Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Za dużo ludzi wykształconych? A może zła struktura społeczna i niespójna z biologią?

sczachor

Wypromowałem trzech doktorów, wszyscy pracują poza uczelnią, dwóch w zawodzie trzeci połowicznie. Jeden po dwóch latach bezrobocia i dorabiania na umowach śmieciowych założył własną firmę i wiedzie mu się coraz lepiej. Drugi znalazł pracę w administracji państwowej, ale w dziennie, związanej z tematyką doktoratu. Trzeci w branży IT, jego praca doktorska łączyła elementy symulacji komputerowej, więc w zasadzie też doktorat może się przydał. Pytanie zasadnicze czy doktoraty pomogły w myśleniu i kreatywności? Czy kompetencje z metodologią naukową i pogłębiona wiedza z biologii środowiskowej z chruścikami w tle były przydatne w kształceniu kompetencji twardych i miękkich? Czwarty zrezygnował na ostatnim roku studiów. Wykonał wszystkie badania, materiał opracował i zaczął pisać już rozprawę doktorską. Zrezygnował, bo miał już pracę, a studia doktoranckie były potrzebne chyba tylko do opłacania składki zdrowotnej. Czyli studia doktoranckie to w wielu przypadkach ucieczka przed bezrobociem…

Podobną ucieczką i przedłużaniem czasu zawieszenia są w dużym stopniu kierunki zamawiane (dobre stypendium) czy studiowanie drugiego kierunku (też stypendium). Przedłużanie konfrontacji z samodzielną dorosłością społeczną i ekonomiczną? Po co tylu doktorów? Ja jednak wierzę,  że ta wiedza będzie procentowała. Wierzę, że inwestycja w kapitał ludzki może przynieść dobre owoce.

Kiedyś szkoła trwała krótko. Kończyło się szkołę przed wejściem w dorosłość i samodzielność. Szkoła elementarna była realizowana w okresie dziecięcym. Wraz z dojrzałością płciową wchodziło się w pełni w życie dorosłe, z rodzina i pracą. Sensem było więc jak najszybsze skończenie szkoły, bo przerwy (repety) opóźniały tylko wejście w dorosłość. Ostatni moment to matura (a przecież do już szkoła średnia). Jak sama nazwa wskazuje egzamin dojrzałości. Swoista inicjacja i zakończenie nauki oraz wejście w dorosłość. Tak coś koło 18-19 roku życia. Pełna dojrzałość biologiczna, obywatelska i społeczna. Można iść do pracy. Wtedy skupienie całej nauki w okresie przed-dorosłym miało głęboki sens i uzasadnienie. Ponadto świat nie zmieniał się tak szybko jak teraz. Tego, czego się nauczyło w szkole, starczało na całe życie. Oczywiście uzupełniając, pogłębiającym się doświadczeniem i nieformalnym kształceniem ustawicznym.

Ale jeśli dodamy kolejne 5 lat studiów i 4-6 doktoranckich, to kończymy szkołę w wieku 30 lat. Jeśli dodać rozpoczęcie pracy, to w społeczną dorosłość wchodzimy po 30. Trochę za późno na zakładanie rodziny. Wydłużona edukacja na coraz wyższym szczeblu rodzi więc pogłębiający się rozdźwięk między dojrzałością biologiczną (coś koło 16-19 roku) a dojrzałością społeczną i ekonomiczną. Ten rosnący rozdźwięk rodzi różnorodne problemy społeczne.

Na przykład kobieta powinna rodzić pierwszy raz między 20-25 rokiem życia. Wtedy organizm najlepiej przystosowany jest biologicznie. I przez wiele lat tak właśnie było. Ale teraz systematycznie rośnie rozdźwięk między dojrzałością biologiczną a dojrzałością w sensie edukacyjnego finału. Współczesna kobieta może pozwolić sobie na dziecko po 30. roku życia. Chce, ale już nie za bardzo może (najlepszy czas minął). Nasza struktura społeczna nie jest przystosowana do naszej biologii, albo odwrotnie. Problemy z poczęciem ma coraz więcej par. Próbujemy sztukować to metodami in vitro. Pobrać komórki jakowe w wieku dwudziestu lat, wtedy gdy materiał genetyczny jest najlepszy, zamrozić, a jak już się skończy szkoły i ustabilizuje materialnie, to można około 40. roku odmrozić i urodzić. Tak próbujemy sztukować różnicę między biologią a modelem społecznym.

Czy jest alternatywa? Skoro i tak będziemy kształcili się całe życie (przecież potem studia podyplomowe i kursy) to model najpierw ciurkiem cała edukacja a potem praca i rodzina jest zupełnie niewydolny. Nie można chyba w społeczeństwie wiedzy rozdzielać edukacji i dorosłości na dwa osobne cykle i okresy życia. Zwłaszcza w bardzo szybko zmieniającym się świecie, gdzie praktycznie musimy się douczać przez całe życie, od przedszkola do seniora.

Sensowne byłyby więc przerwy po maturze, a zwłaszcza po licencjacie czy magisterium. Przerwy na rozpoczęcie pracy, na założenie rodziny. Daje to nieustanny kontakt z pozaakademicką rzeczywistością i rynkiem pracy. Znacząco ułatwia to system boloński. Jeśli po licencjacie iść do pracy i dopiero po 2-4 latach wybrać kolejny stopień kształcenia, wtedy edukacja i doświadczenie zawodowe są naprzemiennymi i zintegrowanymi porcjami kształcenia. Podobnie z doktoratem. Mielibyśmy model praca-nauka-praca-nauka itd. Model dla gospodarki opartej na wiedzy i potrzebnej edukacji ustawicznej.

Wymaga to nie tylko zmian społecznie akceptowanego modelu kariery, ale i przepisów. Żeby można było studiować w dowolnym momencie „za darmo” a nie tylko do 27 roku życia. Podobnie z innymi zniżkami np. komunikacyjnymi. To status studenta a nie wiek, powinien decydować. Taki model nie komplikowałby życia ludziom oraz pozwoliłby na studiowanie ludziom bardziej dojrzałym zawodowo i życiowo. O wiele lepiej będą wiedzieli czego chcieć od życia i od uniwersytetu i co się tak na prawdę przydaje, a co jest tylko zbędnym barachłem. Chyba łatwiej zmieniać model społeczny niż biologiczne uwarunkowania człowieka.

W ciągu mojej pracy miałem kontakt ze studentami dziennymi i zaocznymi (pracującymi). Zaoczni byli bardziej dojrzali, często dużo bardziej zmotywowaniu i lepiej wiedzieli, co z przekazywanej wiedzy rzeczywiście im się przyda w pracy.

Teraz system zaoczny jest płatny a dzienny „bezpłatny”. Dlaczego tego nie zrównać? Studia dla pracujących powinny być na takich samych zasadach jak dla „dziennych”. Nie wolno upośledzać pracujących. Być może rozwiązaniem systemowym byłby pakiet bezpłatnego bonu na studia wyższe – raz za darmo w ciągu całego życia – wykorzystasz kiedy chcesz. Za resztę musisz płacić: za drugi kierunek, za studia podyplomowe, za kursy dokształceniowe itd.

Jeśli tak, to uniwersytety się zmienią w najbliższym czasie. Studenci będą w różnych wieku, nawet w trzecim wieku.

Akademicki ferment - między pokoleniem NEETsów i prekariatem

sczachor

W kręgach nie tylko akademickich trwa coraz bardziej ożywiona dyskusja (przykład 1 Po co nam doktorat?, przykład 2 Niebezpieczne nieporozumienia w sprawach nauki). Klimat niemalże rewolucyjny. Mam wrażenie, że od wielu miesięcy wzrasta niezadowolenie, że coś jest nie tak jak powinno. Chyba potrzeba zmian dojrzewa, a różnorodne zmiany ciągle są wdrażane, praktycznie co roku, jedne mniejsze i kosmetyczne inne bardziej gruntowne (np. Krajowe Ramy Kwalifikacji, kategoryzacja uczelni). Czy wdrażane zmiany i programy naprawcze są niewystarczające? A może są wystarczające i właściwe tylko potrzeba czasu na efekty? Może lekarstwo zostało już podane i teraz trzeba tylko czekać na ozdrowieńcze efekty?

Temperatura społecznych dyskusji wokół uczelni wyższych, jak i wokół kształcenia, przypomina mi klimat roku 1989 i początek lat 90. XX w. Też był dyskomfort (z zupełnie innych powodów), gorąco dyskutowano i definiowano problemy i potrzeby zmian. Rok 1989 (i odzyskanie pełnej wolności)  umożliwił realizację wcześniej dyskutowanych pomysłów i planów uzdrawiania szkolnictwa wyższego. Skutek był taki, że powstało wiele nowych uniwersytetów, wiele nowych szkół, kształcenie wyższe  upowszechniło się i nabrało charakteru powszechnego. Remedium na pokolenie niewykształconych NEETsów wykreowało nowe pokolenie prekariatu. Kształcić się czy nie kształcić oto jest współczesne pytanie całego pokolenia. A może nawet całego globalnego społeczeństwa?

Teraz też, jak przed ponad 20 laty, dyskutuje się o potrzebie zmian, ale tym razem mowa o nadprodukcji magistrów i nawet doktorów. Rośnie dyskomfort zarówno młodego pokolenia, prekariatu, ale i samych pracowników szkół wyższych. Akademicy boją się zwolnień i upadku swojej „branży” a studenci boją się "wykształconego" bezrobocia. Coś jest nie tak. Nie tak miało to być?

Może jeszcze nie wiemy co i jak zmienić, ale potrzeba zmian nabrzmiewa coraz bardziej – na co wskazują bardzo różnorodne dyskusje.

Ferment intelektualny młodego pokolenia, które szuka swojego miejsca w świecie i na rynku pracy, jest chyba coraz bardziej widoczny. Nie chcą być bezrobotnymi licencjatami, magistrami czy doktorami. Ani bezrobotnymi profesorami :).

Znowu środowiska akademickie poszukują agory i miejsca do dyskusji. Dyskusja czysto akademicka, zamknięta w murach uczelni wyższych, jest niewystarczająca. Bo to problem całego społeczeństwa a nie tylko środowiska akademickiego i studentów. Uniwersytety nie istnieją w próżni i nie dla samych siebie. Szukamy więc dobrego miejsca, gdzie można się wypowiedzieć, posłuchać innych i podyskutować, zwłaszcza z ludźmi spoza branży. Wyżalić ale i poprzez słuchanie dowiedzieć się więcej i spróbować zrozumieć co się dzieje, spróbować zrozumieć rzeczywistość i nowe miejsce szkół wyższych.

Bańka akademickiego bumu edukacyjnego pęka (?) nie tylko w Polsce. Tak jak bańka spekulacji finansowych? Kupujcie, inwestujcie, bierzcie kredyty bo przyszłość jest wspaniała i tylko będzie nieustanny wzrost. Wzrost stopnia scholaryzacji wydawał się być napędzany rynkiem pracy i gospodarki opartej na wiedzy. Nowoczesna gospodarka potrzebuje specjalistów, w tym absolwentów z tytułem doktora. Mamy tabuny wykształconych i… zawiedzonych, bo nie ma wymarzonej pracy… Po co było się kształcić? Co za różnica czy być NEETsem czy prekariatem? Co lepsze być pokoleniem prekariatu czy NEET sów? I ci bez pracy i perspektyw i ci. Ci pierwsi są bardziej aktywni i wierzą w wykształcenie...

Wróćmy do wcześniej cytowanego artykułu o nadmiarze doktorów. Po co tylu doktorów? Można podać trzy różne odpowiedzi:

1. Nadprodukcja doktorów wynika z konsumpcjonizmu. To uczelnie wciskają zbędne towary tak jak i inne firmy wciskają nam żelazka, pralki i roboty kuchenne. Marketing przekonuje, że trzeba, że jesteś tego wart, że to nowoczesne. Uczelnie w ten sposób zyskują pieniądze, w tym przypadku z budżetu państwa lub czesnego. Tak jak banki namawiają do kredytów konsumpcyjnych a fabryki do kupowania jeszcze nowocześniejszego komputera, pralki czy nowego programu komputerowego lub smartfona.

2. Nadprodukcja doktorów to zagrożenie konkurencją (dla już wypromowanych dokotorów i profesorów) bo w klasie merytokracji zrobiło się zbyt ciasno. Za dużo doktorów bo nam zagrażają. Nie ma tyle miejsc pracy na uczelniach ani stanowiskach kierowniczych, więc nowi doktorzy to dla starych zagrożenie.

3. Złe kształcenie. Nie jest za dużo doktorów jako takich tylko za dużo źle wykształconych (spadek jakości).

Może nie mamy za dużo ludzi wykształconych: licencjatów, magistrów czy doktorów, ale za dużo źle wykształconych i dlatego są bezrobotni? Zostali oszukani niską jakością, „chińską tandetą” lub też nieprzystawalnością dawnych wzorców kształcenia do współczesnych potrzeb. No masz (produkt tani i tandetny lub wykształcenie albo telewizor analogowy), ale ile to jest warte? Iluzja statusu. Telewizor, co się zaraz rozlatuje, wykształcenie co pracy nie daje...

Czy jest to więc problem nadmiaru wykształcenia czy nieprzystawalności wykształcenia do potrzeb? Pytanie zasadnicze a poprawna odpowiedź zdecyduje co dalej z uniwersytetami. A może inny model szkoły jest potrzebny do nowych czasów i stąd ten kryzys? Społeczeństwo wiedzy po prostu potrzebuje zupełnie nowych rozwiązań społecznych, bo stare, przykrojone do innych czasów zupełnie nie pasują. To oczywiście zupełnie inna opowieść, na kolejny wpis.

c.d.n.

Kiedyś biblioteka była w centrum dawnego uniwersytetu. A teraz?

sczachor

Chyba każdy człowiek potrzebuje poczucia sensu i celu. Ja od dłuższego czasu zastanawiam się nad sensem uniwersytetu. Dyskomfort chyba całego środowiska wzrasta, coś ewidentnie zgrzyta. Może jeszcze nie do końca uświadamiamy sobie co, ale coś na pewno nie działa tak jak powinno. A skoro pracuję w tej instytucji to chciałbym robić rzeczy dobre i robić je dobrze. Dlatego pytanie o sens kształcenia i jego kształt ciągle do mnie powraca. I chyba nie jestem w tym odosobniony...

Kiedyś biblioteka była w centrum dawnego uniwersytetu. A teraz? Rośnie wiedza zewnętrzna a dostęp do niej może być z każdego miejsca. Co więc powinno być teraz w centrum uniwersytetu, kiedy tracimy znaczenie jako strażnicy wiedzy, zgromadzonej w papierowych kodeksach? Jak się odnaleźć w świecie po trzeciej rewolucji przemysłowej, świecie mocno zdecentralizowanym i pofragmentowanym przez internet i energię odnawialną?

Żeby dobrze kształcić uniwersytety powinny skupić się na diagnozie sytuacji (wyobrazić sobie jaka będzie przysłość, nawet ta niedaleka) i koncentrowaniu się na jakości kształcenia. Niby formalnie taka możliwość jest nakreślona przez Krajowe Ramy Kwalifikacji, ale… ponieważ pracownicy rozliczani są z punktowanych publikacji a nie jakości kształcenia, to w większości przypadków Krajowe Ramy Kwalifikacji są biurokratycznym dodatkiem, na który nie poświęca się należytej uwagi (męczące ale czy potrzebne?). I trudno nie zrozumieć takiej strategii: w obliczu niżu demograficznego jak i spadku zainteresowania studiowaniem ubywa studentów, a co za tym idzie etatów. Kogoś będą zwalniać… a oceniać będą po publikacjach a nie jakości kształcenia. Bo student nie jest podmiotem, jest jedynie przedmiotem.

Co z naukowej kategorii A jakiegoś wydziału, jeśli zabraknie studentów. Z badań naukowych się raczej nie utrzyma. Chyba, że świadomie przyjęta zostanie strategia Research Faculty. Ale i wtedy najważniejszym kryterium będzie uzyskiwanie grantów a nie publikacji (chociaż nie da się zdobyć grantów bez punktowanych publikacji). Czyli będzie PAN-bis.

Zdezorientowani są pracownicy, a studenci karmieni są iluzjami dobrego wykształcenia. Potem szlifują bruki jako bezrobotni. Nie jest to wesoła perspektywa. W ślad za bezrobotnymi absolwentami na bruk pójdą sami pracownicy. Coś jest nie tak. Potrzebne są kolejne, gruntowne zmiany.

Tylko czy środowisko akademickie świadome jest tej sytuacji? Czy czasem zbyt dużo energii nie pójdzie na wygryzanie się z pracy w konkurencji o kurczące się etaty (syndrom tonącej tratwy).

Chciałbym żyć w mniej ciekawych czasach i nacieszyć się nudą. Tymczasem trzeba będzie się zastanawiać czy ważniejsza jest wolność czy posłuszeństwo w kształceniu uniwersyteckim. I pod tym kątem trzeba dokładniej i świadomie określić kompetencje absolwenta. Czy kształcimy do wolności czy do posłuszeństwa? Czy kształcimy do samodzielności czy do samozadowolenia? Naszego, kadry profesorskiej samozadowolenia? Czy też zadowolenia absolwentów lub pracodawców.

Od pytania „po co „ i „jak” nie uciekniemy. Misja uniwersytetu określana jest jako: kształcenie, badania, innowacje. Adekwatne z tym kompetencje to: samodzielność, kreatywność, umiejętność samodzielnego poszukiwania potrzebnej odpowiedzi. Pytania, jakie stawia współczesność pozaakademicka, mogą być różne. Nie sposób wcześniej je spisać i wyuczyć (nauczyć) odpowiedzi. Bo rzeczywistość się zbyt szybko zmienia. Absolwenci muszą więc umieć samodzielnie stawiać pytania w oparciu o to, co widzą i z czym się spotykają. To na pewno będzie inny świat, inny od tego jaki my znamy i w jakim wyrośliśmy.

Kształcenie w moim odczuciu powinno być nastawione na rozwój cech osobowych, na poznawania spraw ogólnych a nie być kształceniem zawodowym w wąskim rozumieniu. Kształcenie zawodowe to uczenie modelu świata. Kształcenie ogólne to uczenie poznawiania świata i tworzenia modeli. To kształcenie do samodzielności a nie do odtwórczości.

I na koniec dwa cytaty.

„Polska młodzież, (…), otrzymała (…) bardzo wątpliwej jakości prezenty – niepewną przyszłość, presję na osobliwy rodzaj wartości życiowych (konsumpcja, sukces) i bardzo trudną do przeprowadzenia strategię „zrób-to-sam”. Rodzice oddali się czynnościom zarobkowym umożliwiającym ich pociechom „lepsze” życie.”

Daniel Quinn

„Myślenie, że jutro będzie piękne, jest o tyle absurdem, o ile nie będziemy się starać o to piękno dziś.”

s. Małgorzata Chmielewska

(Tygodnik Powszechny 31 marca 2013)

Zostaliście oszukani – nie jesteście dobrze wykształceni? Dygresja o transformacji uniwersytetów.

sczachor

Chyba żyję w ciekawych czasach, ciągle coś rewolucyjnego się wokół mnie dokonuje, także na uniwersytetach. Aż się tęskni za nudnymi czasami…

Tymczasem jednak dokonują się ogromne zmiany cywilizacyjne, o których nieustannie się przekonujemy w codziennym życiu i w czasie wizyt w skansenie czy muzeum (z dystansu lepiej widać ogrom zmian). Zmiany te dotykają także procesów uczenia się, funkcjonowania naszego mózgu i w konsekwencji także systemu edukacji. Dlatego jestem świadkiem i, chcąc-nie-chcąc, uczestnikiem ciągłych reform.

Lata mojego studiowania przypadły na posierpniowy stan wojenny. Kiedy zaczynałem pracę, kończył się komunizm. Był to impuls do bardzo głębokich reform całego systemu edukacji, w tym szkolnictwa wyższego. Docierały zmiany, niosące wolność i swobodę badań a także odideologizowanej edukacji. A potem…. było ciągłe gonienie jakości i dostosowywanie sytemu kształcenia do wspólnych, europejskich standardów. Ale to cała Europa się zmieniała edukacyjnie a nie tylko my ją „doganialiśmy”. Nie było chyba dwóch lat, w których byłyby te same zasady i przepisy. Niemalże każdy rocznik studetów inaczej.

Nieustanna reforma? Czy dlatego, że coś zrobiliśmy źle, czy dlatego że świat się tak szybko i ciągle zmienia. Biec, aby nie zostać w tyle czyli być w tym samym miejscu? Bez wątpienia jedną z przyczyn jest dokonująca się na naszych oczach trzecia rewolucja przemysłowa (elektronika, internet i energia odnawialna) i przejście ze społeczeństwa produkcyjnego ku społeczeństwu wiedzy. Mam nadzieje, że jest także powolne odchodzenie od konsumpcjonizmu. I zastanawianie się po co wiedza, po co uniwersytety? A w zasadzie jaka wiedza jest nam potrzebna i jakie uniwersytety? Czy elitarne czy egalitarne, czy kształtujące osobowość ludzi, rozumiejących świat czy jako wyższe szkoły zawodowe?

Teraz w murach uczelni wyższych widoczna jest pogoń za uznaniem w rankingach światowych (punkty za publikacje liczone według różnych systemów). Uczelnie w większości utrzymują się z dotacji na studentów ale pracownicy rozliczani są z badań naukowych. Pełne rozdwojenie jaźni. W domyśle – dydaktyka jest dobra lub w ogóle się nie liczy. Jest to zapominanie o jakości kształcenia i traktowanie studentów jako przedmiotu a nie podmiotu. Rosnąca frustracja, że coś jest nie tak, wypełnia środowisko akademickie, zarówno studentów jak i pracowników… a nawet gospodarkę, czekająca na dobrze wykształconych absolwentów. Dobrze to znaczy jak?

Ten klimat dobrze oddaje wywiad z profesorem Janem Stankiem z UJ: „Drodzy Młodzi Przyjaciele. Czuję się w obowiązku zwierzyć się Wam z bardzo przykrej tajemnicy. Nie jesteście - większość z Was - dobrze wykształceni, a jedynie tak Wam się wydaje. Zostaliście oszukani najpierw przez nauczycieli, a potem przez wykładowców. (...) Dlaczego (…)? Otóż pracownicy dydaktyczni są [wynagradzani] (…) od liczby wydanych dyplomów, a nie od jakości przekazanej wiedzy. Mało tego, rzetelne wypełnianie obowiązków dydaktycznych nieuchronnie prowadzi do zawodowej klęski. Ocenia się, że na uniwersytecie pracownicy naukowo-dydaktyczni powinni 70 proc. czasu poświęcać dydaktyce. Jednak awans zawodowy zależy wyłącznie od osiągnięć naukowych, mierzonych liczbą publikacji. W rezultacie naukowcy z szafarzy wiedzy stali się handlarzami marzeń. Dydaktyka, zwłaszcza w naukach matematyczno-przyrodniczych, jest w kryzysie. W ciągu ostatniego półwiecza ilość dostępnej wiedzy uległa zwielokrotnieniu, a umysł ludzki, "nasza jednostka centralna", się nie zmienił. Przepełnienie komputera danymi dramatycznie spowalnia, a w ostateczności uniemożliwia działanie. Ponieważ nie możemy zainstalować nowego mózgu, musimy go przeprogramować. Jego zasoby wykorzystać jako pamięć operacyjną z szybkim dostępem do pamięci zewnętrznej, na przykład do internetu.” (cały wywiad, podkreslenia S.Cz.)

Ostatnie zdanie ilustruje proces przekształcania repozytorium wiedzy i detronizację uniwersytetów. Od kiedy wynaleziono pismo, a zwłaszcza prasę drukarską, książki stały się zewnętrznym (poza naszym mózgiem) magazynem wiedzy. Dostęp do tej wiedzy gwarantowały biblioteki, w tym biblioteki uniwersyteckie. To wokół nich gromadzili się ludzie, dyskutujący, przetwarzający, czytający i w końcu piszący kolejne książki. Uniwersytet jako wspólnota uczących i nauczanych skupiał się wokół bibliotecznych księgozbiorów. O jakości danej uczelni przesądzała nie tylko kadra ale i bogaty księgozbiór.

I o to na naszych oczach, za sprawą komputeryzacji i internetu, uniwersytety i system kształcenia wyższego traci swój fundament. Coraz więcej najważniejszej wiedzy całej ludzkości dostępne jest w internecie, a dostęp do tej wiedzy można mieć z dowolnego miejsca, nawet z zapadłej w lasach mazurskiej czy warmińskiej wioseczki.

Aby uniwersytety dobrze kształciły (dawały rzetelną wiedze a nie iluzję i marzenia) całe środowisko akademcikie musi dostrzec zachodzące zmiany i dostosować koncepcję kształcenia. Musimy uniwersytety wymyśleć od nowa! Całkiem gruntownie przemyśleć sens i kształt kształcenia, w tym także kształcenia nieformalnego i pozaformalnego. I od nowa wymyśleć miejsce uniwersytetów w społeczeństwie. Przecież nie możemy być strażnikami papierowych bibliotek, bo tego nikt już nie potrzebuje.

Skomputeryzowane i podłączone do internetu uniwersytety są jak dawni zapalacze ulicznych lamp gazowych - cieszymy się, że dzięki elektryczności łatwo będzie zapalać gazowe lampy na ulicy. I nie przeczuwamy, że elektrycznośc to także elektryczne oświetlenie i brak pracy dla "zapalaczy". Wisły kijem się nie zawróci, ale możemy wcześniej się przekwalifokować. I znowu będziemy mieli pracę - już jako elektrycy:). Uniwersytet może być miejscem kreatywnego przetwarzania i udostępniania wiedzy oraz wypracowywania strategii przetrwania dla całego społeczeństwa. Aby wszyscy czuli sens i mieli pracę. Potrzeba tylko refleksji i skupieniu się dla dalekosięznych celach a nie codzienej walce o "punkty."

Czytanie zmienia mózg i relacje społeczne czyli słów kilka o ekologii miasta

sczachor

Dlaczego czytanie w mieście budzi zainteresowanie ekologa? Dlaczego wiedza ekologiczna miałaby przenikać do urzędników miejskiego ratusza i to w zakresie czytania książek? Przeczytaj, wiedząc, że czytanie na długo zmienia nie tylko poglądy ale i sam mózg na poziomie neuroanatomicznym.

Ekologia miasta to dział ekologii stosowanej, zajmujący się strukturą i procesami zachodzącymi między żywymi komponentami tego układu, a układem abiotycznym (przyroda nieożywiona). W urnicenozie (ekosystemie miasta) gatunkiem kluczowym i zwornikowym jest człowiek. Poznanie jego potrzeb (człowieka) i szeroko rozumianej autekologii jest decydujące dla planowania przestrzennego i zarządzania w miastach. Ekologia miasta jest dziedziną interdyscyplinarną, wychodzącą daleko poza tradycyjne ramy zainteresowań "zwykłej" ekologii. W końcu ekologia miasta jest jednym z ważniejszych problemów nie tylko naukowych, ale i społeczno-gospodarczych, bowiem blisko połowa ludności świata żyje w obszarach zurbanizowanych.

Czytanie zmienia mózg i relacje społeczne więc potrzeba więcej miejsc do czytania. Przydałoby się więcej ławeczek na skwerach i pod blokami na osiedlach mieszkaniowych, bowiem czyta się lepiej w pięknym otoczeniu przyrody. Ławeczki to mała architektura, poprawiająca jakość życia w mieście. Potrzeba więcej bibliotek i czytelni, nawet tych mobilnych, nawet w kawiarniach i herbaciarniach, nawet w formie półek bookcrossingowych. Bo są to miejsca do kontemplacji intelektualnej. Czytanie jest kontemplacją, bo wycisza i koncentruje na jednym obszarze aktywności. W końcu trzeba w przestrzeni publicznej więcej księgarni oraz miejsc do czytania, kupowania, wymieniania się książkami, dyskutowania.

Kawiarnia i książka – medytacja przy kawie. Ale wystarczy prosta mała architektura (ławki), wkomponowana w elementy zieleni: skwery, parki, trawniki.

Czytanie dzieciom na głos to tworzenie więzi społecznych (kultura oralna, mówiona) i pogłębianie relacji interpersonalnych. Zarówno w rodzinie jak i w społeczeństwie. Niech więc miasto tworzy taką przestrzeń, która wspomagać będzie więzi społeczne (jakżeż bardzo zanikające i upadające). Czytanie to medytacja intelektualna, wymusza skupienie, odcięcie się chwilowe od zewnętrznych szumów, wymusza zwolnienie i wyizolowanie się. Taka medytacja wspomaga myślenie.

Czytanie jest dialogiem autora z czytelnikiem. Jeśli notujemy (w pamięci, na kartce, w komentarzach internetowych) to uczestniczymy pełniej w tym dialogu. W czytaniu (i pisaniu, czy dyskutowaniu słownym) zmienia się nasz mózg. To nie tylko przyjemność (endorfiny w mózgu), to także tworzenie wiedzy, rozumienia świata, tworzenie innowacyjności.

Tworzenie miejsc przyjaznych do czytania i miejsc kulturotwórczych to nie jest filantropia lecz inwestycja poprawiajaca jakość życia gatunku kluczowego i zwornikowego w urbicenozie. Czytanie organizuje myślenie. I pisanie organizuje myślenie. Słuchanie i mówienie także organizuje myślenie. Więc warto robić notatki, nie tylko przygotowując się do egzaminu, ale jako przygotowanie się do dyskusji słownej oraz dyskusji słowem pisanym, na blogach, portalach, stronach w formie komentarzy.

To powszechne czytanie stworzyło wydawnictwa a nie odwrotnie. Tak więc promowanie czytelnictwa nie jest lobbingiem wydawców ale dbałością o rozwój cywilizacji i poprawianie relacji międzyludzkich. Także i w mieście.

Miasta jako ekosystem to układ kompleksowy, złożony z wielu różnych elementów, często o sprzecznych tendencjach, i działających w oderwaniu, a nawet w sprzeczności względem siebie. Przenikają się elementy naturalne i antropogeniczne, przenikają się procesy przyrodnicze z czysto ludzkimi zjawiskami w zakresie gospodarki odpadami, komunikacji, rozrywki i organizowania przestrzeni publicznej.

Miasta są więc określonymi układami ekologicznymi, które obecnie sprowadza się do modelu strukturalno-funkcjonalnego: ekosystemu antropogenicznego. Brak jest niestety koordynacji i całościowej wizji miasta funkcjonalnego. I widzimy to na co dzień. Wielu specjalistów działa w oderwaniu od siebie w tworzeniu struktur urbanistycznych. Ten brak współpracy możemy dostrzec na każdym kroku, zastanawiając się jak to możliwe, że wiele pojedynczych inwestycji i działań, zdawało by się sensownych i dobrze zaplanowanych, w całym systemie mocno uwiera i przeszkadza. Jak zegarek złożony z niepasujących do siebie części.

Funkcjonalny system nie jest prostą sumą elementów. Brak współpracy specjalistów z różnych dziedzin wynika z braku wspólnego języka i zdolności do komunikowania się ze sobą. Większość spośród nas nie jest w stanie widzieć całości problemów, a rozwiązuje zaledwie ich cząstkę, która przesłania mu całość.  Budowanie zatem przestrzeni publicznej do ułatwiania dyskusji i dialogu przełożyć się może na lepsze zarządzanie w skali całego miasta. Specjaliści różnych dziedzin nie współracują nie dlatego, że się nie lubią, lecz dlatego, że ze sobą nie rozmawiają i nie komunikują się. Co przekłada się na niezrozumienie szerszego kontekstu.

Na koniec polecam do poczytania "Ekologię miasta" Henryka Zimnego (wyd. 2005 r.). Niech lektura odmieni nas i nasze miasto. Polecam także "Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg" Nicholasa Carra.

(Na fotografii wyżej, wykonanej przez Elwirę Iwaszczyszyn, ławeczka na osiedlu w Olsztynie).

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci