Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa, ze swoimi studentami, uczniami i przygodnymi czytelnikami. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. Kształcąc innych sam się rozwijam, pod wyrozumiałym okiem studentów. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.
O autorze
Tagi
ostrzeżenia przed burzami - antistorm.eu

Licencja Creative Commons
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Unported.

UWM

piątek, 04 kwietnia 2014

Nauka jest elementem kultury. Nauki przyrodnicze zostały zepchnięte na margines kultury popularnej a nawet kultury oficjalnej i tak zwanej wysokiej. Nauki ścisłe zostały niejako wypchnięte z życia publicznego i zamknięte w swoim specjalistycznym getcie. Nie rzadko humanista z samozadowoleniem podkreśla, że nie zna się na fizyce, matematyce czy biotechnologii. Nieznajomość podstawowych praw naukowych podkreślana bywa z dumą – przecież jestem humanistą, nie jest mi to potrzebne. Czyżby?

Czy można zrozumieć świat wokół nas i samą kulturę bez nawet elementarnej wiedzy przyrodniczej? Znacznie rzadziej można usłyszeć głos scjentysty, że nie chodzi do teatru, filharmonii czy nie czyta literatury pięknej. Nawet jak nie czyta i nie ogląda, to raczej uznaje to za rzecz wstydliwą i się z tym nie obnosi.

(całość w najnowszym numerze czasopisma VariArt, artykuł pt. Kij w mrowisko – po co naukowiec kulturze?, okładka na górze).

Skrajna specjalizacja i dyscyplinowe szufladkowanie doprowadziły do wzajemnego wyizolowania nauk przyrodniczych i humanistycznych. Spotykam wielu biotechnologów... o zacięciu humanistycznym. Długo się wahali co studiować i co wybrać. Studiować dwa kierunki? Od razu lepiej dwa w jednym.

Nowootwierany kierunek dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze jest próbą ponownego, interdyscyplinarnego łączenia nauk przyrodniczych i humanistycznych. Wreszcie nie trzeba będzie wybierać. Trzymajcie kciuki, aby nasz eksperyment się powiódł.

poniedziałek, 31 marca 2014

Elektroniczne i prasowe lokalne media obiegła wiadomość, że studenci domagają się swobodnego picia alkoholu nad Jeziorem Kortowskim, na plaży w miasteczku akademickim. Tak opisany protest z góry skazany jest na porażkę a o studentach można byłoby pomyśleć, że głupio się buntują, że są rozwydrzeni i chlać wolą niż się uczyć (takie też były często internetowe komentarze).

Może źle odbieram, może mam tylko fragment informacji, ale dla mnie jest to silny głos w sprawie przestrzeni publicznej i chęci samodzielnego decydowania. Warto pokusić się o poznanie problemu, aby zrozumieć sens, dotrzeć do głębi i zrozumieć prawdziwą przyczynę. Z wieloletniego doświadczenia wiem, że studenci nie są tacy głupi, jak o nic w gazetach piszą i jak o nich się dyskutuje w maglu…

Z relacji prasowych obraz wyłania się komiczny i jednoznaczny. Studenci chcą publicznie pić piwo na plaży. To nierealne. Prawo na to nie zezwala i władze uczelni nie przyklasną takiemu pomysłowi. Ale czy studenci są tak bezgranicznie głupi i awanturniczy, że domagają się bezprawia i niemożliwego, że domagają się gruszek na wierzbie?

Przypadkowo rozmawiałem z biologami (studentami biologii). Mieli się zastanowić nad małym projektem prośrodowiskowym (realizowanym w ramach zajęć z „ochrony środowiska”). Zaproponowali sprzątanie plaży (właśnie w okolicach „spornej” plaży kortowskiej). W sumie i tak ktoś tam służbowo i odpłatnie sprząta (po co więc dublować?). Więc dlaczego? I powiedzieli coś, co mnie trochę zaskoczyło: bo chcą pokazać, że potrafią być odpowiedzialni za siebie i przestrzeń wokół siebie. Chcą poczuć się pełnoprawnymi gospodarzami Kortowa (sami śmiecą, sami sprzątają).

A więc akcja „Kortowo dla studentów nie dla władz” to nie jest jakiś płytki protest, żeby policja nie przychodziła i nie wlepiała im mandatów za picie alkoholu w miejscu publicznym. Tu chodzi o coś znacznie ważniejszego, trzeba tylko pytać i próbować zrozumieć. Podobnie jak z oburzeniem na „skandaliczne” koszulki kortowiadowe (czytaj tekst o kontrowersyjnej koszulce biologów).

Jak wyczytałem na studenckiej stronie facebookowej: "(...) chodzi tu o poczucie suwerenności studenckiej w Kortowie, nie o ćpanie, nie o picie na umór, ale zwykły grill czy spotkanie ze znajomymi bez poczucia, że za chwilę zza twoich pleców wyłoni się policja i wręczy ci mandat. Studia to też czas wolny, zwłaszcza jak jest ciepło." Kortowo dla studentów nie dla władz…. Czuć jakiś daleki klimat aksamitnej rewolucji i maleńkiego, społecznego majdanu, czuć klimat społecznej kontestacji. Nie chodzi o pozwolenie na picie piwa publicznie.

Może po prostu ich nie doceniamy? Może im przede wszystkim chodzi o przestrzeń publiczną, w której mogą poczuć klimat rozdyskutowanego uniwersytetu i wspólnoty w poszukiwaniu sensu i prawdy?

A co w zamian piwa na plaży? Czy w Kortowie są kawiarnie i wygodna przestrzeń publiczna? Czy są pokoje socjalne w budynkach uniwersyteckich? Jest tego na prawdę niewiele, studenci siedzą na schodach i nie mają się gdzie spotykać między zajęciami, zwłaszcza międzywydziałowo i interdyscyplinarnie? Prawie monopol, drogo i jednorazowo. Czy są kosze do recyklingu na terenie budynków UWM oraz obok plaży? Może zostawiają puszki i butelki (śmiecą!), bo wiedzą, że tuptusie pozbierają (dają komuś zarobek), więc jest to ich sposób na recykling (skoro nie można inaczej) i nie chcą pchać wszystkich śmieci do jednego kubła?

Grillowanie i siedzenie na plaży jest sposobem na bycie razem. Obok gier sportowych (tu przestrzeń jest dobrze przygotowana) i spotkań w budynkach. Jestem przekonany, że studentom bardziej zależy na miejscu do spotkań niż na piciu piwa. Może się mylę i źle oceniam, ale tak to właśnie czuję...

Jeśli chcemy wychowywać w trzeźwości (bezalkoholowo), to warto stworzyć do tego warunki. Aby siedzieć na trawie najprościej jest coś kupić w sklepie (czy są kawiarenki i herbaciernie przy plaży, nie mówiąc o zdrowej i lokalnej żywności?). A grill wymaga czasu, więc jest dobrym pretekstem do dłuższego siedzenia i rozmawiania.

To z telewizyjnej popkultury wypływa model, że jak się ludzie spotykają to pić muszą. Może jestem w błędzie, ale wydaje mi się, że studenci chcą więcej decydować o sobie, że chcą być podmiotem a nie przedmiotem i uczniami w klasie lub rekrutami w koszarach. Ileż to pięknych tarasów mamy w nowych budynkach (biblioteka, Humana). I są one  pozamykane na cztery spusty. Są bo są. Po co je projektowano i budowano?

Twórzmy przestrzeń do tanich, niekomercyjnych spotkań. I bądźmy tam ze studentami. Choćby na trawniku. Bo przecież Uniwersytet to wspólnota uczących i nauczanych.  Ani wzmożone kontrole policji ani przymykanie oka nie jest tu dobrym rozwiązaniem. Studenci są mądrzejsi niż myślimy. To nie są rozkapryszone dzieci, które trzeba pasem postraszyć lub przekupić lizakiem. Jak problem narośnie, to się zrobi z tego mały majdan. Albo jeszcze gorzej, przestaną się buntować i zostaną posłusznymi, bezideowymi robotami... ewentualnie wyjadą i będą się kreatywnie buntować w Londynie lub Berlinie....

wtorek, 11 marca 2014

W wielu miejscach spotkać się można z opiniami, że studia i kształcenie to ukrywanie bezrobocia i braku wartościowego miejsca w społeczeństwie, że to tylko przechowalnia niepotrzebnych. Uczą się, a więc są jakieś pozory, że to ma sens, że dla rynku pracy, dla siebie, dla społeczeństwa. Ale z dyplomem stają się bezrobotni, a więc zbędni społecznie. Z dyplomami magistrów i doktorów, w sklepie, w przedstawicielstwie handlowym, w szkole, poniżej uzyskanych kwalifikacji. To frustruje, nawet jeśli dotyczy tylko małej (średniej? dużej?) części populacji młodych ludzi.

Doktoranci są potrzebni… do awansu pracowników, jako „mięso armatnie” (takie można odnieść często wrażenie). Traktowani bywają na uczelniach instrumentalnie a nie podmiotowo.

Kształcenie doktorów – w nie tak rzadkich opiniach – jest nietrafione społecznie i gospodarczo. Są bo są. Po co im ta wiedza i te uniwersytety? Na kasie można siedzieć bez dyplomów…

Coś jest nie tak ze społeczeństwem i gospodarką. Coraz więcej jest ludzi społecznie zbędnych. Potrzebni są jako konsumenci do napędzania produkcji i do niczego więcej. Z jednej strony, skoro mamy tak duży postęp technologiczny, to możemy mniej pracować, aby zaspokoić swoje potrzeby materialne. I tak jest. Wszystko zajmuje mniej czasu, stać nas na więcej. Ale mimo to, pracujemy więcej.

Według przeszłości jesteśmy bogaczami, pływającymi w luksusie. A jednak jesteśmy nieszczęśliwi. Bo wynalazki uwalniają nas od pracy…. Ale tylko średnio statystycznie. Bo jedni i tak pracują dużo więcej (i są sfrustrowani, jak koń w kieracie), a inni są bezrobotni i z tego samego powodu też są nieszczęśliwi, poprzez swoje wykluczenie. Postęp, który nie daje szczęścia…. Po co taki postęp? A może tylko nie umiemy z niego poprawnie skorzystać?

Ewidentnie błąd tkwi w strukturze społecznej a nie w postępie. Próbujemy się ratować rosnącą konsumpcją… aby zatrudniać więcej osób. Tyle tylko, że w ten sposób dajemy sens życia kosztem niszczenia planety i w wyniku bezsensownej konsumpcji. A zresztą, co to za sens ulokowany w nadmiernej konsumpcji rzeczy jednorazowego użytku? Tak do tego stylu przywykamy, że i związki międzyludzkie zaczynają być „jednorazowe”.

Studia, które gaszą entuzjazm, powodują wypalenie studentów. Taki czasem widzę efekt. Dawniej chyba tak nie było… albo idealizujemy przeszłość. Na „piątym” roku (np. biotechnologii) im się niewiele chce, są zrezygnowani, chcą dotrwać i nie widzą perspektyw. Za to na licencjacie (trzeci rok, ta sama uczelnia, ten sam kierunek) są pełni energii, kreatywności, działają. Dlaczego tak się dzieje? Czy to studia czy niepewność pracy zawodowej jest przyczyną tego oklapnięcia? Nie chce się i nie potrafią współpracować (ci pod koniec studiów). I widzę, że się nie uda współpraca (praca zespołowa).

To swoista ewaluacja pięciu lat studiowania. Brak asertywności i zaangażowania, są posłuszni jak niewolnicy (z wewnętrzną niechęcią), kiwają głowami, że tak, ale nie zrobią.

Jak naprawić społeczeństwo? Potrzebni filozofowie, ale czy takich kształcimy na studiach filozoficznych? Czy dziennikarze pracujący w zawodzie są po studiach dziennikarskich?

Po co jest wykształcenie wyższe. Czy jest potrzebne? A jeśli tak to jakie powinno być?

sobota, 08 marca 2014

Stary system edukacji preferuje model nauczania: wykład w szkole a zadania w domu. Propozycja Khana odwrotnie:  wykład (prezentację) uczeń ogląda w domu (umożliwia to e-learning) a uczniowie idą do szkoły, aby dyskutować z nauczycielem o tym, co obejrzeli. Zdaje się to rewolucyjna zmianą. Ale przecież tak funkcjonował system uniwersytecki: zadanie do przeczytania, wyuczenia się i dalej praca na uczelni, np. sekcja, eksperymenty, dyskusja – kolokwium jako element sprawdzenia czy student wie, czy się przygotował do zajęć. To nie jest nowość.

Taki model bazuje na doświadczeniu ucznia, albo z życia, albo z filmiku (internetowej prezentacji). Szkoła porządkuje i uzasadnia to indywidualne doświadczenie. MOOC (Massive Open Online Courses) i internet współcześnie są źródłem indywidulanego, porcjowanego doświadczania.

Propozycja Salmana Khana sprowadza się do tego, że system przestanie sortować uczniów ze względu na wiek (a więc nie będzie już urawniłowki, sztancowania do jednakowej taśmy). A przecież tak już kiedyś było. To tylko ostatnie dziesięciolecia pozbawiły szkołę i uczelnię indywidualizmu i upodobniły do fabrycznej taśmy produkcyjnej. U nas, na studiach, poprzez brak indywidualnego wyboru zajęć, studenci-uczniowie pogrupowaniu są w niezmienne „klasy”, na spotykanie się różnowiekowe (np. studenci biologii różnych lat) czy międzykierunkowo lub międzywydziałow małe są szanse. Tylko WF, języki, czasem zajęcia ogólnouczelniane. Ewentualnie Kortowiada :).

Akademia Khana to rewolucja, która zdemokratyzuje edukację i na zawsze zmieni uniwersyteu. Mam przynajmniej taka nadzieję. A w zasadzie umożliwi powrót do korzeni, do kameralnego i interaktywnego kontaktu mistrz-uczeń i dyskusji wokół doświadczeń, aby jed porządkować i systematyzować. Mniej nauczania a bardziej porządkowanie wiedzy. Ale do tego trzeba tworzyć przede wszystkim warunki do rozwoju osobistego.

Najważniejsze zmiany dzieją się w ramach systemu a nie poza nim (tyle, że Khan Academy wpływa na system!). Model Khana wymaga od nauczyciela autentycznej interakcji nauczyciela z uczniami, aktywności, elastyczności intelektualnej. Albo pozostanie na marginesie edukacji, albo powoli będzie modyfikował edukację państwową i systemową.

Potrzebne jest odchodzenie od szkolnego modelu „odtwórz i zapamiętaj”. W modelu Khana nauczyciel staje się patronem (liderem) kreatywnego działania. Nauczyciel odpowiada za myślenie a nie zwykłe gromadzenie faktów, informacji czy egzekwowania pożądanych odpowiedzi.

Na koniec mała dygresja odnosząca się do systemu edukacyjnego. Dlaczego się nie udaje reforma dydaktyki pod nazwą KRK (Krajowe Ramy Kwalifikacji)? Bo zabrakło należytego przekonywania i objaśniania, zabrakło motywowania. Są – jak zwykle – instrukcje co, jak i kiedy zrobić, ale nie ma dlaczego! Brak przekonywania skutkuje cichym buntem oraz skupieniem się na formie (żeby w papierach władnie wyglądało) a nie na treści (bo treść nie jest zrozumiała, nie znana jest istota i sens wprowadzanych zmian). W rezultacie już od samego początku reforma jest wypaczana. Plany były dobre a wyszło tak jak zwykle…. Bo brakuje nam pracy zespołowej z motywowaniem i wyjaśnieniem „dlaczego” zmiany należy przeprowadzić, brakuje pokazywania celu. Pokazuje się papiery i rozporządzenia.

Na poszczególnych uczelniach wygląda to różnie, lepiej i gorzej, wszystko od przypadku, kto akurat na danej uczelni administracyjnie rządzi. Ewaluacja odbywa się poprzez dokumenty a nie przez efekty kształcenia, mierzone skutkami na zewnątrz. Reforma (dobre pomyślana) kanalizuje się biurokratycznie a nie zadaniowo.

U góry - ilustracja, zaczerpnięta z Facebooka, ze strony "Przewaga w biznesie".

niedziela, 16 lutego 2014

Namnożyło się w internecie miejsc, gdzie oferowane są gotowe prace magisterskie, inżynierskie, licencjackie, prace zaliczeniowe, prezentacje (nawet maturalne). Ogłoszenia są czasem zakamuflowane, wspominają o konsultacjach ale jednoznacznie wskazują, że za pieniądze można dostać napisaną pracę licencjacką, magisterską, doktorską itd. Dla upodobnienia do samodzielnego pisania proponuje się oddawanie pracy w częściach i... uwzględnianie uwag promotora. Jednym słowem płatne korepetycje i doradztwo... Ale czyż ściągi nie istniały od wieków w szkołach? 

Jeśli się głębiej zastanowić to nie jest to zjawisko nowe. Nasilanie się wynika z... presji na karierę, uczenia się dla ocen i korporatyzacji. Ale po co kupować gotową pracę, kiedy można napisać samemu? Kiedy można nauczyć się pisać... przecież usługa ta wliczona jest w cenę. Za to już opłata do państwowej uczelni poszła (z kieszeni podatnika). Coś najwyraźniej szwankuje.

Jeśli można napisać samemu... a kupujemy, to co to znaczy? Czy wysyłamy kogoś w zastępstwie na randkę z ukochaną? Nie! A czy wysyłamy kogoś w zastępstwie do mało ważnych dla nas rzeczy i na dodatek męczących i zbędnych? Jeśli czegoś potrzebujemy - to się uczymy, nawet gdy to bardzo trudne. A jeśli trzeba odbębnić, zaliczyć, tak jak pańszczyznę? Nie chce bynajmniej aprobować ściągania i kupowania prac. Ale próbuję postawić pytanie o rzeczywiste przyczyny tego zjawiska i realne rozwiązanie a nie pozorne i żeby "w papierach wszystko było dobrze". Może po prostu brakuje autentyzmu na naszych uczelniach? Może zbyt dużo łatwizny na ilość i pogoń za wskaźnikami?

Wymyślając temat pracy dyplomowej trzeba sprawdzić czy już problem nie jest rozwiązany. I to nie tylko lokalnie ale znacznie szerzej, z uwzględnieniem innych uczelni, bo internet globalizuje. Zmusza do zlecania nowych, oryginalnych problemów. Ale, żeby to zrobić, samemu trzeba być „na bieżąco”, być oczytanym i uczestniczącym w światowej nauce. A przynajmniej ogólnopolskiej. Kiedyś można było „tłuc” to samo przez lata, nawet stare i dawno rozwiązane tematy. Teraz wobec łatwego i globalnego dostępu do wiedzy i dzięki sprawnej komunikacji, jest to niemożliwe przez łatwe „ściąganie”. Duży wysyp ofert gotowych prac... ujawnia chorobę i niedomagania systemu edukacji. Tak jak czarny rynek obnażał niedomogi gospodarki socjalistycznej w pamiętnych czasach.

Wobec internetowej globalizacji jest nawet kłopot z tematem na zaliczenie (sprawdzam, czy nie przepisane) i widzę sporo niedozwolonych zapożyczeń z innych prac. To pretekst do tego, aby uczyć jak należycie korzystać ze źródeł. Bo ze źródeł trzeba korzystać! Zatem teraz wiem, że muszę wcześniej sprawdzić czy proponowanym przeze mnie temat na zaliczeniową pracę już nie jest zrealizowany. Nie chcę, żeby kusiło do skorzystania z cudzej pracy, chcę samodzielnych poszukiwań i samodzielnego korzystania ze źródeł. Samodzielność wymaga wysiłku od studenta... i od wykładowcy. Jeśli stawiać studentom oryginalne i ambitne zadania, to znacznie chętniej się w ich realizacje angażują. Ich ewentualna bierność nie wynika tylko z ich takiej a nie innej wiedzy, chęci do pracy czy wydolności intelektualnej. Wynika także z autentyczności proponowanych zadań. Fałsz i fasadowość nawet dzieciaki szybko wyczuwają, nie mówiąc o dorosłych. Ale jeśli przyszli po dyplom (bo wszyscy mają, więc obciach nie mieć), to po co sobie utrudniać? Na plantacjach z niewolnikami innowacyjności chyba nie było zbyt wiele...

Ściąganie i gotowe prace magisterskie ujawniają mizerię niektórych uczelni i niektórych wykładowców. Są wskaźnikiem choroby. A chorobę należy leczyć nie tylko objawowo ale i likwidować przyczynę tejże choroby. Jeśli plagiatują to dlaczego? Albo pilnować (uściślać kontrolę) albo tworzyć rzeczywisty kontakt mistrz-uczeń i proponować ambitne, aktualne problemy. Ja się opowiadam przede wszystkim za tym drugim.

Wiem, że to wymaga wysiłku. Ale nic do dobre nie powstaje bez wysiłku.

czwartek, 13 lutego 2014

Badania wykazały, że po wygranej w grach losowych czy podwyżce pensji jesteśmy zadowoleni i szczęśliwi, ale najdłużej pół roku. Inaczej jest, gdy przeprowadzimy się w okolice parku lub zielonych ogrodów – poczucie szczęścia można zachować na wiele lat. Czy zatem mieszkając na Warmii i Mazurach, w krainie miasteczek cittaslow i pięknej przyrody jesteśmy długo szczęśliwi?

Obecnie coraz więcej uwagi zwracamy na naturalne laboratorium, jakie nas otacza. Już nie w formie medycyny ludowej, powiązania z magią czy czarami ale z głębokim biologicznym i terapeutycznym uzasadnieniem. Po prostu więcej wiemy już o związkach chemicznych, znajdujących się w organizmach żywych i ich roli w metabolizmie człowieka. Powracamy więc do różnych form bioterapii, ale już z zupełnie innym podejściem. Można nawet mówić, że coraz intensywniej rozwija się biogospodarka – czyli zaawansowany przemysł, opierający się na wszechstronnym wykorzystaniu różnorodnych związków, znajdujących się w roślinach czy zwierzętach.

Hortiperapia i inne formy wykorzystania przyrodniczych właściwości otaczającego nas świata w skali lokalnej, w interdyscyplinarny sposób nawiązuje także do tradycji kulturowych. W wieku XXI dziedzictwo kulturowe dobrze integruje się z dziedzictwem przyrodniczym. Mamy obecnie nie tylko Dekadę Bioróżnorodności, proklamowana przez ONZ, ale i rok Oskara Kolberga. A w Olsztynie uruchamiany jest unikalny kierunek kształcenia: dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze.

Rośliny to nie tylko pretekst do opowieści o dawnych mniej lub bardziej mitycznych leśnych znachorkach, szeptuchach i czarownicach. Jeśli się zastanowić, to współcześnie na Warmii i Mazurach również można spotkać „czarownice”. Na przykład biotechnolodzy wyszukują w roślinach związki biologicznie czynne i znajdują fizjologiczne uzasadnienie dla procesów, które kiedyś łączono z magią i czarami. Inny język i sposób postrzegania świata.

Przykładem może być ostrożeń warzywny (Cirsium oleraceum), zwany także czarcim żebrem (wcześniej już o nim pisałem). Kąpiele w wywarze z ostrożenia warzywnego pomagają w niektórych chorobach. W XXI wielu możemy mówić o bakteriobójczych czy grzybobójczym działaniu różnych związków, takich jak flawonoidy, sterole, fitosterole, alkaloidy, itd. Dla przeciętnego człowieka nazwy tych związków są tak tajemnicze jak zaklęcia Baby Jagi. Kiedyś uważano, że poszczególne rośliny odczyniają złe uroki. W dawnym paradygmacie choroba brała się z rzucenia złego uroku czy złych duchów, dzisiaj mówimy o poprawie metabolizmu, wpływie na fizjologię, wolnych rodnikach i właściwościach antyseptycznych. Inny język, inne teorie. Ale tak właśnie łączy się dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze regionu. I turystyczna okazja na nieco inne zwiedzanie świata, poprzez poznawanie przyrody, historii i dawnych zwyczajów. Gdy matka myje chore dziecko w ziołowej kąpieli z ostrożenia warzywnego (czarciego żebra), to służy to zdrowiu. Raz interpretujemy to jako odczynianie złego uroku, raz jako zwalczanie mikroorganizmów chorobotwórczych lub poprawę metabolizmu. Inna interpretacja a skutek ten sam.

wtorek, 11 lutego 2014

Sam już nie wiem czy to efekt mojego wieku i jakichś dylematów egzystencjalnych, czy też efekt głębokich zmiana jakie się dokonują w szkolnictwie wyższym.

Przyszłość nie będzie przedłużeniem teraźniejszości. Jednym z czynników jest chyba niż demograficzny. Ale ważniejszym czynnikiem sprawczym są głębokie zmiany w całym społeczeństwie. Pytanie co dalej stawiam sobie nie tylko ja coraz częściej. Przewidzieć przyszłość, zrozumieć zachodzące procesy aby dobrze przygotować siebie i swoja instytucję. By budować na skale a nie na piasku i nie zawracać Wisły kijem. Dlatego często sięgam po różne teksty analityczne i rozważania nad edukacja wyższa.

"System szkolnictwa wyższego nie dość, że nie potrafi wykształcić ludzi nadających się do pracy, to jeszcze nie umie diagnozować tego, co naprawdę dzieje się w świecie. W rzeczywistości uczelnie kształcą ludzi, którzy najlepiej nadają się do pracy na uczelni.

Szkolnictwo wyższe stało się branżą samą w sobie. Obecnie pracuje tu już 103 tys. osób. To mniej więcej tyle, ile w całej bankowości komercyjnej. Budowana jest struktura przychodów (77 proc. z działalności dydaktycznej oraz 16 proc. z działalności badawczej) i generowany zysk – za 2011 rok było to 465 mln złotych. Uczelnie, szczególnie te największe, zatrudniające po kilka tysięcy nauczycieli i obsługujące kilkadziesiąt tysięcy studentów, stały się korporacjami. I tak jak każda korporacja zaczynają życie wewnętrzne. Co gorsza, silnie hierarchiczna i nigdy nierozbita (bo dożywotnia) struktura zarządzania szkołami wyższymi powoduje, że najbliżej im do postpaństwowych przedsiębiorstw molochów, które nie uległy restrukturyzacji. " (źródło)

Jak zmieniać uniwersytet na coraz lepszą instytucję? Od poniedziałku zajęcia w nowym semestrze. Czego i jak uczyć moich studentów by to miało sens i dla nich i dla mnie?

Najgorsze, że nie potrafię znaleźć szybkich i jednoznacznych odpowiedzi...

niedziela, 02 lutego 2014

Co łączy dwa różne wydarzania, Dzień Chruścika przypadający 11 grudnia i Noc Biologów, odbywającą się w drugi piątek stycznia (już od trzech lat)? Po pierwsze są to formy upowszechniania wiedzy w formie małych pikników naukowych i seminariów naukowych z dużym otwarciem środowiska akademickiego na zewnątrz. Po drugie oba pomysły narodziły się w Olsztynie.

Noc Biologów, jakkolwiek jest przedsięwzięciem ogólnopolskim, narodziła się w Olsztynie, w czasie zjazdu dziekanów wydziałów biologii i pokrewnych, prawie cztery lata temu. Z kolei Dzień Chruścika jest starszą inicjatywą i w pełni o korzeniach olsztyńskich. Tu się narodził pomysł, tu był realizowany. Dzień Chruścika jest realizowany najczęściej w formie seminarium, poświęconym tylko jednej grupie owadów – chruścikom (a więc maleńki wycinek biologii). Dlaczego narodził się w Olsztynie? Dlatego, że w Olsztynie tacy specjaliści są i tu rozwijają się takowe badania. Na staże chruścikowe przyjeżdżało już wiele osób, nie tylko z różnych miejsc Polski ale i Europy (Hiszpania, Niemcy, Litwa, Białoruś, Ukraina, Słowacja). W naturalny więc sposób Dzień Chruścika zaistniał właśnie w mieście nad Łyną. A potem zyskał uznanie w wielu innych miejscach.

Jeszcze wcześniej zaczęła funkcjonować olsztyńska kawiarnia naukowa Collegium Copernikanum. Wszystkie wymienione inicjatywy nie są jakiś dziwadłem, znakomicie mieszczą się w ogólnoświatowych trendach i misji uniwersytetu. Patrząc na różnorodne tendencje ośmielam się stwierdzić, że inicjatywy takie jak Dzień Chruścika, Noc Biologów czy Olsztyńskie Dni Nauki i europejska Noc Naukowców są namacalnym dowodem na naszą uniwersytecką, intelektualną i organizacyjną podróż ku Centrum Nauki (takim jak to w Warszawie). Jest ogromne zapotrzebowanie na tego rodzaju usługi edukacyjne oraz jest rosnące doświadczanie.

Przykładem dojrzewającej gotowości do stworzenia jest rodzący się pomysł na wspólne z Wydziałem Humanistycznym i wieloma partnerami pozauniwersyteckimi majowe Dni Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego. Z realną perspektywą wyjścia do środowisk Polonijnych. I to już w tym roku.

W takich działaniach jak Dzień Chruścika i Noc Biologów nie chodzi o pokaz i show, chodzi o nowy wymiar edukacji i upowszechniania wiedzy a nie o popową rozrywkę. To nie są imprezy promujące (reklamowe). Ta promocja jest niejako przy okazji. Znacznie ważniejszy jest element upowszechniania wiedzy w zupełnie nowej, nowoczesnej formie (podobnych inicjatyw jest więcej, także na UWM). To uniwersytet otwarty, to kształcenie nieformalna i pozaformalne oraz kształcenie ustawiczne. Uniwersytet się zmienia. Już nie tylko studia stacjonarne, zaoczne czy podyplomowe ale właśnie upowszechnianie wiedzy w bardzo małych porcjach (kwantach), wiedzy skierowanej do różnych odbiorców, jako kształcenie ustawiczne i pozaformalne. Inna forma ale cały czas ta sama misja uniwersytetu.

Jesteśmy w drodze. Na naszych oczach i z naszym udziałem powstaje coś zupełnie nowego i dobrze wpisującego się w globalne trendy edukacyjne i poszukujące nowego miejsca uniwersytetów w społeczeństwie XXI wieku. W społeczeństwie wiedzy i w gospodarce opartej na wiedzy.

Tegorocznym motywem, zarówno Dnia Chruścika jak i Nocy Biologów była biogospodarka. To także nie jest przypadek a raczej symptom tego, co się w regionie w zakresie wiedzy i gospodarki dzieje. Wyjście myślami w przyszłość. A że obecnie wszystko się szybko dzieje, być może ta przyszłość jest zupełnie nieodległa.

czwartek, 30 stycznia 2014

Jedni lamentują, że niszczy się humanistykę, inni działają całkiem sensownie. Zmienia się przede wszystkim otocznie działania uniwersytetów. I tak jak do pogody można dostosować ubranie... albo bezproduktywnie lamentować, tak i w odniesieniu do edukacji wyższej można domagać się "interwencyjnego skupu usług edukacyjnych".

Z dużą radością przeczytałem o dwóch ciekawych inicjatywach - studiach dziennych dla dorosłych. W Zielonej Górze ruszyła politologia dla osób 40 plus oraz historia 50 plus. Że lepiej byłoby kierować ich na studia zaoczne, bo one płatne? Niezupełnie.

Już dziesięć lat temu słyszałem o tendencji w USA powrotu na studia osób zaawansowanych wiekiem i o doświadczeniu zawodowym. Oni się inaczej uczą, bo wiedzą, co się tak na prawdę może przydać w życiu zawodowym. Korzystają także uniwersytety, ucząc się z doświadczenia zawodowego tych studentów. Teraz ta tendencja dotarła do nas. I warto tu wspomnieć o dwóch zjawiskach.

Po pierwsze ogromny boom na kształcenie wyższe w latach 90. XX wieku wynikał nie tylko z wyżu demograficznego ale przede wszystkim z zaległości PRL. Na studia zaoczne poszli wszyscy ci, którzy nie mieli szansy kształcić się w Polsce Ludowej. Ich pieniądze z opłat stanowiły ważny czynnik rozwoju szkolnictwa wyższego. Było to prywatne finansowanie uczelni. Teraz się skończyło, bo wszyscy ci, którzy mieli się wykształcić, już zdobyli wyższe wykształcenie. Studia zaoczne w dawnym stylu odeszły do historii. To się już nie powtórzy. A niż demograficzny spowoduje, że płatne studia dzienne znacznie się skurczą. Bo po co płacić, skoro są miejsca na bezpłatnych (to znaczy finansowanych przez państwo z kieszeni podatnika)? Dawny model finansowania szkolnictwa wyższego z prywatnych, indywidualnych kieszeni się właśnie definitywnie kończy. Trzeba wymyśleć zupełnie coś innego. Kreatywni wymyślają, słabi i bez wyobraźni (bez wiedzy o świecie) narzekają i .... upadają.

Ale jest nie tylko specyfika Polski i czasów. Jest też trend znacznie bardziej globalny i cywilizacyjny. Kiedyś nauka w szkole trwała krótko, dało się ją zrealizować w dzieciństwie i wieku młodzieńczym. Matura była rzeczywiście egzaminem dojrzałości i koniec edukacji przypadał na początek dorosłości. Z dyplomem można było iść do pracy i zakładać rodzinę. Ale sporo się zmieniło. Po pierwsze wiedza i świat się szybko zmieniają. Nie ma możliwości raz na całe życie się nauczyć, by potem z tego korzystać (az do emerytury). Wiedza się dezaktualizuje. Narzuca to konieczność ciągłego dokształcania się. Ponadto gospodarka oparta na wiedzy potrzebuje nie tylko maturzystów ale i absolwentów uczelni wyższych. To kolejnych kilka lat nauki. Wysokiej klasy specjaliści powinni mieć doktorat. Kolejne 4-5 lat. W życie zawodowe i rodzinne wchodzi się około 30 (albo i później). Dla kobiety to za późno z przyczyn biologicznych. Rośnie więc przepaść między dojrzałością biologiczną a dojrzałością zawodową i społeczną. Nie da się najpierw pokończyć wszystkich szkół a potem iść do pracy i zakładać rodzinę. Nawet zamrażanie komórek jajowych (kiedy biologicznie są najlepsze, a więc w wieku 20-25 lat) by później korzystają z zapłodnienia in vitro i urodzić sobie dziecko w  wieku lat 40. 

Zamiast zmieniać biologię człowieka lepiej zmienić model kształcenia. Tym bardziej,  że konieczność kształcenia ustawicznego zatrzymałaby nas w szkolnych ławach aż do emerytury. A potem od razu uniwersytet trzeciego wieku...

Jaka jest alternatywa? System mieszany, trochę nauki, trochę pracy, potem znowu studia, potem znowu praca. Z moich doświadczeń w pracy ze studentami dziennymi i zaocznymi widzę, jak bardzo pomaga doświadczanie zawodowe w sensownej nauce. Zatem nawet po maturze - jeśli jest okazja na pracę - to iść do pracy na rok czy dwa. Potem licencjat. I znowu, jeśli jest okazja to do pracy, założyć rodzinę i na uczelnię wrócić przy okazji. Nie należy okładać zakładania rodziny i startu zawodowego "na po studiach". System boloński i studia dwustopniowe (a uwzględniając doktorat to trzystopniowe) już to umożliwiają. Musi dokonać się tylko zmiana w mentalności. Naszej mentalności.

Potrzebne są też zmiany prawne. Wystarczy uznać, że państwo swoim obywatelom funduje bezpłatne studia, ale tylko raz. W dowolnym wieku 5 lat studiów, licencjat i magisterka. Nie ważne kiedy. Nie trzeba więc do 27 roku życia. Z tym się wiążą ulgi dla studentów - nie wiek, ale raz  w życiu. Wtedy studenci 40 plus czy 50 plus a nawet 60 plus nie będą ewenementem. Że za późno? Przecież pracować będziemy do 75 roku życia, więc ma to sens także z gospodarczego punktu widzenia. Na dodatek i tak jesteśmy skazani na kształcenie ustawiczne i nieustanne powroty na uczelnie, nie tylko na studia ale i krótkie kursy.

Jeśli ktoś straci pracę, to lepiej niech się uczy niż jest bezczynny. A wtedy bezpłatna forma dokształcania jest użyteczniejsza (bo skąd bezrobotny ma wziąć na czesne?).

Skoro uczyć i dokształcać się będziemy przez całe życie (i na emeryturze - uniwersytety trzeciego wieku), to warto wpleść kształcenie w życie rodzinne i zawodowe, a nie oddzielać tak jak kiedyś.

Przykład z Zielonej Góry pokazuje na poszukiwanie sensownych rozwiązań, także dla "ratowania" humanistyki. Natomiast rozwiązania w postaci bezpłatnych dwóch kierunków lub przymusowych wykładów "humanistycznych" są wręcz szkodliwe. Coś w rodzaju przymusowego skupu interwencyjnego.

Bo po co studiować równocześnie dwa kierunki? Tylko dla dwóch różnych dyplomów (z punktu widzenia studenta) oraz cudownego rozmnożenia studentów (z punktu widzenia godzin na uczelni). Taki student nie ma czasu na własny rozwój tylko na odrabianie lekcji i wysiadywanie na zajęciach. Jest prostsze rozwiązanie, znane od wieków, dla studentów o szerokich zainteresowaniach: po prostu luźna siatka godzin i program do wyboru. Czy studia indywidualne studia mają być dla wybranych i nielicznych czy mogą być dla wszystkich? Że wygodniej układa się plan zajęć dla skoszarowanych grup? A od czego są komputery i USOS? P:onadto system wyboru działał przez dziesięciolecia i bez komputerów. Fakt, że nie u nas....

Czy dwa dyplomy ułatwią znalezienie pracy? Wątpliwe - liczą się rzeczywiste kompetencje i umiejętności oraz renoma uczelni. Bardziej pomóżmy naszym absolwentom, gdy za dyplomem będzie szła renoma i dobra marka niż gdy będziemy wyposażali ich w całe kolekcje dyplomów z różnymi nazwami.  

Zamiast więc sztywnego planu i obowiązkowych wykładów dla studentów lepiej niech uniwersytety tworzą warunki do rozwoju. Kształcenie poziome jest również istotne. W nowszym ujęciu możemy mówić o konektywizmie.

Gospodarki nie ratuje interwencyjny skup i regulowane ceny. Uniwersytetów także nie uratuje "interwencyjne kontraktowanie wykładów" z dowolnej dziedziny. Przykład z Zielonej Góry jest zwiastunem poszukiwania sensownych rozwiązań. Dorzucić można jeszcze wprowadzanie krótkich kursów o strukturze modułowej  zamiast studiów podyplomowych.

Zamieszczony wyżej wywiad w Gazecie Olsztyńskiej wywołał gdzieniegdzie zakulisowe dyskusje i oburzenie, że niby wypowiadam się przeciw humanistyce. Zachęcam krytykujących do uważniejszego przeczytania i.. publicznego zabierania głosu.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Podzielam potrzebę klarownej polityki kadrowej i dbałość i jakość kadry. Przez wiele lat ustalaliśmy przepisy awansu zawodowego ale najczęściej nie były w ogóle respektowane. Teraz dopiero zaczęliśmy respektować własne przepisy (może część kadry myślała, że będzie tak jak kiedyś, że rozejdzie się po kościach?). Konieczność podnoszenia jakości naukowej ma swoje prawa. Ale chyba zapomnieliśmy o ścieżce rozwoju dydaktycznego pracowników. Liczą się tylko publikacje i szybkie awanse naukowe.

Oczywiście, nie można uczyć studentów jeśli samemu się nie pracuje naukowo - bo jak uczyć pieczenia chleba, gdy samemu niczego się nie upiekło? Albo jak uczyć szycia butów, kiedy szewcem się nie jest? I jak uczyć pracy umysłowej, myślenia, wnioskowania, wypowiadania się na piśmie, jeśli samemu w życiu naukowym się nie uczestniczy? Problem chyba tylko z pomiarem tej pracy.

Wymyśliliśmy rankingi, punkty, by gonić świat. I to jest chyba sensowne. Ale warto sobie zadać kilka pytań. Z czego żyje uniwersytet? Głównie z dydaktyki bo większość pieniędzy idzie za studentami. Podnosimy jakość kadry by równocześnie zapewniać studentom lepszą kadrę i lepsze zajęcia. Ale co nam z kategorii A czy A+, jeśli nie będzie studentów? Przecież z badań naukowych się nie utrzymamy - bylibyśmy Polską Akademią Nauk bis.

Chyba coś w koncepcji oceny pracowników, pod kątem przydatności dla jakości kształcenia, przegapiliśmy. Przykładem jest dr Zbigniew Stala. Nie znam człowieka, nie wiem jaki ma dorobek. Ale skoro studenci za nim się ujmują to musi prowadzić dobrze swoje zajęcia dydaktyczne,

"Studenci i doktoranci filologii polskiej bardzo dobrze wspominają wykłady Zbigniewa Stali. Literatura powszechna i inne zajęcia, które prowadził, na długo zapadły im w pamięć. Dlatego postanowili wstawić się za wykładowcą i napisali petycję do rektora UWM. Próbowali w niej przekonać władze uczelni, że chociaż dr Stala nie jest typem naukowca, to jest świetnym dydaktykiem cenionym przez większość studentów." (Cały tekst)

Boimy się niżu demograficznego, spadku zainteresowania poszczególnymi kierunkami kształcenia.... a jednocześnie pozbywamy się, zgodnie z prawem i przepisami, ludzi cenionych przez studentów. Czy w trosce o jakość nie wylewamy dziecka z kąpielą? To znaczy czy nie pozbywamy się "twarzy" uniwersytetu?

Ile może być wiodących, najlepszych uniwersytetów w Polsce? Pewnie ze 3-4. Zamiast się więc bezskutecznie ścigać z najlepszymi może warto zaakceptować swoje miejsce w regionie i być ważnym uniwersytetem dla naszego regionu i kształcenia studentów? Bo być może lepszy wróbel w ręku niż cietrzew na sęku. Żebyśmy w pogoni za rankingową palmą pierwszeństwa nie stracili swojej pozycji regionalnej - wtedy nie będziemy ani wiodącym uniwersytetem, utrzymującym się z badań, ani uniwersytetem regionalnym (ktoś inny zajmie tę niszę).

Z całą pewnością warto podnosić jakość naukową prowadzonych badań na uniwersytecie. Ale może warto równocześnie zadbać o dobrą jakość dydaktyczną? Tak realnie a nie na papierze. Nie zawsze znakomity naukowiec jest dobrym dydaktykiem, i odwrotnie. A jeśli nie zawsze można pogodzić te funkcje w jednej osobie... to od czego jest praca zespołowa? I wzajemne uzupełnianie swoich kompetencji? Być może więc stoimy przed testem na uniwersytecką umiejętność pracy zespołowej (nie grupowej ale zespołowej!). Bez praktycznej umiejętności pracy zespołowej pozagryzamy się w egoistycznych partykularyzmach, jednocześnie pogrążają uniwersytet jako wspólną firmę. Bez dobrych liderów, dbających o pracę zespołową system parametryczny i rankingi zamiast mechanizmem podnoszenia jakości będzie tylko egoistycznym polem walki i szarpania sukna. Zwłaszcza, że rynek pracy się kurczy (niż demograficzny, konkurencja).

Nadchodzi chwila prawdy. Dla nas, jako środowiska uniwersyteckiego. podobno złoto hartuje się w ogniu. Niebawem okaże się czy jesteśmy złotem... czy tylko tombakiem.

sobota, 25 stycznia 2014

Rośnie przepaść między oczekiwaniem młodych ludzi a tym co realne do osiągniecia jest w życiu. Narcystycznie rozbudzone oczekiwania (przez świat konsumpcji) nie znajdują pokrycia w realnym świecie.

Podobnie jest z wykształceniem wyższym i uniwersytetami. Nasi studenci dojrzewali spodziewając się bogactwa, a stać ich na niewiele. Spodziewali się dobrej pracy i solidnej pracy, a tymczasem stoją w pośredniaku lub siedzą na kasie w Biedronce. Zamiast stanowisk kierowniczych i wysokich pensji w klasie średniej trafiają na zmywak w Londynie lub truskawkowe pole w Hiszpanii, Niemczech czy Norwegii. Rozbudzone nadzieje na sukces po dyplomie (bo tak kiedyś było, w naszym pokoleniu) zderzają się z szorstka rzeczywistością. Uczelnie wyższe mamią intratnymi „rynkowymi” kierunkami, aby tylko zdobyć studenta (jak towar, jak rzecz w hipermarkecie) i zdobyć dofinansowanie z ministerstwa. Bo w „darmowym” kształceniu pieniądze idą za studentem. Czasem można odnieść wrażenie, że jest to mniej lub bardziej świadome oszukiwanie klientów, sprzedawanie bubli w ładnym opakowaniu (tak jak wszędzie w naszej kulturze konsumpcji). Byle student był, a potem to nie nasza sprawa. Niech się kto inny martwi, my najwyżej możemy uczestniczyć w świętym oburzeniu jak to nie ma pracy po studiach?

Część ze społeczności uniwersyteckiej jest świadoma tego rynkowego oszustwa, inni wierzą w nazwy i „dobre kształcenie”… Bo przecież w części jest to dobre kształcenie i wyposażanie w rynkowe umiejętności i kompetencje.  Ale część kadry w jakimś sensie sama się oszukuje kreowanymi iluzjami na papierze, tak jak i klienta-studenta.

Problem jest poważny i wynika z bardzo głębokich zmian w społeczeństwie i gospodarce. Potrzebne są głębokie i rewolucyjne zmiany. Jak dać szansę ludziom, czyli poszukiwać i dyskutować nad misją uniwersytetu. A może raczej jak pozyskać studentów, wymyśleć nowa nazwę itd.? Kierunki zamawiane, stypendia sa tak jak reklamy telefonii komórkowej czy banków, przyjdź do nas a dostaniesz coś w bonusie, ładne jezioro, stypendium, balangę. A przynajmniej stypendium. Lepsze stypendium niż bycie bezrobotnym. Więc odsiadują swoje. Dla stypendium.

Ewidentnie coś jest źle. Zdajemy sobie z tego co raz bardziej sprawę. Ale nie bardzo wiemy co jest źle i jak to zmienić. A tym bardziej jak to naprawić. Przecież do tej pory było dobrze a dawniej wypracowane metody i wzorce się sprawdzały... . Coś musi się zmienić.

Społecznie jesteśmy jak przed przepoczwarczeniem. A może już w trakcie? Dopiero retrospektywnie to dostrzeżemy. W uniwersytecie też „buzują hormony”, zanosi się na zmiany. Jakie one będą? I czy szybko będą? Czy tylko administracyjnie i powierzchownie czy też dogłębnie i systemowo coś się zmieni.

czwartek, 23 stycznia 2014

Pomysł wprowadzenia na studiach niezbędnika inteligenta, jako obowiązkowego pakietu m.in. filozofii, psychologii i historii jest i dobry i zły. Dwa w jednym :).

To oczywiste, że szeroka wiedza humanistyczna z filozofią (jako nauką kreatywności i myślenia) jest potrzebna absolwentom kierunków technicznych i przyrodniczych. Tak samo jak podstawy wiedzy przyrodniczej absolwentom kierunków humanistycznych. Więc nie problem w tym czy to zrobić, ale jak. I żeby było skuteczne a nie tylko "w papierach" do sprawozdawczości.

Już od dawna na uniwersytetach są realizowane przedmioty do wyboru, właśnie humanistyczne dla przyrodników a przyrodnicze dla humanistów. Więc po co wprowadzać to, co już jest? I przy okazji krępować autonomię uniwersytetów? Być może nie działa to dobrze, być może wybór nie jest najlepszy (zbyt mały). Czy te działania to dla uspokojenie humanistów, że kurczy się rynek pracy (braknie studentów, zamykane są kierunki takie jak filozofia)? Ale to wcale nie rozwiązuje problemu i jest tematem zastępczym.

Osobiście uważam, że właściwiej jest tworzyć dobre warunki do takiego wrastania w kulturę niż tworzyć kolejne obowiązkowe wykłady. Konektywizm jako koncepcja edukacyjne nie wziął się z sufitu, ale z obsrwowania świata i procesów zachodzacyh w nim. Ludzie uczą się od siebie nazwajem, zarówno w realu jak i w sieci. Wystarczy stworzyć im dogodne warunki. W przypadku Kortowa (UWM) na przykład tworzeniem dobrych warunków będzie łatwy i powszechny dostęp do bezpłatnego wi-fi. To nie tylko wygoda dla studentów i pracowników, ale i otwarcie się uniwersytetu na środowisko zewnętrzna. Nawet w kawiarniach jest już bezpłatne wi-fi. Gdyby tak było w Kortowie, to oprócz studentów przychodziliby tu licealiści (nie nachlać się piwa w czasie Kortowiady ale uczestniczyć w życiu naukowym i kulturalnym), ludzie kultury, dziennikarze. Po drugie w Kortowie przydałoby się więcej dobrych kawiarni i punktów gastronomicznych - by ludzie mogli się ze sobą spotykać także i w późnych godzinach wieczornych. Wtedy by miasteczko akademickie miało szanse żyć kulturalnie. Studenci "humanistyczni" i ""artystyczni" spotykali by się w działaniu i w przestrzeni publicznej z przyrodnikami i studentami kierunków technicznych. Uczyliby się wzajemnie nie tyle na wykładach, co we wspólnym działaniu. To zwykłe nauczanie problemowe (PBL), do którego staramy się mocniej włączyć. I w końcu brakuje w Kortowie pokoi socjalnych dla studentów: ze stolikiem, czajnikiem itd. Gdzie mogliby spotykać się miedzy zajęciami na własnej herbatce i kawie. Teraz musza siedzieć na schodach.

Nie mnóżmy wykładów - stwarzajmy warunki. Trawa nie rośnie dlatego, że ją się ciągnie do góry za źdźbła, ale dlatego, że ma dobre warunki: światło z góry i żyzną glebę pod korzeniami.

Wyżej zamieszczam plakat, informujący o nowym kierunku na UWM - dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze - przykład, że można łączyć kształcenie humanistyczne z przyrodniczym. Nie trzeba odgórnie zmuszać i nakazywać.

środa, 22 stycznia 2014

Podobno kierunek zmian polskich uczelni jest znany. Podobno jest to poprawienie konkurencyjności polskich uczelni, podnoszenie jakości badań i oferty skierowanej do studentów. Pytanie co to znaczy np. poprawienie konkurencyjności, jak to zrobić? Oraz czy rzeczywiście to jest pożądany kierunek zmian.

Niżej fragment z rozmowy z Edwinem Bendykiem (publicysta tygodnika Polityka), jaką poprowadził Leszek Szmidtke – dziennikarz Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego oraz Radia Gdańsk.

"Leszek Szmidtke: Czy wiemy dokąd zmierzają polskie uczelnie?

Edwin Bendyk: Cele są wyznaczone. Pierwszym, bardzo ogólnym, jest poprawienie konkurencyjności polskiego szkolnictwa wyższego. W części naukowej chodzi o poprawienie jakości w sferze badań podstawowych oraz lepsze dopasowanie badań aplikacyjnych do potrzeb gospodarki. Kolejnym celem jest podniesienie jakości oferty dla studentów. Dotyczy to nie tylko Polaków, wśród których niż demograficzny jest coraz bardziej widoczny, ale także przyciągnięcie większej niż do tej pory liczby studentów z zagranicy. W każdym z wymienionych obszarów wchodzimy w konkurencję globalną, więc nasze uczelnie zostaną zbadane i umieszczone w rankingach.

(…) Zwiększenie konkurencyjności ma między innymi służyć zatrzymaniu naszych studentów. O nich starają się też zagraniczne uczelnie i coraz więcej osób korzysta z takich ofert. System boloński, mimo wielu wad, otworzył Europę przed naszymi studentami. Poza tym, wyjeżdżają zwykle najlepsi i często nie wracają do kraju. Z zagranicznymi studentami jest podobnie – zazwyczaj przyjeżdżają osoby ponadprzeciętne. One też mogą się później osiedlić w Polsce. Właśnie dlatego warto zwiększać liczbę studentów z innych krajów."

Wywiad ukazał się w numerze 4/2012 Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego pt. „Po co nam uczelnie"

źródło: http://www.edunews.pl/badania-i-debaty/wywiady/2130-edukacyjne-podrobki

Polskie uniwersytety na pewno się zmieniają, bo zmienia się świat wokół nas. Ale czy jesteśmy świadomi tych zmian i kierunku w którym przebiegają? I czy zmiany te dokonują się świadomie - to znaczy czy je planujemy i wdrażamy? Czy raczej dzieją się tak jakoś mimochodem?

Brak takich pytań i dyskusji powoduje, że na wielu polskich uczelniach panuje strach przed zwolnieniami, strach przed niżem demograficznym i niepewnością sytuacji. Mało jest prognoz i prób zrozumienia zachodzących zmian. Czy można oczekiwać sensownych działań, jeśli nie rozumie się świata wokół nas? Dominować może jałowa rywalizacja na punkty, rankingi, wzajemne eliminowanie "konkurencji" i strach przed zwolnieniami.

Sądzę, że większości zmian np. Krajowych Ram Kwalifikacji, parametryzacji czy zmian w zasadach awansu nie rozumie większość środowiska akademickiego. Jak można wprowadzać zmiany, gdy podmiot tych zmian nie bardzo rozumie po co i dlaczego? Chyba i w tym miejscu brakuje nawyków pracy zespołowej oraz przekonywania przed wydanie poleceń.

16:23, sczachor , UWM
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 stycznia 2014

Informacja genetyczna i informacja, dla której nośnikiem jest układ nerwowy, są do siebie podobne. I tu i tu odbywa się reprodukcja wiedzy czy informacji. Ale nie tylko tej poprawnej. I w DNA i w naszym mózgu powielane są błędy lub innowacje. Jak ocenić co jest szkodliwym błędem a co innowacyjną i korzystną "mutacją"?

W praktyce szkolnej na każdym szczeblu obserwować możemy replikowanie się kujoństwa. Bo preferujemy postawy i style uczenia się takie, jakie sami preferujemy, jakimi jesteśmy. Tak sam jak to, że lubimy najbardziej piosenki.... które już znamy. Kujoństwo samo z siebie nie zniknie.... a można sadzić że w kulturze korporacyjnej nawet rozkwita.

Samopowielanie się (międzypokoleniowe) uczenia się na pamięć… albo przebojowości albo kreatywności. Zorientowanie na cel i proces (zrozumieć) albo na formę (jak najdokładniej zapamiętać). Jak przerwać magiczny krąg stylu uczenia się na pamięć, przecież to zupełnie niefunkcjonalne? A przecież trwa...

Może wszystko zależy od środowiska? Zatem nie tylko nauczyciel czy podręcznik ale środowisko edukacyjne jest ważne.

niedziela, 29 grudnia 2013

Świąteczna podróż jest okazją do zakupu prasy, by poczytać w pociągu czy autobusie. Prenumeruję Świat Nauki i Wiedzę i Życie więc na półce z prasą szukałem czegoś innego. Zadziwiło mnie to, że jest kilka popularnonaukowych tytułów. Jeden z nich kupiłem, by szybko stwierdzić, że jest to popularnonaukowy tabloid: dużo ilustracji, mało treści. Nawet jeśli temat zaciekawi, to po kilku zdaniach się urywa, nie zaspokajając wiedzowo. Trzeba szukać gdzie indziej.

Czy popularnonaukowe tabloidy przyrodnicze są powodem do zmartwienia? Nie, jeśli pozostaną książki i czasopisma z obfitszą treścią; tak, jeśli zastąpią rzetelną i pełniejszą wiedzę. Na razie jest jedno i drugie. I w jakimś sensie cieszy to, że pojawia się rynek na tabloidy z treścią nie o VIP-ach i gwiazdeczkach serialowych, ale o wiedzy i odkryciach naukowych. Być może to znak, że rodzi się społeczeństwo wiedzy. Z drugiej zaś strony studenci czasem przenoszą tę staboidyzowaną wiedzę na zajęcia uniwersyteckie. Nic złego w sensacyjnym stylu, problem pojawia się wtedy, gdy na tych zdawkowych informacjach poprzestają i nie szukają samodzielnie dalej i pełniej. Tabloid to niedosyt i tylko liźnięcie tematu. Trzeba więc nauczyć samodzielnego zgłębiania i rozszerzania wiedzy.

Zbliża się ogólnopolska Noc Biologów. Jeszcze jeden piknik i festiwal popularnonaukowy, odpowiadający na rosnące potrzeby społeczne: ludzie chcą wiedzieć o świecie coraz więcej i szukają atrakcyjnych form. Szkoła utraciła monopol na wiedzę, konkurując już nie tylko z prasą czy telewizją i internetem, ale i z innymi przedsięwzięciami pozaszkolnymi. Festiwale nauki nie zastąpią szkoły - one mogą szkołę wspierać i uzupełniać. 

Czy taka Noc Biologów jest tabloidem nauki? Raczej nie. Noc Biologów, pośród innych tego typu przedsięwzięć, wskazuje na głębokie zmiany, dokonujące się w edukacji. Tradycyjna szkoła potrzebuje wsparcia.

Uniwersytet, tak jak szkoła, stracił monopol na wiedzę. Dlatego tradycyjne wykłady, podające (przekazujące) wiedzę tracą coraz bardziej swój pierwotny sens. Wiedzę coraz łatwiej uzyskać poza murami szkolnymi... i uniwersyteckimi (w "chmurze" i w dowolnym miejscu z "zasięgiem"). Dlatego szkoła, także ta wyższa, musi się gruntownie zmieniać.

„Szkoła straciła bowiem monopol na przekazywanie wiedzy. Zdaniem dr Małgorzaty Sieńczewskiej z UW większość polskich nauczycieli zdaje sobie sprawę, że ich rola się zmienia. -Nauczyciel staje się przewodnikiem, mentorem, który wskazuje uczniowi drogę, odkrywa i pomaga rozwijać jego zdolności. Ma porządkować wiedzę, którą dziecko już przynosi do szkoły z domu, podwórka czy wirtualnej rzeczywistości. By to zadziałało, potrzebna jest realna współpraca nauczyciela, rodzica i ucznia - zaznacza Sieńczewska.” (czytaj cały artykuł)

No właśnie, już nie profesor wszystko wiedzący, krynica wiedzy, ale raczej przewodnik, bardziej doświadczony kolega w dociekaniach naukowych. W jakim sensie będzie to powrót do uniwersyteckich korzeni. Bo przecież w wieku XXI, w społeczeństwie wiedzy i koszmarnie szybko zmieniającym się świecie, wartością nie są same informacje i fakty, ale metoda dochodzenia do tych faktów i samodzielne, krytyczne myślenie. Ważna jest więc samodzielność intelektualna i kreatywność. I do tego zadania muszą się zmieniać polskie uniwersytety – tak jak te na całym świecie. Było by dobrze, abyśmy w tym procesie nie byli zaściankowymi i skansenowymi maruderami.

W cytowanym już artykule można wyczytać w kontekście szkoły: „Nauczyciele, wystraszeni nadzorem, który wymaga tylko wyników, zamiast inspirować uczniów, uczą ich pod testy, zasłaniając się podstawą programową, bo inaczej stracą pracę.” A my, na uniwesytetach, zapadając na cytozę, impaktozę i rankingozę, też nie inspirujemy tylko na wszystko zbieramy papiery, raporty, ewaluacje (udokumentowanie działań ważniejsze niż ich długofalowy efekt). Robimy dydaktykę pod sylabusy, pod testy i wyniki, pod pracodawców…. Jak w wyścigu szczurów w typowej korporacji. Coraz bardziej liczą się wskaźniki, a nie ludzie.

„Jak ma zatem wyglądać szkoła przyszłości? - Nikt tego nie wie. Wiemy tylko, że musimy uczyć, jak korzystać z wiedzy. Tylko jaki jej kanon musi się znaleźć w głowie, a jaki w chmurze informatycznej? Czy muszę wiedzieć, ile wynosi elektroujemność chloru?" Czytaj więcej Dlatego filmiki typu „Matura to bzdura” same są bzdurą – sprawdzają wyrywkowo wiedzę. Niby ośmieszają, że ktoś jakieś podstawy nie zna (przed kamerą, na ulicy i z zaskoczenia). A gdzie sprawdzanie współpracy czy kreatywności? Cieszą dobre wyniki w testach PISA, ale może same testy nie sprawdzają tego, co najistotniejsze?

Ja się uczę obsługi nowego elektronicznego gadżetu (bo jak nauczyć studentów edukacji ustawicznej samemu tego nie doświadczając?). Od św. Mikołaja dostałem tablet i uczę się pracy chmurze… oraz mobilnego internetu. Uczę się, aby zrozumieć współczesny świat i współczesnych studentów. Przy okazji okazało się, że wcześniejsze zapisywanie danych „w chmurze” okazało się bardzo przydatne. Teraz trzeba robić kolejny krok dalej.

„Zniknie edukacja z podziałem na tradycyjne przedmioty, bo cywilizacyjny rozwój rozmywa ich dotychczasowe zakresy. Nauczanie myślenia, analizowania, wyciągania wniosków, korzystania z dostępnych zasobów wiedzy, a nie schematyczne jej wpajanie wymaga oderwania się od siatki przedmiotowej.” ( Czytaj więcej)

Od dawna to przeczuwam, dlatego poszukuję zupełnie nowych rozwiązań, koncentrując się na nauczaniu problemowym i interdyscyplinarnych pomysłach (tak jak ostatnio Dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze).

"Już Johann Pestalozzi, szwajcarski pedagog, z XVIII w., mówił, że trzeba uczyć dziecko, a nie uczyć przedmiotu- dodaje Łukasz Turski. - Ale także upominał się ów szwajcarski reformator o to, by nauczyciele byli najlepiej wykształconą profesją."

U nas zlikwidowano kształcenie nauczycielskie. Po powstaniu uniwersytetu i włączeniu Instytutu Biologii i Ochrony Środowiska dawnej Wyższej Szkoły Pedagogicznej do Wydziału Biologii Uniwersytety Warmińsko-Mazurskiego, specjalność nauczycielską na kierunku biologia zlikwidowano, dokształcanie nauczycielskie czyniąc płatnym kursem uzupełniającym. A więc każdy może być nauczycielem biologii czy przyrody: rolnik, zootechnik, weterynarz, technolog żywności, byleby ukończył kurs dodatkowy. Umiejętności pedagogiczne stały się marginalne. W rezultacie mamy biotechnologów i mikrobiologów a brakuje biologów, nie mówiąc już o nauczycielach.

„Oczyma wyobraźni widzę otwarte centra kształcenia, w których do 12., 13. roku życia przewodnicy dziecięcych grup, nieustannie mieszanych pod względem wieku i zainteresowań, rozbudzają w nich ciekawość poznawczą, motywują i zadziwiają otoczeniem.” (cały artykuł)

Noc Biologów i festiwale nauki są tylko namiastką (pierwszym krokiem), pokazują skalę potrzeb. Robimy to społecznie i od święta a nie na co dzień. Uniwersytet powinien się zasadniczo zmienić. Więcej Nocy Biologów i Dni Nauki, więcej obecności uczniów w uniwersyteckich laboratoriach i wspólnych poszukiwań. Potrzebne są centra edukacji (te duże i te małe, powiatowe i gminne), wspierające szkołę, takie jak Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. I role takich edukacyjnych centrów powinny przejmować uniwersytety. Coraz bardziej się otwierając na kształcenie ustawiczne i pozaformalne, poszukując coraz to nowych form upowszechniania wiedzy.

Dobra popularyzacja nie różni się od dobrej nauki (jedno i drugie jest upowszechnianiem wiedzy, dostosowując przekaz do odbiorcy a nie koncentrując się na sobie). Trafnie ujął to historyk, Norman Davies „Nigdy nie byłem zwolennikiem podziału na książki „popularne” i książki „naukowe”. Istnieją książki popularne oparte na solidnej wiedzy naukowej, ale są tez książki naukowe, które – gdyby je umiejętnie napisać i dobrze skonstruować – mogłyby trafić do kategorii „popularne”.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9