Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Bazie czyli wiosenny powiew optymizmu

sczachor

bazie

Kwitnące wierzby, zwane baziami i kotkami, nieodłącznie kojarzą się z wiosną. Kwiaty niepozorne ale owadopylne. Nie muszą się podobać, by zwabiać, bo wiosenna konkurencja jest niewielka. A wiatr wieje nie zważając na urodę czy brak urody brzozy, leszczyny (te są wiatropylne dla odmiany). Wierzbowe kotki pojawiają się nieco później niże te brzozowe czy leszczynowe. Skoro owadopylne to muszą "poczekać" na owady.

Bazie kojarzą się nie tylko z wiosną ale i z rodzącą się biogospodarką, w której wykorzystywane są uprawy wierzby nie tylko jako biomasa dla celów energetycznych. Powoli rodząca się biogodpodarka chciałaby wykorzystać surowce biologiczne do bardziej zaawansowanych celów: leków, kosmetyków, bioproduktów technicznych. To być może miejsce pracy kreatywnej dla młodych, wykształconych ludzi. Odpowiednie badania juz trwają (zobacz film).

Ale bazie kojarzą się i z trzecim rodzajem optymizmu - pojawiają się w okresie Świąt Wielkiej Nocy. Optymizm w innym wymiarze duchowym.

Bazie - odrobina radości na kilka sposobów, bo pogoda i wiosna fenologiczna, bo wiosna biogospodarki i w końcu nadzieja na zmartwychwstanie. Dla każdego coś się znajdzie. No chyba, że ktoś jest zatwardziałym marudą i pesymistą. To będzie się obawiał alergii od pyłku z krzewów i drzew, a później traw.

Czytelnikom niniejszego bloga życzę wyciszenia i spokoju w okresie przedświątecznym a potem uduchowionych na wszelkie sposoby Świat Zmartwychwstania Pańskiego.

O tym jak nie sprostałem zadaniu z E-encyklopedią

sczachor

encyklopediachrusciki

No i nie mogę uwolnić się od tej nieszczęsnej internetowej Encyklopedii Warmii i Mazur. Pan prof. J. Gancewski był raczył stwierdzić dzisiaj w telewizji, że po prostu nie podołałem zadaniu – chodzi o E-ncyklopedię Warmi i Mazur (bo zrezygnowałem). Możliwe, ale teraz nie muszę się wstydzić za treści, które ponoć sprawdzili liczni naukowcy uniwersyteccy nie tylko z Olsztyna.

Żeby nie być gołosłownym (choć jako osoba emocjonalnie związana kiedyś z tym przedsięwzięciem nie jestem chyba w pełni obiektywny, dlatego też odmówiłem wypowiedzi przed kamerami). Zajrzałem do hasła o moich ulubionych chruścikach (pierwsze jakie mi przyszło do głowy z zakresu przyrodniczego). Zamieszczone zdjęcie łamie prawa autorskie (ale może twórcy mają zgodę autora?). Zamieszczam wiele treści na wolnej licencji, także i na tym blogu, ale akurat zdjęcie pochodzi ze strony, gdzie nie ma wolnej licencji, a fotka nie jest moja. Jest sporo ilustracji na wolnej licencji, więc nie trudno zamienić, by nie było prawnych kłopotów.

Przejdźmy do treści (jednak stanowczo odradzam korzystać, chyba, że do szukania błędów). Pierwsze zdanie „Chruściki – rząd owadów o przeobrażeniu zupełnym przechodzących stadium larwalne.”. Otóż u wszystkich owadów są stadia larwalne, i u tych co przechodzą przeobrażenie zupełne i u tych co nie przechodzą. Zatem informacja o larwach jest niezrozumiała, bo albo zbędna, albo wprowadza zamieszanie. Istotą przeobrażenia jest poczwarka a nie larwa. Widać, że poprawiała to osoba niezbyt znająca się na biologii, w szczególności na entomologii. Zatwierdził to pewnie jakiś naukowiec (chyba nie biolog, albo nikt nie zatwierdzał - teraz pewnie nikt się nie przyzna). Kolejne zdanie „W formie dojrzałej chruścik przypomina motyla lub ćmę.” Otóż ćma to motyl (rząd Lepidoptera). Jeśli miało to być nieformalne rozróżnienie na motyle dzienne i motyle nocne (ćmy), to chruściki motyla dziennego nijak nie przypominają. „Ma przezroczyste skrzydełka i układa je w stanie spoczynku dachówkowato, a nie jak ćmy poziomo czy jak motyle – w pionie.” Jedno zdanie kilka błędów, po pierwsze terminem biologicznym są skrzydła a nie skrzydełka (bo by oznaczały coś innego), po drugie dachowato a nie dachówkowato (bo to co innego znaczy, złożone skrzydła przypominają dach dwuspadowy a nie dachówki). Ćmy składają skrzydła tak samo, dachowato a nie „poziomo”. Ciut dalej „Larwy chruścika prowadzą wodny tryb życia. Charakterystyczną cechą tego rzędu jest budowanie domków z przędzy jedwabnej, które służą chruścikom za schronienie bądź sieci łowne.” Kolejne pomieszanie z poplątaniem. Przenośne domki robią tylko niektóre gatunki chruścików. Takie domki zbudowane są z różnych kamyczków, patyczków, części rośliny, a od środka wyścielone są przędzą jedwabną. Domek nie jest siecią. Chruściki bezdomkowe przędą z nici jedwabnych sieci łowne. Albo błąd merytoryczny albo stylistyczny.

Kuriozalne jest „występowanie” -  „Najczęściej występujące na Warmii i Mazurach gatunki chruścika to: ...."„ i tu pojawia się lista, całkowicie błędna, ani pełna, ani poprawna. Są tam gatunki rzadkie, niektóre nawet bardzo, oraz są i pospolite. Trafiają się nawet błędy w nazwach gatunkowych.

Oryginalną i ciekawym fragmentem jest informacja o jubilerze i chruścikach. Ale już w bibliografii jest błąd. Dotyczy mojej osoby, więc tym bardziej mnie razi. Stanowczo odradzam korzystania z takich haseł. Dużo bezpieczniej skorzystać z Wikipedii (podobno robiona przez amatorów, studentów itd. - ale więcej tam rzetelności i stanowczo duuuuużo mniej błędów). Oczywiście takie proste błędy łatwo wyłapać i szybko poprawić. O ile komukolwiek będzie się chciało, bo pieniądze wydane, rozdysponowane, a teraz kto z dotychczasowych autorów chciałby to robić za darmo? I kto za darmo z ekspertów miałby sprawdzać, recenzować, korygować? Ale nie te błędy (poprawialne) są główną wadą omawianej internetowej encyklopedii. Zła jest koncepcja i całkowite zamknięcie na aktywność społeczną i budowanie zespołu wolontariuszy, którzy przez lata rozbudowywaliby i poprawiali taką encyklopedią. Nawet dobry Leksykon Kultury Warmii i Mazur jest praktycznie martwy po kilku latach od ukończenia. Praktycznie nic tam się nie dzieje, nie jest uzupełniane, rozbudowywane. W pogoni za hasłami zgubiono rzecz najważniejszą. A teraz ani hasła nie są kompletne, ani wyczerpujące, ani nie ma zbudowanej społeczności wokół encyklopedii.

Szczegółowo E-ncyklopedii nie przeglądałem (jakoś mnie nie korci). Na pewno jest tam sporo haseł dobrze zrobionych. Wątpię jednak, żeby ta encyklopedia miała szansę stać się żywą i uzupełnianą przez wolontariuszy. W tej mierze popełniono kardynalne błędy koncepcyjne. Nie wiem czy się to da naprawić.

U góry skan z hasła o chruścikach, stan z dnia 22 marca 2015 (mam nadzieję że szybko poprawią).

E-encyklopedia Warmii i Mazur z której muszę się tłumaczyć

sczachor

gazeta_encyklopediaW sprawie E-encyklopedii Warmii i Mazur zostałem wywołany (wbrew swej woli) do tablicy. Ze współpracy w tym projekcie definitywnie zrezygnowałem na początku lutego 2014 roku, po ponad 9. miesiącach zmagań. Dla mnie sprawa była zamknięta - no cóż, po prostu się nie udało. Ale gdy ukazał się artykuł w Gazecie Wyborczej z moim zdjęciem i gdy rozdzwoniły się telefony, to muszę się wypowiedzieć. "Nie chcem ale muszem" :).

Wielokrotnie konsultowałem (nieodpłatnie) pomysł E-encyklopedii z panem wicedyrektorem M. Kapłonem z CEiIKu, doradzałem w zakresie całej konstrukcji jak i części przyrodniczej. Mocno nalegałem na aspekt społeczny, żeby wokół projektu stworzyć grupę autorów piszących. Było to - w moim odczuciu - ważne dla trwałości projektu (po zakończeniu finansowania). Dzieliłem się swoimi doświadczeniami przy pracach z Wikipedią i wiki-projektach. Zapewne dlatego zaproszono mnie na otwierającą projekt konferencję prasową i dlatego znajduję się na zdjęciu (i zdjęciach w innych media z tego okresu). Potem poproszono mnie o odpłatne (miała być umowa) zorganizowanie grupy osób piszących hasła przyrodnicze oraz nadzór merytoryczny (recenzowanie, nanoszenie poprawek, dobór haseł itd.). Z ochotą zabrałem się do pracy, angażując absolwentów kierunku biologia jak i pracowników naukowych UWM. Od samego początku pojawiły się problemy organizacyjne, techniczne i koncepcyjne. Wydawało mi się, że w końcu się „dotrze” i że się uda pokonać piętrzące się różnorakie trudności. Po 9. miesiącach zmagań, wyjaśnień, dyskusji ostatecznie zrezygnowałem. Nie potrafiłem zmienić sposobu zarządzania projektem ani zaakceptować powstającej jakości. Jak się okazało pracowałem za darmo i bez umowy. Należałem do tych „frajerów”, którzy zbyt zaufali w dobre intencje.

Nie żałuję że się zaangażowałem, pomysł wydawał mi się dobry i warto było zaryzykować. Najbardziej wstyd mi było przed absolwentami. Nie wiem czy wszystkie osoby, które poleciłem, dotrwały do końca i czy miały wypłacone honoraria za pracę. Jednym z problemów było kwestionowanie mojego wyboru gatunków, że niby nie są związane z regionem (np. niprzyrówka rzeczna, erotyka bałtycka, sysydlaczki itd.). Aby pokazać, że można ciekawie pisać o gatunkach mocno związanych z regionem, a jednocześnie mało znanych i „nieoklepanych”, zaangażowałem się we wsparcie innej Encyklopedii Przyrody Warmii i Mazur. I znaleźć tam można sporo ciekawych tekstów, pisanych w ramach wolontariatu i na dodatek przez ludzi miejscowych. Ten projekt jest żywy i ciągle aktywny. To mnie cieszy i na tym się skupiam.

W związku z medialnym zamieszaniem co do jakości E-encyklopedii (tej z CEiIKu) chciałbym zaznaczyć, że nie otrzymałem ani grosza za pracę tam włożoną (ani koncepcyjną, ani techniczno-korektorską). Ponadto nie odpowiadam ani za dobór ani za jakość zawartych tam haseł (są na pewno i dobrze opisane, ale i jest sporo naruszeń praw autorskich) - z mojej pracy nie skorzystano.

Po negatywnych doświadczeniach chciałem zapomnieć o E-encyklopedii… ale jakoś rzeczywistość nie daje. Dlatego muszę się wytłumaczyć, aby nie było niejasności. Z E-encyklopedią Warmii i Mazur tworzoną przez CEiIK nie mam nic wspólnego. Ostateczny efekt, na który wydano prawie pół miliona zł, jest rozczarowujący delikatnie rzecz ujmując. Graficznie słaby, wiele hasełm ma bardzo niską jakość i co najważniejsze – nie rokuje na społeczne zaangażowanie i włączenie się wolontariuszy. To jest chyba projekt martwy, będzie leżał na serwerowych półkach i porośnie kurzem. Oczywiście wolałbym się mylić.

Dzień wody

sczachor

dzien_wody

Żyjąc w krainie tysiąca jezior, gdzie wody mamy teoretycznie pod dostatkiem, trudno sobie wyobrazić, że dobrej wody pitnej i tej dla rolnictwa zaczyna brakować. Niedawno byłem na konferencji w Welskim Parku Krajobrazowym. Ten globalny problem dotarł już do nas. Obniża się poziom wód gruntowych a więc trzeba kopać coraz głębsze studnie głębinowe. To są koszty. Zaczynają się pierwsze "kłótnie" o wodę. Do środowiska naukowego docierają prośby o zbadanie sytuacji, rozpoznanie rzeczywistych przyczyn oraz wymyślenie działań zaradczych.

Po raz pierwszy namacalnie z problemami deficytu wody zetknąłem się 5 lat temu w Hiszpanii, w czasie wyjazdu studyjnego, organizowanego przez Warmińsko-Mazurską Agencję Rozwoju Regionalnego. Później, będąc we Francji widziałem deszczownie nawadniające pola... we wrześniu. By zasiane ziarno mogło w ogóle wzejść. Powoli te problemy docierają i do nas. A globalne zmiany klimatu przyczynią się w wielu miejscach naszej planety do coraz poważniejszych problemów z dostępem do czystej  wody pitnej.

Pojezierze Mazurskie z młodym krajobrazem polodowcowym to kraina obfitująca w wodę: setki jezior, liczne rzeki, tysiące małych zbiorników wodnych, liczne bagna i torfowiska. Krajobraz i zbiorniki wodne intensywniej przekształcane były przez aktywność człowieka głównie w ostatnich wiekach (XVIII – XX w.). Zasoby wodne zmieniały się w wyniku wylesiania dużych obszarów, osuszania torfowisk i jezior, odwadniających melioracji. W ostatnich dziesięcioleciach dotknęło nas nie tylko zanikanie siedlisk wodnych ale i pogarszanie się jakości: zanieczyszczanie wód, eutrofizacja jezior.

Do tej pory tymi procesami martwili się tylko przyrodnicy i ekolodzy bo wymierały liczne gatunki związane ze środowiskiem wodnym, w tym owady wodne, a pośród nich chruściki (Trichoptera). Teraz problemy z wodą dostrzega także biznes i szerokie kręgi społeczeństwa: coraz dotkliwiej odczuwalne są problemy braku wody dla rolnictwa, turystyki (zanieczyszczanie jezior), obniżanie się poziomu wód gruntowych co powoduje konieczność budowania coraz głębszych studni głębinowych. Problemy z zasobami wody dla gospodarki widoczne są w skali lokalnej, a na to nakładają się problemy globalne (ocieplenie klimatu, retencja wody jako przeciwdziałania np. podnoszeniu się poziomów wód w oceanach i zalewaniu terenów niżej położonych).

W związku z powyższym potrzebne są badania naukowe, które nie tylko rozpoznają stan obecny (opis stanu zasobów wodnych i różnorodności biologicznej organizmów wodnych), ale zdiagnozują przyczyny i pomogą znaleźć praktyczne rozwiązanie. (przeciwdziałanie negatywnym skutkom zarówno dla gospodarki jak i ochrony przyrody).

Tegoroczny Dzień Wody będę obchodził we Francji (27 marca), na konferencji naukowej oraz wizycie studyjnej. Będzie to dyskusyjne poszerzenie kontaktów oraz zastanowienie się czy można coś razem zrobić. Rysujący się problem badawczy to pytanie jak to się zmieniają się lokalne zasoby wodne, w tym w jeziorach, rzekach, stawach rybnych itd. oraz jak zmienia się przyroda (różnorodność biologiczna organizmów wodnych). Interesujące jest także czy i jak zbiorniki antropogeniczne (np. stawy rybne, oczka ogrodowe, wyrobiska żwiru, zbiorniki pokopalniane) mogą przyczyniać się do ochrony bioróżnorodności oraz poprawy bilansu wodnego.

Potrzebne są badania interdyscyplinarne (biologia, geografia, nauki społeczne itd.) w skali europejskiej, np. z wybranymi obiektami we Francji (np. Park Bren – zbiorniki antropogeniczne), Polsce (Pojezierze Mazurskie – jeziora naturalne) i ewentualnie porównawczo i inne tereny (Łotwa, Litwa, Niemcy itd.). W obiekcie zainteresowań może znaleźć się także mała retencja na terenach leśnych jak i rolniczych, oraz kultura i styl życia, wpływające na konsumpcję i sposób użytkowania zasobów wodnych i związanej z nim różnorodności biologicznej. Bo o zasobach wodnych decydujemy nie tylko w formie wielkich inwestycji ale i w codziennych czynnościach, np. retencjonując wodę w mieście lub pijąc wodę z kranu.

Relację z konferencji oraz kolejnej wizyty studyjnej zamieszczę po powrocie.

O innowacyjnych dachówkach, które gadają

sczachor

jazanioeminnowacyjnociW czwartek 19 marca br. miało miejsce sympatyczne zakończenie stażu w małym przedsiębiorstwie z branży turystycznej. Sympatyczne, bo na zakończenie półrocznego stażu w małym przedsiębiorstwie z woj. warmińsko-mazurskiego otrzymałem statuetkę – anioła innowacyjności (czytaj więcej o innowacji z dachówkami).

Innowacja – pomyśleć inaczej niż wszyscy do tej pory. Niezależnie od technologii innowacja zaczyna się w głowie. Najważniejszym przyrządem do tworzenia innowacji jest ludzki mózg. Słowo innowacja wywodzi się z języka łacińskiego - innovare to tworzenie czegoś nowego. Innowację definiuje się jako proces, polegający na przekształceniu istniejących możliwości w nowe idee i wprowadzenie ich do praktycznego zastosowania. Znaczące jest owo praktyczne zastosowanie, co być może odróżnia innowację od twórczości jako takiej.

Często innowacje utożsamiamy z techniką i nowymi technologiami… Nowinki technologiczne - to i mało było czasu, aby ludzie o różnych zastosowaniach pomyśleli. Łatwo być odkrywcą na nowym lądzie. Ale i na starym kontynencie, od dawna zamieszkanym, można odkryć zupełnie coś nowego. Trzeba tylko wyjść z utartych kolein myślenia. Innowacja rodzi się z nieschematycznego myślenia.

Gadające dachówki to nowe wykorzystanie rzeczy dostępnych, złożenie w nową i oryginalną całość. Jak bukiet z kwiatów zerwanych na łące. Rośliny już tam były – nowa jest kompozycja i przeznaczenie. Stare dachówki, już niepotrzebne, wyrzucone na smietnik. Ale w swoistym recyklingu kulturowym nabierają nowego znaczenia i nowej wartości. Kolejnym elementem są artyści lokalni (kapitał ludzki istniejący na miejscu). Trzecim elementem były opowieści o bioróżnorodnosći i lokalności, umieszczone na blogu (e-leraningowe, krótkie wykłady – czytaj o edukacji pozaformanej). I w końcu włączenie nowoczesnej technologii QR Kodów, wykorzystanie mobilnego Internetu i powszechnych smartfonów. I jeszcze dwa elementy związane z wiedzą i dostrzeganiem potrzeb. Pierwszy to ekologia człowieka (i etologia): Homo sapiens jest istotą społeczną. Potrzebuje kontaktu, iskania się. Rozmowy nawet o niczym to utrzymywanie więzi i swoistego społecznego iskania się, w czasie którego ręce mogą zajmować się czymś innym. Na przykład malowaniem (dawniej było to wspólne darcie pierza, łuskanie fasoli itd.).

Ludzie chcą się z innymi spotykać.. a współczesny świat wszystko automatyzuje, komputeryzuje. Patrzymy w monitory komputerów tam, gdzie kiedyś załatwialiśmy sprawy z ludźmi. I usługa turystyczna w postaci Gadających Dachówek (bo przecież o cały proces chodzi a nie tylko o finalny produkt w postaci pomalowanej dachówki) wychodzi naprzeciw tym dostrzeżonym potrzebom. Odpowiedż na potrzeby ludzkie i… przemysłu turystycznego, który ma infrastrukturę na Warmii i Mazurach w dużym stopniu niewykorzystaną. Dwa letnie miesiące to trochę za krótko by zarobić na cały rok. Gadające dachówki stwarzają okazję do całorocznego… przeżywania przygód. Innowacja daje unikalną przygodę we współczesnym świecie. Dachówka jest tylko pamiątką tej przygody.

Zamieszczona wyżej fotografia jest autorstwa Zofii Wojciechowskiej. O seminarium i rozdaniu statuetek można dowiedzieć się więcej w materiałach filmowych:

i linki do filmików z dachówkowych wartsztatów w Mrągowie i Pluskach:

 

Dzieci w kapuście i kurze jajka na pomidorach

sczachor

Scienze_FanpageWspółczesna biologia dużo zmienia. Unieważnia dawne sądy i interpretacje. Bo czyż nie uważaliśmy, że tylko małym dzieciom mówi się – gdy pytają skąd się wzięły na tym świecie - że dzieci znajduje się w kapuście? Jeszcze do niedawna mówiliśmy to z przymrużeniem oka. Przecież wszyscy wiedzą, że dzieci się rodzą. Ale czyż daleka jest droga od zapłodnienia in vitro, manipulacji genetycznych, poprawianiu genotypu…, do znajdywania dzieci w kapuście? Może nie dosłownie, ale przecież nic już nie będzie takie jak dawniej. Przez ciekawość naukowców i przez nauki biologiczne.

Kiedy kilka dni temu zobaczyłem to zdjęcie (obok) na portalu społecznościowym w grupie kochających polską przyrodę, skojarzyło mi się z kurzymy (ptasimi) jajkami…. rosnącymi na bylinie (a przynajmniej roślinie, może być jednoroczna). Ktoś wrzucił te zdjęcia z zapytaniem o nazwę gatunkową tej rośliny. A mnie do głowy przyszedł wielkanocny dowcip popularnonaukowy. Najpierw wykorzystałem jako zadanie dla studentów biotechnologii, uczestniczącym w eksperymencie grywalizacyjnym (W Krainie Niziołków to nie kury znoszą jajka). Poprawna odpowiedź pojawiła się bardzo szybko. Sam jestem zaskoczony szybkością wyszukiwania informacji w przepastnych zasobach internetowych. Nie wiem jak oni (cyfrowi tubylcy, studenci) to robią, ale są bardzo szybcy i skuteczni. I z przyjemnością dołączyli do zabawy ćwiczącej kreatywność i dowcip (http://druzynalasera.blogspot.com/2015/03/to-nie-dzieci-rosna-w-kapuscie-tylko.html). To mnie dodatkowo cieszy jako nauczyciela akademickiego.

Ale wróćmy do jajek co wyrastają na krzaku pomidorów. Szaleństwo? Fantazja? A czyż handlowcy od dawna nie marzą o sześciennych czy prostopadłościennych jajkach? Taki kształt ułatwiałby transport i przechowywanie (układanie na półkach i w pojemnikach). Ileż to razy i ja musiałem ratować turlające się po stole jajko, by nie spadło na podłogę. Jak na razie kury i biotechnolodzy nie radzą sobie z odejściem od ewolucyjnie ukształtowanej formy jajka (wytrzymałe na zgniatanie, oszczędne w formie, funkcjonalne). Nie da się tak łatwo poprawić przyrody dla wygody handlowców. Większość pomidorów, które kupujemy w sklepie, jest zmodyfikowana genetycznie. Jedną z modyfikacji jest… zwiększenie grubości skórki pomidorów. Przede wszystkim ku wygodzie handlowców, bo to ułatwia transport i zmniejsza straty. Dla konsumentów nie jest to wygodne, bo psuje jakość owoców miłości (pomidory przecież tak się nazywają).

Obecności obcych genów jest powszechniejsza niż nam się kiedyś wydawało. I to na skutek naturalnych procesów. A teraz dodatkowo biotechnolodzy dokonują różnorodnych modyfikacji i udoskonaleń. Nie wszystkie są sensowne ale pomysłowości im nie brakuje. Dlaczegóż by więc nie miałyby się z czasem pojawić i.. jajka rosnące na roślinie? Odpadłyby wielkie fermy z pozamykanymi w ciasnych klatkach kurami. W jakimś sensie przecież jesteśmy już na tej drodze (ferma z klatkami, automatycznym podawaniem pożywienia, odbieraniem nieczystości i jajek, itd.)… Jakaś kropka nad i w postaci fotosyntezy i hydroponicznego dostarczania odpowiednich, molekularnych „prefabrykatów”. Zamiast szczęśliwych kur z wolnym wybiegiem byłyby szklarnie z rosnącymi na roślinach jajkami. Obrońcy praw zwierząt nie mieliby się do czego przyczepić. Na razie to fantazja. Ale kto wie co będzie za lat kilka czy kilkanaście?

DSCN8325

Za sprawą studentów szybko się wyjaśniło, że zdjęcie wyżej zamieszczone przedstawia roślinę Solanum melongena - czyli psianka podłużna, a konkretnie odmiana Golden eggs. Czyli zwykły bakłażan, oberżyna. O naszym rodzimym gatunku z rodziny psiankowatym, psiance słodkogorzkiej już wcześniej pisałem (Psianka słodko-gorzka czyli o krajowym pomidorze oraz o dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym Warmii i Mazur) Jakby nie było i bakłażan i nasza rodzima psianka są krewniakami pomidora, rosnącego w przydomowym ogródku. Stąd już skojarzeniami blisko do warzywniaka z kapustą. Skoro bakłażan (znałem tylko te fioletowe), to przypomniałem sobie, że już takie białe oberżyny widziałem rok temu we Francji na wyjeździe studyjnym (Relacja z wizyty studyjnej we Francji). Dlaczego wtedy nie miałem skojarzeń z jajkami rosnącymi na krzaku pomidora czy dyni? Inne ułożenie i iluzja jajek na roślinie jest mniejsza. Kontekst sytuacyjny wiele zmienia w widzeniu (dostrzeganiu) zjawisk. I to, że widziane było w naturze. Na górnym zdjęciu skojarzenie z jajkami rosnącymi na pędzie pomidora było większe. Zawsze można tak dobrać sposób pokazania, by wywołać zamierzony efekt.

Bakłażany uważane były za afrodyzjak więc już tylko krok (myślowy) do dzieci znajdywanych w kapuście. A wiadomo, że afrodyzjaki pomagają w poczęciu się dzieci. Psianka podłużna znana jest także pod innymi nazwami, nawiązującymi do miłości i erotyki, np. gruszka miłosna. Inna nazwa to jajko krzewiaste. Czyli nie tylko ja miałem skojarzenia z jajkami, wyrastającymi na krzewie rośliny zielnej. Współczesne odmiany bakłażanów mają owoce owalne, okrągłe lub w kształcie gruszki, a ich skórka może przybrać fioletową, żółtozieloną lub białą barwę. Owoce mogą ważyć nawet 500 g - znacznie większe od kurzych jajek. Już raczej jakaś gęś lub nawet struś. Bakłażany można zbierać 6 miesięcy po zasiewach. Psianka podłużna pochodzi najprawdopodobniej z Indii. Odmiana Golden eggs ma piękne jajowate owoce, najpierw białe, a potem żółte. Jest uprawiana także jako roślina doniczkowa.

Psianka podłużna już sześć wieków przed nasza erą była znany w Chinach jako roślina lecznicza. Odmiana Golden eggs jest rośliną jednoroczną, wysokości do 50 cm, nadaje się do uprawy w pojemnikach, głównie w doniczkach. Jej ozdobą są jajowate owoce, najpierw białe potem żółte.

W roku 2015 zdjęcie psianki podłużnej, odmiany Golden eggs może być dowcipem popularnonaukowym, o jajkach rosnących na roślinie. Ale za sprawą wytrwałości naukowców i ich fantazji... za lat kilkanaście lub kilkadziesiąt mogą stać się codziennością i czymś oczywistym. A wtedy inaczej będziemy odbierali opowieści o dzieciach znajdowanych w kapuście....

Wyludniające się sale wykładowe i edukacja pozaformalna

sczachor

pusta_salaDuże, lecz powoli zachodzące zmiany łatwiej dostrzec z retrospektywy. I w przyspieszonym tempie. Tak jak jest ze starzeniem się czy wzrostem roślin. Gdy jesteśmy w środku zachodzącego procesu to zazwyczaj nie zdajemy sobie sprawy z głębokich u rewolucyjnych zmian. A przecież na naszych oczach dokonuje się przewrót kopernikański w edukacji. Mam na myśli przede wszystkim kształcenie uniwersyteckie.

I jeszcze jedna rzecz jest znamienna - dydaktyka akademicka najwyraźniej nie bardzo za tym procesem nadąża. Raz, że proces nie jest dostrzegany, dwa - nie widać zmian dostosowawczych do nowej roli. Nie będzie tak jak dawniej. Dlatego tak często słuchać narzekanie. Bo owo narzekanie wynika z niedostosowania do sytuacji.

Zmienia się rola uniwersytetów w edukacji bo zmienia się paradygmat kształcenia (a ten zmienia się wraz z postępem technologicznym i cywilizacyjnym). Coraz bardziej wzrasta znaczenie kształcenia pozaformalnego i nieformalnego czy nawet ustawicznego. Kształcenie pozaformalne to kształcenie poza sformalizowanymi formami typu szkoła. „Edukacja pozaformalna to wszystkie działania, które mają na celu poszerzanie wiedzy i zdobywanie umiejętności praktycznych, ale nie odbywają się w ramach formalnie ustalonego systemu oświaty. Jest to nauka poza szkołą, uczelnią wyższą, kursem czy szkoleniem. Opiera się na praktyce, doświadczeniu i aktywności ucznia." [źródło]

Z kolei „Edukacja nieformalna („Nauka poprzez praktykę”) – trwający przez całe życie proces kształtowania się postaw, wartości, umiejętności i wiedzy na podstawie różnych doświadczeń oraz wpływu edukacyjnego otoczenia (rodziny, znajomych, środowiska pracy, zabaw, rynku) oraz oddziaływania mass mediów." [źródło 2

Nie zmienia się misja uniwersytetu, zmieniają się jedynie studenci. Przekaz edukacyjny musi być dostosowany do słuchacza, jeśli ma być skuteczny a nie tylko pustym rytuałem. Inne musza być formy motywowania i inne formy sprawdzania wiedzy. Właśnie dlatego od jakiegoś czasu na sobie samym rozpoznaję nowe metody, np. gryfikację (grywalizację). Przy okazji w eksperyment włączeni zostali studenci. W dwu rolach – jako „króliki doświadczalne” i jako zewnętrzni eksperci. Bowiem liczę na ich wnioski, uwagi, relacje już po skończonym cyklu zajęć. Będę analizować efekty nie tylko na podstawie własnych obserwacji, porównań itd., ale także na ich odczucia, porównania refleksje. Drugim trwającym eksperymentem jest „nauka w puszcze” podpatrzona w Centrym Nauki Kopernik i zmodyfikowana metoda poszukiwania istoty badań naukowych. Z pozoru wygląda na infantylną zabawę. Ale kryje się w tym coś znacznie więcej. Ważne jest jednak zweryfikowanie czy zamierzone efekty udało się osiągnąć. Bez studentów nie dałbym rady. Bez ich udziału i bez ich refleksji. Obie próby są świadomym poszukiwaniem metod do zmienionej sytuacji oraz dostrzeganiem zupełnie nowej roli uniwersytetu w edukacji pozaformalnej.

Słychać głosy zaniepokojenia, że w dobie niżu demograficznego ubywa nam studentów a uczelniom grozi kryzys. Jednak chętnych do kształcenia jest równie wielu, a nawet może więcej. Zmienia się tylko forma. Powstają różnorodne centra nauki, popularne są pikniki naukowe, uniwersytety trzeciego wieku, wykłady otwarte, kawiarnie naukowe, popularyzatorskie mediach hybrydowych. To nie jest tylko rozrywka lecz formy edukacyjne. Transfer wiedzy odbywa się na wiele innych sposobów. Rośnie znaczenie edukacji pozaformalnej. Forma dydaktyki akademickiej musi nadążać za kontekstem miejsca i słuchacza. A żeby mogła nadążać, to trzeba krok po kroku uczyć się nowych metod i dostosować przekaz do kontekstu miejsca i kontekstu odbiorcy. Pustoszejące sale wykładowe nie sa więc oznaką upadku uniwersytetów. Tak jak zanik ulicznych lamp gazowych nie wiązać się z mrokiem na ulicach. Jest nawet widniej i jaśniej… mimo, że nie pali się ani jedna lapa naftowa, ani jedna lampa gazowa.

Zmiana formy kształcenia nie jest jeszcze dostrzegana w algorytmach finansowych, uczelnie dostają pieniądze na liczbę tradycyjnych studentów i typowe publikacje naukowe. Na razie coś ważnego jest gubione i niedostrzegane. W skali całego społeczeństwa jak i dedykowanego ministerstwa tez nie dostrzegamy tego reowolucyjnego procesu, który zachodzi na naszych oczach. Nie możemy patrzeć tylko na prosty efekt finansowy i zamykać tych szkół, wydziałów czy katedr w „niżu demograficznym”. Bo nie ma mniejszego zapotrzebowania na wiedzę.

Coraz częściej szkoła i uniwersytet przestają być postrzegane jako jedyne miejsce, w którym się uczymy, gdyż „studenci” otrzymują atrakcyjne propozycje edukacyjne spoza tradycyjnych instytucji edukacyjnych. Trzeba podjąć w dydaktyce akademickiej działalność korespondującą z edukacją pozaszkolną. Miejsce edukacji może być w każdym „tu i teraz”, a nie w tylko czterech ścianach uniwersytetu. I o tym chcę m.in. powiedziac na zbliżającej się konferencji Dydaktyki Alkademickiej (Ideatorium). Powiedzieć w innej formie niż z mówieniem kojarzymy.

I na koniec kilka cytatów, by przypomnieć o czym dyskusja niniejsza jest (źródła cytowane wyżej):

„Metody stosowane w edukacji pozaformalnej to wszelkiego rodzaju warsztaty, wykonywanie powierzonych zadań, działania praktyczne. Odbywa się zgodnie z zasadą: powiedz mi, a zapomnę, pokaz mi, a zapamiętam, pozwól mi wziąć udział, a zrozumiem.”

„Edukacja pozaformalna różni się od formalnej nie tylko metodologią, ale także relacją uczeń – nauczyciel. Jest ona mniej oficjalna, nastawiona na współpracę i obustronną aktywność. Nauczyciel nie tylko przekazuje wiedzę, ale jest też opiekunem, przewodnikiem. Proces nauki jest elastyczny i dopasowany do potrzeb ucznia. To on sam decyduje o jego kształcie i kierunku. Dlatego edukacja pozaformalna wymaga zaangażowania, aktywności i świadomości ucznia. Różnice pomiędzy kształceniem pozaszkolnym a formalnym wiążą się też z efektem końcowym procesu edukacyjnego – w szkole, uczelni wyższej czy na kursie kończy się on uzyskaniem dyplomu, certyfikatu, zaświadczenia itp. Edukacja pozaformalna nie zapewnia dokumentu potwierdzającego kwalifikacje. Gwarantuje natomiast zdobycie cennego doświadczenia, które jest kluczowym elementem podczas poszukiwania pracy.”

Edukacja nieformalna jest procesem trwającym przez całe życie. W zasadzie było tak zawsze u hominidów (teraz wracamy do korzeni bo nie da się wydłużać już czasu spędzonego w ławach szkolnyhc).. Uczenie się sprawia nam przyjemność. Uczyliśmy się przez udział i naśladownictwo oraz przez zabawę. Uczestnicząc w działaniach zdobywamy doświadczanie, nową wiedze, umiejętności…. Niejako nieświadomie.

Edukacja pozafromalna i nieformalna „są uzupełnieniem wiedzy zdobytej w szkole. Ich główną zaletą, zwłaszcza w świetle współczesnego rynku pracy, jest możliwość zdobycia konkretnych umiejętności praktycznych. Pozwalają one rozwijać się, wychodzić poza ustalone schematy, uczyć się przydatnych i świadomie wybranych elementów. Edukacja pozaformalna uczy kreatywności, samodzielnego myślenia i odpowiedzialności za budowanie swojego wykształcenia.”

Wzrost znaczenia edukacji nieformalnej wynika bezpośrednio z rozwoju cywilizacyjnego i technologicznego świata. Ponieważ dzięki komputerom i nowoczesnym środkom komunikacji świat bardzo szybko się zmienia, konieczne jest uzupełnianie wiedzy na temat dokonujących się wokół nas zjawisk. Poprzez różnego rodzaju formy edukacji nieformalnej najszybciej jesteśmy w stanie tę brakującą wiedzę uzupełnić. Zaletą edukacji nieformalnej jest to, że zazwyczaj nie narzuca sztywnych ram procesu uczenia się (choć też jest to możliwe, w sytuacji wkomponowania w działanie kursów i szkoleń). Bardzo często edukacja nieformalna łączy się z zabawą lub rozrywką, co najlepiej widoczne jest w programach Edutainment. W ten sposób edukacja jest nie tylko pożyteczna, ale i przyjemniejsza dla uczącego się.

O żółtych tulipanach, soku z trujących roślin i zapiskach kucharza

sczachor

Illustration_Tulipa_sylvestris0Ósmy marca nieodłącznie kojarzy się z tulipanami (a wiele lat temu z goździkami). Komentarze (dopiski) kojarzą się z internetem. Bo właśnie tam, pod artykułami prasowymi, blogowymi wpisami, zdjęciami i filmami, na portalach społecznościowych i forach dyskusyjnych można samemu komentować i znaleźć cudze komentarze. Jest tam sporo hejtu, uwidocznianie wszelakich żalów. Ale są i ciekawe komentarze, które miło się czyta. Czasem są bardziej intersujące niż komentowany tekst (zdjęcie lub film). Ale to nie nowość. W książkach, nawet tych bardzo starych, na marginesach, okładkach czy między wierszami znaleźć można wiele różnych dopisków, poprawek, komentarzy, notatek. Czasem w nawiązaniu do tekstu a czasem zupełnie na inny temat. Bo tylko ktoś szukał miejsca do pisania. Przeglądając stare książki często z wielka estymą i zaciekawianiem odnosimy się do tych marginesowych dopisków i komentarzy. Hejtu wtedy nie było? Nie sadzę, pisano na ścianach, zwłaszcza w toalecie (nawet w wagonie kolejowym), pisano głupie treści i brzydkie słowa.

Ale wróćmy do wiosennych tulipanów i dopisków czynionych na marginesie różnych ksiąg. Właśnie z takiego dopisku dowiedziałem się o leśnych tulipanach, dzikiej roślinie, którą nas można było spotkać. A wszystko zaczęło się od książki z bookcrossingu, w której znalazłem stuzłotowy banknot (czytaj więcej), służący jako zakładka. Pochodzi z czasów PRL, więc włożony zapewne w czasie hiperinflacji (gdy obracało się milionami) lub po denominacji (wartość jednego grosza). Takie czytanie między wierszami, tropiąc nieświadomie ślady zostawione przez czytelników.

Edwart Martuszewski we wspomnianej, w poprzednim blogowym wpisie, książce („Coś z życia które minęło”) pisze o notatkach zapisanych w aktach administracyjnych junkierskiej rodziny Finckensteinów (notatki kucharza, który służył u Dönhoffów-Denhoffów w Drogoszach pod Kętrzynem). Moją uwagę zwrócił przepis na sok z leśnych tulipanów (obok zupy z warzuchy i octu brzozowego).

Co tam sok, ale co to są leśne tulipany? Przecież tulipany to tylko w kwiaciarni, a więc rośliny ogrodowe. Pomyślałem, że to może jakaś ludowa nazwa innej, znanej mi rośliny. Więc zacząłem poszukiwania. Internetowo googlałem i papierowo szperałem bo mojej domowej biblioteczne. Z wielkim zdziwieniem odkryłem leśne tulipany (wtedy, w aktach Finckensteinów, zapisane jako Waldtulpen). Z Wikipedii oraz z „Roślin Polski” Szafera, Kulczyńskiego i Pawłowskiego (wydanie z 1986 roku) dowiedziałem się więcej o tym gatunku. Znamienne, że w nowszych książkach nie ma o nim wzmianek.

Tulipan dziki zwany także tulipanem leśnym (Tulipa sylvestris) jest gatunkiem wieloletnim z rodziny liliowatych (Liliaceae) (zamieszczona wyżej ilustracja pochodzi z książki: Prof. Dr. Otto Wilhelma Thomé Flora von Deutschland, Österreich und der Schweiz, wydanej w 1885, źródło Wikimedia Commons). Występuje w całej Europie i północnej Afryce oraz w Turcji. Populacje dziko rosnące zagrożone są wyginięciem (a sądząc po braku informacji w Polsce to już najwyraźniej wyginęły). Występuje również w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, gdzie został introdukowany. U nas prawdopodobnie tylko zdziczały (czyli jako roślina, która „uciekła” z ogrodów). Stwierdzany na Śląsku i północno-zachodnim podnóżu Tatr. „Rośliny Polskie” sugerują, że u nas osiąga tulipan leśny północno-wschodnią granicę zasięgu występowania.

Skoro Śląsk i Tatry to północno-zachodnia granica naturalnego zasięgu, to co te leśne tulipany robiłyby na Prusach Wschodnich pod Kętrzynem – jeszcze dalej na północ i na wschód? Najprawdopodobniej były uprawiane w ogrodzie. I dlaczego ten tulipan wzbudził zainteresowania kucharza? Tulipan dziki rośnie w lasach, na łąkach, w ogrodach, zaroślach i winnicach. Lokalnie zadomowiony, nieinwazyjny (nie ma ww wspołczesnym wykazie roślin synantropijnych Polski), prawdopodobnie kenofit, pochodzi z Europy południowo-zachodniej, Nie wiadomo kiedy pojawił się na terenie Polski. Może na fali osiemnastowiecznej mody na tulipany wśród arystokracji? Najpewniej był hodowany w ogrodach, z których wnikał do siedlisk częściowo przeobrażonych przez człowieka.

Tulipan dziki ma wzniesioną łodygę o wysokość od 30 do 60 cm, liście niebieskozielone, wąsko lancetowate lub równowąskie, po 3 lub 4 o długości 15-30 cm i szerokości 1-2 cm. Kwiaty są jasnożółte z zewnątrz zielonkawe lub czerwonawe, w czasie słonecznej pogody szeroko otwarte. Kwitnie od kwietnia do maja. Przed zakwitnięciem kwiat szczytowy jest zwisły, później wzniesiony, słabo pachnący. Ładny jest na pewno. Ale skoro ma niezbyt intensywny zapach, to dlaczego wzbudził zainteresowanie kucharza z Drogoszów?

Przepis na sok z leśnych tulipanów jest następujący: „zerwij leśne tulipany [możliwe, że z tych uprawianych w ogrodzie a nie lesie – s.cz.] skoro tylko się pojawią [zatem w kwietniu lub maju] zalej je wrzątkiem, odstaw na 36 godzin, po czym wyciśnij z nich sok. Weź trzy kwaterki miodu, gotuj tak długo, aż się wyklaruje, odszumuj. Wlej do tak przygotowanego miodu cztery lub pięć kwaterek soku, dobrze zagotuj, ostudź.” Według przepisu to bardziej „sok z miodu”. Może to taki wiosenny napój? A może coś na kształt ziołomiodu? I dlaczego ten dodatek tulipanów?

W książce prof. J. Mowszowicza pt. „Przewodnik do oznaczania krajowych roślin trujących i szkodliwych” znalazłem tylko informację o tulipanie ogrodowym (Tullipa gesneriana). Zawiera alkaloid tulipinę (najpewniej występuje także w tulipanie leśnym). Działanie toksyczne: tulipany działają trująco na konie, bydło, muły (znane są przypadki zatrucia, gdy zwierzęta zjadały tulipany uprawiane w celach dekoracyjnych - krowy w ogrodzie zrobią szkodę nie tylko uprawom ale i sobie). Objawy zatrucia występują po upływie 1-2 godzin od zjedzenia rośliny. Odnotowany przypadki śmiertelne. Zapewne zależy od ilości spożytych tulipanów. U zatrutych krów obserwowano nie przyjmowanie pokarmu, niedokrwistość błon śluzowych, obniżenie temperatury ciała, częste wydzielanie moczu. Przy ciężkich zatruciach występowało ogólne osłabienie, chwiejny chód, niepokój, drgawki. Zatrute zwierzęta leżały, wykonując nieskoordynowane ruchy kończynami i w takiej pozycji pozostawały do śmierci. U koni, które zjadły tulipany obserwowano gwałtowne kolki, po czym następował szybki zgon. Ciekawe jak ten alkaloid (tulipina) działa wewnątrz organizmu? Jakie zakłóca procesy i w jaki sposób.

Hmm, najwyraźniej tulipany są trujące. Przynajmniej dla zwierząt. Dlaczego więc robić sok z tulipanów? Może w małych ilościach miały jakieś właściwości lecznicze? Trucizna czy lekarstwo to rzecz względna i zależna od dawki. A może kucharz został źle potraktowany przez Denhoffów i szykował jakąś mściwą trutkę, kamuflując tulipinę w miodzie?

Zapiski na marginesach książek kryją wiele tajemnic…. I wiedzy zapomnianej. A może, skoro w XVIII wieku Europę, zwłaszcza tę arystokratyczną, ogarnęło szaleństwo tulipanowe (nie jedną fortunę na nowe odmiany wydano), to może szukano w tych cennych roślinach czegoś unikalnego? Jakiegoś afrodyzjaku, cudownego lekarstwa czy narkotyku? Najwyraźniej eksperymenty nie dały nadzwyczajnych wyników, bo jakoś o soku z tulipanów zapomnieliśmy. Być może odeszły wraz z arystokracją (odchodząca klasa zabrała ze sobą swoje tajemnice tulipanowe).

Zatem, drogie panie, jeśli dostaniecie na 8. marca tulipany, na wszelki wypadek ich nie jedzcie. Cieszcie się pięknem wyglądu, cieszcie oczy a nie kubki smakowe.

Na koniec kilka ciekawostek o tulipanach. Są to rośliny cebulowe, należący do rodziny liliowatych. Do botanicznego rodzaju tulipan (Tulipa) należy około 120 gatunków i co najmniej 15 tysięcy odmian uprawnych (kultywarów). Gatunkiem typowym jest nasz Tulipa sylvestris L. (jak literka wskazuje, gatunek opisany przez Linneusza). Naturalny obszar występowania tulipana to Europa Południowa, północna Afryka, Azja od Turcji, przez Iran, góry Pamir, Hindukusz, stepy Kazachstanu, po północno-wschodnie Chiny i Japonię. U tulipana zachodzi zjawisko termonastii. Termonastia to ruchy nastyczne wywołane zmianą temperatury, a ruchy nastyczne to reakcje wzrostowe roślin niezależne od kierunku działania bodźca, związane z różnym tempem wzrostu różnych części organu lub ze zmianami turgoru niektórych komórek. U tulipana termonastia zachodzi, gdy jest jeszcze dość chłodno i tylko bezpośrednie nasłonecznienie podnosi dość znacznie temperaturę rośliny. Kwiaty tulipanów otwierają się, gdy temperatura wzrasta powyżej 15°C, a zamykają się gdy spada poniżej 13°C. U tulipana dostrzegalna reakcja zachodzi przy różnicy temperatur wynoszącej 0,5°C. Kwiaty tulipana w podwyższonej temperaturze otwierają się, a przy niskiej zamykają.

Ruchy termonastyczne mają duże znaczenie przystosowawcze w procesie zapylania przez owady. Pamiętajmy, że to kwiaty wiosenne, gdy jeszcze nocami jest zimno, a i za dnia może być chłodno, czasem popada śnieg. Owady są zwierzętami zmiennocieplnymi – aktywne są wtedy, gdy jest cieplej. Dlatego tulipany rozchylają swoje kwiat w słońcu, gdy jest nawet wiosna cieplej - bo wtedy jest największe prawdopodobieństwo zapylenia przez owady. Mechanizm ruchów termonastycznych polega na szybszym wzroście listków okwiatu po stronie górnej (wewnętrznej) w temperaturze wyższej, co powoduje rozchylenie się kwiatu. Gdy temperatura jest niska, szybciej rośnie dolna strona listków i kwiat się stula (kuli, jak my, z zimna, a tak na prawdę osłania słupek i pręciki). Listki okwiatu wydłużają się u tulipana o ok. 7% podczas jednego ruchu termonastycznego. Proces ten odbywa się wielokrotnie a w konsekwencji w ciągu całego okresu kwitnienia przyrost listków okwiatu może sięgać nawet 100%.

Tulipany w cieple się rozchylają. Dla owadów, nie dla nas. Panie, w cieple duchowym, rozkwitają. Tym razem zapewne dla nas. Więc z okazji Dnia Kobiet (i każdego innego dnia) obdarowujmy panie tulipnami i… ciepłym słowem, wzrokiem i gestem. Może w domu, jedne i drugie, rozkwitną (dosłownie i w przenośni). Soku z tupilana tymczasowo nie polecam, póki nie rozwiążę zagadki w jakiej ilości i na co byłby dobry.

 

 p.s., widział ktoś w naturze lub ogrodzie dzikiego tulipana, tulipana leśnego w Polsce?

O bookcrossingu, uniwersytecie i innowacyjności

sczachor

10968369_437706339711697_6864742262940034388_n

Wczoraj dostałem książkę. A w zasadzie dwie. Jedna zamówiona o ekorozwoju i wodzie w mieście ("Zrównoważony rozwój, zastosowania. Woda w mieście”, wydana przez Fundację Silesia). Drugą z konferencji w Centrum Nauki Kopernik, z moim tekstem. Długo na nią czekałem. Jest to wydawnictwo pokonferencyjne (Konferencja Pokazać-Przekazać, 22-23.08.2014). Podoba mi się motto książki (i konferencji) „pomóż mi zrobić to samodzielnie” – słowa Marii Montessori. Tak czy siak książek w domowej biblioteczne przybywa. Jedne są nieustannie potrzebne, inne kiedyś przeczytane długo bezproduktywnie leżą na półce. A książki lubią być czytane, tak jak ludzie – słuchami.

Dzisiaj rozpoczyna się w Olsztynie akcja „BookCrossing Olsztyn: Uwolnij książki”. I ja się do niej przyłączę. W bookcrossingu (uwalnianiu książek, społecznej wymianie książek) chodzi o rozpowszechnianie czytelnictwa, poprzez zostawianie książek w różnych miejscach: autobusach, parkach, poczekalniach. „Przeczytaj i podaj dalej”. Każda książka jest zarejestrowana na stronie bookcrossing.pl, gdzie poprzez specjalny kod, można sprawdzić, kto wcześnie ją odkrył, przeczytał, uwolnił. Jeżeli zechcesz przekazać książki na tę olsztyńską akcję, to się zgłoś drogą mailową na adres: barbara.pietrewicz@gmail.com. Ja uwalniam bez asysty internetowej. Bo jestem trochę leniwy. Wczoraj do naszej osiedlowej półki bookcrossingowej znowu coś zaniosłem. I dzisiaj zrobię podobnie.

Biblioteki są rzadszej odwiedzane bo…. jesteśmy bogatsi i kupujemy książki a nie je wypożyczamy. Jest więcej książek, ale każda z nich jest rzadziej czytana. Podobnie z wypożyczalniami filmów – zniknęły z rynku. A przecież wcale mniej filmów nie oglądamy. Ja oglądam niektóre programy telewizyjne.. a przecież od ponad roku nie mam telewizora. Zawężamy swój ogląd księgarski do wizyt w księgarnia i domowej biblioteczki. Zawężamy krąg obserwowanych książek – mniejszy jest kontakt z różnorodnością. Przy korzystaniu z biblioteki jednak spotykaliśmy się z większą różnorodnością i bogactwem literatury. Spotykaliśmy to, czego się nie spodziewaliśmy. Książki to kolejny przykład, że bogactwo nie zawsze wychodzi na dobre. Owo dobre płynie ze spotkań z ludźmi. Bookcrossing pozwala się spotykać zupełnie inaczej, ale książka jest w centrum tego spotkania.

Biblioteki systematyczne stają się nie tylko magazynem deficytowych książek ale i miejscem spotkań publicznych, kontaktów międzyludzkich. Wtedy na powrót ożywają. I to widać w wielu miejscach. Zainicjowana akcja bookcossingowa jest przykładem kulturotwórczej roli bibliotek. Wbrew pesymistom biblioteki nie zanikną. Zmieniają tylko swoje oblicze.

3okladkaWrócę na chwilę do jednej z otrzymanych pocztą książek. Tej z Centrum Nauki Kopernik. Jest wyrazem mojego współuczestnictwa w poszukiwaniu nowych metod kształcenia, w tym przypadku pozaformalnego i nieformalnego. Mój rozdział dotyczy podsumowania dyskusji z nauczycielami. Piszę o trzech poziomach integracji międzyprzedmiotowej w szkole i jest to podsumowanie głównych zagadnień i kierunków dyskusji w panelu 4. „Naukowa podróż – czyli o przenikaniu przez ściany klas”.

Innowacyjność nie sprowadza się tylko do „gadających dachówek” (aczkolwiek i one są poszukiwaniem pozaformalnej edukacji przyrodniczej). Uważam, że Uniwersytet otwarty to poszerzenie misji na innowacyjność. W tym także na innowacyjność edukacyjną. Bo świat się zmienił i musimy do niego dostosować szkoły wszelkich poziomów i szczebli. Niebawem jadę do Gdańska na konferencję dydaktyki akademickiej (Ideatorium). A tydzień temu zacząłem na sobie i na studentach  eksperyment czy raczej wdrożenie. Przedmiot autoprezentacja dla biotechnologów odbywa się dla chętnych w formie zgrywalizowanej. Badania nie dotyczą przecież tylko chruścików, ekosystemów, bioróżnorodności czy biomonitoringu. Także metod komunikacji we współczesnym świecie. Jakże innym od tego z naszego dzieciństwa czy młodości. Współpraca uniwersytetu z otoczeniem jest potrzebna, ale musimy do tego otoczenia wychodzić z czymś nowym, oryginalnym i samodzielnie przeżytym, przetworzonym, przemyslanym. A nie tylko z tym, co w książkach (nawet zagranicznych) wyczytamy. Czytać to już wszyscy potrafią, pośredników chyba nie potrzebują.

Dlaczego warto poszukiwać nowych, niestereotypowych metod kształcenia uniwersyteckiego? Bo rewolucji nauce dokonują ludzie wszechstronnie wykształcenie a nie specjaliści. Bo dokonują zmian w całym paradygmacie a nie e jednym szczególe. Bo innowacyjność nie rodzi się z wykuwania na pamięć regułek z akademickich podręczników. Potrzeba czegoś więcej. Jeśli więc mamy kształcić na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim kadry dla gospodarki innowacyjnej i przemysłu kreatywnego, to trzeba poszukać nowych metod, bardziej adekwatnych do sytuacji.

Jeśli relacja mistrz-uczeń jest prawdziwa i głęboka, to prowadzi do procesu formowania osobowości ucznia … ale i profesora. Wzajemność relacji zawsze występuje w kontaktach międzyludzkich. Kiedyś pięknie o tym pisał Ludwik Fleck, nazywając te wzajemnie, inspirujące kontakty kolektywami myślowymi. Innowacyjność jest procesem zbiorowym, wieloautorskim, z różnorodnymi formami komunikacji i pracy zespołowej. Czy możliwa jest silna więź profesor-student z wykorzystaniem nowoczesnych środków informatycznych? Właśnie próbuję to odkryć i sprawdzić. Zarówno wprowadzając innowacje i nowoczesne metody do codziennej dydaktyki akademickiej jak i uczestnicząc w różnorodnych konferencjach naukowych temu poświęconych.

Dostrzegam konieczność odbudowania zaufania społeczeństwa do uniwersytetu i ludzi nauki. Potrzebna jest większa otwartość środowiska akademickiego na sprawy społeczne i współczesne zagrożenia, wzrost transparentności struktur i finansów uczelni, odpowiedzialność za własne działania, problematykę badawczą i rezultaty misji nas jako uczonych i obywateli. Dla kadry akademickiej ideałem jest student-badacz, a więc instynktownie takich poszukujemy. Być może gospodarka nie takich pracowników poszukuje. Zadaniem uniwersytetu jest przechowywanie, pomnażanie i przekazywanie wiedzy. Teraz podkreślamy także innowacyjność. Ona zawsze była, bo nauka ze swej istoty jest innowacyjna. Inaczej byłaby tylko odtwórczością. Ale teraz warto częściej przywoływać kreatywność i innowacyjność, bowiem zbytnio pogrążamy się w biurokratycznym administrowaniu, liczeniu punktów, wymyślaniu martwych procedur (byle ładnie w papierach wyglądało). Newman pisał, że misją uniwersytetu jest odkrywanie, kumulowanie, przechowywanie i przekazywanie wiedzy dla niej samej (wiedza dla wiedzy). Humbotdt akcentował poszukiwanie prawdy, generowanie wiedzy i kształcenie nowego pokolenia adeptów nauki (relacja mistrz-uczeń). A jaki będzie współczesny uniwersytet, który na naszych oczach (choć nie całkiem świadomie) powstaje?

„Szkoły produkują zawody, dla których nie ma zatrudnienia, bo system edukacji zbyt wolno reaguje na zmiany na rynku pracy. Jest jednak rozwiązanie. Przedsiębiorstwa i szkoły powinny szerzej współpracować, tak, żeby młodzi specjaliści uczyli się podczas pracy. To podejście warsztatowe. Nie chodzi więc oczywiście o uniwersytety, ale szkoły techniczne, medyczne, pielęgniarskie i inne.” Richard Sennett

Ja myślę jednak, że najlepszą kompetencją zawodową gospodarki opartej na wiedzy i na przemyśle kreatywnym są umiejętności naukowej analizy rzeczywistości: dostrzegania problemów, formułowania celów, stawiania hipotez roboczych, weryfikacji tych hipotez, dobierania materiału i metod, rzetelnego opisywania wyników, dyskusję własnych wyników z dorobkiem innych i umieszczanie w kontekście paradygmatu a na koniec wyciąganie wniosków. Te umiejętności potrzebna są wszędzie w nowoczesnej gospodarce. I te umiejętności kształci (przynajmniej powinien) uniwersytet.

Uczestniczę w konferencjach, uczę się, doświadczam ze studentami. W sumie każdy może - w dobie kształcenia przez całe życie to truizm. Od czego zacząć? Można od bookcrossingu. Podzielić się książką i w relacjach z innymi ludźmi, z wykorzystaniem internetu i zabawy poszukiwania skarbów, znaleźć książkę dla siebie. Poczytać… i przekazać dalej.

 2mojtekst1

Dobrowolna prostota czyli dlaczego piję wodę z kranu ?

sczachor

20141006_163655Woda z kranu to dobrowolna prostota, swoisty minimalizm stylu życia. Piję wodę z kranu bo jest bardzo dobrej jakości, bo jest znacznie tańsza od butelkowej, kupowanej w sklepie oraz dlatego, że czuję się odpowiedzialny za środowisko wokół mnie. Butelkowa woda to znacznie obciążenie środowiska przyrodniczego w postaci produkcji zbędnych śmieci i zbędnego transportu czyli zużywania nieodnawialnych surowców i emisji gazów cieplarnianych. A na dodatek z plastikowych butelek mogą uwalniać się szkodliwe substancje (zwłaszcza gdy butelka dłużej poleży w słońcu, np. bisfenole). Butelka na zdjęciu jest specjalna, z tworzywa bez bisfenoli.

Picie wody z kranu to kwestia zaufania i wiedzy o świecie. Boimy się tego co nieznane, a obecnie żyjemy w świecie konsumpcji, półek sklepowych i docierającej do nas reklamy. Reklamę znamy, dociera do nas każdego dnia z telewizji, radia, Internetu, gazet, ulicznych bilbordów. Przyrodę znamy dużo mniej. I też głównie z telewizji lub książek. Wody kranowej nikt w zasadzie nie reklamuje, a poza tym jest „za darmo”. W świecie nieustającej konsumpcji „za darmo” jest mocno podejrzane. Jakieś dziwne. A jak w sklepie kupione, to musi być dobre. Markowe. Jak ubrania z odpowiednią metką. Ta metka jest ważna. Jak dużo kosztuje, to znaczy dobre, ważne i daje poczucie spełnienia. Sklepowe daje poczucie spełnienia w świecie globalnej konsumpcji.

Picie wody z kranu to odpowiedzialność za losy biosfery, w której żyjemy i wpływu na globalne ocieplenie (skutki coraz bardziej odczuwalnej). Picie wody z lokalnego ujęcia to brak potrzeby zbędnego transportu. Jeśli pijemy wodę kupioną w sklepie… to płacimy za zbędne, jednorazowe opakowanie (od razu ląduje na śmietniku, a za wywożenie śmieci z miasta przecież płacimy). Płacimy także za zużyte paliwo na przywiezienie górskiej wody, kilkaset kilometrów do krainy tysiąca jezior. To tak, jakby drzewo wozić do lasu. . A po co kupować zbędne paliwo na transport i jednorazowe opakowanie? Po co przywozić z daleka to, co mamy u siebie, pod ręką? Dla dobrego konsumpcjonistycznego samopoczucia?

A może ta kupowana w plastykowej butelce jest lepsza? Dostęp do czystej wody to dostęp do zdrowia i wysokiej jakości życia. Na zdrowiu nie będziemy przecież oszczędzać. Tylko czy rzeczywiście ta woda butelkowa jest lepsza od zwykłej kranówki? Najczęściej nie. Woda wodociągowa też pochodzi z ujęć głębinowych, jest badana, kontrolowana i często dodatkowo uzdatniania, np. przez filtrowanie, ozonowanie itd. Być może w pamięci mamy wodę chlorowaną, kiepskiej jakości. Pamiętam te czasy, gdy mieszkałem w Płocku. Nawet po przegotowaniu woda była słabej jakości smakowej i nie najprzyjemniej pachniała. Ale te czasy dawno odeszły w przeszłość, przede wszystkim za sprawą postępu technologicznego.

Kiedyś piliśmy wodę ze źródła, ze strumienia, ze studni. Dawno temu. Krystalicznie czysta woda. Przynajmniej w stosunku do tej z rzeki, jeziora czy stawu. Krowy i konie poimy wodą „z przyrody”, ale sami nie wypijemy.

Jakiś czas temu, latem wybrałem się ze studentami do źródeł rzeki Łyny. Ja piłem wodę ze źródliskowego strumyka, studenci z plastykowych butelek. W moim plecaku było mniej bagażu, bo nie woziłem ( i nie kupowałem), tego co było za darmo na miejscu. Dlaczego moi studenci obawiali się napić wody ze źródła? Nie było kranu, białej glazury, tylko piasek i rośliny wokół. Ale ja znałem wcześniejsze badania tej wody i rozumiem procesy zachodzące w przyrodzie. Wiem, że to nie jest deszczówka czy woda z przydrożnej kałuży. Filtrowała się przez pokaźne złoża piasku i żwiru. I trwało to relatywnie długo. Przeciętnemu mieszczuchowi już łatwiej byłoby się napić wody ze studni. Bo studnia to specjalnie do wody wykopana, a źródło? Gdy wokoło drzewa, liście. Może jakieś pasożyty. Przecież bakterii nie widać. A może jakieś szkodliwe związki chemiczne, jakieś zanieczyszczanie. Tyle tylko, że łatwiej o zanieczyszczenia wód gruntowych, zasilających niejedna studnię, zwłaszcza gdy obok nieskanalizowana chlewnia czy leżący na pryzmie obornik. Czasem to naturalne, samoistne jest lepsze od tego specjalnie wytworzonego przez człowieka.

Woda ze źródła czy ze studni nie jest badania. Możemy tylko zaufać w jej jakość. Ale ta „z kranu” jest systematycznie badana. Może więc w rurach się „brudzi”. W Olsztynie, tam gdzie mieszkam, w wodzie jest stosunkowo dużo związków żelaza. W wyniku utleniania się wytrącają się nierozpuszczalne w wodzie tlenki żelaza i widzimy „rdzawe” nacieki. Widać to przy każdym źródle, gdy woda głębinowa wydostaje się na powierzchnie i styka się z tlenem atmosferycznym. Najczęściej to nie rury rdzewieją tylko wytraca się tlenek żelaza.

Wodę z kramu można przecież filtrować we własnym zakresie. Kiedyś tak robiłem. W wielu zakładach gastronomicznych tak robią. Ale to ze względu na odkładających się „kamień” w urządzeniach (tak jak w naszej pralce czy w czajniku). W procesach technologicznych te związki mineralne mogą przeszkadzać. Ale my potrzebujemy minerałów. Dlatego pijemy w czasie upałów wodę mineralną. Najczęściej taką wodę mineralna mamy… w kranie.

Z dużym zadowoleniem widzę coraz więcej restauracji, serwujących wodę z kranu oraz w hoteli i pensjonatów, z własnym ujęciem. Mają własna „kranówkę”, w estetycznych butelkach szklanych (firmowych) lub karafkach. Mniejsza produkcja śmieci (jednorazowe opakowania) i mniejsze zużycie paliw kopalnych. To biznes społecznie i ekologicznie odpowiedzialny, przy okazji przyjazny dla kieszeni.

Woda z kranu, wlana do dzbanka, to niemalże rękodzieło. Coś zrobione sobie samemu. Pełna lokalność. I powoli popularyzuje się moda na lokalność (bez konieczności zbędnego wożenia towarów). Rękodzieło nie jest gorsze od wielkoprzemysłowego, masowo produkowanego towaru. Cittaslow i dobrowolna prostota może zaczynać się od wody z kranu.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci