Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Uniwesytet i Kortowiada – czy studenci są elitą?

sczachor

Juwenalia studenckie (w Olsztynie jest to Kortowiada) często kojarzą się z pijaństwem, wybrykami, głośną muzyką. Rodzi to pytanie o kulturę studencką. W jakimś sensie juwenalia są ewaluacją samego uniwersytetu (przynoszą wstyd?) jak i całego społeczeństwa. Jeśli jest coś nie tak, to zastanówmy się nad przyczynami tej domniemanej choroby a nie tylko lamentujmy nad objawami. A może nie jest tak źle, jak się nam wydaje?

Czy uniwersytety przestały kształcić elity?

Na juwenalia patrzymy z perspektywy elit. Kiedyś może tak było. Kiedyś dyplom uczelni wyższej otwierał perspektywy bycia elitą (nie gwarantował ale mocno obiecywał). Bo wykształcenie dawało awans społeczny, przynajmniej w warstwie prestiżu. Od kilku lat nie jest to już aktualne. Powszechne kształcenie, egalitarne, nie tworzy elit. Bo z samej definicji elita musi być nieliczna.

Młodzi ludzie z dyplomami są sfrustrowani, bo nie mogą znaleźć pracy, do której przygotowywali się podczas studiów, nie mówiąc już o rozwoju osobistym i karierze. I nie wynika to z gorszego kształcenia tylko z takiego a nie innego rynku pracy. Dla młodych nie ma pracy, bez względu czy mają czy nie mają wyższego wykształcenia (wśród młodych bez dyplomu jest nieco wyższe bezrobocie). O małą liczbę wolnych stanowisk konkuruje coraz więcej dobrze wykształconych młodych ludzi. Ci gorzej wykształceni szybko są wypychani z rynku.

Elitarność kształtuje się zupełnie inaczej. Owszem, także na studiach ale nie poprzez sam fakt bycia studentem. Tak jak w dowcipie o najszerszym autobusie w Wąchocku – bo wszyscy chcą siedzieć obok kierowcy. Społecznie myślimy, że uniwersytety są takimi właśnie „najszerszymi autobusami”.

Jak kształcić elity? Dobre pytanie. Na pewno na uniwersytetach, ale sam fakt uzyskania dyplomu elitą nie czyni. Potrzeba czegoś więcej. I z tego „czegoś” nie bardzo zdajemy sobie sprawę. Stąd ta rosnąca społeczna frustracja i zdegustowanie m.in. juwenaliami. Że niby takie nie-elitarne.

Co z kulturą studencka?

Kiedyś podobno było lepiej. Mam jednak poważne wątpliwości co do tego „lepiej”. Kiedyś w ART było raptem 4 tys. studentów, na WSP 2-3 tysiące. Ile osób bawiło się na juwenaliach? Na WSP zaledwie kilkaset, też głośno. Do klubu studenckiego na koncert wchodziło 50-150 osób maksymalnie (teraz na koncercie jest 20-30 tysięcy!). Jeśli ta dawna kultura studencka była jakimś wyróżnikiem… to także dotyczyła małego grona a nie wszystkich studentów. Jeśli były juwenalia z alkoholem (a były), to były raczej kameralne i przez to nie rzucały się w oczy. Ponadto nie było ani potrzeby ani możliwości organizowania dużych koncertów plenerowych. Teraz jest więcej uczestników i są możliwości. Więc słychać. I widać. Ale to nie wynika z upadku poziomu kultury studenckiej. Ośmielam się twierdzić, że teraz nie jest gorzej, teraz tylko w jednym miejscu większa liczba studentów urządza juwenalia. Gorsza może być przez swoją masowość i utratę kameralności. Osobiście wolę imprezy kameralne.

Kiedyś muzyka była ambitna i były kabarety? Ale wtedy uczelnie wyższe były swoistym azylem, gdzie było trochę więcej wolności i więcej mogliśmy. Nie dlatego, że inni nie chcieli i nie byli w stanie zainteresować się czymś ambitniejszym. Teraz popkultura dotarła do kampusów uniwersyteckich. Bo wolność jest wszędzie, bez kartek i limitów. A tej ambitniejszej kultury studenckiej, mniej masowej, po prostu nie dostrzegamy. Bo nawet na wsiach są już teatry, ciekawe spotkania. Poziom kultury się wyrównał, zatarły różnice.

Jest sporo imprez studenckich, ambitnych ale nie tak masowych, dlatego w mediach nie dostrzegamy… i nie narzekamy. Studenckie Spotkania Kulturalne przeszły jakoś bez echa. Ciekawe są np. Nocniki – nocne malowania studentów, akcja sadzenia lasu itd. Są kabarety, sukcesy odnosi chociażby Kabaret z Nazwy. Jest Niebieskie Piórko, Dni Afryki itd. A przecież ja znam tylko mały wycinek aktywności studenckiej. Bo za mało o ambitnych i wartościowych przedsięwzięciach studenckich się mówi i pisze. Często studenci ze swoją aktywnością przenoszą się poza kampus studencki, są bardziej otwarci niż my kiedyś. Przez to są mniej widoczni. Uniwersytety przestały być azylem dla kontestacji.

Narzekamy, że pijaństwo? Mnie również nie bardzo się podoba głośna popkultura z ostentacyjnymi bachanaliami. Ale jeśli zajrzeć do Kortowiady od środka, to widać dużo więcej. Na przykład boje wydziałów, kreatywne zabawy i imprezy sportowe. Narzekamy na upadek obyczajów ale…. pozostawiliśmy studentów samym sobie. Sami musieli znaleźć sobie sponsorów na sfinansowanie koncertów. I znaleźli browary. Dlatego w formie takiej czy innej reklamy piwo jest tak bardzo widoczne. Czy daliśmy inną alternatywę i wsparliśmy finansowo lub zaproponowaliśmy kulturalniejszych (mniej ludycznych) sponsorów i mecenasów? Ilu pracowników bierze udział w bojach wydziału, ilu poprzez swój przykład i aktywność pokazuje jak można się bawić kulturalnie? Oddaliliśmy się od siebie, teraz trudno będzie znaleźć wspólną komunikację i wspólną przestrzeń… A może nigdy jej nie było, dawniej także?

Ilu pracowników wspiera swoją aktywnością np. Studenckie Spotkania Kulturalne (ambitne i bezalkoholowe)? A ilu profesorów, doktorów i magistrów bywa na różnorodnych imprezach kulturalnych w mieście, w filharmonii, teatrze, wernisażach? Niewielu z nas tam bywa, nie dajemy dobrego przykładu – same słowne połajanki studentow nam nie odmienią. Wolimy piwo przed telewizorem w swojej willi lub grill w ogródku (za własnym płotem, odizolowani). Dlaczego więc mamy pretensje do studentów? Że robią to gromadnie na trawniku? Bo piją z puszki a nie z kryształowej szklanki? Bo willi jeszcze nie mają i szanse na awans mają niewielkie? Całe pokolenie spychane jest na społeczny margines. A grillowanie na trawniku ma przynajmniej aspekt społeczny, otwartego spotkania w przestrzeni publicznej. Ja im tego zazdroszczę! I oby ta chęć wspólnego przebywania w przestrzeni publicznej pozostała jak najdłużej.

Narzekamy, że na plaży nad Jeziorem Kortowskim studenci nieustannie grillują i piją piwo. A czy w jakimkolwiek budynku uniwersytetu jest choć jeden pokój socjalny, gdzie studenci w przerwie między zajęciami mogliby usiąść (nie na schodach!) i zrobić sobie kawę czy herbatę po kosztach własnych? Czy tworzymy im przyjazną i kulturalną niekomercyjną przestrzeń publiczną? Są tylko płatne automaty do kawy i fast foody. Ani to zdrowe ani tanie. A czy uczestniczymy lub organizujemy ambitne spotkania kameralne na terenie kampusu lub "na mieście”, aby poprzez przykład pokazywać jak można kulturalnie spędzać czas na dyskusjach?

Pozostawiliśmy studentów – całe pokolenie – samych sobie. I tylko narzekamy. Ale tak na prawdę, to narzekamy na samych siebie, na to jak fatalnie organizujemy przestrzeń do kształcenia elit.

Na Kortowiadzie dużo jest młodzieży licealnej. Oni też piją. Może nawet bardziej, bo to powiew wolności i „dorosłości”. A ile jest miejsc w Olsztynie, gdzie mogą tanio się spotkać w kawiarni czy herbaciarni?

Czy jest bezpiecznie na Kortowiadzie?

W mediach czasem pojawiają się informacje o incydentach i chuligańskich wybrykach na różnych juwenaliach, zapisanych na konto studentów. Do tego są narzekania mieszkańców na głośne studenckie imprezy. Ale wyobraźmy sobie imprezy masowe na 30-50 tysięcy uczestników. Niech będzie to mecz piłkarski. Jakie środki w postaci policji i ochrony trzeba na takie imprezy przygotować? I ile na takich imprezach jest burd ulicznych i pozastadionowych? A ile jest spontanicznych imprez, zwoływanych przez np. Facebooka w Polsce? Podobnie z dużymi imprezami masowymi z koncertami. Wedle takiej miary to na Kortowiadzie jest bardzo spokojnie i bezpiecznie. Na dodatek jest relatywnie bardzo małe zaangażowanie policji (za pieniądze podatnika). Oczywiście, wolałbym aby na Kortowiadzie nie było żadnych incydentów, nawet tych drobnych. Ale przykładajmy do tego właściwe porównanie. Jeśli jest coś nie tak, to studenci nie odbiegają negatywnie od całego naszego społeczeństwa. Raczej są powyżej średniej przeciętnej (w pozytywnym aspekcie).

Narzekaniem na kortowiadowe bachanalia chyba chcemy zagłuszyć własne wyrzuty sumienia, że całe młode pokolenie pozostawiliśmy samym sobie. Daliśmy złudne nadzieje na awans społeczny i instrukcję „zrób sobie sam”.

Na koniec cytat

Prof. Marian Golka, dziś socjolog kultury, u progu lat 70. kierował klubem Cicibór. Zapraszał teatry, organizował dyskoteki zwane wtedy fajfami. - Stan obecnej kultury studenckiej w Polsce czy raczej kultury studentów można zinterpretować na trzy sposoby: obiektywny, choć odsłaniający mizerię tej kultury, obiektywny, choć neutralny oraz domniemany, choć potencjalnie życzliwy - mówi. - Po pierwsze więc, nie sposób dostrzec dzisiaj w kulturze studentów w całej ich masie bardziej wyrafinowanych elementów, zainteresowań, potrzeb; nie sposób też dostrzec autonomicznej kreatywności. Ta kultura obecnie zdecydowanie różni się od tej, jaka przejawiała się u większości - bo przecież też nie u wszystkich - studentów z czasów sprzed umasowienia szkolnictwa wyższego. A różni się przede wszystkim tym, że mało różni się ona od innych kategorii społecznych. I tu przechodzimy do drugiego wyjaśnienia: dzisiaj we współczesnej cywilizacji zachodniej czy "zachodopodobnej" mało która kategoria społeczna ma swoją własną kulturę czy choćby swój odrębny styl życia. Nie mają go księża, nie mają prawnicy, nie mają kominiarze ani żołnierze. Trudno więc oczekiwać, aby mieli go studenci w swym przelotnym okresie życia. Rzeczywiście, czy to nam się podoba, czy nie, nie mamy się gdzie ukryć przed dominacją kultury medialnej - przyznaje prof. Golka. - I wreszcie wyjaśnienie życzliwe: a może ta forma zabawy, a przede wszystkim "zamówienie" sobie na piknik zespołu Figo Fagot, jest wyrazem pewnej przekory, a może nawet chęcią sprostania pewnym absurdom czy chęcią ludycznej ich manifestacji. No właśnie: kiedyś, w swych najlepszych czasach, kultura studencka pielęgnowała absurd, żywiła się nim, ale też oswajała go, igrała z nim. To było tym wyższym piętrem kultury studenckiej, które miało różnić ją od innych, bardziej trywialnych i dosłownych form. Chcę wierzyć, że tak właśnie jest i teraz.”

Cały tekst

Nauka - rywalizować czy współpracować?

sczachor

Indywidualizm w badaniach naukowych jest bardzo ważny. Gwarantuje oryginalność, zaangażowanie i konkurencyjne współzawodnictwo różnych poglądów i hipotez. Nadmierna rywalizacja, zwłaszcza w aspekcie międzyludzkim i ambicji personalnych, może przynosić jednak złe efekty.

„Ludzie, którzy uczestniczą w rywalizacji, coraz mniej lubią innych. Tracą do nich zaufanie. Pogarsza im się także samopoczucie, bo polepszyć może się tylko tym, którzy wygrywają. W polskim życiu społecznym często mamy do czynienia z podwójną rywalizacją. Wewnątrzgrupową, czyli kto jest lepszy od kogo w obrębie jednej grupy, i międzygrupowa. Na chwilę pojawia się konsolidacja wewnątrz grupy, bo trzeba powalczyć z inna grupą, ale jak tylko ta walka się skończy, natychmiast aktywizują się antagonizmy wewnątrzgrupowe.”

Prof. Wiesław Łukaszewski (Gazeta Wyborcza,4-5 maja 2013)

Zespoły naukowe i całe ośrodki konkurują o pieniądze na badania i o studentów. Konkurencja umożliwia podnoszenie jakości. Czasem jednak cała para idzie w gwizdek (działania pozorne). Mobilizowanie przez surową kontrolę może pogarszać efekty pracy. Bo nadmierne kontrolowanie rodzi nieufność. Kulą u nogi dla naukowców są zamówienia publiczne. Mają zapobiegać patologiom i niewłaściwemu wydawaniu pieniędzy, ale z drugiej strony utrudniają pracę i wykonywanie badań naukowych. Biurokracja zajmuje za dużo czasu...

A wracając do indywidulanych ambicji i relacji międzyludzkich - pokonać to nie znaczy przekonać. Po cóż stawianie na swoim, po cóż zwycięstwa, gdy traci się przyjaciół? I szacunek podwładnych. Zanika zdolność do dyskusji i dialogu a w konsekwencji rozumienie siebie nawzajem.

Sukcesy polskiej nauki to także zarządzanie instytucjami i zespołami badawczymi. Poza umiejętnościami merytorycznymi i kreatywnością konieczne są kompetencje społeczne, dotyczące pracy zespołowej, empatii i kierowania zespołami badawczymi. Inspirować i motywować jest trudniej niż wydawać polecenia i rozliczać. Ale to pierwsze daje dobre efekty w długiej perspektywie czasowej. Dobrze zarządzane zespoły naukowe rozwijają się i odnoszą sukcesy. Te źle zarządzane, napędzane koteriami i intrygami, mobbingiem i nepotyzmem, w dłuższej perspektywie odnoszą porażkę. Do sukcesów w polskiej nauce potrzeba nie tylko funduszy i dobrej kadry naukowe, potrzebne jest także doskonalenie w zakresie efektywnego kierowania zespołami (w tym zespołami studenckimi). Bo przecież absurdem byłoby zatrudnianie na stanowiskach kierowniczych ludzi nie związanych z aktywnym uprawianiem nauki a znających się na zarządzaniu. Także naukowcy muszą uczyć się zarządzania i budowania wzajemnego zaufania. Współczesna nauka musi mieć wszechstronnych pracowników, potrafiących realizować nie tylko specjalistyczne procedury badawcze ale także obsługiwać technologie IT oraz posiadających efektywne kompetencje społeczne. Bo nauka jest procesem społecznym i globalnie zespołowym.

Dobry zespół to nie taki, w którym są sami geniusze, ale taki, w którym ludzie o różnych umiejętnościach współpracują i tworzą zespół zorientowany na zadanie, proces (a nie dworskie umizgi i rywalizacje o stanowiska).

Uniwersytet trzeciego wieku albo... eutanazja

sczachor

Żyjemy w epoce kryzysu czasu wolnego. Dzięki postępowi technologicznemu nie musimy tyle pracować co kiedyś. Wyręczają nas maszyny i nowoczesna technologia. Niby dobrze ale... co zrobić z wolnym czasem? Rośnie bezrobocie, bo nasza praca nie jest już potrzebna. A dodatkowo żyjemy dłużej, więc pojawia się problem z wolnym czasem na coraz dłuższej emeryturze. Bezrobotni są sfrustrowani i emeryci są sfrustrowani - obie grupy czują się niepotrzebne i obciążające całe społeczeństwo. Co zrobić z czasem wolnym?

Z jednej strony, w związku z wymogami technologicznymi oraz z siłą bezwładu cywilizacyjnego wydłuża się okres kształcenia. Blisko połowa populacji podejmuje studia a więc w "ławach szkolnych" pozostaje niemalże do 30 roku życia. Społeczeństwo wiedzy staje się faktem. Przy okazji czas wolny zagospodarowany jest na kształcenie. Dla własnego samopoczucia lepiej się kształcić niż być bezrobotnym (pokolenie "nic"). W tym sensie kształcenie nawet uniwersyteckie jest sensownym zagospodarowaniem czasu i nadaniem sensu życia. Można to rozpatrywać w kategoriach higieny, tak jak zdrowe odżywianie, ruch i sport, tak i aktywność umysłowa umożliwia lepsze życie. W tym rozumieniu uniwersytety będą coraz bardziej nie tyle wyższymi szkołami zawodowymi co miejscami poszukiwania sensu życia i zdrowia duchowego.

A co z emerytami, całkiem sprawnymi fizycznie i intelektualnie? Są obciążeniem dla budżetu? Jak grzyby po deszczu w dużych miastach i małych miasteczkach rozwijają się uniwersytety trzeciego wieku. To także jest pozazawodowe poszukiwanie sensu życia, znacznie lepsze niż … eutanazja (pozbyć się ludzi starych). Mamy przecież sobie tyle do powiedzenia! W społeczeństwie wiedzy ten potencjał będzie się stale zwiększał. W Belgii 2% zgonów to eutanazja… a byłoby więcej, gdyby nie opór środowiska medycznego. Społeczeństwa różnie wybierają... Przed nami także jest ten wybór... do "gazu" czy na uniwersytety (przepraszam za brutalne porównanie).

Wraz z długiem publicznym i starzeniem się Polaków (w sensie demograficznym), będzie coraz większa presja na eutanazyjne pozbycie się starego problemu. Czy jesteśmy gotowi dostrzec w ludziach „niepotrzebnych” wartość, którą trzeba pielęgnować? Czy jesteśmy gotowi dostrzec w edukacji i wiedzy sensowną alternatywę zarówno dla kryzysu czasu wolnego jak i eutanazji?

Uniwersytety trzeciego wieku to poszukiwanie sensu życia. W ślad za modą na uniwersytety trzeciego wieku najpewniej powstawać będą uniwersytety wieku uniwersalnego, bo faktem staje się także kształcenie ustawiczne (w każdym wieku a nie tylko szkolnym i emerytalnym). Więc nie tylko w młodości i nie tylko na emeryturze odwiedzać będziemy uniwersytety.

Uniwersytety nabierają nowego sensu w społeczeństwie wiedzy XXI wieku. Nie powinniśmy narzekać, że mamy bezrobotnych magistrów. Bo sensem uniwersytetu wcale nie jest kształcenie zawodowe. Sensem jest rozwój osobowości i poszukiwanie sensu życia. Kompetencje zawodowe są nabywane przy okazji. Jako wartość dodatkowa a nie główna.

Klika Lenia – dygresja do studenckich juwenaliów i wizerunku uniwersytetu

sczachor

W czasach licealnych, zafascynowany pisarstwem Stanisława Lema (wtedy nie było go w zestawie lektur szkolnych), na potrzeby szkolnej gazetki ściennej przybrałem pseudonim artystyczny Stanisław Leń. Tak podpisywałem swoje wiersze. Na studiach także używałem tego artystycznego pseudonimu – próbowałem dalej pisać wiersze i teksty do piosenek.

Studiowałem w stanie wojennym (zacząłem w 1982 r.). W działaniach studenckiego Klubu Docent potrzebne były plakaty i afisze. Wtedy malowaliśmy je ręcznie, plakatówkami na szarym papierze. Wpadłem na pomysł, aby założyć małą grupę artystycznych malarzy (uczyłem się nieświadomie pracy zespołowej). Nadałem nazwę Klika Lenia, i odpowiedni plakat informacyjny, z zachętą do włączenia się, wywiesiłem w akademiku. Po dość krótkim czasie zauważyłem, że plakat zniknął. Zirytowany namalowałem kolejny. I ten także został szybko zerwany. A ja dowiedziałem się, że to pierwszy sekretarz POP PZPR z uczelni zerwał. I groził wyrzuceniem ze studiów. Niemiły początek studiowania i pracy społecznej. Co go tak zbulwersowało, że groził usunięciem mnie ze studiów (na szczęście dla mnie to się nie powiodło)? Władza przestraszyła się klubu plastycznego? Jakąś działalnością wywrotową i antypaństwową czy antysocjalistyczną? Ten pan najpewniej odczytał to jako aluzję do „klika Lenina” i zinterpretował jako antypaństwową wywrotową działalność, jako atak na autorytet władzy ludowej.

Moje intencje były zupełnie inne… ale na „złodzieju czapka gore” – to był czas niespokojny i władza pacyfikowała niezależność i samodzielność działań całego społeczeństwa. W swych obawach wszędzie widziała wrogów i spiskowców. Przy okazji niszcząc kreatywność, samodzielność myślenia i swobodę wypowiedzi. Tak sobie myślę, że obecne kontrowersje niektórych osób z kadry (może i studentów także) również biorą się z nieporozumienia i zapobiegawczej walki z wyimaginowanymi „wrogami” i „zgnilizną moralną”.

Dlaczego pojawiło się słowo „klika”? To był jakiś nie do końca uświadomiony bunt w stosunku do zastanej rzeczywistości, zarówno tej ogólnokrajowej jak i uczelnianej. Koterie, nieformalne układy, przerost ideologii nad moralnością, widoczne nawet w ówczesnych organizacjach studenckich, itd. Sprzeciw w wersji satyrycznej wobec ogólnych postaw moralnych a nie konkretnej osobie czy konkretnej grupie ludzi. Coś się w duszy tliło, ale nie do końca uświadamiałem sobie co. To nie było ukonkretnione i zwerbalizowane. Ale było. Na zrozumienie i zwerbalizowanie trzeba czasu i większego doświadczenia życiowego.

Formułowane publicznie, jak i w nieoficjalnych gronach, kontrowersje dotyczące tegorocznej koszulki kortowiadowej Wydziału Biologii i Biotechnologii wbrew pozorom nie dotyczą chyba ani czerwonej pupy pawiana, ani zasady azotowej uracyl, ani dobrego imienia wydziału ani praw autorskich do postaci z filmu rysunkowego. Oburzenie wywołuje chyba napis „Mamy zasady w czterech literach”, bo można odebrać do jako „mamy zasady w d…” (notabene dłoń ma także cztery litery). Bo może to jakiś artystyczny wyraz „wypięcia się na nas”, nas kadrę, nas władzę, nas społeczeństwo, na normy moralne? Czyli odczytywanie jako wrogiego aktu antyspołecznego. Trudno jednak do tego publicznie wprost się przyznać… bo to przecież tylko domysły i subiektywne interpretacje.

Poprzez moje studenckie doświadczenia z „Kliką Lenia” mam wrażenie, że rozumiem studentów. Bo z autopsji wiem jak to na prawdę wygląda z drugiej strony (młodzieńcza zabawa a nie antyspołeczna wrogość). Myślę więc, że zamiast się oburzać i ciskać gromy na studentów, lepiej z nimi po prostu życzliwie porozmawiać (i to już na etapie projektów i przed głosowaniem a nie po). Czy będzie taka koszulka kompromitacją wydziału? Wierzę, że przeciętny dziennikarz czy szary człowiek dostrzeże dowcip słowny i odniesienie do czterech zasad azotowych, tworzących DNA a nie jako antyspołeczne i niemoralne manifesty (bardziej wizerunek uczelni psuje publiczne picie alkoholu). Jeśli mamy jednak wątpliwości co do pozaakademickiego odbioru studenckiego kalamburu, to opowiedzmy innym o poprawnej interpretacji. Szukajmy publicznie czegoś dobrego i z sensem... To znakomita okazja do upowszechniania wiedzy i nawiązanie do 60. rocznicy odkrycia i opublikowania struktury DNA (czytaj więcej). Znakomita okazja, aby w świetle najnowszych odkryć naukowych wyjaśnić dlaczego uracyl, typowa zasada dla RNA, pojawia się jednak w DNA (a więc 5 zasad a nie cztery) i jakie ma to znaczenie ewolucyjne. To okazja do upowszechnienia wiedzy o genach, rozszyfrowaniu genomu człowieka i wielkich zagadek z hologenomem czy „śmieciowym DNA”.

Wykorzystajmy (do upowszechniania najnowszej wiedzy) ewentualne kontrowersje oraz zainteresowanie mediów i wspierajmy studentów. Bo uniwersytet to wspólnota uczących i nauczanych (dla mnie jest to aktualny ideał), to wspólnota wtedy, gdy się jest na wozie jak i wtedy, gdy się jest pod wozem. Bądźmy razem ze studentami a nie przeciw nim (nawet jeśli zbłądzą). Wspierajmy nie tylko w dochodzeniu do prawdy ale i w kompetencjach społecznych. Nie pozostawiajmy ich samych w konfrontacji ze światem zewnętrznym (który przecież nie jest zawsze przyjazny i szlachetny, tam nie są sami rycerze na białych koniach!).

Wrócę jeszcze do mojej „Kliki Lenia”. Wtedy ze mną nikt nie rozmawiał, były tylko zaocznie kreowane szykany i pogróżki (ktoś na mnie na SB nadonosił, że potem mnie po studiach do wojska nie wzięli - ale ja to sobie akurat chwalę). Na studia przyszedłem jako osoba przyjaźnie nastawiona do PZPR. Uważałem wtedy, że socjalizm jest dobry tylko wypaczenia są złe. Niemiłe rozczarowania ze zrywaniem plakatów, groźby wyrzucania ze studiów (niszczenie kreatywności w domniemanej obawie przed buntem) zmieniły moje nastawienie do ówczesnej władzy. „Klika Lenia” to był jeden z bardzo wielu rozczarowujących momentów. I teraz, jako pracownik uniwersytetu, nie chciałbym, abyśmy tracili kontakt i możliwość dialogu ze studentami. Mają prawo do buntu i frustracji, gdyż wielu z nich zostanie bezrobotnymi magistrami. Bez perspektyw z prekariatem w tle. Nie wszyscy widzą sens w kształceniu się...

Studenci nie są głupi ani leniwi, ale niejednokrotnie nie widzą sensu w takim a nie innym studiowaniu. Nie zostawiajmy ich samych z tymi egzystencjalnymi problemami, nawet w małych sprawach. Bo przecież kortowiadowa koszulka to maleńki i mało ważny szczegół. Ale życie składa się z takich właśnie szczególików. „Nie ten ptak gniazdo swoje kala co mówi, lecz ten który mówić nie pozwala.” Maksyma ponadczasowa i prawdziwa w każdych czasach i każdej mniejszej czy większej społeczności. Ja wierzę, że UWM jest miejscem do dyskusji różnorodnych i w różnorodnej formie, nawet artystycznej. Gdybym w to nie wierzył, to bym siedział cicho, zgodnie z zasadą, żeby się nie wychylać... Jak w pociągu :).

Nie obrażajmy się na rzeczywistość tylko ją zmieniajmy. A wiele jest do zrobienia. Nie oczekujmy, że studenci sami znajdą cywilizacyjną przyczynę kryzysu ekonomicznego i społecznego. Przecież i my sami nie bardzo wiemy co tak na prawdę szwankuje i jak to naprawić. Próbujemy, ale czy nam to dobrze już wychodzi? Poszukujmy wspólnie, wspierając się w dobrych i złych chwilach.

Dlaczego o tym piszę, narażając się na ewentualne zaoczne osądy? Bo sprawa jest ważna i lepiej o niej mówić w uporządkowany sposób a nie zostawiać internetowych hejterom. Studentom ust nie zamkniemy (internet jest niecenzurowalny), osądów słusznych czy niesłusznych nie zakneblujemy. Możemy tylko stracić z nimi możliwość komunikowania się i rozumienia ich. Nie chcę także, aby pracownikom wydziału czy całego uniwersytetu hejterzy dorabiali niezasłużone winy. Nie piszę przeciw komuś ale staram się wspierać studentów. Moim studentów, nie jakiś abstrakcyjnych.

Brak zdolności do komunikacji i dialogu, także ze środowiskiem zewnętrznym (przecież my na UWM nie demoralizujemy, nie rozpijamy studentów, nie uczymy anty-zasad społecznych!), w konsekwencji rodzić może tylko napędzające się żale, frustracje i antagonizmy. To problem ogólny a nie tylko olsztyński czy kortowski. A uniwersytet nie funkcjonuje w próżni…

Wypowiadam się tylko w swoim imieniu, nie wychodzę „przed szereg”, nie piszę przeciw komuś ani za kogoś. Piszę to, co mi leży na duszy. Jeśli jestem w swoich interpretacjach w błędzie, to uprzejmie proszę mi te błędy wskazać. Różnić można się pięknie. Zwłaszcza na uniwersytecie.

Rolnik śpi a samo mu rośnie. A co z kształceniem?

sczachor

Podobno życie rolnika jest sielanką - bo on śpi a zboże samo mu rośnie. Ale żeby mu samo rosło, najpierw musi się napracować, zaorać, zasiać, odchwaszczać. A i to nie gwarantuje sukcesu. Bo może przyjdzie susza i wszystko zmarnieje zanim urośnie. Może przyjdzie grad lub ulewa i zmarnuje tuż przed żniwami.

Podobnie jest z nauczycielem (także tym akademickim). Na wyniki matur z niepokojem czekają i nauczyciele. Kształcenie jest trudniejsze niż rolnictwo, bo nie bardzo wiadomo czy są jakieś efekty pracy. Sukces ma wielu ojców, porażka jest sierotą. Do dobrych uczniów i sukcesów studentów  łatwo się "przypisać". Ale może ich sukcesy to większa zasługa rodziców, pracy studenta innych osób czy nawet innych nauczycieli? Gdy są problemy, to raczej znajdujemy winnych poza: złe środowisko, złe geny, leniwi studenci, winni rodzice, system itd.

Trudna jest praca nauczyciela, bo nie widzi efektów swojej pracy. Nigdy nie jest pewien czy wysiłki coś pozytywnego dały. A na efekty musi długo czekać. Tak jak rolnik, który śpi... i czeka aż mu zboże urośnie.

Czasem jakieś sygnały  ewaluacyjne docierają i bardzo cieszą. Zwłaszcza w chwilach zwątpienia:

(...) Panie Profesorze (....), dzięki Panu akcja udała się w 100 %, a ja cieszę się z tego względu bo jest Pan pierwszą osobą ,która "zmusiła" nas do wspólnej pracy całym rokiem, tak teraz mogę powiedzieć, że każdego stać na małe rzeczy ale gdy się uda połączyć je w całość, wtedy wychodzi fajny efekt."

Od kilku lat uświadamiam sobie, że całemu naszemu społeczeństwu brakuje umiejętności pracy zespołowej (nie pracy w grupie ale pracy zespołowej). To są zaniedbania pokoleniowe. Staram się wysiłki swoje skierować tam, gdzie są potrzebne... O zwątpienie łatwo, bo niekonwencjonalne metody rodzą różnorodne komentarze poza plecami, bo nie wiadomo czy przynoszą dobre efekty. Dlatego ewaluacja jest potrzebna, ta planowa i zamierzona jak i ta niezaplanowana... Cokolwiek czynisz patrz końca...

 Mamy wpisane nawet w efektach kształcenia (zgodnie z wymogami Krajowych Ram Kwalifikacji) m.in. takie kompetencje społeczne jak umiejętność pracy w zespole i przyjmowanie różnych ról. Na pewno w wielu sylabusach zostały wpisane. Zatem całe środowisko akademickie uznaje za ważne. Tylko jak je zrealizować i jak sprawdzić, że się udało? Tu potrzeba kreatywnego i zadaniowego myślenia. Tym bardziej, że to nowe dla nas i nie ma od kogo "ściągnąć" (czerpać wzorców i gotowych standardów).

(fot. K.N.)

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci