Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Bioróżnorodność, konektywizm i energia odnawialna z biomasy

sczachor

Uganiając się za bioróżnorodnością w Samławkach i Łężanach w uprawach wierzby energetycznej (biomasa jako energia odnawialna) rozmyślam o ekologii wysp siedliskowych i … konektywiźmie. Ekologiczny paradygmat nauczył mnie myśleć w kategorii relacji między elementami. A od dawna pociąga mnie poszukiwanie analogii między układami biologicznymi a układami kulturowymi. Poszukuję uogólnień, bo świat wydaje mi się jeden. Dostrzegam także ciągłość procesów między ewolucją biologiczną a ewolucją kulturową. Dlatego podobieństwa między ekologią wysp a konektywizmem są dla mnie tak kuszące i jednocześnie inspirujące. Takie myśli nachodzą o wschodzie słońca w Samławkach, gdy słychać żurawie i inne różnorodne ptaki. Gdy rosa ozdabia rośliny i bezkręgowce. 

We współczesnej nauce i cyfrowym świecie coraz bardziej kluczową staje się umiejętność wyszukiwania, gromadzenia, a potem przetwarzania, wykorzystania i zastosowania informacji w celu rozwiązania problemu. W Samławkach biedzę się nad wpływem upraw wierzby na bioróżnorodność regionu i najbliższej okolicy. Te umiejętności, wcześniej wymienione, z jednej strony są potrzebą każdej pracy badawczej, z drugiej – jak podkreślają konektywiści -są najważniejszą ludzką kompetencja epoki cyfrowej.

Skuteczne wyszukiwanie i przetwarzanie informacji jest ważniejsze od ich gromadzenia. W tym procesie konieczne jest także krytyczne myślenie, by nie akceptować i przyjmować wszystkiego, na co natrafimy. To co w nauce jest owocne i jest (a przynajmniej powinno być) chlebem powszednim, powoli staje się konieczności w szkolnej edukacji.

Uczenie się jest procesem łączenia różnych źródeł informacji. Kiedyś była to tylko własna obserwacja oraz informacja ustna od innych osób. W tamtych dawnych czasach przeciętny człowiek w ciągu całego swojego życia miał okazję spotkać osobiście 100-200 osób. Po wynalezieniu pisma krąg osób, od których czerpiemy informacje, znacznie się rozszerzył. A dostępna wiedza zaczęła przekraczać znacznie możliwości zapamiętania i jej pełnego przyswojenia. Teraz mamy internet a więc dostęp do opinii innych jest jeszcze szybszy i jeszcze większy. Technologia (najpierw druk i pismo, teraz internet) umożliwiła przekroczenie fizycznych barier kontaktu. Swoją wiedzę tworzymy w znacznie obszerniejszym środowisku kulturowym. Rodzi to bardzo konkretne konsekwencje edukacyjne.

Wiedza wynika z konfrontacji różnych opinii i jest procesem a nie stanem statycznym. Wiedza jest procesem łączenia, syntetyzowania, wartościowania, oceniania i w końcu tworzenia własnego, spójnego systemu wzajemnie dopasowanych elementów. Ciągłe dodawanie nowych opinii (pozyskiwanie nowych informacji) konfrontowane jest z już posiadanym systemem wiedzy. Jeśli nowe informacje nie są zgodne z tym dotychczasowym systemem wiedzy (indywidualnym jak i wspólnym, ogólnoludzkim) to są one reinterpretowane (świat postrzegamy poprzez to co już wiemy) lub rekonstrukcji ulega cały system wiedzy. Wciskając nowe meble do mieszkania – jeśli nie pasują – to je przypiłowujemy, albo zmieniamy ustawienie całego mieszkania (łącznie z wyrzucaniem starych mebli).

Wiedza jest jak istoty żywe – wzrost nie polega tylko na zwiększaniu liczby elementów ale na przebudowie, rearanżacji. I w każdym momencie system musi być sprawny i działający. Bo zawsze to musi być spójny i całościowy system, sprawnie działający a nie zbiór klocków w worku. Jeśli wiedza jest procesem to samo myślenie i umiejętność uczenia się jest ważniejsze niż obecny, indywidualny stan wiedzy. W procesie edukacji uczymy myśleć i uczyć się samodzielnie, a nie przekazujemy jedynie wiedzę. Uczenie się jest procesem nie tylko pozyskiwania informacji ale i budowania spójnego systemu wiedzy indywidualnej. Tak jak narodziny nowego organizmu z zapłodnionej zygoty.

Skoro mamy wiedzę ogólnoludzką znacznie większą niż kiedyś (bo współtworzoną przez nieporównywalnie więcej mózgów), to nie da się jej zmieścić w jednej głowie. Próba znalezienia wspólnego i uniwersalnego kanonu wiedzy „do przekazania” w szkole czy na uniwersytecie, jest już niemożliwością. Jest mrzonką, szkodliwą, gdy próbuje się ja zrealizować. Za mały dysk do tych informacji. Na dodatek, ze względu na nieporównywanie większą liczbę komunikujących się osób, nie sposób stosować metody, dostosowanej do zupełnie innego świata.

Dla wiedzy i procesu uczenia się, ważna jest umiejętność dostrzegania powiązań między różnymi obszarami (faktami, informacjami), ideami i koncepcjami. Jest to kluczowa umiejętność porównywania nie tylko różnych informacji ale i różnych modeli, teorii, paradygmantów, systemów wiedzy. Krytyczne myślenie i proces podejmowania decyzji są nierozerwalnie związane z procesem uczenia się i nauczania, niezależnie od poziomu: przedszkola, szkoły podstawowej, gimnazjum, liceum, studiów wyższych.

Wobec szybkiej zmiany wiedzy (bo więcej osób ze sobą wymienia informacje i uczestniczy w obserwowaniu świata w najrozmaitszych jego aspektach), ciągłego dezaktualizowania się faktów, teorii, uogólnień, najważniejszą cechą wiedzy jest jej aktualność. Nie można nauczyć się raz na zawsze. Bo to co dzisiaj zapamiętamy, jutro będzie nieaktualne. Tak więc dawne modele kształcenia są we współczesnym, cyfrowym świecie po prostu nieefektywne. A więc proces nieustannego odświeżania wiedzy jest niezbędny.

Nie chodzi o to, by szybko i dużo zapamiętać, ale by umieć aktualizować swoją wiedzę. Tak jak z organizmami żywymi – żeby był las to ciągle muszą kiełkować nowe drzewa. Co innego martwy budynek. Wystarczy do zbudować a potem ewentualnie tylko naprawiać (remontować). Wiedza więc istnieje raczej w świecie (w chmurze – tak byśmy określili obecnie) niż w indywidualnej głowie osoby. Tak jak pula genowa istnieje w populacji a nie osobniku.

Wiedza jest cechą kolektywną. Poziom wiedzy w danej kulturze czy cywilizacji bardziej zależy od kolektywnego współtworzenia i przechowywania tej wiedzy niż od geniuszu jednostek. Przynajmniej obecnie tak jest. Zbyt dużo i zbyt szybko się zmienia, aby można było odwzorować w pełni ją w głowie jednego człowieka. Uczeń, student, dorosły i czynny zawodowo człowiek powinien umieć szukać wiedzy, umieć ją tworzyć (współtworzyć) we współpracy z innymi. I to tworzyć nie tylko na "własnym dysku" (w głowie, w neuronach), ale w chmurze, w świecie zewnętrznym. A więc musi umieć nie tylko uczyć się ale i komunikować się z innymi osobami w realu (tak jak przed wiekami face-to-face, w kulturze oralnej) jak i w konfrontacji z zasobami pisanymi (uwspólniona wiedza wielu pokoleń), a teraz także z zasobami cyfrowymi, dostępnymi przez internet.

Na początku historii Homo sapiens najważniejszym repozytorium wiedzy plemiennej była pamięć starców. Stąd potrzeba ciągłego opowiadania i powstanie różnorodnych technik zapamiętywania, z muzyką, malowidłami i poezją włącznie. Później obszerniejszymi repozytoriami wiedzy stały się biblioteki, gromadzące rękopisy a potem książki drukowane. Żeby skorzystać z biblioteki trzeba się było nauczyć czytać i korzystać z bibliotek. Umieć korzystać i mieć dostęp. Druk umożliwił szerszy dostęp do wiedzy uwspółnionej większej liczbie chętnych. To w konsekwencji przyspieszyło rozwój cywilizacji i… szybsze tempo dezaktualiowania się wiedzy. Teraz mamy internet i ciągle rosnące zasoby cyfrowe. Musimy umieć korzystać z tego repozytorium i mieć do niego dostęp. Mieć realny dostęp to coś więcej niż fizyczne podłączenie do internetu. Tak jak konserwa w puszce – niby masz w ręku, ale bez otwieracza nie masz dostępu do środka aby się najeść.

Celem więc kształcenia (nauczania) jest nie tylko nauczyć myśleć ale i nauczyć dostępu do ogólnoludzkiego repozytorium. Szkoła, niezależnie od poziomu, ma teraz ważniejsze zadanie niż tylko przekazanie wiedzy. Musi wdrożyć do procesu zdobywania wiedzy. Szkoła teraz daje wędkę a nie samą rybę. Jak sprawdzić, czy szkoła spełnia swoja funkcję? Nie da się zważyć się ilości ryb, trzeba sprawdzić czy uczeń ma wędkę i umie się nią posługiwać. To znacznie trudniejsze.

Uczenie to wywoływanie rezonansu w drugiej osobie. Nie można wiedzy przekazać wprost, lecz trzeba zabiegami wywołać swoisty rezonans na odległość.

Konektywizm to nowa teoria nauczania, sformułowaną niedawno (2005) przez kanadyjskich badaczy , Georga Siemensa i Stephena Downesa , lepiej opisująca edukacyjna rzeczywistość niż jej poprzedniczki: behawioryzm, kognitywizm czy konstruktywizm.

Malality czyli sztuka w ogrodzie i... na klatce schodowej

sczachor


Plenerowy happening malarski jest znakomitą okazją do spotykania się w przestrzeni publicznej, okazją do tworzenia nie tylko sztuki ale i przyjaznej mieszkańcom przestrzeni społecznej. I ja tam byłem, malowałem i zdjęcia robiłem (zobacz zdjęcia). W tle była idea wolontariatu... i parki w Olsztynie (przestrzeń z ogrodami i sztuką).

MALALITY (maraton malarski i sztafeta literacka) to  wielkie malowanie i długie czytanie w duchu Gałczyńskiego, które odbyło się 8. czerwca 2013 r., w ogrodzie przed Pałacem Młodzieży w Olsztynie. Tego dnia młodzież, studenci oraz profesjonalni artyści plastycy tworzyli  w Pałacowym ogrodzie prace plastyczne, inspirowane czytaną na żywo przez twórców sceny i słowa poezją K.I. Gałczyńskiego. Powstałe prace znajdą się na licytacji, planowanie na 23 czerwca 2013 r. Całkowity dochód ze sprzedaży prac, przekazany zostanie Hospicjum im. Jana Pawła II w Olsztynie.

Przez cały ten artystyczny dzień popularyzowana była idea wolontariatu, zwłaszcza tego na rzecz Hospicjum.

Tak sobie myślę, że powstaje sporo takich prac. Jednocześnie klatki w naszych blokach są bez sztuki. A gdyby tak zacząć wieszać powstające w czasie happeningów malunki w naszych blokowych klatkach schodowych? Część na pewno uległaby zniszczeniu. Ale może mielibyśmy piękną przestrzeń na co dzień wokół siebie. I mielibyśmy kolejne preteksty by spotykać się twórczo w przestrzeni publicznej naszego miasta?

Olsztyn aktywnie.... tworzy swoją przestrzeń publiczną z parkami, ławkami i skwerami oraz tworzy swój artystyczny klimat! Miasto mogłoby się przecież w taka ideę włączyć.

Ekologiczna sól dla analfabetów

sczachor

Czytacie to, co napisano na opakowaniach produktów w sklepie? Nie? Ja też. Dzisiaj jednak kupiłem sól i podkusiło mnie poczytać. Teraz myślę, że lepiej było nie czytać.... Bo znalazłem tam treści obraźliwe dla rozumu...

Czy klienci są tak głupi czy producenci myślą, że klienci są funkcjonalnymi analfabetami? Przykład na etykiecie zamieszczonej wyżej, gdy prawdziwe informacje układają się w urągającą rozumowi treść. Potwierdza to moje twierdzenie, że wiedza nie jest sumą faktów. Wiedza to system (faktów powiązanych ze sobą w spójny system).

Ale wróćmy do soli, która "pochodzi z ekologicznie czystego okresu cechsztyńskiego. Powstała ok. 250 mln lat temu". No i jak głosi ulotka nie ma kalorii, nie ma białka, węglowodanów, tłuszczów w tym tłuszczów nienasyconych, błonnika. Chyba zapomnieli wspomnieć o cholesterolu, alergenach, glutenie, antybiotykach i co tam tylko jeszcze. Bo to wszystko prawda. Nie ma tego w soli, tej i każdej innej (chyba że jakieś oszukanej, odpadowej, albo jak się jakiś owad do opakowania dostanie i przeczytawszy etykietę z wrażenia zdechnie).

Jedynie okres cechsztyński był dla nie niezrozumiały. Mimo, że z wykształcenia jestem przyrodnikiem. Sprawdziłem (a co to klienci to cyfrowi analfabeci, w Wikipedii nie sprawdzą?), chodzi o perm i jego końcową fazę – cechsztyn. Perm zapewne byłby znany przeciętnie wykształconemu klientowi – bo jest to w szkole i w wielu opracowaniach. Podobnie jak to, co to są węglowodany i tłuszcze… i dlaczego nie należy spodziewać się, że będą akurat w soli. Mogli by dodać jeszcze brak konserwantów i sztucznych barwników. Ale może w tym szaleństwie jest metoda? Bo jak podają skład to 97,0 % NaCl (min.) oraz KI (jodek potasu) 30 ± 10 mg/kg. Nawet 40 mg na kilogram (czyli 10 do potęgi minus 6) nie wypełni nie tylko 3 % ale i promila. Więc klient może się zastanawiać co tam jest w tych tajemniczych 3 %. I dowie się, że nie ma białka, cukrów, tłuszczy a nawet kalorii. A co jest? Skoro sól kamienna to pewnie piasek...

Ekologiczny”, to modne słowo i oznacza coś dobrego w popkulturze. O ekologii każdy klient z telewizji słyszał, więc się ucieszy z tej soli z ekologicznie czystego okresu. Bo jak twierdził namiętnie pewien profesor* genetyk - ludzie żyli w czasach dinozaurów... to i w permie mogli co nieco pozanieczyszczać?

Spotykałem się już z ekologicznymi butami, ekologiczną skórą (tworzywo sztuczne), ekologiczną muzyką, ekologicznymi kolorami, ba, nawet seksem ekologicznym (choć dalej nie wiem na czym polega). A teraz nowość: ekologicznie czysty okres. Jeśli jednak przypomnieć sobie wielkie wymierania gatunków, to pod koniec permu, ok. 245-250 mln lat temu (wtedy gdy powstała ta sól), wymarło blisko 90% gatunków organizmów morskich. Może dlatego producenci nie użyli nazwy „perm” tylko okres cechszytyński (poprawniej – cechsztyn), żeby nie kojarzyło się z wymieraniem? Bo jeszcze klient pomyśli, że się od tego umiera? jak nic ta paleozoiczna morska fauna miała kontakt bezpośredni z solą morską i powyzdychała.

Perm jest okresem, cechsztyn fazą. Więc chyba pierwotnie był tam okres permski tylko fachowcy od reklamy zamienili na „cechsztyński” (popełniając przy tym błąd merytoryczny, myląc okres z fazą).

A co będzie, gdy klienci doczytają, że w większych dawkach chlorek sodu może powodować wymioty i biegunkę oraz przekrwienie i odwodnienie narządów wewnętrznych a także ostre reakcje zapalne w przewodzie pokarmowym i że działa drażniąco na uszkodzoną skórę i śluzówkę? Skojarzą z wielkim wymieraniem permskim i posypią się pozwy o odszkodowanie, że nie było ostrzeżenia! I zalecanego dawkowania.

Ale co pisać na opakowaniu, skoro tyle wolnego miejsca? Może wiersze i fraszki, te z domeny publicznej? A może nawet powieść w odcinkach? Wtedy sól edukacji narodu się przysłuży. Będzie nie tylko ekologiczna ale i patriotyczna. 

Już na słoiczkach powideł widziałem reprodukcje malarstwa polskiego. Mądre to i warte polecenia. Nie wypełniajmy wolnej przestrzeni głupotami dla analfabetów. A krajobrazów nie szpećmy reklamami wielkopowierzchniowymi!

* a co to profesor głupot głosić nie może i święcie w nie wierzyć, zwłaszcza jak tłum klaszcze? Nazwiska owego profesora belwederskiego nie wymienię, bo i po co głupocie sławy przysparzać.

Cewebryci i blogplebs w trzeciej rewolucji technologicznej a sprawa misji uniwersytetu

sczachor

Kiedyś nowe słowa, zwłaszcza o ambicjach naukowych, pochodziły z greki lub łaciny. Teraz - z języka angielskiego. W starych naukach (powstały w dawnych czasach) dominuje łacina. Tak jest w biologii, ale w nowych jej działach, które teraz się rozwijają, np. biologii molekularnej nowy źródłosłów jest już pochodzenia angielskiego. Bo angielski jest międzynarodowym językiem nauki (tak jak kiedyś łacina a jeszcze wcześniej greka).

Blogi i internet są bardzo nowymi wynalazkami. Słownictwo z nim związane chyba w całości pochodzi z języka angielskiego. Makaronizmy współczesne takie właśnie są. Słowo obce mądrzej brzmi. Na przykład influencer.

Influencer (od ang. influece – wpływ, oddziaływanie) to osoba wpływowa. Influencer ważny jest w handlu i promocji konsumpcji, bo influecer po prostu poleca lub odradza jakiś produkt, a osoby będące pod jej wpływem często postępują tak jak im on sugeruje. Trzecia rewolucja technologiczna to nie tylko decentralizacja i rozproszenie produkcji energii (głównie za sprawą energii odnawialnej) czy internetowa decentralizacja kontaktów społecznych i fragmentacja przekazu społecznego. To także rozdrobnione gwiazdorstwo i mikro celebryctwo (cewebryci, kolejne nowe słowo). W reklamie nie wystarczy zatrudnić jedną twarz znaną z telewizji – celebrytę, gwiazdę. Promowanie marek można powierzyć influencerom, np. blogerom, mikrocelebrytom we własnym „plemieniu”. Są sławni dla swoich 15 osób, ale jest ich wielu.

Politycy jeszcze lekceważą blogerów. Bo co to jest te przysłowiowe 15 osób, czytające blog? Tak jak Stalin kpił z papieża - ile ma on dywizji czołgów. Jednak polityku nie drażnij cewebryty!

„Warto inwestować w liderów opinii, nawet jeśli nie są aż tak wpływowi jak gwiazdy z dużego ekranu, czy nawet z małego. I warto także liczyć się z konsekwencjami ich zdenerwowania. Dlaczego? Ano dlatego że to era social media. Gdzie każdy ma głos.” Mały też coś może, więc nie można go lekceważyć. Handel tę prawidłowość już dostrzega. Pora żeby i środowisko akademickie dostrzegło.

W internecie nie wszyscy są równi, o influencerów trzeba dbać bardziej, bo mają większą siłę społecznego wpływu i szerszy zasięg oddziaływania. Są sieciowymi mikrocelebrytami czyli ceWEBrytami. Cewebryci - celebryci webu (sieci), słowo i pojęcie pojawiło się za sprawą książki Michała Janczewskiego pt. „CeWEBryci, czyli sława w sieci”. Autor opisuje relację między internetem a sławą. Kino stworzyło gwiazdę, radio i telewizja - celebrytę, a prasa tabloidowa – celetoida (kolejne nowe słowo). Internet wykreował nowy byt – cewebrytę, influencera, wpływowy digitaruiat czy kognitariat. (czytaj więcej na ten temat)

Naturalnym środowiskiem cewebryty jest blogosfera (i portale społecznosciowe takie jak Facebook., Tweeter, Google+ itd.). Blogorzey to grupa bardzo różnorodna i trudna do zaklasyfikowania. Zjawisko dopiero co się narodziło i rozwija się na naszych oczach. Pierwsze próby akademickiego opisania, usystematyzowania i poklasyfikowania nie za bardzo się jeszcze udają. Celebryctwo dzisiejszych czasów jest straszliwie pofragmentowane, co więcej, ten trend będzie postępował. Typowe jest to dla glokalizacji (globlokalizmu) – powrót do lokalności i niszowości. Przed rewolucją przemysłową większość kultury była lokalna. Ograniczana była przestrzenią (możliwością dojścia na pieszo lub podróży konno). Rewolucja przemysłowa zniosła bariery przestrzeni i umożliwiła globalizację (ułatwiła szybkie i dalekie podróże oraz telekomunikację). Trzecia rewolucja przemysłowa, której częścią jest internet, umożliwia powrót do lokalności i bliskich relacji.

Wracamy do nisz lokalnych, ale już nie ograniczonych przestrzenią lecz siecią kontaktów w ramach własnego „plemienia”. Blogera nie obowiązuje prawo prasowe* i linia jego redakcji (nie da się więc przez szefa zakneblować blogującego), oraz inne wytyczne. Pisze to co myśli i to co chce. Rolą kształcenia uniwersyteckiego jest aby myślenie blogera było na wysokim poziomie. Bo jest to wypowiedź autorska i subiektywizm wpisany jest w treść. Ale żeby pisał, to musi się tego nauczyć. Tak jak dziecko mówić.

Skoro blogowanie, jak i inne formy współczesnego mikro-pisarstwa, staje się powszechne, to może warto wpisać w misję uniwersytetu nauczenie się…. pisania w nowoczesnych mediach. W zasadzie wypowiadania się, bo to nie tylko poprzez pismo. To będzie nie tylko element budowania identyfikacji społecznej ale dostarczanie niezbędnego narzędzia komunikacji we współczesnym świecie.

Techniczna łatwość pisania i upubliczniania tekstów (przekazów w ogóle, bo przecież jest i obraz i film i dźwięk) może powodować, że teksty są na słabszym poziomie niż wypracowane teksty redakcyjne starych mediów. Choć jeśli zajrzeć do współczesnych gazet… to poziom tam ewidentnie się mocno obniżył (za sprawą systematycznego cięcia kosztów). Notki blogerskie są bardziej spontaniczne i nie są korygowane czy poddawane obróbce korektorskiej lub recenzenckiej. Owszem, są wyjątki, ale w głównej masie jakość zdradza mniejsze dopracowanie. Większość tekstów blogowych rzeczywiście jest bardziej amatorska, bo… pisana przez amatorów.

Zatem dla jakości kultury ważne jest to jak… nauczymy naszych studentów blogować. Jak nauczymy ich dziennikarstwa obywatelskiego i rzetelności w przekazie publicznym. Przyda się im to zarówno zawodowo jak i prywatnie, kulturotwórczo.

Nauka pisania i blogowania pisana w misji uniwersytetu? Tak, bo od tego zależy czy nasi absolwenci będę influencerami i digitariatem (lub kognitariatem) czy zmarginalizowanym, informacyjnym lumpenproletariatem.

W tym roku próbowałem organizować „konieczność” blogowania moim studentom (wpisane w formę zajęć). Po wspólnych próbach, zdobytych doświadczeniach oraz po lekturze kilku ciekawych książek i artykułów oraz przemyśleniach** (których fragmentem jest ten wpis), w przyszłym roku akademickim odważniej i z większą pewnością i poczuciem sensu będę włączał blogowanie do zajęć dydaktycznych. Kolokwium i sprawozdanie z ćwiczeń (obserwacji, eksperymentu) można napisać na papierze ręcznie, długopisem, można na komputerze w formie pliku lub wydruku, a można i w formie… bloga. Dwa w jednym, nauka rzetelności i naukowej staranności w sprawozdaniu oraz nauka internetowej formy wypowiedzi. Bo przecież mamy ambicje kształcić digitariat a nie e-wykluczonych, zmarginalizowanych kulturowo klientów pomocy społecznej.

* ale obowiązuje blogera prawo autorskie i kodeks karny - nie może więc bez konsekwencji wypisywać tego, co mu ślina na język przyniesie a palce na klawiaturę. Blogowanie to wypowiedź publiczna.

** Pisanie jest dla mnie formą uporządkowanego myślenia.

Wszyscy jesteśmy twórcami !

sczachor

Są chwile, gdy nie można milczeć, nawet jeśli nie jest to wygodne. Prawo autorskie musi ulec zmianie, sensownej zmianie. Zmianie musi ulec sposób oceniania naukowców, aby zamiast korporacyjnego wyścigu parametryzacyjnego więcej inwestowali w realną innowacyjność i kapitał społeczny. O tym będzie w kolejnym wpisie (nawiązującym także do biomonitoringu, faunistyki i wiedzy o środowisku). A tymczasem nagłaśniam to, co warte jest upowszechnienia.

"• Wszyscy jesteśmy Twórcami. Mówiąc wszyscy, nie mamy na myśli niżej podpisanych (....) lecz wszystkich użytkowników Sieci;

• Prawo autorskie reguluje nie tylko sferę kultury – powinno służyć naukowcom i badaczom, nauczycielom i uczestnikom systemu edukacyjnego, przedsiębiorcom działającym w najróżniejszych sektorach rynku.

• Kultura i dziedzictwo są nie tylko kapitałem obrotowym przedsiębiorców przemysłów kreatywnych, ale także dobrem wspólnym – podstawą naszej wspólnej tożsamości i zasobem, z pomocą którego tworzymy nową kulturę.

• “To co powstaje za publiczne pieniądze jest własnością publiczną”. Twórczość i wiedza finansowane z naszych podatków nie mogą służyć wyłącznie interesom prywatnym – lecz być także dobrem wspólnym służącym nam wszystkim.

• Prawo, a w szczególności prawo autorskie, nie może stać się narzędziem blokującym obieg kultury i wiedzy, dostęp do informacji czy swobodę wypowiedzi;

• Priorytetem państwa powinna być reforma systemu prawa autorskiego, walka z komercyjnym paserstwem oraz wspieranie rozwiązań zapewniających legalny dostęp, w rozsądnej cenie, do zasobów kultury i wiedzy przez Sieć;

Internet nie jest zagrożeniem, lecz niespotykaną dotąd szansą rozwoju kultury i wiedzy. "

Cały tekst: http://centrumcyfrowe.pl/list-otwarty-do-macieja-strzembosza/

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci