Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Wielcy ludzie nie umierają całkiem, wspomnienie o Profesorze Bartoszewskim

sczachor

bartoszewskiWielcy i dobrzy ludzie nie umierają całkiem. Dużo po nich zostaje. A najtrwalej zapisane są treści... w ludzkich sercach. Nie w internecie, nie na papierze ani nawet nie w kamieniu, ale właśnie w ludzkich sercach. A Pan Profesor Władysław Bartoszewskich mocno się wpisał w naszych sercach. Widać to po ilości wpisów w internecie, wspomnień, komentarzy. Ta śmierć nas poruszyła. Umarł "w biegu", tak jak chciał. Ale nie zamilkł. Bo teraz mówić będą jego zapisane słowa. I przykład, który nam dał.

Ciągle inspiruje. Tytułów zawodowych nie zdobył, ale przecież był Profesorem. Przez to co mówił, jak mówił i co robił. Wielkość nie wymaga potwierdzania papierkami. Tak jak Stefan Banach, który studiów nie skończył.... a uzyskał doktorat. Profesor czyli nauczyciel. Nauczyciel o dużym wpływie i sile moralnej. Jeszcze długo będzie nas nauczał.

A gdzieś na obrzeżach ten naszej żałoby wyjce wyją. No cóż, zło złem się obnaża, głupota głupotą tryska. Na jej tle dobro tym bardziej wyraziściej wygląda. Bo widać, że nie jest oczywiste, ze wymaga odwagi. Trudno być dobrym, ale na pewno warto. Nie opłaca się ale warto.

Kiedy odszedł nasz uroczy Pan Profesor, to przynajmniej książki pozostały. Wspominać przy książkach.... I naśladować. Bo dobro warto naśladować.

 

Pokusa narzucania własnych koncepcji - rzecz o coachingu

sczachor

„Pokusą nauczyciela jest narzucanie studentowi własnych koncepcji”

Paweł Taranczewski (Tygodnik Powszechny, 17/2015)

Niedawno odkryłem, że jestem coachem, a coaching jest mi bliski. To tak, jakbym odkrył, że mówię prozą, Nowe, modne słowa, stara rzecz. Ale czasem dawne prawdy wymagają odświeżenia nowymi słowami. By dobre wzorce wprowadzić na nowo do obiegu. By wydobyć z zapomnienia, to co obrosło kurzem rutyny i wypaczenia.

puzle_pedagogicaJak wyczytałem coachng jest nowym trendem. Bardzo ostatnio modnym. Mniej chętnie chcemy zostać nauczycielami, mentorami, tutorami czy profesorami, o wiele bardziej chcemy być coachami. Coaching, wymyślony przez trenera sportowego, zadomowił się w praktyce nawet akademickiej. Jest swoistą pedagogika praktyki, działania. Jest próbą odkrywania świata przez działanie a nie akademickie zgłębianie teorii. Coaching to zadawanie pytań a nie dostarczanie rad i wydawanie poleceń. Być może nowe słowo pozwala uwolnić się od stereotypów nauczyciela, który uległ pokusie wydawania poleceń i kształtowania uczniów na własne podobieństwo (na szóstkę umie Pan Bóg, ja-nauczyciel na piątkę, a wy szarzy uczniowie co najwyżej na czwórkę, ja-nauczyciel jestem wzorcem z Sevres i miarą wszechrzeczy, matrycą-matką, i to z moją wiedzą należy porównywać wasze-studenckie wiadomości).

Coaching byłby więc pedagogiką dialogu. Zwłaszcza na uniwersytecie sensownym byłoby ukazywanie wiedzy w trakcie tworzenia, gdzie studenci są partnerami w poznawaniu i odkrywaniu. Wiedza jako proces a nie podawanie gotowych faktów, teorii, interpretacji do zapamiętania. A potem sprawdzanie, na ile wiernie zapamiętali, i ocenami korygować. Ocena byłaby więc miarą zgodności zapisu z taśmą-matką. Coaching byłby więc nastawieniem na motywowanie do działania. A skoro dialog to mniej lub bardziej świadome uznanie partnerstwa i wzajemnego szacunku. Niby coś nowego ale w gruncie powrót do średniowiecznej misji uniwersytetu, jako wspólnoty nauczających i nauczanych. Semantycznie tutor zmienia się w coacha.

Coaching w gruncie rzeczy jest stary jak stara jest pedagogika. Jest przecież nowym wcieleniem dla metody sokratejskiej. To filozofia traktowania drugiego człowieka jako podmiotu a nie przedmiotu. To ostatnie zbyt często spotykamy na polskich uniwersytetach, gdzie studenci, doktoranci, młodzi pracownicy naukowi traktowani są jak rzeczy, pomocne w zdobywaniu stopni i robieniu kariery. Namnożyło się promotorów pomocniczych, studiów doktoranckich (nie z potrzeby wzmacniania gospodarki ale z potrzeby ułatwiania własnego awansu, jak na taśmie produkcyjnej). Znużeni starymi, wypaczonymi podejściami, wraz z nowa nazwą chcemy zmienić podejście. I po raz któryś wrócić do źródeł.

Po maturze chciałem zostać nauczycielem. Był w tym nieodosobniony impuls judymowania, wywołany intelektualną i duchową odwilżą roku 1980. Iść i naprawiać świat gdzieś na głębokiej, zapomnianej prowincji. Chciałem być nauczycielem a naukowcem zostałem przypadkiem. W sumie to jestem nauczycielem, bo akademickim. A zainteresowanie edukacją pozaformalną nie jest więc przypadkowe,

Nauczyciel-komunikator to taki, który wydaje polecenia i sprawdza poprawność wykonania. Bez wątpienia uwiedziony władzą, jaką daje pozycja nauczyciela, jak i samouwielbieniem, by studentów kształtować na własne podobieństwo. Silna to pokusa.

„Jako belfer doświadczam pokusy formowania adeptów na swoje podobieństwo. Mój ojciec, który również był belfrem – uczył malarstwa w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych – mówił, ze nie należy wkładać paluchów w pąk, żeby si szybciej rozwinął. Trzeba uznać autonomię tego kwiatu – podlewać i obserwować, w jakim kierunku roślina rośnie – ewentualnie wtedy można ją podeprzeć.” (Paweł Taranczewski)

Bardziej mi odpowiada koncepcja nauczyciela-ignoranta, czyli takiego, który nie wie (lub udaje że nie wie) i chce wspólnie odkrywać. Niewiedzy na uniwersytecie nie trzeba udawać. Tyle jest rzeczy niezbadanych, że wystarczy skierować się ze studentami na te nowe lądy, nieodkryte, a nie uparcie dreptać w jednym miejscu. Trzeba odwagi by wyjść z dobrze poznanego terytorium (tu, gdzie wszystko wiem, i zanim studenci opanują to mam nad nimi dużą przewagę) na grunt niepewny i niezbadany. I być ignorantem by wspólnie i autentycznie poznawać.

Universitas dawniej, a teraz coaching to stawianie pytań i szukanie odpowiedzi. Wobec prawdy wszyscy jesteśmy jednakowo równi. W prawdziwej nauce nie ma autorytetów, hierarchii, dworskich orderów. Bo rzeczywistość weryfikujemy za pomocą faktów, argumentów. Trzeba więc umieć poznawać i wykonywać eksperymenty i trzeba umieć dyskutować, argumentować, przekonywać. I jednego i drugiego można nauczyć. Ale mniej przez wydawanie rad i poleceń, a bardziej przez autentyczne, prawdziwe, wspólne odkrywanie. Wtedy i nauczyciel-tutor-choach odczuwać będzie radość odkrycia, zrozumienia. Odczuwać emocje tak jak student. Nauka bez emocji nie jest piękna.

Tak sobie myślę, że w choachingu ważna jest empatia i dostrzeżenie złożoności świata. Że można do wiedzy dochodzić wielotorowo (a nie tylko wg jednego schematu, przećwiczonego przez nauczyciela) i jest wiele alternatywnych sposobów poznawania i celów.

Dlaczego nie jestem entuzjastą doceniania dydaktyki akademickiej ?

sczachor

013W systemie awansu zawodowego i stabilności pracy na uczelniach wyższych dydaktyka nie jest doceniania. Jest gdzieś na marginesie. Liczy się przede wszystkim aktywność publikacyjna… a jakość zajęć nie wzbudza zainteresowania. Są bo są, byleby były. A przecież uczelnie wyższe w dużym stopniu utrzymują się dzięki studentom. Teoretycznie powinno więc zależeć na jak najwyższej jakości pracy dydaktycznej, bo z niej bierze się zadowolenie i satysfakcja studentów, potem absolwentów. I jakość kapitału ludzkiego na rynku pracy. Liczne są głosy, że należy docenić jakość dydaktykę akademicką i odzwierciedlić w awansie zawodowym. Ja jednak jestem przeciw…. i zaraz wyjaśnię skąd takie przewrotne i kontrowersyjne i „nielogiczne” zdanie. Bo przecież zależy mi na jakości usług uniwersyteckich.

W zaganianym zawodowym życiu ciągle brakuje czasu na refleksję, na opowiedzenie wrażeń i na spokojne spisanie wszystkich przemyśleń. Na przykład pokonferencyjnych. Chwila wyrwana z wyścigu szczurów, więc spisuję. Niedawno byłem na III Ogólnopolskiej Konferencji Dydaktyki Akademickiej Ideatorium. W czasie debaty ekspercka pt. „Dydaktyka jako piąte koło u wozu? Systemowe rozwiązania na rzecz poprawy jakości dydaktyki akademickiej” padły bardzo ciekawe stwierdzenia. Wypowiedziane chyba (jeśli mnie pamięć nie myli) przez Jarosława Jendzę z Uniwersytet Gdańskiego. Panelista przewrotnie stwierdził, że nie są możliwe zmiany w systemie awansu akademickiego, bo do prawdziwych zmian potrzebne jest naruszenie obecnego systemu. Osobiście podejście systemowa bardzo mi odpowiada.

Dlaczego nie chciałbym, aby dydaktyka była doceniana? By chronić przed punktozą tę sferę życia akademickiego. Wyraźnie obserwujemy to w zakresie publikacji, zapatrzenie na punkty, punkty i jeszcze raz punkty. Owocuje to dopisywaniem się do publikacji (by wzajemnie pomagać sobie w uzyskiwaniu punktów, ważnych w karierze), rozdrabnianiem publikacji (by pomnożyć punkty, bo liczy się sztuką), fałszowania wyników, przedwczesnym publikowanie wyników. Duża część czasu i aktywności idzie w sprawozdawczość i wyszukiwania jak najowocniejszego liczenia owych punktów. Podobne trendy docierają i do aktywności dydaktycznej. Tak więc analogiczne docenienie dydaktyki spowoduje wzmożenie sprawozdawczości. Już teraz sylabusy, zestawienia itd. zajmują zbyt dużo czasu. A co będzie, gdy znajdzie się to w sferze zainteresowania wyścigu szczurów? Może więc niech lepiej dydaktyka zostanie polem na indywidualną charyzmę i zaangażowanie (wewnętrzne zmotywowanie a nie poganianie batem punktów). Bo przecie będziemy robili (ci co chcą) to samo a dojdzie jeszcze dodatkowa biurokratyczna sprawozdawczość i wyliczanie punktów….

Ale wróćmy do dyskusji ze wspomnianej konferencji. Prawdziwe zmiany nie są możliwe… jeśli nie zmieni się systemu. Wspomniany panelista wspomniał o trzech kulturach (wzorcach) uprawiania nauki. Pierwszy to kultura aureoli i prestiżu – nakierowanie na rozwój osobisty, potrzeba zdobywania uznania (publikacje, nagrody, dyplomy itd.). Ponieważ takie osoby zdobywają „punkty” to cenione są przez uczelnie. Druga to kultura umiłowania prawdy i jest nakierowana na odkrywanie, poświęcenie się poszukiwaniu czystej wiedzy. Osoby takie nie są zainteresowanie publikowaniem a odkrywaniem prawdy. Wiele wyników leży w szufladzie i czeka na ogłoszenie. Taki wzorzec mieści się w tradycji akademickiej. Trzeci wzorzec to kultura atrakcyjnego mówcy - lubi mówić i być słuchany. Przemawia na zebraniach, na wykładach, na konferencjach, w ciałach kolegialnych takich jak rady wydziału, senat uczelni, spotkania towarzystw naukowych, i oczekuje oklasków, podziwu, uznania.

Otóż te trzy wzorce to skoncentrowanie się na sobie. Dobrze oddaje funkcjonowanie człowieka w organizacji. Nazywane bywają ego-logiką. Dbanie o siebie. Dotychczasowe bibliometryczne i punktowe docenianie rozwoju takich wzorców owocuje punktozą i rozwijaniem postaw radzenia sobie w uniwersyteckiej korporacji. I wcale niekoniecznie przekłada się to na sukces samej instytucji. To ściganie się w liczbie i punktach z publikacji (prestiż), różnorodnych nagrodach i wyróżnieniach. Jeśli włączyć w ten wyścig i dydaktykę, to czy rzeczywiście podniesie się jakość? Raczej wątpliwe. A jeśli już to w stopniu minimalnym. Podniesie się w sprawozdawczości ale nie w rzeczywistości.

Jest jeszcze systemowo inny wzorzec. Eko-logika to skoncentrowanie na dobru wspólnym, na systemie, na ulepszaniu systemu, na wspólnotowości. Uniwersytet traktowany jest jako dobro wspólne, o które warto się troszczyć. Prymat wspólnoty nad dobrem własnym (czy to poszukiwaniu prestiżu, czy prawdy, czy atrakcyjnego mówcy). Prawdą jest również to, że nam Polakom ewidentnie brakuje umiejętności pracy zespołowej (eko-logicznej). Pracujemy w grupie ale nie zespołowo. W docenianiu dydaktyki należałoby przede wszystkim docenić eko-logiczne podejście (nie wyrywanie sobie zajęć ale skoncentrowanie się na studencie i efekcie finalnym). A to wymaga gruntownej zmiany systemowej. Czy na to jest gotowe środowisko akademickiej? Przecież nawet za bardzo nie dyskutuje w tym duchu.

W naszym życiu niestety dominuje ekonomia korporacyjna. I po co jeszcze zaśmiecać nią proces dydaktyczny? Lepiej pozostańmy „niedocenieni”. Przynajmniej mniej będzie zbędnej biurokracji. A proces edukacyjny nie jest łatwy do zmierzenia. Przecież wiele efektów jest długofalowych, widocznych dopiero po wielu latach. Jak to mierzyć? Teraz w bibliometrycznej ocenie wartości publikacji liczy się szybki efekt – publikowanie w punktowanym czasopiśmie i szybkie cytowanie. W wielu dyscyplinach publikacje szybko się starzeją, po 3-6 latach nikt już do takich publikacji nie zagląda i nie cytuje. Są jednak dyscypliny, w których mniej jest zaangażowanych pracowników i węższy front robót. W takich dyscyplinach prace (publikacje) czytane są i cytowane po 10-50 latach. W systemie punktowym są bezwartościowe, bo co komu po „puntach” jak już dawno wyrzucą go z pracy lub będzie na emeryturze? Rozliczani jesteśmy praktycznie co roku…. Przeniesienie tego wzorca na aktywność dydaktyczną przyniesie jedynie produkcję papierów i dużo pracy pozorowanej. Już teraz to widać. I jakby się nasilało…

Bez wewnętrznej motywacji system punktowy, zliczany co roku, niczego nie wniesie. Ludzie, zwłaszcza na uniwersytetach, nie są głupi. Dość szybko dostosowują się do każdego systemu oceny. Bo od tego zależy zatrudnienie i wysokość pensji. Tak jak w szkole uczymy się dla ocen. Nie dla siebie. W szkole dzieci pytają czy będzie za to piątka… my ile za to będzie punktów. Ego-logika. Dlaczego nie chciałbym, aby dydaktyka była doceniana? Bo bez zmiany systemu będzie to kolejna punktoza (skoncentrowanie na dokumentowaniu i starannym wyliczaniu aktywności na papierze). Biurokracja i robienie czegoś dla punktów przesłoni zasadniczą aktywność. A już teraz jesteśmy przepracowani i zatopieni w papierowej sprawozdawczości.

Trawa nie rośnie dlatego, że ją się ciągnie do góry za źdźbło, ale dlatego ze się podlewa i nawozi. Zatem bardziej istotne jest tworzenie warunków do rozwoju niż tworzenie kolejnych rankingów i korporacyjnego wyścigu szczurów. Dlatego potrzebna jest gruntowna zmiana systemu. Nie ma potrzeby wymyślania coraz to nowych sposobów ciągnięcia trawy do góry. Skoncentrujmy się na podlewaniu i nawożeniu. Czyli na tworzeniu warunków. Bez kształcenia wewnętrznie zmotywowanego człowieka stworzymy ego-logiczną, korporacyjną grupę ścigających się szczurów. I nawzajem podgryzających.

Zdjęcie ze strony http://www.ideatorium.ug.edu.pl.

Dlaczego warto jeździć na konferencje naukowe ?

sczachor

t_zdjecie_rodzinne_ideatorium_2015

Czy warto jeździć na konferencje naukowe? Przecież w zasadzie nie liczy się to do dorobku naukowego i awansu zawodowego, na dodatek można zapoznać się z faktami i odkryciami naukowymi w formie publikacji nie ruszając się z miejsca. Czasem nawet można wykłady konferencyjne obejrzeć w internecie (na żywo lub archiwalne filmy). Więc po co jeździć i tracić czas na podróże? Bo można przecież wszystko samemu wyszukać i w ciszy wysłuchać? Na dodatek na konferencji nasze zainteresowanie wzbudza jedynie mniejsza lub większe część referatów czy posterów. Na części się nudzimy.

Warto, ale nie dla punktów lecz po emocjonalne wzmocnienie motywacji do pracy i po inspiracje. Liczy się bezpośredni kontakt. A to oznacza szybką interakcję. Poza przekazem informacji odbieramy emocje i język ciała. A więc mamy możliwość oceniania wiarygodności wypowiedzi. To zwiększa nasze zaufanie (lub odwrotnie, wiemy że coś jest mało sensowne, że jest sztuczne i puste intelektualnie). Dzięki emocjom więcej zapamiętujemy. Emocje są na dodatek zaraźliwe. W czasie dyskusji powstaje swoista wartość dodana (Ludwik Fleck nazywał to kolektywami naukowymi), której w publikacjach nie od razu znajdziemy.

Konferencje to nie tylko sesje referatowe i wykładowe czy sesje posterowe. To także liczne okazje do bezpośrednich, kameralnych rozmów kuluarowych. W mniejszej grupie śmielej się wypowiadamy, duża publiczność o wiele bardziej stresuje i obawiamy się takich dyskusji. W spotkaniach nieformalnych wypowiedzi nie muszą być starannie uporządkowane i dopracowane. Mogą być niedokończone, rodzące się, krzepnące w wymianie zdań. Tak powstają pomysły wspólnych badań, wspólnych publikacji i nowych inspiracji. Później łatwiej o wymianę zdań, już w formie listów, e-maili itd. Pierwszy krok został wykonany. Lub ponownie wzmocniony, odnowiony.

Mimo powszechnego dostępu do coraz liczniejszych publikacji, mimo internetu i łatwego dostępu do rosnącego repozytorium wiedzy, mimo kontaktów z wykorzystaniem poczty elektronicznej, wideo-chatów, telekonferencji, pełni komunikacji w bezpośrednich spotkania nic nie zastąpi. Dlatego konferencje będą się odbywały i warto jeździć nawet daleko, gdzie w jednym miejscu zbiera się grupa specjalistów lub osób zainteresowanych wybranym tematem. Na konferencji spotyka się w jednym miejscu „rozproszone plemię” by zobaczyć „ilu nas jest”. To motywuje i inspiruje. Jest jak ładowanie akumulatorów.

Publikacje drukowane na papierze, jako rozwinięcie listów drukowanych w prasie, uzupełniały jedynie wielowiekową tradycję bezpośrednich rozmów. Komunikacja internetowa udoskonaliła i przyspieszyła kontakty między naukowcami. Bezpośrednie rozmowy są jednak czymś więcej. I dlatego będą miały swoje ważne miejsce w świecie akademickim dnia codziennego.

Z perspektywy studenta warto chodzić na wykłady uniwersyteckie. Mimo, że można samemu znaleźć w książkach i publikacjach (zajmie to więcej czasu). Na wykładach uzyskujemy nie tylko informacje, ale i wiedzę o wiarygodności, emocje, motywacje do pracy, zrozumienie. Pomijając fakt, że bywają wykłady nudne, jałowe, bezbarwne. Ale tak samo jest z publikacjami i książkami, nie wszystkie są warte przeczytania od deski do deski.

W kwietniu byłem na III Ogólnopolskiej Konferencji Dydaktyki Akademickiej Ideatorium (więcej o konferencji na stronie: http://www.ideatorium.ug.edu.pl), zorganizowanej przez Wydział Biologii Uniwersytetu Gdańskiego. W dwudniowych obradach wzięło udział ponad 120 nauczycieli akademickich z całej Polski. Przedstawiono 23 wystąpienia ideatoryjne (krótkie referaty), dwa wykłady plenarne oraz 25 posterów. Odbyły się także dwie debaty eksperckie. I były rozmowy kuluarowe, w przerwach, na spotkaniu przy ognisku, przy kawie i nawet w podróży.

Z konferencji przywiozłem sporo inspiracji. Niektóre zwiędną zanim zaistnieją, bo zabraknie motywacji, czasu lub kolejnego wzmocnienia. Inne powoli będą dojrzewały. Głównym zyskiem było naoczne przekonanie się, że jest wielu pracowników akademickich myślących podobnie o solidności dydaktyki akademickiej. Ludzi, którym się chce poszukiwać, starać, eksperymentować. To wyzwala z poczucia osamotnienia. Motywuje. Pojawia się oczywiście pytanie gdzie i jak kontynuować w Olsztynie dyskusję o doskonaleniu dydaktyki akademickiej? Może w formule kawiarni naukowej? Jechać daleko… by zainspirować się do spotkań na miejscu…. Właśnie po to warto jeździć na konferencje. By pozornie znaleźć daleko to, co jest pod ręka na miejscu.

Jednym z miłych zaskoczeń było to, że spotkałem aż 4 osoby z Olsztyna, z innych wydziałów. Trzeba jechać za siódmą rzekę (gór po drodze nie było)… by ze sobą się spotkać. W Olsztynie nie było okazji i sposobności. Aż dopiero w Gdańsku. Wybrać się do innego miasta się spotkać i zarazić pomysłami. Przedyskutować grywalizację i gry planszowe, wykorzystywane w pracy ze studentami. Może więc wyjazd zaowocuje dalszymi spotkaniami na miejscu.

U góry zdjęcie z konferencji w Gdańsku, pobrane ze strony organizatorów.

Noc Biologów na Dzień Ziemi

sczachor

kotlogo21Tradycyjnie 22. kwietnia obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Ziemi. Tak się dobrze składa, że tego dnia ukaże się wkładka w Gazecie Olsztyńskiej, poświęcona Nocy Biologów 2015. Co ma piernik do wiatraka? Z pozoru niewiele, ale jednak coś ma. Wspominamy Noc Biologów i przy okazji dziękujemy Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego za udzielone wsparcie finansowe. Wkładka będzie relacją z Nocy Biologów 2015, która odbyła się w Olsztynie 9. stycznia. Ale w tle głównym motywem będzie edukacja pozaformalna (czytaj więcej o uniwersyteckiej edukacji pozaformalnej).

Dlaczego uniwersytet, a w tym przypadku Wydział Biologii i Biotechnologii, miałby się zajmować jakąś edukacją poza murami czyli edukacją pozaformalna? Po to, by pomóc zrozumieć świat i przyrodę. Biologia jest tylko jednym z elementów. Bez zrozumienia nie potrafimy adekwatnie działać. Wiedzieć, zrozumieć, działać. Na co dzień. Działanie to umiejętność zastosowania wiedzy w praktyce. Nie tylko coś wiedzieć (informacje), nie tylko rozumieć (znać prawa przyrody) ale umieć je zastosować w praktyce. Także by uniknąć lokalnej czy globalnej katastrofy.

Dzień Ziemi to okazja by przypomnieć, że nie bardzo wiemy, nie bardzo rozumiemy funkcjonowanie przyrody a tym bardziej nie potrafimy racjonalnie i sensownie działać. Zwłaszcza nie potrafimy wspólnie, zespołowo i interdyscyplinarnie współdziałać. W różnej skali, tej indywidualnej jak i tej krajowej, międzynarodowej.

Wiedza się szybko zmienia, potrzebne jest więc uzupełniające kształcenie… nieformalne i pozaformalne, bez chodzenia z tornistrem do szkoły, ale za to ustawiczne, czyli przez całe życie. Uczenie się jest przyjemne…. Tylko czasem o tym zapominany. Noc Biologów to uczenie się w małych porcjach z elementami zabawy, szerokich kręgów społeczeństwa i z wykorzystaniem współpracy  np. z mediami. Być jak dziecko i odkryć radość z odkrywania. Warto to sobie przypomnieć, by organizować podobne przedsięwzięcia przez cały rok.

W dniu 9 stycznia 2015 r. w Olsztynie odbyła się już czwarta edycja ogólnopolskiej Nocy Biologów. Podobnie jak w ubiegłym roku przedsięwzięcie sfinansowane zostało z dotacji Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz ze środków Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.

Zaplanowano blisko 100 propozycji różnych wykładów, pokazów, wystaw, wycieczek, laboratoriów, dyskusji. Olsztyńska Noc zaczęła się nietypowo o poranku, bo już o 8.30. Oficjalne i uroczyste otwarcie nastąpiło o godz. 11.00. Całość zakończyła się około godziny godz. 22. W Nocy Biologów bezpośredni udział wzięło szacunkowo ponad 500 osób, (głównie uczniowie) - zapewne trochę więcej, bo studenci odnotowywali tylko grupy zorganizowane w Collegium Biologiae. Nie wszystko dało się dobrze policzyć - przecież buchalteria nie była najważniejszym cele!  Odwiedzający Noc Biologów przyjechali m.in. z następujących miejscowości: Olsztyn, Lidzbark Warmiński, Iława, Nidzica, Pisz, Ostróda, Elbląg, Czerwonka, Lamkowo, Mława, Ostrołęka. Zatem zarówno z odległych miast jak i małych miejscowości oraz z woj. mazowieckiego.

Z przekazem edukacyjnym przez media  dotarliśmy ( i docieramy!) do co najmniej 1,5 mln odbiorców. Elementy edukacyjne ukazywały się w ciągu całego miesiąca. A teraz, z okazji Dnia Ziemi przypominamy... fascynacje poznawania tajników życia, w skali mikro i w skali ekosystemów.  Dlaczego Noc Biologów zaczęła się o poranku? Bo zimą noc jest długa i trwa kilkanaście godzin. Noc Biologów też trwa długo - kilkanaście godzin (a wydłużony efekt edukacyjny przynajmniej kilka miesięcy!). A zaczęła się o poranku, aby umożliwić udział młodzieży szkolnej w zorganizowanych grupach. To odpowiedź na ogromne zapotrzebowanie na edukację pozaformalną (poza murami szkoły). Nie mamy jeszcze olsztyńskiego Centrum Nauki (tak jak CN Kopernik w Warszawie), uniwersytet wypełnia tę pustkę piknikami naukowymi (Noc Biologów, Olsztyńskie Dni nauki itd.).

Kształcenie ustawiczne i pozaformalne jest znakiem czasu i mieści się w misji Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. W Nocy Biologów nie chodzi tylko o efektowne wybuchy i naukowe show. Zachwyt i zadziwienie, swoista rozrywka naukowa, jest jedynie wstępem do zachwytu nad światem i zachętą do zgłębiania wiedzy. Na poznawanie nigdy nie jest ani za wcześnie ani za późno. Zapraszamy więc wszystkich, niezależnie od wieku i wykształcenia... w kolejnym roku i na różne przedsięwzięcia edukacyjne przez cały rok (zbliża się Dzień Fascynujących Roślin, jeździmy z wykładami w ramach akcji "wypożycz sobie naukowca" itd.). Każdy znajdzie coś dla siebie. I znajdzie okazję na bliski kontakt z naukami biologicznymi oraz z naukowcami. W czasie styczniowej Nocy Biologów była niepowtarzalna okazja zwiedzić laboratoria i poznać codzienną pracę naukowców z UWM w Olsztynie, w szczególności z Wydziału Biologii i Biotechnologii. Nic nie stoi na przeszkodzie by indywidualnie szukać wstępu do laboratoriiów w każdym innym terminie i porze roku.

W roku 2015 w czasie Nocy Biologów położyliśmy nacisk na usługi ekosystemowe oraz rożne formy terapii z wykorzystaniem metod biologicznych. Jednym z celów akcji było zaszczepienie przekonania o kluczowej roli nauk przyrodniczych w egzystencji populacji ludzkiej na Ziemi a także znaczenie biogospodarki w rozwoju regionalnym w północno-wschodniej Polsce. Tu związek z Dniem Ziemi jest bardzo wyraxny i oczywisty.

Biologia zachwyca. Biologia to nauka o życiu. Biologia rozwiązuje wiele ważnych problemów współczesnego świata. Zmienia nie tylko filozofię i codzienne dyskusje w mediach, ale wpływa także na rozwój ekonomiczny i gospodarkę opartą na innowacji. Biolodzy to nie tylko siwiejący dziadkowie, biegający po łące z siatką na motyle. Biolodzy to naukowcy, pracujący w nowoczesnych laboratoriach i rozwiązujące różnorodne problemy. Biologią stosowaną jest np. biotechnologia, inżynieria środowiskowa. Z odkryć biologicznych czerpie rolnictwo, medycyna, kosmetologia, ochrona przyrody, leśnictwo czy nawet coraz dynamiczniej rozwijająca się biogospodarka. Surowcem dla biogospodarki jest różnorodność biologiczna i kapitał ludzki. Zobaczmy więc co u siebie, w regionie mamy, i czy warto na tym budować przyszłość.

Początek XXI wieku przynosi wiele niezwykłych odkryć biologicznych, znacząco wywracających dotychczasowa wiedzę podręcznikową. Kontynuuje się poznawanie genomów wielu organizmów, w tym człowieka. Na coraz szerszą skalę są uprawiane rośliny modyfikowane genetycznie a wykorzystanie innych grup istot żywych jako GMO jest coraz większe w różnych dziedzinach życia. Trwa spór o globalne zmiany klimatyczne, skalę wpływy zmian antropogenicznych na to ocieplenie oraz o wpływ tych zmian na różnorodność biologiczną. ONZ ogłosiło Dekadę Bioróżnorodności (2011-2020). Tworzone i rozwijane są różnorodne banki genów, w tym w formie sadów i ogrodów. Rozwijane są nowe metody leczenia ludzi. Ogrody zdrowia to nie tylko estetyka ale i terapia. Pojawienie się nowych chorób, groźnych dla człowieka, wyzwoliło lawinowy rozwój nauk biomedycznych. Wyzwaniem staje się dalszy rozwój cywilizacyjny w zgodzie z możliwościami środowiska. Wiele wskazuje na to, że XXI stulecie będzie wiekiem biologii (od filozofii po gospodarkę). Trudno się więc dziwić, że ta fascynująca dziedzina nauki przyciąga rzesze chętnych do zgłębiania jej tajemnic, zarówno w formie studiów jak i kształcenia ustawicznego czy pozaformalnego.

W tę jedną noc – Noc Biologów – naukowcem mógł być każdy. Ale nie ograniczamy się tylko do jednej Nocy w roku. Edukację pozaformalną i nieformalną, we współpracę z różnymi pozauniwersyteckimi partnerami, realizujemy przez cały rok w różnych formach. A zawsze się znajdzie jakaś okazja, np. międzynarodowy Dzień Ziemi. To akurat 22 kwietnia.

 

Poziomkowa Krasna Pani z Puszczy Białowieskiej

sczachor

krasopanigasienicaPrzeglądając zdjęcia z Puszczy Białowieskiej, wykonane kilka lat temu, natknąłem się i na tę śliczną gąsienicę. To krasopani poziomkówka. Zatem krasna czyli piękna pani. Bo zaiste motyl dorosły jest piękny, zwłaszcza jak rozpostrze skrzydła. Wtedy widać nie tylko dostojny rysunek czarnych, z białymi i żółtymi plamkami, skrzydeł, ale i drugą parę, przepięknie czerwoną i z czarnymi plamkami na brzegach. Krasny to zarazem i piękny i czerwony. Motyl jest tak urokliwy, że już malowałem go na butelkach (zdjęcie niżej). Ale jak widać na wyżej załączonym zdjęciu gąsienica (czyli larwa) też jest prześlicznej urody. Motyl średniej wielkości, rozpiętość skrzydeł 4,8-5,4 cm. W Polsce spotykany na terenie całego kraju ale lokalnie.

Krasopani poziomkówka może być uznana za gatunek charakterystyczny (w sensie dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego) dla naszego regionu. Po pierwsze ma rozmieszczenie europejskie, po drugie preferuje lasy i tereny podmokłe. Jest więc w jakimś sensie wspomnieniem dawnej puszczy Prusów ora mocno uwodnionego Pojezierza mazurskiego. A poza tym jest piękna i zmienna w ubarwieniu, przez co symbolicznie nawiązuje do naszej warmińsko-mazurskiej wielokulturowości.

Gatunek występuje w dwu zasadniczych odmianach barwnych, najczęściej spotykamy okazy typowe z czerwonym zabarwieniem skrzydeł drugiej pary. Ale występują też takie z żółto zabarwionymi. Ta forma jest rzadsza i nazywana flava. Zmienny jest także układ plam i połysk skrzydła – może być zielonkawy, niebieskawy lub fioletowy. Zwiększa to jeszcze zróżnicowanie w ubarwieniu. Niektórzy entomolodzy na podstawie zmienności ubarwienia wyróżniają podgatunki, np. Panaxia dominula pompalis występuje w dolinach alpejskich otwartych na południe.

Dorosłe motyle pojawiają się w połowie czerwca i obserwować można je jeszcze przez cały lipiec. Niby ćma ale aktywna za dnia. Spotkać je można w pobliżu zbiorników wodnych. Loty godowe samców odbywają się w słoneczne dni przy ciepłej i bezwietrznej pogodzie. Występuje jedno pokolenie w roku. Gąsienice pojawiają się już w sierpniu. Zimują i obserwować można je do końca maja. Mnie się udało zrobić zdjęcie w kwietniu, w Puszczy Białowieskiej, kilka lat temu. Przepoczwarczenie odbywa się na ziemi. Poczwarka jest czarna (od czarnego do czerwono-czarnego ubarwienia) z luźnym, białawym oprzędem.

Motyle są płochliwe i nie łatwo je zaobserwować. Aktywne są zarówno w dzień jak i w nocy (przylatują do światła). Najłatwiej zobaczyć tego ślicznego motyla, gdy idąc przez las przypadkowo wypłoszymy go z roślinności, w której się skrywa. O tej porze roku to tylko larwy spotkać można. Trudniej je wypatrzyć ale nie są tak płochliwe i nie potrafią szybko uciec. Łatwiej więc zrobić zdjęcie. Dorosłe motyle (a w zasadzie ćmy, bo zaliczane są do motyli nocnych) latają w ciągu dnia, gdy świeci słońce, głównie późnym popołudniem, szukając kwiatów, a w nocy przylatują do światła jak na ćmy przystało.

Krasopani poziomkówka (Callimorpha dominula synonim Panaxia dominula) znana jest także pod nazwami: niedźwiedziówka krasopani, krasa, moźnica (te dwie ostatnie to nazwy używane w XIX w.). Krasopani poziomkówka to motyl z rodziny niedźwiedziówkowatych (Arctidae). Nazwa rodziny wzięła się zapewne od mocno owłosionych gąsienic. Poziomkowa Krasna Pani (że ją tak poetycko nazwę) spotykana jest w miejscach wilgotnych, w podmokłych lasach, nad strumieniami, na polanach z jeżynami i pokrzywami. Preferuje więc siedliska ciepłe, wilgotne i prześwietlone (m.in. lasy łęgowe i olsy). Gatunek spotykany lokalnie, w miejscach występowania często liczny. W górach występuje do wysokości 2 500 m. Występuje w całej Europie, aż po Kaukaz, ale rozmieszczenie ma wyspowe i rozproszone. Nie występuje w Irlandii, Szkocji i Holandii. Miejscami występuje pospolicie i licznie, w innych rzadko i nielicznie.

W młodości, czyli w stadium gąsienicy, krasopani poziomkówka odżywia się roślinami runa, są polifagami. Gąsienice spotkać można na pokrzywie, roślinach z rodziny wargowatych (np. na jasnocie), niezapominajce, jaskrze, poziomkach a także na krzewach maliny i wiciokrzewie.

Dorosłe, mają dobrze rozwinięte narządy gębowe (co odróżnia je od większości innych niedźwiedziówek, u których ssawka jest zredukowana), służące do pobierania nektaru. Na kwiatach siada by spijać nektar, natomiast na wilgotnej ziemi by napić się wody. Ani z butelki plastikowe, ani z kranu. Tak po prostu, jak nasi przodkowie, prosto z ziemi.

krasopanibutelka

Źródła:

  • Heiko Bellmann „Owady”, Multico, Warszawa 2007.
  • Jarosław Buszko „Atlas motyli Polski. Cześć II. Prządki, zawisaki, niedźwiedziówki.” Warszawa 1997.
  • Jerzy Heintze „Motyle Polski, atlas część pierwsza”, WSiP, Warszawa 1990.
  • Ivo Novak „Motyle”, Warszawa
  • Erazm Majewski, „Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich”, 1894 r.
  • Helgard Reichholf-Riehm, „Motyle” (seria leksykon przyrodniczy), GeoCenter, Warszawa 1996.
  • Jiri Zahradnik „Przewodnik Owady”, Warszawa 1996.

Woda z kranu w restauracji

sczachor

kranowafrancja

Wody pitnej zaczyna brakować w coraz większej liczbie regionów świata. Ostatnio w Kalifornii, po czteroletniej suszy, wprowadzono ograniczenie zużycia wody w gospodarstwach domowych. Bo gdy jest susza to czy ma sens podlewanie trawników i napełnianie basenów wodą wodociągową? A u nas, w Olsztynie toalety spłukujemy wodą mineralną. Zadziwiająca rozrzutność (a już w wielu miejscach obniżył się poziom wód gruntowych z negatywnymi skutkami dla rolnictwa i przyrody). Dla odmiany do picia przywozimy wodę w butelkach plastikowych, czasem z bardzo daleka, z gór. Z plastykowych butelek do wody mogą przedostawać się bisfenole. No i znacznie ważniejsze jest zużywanie paliw kopalnych na wożenie tego, co mamy na miejscu. Większa emisja spalin to także produkcja gazów cieplarnianych a więc przykłydanie ręki do ocieplenia klimatu. Z coraz bardziej odczuwalnymi skutkami.

W wielu miejsca można dostać wodę za darmo do picia. Dobre wzory warto naśladować. Przy studniach w Rumunii, w restauracjach we Francji (tak jak na powyższym zdjęciu, oberża w małej farmie), Hiszpanii. I u nas ta moda na bezpłatną wodę z kranu powoli się upowszechnia. W Olsztynie już w dwóch restauracjach serwują znakomitą kranówkę:

  • Prosta 38 Restaurant (Prosta 38),
  • Restauracja Cudne Manowce (Chrobrego 4).

Osobiście cieszę się z tego drobnego sukcesu, bo okazuje się, że mówienie o wodzie i możliwości darmowej wody z kranu przynosi efekty. Piszę znowu, bo liczę na jeszcze więcej. Nawet jedna osoba może coś zrobić (wpływać na rzeczywistość).

Aby to jeszcze wzmocnić przyłączyłem się do ogólnopolskiej akcji lansowania mody na wodę z kranu. http://pijewodezkranu.org/ Każdy znas coś może zrobić, bo zmienianie świata najlepiej zaczynać od siebie samego. Zatem do dzieła, pijmy na zdrowie. Wodę z kranu.

 wodazkranu1

Jak to z rymem do wiosny było?

sczachor

DSCN4341Każdy pretekst jest dobry by  podyskutować o potrzebie zmian w edukacji na każdym szczeblu. Zmian na lepsze. Wczoraj ponarzekałem (Zadanie dla sześciolatka, z którym profesor biologii poradzić sobie nie może), ale wyszło coś dobrego i pozytywnie pouczającego (przynajmniej dla mnie). Wszystko na dobre można zamienić. Nawet błędy. Do tego jeszcze wrócę.

Poprosiłem studentów o podanie rozwiązania dla błędnie opisanego ćwiczenia w zeszycie do ćwiczeń dla pierwszej klasy podstawowej. I z tej studenckiej dyskusji wyniknęło coś sympatycznego i pozytywnego. Coś sobie uświadomiłem. Moje poszukiwanie opierało się na poszukiwaniu sensu biologicznego, jakiejś logiki, spójności merytorycznej. Podobnie poszukiwali niektórzy studenci i też rozważali czy sosnowa igła to liść czy nie liść w sensie botanicznym. Ale szybko przystali w dyskusji na popularne rozróżnienie na liście i szpilki drzew iglastych. Analizowali siedlisko życia zięby oraz drzew jakie w tym siedlisku rosną, by na tej podstawie wywnioskować jaka odpowiedź byłaby najbardziej poprawna z biologicznego punktu widzenia. Oczywiście, oryginalne zadanie dotyczyło utrwalania literek i zmiękczeń, ale przecież świat jest całością. Spójną całością. Logika i prawa przyrody nie przestają obowiązywać na języku polskim (nauczaniu zintegrowanym)…. Zbyt wąskie kształcenie, swoiste klapki na oczach, powoduje tworzenie takich błędnych zapisów.

Młode pokolenie cyfrowych tubylców myśli inaczej (warto to ciągle sobie uświadamiać, w przeciwnym razie będziemy uważali studentów za leniwych i głupich, bo inaczej postępują niż sobie wyobrażamy, że powinni, czyli tak jak my). Kiedy proszę mojego syna o pomoc w różnych sprawach, czasem komputerowych, to mówi mi tak „skoro Ty masz problem, to najprawdopodobniej inni ludzie wcześniej też mieli ten problem i szukali rozwiązania. Możliwe, że to rozwiązanie już jest.” I googla lub szuka w specjalistycznych serwisach. Najczęściej ma racje. W zasadzie zawsze, tylko trzeba umiejętnie poszukać. Szybko udaje się znaleźć rozwiązanie. Warto korzystać z doświadczenia innych, a pokolenie cyfrowych tubylców nauczyło się sprawnie wyszukiwać informacje. My się gubimy.

I moi studenci też tak szukali. Po kilku minutach pojawiła się odpowiedź: „Odpowiedzią podobno ma być "topoli". Bo niby w jakiejś czytance powiązanej z tym zeszytem ćwiczeń jest tekst, w którym pojawia się zdanie "zrobiłem zdjęcie ziębie, która śpiewała na topoli". [źródło: http://zadane.pl/zadanie/9052129]". Czyli student zajrzał do odpowiednich serwisów z pomocami do zadań domowych, gdzie sobie uczniowie pomagają. Najzabawniejsze jest to, że było to zgłoszone jako zadanie do gimnazjum na język polski "Dokończ wierszyk; Kazio niesie Zuzi bazie. -To koniec zimy! - woła. Zięba śpiewa pieśń o wiośnie, zielenią się listki na... Potrzebne na dziś!”. Młode pokolenie w internecie uczy się współpracy i bezinteresownej pomocy innym. Nagrodą jest satysfakcja i wirtualny prestiż. Do takich zachować nawiązuje grywalizacja (gamifikacja), wprowadzana jako metoda do szkół i uniwersytetów.

Ale wrócimy do młodych ludzi rozwiązujących zadanie. W odpowiedzi było odwołanie się do czytanki z pierwszej klasy (w komplecie do zeszytu ćwiczeń,). Podano nawet numer strony (wyżej zdjęcie tej strony). Jeszcze zabawniejszy jest jeden z komentarzy (serwis uczniowskiej pomocy), że to proste i trzeba czytać ze zrozumieniem. Bo skoro w czytance jest o topoli… to listki zielenić się mogą tylko na topoli…. Ale moim zdaniem nie jest to uczenie się (czytanie) ze zrozumieniem, tylko na pamięć, ćwiczenie odtwórcze. I wprawa w odgadywaniu jaka odpowiedź jest pożądana (oczekiwana) przez nauczyciela. Weryfikuje się przez to, co powiedział nauczyciel lub jest w podręczniku, a nie przez eksperyment, falsyfikację, odwołanie do praw przyrody. Weryfikuje się czy uczeń "uważał" na lekcji a nie czy rozumie prawa przyrody w szerokim sensie.

Niemniej logika uzasadniania dla topoli (jako poprawnej odpowiedzi), wykorzystana przez studenta, była jak najbardziej poprawna i dobrze uzasadniona (dodatkowo poparta innymi informacjami i ilustracjami). Skoro w ministerialnej czytance jest topola, to w przygotowanym zeszycie do ćwiczeń powinna się pojawić. Był to sposób na odgadnięcia dlaczego autor ćwiczenia użył takich a nie innych słów. Czyli wyjaśnienie co być może "poeta" miał na myśli, pisząc takie polecenie dla pierwszoklasistów. Teza dobrze udokumentowana i uzasadniona.

Jeśli sprawdzamy wiedzę faktograficzną, to uczniowie i studenci szybko sobie z tym poradzą. Z wykorzystaniem internetu, nawet w telefonie komórkowym. Praktycznie sprawdzamy tylko umiejętność odszukiwania. I to jest cenna umiejętność, cenna kompetencja. Byle byśmy wiedzieli, że ćwiczymy zupełnie coś innego niż myślimy, że sprawdzamy. To nie studenci są głupi tylko nasze testy i egzaminy bywają głupie. Mimo zadęcia naukowością, przesyceniem trudnymi i specjalistycznymi słowami, czasem nic sensownego nie zawierają i niczego mądrego nie sprawdzają. Wspomniane testy i kolokwia.

I jeszcze jedna, dowcipna odpowiedź: „Zadzwoniłam do mojej mamy, która uczy akurat w 1 klasie, może coś zaradzi”. Dowcip i korzystanie z wiedzy innych ludzi, dostępnych w realu. Ten sposób myślenia jest charakterystyczny i dla mojego pokolenia. To już trzeci sposób, jedni biorą na logikę i szukają sensu, inni sprawdzają w internecie jak inni rozwiązali (bo po co odkrywać Amerykę na nowo), a jeszcze inni dzwonią do mamy. Ile ludzi tyle pomysłów.

Można na to spojrzeć inaczej. Każda odpowiedź jest ważna byle była dobrze uzasadniona. Wtedy uczymy myślenia, wiązanie faktów i wyszukiwania między nimi relacji, uczymy dyskusji i argumentowania. Może to trochę za ambitne na pierwszą klasę szkoły podstawowej, ale w starszych klasach i na studiach warto tego uczyć. Nie odtwarzania ale tworzenia, ćwiczenia w myśleniu i przekonywaniu. Szkoła polska (i w dużej części uniwersytety także) namiętnie uczy wiedzy odtwórczej: przekazuje informacje i odpytuje czy zostało należycie zapamiętane. Nie ważne czy jest sens i spójność. Ważne czy „było na wykładzie” „lub w podręczniku”. Nawet błędy można wykorzystać do tego by ćwiczyć uzasadnianie. Nie ważne jaka odpowiedź, ważne czy dobrze uzasadniona.

Kolejnym sposobem uzasaniania studentów biotechnologii było odwołanie… do literatury. Ktoś sobie przypomniał wierszyk i wskazał na dąb: Usiadła zięba na dębie:/„Na pewno dziś się przeziębię!/ Dostanę chrypki, być może,/ Głos jeszcze stracę, broń Boże,/ A koncert mam zamówiony/ W najbliższą środę u wrony. Argument równie dobry, bo przecież literacki a o naukę literek chodziło.  

I jeszcze inna argumentacja: „Może chodzi o klon? Ogólnie wierszyk przepełniony jest zmiękczeniami głoski ŹET ("Ź") co po zmiękczeniu daje Zi. A w wyrazie "klonie" mamy zmiękczenie głoski EŃ czyli "ni" .

I były też kreatywne, fantazyjne odpowiedzi, bazujące na dowcipie i wiedzy biologicznej, np. w formie rymowanego wierszyka (autor zeszytu do ćwiczeń mógłby się od studentów biotechnologii nauczyć pisania prostych, rymowanyych wierszyków) „Kazio taki roztargniony, chce się oświadczyć bo szuka żony. Bukietu róż z tego wszystkiego zapomniał i po bazie na brzeg szybciutko pognał. A zięba która na sośnie siedziała temu całemu cyrku podśpiewywała (...) Za nisko na sośnie siedziała, miauczenia kota nie usłyszała. Kocur był głodny, wysoko skakał i biedną ziębinę za ciałko złapał. I taki to koniec smutny ziębiny, za to Kazio był bardzo szczęśliwy! Zuzia buziaka na koniec mu dała, a sosna topolą się okazała."

Studenci znaleźli więcej rozwiązań i wiele ciekawszych uzasadnień niż ja. A najważniejsze, że potrafią budować fabułę. A to ważne do wygłaszania referatów tak, by być słuchanym.

Wszystko na dobre można zamienić. Nawet błędy. Swoje czy cudze. Nie bójmy się popełniać (lub wyszukiwać) błędów. Bo można je poprawić, bo świadczą o poszukiwaniu, uczeniu się. A straty czasu (gdy nie próbujemy) w żaden sposób nie odzyskamy. Maszyny czasu nikt jeszcze nie wynalazł.

Zadanie dla sześciolatka, z którym profesor biologii poradzić sobie nie może

sczachor

10687044_10205529265704381_2654434708872530704_n

W pośpiechu i z nastawieniem na wiedzę pamięciową różne dziwne rzeczy powstają. Wyżej przykład z zeszytu do ćwiczeń, pierwsza klasa szkoły podstawowej, poważne wydawnictwo. Żona poprosiła o pomoc "może Ty, jako biolog. powiesz jaka jest poprawna odpowiedź?". Spojrzałem i zbaraniałem. Uczciwie przyznaję, że nie wiem. A nauczyciel musi wiedzieć... lub udawać, że wie.

Wierszyk jakiś taki bez rytmu i rytmu. A o to by przecież chodziło, by ćwiczyć pamięć i kojarzenie (utrwalanie wyrazów, liter, boż to pierwsza klasa). Ale niech tam, jestem biologiem i co mi do wierszyków (tak pięknie językowo pisanych jak przez Tuwima czy Brzechwę). Z botanicznego punktu widzenie szpilki drzew iglastych to też liście. Ale niech tam, trzymajmy się popularnego podziału na liście i igły (szpilki). Zatem listki na sośnie nie powinny rosnąć. Błąd znaleźć łatwo. Nie pasuje sosna. To było proste. Ale teraz "podkreśl nazwę drzewa które pasuje do treści". A tam albo nic nie pasuje albo jest wiele poprawnych odpowiedzi. Za to pojawiają się "mądre" zwroty, takiej jak "wers". Nie za dużo na raz do biednej dziecięcej głowiny? Nie za szybko? Ten "wysoki poziom" jest raczej dyletanctwem.

Najbardziej pasowała by wierzba, bo to krzew i drzewo iście wiosenne, i bazie w wierszyku się pojawiają (może w oryginalnym, pierwotnym wierszyku tak i było). Ale wierzba nie może być z dydaktycznego punktu widzenia, bo ma w sobie literki, które jeszcze na tym etapie nie są znane uczniowi. Więc w zestawie wierzby nie ma. Odrzucamy jodłę i  świerk jako drzewa iglaste. Pozostaje 5 poprawnych odpowiedzi - 5 drzew liściastych, których liście mogą się zielenić. Polecenia nie rozumie nawet nauczyciel ("co poeta miał na myśli"). Polecenie wskazuje, że ma być jedna prawidłowa odpowiedź. Może więc trzeba uwzględnić fenologię i zgadnąć, które drzewa pierwsze wypuszczają liście? Poprzeczka niezwykle wysoka (zadałem to zadanie do rozwiązania studentom, ciekawe jak sobie poradzą). O ile pamiętam to dęby dość późno liście wypuszczają. Więc można z dębu zrezygnować. Pozostają jeszcze 4 gatunki. Można sugerować się także rymem do "wiośnie". Wtedy by wypadało, że "klonie" najbardziej pasuje. Ale ze względu na rym a nie sens przyrodniczy. Jedno polecenie w zeszycie do ćwiczeń a rozprawkę całą napisać można. Ambitne te nasze podręczniki do pierwszej klasy!

11130240_10205529265744382_90856046760512785_n

To było wczoraj. A dzisiaj żona pyta "rozpoznasz mi te motyle". Bo nauczyciel musi sam wiedzieć by odpowiedzieć dzieciakom, gdy zapytają. A pytają, bo sa ciekawe świata i jeszcze nie wiedzą, że pytających się nie lubi w naszej szkole. Te podpisane ilustracje rozpoznawania nie wymagają. Tyle tylko, że w części to nie nasze motyle (nie występują w Polsce). Podobnie z tymi w dolnej części. Rozpoznać się da rusałkę osetnika (nasza ci ona). Obok zupełnie nie nasze (już lepiej z tymi, których się rozpoznać nie da, bo zawsze mogą robić za swojaka). Niektóre da się rozpoznać, bo północnoafrykańskie i czasem w południowej Europie można spotkać.

Moje pytanie brzmi - dlaczego nie ma gatunków rodzimych, takich które dziecko zobaczyć może na łące? Czy to jakiś zamysł autora podręcznika? Bo pawica atlas to chyba największy motyl na świecie a sułtanki żyją w krajach śródziemnomorskich, tam gdzie czasem dzieciaki z rodzicami na wakacjach bywają (te forsiaste). Jednak wątpię w jakiś zamysł autora (ów) tego zeszyty do ćwiczeń. Zagadkowość treści i ilustracji wynika raczej z pośpiechu i ignorancji. Motyl ma być kolorowy i tyle. Kto by się na nich znał... Sami autorzy przyrodę bardziej znają z telewizji (a tam dużo programów "zagranicznych" o Afryce i rafach koralowych) a nie z wycieczek po okolicy. A nawet jak widzą to i tak nie rozpoznają (robal, to robal). A gdzie konsultacje podręcznika? A kto by miał na to czas i ochotę. Bylejakość wkrada się wszędzie... Nie jest łatwe życie nauczyciela, co z takich podręczników i materiałów edukacyjnych, obowiązkowych korzysta.

Przykład z marcinkowską motylarnią i materiałami do projektu "w świecie motyli". Na moje pytanie, dlaczego na plakacie jest egzotyczny motyl, a przecież edukacja poświęcona jest mazurskiej łące - otrzymałem odpowiedź "bo nie ma ładnych zdjęć z dzieckiem i krajowymi motylami". Po prostu, nawet jak się chce, to wydawnictwa korzystają z tego co jest, a krajowych ilustracji nie ma. Autorka projektu obiecała, że wynajmie zawodowego fotografa, by samemu zrobić porządne zdjęcia z naszymi motylami. Będzie na drugi sezon. Więc jakieś światełko w tunelu.

No cóż, przyrodę coraz bardziej znamy z telewizji i internetu a nie spacerów po łące, lesie czy nad jeziorem. Ignorancja przyrodnicza więc rośnie i rośnie (nawet uniwersyteccy filozofowie piszą nazwy gatunkowe z zasadniczymi błędami). Potrzebne są dobre ilustracje, udostępniane na wolnej licencji. Wikipedystów nam po prostu potrzeba! Edukacja przyrodnicza potrzebuje wielu wolontariuszy i miłośników rodzimej przyrody. Bo nawet studenci Wydziału Biologii i Biotechnologii na swojej koszulce umieścili orła amerykańskiego... zamiast rodzimy gatunek. Zapewne łatwiej się googlają amerykańskie wzorce i materiały graficzne....

Czy rodzima bioróżnorodność ulegać ma zapomnieniu? I stanie się niebawem egzotyczna? Nie rezygnujmy! Do dzieła, pisać, fotografować, opowiadać. Nasza przyroda zasługuje na ocalenia od zapomnienia w powodzi ignorancji...

 

Wimlandia, Wamalandia czy Mawalandia – rzecz o nazwach i tożsamości regionalnej

sczachor

wimlandaia

Bez wątpienia rodzi się nowa tożsamość regionalna, ale jak nazwać region o tak burzliwej historii i ciągłych zmianach? Odwoływanie się do przeszłości: Prusy, Prusy Wschodnie, Warmia, Mazury, itd. jest ułomne i samoograniczające. Nic dziwnego, że ciągle pojawiają się nowe propozycje.

Naturalnym wydaje się odwołanie do dawnego dziedzictwa, do tradycji. Bo przecież tożsamość regionalna rodzi się z pamięci tego, co było. Kłopot tylko taki, że nasz region na przestrzeni wieków i tysiącleci był w obrębie różnorodnych tworów państwowych i pod wpływem różnych kultur i etnosów. Region wiecznych tułaczy. Pojawiają się ludzie… by po jakimś czasie dobrowolnie lub pod przymusem przemieścić się gdzieś indziej. Czy tylko odwołanie się do przeszłości, które kanalizuje, ogranicza i uwiera?

Kolejna fala migracji i procesów kulturotwórczych pozacierała dawne granice i tworzy się nowa jakość, którą próbujemy nazwać. Nie ma już nie tylko niemieckich Prus Wschodnich (podzielone, w części w Obwodzie Kaliningradzkim) ale także i Polski Rzeczypospolitej Ludowej. Jesteśmy Europejczykami, tworzącymi Stany Zjednoczone Europy. Zmienił się więc zarówno kontekst lokalny (regionalny – inni ludzie inna kultura) jak i kontekst globalny. Czy to są Mazury? Warmia, Warmio-Mazury? Nowe Prusy? Każda z tych nazw ma swój kontekst historyczny i konkretną treść, nieprzystającą już do rzeczywistości. I nie przystającą do współczesnej tożsamości. Czy mamy chodzić w czerwonych, chłopskich kubraczkach, słomianych kapeluszach i uczyć się gwary mazurskiej lub warmińskiej? Wszystko to już jest martwe, sztuczne. Zmienił się język, zmieniły się warunki życia (nie jesteśmy społeczeństwem agrarnym), zmieniła się kultura. Nie sposób tego nie zauważyć.

Poszukiwanie tożsamości poprzez odwołanie się do przeszłości jest czymś dobrym i naturalnym. Ale wymaga współczesnego odwzorowania i aktualizacji. Bo tylko wtedy będzie żywe i ciągle istniejące w kulturze. Tożsamość regionalna potrzebuje autentyczności i prawdziwości a nie skansenowego zasuszenia do umieszczenia w gablocie muzealnej – ładnie na to popatrzeć ale nie używać na co dzień.

W używanych nazwach całkowicie brak odniesienia do kultury łużyckiej czy obecności Gotów oraz Wandalów. Na pewno jakoś te ziemie nazywali, ale niestety nie zachował się przekaz słowny (pisemny). Więc nic o tym nie wiemy. Mimo, że istniała ciągłość kulturowa i coś po sobie zostawili. Możliwe, że nawet pojawi się w modnych ostatnio różnorodnych grupach rekonstrukcyjnych (Prusowie, Krzyżacy i bractwa rycerskie, wojska napoleońskie, rekonstrukcje formacji wojskowych XX wieku itd.).

Pierwsza nazwa historyczna, która się pojawia to Prusy. Odwołania do tradycji staropruskiej przybierają różnorodne formy, np. w postaci „bab pruskich”. W nazwach funkcjonuje Warmia, ale diecezja i granice współczesnej Warmii, tej historycznej, to tylko część ziem, na których żyli staropruscy Warmowie. W granicach Warmii (diecezji i potem niemalże samodzielnego księstwa) znalazły się tylko fragmenty plemiennych ziem Warmów, ponadto włączone zostały obszary innych plemion: Galindów, Bartów itd. Tak więc mimo historycznej nazwy przez wieki kulturowo przetworzony obszar ma mało wspólnego z staropruskimi Warmami. Ciągłość, kontynuacja ale i znaczne przetworzenie, aktualizacja, czy wręcz nadanie zupełnie nowej wartości. Bo współcześnie Warmia kojarzy się z kapliczkami i katolickością oraz polskością.

Długo funkcjonowała Warmia samodzielnie, także pod względem kulturowym, bo była katolicka w odróżnieniu od sąsiednich ziem protestantów i należała do Polski. Wyróżniała się kulturą i samodzielnością polityczną (teraz to nie jest aktualne bo cały regon jest polski i katolicki – z rozproszoną różnorodnością innych nacji i wyznań). Jakkolwiek dla celów turystycznych uwidacznia się gdzieniegdzie granice historycznej Warmii… to nie ma już różnic ani językowych ani kulturowych między Warmią a Nie-Warmią (np. Mazurami, Powiślem, Górnymi Prusami, Ziemią Michałowską itd.). Granica nie jest widoczna i jest martwa, jest ciekawostką historyczna i turystyczną.

Mazury nazwę swą wzięły od napływu w czasach „krzyżackich” Mazowszan (Mazurów) z sąsiedniego Mazowsza. Wyróżnia je język polski (w opozycji do żywiołu niemieckiego, ale z asymilacją częściową kultury staropruskiej) i wiara ewangelicka. Ale to już przeszłość, Nie ma dawnych Warmiaków ani dawnych Mazurów (jak ostatni Mohikanie funkcjonują jedynie w kulturze). Też historycznie wyróżnia się od ziem II Rzeczypospolitej (bo inna państwowość), jednak granice w obrębie Prus Wschodnich już były nieostre, płynne i zmienne. Warmia i Mazury, to niewątpliwie histerycznie zasadniczy trzon regionu. Ale tylko w odniesieniu do XVIII i XIX wieku. A co z przeszłością i współczesnością? Wcześniej i później było zupełnie inaczej.

Po II wojnie światowej, wraz ze zmianami granic i wymianą ludności, pojawiły się nazwy: Okręg Mazurski, woj. olsztyńskie, definiowane przez nazwę stolicy. W nazewnictwie geograficznym funkcjonuje Pojezierze Mazurskie… obejmujące Warmię. I nie ma z tym żadnego kłopotu. Po prostu wielowiekowe dziedzictwo pozostawiło w nazwach różne ślady. Na szczęście nazw fizjograficznych nie trzeba zmieniać.

Jak nazwać krainę, która obecnie znajduje się w granicach administracyjnych województwa warmińsko-mazurskiego? Jest nie tylko Warmia i nie tylko Mazury (Gazeta Olsztyńska na swoich stronach www musiała to uwzględnić i pojawiło się Powiśle, Ziemia Chełmińska, Suwalszczyzna itd.). A ponadto jest to już region jednolity kulturowo i językowo, mimo swojej różnorodności i wielokulturowości wewnętrznej. Ale nie są one wyodrębnione geograficzne, to swoista mozaika.

Nastąpił (i ciągle trwa) napływ nowych osadników, nowych trendów kulturowych i nie da się ich zamknąć w nazwach z przeszłości. Skoro tyle razy nazwy się zmieniały, nadążając za zmianami kulturowymi i politycznymi, to może warto wymyślić nową, współczesną nazwę? Aby wygodnie się nią posługiwać i aby dobrze odzwierciedlała współczesną, ciągle się rodząca, tożsamość regionalną (lokalną).

Województwo warmińsko-mazurskie jest nazwą poprawną, aktualną, ale zbyt długą do powszechnego stosowania. Stąd pojawiła się nieoficjalna nazwa Wimlandia, od skrótu nazwy województwa, stosowanego głównie w adresach internetowych (np. http://wim.pl). Do "wim" dodana została tylko „landia” na uniwersalne określenie krainy. Tak jak Irlandia, Islandia, Gotlandia, Zelandia, Grenlandia. Termin krótki i zrozumiały także dla obcokrajowców (czy obcokrajowiec potrafi wymówić lub zapisać z polskimi znakami "województwo warmińsko-mazurskie"?). Ale można to być także Wamalandia (Warmia i Mazury, wykorzystywane już w różnych imprezach od dawna, np. turystyczna Wa-Ma czy kilka różnych imprez kulturalnych), czy Mawalandia (Mazury i Warmia, odwrócona kolejność) – to samo ale inna kolejność i ważność.

Mamy więc nowe twory słowne Wimlandia, Wamalandia, Mawalandia (być może coś jeszcze się uda wymyślić). Nowe słowo, a więc bez ograniczających obciążeń historycznych (bo granice są już inne i kultura inna). Landia… to coś niedopowiedzianego, nowy ląd, który trzeba dopiero odkryć, opisać. A więc nie trzeba tkwić np. w XIX wieku w poszukiwaniu tożsamości lecz uwzględnić kulturę współczesną. Nazwa ta to oczywiście nieoficjalna, nie mylić z urzędową nazwą województwa.

Jestem za Wamalandią, niemalże bajkową a przez to tajemniczą krainą, z dużymi możliwościami autokreacji kulturowej, z możliwościami uwzględnienie współczesnych osadników, poszukujących ciszy, sielskości, wielokulturowości (- landia to nawiązanie do tradycji germańskiej, jakże mocno zaznaczonej w naszym regionie, od Gotów, wandalów, poprzez Wikigów i w końcu Zakonu Krzyżackiego a potem Prus Wschodnich). Nie tworzymy słomianych pająków u powały ale za to malujemy gadające dachówki, produkujemy baby pruskie, dekupażujemy, realizujemy się w wiejskich teatrach, robimy ser kozi z pokrzywą i cydr z miejscowych jabłek. Nie trzeba wymyślać starych strojów warmińskich czy mazurskich i na siłę dzielić się na Warmiaków czy Mazurów, tylko dlatego, że ktoś mieszka w Mrągowie lub Olsztynie.

Wamalandia to jedna kraina, bez granic wewnętrznych, to coś co się dopiero tworzy i nie jest ograniczone schematami przeszłości. Owszem, to kraina czerpiąca tożsamość z przeszłości, zarówno z kultury łużyckiej epoki brązu, czerpiąca od Gotów i Wandalów, którzy tu kilka wieków mieszkali, jak i od lepiej znanych Prusów, później Zakonu Krzyżackiego, i jeszcze później Warmii, Mazur, Górnych Prus czy w ogóle Prus Wschodnich, aż po powojenną tradycję funkcjonowania w Polsce Ludowej i z PeGeeRami. Z uwzględnieniem wszelkich dawnych i współczesnych migracji Szkotów, Holendrów, Salzburczyków, arian, Ślązaków, Mazurów, Ukraińców, Rosjan, warszawiaków itd. Przyrodnicza Wamalandia jest druga Syberią, Dzikim Zachodem, drugimi Bieszczadami, krainą na krańcach „cywilizowanego” świata, kreatywną a jednocześnie mocno zakorzenioną we współczesnej, wielokulturowej Unii Europejskiej.

Wamalandczyk nie musi się określać albo jako Warmiak, albo jako Mazur (bez żadnych innych możliwości). Wamalandczyk (Wimlandczyk, Mawalandczyk), to coś znacznie szerszego, aktualnego i wpisującego się w kulturę współczesna globalnej wioski.

Wamalandia wymaga odkrycia i opisania. A nowa nazwa daje większa swobodę w samookreślaniu się kulturowym i dojrzewaniu tożsamości regionalnej. Umożliwia uwzględnienie wielowiekowego i zróżnicowanego dziedzictwa w zupełnie nowym kontekście.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci