Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Tożsamość lokalna i folkloryzm

sczachor

Tożsamość dość często utożsamiamy z folklorem ludowym, agrarnym. Przykładem może być poszukiwanie warmińskiej tożsamości. Odwołujemy się do XIX wieku polskojęzycznych Warmiaków, próbując odtwarzać gwarę, muzykę i strój ludowy. Jakkolwiek w większości jesteśmy ze wsi, a więc wywodzimy się z kultury i tradycji wiejskiej, to wszystko się zmieniło. Ani my w większości nie mieszkamy na wsi ani wieś nie jest taka jak kiedyś (zwłaszcza ta warmińska czy mazurska). Za sprawą PRL-u tradycję w największym stopniu utożsamiamy z tradycją wiejską i to z XX wieku (góra początków XX). A dlaczego nie szukać korzeni i identyfikacji wcześniej?

Folklor (z niemieckiego Volk, folk – lud, ludowy) to ludowa twórczość artystyczna (najczęściej właśnie dotycząca stanu kultury wiejskiej z XIX wieku i początków XX), dotycząca muzyki, pieśni, tańców, strojów, zdobnictwa, baśni i podań. A jak w XXI wieku identyfikować twórców ludowych? Kto może się uważać za twórcę ludowego? Czy twórczość amatorska, naiwna (tworzenie z potrzeby serca) jest twórczością ludową?

Wszystko w kulturze się zmienia i podlega różnych, zewnętrznym wpływom. Nawet Fryderyk Chopin (choć w mojej młodości za poprawne uchodziło - Szopen) czerpał z lokalnej kultury ludowej. Ale znacząco ją przetwarzał. I chyba było tak zawsze, że czerpaliśmy z korzeni (tradycji, przeszłości), twórczo ją przekształcając i aktualizując. Tożsamość budowana w oparciu o zasuszony, zakonserwowany folklor wydaje się czymś sztucznym, nieautentycznym, skansenowym i nie przystającym do życia. Częściej więc mówimy i muzyce etnicznej, muzyce ziemi itd.(szukamy słów by nazwać dostrzeżone zjawisko). Poprawniejszym terminem jest chyba folkloryzm.

Folkloryzm rozumiany jest jako przetwarzanie autentycznych elementów folkloru lokalnego przez stylizację i aranżację i nadawanie nowej, uwspółcześnionej formy, mniej lub bardziej odległej od pierwowzoru. Folkloryzm to styl kultury popularnej i masowej, opierający się na twórczej adaptacji, elementów folkloru przez osoby niezwiązane z daną tradycją kulturową (a trudno być wspołczesnie związanym kulturowo z wsią z XIX wieku). Bo każda tradycja odchodzi w przeszłość. Na wsi zmienił się styl życia, wiele dawnych zwyczajów jest po prostu nieadekwatna do rzeczywistości. Ubrania kupujemy w sklepie a nie samodzielnie tkamy na krosnach. Styl więc wynika nie z lokalnych wzorów, możliwości technicznych i dostępnych środków a z wzornictwa przemysłowego i globalnego rynku pracy. Podobnie z językiem, obrzędami czy kulturą mówioną (oglądamy telewizyjne seriale a nie słuchamy opowieści wędrownego dziada, siedząc przy piecu w chałupie). Jest w tym i efekt globalizacji (ujednolicania kultury). Ale coraz silniejsze poszukiwanie tożsamości w nawiązaniu do lokalności jest w jakimś stopniu odreagowaniem na globalizację. Szukamy czegoś lokalnego, unikalnego, autentycznego.

W kulturze, nawet tej popularnej, odwołujemy się nie tylko do tradycji wiejskich z XIX wieku, ale szukamy znacznie głębiej, do średniowiecza (np. różne grupy rekonstrukcyjne, odtwarzanie muzyki dawnej itd.). Nie tylko nie mieszkamy na wsi i nie żyjemy jak w XIX wieku ale jeszcze dalej mamy do średniowiecza. A jednak poszukujemy tam źródeł i zaczepienia dla własnej tożsamości. Na naszym terenie jest to chociażby odwoływanie się do kultury dawnych Prusów. Folkloryzm w takim ujęciu to nie tylko nawiązywanie do tak zwanej kultury ludowej (folklor) z terenów wiejskich, ale także nawiązywanie do kultury miejskiej, nawet z epoki nowoczesności. Na różne sposoby poszukujemy dla siebie tożsamości, która pasowałaby do otaczającej nas rzeczywistości.

Rude i żywe kamienie z rzek Warmii i Mazur

sczachor

hildebrancjaCzy kamienie mogą być żywe? Zasadniczo nie, ale biolog zawsze znajdzie jakieś ale. Skoro są na Warmii "gadające dachówki" to dlaczego nie miałoby być żywych i kolorowych kamieni? Co prawda nie same kamienie żyją ale porastające je glony (krasnorost, w starszych publikacja pisany jako Hildebrandtia rivularis , w nowszych -  Hildebrandia rivularis). Tyle tylko, że plecha jest skorupiasta i wydaje się, że to taki łaciato-kolorowy, fioletowo-bordowy kamień. Więc w przenośni można powiedzieć, że to żywe kamienie. Spotkać je można w Krutyni, Łynie, Pasłęce, Kirsnie, rzece Ełk (i być może jeszcze gdzieś – wymieniam tylko miejsca, gdzie sam widziałem i stwierdziłem obecność tego gatunku).

W czasie letniego maratonu malarskiego Malality (działo się to w Pałacu Młodzieży w Olsztynie), znany olsztyńskim artysta Zbigniew Urbalewicz namalował obraz. Zatytułował go „kamienie”. Jak wyjaśnił, inspiracją były kamienie w rzece Krutyni. Artysta dostrzegł w nich piękno. Przyrodnik widzi coś więcej – organizmy żywe: krasnorosty o poetyckiej nazwie Hildebrandtia rivularis. Polskiej nazwy nie mają, na razie. Może trzeba te „kamienie” nazwać, np. hildebrancja rzeczna?

Krasnorosty znamy z mórz i oceanów lub z podręczników szkolnych i encyklopedii przyrodniczych. Hildebrandia rivularis to jedyny słodkowodny krasnorost (Rhodophyta) w naszych wodach. Ale zazwyczaj go nie dostrzegamy – kamień to kamień. Najbardziej znane są te z rzeki Krutyni (turyści zabierali na pamiątkę, co zagrażało temu gatunkowi i trzeba było wprowadzić specjalny program ochrony), ale są bardzo charakterystyczne dla całego naszego regionu. Jeśli spotkasz w rzece, to ciesz się widokiem i zrób zdjęcie. Ale nie zabieraj do domu.

Ten niewielki glon zasiedla wody bieżące i porasta kamienie, nadając im charakterystyczny czerwono-fioletowawe (czerwonobrunatne, rudawe) zabarwienie. Hildebrandia należy do glonów epifitycznych (porastających inne powierzchnie). Swoją charakterystyczną barwę krasnorosty zawdzięczają barwnikom: fikoerytrynie i fykocyjaninie. Ten ostatni barwnik ma właściwości fluorescencyjne.

Hildebrandia rivularis  to glon występujący w czystych wodach i w słabo przekształconych przez człowieka małych i średniej wielkości rzekach. Możemy więc uznać go za wskaźnik dobrej jakości ekosystemów wodnych. Dawniej spotkać można go było także w zacienionym litoralu czystych jezior. Najwyraźniej jeziora zbyt mocno zniszczyliśmy. Nasi przodkowie oglądali je w jeziorach. My już niestety nie.

Krasnorost Hildebrandia rivularis stanowi główną atrakcję rzeki Krutyni. Dawniej wielu turystów zabierało te niezwykłe kamienie na pamiątkę, przy okazji niszcząc zagrożony gatunek. Zakazy kierowane do krutyńskich flisaków nie skutkowały. Licząc na przypodobanie się niemieckim klientom z chęcią wyławiali je z rzeki i rozdawali turystom. Niezbyt chlubny proceder udało się powstrzymać przez wydrukowanie ulotek w języku niemieckim i adresując je do zdyscyplinowanych i praworządnych Niemców. Nie wolno to nie wolno. Trzeba coś zostawić przyszłym pokoleniom (i nie o stery śmieci mi chodzi!).

Znacznie liczniej tego krasnorosta spotykałem w środkowej Łynie, na obszarze rezerwatu Las Warmiński. Ale tam turystów niewielu. Nielicznie glon ten spotykałem w Łynie na wysokości Rusi, Bartąga a nawet w samym Olsztynie. Spotykałem także w rzece Kirsnie (dopływ Łyny) w obszarze Natura 2000 Swajnie oraz w rzece Ełk. Można więc sądzić, że ten niezwykły krasnorost występuje w wielu innych rzeczkach Warmii i Mazurach. A może nawet jeszcze w jakimś jeziorze. Miejcie więc oczy szeroko otwarte i wypatrujcie tych naszych niezwykłości warmińsko-mazurskich – żywych kamieni z rzek i jezior.

Zobacz także:

  1. http://czachorowski.blox.pl/2010/01/Hildebrandtia-rivularis.html
  2. http://www.przyroda.mazury.pl/index.php?page=nature&id=149
  3. http://ro.com.pl/kamienie-ktore-zyja-hildebrancja-rzeczna/01114083

System klanowy, zarządzanie rozkazywaniem lub przekonywaniem oraz krajowe ramy kwalifikacji

sczachor

Polska w 2012 roku stała u progu zmian – wtedy następowało wprowadzenie Polskiej Ramy Kwalifikacji (Krajowe Ramy Kwalifikacji), co miało promować edukację opartą na rzeczywistych efektach uczenia się. Ważniejsze miało się stać nie to, jaki kurs czy studia skończyliśmy, ale to, co wiemy i co dzięki temu potrafimy zrobić. Minęły ponad dwa lata. O KrK na uczelniach mówi się dużo, ale czy rzeczywiście coś się zmieniło? Dyplomy powinny mówić o tym, co dana osoba naprawdę umie robić, a nie ile lat chodziła do szkoły czy studiowała. Miało być pięknie a wyszło jak zwykle. Dlaczego?

Para poszła w gwizdek, brak było i jest dyskusji merytorycznych i strategicznych a omawiane są szeroko jedynie sprawy techniczne i trzeciorzędne. Wysiłek skupiony jest na dopracowywaniu systemu komputerowego i obiegu dokumentów. Dlaczego tak mało rzeczywistych i oczekiwanych efektów? Moim zdaniem wynika to ze sposobu zarządzania, wielokrotnie już krytykowanego przez specjalistów nie tylko w odniesieniu do szkolnictwa wyższego. Był komunikat „macie wykonać”. Ale bez próby przekonania dlaczego to zrobić. Mus to mus, i tak zostało to zrobione. Czyli jak zwykle.

Na wszystkich szczeblach, poczynając od ministerialnego, zabrakło przekonywania co do samej istoty (w każdym razie zbyt mało do potrzeb było tego przekonywania i uzasadniania). Środowisko nie poczuło identyfikacji z zadaniem do wykonania. Identyfikacja to poczucie, że jest moje, że akceptuję i że warto. Ludzie potrzebują widzieć sens wykonywanych czynności, od sprzątania aż po edukację uniwersytecką.

Było odgórne polecenie – no to trzeba zrobić, aby się tylko w papierach zgadzało, jak będą kontrolowali. Wykonanie administracyjne, powstała uciążliwa struktura (sylabusy i system komputerowy), ale cel (jeszcze) nie został osiągnięty. Ten zasadniczy cel. Czynności i działań było dużo, aż się pot lał z czoła i złorzeczenie na zajmowanie czasu. Ale od tego mieszania w szklance herbata wcale nie robi się słodsza.

Jest jak było, tylko więcej administracyjnej i biurokratycznej pracy ma każdy nauczyciel akademicki (dużo więcej papierów i tabelek do pouzupełniania). Oczywiście bym przesadził, gdybym mówił, że nic sensownego się nie wydarzyło. Cały proces coś jednak dał: zastanawianie się nad celami. Było i jest tego jednak zbyt mało w stosunku do potrzeb. Jednak uczelnie dalej nie skupiają się na edukacji. Dlaczego?

Bo brak etosu, zaangażowania i identyfikacji, a karierę robi się w oparciu o publikacje. A nie jakąś tam dydaktykę czy jakość nauczania. Punktami mierzymy wartość publikacji. A dydaktyka? Zero zainteresowania. Jest i tyle. Niby ma być w uwzględniona postępowaniu habilitacyjnym (i innych awansach akademickich)…. Ale kto do tego przywiązuje rzeczywistą uwagę? Jak się pracuje to się jakieś zajęcia prowadzi i to wystarcza. W postępowaniu habilitacyjnym zrezygnowano nawet z wykładu w czasie kolokwium. A przecież habilitacja i wykład kiedyś dawały prawo do nauczania na uczelniach, prawo do wykładania. Bo w jakiś stopniu poświadczało kompetencje akademickie: potrafi coś zrobić nowego (dorobek naukowy) i mówić o tym (wykład). Teraz wychodzi na to, że uczyć może każdy…. I dlatego jest jak jest.

Założenia i plany były bardzo sensowne (w odniesieniu do Krajowych Rak Kwalifikacji). Zapoznałem się z nimi. Nakierowanie uwagi na cele a nie godziny i plany. Możliwość walidacji wiedzy dla osób, które nie uczęszczały na zajęcia. Tak mają (miały) być sformułowane efekty edukacyjne, aby osoba z ulicy mogła przyjść, zdać egzamin z kompetencji i otrzymać dyplom. Bo nie liczy się czas chodzenia do szkoły ale rzeczywista wiedza i umiejętności. Czyli otwiera się droga dla walidacji i kształcenia pozaformalnego. Takie podejdzie ogromnie mi się podobało. Dalej jest jednak tylko postulatem. Przecież tak jest w egzaminie na prawo jazdy – nie trzeba chodzić na kurs, można nauczyć się samemu (ekstermistycznie). Kompetencje sprawdza egzamin teoretyczny i praktyczny. I dostaje się dyplom – prawo jazdy. Dla uczelni to problem… bo musi mocno i sensownie zastanowić się, jakie efekty edukacyjne ma osiągnąć absolwent i jak to wiarygodnie sprawdzić (teraz sprawdza głównie czy chodzi na zajęcia i zalicza przedmioty). To zostało prawie całkowicie przemilczane i zostało poza powszechną dyskusją. Tkwimy w siatkach godzin, planach zajęć i sylabusach. Zbierane są dane cząstkowe ale w gruncie rzeczy nie są sprawdzane ani analizowane i nie wracają informacje zwrotne do nauczycieli akademicki. Rób coś i wypełniaj papiery. Bo w papierach ma się zgadzać. Sprawdzano czy zgadzają się trzeciorzędne szczegóły… ale nie sens, cele i zgodność z celami kierunkowymi i misją uniwersytetu.

Działalność pozorna i pozorowana, dużo pracy i wysiłku ale zupełnie poza efektem. Owszem, to bardzo duży wysiłek i wymaga dużego zaangażowania. A jeśli wydano tylko polecenie… to dlaczego pracownik, który nie identyfikuje się z założeniami i sensem tych zmian, miałby wkładać w proces swoją energię? Tym bardziej, że nie rozumie co i po co się robi. System komputerowego wybory jest odmóżdżający, mocno ograniczony (wybiera się to co najbardziej pasuje). W papierach wszystko gra, w sensie edukacji nic lub bardzo niewiele się zmieniło. Jest tylko walka o godziny – bo to walka o miejsce pracy, kosztem kolegów i koleżanek a nie dbałość o jakość finalną. Byłem ja miał godziny… a potem to choćby potop. Czy absolwent znajdzie pracę? Byle studenci na zajęciach byli…

Dydaktyka akademicka choruje tak jak cały system edukacyjny. Brak celów, brak etosu, brak poczucia misji. Pozostaje korporacyjny wyścig szczurów w indywidualnej karierze i ewentualnie w drobnych geszeftach (cwaniaczków nie brakuje w żadnej grupie zawodowej). Jakoś się w życiu trzeba ustawić. A wszystko przez kulturę pracy: wydawanie poleceń ale nie przekonywanie co do sensu. Kultura zarządza bardzo niska i rodem z feudalizmu lub autorytarnego PRLu. W konkurencji międzynarodowej z takim systemie przegramy. Już przegrywamy…

Jesteś tym, kogo znasz a nie tym co umiesz. Jest to po prostu dobieranie plemienne a nie zadaniowe. I tu i tam wybieramy (dobieramy ludzi) najlepszych… tylko cel jest inny (mój człowiek z mojego plemienia, klanu, grupy lub człowiek o najlepszych kompetencja do konkretnego zadania). W takim systemie po co są kompetencje, po co skupiać się na rzeczywistej wiedzy, umiejętnościach i kompetencja? Przecież liczy się to, z jakiego klanu jestem (stada, plemienia, hordy – tak jak przez setki tysięcy lat Homo sapiens). Widać to w samorządach, miejscach pracy, parlamencie…. Wydolność takiego systemu jest niska. Wspierasz swoich a nie kompetencje? Zysk chwilowy i ułuda zwycięstwa, bo i tak przegrasz, razem ze wszystkimi. Wyobraź sobie jazdę samochodem osobowym w daleką podróż. Kogo wybierzesz na kierowcę? Tego, kogo najbardziej lubisz (z twego klanu) czy najlepszego kierowcę? Pierwsza alternatywa da ci szybką satysfakcje i poczucie zwycięstwa… druga długofalowy spokój jazdy i bezpieczne oraz szybkie dotarcie do celu…. A czy umiesz wybierać według kompetencji? Czy to kiedykolwiek robiłeś (aś)?

c.d.n. (bo wszystkiego w krótkim tekście nie da się wypowiedzieć)

O bursztynce, cudzych genach i bolesnym poprawianiu urody

sczachor

bursztynkaPrzygotowuję wystawę fotograficzno-opisową, dotyczącą zakończonych badań nad różnorodnością biologiczną upraw wierzby energetycznej. Będzie to bardzo nietypowa „publikacja”, mocno odbiegająca od dotychczasowych standardów (ale to co dzisiaj jest nowinka jutro staje się standardem a pojutrze archaicznym skansenem). Zamiast tradycyjnego tekstu będą plansze ze zdjęciami i krótkie opisy oraz linki (forma hipertekstu). W sumie nie ma w tym nic dziwnego – upowszechnianie wyników badań ciągle przybiera nowe formy a naukowcy poszukują coraz bardziej adekwatnych form komunikacji. Znajdą więc się na planszach ze zdjęciami także i QR kody, by z pomocą mobilnego internetu wykorzystać do objaśnień zewnętrzne zasoby informacji niczym „cudze geny” (rozszerzony fenotypy).

Przeglądając zdjęcia trafiłem na śliczną bursztynkę (na fotografii obok), spotkaną w Samławkach w uprawie wierzby. Nie o bursztyn chodzi ale o ślimaka. Nad wodami i na terenach podmokłych możemy spotkać ślimaka bursztynkę (Succinea sp.). Ślimak z delikatną muszlą bursztynowego koloru sam w sobie jest piękny. Ale niektóre mają przepięknie ubarwione czułki i do tego pulsujące. To co widzimy, to mieszkający w ślimaczym czułku pasożyt – przywra Leucochloridium macrostomum. (zobacz film). Czułki z przywrami dodają niejako urody ślimakowi. Ale i w świecie ludzkim czego to kobiety dla urody nie zrobią (mężczyźni zresztą też): nakłuwają różne części ciała, wstawiają gliniane krążki w wargi (jak pewne afrykańskie plemię – Mursi), wycinają fragmenty ciała lub wszczepiają silikon tu i tam. Zdrowia to nie poprawia, ale urodę w mniemaniu właścicieli to nawet bardzo.

Ale wróćmy do przywry. To pasożyt dla którego ślimak jest żywicielem pośrednim. W odpowiednim momencie rozwoju przywra wędruje do czułków ślimaka i zmienia jego zachowanie. Ślimaki wbrew swoim przyzwyczajeniom wychodzą na „widok” a przywra umiejscowiona w czułku zaczyna się ruszać. Pulsujący czułek ślimaka z przywrą w jakimś stopniu upodabnia się do larwy owada, co zwabia ptaki. Zjadają one albo same czułki albo całego ślimaka (ani jedno ani drugie dla ślimaka nie jest przyjemne ani pożądane). Przywra w ten sposób dostaje się do żywiciela ostatecznego i kończy swój rozwój. Ta ciekawa właściwość zmieniania (wpływania) na zachowanie swojego żywiciela była podstawą sformułowania hipotezy egoistycznego genu. Bo skoro pasożyty mogą modyfikować zachowanie żywiciela, aby robił to, co korzystne dla propagacji pasożyta, to może egoistyczne geny też nami sterują? Podobnie zmieniają zachowania owadów pasożytnicze nitnikowce – nawet lądowe owady czują pociąg do wody (bo tam rozwijają się pasożyty). Analogicznie w naszym genomie miałyby być egoistyczne geny, sterujące naszym zachowaniem.

Drugim elementem teorii egoistycznego genu było odkrycie, że ludzkie DNA zawiera tylko niewiele sensownego DNA z zakodowanymi genami – reszta to śmieciowe DNA do niczego nie potrzebne. Tak się nam wydawało (teraz wiemy dużo więcej o „śmieciowym DNA” i jego roli). A skoro nie koduje żadnych genów to zapewne są tam „pasożyty”, sterujące naszym zachowaniem. W zasadzie jesteśmy tylko opakowaniem dla genów. Hipoteza egoistycznego genu R. Dawkinsa przez kilka dziesięcioleci cieszyła się dużą popularnością. Po rozszyfrowaniu ludzkiego DNA teoria egoistycznego genu stała się mocno nieaktualna. Po pierwsze nie znaleziono owych hipotetycznych genomowych pasożytów. Po drugie śmieciowe DNA nie jest takim śmieciowym i zbędnym jak się wydawało. To rezerwuar do zmienności i rekombinacji oraz zasobnik z genami regulatorowymi. Teorię egoistycznych genów coraz bardziej zastępuje teoria hologenomu.

W końcu okazało się, że bez cudzych genów nie jesteśmy w stanie żyć. Powoli dojrzewa paradygmat wspólnotowości. Najpierw odkryliśmy, że mamy więcej białek niż genów w naszym DNA. Dawny dogmat genetyczny „jeden gen = jedno białko” legł w gruzach, gdy poznaliśmy mechanizmy genetyczne u eukariontów. Pojawiły się w teoriach biologicznych introny i egzony oraz duża modyfikacja genów (rearanżacja fragmentów). Stąd więcej białek niż genów. Po drugie okazało się, że nasze własne geny i enzymy nie wystarczą nam do funkcjonowania i życia. W znakomity sposób korzystamy z potencjału genetycznego i enzymatycznego mikroorganizmów, żyjących w naszym organizmie. Liczbowo komórek bakteryjnych jest więcej w naszym organizmie niż naszych własnych. Ale ponieważ bakterie są dużo mniejsze niż komórki eukariotyczne to wagowa w naszym organizmie jest tak około 1-1,5 kg. Niemniej do codziennego życia wykorzystujemy także „cudze geny”. Tak jak moje przygotowywane plansze będę wykorzystywały zewnętrzne zasoby informacji.

Proste pojęcie zysku i straty nie bardzo ma zastosowanie w biologii. Bakterie i grzyby, których jest w naszym organizmie coś około półtora kilograma, pod względem liczby komórek to nawet jest ich więcej niż naszych (bo dużo mniejsze). A więc nie tylko obcy to pasożyt i wróg a raczej symbiont i przyjaciel. Nawet medycyna przestała zwalczać zawzięcie „zarazki”. Teraz mówi się o probiotykach i właściwej „florze” bakteryjnej i grzybowej nie tylko w jelicie ale i na skórze. Nie jesteśmy sami i w tej wspólnotowości żyje się nam znacznie lepiej. To ogromna zmiana paradygmatu, a myślę że i ogromny wpływ na współczesną filozofię. Biologia na prawde zmienia nasz świat. Także ten filozoficzny i duchowy.

W warstwie społecznej coraz bardziej przekonujemy się, że o jakości społeczeństwa nie decydują jednostki i supermani a współpraca i jakość relacji między członkami społeczności. Odeszły więc do lamusa projekty naprawiania ludzkości poprzez eliminację „złych” genów w piecach krematoryjnych czy przez przymusową sterylizację niepełnosprawnych. Na szczęście teraz coraz bardziej kładziemy nacisk na umiejętność pracy zespołowej i jakość relacji społecznych. To one, w swoistej wspólnotowości, decydują o naszym sukcesie. Patrząc na ślimaka bursztynkę z pięknymi czułkami… współczujemy, myśląc o pasożycie gnieżdżącym się w jej ciele. Ale czy my ludzie, dla domniemanej urody, nie robimy równie szkodliwych dla zdrowia zabiegów? Możemy z politowaniem patrzeć na okaleczone kobiety Mursi, ale przecież w naszym nowoczesno-silikonowym świecie podobnie się zachowujemy. Nastolatki niszczące sobie cerę zbędnymi kosmetykami to tylko mały pikuś. Może chcemy być bardziej widoczni i podziwiani? Czego to kobiety nie wycierpią aby ładnie wyglądać… Jak tak przywra i bursztynka?

Na moich wystawowych planszach takimi przywrami będę QR kody. Daleko idące porównanie i analogia? Możliwie. Ale w kontekście ogólnej teorii systemów to nie tylko powierzchowną analogia.

Zobacz wcześniejszy tekst na stronie Radia Olsztyn

Uniwersytet a polityka kulturalna miasta

sczachor

maszynadopisanie

Kilka dni temu wybrałem się do Muzeum Nowoczesności w dawnym tartaku Raphalsonów na spotkanie poświęcone polityce kulturalnej miasta. Szedłem z niepewnością i obawami. Bo takie debaty bywają nudne i jałowe. Ale tym razem było warto, bo usłyszałem wiele mądrych słów i trafnych stwierdzeń.

Przy stoliku „prezydialnym” z panelistami stała woda w butelkach plastikowych. A przecież mogła to by być zwykła woda kranowa w dzbanku. W Olsztynie można, bo woda jest dobra i smaczna. Jak się później okazało, moja w cichości pomyślana uwaga była jak najbardziej na miejscu. Bo polityka kulturalna miasta i takie elementy może obejmować.

Kultura sprawia, że miasto jest czymś więcej niż tylko zbiorem ulic i budynków oraz poruszających się po ulicach ludzi. Polityka kulturalna może sprawić aby potencjał twórczy mieszkańców został wykorzystany do tworzenia miasta przyjaznego zarówno mieszkańcom jak i turystom. Olsztynowi brakuje spójnej polityki kulturalnej, obejmującej miejskie instytucje kultury, organizacje pozarządowe oraz indywidualnych twórców. Mam nadzieję, że trwający projekt to zmieni. Spotkanie, w którym rolę głównych gości pełniły ważne osoby , poświęcone było tworzeniu diagnozy stanu kultury w Olsztynie. Ale jak rozumianej, tradycyjnie? A co z trzecią kulturą (bezpośrednim przekazem naukowców, bez pośredników)? W trakcie spotkania kilkakrotnie różni rozmówcy odwołali się do uniwersytetu. Na szczęście więc kultura postrzegana jest znacznie szerzej i pełniej. Bo przecież nauka i uniwersytet mocno są zakorzenione w mieście Olsztynie. Przykładem niech będzie rola nauk biologicznych, w których dokonuje się największy postęp w ostatnich dziesięcioleciach. Odkrycia biologów wywracają nam dawne rozumienie świata, wpływają na filozofię oraz na kulturę (także tę potoczną). Wystarczy sobie uświadomić jak wiele miejsca w kulturze zajmuje debata nad GMO, zapłodnieniem in vitro, eutanazją, gender, szczepieniami obowiązkowymi, ociepleniem klimatu itd. Nauka pozwoliła dostrzec problemy (niektóre sama stworzyła) nad którymi ciągle i w różnorodny sposób dyskutujemy. Przeżywamy w kulturze.

Rola kultury w mieście to kapitał społeczny, kapitał ludzki. Kulturę można postrzegać statycznie (bierna polityka kulturalna) i dynamicznie. Niewątpliwie czegoś istotnego brakuje nam w polityce kulturalnej Olsztyna. Sama debata daje nadzieję na sensowny dialog i przygotowanie strategii sensownej. Dlatego nie żałuję z obecności na tym spotkaniu. Okazuje się, że np. Gmina Pacanów 80% dochodu ma ... z Koziołka Matołka. Kultura więc daje możliwości zarabiania i rozwoju ekonomicznego. Trzeba tylko umieć dostrzec ten kapitał społeczny i głębokie potrzeby ludzkie. Jeszcze raz okazuje się, że wyobraźnia ważniejsza jest od wykształcenia.

Rozumienie kultury i uczestnictwo w kulturze bywa różne. Nie tyle ważne jest ile jest teatrów, galerii i kin w mieście, ale ilu mieszkańców uczestniczy w kulturze i jak uczestniczy. Znikają widzowie z filharmonii czy teatru lub innych tradycyjnych imprez kulturalnych? Może gdzie indziej uczestniczą. Bo przecież nie zanikają potrzeby kulturalne. Świat wokół nas się zmienia. Coraz więcej osób uczestniczy na przykład w różnego typu piknikach naukowych (Noc Biologów, Olsztyńskie Dni Nauki, kawiarnia naukowa). W ciągu czterech lat warszawskie Centrum Nauki Kopernik odwiedziło ponad 4 miliony widzów. Podobne centra nauki powstają w innych miastach. To jeszcze jeden przykład jak bardzo liczy się tak zwana trzecia kultura i zupełnie nowe formy uczestnictwa w kulturze. Jeśli w tradycyjnych statystykach widzimy „ubytek” uczestników to wcale nie musi oznaczać to spadku udziału w kulturze aktywnej. Bo może ludzie spotykają się i realizują potrzeby kulturalne w miejscach, których nie monitorujemy . Przykładem niech będą książki i biblioteki. Owszem, jest spadek czytelnictwa… ale jednocześnie rośnie sprzedaż książek fachowych, poradników i specjalistycznych. Nie ma więc spadku czytelnictwa tylko preferujemy inny rodzaj książek. Podobnie z bibliotekami. Teraz zdecydowanie więcej książek mamy w domu, więc nie musimy korzystać z bibliotek. Te ostatnie stają się coraz bardziej miejscem spotkań niż wypożyczalnią książek. Równocześnie rozwijają się takie formy jak bookcrossing i ekonomia dzielenia się.

Wykorzystać potencjał kulturowy nie jest łatwo. Od razu trzeba zadać sobie pytanie jak wpisać to w inne potrzeby i funkcję miasta. Tu wracam do wody z kranu. Rezygnacja z wody w butelkach jednorazowych (przynajmniej na miejskich imprezach i spotkaniach oficjalnych) to zmniejszenie ilości śmieci w mieście i brak potrzeby dowożenia wody samochodami, a to oznacza poprawę jakości powietrza (mniej spalin). Korzystanie z samochodu… czy pieszo lub rowerem do miejsc kultury? To polityka kulturalna miasta o szerszych ambicjach i zakresie oddziaływania. I spójna z innymi działaniami w mieście. Polityka kulturalna może współgrać z rozwiązywaniem innych problemów, być synergią a nie oderwanym i izolowanym bytem. Potrzebna jest więc całościowa i koherentna wizja. Do tego konieczny jest dialog.

Kultura dialogu to także otwartość na zmiany. To jest potrzebne, a więc inwestycje w kompetencje a nie tylko w budynki. W tej i w innych kwestiach kilku dyskutantów kierowało wprost lub ogródkami zwracało się do olsztyńskiego uniwersytetu, licząc na zaangażowanie środowiska akademickiego. Czy UWM sprosta tym oczekiwaniom? Słyszę je „na mieście” od kilku lat. Czy zaangażować się ma uniwersytet jako instytucja czy raczej ludzie uniwersytetu – przecież też są mieszkańcami. Na sali dopatrzyłem się aż co najmniej 6 osób z UWM. Procentowo jest więc to udział znaczny. Czy będzie tak w trakcie budowania strategii i polityki kulturalnej?

W dyskusji zwracano uwagę na codzienne spotkania mieszkańców, tożsamość Olsztyna oraz budowanie tej tożsamości. Wspominano zjawisko zwane folkloryzmem. Cz,y a jeśli tak to jak, uniwersytet i środowisko akademickie uczestniczy w budowaniu tej tożsamości? Chciałbym poznać odpowiedź na to pytanie. Kilka osób – a ja to mocno podzielam – zwracało uwagę na potrzebę budowania przestrzeni publicznej do spotkań, także tych kulturalnych.Takimi przestrzeniami są chociażby parki i skwery. Czy tylko tradycyjne miejsca takie jak teatr, filharmonia muzeum? Przecież sam uczestniczę w różnych nietypowych spotkaniach kulturalnych na trawniku, w kawiarni czy w trakcie plenerów malowania dachówek.

Do niekorzystnych zjawisk zaliczyć trzeba ogólnopolską festiwalizację kultury (podobnie jak pikników naukowych) – skupienie się na masowości, widowiskowości i krótkotrwałych, ulotnych efektach. Dla mieszkańca jest ważne to, czy tylko korzysta on czy także współuczestniczy i współtworzy kulturę.

Spotkanie w Muzeum Nowoczesności było na tyle interesujące, że zachęca do współudziału i śledzenia tego projektu.

Pochwała akademickiej codzienności

sczachor

banaszak1Milczenie nie oznacza ciszy. Myśli bywają spisywane i schowane w szufladzie. A potem, czasem... wydawane drukiem. I to, co przez lata było milczeniem lub szeptaniem po kątach, staje się publicznym wywodem. Wtedy czasem triumf zamienia się w klęskę. Odwołam się do ostatniego przykładu z tanimi geszeftami posłów, rozliczających delegację na samochody... mimo, że nie jechali. Przychodzi taki moment, że "sprawa się rypnie", bo ktoś w taki czy inny sposób coś powie. Przez lata przemilczane tanie geszefciki staja się powodem do wstydu. A słowo drukowane utrwala na długo. Trwalsze jest od efemerycznych artykułów w internecie.

Od wczoraj na moim biurku leży drugi, opasły tom dzienników bydgoskiego naukowca, profesora Józefa Banaszaka. Tym razem jego dzienniki obejmują okres 2009-2013. Poprzedni tom wywołał sporą burzę nie tylko w środowisku bydgoskim. W Olsztynie też ludzie ze środowiska akademickiego piszą pamiętniki i dzienniki (niektórzy o tym wspominają, być może odważą się je opublikować). Może kiedyś, może niebawem ukażą się drukiem lub przynajmniej w internecie? Spisane będą słowa i uczynki, subiektywnie ale jednak. I to, co po kątach bywa z niesmakiem szeptane nagle może trafić do publicznego, oficjalnego obiegu. Słabi i przegrani wcale nie muszą być tacy słabi... Cwaniacy i spryciarze, tak jak wspomniani posłowie, strąceni zostaną ze świecznika, przynajmniej w zakresie publicznej opinii.

Koniec dygresji. Wrócę na chwilę do dzienników prof. Banaszaka. Czy kogoś może interesować codzienne życie naukowca entomologa, pracownika akademickiego? Wprawny czytelnik dostrzeże nie tylko to zapisane, ale wyczyta wiele między wierszami. Zwłaszcza jeśli czytelnik zna środowisko akademickie dowolnego ośrodka. Dzienniki odbrązawiają. Ale i dla innych jest to interesujący zapis socjologiczny i kulturowy życia codziennego w wieku XXI.

Kilka książek autobiograficznych polskich przyrodników już przeczytałem. Żałuję, że takie opracowania nie powstają w Olsztynie. Nie ma o czym pisać? Nie ma komu pisać? O jakości i dojrzałości środowiska akademickiego świadczą książki biograficzne i wspomnieniowe. Świadczy ich jakość (lub miałkość i brak jakości). Wielu profesorów odeszło na emeryturę, inni odchodzą. Co pozostawią po sobie w ludzkiej pamięci? Może właśnie z takich książek i dzienników można będzie się przekonać, jaki ślad trwały w sercach ludzkich zostawiają? Jedne gwiazdy zszarzeją, inne Kopciuszki zakwitną blaskiem... dnia codziennego.

Słowo pisane w wersji drukowanej ma dużą siłę oddziaływania...

 

Gadające dachówki, prowincja i street science

sczachor

glos_dachowkiCzy dachówki potrafią mówić? Teraz już tak, a to dzięki współpracy i otwartości. Oraz dzięki nieschematycznemu myśleniu. Innowacja powstaje w głowie a nie w laboratorium. W laboratorium się innowację testuje i sprawdza. Różne są innowacje. Gadające dachówki są tylko na prowincji. Bo prowincja oznacza nowoczesność, zakorzenioną w dziedzictwie lokalnym.

Jeśli masz smartfon lub tablet to pobierz bezpłatny program do odczytywania kodów QR. Uruchom program i najedź kamerą na zamieszczony obok kwadracik. To jest kod QR (z języka angielskiego Quick Response, szybka odpowiedź). Jeśli masz włączony głośnik, to coś usłyszysz. Dzięki mobilnemu internetowi i syntetyzatorowi mowy. Wielu ludzi, przez wiele lat na to pracowało. Nauka na charakter kumulatywny.

A teraz przemawiać będą warmińskie dachówki. Jeszcze trochę a nasze dachówki zaczną deklamować wiersze. Nie wierzysz? To nie znasz potencjału ludzkiego prowincjonalnej Warmii (wszak tu żył i pracował Mikołaj Kopernik).Ten klimat coś w sobie ma. Udziela się wielu. Nie nieustany pospiech ale właśnie odrobina wyciszenia. Slow science wcale nie jest gorsza.

Gadające dachówki to także popularyzacja wiedzy o różnorodności biologicznej. Efekty znajdują się już na przystankach autobusowych i na dachówkach. Jest street art… jest więc i street science. A w zasadzie jedno z drugim wymieszane i synergistycznie połączone. Podobne kody znajdziesz na naszych dachówkach. Skierują one do opowieści o bioróżnorodności Warmii i Mazur, kulturzre i etnografii. Połączone dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze, Niektóre kierować będą do krótkich filmików. To dopiero nasze początki. Warmińskie i mazurskie dachówki jeszcze się rozgadają. Razem z kamieniami.

Podobno motyle nie wydają dźwięków. A czy ktoś słyszał pisk ćmy? Najpewniej nie (w zasadzie tylko nieliczni). Ale są ćmy, które wydają dźwięki i trąbią (przeczytaj o zmierzchnicy i o pojawieniu się w okolicach Morąga). A skoro motyle (niektóre) wydają dźwięki, to nie dziw się, że dachówki gadają. Te nasze prowincjonalne warmińsko-mazurskie. Takie dziwy się u nas na prowincji dzieją. Przyjedź i zobacz, jeśliś ciekawy.

Gadające dachówki i patriotyzm dnia codziennego

sczachor

10470582_10204342483675572_8540491504194465741_nPatriotyzm może być odświętny, celebrowany raz do roku z fanfarami, flagami, capstrzykami, przemowami i defiladami. Ale może być bardziej skromny, szary, mniej rzucający się w oczy. To patriotyzm dnia codziennego. Ale to nie są wykluczające się patriotyzmy. One mogą znakomicie się dopełniać. A kultura dopełniać się z naturą i odwrotnie.

Patriotyzm dnia codziennego objawia się w dbałości o miejsce i tożsamość, w formie sprzątania drogi w lesie z zalegających śmieci czy robieniu porządku za swoim płotem. To są drobne działania, raczej nie opisywane w mediach. Bo są zwykłe i mało spektakularne. Ale niezwykle ważne. Bo bez nich świat byłby brzydszy. I brzydsza bałaby mała ojczyzna. Patriotyzm dnia codziennego to dbałość o przeszłość i podtrzymywanie (czy wręcz budowanie) tożsamości w oparciu o zwykłe losy ludzkie i zwykłe rzeczy. Tak jak stare dachówki, które po remoncie wydają się niepotrzebne. Tylko wyrzucić je jako gruz na śmietnik. Albo zasypać mały zbiornik wodny na polu.

Spotkania przy malowaniu starych, z pozoru już niepotrzebnych (a czyż historia lokalna nie wydaje się nam mało ważną a przez to niepotrzebną?), dachówkach to w jakimś sensie folkloryzm i patriotyzm dnia codziennego. Okazja by spotykać się w przestrzeni publicznej i snuć opowieści. O miejscach i o ludziach. By budować więzi społeczne.  Tak jak kiedyś, gdy nasi antenaci spotykali się przy darciu pierza, łuskaniu fasoli czy międleniu lnu. Lokalny traktat o łuskaniu fasoli...

Malowanie dachówek lub ich decoupage to nasze współczesne rękodzieło, dostępne dla każdego. Bo wszyscy możemy być artystami naiwnymi, tworzącymi z potrzeby serca. I wszyscy możemy dostrzegać (lub na powrót odkrywać) wartość w „starych i niepotrzebnych” rzeczach. Historię możemy również odczytywać na nowo i poszukiwać sensu. Motywy, jakie pojawiają się na naszych „gadających dachówkach”, to rośliny, grzyby, zwierzęta i krajobrazy lokalne. Jednym słowem bioróżnorodność. W tych malowanych dachówkach splata się dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze regionu.

gadajca_dachowkaW "gadających dachówkach" stare splata się z nowoczesnym, bo dzięki zamieszczanym na dachówkach kodom QR, za pomocą smartfonu lub tabletu, można przenieść się do opowieści lub filmiku, dotyczącego konkretnego gatunku rośliny lub zwierzęcia. Wspólne malowanie to także akcja charytatywna. Bo pomalowane dachówki trafią na aukcję charytatywną i zasilą akcję zbierania pieniędzy na szkolny autobus dla Lamkowa (w dniach 7-8 listopada odbył się dwudniowy plener malarski pn. „Jak Mazurzy Warmiakom dachówki malowali” - z tego pleneru pochodzą zamieszczone zdjęcia). Wspieramy w ten sposób środowisko lokalne i małe szkoły wiejskie. Teraz zbieramy dla Lamkowa, potem na pewno pojawią się i inne cele. I jeszcze jeden ważny aspekt, dotyczący dachówek. Możemy go nazwać zielona partycypacją.

Akcja jest przykładem transferu innowacji z uniwersytetu do małych przedsiębiorstw z Warmii i Mazur, działających w obszarze turystycznym. Naukowcy także mogą coś konkretnego (choć drobnego) zrobić dla swojej prowincji, swojego środowiska lokalnego. Odrywając się na chwilę od pogoni za punktami w renomowanych czasopismach zagranicznych. Nazwa Uniwersytet Warmińsko-Mazurski do czegoś zobowiązuje a misja uniwersytety nie jest tylko czczym zapisem w dokumentach (żeby ładnie wyglądało). Pokazujemy jak można praktycznie wydłużyć sezon turystyczny w naszym regionie. A tym samym jak dać pracę ludziom stąd. Skorzysta zarówno branża turystyczna jak i lokalni twórcy (więcej na blogu „Gadające dachówki”).

W Pluskach, 10. listopada o godz. 16.00, w dawniej szkole przy kościele, spotkamy się by przy starych dachówkach celebrować Święto Odzyskania Niepodległości. My będziemy odzyskiwać stare dachówki w formie patriotyzmy dnia codziennego. Zbierać lokalne okruchy przeszłości.

Autoryzacja czyli nie chcemy być manipulowani

sczachor

Ostatnio głośne były w mediach dwa przypadki autoryzacji lub braku autoryzacji wywiadu prasowego (i związanych z tym wyjaśnień). Instytucja (zwyczaj) autoryzowania tekstu nie we wszystkich krajach jest praktykowany. Dlaczego domagamy się autoryzowania każdego wywiadu, udzielonego mediom? Bo boimy się efektu jaki powstanie (z chaosu własnych myśli lub medialnego niechlujstwa lub manipulowania). Czasem autoryzowanie jest nadużywane a po przemyśleniach odsyłany jest inny tekst z innymi wypowiedziami niż w czasie rozmowy. To instrumentalne traktowanie dziennikarza.

Rozmówcy (mam na myśli naukowców) boją się błędów i przeinaczeń, dziennikarze boją się opóźnień i zupełnego przebudowania wypowiedzi. Czy autoryzacja jest potrzebna? I z czego wynika taka silna potrzeba? Moim zdaniem wynika z braku zaufania. Nie tylko słowa mogą zostać inaczej zrozumiane (zwłaszcza specjalistyczne terminy naukowe), nawet tendencyjnie zmanipulowane ale i kontekst może być zaskakujący. Kontekst w jakim wywiad/wypowiedź zostanie umieszczony. Autoryzacja tylko częściowo pozwala uniknąć zmanipulowania. Bo jak chcą to i tak nas wyrolują. Niestety.

Wywiad to autorskie dzieło dwóch stron. To nie jest tylko zapis rozmowy, gdzie dziennikarz pełni podrzędną i techniczną rolę. Wywiad to dialog i rozmowa więc ma zawsze dwóch autorów. Dobór pytań i problemów jest przecież wkładem dziennikarza. Tak więc i dziennikarz wnosi swój twórczy, oryginalny element. Jego rolą jest obiektywizm i raczej nie angażowanie się emocjonalne w problem. Reprezentuje w jakimś sensie punkt widzenia czytelników. Niemniej jest twórcą. A przynajmniej powinien.

Skoro wywiad jest dziełem wspólnym, to obie strony powinny się szanować. Szanuj więc dziennikarza swego (empatia) i postaraj się zrozumieć jego punkt widzenia i to, czego potrzebuje, czego szuka. Szanuj swojego naukowca-rozmówcę (piszę w kontekście relacji nauka-media, ale i tu też empatia jest ważna) - zrozum jego punkt widzenia na problem. Nie jest tylko dekoracyjną paprotką do ilustrowania i naukowego uwiarygadniania z góry zaplanowanej tezy. Żądamy autoryzacji bo nie chcemy być manipulowani. Przecież manipulować można nawet nie zmieniając słów i sensu wypowiedzi. Wystarczy kontekst. Kontekst wiele zmienia.

Ale z drugiej strony czy dla każdej drobnej wypowiedzi musimy żądać autoryzacji zgodnie z prawem prasowym? Tekst (dźwięk, obraz) potrzebny jest za kilka godzin. Trzeba być więc dostępnym internetowo i sumiennie zrobić autoryzację w szybkim tempie. Nie zawsze ten obustronny wysiłek jest opłacalny przy zdawkowej i mało ważnej informacji (wypowiedzi, wywiadzie). Dystans do siebie samego także jest potrzebny.

Przy braku zaufania następuje ucieczka w media społecznościowe i dziennikarstwo obywatelskie. Owszem, dzieje się to kosztem profesjonalizmu. U mnie przykładem są liczne literówki. Ale jeśli w wielu mediach przedrukowują moje wpisy blogowe to często-gęsto nawet ich nie czytają dokładnie, bo zostaje dużo tych literówek. U siebie mogę poprawić (tak często robię, gdy po jakimś czasie zajrzę lub ktoś mi podpowie). Tam, gdzie przedrukowali już nie mam szansy. Utrata części profesjonalizmu nie jest więc tak straszna, bo media w pogoni za ilością i taniością z jakością przygotowywanych materiałów także zeszły kilka poziomów niżej. Niemniej trudno być profesjonalistą we wszystkim. Jeśli więc naukowiec decyduje się na samodzielność, to warsztatowo jest to gorsze niż we współpracy z dziennikarzem. Ale jeśli ceną ma być wiarygodność i instrumentalne traktowanie – to lepiej samemu. Podobnie z drugiej strony – rezygnacja ze współpracy naukowców oznacza gorszą jakość merytoryczną treści medialnych (zostają banały i ogólniki).

Dobra i wartościowa rzecz rodzi się we współpracy. A do współpracy potrzeba zaufania, budowanego przez dwie strony. Pospiech i gonienie za ilością przynosi złe efekty. Ale nie każdy jest dziennikarzem, Wielu politruków i działaczy przebiera się w szaty dziennikarskie, co jeszcze bardziej podważa wiarygodność i zaufanie do mediów. Zbyt dużo przebierańców.

Grywalizacja czyli po co dzieci chodzą do szkoły?

sczachor

okulary2"Dzieci przychodzą do szkoły wcale nie dlatego, żeby nauczyć się czytać, tylko po to, żeby znaleźć odpowiedzi na pytania, które je nurtują." Powiedziała to nauczycielka z wieloletnim stażem i dużymi sukcesami wychowawczymi. Więc wie co mówi. I moim zdaniem ma rację.

A pisanie i czytanie? Jest niejako przy okazji, jest nieodzowną koniecznością. Ale odpowiedzi na nurtujące pytania... wcale nie musi udzielać szkoła i nauczyciel...

Uczymy pisać i czytać po to, żeby dzieci mogły same znaleźć (szukać) odpowiedzi na swoje pytania. Ciekawość poznawcza jest ogromna. Szkoda tylko, że w czasie edukacji od szkoły aż po uniwersytet ta ciekawość bywa zabijana. Bo mylimy cel nadrzędny z środkami, wiodącymi do celu. Mylimy sens z rytuałem. Niejednokrotnie w edukacji uprawiamy kult cargo. I wychowujemy niezaradnych kujonów, reagujących tylko na silną motywację zewnętrzną: kij i marchewkę. Jak niewolnicy na plantacji bawełny. Za skuteczną metodę zbyt często uznajemy straszenie ocenami i to nawet w stosunku do osób dorosłych.

Szkoła powinna uczyć poszukiwania. Nie powinna pędu do wiedzy zabijać... zbyt szybkim cyfrowym ocenianiem. Stopnie niewiele mówią o postępach. Są tylko metodą pomocniczą , mającą informować o postępach. Są jednak jednowymiarowe i ubogie w treści. Tylko klasyfikują i wdrażają do wyścigu szczurów i nauki dla stopni. Informacja zwrotna o postępach w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące pytania jest bardzo złożona i zindywidualizowana - nie da się zamknąć w stopniach czy punktach. A nie zostawiamy nauczycielom, nawet tym akademickim, swobody w ocenianiu. Wszystko ma być ujęte w tabelki, cyferki, sylabusy, precyzyjne regulaminy (żadnego więc szybkiego reagowania i dostosowania do aktualnej sytuacji). Kompletny brak zaufania do kompetencji nauczyciela.  Dlatego sięgam po grywalizację (gamifikację).

Poprzez naukę czytania (ale nie tylko czytania) uczymy (a przynajmniej powinniśmy) samodzielnego szukania odpowiedzi. Najpierw sami potrafią sięgnąć do książek i w ten sposób zadać pytania dawno nie żyjącym mędrcom. Lub daleko mieszkającym. Ale muszą chcieć - jeśli tę pierwotną ciekawość zabijemy, to sami nie przeczytają niczego. Potem uczą się stawiać pytania i przejmować odpowiedzialność za swoją edukację. Uczą się eksperymentowania, weryfikowania, porównywania a nie tylko samego czytania. Nie tylko w szkole jest za mało okazji do eksperymentowania (dlatego taką popularnością cieszą się centra nauki najróżniejszego typu). Nawet studenci skarżą się na zbyt mały, nieskrępowany dostęp do laboratoriów. Można - ale tylko w wąskich ramach od-do, ujętych w sztywnym programie.  

Uczniowie uczą się czytać by znaleźć odpowiedź na własne pytania (a tych w młodej głowie rodzi się wiele) a nie po to, żeby dostawać piątki czy szóstki. Fińskie szkoły uważane są za najlepsze. A tam oceniania jest mało i mało jest egzaminów kompetencyjnych. A u nas? Już w pierwszej klasie liceum uczniowie piszą... próbne matury. Trenują by dobrze zdać egzamin a nie żeby rozwiązać problem czy odpowiedzieć na własne pytania. A studenci trenują rozwiązywanie testów i trenują odpowiedzi na pytania egzaminacyjne, także te dyplomowe. Czy po takiej edukacji dziwić może trudność w znalezieniu pracy?

Dlaczego chcę eksperymentować z grywalizacją? Po pierwsze dlatego, że ułatwia podmiotowe traktowanie studenta, pozwala na wolność wyboru ile i czego chcę się uczyć (wielotorowość sukcesu). Oczywiście, jest to możliwe bez grywalizacji. Ale jakoś poplątaliśmy się w ocenianiu, kolokwiach, sylabusach, cyferkach, wskaźnikach i punktach. Dla mnie metoda grywalizacji jest sposobem na otrząśnięcie się. Na refleksję. I daje dobre narzędzie.

Po drugie sięgam do grywalizacji bo ułatwia motywację do większego wysiłku i własnego rozwoju. Mam na myśli studentów. Alternatywą jest sprawdzanie listy obecności nawet na wykładach. Jakoś nie mogę tego zaakceptować, gdyż jest to odejście od tradycji akademickiej. Student na wykład ma przychodzić z obowiązku czy z ciekawości? Jeśli nie ma możliwości wyboru przedmiotów, wykładowcy i terminu... to chyba tylko z obowiązku. Czasem trafi na coś ciekawego lub kogoś mówiącego interesująco. Trochę loteria. A przecież nie wszyscy oczekują tego samego i takich samych osobowości. Gdyby im zaufać i gdyby mogli rzeczywiście wybierać... mniej byłoby rozczarowań po obu stronach pulpitu wykładowego.

Po trzecie grywalizacja ułatwia pracę zespołową. Praca zespołowa jest możliwa i bez grywalizacji. Ale system oceniania zaciera sens pracy zespołowej. Często jeden pracuje..., a reszta w grupie spisuje (dopisuje się) i niczym pasożyt korzysta. To demoralizuje. To nie jest praca zespołowa. Grywalizacja mocno sygnalizuje (umożliwia) i czytelnie nagradza za pracę w zespole i wspieranie się. Mechanika gry każe wykładowcy zaplanować nagradzanie współpracy i czytelnie wpisać w reguły "gry".

I w końcu grywalizacja umożliwia wygodne zindywidualizowane podejście do studenta (bo inny jest mechanizm oceniania postępów i osiągnięć). Umożliwia kształtowanie odpowiedzialności za własną edukację. Student sam określa ile, kiedy i jak dużo chce się uczyć. My wyznaczamy minimum ale nie wyznaczamy górnej granicy. Student może się nieograniczenie rozwijać. A przecież właśnie tak powinno być na uniwersytecie! Ma poczucie sprawczości, samodzielności i indywidualizmu w kształceniu. To powrót do korzeni uniwersytetu. Który ostatnimi laty stał się szkółką ze sztywnym planem zajęć i odrabianiem lekcji. Nawet na studiach doktoranckich.

Grywalizacja nie jest jedyną metodą na "wszelkie zło". Jest jedną z wielu możliwości. Dlaczego z niej nie skorzystać? Bo lepiej się nie wychylać? Bo każda nowinka wzbudza nieufność? Dlaczego trzeba się tak mocno tłumaczyć z innowacyjnych rozwiązań w dydaktyce? To pytanie pozostawię bez odpowiedzi. Przynajmniej nie wypowiem na głos.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci