Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Prosumpcja kultury oraz Archipelagi Kultury jak metapopulacja

sczachor

filizankiwgazecieProsumpcja kultury to termin jaki mi się nasunął w czasie dyskusji nad Archipelagami Kultury (30 stycznia 2015 r. w redakcji Gazety Olsztyńskiej – zobacz relację). Jako biolog mam biologiczne skojarzenia, tak więc archipelagi kultury skojarzyły mi się z teorią metapopulacji (podobieństwo funkcjonowania).

Ale zacznijmy od prosumcji kultury, rozumianej jako zmienność ról konsumenta i producenta. Humaniści używają terminu „kultura uczestnicząca”, a mnie się bardziej podoba prosumpcja. Terminy te nie wykluczają się a uzupełniają w objaśnianiu. Jeśli jestem prosumentem (wyjaśnienie terminu na dole tekstu) kultury to znacz, że nie jestem tylko biernym konsumentem, sam od czasu do czasu tworzę (współtworzę kulturę), uczestniczę w niej aktywnie, odbieram, przetwarzam, ponownie zwracam do społeczeństwa przetworzoną, wzbogacona, uzupełnioną moim przeżywaniem świata.

Myślę, że prosumentami byliśmy od bardzo dawna, a dawniej może w większym stopniu niż w dobie masowej kultury epoki przemysłowej. Jednym słowem wracamy do korzeni i jak pan Jourdain („Mieszczanin szlachcicem” Moliera) uświadamiamy sobie naszą prosumencką kulturalność a w zasadzie kulturowość. Sporo abstrakcji z tą prosumpcją i kulturą uczestniczącą? No to może kilka przykładów: wspólnie śpiewamy przy ognisku, stole biesiadnym (nawet fałszując przetwarzamy i na własne możliwości intepretujemy utwór), w kościele, wystawiamy szkolne jasełka, tworzymy wiejskie teatry i kabarety, amatorskie chóry, przygotowujemy ozdoby świąteczne w różnych technikach rękodzielniczych, malujemy dachówki, piszemy, opowiadamy itd., itp. Nie jesteśmy co prawda zawodowymi muzykami czy artystami, pisarzami czy gawędziarzami – tworzymy z potrzeby serca – jesteśmy twórcami naiwnymi. Sztuka chwilowa, nie utrwalana, przemijająca, unikalna i niepowtarzalna.

Dzięki aktywnemu uczestnictwu lepiej rozumiemy sztukę i kulturę w szeroki słowa tego znaczeniu. Wystarczy tylko uświadomić sobie swoją prosumenckośc i ją zaakceptować. W powstających Archipelagach Kultury ta prosumenckość będzie chyba mocno zaakcentowana i eksponowana. Ja mam przynajmniej taką nadzieję. W piątek 30 stycznia, podpisałem list intencyjny w sprawie powołania klastra Archipelagi Kultury Warmii i Mazur (czytaj więcej). To dopiero początek drogi, choć wcale nie jest to pierwszy krok (pomysł integracji środowiska animatorów i artystów województwa warmińsko-mazurskiego powstał podczas konferencji „Archipelagi kultury”, zorganizowanej w październiku 2014 r. przez „Gazetę Olsztyńską”).

Do Archipelagów mogą dołączyć artyści (zawodowi jak i ci naiwni, tworzący z potrzeby serca) i animatorzy kultury z całego regionu Warmii i Mazur oraz Powiśla. Jest miejsce dla instytucji, organizacji jak i grup nieformalnych. Osobiście uważam, że mogą i powinny dołączyć także środowiska naukowe (akademickie) - bo nauka jest elementem kultury. Celem klastra jest integracja na rzecz rozwoju kulturowego regionu, poznawania, opisywania i kreowania tożsamości regionalnej. Klaster będzie koordynował projekty realizowane przez swoich członków, stworzy sieć informacyjną, będzie miejscem wymiany pomysłów.

Archipelagi Kultury to rodzący się projekt edukacyjny, ma zachęcać do tworzenia kultury, uczyć odbioru i uczestnictwa, a to wszystko w procesie poszukiwania regionalnej tożsamości. Jest oczywiście i aspekt promocji kultury regionalnej także w kontekście turystyki (kultura jako atrakcja turystyczna). Myślę, że nabierający kształtów klaster dobrze wpisuje się w misję regionu.

W moim odczuciu proces edukacyjny to świadomość tożsamości regionalnej. Rozpoznać to co jest, odkrywać, poszukiwać, przetwarzać, tworzyć. A na koniec upowszechniać i pokazywać innym. W moim odczuciu kultura mocno łączy się z przyrodą (i vice versa). Stąd moja obecność w działaniach kulturalnych. No bo co innego miałby robić biolog i ekolog w Archipelagu Kultury? Ot, mała biologiczno-kulturowa populacja, funkcjonująca w obrębie szerszej metapopulacji.

Tożsamość wynika z historii lokalnej (historii tego miejsca), z historii miejsc, z których przybyli współcześni mieszkańcy i ich rodzice (osiedleńcy przywieźli przecież swoje wspomnienia, język, swoją kulturę), ale także z lokalnej przyrody, roślin i zwierząt, krajobrazu (ekosystemów), pogody i klimatu. Z mgieł, komarów i przydrożnych alei. Z kultury materialnej i niematerialnej, z dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego. To wszystko, jak w gotującym się garnku, bulgoce, miesza się, zmienia właściwości, tworzy tożsamość. Kultura w swych różnorodnych formach uwidacznia tę tożsamość: w teatrze, literaturze, muzyce, poezji, sztukach plastycznych, estetyce miejsc, zagospodarowaniu parków i skwerów, w nauce (rozumianej jako trzecia kultura), pojawiających się refleksjach filozoficznych (zobacz wilkowyjska ławeczka filozofów) czy podejmowanych projektach badawczych.

Archipelagi – luźna sieć współpracy osobnych bytów, indywidualności, ludzi, organizacji, instytucji. Spotkania są burzą mózgów, z których wyłaniają się pomysły angażujące część „wysp” owych archipelagów. Duża swoboda, samodzielność, indywidualizm a jednocześnie sieć współpracy. Bez zbędnej i sztywnej biurokracji, organizacji czy instytucjonalizacji. Archipelagi Kultury dopiero się tworzą, nabierają kształtów, wyłaniają się niczym wyspy wulkaniczne z oceanu. Sama koncepcja z pewnością będzie ewoluowała w zależności od obecności i aktywności nowych wciąż osób i instytucji. Mnogość wizji i koncepcji dopiero się dociera. Wyłoni się z tego coś nieprzewidywalnego i nowego.

 

Prosument [z Wikipedii] (ang. prosumer – professional/producer + consumer) – kalka językowa i kontaminacja słów – profesjonalista/producent i konsument – konsument zaangażowany we współtworzenie i promowanie produktów ulubionej marki czy jednoczesną produkcję oraz konsumpcję dóbr i usług. Termin wprowadzony 1980 przez Alvina Tofflera, pisarza i futurystę. Prosument jest uczestnikiem procesu prosumpcji, czyli użytkownikiem/konsumentem wytwarzającym produkt w celu jego skonsumowania we własnym zakresie, inaczej mówiąc produktu wytworzonego na własny użytek. Termin prosumpcja zaś w sensie klasycznym jest rozumiany jako zjawisko będące przyczyną rozmycia dotychczasowego podziału na rynku na sferę produkcyjną oraz sferę konsumpcyjną. Jest to proces obejmujący uczestniczenie jednostek, bądź zorganizowanych grup prosumentów w czynnościach wytwarzania produktu przeznaczonego dla własnego użytku. (…) Za prosumenta (w nowoczesnym tego słowa znaczeniu) uznawany jest również konsument mający szeroką wiedzę o interesujących go produktach i usługach. Wiedzę tę wykorzystuje przy podejmowaniu decyzji zakupowych, a także chętnie przekazuje ją innym. Stara się, zwłaszcza za pośrednictwem Internetu mieć aktywny udział w tworzeniu oraz w promowaniu produktów i usług jego ulubionej marki. Aktywność prosumentów widoczna jest również w obszarze zrównoważonego rozwoju, a w szczególności ochrony środowiska. Określenie prosument jest używane m.in. w stosunku do producentów/konsumentów energii ze (…) źródeł odnawialnych”.

O ściąganiu i rzeczywistości równoległej

sczachor

lampanaftowaW dzieciństwie i wczesnej młodości, jeszcze w socjalistycznej rzeczywistości, denerwowało mnie stwierdzenie, że "w teorii to może i dobrze (prawda) ale w praktyce to jest zupełnie inaczej". Czyli teoria sobie a rzeczywistość sobie. Dwie prawdy, jedna na papierze a druga w realu? Nie rozumiałem tego rozdźwięku (typowego dla socjalizmu - teraz to wiem), przecież dobra teoria dobrze opisuje rzeczywistość. Rozdźwięk jest wtedy, gdy zła jest teoria (tak jak niedokładna mapa - zabłądzić łatwo). Dziwiły mnie te światy równoległe i nieprzystające do siebie: tworzenie pięknych teorii, których i tak się nie stosowało. Były bo były. A przecież z istoty nauki wynika, że jeśli eksperymenty (rzeczywistość) nie są zgodne z teorią czy hipotezą to zmienia się teorię, by poprawnie opisywała obserwacje.

Podobnie jest z biurokracją, oddzielna rzeczywistość zawarta w papierach a oddzielnie dziejące się rzeczy, często nieprzystające do siebie. Lepiej już chyba równoległej rzeczywistości szukać w literaturze czy grach komputerowych, przynajmniej nie szkodzą.

Jakiś czas temu na Facebooku toczyła się ciekawa dyskusja ze studentami o ściąganiu. Zamieściłem informację o studentach, którzy nie ściągali na egzaminie mimo, że wykładowca wyszedł. Kilka osób jakoś nie mogło uwierzyć w taką sytuację (sugerowali, że może kamera była zainstalowana a oni o tym wiedzieli). Ludzie, którzy nie ściągają czują się niejednokrotnie dziwadłami i boją się publicznie do tego przyznać. Bo po co odstawać od reszty? Ale może tych nieściągających jest znacznie więcej niż oni sami sądzą.

A oto fragment dyskusji z Facebooka:

  • Absolwent X „Na przedmiocie xyz wszyscy ściągali”
  • Stanisław Czachorowski: Rodzi się pytanie dlaczego. I chodzi mi o głębszą refleksję. Dlaczego ściągali i dlaczego "wszyscy"?
  • Student 1 „Było tak zwane obopólne przyzwolenie, a nawał egzaminów z innych przedmiotów był pewnie jedną z przyczyn”
  • Student 2 „chociaż sama nie ściągam (jak nie umiem, to na kilometr po mnie widać), to ciężko mi sobie wyobrazić opisaną sytuację”
  • Stanisław Czachorowski: Obopólne przyzwolenie? Czyli udawanie, że nie widzę, że ściągają? Tak, takie sytuacje też widywałem, jeszcze z czasów studenckich i opowieści rówieśników. Tworzenie pozorów, że niby moje zajęcia są na wysokim poziomie, bo dużo wymagam od studentów (jak przyjdzie władza skontrolować to się pochwalę wysokim poziomem) . W „teorii” jest pięknie, bogata wiedza faktohraficzna, a w realu... koń jaki jest każdy student widzi. I powoli się przyzwyczaja, traktuje jako powszechnie obowiązujący zwyczaj.
  • Student 3 "istnieją przedmioty, które są w zawodzie nieprzydatne tzw. zapychacze na studiach nie ma powodu by nimi zaprzątać sobie głowy albo wymaganie są niebotyczne,  wystarczy spytać każdego o przedmiot abc na wnm (np. dla ratownika potrzebne są podstawowe zagadnienia topograficzne a nie bruzdy żył czy inne małe rzeczy faktyczne, karta pacjenta wygląda, że jest narysowany obrys człowieka i się zaznacza krzyżykiem)"
  • Student 2 „w takim wypadku sugerujesz, że każdy byłby w stanie to zrobić i studia są niepotrzebne? Bo właśnie tym różni się osoba po studiach od pierwszej lepszej z ulicy, że wie i potrafi więcej niż zaznaczenie krzyżyka na obrysie ciała."
  • Student 3 "Sugeruję, że wiedza o każdej małej żyłce jest niepotrzebna, według mnie warto się skupić na przedmiotach klinicznych ale a nie np. na filozofii. Taki śmieszny przedmiot na ratownictwie rozumiem wykłady ale kolos?"
  • Student 4 "Z doświadczeń znajomych wiem, że na niektórych przedmiotach "dodatkowych" potrafi być kiepsko, ale to już wina paru osób prowadzących, które być może nie są dobre, w tym co robią. Ja natomiast ja trafiłam na dwoje bardzo fajnych prowadzących wykładowców."
  • Student 5 "Ale wciąż nie rozumiem powodu by dawać zapychacze. To jest nie szanowanie czasu studentów jak i wykładowców. Ten czas powinien być przeznaczony na przedmioty przydatne w zawodzie."

Powyższy fragment dyskusji oddaje chyba istotę problemu. Wobec spotkanego absurdu możliwe są różne postawy. 1. biernie akceptujemy, ale żeby przeżyć oszukujemy, bo chcemy przez absurd przejść najmniejszym kosztem. 2. buntujemy się i chcemy to zmienić, np. szukając sensu lub próbując zlikwidować absurd. Pkt.2 wymaga dyskusji i działania, jest ryzykowny... ale rozwija.

Człowiek jest istotą, która instynktowne do działania potrzebuje sensu. Chce widzieć, poznać, odkryć sens swoich działań. Sensu może szukać sam student (podejmując się odpowiedzialności za swój rozwój - bo przecież nie każdy chce być niewolnikiem)... albo prowadzący (jako bardziej doświadczony może pokazać sens praktyczny z poznawania np. filozofii nawet w zawodach ścisłe technicznych i naukowych). Uzasadnianie jest niezwykle ważne. Bo może się okazać, że to co wydaje się absurdem ma głębszy sens. Ale bez motywacji i widzenia sensu nie będziemy dobrze pracowali. Prowadzący może przekonać... albo zastraszyć.

Ściąganie jest chyba objawem choroby.... Ściąganie czasem (często?) odbywa się za cichą obustronną zgodą, wzajemnym udawaniem, kiedy obie strony nie widzą sensu... a mus to mus. Teoria sobie, praktyka sobie, jak w czasach socjalizmu. Tylko po co udawać? Rzeczywistość równoległa do niczego dobrego nie prowadzi.

Stare porzekadło mówi, że uczymy się na błędach, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy świadomi tych błędów. Jeśli życzliwie podchodzić do studenta, to wskazywanie błędów nie jest gnębieniem i ocenianiem człowieka tylko wskazywaniem postępów. Ściąganie (nawet za obopólną cichą zgodą), jest jak zbicie termometru... żeby wyleczyć chorobę. Nie widać problemu, to go nie ma. I tak przyzwyczajamy się udawać i zamiatać problemy pod dywan. Absolwenci nie potrafią się oceniać, potrafią za to pozorować i tworzyć bzdurne "papiery". Żeby ładnie wyglądało. Myślę sobie, że w tej mentalności głęboko jeszcze jesteśmy w czasach realnego socjalizmu i udawanej gospodarki.

Rzeczywistość jest piękniejsza od udawania, nawet jeśli bywa czasem bolesna. W życiu codziennym szukamy autentyczności, nawet w restauracji. Wystarczy tylko przypomnieć bajkę o nowych szatach króla....

Żądam państwowych gwarancji dla publikowania wyników badań i interwencyjnego płodzenia dzieci

sczachor

55955d07bc4c41c5a47cb976ecd644b1_830x830Idąc w ślady górników (z deputatami węglowymi i innymi przywilejami) i wielkohektarowych rolników (z KRUSem), to i ja się czegoś domagam. Bo ciężkie jest życie naukowca, czasopisma nie chcą wszystkiego publikować, odrzucają co niektóre artykuły, każą poprawiać, uzupełniać itd. Jedne czasopisma są lepiej punktowana inne mniej, a w pracy wymagają punktów, czyli publikowania w renomowanych itd.

Ja chcę – w imieniu dziesiątek tysięcy naukowców (pracowników naukowych) - za swoją ciężką pracę „normalnej zapłaty za naszą pracę.” (cytat od protestujących rolników). Bo my ciężko pracujemy, praca nasza jest ważna i zapewnia postęp i rozwój gospodarczy a dziesiątki tysięcy dobrze wykształconych młodych ludzi pracy w zawodzie naukowca znaleźć nie może. A chce, i to bardzo!

Ot młodzi ludzie, z doktoratami a pracy znaleźć nie mogą, opublikować wyników też nie mogą (a przynajmniej nie jest lekko, 16 filmów o tym ktoś nakręcił), grantów przez to nie dostają (bo za mały dorobek) -  tak jak rolnicy nie mogą dostać kredytów na zakup kolejnych hektarów (ma zaledwie 100, lub 300) bo za niskie ceny mleka, zboża, buraków i co tam jeszcze ziemia urodzi.

No więc domagam się gwarancji, że zawsze, cokolwiek wymyślę i napiszę to będzie opublikowane (a kredyty na telewizor, rower i deskorolkę wzięty, więc spłacać trzeba! We frankach.). I to w godziwie punktowanych czasopismach międzynarodowych (nie kredyty tylko publikacje). No i czytane! Mają czytać i cytować. I na to domagam się gwarancji rządowych, państwowych, unijnych i wszelakich.

A jako jednocześnie nauczyciel (akademicki, ale jednak nauczyciel) to domagam się interwencyjnego płodzenia dzieci – bo niż demograficzny zagraża naszemu zatrudnieniu (uniwersytety pustoszeją). Myślę, że nauczyciele szkól podstawowych, gimnazjalnych i średnich przyłącza się do tego postulatu.

Domagam się także, aby niniejszy tekst został uznany za ważny w dorobku naukowym i zapewnił stabilizację zawodową dając zatrudnienie aż do emerytury (spoko, tak dużo mi nie zostało, więc jakoś uda się wcisnąć w koncepcję emerytury publikacyjno-pomostowej).

Kto jeszcze dołączy ze swoimi postulatami grupowymi i zawodowymi?

Nie ukrywam, że ironiczny tekst napisałem pod wpływem inspiracji zamieszczonego rysunku Andrzeja Mleczki, opublikowanego w Polityce: http://www.polityka.pl/galerie/1604601,1,rysuje-andrzej-mleczko.read

ps. Czy ja wyraźnie zaznaczyłem, że jest to tekst satyryczny?

Beczka, ławeczka i filozofowanie

sczachor

golebie

Diogenes mieszkał w beczce. Ale znany jest jako filozof a nie kloszard. Klimat filozofowania na ławeczce oddany został w serialu "Ranczo". Pod sklepem, na ławeczce siadali wiejscy pijaczkowie i rozważali różne zawiłości życia. Chłopska filozofia ale ciekawa. No cóż, wydawać by się mogło, że to jedynie fikcja filmowa. Ale z wywiadu z Jerzym Niemczukiem (zamieszczony w Gazecie Olsztyńskiej, 24-25.01.2015), dowiedziałem się, że pomysł na "ławeczkę filozofów" zrodził się w Wimlandii (Warmia i Mazury, od skrótu "wim"):

"Ławeczkę przywiozłem do "Rancza" z Mazur. Kiedyś spotkałem takich pijaczków, którzy prowadzili swobodne rozważania na temat kosmosu.(...) Uświadomiłem sobie także, ze menele sa grupą społeczną, która ma czas na refleksje."

No tak, czy my w zagonionym i dorobkiewiczowskim życiu mamy czas na refleksje? Wielu pustelników porzucało troski i zabiegi doczesne, decydując się na ubogie życie. Ubogie materialnie. By mieć czas na rozmyślania i rozmowy. Ubodzy materialnie, bogaci duchem. Coś czego zaczyna nam brakować. I chyba nie trzeba zostawać drobnym pijaczkiem, by mieć czas i sposobność do rozważań o sprawach ważnych, w tym o kosmosie.

Drobni pijaczkowie mają czas na rozmowy. "A czy księżniczka, która podjechała tak piękną karocą, ma nam coś do zaoferowania? (...) A czy księżniczka w tej sytuacji nie wsparłaby patologii pięcioma złotymi?" Jerzy Niemczuk tak to kwituje: "Ci ludzie siedzą i kombinują, a człowiek płaci im za tekst, jak poecie." Czyżby beczka i ławeczka miały stać się znakiem firmowym poetów i filozofów?

Nie na mawiam do alkoholu. I bez butelki można zwolnić, siąść na trawie, na ławeczce, albo na kanapie w domu. I porozmyślać, najlepiej w dialogu z drugim człowiek. Kolejne gadżety, laptopy, zmywarki, super telewizory i wypasione auta nie dadzą nam tyle radości życia, co zwykłe, chłopskie filozofowanie i niespieszna rozmowa z człowiekiem. Nie tylko stopa życiowa ale i jakość życia do szczęścia jest potrzebna.

Niestety ławek w przestrzeni publicznej ewidentnie brakuje. Nie można wyjść przed blok i usiąść, by porozmawiać z sąsiadami. Skwerów i parków także jak na lekarstwo. Trzeba jeździć daleko....Za to "biedronek" i innych supermarketów zatrzęsienie. Anonimowe, bezduszne, z tanią tandetą. Znikają sklepy osiedlowe, ze znajomą sprzedawczynią, z którą można przy zakupach porozmawiać. Lub wymienić się ogólnymi refleksjami na temat życia. Lub kosmosu.

Świecie, obudź się! Rosja napadła na Ukrainę!

sczachor

B8IFoY4CQAAXDUlNie można milczeć wobec zbrodni, niegodziwości czy łajdactwa. Nawet, jeśli koszty nie-milczenia są mniejsze czy większe. "Zaśmiecam" swój blog off-topicowo, ale milczenie byłoby niegodziwością. Wiele sam nie mogę zrobić, ale tyle mogę.

Putinowska Rosja już od blisko roku wysyła na Ukrainę terrorystów, bandytów, broń i swoje regularne wojska. Od prawie roku próbujemy udawać, że w zasadzie to nic się nie dzieje, że jakoś to rozejdzie się po kościach. Ale cały czas giną ludzie, giną cywile. Rosja napadła zbrojnie na suwerenny kraj i zabija ludzi. To nie tylko sam Putin, to także tysiące Rosjan wspiera tę wojnę. Pora jasno powiedzieć - jesteście winni zbrodni, jesteście współwinni agresji, będziecie sądzeni prędzej czy później tak jak Niemcy za zbrodnie faszyzmu i hitleryzmu. I chcąc nie chcąc poniesiecie koszty analogicznie jak ówczesne Niemcy. A potem pozostanie wstyd i hańba na co najmniej pół wieku. Nie tylko dla Rosjan ale i dla nierosyjskich sympatyków tej wojny (jedni za pieniądze, inni z głupoty bo np. nie lubią USA, EU lub sąsiada z bloku). Nic nie usprawiedliwia ani nie tłumaczy tej bandyckiej napaści na Ukrainę.

Ta agresywna wojna toczy się w wielu miejscach. Internetowe proputinowskie trolle zalewają nas falą propagandy, ociekającej antysemintyzmem i antyukraińskościa itd. Ta intelektualna gangrena dociera i do nas i nas błotem ochlapuje, drenuje mózgi. Ta wojna jest dziwna, hybrydowa. Ale i my jesteśmy ofiara rosyjskiej agresji i chorobliwych snów o imperium. Historia lubi się powtarzać. Putin wysyła swoich siepaczy, giną nie tylko Ukraińcy, giną sami Rosjanie w granicach Ukrainy (Doniecku, Ługańsku etc.). Putin wysyła konwoje "humanitarne" ale z bronią. W Donbasie umierają Rosjanie z głodu. Żywność jest tylko dla zbrojnych bandytów.

Ukraina i obywatele Ukrainy mają prawo do wolności i samostanowienia. Kijowski Majdan nie był antyrosyjski, był buntem przeciw korupcji. Putin przestraszył się, że i Rosjanie zechcą żyć bez rządowych mafiozów, reketierów, bez korupcji? Wracając do analogii faszystowskich Niemiec - zbrodniom ludobójstwa winni i współwinni byli nie tylko esesmani w obozach koncentracyjnych. Dla wygodnego koniunkturalizmu i zysków z podbitych krajów reszta społeczeństwa milczała i udawał, że o niczym nie wie. Jak skończyli?

B8I3V_KIgAAS7o_

Na portalu internetowym ktoś napisł (nick martha.wise), myśle że trafnie, więc ja przeklejam:

"Do ruskich trolli, tu i tam, i tych zarzucających innym rusofobię. Macie krew na rękach. Waszymi pro-Putinowskimi wpisami mordujecie ludzi, nie tylko Ukraińców ale też otępionych ruską propagandą Rosjan. Niemcy popierający Hitlera mogą próbować się tłumaczyć iż nie wiedzieli co Hitler robi z Żydami, Polakami, Cyganami, jeńcami Białoruskimi, Ukraińskimi, Rosyjskimi, ale wy w dobie internetu nie macie żadnego wytłumaczenia, a jesteście gorsi od Niemców, bo to wy w zaciszu waszych domów na odległość mordujecie ludzi.

Przed ruską inawazją zaczętą w marcu 2014 roku nie było ani jednej ofiary rosyjskiej rzekomego nacjonalizmu ukraińskiego. Na Ukrainie nikt nie był prześladowany z powodu języka rosyjskiego, 80% czasopism ukazywało się w języku rosyjskim, a na Krymie było zaledwie 14 szkół z językiem ukraińskim. Wasza żądza krwi jest hańbą dla was, waszych rodzin, i nawet dla tych którzy mówią wam dzień dobry. Wystarczy by krew sięgała wam po łokcie, czy chcecie się w niej tarzać? To co czynicie, wypisując swoje obrzydliwości na forach, to już nie jest mało uczciwy zarobek, to nie jest odrażająca głupota, to zbrodnia na odległość. To wy jesteście mordercami dzieci, kobiet i tych wszystkich wciągnietych w tę wojnę, tylko po to by chronić gangstera Putina i jego mafijne państwo. Po tym co stało się dzisiaj [chodzi o rosyjski atak rakietowy na cywilów w Mariupolu], nie ma dla was żadnego wytłumaczenia. Jeżeli tak bardzo chcecie się chwalić swoją "Świętą Rosją" to pokażcie mi swoich przyjaciół, tych którzy są blisko was i są z wami dla waszych zalet a nie dlatego iż mają nóż na gardle. Pokażcie choć jedną waszą kwitnącą gospodarczo prowincję, taką gdzie nie ma korupcji. Jedną. W czasie wojny Wietnamu z USA, zginęło 3 miliony Wietnamczyków, 20% powierzchni uprawnej nie nadaje się do upraw ze względu na wciąż obecne skażenie gleby. Gdy pytamy Wietnamczyków jaki jest ich największy obecnie zarzut wobec USA to odpowiadają: zbyt późne nawiązanie przez Stany Zjednoczone stosunków dyplomatycznych z Birmą. Nie ta straszna wojna? Nie, ta wojna była ponad trzydzieści lat temu, Ameryka była wtedy naszym wrogiem parę lat, ale my mamy Chiny jako sąsiada od ponad dwóch tysięcy lat. Ten komentarz poświęcam miłośnikom straszenia Polaków banderowcami. Zbrodnię Wołyńską Polacy omówią z Ukraińcami sami bez ruskiej pomocy. Ten tekst będę wklejała pod niecnymi komentarzami ruskich trolli, aż mnie zbanują."

O podręczniku ekologicznego obozowania co z pracy magisterskie powstał i o zanikającej autonomii uniwersytetu

sczachor

kowalczykpodrecznikTrzymam w ręku książkę, którą już wiele lat temu, w wersji prototypowej, nie tylko trzymałem ale i recenzowałem. Odkrywam ją na nowo i jestem pod pozytywnym wrażeniem. Wszystko za sprawą niedawnego wykładu w Ostródzie dla Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewodników Turystycznych i Pilotów Wycieczek. Po wykładzie od autora dostałem tę właśnie książkę (ilustracja okładki obok): Krzysztof Kowalczyk "Podręcznik ekologicznego obozowania", wydana w 2014 r. przez Niezależne Wydawnictwo Harcerskie. Książka wywołuje we mnie różnorodne, uniwersyteckie refleksje.

Pierwsza wersja książki powstała w 1992 r., jako praca magisterska na kierunku pedagogicznym. Zostałem poproszony o recenzję pracy dyplomowej. Bo już wtedy zajmowałem się edukacją ekologiczną. Ale byłem z innego wydziału. Praca powstała na Wydziale Pedagogicznym a ja byłem z Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego. Dobra tradycja otwartości i obiektywizmu (szukamy specjalisty, który się zna i recenzentów na prawdę zewnętrznych i obiektywnych).

Odnoszę niejednokrotnie wrażenie, że w tamtych czasach na WSP (Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Olsztynie) więcej było uniwersyteckości niż teraz w Kortowie. Może to klimat tamtych lat a może coś innego (a może tylko mi się zdaje, bo to osobista refleksja a nie systemytyczne badania). Więcej moim zdaniem wtedy było otwartości i poszukiwań, więcej autentyczności. Wtedy dostawałem jako recenzent prace dyplomowe nie tylko z innych kierunków ale i wydziałów. Próbuję tę tradycję kontynuować w Kortowie, dając do recenzji prace licencjackie i magisterskie pracownikom z innych katedr (innych zespołów) ale w obrębie jednego wydziału. Bez jednak widocznej reakcji i wzajemności (naśladowania, kontynuowania itd.). Za bardzo na naszym uniwersytecie przywykamy do chowu wsobnego, gdzie refleksji nie budzi nawet fakt, że syn ma promotora rodzica a drugi rodzic jest recenzentem pracy dyplomowej. To skrajny przypadek, ale mniej drastycznych jest więcej i zostają milcząco akceptowane. "Bo tak się robi", bo brakuje wzorców i świadomości, że można inaczej.

Wróćmy do książki. To nie była typowa praca magisterska. Nie za bardzo mieściła się w utartych schematach i szablonach. Była wartościowa, co pokazał czas i trzymana w ręku książka (pozytywnie zweryfikowana przez świat pozauniwersytecki i tak zwany rynek). Przypomina mi się atmosfera lwowskiej szkoły matematyków (znam tylko z literatury). Szkoda, że tego otwartego i autentycznego klimatu zaczyna brakować. Skupienie się na biurokratycznym wypełnianiu tabelek i formalnym robieniu kariery. Każda nowość, która nie mieści się w odgórnie przygotowanych "rubryczkach", jest niechętnie przyjmowana (bo jak to wpisać do wypełnianych sprawozdawczych tabelek?). Formalizm sprawozdawczości zastępuje autentyzm poszukiwać i ciekawość.

Na ile starczy mi (i nielicznym innym) sił na kreatywność i innowacyjność? To się ewidentnie nie opłaca. Opłaca się przede wszystkim spółdzielcze dopisywanie do publikacji i dbałość o wskaźniki aktualnie ważne do prestiżu i awansu.... Niedawno na Facebooku fizycy kpili z pewnej publikacji. Praca opublikowana była w piśmie medycznym, a więc dobrze punktowanym. Miała już wiele cytowań, a więc autor miał dobry IF (impact factor) i wysoki zapewne indeks Hirscha. Tak więc same ochy i achy i ważny dorobek w rozwoju naukowym-stanowiskowym. Tyle tylko, że autor ogłosił jako swoją metodę całkowania (chyba za pomocą trapezów czy jakoś tak, nie zapamiętałem, bo nie jestem matematykiem i nie rozumiem). A metoda znana jest od lat, tyle że matematykom (jeśli nie na poziomie dawnych liceów to na poziomie studenckim na pewno). A więc ktoś ogłasza jako własne odkrycie starą metodę (odkrywa Amerykę na nowo), publikuje w recenzowanym piśmie o wysokim IF i jest przez wielu innych naukowców cytowany (jak widać też ignoranci w matematyce). Trudno mi powiedzieć czy był to świadomy plagiat czy tylko wynikający z niewiedzy (nieuctwa), ale ktoś na bzdurze w świetle wskaźników robi karierę naukową. A wszystko przez zamknięcie się we własnym środowisku. Gdyby do recenzji dostał tę pracę przed drukiem jakiś matematyk, to sprawy by nie było (nie ukazałaby się i nie byłoby teraz kpin). Dawanie recenzji "swoim" to strategia o małych perspektywach. Prędzej czy później szydło wyjdzie z worka i będzie wstyd. Wielu osobom, nie tylko autorowi. Po drugie, żadne wskaźniki nie zastąpią rzetelnej wiedzy i zwykłego myślenia.

Przypomina mi się opowieść mojego dawnego szefa, Profesora W. Jezierskiego. Opowiadał o pewnym doktoracie z pogranicza sadownictwa i przetwórstwa. Obie recenzje pracy doktorskiej były pozytywne. Ale gdy je odczytano na radzie wydziału, to zapadła konsternacja. Jeden recenzent, sadownik napisał, że pod względem sadownictwa to praca nie przedstawia żadnej wartości, ale na pewno coś wartościowego jest w zakresie przetwórstwa. Drugi recenzent był specjalistą z przetwórstwa. Napisał, że w zakresie przetwórstwa to praca jest bardzo słaba i nic nie wnosi, ale na pewno coś wartościowego jest w części sadowniczej. Z formalnego punktu widzenia obie recenzje były pozytywne, więc doktorat się "należał". Ale po zestawieniu recenzji i logicznej analizie rada naukowa zawiesiła przewód doktorski (by nie robić zbyt dużego wstydu promotorowi) i nigdy nie został wznowiony. Ale byli ludzie, którzy nie zrezygnowali z myślenia.

Miałkość jest przemijająca. Nauka potrzebuje otwartości, niestandardowości i otwartości poszukiwań. Tymczasem uniwersytety same zrezygnowały ze swojej autonomii i decydowania o awansach. Zamiast recenzji dorobku z czytaniem prac jest tylko porównywanie liczb (wskaźników). Buchalteria tabelek a nie analiza osiągnięć (proszę zwrócić uwagę jak naukowcy łatwo mówią o liczbie uzyskanych punktów w ważnych czasopismach a jak trudno o swoich odkryciach i co ich odkrycia nowego wnoszą do nauki).

Odpowiedzialność za jakość naukową uniwersytety scedowały na wydawnictwa zewnętrzne. Bo o awansie decyduje suma punktów, uzyskanych (przyznanych) przez pozauniwersyteckie czasopisma i wskaźniki. Cóż w zasadzie robią rady wydziałów? Sprawdzają w zasadzie papiery od strony formalnej (bo nie ma czasu na dokładne analizowanie). A recenzenci nierzadko przepisują zdania z autoreferatu, bez sięgania do prac i ich analizowania, w tym sensowności i oryginalności badań, w tym wkładu osoby ocenianej. Może pójść krok dalej? Uzyskiwanie stopni i tytułów naukowych może odbywać się on-line: delikwent wpisze swoje dane, pobierze z baz danych wykazy publikacji, program policzy punkty i wg algorytmu przyzna doktorat, habilitację czy profesurę. Oczywiście jeśli osiągnie dolną, wymaganą liczbę punktów we wszystkich uwzględnionych w algorytmie kategoriach. Ideał szkiełka i oka. I nikt nie będzie analizował co w tych publikacjach jest, czy i jaką mają wartość, jaki wkład wniósł autor w wieloautorskiej publikacji (nie trzeba samemu nic odkrywać, wystarczy się dopisywać i być dopisywanym). W każdym razie centralny komputer będzie przyznawał doktoraty, habilitacje, profesury i wszelakie nagrody. Same środowiska uniwersyteckie, z własnej woli, do takiej wizji dążą. Amerykanie się już buntują jawnie, w Polsce ani śladu wyraźnej kontestacji(*) i prób odzyskania uniwersyteckiej autonomii.

Tak na prawdę wiele osób ze środowiska akademickiego mówi o tym... tyle, że jedynie ściszonym głosem i w gabinetach a nie na forum publicznym. Bo po co się narażać? A może z niepewności, bo może tak właśnie trzeba? Czekamy aż Amerykanie za nas sprawę załatwią? Tak więc o autentycznej autonomii uniwersytetów (tej autonomii i samodzielności intelektualnej) trzeba zapomnieć (z swej szerokiej masie - bo szczęśliwe wyspy na pewno istnieją nawet w naszym środowisku - tyle, że na razie to nie one nadają klimat i powszechnie stosowane standardy). 

Książkę czytam, Dobrze napisana, zarówno pod względem merytorycznym jak i językowym, ze znakomitym dowcipem. Wyzwoliła jednocześnie, jak katalizator, inne refleksje i myśli tlące się od dawna.

 

(*) - to znaczy czasem w gazecie to i owo można przeczytać, nawet bardzo krytyczne głosy. Czasem studentów i doktorantów, czasem samych profesorów. Ale te teksty nie wywołują szerszej i głębszej dyskusji w samym środowisku akademickim. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie.

Co będzie, gdy klimat się zmieni?

sczachor

1024pxAlgerien_5_0049Co będzie, gdy klimat się ociepli? Czy warto się martwić? Przecież były już okresy na Ziemi, gdy było i cieplej i zimniej. I przecież swiat się nie zawalił. Klimat globalnie się ociepla, to fakt a nie jakaś hipoteza czy "spisek ekologów". A gdy się ociepli, tak jak przed tysiącami lub milionami lat już było, to co będzie?

Świat i Ziemia dalej będą trwały, przyroda sobie poradzi. Jedne gatunki wymrą inne powstaną, jeszcze inne się zmienią. Ewolucja na Ziemi trwa nieprzerwanie od miliardów lat. Nie raz na Ziemi (i w biosferze) były zmiany klimatu lub jeszcze większe katastrofy, łącznie z uderzeniem asteroidy. I życie przetrwało. Przyroda zawsze da sobie radę.

A ludzie? Też przeżyją (raczej przetrwają), czym się więc martwić i po co ograniczać emisje gazów cieplarnianych? Przecież to kłopotliwe dla gospodarki!

Sahara też kiedyś był żyzna, z rzekami, jeziorami lasami, pełnymi zwierzyny. I żyli ludzie. O czym świadczą na przykład malowidła naskalne, jak to, zamieszczone obok (Malowidła naskalne z Tasili Wan Ahdżar , Algieria, fot. Gruba, Wikimedia Commons). Potem klimat się ocieplił, wraz z odejściem epoki lodowej. W Europie zniknął nieprzyjazny lodowiec, pojawiły się lasy, jeziora i warunki dogodne do życia dla człowieka. Odeszli co prawda łowcy reniferów, ale pojawili się rolnicy. To polodowcowe ocieplenie przyniosło nam w Europie, lepsze warunki do życia. Więc czemu mielibyśmy się martwić kolejnym ociepleniem klimatu?

Tak, ocieplenie klimatu z tak szerokiej perspektywy (niemalże filozoficznej) to nie problem. Jakoś to będzie. Ale jeśli to my podzielimy los Sahary? Pozostaną po nas sterty plastikowych śmieci i betonowe bloki. Szkopuł tkwi w właśnie szczególe. Wraz z ociepleniem pojawią się kolejne "Sahary" , a gospodarka i ludzie będą mieli ogromne kłopoty. To będzie kosztowne. Więc może tańsze jest zapobieganie zmianom klimatu niż dostosowywanie się do zmian? Tak jak ze zdrowiem (taniej zapobiegać niż leczyć), kto nie wyda na kucharza, wyda na lekarza.

Przyroda sobie poradzi. Tak zwani ekolodzy nie martwią się więc o przyrodę... ale o ludzi i gospodarkę. To, co przyjazne dla ekologii przyjazne jest i dla ekonomii (gospodarki). Warto o tym pamiętać, w czasie dyskusji o niecnych "spiskach klimatycznych".

 

Gadające dachówki, złoty człowiek i transfer innowacji z uniwersytetu

sczachor

statuatki_zloty_czlowiekSpotkało mnie miłe i sympatyczne wyróżnienie statuetką Złotego Człowieka, wspólnie z p. Zofią Wojciechowską za projekt Gadających Dachówek (Zobacz relację Gazety Olsztyńskiej). Jest więc okazja by powiedzieć więcej nie tylko o gadających dachówkach.

Gadające Dachówki to innowacja, która powstała w czasie stażu w mikroprzedsiębiorstwie. Pomysł rozwijał się powoli, klucząc krętymi drogami a nabrał kształtów w ramach stażu (numer umowy o staż U.24/CIiTT.SIS2/PN/38/2014), jaki odbywam w małym przedsiębiorstwie. Staż odbywa się w ramach projektu pt. „Regionalny transfer wiedzy z nauki do biznesu – staże i szkolenia praktyczne naukowców w przedsiębiorstwach Warmii i Mazur”, współfinansowanego ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego a koordynowanego przez Centrum Innowacji i Transferu Technologii UWM w Olsztynie. Dachówkowa innowacja dotyczy branży turystycznej. Mam nadzieję, że skorzysta z niej małe przedsiębiorstwo z naszego regionu. Duże firmy sobie poradzą - najtrudniej jest mały, także z wdrażaniem innowacji. Innowacje są i dla małych!

Misją uniwersytetu jest wspieranie rozwoju regionalnego. Z innowacji korzystać mogą także małe (nawet mikro) przedsiębiorstwa. Innowacja nie musi oznaczać wielkich fabryk, dużych pieniędzy i mocno skomplikowanych technologii. Małe i duże przewroty najpierw powstają w głowie. Z gadających Dachówek mam nadzieję, że skorzysta branża turystyczna, ale przy okazji, jak podkreśla nominację Gazeta, „to cykl spotkań integrujących społeczność lokalną i pomagających im budować regionalną tożsamość.” Oddziaływania kulturotwórcze to także misja uniwersytetu. Szeroka współpraca z partnerami pozaakademickimi również.

Do nauki trzeba dopłacać a jakie są z tego zysku, korzyści dla społeczeństwa? Nie wszędzie da się postawić kasę fiskalną, więc ten wpływ nie dla każdego i nie od razu jest widoczny. Lata doświadczeń pod różnymi szerokościami geograficznymi wykazały, że warto mieć uniwersytety, w których uczeni obdarzeni są wolnością poszukiwań. Nawet wiedzy dla samej wiedzy. Bo paradoksalnie dobra teoria jest znakomitym wdrożeniem. Tak jak dobra mapa dla podróżnego.

Jak oceniać naukę (efektywność nauki)? Przez publikacje z listy filadelfijskiej i temu podobnymi narzędziami? Ale nie tylko publikowanie w czasopismach zagranicznych z listy IF (bo to działanie globalne i dla społeczności ogólnoświatowej) przesądza o pożytkach z uniwersytetów. Nie tylko o dumę, płynącą z ogólnoświatowego uznania i splendoru, chodzi (bo wtedy traktowali byśmy naukę na równi ze sportem). Można powiedzieć, że publikowanie w obcych językach i niedostępnych czasopismach to marnotrawstwo, to finansowanie nauki dla bogatych krajów, że to drenaż mózgów – bo inni korzystają. Ale to konieczne, by zachować kontakt z nauką światową. To także przepływ wiedzy światowej do lokalnej uczelni. Dobra nauka nie może być wyizolowana, bo wtedy z dużym trudem odkrywa się Amerykę po raz kolejny.

Jednakże obok tego poziomu globalnego potrzebny jest codzienny kontakt z otoczeniem uniwersytetu. Zapatrzeni w splendory ogólnoświatowe nie powinniśmy zapominać o kontakcie (i powinnościach) z „maluczkimi” na prowincji. Nie przypadkiem mój uniwersytet nosi nazwę Wamińsko-Mazurski. Mimo, że transfer wiedzy i innowacji do lokalnego otoczenia nie przekłada się ani na karierę zawodową, stopnie awansu czy prestiż zawodowy, to nie powinniśmy o nim zapominać. Dachówki to przykład zauważonego transferu do społeczności lokalnej (Gazeta Olsztyńska dostrzegła i publicznie innym pokazała). W większości taki przepływ wiedzy nie jest zauważalny we wskaźnikach naukometrycznych. Nie widać w publikacjach liczących się itd. Ale jest. To tylko wierzchołek góry lodowej – znacznie więcej nie dostrzegamy i nie widzimy tych pozytywnych skutków.

Dane wskazują, że tam gdzie uniwersytetu, tam gospodarczo lepiej funkcjonują społeczności lokalne. A więc w naukę warto inwestować i szkoły wyższe dotować, mimo, że pozornie nie widać szybkiego i wyraźnego przełożenia na gospodarkę. Może warto zwiększyć liczbę narzędzi pomiarowych? Ale koszty montowania „liczników pomiarowych” będą zbyt duże, zbyt biurokratycznie obciążające. Zbyt dużo aktywności samych uczonych pójdzie „w sprawozdawczość” (właśnie siedzę w kolejnych „papierach” i raportach”). Wystarczy zaufać… i robić swoje. Biznes też ma korzyści z wspierania nauki, i to nie koniecznie od razu. To tak jak z podlewaniem roślin – nie widać skutków po jednym podlaniu – roślina rośnie wolno i skutki widoczne są dopiero przy systematyczności. Kiedy zbieramy plon, wiemy, że zapracowaliśmy. Ale przecież nie wskażemy jednego konkretnego dnia, który zadecydował, bo np. 4 czerwca podlaliśmy wodą (innym razem sam deszcz glebę zrosił) id. Potrzeba wyobraźni by dostrzec tę zależność. I wiedzy ogólnej.

Czy Gadające Dachówki pomogą w dojrzewaniu lokalnej tożsamości (przekłada się na jakość życia) lub wspierać będą rynek turystyczny (przekłada się na stopę życiową)? Czas pokaże. Nie ta, to inna innowacja wspierać będzie rozówj regionalny. A może wszystkie razem, każda po troszeczku?

(zdjęcie u góry pochodzi z Gazety Olsztyńskiej, fot. Przemysław Getka)

Kultura w podróży

sczachor

variart_042014_DRUK_INTERNET_Strona_01Jak sobie człowiek (a nawet artysta) poleży, do go ciągnie  w świat, do ludzi. Najnowszy numer czasopisma VariArt będzie w poniedziałek podróżował. I ja się wybieram. Kultura w czerwoniaku. A dlaczego by nie?

Rozszerzona wersja artykułu w VariArcie: O obcych w przyrodzie i kulturze

Kultura, ta szeroko rozumiana, tworzy się, rozwija i upowszechnia się w relacjach. A podróże to doskonały sposób na rozwijanie więzi i relacji z innymi ludzi. Mówią, że podróże kształcą. Tak, ale tylko wykształconych i przygotowanych, którzy wiedzą co widzą, czyli rozumieją kontekst kulturowy, historyczny i przyrodniczy. Widzimy (dostrzegamy) przez pryzmat tego, co już wiemy. Ja na przykład, z racji zawodowych zainteresowań, dostrzegam wszędzie owady. A na malowanych widoczkach dostrzegam ich brak. Staram się więc otworzyć innym twórcom oczy na owady (i inne elementy przyrody) wokół nas. Są wszędzie. I artyści i owady.

Z dzieciństwa pamiętam podróże pociągiem. Takim z parowozem (dzieciństwo odnajduję już tylko w muzeum albo w skansenie). Lubiłem w wakacje przejeżdżać na Warmię i Mazury, bo w lokalnym pociągu, gdy wsiadałem w Korszach, to ludzie rozmawiali. Ze sobą rozmawiali - piękne było to lokalne-prowincjonalne otwarcie na innych i na siebie. Podróż - to było spotkanie z innym człowiekiem. I rozmowy w przedziale, poznawanie się. I ten uroczy zaśpiew mowy kresowej…

Teraz odgradzamy się gazetami, tabletami, słuchawkami na uszach. Jedziemy wśród ludzi ale samotnie, odizolowani. Cóż mogą nauczyć takie podróże? W domu ta sama gazeta, ten sam smartfon. Coś przegapione w takiej podróży – okazja poznania czegoś nowego. Nie ważne jak daleko podróżujesz (Egipt, Seszele, Chiny, Butryny, Lidzbark Warmiński, Jeziorany) – ważne jak głęboko podróżujesz i co potrafisz dostrzec wokół siebie. Więc w poniedziałek razem z VariArtem i jego Twórcami spróbuję podróżować po Olsztynie. Ale nie w samotności, tylko wśród ludzi. Będzie to kultura w podróży albo nawet kultura podróży.

„Kultura jest bowiem zawsze budowana na zastanych narracjach. Nie można uczestniczyć w procesach komunikacji społecznej w oderwaniu od istniejących wcześniej mitów, memów, utworów, trzeba je wykorzystywać przy konstruowaniu własnych komunikatów. Kultura nie jest narzędziem, które – tak jak oprogramowanie – wykorzystujemy do osiągania pragmatycznych celów. Kultura jest naszą tożsamością.” (źródło cytatu http://prawokultury.pl/scenariusze/),

Podróż kojarzy mi się nie z filmem puszczanym w autobusie lecz z wyglądaniem przez okno. Oraz z rozmowami z pasażerami. Dlatego w pociągiem podróżuje mi się lepiej niż autbusem. Przestrzeń publiczna jest tam, gdzie my ją stworzymy (odzyskamy). I chodzi o poszerzanie tej sfery publicznej, wspólnej, niezawłaszczonej, w której kultura może się rozwijać. Nawet ta najprostsza – w formie przemijające rozmowy.

Hmmm, ciekawe jak Olsztyn wygląda zza szyb „czerwoniaka”?

Górnicy strajkują a przeciętnego człowieka szlag trafia

sczachor

Z perspektywy takich regionów jak Warmia i Mazury górnicze strajki, a przede wszystkim pohukiwania związkowców na ciepłych posadkach są po prostu irytujące. U nas nawet ludzie z wyższym wykształceniem, z doktoratami, do jakiejkolwiek pracy mają daleko, po kilkaset kilometrów. Jeśli górnik straci pracę, to na Śląsku do kolejnej „roboty” ma blisko. Rząd powinien wspierać słabsza większość, a nie krzykliwą i silniejszą mniejszość. Dlaczego mamy ciągle dopłacać do górników i KRUSu rolników (tych z 100-200 ha), np. kasjerka w Biedronce?

Wydawało mi się, że w swojej irytacji sytuacją górników jestem niszowy. Ale jeśli posłuchać głosów z Warmii i Mazur, to wkurzonych jest więcej. Ot na przykład wypowiedź młodego, wykształconego człowieka z FB

„Zwykły palacz w kotłowni w przemyśle górniczym zarabia prawie 5 tys. złotych miesięcznie, górnik dwukrotność najniższej krajowej, ja po skończeniu studiów magisterskich mogłem liczyć na umowę zlecenie jako sprzedawca za najniższą krajową. Jeśli im się tak nie podoba mogą się zwolnić i szukać pracy w innych miejscach. Mogą np: założyć własny biznes i działać. Państwo chciało im dać kopalnie w dzierżawę to nie wzięli. Jak można trzymać coś, co nie przynosi zysku? Sam mam firmę i wątpię, żeby ktoś się zainteresował tym, że nie mam pracy. Nie będę strajkował bo jako jednoosobowa działalność nie mam szans. A jeśli Państwo teraz się tak przejmuje ludźmi to gdzie było kiedy upadały PGR-y? Zostały one rozkradzione przez bardziej inteligentnych, a pracownicy PGRów teraz "wegetują", bo inaczej nie można tego nazwać. Dla przykładu mieszkania z terenów po byłych PGRach można kupić za ok. 20tys złotych. Tylko nie ma chętnych. Dlatego trzeba zakasać rękawy i pracować. Krew mnie zalewa kiedy płacę miesięcznie prawie 2 tys. zł podatku i nikt mi nie dokłada złotówki, a górnicy czy Ci pozerzy lekarze z PZ strajkują bo mają źle. Na siłę zatrudnienie tam nie są, zawsze się mogą zwolnić i np. podawać cegły na budowie.”

Egoizm górniczych związkowców jest przerażający. Co mają powiedzieć pracownicy kultury (jedne z najniższych płac), co mają powiedzieć regiony ze strukturalnym bezrobociem od lat? Dlaczego pieniądze mają iść na dotacje dla kopalń a nie na inwestycję w nasz region? Też mamy energię z biomasy. Nie mamy petard i kilofów, nie pojedziemy blokować Warszawy?

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci