Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

o pracach magisterskich cd.

sczachor

"Pojawił się pomysł władz szkolnictwa wyższego, aby zlikwidować prace magisterskie i zastąpić je egzaminem. Po pewnym czasie uległ osłabieniu: będzie można albo pisać pracę, albo zdawać egzamin. Czy istotnie prace magisterskie są zbędne? Czy rzeczywiście – jak to dało się słyszeć – z faktu, iż zdarzają się ich plagiaty wynika, że same prace należy zlikwidować? To wygląda trochę na leczenie choroby przez unicestwianie pacjenta. A poza wszystkim: jestem przekonany, że prace magisterskie są potrzebne.


To zły pomysł, żeby w okresie rozwoju cywilizacji opartej na komunikowaniu się poprzez pisane teksty likwidować jeden z instrumentów uczących tworzenia takich tekstów. To także zły pomysł, aby wobec zalewu rozmaitych irracjoanalizmów i generalnie prób manipulowania naszymi decyzjami przez polityków, korporacje, media, etc., likwidować jeden ze sposobów, dzięki któremu młodzi ludzie uczą się racjonalnie i logicznie argumentować, dowodzić swoich racji, poznawać racje innych.  (...)"

Prof. Andrzej Rychard dla Wirtualnej Polski
http://wiadomosci.wp.pl/kat,67154,wid,8782690,wiadomosc.html

Bajeczka o koniu, cd.

sczachor
"Nikt nie lubi oglądać końskiego zada. Jeśli wyrywasz do przodu, to koledzy siłą rzeczy są w tyle i widoki mają nieszczególne. Tacy goniący czy obserwujący lidera wcale się nie zmartwią, że koń nogi połamie a i swoją beleczkę  pod kopyta dorzucą. Awangarda nie ma łatwego żywota, bo widzi, czego inni nie dostrzegają, burzy chociaż inni chcą spokoju, prowokuje choć nie takie są oczekiwania.
Będziesz "swój chłop", jeśli będziesz parskał tak jak oni. Gospodarz owsa dać Ci nie chce, bo sądzi,że na wskutek jego zabiegów pielęgnacyjnych, końską skórę zrzucisz i zamiast niego na ławeczce woźnicy usiądziesz. "
R. A.
Świat jest chyba jednorodny i podobny w każdym miejscu. Te same problemy od tysiącleci, te same problemy w każdym miejscu globalnej wioski...
Jedna refleksja nasuwa się mi: dlaczego ludzie nie wykorzystują potencjału swoich "koni u woza"? Mają samochody... którymi nie jeżdżą (albo wloką się na pierwszym  biegu)? Ze strachu czy też braku wiary w siebie? Z niskiej samooceny w swoje umiejętnbości? Że to nie pies macha ogonem tylko ogon psem? Że jajko mądrzejsze od kury? Ale chyba ta kura powinna być dumna z takiego jajka! Przecież to ona je zniosła!
Te same problemy od tysiącleci, te same niemoce, których źródło w środku a nie na zewnątrz.
Od poniedziałku spotkania z ciekawymi ludźmi, z ciekawymi przemysleniami. Tydzień zapowiada się refleksyjnie.

Prowincjonalny zaścianek

sczachor

Ostatnio w jednej z regionalnych gazet ponownie rozgorzała dyskusja na temat Olsztyna i olsztyniaków. Padają określenia, że Olsztyn to „wiocha, zaścianek i prowincja”. W zamierzeniach są to określenia pejoratywne. Ale jeśli się głębiej zastanowić, to są to komplementy. Po prostu, co kto lubi.

Chyba już nie każdy pamięta, że zaścianek to szlacheckie siedlisko. Czy może być coś obraźliwego w elitarnej warstwie narodu? To właśnie w szlacheckich dworach i zaściankach koncentrowało się kulturalne życie na dalekiej prowincji jak Rzeczpospolita długa i szeroka. Z kresowego zaścianka i Mickiewicz się wywodzi. A i Kochanowski pod prowincjonalną i wiejską lipą tworzył. Nawet ubogi szlachcic wierzył, że ma możliwość (przynajmniej teoretyczną) być wybranym w wolnej elekcji na króla. Ponoć wielu z takich nawet „szaraczków” uczyło się pisać także i po łacinie. Wiadomo, mogło się przydać. Jeśli więc słyszę pod adresem Olsztyna i olsztyniaków określenia „zaścianek” – to traktuję je jako komplementy. Widać doceniają uniwersyteckie miasto, gdzie ambitni młodzi ludzie, najczęściej niemajętni, w wykształceniu widzą swą świetlaną przyszłość. Widać dostrzegają bogate życie kulturalne z filharmonią, teatrem, występami operowymi, festiwalami poezji mówionej i śpiewanej, wystawami, plenerami, kawiarniami, pismami literackimi itd.

A prowincja? Że niby gdzieś daleko od stolicy i metropolii? Tam gdzie wrony zawracają? W XXI wieku, dobie społeczeństwa informatycznego i gospodarce opartej na wiedzy, w globalnej wiosce nie ma prowincji w sensie geograficznym. Z każdego miejsca blisko do wielkiego i kulturalnego świata. A jednocześnie widać owe wrony, bociany i bobry. Dzięki Internetowi łatwo sięgnąć do wszelkich bibliotek i dzieł kultury, łatwo komunikować się z dalekim światem i ważnymi osobami. A teatry to i po wioskach rozsiane (Węgajty, Jonkowo, Butryny, Gierzwałd)). Prowincjonalizm jako pejoratywne określenie to nie miejsce a sposób myślenia. A na prowincji – tam gdzie jakość życia wydaje się wyższa – na stałe osiadają nawet najlepiej zarabiający. Ludzie wolą dojeżdżać do pracy niż do wieczornego śpiewu słowika. Prowincja zatem to nie porażka niezaradności, odrzucenia i zapomnienia, a wybór magicznego miejsca życia. Dla mnie takim magicznym miejscem jest Olsztyn.

A czy wieś gorsza od miasta? W Olsztynie dzięki licznym rozsianym kapliczkom zachował się w wielu miejscach wiejski klimat. Przyroda również w wielu aspektach zachowała swoją „wiejskość” – blisko do jezior, lasu i rzeki i rzeczonego słowika za oknem. I bardzo bym chciał, aby Olsztyn pozostał „wiejski, prowincjonalny i zaściankowy”. Bo te określenia powili przestają być oznakami zacofania i gorszego życia. Stają się synonimami atrakcyjnego miejsca do nauki i twórczej pracy oraz cieszenia się pięknem świata „globalnej wioski”.

Przyszłość Olsztyna widzę nie w jakiejś „wielkoświatowej” stołeczności urzędów czy wielkich kominów fabrycznych, lecz w „prowincjonalnych” Mickiewiczach, Kopernikach, Krasickich, którzy już być może w miasteczku uniwersyteckim przebywają.

koń, który ciągnie wóz...

sczachor

Dzięki internetowi geograficzna prowincja nie istnieje. A wędrując po świecie, w zasadzie szukamy spotkań z ludźmi. Odległość już nie dzieli.

W niektórych listach tyle mądrości, że warto przekazać ją dalej. Po co samemu wymyślać, to co już nazwane i wypowiedziane:

Życie (...) przebiega według zasady " Po grzbiecie dostaje koń, który ciągnie wóz. Konia-luzaka bat nie sięga, bo po co. I tak nie pociągnie." Jest to stara mądrość przekazana przez dziadka, a dopiero niedawno przeze mnie ponownie zinterpretowana i dostosowana do realiów. Staram się na dziś tego woza tak mocno nie ciągnąć. W pracy jest sporo koni, które wynajdą tysiąc powodów, aby nie być zaprzągniętych do woza. Uczę się ich naśladować. Mówię" nie", wyrzucam do kosza niektóre propozycje działań, uczę się dzielić zadaniami .Nie chcę być doskonała i perfekcyjna. To nie popłaca.Pozwalam sobie na błogie nicnierobienie, rozmemłanie i nie patrzenie na zegarek. Aprobuję swoją ułomność.

Czy jest jakieś miejsce pracy, gdzie nie byłoby złych stosunków interpersonalnych? Osobiście nie znam. Jedni robią co mogą, aby dobrze wypełnić swoje obowiązki zawodowe, a drudzy, którzy takiego powera nie mają podcinają im z zazdrości skrzydła, bo sami są niemoty.Wystarczy pozorować robotę i złym językiem umniejszyć zasługi innym i juz dobre samopoczucie wraca. Jeśli zgnoi się kolegę to na tym tle wypada się całkiem nieźle. Podejrzewam, że ten mechanizm działa od czasów jaskiniowych."
Renata
 

likwidacja prac magisterskich?

sczachor

Coś mi tu pachnie zaniżaniem poziomu tak jak w przypadku maturalnych "abolicji" ministra Giertycha. A może pan Jarosław chce automatycznej profesury dla swojego bliźniaka? Z niepokojem patrzę na te mgliste propozycje reformowania. mam nadzieję, że nie zdążą:).

"Egzamin zastąpi pracę magisterską

(Gazeta Prawna/01.03.2007, godz. 05:00)

■ ZMIANA PRAWA Kształcenie w szkołach wyższych będzie dostosowane do potrzeb rynku pracy ■ Liczba kierunków i nazw studiów zostanie zredukowana i poprawiona ■ Zdobycie habilitacji będzie oznaczać automatyczne przyznanie tytułu profesora

Wprowadzenie trzech szczebli kształcenia wyższego, łączenie uniwersytetów, rewizja nazw i liczby kierunków studiów oraz wprowadzenie tzw. kształcenia zamawianego i rozszerzonego egzaminu zamiast pisemnej pracy magisterskiej - to najważniejsze zmiany, jakie czekają w najbliższym czasie polski system szkolnictwa wyższego.

- Planujemy wielką reformę nauki - zapowiadał Jarosław Kaczyński, prezes Rady Ministrów tuż po przeglądzie wszystkich resortów swojego gabinetu.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSzW) już przygotowało założenia do nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym. Jej celem ma być zunifikowanie polskiego systemu kształcenia studentów ze standardami zachodnioeuropejskimi, przystosowanie edukacji wyższej do potrzeb rynku pracy oraz do Strategii Lizbońskiej, zgodnie z którą rozwój gospodarczy i postęp technologiczny państw jest niemożliwy bez ścisłej współpracy nauki i gospodarki.

- Kształcenie wyższe musi odgrywać istotną rolę w rozwoju kraju - mówi prof. Stefan Jurga, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego.

Unifikacja kształcenia
Zgodnie z założeniami do ustawy, organizacja studiów w Polsce ma być dostosowana do zasad zawartych w Deklaracji Bolońskiej - dokumentu zawierającego listę zadań, których spełnienie prowadzi do zbliżenia systemów szkolnictwa wyższego krajów europejskich i powstania Europejskiego Obszaru Szkolnictwa Wyższego. W praktyce oznacza to kształcenie na trzech szczeblach studiów: zawodowym (zakończonym uzyskaniem tytułu licencjata lub bakałarza), magisterskim oraz - to nowość - doktorskim. Ujednolicony system kształcenia ułatwiałby uznawanie kwalifikacji polskich absolwentów w całej Europie.

Nie będzie pracy magisterskiej
Resort nauki chce także stworzyć przepisy, umożliwiające przyznawanie tytułu zawodowego magistra na podstawie rozszerzonego egzaminu magisterskiego, a nie pisemnej pracy magisterskiej. W opinii ministerstwa bardzo często prace te są niesamodzielne.
Michał Seweryński, minister nauki i szkolnictwa wyższego, chce dostosować system kształcenia wyższego do potrzeb rynku pracy.
- Jednak, jeśli promotor sprawuje rzeczywistą opiekę nad studentem, kupno gotowych prac jest w praktyce niemożliwe - mówi Mirosław Sawicki, były minister edukacji narodowej.

Resort nauki nie wyklucza jednak innych modeli otrzymywania tytułu magistra.

- Być może wprowadzimy rozwiązanie, zgodnie z którym na finalną pracę magisterską składałoby się kilka prac pisemnych - tłumaczy prof. Stefan Jurga.

Z kolei studia doktoranckie mają być prowadzone przez specjalnie w tym celu utworzone uczelnie doktorskie lub magistersko-doktorskie.

- Tworzenie odrębnych szkół kształcących na poziomie doktorskim może być kłopotliwe, obecnie wiele szkół bardzo dobrze prowadzi takie studia - uważa prof. Tomasz Borecki, rektor Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.

Jego zdaniem możliwe jest jednak tworzenie konsorcjów uczelni, które przygotują i wdrożą wspólny program studiów doktorskich.

Rektorzy dość sceptycznie odnoszą się także do pomysłu resortu nauki, aby zdobycie stopnia naukowego doktora habilitowanego dawało podstawę do automatycznego uzyskania tytułu profesora. Obecnie tytuł ten jest przyznawany za specjalne zasługi dla nauki. MNiSzW uważa jednak, że zmiana ta skróci wykładowcom drogę awansu naukowego.

- W tle takiego rozwiązania pojawia się pomysł likwidacji habilitacji. Na świecie funkcjonuje ona zaledwie w kilku krajach - komentuje Mirosław Sawicki.

Łączenie kierunków
Ułatwienie kariery zawodowej absolwentom ma z kolei zapewnić rewizja liczby i nazw kierunków studiów, które w opinii resortu nauki są obecnie zawężane do jednej dziedziny.

- Będziemy redukować kierunki, które mają zbyt specjalistyczny charakter. Absolwenci takich studiów mają problemy ze znalezieniem zatrudnienia - tłumaczy prof. Stefan Jurga.

Dlatego też ministerstwo chce wprowadzić przepisy umożliwiające wprowadzenie tzw. kształcenia zamawianego, polegającego na zawieraniu porozumień z uczelniami w sprawie kształcenia studentów na poszczególnych kierunkach. Ministerstwo będzie ogłaszać konkursy na prowadzenie takich studiów i sfinansuje najlepsze oferty.

- W ten sposób zwiększy się liczba studentów na kierunkach deficytowych, takich jak nauki matematyczne, przyrodnicze, informatyka czy języki obce - mówi prof. Stefan Jurga.

Nowa organizacja uczelni
Według założeń do projektu noweli prawa o szkolnictwie wyższym zmieni się też sama organizacja uczelni wyższych. Resort nauki chce, by w oparciu o partnerstwo publiczno-prywatne powstawały państwowe uczelnie z niepublicznymi wydziałami (w tym również wydziały uczelni zagranicznych).

- To rozwiązanie może poprawić jakość kształcenia - uważa Mirosław Sawicki.
Dodatkowo mniejsze uczelnie będą mogły łączyć się w większe placówki (tzw. uniwersyteckie kolegia regionalne). Natomiast kolegia nauczycielskie i nauczycielskie kolegia językowe mogą dobrowolnie przeprowadzić fuzję z uczelniami lub uzyskać dla swoich absolwentów zapewnienie kontynuacji nauki w szkole nadającej tytuł magistra. Do systemu szkolnictwa wyższego mają zostać włączone także szkoły policealne. Ich absolwenci mają mieć zapewnioną możliwość uzyskania stopnia licencjata odpowiedniej uczelni.
Ze zmianami muszą się także liczyć rektorzy szkół niepublicznych. Resort nauki chce zlikwidować możliwość obrotu handlowego prywatnymi uczelniami wyższymi (co pośrednio dopuszczają obowiązujące przepisy) oraz zaostrzyć rygory warunkujące uzyskanie przez uczelnie uprawnień do prowadzenia studiów magisterskich. Nowe uprawnienia nadzorcze w tym zakresie ma uzyskać Państwowa Komisja Akredytacyjna.
- Uczelnie, które chcą prowadzić studia magisterskie, powinny nie tylko spełniać wymogi formalne, m.in. dotyczące kadry naukowej, ale także wyróżniać się np. dużym dorobkiem w prowadzeniu badań naukowych - tłumaczy wiceminister Stefan Jurga.
- Zmiany zaproponowane przez rząd będą miały pozytywny wpływ na polskie szkolnictwo wyższe. To dobry kierunek - komentuje Mirosław Sawicki.
Łukasz Guza, Mariusz Rachuba"


A nie mówiłem!

sczachor

Przysżło to, czego można było się spodziewać:

Gazeta Krakowska": Po hydraulikach i lekarzach za granicę wyjadą polscy maturzyści. Wysłannicy zachodnich szkół wyższych pojawili się w Krakowie i werbują chętnych. Tymczasem polskie uczelnie lekceważą konkurencję.Według niej, krakowskim uczelniom może zabraknąć studentów. Polskie szkoły wyższe przegrywają bowiem z zachodnimi. Uniwersytety z całego świata w tym roku zaczęły szczególnie mocno promować się w szkołach średnich Krakowa. Z zachodniej oferty może skorzystać około 20 proc. maturzystów. Młodzi ludzie zainteresowani wyjazdem liczą na karierę naukową, bardziej dynamiczną niż przesiadywanie w Bibliotece Jagiellońskiej. Mają też nadzieję na dobrze płatną pracę w Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemczech.

Oferty zagranicznych uniwersytetów - nie tych słynnych, lecz raczej mniejszych uczelni technicznych - pochodzą przede wszystkim z Wielkiej Brytanii, ale i z Francji, Niemiec, Holandii i Portugalii. Nie kończy się na ulotkach i plakatach. Do krakowskich liceów przyjeżdżają zachodni wykładowcy. "Propozycji jest tak wiele, że zmuszeni jesteśmy odrzucać oferty kolejnych spotkań" - mówi "GK" Małgorzata Szostakowicz-Kwarciak, zastępca dyrektora X LO w Krakowie. - Ciekawe, że żadna z krakowskich uczelni nie pokusiła się, żeby pokazać się w naszej szkole. Nawet Politechnika Krakowska, którą mamy po sąsiedzku - dodaje. Propozycje z zagranicy są kuszące i krajowe oferty nie mogą się z nimi równać. To już nie są kosztowne studia tylko językowe. - Widać, że na Zachodzie potrzeba specjalistów w dziedzinie nauk ścisłych - zauważa Grażyna Tomaszewska, wicedyrektor VIII LO w Krakowie. Uczelnia z Bradford proponuje studia w kierunkach archeologia, inżynieria, projektowanie i technologia, opieka zdrowotna, informatyka, nauki biomedyczne, kryminalistyka i medycyna sądowa, a nawet stosunki międzynarodowe. Na tym ostatnim kierunku, na UJ, było w ub.r. aż 10 kandydatów na jedno miejsce. Tymczasem w Anglii, żeby się dostać, trzeba zdać egzamin łatwiejszy, niż nasza matura - pisze "Gazeta Krakowska".

Konkurencja w edukacji robi się coraz silniejsza. Ciekawe, czy na mojej uczelni też do w końcu dostrzegą (może przestanę być wołającym na puszczy). W sumie zyska tylko student: konkurencja wymusza podnoszenie jakości.

Ekolog - to brzmi podejrzanie?

sczachor

 Krzysztof Pawłowski
 z Białegostoku
 
www.przyroda.osiedle.net.pl
 www.przyroda.net.pl


Polska piękna trochę śmierdzi

 
http://wiadomosci.onet.pl/1393620,2677,kioskart.html

Za zaniedbanie spraw ochrony środowiska przyjdzie nam słono zapłacić. Dzięki obronie Doliny Rospudy ekologom udało się zwrócić uwagę Polaków na ekologiczną zapaść w środku Europy. W samą porę, bo wróciliśmy już do myślenia rodem z PRL: że przyroda ma być poddana gospodarce.

Rząd, zamiast chronić przyrodę, lekką ręką skazuje Rospudę na zagładę. Ale unikalne bagna czy ginące gatunki ptaków to nie nowa rządowa limuzyna. Gdy je zniszczymy, nowych nie kupimy.
Jednak premier Jarosław Kaczyński uparcie broni bezsensownego zniszczenia Rospudy. A jego populistyczne hasła - o potrzebie rozwoju za wszelką cenę - trafiają na podatny grunt. Polacy bowiem dali się omamić wizją, że drogi i fabryki wywindują wysoko standardy ich życia. Zapomnieli, że taki model już przerabialiśmy za PRL. Wtedy, pod koniec lat 80., statystyczny obywatel PRL otrzymywał dawkę ołowiu ocierającą się o ilość śmiertelną. Ludzie nie umierali tylko dlatego, że przyjmowali ją stopniowo.


Ogromne wydatki na ochronę środowiska po 1989 roku przedłużyły życie przeciętnego Polaka aż o cztery lata. Walka o czystą wodę i powietrze była jednym ze sztandarowych haseł wolnej Polski. 10 lat temu na ochronę wydawaliśmy 1,6 procent naszego PKB. Teraz zaledwie 0,6 procent. - Politycy gotowi są rozjechać każdą przyrodniczą perełkę, żeby zaspokoić wyborców, którzy chcą nowych dróg - denerwuje się Adam Wajrak, dziennikarz i bojownik o zachowanie Rospudy. - A przez 15 lat nikt nie zadbał, żeby tym  ludziom postawić światła, które pozwoliłyby im przejść na drugą stronę drogi. To są prowincjonalne decyzje prowincjonalnych polityków, którzy myślą od wyborów do wyborów. Czasy ekologicznego zrywu mamy bowiem już za sobą. Jeszcze 15 lat temu sprawami ekologii przejmowało się 80 procent Polaków. Dziś o połowę
mniej.

To nie przypadek, że w ponadgodzinnym exposé z lipca 2006 roku Jarosław Kaczyński o ochronie środowiska naturalnego wspomniał jednym zdaniem - przy okazji konieczności sięgnięcia po energię atomową. O ekologach, którzy siłą rzeczy muszą wyręczać rząd w jego obowiązkach, premier mówi, że stoją za nimi "różnego rodzaju interesy, a także fanatyzm, szaleństwo", a
"natura się tak rozszerzyła, że praktycznie rzecz biorąc, nic zbudować nie można". - Szkoda, że podległy mu minister Szyszko nie poinformował go, że Unia nie zakazuje nam budować obwodnicy. Zwraca nam tylko uwagę, że możemy ją poprowadzić nieco inną trasą - mówi doktor Przemysław Chylarecki, ornitolog.

Twarz rządzących ratuje duet: rzecznik praw obywatelskich i prezydent Lech
Kaczyński. - Ochrona środowiska jest obowiązkiem władz publicznych - przypomniał rządowi artykuł 74. Konstytucji RP Janusz Kochanowski i zaskarżył do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego decyzję ministra środowiska Jana Szyszki zezwalającą na rozpoczęcie inwestycji nad Rospudą. Prezydent Lech Kaczyński publicznie namawiał do ponownego
przeanalizowania zasadności inwestycji. Walczy też zakulisowo. 14 lutego na jego dywaniku
wylądował minister Szyszko. Atmosfera spotkania daleka była od walentynkowej. Ale nic nie wskazuje, żeby dolinę udało się uratować. - Polscy politycy powołujący się ciągle na swój patriotyzm chcą niszczyć nasze największe bogactwo, czyli przyrodę - mówi Chylarecki. - A na przeszkodzie staje im Unia Europejska. To jakieś pomieszanie ról! Sądząc po dokonaniach polityków, świadomość odpowiedzialności za przyrodnicze dziedzictwo narodowe jeszcze do nich nie dotarła. Ostatnie zbiorcze wyniki badań jakości wód w Polsce zaprezentowano ponad trzy
lata temu. - Według nich żadna z większych polskich rzek nie nadaje się do rekreacji. O złej jakości wód w Polsce się nie mówi, bo jest to politycznie niewygodne - tłumaczy Jerzy Iwanicki, emerytowany wicedyrektor Departamentu Zasobów Wodnych w Ministerstwie Środowiska. Aż 41 procent wód nie spełnia żadnych norm czystości pod względem biologicznym. 12 procent nie trzyma norm pod względem zawartości szkodliwych pierwiastków i związków chemicznych.


Najlepszym przykładem jest Warszawa, która jak na "europejską" stolicę przystało, połowę ścieków oczyszcza jedynie mechanicznie. - To tak, jakby szambo przecedzać przez sitko i wylewać do Wisły - tłumaczy inny specjalista od wód. Żeby było barwniej, w sporej części warszawskich kranów płynie woda z Wisły. Jak zapewniają służby sanitarne - odpowiednio oczyszczona. Z pomocą przyszła Unia, która na budowę nowej oczyszczalni chce dać 261 milionów euro, tyle że prezydenci stolicy od 2000 roku nie umieli sobie poradzić z
przygotowaniem inwestycji. Jeśli oczyszczalnia nie powstanie do 2010 roku, nie zobaczymy z tej sumy ani jednego euro. Od 10 lat w Polsce otwiera się kilka oczyszczalni ścieków rocznie i
trzeba przyznać, że jakość wody z roku na rok się poprawia. Ale ciągle połowa polskich rzek ma trzecią klasę czystości, czyli nie nadaje się do picia ani kąpieli. Tylko pięć procent rzek ma pierwszą klasę i nadaje się do rekreacji.


Trzymając się statystyk, całkiem nieźle wypadamy pod względem emisji gazów cieplarnianych. Słupki uratował nam kompletny krach gospodarki pod koniec lat 80. Dzięki zamknięciu największych trucicieli i wysokim karom dla ocalałych jakość polskiego powietrza znacznie się poprawiła. Rządzący doszli więc właśnie do wniosku, że skoro jest tak dobrze, to możemy zwiększyć zanieczyszczanie środowiska. - Chcemy powiększać limity na emisję gazów
cieplarnianych, zamiast ograniczać marnotrawienie energii. O większe limity walczy minister środowiska! - mówi Andrzej Kassenberg, prezes Instytutu na rzecz Ekorozwoju. Jego instytut działający już od 15 lat stara się uświadomić władzom między innymi to, że 80 procent polskich sieci przesyłu energii cieplnej nie jest odpowiednio izolowanych. W efekcie trzeba wyprodukować więcej energii, żeby pokryć straty podczas przesyłu. Cierpią na tym i przyroda, i kieszenie klientów, czyli nasze. Kompletną porażką zarówno państwa, jak i większości samorządów jest
system gospodarowania odpadami. Według CBOS aż 56 procent Polaków deklaruje, że
segreguje śmieci. - Wiele z tych osób nie wie jednak, co z tymi śmieciami robi się później. W niektórych miastach posegregowane przez mieszkańców odpady wywożone są na śmietnik jak wszystkie inne, tylko leżą na innej kupce - zdradza Andrzej Guła z krakowskiego Instytutu Ekonomii Środowiska. Warszawscy radni w połowie zeszłego roku wprowadzili ambitną uchwałę
przerzucającą obowiązek segregacji śmieci na spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe. A jednocześnie z ulic zaczęły znikać pojemniki do segregacji. Efekt: segregacja w stolicy leży, a władze po raz kolejny przesuwają termin egzekwowania przepisów, które same uchwaliły. Jeśli chodzi o śmieci komunalne, to w całej Polsce przetwarzanych jest ich według organizacji
pozarządowych dwa-trzy procent. Według Ministerstwa Środowiska - 15 procent.

Śmieci to bomba z opóźnionym zapłonem. - Za kilka miesięcy wybuchnie sprawa
polskich wysypisk, z których aż połowa nie spełnia unijnych norm i już dawno powinny być zlikwidowane. A ministerstwo śpi i nie proponuje żadnych proekologicznych rozwiązań. Najchętniej wszystkie odpady spalaliby w spalarniach - tłumaczy Jerzy Ziaja, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu. Pod koniec 2007 roku okaże się, czy osiągniemy 50-procentowy wskaźnik odzysku odpadów z opakowań, który nakładają na nas unijne przepisy. - Nic na to nie wskazuje - martwi się Andrzej Guła. Greków za nieprzestrzeganie unijnych dyrektyw dotyczących zagospodarowania śmieci Europejski Trybunał Sprawiedliwości ukarał grzywną 20 tysięcy euro dziennie. Po takim bodźcu unijne normy wprowadzali w trybie ekspresowym, a i tak musieli zapłacić 5,4 miliona euro. Mszczą się na nas zaniedbania z poprzedniej epoki. Wypuszczanie ścieków prosto do Wisły, a jednocześnie zbudowanie na jej szlaku stopniawodnego we Włocławku doprowadziło do powstania największego szamba w Europie. Toksyczne pokłady gromadzą się we włocławskim rozlewisku od 1969 roku. Latem 1986roku prace przy pogłębianiu zbiornika spowodowały podniesienie się zanieczyszczonych ciężkimi metalami osadów, które zabiły 450 ton ryb. Włocławski stopień jest w coraz gorszym stanie. Gdyby nagle został przełamany, czeka nas gigantyczna katastrofa ekologiczna. Nie radzimy sobie również z wielkimi fermami świń, które w Polsce coraz chętniej budują zachodnie koncerny. W sumie jest ich kilkadziesiąt, a wylewana z nich gnojowica zatruwa wody gruntowe i atmosferę. Amerykański gigant mięsny tak się rozbestwił, że kolejną chlewnię na trzy tysiące macior chce budować zaledwie trzy kilometry od rezerwatu Jeziora Dobskiego na Mazurach. - Trzy tysiące macior brzmi niewinnie. Ale oznacza, że roczna produkcja prosiąt to jakieś 80 tysięcy sztuk - ostrzega Marek Kryda z polskiej filii amerykańskiego Instytutu Ochrony Zwierząt.
 Stawką w tym sporze jest nie tylko narodowe dziedzictwo, ale i kieszenie podatników, bo to my ostatecznie zapłacimy za błędy rządzących. Komisja Europejska wysłała nam już ostrzeżenie. Zdaniem komisarza do spraw środowiska budowa obwodnicy Augustowa łamie aż dwie unijne dyrektywy. Jedna dotyczy ochrony rzadkich ptaków, druga - ginących gatunków zwierząt i roślin na terenach objętych unijną siecią ,Natura 2000". Mimo to minister środowiska wydał zgodę na budowę, co przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso skomentował dobitnie: "To decyzja niezrozumiała".


Jeśli dostaniemy kolejne ostrzeżenie i nadal będziemy chcieli budować na terenach chronionych, trafimy przed Europejski Trybunał Sprawiedliwości. - Będziemy musieli zapłacić liczoną w milionach euro karę, rozebrać inwestycję i doprowadzić środowisko do poprzedniego stanu, co będzie równie kosztowne - mówi Paweł Pawlaczyk, wiceprzewodniczący działającej przy ministrze środowiska Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Minister Szyszko nie traci animuszu. Możliwość ukarania Polski nazywa "tworzeniem faktów medialnych". - Ekologów zaś traktuje jak piątą kolumnę. Jednak w kwestii ochrony środowiska jesteśmy daleko w tyle. Wysokie
kary grożą nam nie tylko za Rospudę, ale i za opóźnienia w wyznaczaniu obszarów
chronionych sieci "Natura 2000" oraz niespójności polskich regulacji w ochronie środowiska z unijnym prawodawstwem - wylicza profesor Żylicz. Za ignorowanie problemów ochrony przyrody płacimy już teraz. Sporo, bo Unia wstrzymała nam około 900 milionów euro na projekty, które łamią unijne dyrektywy, między innymi za to, że chcemy budować na terenach
chronionych, choć mamy inne możliwości. Z takiego właśnie powodu ukarana została w
zeszłym roku Portugalia.

Szukając winnego, ekolodzy zgodnym chórem wskazują na Ministerstwo  Środowiska. - Trzeba sprawiedliwie przyznać, że od ponad 10 lat nie mieliśmy dobrego ministra środowiska. Ale profesor Szyszko swoimi antyekologicznymi decyzjami zakasował wszystkich innych - mówi Radosław Gawlik, członek  Zielonych 2004 i były wiceminister środowiska z czasów AWS, gdy
resortem po raz pierwszy rządził Szyszko. Największym zarzutem pod adresem ministra jest niewywiązywanie się ze zobowiązań w sprawie określenia sieci "Natura 2000". Wyznaczenie obszarów, które powinniśmy chronić, jest w naszym interesie. Nie tylko ze względu na zachowanie ginących gatunków i krajobrazów, ale również z powodów ekonomicznych. Wszystkie pieniądze z UE na inwestycje na tych terenach są zamrożone. Rolnicy gospodarujący w okolicy mogliby dostawać większe dopłaty.

Ministerstwo od dwóch lat ma przygotowane wszystkie dokumenty, ale z niewiadomych powodów opóźnia ich zatwierdzenie. Kolejny wyznaczony nam termin mija w marcu. Szanse na jego dotrzymanie są jednak niewielkie, bo nie skończyły się jeszcze konsultacje z gminami. - Minister Szyszko twierdzi, że dane przygotowane przez najlepszych polskich ornitologów są
niewiarygodne, i inwentaryzację zagrożonych gatunków zlecił leśnikom i gimnazjalistom -
mówi Przemysław Chylarecki. A specjalistów, którzy się na tym naprawdę znają, odsunięto od pracy - na przykład Annę Liro, która będąc wiceszefową Departamentu Ochrony Przyrody,
 pilotowała program "Natura 2000". Szyszko uspokaja i przekonuje, że wie, co robi, bo sam jest świetnym ekologiem. W radiowych "Sygnałach dniach" minister i zapalony myśliwy pochwalił się, że uczestniczy w największych kongresach ekologicznych. Mało tego, ma notowania cytowań własnych tekstów na niezwykle prestiżowej "liście filadelfijskiej". Sprawdziliśmy. Minister
w całej karierze cytowany był 44 razy. - Taka liczba dla naukowca z profesorskim tytułem to raczej powód do krytycznej refleksji nad swoim dorobkiem. Profesor Włodzimierz Jędrzejewski z Zakładu Badania Ssaków PAN ma 869 cytowań i on ewentualnie mógłby się chwalić - strofuje ministra Szyszkę jeden z polskich naukowców.  Inny kolega po fachu, specjalista od owadów, senator Stefan Niesiołowski, jest bardziej bezwzględny: - Ja już pomijam fakt, że jako minister
zachowuje się albo biernie, albo arogancko. Ale on się ośmiesza. W czasie huraganowych wiatrów szukał wraz z organizacjami pozarządowymi nad Rospudą głuszca. Jako biolog powinien wiedzieć, że to poroniony pomysł - mówi.


Równie ostro krytykowana jest polityka kadrowa ministra. - Przepustką na wysokie stanowiska w resorcie jest bycie studentem pana ministra - mówi  przyrodnik, który z racji pełnionej funkcji składa częste wizyty w ministerstwie. Studentem Szyszki w założonym przez niego na SGGW
studium podyplomowym był wiceminister środowiska Andrzej Szweda-Lewandowski. Równocześnie jest głównym konserwatorem przyrody. To pierwsza od 1989 roku
osoba pełniąca ten urząd jedynie z tytułem magistra. Wiceminister Agnieszka Bolesta to była studentka i stażystka Szyszki. Wysokie stanowiska w resorcie i instytucjach mu podległych zajmują również bliscy ministra oraz jego współpracownicy ze Stowarzyszenia na rzecz
Zrównoważonego Rozwoju Polski, które minister założył kilka lat temu. W zarządzie stowarzyszenia jest Konrad Tomaszewski, były dyrektor generalny Lasów Państwowych z czasów AWS i kuzyn braci Kaczyńskich. Tomaszewski oficjalnie jest dziś na bocznym torze, bo w sądzie toczy się przeciwko niemu  sprawa za rzekome fałszerstwo dokumentu. Oficjalnie jest tylko głównym analitykiem Lasów, ale w resorcie ma bardzo dużo do powiedzenia. Artur
 Michalski, wiceprezes podlegającego ministerstwu Narodowego Funduszu Ochrony
 Środowiska, to nie tylko zwierzchnik córki pana ministra, ale - jak doniósł  "Newsweek" - również jej przyszły mąż.  Jaką wizję ochrony środowiska ma resort Szyszki? To pytanie bez
odpowiedzi.

Oficjalne dokumenty pełne są pustych frazesów bez szans na realizację w  praktyce. W dokumencie ,Polityka ekologiczna państwa na lata 2007-2010" przeczytać można o pomyśle "stworzenia bazy danych o szkodach w środowisku", do której sprawcy szkód sami mieliby się denuncjować. Biorąc pod uwagę jakość kadr i efekty pracy, należałoby się zastanowić, czy takie ministerstwo w ogóle jest do czegoś potrzebne. Lepiej zlikwidować ten urząd. - Popieram - mówi Adam Wajrak. - Przynajmniej zaczęlibyśmy realizować ideę taniego państwa.

Pośród kibiców, złodziei, gwałcicieli i morderców

sczachor

Na swoich wykładach staram się wyjaśnić róznice miedzy ekologia, sozologia a ekozofią. Ekolog to naukowiec. I nic więcej. Działacz prośrodowiskowy - to działacz. Nie musi być ekologiem. Lepiej byłoby mówić już "zielony" w sensie ruchu społecznego i działalności społecznej.

Ale dzięki władzom państwowym chyba znajdę się w rejestrach policyjnych między złodziejami, gwałcicielami i mordercami :). Trochę mi to przypomina czasy PRL. Wtedy również interesowało się nami SB. Ponoć ma być lustracja wśród naukowców. Jedne teczki będą odtajnione, inne się dopiero tworzą. W sumie to miłe mieć swoich przywatnych biografów :).

"Dziennik": do walki z obrońcami doliny Rospudy włączyła się policja. Komendant główny polecił policjantom rejestrować i rozpracowywać ekologów na terenie całego kraju.
Zgodnie z rozkazem pod lupą mają znaleźć się działacze i organizacje "zagrażające rządowemu programowi obwodnicy w dolinie Rospudy".

To przestępstwo - komentują prawnicy pytani przez "Dziennik". Nie chcemy pracować w Służbie Bezpieczeństwa - mówią sami policjanci. Gazeta ustaliła, że pismo z sygnaturą WK-II-146/2006 dotarło do 16 komend wojewódzkich i Komendy Stołecznej w ostatnią środę. Podpisał się pod nim szef policji Konrad Kornatowski.

Funkcjonariusze mają rejestrować ekologów w policyjnych bazach danych. Ich nazwiska znajdą się tam obok niebezpiecznych kibiców, złodziei, gwałcicieli i morderców - wytyka "Dziennik".

Ocalmy Dolinę Rospudy!

sczachor
Panie Premierze,

Ja, a także wielu innych Polaków i obywateli innych krajów świata, liczyliśmy na rozsądek i poczucie odpowiedzialności ze strony pana Premiera.
Liczyliśmy na to, że mając możliwość wyboru rozwiązania, które nie niszczy unikalnej przyrody i daje pewność, że obwodnica Augustowa powstanie, a polscy podatnicy nie będą musieli płacić kar za pogwałcenie prawa Unii Europejskiej, wybierze Pan „wariant zgody”.

Biorąc pod uwagę fakt, że Prawo i Sprawiedliwość przed ostatnimi wyborami do Parlamentu RP gwarantowała, że w przypadku objęcia rządów nie dopuści do zniszczenia najcenniejszych terenów Zielonych Płuc Polski w związku z planowaną trasą Via Baltica, jestem głęboko rozczarowany/a pańską wypowiedzią.

Jeśli, Pana zdaniem, sprawa Doliny Rospudy stanowi zagrożenie dla programu budowy autostrad, to oznacza to jednocześnie, że bardzo wiele cennych przyrodniczo miejsc w Polsce jest w niebezpieczeństwie.

Panie Premierze, fanatyzmem nie jest twierdzenie, że przyroda powinna podlegać szczególnej ochronie, zwłaszcza teraz, w XXI wieku. Fanatyzmem jest natomiast projektowanie i budowanie autostrad przez miejsca, które powinny być przekazane następnym pokoleniom. 

Panie premierze, szaleństwem nie jest obrona dziedzictwa naturalnego tego kraju. Szaleństwem i absurdem jest natomiast sytuacja, w której trzeba odwoływać się do prawa i władz Unii Europejskiej,  ponieważ najwyższe władze Polski pozwalają na jego zniszczenie, w imię błędnie pojmowanego postępu.

Wzywam Pana do rozważenia i zmiany swej decyzji.
Ze swej strony uczynię wszystko, aby na miarę moich sił nie dopuścić do zniszczenia Doliny Rospudy.

Z poważaniem,

dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci