Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa, ze swoimi studentami, uczniami i przygodnymi czytelnikami. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. Kształcąc innych sam się rozwijam, pod wyrozumiałym okiem studentów. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.
O autorze
Tagi
ostrzeżenia przed burzami - antistorm.eu

Licencja Creative Commons
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Unported.

entomologia

niedziela, 13 lipca 2014

O gliniarzu pisałem dwa lata temu (Trąba wodna i gliniarz naścienny czyli rozważania o wyciąganiu wniosków z jednostkowych obserwacji). Teraz mam zdjęcie samej osy jak i kokonów (dwa zdjęcia niżej) „Wysyłam Panu zdjęcie (górne), które udało mi się zrobić. Nie jest super jakości , ale ganiałam tego gościa parę minut po szybie z aparatem . Zdjęcie wykonano w Kostomłotach - to już prawie dzielnica Kielc w lipcu tego roku . Anna Wojsa”

Gliniarz naścienny (Sceliphron destillatorum) to osa, z rodziny grzebaczowatych (Sphecidae) o wdzięcznej nazwie gliniarz naścienny, która od jakiegoś czasu jest obserwowana w Polsce. Entomologom znana jest także pod nazwą szczerklina pająkówka. Jest to gatunek południowy, wywodzący się ze środkowej, zachodniej i południowo-zachodniej Azji. Areał występowania tego gatunku sięga po Mongolię, Kazachstan, Iran, aż po Chiny. Obecnie obserwowany jest w Afryce a także w Europie w rejonie śródziemnomorskim.

W Polsce podawany był z południowej części kraju, po raz pierwszy w 1968 r. w Czesławicach k. Lublina. Potem widziano go w Bieszczadach i w Beskidzie Niskim, w Ojcowskim Parku Narodowym i Krakowie. W 2013 roku odnotowano jej obecność w Chęcinach koło Kielc, w Hecznarowicach (woj., śląskie), pod Krakowem. W 2014 wyrywkowe informacje dotyczą obecności gliniarza na Śląsku, w Chorzowie, w Mielcu, w Kielcach, w Lubelskiem i w Brodnicy (to już blisko Warmii i Mazur!). Jeśli obserwacja jest poprawna, to byłoby najdalej wysunięte stanowisko na północ.

Najprawdopodobniej jego ekspansja wiąże się z ocieplaniem klimatu. Wszystkie zamieszczone w komentarzach na moim blogu informacje pochodzą z siedzib ludzkich. Nie należy jednak wyciągać z tego wniosku, że gatunek preferuje nasze domy. Bo zbyt mało jest badań i poszukiwać i terenie. Możliwe, że jest u nas gatunkiem synantropijnym a w naszych domach ma po prostu cieplej. Na pewno dobrze w naszych domach się czuje. Być może rozwiązaniem byłoby stawianie tak zwanych „hoteli dla pszczół” – tworząc dogodne miejsce do budowy gniazd. I wilk byłby syty (znaczy gliniarz naścienny) i owca byłaby cała (czyli my nie bylibyśmy w strachu).

O użądleniach przez te osa na razie nie słychać. Jest osa samotną, więc w przeciwieństwie od os społecznych nie będzie broniła gniazda. Myślę, ze nie jest groźna. Aczkolwiek wywołuje niepokój. Podobno urządnele jest jak ukłucie komara. Sama osa nie atakuje ludzi. Poluje na pająki.

„Są okropne...mieszkam we Włoszech i nie mogę się tego z domu pozbyć… Tak sobie tylko myślę, że muszą być strasznie szybkie te samice, bo taki kokon zrobiły w 2-3 dni. Jestem pewna, bo został przytwierdzony do bielizny schnącej na suszarce... Kokon pełen malutkich pajączków. Szok...”

W 2013 r. w lipcu pierwszy raz zauważyłam gliniarza w Chęcinach koło Kielc jak zbierał mokrą glinę. Jest dosyć duży więc trudno go nie zauważyć (Anita)”

„Od lipca tego roku (2013) nie mogę pozbyć się tego paskudztwa. Każdego dnia, przykleja się do pościeli i pozostawia plamy, kokonów na dzień robi od 4 do 6 szt.”

 „Ja odkryłam gliniarza dzisiaj (2013) pod dachem, wciska się w szparę między ścianą domu, a drewnianym belkowanym dachem. Trochę mnie przestraszył, mam tylko nadzieję, że nie jest groźny dla człowieka.(Karolina)”

„W zeszłym roku przypadkiem odkryłam kokony gliniarza naściennego w kartonie w mieszkaniu. Był wielki szok a potem akcja wyrzucenia świństwa i zakładania moskitier w całym mieszkaniu. Niestety właśnie przy jednym (i tym samym) oknie znalazłam już czwartą osę po nie właściwej stronie moskitiery. Jak się tego pozbyć jak nawet nie wiem gdzie są gniazda?!?! Pomóżcie, bo wizja mieszkania z osami jest dla mnie zbyt przerażająca.”

 „a ja właśnie wczoraj wywaliłam takie gniazdo spod kasety na roletę materiałową, w domu na oknie- skórkowana była zła - jak osa…. i kilkanaście porażonych pająków...niesamowite....” No cóż, gliniarze nie maja u nas lekko. Nie znając ich zwyczajów i widząc pierwszy raz, boimy się nieznanego. I tępimy.

„Robi regularnie gliniane kokony na podstopniu schodów od strony zachodniej - ciepło i sucho. A w środku larwy, na wpół żywe, około 10 za każdym podejściem. Po zlikwidowaniu - 3-4 godziny i jest nowe gniazdo. Uporczywie wraca. Jak pozbyć się intruza, wszak tu mieszkamy i może przenieść się wszędzie? (Brodnica)”

Już myślałam, że tylko ja mam taki problem. Dzisiaj myłam okna i po otworzeniu jednego z okien omal zawału nie dostałam. Usunęliśmy dziś kilka kokonów, byłam przerażona bo nie miałam pojęcia z czym mam do czynienia. A więc i u mnie się te osy osiedliły ( Ewelina)”

„Czy może mi ktoś powiedzieć jak się tego pozbyć z domu? od 2 lat w lecie mam to samo...wlatują za meble i w inne miejsca. Mam w domu małe dzieci i trochę się boję, że kiedyś je dziabnie i będzie płacz. (Krystian)"

„Właśnie zasuwa po moim oknie (Irena)”

„Od tygodnia obserwuję gliniarza ściennego, naszukałam się w internecie co cholera mi się na strychu osiedliła, jest dosyć liczna. Jutro poszukam gniazd a później spryskam środkiem owadobójczym. Wolę nie ryzykować swojego zdrowia i dzieci.”

„Właśnie w kuchni w żyrandolu znalazłam dwa kokony (zdjęcia wyżej). Podczas ich usuwania, jeden pękł i wysypały się z niego 24 martwe pająki. Do jednego pająka przytwierdzona była żółta larwa. Widok był tak zaskakujący, że zrobiłam zdjęcia. Drugi kokon w stanie nienaruszonym zostawiłam. Pozdrawiam, Basia” Oczywiście pająki nie są martwe tylko sparaliżowane. Czyli jedna samica musi zebrać około 100 pająków. Ciekawe czy gliniarze mogą wywrzeć jakiś zauważalny skutek w liczebności pająków?

Ale wróćmy na chwilę jeszcze do gliniarza naściennego. Spotkać go można w pobliżu ludzkich zabudowań, a dorosłe osy często widywane są na kwiatach z rodziny baldaszkowatych. Szukają tam swoich ofiar, czyli pająków. Samica lepi gliniane gniazda w postaci pojedynczych, rurkowato-dzbanuszkowanych komórek z gliny, w kształcie kokonu (dzbanuszek z klapką). Po złożeniu jaja, do tak przygotowanej komórki, samica znosi pająki, sparaliżowane jadem. (nawet do 15-24 sztuki w jednej komórce). Osa swoje ofiary żądli ale nie zabija, tylko paraliżuje.

Nazwę osa wzięła od komórek wykonanych z gliny i przytwierdzanych w różnych miejscach, w tym na ścianach. Starsza nazwa (szczerklina pająkówka) odnosi się do pokarmu. Sparaliżowane ofiary czekają póki larwa gliniarza ich nie zje. Zapasu musi starczyć na całą zimę. Po przepoczwarczeniu, latem następnego roku wygryza się z glinianego dzbanka i jako owad dorosły rozpoczyna kolejną fazę cyklu życiowego.

A dla zainteresowany jeszcze filmik https://www.youtube.com/watch?v=IQVfq_Ff_QA

sobota, 12 lipca 2014

Przedwczoraj, idąc ścieżką przez osuszone, dawne Jezioro Płuciduga Mała, zobaczyłem niezwykłego motyla. Pośród licznym rusałek kratkowców (Araschnia levana, pokolenie letnie) i bielinków, zobaczyłem samicę czerwończyka nieparka (Lycaena dispar). Co w tym niezwykłego? Ano niezwykle jest to, że w mieście można spotkać gatunek naturowy (umieszczony w załącznku Dyrektywy Siedliskowej obszarów Natura 2000). Uganiają się za nim przyrodnicy z całej Europy, a on w mieście sobie żyje. Aparatu nie miałem, żeby uwiecznić spotkanie (na górze zdjęcie z ubiegłych lat z innego miejsca), bo zaskoczenie moje było duże.

Kilka dni temu widziałem wydrę w Olsztynie, bobry mieszkają na moim osiedlu "w krzakach przy parkingu". Dzika przyroda i rzadkie gatunki w zasięgu ręki? Wracając tą ścieżką kilka godzin później zobaczyłem innego, prześlicznego motyla - mieniaka tęczowca (Apatura iris). Trzeba chyba aparat fotograficzny stale nosić ze sobą...

Ale to przykład, że działania w zakresie ochrony przyrody odnoszą skutek. Bóbr niegdyś rzadki, czy wydra, stają się pospolite. To owoce wytrwałej i wieloletniej pracy i starań wielu ludzi. W przypadku bobra czy łosia, ze względu na liczną populację, powinny być objęte planową gospodarką łowiecką, aby regulować ich liczebność (bo i tak giną pod kołami samochodów). Teraz powinniśmy skoncentrować wysiłki na innych, obecnie zagrożonych, gatunkach. Opinia publiczna jest w jakimś sensie mocno "zapóźniona" i siłą bezwładu koncertuje się jeszcze na gatunkach, które wymagały intensywnej ochrony przed wielu laty. Ale to zupełnie inną opowieść (bo niektóre treści wydają się kontrowersyjne, a więc wymagają staranniejszego i dokładniejszego wyjaśnienia).

Wróćmy do czerwończyka nieparka. Czemu się nim zajmować, kiedy w Polsce wydaje się jeszcze stosunkowo pospolity? W Polsce jeszcze tak, ale w innych krajach jest już rzadki a na przykład w Wielkiej Brytanii wyginął. Brytyjczycy kosztem sporych pieniędzy próbują go reintrodukować. A my w Olsztynie mamy to za darmo...

Czerwończyk nieparek (nazwa taka, bo wyraźny dymorfizm płciowy, jakby samiec i samiczka były nie do pary) to motyl o aktywności dziennej. Łatwo go więc zauważać na kwiatach w czasie wakacyjnych spacerów. Zazwyczaj występuje jedno pokolenie w roku, ale w sprzyjających warunkach mogą być i dwa. Dorosłe motyle spotkać można już od czerwca. Fruwają do końca sierpnia (gdy drugie pokolenie się pojawi).

Gąsienice tego motyla żerują na szczawiu lancetowatym, ale ostatnio coraz częściej konsumują także inne gatunki szczawiu. Występuje w niewielkich zagęszczeniach. Nawet gdy występuje, to nie jest liczny. Każde spotkanie to przygoda (są podobne gatunki, więc nie wszystko co czerwone to czerwończyk nieparek, ale rozpoznać łatwo).

Wpisany został na listę gatunków "naturowych", bowiem na wielu stanowiska w Europie wyginął, przede wszystkim na skutek zanikania torfowisk. W połowie XIX wieku wyginął całkowicie w Wielkiej Brytanii. W Polsce gatunek chroniony, na czerwonej liście zwierząt umieszczony z kategorią  LR (niższego ryzyka). Na międzynarodowej czerwonej liście IUCN jako  gatunek niskiego ryzyka (LR). W Konwencji Berneńskiej wymieniany w II Załączniku. W Dyrektywie Siedliskowej wymieniany w Załącznikach II i IV. Wynika, że jakiś "ważny" ten motyl. Bo jest jednocześnie wskaźnikiem stan środowiska.

Związany jest z podmokłymi łąkami oraz torfowiskami niskimi. Możliwe, że występują czerwończyki nieparki na mokradłach po dawnym Jeziorze Płociduga Mała oraz na podmokłych łąkach nad Łyną w okolicach Brzezin (dawne Jezioro Płociduga Duża). Mamy więc w Olsztynie na prawdę wspaniałą przyrodę. I dobrze byłoby ją zachować a nie degradować.

Dorosłe motyle w poszukiwaniu nektaru, którym się odżywiają, odwiedzają różne gatunki roślin kwiatowych, preferując głównie te mające kwiaty o barwie fioletowej i żółtej, rzadziej białej. Zagrożeniem dla tego gatunku owada jest zmiana warunków siedliskowych (gdzie występuje i się rozwija), w tym przede wszystkim melioracje i osuszanie terenów podmokłych.

Do uratowania tego gatunki (i innych podobnych, choć mniej znanych) potrzebne jest odpowiednie gospodarowanie przyrodą. Czyli zachowanie siedlisk poprzez ekstensywne użytkowanie łąk wilgotnych i nie dopuszczaniu do ich zarastania oraz utrzymywaniu śródleśnych oczek wodnych, wokół których występują rośliny żywicielskie gąsienic.

Dzisiaj będę w Marcinkowie pod Mrągowem na II Świecie Róź i otwarciu pierwszej na Mazurach motylarni. Motylarnia będzie miała moim zdaniem przede wszystkim znaczenie edukacyjne. Będzie zwracała uwagę na potrzeby ochrony bioróżnorodności, a w szczególności ochronę motyli i ich siedlisk. W czasie uroczystości przewidziany jest mój krótki wykład na wolnym powietrzu. Opowiem o tym, że motyle są jak ptaki - bowiem niektóre gatunki na zimę odlatują do ciepłych krajów. Że są jak muchy, bo są piękne (dostrzec piękno można wtedy, gdy się bliżej przypatrzymy). Że są jak ludzie, bo się w ciągu życia zmieniają. I że są jak lwy, bo bywają drapieżnikami. Tyle na zachętę, szczegóły na wykładzie w mazurskich ogrodach.

sobota, 28 czerwca 2014

Nie trzeba daleko jechać, ani przedzierać się przez tropikalną dżunglę, ani iść za siódmą górę czy siódmą rzekę aby zobaczyć siódmy cud przyrodniczy świata. Przyrodnicze cuda zobaczyć można na Warmii, Mazurach i Powiślu. W leniwym, wakacyjnym czasie wystarczy siąść po prostu gdzieś w ogródku w pensjonacie, domku wczasowym, przy namiocie lub w hotelowym tarasie. I patrzeć.

Małe też jest piękne, niezwykłe, unikalne. Trzeba tylko o tym wiedzieć. Przyrodniczym siódmym cudem świata nie są reklamy telewizyjne czy przydrożne bilbordy. Mazury to cud natury? Ale co konkretnie? Jest bo jest, bo na plakatach napisali? Widzimy tylko w koło jakieś „robale” i „zielsko”. Drogi wakacyjny urlopowiczu, siądź, poobserwuj, a zaczniesz rozróżniać… ponad 20 tysięcy gatunków tych robali i kilkaset gatunków „chwastów”. Jeśli rozpoznasz gatunek rośliny czy zwierzęcia, to wtedy dostrzeżesz głębszy kontekst, głębszą teść. Bo do zauważonej ważki … dodamy historię jej życia, zwyczaje, ludzkie historie, kontekst kulturowym. W epoce cyfrowej i mobilnego internetu łatwo znaleźć dodatkowe informacje oraz szybką pomoc w rozpoznaniu gatunku (wystarczy zrobić zdjęcie). Znając nazwę szybko dotrzemy do niezwykłych opowieści o otaczających nas niezwykłościach. To zupełnie tak, jakby ślepy nagle odzyskał wzrok.

Przykładem niech będzie niebieska ważka (zdjęcie wyżej, spotkałem ją nad rzeką Pasłęką), która dziwnym trafem nazywa się ważką rudą lub ważką żółtą (Libellula fulva). Rudawa czy żółtawa jest tylko samica, samiec jest niebieski. Oczywiście chodzi o jego odwłok. Jest kilka podobnych gatunków, więc nie każda niebieska ważka to samiec ważki rudej.

Ta ważka nie jest zwykła, jest bardzo silnie związana z pojezierzami, bo praktycznie tylko w takim krajobrazie u nas występuje, gdzie indziej jest rzadka i raczej pojawia się przypadkowo. Trudno powiedzieć na czym konkretnie w biologii tego gatunku polega związek z pojezierzem. Fakt obserwowany, wymagający wyjaśnienia. Z mazurskimi jeziorami najczęściej wiążemy kormorany. Ale to jest już takie banalne. Ważka ruda jest bez wątpienia oryginalniejsza… i tylko dla wtajemniczonych.

Albo na przykład żagnica wielka (Aeshna grandis), widoczna na zdjęciu poniżej (fot. Z. Wojciechowska). Pozowała w Muzeum Regionalnym w Pieckach im. Walentyny Dermackiej. Podobno przylatują tam bardzo często. Można połączyć więc poznawanie dziedzictwa kulturowego z dziedzictwem przyrodniczym naszego regionu. Pani Zofia Wojciechowska wybrała się do tego Muzeum, by ugotować zupę z pokrzyw. Dla telewizji. Co jest niezwykłego w chwaście, co wszędzie rośnie, że aż przyjechała filmować zupę pokrzywową telewizja?

Współczesny świat i turysta szuka lokalności, unikalności i „ekologiczności”. Czy potrafimy opowiedzieć odwiedzającym nas turystom, na czym polega przyrodnicza niezwykłość i unikalność naszego regionu Warmii i Mazur? Czy umiemy odczytać niezwykłe dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze po mijanych gatunkach roślin, grzybów i zwierząt? 

Ale wróćmy co żagnicy wielkiej. To samica. Dawniej zwana także szklarzem (żagnica, nie samica). Może od witrażowych niemalże skrzydeł? Lekko brązowych – co ułatwia rozpoznanie gatunku (bo jest kilka gatunków żagnic). Ważki, zaliczane niegdyś do owadów siatkoskrzydłych (razem z chruścikami) były częstym motywem, wykorzystywanym przez artystów, zwłaszcza w secesji. Zachwycają swoim pięknem i wielkością. I archaiczną przeszłością, bowiem w epoce karbońskiej, przed wielu milionami lat (jeszcze przed dinozaurami) na Ziemi żyły olbrzymie praważki, których rozpiętość skrzydeł wynosiłam ponad 80 cm. Wtedy były panami przestworzy.

Żagnica wielka jest na prawdę duża – długości niemalże 8 cm i rozpiętości skrzydeł do 10 cm. Dorosłe owady spotkać można fruwające nawet daleko od wody, na leśnych drogach i polanach, od czerwca do września. Polują na inne owady, człowiekowi żadnej krzywdy nie zrobią (chyba, że złapiemy ją w rękę, wtedy może się bronić i żuwaczkami ugryźć w palec). Często żagnice nazywamy helikopterami, ze względu na doskonałe umiejętności lotu, z momentami zawiśnięcia nieruchomo w jednym miejscu. Larwy są również drapieżne. Potrafią zjeść nawet kijankę i małą rybkę.

Ile żyje żagnica? Cały cykl życiowy trwa dwa lata. Zimuje w stadium larwalnym. Żagnica wielka jest gatunkiem pospolitym w Europie Środkowej. Liczniej spotykana jest ta terenach zalesionych. Larwy tego gatunku żyją w różnego typu wodach stojących lub wolno płynących (kanały i starorzecza). Dużo ciekawych rzeczy można powiedzieć o jej zwyczajach rozrodczych. Ale to już zostawiam wnikliwym obserwatorom i miłośnikom odkrywania wakacyjnej przyrody w każdej postaci.

piątek, 27 czerwca 2014

Ogródek lub nawet tylko kawałek trawnika to nasze przyrodnicze okno na świat. Szczególnie w okresie wakacji. W ogródku można hodować kwiaty i warzywa. Można wystawić karmik (zimą) dla ptaków lub powiesić na drzewie budkę lęgową dla ptaków czy nietoperzy. Ale można uprawiać i hodować bioróżnorodność.

Ogródki działkowe, czy przydomowe ogródki (lub tereny zielone w mieście), coraz mniej wykorzystujemy do produkcji żywności. Coraz bardziej stają się miejscem rekreacji. Praca jest przyjemnością a dodatkową nagrodą jest obcowanie z przyrodą. Można patrzeć jak w ekran telewizora.

Zmiana funkcji (nawet tylko częściową) sprawia, że nasze ogrody wyglądają inaczej. W ogrodach stawiamy hotele dla pszczół, domki dla biedronek, tworzymy motylarnie. Dla urozmaicenia budujemy małe oczka wodne. I patrzymy co w ich żyje. Nie trzeba kupować złotych rybek, owady same przylecą. Najczęściej nie wiemy o ich obecności. Ale gdy larwy wychodzą na rośliny lub na brzeg, by się przeobrazić w owada doskonałego, to ze zdziwienie otwieramy oczy. Aż chce się siąść nad wodą i obserwować.

Powyższe zdjęcie przysłała mi p. Magda Markiewicz z Marcinkowa. Zafascynowało ją to, że z ogrodowego oczka wodnego w dniu 23 czerwca wyszło wiele ważek. Jedną uwieczniła na zdjęciu. To żagnica sina (Aeshna cyanea) zwana także żagnicą większa, żagnica błękitną lub żagnica okazała. Na zdjęciu jest samiec, jeszcze w barwach „młodzieńczych”. Po jakimś czasie nabierze typowych kolorów – zielone plamy a niektóre niebieskie. Ja już w pełni wybarwioną żagnice sina sfotografowałem w Stawigudzie jakiś czas temu (zobacz).

Larwy żagnicy sinej rozwijają się w różnorodnych wodach stojących i wolno płynących. Chętnie zasiedlają małe oczka wodne, także te w ogrodach przydomowych, zbiorniki w żwirowniach czy piaskowniach. W pełni zasługuje na miano ważki ogrodowej.

Ale nie tylko nad wodą można spotkać dorosłe ważki. Są drapieżnikami i polują na inne owady czasem daleko od zbiorników wodnych. Żagnica sina lubi żerować na leśnych polanach.

Jak podają autorzy "Atlasu rozmieszczenia ważek w Polsce", żagnica sina jest gatunkiem szeroko rozprzestrzenionym w naszym kraju i bardzo pospolitym. Jest gatunkiem eurytopowym czyli o szerokich preferencjach ekologicznych. W niektórych małych oczkach ogrodowych może wystąpić nawet masowo. Wtedy przyjemność z obserwowania przeobrażających się ważek jest ogromna. Ważki odlatują a zostają po nich tylko wylinki. Dorosłe zobaczyć można od połowy czerwca aż do listopada.

Dorosłe żagnice sine zjawiają się nad zbiornikami pojedynczo. Patrolujące samce przebywają nad wodą jakiś czas, po czym odlatują. Na ich miejsce pojawia się kolejny samiec. Samce w okresie rozrodczym są terytorialne i agresywne w odniesieniu do innych samców. Zaślepione amorami i wypatrujące samic są łatwe do obserwowania i fotografowania. Nie są zbyt płochliwe, same podlatują na wyciągnięcie ręki. Wystarczy siąść w fotelu i obserwować. Nawet, jeśli ważka się zbliża, to nie zamierza nas atakować. Ważki odżywiają się innymi owadami i nie polują na ludzi. Zbliżają się z ciekawości. Nic nam nie zrobią. Może wzbudzają niepokój bo są duże: osiągają długość 7-8 cm. Ale gdzież im do karbońskich przodków. Praważki z tamtego okresu osiągały rozpiętość skrzydeł do 80 cm! Czyli były dziesięć razy większe.

Zapłodniona samica od razu składa jaja, wkłuwając je w różne rośliny wodne i wodno-błotne: pływające, z liśćmi pływającymi po powierzchni, szuwarowe (wystające z wody) oraz mchy torfowce. Larwy do rozwoju potrzebują dwóch lat, w tym czasie liniejąc około 10 razy. Larwy mogą przetrwać krótkotrwałe wyschnięcie zbiornika, zakopując się w wilgotnych piasku, mule lub zalegających na dnie butwiejących liściach.

Nic tylko siąść nad wodą i obserwować bioróżnorodność, z kawą czy herbata u boku, książka do czytania lub... mobilnym internetem, by poczytać o wazkach na blogu.

Ważki najlepiej podglądać i fotografować o poranku lub wieczorem. W południe są bardzo ruchliwe.

sobota, 21 czerwca 2014

Młodość zazwyczaj skupia się na urodzie. Płaski brzuch, a jak nie to depresja. Skojarzyło mi się z to bohaterem dzisiejszego wpisu. A może raczej bohaterką. Ważką płaskobrzuchą. A skoro płaski brzuch to laska. I owa „młodzieżowa laska” zaobserwowana została nad mocno zmeliorowaną Lepacką Strugą, w towarzystwie świtezianki dziewicy (Calopteryx virgo). A co z ta depresją? Ważka płaskobrzucha po łacinie zwie się Libellula depressa… Tytuł jest już więc chyba wyjaśniony.

Meliorować czy nie meliorować, oto jest pytanie. Z takim pytaniem do odpowiednich instytucji zwracają się inne instytucje a w odpowiedzi partycypują ekolodzy (czyli na przykład ja). Mają zbadać jaki jest stan, jakie zachodzą procesy i co się stanie po bagrowaniu uregulowanej rzeczki (bardziej rowu melioracyjnego), a co stanie gdy nie będzie bagrowania. Zarówno w kontekście bliskich zmian siedliskowych jak i dalszych efektów ekosystemowych.

Za sprawą szekspirowskich pytań meliorantów powróciłem w okolice Łomży. Powróciłem, bo już wcześniej kilkakrotnie tam bywałem. Już jako student przyjeżdżałem na badania i na obozy naukowe do Drozdowa, potem na obozy naukowe ale już ze studentami jako opiekun, także we współpracy z Uniwersytetem w Rostocku. Spenetrowałem teren od Piątnicy aż o Wiznę, koncertując się na pięknej dolinie Narwi i Łomżyńskim Parku Krajobrazowym Doliny Narwi. Wtedy szukałem przede wszystkim chruścików oraz innych owadów wodnych.

Tym razem w okolice Łomży przyjechałem w zupełnie innym celu, aby poszukiwać gatunku „naturowego” - skójki gruboskorupowej (Unio crassus). Rzeczonej skójki w Lepackiej Strudze nie spotkałem, ale spotkałem inne gatunki. Na przykład ważkę płaskobrzuchę.

Ważka płaskobrzucha, (Libellula depressa) należy rodziny ważkowatych (Libellulidae, podrząd ważek różnoskrzydłych). Samce ubarwione są na niebiesko (zdjęcia niżej), natomiast samice są złoto–żółte, z wiekiem brązowiejące (zdjęcie u góry). Ciało opisywane ważki mają krępe i spłaszczone. Długość ciała dochodzi do 4,8 cm, a rozpiętość skrzydeł do 8 cm. Larwy znoszą krótkotrwałe susze, zakopując się w wilgotnych warstwach dna. Larwy nie są łatwe do zaobserwowania bowiem zwykle kryją się, zagrzebując się w mule. Mogą przeżyć nawet w małych kałużach lub koleinach na drodze, przeczekując okres wyschnięcia zbiornika wodnego. Rozwój larwalny trwa dwa lata. Imagines (owady doskonałe) zobaczyć można fruwające od maja do połowy lipca.

Ważka płaskobrzucha zasiedla małe, słabo zarośnięte przez roślinność wodną zbiorniki, np. glinianki, piaskownie, żwirownie. Zasiedla szerokie spektrum wód stojących i płynących, preferując siedliska znajdujące się we wczesnych stadiach sukcesji. Najliczniej w wodach płytkich, nasłonecznionych, unika wód kwaśnych. Gatunek pospolity w całej Polsce, szeroko rozprzestrzeniony, rzadszy w głębi kompleksów leśnych. Zatem meliorowana i bagrowana rzeczka, wolno płynąca pośród łąk, jest dobrym dla niej siedliskiem.

Bezkręgowce są bardzo dobrym obiektem do badań monitoringowych i badań oddziaływania inwestycji na środowisko. Związane są z małymi siedliskami, łatwo identyfikowanymi w terenie. Co innego duże ssaki czy ptaki – te mają strefy życia znacznie większe, często obejmujące cały krajobraz (miejsce gniazdowania, żerowania, przeloty). Ale bezkręgowce, w tym owady są relatywnie bardzo słano poznane i mało jest specjalistów, potrafiących je obserwować i rozpoznawać. Dlatego bada się zazwyczaj ptaki czy nietoperze, choć z takich analiz wiele nie wynika.

Bezkręgowce wymagają badań, aby poznać biologię i ekologię wielu tysięcy gatunków (a więcej wiemy tylko o części z nich) oraz aby poznać ich relacje w aspekcie ekosystemowym. Wtedy zarządzanie zasobami środowiska będzie miało bardziej sensowne podstawy. Póki co trzeba czekać na młodych, którzy zainteresują się nie tylko ważkami z płaskim brzuchem ale i wieloma innymi bezkręgowcami. Do odkrywania, opisywania i interpretowania zostało bardzo dużo. Dla wielu osób na wiele lat starczy pracy….

piątek, 13 czerwca 2014

Praca terenowa, poza różnymi niewygodami, ma także i ten plus, że zawsze coś ciekawego się spotyka. Podczas przeszukiwania brzegów rzeki Pasłęki w poszukiwaniu wylinek ważki trzepli zielonej (Ophiogomphus cecilia) natknąłem się na bardzo dużego pająka. Odrobina strachu i radości z niezwykłego spotkania.

Wylinki wspomnianej ważki w celach monitoringowych najlepiej szukać (wypatrywać) z wody (od strony wody). Trzeba więc wejść do rzeki i przeszukiwać roślinność wodną i nadwodną, gałęzie, nadbrzeżne drzewa, niezarośnięty brzeg. A że czasem rzeka Pasłęka jest głęboka przy samym brzegu, to brodzi się niemalże po same pachy w wodzie. Świat wtedy wygląda zupełnie inaczej, z zupełniej innej perspektywy. I dlatego dostrzega się zupełnie inne rzeczy niż w czasie spaceru brzegiem, nad wodą. Patrzy się nie z góry, ale od dołu. Wzrok niemalże nad lustrem wody. Widać liczne nory bobrów lub tylko ich wyjścia na lądowe żerowiska. Widać wiele owadów, innych bezkręgowców, roślinność wodną.

W takich właśnie poszukiwaniach ważkowych ostatnio natknąłem się na bardzo dużego pająka. Tak wielkiego jeszcze nie widziałem. Był większy niż pająki krzyżaki jesienią. Ledwo zdążyłem zrobić zdjęcie, a on czmychnął. Po prostu zniknął, zapadł się jak kamień w wodę. Nie wiem czy zanurzył się pod wodę, czy schował między nadbrzeżnymi turzycami. Był na prawdę szybki.

Już wcześniej słyszałem o dużym, nadwodnym pająku, zwanym kłęboszem. Dysponując jedynie zdjęciem i własną pamięcią, postanowiłem poszukać i dowiedzieć się co też widziałem. Teraz jest dużo łatwej niż za czasów mojej młodości. Jest po pierwsze dużo więcej książek z dobrymi ilustracjami. Ale jest przede wszystkim internet. Można poszukać opisów gatunków, poszukać zdjęć lub po prostu wrzucić zdjęcie na odpowiednie forum, nawet w portalach społecznościowych, a ktoś bardziej doświadczony podpowie i pomoże.

Dzięki szybkiej i łatwej komunikacji internetowej nauka nabiera coraz bardziej społecznego charakteru. Po pierwsze staje się coraz bardziej dostępna (trafia pod strzechy). Komunikacja między niszowymi specjalistami i hobbystami staje się łatwa i możliwa. Szybko i łatwo można „znaleźć igłę w stogu siana”. Internet unieważnił niektóre przysłowia… Po drugie daje możliwość uczestnictwa w badaniach naukowych i dokumentowaniu wielu osobom, tak zwanym wolontariuszom. Nauka obywatelska. Nie tylko naukowcy ale i wolontariusze, hobbyści, uzupełniają powszechnie dostępne repozytoria wiedzy o przyrodzie, różnych gatunkach, zjawiskach. Powstają najprzeróżniejsze encyklopedie i społeczności z nimi związane. Prowadzą obserwacje i odnotowują stwierdzenia tak jak typowi naukowcy.

I właśnie dzięki takiemu społecznemu wymiarowi nauki dość szybko zidentyfikowałem mojego pająka. Po samym zdjęciu nie da się pewnie rozpoznać gatunku, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa był to bagnik nadwodny (Dolomedes plantarius) znany także jako kłębosz nadwodny (a w starszych opracowania także jako łakun). Jest jeszcze drugi, podobny gatunek (tego często widywałem nad wodami, ale raczej z daleka) –bagnik przybrzeżny, kłębosz przybrzeżny (Dolomedes fimbriatus), ale jak widać na zdjęciu u mojego pająka nie widać bocznych, białawych pasów. Ponadto miejsce spotkania i siedlisko bardziej wskazują na bagnika nadwodnego.

Bagnik nadwodny (Dolomedes plantarius) to pająk z rodziny darownikowatych (Pisauridae) osiągający wielkość do 2,5 cm (głowotułów wraz z odwłokiem), a wraz z odnóżami - 7-8 cm. Samice, jak to zazwyczaj u pająków bywa, są nieco większe od samców. Bagnik nadwodny jest zazwyczaj koloru brązowego (grafitowo-brązowego) z niewielkimi biało-kremowymi kropkami. Białe pasy po bokach ciała, tak charakterystyczne dla bagnika przybrzeżnego, są bardzo słabo widoczne lub ich brak. Tak jak to dobrze widać na zdjęciu „mojego” kłębosza.

Bagnik nadwodny, jak dobrze oddaje to jego nazwa, jest związany z bagnami i ze zbiornikami wodnymi, jeszcze silniej niż bagnik przybrzeżny (ale skąd nazwa kłębosz lub łakun?). Spotkać można go nad brzegiem lub na powierzchni rowów melioracyjnych, stawów, starorzeczy i jezior. Zawsze wśród bogatej roślinności wodnej i szuwarowej. Potrafi poruszać się po powierzchni wody a w razie zagrożenia potrafi zanurkować i skryć się pod wodą. Być może i mój bohater szybko zanurkował pod wodę, gdy chciałem zbliżyć aparat fotograficzny by zrobić lepsze zdjęcie. Pod wodą wydaje się metalicznie srebrny, a to za sprawą pęcherzyków powietrza, pokrywających jego owłosione ciało. Podobnie jak pająk topik. Mimo, że silnie związany jest z wodą, to nie można go spotkać w opracowaniach, dotyczących wodnych bezkręgowców - choć wykazywany jest tam pająk topik. Może dlatego, że pająk topik buduje podwodne dzwonowate schronienia, a bagnik tylko okazjonalnie nukuje?

Bagnik nadwodny – nazwa dobrze oddaje siedlisko życia, związane z „bagnami” i przybrzeżnymi strefami zbiorników wodnych. Bagnik – niczym nazwa jakiegoś starodawnego demona słowiańskiego. Pająk ten żywi się wodnymi owadami, małymi rybkami, kijankami, małymi żabkami. Nie buduje sieci łownych lecz poluje aktywnie. Bagnik nadwodny uważany jest za gatunek bardzo rzadki. Ale może dlatego, że jest podobny do bagnika przybrzeżnego i z nim mylony? Może jest jednak częstszy niż myślimy, tylko brakuje obserwatorów w terenie, którzy go wypatrzą i odnotują jego obecność w różnych miejscach i regionach? Gatunek ten zasiedla Europę i Azję, ale w wielu regionach Europy Zachodniej już wyginął. U nas także jest nieliczny. Umieszczony został wśród gatunków zagrożonych wyginięciem w międzynarodowej Czerwonej Księdze Gatunków Zagrożonych (IUCN Red List of Threatened Species).

Bliskie spotkanie z bagnikiem nadwodnym zawsze jest ekscytujące. Zwłaszcza jeśli ma się świadomość, że jego szczękoczułki z łatwością przegryzą ludzką skórę. Stanowczo odradzam próby schwytania go w rękę. Jego ukąszenia ciężko się goją, a jad powoduje silne, trwające kilka dni zatrucie organizmu, objawiające się bólem głowy, biegunką i wymiotami. Wędkarze nazywają to „wędkarskim kacem”. Ukąszenie bagnika jest podobno boleśniejsze niż ukąszenie pająka krzyżaka. Na szczęście dla zdrowia ludzi (a na nieszczęście dla nauki) bagnik jest bardzo płochliwy. Szybko ucieka lub chowa się pod wodę, zanim my go zobaczymy. Do ukąszeń dochodzi przypadkiem, gdy niechcący przyciśniemy go ręką (np. schowanego w zakamarkach łodzi wędkarskiej).

Nauka to dzielenie się wiedzą, przede wszystkim na wolnej licencji. Z efektów pracy naukowców wszyscy powinni swobodnie i bezpłatnie korzystać. Bo nauka powinna służyć przede wszystkim ludzkości.

środa, 11 czerwca 2014

Ostatnie badania terenowe przywiodły mnie do miejsc, które odwiedzałem w czasie studiów. Coraz więcej jest takich sentymentalnych odwiedzin. Widać, że jestem tutejszy i zakorzeniony. Nawet spałem pod mostem...

A było to tak. Jeszcze jako student włączyłem się do badań hydrobiologicznych Katedry Ekologii i Ochrony Środwiska na rzece Pasłęce. Potem powstała  z tego moja praca magisterska o chruścikach rzeki Pasłęki. Jeździłem więc jako student i uczestniczyłem w badaniach terenowych. Któregoś razu, na stanowisku koło Ornety, pod mostem na rzece Pasłęce (koło Stolna), spotkaliśmy jakieś norki na gliniastej skarpie. Ktoś powiedział, że to pszczoła porobnica murarka (pszczoła z grupy samotnych). Jako ciekawy student, postanowiłem później sprawdzić i rozpoznać to stanowisko. Sama pszczoła jako gatunek była ciekawa i stanowisko chyba mocno na północ wysunięte. Nie ma co gdybać, trzeba to dokładniej sprawdzić. Spakowałem plecak ... i pojechałem. To był początek lat 80. XX wieku.

Dotarłem autobusem lub pociągiem (?) do Ornety. Tam nawet znalazłem jakiś hotelik zakładowy czy inny, zapytałem się o nocleg. I dalej chyba powędrowałem pieszo. Kilka kilometrów. Może podjechałem na stopa, nie pamiętam. W każdym razie dotarłem nad rzekę Pasłękę i przepiękny most (kolejowy zniszczony i częściowo rozebrany). Szukałem w różnych miejscach i znalazłem gniazda domniemanej porobnicy murarki. Jedno rozkopałem... i zastałem dziwne schronienia, zbudowane z liści. Kilka  larw zakonserwowałem. Dzisiaj wiem, że to była pszczoła miesierka, ale wtedy nie miałem pojęcia co to jest, byłem przekonany, że to właśnie porobnica murarka. Publikacji się nie udało napisać (ani zrelacjonować na konferencji), bo nie oznaczyłem zebranego materiału. Teraz byłoby znacznie łatwiej z konsultacjami, wtedy nie było internetu a informacji było tyle, co na lekarstwo.  Została przygoda wyprawy badawczej...

Wrócić przed zmierzchem nie było jak. Autobusów już nie było. Na szczęście przezornie wziąłem ze sobą śpiwór (doświadczony wyprawami turystycznymi oraz udziałem w letnich obozach koła naukowego). Postanowiłem przespać się pod mostem. Chronił od deszczu (brać namiot byłoby zbyt ciężko). Noc na odludziu, z głosami przyrody. Trochę strasznie, ale cóż robić. Nauka wymaga wyrzeczeń... i przygody. A młodość lubi przygody.

Na drugi dzień, skoro świt, po turystycznym, terenowym śniadaniu rozpocząłem podróż powrotną. Chyba udało mi się zabrać autobusem. Po trzydziestu latach niewiele w pamięci zostaje. Tylko najważniejsze fragmenty.

W czerwcu br. odwiedziłem Pasłękę i ten most ponownie. Trochę przez przypadek, bo w do innego, wcześniej wytypowanego miejsca nie udało się dotrzeć polnymi drogami. Tym razem pobyt był krótki, z transportem i bez przygód. Czego innego szukałem, ani chruścików ani pszczół. Ale na brzegu zauważyłem fragment po gnieździe miesierki (chyba, bo nie było czasu na dokładne oględziny). Widać albo deszcz wypłukał, albo jakiś zwierz rozkopał. Bo przecież chyba nie kolejny, młody człowiek, badający tajniki przyrody?

W każdym razie, w młodzieńczych latach zaliczyłem spanie pod mostem. Wiązało się ono nie z bezdomnością a z naukowymi wyprawami. Z przygodą odkrywania niezbadanego. W prawdziwej nauce zawsze odkrywa się coś nowego, nieznanego, niezbadanego. Pozostaje przygoda, bez konieczności spania pod mostem.

Przypomniałem sobie te chwile, bo odwiedziłem to samo miejsce, tym razem w ramach badań, związanych z biomonitoringiem. a pszczoła miesierka przypomniała mi się a propos niedawno rozpoczętymi działaniami na rzecz przywracania siedlisk pszczół samotnych (hotele dla pszczół).

Morał z tej opowieści taki, że warto na studiach kierować się pasją poznawczą, brać udział w różnych projektach, działaniach czy autentycznych badaniach, a nie tylko chodzić na zajęcia i odrabiać lekcje. A dla mnie, jako pracownika morał taki, żeby więcej zadań realizować metodą projektu i nauczania problemowego. Bardziej przybliża to do realnego życia i rynku pracy. Uczy rozwiązywania konkretnych problemów... i jest przygodą!

niedziela, 08 czerwca 2014

Małe jest piękne i niezwykłe, choć nie rzuca się w oczy. To piękno dla koneserów i wytrawnych podglądaczy rzeczywistości. Dostrzeganie małego piękna wymaga spostrzegawczości i wiedzy. Ale przecież na świat patrzymy przez pryzmat własnego wnętrza, przez szkiełko tego, co już o świecie wiemy.

Ciołek, to określenie raczej pejoratywne, oznaczające fajtłapę, kogoś nierozgarniętego. Pierwotnie odnosiło się do rocznego byczka. Ale ciołek to także nazwa chrząszcza z rodziny jelonkowatych (Lucanidae). Ciołek, ciołek matowy lub ciołek czarny (Dorcus parallelipipedus), pod takimi nazwami znany jest ten owad. A dlaczego obecność jakiegoś chrząszcza na ścianie kwiaciarni w centrum Olsztyna miałaby być jakąś sensacją? A bo to mało robactwa wokoło? Może to jakiś szkodnik?

Nie, nie jest to szkodnik ale owad rzadki i typowy dla naturalnego lasu. Umieszczony został na czerwonej liście zwierząt zagrożonych wyginięciem z kategorią VU (narażony na wyginięcie). Jest także gatunkiem prawnie chronionym w Polsce. Dziwić i zachwycać może to, że taki niezwykły gatunek spotkać można w środku miasta. Przyzwyczaiłem się do tego, że w środku Olsztyna usłyszeć można klangor żurawi, że na rzece Łynie przy zamku gniazduje tracz nurogęś, że bobry są w centrum miasta (na moim osiedlu też), że lisy spotkać można na Starówce. To duże zwierzęta. Na owady mało kto zwraca uwagę.

Sensację wypatrzyć mogą wytrawni podglądacze przyrody. A do takich należy Mateusz Sowiński, namiętnie fotografujący małe stworzenia, spotykane w Olsztynie i okolicach. Kilka dni temu na Facebooku zamieścił zdjęcie ciołka matowego (zdjęcie u góry) wraz z niezwykłą informacją: „Tego osobnika spotkałem, jak siedział sobie spokojnie na zewnętrznej ścianie kwiaciarni... w centrum Olsztyna! Przyznam, że nigdy nie widziałem tego gatunku w moim mieście, a kwiaciarnia to zdecydowanie ostatnie miejsce, na którym bym go szukał, a tu proszę. Skąd on się tam wziął? Szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Może ktoś go przypadkiem tam zawlekł, może przyjechał z kimś samochodem... a może i mamy w naszym mieście takich właśnie, dzikich, ale za to sympatycznych mieszkańców (…). Jeśli miał bym na coś narzekać, to jedynie na to, że znów trafiła mi się samiczka!”. Owad siedział na ścianie kwiaciarni, znajdującej się na ul. Partyzantów. Rzeczywiście dość nietypowe miejsce.

Być może ciołek w środku Olsztyna znalazł się przypadkiem, przywieziony w ściętych drzewach. Może po prostu wypadł z przejeżdżającej ciężarówki wiozącej drewno? A może pochodzi z pobliskiego starego cmentarza, gdzie drzew dziuplastych, próchniejących nie brakuje? Może dolina Łyny, przecinająca Olsztyn, jest korytarzem ekologicznym, przez który migrują i wnikają do miasta gatunki typowe dla lasów. Być może obecność ciołka jest oznaką poprawy stanu ekologicznego środowiska i pobliskich lasów? Pytania, które natarczywie domagają się odpowiedzi.

Okazuje się, że gatunek ten spotkać można także w Iławie, bo jak napisał na Facebooku Piotr Kłonowski „Bodajże we wtorek idąc przez centrum Iławy również udało mi się na takiego osobnika natrafić.” Synurbizacja, czyli ewolucyjne przystosowywanie się gatunków do życia w warunkach miejskich nie jedno ma imię. Tym bardziej, że my sami zmieniamy to środowisko miejskie na bardziej przyjazne do życia dla człowieka i dzikiej przyrody.

Cóż to za chrząszcz ten ciołek, że wzbudza sensację w mieście? To bliski krewniak powszechnie znanego z książek (w naturze w Polsce bardzo rzadko spotykanego) jelonka rogacza. W Polsce żyje 7 gatunków z tej rodziny. Pośród nich ciołek. Cechą typową rodziny jelonkowatych (Lucanidae) jest dymorfizm płciowy – samce mają powiększone żuwaczki. Największe żuwaczki, przypominające poroże jelenia, ma jelonek rogacz (stąd i jego nazwa). Samce ciołków nie mają tak wydatnych żuwaczek, ale większe niż u samic i łatwo je rozpoznać.

Owady dorosłe ciołka ubarwione są czarno ubarwione z szaromatowym (grafitowym, jak powiedziałyby kobiety, bardziej wrażliwe na kolory) odcieniem. Stąd jego polska nazwa: ciołek matowy lub ciołek czarny. Dorosłe osiągają wielkość 18-32 mm, czułki są kolankowate z długim trzonkiem i grzebykowatą buławką. Pojawiają się od maja i czerwca (czasem spotkać je można już pod koniec kwietnia) a występują do września. W ciągu dnia owady są mało ruchliwe. Wydają się ospałe, niczym studenci o poranku. Dlatego może nadano im nazwę „ciołek” (nierozgarnięta fajtłapa). W ciągu dnia kryją się w szczelinach kory lub pod kawałkami drewna. Aktywne są w godzinach popołudniowych, wieczorem i w nocy, wtedy fruwają i się odżywiają sokiem, wypływającym z drzew, rzadziej innym pokarmem roślinnym. Często spotkać je można przy żółtych nadrzewnych „hubach”, owocnikach grzyba żółciaka siarkowego (Laetiporus sulphureus). Podobno jest to grzyb jadalny. Ciekawe jak smakuje i jak go się przyrządza (głodnemu grzyb na myśli).

Ale wróćmy do ciołka. Larwy są grube, białawo-żółtawe z ciemną głową (brązową), pędrakowate, zgięte w kształcie litery C, żerują w próchniejących drzewach liściastych a ich rozwój trwa 3-4 lata. Larwy rozwijają się w próchniejących pniakach i kłodach klub w pniach starych, chorych dębów, buków, jesionów, wiązów, wierzb i lip, czasami także drzew owocowych, sosen i modrzewi. Rozwijają się w zmurszałym drewnie dlatego szkód leśnych nie powodują lub szkody te są nieznaczne. Nie jest wiec szkodnikiem nawet dla leśników. Ciołek matowy preferuje silnie spróchniałe kłody oraz pniaki bukowe i dębowe.

Jelonka rogacza widziałem tylko w zbiorach entomologicznych oraz spotkałem we Francji. W pobliskim Rezerwacie Las Warmiński udało mi się spotkać inny gatunek z tej rodziny, zaklińca (Platycerus). Ciołka kilkakrotnie spotykałem w Parku Krajobrazowym Pojezierza Iławskiego oraz w lasach różnych części Polski. W Olsztynie nie widziałem, ale informacja i zdjęcie Mateusza Sowińskiego spowodowała, że teraz jeszcze uważniej będę się przyglądał naszym braciom mniejszym. Przygoda jest w zasięgu ręki…

Ciołek matowy jest gatunkiem szeroko rozsiedlonym w kraju, poza wyższymi partiami gór. Jest saproksylobiontem (siedlisko butwiejącego, martwego drewna, takie jakie występuje m.in. w dziuplach starych drzew), związanym z martwymi lub zamierającymi drzewami liściastymi. Warunki takie panują w starych pierwotnych lasach. Gospodarka leśna, nastawiona na „produkcję desek” oraz swoiste pojęcie o estetyce i zdrowiu ekosystemów, przez ostatnie dziesięciolecia powodowała zanik siedlisk saproksylicznych w lasach. Wiązało się to ze spadkiem bioróżnorodności i zagrożeniem wymarciem wielu gatunków. Pośród nich jest i ciołek matowy. Jako gatunek chroniony wymaga czynnych zabiegów ochroniarskich. Obecnie zmieniło się nastawienie leśników do lasów. Powstają leśne kompleksy promocyjne. Las traktowany jest nie tylko jako uprawa drewna, ale także jako obiekt rekreacyjny oraz pełniący różnorodne usługi ekosystemowe.

Ale drzewa dziuplaste (i siedlisko martwego drewna) występują również w krajobrazach kulturowych. Na naszym terenie to właśnie przydrożne aleje, stare cmentarze, stare parki „zaniedbane” stanowiły bardzo ważne siedlisko zastępcze dla dużej grupy gatunków saproksylofagicznych. W miastach namiętnie wycinamy „chore”, próchniejące drzewa. Z ekologicznego punktu widzenia jest to działalność szkodliwa. Bioróżnorodność może być także markowym produktem turystycznym, więc przekładać się to może na zarobki i dochody mieszkańców, w tym przypadku Olsztyna. Stare drzewa nie są takie niepotrzebne jak to się nam często zdaje.

Także i ciołek matowy spotykany jest stosunkowo często w starych zadrzewieniach krajobrazów kulturowych.

Co robił ciołek w centrum Olsztyna? Czy owady żyją gdzieś wśród starych, próchniejących drzew? A może opisywany ciołek dostał się do Olsztyna przypadkiem, wypadł z samochodu przejeżdżającego ze świętym drewnem? Na razie pozostaje to zagadką. Warto tu jednak uczynić mała dygresję: próchniejące, stare drzewa nie są niepotrzebne. Nie są chore i nie trzeba ich czym prędzej wycinać (jak to zwykliśmy robić). Są one ważnym siedliskiem unikalnych gatunków. Przyrodnicze atrakcje dla turystów nie biorą się z polbrukowych chodników, równo przystrzyżonych trawników czy powycinanych drzew.

Ciołek matowy to niepozorny element dzikiej przyrody i pierwotnego lasu w centrum miasta. Przez takie „elementy” Olsztyn jest miejscem niezwykłym. Nie trzeba jeździć daleko by zobaczyć coś ciekawego i niezwykłego. Wystarczy patrzeć uważniej pod nogi. No i trzeba mieć trochę wiedzy by pośród „robactwa” rozpoznać gatunki rzadkie i niezwykłe. Przygoda w Olsztynie czeka tuż za rogiem. A myślę, że nie tylko w Olsztynie ale w całym, naszym regionie, nie bez powodu nazywanym siódmym cudem przyrodniczym świata.

Jeszcze na koniec kilka słów o rozmieszczeniu i problemach ochrony. Ciołek matowy jest gatunkiem Szeroko rozpowszechniony w Polsce (nie licząc obszarów górskich) Europa, Azja Mniejsza, Bliski Wschód. Szeroki zasięg geograficzny jest zapewne przyczyną lokalnego zróżnicowania, co znajduje swoje odbicie w fakcie wyróżniania kilka podgatunków. Ciołek miejscami występuje liczniej w innych miejscach całkowicie wyginął. W regionalizacji ekologiczno-faunistycznej ciołek jest gatunkiem wyróżniającym dla strefy bukowej (Pomorze, północna Wielkopolska, zachodnia część Warmii i Mazur). Objęty w Polsce ochroną gatunkową, jako gatunek wymagający ochrony czynnej. Zagrożeniem dla niego jest zanikanie starych, próchniejących drzew liściastych.

Głównym wyzwaniem ochrony ciołka matowego jest zachowanie różnowiekowej struktury drzew na obszarach leśnych i w zadrzewieniach (to zadanie dla leśników). Ale w miastach i w krajobrazie rolniczym jest wiele antropogenicznych zadrzewień i starych alei. Niekorzystnym zjawiskiem jest usuwanie leżących konarów, pni i kłód (bo mamy takie poczucie estetyki i traktujemy martwą materię jako coś niepotrzebnego i „chorego”, stąd trzeba jak najszybciej usunąć „z oczu”. Większość próchniejących pniaków czy starych, dziuplastych drzew jest usuwana, co skutkuje obniżeniem jakości bazy pokarmowo-lęgowej dla ciołka i innych gatunków saproksylobiontycznych. W związku z częstym zasiedlaniem przez ciołka środowisk antropogenicznych, np. alej, warto propagować pozostawianie starych zadrzewień przydrożnych, a w przypadkach konieczności ich wycięcia – nasadzać nowe w bliskim sąsiedztwie. Rewitalizacje parków np. w Olsztynie wiążą się z dużą wycinką starych (chorych w mniemaniu służ miejskich) drzew i uprzątania martwej materii. Dla ekologicznego zdrowia parków miejskich co innego jest ważne. Być może warto wprowadzić modę, aby w przydomowych ogródkach i na osiedlach, oprócz rabat z kwiatami pojawiać się zaczęły próchniejące kłody. Po budowie hoteli dla pszczół byłby to kolejny element poprawiania siedliskowego charakteru miasta. A wtedy wokół nas różnorodność biologiczna będzie dużo większa. Będzie co obserwować… i będzie to dodatkowa atrakcja turystyczna naszego miasta.

Miasto jako miejsce czynnej ochrony gatunków zagrożonych wyginieciem? A czemu nie, od razu byśmy zamieszkali niczym w parku krajobrazowym czy rezerwacie. Przecież tak niewiele trzeba i to bez uszczerbku dla naszej jakości życia.

(na fotografii grzyb żółciak siarkowy)

Bibliografia

  • Bellmann H., Owady. Spotkania z przyrodą. Multico, Warszawa
  • Dominik, J., Starzyk, J. R., Owady niszczące drewno. PWRiL, Warszawa 1983.
  • Fauna Polski. Charakterystyka i wykaz gatunków. Tom 1. Muzeum i Instytut Zoologii PAN, 2004, Warszawa.
  • Sandner A., Owady. Zwierzęta Świata. PWN, Warszawa 1989.
  • Szujecki A., Entomologia leśna, tom II. Wyd. SGGW, Warszawa 1998.
  • Szujecki A., Ekologia owadów leśnych. PWN, Warszawa 1980.
  • Tyszko-Chmielowiec P. (red.). Aleje - skarbnice przyrody. Praktyczny podręcznik ochrony alej i ich mieszkańców. Wrocław, 2012
  • Zahradnik J., Przewodnik. Owady, Multico, Warszawa 1996.
czwartek, 10 kwietnia 2014

Pokrzywa parzy, więc w bezpośrednich kontaktach cielesnych nie jest przyjemna. Kto się z nią zetknął, to raczej kolejnego kontaktu unika. No chyba, że w celach leczniczych (przeciwreumatycznych). Ja wielokrotnie z pokrzywami się spotykam i stykam, w czasie badań terenowych.

Z racji specjalizacji naukowej (chruściki i owady wodne) często przedzieram się do zbiorników wodnych. A i pokrzywa lubi siedliska żyzne i wilgotne. Niejednokrotnie więc staje mi na drodze. Przedzierając się przez wysokie łany pokrzywy czuję ten kontakt i przez spodnie i przez koszulę. Skóra trochę potem swędzi. Dzień po jest najtrudniejszy. I nie o kaca chodzi tylko skórę swędzącą od pokrzywy, zadrapań i ukłuć komarów czy ugryzień baków (krwiopijne muchówki z rodziny Tabanidae). Takie są dole i niedole biologa środowiskowego.

Pokrzywa przy płocie stanowi dodatkowe zabezpieczenie. Podobno pszczelarze sadzili pokrzywę wokół pasiek, by w ten sposób utrzymać żaby z dala od uli. Nie wiem czy żaba pokrzywy unika i czy pszczołom zaszkodzić może. Prędzej ropucha. Ale przypuszczam, że pokrzywa wokół pasieki raczej ludzi odstrasza niż płazy. Taka defensywna broń biologiczna.

Czasem z drwiną odnosimy się do zabobonów w dawnych czasach. Z wyższością myślimy o naszych przodkach - jacy głupi byli. Ale sporo guseł i zabobonów mamy w XXI wieku (te unikania witanie się przez prób itd.). Trwa właśnie rok Oskara Kolberga, warto więc przypomnieć jego etnio-kolekcjonerski dorobek. W końcu XIX wieku Oskar Kolberg spisywał różne dawne wiejskie zwyczaje (gusłami zwane). Pisał więc, że w polskiej tradycji ludowej chroniono domostwa podczas burzy poprzez okadzanie ich święconymi wianeczkami z pokrzyw. Natomiast dla ochrony domów przed demonami zawieszano wiązki pokrzyw zebranych w noc świętojańską. Wiele ziół miało związek z nocą świętojańską, np. bylica. A pokrzywa wykorzystywana była przez ludzi od wieków. Więc i ona przyrosła do nocy świętojańskiej.

Pisałem już o włóknie na tkaniny i powrozy, pożywieniu dla zwierząt domowych oraz dla ludzi na przednówku czy o ziołach na różne dolegliwości. Dlaczegóż by więc nie miała pokrzywa odstrasza demonów, skoro odstrasza ludzi?

Na wsi w XIX wieku okadzano krowy pokrzywami, by ustrzec je przed wiedźmami i innym złem czy urokami. Pokrzywa miała także zapewnić narodziny męskiego potomka, o ile mąż w tajemnicy przed żoną umieścił pod łożem wiązkę pokrzyw, zerwaną w pełnym słońcu. Nie wiem dlaczego aklurat w pełnym słońcu, ale z zabiegami magicznymi jest tak, że im dziwniej tym skuteczniej. Prawie jak placebo.

Wierzono poza tym, że liść pokrzywy włożony pod podeszwę do buta chroni przed „zmordowaniem w tańcu i chodzeniu dalekim”. To była chyba praktyczna obserwacja. W różnych poradnikach turystyczny także znajdowałem (w wieku XX) informację, że warto włożyć do buta liść pokrzywy, aby niwelować zmęczenie w czasie wędrówki dalekiej.

Od sympatycznych pań z Mrągowa dowiedziałem się o jeszcze innym zastosowaniu pokrzywy. Też chodzi o dzień po, ale tym razem o tradycyjnego kaca. Otóż kulka, zwinięta z liści pokrzywy, noszona pod kobiecą piersią (nie wiem tylko jak długo), połknięta znosi lub przynajmniej łagodzi dolegliwość kacową. Być może ze względu na zawartość w pokrzywie mikrolelementów i soli mineralnych. Ale dlaczego ma być noszona pod kobiecą piersią?

W średniowieczu wierzono, że wiązka pokrzyw położona pod łóżkiem chorego miała zapewnić mu uzdrowienie, a noszona chroniła przed złym spojrzeniem. Może z tego czasu wzięła się dziecięca gra w zielone. Pamiętam to te szkoły wiejskiej w Karwosiekach jak i w szkole w Płocku. Z dawnych wierzeń i zabobonów fragmentarycznie przetrwała w dziecięcych zabawach. To tylko moje przypuszczenie i gdybanie.

W każdym razie pokrzywa wykorzystywana była i jest jako zioło lecznicze. Dawną praktyką było również wykorzystywanie pokrzyw w ochronie produktów spożywczych. Świeże pokrzywy odstraszają muchy. Taki naturalny środek konserwujący a raczej zapobiegający zepsuciu (złożeniu jak przez muchy i rozwoju larw w mięsie czy tylko zabrudzeniu pokarmu).

Parzące włoski pokrzywy mają ją chronić przed roślinożercami. Ale są gatunki wyspecjalizowane w konsumowaniu pokrzyw. I nie chodzi o człowieka. Mam na myśli motyle, a w zasadzie gąsienice motyli. Na pokrzywie rozwijają się rusałki pokrzywnik oraz rusałka pawie oczko (na zdjęciu niżej).

Parząca pokrzywa odstrasza, ale jak widać nie wszystkich. Tak to jest w przyrodzie, zawsze są jakieś wyjątki,

wtorek, 25 marca 2014

Przyroda w swej różnorodności i niezwykłym bogactwie niejednokrotnie zadziwia. Kaktus na dłoni nie wyrośnie ani gruszki na wierzbie, ale za to róże na wierzbie to jak najbardziej.

Róże na wierzbach widoczne są już od późnej jesieni, gdy liście opadną. One tkwią. Cóż to jest? Są to wyrośla, skrócone pędy wierzby, kształtem przypominające kwiat róży. W środku żeruje larwa muchówki z rodziny pryszczarkowatych (Cecidomyidae). Mieszkaniec owej róży nazywa się wierzbinowiec rozetek lub wierzbinowiec różyczkowiec (Rhabdophaga rosaria).

Wyrośl przypomina kwiat róży. Na skróconym pędzie liście ciasno upakowane (od 30 do 60), latem są zielone i niezwykle trudne do wypatrzenia, od jesieni szaro-brązowe tak jak uschnięte liście. Teraz wiosną, w stanie bezlistnym, są bardzo łatwe do zauważenia.

Dorosła muchówka podobna jest do komara, a żyje zaledwie kilka dni. Larwy jej są beznogie jak to u muchówek. Larwy pojawiają się na przełomie czerwca i lipca. Jesienią liście usychają ale nie odpadają od gałązki. Daje do dobre schronienie dla larwy a później poczwarki .

poniedziałek, 24 lutego 2014

Gdy mówimy o zwierzętach przesypiających zimę, myślimy o niedźwiedziach i borsukach. Gdy mówimy o zwierzętach odlatujących na zimę do ciepłych krajów – myślimy o ptakach. A jedno i drugie występuje u motyli. Że małe i niepozorne to nie widać? Ale równie ciekawe.

Przykładem jest cytrynek latolistek – motyli śpioch… ale za to długo żyje. Jak na motyla oczywiście.. Nazwa latolistek wywodzi się od latania (latający listek) a nie od lata. Latem akurat motyl ten zazwyczaj… śpi. Zimą śpi, latem śpi to kiedy je i się rozmnaża? Akurat ten motyl na zimę nie odlatuje – czynią to inne gatunki. Tyle, że wracają nie te same a kolejne pokolenie. Prawda, że te małe owady są ciekawe i można o nich długo opowiadać?

Cytrynek latolistek zwany także listkowcem cytrynkiem lub latolistkiem cytrynkiem (łacińska nazwa naukowa – Gonepteryx rhamni L.) to jeden z największych przedstawicieli motyli z rodziny bielinkowatych (Pieridae). Dorosłe motyle spotkać możemy już wczesną wiosną, gdy tylko stopnieją śniegi. Zwiastuje więc wiosnę niczym przebiśniegi, żurawie czy podbiał.

Samiec ma barwę cytrynowo-żółtą, samica jest biaława z lekkim odcieniem żółtego koloru. Owady dorosłe dwukrotnie zapadają w stan spoczynku – w sen letni oraz sen zimowy. Cechą charakterystyczną tego pospolitego motyla jest kształt skrzydeł – przypominają listki (zwłaszcza po złożeniu skrzydeł w stanie spoczynku). Można to traktować jako mimetyzm. Także poczwarki kształtem i kolorem przypominają zwinięte liście.

Ale wróćmy do opisu dorosłego motyla. Skrzydło przednie ma zaostrzony wyrostek z przodu, a skrzydłu tylne posiada zaostrzony wyrostek z tyłu. Rozpiętość skrzydeł dochodzi do 4,8-5,5 cm. Motyle w czasie posiłku lub odpoczynku mają skrzydła złożone razem, nad tułowiem – widać tylko ich spodnią stronę. Dorosłe motyle spotkać można w lasach (zwłaszcza na obrzeżach), zaroślach, na polach, miedzach, ugorach, sadach, ogrodach oraz terenach ruderalnych. Czasami odlatują daleko od siedliska, gdzie rozwijają się gąsienice.

Gąsienice są koloru bladozielonego, żerują na kruszynie (Frangula alnus) i szakłaku pospolitym (Rhamnus cathartica). Oba krzewy są trujące, ale dla człowieka. Gąsienicom cytrynka jak widać nie szkodzą.

Cytrynek latolistek spotykany jest w regionach klimatu umiarkowanego, od północnej Afryki i Europy aż po Azję i wschodnią Syberię. Dorosłe motyle żyją jak na owady stosunkowo długo, bo prawie cały rok.

Wiosną, po przezimowaniu (a zimuje między liśćmi w ściółce), pojawiają się latolistki, gdy tylko słońce mocniej przygrzeje. Tego roku cytrynki widziano już pod koniec lutego w Lesie Miejskim (w ubiegły weekend). Najpierw pojawiają się samce, gdyż do aktywności wystarcza im niższa temperatura niż samicom. Obie płcie można rozróżnić po kolorze skrzydeł. Samce patrolują teren w poszukiwaniu samic. Jednak gdy samica nie jest zainteresowana kopulacją, to podnosi odwłok do góry. Przepoczwarczenie i wyjście owada dorosłego następuje w czerwcu lub lipcu. Owady po krótkim okresie aktywności, chronią się w różnych kryjówkach, w których spędzają lato (estywacja) w stanie nieaktywnym. Na początku jesieni opuszczają swoje kryjówki. Nie jest to jednak drugie pokolenie, jak można by pochopnie sądzić. Na okres zimy ponownie wyszukują sobie schronienia, wybierając dziuple spróchniałych drzew, szczeliny skalne, a nawet zawijają się w pojedyncze liście drzew.

Ze snu zimowego budzą się na początku wiosny, w momencie gdy zaczynają kwitnąć pierwiosnki (Primula sp.), przylaszczki czy miodunki. Owady doskonałe – tak jak i inne motyle – żywią się nektarem kwiatów. W tym czasie następuje zapłodnienie a samice składają jaja na roślinach żywicielskich. Latolistki wyszukują dorodne rośliny żywicielskie i raczej omijają te, zaatakowane przez inne liściojady. Gąsienice po mniej więcej 3-5 tygodniach przekształcają się w poczwarki, a 2-3 tygodnie później pojawiają się owady dorosłe kolejnego pokolenia. Nowe pokolenie pojawia się zazwyczaj w lipcu i może się spotkać ze swoimi rodzicami. Jest to nieczęste u motyli.

Wzrost uprzemysłowienia oraz wzrost zanieczyszczenia powietrza powodują, że latolistek cytrynek w niektórych regionach zanika i staje się gatunkiem rzadkim. Doceniajmy gatunki pospolite…bo nie wszędzie one są takie pospolite.

Cytrynek należy do podrodziny Coliadinae, skupiajacej latolistki i szlaczkonie. W Europie żyją 3 gatunki latolistków, poza lato listkiem cytrynkiem, na południu Europy spotkać można latolistka kleopatrę (Gonepteryx cleopatra) a na Bałkanach także latolistka bladego (G. farinosa).

Wychodząc na spacer czy wiosenna wędrówkę i rozglądając się za oznakami wiosny można patrzeć nie tylko na ptaki i kwitnące rośliny – można rozglądać się za owadzimy zwiastunami wiosny.

Źródła

  • Buszko J., Masłowski J., 1993. Atlas motyki Polski. Część I. Motyle dzienne (Rhopalocera). Warszawa.
  • Lafranchis T., 2007. Motyle dzienne, ponad 400 gatunków motyli dziennych polskich i europejskich. Wyd. Multico, Warszawa
  • Novak I., Severa F., Motyle. Wyd. Delta, Warszawa, ISBN 83-85817-76-X
  • Sielezniew M., Dziekańska I., 2010. Motyle dzienne. Multico
  • Zahradnik Jiri, 1996. Przewodnik – owady. Multico, Warszawa.
sobota, 22 lutego 2014

Głośno się ostatnio zrobiło o hotelach dla pszczół. Może i dobrze, bo uwaga zostanie skierowana na ochronę siedlisk i miejsc gniazdowania wielu gatunków zapylaczy.

Tak na prawdę nie wiele da tych kilka, medialnie nagłośnionych "budek" z miejscami do zakładania gniazd dla samotnych pszczół. Potrzebna jest ochrona siedlisk. Liczę, że ta akcja zwróci uwagę na miedze, nieużytki, gliniane domy i inne "mało ważne" siedliska ważne dla owadów.

Dobrym bioindykatorem obecności dzikich pszczół są chrząszcze z rodziny majkowatych - ojeice. Para tych chrząszczy widoczna na załączonym zdjęciu - fotografię wykonała Alicja Tomaszewska na łące nad Wadągiem. Na dole widać samca z charakterystycznymi, zagiętymi czułkami. Samce są mniejsze i... trudniej jest je spotkać.

Oleica to ciekawy chrząszcz z rodziny majkowatych – pasożytuje na dziko żyjących pszczołach, przechodzi skomplikowany rozwój z hipermetamorfozą. Jako pasożyt do swojego rozwoju potrzebuje samotnych pszczół - jest oleica, to muszą być i pszczoły. Dlatego można uznać ją za dobry indykator stanu środowiska i tak zwanego zdrowia ekosystemu.

Dawniej interesowano się oleicami z zupełnie innego powodu. Ze względu na obecną w tych chrząszczach kantarydynę, wykorzystywano je w medycynie (próbowano nawet leczyć wściekliznę), wykorzystywano w afrodyzjakach i truciznach.

Oleica to najbardziej charakterystyczny i stosunkowo powszechnie (do niedawna) występujący owad z rodziny majkowatych. Najczęściej spotykamy oleicę krówkę oraz nieco rzadziej oleicę fioletową. Dzięki charakterystycznemu kształtowi, nieco baryłkowatemu i skróconym pokrywom skrzydłowym, oraz lekko fioletowym, metalicznym ubarwieniu, jest chrząszczem łatwym do rozpoznania. Zaniepokojony owad wydala oleistą żółtą ciecz, zawierającą silnie trującą kantarydynę. Nazwa owada wzięła się właśnie od tej oleistej cieczy. Czasami nazywana jest „hiszpańską muchą” (jakkolwiek poprawnie nazwa ta odnosi się do majki lekarskiej – gatunku częściej i liczniej występującego).

W Polsce występuje 12 gatunków oleic (w Europie 15 gatunków), z których najczęściej spotkać można oleicę krówkę i oleicę fioletową. 

Oleica krówka (Meloe proscarabaeus L.). Jest to owad o długości 11-35 mm, postacie imaginalne spotykane są od kwietnia do czerwca. Owady dorosłe mają skrócone pokrywy skrzydłowe i duży, rozdęty odwłok. Poruszą się ociężale i powoli. Ubarwione są na niebieskoczarno lub ciemnofioletowo, aż do czarnego. Na głowie, przedpleczu i pokrywach skrzydłowych widoczne są liczne małe dołki. U samca czułki są „złamane” – dzięki czemu łatwo odróżnić obie płcie. Samice są większe od samców.

Oleica krówka jest gatunkiem rzadkim, więc nie tak łatwo spotkać ją w przyrodzie. Występuje głównie na terenach piaszczystych i otwartych. Ukwiecone łąki i polany, miedze, ugory i suche zbocza są bowiem dobrym siedliskiem dla pszczół, w gniazdach których rozwijają się larwy oleicy. Larwy oleicy krówki pasożytują na pszczołach z rodzaju pszczolinka (Andrena) i porobnica (Anthophora).

Samica oleicy składa kilka tysięcy jaj (nawet do 10 000). Tak duża płodność typowa jest dla pasożytów o złożonym cyklu rozwojowym – niełatwo jest bowiem znaleźć swojego żywiciela. Wylegające się larwy nazywane saą trójpozurkowcami (triungulinus). Gromadzą się one na kwiatach i przyczepiają się do odwiedzających te kwiaty pszczół. Wiele larw pomyłkowo przyczepia się do odnóży innych owadów, przez co nie znajdują dogodnych warunków do rozwoju i giną. Larwy przyczepione do odnóży pszczół, dostają się do ich gniazd. Tam zjadają pszczele jaja, potem linieją i przekształcają się w pędrakowate larwy drugiego stadium. Z kolei te larwy odżywiają się pyłkiem i nektarem, który gromadzą w swoich gniazdach pszczołowate. Po powtórnym linieniu powstaje niby-poczwarka (pseudochrysalis), z której wykształca się dopiero poczwarka właściwa, a następnie chrząszcz dorosły (imago). Ten złożony cykl rozwojowy z dwoma, różnymi typami larw oraz dwoma „poczwarkami” nazywany jest hipermetamorfozą (nadprzeobrażenie).

Oleica fioletowa (Meloe violaceus Marsh.) Nieco mniejsza od oleicy krówki – ciało długości 10-32 mm, wyraźniej fioletowo ubarwione. Jest to gatunek rzadszy od oleicy krówki, występuje w nasłonecznionych, suchych miejscach. Tak jak u innych majkowatych występuje nadprzeobrażenie (hipermetamorfoza). Larwy pierwszego stadium i drugiego stadium wyraźnie się od siebie różnią zarówno morfologią jak i biologią. Larwy pierwszego stadium są ruchliwe, morfologicznie typy kampodealnego, zjadają jaja pszczół. Larwy drugiego stadium są pędrakowate, z silnie skróconymi odnóżami, żywią się miodem. Rosną intensywnie i trzykrotnie linieją. Po ostatnim linieniu zakopują się w ziemi, gdzie przeobrażają się w poczwarki rzekome. Po przezimowaniu z poczwarek rzekomych wylęgają się larwy ostatniego stadium. Morfologicznie podobne są do drugiego typu larw – pędraków, ale nie pobierają pokarmu i przekształcają się w poczwarki właściwe.

Dorosłe owady najczęściej spotkać można na łąkach różnego typu, gdzie dorosłe odżywiają się liśćmi roślin zielnych i gdzie do gleby składają jaja (wylegające się z jaj larwy mają blisko do kwitnących roślin, gdzie w kwiatach czekają na przylatujące po nektar i pyłek owady).

Zobacz też:

Oleica czyli z koszyka Baby Jagi

Oleica (chrząszcz z rodziny majkowatych)

niedziela, 09 lutego 2014

W roku Oskara Kolberga warto opowiedzieć o niezwykłym motylu, bo wiąże się z etnografią i dawnymi zwyczajami. Choć wydaje się to niemożliwe, to czasem można usłyszeć pisk motyla.  A jeżeli dodamy, że w ubarwieniu tej piszczącej ćmy dopatrzeć się możemy ludzkiej czaszki, to nie powinno nas dziwić, iż dawniej wierzono, że jest zwiastunem śmierci. Zmierzchnica trupia główka (Acherontia atropos) zwana jest także zmorą trupią-głową. Wyżej zamieszczone ilustracja pochodzi z Wikimedia Commons i jest autorswa Archaeodontosaurus.

Zmierzchnica jest największym motylem europejskim: rozpiętość skrzydeł wynosi 10–14 cm, gąsienice dorastają do 13 cm i ważą do 10 g. Zmierzchnica – jak sam nazwa sugeruje - jest motylem nocnym czyli ćmą. Należy do rodziny zawisakowatych (Sphingidae , niektóre z tych motyli mylimy z kolibrami, bo są duże i przy spijaniu nektaru zawisają w locie, niczym kolibry). Na grzbietowej stronie tułowia ma charakterystyczny rysunek, przypominjący ludzką czaszkę. Trupia głowa, która lata o zmierzchu. Trudno jej nie zauważyć. Łacińska (naukowa) nazwa zmierzchnicy wiąże się z mitologiczną rzeką Acheron oraz Mojrą o imieniu Atropos. Skojarzenia jak najbardziej uzasadnione w kontekście zachowania i wyglądu tego motyla nocnego.

Jak zapewne każdy wie motyle mają trąbki i za ich pomocą spijają nektar z kwiatów, czasem różne płyny z uszkodzonych drzew, gnijących i fermentujących owoców a nawet odchodów zwierząt. Ale zmierzchnica trupa główka za pomocą swojej trąbki potrafi wydawać dźwięk – w momencie zaniepokojenia piszczy, a głos jej podobny jest do głosu nietoperzy. Dźwięk jest słyszalny z daleka.

Trupia główka, czyli ćma co dźwięki wydaje. Trąbka służy jej do trąbienia a nie tylko wysysania płynów. Czemu wydaje dźwięki? Jedni sądzą, że to sposób odstraszania napastników, inni że myli swoim dźwiękiem pszczoły, gdy im miód podpija w ulu.

U nas pojawia się rzadko. Jej ojczyzną jest południowa Europa i Afryka. Czasem do nas zalatuje wiosną i wczesnym latem (nawet do Skandynawii). Składa jaja na liściach ziemniaka, pomidora, bielunia lub pokrzyku (same trujące rośliny, co jej mroczność tylko podkreśla). Jesienią mogą pojawić się dorosłe osobniki drugiego pokolenia. Ale nie zostają u nas tylko lecą na południe, wracają do siebie. Co nie jest takie rzadkie u naszych motyli. Bo nie tylko ptaki na zimę od nas odlatują. Wraz z ocieplaniem się klimatu można spodziewać się przesuwania się na północ zasięgu występowania tego motyla oraz częstszych wizyt w naszym regionie.

Dawniej, gdy się u nas pojawiała, wywoływała strach i sensacje. Tak zanotował w swoim sztambuchu generał Joachim Jauch, (1684-1754) „1749: Taka Szarańcza padła na milę od Kalisza, z którey dwie złapano, y jednę serwują w Kapitule Gneźnieńzskiey, a drugą OO. Reformaci w Kaliszu, tę gdy wzięto w rękę skrzeczała jako Gacek, y pianę żółtą z pyska toczyła, cała była kosmata, jak axamit, Śmierć na piersiach, nogi dwie kosmate y zęby wiewiórcze mająca etc.” Straszliwa i skrzecząca niczym nietoperz gacek, nazwana szarańczą spod Kalisza.

W swoim sztambuchu generał zamieścił nawet rysunek tej strasznej szarańczy (ilustracja wyżej). Można wnioskować, że rysował nie z natury lecz z opowieści, bowiem w jego sztambuchu są realistyczne rysunki zwierząt i roślin (ilustracja niżej).

Zmierzchnica trupia główka w wielu kulturach była (i niekiedy jeszcze jest) kojarzona ze śmiercią. Jeszcze w XIX w. mieszkańcy Anglii uważali, że zmierzchnica trupia główka towarzyszy wiedźmom i szepcze im do ucha imiona ludzi, którzy wkrótce umrą. To coś dla Oskara Kolberga i jego etnograficznych naśladowców. Ciekawe czy wśród naszego ludu zachowały się jakieś ślady spotkań ze zmierzchnicą i interpretacji jej niezwykłego wyglądu oraz zachowania?

Zmierzchnica występuje w lasach liściastych a dorosłe, fruwające owady spotkań można od kwietnia do lipca. Gąsienice żyją na różnych drzewach liściastych, np. na lipach, wierzbach, dębach, olchach. W atlasach zazwyczaj spotkamy motyla z rozłożonymi skrzydłami. Żółte, jaskrawe kolory skrzydeł drugiej pary widoczne są znakomicie. Gruby brązowo-żółty odwłok przypomina nieco ubarwienie szerszenia. Być może jest to ubarwienie chroniące przed drapieżnikiem, bo sprawia wrażenie, że jest żądlącą boleśnie osą. Jeśli dodamy to tego dźwięk, to rzeczywiście zmierzchnica może odstraszać. Jednak w pozycji spoczynkowej, gdy ćma siedzi na pniu drzewa, jej brązowe ubarwienie zlewa się z fakturą kory drzew. W takiej pozycji zmierzchnica jest niewidoczna. Rozłożone skrzydła mają natomiast kontrastowe, żółto-czarne barwy, przypominające żądlące błonkówki (np. szerszenia) co motyl wykorzystuje do odstraszania drapieżników.

Dorosłe motyle spotkań można w ulach lub w dziuplach dziko żyjącej pszczoły miodnej. Co robi ta ćma w ulu pszczelim? Spija miód. A dzięki chemicznej mimikrze nie jest przez pszczoły zazwyczaj atakowana. Zdarza się jednak, że pszczoły rozpoznają dużo większego intruza, podkradającego miód i zamurowują kitem pszczelim złodzieja (za duża, żeby po prostu wyrzucić z ula) - zmierzchnica ginie unieruchomiona i uduszona. Zmierzchnica nie oblatuje kwiatów by spijać nektar. Spija oskołę spływającą z drzew. Oskoła to staropolska nazwa soku brzozowego o słodkawym smaku. Napój ten o leczniczych właściwościach stosowany na obszarze całej Słowiańszczyzny jako eliksir zdrowia i urody. To również działka dla naśladowców Oskara Kolberga.

Jako duży owad zmierzchnica może dużo zjeść. Jednorazowo spijają od 6 do 10 gram miodu (objętość łyżki do zupy).

Zmierzchnica jest gatunkiem ciepłolubnym. Jej naturalny obszar występowania znajduje się głównie w Afryce oraz Azji Mniejszej. Spotkać ją można w południowej Europie, w basenie Morza Śródziemnego. Motyl ten migruje w dużej liczbie na teren Europy aż po koło podbiegunowe. Potrafi przemierzać w locie tysiące kilometrów, a fruwa dość szybko (jak na motyla). Już dawniej zaobserwowano, że w zależności od temperatury (głównie w czasie przepoczwarczenia) pojawiają się różne ubarwienie u motyli (różnych gatunków). Podobnie jest i u zmierzchnicy - europejskie populacje różnią się więc ubarwieniem w poszczególnych latach (zmienność temperatur w okresie wegetacyjnym). To gradka dla entomologów-kolekcjonerów.

W sprzyjających warunkach pogodowych, gdy lato jest ciepłe i długie, nawet Europie gąsienice kończą cykl rozwojowy ale nowe pokolenie motyla migruje z końcem lata na południe. Mróz dla nich jest zabójczy. U nas gąsienice zmierzchnicy żerują na zielonych częściami roślin rodzin z psiankowatych, np. ziemniaka, pomidora, psiance słodkogórz oraz na bieluniu, dyni czy pokrzyku wilczej jagodzie. Zjadają także rośliny z rodzin werbenowatych i oliwkowatych. Same zaś atakowane są przez parazytoidy takie jak gąsieniczniko (Ichneumonidae) i rączycowate (Tachinidae).

Zmienność ubarwienia oberwana jest nie tylko u osobników dorosłych ale i u gąsienic. Spotkać można osobniki zielonożółte z pasami ciemnoniebieskimi, a nawet czarnymi. Inne są z szarobrązowymi pasami, składającymi się z jaśniejszych i ciemniejszych kropek. Na końcu odwoka gąsienica ma charakterystyczny wyrostek w kształcie wygiętego rogu , przypominającego literę "S". Mimo dużych rozmiarów oraz żarłoczności zmierzchnica nie jest u nas uważana za szkodnika. A to dlatego, że rzadko występuje i zazwyczaj pojedynczo.

Przed przepoczwarczeniem gąsienice zakopują się do 25 cm pod ziemię i tworzą ziemne kolebki poczwarkowe o jajowatym kształcie, wykonane z ziaren piasku i cząstek gleby, zlepionej wydzielinami. Przeobrażenie trwa około 30-45 dni i odbywa się pod koniec lata. Poczwarka jest bardzo duża, w kolorze ciemnobrązowym i z połyskiem. Można je spotkać w czasie jesiennej orki po uprawie ziemniaków. Teraz, gdy orka odbywa się za pomocą ciągników, raczej trudno taka poczwarkę zauważyć. Dawniej, gdy rolnik szedł za pługiem, ciągniętym przez konia, widział co w bruździe się znajduje. Miał więc szanse zobaczyć te duża i niezwykła poczwarkę.

Dwa niższe rysunki pochodzą z pamiętnika Joachima Daniela Jaucha (1684-1754).

środa, 11 grudnia 2013

Chruścik świąteczny (ilustracja wyżej) do dzieło Joanny Flisińskiej. W sam raz na Dzień Chruścika 2013. Po co komu takie święta? Żeby świat był weselszy a nauka nie była napuszona. To okazja do podyskutowania o bioróżnorodności. Przecież zawsze o pogodzie i polityce się nie da rozmawiać. Byłoby nudno.

Trafnie wyjaśnia cel takich naukowych świętowań Justyna Jaskólska (po co komu Dzień Chruścika?). Była też lokalna TVP, więc w dzisiejszej prognozie pogody będzie i o chruścikach? Jaki jest związek pogody i chruścików? Oczywisty - pogoda i klimat wpływają na życie owadów. Czy jakiś wpływ w drugą stronę jest, to nie wiadomo. Owszem, mówi się o klimatycznym efekcie motyla (ruchu skrzydłem), więc może być i efekt chruścika :).

poniedziałek, 09 grudnia 2013

Chruścik zamieszczony na zdjęciu powyżej został uwieczniony drugiego grudnia 2013 r. przez Mateusza Sowińskiego (zobacz jego blog z owadami). Chruścik siedział na Moście Smętka, nad Łyną w Olsztynie. Jeszcze nie było śniegu.

O ile dobrze rozpoznaję jest to Anabolia laevis z rodziny bagnikowatych (Limnephlidae). Imagines pojawiają się jesienią. Początek grudnia to koniec okresu ich lotu. Co chruściki robią tak późno jesienią? Nie za późno na amory? Wcale nie, dla larw żyjących w rzece dopiero późną jesienną pojawia się obfita baza pokarmowa (zobacz wpis o zimowym życiu w wodach płynących). Ale są i takie chruściki, które kopulują na śniegu, np. z rodzaju Chaetopteryx (u nas występuje Chaetopteryx villosa) – przystosowane są do zimna, nawet mają skrócone skrzydła - nie muszą zbyt aktywnie latać. Takie gatunki biolodzy nazywają chionofilami.

Podobny wygląd jak i porę lotu ma również Anabolia brevipennis – z tym, że larwy zasiedlają nie rzeki i litoral jezior ale małe, śródleśne zbiorniki okresowe, które pojawiają się dopiero wczesną wiosną. A jest ich w olsztyńskim Lesie Miejskim sporo.

Jak przetrwać zimę? Być może najwygodniej w stadium jaja. minimalne funkcje życiowe – łatwo przetrwać do sprzyjających warunków życia. Ale jajo ma jedną wadę – nie jest ruchliwe. Musi być złożone tam, gdzie jest pokarm i właściwe siedlisko dla larwy. W niektórych przypadkach jest to trudne. Na przykład dla chruścików, których larwy żyją w wiosennych zbiornikach okresowych. Cykl życiowy stadium larwalnego kończy się w maju lub najpóźniej w czerwcu (bo zbiornik wysycha). Imagines pojawiają się latem. Wody nie ma. Gdzie złożyć jaja? Jak rozpoznać miejsce, że tam będzie za kilka miesięcy zbiornik wodny? Najczęściej takie dorosłe chruściki chronią się pod korą drzew lub w dziuplach i czekają właściwej pory. Czasem jaja składają jesienią, na liściach nadbrzeżnych drzew. Aby wylęgająca się larwa wpadła wprost do wody. A czasem po prostu spędzają zimę w stadium owada dorosłego i dopiero wczesną wiosną składają jaja. Tam gdzie trzeba.

Zimę można spędzić aktywnie, w stadium larwy. Tak jak to robi wiele gatunków, w tym Anabolia laevis.  Można się odżywiać, bo pożywienia w wodzie jest sporo. Niektóre gatunki, zasiedlające małe zbiorniki mogą nawet zamarznąć i przetrwać w lodzie. Kiedy on się rozpuści – wracają do czynności życiowych. Zanim jeszcze wylęgną się konkurencji.

Anabolia z Mostu Smętka. Brzmi urokliwie i tajemniczo. I w sam raz na Dzień Chruścika. Który jak co roku przypada na 11 grudnia.  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5