zarówno ze strony studentów i absolwentów jak i pracowników. Co jest źródłem tego dyskomfortu? Być może przyczyną jest traktowanie uniwersytetu w kategorii szkoły zawodowej. Wtedy rzeczywiście miarą sukcesu czy raczej klęski jest duży odsetek bezrobotnych licencjatów, magistrów a nawet doktorów.

Poszukuje się przyczyny tego stanu, wymieniając gimnazja, system boloński, brak egzaminów wstępnych itd. Moim zdanie to niewłaściwe poszukiwania. Bo na przykład co by zmieniło ponowne wprowadzonie egzaminów wstępnych? Selekcję i ograniczenie liczby studiujących? Wielu pracowników narzeka, że obniża się poziom zajęć (i poziom studentów), że ze strachu przed utratą studentów przez przedmioty przepuszcza się wszystkich. Jeśli tak, to ze strachu przed utratą studentów obniżono by poziom samych egzaminów wstępnych. Żadnej różnicy. Trzeba zrozumieć obecną sytuację i do niej dostosować formę kształcenia a nie rozpamiętywać, że dawniej to wszystko było lepiej.... (tak mówi każde starsze pokolenie od stuleci).

Z całą pewnością wiele się zmienia w samym społeczeństwie i otoczeniu uniwersytetów. Moim zdaniem wśród studentów znacząco spada motywacja do studiowania. Dlatego możemy mylnie odbierać ich jako leniwych czy mało zdolnych. Nie jest to wina ani gimnazjów, ani braku egzaminów wstępnych, ani systemu bolońskiego i czego tam jeszcze.

Dawniej dyplom studiów wyższych dawał szybki awans społeczny i pewną pracę. Teraz już niestety nie. Ograniczyć liczbę studiujących? Ale według jakiego systemu i jakiej reglamentacji? Tak jak w dawnych wiekach reglamentowano liczbę szlachty? Sumarycznie organiczenie wykształcenia i tak dawałoby upośledzenie całego społeczeństwa na globalnym rynku pracy i innowacyjności. Mały przykład - kiedyś w Polsce samochód był synonimem luksusu. To co, żeby ten stan przywrócić pozabierajmy ludziom samochody a zostawny tylko nielicznym?

Dawne zjawisko kolektywnego awansu (poprzez wykształcenie wyższe, dawniej elitarne) systematycznie zmienia się w zjawisko kolektywnej degradacji. I nie dotyczy to tylko Polski. Osobiście główną przyczynę widzę w konsumpcjonizmie. Całe pokolenie młodych ludzi napotyka na zjawisko „windy w dół” i widmo długotrwałego bezrobocia, które coraz częściej dotyka absolwentów kierunków uważanych za pewniaków w możliwościach znalezienia pracy (prawo, ekonomia, psychologia, biotechnologia). Ale bezrobocie młodego pokolenia i utrata sensu dotyczy także osób bez studiów wyższych.

Zawiedzione nadzieje wynikają z pewnego bezwładu społecznego, gdzie w mentalności pobrzmiewają jeszcze nadzieje minionego pokolenia (pęd do wiedzy jako awansu) i zderzają się ze współczesnością, jakże inną. Widać to wyraźnie, zwłaszcza jeśli traktować uniwersytet jako szkołę zawodową. Przecież znacznie łatwiej o pracę po zawodówce czy szkole policealnej niż z dyplomem magistra? Po co więc studiować? Po co utrzymywać uczelnie wyższe?

Sfrustrowane młode pokolenie nie ma motywacji do wysiłku i nauki. Bo po co, kiedy to nie mam sensu (gdyby traktować uniwersytet jako szkołę zawodową). Jedni stosują strategię „kwaśnych winogron” (obrażeni i zdystansowani), inni oszukują, kradną (ściąganie i plagiaty), jeszcze inni wyładowują swoje frustracje w aktach bezmyślnego wandalizmu czy agresji.

O sensie istnienia uniwersytetów nie jako szkół zawodowych, ale miejsca poszukiwania sensu życia, ciekawego życia, poszerzania horyzontów intelektualnych i duchowych, miejsca rozwoju osobowości, przekonują dane dotyczące narkomanii, alkoholizmu czy ogłupiającego konsumpcjonizmu (przykład niżej).

Inwestycja w uniwersytety i … małe wiejskie szkoły to inwestowanie w kapitał społeczny i zapobieganie kosztownym patologiom społecznym. To, co przeraża, to myślenie o edukacji w perspektywie krótkoterminowej ekonomii. Dlatego zamykane są małe szkoły wiejskie i biblioteki z powodów ekonomicznych (samorządy chcą zaoszczędzić). Przeraża umysłowa czy cywilizacyjna krótkowzroczność. Co z pieniędzy zaoszczędzanych na edukacji, kiedy pojawiają się zwielokrotnione problemy społeczne, jeszcze bardziej kosztowne ekonomicznie? Po co nam lepsze drogi z pieniędzy zaoszczędzonych na edukacji i kulturze? Żeby młodzież szybciej i wygodniej wyjechała? Kto nie wyda na edukację, wyda na zasiłki dla bezrobotnych, zasiłki społeczne i leczenie patologii społecznych z narkomanią włącznie.

Warto więc inwestować nie tylko w uniwersytety ale i w kawiarnie naukowe, lokalne domy kultury, teatry gminne, amatorską twórczość w różnorodnych wymiarach. To inwestycja a nie filantropia. Po co jedni mają być przepracowani a drudzy bezrobotni? I jedni i drudzy sięgają po narkotyczne lub alkoholowe czy seksoholiczne dopalacze….

Znakomicie moją myśl ilustruje wypowiedź profesora Jerzego Vetulaniego, neurobiologa, biochemika, członka PAN i PAU: „Przede wszystkim jednak trzeba stwarzać ludziom jak najbardziej komfortowe warunki do życia i rozwoju. Najwięcej narkomanii jest w środowisku, w którym ludzi dręczy nuda, brak perspektyw; wtedy narkotyki stanowią ucieczkę. To jest główna przyczyna alkoholizmu wśród kobiet. Gdyby wielkie pieniądze wydawane obecnie na walkę z narkotykami, która jest – wszyscy to widzą – nieskuteczna, przeznaczyć na wsparcie różnych inicjatyw społecznych, takich jak Uniwersytetu Trzeciego Wieku, działające na wysokim poziomie zespoły amatorskie, koła zainteresowań, różnego typu stowarzyszenia, gdzie ludzie mogliby się ze sobą spotkać, dzielić i rozwijać pasje, budować relacje, gdyby osobom już uzależnionym można było wskazać realną alternatywę dla nałogu, wtedy narkomania przestałaby być tak bardzo wyniszczającą nasze społeczeństwo epidemią.”

(„Groźne sobowtóry” – rozmowa Justyny Siemowicz z prof. Jerzym Vatulamin, miesięcznik Znak, nr 693, luty 2013 r.)

O pluskwach i karaluchach z warmińsko-mazurskich pociągów, lasów i rzek

sczachor

Za sprawą happeningów sejmowych w wykonaniu posłów, na 2-3 dni wzrosło zainteresowanie entomologią. Podczas debaty sejmowej nad wotum nieufności dla ministra transportu, budownictwa i gospodarki morskiej poseł Patryk Jaki wręczył ministrowi słoik z owadem podróżującym ponoć pociągiem relacji Olsztyn-Wrocław, informując, że jest to pluskwa (owad krwiopijny, atakujący człowieka). Obecny na sali profesor S. Niesiołowski, zoolog i entomolog zarazem, szybko wyprowadził z błędu, mówiąc, że jest to karaczan wschodni (Blatta orientalis). Dobrze, że i profesorowie nauk przyrodniczych są posłami. Ale w mediach później pojawiała się nawet nazwa karaczan brazylijski (to gatunek cieplarniany). Wzrosło więc zainteresowanie owadami i poszukiwaniem specjalistów, którzy rozpoznają co to za "robal".

Dobierając gadżety do ilustracji w retorycznej dyskusji - jeśli się nie ma wiedzy własnej - warto konsultować się ze specjalistami. Nie byłoby wpadek i ujawniania swojej niewiedzy i luk w wykształceniu. Przy okazji okazuje się, że wiedza i wykształcenie jednak się w życiu przydają. Biologia i entomologia przydatne są również, tak jak wiedza i wykształcenie w szerokim sensie. Samą błyskotliwością i happenerstwem wiele osiągną nie można (poza ulotnym pierwszym wrażeniem).

Czy  pluskwy i karaluchy to owady świadczące tylko o brudzie i zaniedbaniu? Warto poznać naszą różnorodność biologiczną trochę głębiej. Łatwiej byłoby dobrać zwierzęta do publicznej prezentacji z trybun sejnowych i salonów medialnych. Bo Warmia i Mazury pełna jest karaluchów i pluskiew. I możemy być z tego dumni. Tyle, że to trochę inne karaczany i trochę inne pluskwy. Korzystając z zainteresowania entomologią, za sprawą debaty o pociągach, chcę o tych gatunkach choć trochę opowiedzieć.

Na zdjęciu wyżej nasz rodzimy, polski i warmińsko-mazurski karaluch (karaczan) - zadomka polna (Ectobius lapponicus) (zdjęcie autorstwa safero, Wikimedia Commons).

Zadomka polna w pokroju troszkę przypomina prusaka (Blattella germanica), gatunek synantropijny, pojawiający się w naszych mieszkaniach. Gdyby więc następnym razem ktoś chciał przerazić "robalem", to proponowałbym wykorzystać zadomkę leśną w roli prusaka - przynajmniej będzie jako-tako podobna a mistyfikacja trudniejsza do ujawnienia.

Zadomka polna jest naszym rodzimym karaczanem (owadem z rzędu karaczanów - Blattodea), żyje w zaroślach na skraju lasów. Jest gatunkiem pospolitym i zazwyczaj licznym, ale nie łatwo ją zobaczyć, bo jest płochliwa. Nie występuje w budynkach, w przeciwieństwie do prusaka (ten w Polsce poza budynkami nie występuje, tak jak przystało na gatunek synantropijny, może pojawiać się tylko okresowo w trakcie dyspersji i szukania nowego domu - byłby więc w stanie podróżować na gapę pociągiem, ale tylko latem).

Bardziej krępa w kształcie jest zadomka leśna (Ectobius sylvestris), zasiedlająca krzewy i wysokie rośliny zielne. Też nie występuje w budynkach.

W Polsce występuje kilkanaście gatunków karaczanów (większość to synantropy cieplarniane), w Europie zanotowano około 150 sposród ponad 3500 gatunków znanych z całego świata. W dzikiej przyrodzie występuje w naszym kraju zaledwie sześć gatunków, wliczając karaczana wschodniego i prusaka, które są na tyle dostosowane do naszego klimatu, że w okresach cieplejszych mogą przemieszczać się samodzielnie i przebywać okresowo poza domami.

Poza gatunkami synatropijnymi (prusak, karaczan wschodni zwany też karaluchem, przybyszka azjatycka itd.), zamieszkującymi nasze budynki jako nieproszeni goście, w Polsce jest już sporo gatunków egzotycznych - ale są one hodowane w insektariach jako gatunki ozdobne lub jako pokarm dla inych zwierząt. Można je nazwać gatunkami cieplarnianymi. Przykładem jest poniższe zdjęcie: pokarm dla pająków ptaszników, zdjęcie z pokazu na szkolnym festiwalu nauki w Purdzie, jaki przygotowałem swego czasu ze studentami biologii.

Warto wrócić do pluskwy domowej. Osobiście miałem kontakt z tymi krwiopijnymi owadami w latach 80. XX w. w akademiku. Nocne spokania z pluskwami nie należały do sympatycznych. Ale to owady niezwykłe w swej historii. Przeniosły się na człowieka z gołębi i to w starożytnym Rzymie, gdzie bliskie sąsiedztwo tych ptaków i ludzi zaowocowało ewolucyjnym transefem. Gatunek ten ma niezwykłe zwyczaje seksualne, ale to już opowieść na inną okazję.

Do pluskwy domowej w pokroju ciała i wyglądzie podobny jest inny rodzimy i warmińko-mazurski pluskwiak (rząd Hemiptera, dawniej także pod nazwą Heteroptera, około 2400 gatunków w Polsce) - Aphelocheirus aestivalis (polskiej nazwy chyba nie ma, choć spotkałem się kiedyś z nazwą - zgłębień czy wgłębień czy dennik - pamięć zawodzi...) Ciało ma silnie spłaszczone, skrzydła skrócone, nieco większy i bardziej okrągły w kształcie od pluskwy domowej. Też ma długą kłujkę jak krwiopijna pluskwa domowa, ale żyje.... w czystych wodach. Jest drapieżny (zjada a w zasadzie wysysa owady wodne i małe małże - gałeczki), występuje w rzekach bogatych w tlen z kamienistym lub piaszczystym dnem. Licznie występuje w rzece Pasłęce, ale i w Łynie można go spotkać. Kiedyś złowiłem ten gatunek w Łynie na olsztyńskiej Starówce. Z takiej "pluskwy" możemy być dumni, bo świadczy o dobrym stanie naszych rzek.

Może warto - korzystając z medialnego zainteresowania - zrobić na naszych dworcach kolejowych wystawę (np. fotograficzną) z naszymi, rodzimymi karaczanami i "pluskwami", chwaląc się naszą bioróżnorodnością. Niech turyści przyjeżdżają do nas pociągami zobaczyć nasze plukswiaki i karaczany co wcale nie są synonimem brudu i zaniedbania :).

 

Rumianki z chruścikami, czyli zegar biologiczny w Synagodze w Barczewie

sczachor

8 czerwca 2013 r. w Synagodze w Barczewie (Galeria Sztuki „Synagoga”, prowadzona przez członków Stowarzyszenia „Pojezierze” http://synagogawbarczewie.pl/) organizuje koncert na rzecz niepełnosprawnych dzieci z powiatu olsztyńskiego połączony z aukcją zegarków przekazanych od aktorów, polityków, profesorów. Z prośbą o zegarek zwrócono się i do mnie. Mój zegarek marny, wysłużony, porysowany. Zamiast tradycyjnego czasomierza, przeznaczyłem swój malowany zegarek biologiczno-recyklingowy.

Butelka malowana w rumianki i chruściki to mój zegar biologiczny. Rumianki nawiązują do prowincji, gdzie czas płynie inaczej. Zdawałoby się wolniej. Ale za to pełniej i dogłębniej. W zabieganym świecie tęsknimy za wolnym życiem na prowincji. Powolnym, w poczuciu upływającego czasu, i wolnym od zniewalającego wyścigu szczurów. Chruściki fruwające nad rumiankami to owady wodne, którymi się zajmuję naukowo od lat. Chruściki (Trichoptera) są owadami z przeobrażeniem zupełnym. Tak jak motyle. Są ilustracją zegara biologicznego. Gdy przyjdzie czas, larwa przeobraża się w owada doskonałego (tak samo z gąsienicy – poprzez poczwarkę – wylęga się piękny motyl). Zegar biologiczny wyczuwa upływ czasu a przeobrażenie jest jak bicie zegara z kurantem. Albo z kukułką. Zegar biologiczny nie ma trybików i sprężyn. I czasem działa w zmiennym rytmie. Ale działa. Model organizmu żywego jest lepszym niż model zegara (maszyny) do opisu świata wokół nas, od atomów po galaktyki. To wyraz swoistej filozofii przyrody, dyskretnie ukrytej w malowanej butelce. Zielone szkło butelki wiąże się z nadzieją. Nadzieją na lepsze życie dla niepełnosprawnych dzieci.

Maluję butelki wyrzucone, pozornie niepotrzebne, zbędne (tak jak ludzie pozornie zbędni). Przywracam farbami im wartość, pozwalając dostrzec to, co w butelkach jest piękne i bez malowania. To swoisty recykling. Bo i życie jest kwintesencją recyklingu.

W końcu butelka może być posłańcem wiadomości – kartka schowana do środka a butelka wyrzucona do morza, płynie ze swoim listem-przesłaniem. Niech i koncert na rzecz niepełnosprawnych dzieci z powiatu olsztyńskiego będzie taką butelką z przesłaniem, rzuconą w ocean dobrych ludzi i ludzkiej dobroci.

Może ktoś tę butelkę zobaczy i przekaże mi, gdzie i kiedy ją widział? Dokąd zawędruje?

Konsumpcja stymulowana reklamą a stan środowiska naturalnego

sczachor

Dziwimy się zimową wiosną i nie bardzo chcemy uwierzyć w skutki ocieplenia klimatu, mimo że i takie zmiany zapowiadali klimatolodzy. Zaprzeczamy antropogenicznym zmianom klimatu bo... oznaczałoby to odpowiedzialność za niekorzystne zmiany oraz konieczność konsumpcyjnych wyrzeczeń.

Konsumpcja jest wynikiem zaspokajania aspiracji. Ale czasem  wygórowane aspiracje kreują rosnące potrzeby. Reklama podpowiada jak te potrzeby zapokajać przez kolejne zakupy i dalsze zadłużanie się. A potem? Potem to choćby potop :). Jakoś to będzie, znajdzie się jakiegoś winnego, kozła ofiarnego.

Ilość posiadanych dóbr jest uznawana za wyznacznik rozwoju społecznego. Byle nowocześniejsze, droższe, bardziej modne. Ile mamy w domu rzeczy niepotrzebnych? Producenci nam idą na rękę i oferują coraz bardziej jednorazowe produkty. Już nie będzie żal wyrzucać na śmietnik calkiem dobre urzadzenia (ale już mniej nowoczesne), bo się szybko zepsują. Naprawiać? Passe!

Komsumpcja stymulowana jest współczesną obsesją sukcesu, a reklamy gloryfikującą nowość. Konsekwencją tego jest szybkie zużywanie się zasobów naturalnych oraz produkowanie góry śmieci. I wcale nie jesteśmy od tego szcześliwsi... Jedni są coraz bardziej przepracowani, a innni czują się niepotrzebni jako bezrobotni lub uciążliwi dla budżetu emeryci. W gloryfikacji konsumpcji nawet ludzie stają się... zbędnymi śmieciami.

Potrzebę kontaktu z drugim człowiekiem zaposkajamy... włączonym telewizorem, radiem czy komputerem.  A nie prościej i taniej (bez zużycia energii) być z drugim człowiekiem? Przecież tylu ludzi czuje się niepotrzebnymi...

Do pełni człowieczeństwa potrzebna jest odpowiedzialność za siebie, za najbliższych i za środowisko (za biosferę). Uciekamy w konsumpcję przed ta odpowiedzialnoscią?

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci