Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa, ze swoimi studentami, uczniami i przygodnymi czytelnikami. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. Kształcąc innych sam się rozwijam, pod wyrozumiałym okiem studentów. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.
O autorze
Tagi
ostrzeżenia przed burzami - antistorm.eu

Licencja Creative Commons
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Unported.

entomologia

czwartek, 10 kwietnia 2014

Pokrzywa parzy, więc w bezpośrednich kontaktach cielesnych nie jest przyjemna. Kto się z nią zetknął, to raczej kolejnego kontaktu unika. No chyba, że w celach leczniczych (przeciwreumatycznych). Ja wielokrotnie z pokrzywami się spotykam i stykam, w czasie badań terenowych.

Z racji specjalizacji naukowej (chruściki i owady wodne) często przedzieram się do zbiorników wodnych. A i pokrzywa lubi siedliska żyzne i wilgotne. Niejednokrotnie więc staje mi na drodze. Przedzierając się przez wysokie łany pokrzywy czuję ten kontakt i przez spodnie i przez koszulę. Skóra trochę potem swędzi. Dzień po jest najtrudniejszy. I nie o kaca chodzi tylko skórę swędzącą od pokrzywy, zadrapań i ukłuć komarów czy ugryzień baków (krwiopijne muchówki z rodziny Tabanidae). Takie są dole i niedole biologa środowiskowego.

Pokrzywa przy płocie stanowi dodatkowe zabezpieczenie. Podobno pszczelarze sadzili pokrzywę wokół pasiek, by w ten sposób utrzymać żaby z dala od uli. Nie wiem czy żaba pokrzywy unika i czy pszczołom zaszkodzić może. Prędzej ropucha. Ale przypuszczam, że pokrzywa wokół pasieki raczej ludzi odstrasza niż płazy. Taka defensywna broń biologiczna.

Czasem z drwiną odnosimy się do zabobonów w dawnych czasach. Z wyższością myślimy o naszych przodkach - jacy głupi byli. Ale sporo guseł i zabobonów mamy w XXI wieku (te unikania witanie się przez prób itd.). Trwa właśnie rok Oskara Kolberga, warto więc przypomnieć jego etnio-kolekcjonerski dorobek. W końcu XIX wieku Oskar Kolberg spisywał różne dawne wiejskie zwyczaje (gusłami zwane). Pisał więc, że w polskiej tradycji ludowej chroniono domostwa podczas burzy poprzez okadzanie ich święconymi wianeczkami z pokrzyw. Natomiast dla ochrony domów przed demonami zawieszano wiązki pokrzyw zebranych w noc świętojańską. Wiele ziół miało związek z nocą świętojańską, np. bylica. A pokrzywa wykorzystywana była przez ludzi od wieków. Więc i ona przyrosła do nicy świętojańskiej.

Pisałem już o włóknie na tkaniny i powrozy, pożywieniu dla zwierząt domowych oraz dla ludzi na przednówku czy o ziołach na różne dolegliwości. Dlaczegóż by więc nie miała pokrzywa odstrasza demonów, skoro odstrasza ludzi?

Na wsi w XIX wieku okadzano krowy pokrzywami, by ustrzec je przed wiedźmami i innym złem czy urokami. Pokrzywa miała także zapewnić narodziny męskiego potomka, o ile mąż w tajemnicy przed żoną umieścił pod łożem wiązkę pokrzyw, zerwaną w pełnym słońcu. Nie wiem dlaczego aklurat w pełnym słońcu, ale z zabiegami magicznymi jest tak, że im dziwniej tym skuteczniej. Prawie jak placebo.

Wierzono poza tym, że liść pokrzywy włożony pod podeszwę do buta chroni przed „zmordowaniem w tańcu i chodzeniu dalekim”. To była chyba praktyczna obserwacja. W różnych poradnikach turystyczny także znajdowałem (w wieku XX) informację, że warto włożyć do buta liść pokrzywy, aby niwelować zmęczenie w czasie wędrówki dalekiej.

Od sympatycznych pań z Mrągowa dowiedziałem się o jeszcze innym zastosowaniu pokrzywy. Też chodzi o dzień po, ale tym razem o tradycyjnego kaca. Otóż kulka, zwinięta z liści pokrzywy, noszona pod kobiecą piersią (nie wiem tylko jak długo), połknięta znosi lub przynajmniej łagodzi dolegliwość kacową. Być może ze względu na zawartość w pokrzywie mikrolelementów i soli mineralnych. Ale dlaczego ma być noszona pod kobiecą piersią?

W średniowieczu wierzono, że wiązka pokrzyw położona pod łóżkiem chorego miała zapewnić mu uzdrowienie, a noszona chroniła przed złym spojrzeniem. Może z tego czasu wzięła się dziecięca gra w zielone. Pamiętam to te szkoły wiejskiej w Karwosiekach jak i w szkole w Płocku. Z dawnych wierzeń i zabobonów fragmentarycznie przetrwała w dziecięcych zabawach. To tylko moje przypuszczenie i gdybanie.

W każdym razie pokrzywa wykorzystywana była i jest jako zioło lecznicze. Dawną praktyką było również wykorzystywanie pokrzyw w ochronie produktów spożywczych. Świeże pokrzywy odstraszają muchy. Taki naturalny środek konserwujący a raczej zapobiegający zepsuciu (złożeniu jak przez muchy i rozwoju larw w mięsie czy tylko zabrudzeniu pokarmu).

Parzące włoski pokrzywy mają ją chronić przed roślinożercami. Ale są gatunki wyspecjalizowane w konsumowaniu pokrzyw. I nie chodzi o człowieka. Mam na myśli motyle, a w zasadzie gąsienice motyli. Na pokrzywie rozwijają się rusałki pokrzywnik oraz rusałka pawie oczko (na zdjęciu niżej).

Parząca pokrzywa odstrasza, ale jak widać nie wszystkich. Tak to jest w przyrodzie, zawsze są jakieś wyjątki,

wtorek, 25 marca 2014

Przyroda w swej różnorodności i niezwykłym bogactwie niejednokrotnie zadziwia. Kaktus na dłoni nie wyrośnie ani gruszki na wierzbie, ale za to róże na wierzbie to jak najbardziej.

Róże na wierzbach widoczne są już od późnej jesieni, gdy liście opadną. One tkwią. Cóż to jest? Są to wyrośla, skrócone pędy wierzby, kształtem przypominające kwiat róży. W środku żeruje larwa muchówki z rodziny pryszczarkowatych (Cecidomyidae). Mieszkaniec owej róży nazywa się wierzbinowiec rozetek lub wierzbinowiec różyczkowiec (Rhabdophaga rosaria).

Wyrośl przypomina kwiat róży. Na skróconym pędzie liście ciasno upakowane (od 30 do 60), latem są zielone i niezwykle trudne do wypatrzenia, od jesieni szaro-brązowe tak jak uschnięte liście. Teraz wiosną, w stanie bezlistnym, są bardzo łatwe do zauważenia.

Dorosła muchówka podobna jest do komara, a żyje zaledwie kilka dni. Larwy jej są beznogie jak to u muchówek. Larwy pojawiają się na przełomie czerwca i lipca. Jesienią liście usychają ale nie odpadają od gałązki. Daje do dobre schronienie dla larwy a później poczwarki .

poniedziałek, 24 lutego 2014

Gdy mówimy o zwierzętach przesypiających zimę, myślimy o niedźwiedziach i borsukach. Gdy mówimy o zwierzętach odlatujących na zimę do ciepłych krajów – myślimy o ptakach. A jedno i drugie występuje u motyli. Że małe i niepozorne to nie widać? Ale równie ciekawe.

Przykładem jest cytrynek latolistek – motyli śpioch… ale za to długo żyje. Jak na motyla oczywiście.. Nazwa latolistek wywodzi się od latania (latający listek) a nie od lata. Latem akurat motyl ten zazwyczaj… śpi. Zimą śpi, latem śpi to kiedy je i się rozmnaża? Akurat ten motyl na zimę nie odlatuje – czynią to inne gatunki. Tyle, że wracają nie te same a kolejne pokolenie. Prawda, że te małe owady są ciekawe i można o nich długo opowiadać?

Cytrynek latolistek zwany także listkowcem cytrynkiem lub latolistkiem cytrynkiem (łacińska nazwa naukowa – Gonepteryx rhamni L.) to jeden z największych przedstawicieli motyli z rodziny bielinkowatych (Pieridae). Dorosłe motyle spotkać możemy już wczesną wiosną, gdy tylko stopnieją śniegi. Zwiastuje więc wiosnę niczym przebiśniegi, żurawie czy podbiał.

Samiec ma barwę cytrynowo-żółtą, samica jest biaława z lekkim odcieniem żółtego koloru. Owady dorosłe dwukrotnie zapadają w stan spoczynku – w sen letni oraz sen zimowy. Cechą charakterystyczną tego pospolitego motyla jest kształt skrzydeł – przypominają listki (zwłaszcza po złożeniu skrzydeł w stanie spoczynku). Można to traktować jako mimetyzm. Także poczwarki kształtem i kolorem przypominają zwinięte liście.

Ale wróćmy do opisu dorosłego motyla. Skrzydło przednie ma zaostrzony wyrostek z przodu, a skrzydłu tylne posiada zaostrzony wyrostek z tyłu. Rozpiętość skrzydeł dochodzi do 4,8-5,5 cm. Motyle w czasie posiłku lub odpoczynku mają skrzydła złożone razem, nad tułowiem – widać tylko ich spodnią stronę. Dorosłe motyle spotkać można w lasach (zwłaszcza na obrzeżach), zaroślach, na polach, miedzach, ugorach, sadach, ogrodach oraz terenach ruderalnych. Czasami odlatują daleko od siedliska, gdzie rozwijają się gąsienice.

Gąsienice są koloru bladozielonego, żerują na kruszynie (Frangula alnus) i szakłaku pospolitym (Rhamnus cathartica). Oba krzewy są trujące, ale dla człowieka. Gąsienicom cytrynka jak widać nie szkodzą.

Cytrynek latolistek spotykany jest w regionach klimatu umiarkowanego, od północnej Afryki i Europy aż po Azję i wschodnią Syberię. Dorosłe motyle żyją jak na owady stosunkowo długo, bo prawie cały rok.

Wiosną, po przezimowaniu (a zimuje między liśćmi w ściółce), pojawiają się latolistki, gdy tylko słońce mocniej przygrzeje. Tego roku cytrynki widziano już pod koniec lutego w Lesie Miejskim (w ubiegły weekend). Najpierw pojawiają się samce, gdyż do aktywności wystarcza im niższa temperatura niż samicom. Obie płcie można rozróżnić po kolorze skrzydeł. Samce patrolują teren w poszukiwaniu samic. Jednak gdy samica nie jest zainteresowana kopulacją, to podnosi odwłok do góry. Przepoczwarczenie i wyjście owada dorosłego następuje w czerwcu lub lipcu. Owady po krótkim okresie aktywności, chronią się w różnych kryjówkach, w których spędzają lato (estywacja) w stanie nieaktywnym. Na początku jesieni opuszczają swoje kryjówki. Nie jest to jednak drugie pokolenie, jak można by pochopnie sądzić. Na okres zimy ponownie wyszukują sobie schronienia, wybierając dziuple spróchniałych drzew, szczeliny skalne, a nawet zawijają się w pojedyncze liście drzew.

Ze snu zimowego budzą się na początku wiosny, w momencie gdy zaczynają kwitnąć pierwiosnki (Primula sp.), przylaszczki czy miodunki. Owady doskonałe – tak jak i inne motyle – żywią się nektarem kwiatów. W tym czasie następuje zapłodnienie a samice składają jaja na roślinach żywicielskich. Latolistki wyszukują dorodne rośliny żywicielskie i raczej omijają te, zaatakowane przez inne liściojady. Gąsienice po mniej więcej 3-5 tygodniach przekształcają się w poczwarki, a 2-3 tygodnie później pojawiają się owady dorosłe kolejnego pokolenia. Nowe pokolenie pojawia się zazwyczaj w lipcu i może się spotkać ze swoimi rodzicami. Jest to nieczęste u motyli.

Wzrost uprzemysłowienia oraz wzrost zanieczyszczenia powietrza powodują, że latolistek cytrynek w niektórych regionach zanika i staje się gatunkiem rzadkim. Doceniajmy gatunki pospolite…bo nie wszędzie one są takie pospolite.

Cytrynek należy do podrodziny Coliadinae, skupiajacej latolistki i szlaczkonie. W Europie żyją 3 gatunki latolistków, poza lato listkiem cytrynkiem, na południu Europy spotkać można latolistka kleopatrę (Gonepteryx cleopatra) a na Bałkanach także latolistka bladego (G. farinosa).

Wychodząc na spacer czy wiosenna wędrówkę i rozglądając się za oznakami wiosny można patrzeć nie tylko na ptaki i kwitnące rośliny – można rozglądać się za owadzimy zwiastunami wiosny.

Źródła

  • Buszko J., Masłowski J., 1993. Atlas motyki Polski. Część I. Motyle dzienne (Rhopalocera). Warszawa.
  • Lafranchis T., 2007. Motyle dzienne, ponad 400 gatunków motyli dziennych polskich i europejskich. Wyd. Multico, Warszawa
  • Novak I., Severa F., Motyle. Wyd. Delta, Warszawa, ISBN 83-85817-76-X
  • Sielezniew M., Dziekańska I., 2010. Motyle dzienne. Multico
  • Zahradnik Jiri, 1996. Przewodnik – owady. Multico, Warszawa.
sobota, 22 lutego 2014

Głośno się ostatnio zrobiło o hotelach dla pszczół. Może i dobrze, bo uwaga zostanie skierowana na ochronę siedlisk i miejsc gniazdowania wielu gatunków zapylaczy.

Tak na prawdę nie wiele da tych kilka, medialnie nagłośnionych "budek" z miejscami do zakładania gniazd dla samotnych pszczół. Potrzebna jest ochrona siedlisk. Liczę, że ta akcja zwróci uwagę na miedze, nieużytki, gliniane domy i inne "mało ważne" siedliska ważne dla owadów.

Dobrym bioindykatorem obecności dzikich pszczół są chrząszcze z rodziny majkowatych - ojeice. Para tych chrząszczy widoczna na załączonym zdjęciu - fotografię wykonała Alicja Tomaszewska na łące nad Wadągiem. Na dole widać samca z charakterystycznymi, zagiętymi czułkami. Samce są mniejsze i... trudniej jest je spotkać.

Oleica to ciekawy chrząszcz z rodziny majkowatych – pasożytuje na dziko żyjących pszczołach, przechodzi skomplikowany rozwój z hipermetamorfozą. Jako pasożyt do swojego rozwoju potrzebuje samotnych pszczół - jest oleica, to muszą być i pszczoły. Dlatego można uznać ją za dobry indykator stanu środowiska i tak zwanego zdrowia ekosystemu.

Dawniej interesowano się oleicami z zupełnie innego powodu. Ze względu na obecną w tych chrząszczach kantarydynę, wykorzystywano je w medycynie (próbowano nawet leczyć wściekliznę), wykorzystywano w afrodyzjakach i truciznach.

Oleica to najbardziej charakterystyczny i stosunkowo powszechnie (do niedawna) występujący owad z rodziny majkowatych. Najczęściej spotykamy oleicę krówkę oraz nieco rzadziej oleicę fioletową. Dzięki charakterystycznemu kształtowi, nieco baryłkowatemu i skróconym pokrywom skrzydłowym, oraz lekko fioletowym, metalicznym ubarwieniu, jest chrząszczem łatwym do rozpoznania. Zaniepokojony owad wydala oleistą żółtą ciecz, zawierającą silnie trującą kantarydynę. Nazwa owada wzięła się właśnie od tej oleistej cieczy. Czasami nazywana jest „hiszpańską muchą” (jakkolwiek poprawnie nazwa ta odnosi się do majki lekarskiej – gatunku częściej i liczniej występującego).

W Polsce występuje 12 gatunków oleic (w Europie 15 gatunków), z których najczęściej spotkać można oleicę krówkę i oleicę fioletową. 

Oleica krówka (Meloe proscarabaeus L.). Jest to owad o długości 11-35 mm, postacie imaginalne spotykane są od kwietnia do czerwca. Owady dorosłe mają skrócone pokrywy skrzydłowe i duży, rozdęty odwłok. Poruszą się ociężale i powoli. Ubarwione są na niebieskoczarno lub ciemnofioletowo, aż do czarnego. Na głowie, przedpleczu i pokrywach skrzydłowych widoczne są liczne małe dołki. U samca czułki są „złamane” – dzięki czemu łatwo odróżnić obie płcie. Samice są większe od samców.

Oleica krówka jest gatunkiem rzadkim, więc nie tak łatwo spotkać ją w przyrodzie. Występuje głównie na terenach piaszczystych i otwartych. Ukwiecone łąki i polany, miedze, ugory i suche zbocza są bowiem dobrym siedliskiem dla pszczół, w gniazdach których rozwijają się larwy oleicy. Larwy oleicy krówki pasożytują na pszczołach z rodzaju pszczolinka (Andrena) i porobnica (Anthophora).

Samica oleicy składa kilka tysięcy jaj (nawet do 10 000). Tak duża płodność typowa jest dla pasożytów o złożonym cyklu rozwojowym – niełatwo jest bowiem znaleźć swojego żywiciela. Wylegające się larwy nazywane saą trójpozurkowcami (triungulinus). Gromadzą się one na kwiatach i przyczepiają się do odwiedzających te kwiaty pszczół. Wiele larw pomyłkowo przyczepia się do odnóży innych owadów, przez co nie znajdują dogodnych warunków do rozwoju i giną. Larwy przyczepione do odnóży pszczół, dostają się do ich gniazd. Tam zjadają pszczele jaja, potem linieją i przekształcają się w pędrakowate larwy drugiego stadium. Z kolei te larwy odżywiają się pyłkiem i nektarem, który gromadzą w swoich gniazdach pszczołowate. Po powtórnym linieniu powstaje niby-poczwarka (pseudochrysalis), z której wykształca się dopiero poczwarka właściwa, a następnie chrząszcz dorosły (imago). Ten złożony cykl rozwojowy z dwoma, różnymi typami larw oraz dwoma „poczwarkami” nazywany jest hipermetamorfozą (nadprzeobrażenie).

Oleica fioletowa (Meloe violaceus Marsh.) Nieco mniejsza od oleicy krówki – ciało długości 10-32 mm, wyraźniej fioletowo ubarwione. Jest to gatunek rzadszy od oleicy krówki, występuje w nasłonecznionych, suchych miejscach. Tak jak u innych majkowatych występuje nadprzeobrażenie (hipermetamorfoza). Larwy pierwszego stadium i drugiego stadium wyraźnie się od siebie różnią zarówno morfologią jak i biologią. Larwy pierwszego stadium są ruchliwe, morfologicznie typy kampodealnego, zjadają jaja pszczół. Larwy drugiego stadium są pędrakowate, z silnie skróconymi odnóżami, żywią się miodem. Rosną intensywnie i trzykrotnie linieją. Po ostatnim linieniu zakopują się w ziemi, gdzie przeobrażają się w poczwarki rzekome. Po przezimowaniu z poczwarek rzekomych wylęgają się larwy ostatniego stadium. Morfologicznie podobne są do drugiego typu larw – pędraków, ale nie pobierają pokarmu i przekształcają się w poczwarki właściwe.

Dorosłe owady najczęściej spotkać można na łąkach różnego typu, gdzie dorosłe odżywiają się liśćmi roślin zielnych i gdzie do gleby składają jaja (wylegające się z jaj larwy mają blisko do kwitnących roślin, gdzie w kwiatach czekają na przylatujące po nektar i pyłek owady).

Zobacz też:

Oleica czyli z koszyka Baby Jagi

Oleica (chrząszcz z rodziny majkowatych)

niedziela, 09 lutego 2014

W roku Oskara Kolberga warto opowiedzieć o niezwykłym motylu, bo wiąże się z etnografią i dawnymi zwyczajami. Choć wydaje się to niemożliwe, to czasem można usłyszeć pisk motyla.  A jeżeli dodamy, że w ubarwieniu tej piszczącej ćmy dopatrzeć się możemy ludzkiej czaszki, to nie powinno nas dziwić, iż dawniej wierzono, że jest zwiastunem śmierci. Zmierzchnica trupia główka (Acherontia atropos) zwana jest także zmorą trupią-głową. Wyżej zamieszczone ilustracja pochodzi z Wikimedia Commons i jest autorswa Archaeodontosaurus.

Zmierzchnica jest największym motylem europejskim: rozpiętość skrzydeł wynosi 10–14 cm, gąsienice dorastają do 13 cm i ważą do 10 g. Zmierzchnica – jak sam nazwa sugeruje - jest motylem nocnym czyli ćmą. Należy do rodziny zawisakowatych (Sphingidae , niektóre z tych motyli mylimy z kolibrami, bo są duże i przy spijaniu nektaru zawisają w locie, niczym kolibry). Na grzbietowej stronie tułowia ma charakterystyczny rysunek, przypominjący ludzką czaszkę. Trupia głowa, która lata o zmierzchu. Trudno jej nie zauważyć. Łacińska (naukowa) nazwa zmierzchnicy wiąże się z mitologiczną rzeką Acheron oraz Mojrą o imieniu Atropos. Skojarzenia jak najbardziej uzasadnione w kontekście zachowania i wyglądu tego motyla nocnego.

Jak zapewne każdy wie motyle mają trąbki i za ich pomocą spijają nektar z kwiatów, czasem różne płyny z uszkodzonych drzew, gnijących i fermentujących owoców a nawet odchodów zwierząt. Ale zmierzchnica trupa główka za pomocą swojej trąbki potrafi wydawać dźwięk – w momencie zaniepokojenia piszczy, a głos jej podobny jest do głosu nietoperzy. Dźwięk jest słyszalny z daleka.

Trupia główka, czyli ćma co dźwięki wydaje. Trąbka służy jej do trąbienia a nie tylko wysysania płynów. Czemu wydaje dźwięki? Jedni sądzą, że to sposób odstraszania napastników, inni że myli swoim dźwiękiem pszczoły, gdy im miód podpija w ulu.

U nas pojawia się rzadko. Jej ojczyzną jest południowa Europa i Afryka. Czasem do nas zalatuje wiosną i wczesnym latem (nawet do Skandynawii). Składa jaja na liściach ziemniaka, pomidora, bielunia lub pokrzyku (same trujące rośliny, co jej mroczność tylko podkreśla). Jesienią mogą pojawić się dorosłe osobniki drugiego pokolenia. Ale nie zostają u nas tylko lecą na południe, wracają do siebie. Co nie jest takie rzadkie u naszych motyli. Bo nie tylko ptaki na zimę od nas odlatują. Wraz z ocieplaniem się klimatu można spodziewać się przesuwania się na północ zasięgu występowania tego motyla oraz częstszych wizyt w naszym regionie.

Dawniej, gdy się u nas pojawiała, wywoływała strach i sensacje. Tak zanotował w swoim sztambuchu generał Joachim Jauch, (1684-1754) „1749: Taka Szarańcza padła na milę od Kalisza, z którey dwie złapano, y jednę serwują w Kapitule Gneźnieńzskiey, a drugą OO. Reformaci w Kaliszu, tę gdy wzięto w rękę skrzeczała jako Gacek, y pianę żółtą z pyska toczyła, cała była kosmata, jak axamit, Śmierć na piersiach, nogi dwie kosmate y zęby wiewiórcze mająca etc.” Straszliwa i skrzecząca niczym nietoperz gacek, nazwana szarańczą spod Kalisza.

W swoim sztambuchu generał zamieścił nawet rysunek tej strasznej szarańczy (ilustracja wyżej). Można wnioskować, że rysował nie z natury lecz z opowieści, bowiem w jego sztambuchu są realistyczne rysunki zwierząt i roślin (ilustracja niżej).

Zmierzchnica trupia główka w wielu kulturach była (i niekiedy jeszcze jest) kojarzona ze śmiercią. Jeszcze w XIX w. mieszkańcy Anglii uważali, że zmierzchnica trupia główka towarzyszy wiedźmom i szepcze im do ucha imiona ludzi, którzy wkrótce umrą. To coś dla Oskara Kolberga i jego etnograficznych naśladowców. Ciekawe czy wśród naszego ludu zachowały się jakieś ślady spotkań ze zmierzchnicą i interpretacji jej niezwykłego wyglądu oraz zachowania?

Zmierzchnica występuje w lasach liściastych a dorosłe, fruwające owady spotkań można od kwietnia do lipca. Gąsienice żyją na różnych drzewach liściastych, np. na lipach, wierzbach, dębach, olchach. W atlasach zazwyczaj spotkamy motyla z rozłożonymi skrzydłami. Żółte, jaskrawe kolory skrzydeł drugiej pary widoczne są znakomicie. Gruby brązowo-żółty odwłok przypomina nieco ubarwienie szerszenia. Być może jest to ubarwienie chroniące przed drapieżnikiem, bo sprawia wrażenie, że jest żądlącą boleśnie osą. Jeśli dodamy to tego dźwięk, to rzeczywiście zmierzchnica może odstraszać. Jednak w pozycji spoczynkowej, gdy ćma siedzi na pniu drzewa, jej brązowe ubarwienie zlewa się z fakturą kory drzew. W takiej pozycji zmierzchnica jest niewidoczna. Rozłożone skrzydła mają natomiast kontrastowe, żółto-czarne barwy, przypominające żądlące błonkówki (np. szerszenia) co motyl wykorzystuje do odstraszania drapieżników.

Dorosłe motyle spotkań można w ulach lub w dziuplach dziko żyjącej pszczoły miodnej. Co robi ta ćma w ulu pszczelim? Spija miód. A dzięki chemicznej mimikrze nie jest przez pszczoły zazwyczaj atakowana. Zdarza się jednak, że pszczoły rozpoznają dużo większego intruza, podkradającego miód i zamurowują kitem pszczelim złodzieja (za duża, żeby po prostu wyrzucić z ula) - zmierzchnica ginie unieruchomiona i uduszona. Zmierzchnica nie oblatuje kwiatów by spijać nektar. Spija oskołę spływającą z drzew. Oskoła to staropolska nazwa soku brzozowego o słodkawym smaku. Napój ten o leczniczych właściwościach stosowany na obszarze całej Słowiańszczyzny jako eliksir zdrowia i urody. To również działka dla naśladowców Oskara Kolberga.

Jako duży owad zmierzchnica może dużo zjeść. Jednorazowo spijają od 6 do 10 gram miodu (objętość łyżki do zupy).

Zmierzchnica jest gatunkiem ciepłolubnym. Jej naturalny obszar występowania znajduje się głównie w Afryce oraz Azji Mniejszej. Spotkać ją można w południowej Europie, w basenie Morza Śródziemnego. Motyl ten migruje w dużej liczbie na teren Europy aż po koło podbiegunowe. Potrafi przemierzać w locie tysiące kilometrów, a fruwa dość szybko (jak na motyla). Już dawniej zaobserwowano, że w zależności od temperatury (głównie w czasie przepoczwarczenia) pojawiają się różne ubarwienie u motyli (różnych gatunków). Podobnie jest i u zmierzchnicy - europejskie populacje różnią się więc ubarwieniem w poszczególnych latach (zmienność temperatur w okresie wegetacyjnym). To gradka dla entomologów-kolekcjonerów.

W sprzyjających warunkach pogodowych, gdy lato jest ciepłe i długie, nawet Europie gąsienice kończą cykl rozwojowy ale nowe pokolenie motyla migruje z końcem lata na południe. Mróz dla nich jest zabójczy. U nas gąsienice zmierzchnicy żerują na zielonych częściami roślin rodzin z psiankowatych, np. ziemniaka, pomidora, psiance słodkogórz oraz na bieluniu, dyni czy pokrzyku wilczej jagodzie. Zjadają także rośliny z rodzin werbenowatych i oliwkowatych. Same zaś atakowane są przez parazytoidy takie jak gąsieniczniko (Ichneumonidae) i rączycowate (Tachinidae).

Zmienność ubarwienia oberwana jest nie tylko u osobników dorosłych ale i u gąsienic. Spotkać można osobniki zielonożółte z pasami ciemnoniebieskimi, a nawet czarnymi. Inne są z szarobrązowymi pasami, składającymi się z jaśniejszych i ciemniejszych kropek. Na końcu odwoka gąsienica ma charakterystyczny wyrostek w kształcie wygiętego rogu , przypominającego literę "S". Mimo dużych rozmiarów oraz żarłoczności zmierzchnica nie jest u nas uważana za szkodnika. A to dlatego, że rzadko występuje i zazwyczaj pojedynczo.

Przed przepoczwarczeniem gąsienice zakopują się do 25 cm pod ziemię i tworzą ziemne kolebki poczwarkowe o jajowatym kształcie, wykonane z ziaren piasku i cząstek gleby, zlepionej wydzielinami. Przeobrażenie trwa około 30-45 dni i odbywa się pod koniec lata. Poczwarka jest bardzo duża, w kolorze ciemnobrązowym i z połyskiem. Można je spotkać w czasie jesiennej orki po uprawie ziemniaków. Teraz, gdy orka odbywa się za pomocą ciągników, raczej trudno taka poczwarkę zauważyć. Dawniej, gdy rolnik szedł za pługiem, ciągniętym przez konia, widział co w bruździe się znajduje. Miał więc szanse zobaczyć te duża i niezwykła poczwarkę.

Dwa niższe rysunki pochodzą z pamiętnika Joachima Daniela Jaucha (1684-1754).

środa, 11 grudnia 2013

Chruścik świąteczny (ilustracja wyżej) do dzieło Joanny Flisińskiej. W sam raz na Dzień Chruścika 2013. Po co komu takie święta? Żeby świat był weselszy a nauka nie była napuszona. To okazja do podyskutowania o bioróżnorodności. Przecież zawsze o pogodzie i polityce się nie da rozmawiać. Byłoby nudno.

Trafnie wyjaśnia cel takich naukowych świętowań Justyna Jaskólska (po co komu Dzień Chruścika?). Była też lokalna TVP, więc w dzisiejszej prognozie pogody będzie i o chruścikach? Jaki jest związek pogody i chruścików? Oczywisty - pogoda i klimat wpływają na życie owadów. Czy jakiś wpływ w drugą stronę jest, to nie wiadomo. Owszem, mówi się o klimatycznym efekcie motyla (ruchu skrzydłem), więc może być i efekt chruścika :).

poniedziałek, 09 grudnia 2013

Chruścik zamieszczony na zdjęciu powyżej został uwieczniony drugiego grudnia 2013 r. przez Mateusza Sowińskiego (zobacz jego blog z owadami). Chruścik siedział na Moście Smętka, nad Łyną w Olsztynie. Jeszcze nie było śniegu.

O ile dobrze rozpoznaję jest to Anabolia laevis z rodziny bagnikowatych (Limnephlidae). Imagines pojawiają się jesienią. Początek grudnia to koniec okresu ich lotu. Co chruściki robią tak późno jesienią? Nie za późno na amory? Wcale nie, dla larw żyjących w rzece dopiero późną jesienną pojawia się obfita baza pokarmowa (zobacz wpis o zimowym życiu w wodach płynących). Ale są i takie chruściki, które kopulują na śniegu, np. z rodzaju Chaetopteryx (u nas występuje Chaetopteryx villosa) – przystosowane są do zimna, nawet mają skrócone skrzydła - nie muszą zbyt aktywnie latać. Takie gatunki biolodzy nazywają chionofilami.

Podobny wygląd jak i porę lotu ma również Anabolia brevipennis – z tym, że larwy zasiedlają nie rzeki i litoral jezior ale małe, śródleśne zbiorniki okresowe, które pojawiają się dopiero wczesną wiosną. A jest ich w olsztyńskim Lesie Miejskim sporo.

Jak przetrwać zimę? Być może najwygodniej w stadium jaja. minimalne funkcje życiowe – łatwo przetrwać do sprzyjających warunków życia. Ale jajo ma jedną wadę – nie jest ruchliwe. Musi być złożone tam, gdzie jest pokarm i właściwe siedlisko dla larwy. W niektórych przypadkach jest to trudne. Na przykład dla chruścików, których larwy żyją w wiosennych zbiornikach okresowych. Cykl życiowy stadium larwalnego kończy się w maju lub najpóźniej w czerwcu (bo zbiornik wysycha). Imagines pojawiają się latem. Wody nie ma. Gdzie złożyć jaja? Jak rozpoznać miejsce, że tam będzie za kilka miesięcy zbiornik wodny? Najczęściej takie dorosłe chruściki chronią się pod korą drzew lub w dziuplach i czekają właściwej pory. Czasem jaja składają jesienią, na liściach nadbrzeżnych drzew. Aby wylęgająca się larwa wpadła wprost do wody. A czasem po prostu spędzają zimę w stadium owada dorosłego i dopiero wczesną wiosną składają jaja. Tam gdzie trzeba.

Zimę można spędzić aktywnie, w stadium larwy. Tak jak to robi wiele gatunków, w tym Anabolia laevis.  Można się odżywiać, bo pożywienia w wodzie jest sporo. Niektóre gatunki, zasiedlające małe zbiorniki mogą nawet zamarznąć i przetrwać w lodzie. Kiedy on się rozpuści – wracają do czynności życiowych. Zanim jeszcze wylęgną się konkurencji.

Anabolia z Mostu Smętka. Brzmi urokliwie i tajemniczo. I w sam raz na Dzień Chruścika. Który jak co roku przypada na 11 grudnia.  

środa, 04 grudnia 2013

Czekając na pierwszy, zimowy śnieg myślimy, że to pora roku, gdzie całe biologiczne życie niemalże zamiera. Tylko nieliczne ptaki (które nie odleciały do ciepłych krajów) i duże ssaki (które nie zapadły w zimowy sen) wydają oznaki życia. A reszta śpi (hibernacja) i jest nieaktywna. Liście z drzew opadły, wegetacja się zatrzymała, wszystko wkoło przykryte białym śniegiem lub czasie bezśnieżnym - szarobure, martwe, ponure.

Ale są miejsca, gdzie nie tylko życie nie zamiera a wręcz przeciwnie - rozkwita. Są to ekosystemy wodne, a przede wszystkim rzeki. Dzieje się tam coś ważnego bo zachodzą tam ważne procesy ekosystemowe. Zarówno w rzece życie biologiczne kwitnie jak i zachodzą niezwykle ważne procesy przyrodnicze.

Od jesieni zaczyna się czas odnawiania się zasobów wód glebowych i głębinowych. Gdy zamiera wegetacja, a więc spada prawie całkowicie transpiracja, mniej wody jest odparowywanej do atmosfery. Mogą się więc odnawiać zasoby wód podziemnych, które potem zasilają strumienie i rzeki. Ale żeby woda mogła przenikać głębiej, a nie tylko spływać po powierzchni do rzek i dalej do morza, nie może być zbyt dużo powierzchni nieprzepuszczalnych, takich jak asfalt i beton. Taka sytuacja ma miejsce w obrębie terenów zurbanizowanych. Tam, gdzie są pola i łąki, woda powoli wsiąka, zasilając później zbiorniki powierzchniowe lub głębinowe.

Dzięki tym krajobrazowym procesom hydrologicznym rzeki płynąć mogą cały rok, bo są później systematycznie zasilane tymi zmagazynowanymi wodami podziemnymi. Zarówno w formie wypływów źródliskowych jak i nie widocznym podkorytowym zasilaniem.

Ale w rzece dzieję się też i inne ekologiczne procesy. Od jesieni aż do wiosny w wodach rzecznych trwa „wielkie żarcie”. Życie wręcz kipi, a wiele gatunków w tym czasie intensywnie się rozwija (np. jest okres wzrostu stadiów larwalnych owadów wodnych, w tym moich ulubionych chruścików). Jeśli woda nie zamarza do dna (a w ciekach raczej nigdy nie zamarza do dna), to niska temperatura wielu bezkręgowcom nie przeszkadza. Ważne, że jest dużo pożywienia. A skąd ono, gdy wegetacja zamiera?

Ekosystemy rzeczne, zwłaszcza te małe i śródleśne, w dużym stopniu korzystają z produkcji pierwotnej i materii pochodzącej spoza wodnego ekosystemu. Opadające jesienną liście drzew zawierają dużo celulozy, polimeru złożonego z cukrów. Kłopot tylko taki, że żaden kręgowiec czy bezkręgowiec nie posada enzymów do samodzielnego trawienia celulozy. Mimo, że dużo tam energii, to jest ona niedostępna. Rozwiązaniem jest albo symbioza (tak jak u termitów czy przeżuwaczy, których przedstawicielem jest chociażby krowa), albo korzystanie z aktywności destruentów bakteryjnych i grzybowych. Do aktywności tych mikroorganizmów potrzebne jest środowisko wilgotne. I takie idealne warunki panują w zbiornikach wodnych.

Liście trafiające do rzeki kolonizowane są przez bakterie i grzyby. Te mikroorganizmy są ważnym źródłem azotu (białka). Sama celuloza nie miałaby takiej wartości pokarmowej dla zwierząt. Ale dzięki aktywności bakterii i grzybów opadłe liście stają się cennym pokarmem dla wielu owadów wodnych i innych bezkręgowców. Nic dziwnego, że to wielkie, zimowe „żarcie” rozpoczyna się dopiero jesienią. Trwa przez całą zimę aż do wiosny. Wtedy większość tej pozarzecznej materii organicznej jest już skonsumowana i przetworzona. Owady wodne nie tylko korzystają z aktywności mikroorganizmów (zjadając je) ale także ułatwiają im aktywność, rozdrabniając liście na małe fragmenty. Zwiększa się w ten sposób powierzchnia czynna na enzymów bakteryjnych i grzybowych.

Owady wodne można się podzielić na kilka funkcjonalnych grup troficznych. Wspomnianą już grupą są rozdrabniacze – organizmy odżywiające się grubocząsteczkową materią organiczną (detrytusem), przy okazji rozdrabniając je na maleńkie fragmenty. Spośród chruścików są tu liczne gatunki z rodziny bagnikowatych (Limnephilidae). Niestrawione, drobne fragmenty przechodzą także przez przewód pokarmowy i ponownie dostają się do obiegu rzecznego. Drugą grupą są zbieracze i filtratorzy. To gatunki odżywiające się maleńkimi fragmentami detrytusu (mniej więcej poniżej 1 mm). Jedne mogą łazić po dnie i zbierać tak rozproszony pokarm (zbieracze, np. przecudna Molanna angustata czy Mystacides azureus)), inne mogą filtrować z wody (cała rodzina wodosówek - Hydropsychidae). Filtratorzy są bardzo charakterystyczną grupą dla cieków. Bo dzięki przebywającej wodzie i unoszonej przez nią zawiesinie, pokarm sam trafia do owada. Trzeba tylko go odfiltrować. Jednym z przystosowań są sieci łowne chruścików z rodziny wodosówkowatych (Hydropsychidae) – larwy budują norki zakończone siecią łowną, wykonaną z jedwabiu. Zjadają wszystko to, co woda przyniesie. Innym przystosowaniem są różnego tylu szczecinki i rzęski, które spełniają funkcję filtrującej sieci (larwy z rodziny Brachycentridae).

W rzekach żyją jeszcze inne funkcjonalne grupy troficzne, np. zdrapywacze (spasacze, np. rodzina Goeridae). Zgryzają one z kamieni i gałęzi porastające je glony, bakterie, grzyby, pierwotniaki (pefyfiton). Są niczym krowy zgryzające trawę na łące, tyle tylko, że w znacznie mniejszej skali. Inną grupą są wysysacze, np. chruściki z rodziny Hydroptilidae – wyspecjalizowane do wysysania (wypijania) zawartości komórek glonów. I w końcu ostatnia grupa funkcjonalna to drapieżcy, odżywiające się innymi organizmami wodnymi (aktywnie polujące, niczym lwy na sawannie lub wilki w naszych lasach). W tej grupie są chruściki z rodziny Rhyacophilidae i Polycentopodidae.

Opadłe liście z drzew nie są śmieciem ani w mieście ani w pozamiejskiej przyrodzie. To ważne źródło pokarmu, zarówno na trawnikach jak i w zbiornikach wodnych. W jakimś stopniu jesteśmy świadkami corocznej wielkiej hipokryzji: oto z dużym nakładem finansowym zgrabiamy liście z miejskich trawników i parków i wywozimy na wysypisko (w workach plastikowych), a z drugie litujemy się nad głodnymi ptakami w zimie, dokarmiając je chlebem. A może lepszym rozwiązaniem byłoby  nie pozbawianie bezkręgowców pokarmu? To i ptaki będą miały co jeść, nie tylko w zimie, ale i cały rok?

sobota, 30 listopada 2013

Owady są małe, ale jest ich bardzo dużo, zarówno w sensie liczebności jak i liczby gatunków. To niezwykły i fascynujący świat, jakże inny od naszego. Tylko taki mały. Położyć się w trawie i obserwować - każdy to chyba robił przynajmniej w czasie wakacji.

Niezwykły mikrokosmos owadzi był już wielokrotnie inspiracją dla pisarzy. I wciąż fascynuje. Z wielką ciekawością sięgnąłem (i przeczytałem) książkę Wojciecha Mikołuszki (znany popularyzator nauki) pt. "Dzieci doktora Motyla". Przypomniały mi się dziecięce lata, gdy podglądałem mikroświat owadów oraz telewizyjna bajka z Pszczółką Mają.

"Dzieci doktora Motyla" to książka przeznaczona dla młodzieży. Z przygodami w trawie i ... zmniejszeniem się do rozmiarów owada. Jest wyraźnie odwołanie do dawnej książki Erazma Majewskiego "Doktor Muchołapski", ale przygody rozgrywają się we współczesnej scenerii - walki z pazernymi inwestorami i działaniami obrońców przyrody. W tym przypadku motyli modraszków. Niczym nad Rospudą. To bardzo znakomite nawiązanie do współczesnych problemów ochrony różnorodności biologicznej. Może skłonią do poznawania biologii tych zagrożonych motyli?

Książka z ilustracjami Przemysława Liputa zawiera sporo subtelnego oraz młodzieżowego humoru. Na okładce nowoczesne rozwiązanie, nawiązujące do cyfrowego i mobilnego pokolenia, ułatwiające wykorzystanie smartfona w pogłębianiu odbioru tradycyjnej książki.

Treść jest dobra nawet dla młodszych dzieci. Ale niestety forma wydania nie jest odpowiednia: za małe litery i za dużo udziwnionej pstrokacizny - utrudnia to samodzielne czytanie najmłodszym. Chyba, że czytać będą rodzice.

Świat małych owadów na łące można obserwować przez lupę... albo oczami wyobraźni pisarza. A najlepiej pewnie i tak i tak, bo się znakomicie uzupełnia.

czwartek, 14 listopada 2013

Prosty i tani sposób, na dodatek naturalny czyli w obiegowej opinii  ekologiczny, na seks każdej nocy. I to bez większego wysiłku czy skutków ubocznych. A na dodatek można mieć za darmo.

Sekst jest fetyszem naszych czasów. Wydolność seksualna jest miarą wartości i atrakcyjności popkulturowego bywalca (rozbierana scena w każdym filmie, obowiązkowo). Dlatego często dostajemy na skrzynkę pocztową przeróżne reklamy z Viagrą i innymi specyfikami dla obu płci (choć znacznie częściej dla mężczyzn), z adnotacją jakich to wyczynów dokonamy na każde zawołanie. Jedna pigułka i po kłopocie. Problemem mogą być medyczne skutki uboczne...

Ale jest sposób na udany seks każdej nocy, a wszystko dzięki maleńkim roztoczom - nużeńcom, żyjącym na naszej skórze. Pisałem o nich w poprzednim wpisie blogowym . A na Facebooku otrzymałem kilka dodatkowych informacji, m.in i taką:

(Dorota Litwin) "Ach, już spieszę z informacjami, w których jestem posiadaniu. To prawda, że zarażenie u osób starszych wzrasta (sięgając nawet 100%), łączy się to gł. ze starzeniem się układu immunologicznego (bo np. inny 'komensal' - grzyby z rodzaju Malassezia, również żywią się łojem ale preferują osobniki w wieku ok. 30 lat - tutaj z kolei wskazuje się na zmniejszoną aktywność gruczołów łojowych u osób starszych co nie podoba się wspomnianym grzybom ). Jeden z gatunków - Demodex brevis, żyje w gruczołach łojowych, natomiast drugi - którego obecność próbuje łączyć się z niektórymi dermatozami - Demodex folliculorum, mieszka sobie trochę wyżej, w mieszku włosowym. Aktywność tego ostatniego owszem, wzrasta w godzinach nocnych, ale tylko z tego względu, że wychodzi sobie na spacer po powierzchni naszej skóry; lubi też wtedy pracować wraz z samicą nad wytworzeniem potomków [podkreślenie S. Cz.].

No tak, nocny seks mamy zawsze, nawet jak grzecznie śpimy. Seks zastępczy w wykonaniu nużeńca. A że jest to bardzo mały bezkręgowiec, więc go gołym okiem nie zobaczymy.

Chcesz mieć seksem każdej nocy i to bez wysiłku oraz skutków ubocznych? Zadbaj o własną populację nużeńca. Nie o taki seks chodzi w popkulturze? Oj, oj tam, jak by co, to jakiś seks był, a kto tam będzie wnikał w szczegóły :). Ważne, że dobrze brzmi i przyciąga uwagę.

ps. wiem, że roztocza to przedmiot badań akarologii a nie entomologii, ale nie będę zakładał kolejnej kategorii. A dla większości przeciętnych zjadaczy popkornu pajęczaki to owady. Wystarczy pójść do księgarni i kupić sobie popularny, kolorowy atlas z owadami :).

niedziela, 13 października 2013

Tytuł chyba dobry, bo jest sensacyjnie i ocieka krwią. Dotyczy jednak biedronek. Sensacyjność związana jest z ekologią i miastami. Opowieść jednak warta jest uwagi, bo w tle pojawi się potencjalne lekarstwo ma groźne, ludzkie choroby. Nie jest przypadkiem, że jesienią masowo pojawiają się w naszych domach – niczym najazd azjatyckich koczowników (Hunów czy Mongołów). W sterylnych warunkach miejskich większa liczba biedronek na ścianie i na oknie wzbudza panikę. A same biedronki mogą dać nam lekarstwo na malarię i gruźlicę.

W piątek, w słoneczny jesienny dzień syn zawołał, „atakują nas biedronki azjatyckie, pełno ich na oknie”. Syn mnie wołał, bo wiedział, że chcę zrobić im zdjęcie, a słowo „atakują” było użyte w dużej przenośni. Entomologiczny gość był raczej niecodzienny. Kilka szwendało się po oknie, ale po wyjściu na balkon zauważyłem ich kilkadziesiąt na ścianie bloku. W różnych formach barwnych. Z zadowoleniem pstrykałem.

Ale już następnego ranka zadzwonił pan z Radia Olsztyn z pytaniem czy nie znajdę kilku chwil, bo jest „epidemia biedronek w Olsztynie” (zobacz efekt). Znaczy jest temat medialny. W ostatnich latach sporo było można usłyszeć o biedronce azjatyckiej. Skalę zainteresowania wskazywały pytania dziennikarza: czy są krwiożerczymi czy napadają ludzi, skąd się wzięły itd. Strach ma wielkie oczy. W każdym razie masowe pojawy biedronki azjatyckiej są dla nas nietypowe i są zjawiskiem nowym. Ekolodzy podsycają emocje pisząc o gatunku obcym i zagrażającym naszej bioróżnorodności. Czy jest jakieś zagrożenie? Same biedronki, jako drapieżniki, są w jakimś sensie krwiożercze, ale na ludzi nie napadają i nie atakują. Może tylko ewentualnie mogą u niektórych osób wywoływać alergie – ale co teraz nie jest alergenem?

Niniejsza opowieść jest o biedronce Harmonia axyridis, zwanej biedronką azjatycką, arlekinem czy ninja. Pochodzi ona z rejonu wschodniej i środkowej Azji, ale do Polski dotarła nie ze wschodu, ale przez Europę Zachodnią. Takie to są kręte drogi inwazji gatunków obcych. W zasadzie bardzo podobna jest do biedronki siedmiokropki, naszej rodzimej, więc w panice przed biedronkami wschodnimi możemy wyrządzić krzywdę naszej tutejszej bożej krówce (zobacz też czy biedronka ma biodro).

Wszystko zaczęło się wiele lat temu, gdy poszukiwaliśmy biologicznych metod zwalczania szkodników. Dość szybko ludzie odkryli, że biedronki jako drapieżniki, odżywiające się małymi mszycami, mogą pomagać w zwalczaniu szkodników roślin. Nie środki chemiczne ale właśnie naturalni sprzymierzeńcy w walce ze szkodnikami upraw. Naszą rodzimą biedronkę siedmiokropkę zawieziono w inne miejsca, także do Ameryki czy na Nową Zelandię (tam jest gatunkiem obcym). Ale biedronek łatwych w hodowli i wygodnych do stosowania w ochronie roślin jest więcej. Pośród wielu innych eksperymentowano także z biedronką azjatycką.

Już w 1916 roku biedronkę azjatycka przewieziono do USA i tam wykorzystywano do walki z mszycami. Trzeba było wielu lat, aby „uciekła” z hodowli i upraw do środowiska naturalnego. Po kilku dziesięcioleciach biedronka azjatycka okazała się gatunkiem inwazyjnym, szybko rozprzestrzeniającym się po świecie – pojawiła się w Ameryce Południowej. W Europie Zachodniej pojawiła się około 1982, sprzedawana komercyjnie jako biologiczny środek ochrony roślin przed mszycami. Ale do Europy została sprowadzona dużo wcześniej, bo w1964 r. na Ukrainę oraz w 1968 r. na Białoruś. Ekspansja w Polsce zaczęła się jednak od zachodu.

W 1982 introdukowano ją we Francji, a w warunkach naturalnych zaobserwowano ją dopiero w 1991 roku we Francji. Potem w kolejnych latach pojawiała się w Kolejnych krajach: Belgii, Niemczech, Grecji, ostatnio pojawiła się w Afryce. W zachodniej Europie biedronki ninja zostały zauważone w 1999 r. W Polsce po raz pierwszy zaobserwowano w warunkach naturalnych w 2006 w Poznaniu. W Olsztynie po raz pierwszy informacje o obecności tego gatunku pojawiły się w 2010 roku. Teraz i u nas występuje masowo. Sam ja mogłem na balkonie w dużej licznie oglądać.

Są płodne a więc spełniają cechy gatunku, który może łatwo stać się innowacyjnym. Samica w ciągu jednego dnia składa około 25 jaj. Niby niewiele, ale w ciągu swojego życia składa już od 1,5 tys. do 4 tys. jaj. Biedronki azjatyckie żyją przeciętnie od 5 tygodni do trzech miesięcy, ale mogą dożyć nawet 3 lat (w sprzyjających warunkach). W sprzyjających warunkach może być do 5 pokoleń w ciągu roku. Szybko wiec mogą zwiększyć swoją liczebność. Larwa rozwija się ponad 10 dni, w tym czasie zjada od 90 do 370 mszyc. Dorosłe owady są równie mszycożerne – zjadają od 15 do 65 mszyc dziennie]. A jeśli mszyc zabraknie odżywiają się innym, małymi bezkręgowcami, w tym jajami i larwami innych biedronek. Stąd obawa o nasze rodzime gatunki. Ale takie troficzne relacje zachodzą i w drugą stronę. Poza bezkręgowcami biedronki azjatyckie mogą odżywiać się także pyłkiem kwiatowy i nektar, oraz mogą nadgryzać dojrzałe owoce, np. winogrona. Żerują na owocach uszkodzonych przez ptaki i inne owady, trudno więc uznać ją za szkodnika sadów. Bo i inne gatunki biedronek, nasze rodzime, podobnie się zachowują. Być może panikę przed ninja w dużym stopniu wywołały media, szukające sensacji.

Biedronki ninja (nawiązanie do Azji i cichych zabójców) mają ponad 5 mm długości (są różnej wielkości 5-8 mm, zazwyczaj ciut większe od naszej siedmiokropki, ale mniejsze od oczatki), rude głaszczki oraz charakterystyczną plamkę w kształcie litery "M" na przedpleczu. Ta m-kształtna plamka nie zawsze jest widoczna u wszystkich odmian barwnych. Koloru głaszczek raczej nie dostrzeżemy – wymaga to powiększenia. Pozostaje przypatrzeć się ubarwieniu (od żółtego i pomarańczowego, przez czerwone aż do czarnego) i kropkom - tych jest od zera do 23, w zależności od odmiany barwnej (duża zmienność jest cecha typowa dla gatunków inwazyjnych). Larwy mają charakterystyczne pomarańczowe pasy na bokach odwłoka i 4 brodawki grzbietowe larwy czwartego stadium.

Jesienna inwazja biedronek nie jest przypadkiem. W październiku migrują do miejsc zimowania. Sygnałem do podjęcia wędrówek jest skracający się dzień. W swojej dawnej ojczyźnie migrowały w góry, by przezimować w szczelinach skalnych lub pod kamieniami. Miasto, z betonowymi „skałami” bardzo przypomina takie siedlisko, a szczeliny w oknach – szczeliny skalne. Lecą do mieszkań, gdy jest słonecznie i ciepło – bo to najlepszy czas na migrację dla owadów (są zmiennocieplne). Nie jest przepadkiem, że pojawiły się na moim bloku w piątek po południu, w piękną słoneczną, złotojesienną pogodę. Na dodatek jasne elewacje wabią te biedronki. Lubią zimować w naszym pobliżu, przy domach – bo tu jest ciepło. Wybierają szczeliny pod parapetami, szczeliny między oknami, zakamarki pod sufitem czy za meblami. Inne biedronki szukają podobnego schronienia, ale jest ich znacznie mniej i dlatego może nie zwracamy na nie uwagi.

Ekolodzy i entomolodzy podkreślają, że biedronki azjatyckie są zagrożeniem dla naszych rodzimych gatunków - mogą przyczynić się do zmniejszenia lokalnej bioróżnorodności. Może jednak bardziej biedronka azjatycka wchodzi w pustkę ekologiczną i bardziej widoczna jest na terenach przekształconych, antropogenicznych, zurbanizowanych. Byłaby więc raczej skutkiem spadku różnorodności gatunkowej i swoistego „osłabienia” ekosystemów niż przyczyną tych zjawisk. Objawem choroby a nie jej przyczyna.

Dlaczego ninja tak dobrze sobie radzi i jest ekspansywna? Być może dzięki swojej hemolimfie (zawarty jest w niej związek harmionina) o silnych właściwościach antybakteryjnych. Być może dlatego znacznie sobie lepiej radzi od innych biedronek w środowisku zmienionym przez człowieka. Bardziej więc wchodzi w pustkę ekologiczna niż agresywnie wypiera inne gatunki. Tak więc masowe pojawy traktujmy jako objaw osłabienia ekosystemów. Warto się nad tym zadumać. Czyli jest zagrożenie, ale nie takie o jakim myślimy. Harmonina jest silnym antybiotykiem i jest w stanie zablokować rozwój nawet ludzkich patogenów, np. zarodźca malarii czy prątka gruźlicy. Zatem może warto po pierwsze przyjąć pod swój dach na zimę arlekiny i zainteresować się nimi naukowo i medycznie pod kątem produkcji lekarstw przeciw malarii i gruźlicy. Biedronka azjatycka więc nie tyle może przysporzyć nam kłopotów co wspomóc medycynę. Nie ma tego złego, co na dobre nie można byłoby obrócić – ale do tego trzeba po prostu wiedzy.

Naukowcy z Niemiec odkryli, że hemolimfa biedronki azjatyckiej jest toksyczna dla innych biedronek. A sprawcą jest swoista broń biologiczna, bowiem w hemolimfie stwierdzono pasożytnicze mikrosporydia (występują w jajach i larwach biedronek azjatyckich, ale dla swoich gospodarzy są niegroźne). Inne biedronki nie są jednak na te mikrosporidia uodpornione i zjadając jaja biedronek ninja po prostu giną. Tak oto sami korzystaliśmy z biedronek jako broni biologicznej przeciwko mszycom a okazuje się, że i biedronki stosują swoją broń biologiczną. Ciekawe jest tylko czy biedronki azjatyckie swoją broń biologiczna przywiozły ze swojej azjatyckiej ojczyzny czy też zdobyły gdzież w trakcie przemieszczeń po całym świecie. To drugie tłumaczyłoby fakt przybycia ninja z zachodu a nie z Ukrainy czy Białorusi, gdzie miałyby krótsza drogę (ale może były bez broni biologicznej). To co nowe wzbudza w nas emocje i zainteresowanie.

Czy biedronki azjatyckie stwarzają problemy dla człowieka? Pojawiają się informacje, że czynią szkody w sadach. Być może, ze przy dużej liczebności, gdy już zjedzą mszyce, wtedy odżywiają się dojrzałymi owocami. Ale ile może zjeść taka mała biedronka, nawet jeśli jest w większej liczbie? Może to tylko na siłę szukane „haków” na gatunek obcy nazywany inwazyjnym. Tak jak panikujemy z nawłocią kanadyjską (roślina uznana za gatunek obcy i inwazyjny), a wydaje mi się, że jej ekspansja bardziej wiąże się z brakiem wypasu i wykaszania a nie przez wypieranie rodzimych gatunków.

Ale wróćmy do naszej ninja, uciążliwość wynika z faktu pojawiania się w naszych mieszkaniach w okresie jesiennym i przebywania w okresie zimy. Ugryźć raczej nie ugryzie, chyba, że w obronie własnej. Ale tak mały owad raczej nie przegryzie skóry dorosłego człowieka. Bardziej realne są alergie, które stwierdzono u dzieci jak i dorosłych. Ale co teraz nie jest alergenem? Biedronki w obronie własnej wydzielają żółtawą ciecz – jest to hemolimfa. To ona może wywoływać alergie. Może też zostawiać plamy na ubraniach czy ścianach. Czy dla kilku plam na ścianie mamy się pozbywać sympatycznego owada oraz potencjalnego leku na gruźlicę?

niedziela, 06 października 2013

Pisałem wcześniej o trudnościach z identyfikacją gatunków, na jakie trafiają paleolimnolodzy. Ale czy można rozpoznać gatunek chruścika (Trichoptera) po uśmiechu?

Człowiek ma wrodzoną zdolność do rozpoznawania twarzy. Zapewne ma to jakieś znaczenie ewolucyjne. Dzięki tej wrodzonej umiejętności dostrzegamy ludzkie aspekty w przyrodzie… dosłownie i w przenośni. Ale ja nie o tym chciałem pisać.

Bohaterem dzisiejszego wpisu jest Bodzio – pierwszy uśmiechnięty chruścik jakiego zobaczyłem. Bodzia dostrzegła i zrobiła mu zdjęcie pani Aleksandra Reczek. Kiedy się siedzi godzinami i rozpoznaje makrobezkręgowce do oceny stanu środowiska polskich rzek i jezior, to miłą niespodzianką staje się uśmiechający się spod binokularu chruścik. Obraz jest tak sympatyczny, że chruścik otrzymał imię - Bodzio.

Został znaleziony 11 października 2012 r. w rzece Wdzie w miejscowości Gródek, województwo kujawsko-pomorskie. Zdjęcie przedstawia larwę chruścika z rodziny Polycentropodidae, zrobione od spodu. To, co wydaje się uśmiechem to submentum (podbródek), nos to fragment szczęk (maxilla), a oczy to ciemniejszy fragment schitynizowanych żuwaczek.

Od razu się rodzi pytanie „kim” jest Bodzio, to znaczy jaki to gatunek (czyli czy można poznać chruścika po uśmiechu). I tu już jest wielka trudność, bo zdjęcie zrobiono od spodu a okaz się nie zachował. Pewnie można zidentyfikować rodzinę – Polycentropodidae. Smukłość sylwetki oraz miejsce znalezienia (rzeka) sugeruje, że może to być Neureclipsis bimaculata, ale teoretycznie może to być także Polycentropus irroratus (mniej prawdopodobnie).

Żeby mieć pewność co do gatunku należałoby teraz wybrać się w to miejsce ponownie i sprawdzić jakie żyją tam gatunki chruścików. Lub przynajmniej mieć zdjęcie tego stanowiska – być może po charakterze siedliska udałoby się wyciągnąć wnioski. Bowiem nieco inne siedliska (typ rzeki) preferuje Neureclipsis bimaculata inne Polycentropus irroratus czy Polycentropus flavomaculatus.

Jedyną informację (jeszcze nie publikowaną) o chruścikach rzeki Wdy mam ze stanowiska poniżej ujścia strumienia wypływającego z Jeziora Trzechowskiego. To spory kawałek drogi (a raczej rzeki) od Gródka. Materiał pochodzi z maja 2011 roku i obejmuje larwy trzech gatunków: Potamophylax rotundipennis, Anabolia nervosa, Halesus tesselatus.

Tak więc tajemnica Bodzia czeka na pełne rozwiązane. A nawiązując do Kabaretu Starszych Panów, chciałoby się zanucić "wesołe jest życie chruścika..."

piątek, 04 października 2013

Rozpoznawanie gatunków jest trudne i wymaga dużej wiedzy i opatrzenia. Wiedzą o tym biolodzy z WIOŚ (wojewódzkie inspektoraty ochrony środowiska), którzy wykonują monitoring biologiczny i muszą zidentyfikować setki, jeśli nie tysiące różnych organizmów. Ale jeszcze trudniej mają paleobiolodzy, bo muszą identyfikować gatunki po fragmentach znalezionych w osadach.

Ostatnio dr Grzegorz Kowalewski z UAM w Poznaniu przysłał mi do zidentyfikowania trzy zdjęcia, z materiałów zebranych w jeziorze Kleszczów (Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie). Próbka pobrana została z płatu nagiego dna między ramienicami. Jezioro jest duże, o powierzchni kilkudziesięciu ha i maksymalnej głębokości 3-4 m. A więc stosunkowo płytkie.

Pierwszy (wyżej) to fragment z głowy larwy chruścika – frontoclypeus (czoło zrośnięte z nadustkiem). Bez trudu można rozpoznać, że to fragment larwy z rodziny Polycentropodidae. W tej rodzinie larwy mają wyraźne różnice w ubarwieniu głowy. Teoretycznie więc łatwo powinno się zidentyfikować gatunek. Ale tylko teoretycznie. Po długich oględzinach i porównywaniach stwierdziłem, że jest to Cyrnus crenaticornis, gatunek jeziorny, typowy dla strefy elodeidowej i raczej jezior o niższej trofii (mezotrofia, umiarkowana eutrofia).

Więcej kłopotu sprawiła mi druga fotografia. Moim zdanie jest to Holocentropus stagnalis, częściej przeze mnie spotykany w małych zbiornikach okresowo wysychający. Na dodatek jest to gatunek raczej rzadko spotykany, dlatego uznany został za zanikający i zagrożony wymarciem w Polsce. Larwy są drapieżne, zjadają drobne organizmy wodne (skorupiaki, skąposzczety, owady wodne), budują lejkowate sieci łowne, połączone z mieszkalną norką. Sieć zbudowana jest z nici jedwabnych. Postacie doskonałe (imago) spotykane są w pobliżu zbiorników wodnych, aktywne są wieczorem i w nocy, przylatują do światła. Na podstawie moich badań uznałem go za limnefila, liczniej występującego w jeziorkach torfowiskowych (także w drobnych zbiornikach okresowych), w strefie elodeidów, znajdowany także w osoce.

Trzecie zdjęcie przedstawia fragment puszki głowowej. W żaden sposób nie potrafię rozpoznać. Choć najpewniej należy do larwy z rodziny Polycentropodidae. Dlaczego identyfikacja po fragmentach, typowa dla paleolimnologii, nastręcza tak dużo kłopotów? Bo przy oznaczaniu typowych materiałów hydrobiologicznych widzę całą larwę i na wiele szczegółów nie zwracam uwagi.

Ciekawe ile te fragmenty chitynowe leżały na dnie. Chyba trzeba byłoby trochę poeksperymentować, a na pewno musze porobić zdjęcia wypreparowanych frontoclypeusom - bo możliwe, że inaczej wyglądają w całości a inaczej, gdy nie ma pod spodem głowy i resztek mięśni. Ogromna praca... bez punktów i impact factor, ważnego do awansu zawodowego. Ale niezwykle ważna i pomocna do innych badań.

Przydałby się zapewne atlas i klucz do rozpoznawania… po fragmentach. Byłby wielce przydatny w badaniach paleolimnologicznych.

czwartek, 26 września 2013

Jakże często widzimy coś, a nie wiemy co to jest. Dotyczy to fragmentów. Nie znamy kontekstu całości i trudno jest się domyślić o co chodzi. Ot na przykład taki dekielek, jak na fotografii wyżej. Przesłał mi dr Grzegorz Kowalewski, paleolimnolog z Poznania z adnotacją (autor obu zamieszczonych fotografii):

"znalazłem w płytkich jeziorach poleskich (w tym przypadku Kleszczów) nowe domki [chruścików - S.Cz.] , wraz z ciekawymi dekielkami. Czasami same dekielki (koło z otworem pośrodku), czasami dominują domki. Jeden domek ze skalą załączam na fotografii. Pewnie Pan Profesor znajdzie odpowiedź na pytanie, co to za stwór... Wydaje się decydowanie preferować makrofity."

Widząc domek z łatwością udało się zidentyfikować gatunek chruścika - to Leptocerus tineiformis z rodziny Leptoceridae. Larwy budują śliczne, zielonkawe i półprzezroczyste domki z przędzy jedwabnej. Ale domki są sztywne.

Paleolimnolog, oglądający szczątki biologiczne, fragmenty roślin i zwierząt, nie ma łatwego życia. Widzi tylko fragmenty organizmów. Bez kontekstu całości, trudno zrozumieć część. Widząc całość o wiele łatwiej rozpoznać fragment (do czego należy). A czym jest dekielek? Jest fragmentem domku poczwarkowego. Larwa, przed przepoczwarczeniem zasklepia swój domek z obu końców, zostawiając jednak maleńki otwór - dla wymiany wody i dostępu tlenu. Dekielek ma odizolować od otoczenia,.. ale jednocześnie zapewnić kontakt. Nie tylko domki są charakterystyczne dla gatunków ale i sposób wykonania "dekielka".

Do swojej trudnej pracy rozpoznawania fragmentów organizmów muszą paleolimnolodzy tworzyć atlasy i klucze do rozpoznawania.

Może trzeba opracować klucz do oznaczania chruścików po domkach i fragmentach zarówno domków jak i larw? Zachowują się w osadach części chitynowe, np. fragmenty głowy a także fragmenty domków. To zupełnie inny punkt widzenia niż z ten z jakim spotykam się na co dzień przy oznaczaniu. Ale ja widzę całą larwę.

Interdyscyplinarna współpraca daje możliwość spojrzenia zupełnie inaczej na rzeczy spotykane codziennie. Rozszerza horyzonty.

A co do Leprocerus tineiformis (polska nazwa tego chruścika to niprzyrówka jeziorna), to rzeczywiście larwy preferują elodeidy (makrofity), zwłaszcza rogatek i wywłócznik. Zielonkawe domki to mimikra, trudno chruścika zobaczyć. Chyba, że się zacznie ruszać. Leptocerus tineiformis potrafi pływać wraz z domkiem.

Podobny do niego jest Leptocerus interruptus (niprzyrówka rzeczna) - ale wprawne oko wychwyci drobne różnice w budowie domku. Ponadto jest to gatunek rzeczny.

sobota, 31 sierpnia 2013

Stałą rubryką w wielu gazetach (zwłaszcza lokalnych) jest kronika kryminalna. Będąc latem w Zamościu, popijając stosowne napoje na przepięknym zamojskim ryneczku, sięgnąłem po lokalną prasę.  Oczy moje zatrzymały się na kronice kryminalnej. Nie dlatego, że gustuję w takich tematach. Ale osy w kryminalne? Co tym razem przeskrobały te pasiaste owady, że aż policja czy inne siły porządkowe interweniować musiały? Na kogo napadły lub kogo obrabowały rzeczone osy?

Dzięki owadom prasa lokalna jest bardziej interesująca :). Zbliża się jesień, zatem i o osach będą lokalne media pisały, z nutką sensacji czy podnoszonego alarmu. I tak wiedza entomologiczna trafia pod strzechy (może raczej eternit lub blachodachówkę?).

A ja zamieszczam niżej zdjęcia osy klecanki, najpewniej to klecanka rdzaworożna (Polistes gallicus) zwana także klecanką pospolitą (P. dominulus). Spotkałem je w Szczebrzeszynie, najpierw pijące wode u źródełka, później w drewnianym, starym cebrze (całe gniazdo) przy domu artysty.

Klecanka pospolita wbrew swej nazwie wcale nie jest pospolita. To gatunek ginący i coraz rzadszy. Klecanek ubywa, bo podobno zbyt mocno strzyżemy trawniki i niszczymy siedlisko tych przecudnych os. Na szczęście są jeszcze artyści, którzy ratują piękno starych konwi, gratów i innego "niepotrzebnego badziewia". Jak widać to nie tylko ocalanie historii ale i owadów.

ps. klecanka potrafi użądlić najbardziej boleśnie ze wszystkich występujących w Europie owadów.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5