Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Co jedzą ślimaki winniczki ?

sczachor

winniczeknakupie

Napotkanie w przyrodzie sytuacje czasem zaskakują i skłaniają do głębszych refleksji. Ot na przykład zamieszczone obok zdjęcie ślimaka winniczka (początek maja, Łupszych, Żurawia Dolina). Ślimak winniczek pełzający po odchodach. Prawdopodobnie są to odchody dzika. Ale co robi tam ślimak? Najwyraźniej się pożywia. I to rodzi się pytanie, co jedzą ślimaki winniczki.

Na tak postawione pytanie można szukać rozwiązania na kilka sposobów: 1. Zapytać kogoś, sięgnąć do książek lub internetu, 2. Obserwować slimaki w przyrodzie, wykonać eksperyment i zrobić sekcję ślimakowi, aby na podstawie budowy przewodu pokarmowego i jego zawartosci wnioskować o sposobie odżywiania się i rodzaju pokarmu. Mamy więc dwa elementy metodologii naukowej (wywodzącej się przecież z myślenia potocznego): sprawdzić to, co już ludzkość wie na ten temat (bo raz, że szybciej, a dwa, po to odkrywać Amerykę po raz kolejny), a jeśli są luki w wiedzy lub jej brak to samemu zbadać i lukę w wiedzy wypełnić.

Najłatwiej i najprościej po prostu zapytać. Tak Homo sapiens czynił przez dziesiątki tysięcy lat. Jednak wiedza osób, znajdujących się w bezpośrednim naszym kontakcie, nie jest zbyt wielka. Zwłaszcza w sprawach tak niszowych i odbiegających od codziennych potrzeb i watunków przetrwania. Najczęściej pytania naszych przodków dotyczyły raczej tego: jeść czy nie jeść (nadaje się do zjedzenia czy jest szkodliwe i trujące) lub uciekać czy nie (wróg, drapieżnik czy niegroźne zwierzę). Współcześnie kontaktujemy się ze znacznie większą liczbą osób niż kiedyś. A mimo to, raczej nie spotkamy osoby, znającej się na biologii ślimaków winniczków. Można oczywiście, wzorem dawnych wieków, udać się do mędrca, starca (bo jak stary, to dużo przeżył, a w konsekwiecji dużo wie) lub jakiegoś innego strażnika wiedzy. W dawnej kulturze słowa cała wiedza przechowywana była w ludzkiej pamięci, w neuronach w mózgu. I żeby tę wiedzę uruchomić trzeba wypowiedzieć zaklęcie – to znaczy grzecznie zapytać.

Od czasu, gdy wynaleziono pismo, nasze kontakty z ludźmi, z mędrcami i niszowymi specjalistami, znacznie się rozszerzyły. Możemy „iść” nawet do osób, które żyły przed wiekami lub mieszkają tysiące kilometrów od nas. Pismo pozwala nam na kontakty przekraczające czas i przestrzeń. Trzeba udać się do biblioteki – takiej rozszerzonej pamięci z wiedzą ludzkości. Ale i na to trzeba poświęcić trochę czasu, zwłaszcza gdy w naszej miejscowości nie ma biblioteki z bogatym księgozbiorem przyrodniczym. Ponadto trzeba wiedzieć gdzie i jak szukać. Dawniej trzeba było wiedzieć kogo i jak zapytać i jak do takiego „mędrca” w danej sprawie dotrzeć.

Żyjemy w e-czasach. Pytanie ludzi staje się jeszcze prostrze. Dzięki internetowi nieporównywalnie roszszerza się zakres osób, których możemy pytać, jak i szybkość uzyskiwania odpowiedzi. Jeśli jest tylko zasięg, to przecież mogę od razu, nawet w lesie, włączyć swój smarfon i szukać odpowiedzi w sieci. No tak, ale i tu pojawia się problem jak odnaleźć w nieprzebranym gąszczu informacji, w których są i takie zupełnie bezwartościowe. Probmelem naszych czasów, jak i niezbędną kompetencją, jest szukanie w internecie. Tak jak kiedyś odnalezienie drogi w lesie do mędrca-pustelnika. Nieobeznanemu łatwo zbłądzić i wyjśc na manowce.

Zanim napiszę, co z ksiąg i internetu wyczytać można, przejdę do drugiej części – samodzielnych obserwacji. Bo jeśli szybko nie mogę uzyskać gotowych odpowiedzi od innych, to przecież mogę sam poznawać i badać. Odejście od starych ksiąg i konfrontownie wiedzy z rzeczywistością, zapoczątkowało naukę oświeceniową. Sprawdzić, poznać, zweryfikować samemu (szkiełko i oko). Nawet jak w księgach są jakieś odpowiedzi… to przecież nie muszą być dokładne, prawdziwe, właściwe. Nasz rozum też może się przyczynić albo do ugruntowania już istniejącej wiedzy (przez potwierdzenie) albo do poszerzenia wiedzy: przez nowe obserwacje, nowe wnioski i interpretacje.

Zatem należałoby obserwować ślimaki winniczki w ich naturalnym otoczeniu. W sam raz na miłe spędzanie czasu na łonie przyrody. Trzeba tylko prowadzić rzetelną dokumentację, notować: co, gdzie, kiedy. Skrupulatność i statystyczne interpretacje są ważne.

Pamiętam, jak kiedyś w wakacje, za pacholęcych czasów, mierzyłem migracje ślimaków winniczków. Każdego spotkanego ołówkiem oznaczałem cyfrą (długopisem nie dało się pisać po muszli), w zeszycie zapisywałem miejsce znalezienia, datę i krótki opis osobnika. Do tego powstawała mapka zarośli, gdzie żyły ślimaki winniczki – obiekt moich dociekliwych analiz. Codziennie przemierzałem zagajnik i szukałem ślimaków. Ciągle znajdowałem nowe a prawie nigdy nie mogłem napotkać poprzednio oznakowanych. Albo ich było dużo więcej niż sobie mogłem wyobrazić, albo ołówek się ścierał ze skorupki. Moje dawne wakacyjne notatki z badania winniczków leżą gdzieś w starym zeszycie. Były fascynującą, wakacyjną przygodą.

Kłopot z obserwacjami ślimaków winniczków jest taki, że aktywne są głównie w nocy i nad ranem oraz w deszczową pogodę. Południowa susza im nie służy. Trudno się obserwuje w nocy, to co jedzą ślimaki (my w tym czasie zazwyczaj śpimy). I jak poznać, że żerują a jak, że tylko się przechadzają? Zapewne jest na to rada. Można oczywiście zrobić sekcję i poznać budowę aparatu gębowego oraz przewodu pokarnowego. Lub wyczytać to z książek. I na podtawie wiedzy ogólnej wyciągać wnioski. Bo w przyrodzie wszystko jest „logicznie” ze sobą powiązane. Skoro gatunki przytosowane są do środowiska, w którym żyją, to ich budowa ma związek z trybem życia i odżywianiem.

Można oczywiście założyć hodowlę ślimaków w domu, w akwariach-terrariach. By w warunkach w pełni kontrolowanych sprawdzać co i ile jedzą. Małym utrudnieniem jest to, że w warunkach sztucznych ślimaki jedzą pokarm, którego w warunkach naturalnych nie spotykają, np. karma dla kota.

Wróćmy jednak do naszych poszukiwań w piśmiennictwie. W internecie trudno znaleźć, najczęściej otwierają się różne strony z hodowlą slimaków. Dla hodowcy ważne jest, by ślimaki rosły, więc podają bardzo różną „paszę”. Ale i z takich informacji nie wprost można sporo wywnioskować.

Ja sięgnąłem do książki „Ślimaki lądowe Polski” Andrzeja Wiktora, wydanej przez Wyd. Mantis, w 2014 r. w Olsztynie. Gdzie jak gdzie, ale u specjalisty to na pewno coś znajdę. Ale i to okazało się nie jest takie proste, bowiem szczegółowe opisy gatunków dotyczą budowy, cech diagnostycznych (jak odróżnić od gatunków podobnych), rozmieszczenia, pochodzenia. Brak pełnych opisów o szczegółowej biologii każdego gatunku. Trzeba szukać w części ogólnej a dotyczącej biologii ślimaków.

Ślimak winniczek (w opinii Andrzeja Wiktora) występuje w zaroślach,między krzewami, w lasach, parkach, na cmentarzach oraz w ogrodach. Pierwotnie gatunek ten zamieszkiwał najpewniej południową i południowo-wschodnią część Polski. Dziś spotykany jest w całym kraju i łatwo wnika do siedlisk, przekształconych przez człowieka. Jest więc gatunkiem synantropijnym.

I co w tych parkach, cmentarnych zaroślach czy lasach może spotkać? „Żywi się świeżymi liśćmi, stąd często uważany za szkodnika ogrodów” (Wikipedia), a zatem można uznać za roślinożercę. „Winniczki żywią się zielonymi częściami roślin. Żerują głównie nocą, ale także podczas deszczowych i pochmurnych dni.” (https://www.medianauka.pl/winniczek). Przytoczone fragmenty pochodzą jednak z różnego typu zbiorczych encyklopedii i kompendiów, a nie ze źródeł pierwotnych (publikacji naukowych). Upowszechniają więc tylko wiedzę powszechnie uznaną (ale nie znaczy, że aktualną).

Na forach dyskusyjnych można znaleźć i takie odpowiedzi ślimaki winniczki żywią się ”miętą i sałatą”, „Żywi się świerzymi liściami” (pisownia oryginalna). Trudno określić czy jest to powielanie encyklopedii czy własne obserwacje. Przez ogrodników bywa uważany za szkodnika, ale umiarkowanego i w bilansie raczej pożądanego w ogrodzie („Na samym początku ponownie chciałbym podkreślić, że winniczek należy do najmniej szkodliwych ślimaków, które mogą pojawić się w ogrodzie. Pojedyncze sztuki są raczej wskazane, zjadając jaja ślimaków nagich, łącznie z innymi sprzymierzeńcami ogrodu winniczek będzie wywierał pozytywny wpływ na zachowanie równowagi biologicznej” ): „Żeruje przede wszystkim w nocy, nad ranem oraz w pochmurne dni. Żywi się roślinami, zazwyczaj zwiędniętymi ich częściami, zjadają także jaja największych wrogów ogrodu ślimaków nagich.” (źródło). Mamy więc dwie dodatkowe informacje, że zjada rośliny zwiędnięte oraz inne pokarmy, takie jak jaja innych ślimaków. Zatem roślinożerność nie jest taka obligatoryjna a zakres pokarmowybywa szerszy. Tak jak w przypadku chyba większości zwierząt.

W „Ślimakach lądowych Polski” wyczytać można, że nasze lądowe gatunki nie są specjalnie wyspacjalizowane pokarmowo. Ich aparat gebowy ulega tylko niewielkim modyfikacjom i nie nadaje się do sortowania pokarmu. Występują u nas ślimaki roślinożerne i drapieżne. Ale nawet drapieżne od czasu do czasu zjadają różne części roślin lub szczątki organiczne. Są także ślimaki wszystkożerne (polifagiczne). Ślimak winniczek zaliczany jest do roślinożernych. Dla gatunków roślinożernych pokarm stanowią żywe części roślin (głównie młode pędy i liście roślin kwiatowych). Zjadają także owoce, bulwy, kłącza. Ale są i gatunki preferujące martwą materię organiczną, gnijące części roślin wraz z żyjącymi na nich grzybami i bakteriami. Aparat gębowy roślinożerców pozwala na odcinanie fragmentów pokarmu lub zeskrobywanie go tarką. Gatunki roślinożerne mają stosunkowo długi przewód pokarmowy (to prawodłowość ogólnobiologiczna, dotyczy nie tylko ślimaków). Pokarm roślinny co prawda zawiera dużo energetycznej celulozy, ale większości zwierząt brakuje enzymów, trawiących celulozę. W dłuższym przewodzie pokarmopwym mogą rowzijać się grzyby i bakterie, za pomocą ich enzymów trawiona może być celuloza. Niemniej A. Wikrot zaznacza, że „wydaje się, że ślimaki [lądowe, w Polsce] takich symbiontów nie mają.”. A skoro ślimak winniczek najpewniej symbiontów nie ma (przynajmniej odkrytych) to nie należy się dziwić, że korzysta z tego, co na zewntąrz. I że żeruje na odchodach, w tym przypadku dzika. Takie urozmaicenie diety.

Wszystkożercy zjadają różny pokarm: żywe rośliny, martwe rośliny, padlinę (martwe owady, drobne kręgowce, dżdżownice) czy kał kręgowców. Notowano także zjadanie piskląt w gnieździe przez duże ślimaki nagie (Arion rufus, A. lusitanicus – zobacz także Tajemniczy, nagi pogromca karmy dla kotów z Parku Centralnego. Czy da się go zjeść?)

Zjawisko kanibalizmu u ślimaków jest rzadko obserwowane w naturze, natomiast znacznie częściej w hodowlach (zwłaszcza przy dużym zagęszczeniu). Albo więc w hodowli mamy okazję częściej obserwowac ślimaki, albo warunki odbiegają od naturalnych (np. zbytnie przegeszczenie) i pojawiają się nieco inne zachowania. W warunkach hodowlanych ślimaki lądowe zjadaja np. gotowane jarzyny, żółtko jaj kurzych, pasztet, mleko w proszku, otręby, papier czy karmę dla kotów.

Jak widać na zamieszczonym zdjęciu w przyrodzie także ślimaki winniczki spotykają rózny pokarm.

Obserwacje zwykłych ślimaków nie muszą być banalnie i nic nie wnoszące. Ciekawych odkryć czasem dokunuje się przypadkiem i tam, gdzie ich nikt się nie spodziewa. Trzeba tylko uważnego obserwatora, przygotowanego swoją szeroka wiedzą.

To co, Młodzi Odkrywcy, będziecie obserwować tajemne życie ślimaków, nie tylko winniczków?

 

Ps. Przytoczyłem tylko kilka faktów z książek i internetu. Zawarta tam wiedza o ślimaku winniczku (i innych slimakach) jest znacznie obszerniejsza.

Czytaj także:

Czytaj dzieciom na trawniku. Albo jeszcze lepiej – eksperymentuj!

sczachor

18192494_10211479734142373_2880739364181260712_oMiejska Łąka staje się coraz popularniejszym pomysłem na organizację przestrzeni publicznej i wykorzystania przyrody w miastach. Tymczasem kosy spalinowe warczą, czyniąc spustoszenie wielkie w lokalnej różnorodności biologicznej roślin, a w konsekwencji i owadów. Ale gdzieniegdzie, między kamieniami lub schowane za krzewami, zostają mini kwiatowe refugia. Pokarm dla owadów zapylających. I jest co obserwować.

Zbliża się Ogólnopolski Tydzień Czytania Dzieciom. Zatem weź książkę i czytaj… na trawniku. A jeszcze lepiej na miejskiej łące. Wystarczy czytanie, bo jest wstępem do opowiadania i obserwowania tego, co piszczy w trawie, między ziołami. W warunkach łąkowych i trawnikowych doskonale sprawdza się … kamishibai. W pełni analogowo. Nie trzeba prądu, nie ma odbłysków światła na ekranie tabletu. I można czytać lub opowiadać.

Już raz miałem okazję przedstawić (przeczytać i opowiedzieć z pokazywaniem obrazków) bajkę kamishibai o motylu cytrynku latolistku, o jego cyklu życiowym i niedolach życia w mieście. Odbyło się to na przyulicznym trawniku, który niedawno powstał z inicjatywy społecznej. Efekt swoistej miejskiej, zielonej partyzantki. Powstał na samochodowym klepisku, w luce między domami. Młodzi ludzie założyli trawnik, zasadzili krzewy i kwiaty, w mądry sposób rewitalizując zaniedbane podwórko w śródmieściu Olsztyna. Czasem się spotkają a dzieci się bawią. Miałem okazję przeczytać–opowiedzieć bajkę edukacyjną. Malowaliśmy także kamienie, sadziliśmy kwiaty, lepiliśmy z gliny i bawiliśmy się w ... kałuży (ubrudzone dzieci są szczęśliwe, mamy trochę mniej…). Dorośli świętowali urodziny jednej z inicjatorek.

Ale można więcej, można eksperymentować i obserwować przyrodę, bo łąka to także laboratorium Dla dociekliwych i uważnych. Zatem z okazji zbliżającego się Tygodnia Czytania Dzieciom - czytaj książki przyrodnicze i... eksperymentuj. Weź książkę pod pachę i eksperymentuj.

Właśnie trafiła w moje ręce jedna z takich książek do czytania na trawniku. W swojej domowej biblioteczce mam już sporo podręczników szkolnych i akademickich ale przede wszystkim takich „podręczników” do edukacji pozaformalnej i ustawicznej. Na tego typu literaturę faktu jest coraz większe zapotrzebowanie, bo jest moda (dobra moda!) na samodzielne poszukiwanie, odkrywanie i poznawanie nie tylko przyrody. Już od kilkunastu lat w całej Polsce odbywają się liczne pikniki i festiwale naukowe. Ale na trawniku można rodzinnie lub po sąsiedzku poczytać (i poobserwować, poeksperymentować – gdzie lektura jest punktem wyjścia, albo odwrotnie).(zobacz także Noc Świętojańska w parku a tu relacja).

18518343_10211639556057821_6773941688293929663_o

Dzisiaj proponuję „Laboratorium w szufladzie – Biologia” Stanisława Łobodziaka, wydane przez Wydawnictwo Naukowe PWN w 2016 roku (niebawem zaprezentuję inne propozycje). Wygodny format, kolorowy spis treści (coś dla wzrokowców – stopień trudności doświadczeń oznaczono kolorami w spisie treści), liczne objaśnienia i ciekawostki ze świata nauki. Zróżnicowany poziom trudności. Dla dużych i dla małych. A dla najmłodszych - pod opieką i przy współudziale dorosłych. To nawet plus, bo rodzic będzie mógł sam poeksperymentować – przecież dziecko będzie znakomitym usprawiedliwieniem i pretekstem! Duży bawiący się na trawniku wyglądałby podejrzanie, ale z dzieckiem to wygląda na odpowiedzialnego i opiekuńczego!

Średnio miękkie okładki wygodne są także w warunkach trawnikowych. Na końcu kilka stron z przeznaczeniem na notatki. Omawiana książka to bogato ilustrowane źródło pomysłów, część do wykonania w domu i kuchni, część wymaga doświadczenia i dostępu do specjalistycznych odczynników i sprzętu laboratoryjnego. Kilka doświadczeń można wykonać właśnie na trawniku. Lub wykorzystać obserwacje z miejskiej łąki by kontynuować w domowej kuchni lub szkolnej pracowni. Do wykorzystania w terenie polecam w szczególności kilka doświadczeń o glebie, wodzie i fotosyntezie.

Zaletą książki są nie tylko propozycje doświadczeń i dobre opisanie wykonania – niczym w książce kucharskiej. Znajdują się także omówienia, ciekawostki i inne informacje, poszerzające wiedzę o przyrodzie. Nie chodzi przecież o efekt wow, ale zachętę do obserwacji i dalszego zgłębiania tajemnic przyrody.

Zatem weź książkę i idź na trawnik pod blokiem, na skwer, do parku. Siądź i czytaj, najlepiej dzieciom. Rozbudź w nich pasję czytelniczą i ciekawość świata. Skąd wziąć dzieci na podwórku, gdy siedzą w domu przed komputerami lub tabletami? Poszukaj ich w przedszkolu albo „wypożycz” od sąsiadów. Razem z sąsiadami. Bo może ktoś upiecze ciasto lub zrobi domową lemoniadę. A może uda się zjeść coś z łąkowych chwastów? To także pretekst by sięgnął po odpowiednią literaturę faktu.

Grzyb na drzewie czy raczej szczyt ślepego egoizmu?

sczachor

18519801_1506147009416498_2666914816872597490_nKoło mojego bloku niedawno wycięto piękną wierzbę a dwie pozostałe mocno ogołocono z gałęzi. Stoją jak kikuty. Nieoficjalnie można było się dowiedzieć, że wycięto… bo liście spadały na zaparkowane w pobliżu samochody i brudziły karoserię. Ewidentnie ktoś mocno w siebie zapatrzony nie potrafi dostrzec innych korzyści z dużego drzewa w mieście. Ot chociażby takiego, że samochód stoi w cieniu a nie na słońcu. Zbliża się upalne lato… A w szerszym kontekście zieleń w mieście to poprawa zdrowia i samopoczucia ludzi. To „urządzenia" nie tylko produkujące tlen, zmniejszające ilość zanieczyszczeń (w tym pyłów), wytłumiające hałas ale i „urządzenia” produkujące fitoncydy i oczyszczające powietrze z bakterii. To obiekty, które człowiekowi poprawiają samopoczucie. Nie tylko oczy ale i cały człowiek najlepiej wypoczywa patrząc na zieleń, na przyrodę. No cóż, skrajni i krótkowzroczni (w sensie wyobraźni) egoiści niszczą publiczną przestrzeń nie tylko dla siebie…ale i dla innych.

Na zdjęciu zamieszczonym wyżej  wcale nie jest uwidoczniony grzyb, mimo że z daleka podobny jest do żółciaka siarkowego. Zdjęcia przysłała mi znajoma z takim komentarzem: „Z fascynacją przyglądałam się pstrykanemu grzybkowi, który fociłam – pośród wiosennej zieleni... Tym razem fascynacja zmieniła się w złość na człowieka. Pani, którą na spacer wyprowadził husky, nie mykolog wcale, wyjaśniła mi, że to nie grzyb, to pianka. Była tu dziupla, gniazdo ptaków, którą zakleił pianką jakiś facet, bo mu ptaszki brudziły parkowany pod drzewem samochód... Barbarzyńca, tą pianką sama bym go potraktowała...”

Lex Szyszko jedynie ujawniło i usankcjonowało (dowartościowało) duże pokłady szkodliwego egoizmu. Bez wyobraźni, bez liczenia się z negatywnymi skutkami własnych działań. I dotyczy to nie tylko traktowania przyrody jako dobra wspólnego i przestrzeni publicznej. Odnosi się także do traktowania drugiego człowieka. To ostatnie najłatwiej zaobserwować w sklepie. Jak niektórzy klienci traktują personel (sprzedawców, kasjerki).

Biologia systemów – podręcznik dla studentów, filozofów i… teologów

sczachor

biologia_systemwKiedy wiele lat temu przeczytałem „Ogólną teorię systemów” Bertalanffego to jeszcze bardziej zafascynowałem się biologią. Od młodości intrygowała mnie zagadka i istota życia. To był jeden z powodów, dla których wybrałem studia biologiczne. Ciągle sięgałem po różne książki, szukając tej niezwykłej tajemnicy życia. Bez wątpienia żyjemy w wieku biologii, bo to odkrycia biologiczne w największym stopniu obecnie napędzają dyskusje filozoficzne ale i spory wpływ mają także na rozważania teologiczne.

Teoria organizacji jest chyba tą tajemniczą „vis vitalis”, nadającą specyfikę istotom żywym. Ekologia w swej naturze mocno łączy się z zorganizowaniem układów złożonych. Tak więc na marginesie moich badań ekologicznych i hydrobiologicznych, ciągle snułem refleksje o naturze ogólnej, zainspirowany „Ogólną teorią systemów”. Wiedza biologiczna szybko się zmienia, w szczególności w zakresie biologii molekularnej. Wiedza wyniesiona ze studiów szybko się w wielu miejscach dezaktualizuje. Dlatego z przyjemnością sięgam po „literaturę faktu”, nieco odbiegającą od mojej specjalności naukowej. Ale można także zauważyć, że biologia molekularna dochodzi do tych problemów, z którymi już wcześniej zetknęła się ekologia: układy złożone, wieloelementowe i o wielu relacjach. Dlatego z ciekawością przyglądam się jak oni sobie z tym radzą. Zdawałoby się bariera nie do przebycia. Biologia molekularna i ekologia różnią się poziomami organizacji: małe i duże. Jednak coraz bardziej uwidacznia się ich podobieństwo, zwłaszcza w kontekście teorii systemów.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego sięgnąłem po „Biologię systemów – strategię działa organizmu żywego” Leszka Koniecznego, Ireny Roterman i Pawła Spólnika. Prowadzę seminaria dla studentów biotechnologii i chcę mieć wiedzę aktualną, by móc prowadzić dyskusje. Ja pamiętam wiedzę ze swoich studiów, sprzed 30 lat. Oni czytają nowe podręczniki i słuchają zupełnie innych wykładów. Trzeba być na bieżąco by rozumieć nie tylko studentów ale i współczesny świat. I by z nowymi argumentami ponownie włączyć się do dawnych dyskusji o ewolucji i istocie życia.

Kilka lat temu przeczytałem do poduszki pierwsze wydanie tej książki. Lubię literaturę faktu. Co prawda książki takie, które są podręcznikami akademickimi, wymagają przygotowania i pewnej wiedzy oraz przyswojenia specjalistycznej terminologii, ale czyta się je z dużą przyjemnością. W tle gdzieś przewija się poszukiwanie istoty życia w kontekście najnowszych odkryć i nowych teorii biologicznych. Teraz trzymam przed sobą nowe wydanie, nieco zmienione (Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2017). W uzupełnionym wydaniu dodany został rozdział 6 „Istotne problemy biologii i medycyny w wizji molekularnej”. Siedem lat od poprzedniego wydania to sporo jak na biologię molekularną. Spodziewam się więc znaleźć kilka innych, mniej widocznych, uaktualnień stanu wiedzy.

Dlaczego polecam ten podręcznik nie tylko studentom kierunków przyrodniczych? Bo jest w nim poruszanych sporo ważnych dla ogólnej wiedzy problemów. I zupełnie nowych pojęć (np. proteom, metabolom, epigenetyka). A także zupełnie nowego spojrzenia na molekularne podłoże… dziedziczenia cech nabytych, kierunkowości ewolucji czy definicji życiai porównywania organizmów żywych do robotów. To, co kiedyś wydawało się definitywnie rozstrzygnięte (np. dziedziczenie cech nabytych), wraca za sprawą epigenetyki ponownie na „wokandę”. W zasadzie takie pytania pojawiały się już wcześniej w literaturze science-fiction czy w filozofii. Ale teraz dyskusja toczy się w oparciu o zupełnie nowe odkrycia, nowe fakty i nowe teorie biologiczne. Jest nowe paliwo. Dlatego polecam te książkę także filozofom i teologom.

Książka w zasadzie jest podręcznikiem, uzupełniającym uniwersytecki kurs biochemii. Ale w książce „spojrzenie na biologię poprzez wiedzę podstawową potraktowano jako drogę prowadzącą do uogólnień.” Dlatego ja, jako ekolog, po nią sięgnąłem z przyjemnością, czyniąc ołówkiem liczne notatki (na ksiażkach wypozyczonych z biblioteki tak nie robią - lubię mieć własne, by na nich do woli notować i dopisywać rodzące się myśli). Polecam także filozofom, bo opierają się często na mocno przestarzałych faktach z biologii. Wiedza sprzed kilkunastu lat z liceum jest już bardzo nieaktualna. Nawet ze studiów biologicznych. Polecam więc tę książkę do samodzielnego studiowania w wieku dorosłym, dawno po studiach (i nie tylko osobom z wykształceniem biologicznym). Podręcznik, w odróżnieniu od artykułów naukowych i popularnonaukowych, daje wiedzę uporządkowaną. Wiedza zaprezentowana jest jako spójny system (całościowy).

Czytając próbuję wychwytywać uogólnienia, dotyczące istoty życia. Rozdział 6.5 dotyczy poszukiwania kryterium życia: „Rozszerzająca się wiedza biologiczna pozwala coraz lepiej rozumieć mechanizmy i procesy, którymi posługuje się przyroda. Wciąż jednak problem życia, jako zjawiska, nie ma jednoznacznego wyjaśnienia.” I to jest właśnie coś dla filozofów i niespokojnych umysłów.

W opisywanej książce znalazłem kilka potwierdzeń moich dawniejszych pomysłów i hipotez. Inne mocno zaskakują. Na przykład na tle lektury rodzi się refleksja, że wolność jest wpisana w istotę życia. Wolność i swoboda wyjaśnia ewolucyjny (filogenetyczny) wzrost złożoności. „Nieśmiertelne i niestarzejące się komórki nie są spójne z programem świata żywego.” Lub ten fragment „definicja życia musi mieć charakter umowny, przyjmując, że przyroda sama definiuje, co jest żywe.

Nie da się streścić podręcznika, liczącego 235 stron. Podam więc na koniec jedną z autorskich definicji życia: „Żywym można więc uznać wytwór przyrody, który wskazuje cechy samodzielności jako efekt automatyzmu i ma określony, zgodny z programem przyrody program własnego działania z narzuconym ograniczeniem czasowym.” Dodam tylko, że autorzy mocno stoją na gruncie fizyki i chemii. A sam podręcznik nafaszerowany jest faktami, ilustracjami, schematami i licznymi pojęciami.

Na zakończenie przytoczę jeszcze spis treści (strukturę rozdziałów) by lepiej oddać charakter tej książki:

1. Struktura i funkcja w układach żywych

2. Energia w biologii – potrzeba i wykorzystywanie

3. Informacja – rola i znaczenie w układach żywych

4. Regulacja w układach biologicznych

5. Współdziałanie w zorganizowanych układach biologicznych

6. Istotne problemy biologii i medycyny w wizji molekularnej.

Z przyjemnością ponownie sięgnę po „Biologię systemów”, przeglądając stare notatki i poszukując nowych inspiracji i paraleli między systemami poziomu molekularnego i poziomu ekologicznego.

Za jakiś czas znowu podzielę się refleksjami z lektury i przemyśleń.

O chruściku z Jeziora Czarnego. Edukacyjne i przyrodnicze opowieści dla całej rodziny.

sczachor

chruscik_edukacyjnyChyba zapomnieliśmy, że tereny zielone w przestrzeni publicznej to doskonałe place zabaw. W czasach mojego dzieciństwa dużo czasu spędzaliśmy na podwórku, wspinając się na drzewa, wylegując się na trawie. I mimowolnie obserwując przyrodę. Zawsze się coś działo.

W niedzielne południe siedziałem w kawiarnianym ogródku. W pobliżu był trawnik, a w zasadzie prawie miejska łąka: z kwitnącymi stokrotkami, mniszkami. A na tej łące bawiące się dzieci, biegające, zrywające kwiaty, pytające się taty „a co to”. Okazja także dla dorosłych by pokazywać i nazywać rośliny, ptaki. Samonaprawialny plac zabaw, pachnący i zdrowy. Oby więcej takich przestrzeni publicznej pojawiało się w mieście.

W ostatnim czasie miałem okazję poćwiczyć opowiadanie bajki kamishibai, zarówno na trawniku, jak i w pałacowych wnętrzach. Ilustrowana, analogowa opowieść przykuwa uwagę dzieci. Ale moje opowieści są ograniczone tematycznie: mam przygotowane zaledwie trzy bajki – opowieści edukacyjne (oraz jedną dla dorosłych). Skoro metoda się sprawdza w kameralnej przestrzeni publicznej, warto będzie kontynuować eksperymentowanie z ilustrowanymi opowieściami jako formę edukacji przyrodniczej. W wakacje będę więc malował. Czasochłonne ale warte wysiłku. Na Europejską Noc Naukowców pojawi się kolejna bajka, tym razem o chruściku.

Do wymyślenia chruścikowej bajki kamishibai (opowieści edukacyjnej w formie bajki) zainspirowała mnie Anna Mikita – pisarka, pedagog i niestrudzony animator społeczny. Wybrała się na spacer nad Jezioro Czarne i na podtopionej ławce obserwowała chruściki. Ze zdjęć wynika, że były to larwy Limnephilus flaviconis (więcej na ten temat: O chruściku z Jeziora Czarnego i molu książkowym - gatunek nowy dla nauki).  A potem wymyśliła zabawkę w kształcie chruścika z domkiem. Bardzo dobrze zaprojektowaną merytorycznie - larwa chruścika była nawet z odnóżami analnymi (ważny szczegół). Sam taką dostałem w czasie malowania moli książkowych na tarasach Biblioteki Uniwersyteckiej (zobacz zdjęcia).

U siebie na Facebooku tak napisała: „Chruściki robią swoje domki z tego, co mają wokół siebie. Mój chruścik jest z Jeziora Czarnego, wykorzystałam więc to, co tam znalazłam – gałązki, liście i kwiaty wierzby, szyszeczki i gałązki olchowe, trzcinę, kamyki, kłącza tataraku. Zastanawiam się, z czego zrobiłabym domek w moim mieszkaniu… Tylko przysłowiowej baby i dziada tu brak, zatem byłby bardzo ciekawy (…) A gdyby tak zadać sobie wzajemnie pracę domową – zbuduj domek, który do mnie pasuje. Ciekawe, co? Chruścikowe zajęcia dają nieograniczone możliwości wielorakich ekspresji twórczych! Tworzymy nowy projekt. Kocham takie akcje!”. I taki projekt powstaje, z myślą o wrześniowej Nocy Naukowców.

Właśnie powoli przygotowujemy zajęcia pod roboczym tytułem "O chruściku z Jeziora Czarnego. Edukacyjne i przyrodnicze opowieści dla całej rodziny." Będzie wspólne (rodzinne) poznawanie przyrody i robienie zabawek z byle czego. Obserwacja żywych chruścików w akwarium, krótkich filmików z życiem chruścików, słuchanie bajki kamishibai o życiu chruścików oraz tworzenie zabawek w formie chruścika z domkiem. Przykład wspólnych zabaw, nauczeństwa i edukacji pozaformalnej w przestrzeni publicznej. Jak blisko domu obserwować przyrodę i ja z niczego można zrobić zabawkę edukacyjną oraz tworzyć opowieści o przyrodzie (wykorzystując mobilny internet). Bo trochę technologicznej nowoczesności też będzie.

Chruściki to owady, które w stadium larwalnym żyją w wodzie a dorosłe żyją na lądzie i prowadzą nocny tryb życia. Larwy budują przenośne domki lub sieci łowne. Są łatwe w obserwowaniu i występują wszędzie (gdzie czysta woda i dobre środowisko). Domki budują z przędzy jedwabnej, patyczków, części roślin, a także ze złota i drogich kamieni (to tylko u jubilera-artysty w Szwajcarii).

W czasie Europejskiej Nocy Naukowców będą warsztaty szycia i klejenie maskotek w kształcie chruścików, warsztaty konstrukcyjne „zrób sobie chruścika", będzie oglądanie żywych chruścików w akwarium, rozmowy o owadach wodnych a także bajka kamishibai. I tu jest wakacyjne zadanie dla mnie. Ułożyć ciekawą edukacyjnie opowieść i namalować ilustracje. Po rocznych doświadczenia z opowiadaniem z ilustracjami mam już większą wiedzę co i jak przygotować. Zanosi się na pracowite i bajkowe wakacje.

O istocie życia czyli czy krowa jedząca paszę z GMO sama staje się GMO

sczachor

 krowy1Istota życia biologicznego przez stulecia zaprzątała głowy ludzkości. Długo rozgryzano jego tajemnicę. Ale i dzisiaj dla wielu stanowi nieodgadniony problem. Ot na przykład w dyskusji pod artykułem Serek wolny od GMO – rzecz o informacji zbędnej i bałamutnej. Gość: [zaciekawiony] napisał „Zwraca tu uwagę myślenie, z jakim się już spotkałem - otóż dla wielu oczywistym jest, że mleko krowy karmionej GMO będzie mlekiem GMO (a mięso wołowiną GMO).”. Na potwierdzenie tego spostrzeżenia nie trzeba było długo czekać, gdyż kolejny rozmówca [DrobnaUwaga] napisał tak "(mleko krowy karmionej GMO będzie mlekiem GMO) Ze szkoły podstawowej: pierwsza i druga pochodna funkcji zależy od tej funkcji. Kłania się pojęcie całek. :) Też szkoła podstawowa.”

W jednym zdaniu DrobnejUwagi znalazło się kilka błędów, pierwszy mało istotny dla opisywanego problemu - w szkole podstawowej (tej dawnej, ośmioletniej, jak i współczesnej, sześcioletnie) nie było i nie ma całek (o ile dobrze pamiętam). To taki zabieg erystyczny, że niby to takie proste i każde dziecko ze szkoły podstawowej wie. Otóż nie jest to takie proste a w tym niby logicznym rozumowaniu kryje się kilka błędów, w tym brak wiedzy biologicznej, dotyczące tego czym jest DNA i informacja genetyczna. Nie wystarczy znać pojęcia i funkcje matematyczne, trzeba je poprawnie stosować (adekwatnie). To tak, jakby piłą wbijać gwoździe - niby dobre narzędzie ale akurat służące do czegoś innego.

Kiedyś myślano, że organizmy żywe mają specjalną substancję vis vitalis. W rozumowaniu, z przykładem pochodnych funkcji, zakłada się, że GMO to taka właśnie substancja. Różne zanieczyszczenia, skażenia np. metalami ciężkimi, pestycydami itd., przenoszą się w łańcuchu pokarmowym, czasami w ilościach śladowych a czasami nawet się kumulują w wyższych poziomach troficznych. Nawet naturalne substancje, zawarte w roślinach, mogą przedostawać się do organizmu krowy (nie wszystko ulegnie całkowitemu metabolizmowi i rozkładowi), dlatego czasem w mleku można wyczuć elementy paszy (np. kiszonek), którymi karmione są zwierzęta. O ile chemioterapeutyki, np. antybiotyki znajdujące się w odchodach zwierzą, wywiezione na pole, przedostają się do roślin i potem ponownie do zwierząt, o tyle nie dotyczy to DNA i tym samym GMO. Niewielkie cząsteczki mogą przenikać, organizacja już nie.

Zanim wyjaśnię dokładniej co to jest GMO (genetycznie modyfikowane organizmy). Warto przypomnieć sobie czym jest DNA i dziedziczenie. Jedynie bardzo małe fragmenty RNA lub mikro DNA mogą teoretycznie przedostawać się z treści przewodu pokarmowego przez jelito do organizmu. Nad tymi relacjami prowadzi się badania w zakresie wpływy mikroorganizmów na nasz metabolizm i tworzy się koncepcję hologenomu - korzystania ze wspólnych (cudzych) genów, w tym przypadku w jakimś stopniu mniej lub bardziej symbiotycznych bakterii i grzybów. Wszystko w kontekście ekosystemu przewodu pokarmowego (organizm jako ekosystem i układ wzajemnie na siebie wpływających gatunków). U krowy te zależności są jeszcze bardziej złożone niż u człowieka, bo w swoim żołądku ma swoistą fabrykę biotechnologiczną: dostarcza rozdrobnionej paszy z niestrawną dla kręgowców celulozą by rozwijały się bakterie. To dzięki ich enzymom (a więc i DNA czyli informacji genetycznej) następuje trawieni celulozy. W dalszej części żołądka krowy znajduje się kolejna „fabryka biotechnologiczna” – swoista ferma pierwotniaków. Odżywiają się one bakteriami. A krowa trawi pierwotniaki. Jeśli uznać pierwotniaki za zwierzęta (to duże uproszenie!), to krowa żywi się… mięsem. W każdym razie jest znakomitym przykładem dla teorii hologenomu i organizmalnego ekosystemu.

Kluczowym elementem dla zrozumienia istoty życia jest informacja i organizacja. Nie suma elementów lecz także sposób ich uorganizowania decyduje o właściwościach obiektu (przykładem niech będzie zegarek – same części nie tworzą zegarka a jedynie ich odpowiednie ułożenie względem siebie). Codziennie zjadamy tysiące (a w zasadzie miliardy) genów. Długie łańcuchy DNA, w procesie trawienia, rozbijane są na małe cząstki. Przyswajamy więc substancję ale nie organizację. To tak jak budowa domu z rozbiórkowej cegły. Owszem, starą cegłę wykorzystujemy ponownie do budowy ale „nie dziedziczy” się kształt dawnej budowli. Powstaje zupełnie coś nowego. Zatem zjadamy codziennie miliardy genów bakterii, grzybów, roślin i zwierząt , ale nie przejmujemy ich organizacji, nie przejmujemy ich genów.

Oczywiście, w przyrodzie zdarzają się sytuacje horyzontalnego transferu genów (nie z rodzica na potomstwo), czasem między odległymi gatunkami. Dzieje się to jednak zupełnie w inny sposób, za pomocą wektorów. Te naturalne mechanizmy wykorzystuje nota bene biotechnologia.

Znam tylko jeden przykład wykorzystywania DNA z pokarmu by wbudować we własny genom. Tak dzieje się u dzieworodnych wrótków (Rotatoria) z grupy Bdelloidea . Wrotki te przez miliony lat zachowały dzieworodność (czyli praktycznie żyją przez samo-klonowanie). Naukowcy długo się zastanawiali, jak to możliwe, by przetrwać tak długo w zmieniającym się środowisku przy zredukowanej przez partenogenezę możliwości rekombinacji genetycznej. Niedawno odkryto, że wspomniane wrotki mogą wbudowywać fragmenty DNA zjadanych organizmów do swojego DNA i w ten sposób rekompensować sobie brak płci. Bo sensem rozmnażania płciowego jest przede wszystkim rekombinacja materiału genetycznego i tworzenie różnorodności genetycznej (zróżnicowania). Szczególny przypadek ewolucyjny i biologiczny.

Życie jako zjawisko zawsze zachwycało i intrygowało. Kiedyś uważano, że stanowi osobny rodzaj materii. Pozostało to na przykład w używanych do dzisiaj określeniach „materia martwa”, „materia ożywiona”. Dzisiaj dajemy tym zwrotom zupełnie inny sens niż kiedyś. Dawniej uważano, że związki organiczne tworzone są tylko w organizmach żywych. Stąd w chemii przetrwał jeszcze podział na chemię organiczną i nieorganiczną. Ale od kiedy udało się zaobserwować syntezę związków organicznych z nieorganicznych, ten podział runął. Zostały tylko zwyczajowe nazwy ale nie ich pierwotne znaczenie. Organizmy żywe składają się z takich samych pierwiastków i związków jak i wszystko inne wokół nas (materia nieożywiona). Tyle tylko, że złożoność związków organicznych jest większa. Tajemnicą życia jest organizacja a nie jakaś dodatkowa substancja, np. vis vitalis.

Powtórzę jeszcze raz: w procesie odżywiania z roślin na krowy przechodzi materia (substancje, pierwiastki i proste związki chemiczne) ale nie organizacja. Nie ważne jakie geny zjadają krowy, informacja genetyczna nie przenika do krowiego mleka czy mięsa. W tym sensie nie ma znaczenia czy krowa je paszę z organizmów modyfikowanych genetycznie (GMO) czy nie. Przykład z zależnością i funkcją matematyczną jest w pełni nietrafiony. Owszem, są inne zagrożenia, o których pisałem wcześniej ale akurat nie takie (np. z paszą przedostają się pestycydy, antybiotyki i inne substancje).

Pora na wyjaśnienia co to jest GMO czyli organizmy (z)modyfikowane genetycznie. Według najprostszej definicji (szerokiej choć nie w pełni poprawnej) GMO to bakterie, grzyby, rośliny i zwierzęta, których (niektóre) geny zostały celowo zmienione przez człowieka. A poprzez geny ich własności biologiczne (produkcyjne itd. – wystarczy porównać dziką kukurydzę czy dzikie banany i współczesne, hodowlane odmiany). Poprzez rekombinację DNA i inne pokrewne techniki, można tworzyć organizmy o odmiennych właściwościach niż macierzysty, wyjściowy gatunek. Dlaczego zaznaczyłem, że ta definicja choć powszechna nie jest w pełni poprawna? Bo w tak podanym znaczeniu człowiek od kilku tysięcy lat tworzy GMO: poprzez różnorodne zabiegi hodowlane: krzyżowanie, chów wsobny, szczeniemie rośłin itd. W taki sposób na przestrzeni wieku powstało wiele odmian roślin i raz zwierząt, wszystkie wyprowadzone z dzikich gatunków. Obawiając się takiego GMO musielibyśmy przestać jeść. W późniejszych latach, by przyspieszyć tak rozumianą rekombinację, rośliny i zwierzęta poddawano działaniu różnych związków chemicznych i promieniowaniu by doprowadzić do mutacji, a potem poddawać dalszym „tradycyjnym” procesom tworzenia ras i odmian. W tych zabiegach mutagenezy chodziło o zwiększenie różnorodności genetyczne (proces mutacji).

Poprawna definicja GMO podkreśla techniki, jakie wykorzystuje się w modyfikowaniu organizmów: organizmy zmodyfikowane genetycznie (GMO) to takie, których genom (geny), został zmieniony metodami inżynierii genetycznej, w celu uzyskania nowych cech fizjologicznych (lub zmiany istniejących). Zatem istotne są te techniki inżynierii genetycznej, nowe w stosunku do wielowiekowej tradycji. Pozwalają na szybszy i w większym zakresie także horyzontalny transfer genów, nawet między bardzo odległymi filogenetycznie gatunkami. Techniki inżynierii genetycznej wykorzystują w gruncie rzeczy naturalne zjawiska, występujące w przyrodzie. Jednak wykonywane są na zupełnie inną skalę i w warunkach laboratoryjnych oraz są to działania celowe a nie przypadkowe.

Na czym polegają modyfikacje genetyczne? Polegają głównie na następujących działaniach: 1. zmieniona zostaje aktywność genów naturalnie występujących w danym organizmie, 2. do organizmu wprowadzone zostają dodatkowe kopie jego własnych genów, 3. wprowadzany gen pochodzi z organizmu innego gatunku (są to organizmy transgeniczne). Już choćby to wskazuje, że GMO to bardzo szerokie i mocno zróżnicowane zjawisko.

Podsumowując: krowa nawet jeśli w paszy dostaje jakieś rośliny zmodyfikowane genetycznie (GMO) sama nie staje się GMO, ani jej mleko, ani mięso.

GMO jest pojęciem i zjawiskiem zupełnie nowym cywilizacyjnie. Skala społecznej niewiedzy jest dość duża. Na bazie tej niewiedzy wykorzystuje się GMO do straszenia niczym w dawnych wiekach czarownicami czy rzucaniem uroków. Nie wystarczy edukacja szkolna (bo na efekty czekać będzie trzeba kilkadziesiąt la), niezbędna jest edukacja pozaformalna i ustawiczna. GMO jest dobrym przykładem współczesnych wyzwań edukacyjnych – zmiany cywilizacyjne (i w zakresie wiedzy) są tak duże i szybkie, że uczyć muszą się wszyscy, od małego do seniora. Inaczej nie można będzie zrozumieć rzeczywistości wokół nas. Do normalnego funkcjonowania musimy uczyć się świata powstającego na naszych oczach. Rozwój różnych form edukacji ustawicznej i pozorowanej jest niezbędny.

Serek wolny od GMO – rzecz o informacji zbędnej i bałamutnej

sczachor

mlekoigmo

Przy śniadaniu spojrzałem i mocno się zadumałem. Niby głupota. Ale skąd się ona bierze? Moda? Brak edukacji ustawicznej? Potrzeba upowszechniania wiedzy? Kiedyś straszono czarownicami... teraz GMO? O problemie edukacyjnym pisałem poprzednio (Buraki i nieszczelne jelito, czyli o pilnej potrzebie edukacji ustawicznej i pozaformalnej). Teraz będzie ciąg dalszy.

Moją uwagę zwrócił napis: „bez GMO, z mleka od krów karmionych paszami bez GMO*”. A cóż ta gwiazdka znaczy? Że gdzieś więcej informacji? Na drugiej stronie, na etykiecie znalazłem wyjaśnienie „bez genetycznie zmodyfikowanych organizmów”. Jeśli się głębiej zastanowić i przeanalizować, to informacja jest bardzo bałamutna, niby informuje ale tak na prawdę dużo ważnych rzeczy ukrywa.

Wspomniany napis na opakowaniu jest schlebianiem ignorancji klientów. Jednych się zyska, a innych przy okazji straci. Pewnie to taki „myk” marketingowy, taki jak przy okazji jajek innej firmy (czytaj więcej  i jeszcze tu). Zapewne oddaje strach przed GMO, więc umieszczają napis, podobnie jak „bez glutenu”. Niby ma podkreślać wysoką jakość produktu. W gruncie rzeczy oszukuje.

etykeitagmoA skąd owo złowrogie GMO miałoby się wziąć w mleku krowim i jakie mogłoby stanowić zagrożenie? W Polsce nie ma upraw roślin GMO, więc teoretycznie wszystkie krowy jedzą pasze bez GMO. Organizmy modyfikowane genetycznie są pod bardzo różnym kątem. Korzystamy z wielu leków, produkowanych na bazie aktywności zmodyfikowanych genetycznie organizmów (np. mikroorganizmów), i jakoś strachu nie ma. Modyfikowane są genetycznie rośliny takie jak kukurydza, soja, rzepak itd. Cóż to znaczy? Jedne zawierają geny bakteryjne, odpowiedzialne za produkcję toksyn, dzięki którym roślina odporna jest na szkodniki. Jednocześnie geny te nie ulegają ekspresji w nasionach, które my zjadamy, a więc nie ma możliwości zatrucia konsumentów. Zostało to sprawdzone. Inne modyfikacje polegają na odporności rośliny na stosowanie herbicydy. Jest więc dużo różnych modyfikacji i nie wolno wszystkiego wrzucać do jednego worka GMO. To tak jakby zabrać wszystkim Polakom prawo jazdy bo kilka osób popełniło wykroczenie drogowe…

Czy produkty z organizmów modyfikowanych są groźne dla człowieka? Niżej napiszę o realnych zagrożeniach, teraz się skupię na tych mitycznych (wywodzących się z ignorancji). Przed wprowadzeniem do produkcji GMO jest poddawane różnym badaniom. Zatem dla zdrowia człowieka nie ma bezpośredniego zagrożenia czy negatywnego wpływu (o pośrednich napiszę za chwilę). Niektórzy zwracają uwagę, że być może tego zagrożenia jeszcze nie odkryliśmy. Teoretycznie DNA roślin lub zwierząt modyfikowanych genetycznie mogłoby się jakoś negatywnie ujawnić w naszym przewodzie pokarmowym (w reakcji z mikroorganizmami, naturalnie występującymi w przewodzie pokarmowym). Bardzo teoretycznie. Nasz organizm trawi DNA, a jeśli jakieś krótsze fragmenty mogłyby przedostawać się przez barierę jelita to…. dotyczy to człowieka już od milionów lat. Dzięki „cudzym” genom jesteśmy zdrowi – zachęcam do zapoznania się z pojęciem hologenom (temat nowy i bardzo szeroki, niezwykle interesujący).

Codziennie spożywamy pokarm zawierający najróżniejsze DNA, bakterii, grzybów, roślin, zwierząt, nie tylko tych, które spożywamy świadomie i celowo. Zatem jeśli mielibyśmy z tego powodu nie jeść produktów z GMO… to nie jedzmy w ogóle. Absurdalne, nieprawdaż? Tak jak to zagrożenie genami z GMO. W tym sensie zagrożenie jest wydumane i nieprawdziwe, a informacja na etykiecie bałamutna. Równie dobrze można zamieścić informację, że krowy zabezpieczono magicznie przed urokami czarownic (wszak kiedyś czarownice psuły krowom mleko). Tez nie zaszkodzi konsumentowi i też będzie prawdziwa (nie w sensie skuteczności zabiegów lecz faktu ich wykonania).

W Polsce, o ile pamiętam, jest zakaz produkcji roślin i zwierząt (w produkcji rolniczej), dlaczego więc taki napis na etykiecie z mleczarni? Mleko sprowadzają z USA do produkcji serka? Owszem, soi GMO nie możemy uprawiać, ale sprowadzać na paszę gotowe nasiona już można (i Polacy w produktach z soi jedzą dużo „GMO”). Czyli, być może chodzi w tej etykiecie o to, że krowom nie podaje się pasz z zawartością soi GMO. Hmmm, a w jaki sposób soja GMO (tu ważne pytanie: jak zmodyfikowana, bo są różne modyfikacje genetyczne) miałaby negatywnie wpływać na organizm krów i w konsekwencji na mleko? Brak takiej wiedzy. Natomiast jest wiedza o innych zagrożeniach. Na przykład wiemy, że w soi znajduje się sporo fitohormonów (każdej soi, nie tylko tej GMO), spożywanie większej ilości soi przez młodych chłopców kończyć się może … zaburzeniami hormonalnymi. Bo spożywają w pełni naturalne składniki, fitohormony, podobne do ludzkich hormonów. To zjawisko wykorzystuje się zresztą w leczeniu negatywnych skutków menopauzy u kobiet – zamiast podawania hormonów odpowiednia dieta z naturalnymi fitohormoinami. Dochodzimy więc do konstatacji, że ważne jest to co jemy. Ale akurat nie GMO jest tu jakimkolwiek zagrożeniem. Przynajmniej nie w sensie, zawartym na omawianej etykiecie.

Chcemy zdrowych produktów, np. serka z mleka. A czym się żywią krowy? Trawą (zielonką). Skoro napis informuje, że nie podają im paszy z roślin GMO… to co im podają? Jaką paszę? Może mączkę kostną - wtedy byłoby zagrożenie BSE (choroba szalonych krów, w wyniku przenoszenia prionów)? A może dla uzyskania dużej mleczności dostają pasze niezupełnie naturalne, może ze sporą dawką antybiotyków? Tych informacji nie ma. Pośrednio dowiedzieć się można, że krowy są na sztucznych paszach. W gruncie rzeczy jest to marketingowy strzał w stopę.

Jakie więc niosą zagrożenia uprawy GMO? Po pierwsze ekonomiczne., Bo są na licencji, czyli rolnik musi kupić materiał siewny tylko od firmy i tylko jej odsprzedać plon. Groźne w przypadku monopolu i braku wolnych, bezlicencyjnych odmian roślin (i zwierząt). Innym zagrożeniem są uprawy rośli GM z odpornością na herbicydy. Bo wtedy rolnik może bez obaw stosować duże dawki. Te prędzej czy później przedostają się do roślin. A potem do naszych organizmów. Ale zagrożeniem nie jest samo GMO tylko herbicydy (stosowane w rolnictwie od dawna). Ale o braku nawet śladowych ilości chemicznych środków ochrony roślin w paszach dla krów i mleku nie ma najmniejszej wzmianki (na omawianej etykiecie). Zatem jest informacja zupełnie zbędna (przecież wszystkie chyba krowy w Polsce jedzą trawę i ewentualnie pasze bez roślin GMO, ponadto samo GMO w paszy nie jest żadnym zagrożeniem dla naszego zdrowia) a brak naprawdę ważnych.

W rolnictwie stosuje się sporo „chemii”, których to związków negatywny wpływ na ekosystemy i nasze zdrowie został już udowodniony i wykazany (stąd moda na zdrową żywność, żywność wysokiej jakości). To jest realne zagrożenie dla jakości żywności. Zwierzęta karmione są hormonami (by przyspieszyć wzrost), antybiotykami (by zmniejszyć straty z powodu chorób) a w lekarstwach chemioterapeutykami. Od zwierząt, te związki biologicznie czynne, wraz z nawozem dostają się na pola, by potem wraz z ziarnem trafiać do kolejnych zwierząt. Warzywa wychodowane na oborniku też mogą nie być całkiem zdrowe – zależy od jakich zwierząt pochodzi nawóz naturalny. Zanieczyszczenie środowiska i żywności „chemią” oraz związkami biologicznie czynnymi jest narastającym faktem. O tych zagrożeniach na etykietcie nie ma wzmianki. To co najważniejsze jest ukryte lub nieuświadomione a to co nieistotne podane w sensacyjnym tonie.

Omawiany serek jest w pudełku plastikowym, każdy plasterek przełożony jest arkusikiem foliowym, by się nie sklejały. Zatem koszt dla środowiska w postaci zużytych surowców, zużytego na transport paliwa (i wpływ na efekt cieplarniany) oraz produkowanych odpadów jest duży. Przydałaby się więc informacja o „śladzie ekologicznym” danego produktu. Tych jest brak. Zdrowa żywność bo nie zawiera GMO? Schlebiacie ignorancji zdezorientowanych klientów.

Zapewne ktoś się nabierze na ten chwyt marketingowy. Ale ja firmę zaczynam traktować podejrzliwie. Wcześniej chętnie wybierałem produkty mleczne z Piątnicy, teraz będę dużo ostrożniejszy i z większym wahaniem sięgnę po ich produktu. Raczej będę wybierał inne.

Inny przykład. Przed świętami wielkanocnymi wybrałem się do sklepu w małym mieście mazowieckim by zakupić jajka kurze. Uwagę moją zwróciło opakowanie z informacją w podobnym tonie „bez GMIO”. Ale nie było informacji czy kury są w wolnym wybiegu czy z chowu klatkowego. Czyli to co najistotniejsze zostało całkowicie utajnione. Pieczątek na jajkach też nie było, więc nie mogłem sam sprawdzić i rozszyfrować. Nie kupiłem.

Kiedyś straszono czarownicami, rzucaniem uroków i leśnymi demonami. Teraz starszy się GMO (i paroma innymi teoriami spiskowymi). Potrzebna jest więc edukacja ustawiczna i nieformalna, bowiem są zjawiska całkiem nowe i nie można było ich nauczyć się w szkole tych kilkanaście- czy kilkadziesiąt lat temu. Rosnąca skala ignorancji bierze się z.. postępu technologicznego i szybkiego dezaktualizowanie się sporych części programów nauczania. Wszyscy się musimy uczyć, niezależnie od wieku i wykształcenia. Remedium jest edukacja ustawiczna i pozaformalna.

Ale najpierw potrzebna jest nam ogólnonarodowa, sensowna debata o edukacji.

Buraki i nieszczelne jelito, czyli o pilnej potrzebie edukacji ustawicznej i pozaformalnej

sczachor

Można się wyśmiewać z głupoty, można się zasmucać skalą ignorancji i współczesnych zabobonów. Ja jednak przytaczam poniższy przykład w zupełnie innym celu. Chcę wskazać na głęboką potrzebę edukacji ustawicznej i pozaformalnej. Nowe wyzwania edukacji nas nie ominą. Zareagujemy racjonalnie albo… mitycznie i magicznie.

Najpierw słów kilka o edukacji ustawicznej (przez całe życie). To nic nowego, Homo sapiens robił tak od setek tysięcy lat. Ale odkąd wymyślono zorganizowane szkoły i edukacja formalna objęła niemalże całą populację (powszechny obowiązek szkolny), to narodził się mit, że uczymy się tylko w szkole. I że jak czegoś ktoś nie wie, nie umie, to wina niedostatecznego kształcenia w szkole. Potrzeby edukacyjne są ogromne stąd nacisk na poszerzanie programów nauczania (poza biologiczną wydolność ucznia) o coraz to nowe i niezbędne treści. Wydłużanie zorganizowanej edukacji (nawet wykształcenie wyższe się upowszechniło, w Polsce w ostatnich 15-20 latach) oraz potrzeba doskonalenia zawodowego na różnych kursach i szkoleniach, to efekty takiego sposobu myślenia. Tak dostrzegliśmy kształcenie ustawiczne, czyli przez całe życie. W zasadzie odkrywamy je na nowo. Uczymy się także dla przyjemności (a nie tylko w celach zawodowych), czego przykładem są liczne Uniwersytety Trzeciego Wieku.

Nauka w szkole już nie wystarczy, bo potrzeby stale rosną. Tak dostrzegliśmy edukację pozaformalną czyli poza zorganizowanymi formami edukacji w szkole. Taka powinna być m.in. misja radia, telewizji, prasy czy nawet bibliotek i domów kultury. Powinna, ale całkiem o tym zapomnieliśmy, zwłaszcza w odniesieniu do mediów publicznych. Ostatnie lata to rozwój różnorodnych, nowych form edukacji zarówno ustawicznej jak i pozaformalnej. Ale to wciąż za mało jak na wyzwanie czasów, w których żyjemy. W systemie edukacji dokonuje się cicha ale ogromna rewolucja.

Szybki postęp technologiczny powoduje, że nowości jest zbyt dużo. A aktualna wiedza potrzeba jest nam by rozumieć świat wokół nas. Także i takie reklamy (zamieszczona niżej na ilustracji) o nieszczelnych jelitach. Bez dostępu do wiedzy i edukacji człowiek może być łatwo manipulowany. Jest jak mieszczuch w dżungli – nie rozumie przyrody wokół siebie i najzwyczajniej wszystkiego się boi. Bo nieznane, niezrozumiałe, dla niego nieprzewidywalne.

18301242_797531337076546_1654348113801578721_nBuraki ćwikłowe jadam od dzieciństwa, w postaci zupy czy buraczków jako dodatku do drugiego dania. Od dawna zauważyłem, tak jak wielu innych ludzi, że po zjedzeniu buraków czerwonych mocz zabarwia się na ciemno, na buraczkowo. Normalne zjawisko. Czasem zastanawiałem się tylko jakie to barwniki przedostają się do moczu i zabarwiają mocz.

Z drugiej strony, w diagnostyce medycznej mocz wykorzystuje się od dawna. Oddajemy w słoiczku do laboratorium w czasie standardowych badań (często w towarzystwie pobierania krwi). Na podstawie moczu, tego jaki jest i co jest w środku, lekarze sporo mogą dowiedzieć się o stanie naszego organizmu. Zatem w świadomości ludzkiej coś zostaje: mocz wykorzystywany jest w diagnostyce.

I na taki grunt trafia cytowany i zamieszczony wyżej artykuł o wykorzystaniu buraków czerwonych do samodzielnego zdiagnozowania „nieszczelności jelita”. Brzmi groźnie, a każdy może sobie taki test samodzielnie w domu zrobić. Co prawda instrukcja jest nieprecyzyjna, bo nie wiadomo co z tym sokiem z buraków zrobić: wstawić do lodówki (wszak moda jest na różne biopola i homeopatie, energie itd.) czy wypić. Domyślać się można, że trzeba by ten sok wypić. I co się stanie? U większości populacji mocz się zabarwi. Ale zabarwienie moczu z czego innego wynika niż nieszczelność jelita. Wymieszana jest prawdziwa informacją z ewidentną bzdurą. Wystarczy całkiem średnia wiedza o budowie naszego organizmu i fizjologii by zapaliła się w głowie „czerwona lampka”, że coś tu jest nie tak. Mocz powstaje w nerkach a nie jelitach. Że dostaje się do krwi a stąd do nerek? Przynajmniej wiedza ze szkoły średniej (tak mi się przynajmniej zdaje na podstawie mojej edukacji sprzed 30 lat) wystarczy by nieufnie podejść do takiej domowej diagnozy. I poszukać informacji w innych źródłach, bo to wydaje się mało wiarygodne. Na marginesie można dodać, że popularność najróżniejszych teorii spiskowych (denializm) mieści się chyba w tym samym nurcie.

O wykrywaniu nieszczelności jelit (a co to takiego?) sokiem z buraków i obserwacji moczu pisze ktoś głupi lub cyniczny. Skala ignorancji jest duża. Sądząc po dyskretnej reklamie na końcu tekstu, pisze to raczej ktoś cyniczny, licząc na ignorancję czytelników. Chce niedouczonych lub zagubionych w świecie nowoczesności ludzi oszukać i naciągnąć na wydatek, proponując swoją „rewelacyjną” kurację. Proste i tanie, jak zdejmowanie uroków pokrzywą lub dziurawcem. Na końcu wspomnianego tekstu pojawia się nazwa cudownej pasty różanej. Reklama dyskretna. Bo przecież przestraszony człowiek, że ma jakieś nieszczelności jelita, poszuka sobie tej pasty i zakupi. Cudowna kuracja jak leczenie od uroków starodawną metodą z jajkiem. I tania.

Jakie wnioski? Potrzebna wiedza, by przeżyć we współczesnym świecie. By nie bać się wyimaginowanych czarownic, nieszczelności jelita czy GMO. Bo współczesny człowiek potrzebuje umieć szybko weryfikować informacje i sprawdzać w różnych źródłach. W dobie mobilnego internetu i licznych bibliotek jest to technicznie łatwe. Potrzeba tylko umiejętności i nawyk, a to wszystko powinno pojawić się w toku edukacji formalnej. Nauczyć uczyć się i samodzielnie dochodzić do prawdy, weryfikować licznie napływające dane.

Dawny model edukacji, rozumianej jako wyposażanie w niezbędną wiedzę encyklopedyczną, jest obecnie niefunkcjonalny, bo tej wiedzy jest za dużo i za szybko się w wielu fragmentach dezaktualizuje. Pojawiają się zarówno nowe urządzenia jak i nowa wiedza, o której nie słyszeliśmy w czasie edukacji szkolnej. Bo wtedy jej nie było. To nie jest wina zaległości szkolnych tylko szybko zmieniającego się świata. Dlatego właśnie powinny (i są) rozwijane coraz to nowe formy edukacji ustawicznej i pozaformalnej. Nie sposób wszystkiego i raz na zawsze nauczyć się w szkole.

Ale potrzebne jest także rozumienie podstawowych procesów oraz krytyczne myślenie, ciekawość. W tym sensie „naukowcem” może być każdy, by odnaleźć się w nowym świecie. Tak więc współczesna szkoła powinna uczyć przede wszystkim krytycznego myślenia, weryfikowania informacji poprzez sięganie do różnych źródeł i ocenę, które są wiarygodne. Te umiejętności potrzebne są także po to, by w pełni korzystać potem z edukacji pozaformalnej. Tak jak kurs prawa jazdy – umożliwia potem poruszanie się różnymi pojazdami (a nie tylko taką marką, na jakiej się uczylismy).

Brak aktualnej wiedzy to poczucie zagrożenia i wyalienowania we współcześnie obcym świecie. Dlaczego nie iść do lekarza, gdy mamy obawy co do swojego zdrowia? Nie ufamy medycynie czy też trudny jest dostęp do specjalisty? Dlaczego tak wiele osób chętniej słucha szarlatanów i naciągaczy, gdy teoretycznie bardzo łatwo może zasięgnąć porady specjalisty, także za pośrednictwem mobilnego internetu? Kto jest dla nas ekspertem?

c.d.n.

O chruściku z Jeziora Czarnego i molu książkowym - gatunek nowy dla nauki

sczachor

bagieniec_mol_ksiazkowy_2Wcześniej pisałem o pochodzeniu chochlika (linki na końcu tekstu), wskazując na ewolucyjne pochodzenie od chruścików (Trichoptera). A teraz, przygotowując się do pierwszego Warmińsko-Mazurskiego Molariusza wpadłem na ślad mola książkowego. Dokładniej to odszukała go Anna Mikita, nad Jeziorem Czarnym, kilka osobników siedziało na ławeczce i czytało coś (zobaczysz te chruściki-mole książkowe, gdy dokładniej wpatrzysz się w zdjęcie, zamieszczone obok). Budowa domku i siedlisko wskazuje na bagiennika żółtorogiego (Limnephilus flavicornis). Niżej jest zdjęcie rekonstrukcji, wykonanej także przez Annę Mikitę. Tak, jak go zapamiętała w czasie niespodziewanego spotkania na ławeczce, w parku nad Jeziorem Czarnym w Olsztynie.

Więcej o filogenezie i ekologii tegoż mola książkowego, wywodzącego się z rzędu chruścików będzie w czasie malowania dachówek na dachu biblioteki (12 maja 2017 Biblioteki inspirują czyli Molariusz Warmińsko-Mazurski).

Mól to owad, co do tego nie ma większych wątpliwości. Na to datek to owad z rzędu motyli (Lepidoptera) a te są bliskimi kuzynami chruścików. Wspólnie z motylami chruściki należą do odzianoskrzydłych (Amphiesmenoptera) jedna mają łuseczki na skrzydłach (Lepidoptera) inne włoski (Trichoptera), stąd włoskoskrzydłe i łuskoskrzydłe. Niedawno odkrytym jest rząd Tarachoptera, spokrewniony z chruścikami i motylami. To oczywiście inna opowieść (niebawem napiszę).

Chruściki są spokrewnione z motylami, mól to motyl, nocny czyli ćma (o pochodzeniu słowa ćma czytaj tu: Napójka łąkowa czyli ciemna strona warmińskiego Wójtowa). Nie powinno więc dziwić odnalezienie nowego gatunku moli książkowych pośród owadów, wywodzących się z chruścików.

Wróćmy to moli co są motylami. Najbardziej z molami książkowymi związane są te z rodziny molowatych (Tineidae)., liczacej łącznie około. 3 tys. gatunków. Najbardziej znane są dwa gatunki: mól kożusznik. mól futrzany (Tinea pellionella) – larwy żerują na futrach, materiałach wełnianych i w pierzu, oraz mól ubraniowy czyli mól włosienniczek (Tineola bisselliella), uważany za szkodnika, niszczącego ubrania. Jego gąsienice żyją w rurkowatych osłonkach, które składają się z resztek pożywienia i wydzieliny gruczołów przędnych *w czym bardzo przypominają larwy chruścikow, budujace domki). Żywią się tkaninami wełnianymi i wyrobami futrzarskimi. Pokarmem innych molowatych są także grzyby i nasiona. Są i takie, co plastik jedzą i są nadzieja na zaradzeniu zaśmiecenia świata torebkami foliowymi.

Mole ksiązkowe są detrytusożerne jak nic, w symbiozie z bakteriami i grzybami trawią nie tylko celuloze ale i inne niesrawialne dla zwierząt produkty organizcnze (i nie tylko) – potrzebują tylko wilgoci. Z nich to wywodzi się mól książkowy bagieniec (bagiennik) żółtorogi. Lektura wciąga jak bagno (znaczy dobra literatura a nie jakieś hejtowe zapaskudzanie papieru i internetu). A żółotorogi? Bo ma brzydką manierę zaginania kartek w książkach. Preferuje stare i pożółkłe, stąd te zagięte rogi są żółte. Wszystko więc jasne - bagieniec żółtorogi z Jeziora Czarnego jest kolejnym gatunkiem mola książkowego z tworzącego się Warmińsko-mazurskiego Molariusza.

Przyłapane zostały na ławeczce, nad Jeziorem Czarnym. Preferują literaturę szuwarowo-bagienną i hydrobiologiczną, marynistyczną kiepsko trawią, ale sięgają w chwilach głodu. Ponoć gatunek ten przedkłada literaturę faktu nad literaturę fikcji. Ale to nie jest pewne. Lubią czytać w przestrzeni publicznej. W parkach, nad wodą, na ławeczce, na kocyku. Widywany także w bibliotekach, zwłaszcza w czasie deszczu. To nawiązanie do zwyczajów dziko żyjących przodków. Chruściki dorosłe latają (są aktywne) także w czasie deszczu (dlatego korzystają z nich, jako bazy pokarmowej, nietoperze w czasie deszczowej aury).

Wyjątkowy i nowo odkryty gatunek mola książkowego. Więcej na jego temat można będzie posłuchać w trakcie malowania dachówek, w piątek 12 maja 2017. A wstępna rekonstrukcja na fotografii nizej: 

bagieniec_mol_ksiazkowy_1

Tymczasem polecam lekturę o chochliku:

 

ps. ninijeszy tekst przeznaczony jest jedynie dla ludzi inteligentnych i z poczuciem humoru. Innym może zaszkodzić (skutki ubczne trudne do przewidzenia).

Malowane dachówki, mole książkowe oraz majowe i majówka

sczachor

18058228_668341316691018_663274272069896791_n„Miłość jest siostrą mądrości. W głupim nie ma dość materiału na dobroć"

J. Tischner.

Majowa przyroda, pachnąca i ptakami rozspiewana zachęca do spotkań poza murami. Majowe i majówka to spotkania społeczne, człowieka z człowiekiem… i coś jeszcze. Wokół przestrzeni publicznej jakimi są kapliczki, przydrożne krzyże. A majówki skłaniają do wyszukiwania jeszcze innych przestrzeni publicznych: remizy, trawniki. Czy nawet dach biblioteki.

Śpiew przy kapliczce, muzyka na majówce. Warto pielęgnować rytuały bycia razem… bo za jakiś czas nie będziemy potrafili … poza rytuałem picia alkoholu.

Nie odciągając od majowego ani majówek zapraszam na wspolne malowanie na dachy Biblioteki Uniwersyteckiej. Z opowieściami o przyrodzie i molach książkowych. 

Nauka i sztuka mają wiele wspólnego – dzielenie się. I jest to swoista ekonomia, bo to dzielenie pomnaża i ubogaca, nikomu nie ubywa. Biblioteka, będąca sercem uniwersytetu, staje się nowym miejscem do spotkań i utrzymywania więzi. Nikt nie jest zbędny. Kazdy jest przydatny i ważny.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci