Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

O tym, jak hydrobiolodzy kamień bentosem pomalowali

sczachor

malowanie_3Działo się to w maju 2015 roku, w Karkonoszach, w czasie typowej konferencji naukowej. Żadni artyści, tylko biolodzy, zoolodzy, botanicy, hydrobiolodzy. A jednak kamienie malowali. Z przyjemnością. Dlaczego?

Nie często zjawiam się na warsztatach bentologicznych ale bardzo je lubię (bentos to organizmy wodne, żyjące na dnie zbiorników wodnych). W zasadzie spotkania takie nie liczą się już do dorobku naukowego i nie zapewniają punktów. I to jest ich największa zaletą bo przyjeżdżają ci, co chcą. Przyjeżdżają z ciekawości poznania i chęci dyskutowania a nie kolekcjonowania punktów do kariery naukowej czy zawodowej. Oczywiście, takie spotkania pomagają w rozwoju naukowym i wymianie myśli, są więc przydatne jak najbardziej. Mądry to wiem i za punktami (ocenami) się nie ogląda. Robi to, co sensowne.

Ogromnym atutem warsztatów bentologicznych jest część terenowa i możliwość zapoznania się metodyką badań terenowych w różnych środowiskach wodnych, jak i dotyczących specyfiki różnorodnych grup bentosu. Taka konferencja w formie ćwiczeń, można uczyć się od najlepszych i wymieniać doświadczania. Swoista szkoła letnia - naukowa majówka. W długiej swojej tradycji warsztaty bentologiczne znacznie się rozrosły – przyjeżdża więcej osób niż na początku – ale zachowały swój pierwotny, kameralny i warsztatowy charakter. Część referatowa ograniczona jest do niezbędnego minimum (doniesienia w formie posterów), dużo czasu przeznaczona jest na zajęcia terenowe, praktyczne oznaczanie różnych wodych bezkręgowców lub praktykowanie technik badawczych. Są też hydrobiologiczne i krajoznawcze  wycieczki.

Tym razem XXII Warsztaty Bentologiczne odbyły się pod koniec maja (21-23 maja 2015) w Przysiece koło Karpacza, na skraju Karkonoskiego Paku Narodowego. Głównym tematem były muchówki oraz badania monitoringowe bentosu w ciekach górskich. Przyjechało blisko 70 osób z całej Polski i Czech, studenci, doktoranci, pracownicy akademiccy jak i pracownicy WIOŚ czy parków narodowych. Celem warsztatów było przybliżenie zagadnień związanych z monitoringiem wód oraz zachęcenie do badań makrofauny rzek Sudetów.

malowanie_1

Malowanie kamieni odbyło się po raz pierwszy na warsztatach, jako forma spotkania integracyjnego i ułatwiającego dyskusje kuluarowe. Pomysł narodził się w głowie Małgorzaty Gorzel. Tak niecodzienny, że koniecznie trzeba było go zrealizować i szybko go podchwyciłem przywożąc farby, pędzle i inne niezbędne akcesoria. Z samego rana, 22 maja naznosiłem trochę kamieni z pobliskiego potoku. Samo malowanie rozpoczęło się po południu. Ku mojemu dużemu zaskoczeniu do malowania włączyło się dużo osób (myślałem, że malować będzie 4-7 osób, ale okazuje się, że naukowcy są bardziej otwarci na nowe niż się na co dzień wydaje). Malowaliśmy i dyskutowaliśmy zarówno o bentosie żyjącym w wodach śródlądowych, o kolejnych warsztatach jak i i innych problemach naukowych. Aż zabrakło kamieni….

Ale przed ośrodkiem wypoczynkowym kamieni było dużo. I tak narodził się pomysł, by wspólnie pomalować jeden duży kamień. I znowu odzew był duży. Każdy malował swojego ulubionego przedstawiciela makrozoobentosu. I tu również toczyły się ciekawe dyskusje. Malowaliśmy na zmianę, bo wszyscy na raz by przy kamieni się nie zmieścili. Powstało wspólne dzieło malarsko-naukowe, o dużej możliwości interpretacyjnej. Jeśli zgodnie z moją sugestią właściciele ośrodka polakierowali, to malowany kamień długo oprze się deszczom i górskiej pogodzie.

Lista autorów (kolejność wpisywania się na kartkę), chyba nie wszyscy się zdążyli wpisać:

  • Stanisław Czachorowski,
  • Katarzyna Pieńczuk,
  • Małgorzata Gorzel,
  • Piotr Kubik,
  • Tomasz Krepski,
  • Joanna Pakulnicka,
  • Jan Wojtasik,
  • Barbara Wojtasik,
  • Mariola Krodkiewska,
  • Marta Hałaburda,
  • Anna Dzierżyńska-Białończyk,
  • Jakub Brdękiewicz,
  • Kamil Kondracki,
  • Janusz Żbikowski,
  • Anna Cieplok,
  • Aneta Spyra,
  • Izabela Czerniawska-Kusza,
  • Lucyna Koprowska,
  • Andrzej Kownacki,
  • Agata Rychter,
  • Joanna Galas,
  • Piotr Domek,
  • Dariusz Halabowski,
  • Agnieszka Sowa,
  • Iza Jabłońska-Barna,
  • Kamil Hupało,
  • Piotr Gadawski,
  • Michał Grabowski,
  • Tadeusz Namiotko,
  • Lucyna Namiotko,
  • Aleksandra Jabłońska.

Więcej zdjęć z warsztatów i malowania na Fecebooku 

 Na początku września będę malował kamienie .... z filozofami, w czasie VIII Festiwalu Filozofii

Czytaj też:

malowanie_2malowanie_4

Ludzi przyciąga kultura

sczachor

cyrkulicznyZapytany zostałem o kapitał ludzki i jaki z niego pożytek. Kapitał ludzki to coś mało widocznego. Widoczne są natomiast skutki jego aktywności. Jest jak powietrze, nie widać, ale nie mielibyśmy czym oddychać. Ale jeśli znajdą się w nim szkodliwe gazy, takie jak tlenek węgla (tego gazu także nie widać gołym okiem) – to zabija. W kulturze też bywają zjawiska toksyczne i destrukcyjne, że wspomnę tylko o nieufności, ksenofobii, zawiści i rządzy zemsty.

Innym przykładem zalet kapitału ludzkiego z naszego, warmińsko-mazurskiego podwórka jest dynamicznie rozwijająca się firma produkująca drukarki 3D. Powstała nie w oparciu o złoża gazu, ropy, węgla, nie w oparciu o wielką inwestycję. To tak zwana gospodarka innowacyjna, a ta opiera się na ludziach dobrze wykształconych. Chcemy mieszkać w miejscach atrakcyjnych i tam, gdzie się dobrze żyje, gdzie jest pięknie. A skoro tam mieszkamy to i tam idą nasze podatki.

To między innymi kultura szeroko rozumiana przyciąga ludzi i tworzy miejsca pracy w oparciu o kapitał ludzki. Kraków nie wydaje pieniędzy na promocję, wydaje na kulturę i liczne festiwale. Promuje się skutecznie przez kulturę. Dyskretnie i nienachalnie. Przyciąga ludzi. Jakiś czas temu do jednego z dużych miast południowej Polski chciała się przenieść ze swoją produkcją duża firma „zachodnia”, zatrudniająca wykwalifikowany personel. Zrobiono rekonesans, by sprawdzić czy pracownicy będą mogli coś robić popołudniami w czasie wolnym od pracy. Sprawdzono więc ofertę kulturalną. I zrezygnowano z inwestycji. By dobrze pracować w nowoczesnej gospodarce ludzie potrzebują odpoczynku bardziej ambitnego niż grill i telewizor. Kapitał ludzki ma swoje wymagania. Dzięki łatwym podróżom i dostępowi do internetu, przemysłem kreatywnym ( swoim biznesem ) można kierować z odległości. Nie trzeba być stale na miejscu. Liczy się więc jakość życia i zamieszkania. Jednym z ważnym elementów jakości życia jest dostęp do kultury.

Lubię na przykład Olsztyńskie Lato Artystyczne bo stale się coś dzieje i to przez całe lato. Są duże imprezy, są i małe, kameralne, niemalże niszowe. Są i te z górnej półki, jak i te małe, uliczne, niemalże jarmarczne. Ale zawsze coś. Zachęca to do odwiedzin i nieplanowanych wyjść na Starówkę. I dobrze, że niektóre przedsięwzięcia promieniują na okolicę, tak jak występy w ramach Międzynarodowych Dni Folkloru. Zespoły które przyjechały do Olsztyna występowały także w okolicznych miejscowościach. Taka jest rola stolicy regionu – nie wysysać ale inspirować, ubogacać, wspierać, zasilać. Ale i bez tego wiele się w regionie dzieje, od przeglądów teatralnych, jarmarków związanych z dziedzictwem kulinarnym, do inscenizacji historycznych, wystaw, licznych koncertów i festiwali. Siłą regionu jest wielość rozproszonych działań kulturalnych. A jest ich coraz więcej. 

Region wypełniony teatrami, jarmarkami, przeglądami, festiwalami, muzeami - przyciąga. Kultura dostarcza emocji i wzruszeń. Ludzie szczęśliwi wracają do tych miejsc, gdzie zaznali pozytywnych emocji. Kultura znakomicie komponuje się z walorami przyrodniczymi Warmii i Mazur. Bo wypoczywając gdzieś w pensjonacie, gospodarstwie agroturystycznym, pod namiotem lub w ośrodku wczasowym miło się wybrać do pobliskiego miasteczka czy wsi na dowolne przedsięwzięcie kulturalne. Turysta nie samym chlebem, wodą i słońcem żyje. Zaznawszy emocji za sprawą kultury szeroko rozumianej, z pasją o tych miejscach opowiada innym. A gdy są turyści, to wydają pieniądze. Bo przecież gdzieś muszą spać (jeśli nie są jedynie przejazdem), coś jeść i kupować nie tylko pamiątki. Czasem przyjeżdżają ludzie na dłużej, lub jeszcze dłużej. Czasem osiedlają się na stałe.

Rozwijająca się marka cittaslow coraz bardziej przyciąga ludzi z całego świata. Dobre wspomnienia są znakomitą promocją. Chce się wracać i zachęcać innych do odwiedzin. Kultura przyciąga i jest niezależna od pogody. Tak samo atrakcyjna jest w deszczu jak i słoneczną pogodę, i zimą i wiosną i latem i jesienią. Bo podróżujemy by spotkać ludzi niebanalnych i by przeżyć przygodę.

Do rozwoju kultury potrzebni są przede wszystkim ludzie. Zatem warto w różnorodny sposób zachęcać artystów i ludzi niebanalnych, kreatywnych by nas odwiedzali, by tu inspirowali się, tworzyli i zostawali jak najdłużej. I tworzyć warunki do rozwoju kultury, także poprzez inwestycje twarde takie jak galerie, domy kultury, biblioteki, amfiteatry itd.

Jak inwestować w kapitał ludzki? Poprzez kulturę i edukację. Efekty będą, choć nie od razu łatwo zobaczyć je będzie można.

Na szkołę zawsze się narzekało, ale w każdych czasach z zupełnie innego powodu

sczachor

11707566_10206212508785031_7207733748107833074_nUczenie się to naturalna potrzeba człowieka. Uczyć się lubią nawet dorośli. Te dziecięce cechy ciekawości i poznawania sprawiają, że nazywani jesteśmy neoteniczna małpą (z zachowanymi cechami dziecięctwa). Uczymy się nawet na wakacjach. I sprawia to nam przyjemność.

Kiedyś uczyliśmy się społeczności przez naśladowanie i uczestnictwo. Kiedy nadchodził moment, że młody osobnik był uznany za dorosłego, następował obrzęd inicjacji, ostatni egzamin, sprawdzian. Wracał do wioski jako mężczyzna lub kobieta. Poprzez uczestnictwo młody człowiek uczył się wszystkiego, co przydatne w życiu – zarówno zdobywania pokarmu (łowcy-zbieracze, myśliwi, rolnicy) jak i życia społecznego, z jednoczesnym przyswajaniem kultury.

W miarę rozwoju kultury i coraz to nowych umiejętności, jakie należało posiąść, pojawiła się instytucja mistrza-nauczyciela a potem szkoły. Szkoła z klasami jaką znamy, to stosunkowo niedawny wymysł, powstały w epoce industrializacji (wcześniejsze szkoły nieco inaczej wyglądały) . Zorganizowana prawie jak fabryka. Uczyła pisać i czytać, czyli tego to potrzebne było pracownikowi i obywatelowi państwa. W czasach prasy, książek, telegrafu a potem radia i telewizji. Ale szkoła nie wypełniała całości edukacji. Dalej wielu rzeczy uczyliśmy się w rodzinie i najbliższej społeczności, dalej uczyliśmy się z wykorzystaniem ciekawości świata.

Wraz z przyrostem wiedzy zaczęła się wydłużać edukacja szkolna. Dochodzimy do kilkunastu (lub ponad 20) lat, spędzania w systemie klasowo-lekcyjnym. Ogrom materiału powoduje, że systematycznie ze szkoły znikały takie przedmiotu-aktywności jak pielęgnowanie ogródka czy zajęcia techniczne. Za mojej młodości w szkole na lekcjach biologii mieliśmy zajęcia w ogródku warzywnym. Na ZPT (zajęcia praktyczno-techniczne) robiliśmy karmniki, piłowaliśmy butelki, dziewczyny piekły ciasta, pisaliśmy drewnianym patyczkiem. A jeszcze wcześniej była nauka tańca. Zaskakujące jest to, że czynności która na pewno będzie nam potrzeba w życiu dorosłym, to jest umiejętność tańca, całkowicie usunięta została z edukacji szkolnej. Z pracowni chemicznych poznikały stoły laboratoryjne. Można tylko popatrzeć ale nie działać samemu (to w trosce o bezpieczeństwo dzieci i młodzieży). Ogromny przerost wiedzy teoretycznej i coraz mniej działań praktycznych. Jednocześnie coraz mniej okazji by się tego wszystkiego nauczyć na podwórku czy w środowisku lokalnym. Ewidentnie brakuje absolwentom szkół kompetencji społecznych. Kto ma tego nauczyć i jak?

Bez wątpienia jesteśmy w okresie dużej transformacji systemu edukacji w skali globalnej. To nie tylko nasz, polski problem. Nasze narzekania na szkołę nie są odosobnione. Dawny model szkoły przestał być wydolny przede wszystkim dlatego, że zmieniło się społeczeństwo i gospodarka. Zasadniczo zmieniło się otoczenie szkoły. Szkoła jest i była jedynie elementem system edukacji, zawsze miała przygotowywać do życia dorosłego i życia w społeczeństwie, łącznie z kompetencjami zawodowymi. Zmieniło się społeczeństwo i gospodarka, w ślad za tym zmienia się system edukacji (mniej lub bardziej świadomie). W sumie nasze uzasadnione narzekania na szkołę wynikają nie z tego, że coś źle dawniej zrobiliśmy ale dlatego, że szybko zmienia się świat. I trzeba się dostosowywać do zupełnie nowych warunków.

Na nowo uczymy się współpracy i na nowo układamy relacje edukacji formalnej i nieformalnej (w połączeniu z kształceniem ustawicznym). Jak współpracować mają szkoły z uczelniami wyższymi oraz z biznesem? To tematyka zbliżającej się konferencji w Centrum Nauki Kopernik, ph. Pokazać-Przekazać (21-22 sierpnia 2015). 

Szkoły nie poprawimy wracając do dawnych rozwiązań, np. likwidując gimnazja. Współczesna innowacyjna gospodarka potrzebuje nie rolników czy fabrycznych robotników a osoby kreatywne, poszukujące, umiejące współpracować. Zatem musimy uczyć kreatywności i współpracy w wielu wymiarach. Receptą wcale nie są stare wzorce, trzeba szukać zupełnie nowych rozwiązań, być może we współpracy z uniwersytetami jak i przedsiębiorstwami. Bo coraz więcej uczymy się w sposób nieformalny, niejako przy okazji oglądania telewizji, czytania prasy czy uczestnictwa w coraz popularniejszych piknikach naukowych czy różnorodnych centrach nauki. Z edukacją także ta ustawiczną, systematycznie wychodzimy poza mury szkoły.

Zdjęcia z lipcowego pikniku naukowego w olsztyneckim skansenie pt. "Czas drewna."

11313156_10206212518785281_4170731293583009992_o11722411_10206212537905759_6633230150764226132_o

 

O prowincji – afirmacja dobrego życia w sprzeciwie do stygmatyzacji

sczachor

stoliciastkaOd dawna o prowincji piszę i mówię w ciepłych barwach. Niektórych to dziwi, czasem wręcz oburza. Więc po raz kolejny wytłumaczę się ze swojej afirmacji prowincji. Definicja słownikowa mówi, że prowincja to „część kraju oddalona od stolicy i większych miast”. Tak, kiedyś miało to znaczenie, bo z prowincji do stolicy, do metropolii ciężko się było dostać. Wiosną i jesienią po błotnistej drodze, zimą przez głębokie zaspy 5 km do najbliższego przystanku kolejowego (albo i 20 km), pekaes (znaczy się autobus komunikacji międzymiastowej) raz dziennie albo i wcale. Samochody osobowe były wtedy rzadkością i mało kogo było na taki luksus stać. Można było jedynie rowerem lub furmanką (młode pokolenie niech sobie poszuka wyjaśnienia, co to jest furmanka). Albo pieszo, tak jak moja babcia 18 km do miasta na targ z koszykiem na ramieniu. Wyprawa do sklepu czy do teatru to wielka wyprawa życia. Ba, czasem i prądu nie było tylko lampa naftowa. Tak, skoro daleko, to „wiocha zabita dechami”, konopielkowe Taplary, wszy, bród, smród i ubóstwo. W kulturze wielokrotnie opisywana rzeczywistość trudnego startu, np. w serialu „Daleko od szosy”.

Nic dziennego, że w słowniku znajdziemy i drugie znaczenie słowa prowincja „lekceważąco: obszary opóźnione w rozwoju cywilizacyjnym i kulturalnym, mieszkańcy takich obszarów”. Czyli ewidentnie kojarzy się negatywnie. I jak tu z dumą mówić, że się jest prowincjuszem z prowincji?

Ale słowa mają takie znaczenia, jakie im nadajemy. Na przykład „kobieta” było kiedyś określeniem negatywnym, obraźliwym. Dla odmiany wiele słów, dzisiaj uważanych za wulgarne i brzydkie, kiedyś miało neutralny wydźwięk. Nie będę tych słów przytaczał. Nie ma więc nic złego w słowie prowincja, prowincjonalny, prowincjusz. Bo wszystko zależy od tego, co pod tym słowem rozumiemy. A czasy się zmieniły i zmienił się kontekst cywilizacyjny, filozoficzny i kulturowy.

Prowincja, czyli gdzieś daleko od metropolii - kiedyś miało to znaczenie. Bo po pierwsze wszystko wolniej docierało i wszystko co ważne działo się stolicy, gdzieś daleko za siedmioma stacjami kolejowymi i siedmioma wyboistymi drogami. Z prowincji daleko było do władzy i do kariery, sławy, bogactwa. Dalego do króla, sądów i tej wielkiej kultury, najnowszych trendów w modzie. Nic więc dziwnego, że prowincja nabierała pejoratywnego znaczenia. I ludzie uciekali z prowincji po sławę, karierę, bogactwo, awans społeczny. Oczywiście do metropolii, tych krajowych, europejskich jak i wojewódzkich, powiatowych. A propos kultury przypomnę tylko, że kiedyś na prowincji, w szlacheckim i magnackim dworze, kultura i to przez duże K, kwitła i znakomicie się rozwijała. Teraz jedynie przenosimy się stylem życia i myślenia do podobnych czasów.

Ale wróćmy do zapyziałej prowincji. Zapyziała to ona może i była, ale świat się zmienił. W dobie globalizacji, łatwości podróży – szybko i daleko, w dobie telewizji, radia, prasy a przede wszystkim internetu, prowincja już nie upośledza i nie stygmatyzuje. Pokazują to tendencje migracyjne i nowe osiedlanie się. Ludzie z pozycją i dorobkiem przenoszą się na wieś (albo małych, prowincjonalnych miasteczek). Bo dzisiaj można pracować na prowincji i pokazywać swoją twórczość w metropolii. I odwrotnie, można tworzyć w stolicy i pokazywać swój dorobek na prowincji. Nie tylko poprzez internet. Można pojechać. I wrócić. W jeden dzień. Można być jednocześnie na prowincji i w głównym nurcie w wielkim świecie. Globalna wioska ma swój konkretny sens.

Przypomina mi się znakomity sześcioodcinkowy serial „Siedlisko”. Prowincja może być piękna i wartościowa. I ludzie tam mieszkający. Owszem różnie patrzy się jeszcze na prowincję. Przytoczę obecny jeszcze w kulturze punkt widzenia tak zwanej warszafki. Nie o miejsce zamieszkania tu chodzi i nie o Warszawę czy warszawiaków. To określenie zarozumiałych ludzi z metropolii (nawet tej powiatowej), którzy na miejscowych patrzą jak na tutejszych Aborygenów. Z poczuciem wyższości, misji cywilizacyjnej, ironią, jak na gorszych i zacofanych. I w literaturze współczesnej taki punkt widzenia nie trudno odnaleźć i wskazać (przemilczę, bo po co reklamować zacofany chłam). Metropolitalne kompleksy owocują budowaniem lotnisk w każdym miejscu, wysokim domów i galerii handlowych, wycinaniem drzew (bo drzewa to w lesie i na wsi) – by było jak w stolicy.

W takim podejściu wszystko co wartościowe to przyjeżdża ze stolicy, z metropolii. Miejscowi są zawsze jakimiś patologiami, nad którymi się można porozczulać i koniecznie cywilizować. Metropolitalni przyjeżdżają na wieś na weekend, ubierają się sielsko i odgrywają sielankowe scenki jak kiedyś arystokracja poprzebierana za pasterzy i pastereczki. Powierzchowna mistyfikacja i sztuczna sielanka. Trochę podejście kolonialne, widoczne u wielu narodów (typowe dla XIX i XX wieku, przynajmniej pierwszej połowy). Do tych prymitywnych i zacofanych dzikusów przywieść trzeba cywilizację, edukację, nowoczesność. A nawet jak kupi się dom na wsi, to się od miejscowych Aborygenów oddziela wysokim płotem...

Pejoratywne i pogardliwe traktowanie prowincji jest… podejściem zacofanym, archaicznym, nieadekwatnym już do współczesności. Wystarczy nieco uważniej przypatrzeć się współczesnym trendom w kulturze i codziennym życiu. Świat się zmienił. Uciekamy od korporacyjnego wyścigu szczurów, śniąc o powolnym życiu. O ciittaslow, slow food, muzyce instrumentalnej (tak zwanej etnicznej, muzyce miejsca itd.). Bo tak zaczynamy postrzegać prowincję – już nie jako biedę, zacofanie i klęskę życiową, ale jako dobre i wartościowe życie.

Jestem z prowincji i jestem z tego dumny. Na prowincji można żyć w bliższych relacjach. Ale taka prowincjonalność widoczna jest także… w Warszawie. Bo o prowincjonalności nie decyduje miejsce zamieszkania lecz sposób myślenia. Kiedyś takie stwierdzenie odnosiło się do negatywnych zjawisk, teraz do nowego, wartościowego stylu życia.

 

ps. zdjęcie z Restauracji z Zielonym Piecem, Olsztynek (małe miasteczko na prowincji) - jedno z wielu, uroczych miejsc bez pospiechu ale z wysoką jakością.

Kapitał ludzki – dwa obrazki z życia prowincji

sczachor

Tomek_KulasKapitału ludzkiego nie widać, więc rzadko się w niego inwestuje. Co innego drogi, stadiony i wielkie budowle. Te od razu i z daleka widać. Nawet jeśli nie przynoszą dochodu i są obciążeniem na lata. Ludzi widać, ale nie widać tego, co mają w głowie i w duszy. Widać dopiero – po jakimś czasie – skutki ich działań.

Kapitału ludzkiego nie widać a on mocno wpływa na rzeczywistość. Dla niektórych ważne są pieniądze, więc wyraźnie napiszę i to, że kapitał ludzi przekłada się na lokalną (i krajową) ekonomię. Warto więc w niego inwestować, mimo że od razu nie widać efektów. Tak jak z ziarnem rzuconym w ziemię – trzeba poczekać aż wzejdzie i wyda plon.

Jak się ostatnio dowiedziałem, Kraków nie wydaje żadnych pieniędzy na promocję. Promuje się przez kulturę. Wydaje pieniądze na wiele festiwali i różnorodnych przedsięwzięć kulturalnych. W rezultacie marka Kraków jest rozpoznawalna i przyjeżdża coraz więcej turystów. To nienachalna , dyskretna promocja głębokiego kontekstu.

Teraz pora na dwa przykłady, zapowiedziane w tytule. Pierwszy z Barczewa. Niedawno odbył się tam fotospacer. Przejechało około 60 osób z Warszawy, Górowa Iławeckiego, gdzieś z Podlasia, Mrągowa, Olsztyna. Nie zabrakło oczywiście i osób miejscowych. Powstało wiele przepięknych zdjęć, udostępnionych i rozpowszechnionych w wielu miejscach internetowych. Piękno przyciąga. Goście odkrywali piękno małego miasteczka, zadziwiając nawet miejscowych. Znakomita promocja turystyczna przy niewielkim nakładzie. Ale nie zaistniałaby, gdyby nie kilka – kilkanaście osób z pomysłem i energią do nietuzinkowych działań. To właśnie ten mityczny kapitał ludzki. Ktoś musiał zrobić zdjęcia i wysłać na konkurs, potem wiele osób zmobilizowało się by „lajkować”. Tak wygrali w konkursie i zaistniał u nich fotospacer. A potem był włożony własny czas, przesmaczne ciasto i zaangażowanie. Gości zachwyciła barczewska gościnność. I o tej gościnności oraz urodzie warmińskiego miasteczka swoimi fotografiami opowiadają. Gdyby wynająć firmę reklamową za taką kampanię i takie zdjęcia trzeba byłoby bardzo dużo zapłacić. A i efekt byłby nieprzewidywalny. Bo zaangażowania i pasji ludzkiej nie da się kupić. Tak więc, gdyby ktoś chciał to może wyliczyć finansowy efekt barczewskiego kapitału społecznego.

Ania_Broda

Drugi przykład to Ania Broda, nietuzinkowa artystka, która zamieszkała w Olsztynie. Pod koniec lipca, podzieliła się z miastem swoimi przyjaciółmi (Jacek Hałas i Alicja Hałas)  i urządziła spontaniczny koncert z tańcami na Starówce. Nieco zaniedbany i zapomniany fragment miasta ożył. Niektórzy włączyli się w granie i śpiewanie, wielu tańczyło na ulicy. Można było zobaczyć zaskoczone i szczęśliwe miny turystów, także zagranicznych (Irlandii, Szwajcarii, Japonii itd.). Wartościowi ludzie, ów niewidoczny kapitał ludzki, przyciągają jak magnes. Bo coś niebanalnego wokół nich się dzieje. Coś niezwykłego.

Ludzie są jak ziarno wysiewane w rolę. Siejesz a nie wiadomo które w zejdzie. A może między ziarnem jest i kąkol lub innych chwast? Ścisła buchalteria zajmuje czas i energię a nie daje rezultatów. Bo co z tego, że nie wszystkie wysiane ziarno wzejdzie? To które się rozwinie wyda stukrotny plon. Przed wydaniem plonu nie rozpoznasz. Inwestujmy w kapitał ludzki i niespiesznie czekajmy na rezultaty,

 

Górne zdjęcie - Tomek Kulas.

Najwięcej na świecie jest.... dziennikarzy

sczachor

fotografowanieBadąc niedawno na przedstawieniu teatru ulicznego uświadomiłem sobie, że najpopularniejszym zawodem (profesją) współcześnie jest dziennikarstwo.

 W czasach Stańczyka, najwięcej było lekarzy:

"U jednego z tych panów, którzy radzi przy biesiadzie pragnęli Stańczyka dla zabawy gości, zdarzyła się rozmowa, jakiego też to stanu ludzi najwięcej na świecie. Każdy co innego mówił: ten krawców, ten szewców, ten innych rzemieślników. Stańczyk stojąc podle za czyjémś kresłem, odezwał się na to:  — Najwięcej jest lekarzów na świecie, ot jeśli nie wierzycie wasz mość, pokażę ich stu w Krakowie, w przeciągu trzech dni. "

Czasy się zmieniły i teraz najwięcej jest dziennikarzy, a zwłaszcza fotoreporterów. Czy to jakaś wycieczka, nawet spacer do lasu, czy to jakiś koncert, przedstawienie teatralne, spotkanie towarzyskie, wernisaż, wypadek, gradobicie... od razy pojawia się fotografujących i utrwalających zdarzenie ze dwa tuziny dziennikarzy. Nie wierzysz czytelniku? To sprawdź na dowolnym artystycznym, sportowym wydarzeniu czy uroczystości. Stań mentalnie z boku (jak rasowy dziennikarz) i policz widzów-uczestników, którzy przynajmniej jedno zdjęcie zrobili (lub nagrali wideo, trzasnęli sweetfocie czy selfi z dziejącym się wydarzeniem). Jaki procent widzów-uczestników wcieliło się w rolę dziennikarza-dokumentalisty?

Kiedyś to było lepiej, czy to wesele, pierwsza komunia, koncert w filharmonii, przedstawienie teatralne itd., zjawiał się jakiś jeden może dwóch dziennikarzy, z kamerą, jakiś fotoreporter. Chyba, że jakies ważne oświadczenie rządu czy inna państwowa uroczystość - to wtedy kilka telewizji, kilkunastu pstrykających fotoreporterów.  Ale teraz jest tak na każdej, nawej majprowincjonalniejszej, lokalnej uroczystości, czy małym wydarzeniu rodzinnym. Niemalże każdy wyciąga co tam kto ma, nie tylko aparaty i kamery ale nawet telefony komórkowe, tablety itd. I cykają, kręcą, nagrywają. Aż oglądać trudno . Widzów prawie nie ma - sami dziennikarze. Tak więc śmiało mogę stwierdzić, że współcześnie najwięcej jest dziennikarzy. Nie wszyscy mają etat, nie wszyscy dostają wierszówki i inne honoraria. Można by powiedzieć, że tak na prawde to niewielu.... Zdecydowana większość to freelancerzy, wolni strzelcy, dziennikarze w pełni niezależni i na dorobku. Na życiowym starcie. Wolontariusze mocno lokalni. Ale dziennikarze!

No cóż, ja też tak mam. I wiem, że dziennikarskie dokumentowanie pochłania i absorbuje. Skupiam się na utrwalaniu a nie na przeżywaniu, uczestniczeniu. Bo jest się dziennikarzem i trzeba dziennikarzować (wybierać dobre miejsce do fotografowania, przemieszczać się by być ciągle w centrum i mieć dobre ujęcia) a nie się obijać... Gdy dostrzegam coś pięknego, unikalnego, ciekawego to od razu chcę sfotografować, sfilmować, utrwalić. Tak jak dziennikarz. A co potem?

Potem to ludzie pokazują znajomym na swoich smartfonach, udostępniają na portalach skocznościowych, piszą ilustrowane blogi, pokazując zdjęcia opowiadają co widzieli i gdzie byli, co przeżyli. Dziennikarze relacjonujący świat... co prawda czasem publiczność niewielka, ale dziennikarskie utrwalanie jest dziennikarskim rzemiosłem i już. Czasem nawet duże stacje i czasopisma przedrukowują i na swoich łamach upubliczniają.

Z dzieciństwa pamiętam jak do wiejskiego domu wracał dziadek lub wujek lub ktokolwiek inny, to opowiadał. To co zobaczył i usłyszał, a to w mleczarni, a to w sąsiedniej wiosce, a to w sklepie, a to w wmieście (pekaesem trzeba było jechać ładnych paręnaście kilometrów - wielki świat!). Jak zdarzył się jakiś wypadek, krowa w szkodę wlazła, ktoś pijany awanturę zrobił albo grad zboże wyłożył - to też było opowiadanie. W tamtych czasach uczyliśmy się relacji słownej. Zapamiętać i opowiedzieć. Zbudować ciekawą i niezwykłą opowieść (taniego newsa !) jedynie słowami, intonacją głosu i językiem ciała. Czasem można było pokazać jakiś eksponat, np. kulkę gradową.

Teraz swoje opowieści ozdabiamy (ilustrujemy) fotografiami, filmami. I wcale nie musi to być jakiś blog internetowy. Po prostu wyciągamy komórkę i pokazujemy, kotki, pieski, dzieci, wnuki, swoje podróże wycieczkowe. Uczymy się więc fotografowania, filmowania, czasem blogowania, edytujemy foto albumy.  Przy okazji robiąc zdjęcia inaczej spostrzegamy rzeczywistość: nieco bardziej aktywnie, skupiając się na wyszukiwaniu ciekawych elementów, niepospolitych zjawisk itd.

Tak sobie myślę, że dziennikarstwo to powinien być najpopularniejszy kierunek na studiach... boż jest duże zapotrzebowanie!

 

ps. Zdjęcie wykonano w czasie lipcowego fotospaceru: https://www.facebook.com/fotospacerypl

O dukatach co na drzewach w Barczewie spotkać można

sczachor

czerwoczyk_dukacikOstatnio Barczewo porównano do Los Angeles…, bo w herbie ma dwa anioły. Ale żeby dukaty rosły na drzewie? W sumie to nie dukaty a dukaciki i nie rosły tylko przysiadły na liściu. Bo o motylu będzie to opowieść. O czerwończyku dukaciku.

W czasie fotospaceru  w Barczewie, w lipcowe wczesne popołudnie, zobaczyłem czerwono mieniącego się motylka, co na chwilę przysiadł na liściu kasztanowca. Z początku myślałem, że to czerwończyk nieparek. Motyl był daleko a aparat, który akurat miałem w ręku, nie mógł zrobić dobrego zbliżenia. Dopiero w domu się przyjrzałem. Nie było charakterystycznych czarnych kreskowatych plamek, a więc nie mógł być to czerwończyk nieparek. To samiec czerwończyka dukacika.

Czerwończyk dukacik (Lycaena virgaureae) należy do rodziny modraszkowatych (Lycaenidae). Samiec ma skrzydła z wierzchu w kolorze złocisto-czerwonym – stąd to porównanie do złotego dukata. Po bokach widoczna jest czarna obwódka. Przepiękny.

Owady dorosłe spotkać można od początku czerwca do połowy sierpnia. Typowym środowiskiem są śródleśne łąki, polany, skraje lasów. A ja go spotkałem w małym miasteczku, w Barczewie. Nad rzeczką, wśród kasztanowców. Na zdjęciu widać także ślady zerowania innego motyla - to szrotówek kasztanowiaczek (Cameraria ohridella). Te ślady to brązowe plamy na liściach kasztanowca. W środku są małe gąsienice, minujące (czyli jak górnik, drążące małe korytarze) liście. Ale wróćmy do czerwończyka.

Czerwończyk dukacik to gatunek palearktyczny (zawsze można sobie wygooglać i sprawdzić, gdyby ktoś nie wiedział co oznacza gatunek palearktyczny lub Palearktyka). W Polsce można go spotkać w całym kraju, jakkolwiek Marcin Sielezniew i Izabela Dziekańska w książce o motylach dziennych zaznaczają, że jest rzadziej obserwowany w centrum kraju oraz na terenach zabudowanych lub intensywnie użytkowanych rolniczo. Barczewo to małe miasteczko, więc nie trudno z okolicznych łąk zalecieć motylom do miasta. Tym bardziej, że to motyl, który łatwo przemieszcza się na duże odległości. Owady dorosłe czerwończyka dukacika przez cały dzień szukają kwiatów z nektarem. Nocują gromadnie w wyższej roślinności. Samce są terytorialne. W osłoniętych i nasłonecznionych miejscach ustanawiają swoje „rewiry”. Tam czekają na samiczki. Zaplemnione samiczki nie mają ochoty na kolejne, zbędne amory. Aby uniknąć naprzykrzania się ze strony samców, kryją się na spodniej stronie liści. Samiczki są mniej kolorowo ubarwione.

Gąsienice żyją na szczawiu zwyczajnym (Rumex acetosa) i szczawiu polnym (Rumex acetosella). Tam ich można szukać od marca do czerwca.

Ale w Barczewie już wcześniej pojawił się czerwończyk…. Na kamieniu. Namalowany przez Annę Wojszel.  Teraz sobie leży przed Galerią Synagoga. Niżej fantazyjny chruścik (już mojego autorstwa). Chruścików tez na pewno sporo jest w Barczewie bo to i dwie rzeczki i staw młyński.

Tak, małe warmińskie miasteczka mają swoje urokliwe tajemnice. Trzeba tylko uważnie patrzeć. I powoli spacerować. Jak to w cittaslow.

11745462_10206298104284865_5374344739604458654_n

Kaczki na wodzie – tu zaszła zmiana

sczachor

kaczkinawodzie

Małe, senne miasteczko, jakieś ogródeczki na obrzeżach. Na płytkiej rzeczce kaczki brodzą. Widok taki jak zawsze? Niesamowity znak czasu, małe miasteczko i kaczki na rzece... Co w tym dziwnego? Ano to, że są to dzikie kaczki krzyżówki a nie hodowlane (udomowione). Zniknęły chlewiki i kurniki a puste miejsce zajmuje dzika zwierzyna. Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak wielkie zmiany się dokonują w przyrodzie i kulturze wokół nas.

Barczewo. Obrzeża miasteczka, jeszcze w zabudowie widać komórki, chlewiki, stare kurniku, gołębniki (ale gołębi już nie hodujemy na rosół ani na ofiarę). Ale są puste. Nikt już świnek nie hoduje, ani królików, ani kur, kaczek czy gęsi. Nawet warzywniaki zmieniają się w ogródki rekreacyjne. Kiedyś każdą zwierzynę byśmy upolowali (kłusowali) i zjedli. Znikają zwierzęta hodowlane nie tylko z małych miasteczek ale i ze wsi. Nie słychać porykiwania krów, piania kogutów, gęsi się nie pasą ma łące. Co najwyżej łabędzie i żurawie. Nikt nie wypasa bydła po rowach i miedzach. Prędzej sarnę spotkać można. W wyniku synurbizacji coraz to inne gatunki zwierząt pojawiają się w mieście. Nie polujemy, więc zmniejsza się dystans ucieczki – zwierzęta nie traktują człowieka już jako drapieżnika, groźnego myśliwego.

Jesteśmy bogaci, syci i najedzeni. To widać. Także i po naszej tuszy: zbyt mało ruchu, zbyt dużo kalorycznego jedzenia.

 

Ps. Zdjęcie zrobione w czasie  Fotospaceru po Barczewie realizowanego w ramach projektu: Panasonic Lumix: Fotograficzne Perły Polski (czytaj więcej)

Dlaczego chcemy wcześniejszych emerytur?

sczachor

skansen_544Zastanawia mnie od dłuższego czasu, dlaczego wbrew logice, matematyce i ekonomii chcemy wcześniejszych emerytur. Dlaczego emocje wygrywają z racjonalnością i skąd to się bierze. Bo przecież każdy przeciętny Polak zna się na podstawach matematyki rachunkowości. Wie na pewno, że dłuższy okres składkowy to więcej pieniędzy. Bo na pewno więcej jest 7 razy 10 niż 7 razy 5. Im dłużej więc pracujemy tym dłużej odprowadzamy składkę a więc tym samym zgromadzimy większą sumę na emeryturę. Ponadto każdy wie, że im wcześniej pójdzie na emeryturę tym dłużej będzie korzystał ze zgromadzonych pieniędzy. Czyli 100 dzielone przez 20 jest na pewno mniejsza kwotą niż 100 dzielone przez 15.

To wszystko wydaje się proste i racjonalne. A jednak chcemy szybciej przechodzić na emeryturę. Musi być jakiś powód. Najpewniej wynikający z emocji. Zapewne wiąże się – tak sobie myślę – z poczuciem niepewności i brakiem zaufania.

Po pierwsze nie ufamy instytucji państwa (a przecież to jest nasze i przez nas tworzone!). Jeśli nie ufamy, to nie ważne ile będziemy zbierali i ile uzbieramy – spodziewamy się, że zostaniemy oszukaniu. Że nam ktoś zabierze, że nas wykiwa. Po drugie czujemy niepewność na rynku pracy i boimy się zwolnień. Bo nie tylko prekariusze czują się niepewnie i bez stabilizacji. Lepiej więc przejść na wcześniejszą emeryturę i mieć pewne, stałe dochody, choćby najmniejsze. A potem się ewentualnie dorobi. A jeśli pracuję, to ciągle obawiam się o utratę pracy. I wtedy zostanę z niczym – bez pensji i bez emerytury.

I w końcu jak mniemam – trzeci powód: złe stosunki w pracy (zła kultura pracy). A to nieodpowiedni szefowie, mobbing, kumoterstwo, nepotyzm, brutalna rywalizacja współpracowników, podgryzanie, intrygi, wyścig szczurów. Potrzebujemy nie tylko PKB ale i sprawiedliwości społecznej, docenienia. Być może przejście na emeryturę jest dla nas sposobem na wyzwolenie się z tych nieprzyjemnych sytuacji.

Emocje mają znaczenie. Do emocji dorabiamy „fakty” i je racjonalizujemy. Dlatego być może tyle różnych politycznych programów, nierealnych, z wcześniejszym przechodzeniem na emeryturę. Ale jeśli się zastanowić, to jest lepszy sposób niż domaganie się wcześniejszych emerytur. Musimy naprawić nasze życie społeczne. Poprawić kulturę pracy i zwiększyć zaufanie do siebie, zarówno w odniesieniu do instytucji państwowych jak i w odniesieniu do społeczeństwa. Żmudna to praca. Ale nie warto budować na piasku. Być może nie o wcześniejsze emerytury chodzi a o naprawę zycia społecznego. Pomoże nie tylko prekariuszom ale i wszystkim pozostałym.

O gliniarzu naściennym co zasłon się czepia i do laptopów zagląda

sczachor

kokonyNie wchodzi się dwa razy to tej samej wody w rzece. Najdobitniej widać to po przyrodzie, która się nieustannie zmienia. Zmienia się za sprawą procesów naturalnych jak i oddziaływania człowieka, w tym antropogenicznego ocieplenie klimatu. Patrzymy na krajową przyrodę, ale widzimy coś innego niż nasi ojcowie czy dziadkowie. A nawet my sami z młodości. Niby to samo, ale w szczegółach to zupełnie inaczej. Jedne gatunki znikają, pojawiają się inne, czasem z daleka.

Zmieniliśmy sposób budowy domów, co zaskutkowało brakiem siedlisk do gniazdowania dla wielu gatunków, w tym dzikich, samotnych pszczół (dlatego budujemy hotele dla pszczół). Nie mamy dachów ze słomy i trzciny, nie mamy lepianek – a w konsekwencji i owadów tam zazwyczaj mieszkających. Za kominem nie cyka świerszcz (chyba że w pokojowym insektarium), nie kołacze kołatek w starych belkach.

W przyrodzie nie ma pustki. Pojawiają się zupełnie nowi lokatorzy. Przykładem jest gliniarz naścienny. Gliniarz jest osą z  rodziny grzebaczowatych (Sphecidae) o wdzięcznej nazwie naukowej Sceliphron destillatorum. Nie potrzebuje glinianej ściany, próchniejących desek czy szpar w oknach. Swoje lęgowe, gliniane dzbanuszki umieszcza w przedziwnych miejscach: a to na zasłonce, a to na torbie do laptopa. A i tam go wyśledzą i z przerażenia nowym, nieznanym mieszkance – wyrzucą.

Gliniarza od jakiegoś czasu obserwujemy w Polsce. A że jego konstrukcje są dla nas nowe, to i wzbudza dużą sensację. Nowego i nieznanego się boimy. Gliniarz jest gatunkiem południowym, wywodzący się ze środkowej, zachodniej i południowo-zachodniej Azji. Obecnie obserwowany jest w Afryce a także w Europie w rejonie śródziemnomorskim. Rzeczonego gliniarza spotkać go można w pobliżu ludzkich zabudowań, a dorosłe osy często widywane są na kwiatach z rodziny baldaszkowatych. Szukają tam zapewne swoich ofiar. Samica lepi gliniane gniazda w postaci pojedynczych, dzbanuszkowanych komórek z gliny. Po złożeniu jaja, do tak przygotowanego dzbanuszka samica znosi pająki i owady, sparaliżowane jadem (zazwyczaj pająki). Osa swoje ofiary żądli ale nie zabija, tylko paraliżuje. W ten sposób zapewnia świerszczy pokarm dla larw i to bez lodówki. U sparaliżowanego pająka cały czas działa system odpornościowy, organizm żyje, tkanki są ciągle "świeże". Analogicznie postępowali kiedyś ludzie, w epoce przedlodówkowej. Oczywiście nie chodzi o pająki i o żądlenie.

Nazwę opisywana osa wzięła od komórek wykonanych z gliny (gliniarz) i przytwierdzanych w różnych miejscach (naścienny), w tym na ścianach. Ale gliniane dzbanuszki przylepie nie tylko na ścianach ale i na lampkach nocnych, zasłonach, torbach do laptopów. W Polsce gliniarz naścienny zaobserwowany był po raz pierwszy w 1968 r. w Czesławicach k. Lublina (południowa Polska). Potem widziano go w Bieszczadach i w Beskidzie Niskim, w Ojcowskim Parku Narodowym i Krakowie, Chęcinach koło Kielc, w Hecznarowicach (woj., śląskie), pod Krakowem. W 2014 r. wyrywkowe informacje dotyczą obecności gliniarza na Śląsku, w Chorzowie, w Mielcu, w Kielcach, w Lubelskiem i w Brodnicy (to już blisko Warmii i Mazur!). Najprawdopodobniej jego ekspansja wiąże się z ocieplaniem klimatu.

Wcześniej pisałem już o gliniarzu:

Po publikacjach na moim blogu, co jakiś czas docierają do mnie nowe informacje o obecności tego gatunku w Polsce. Ostatnio z Częstochowy i Wrocławia

„Mama wczoraj znalazła u siebie kokony na zasłonce (w załączniku wysyłam zdjęcie). Czy to są kokony gliniarza naściennego? Mieszkamy w Częstochowie. Pozdrawiam serdecznie i bardzo proszę o odpowiedź, Sandra Plaga”

„Od kilku dni słyszałam ciągłe brzęczenie na szafie. Trochę się bałam zaglądać bo czasem wpada jakiś zbłąkany szerszeń (myślałam, że nie może się wydostać i zdechnie). Wczoraj ściągałam torbę od laptopa i zdziwiło mnie to co ujrzałam. Zrobiłam zdjęcia i pozbyłam się owadów. Nie wiedziałam co to jest, ale znalazłam Pana artykuł. Latającego gliniarza jeszcze nie widziałam być może nie zwróciłam uwagi. Larwy były tylko w 2 kokonach. Trzeci kokon był zamknięty ale po rozłupaniu nie było w nim larwy. W załączeniu przesyłam zdjęcia. Małgorzata Lewczuk"

Klimat się ociepla, może i do nas – na Warmię i Mazury - gliniarz naścienny zawędruje. Miejsce oczy szeroko otwarte. I nie panikujcie – bać się mogą jedynie pająki.

Zdjęcia: Sandra Plaga i Małgorzata Lewczuk

 

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci