Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii ze swoimi studentami i uczniami. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. Kształcąc innych sam się rozwijam, pod wyrozumiałym okiem studentów. I o tym właśnie chciałbym opowiadać.
Tagi
Creative Commons License
czwartek, 17 maja 2012

Na energię odnawialną i tak jesteśmy skazani. Za trzy lata najpewniej zabraknie nam energii elektrycznej. A to ze względu na wyczerpywanie się złóż węgla kamiennego i starości technologicznej wielu elektrowi. W energię ze źródeł odnawialnych inwestujemy w Polsce zbyt nieśmiało. W Chinach budują elektrownie atomowe i... stawiają wiatraki. Moc chińskich wiatraków jest już większa niż moc wszystkich elektrowni atomowych we Francji.

Czy wiatraki szpecą krajobraz Warmii i Mazur? Nie sądze, czego przykładem jest zdjęcie zrobione w Leginach, z widokiem na Reszel. W tle widoczny także rzepak. W wielu miejscach wykorzystywany do produkcji biopaliwa. Warto wspomnieć także o coraz liczniejszych uprawach wierzby na cele energetyczne (zdjęcie niżej). Tak więc w naszym krajobrazie pojawia się sporo nowych elementów. Będzie po prostu inaczej.

Jakie skutki będą dla bioróżnorodności? Nad tym trwają badania, równolegne do opracowywanych technologii. Bo na energię słoneczną, wtórną jesteśmy skazani. Energia wiatru czy energia z biomasy ma swoje źródło w energii słonecznej, docierającej do Ziemi. Jest odnawialna i nie pogarsza bilansu gazów "cieplarnianych".

Energia ze źródeł odnawialnych jest także szansą na rozwój ekonomiczny naszego regionu i obszarów wiejskich (czytaj więcej).

środa, 16 maja 2012

Wczoraj otrzymałem egzemplarze autorskie podręcznika do biologii, którego jestem współautorem (Emilia Bonar, Weronika Krzeszowiec-Jeleń, Stanisław Czachorowski)- "Biologia na czasie - podręcznik dla szkół ponadgimnazjkalnych, zakres podstawowy" wydany przez wydawnictwo Nowa Era.

Miło zobaczyć efekt końcowy. Moją działką były rozdziały z części 3. "Ochrona przyrody". Prace trwały długo, wiązały się z licznymi kompromisami, zmianami, skracaniem itd. Ostateczny efekt to wynik pracy dużego zespołu. Znakiem czasu są nie tylko liczne ilustracje, ale załączona płyta CD z formą podręcznika multimedialnego. Być może to etap przejściowy przed całkowitym przejściem na podręczniki elektroniczne?

Niebawem wyjdzie trzeci tom Zoologii - tym razem podręcznika w pełni akademickiego. Jestem autorem małego rozdziału o chruścikach. I chyba jest to ostatni, papierowy podręcznik do zoologii. Kolejne najpewniej będą już w wersji elektronicznej, rozbudowanej oraz szybko i często autualizowanej.

Na przestrzeni tylko jednego życia ludzkiego świat wokół nas niesamowicie się zmienia. Wymusza to ciągłe przystosowywanie się do nowości i ciagłą naukę... przez całe życie, az do emerytury. A potem i tak pozostanie uniwersytet trzeciego wieku...

Praca "umysłowa" - a taką jest praca naukowa i nauczycielska - jest niezwykle stresująca ze względu na nieuchwytność efektów pracy. Po czym poznać, że coś się zrobiło? Jednym z takich wymiernych efektów są publikacje i podręczniki. Ale jeśli i one będą tylko w wersji elektronicznej, to z czego będziemy czerpali satysfakcję? Po czym poznamy, że coś sesnownego zrobiliśmy?

Praca naukowa nie jest łatwa, zwłaszcza zawodowa, gdy ciągle potrzeba wymiernych efektów pracy do wszelkiego rodzaju sprawozdawczości. Za samo "bycie" współczesny pracodawca (w tym utrzymujący nas podatnik) nie jest skłonny co miesiąc wypłacać pensji.

poniedziałek, 14 maja 2012

Z dużą satysfakcją wyczytałem na blogu "Nauka w Polsce" Polskiej Akademii Prasowej takie zdanie:

"A może wprowadzić na pierwszych latach studiów szkolenia z autoprezentacji, sposobów komunikowania wyników badań? Takie zajęcia nie miałyby na celu wyspecjalizowania tylko w dotarciu do szerokich rzesz odbiorców, ale po prostu – wyostrzenia przekazu, aby był zrozumiały, ciekawy, przejrzysty, zwięzły, spójny i wartościowy nawet dla kolegów i koleżanek z tej samej branży." (czytaj cały tekst).

Dlaczego z satysfakcją? Nie tylko dlatego, że w pełni się zgadzam z wymową tekstu Szymona Zdziebłowskiego pt. "Kiedy nauka traci sens". Przede wszystkim dlatego, że taki przedmiot wymyśliłem i realizuję od około 10 lat na Wydziale Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie. Nawet w prowincjonalnym Olsztynie, daleko od szosy (głównej, krajowej) może dziać się coś nowatorskiego i potrzebnego.

Cały czas próbuję zajęcia te modyfikować i dostosowywać do potrzeb. W tym roku wspólnie ze studentami eksperymentowałem z e-learningiem (np. wykład "Jak pracuje mózg oraz trudności w komunikacji w świecie pokolenia cyfrowego”, zrealizowany w ramach Tygodnia Otwartej Edukacji, ale jako wykład "kursowy"). W tym roku próbowaliśmy także uzupełnić standardowe CV wersją internetową czyli e-portfolio. Dla mnie również to nowość. Uczę się wraz ze studentami. Zdawałoby się stare treści trzeba ciągle dostosowywać do współczesności i warunków obecnych.

Różnica między starożytnym mówcą perorującym na agorze z uniesioną prawą dłonią i udrapowaną togą na lewym kolanie a człowiekiem współczesnym siedzącym w zasięgu sieci wi-fi z iPadem w dłoni i wpisującym coś na swoim profilu na Facebooku - jest naprawdę niewielka. Zmienił się tylko czas, przez jaki komunikat pozostaje w obiegu: jest coraz krótszy. A im krótszy termin przydatności do spożycia komunikatu, tym wyraziściej komunikat powinien być wyeksponowany. Nie każdy ma aforystyczne zdolności, o wiele łatwiej osiągnąć wyrazistość za pomocą emocji. Na Facebooku wszystko się pali - ale słomianym ogniem. Przyciąga uwagę, wyzwala lawinę (lub raczej pożar) komentarzy, ale szybko rozpala się jakieś inne ognisko. W stosunku do tradycyjnej komunikacji to jest jednak tylko różnica stopnia.” Michał Rusinek (czytaj całość)

Piszę to w kontekście dyskusji nad "kryzysem" edukacji uniwersyteckiej. I niejako tłumacząc się z zajęć na trawniku (czytaj więcej tu, tu i tu). Oraz tłumacząc się z wydzialowego bloga, na którym studenci uczą się także i takiej formy wypowiedzi publicznych oraz dyskutowania o nauce (i nie tylko nauce). W swej istocie nie różni się niczym od "starożytnego mówcy przemawiajacego z uniesiona dłonią". Współczesna retoryka ma wcielenie internetowe i multimedialne. Pozostaje jednak ta sama istota: przemawianie do ludzi a nie tylko w ich obecności.

"Socjologowie powiadają, że skończył się czas erudytów, zaczął czas researcherów - którzy mają krótką pamięć, za to umiejętność błyskawicznego zdobywania informacji. A także błyskawicznego dzielenia się nimi. Co z tego wyniknie dla literatury? Dla komunikacji międzyludzkiej? Dla - górnolotnie - dialogu? O ile będziemy chcieli ze sobą rozmawiać i czasami zastanawiać się nad tym, jak to się dzieje, że się ze sobą lepiej lub gorzej dogadujemy - moim zdaniem będzie dobrze." (czytaj całość).

Powinnością „profesora uniwersyteckiego” wobec studentów jest pomóc im zrozumieć świat, a nie ustawiać ich do wyścigu szczurów. To w kontekście tego, czego i jak uczyć oraz tego czy uniwersytet jest szkoła zawodową (więcej na ten temat, i jeszcze tu, i jeszcze tu)

Na koniec syntetyczne podsumowanie:

3 warunki znakomitej prezentacji:

- mówca przekazuje treści z niesamowitą pasją (emocje i język ciała)

- informacje mają potwierdzenie naukowe (wiarygodność)

- jest atrakcyjna graficznie (ułatwianie przekazu różnymi kanałami).

Teoretycznie zajęcia się skończyły a studenci zgłaszają się z indeksami po wpisy. Ale w praktyce samokształcenie się nie skończy. Bo uczymy się dla siebie a nie ocen.

niedziela, 13 maja 2012

Wstępem do dyskusji o stanie edukacji będą dygresje wiosenno-biologiczne. Wiele roślin wczesną wiosną zaczyna swoją aktywność od zakwitu… czyli od rozmnażania. Podbiał najpierw widzimy w potaci żółtych kwiatów, a dopiero później pojawiają się liście (i czysto biologiczna produkcja napędzana fotosyntezą). Wiele drzew – tak jak dostojne dęby – również najpierw zakwita, a dopiero później rozwijają się liście. Czyli najpierw rozmnażanie, a dopiero potem wzrost i inwestowanie w rosnące żołędzie (potomstwo). Ale to nie jedyna strategia. Inne rośliny zaczynają od fotosyntezy i rozwoju liści, by zakwinąć dopiero późnym latem czy jesienią. Która strategia jest lepsza? Do zależy od warunków środowiskowych.

Jeśli dyskutujemy o stanie edukacji i stwierdzamy, że coś nie jest tak, to wcale nie znaczy, że kiedyś szkoły i uniwersytety źle wymyślono. Albo że studenci są teraz głupsi a wykładowcy bardzej leniwi. Być może jest to tylko rozdźwięk między starą strukturą (strategią) a zupełnie nowymi warunkami.

Pokazuję analogie biologiczne, żeby uzmysłowić, że są możliwe różne, alternatywne strategie. Jedne są lepsze i efektywniejsze w jednych warunkach, inne w innych. Zmieniają się warunki i sytuacja zewnętrzna oraz to, że i my jako społeczeństwo jesteśmy na innym etapie rozwoju społecznego. Jeszcze powracając do analogii biologicznej i cyklu życiowego: to co dobre jest dla larwy nie musi być właściwe i odpowiednie dla postaci dorosłej (imago). Bo na przykład larwa chruścika żyje w wodzie i jest drapieżna, a dorosły owad prowadzi życie lądowe i odżywia się nektarem.

Kiedyś osoby umiejące pisać były nieliczne, dominowali analfabeci. Dziś w Polsce ponad 80% młodzieży kończy licea a 50% idzie na studia. Być może poprzez upowszechnienie edukacji na poziomie wyższym sami doprowadziliśmy do zmian ilościowych i jakościowych. Musi więc nastąpić transformacja, swoista metamorfoza, a my na nowo musimy ułożyć pewne wzorce kulturowe. W tym semsie musimy uniwersytety wymyśleć zupełnie na nowo: jakie mają być, do czego i jak funkcjonować.

Zwracając uwagę na pewne cechy biologiczne mówi się, że człowiek jest neoteniczną małpą. O neotenii mówimy wtedy, gdy dojrzałość rozrodczą uzyskują formy larwalne (młodzieńcze), tak jakby dojrzałość płciowa przyszła wcześniej od dojrzałości biologicznej (wykształcenia cech widocznych u osobników dorosłych). Podobnym przykładem jest pedogeneza, gdy larwy produkują jaja oraz poliembrionia, gdy w ciele larwy rozwijają się kolejne pokolenia owadów. W pewnych warunkach takie strategie są korzystne. Za chwilę będzie jasne do jakich analogii z edukacją zmierzam, a więc cierpliwości. Jeszcze tylko jeden przykład i porównanie ptaków gniazdowników i zagniazdowników. U tych drugich z jaja wylęga się już pisklę podobne do dorosłego i zdolne do samodzielnego życia (odżywiania) poza gniazdem. U gniazdowników pisklę jest niesamodzielne i musi być karmione. W tym drugim przypadku energia potrzebna na „odchowanie” dostarczana jest na raty.

Wśród głosów narzekających na edukację liczne są i takie, które wskazują na nadmiar magistrów i licencjatów. Po co nam tak dużo ludzi na studiach, gdy nie ma dla nich odpowiednio dobrej pracy? Jako remedium proponuje się ograniczenie liczby miejsc na studiach i ścisłą selekcję. Bo ponoć kiedyś było dobrze - było mniej studentów.

Reglamentacja studiów to jak dowartościowana sklepowa – strażnik dóbr reglamentowanych. Rozdając dobra unikalne i pożądane można zyskać na autorytecie i ważności społecznej.

Za dużo studentów i zbyt liczna klasa ludzi wykształconych (merytokracja)? Tak jak ze szlachectwem: szaraki, gołota itd. obniżali prestiż magnaterii. Elita musi być nieliczna, bo tylko wtedy uzyska prestiż i ponadstandardową, uprzywilejowaną pozycją. Od kilkudziesięciu lat wykształcenie dawało wyższą pozycję społeczną (i wyższe zarobki). Nic dziwnego, że Polacy mocno inwestowali w naukę na uniwersytetach. Po studiach było się "kimś". Według proponowanej koncepcji ograniczenia liczby studentów (a więc limitowanie merytokracji) społeczeństwo ma się dzielić na merytokrację (arystokrację wiedzy) i ciemny lud-roboli? Dane statystyczne są jednak nieubłagane. Nawet obecnie bezrobocie jest wyższe po zawodówkach niż u absolwentów uczelni wyższych. Tak więc preferewanie na siłę szkół zawodowych wcale nie jest lekarstwem na bezrobocie wśród młodych Polaków (i Europejczyków).

Społeczny apartheid, rozdzielający arystokrację wiedzy i plebs nie jest do zaakceptowania. Obraz takiego społeczeństwa odnaleźć można w „Pianoli” Vonneguta – rozdzielenie ludzi z wysokim IQ i „roboli”.

Wiedza jako dobro wspólne, dobro publiczne nie powinna być licencjonowana. Bunt przeciw ACTA jest chyba elementem tego dużego protestu i przewartościowań społecznych. Współczesne rewolucje społeczne robią ludzie wykształceni, ci „nadmiernie” wykształceni. Na te zmiany patrzę z dużą nadzieją. Bo jest to obrona wolności i swoistej niekomercyjnej przestrzeni publicznej.

Dyskusja sprowadza się do koncepcji edukacji. Uniwersytet to nie jest szkoła zawodowa w dawnym stylu. Uniwersytet pozwala – a przynajmniej powinien! – zrozumieć świat. A z taką wiedzą można poradzić sobie w życiu. Na kasie w Biedronce też może pracować magister i nie będzie to deprecjonowanie jego wykształcenia. Dyplom bowiem nie jest nowym „szlachectwem” (dyplom szlachectwa, ograniczanie dopływu do klasy uprzywilejowanej, jak w starożytnych Atenach, Rzymie czy stan szlachecki w I Rzeczypospolitej). Wiedza nie jest tylko narzędziem zawodowym lecz także elementem człowieczeństwa. Nawet hydraulik może zastanawiać się nad sensem istnienia. Na przykład Darwin nie był zawodowym naukowcem, nie pracował na uniwersytecie. A przecież tak wiele wniósł do nauki jako takiej. O filozofii nie wspominając.

Wykształcenie – jako dobro publiczne – powinno być dostępne dla wszystkich, bo nie jest to reglamentowanie „szlachectwa”. A kształcenie uniwersyteckie nie jest kształceniem zawodowym w wąskim rozumieniu. Studia powiny uczyć myślenia. Bowiem w wieku XXI to mózg i myślenie jest najważniejszym narzędziem pracy. Wobec bardzo szybko zmieniających się warunków i oszałamiającego postępu wiedza szybko się dezaktualizuje i trzeba się nieustannie uczyć. Czyli nieustannie używać narzędzia-rozumu.

Apelowanie o ograniczenie wykształcenia to obrona swoich przywilejów i pozycji społecznych. Na szczęście jest to zawracanie Wisły kijem. Ograniczenie liczy studentów wiązałoby się z silniejszą selekcją, tak jak w swoistym surwiwalu. Dać tak męczące zajęcia (podnieść poprzeczkę), że część odpadnie. Tak jak w marszach śmierci. Bo celem w takiej koncepcji nie jest zwiększenie wiedzy a jedynie organiczająca eliminacja – do mety dotrzeć mają tylko nieliczni...

Wspominając swoje lata studiów (biologia a więc stosunkowo ciężkie) przypominam sobie osoby, które odpadły. Niektórzy byli mało wydolni intelektualnie (ciekawe z jakich względów - może zaniedbań edukcyjnych?), inni bardzo wartościowi i inteligentni. Po prostu odpadali najbardziej wrażliwi i ci, którzy tracili z oczu sens. Wytrwali najbardziej uparci. Nie była więc to selekcja względem możliwości intelektualnych, ale względem posłuszeństwa, pokory. Wysiłek bezsensowny (np. wkuwania na pamięć) uczy pokory, posłuszeństwa, jest jak inicjacja w wojsku. Nie rozum a „twarda dupa”, odporność na poniżenie, zmęczenie, wydolność biologiczną. Odpadali słabsi psychicznie oraz ludzie, którzy potrzebują sensu w życiu i codziennym działaniu. Czy zakuwanie na pamięc zbędnych informacji ma sens?

Także i współcześnie niejednokrotnie obserwuję studentów, którzy wydają się leniwymi, niezbyt lotnymi. Ale w momencie, gdy dostrzegają sens, to zupełnie się przemieniają w o wiele inteligentniejszych, lotniejszych, sprawniejszych w działaniu i efektach. Jeśli więc narzekamy na ponoć słabych studentów, to być może nie chcemy zauważyć własnej mizerii, niskich lotów i mało ambitnych programów zajęć czy wykładów. Być może nie dostrzegamy, że nie jest winą grabii ani ogrodnika, że mu kopanie grządek nie idzie. Po prostu trzeba zmienić narzędzie (zamienić grabie na szpadel)!

Pora powrócić do analogii biologicznych. Poprzez wydłużoną edukację obserwujemy powiekszający się dysonans między dojrzałościa biologiczną a dojrzałością społeczną. Kiedyś do szkoły chodziło się  maksymalnie kilka lat. A więc wszystkie niezbędne nauki młody człowiek zbobywał w dzieciństwie. Wraz z dojrzałością płciową w wieku 15-18 lat wchodził w dorosłość społeczną i kończył edukację. Teraz 6 lat szkoły podstawowej, 3 gimazjum, 3 liceum. A więc matura przypada w wieku 18-19 lat. W tym sensie matura rzeczywiście oznaczała „dojrzałość”. Ale obecnie ponad 50% młodzieży idzie na studia, czyli kolejne 5 lat, a część także na studia doktoranckie (trzeciego stopnia). Matura nie jest maturą ale jednym z kilku egzaminów kompenencyjnych (śródedukacyjnych, a nie kończących). Z "końcowym" dyplomem wchodzi się w dorosłość obecnie około trzydziestki. Trzeba zacząć pracę i dopiero myśleć o założeniu rodziny. Jednakże dla kobiety najbardziej optymalny okres pierwszego porodu mieści się między 20 a 25 rokiem życia. Potem „wartość biologiczna” spada, trudniej począć dziecko i wzrasta ryzyko urodzenia dziecka z wadami. Obecnie rozdźwięk między dojrzałością biologiczną a społeczną coraz bardziej się powiększa. Nic dziwnego, że coraz większym zainteresowaniem cieszy się metoda in vitro. Najlepiej dla kobiety by było, aby pobrać komórki jajowe w biologicznie optymalnym wieku (20-25 lat), zamrozić w ciekłym azocie, a jak koło 40 zrobi dyplomy i karierę, to będzie mogła pomyśleć o swoim zdrowym dziecku. Wiąże się to jednak z uśmiercaniem zarodków, bo dla zapewnienia skuteczności „produkujemy” ich więcej, a „niewykorzystane” leżą w ciekłym azocie i nie wiemy co z tymi nienarodzonymi zrobić…

Poprawianie biologii nie jest ani tanim ani dobrym rozwiązaniem. Alternatywą jest edukacyjna pedogeneza, swoista cywilizacyjna neotenia. Matura nie oznacza już dojrzałości w sensie zakończenia nauki. Skoro dodatkowo we współczenym świecie szybko zmieniających się technologii i tak skazani jesteśmy na kształcenie ustawiczne przez całe życie, to może nie ma co na siłę starać się całą swoją edukację „odwalić” jednym ciagiem? Może trzeba założyć, że i tak będziemy uczyli się całe życie. Może więc najpierw założyć rodzinę, pójść do pracy, a potem kontynuować małymi porcjami swoją edukację i kolekcjonowanie dyplomów. Przecież już tak było kiedyś, ludzie pracowali a potem szli na studia zaoczne, studia podyplomowe. Teraz rozwiązaniem jest kształcenie ustawiczne: małe porcje wiedzy przez całe życie. Nie wystarczy raz skończyć uniwersytet i iść z dyplomem w świat. Ciągle trzeba do uniwersytetu powracać po kolejne dyplomy i walidację nabytej nieformalnie wiedzy.

Przy tak zarysowanej perspektywnie współczesny uniwersytet musi być inny. Musimy kształcenie w szkołach wyższych wymyślić od nowa. Skoro nie nauka w jednej, długiej formie z „internatem”, to raczej małe porcje przez całe życie i walidacja wiedzy. Do tego zmierzają Krajowe Ramy Kwalifikacji ale mało kto na to zwraca uwagę. A więc cywilizacyjna neotenia: „rozród” przed dyplomem. Najpierw prokreacja, a potem długie inwestowanie w wiedzę… jak ptaki gniazdowniki czy wiosną kwitnące rośliny: dozowanie statusu społecznego na raty. Dalsza edukacja to ułatwianie startu życiowego własnemu dziecku przec ciągłe inwestowywanie w siebie. Wtedy młodzi ludzie zaczynać będą dorosłość biologiczną bez samodzielności ekonomicznej. Już dzisiaj dziadkowie wspierają dziecno z wnukiem. Taka swoista poliembrionia i pedogeneza cywilizacyjna.

Inna strategia życia i inna rola uniwersytetu: po pierwsze więcej e-learningu, po drugie krótsze formy (system boloński już to otworzył: 3+ 2+ 4 oraz studiua podyplomowe) a potem uniwersytety trzeciego wieku.

Uniwersytet powinien uczyć myślenia. I nie ważne czy ktoś skończy biologię, farmację, historię, prawo czy pedagogikę. Ważne czy nabędzie niezbędne na rynku pracy kompetencje: kreatywność, uczciwość, otwartość na innych i na zmiany, odwaga poznawcza, samoafirmacja jako poczucie własnej wartości, poczucie sensu, ciekawość, dzielność (wytrwałośc), umiejętność pracy zespołowej, pokonanie indywidualnego i krótkowzrocznego egoizmu na rzecz solidaryzmu. Bo sukces odnoszą społeczeństwa jako sprawne i całościowe systemy a nie luźne zbiory indywiduallistów i „sprytnych” egoistów.

środa, 09 maja 2012

Człowiek jest jak roślina, musi się zakorzenić, aby wzrastać. Identyfikacja ma wiele wymiarów. Olsztyn jest moją małą ojczyzną. Tak jak Warmia. To identyfikacja regionalna. Poprzez język, historię i identyfikację kulturową czuję się Polakiem. Ale nie przeciw komuś. Polskość też jest wielokulturowa i bogata w swej historii. Tak jak różnorodna jest i była warmińskość. Może łatwiej zrozumieć wielokulturowość Europy poprzez znajomość historii Warmii?

Czuję się w pełni Europejczykiem, polskim Europejczykiem. Integracja europejska nie oznacza utraty tożsamości regionalnej, narodowej, wyznaniowej, filozoficznej czy jakiejkolwiek innej. Bo Europę łączy wiele wartości i elementów kultury. Uzupełniamy i ubogacamy się swoją różnorodnością. Tak jak Polskę ubogacali i ubogacają Żydzi, Szkoci, Niemcy, Karaimowie, Tatarzy, Ukraińcy, Prusowie itd.

Europa nie jest wartością daną raz na zawsze. Trzeba ją stwarzać (wymyślać) dzień po dniu. Zwłaszcza teraz, w dobie kryzysu i rodzących się fobii przeciw komuś. 9 maja jest świętem Europy. Jest więc i moim świętem :). 

Kiedyś były klany i plemiona... i wrogość do obcych. Polska powstała w wyniku integracji wielu różnych plemion, klanów czy lokalnych autonomii różnie nazywanych. Myślę, że podobnie będzie z Europą. Powstającą Europą wspólnych wartości. Sama ekonomia nas nie połączy. A Rzeczypospolita ma długą i dobrą tradycję unii i integracji oraz tolerancji. Wnosimy więc wartościowe wiano. Jestem Europejczykiem narodowości polskiej... i dumny jestem z tego.

wtorek, 08 maja 2012
„Coraz więcej posiadaczy dyplomów uniwersyteckich jest w tej chwli bez pracy albo żyje z prac śmieciowych” (...) „Nadprodukcja inteligencji tworzy sytuację potencjalnie wybuchową społecznie. U podłoża rewolucji tkwi przecież przerost oczekiwań nad realiami, a wielką w nim rolę grała właśnie nadprodukcja inteligencji.” 
Prof. Z. Bauman 

Problem w jaki weszliśmy w wieku XXI, i to na całym świecie, jest potencjalna merytokracja. Liczba osób wykształconych jest coraz większa... ale jednocześnie nie są zaspakajane ich aspiracje i rozbudzone nadzieje. Z tego rodzą się napięcia. I nie chodzi o ograniczenie dostępu do studiów wyższych ale o głębokie zmiany społeczne. To nie jest sprawa samych tylko uniwersytetów, to jest sprawa całego społeczeństwa, jak się w nowej rzeczywistości odnaleźć.

Bo na przykład, przez dłuższy okres nauki zaczynamy pracować nie w wieku 18 lat, ale około 30. Z tego względu przy dotychczasowym wieku emerytalnym pracujemy znacznie krócej. Przy dłuższym okresie życia logicznym wydaje się wydłużenie wieku emerytalnego.
Inny przykład. Biologicznie kobieta najlepiej przystosowana jest do rodzenia w wieku 20-25 lat. Ale przez wydłużoną naukę "jednym ciurkiem" i poszukiwaniem startu zawodowego w wiek "reprodukcyjny" kobiety wchodzą "zbyt późno". Stąd liczne problemy i presja na in vitro (przy pobieraniu komórek jajowych w wieku ok. 25 lat, potem oczekujących na zapłodnienie). Wydawać by się mogło, że jesteśmy w ślepym zaułku. Chyba, że zmienimy model kształcenia: skoro i tak uczymy się przez całe życie (kształcenie ustawiczne i uniwersytety trzeciego wieku), to może zmienić model kształcenia, z przerwą na start zawodowy, założenie rodziny itd. Studia nie zając, nie uciekną :). Tym bardziej, że w tak dynamicznie zmieniającym się świecie, nie wiemy jakie zawody będą potrzebne za lat 5 czy 10. Zatem albo będziemy poprawiać biologię albo model społeczny. Co łatwiejsze?
I w końcu do czego potrzebne jest kształcenie uniwersyteckie? Czy jest to przygotowanie zawodowe czy raczej uczenie rozumienia świata i kształcenie ważnych cech osobowych i społecznych? Taka inicjacja cywilizacyjna. Ja się opowiadam za potrzeba rozumienia świata przyrodniczego i społecznego oraz kształcemiem kompetencji miękkich typu: odpowiedzialność, dzielność, kreatywność, innowacyjność, umiejętność pracy zespołowej, uczciwość, dociekliwość, wytrwałość itd.

definicje słownikowe:
Merytokracja - rządy ludzi wykształconych i kompetentnych; Merytokracja rządy osób najbardziej utalentowanych i stojących najwyżej pod względem intelektu, które awansowały na swe stanowiska zgodnie z "systemem zasług"
poniedziałek, 07 maja 2012

O tym, że piesi nie istnieją (przynajmniej w Olsztynie), przekonali mnie projektanci Nowej Artyleryjskiej. Pod koniec kwietnia wybrałem się z żoną na długi wiosenny spacer. Po wędrówce nad Łyną i oglądaniu nieistniejących parków: im. Korczaka, Parku Centralnego (podobno ma inwerstycja ruszyć), dotarłem pod zamek, by zobaczyć rozpoczętą inwestycję w Parku Nad Łyną. Pomęczyć się można, bo przecież jest nadzieja na polepszenie i wygodę. Przeszliśmy pod nowym mostem, chwaląc w duchu rozwiązanie, umożliwiające bezkolizyjne przemieszczanie się rowerzystów i pieszych.

Wracając  z Zatorza doszliśmy od Al. Wojska Polskiego do wiaduktu nad linią kolejową i lewą stroną ruszyliśmy w kierunku Dworca Zachodniego. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po kilkudziesięciu metrach chodnik się jakoś tak urwał (na zdjęciu wyżej), zupełnie bez powodu. 

Cztery kostki polbrukowe i granitowy krawężnik. Teoretycznie jedna osoba by się zmieściła. Ale barierka ochronna na to nie pozwala. Nawet jedna osoba się nie przeciśnie (niebezpiecznie ze względu na przejeżdżające samochody). Poszliśmy dalej, bowiem w tym czasie nie było jeszcze ruchu samochodowego. Ale jak ulica zostanie oddana, to pieszy musiałby się cofnąć, przejść na drugą stronę ulicy i dopiero dalej wędrować i za jakiś czas ponownie na tę stronę jezdni powrócić.

Dlaczego nie ma chodnika po tej stronie ulicy? Przecież miejsca jest dużo! Chyba dlatego, iż projektant uznał, że pieszych po prostu nie ma w Olsztynie. Więc po co chodnik, gdy pieszy to byt nieistniejący?

Błędu projektowego trudno będzie się pozbyć, bo o ile na dużym odcinku w prosty sposób można chodnik zrobić, to już brak miejsca na wiadukcie... Trzeba byłoby zrobić jakąś antresolkę.

Z jeszcze większym zdziwieniem zobaczyłem to, co było dalej. Nie było chodnika, mimo, że było miejsca dużo. Po co więc wycinano drzewa przy peronie na dworcu Olsztyn Zachodni? Bo przeszkadzały pustce? Teraz jest goło, ponuro i niefunkcjonalnie. Takie kononowiczowskie "nie będzie nic". Teraz po prostu widać, że drzewa wycięto zupełnie bez powodu.

Z jeszcze większym zdziwieniem zobaczyliśmy zaprojektowany przystanek (nieco dalej). Jest przystanek, ale brak chodnika z jednej i drugiej strony, brak nawet możliwości bezpośredniego przejścia na perony (co wydawałoby się logiczne). Przystanek łączy się ze światem poprzez przejście dla pieszych prowadzące na drugą stronę ulicy. Czyli jak wysiądę, to muszę przejść na drugą stronę, potem ponownie powrócić? Bo podziemne przejście od tej strony jezdni odgrodzone jest betonowym murkiem (fizycznie nie da się przejść). Przystanek, który przez brak chodnika z niczym nie łączy. Podobne rozwiązania spotkać można przy Kortowie, na Warszawskiej... Bo przystanki są dla autobusów, ale nie dla pieszych?

Dworzec jest w dużym stopniu odcięty od miasta. A wystarczyło tylko zrobić w tym miejscu (okolice zaprojektowanego przystanku autobusowego) schody i zejście, najpierw na przystanek i chodnik, a dalej, w kierunku rzeki Łyny, poprzez kolejne schody - byłoby wygodne zejście do bezkolizyjnego przejścia zarówno na Zatorze jak i Park Nad Łyną. Z punktu widzenia pieszego byłoby to rozwiązanie niezwykle funkcjonalne i wygodne. Ale widać pieszych w Olsztynie nie ma... Lub nie powinno być?

Pomysł młodych ludzi, aby Dworzec Zachodni nosił nazwę Olsztyn Stare Miasto jest mądry i dostrzegający potrzeby ludzi... pieszych. Tak niewiele trzeba, aby otworzyć się na świat i funkcjonalność. Trzeba tylko odrobimy wyobraźni w czasie projektowania...

Ciekaw jestem kto projektował w opisywanym fragmencie takie bezchodnikowe rozwiązania nie-dla-pieszych. Komu zabrakło wyobraźni i świadomości, że jednak człowiek porusza się głównie na własnych nogach? Po co wycinano piękne drzewa, dające cień na peronie i urok całemu miejscu? Teraz nie ma ani drzew, ani chodnika, ani niczego. Pan Kononowicz miał rację (nie będzie nic)?

sobota, 05 maja 2012

Przykrości, trud dnia codziennego i nieszczęścia – dla tych co potrafią dają szansę na zrozumienie sensu własnego życia. Są jak egzaminator stawiający trudne pytania: jedni „polegną” dla innych będzie to rozwojowe wyzwanie. Tak jak w otaczających nas ekosystemach: śmierć i rozpad przeplata się z rozwojem i wzrostem.

Życie (w sensie biologicznym) jest ciagłym rodzeniem się, tworzeniem na nowo, odradzaniem się. Śmierć umożliwia odradzanie się, nie jest więc jakimś artefaktem czy wynaturzeniem niedoskonałości. Życie nie jest jak maszyna, z doskonałymi częściami, dopasowanymi do siebie, tak jak dawniej myślano (mechanicyzm). Życie to coś więcej. To nawet nie tylko samonaprawialna maszyna, ale ciągle odradzająca się, samopowielająca się maszyna. Model organizmu lepiej opisuje wszechświat niż model maszyny (czytaj więcej).

Każdy organizm się starzeje. Mimo różnorodnych mechnizmów regeneracyjnych i naprawczych, z wiekiem liczba błędów i „usterek” jest coraz większa. Ale umieramy nie ze względu na „zepsucie się”, śmierć jest niejako zaprogramowana. Biolodzy poznali apoptozę – zaprogramowaną śmierć komórki. U organizmów wielokomórkowych apoptoza umożlwia rozwój całego organizmu, kształtownie się tkanek i i narządów. Jednokmórkowce, dzieląc się (podział komórki, rozmnażanie bezpłciowe) też giną – tworzy się nowa jakość. Nie wyda ziarno plonu, jeśli wcześniej nie obubrze.

W życiu codziennym skupiamy się na ratowaniu obiektów a nie procesów. Tak jest w konserwatorskiej ochronie przyrody, gdy pieczołowicie wypełniamy betonem próchniejące dziuple starych drzew (zamiast sadzić nowe) czy w medycynie, dążąc do coraz doskonalszych metod wydłużania życia (wstawiania części zamiennych). To jest skupienie się na osobniku a nie na procesie. W jakimś sensie jest to krótkowzroczne, ale i wynika z wewnętrznej chęci przetrwania.

Dlaczego zamiast doskonałych i samonaprawczych organizmów mamy śmiertelne ale za to samopowielające się (rozmnażające się) istoty żywe? Sens takiej śmiertelności widać o wiele bardziej z szerszej perspektywy – możliwia jest ewolucja i nieustanne przystosowanie, adaptowanie się do zmieniających się warunków. Ale także swoisty postęp i rozwój całości. Bo w miare rozwoju samo życie (w sensie biologicznym) zmienia otoczenie i warunki zewnętrzne.

Ciągłe narodziny, ciągła śmierć, ciągłe budowanie od nowa, a wszystko układa się w różnorodne cykle życiowe. Jednocześnie jednak obserwujemy kierunkowy rozwój. Czyli nie tylko cykliczność. Tak jak w ruchu kół jadącego roweru czy samochodu. Wydawać by się mogło, że koło kręci się w kółko, wokół swojej osi. Powtarzalna cykliczność i nic więcej. A przecież, dzięki takiemu cyklicznemu „kręceniu się”, posuwamy się do przodu. Żeby jednak zauważyć tę kierunkowość i rozwój potrzeba nieco szerszej perspektywy.

W naszym codziennym życiu również wykonujemy wiele czynności, wydawałoby się beznadziejnie ulotnych w przegranej walce z wszechogarniającą entropią. To co się zrobi, to niszczeje. Ulice ciągle są zaśmiecowe, drzewa wycinane, zieleń miejska dewastowana. Ubranie się brudzi, musimy je prać, aż sił braknie. W społeczeństwie ciągle pojawiają się wandale, destruktorzy, niszczyciele. 

Ciągle się myjemy… a stanu wiecznej czystości nie osiągamy. Wydawać by się mogło, że mycie i sprzątanie to wysiłek daremny. Ciągle jemy… i ciągle jesteśmy głodni. Ciągle tworzymy rzeczy piękne i wartościowe, które niszczeją w czasie wojen, rabunków, dewastacji. Skoro nietrwałe i niszczejące, więc może nic nie robić, to przynajmniej nie będzie żalu po stracie?

Są procesy która podtrzymują stan, swoistą homeostazę wewnętrzną. Są w jakimś sensie niewdzięczne, bo niczego nie przybywa (tak jak telewizorów na taśmie produkcyjnej w fabryce), utrzymywany jest jedynie stan obecny. Gdy nasze serce bije, gdy oddychamy, wydaje się to oczywiste i normalne. Te zwykłe procesy dostrzegamy dopiero wtedy, gdy coś niedomaga. Służby miejskie, odpowiedzialne za sprzątanie dostrzegamy jedynie wtedy, gdy śmieci wysypują się z przepełnionych koszy. Dobrze wychowanego dziecka nie widać, bo nie sprawia kłopotu… Dobrych ludzi nie widać za bardzo, w mediach na okrągło trąbią o wypadkach, nieszczęściach, malwersacjach – można byłoby odnieść mylne wrażenie, że taki jest właśnie świat…

Wartość tych z pozoru prostych czynności wynika nie tylko z podtrzymywania stanu, swoistej homeostazy. Sens takiej „niewdzięcznej” pracy wynika z nieustannego odradzania się, tworzenia na nowo. Czy to będzie żmudne wychowywanie człowieka, czy to będzie pielęgnowanie zieleni w przestrzeni publicznej, czy to tworzenie skromnego dobra wokół siebie. Tak jak w zjawisku życia (biologicznego), ciągłe odradzanie się to nie tylko procesy konserwatosko-naprawcze.

Nie martw się więc, gdy coś niszczeje w porzestrzeni publicznej i tkance społecznej. Można tworzyć od nowa, a nie tylko odtwarzać. Wielka głębia i tajemnica życia tkwi w prostych czynnościach, pozwalających stawać się ciagle i na nowo. Nie wystarczy raz stworzyć, trzeba tworzyć nieustanie. Tak jak jazda na rowerze, gdy przestaniemy jechać do przodu, to się przewracamy.

Państwo też nie jest "zbudowane" raz na zawsze i tylko się psuje w miarę upływu czasu i "używania". Państwo stwarzamy w codziennych wysiłkach. Małżeństwo także nie staje się w dniu ślubu - ono jest budowane codziennie przez wiele lat. Nie jest więc tak, że rozwód... bo się pomyliliśmy, bo to nie ten/ta. Rozwód, bo zabrakło wysiłku codziennego tworzenia. Żywe jest tylko do czasu, gdy się w codzienności się odradza, gdy się rodzi każdego dnia, tworzone jest każdego dnia. Nie tylko naprawiane, ale tworzone. Cykliczność nie neguje kierunkowości.

czwartek, 03 maja 2012

Kiedyś się mówiło, że podróże kształcą. Dzisiaj nie jest już to zbyt aktualne z dwóch powodów. Po pierwsze jednym z efektów globalizacji jest kulturowa i kulinarna urawniłowka. Można przelecieć tysiące kilometrów i zobaczyć, zjeść, usłyszeć to samo. Popkultura jest coraz bardziej jednakowa, niezależnie od miejsca. Po drugie podróżujemy szybko i w pośpiechu, więcej siedzimy w poczekalniach lotniskowych i dworcowych czy w kilomentrowych korkach na autostradach, niż w miejscach, do których jedziemy. Krainy, przed które podróżujemy, mijają jak krajobraz zza szyb samochodu czy okien samolotu. Szybko konsumujemy, to samo co u siebie, i wracamy ze zdjęciami - dowodami, że byliśmy. Ale bez autentycznych wrażeń. Zaliczamy, a nie podróżujemy.

Byliśmy... I co z tego? Często widzę ludzi spacerujących w lesie... ze słuchawkami na uszach. Korzystają z obecności w lesie tylko w niewielkim stopniu. Nie słyszą tego lasu, widzą niewiele, bo ich wyobraźnia uwięziona jest w muzyce, takiej jak wszędzie. Podobnie jest z podróżami. Niby dalego, ale powierzchownie i bez zgłębiania.

Kiedyś podróżowało się długo. Był czas doświadczać inne krajobrazu, inną kulturę, był czas na przemyślenia. Wtedy rzeczywiście podróże kształciły. Dzisiaj w większym stopniu kształcą powolne podróżne w bliskie okolice. Bo mniej czasu tracimy na szybkie przemieszczanie się (siedzenie w uniwersalnym i powtarzalnym samochodzie, autokarze, samolocie) a więcej na doświadczanie.

Świat jest całością. Z ziarna piasku wyczytać można historię pustyni i... całej Ziemi (potrzebna tylkow wiedza). Powolne podróżowanie, docieranie do głębi i autentyzmu kształci tak, jak kiedyś dalekie podróże.

Niech za przykład posłuży zamieszczona na fotografii biedronka oczatka (czytaj wiecej o tym spotkaniu). Żeby dostrzec to, co pod nogami, trzeba zwolnić i czekać. Wtedy widzi się więcej. A spotkanie z oczatką w środku miasta, to możliwość dostrzeżenia procesów globalnych, synurbizacji, i ... dyskusji z innymi ludźmi.

Jeśli więc podróżujesz, blisko lub daleko, otwórz oczy, wyjmij słuchawki z uszu, usłysz coś nowego, lokalnego, autentycznego. Spróbuj poznawać świat, także poprzez rozmowy z ludźmi, a nie tylko szybko przemieszczaj się z miejsca na miejsce. Bo podróże kształcą, ale nie dlatego, że się przemieszczamy w odległe i egzotyczne miejsca, ale dlatego, że dostrzegamy i doświadczamy.

To jest tak, jak z ogladaniem telewizji. Mamy 70 kanałów i przez kilka godzin pilotem pstrykamy, skacząc z kanału na kanał. Nic nie widzimy, tylko mryganie. Niczego nie poznajemy. Tak jak oglądanie grzbietów książek w bibliotece nie jest czytaniem.

środa, 02 maja 2012

Podnoszą się coraz liczniejsze głosy, krytykujące obecną sytuację na polskich uczelniach wyższych. To coś więcej niż tylko dostosowanie programów akademickich do rynku pracy. Mam nadzieję, że jest to zapowiedź większych, cywilizacyjnych zmian, nie tylko uniwersytetów dotyczących. Możliwe, że niż demograficzny, jak rezonator ułatwia dotarcie z tym głosem do większej liczby osób. Dalej nie da się nic nie robić, przyszłość nie będzie przedłużeniem teraźniejszości.

Kiedy pod koniec XX wieku (jak patetycznie zabrzmiało :), a przeciez to tak niedawno...), w czasie łączenia się ART i WSP i tworzenia Wydziału Biologii, pojawiła się konieczność zintegrowania programów kształcenia na biologii (do tej pory osobno prowadzonych na ART i WSP), byłem wśród tych zbyt nielicznych niestety osób, które postulowały głębokie zmiany. Skoro i tak musimy wykonać dużą pracę ujednolicając porogramy, to zróbmy to z myślą o przyszłości. Proponowałem wzorem uczelni amerykańskich duży wybór zajęć, moduły kształcenia oraz instytucję tutora (doradcy). Było to jednak wołanie na puszczy. Zostały stare plany, sztywny program i brak wyboru. Przez te ponad 10 lat, w miarę odgórnych nakazów, powoli ku temu program zmierzał. Przynajmniej na papierze. Ale dalej plany układane są ręcznie, tutorów nie ma, wybór cokolwiek iluzoryczny i bardziej formalno-teoretyczny. A studentów coraz mniej? Czy uda się wszystko zrzucić na niż demograficzny i nauczycieli szkół średnich? Ze swoimi poglądami na kształcenie uniwersyteckie ciagle czułem się jak niszowiec i dziwak. Teraz jednak słyszę głosy podobnie brzmiące.

Dlatego do obecnych "rewolucyjnych" głosów krytycznych odnoszę się z dużą nadzieją. Może teraz się uda coś sensownie zmienić? I to tak na prawdę a nie tylko na papierze i w folderach reklamowych.

Profesor Ewa Nawrocka z Uniwersytetu Gdańskiego wzywa: "Skrzyknijmy się! Zburzmy anachroniczne uniwersytety, skoro papier nie jest ważny, bo w praktyce i tak liczą się umiejętności. Wymyślmy sobie nowe uniwersytety. Zbliża się maj, jak w roku '68. Ogłaszam alarm dla uniwersytetów!". (czytaj więcej oraz na blogu Wydziału Biologii). Do wymyślania na nowo trzeba odwagi i odejścia od rytuałów, skupienia się na sensie i sednie a nie tylko zewnętrznych pozorach. Wymyślając na nowo uniwersytety trzeba wrócić do korzeni i istoty akademickiego kształcenia oraz dostosować je do współczesnych realiów.

Zdaniem niketórych osób, zabierających głos w publicznej dyskusji, „należy zmienić pracę uczelni i jej podejście do rynku pracy, ale również do studentów. Przeformułować trzeba rolę wykładowcy. Studenci potrzebują tutorów, opiekunów i przewodników. Powinno się ich motywować do działania i wymagać samodzielnego myślenia.” (...) „Młodych ludzi uczy się zdawania testów, wkuwania na pamięć, dawania wyuczonych odpowiedzi na zadane pytania."

Na tutorów w Olsztynie mieliśmy szansę już w 1998 roku. Wysiłek w tamtym czasie z całą pewnością by nam się opłacił. Zamiast liderów jesteśmy maruderami...

Profesor Nawrocka „chciała zbadać problemy edukacji, gdy zauważyła w swoim otoczeniu objawy wypalenia. Rozesłała więc ankiety do pracowników swojego i innych instytutów na polonistyce. Na kilkadziesiąt osób odpowiedziało... dziewięć. "Syndrom smerfa Marudy"" Prof. Nawrocka „kadrze uczelnianej wyrzuca konformizm, lenistwo i tchórzostwo: "W nic się nie angażują. Zamknięci w wieży z kości słoniowej piszą kolejne książki, których nie czytają nawet ich studenci!".

"Nie jesteście - większość z Was - dobrze wykształceni, jedynie tak Wam się wydaje. Zostaliście oszukani. Najpierw przez nauczycieli, potem przez wykładowców" - pisał w "Gazecie" do studentów prof. Jan Stanek z Zakładu Fizyki Medycznej Instytutu Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. "

Ja osobiście pokładałem duże nadzieje w Krajowych Ramach Kwalifikacji... ale chyba cały pomysł tych zmian został w realizacji na uczelniach mocno przykrojowy i wypaczony wojnami o godziny. Zmienić jak najwięcej by zostało po staremu... Jedyną nadzieją na zmiany jest presja zewnętrzna w postaci niżu demograficznego i "głosowania nogami" przez studentów. Czy uniwersyteccy reformatorzy potrafią zrobić rewolucję, a la 1968 r.? Oburzonych jest wielu. Potrzebują jedynie mądrych wizjonerów z energią i bez strachu o własną skórę...

I w końcu, czy akademickie środowisko z Olsztyna będzie w tych przełomowych zmianach aktywnie i osobiście uczestniczyło, czy też będzie biernie czekało na dyrektywy z góry, zgodnie z zasadą "tisze jedziesz, dalsze budziesz"? Na to pytanie szybko otrzymamy odpowiedź...

wtorek, 01 maja 2012

Przyszłości nie da się dobrze przewidzieć, dlatego, że najczęściej przyszłość nie jest przedużeniem teraźniejszości. Trzeba umieć dostrzec to, co dopiero się wykluwa. W Olsztynie dużo wysiłku poświęca się na poszerzanie ulic, kosztem zieleni i chodników. Ponoć ma być więcej samochodów. Badania socjologiczne pokazują jednak, że młodym ludziom bardziej zależy na dostępie do internetu niż posiadaniu samochodu. Na dodatek wolą rower. Nowe pokolenie jest po prostu inne od pokolenia, które snuje plany i czyni inwerstycje.

Wyraźnie uzmysłowił mi to pierszomajowy spacer z rodziną do lasu. Po drodze mnóstwo rodzin na rowerach, z kijami, biegających i aktywnie wypoczywających. "Olsztyn aktywnie" staje się coraz bardziej faktem. Tyle tylko, że chodniki są w fatalnym stanie (większość funduszy i troski idzie w drogowy asfalt). Po co więc tworzyć buspasy na Al. Warszawskiej, które ponoć będą potrzebne za 10 lat, gdy już teraz pogarsza się warunki poruszania pieszym i rowerzystom? A będzie jeszcze gorzej, bo ta rowerowo-piesza tendencja się nasila.

Wspominając Morąg, przypomniało mi się dziecięce łażenie po drzewach. Ale takie drzewa muszą być na podwórku, żeby było gdzie się bawić. W czasie rodzinnego spaceru wokół Jeziora Długiego (piękna ścieżka w budowie, zapowiada się sympatycznie) a dalej Lasem Miejskim, trafiliśmy  na Leśny Park Linowy. Można było cofnąć się pamięcią w wiek dziecięcy i połazić po drzewach... ale zupełnie bezpiecznie i całkiem profesjonalnie. Rodziny   wspinające się razem, troskliwi ojcowie, instruujący swoje latorośle. Aż chciałoby się więcej takich miejsc.

Dobrze, że są takie miejsca. Dobrze, że ocalało sporo zadrzewionych skwerów z zielenią. Ale takie linowe atrakcje tylko od swięta są dostępne (bo potrzebna specjalna wyprawa na drugi koniec miasta). Warto przypomnieć sobie o zabiedbanych podwórkach i bezpiecznych miejscach do zabawy naszych dzieci. Podczas takich prostych zabaw ludzie starzy i młodzi uczą się... i nie trzeba potem najróżniejszych terapii. Inwestycja w ogródki jordanowskie to poźniejsza oszczędność na wydatkach medycznych i łatwiejsza nauka. Proste chodzenie po krawężniku czy gra w klasy to nauka koordynacji i wielu innych funkcji, o których specjaliści mogą długo opowiadać.

Zieleń w przestrzeni publicznej i place zabaw to nie jest skansen czy zbytkowe fanaberie, to mądra i profesjonalna inwestycja. I warto o tym nieustannie przypominać. Aby plany odpowiadały potrzebom przyszłości a nie nieaktualnej przeszłości w starych głowach.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Wieszczyca rzecza (Oligostomis reticulata) to chruścik z rodziny chruścikowatych (Phryganeidae), występujący stosunkowo rzadko. Larwy żyją w niewielkich śródleśnych i torfowiskowych rzeczklach. Licznie notowane były w śródmiejskiej rzeczce Lublina. Postacie dorosłe bardzo podobne są do innego i jeszcze rzadszego chruścika - wieszczycy torfowiskowej.

Wczoraj otrzymałem powyższe zdjęcie wieszczycy rzecznej wraz z informacją:

"(...)kiedyś miałem okazję spotkać tego pięknego chruścika, lecz sprzęt fotograficzny nie był największych lotów i dokumentacja fotograficzna była dość skromna. Dziś postanowiłem odwiedzić miejsce występowania tego gatunku i pomysł okazał się bardzo dobry, gdyż udało mi się zaobserwować kilkanaście osobników. Jeden z nich został uwieńczony na fotografii. Fotografia wydaje mi się być dość dobra, dlatego pomyślałem sobie, że może się Panu przydać do celów edukacyjnych. Proszę z niej korzystać w dowolny sposób. Z pozdrowieniami, Robert Gawroński"

Wspomniane chruściki obserwowane były w rzeczce (rowie melioracyjnym) biegnącym wzdłuż Rozlewiska Morąskiego. Według informacji Pana Roberta, występuje w tym miejscu także liczna populacja ważki Sympetrum pedomontanum (obserwacje zeszłoroczne) a w pobliżu słychać kumaki.

Nad Rozlewiskiej Morąskim byłem w 2007 roku, kiedy to wraz ze studentami sprzątałem teren wokół ścieżki dydaktycznej. Powyższe zdjęcie tego rowu "melioracyjnego" pochodzi z kwietnia 2007 r. Nie wiem czy obecnie ten ciek tak wygląda, ale byłoby to siedlisko tytułowego chruścika, który na Pojezierzu Mazurskim stwierdzany był rzadko.

Samo rozlewisko, obecnie będące użytkiem ekologicznym, ma dość ciekawą hstorię, bowiem jest to dawne Jezioro Morąskie, które zostało osuszone w 1867 r. i przeznaczone na łąki. Jeszcze niedawno na mapach zaznaczane było jako Trzęsawisko lub Rozlewisko Morąskie. Zapomniane jezioro powoli ponownie wraca do życia.

Prawdopodobnie dawniej Jezioro Morąskie nosiło pruską nazwę: Mawrin, Maurin lub Morin. W Średniowieczu, woda z Jeziora Morąskiego drewnianymi kanałami doprowadzana była do studni w mieście. Stanowiło więc ważny zasób wody dla miasta i jego mieszkańców. Jak to się stało, że w wieku XIX postanowiono je osuszyć? Najpewniej powodem była eutrofizacja i zanieczyszczenie wód jeziornych. Należy się domyślać, że wszelkie ścieki bytowe odprowadzano do jeziora. Tak jak to dzieje się jeszcze i do dzisiaj w wielu miejscach. Przecież wydaje się, że jeśli trochę umyje się naczyć, samochodów w jeziorze, trochę gnojowicy z obory przecieknie do jeziora, to nic wielkiego się nie stanie... Czas jednak robi swoje, a te "nic" sumowane od wielu przekształca jezioro w cuchnacą breję. Albo tylko eutrofizuje i obniża walory  użytkowe.

Najpewniej Jezioro Morąskie odbierało ścieki bytowe z Morąga. A skoro straciło znaczenie jako źródło wody, to postanowiono je osuszyć i zamienić na łąki. Dzisiaj z większym wysiłkiem i dużym nakładem finansowym takie śródmiejskie jeziora rekultywujemy, np. Jez. Długie w Olsztynie, Jezioro Domowe w Szczytnie. Taniej jest oczywiście zapobiegac niż leczyć...

Wracając do Rozlewiska Morąskiego, nie wiadomo kiedy i na skutek jakich procesów dawne jezioro ponownie napełniło się wodą. Może zaniedbano system odwadniający? Woda w każdym razie powróciła do niecki jeziornej, ale zapomniano o przeszłości i ponownie nadano nazwę temu zbiornikowi. Obecnie Rozlewisko obejmuje 128,7 ha i jest uzytkiem ekologicznym. Wcześniej spływały do rozlewiska ścieki bytowe z miasta Morąga, zwiększając eutrofizację zbiornika.

Ale kiedy ornitolodzy zauważyli dużo ciekawych ptaków, rozpoczęto rekultywację i wybudowano nową groblę, przekształcając w trasę spacerową (i ścieżkę dydaktyczną). Ustawiono dwie wieże widokowe, z których wygodnie można obserwować ptaki i panoramę rozlewiska.

A po obecności wieszczycy rzecznej i innych owadach wodnych widać, że przyroda powróciła nie tylko pod postacią ptaków. Z pewnością przyrodniczych ciekawostek nad Rozlewiskiem jest wiecej. "Miłość nad Rozlewiskiem" i "Powroty nad Rozlewisko" w przyrodniczym wydaniu :). Bo jest to miłość do przyrody, a powroty za sprawą naturalnych i samoistnych procesów renaturyzacyjnych jak i celowych działań człowieka.

I ja uczestniczyłem w pracach porządkowych, kiedy to w kwietniu 2007 roku przyjechałem ze studentami, sprzątać, malować ławki, zawieszać budki lęgowe (i po raz pierwszy rozbierać marzannę). Wtedy do zasadziłem "vipowskie" drzewko, uwidocznieone na zdjęciu. Ciekawe czy jeszcze rośnie i jak już jest duże.

Z Morągiem wiążą mnie sentymenty nie tylko przyrodnicze. To tu chodziłem do przedszkola i zacząłem edukację szkolną... I zostawiłem trochę dziecięcych wspomnień...

czwartek, 26 kwietnia 2012

„Życie w pośpiechu w nieunikniony sposób staje się płytkie. Kiedy pędzimy przed siebie, ślizgamy się po powierzchni i nie nawiązujemy prawdziwych relacji z ludźmi i otaczającym nas światem”

Carl Honoré („Pochwała powolności”)

Dodatkowo biorąc sobie do serca sygnały o niezbyt trafnym kształceniu w uczelniach wyższych w Polsce, staram się uwzględniać kompetencje miekkie. Przedmiot "autoprezentacja" ma przygotować studentów, w jakimś sensie wdrożyć do rzeczywistych wystąpień publicznych. Seminarium na trawniku nie jest "zamiast" ale "równocześnie". Jest uzupełnieniem zajęć w sali. Jest też próbą wdrażania do pracy zespołowej ze strategią "wygrana-wygrana", wdrażaniem do realizacji projektów.

„Szybkość jest ruchliwa, nacechowana żądzą kontroli, agresywna, pobieżna, analityczna, zestresowana, niecierpliwa, aktywna, przyznaje pierwszeństwo ilości nad jakością. Powolność przeciwnie – spokojna, uważna, otwarta na otoczenie, nieruchoma, zawierzająca intuicji, niespieszna, cierpliwa, refleksyjna, przedkłada jakość nad ilość. Jej istotą jest nawiązywanie prawdziwych i obdarzonych sensem relacji z ludźmi, kulturą, pracą, jedzeniem – ze wszystkim.”

Carl Honoré

niedziela, 22 kwietnia 2012

Pszczolinka napiaskowa (Andrena vaga) to niewielka, samotna pszczoła, budująca swoje gniazda w ziemi. Wczoraj spotkałem kolonię tych pszczół na Trakcie Niborskim (Gościńcu Nikorskim), na terenie Olsztyna, na polnej i na śródleśnej drodze (na wysokości Brzezin i Kortowa), w dolinie rzeki Łyny i tuż obok. Było dużo gniazd na nagich koleinach. Stąd część owadów było martwych, rozjechanych przez rowerzystów i jakieś dwuślady. Wybierając niezarośniętą glebę, aby łatwiej zbudować swoją norkę, naraziły się na zupełnie inne niebezpieczeństwa.

Ta samotna (bo nie tworzy rodzin tak jak pszczoła miodna, tylko jedna samica zakłada własne gniazdo i nim się opiekuje) występuje na terenach otwartych i na glebach piaszczystych lub gliniastych, przede wszytkim na przydrożach i piaskowniach. Jest raczej dość liczna. To siedliskoweprzywiązanie z przydrożami można traktować jako element synantropizacji.

Pszczolinka na Trakcie Niborskim też stosunkowo licznie występuje, przy pobieżnej obserwacji naliczyłem kilkadziesiąt gniazd, ale zapewne jest ich tam więcej. Na dodatek towarzyszyły jej dwa inne, mniejsze gatunki samotnych pszczół. O inych owadzich towaryszach będzie nieco dalej.

Tę wczesnowiosenną pszczołę (pszczolinkę napiaskową) spotkać można od marca do maja, jak się uwija w gromadzeniu pyłku. Pszczolinki napisakowe często występują w dużych kolniach, mimo, że są pszczołami samotnymi. Samotnymi, dlatego, że każda ma swoje własne gniazdo. Skupisko ułatwia zapewne znalezienie partnera jak i być może bezpieczeństwo całej kolonii. Tak więc są to pszczoły samotne ale nie osamotnione.

Do budowy norki-gniazda zabierają się już w marcu. Główny chodnik sięga nawet do 50 cm pod ziemię. Na wierzchu widoczny jest kopczyk wydobytej ziemi, a w zasadzie piasku lub gliny. Od korytarza głównego odchodzą chodniki boczne, w których znajdują się komory lęgowe, najpierw z jajami, potem z larwami.

A co jedzą te wczesnowiosenne pszczoły, skoro ledwo co kwitną nieliczne kwiaty? Skoro są wczesnowiosenne kwiaty, to muszą być i zapylacze. Ponadto dużo jest pyłku z kwitnących wierzb. Podobno pszczolinka napiaskowa specjalizuje się w zbieraniu i zjadaniu pyłku wierzb. Larwy kończą swój rozwój już pod koniec wiosny. Przepoczwarczenie następuje późnym latem. Dorosłe pszczolinki wyjęgają się co prawda jeszcze w lecie, ale nie opuszczają swoich schonień, w których przebywają aż do wiosny nastęnego roku. Wczesną wiosną rozpoczynają dorosłe życie od miłosnych uniesień (w każdym razie kopulacji). Potem pozostaje tylko samicom "proza zycia", praca, praca, praca i wychowywanie młodych.

Jak widać pokarmowo pszczolinki napiaskowe wyspecjalizowały do wykorzystywania roślin wczesnowiosennych. W Polsce stwierdzono występowanie ponad 100 gatunków z rodzaju Andraena.

Na Gościńcu Nirorskim, obok pszczolinki napiaskowej uwijały się jakieś inne mniejsze pszczołowane. Być może inne błonkówki, co najmniej dwa inne gatunki.

Będąc na wiosennym spacerze, patrzmy pod nogi. Tam się sporo dzieje.

Z pszczolinkami związane są chrząszcze oleice (Meloe proscarabaeus). Larwy oleicy wspinają się na kwiaty i przyczepiają się do odwiedzających kwiaty pszczolinek (rodzaj Andraena) i porobnic (Anthophora) i w ten sposób przedostają się „na gapę” do gniazd tych pszczół, gdzie następnie odżywiają się miodem. Same pewnie by gniazd pszczół samotnic nie odnalazły. A tak, wsiadają i na gapę jadą do norek miodem i pyłkiem płynących. Korzystają z cudzego. Taka owadzia kukułka (bo miód podjada kosztem larw pszczół).

I na koniec kilka refleksji ogólnych. Samotna pszczoła (lub osa) w kolonii, jest niczym single w blokowisku? Samotne, wyemancypowane matki z dziećmi. A samiec? Zapłodnił i zniknął, zginął jako niepotrzebny. Wychowanie, karmienie spada tylko na samicę… Badając przyrodę, ciągle szukamy odpowiedzi jacy jesteśmy. W przyrodzie chcemy zobaczyć swoje odbicie, jak w lustrze. Nawet, jeśli nie antropomorfizujemy, to gdzieś w głębi szukamy odpowiedzi dla siebie, jak żyć na Ziemi. W poznawaniu świata szukamy sensu i „uzasadnienia” Wszechświata.

sobota, 21 kwietnia 2012

Czy biedronka ma biodro? To pytanie zadano na facebookowej stronie „ojczysty - dodaj do ulubionych". Pytanie wcale nie jest głupie i należy do tych lingwistycznych, dociekających historii naszego języka. Bo rzeczywiście wydawać by się mogło, że nazwa biedronki od biodra pochodzi. „W gwarach i dialektach biedronka nazywana jest też: biedrunka, biedruszka, biedrawka, biedrzanka, biedrzonka, biedrzynka, biedrzeniec, biedrzonek, wiedrunka, jedronka.” Etymologię połaczę jeszcze bardziej z entomologią (owadologią), niech będzie jeszcze bardziej interdyscyplinarnie.

Zachęcony takim wywodem, siegnąłem do „Słownika nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich” Erazma Majewskiego, z 1889 roku. Tam na określenie biedronki (owada, z rodzaju Coccinella, znaczy się biedronka) takie znalazły się nazwy: babka, biedronek, biodronka, biedrzonka, boża krówka, katonka, kregulaszek, kukułka, letewniczka (kaszubskie), makowiczka (kaszubskie), patroneczka, patronka, stonka, stonka biedronka, zazula, zazulka, zyzula. Brakuje więc wyniemionego przez „Ojczysty –dodaj do ulubionych”: biedrzeniec, ale jednocześnie zagubione zostały liczne inne określenia, m.in. te odnoszące się do kukułki czyli zazuli (kukuła jak wiadomo magicznie przynosi szczęście i z kukania wróżyć można o pieniądzach jak i zamążpójściu). Na biedronkę siedmiokropkę u Erazma Majewskiego takie znalazły się „nazwiska”: sedmówka, siedmiokropek, siedmioktopka.

Do tych nazw zaraz powrócimy, ale najpierw zacytyjmy dalsze wywody ze strony „Ojczysty – dodaj do ulubionych”: „W gwarach zachowały się również dawne określenia bydła, czyli krów i wołów, o charakterystycznym ubarwieniu: jednolitej maści z łatami, plamami lub cętkami w okolicy bioder. O wołu takiej maści mówi się ‘bierawy’ albo określa się go rzeczownikiem ‘biedrun’ bądź ‘biedroń’, o krowie mówi się ‘bierawa’, ‘biedrzysta’, ‘biedrula’ albo ‘biedrona’ czy ‘biedruna’. Czasem też – przez rozszerzenie znaczenia – używa się tych określeń również w odniesieniu do wszelkiego łaciatego bydła, bez względu na to, gdzie zwierzęta mają umiejscowione plamy, łaty czy cętki. Podstawę tych określeń stanowił dawny przymiotnik *bedrъ o zn. ‘mający plamy na biodrach’, a później także ‘plamisty, cętkowany, łaciaty, pstrokaty’, pochodzący właśnie od prasłowiańskiego rzeczownika *bedro ‘biodro’. A co z tym wszystkim ma wspólnego biedronka? Biedronka też jest cętkowana – ma kropki i to stanowi jej znak rozpoznawczy. Jest też bożą krówką – pochodzenie tego frazeologizmu nie jest całkiem jasne, możliwe jednak, że słowo ‘krówka’ weszło do tego wyrażenia właśnie przez skojarzenie z łaciatą krową, z którą biedronka ma niemal wspólną nazwę, a przymiotnik ‘boży’ ma pewien związek z istniejącą od niepamiętnych czasów dziecięcą wyliczanką „Biedroneczko, leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba”, będącą zapewne pozostałością po dawnych zaklęciach. Odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: nie, biedronka nie ma bioder, ale ma nazwę pochodzącą od wyrazu ‘biodro’. [D. Kopczyńska, Centrum Kultury Słowa, na podst. SEJP Bor, KwW Kop]”

I co do biedronkowego biodra się mocno nie zgodzę (reszty wywodów nie podważam, czytałem z zaciekawiemiem)! Biedronka jak każdy owad ma biodro, i to nawet sześć. Biodro po łacinie zwane u entomologów coxa, to część odnóża owadów. No cóż, nikt nie zna się na wszystkim, nawet lingwiści i etymolodzy.

Ale wrócmy do „bożej krówki” i pozostałości jakichś dawnych wierzeń. Tu również najpierw sięgniemy do Erazma Majewskiego i… różnojęzycznych Wikipedii, aby sprawdzić jak biedronki nazywane są w innych językach. Czeskie: slunečko (czyżby słoneczko, wysoko na niebie? Może ta boża krówka do słońa leciała w prasłowiańszczyźnie po kawałek chleba, a może nawet u Indoeuropejczyków), chorwackie: božja ovčica (jak widać czasem może być boża owieczka a nie krówka), janjašce, mara (to słowo również kojarzy mi się z jakimiś demonami słowiańskimi), božja krava pavenka, šarka baka, po rusińsku: babriska (бабриська), babruńka, boabrunica (бабрпнъ, бабрунька, бобруниця), serdeńko (серденько), soneczko (сонечко) (i tu słoneczko się pojawia?), po bułgarsku: bożata kravica, kalinka, po litewsku: barbuške, barbutke, putpalake, dievo buke, dievo maryte, dievo karvute. W litewskich również pojawia się określenie sugerujące bóstwo. Zatem jakiś związek z bogiem/bóstwem ta łaciata „krówka” dawniej rzeczywiście miała, co w jakiś sposób pozostało etnograficznie w dziecięcym wierszyku o locie do nieba i przyniesieniu chleba.

Z wikipedii dowiedzić się można, że po angieslku biedronki to ladybirds, ladybird beetles lub lady beetles - czyli jakaś panienka, pani, ptasia panienka. I tylko w USA to ladybugs. Wcześniejsze określenia angielskie to: god's cow, ladycock, lady cow, lady fly. Widzimy, że i tu zachowała się jakaś dawna forma bożej krówki. Zatem związek z wierzeniami musiał być wspólny dla Germanów, Słowian i Prusów (łącznie z Litwinami, a więc Bałtów). Po niemiecku biedronka to Marienkäfer. I jeszcze dla porównania z innych wikipediowych języków: litewskie: Mārīšu dzimta, Divpunktu mārīte, rosyjskie: Божьи коровки, serbsko-horvackie: Бубамаре, Bubamare czyli božje ovčice, ukraińskie: Со́нечка або Кокцінелі́ди, białoruskie: Багоўкі, зязюлькі (powtarza się motywm kukułki-zazuli), bułgarskie: Калинките , kalinka, słoweńskie i słowackie: polonica, lienkovité.

Jak widać nie tylko nasz język się zmienia i nie tylko u nas lokalne, gwarowe określenia (często relikty etnograficzne) ulegają zapomnieniu. Wspólny jest wniosek, aby chronić i owady (przyrodę) i język z jego bogactwem archaizmów i regionalizmów.

Na moment wróćmy jeszcze do E. Majewskiego, który wymienił: biedrzeniec, biedrzyniec jako nazwę rośliny z rodzaju Pimpinella oraz biedrzycznik – Cnidium. Obie rośliny w sumie do siebie podobne, bo z rodziny baldaszkowatych. A jakiż one mają związek z biodrem? Może coś od plamistości? Bo i szczwół plamisty jest w nazwie plamisty (roślina trująca). Może szamańsko-lecznicze ziela też coś z krowami lub łaciatością i demonicznością mają (leczą lub trują)?

W końcu u E. Majewskiego jest i biedrzyga jako nazwa rośliny Podophyllum – czyli stepowiec tarczowany z rodzny berberysowatych, pochodzacy z Ameryki Północnej. Jak widać musiał dotrzeć do Europy i Polski jeszcze przed wiekiem XVIII, skoro był znany i miał polską nazwę biedrzyga. Roślina hodowana w parkach i na rabatach, o właściwościach przeczyszczających. Ale skąd nazwa? Od biedra również? 

Jak starałem się wykazać, pomocne w odkrywaniu i zachowaniu zrozumienia bogactwa i różnorodności języka ojczystego pomocna może być entomologia i botanika. W taki oto sposób bioróżnorodność idzie w parze z historycznym bogactwem języka ojczystego. A entomologia z etymologią.

Na zdjęciu biedronka azjatycka, która zupełnie u nas niedawno się pojawiła. Akurat nie miałem zdjęcia naszej uroczej biedronki siedmiokropki. Zapomniałem dokumentować, tego co ważne, myślą, że z pospolitymi gatunkami zawsze się zdąży... I teraz zabrakło.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 58