Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Woda w olsztyńskiej restauracji. Nareszcie!

sczachor

Wielkie, globalne problemy rozwiązuje się konsekwentnymi, małymi, lokalnymi działaniami. Bo kropla drąży skałę, zarówno w tym dobrym jak i złym. Globalne zmiany klimatu, wywołane działalnością człowieka, biorą się z naszych codziennych, konsumenckich nawyków. Podobnie możemy przeciwdziałać negatywnym skutkom ocieplenia klimatu. A jednym z ważniejszych problemów jest gospodarka wodą.

Podobno ktoś kiedyś powiedział, że jeśli wybuchnie trzecia wojna światowa, to będzie to wojna nie o ropę ale o wodę. Już w kilku miejscach na świecie trwają konflikty zbrojne, u których podstawy leży spór o wodę. My tymczasem trwonimy. W Olsztynie do spłukiwania toalety używamy wody mineralnej. Bo w sieci wodociągowej mamy wodę taką, jaką kupujemy w butelkach. Nosimy ze sklepów całymi zgrzewkami to, co w domu mamy za darmo. To znaczy nie zupełnie za darmo, bo za wodę wodociągową płacimy. Ale bez porównania mniej.

Z wodą w butelkach w sklepie problem jest poważniejszy. Tu nie chodzi o jej cenę. W jednym miejscu wydobywamy, pakujemy i wozimy na duże odległości. Zużywamy paliwa kopalne i przyczyniamy się do emisji gazów cieplarnianych. A na skutek globalnych zmian klimatu w niektórych częściach świata wody zaczyna brakować, w innych mamy ulewne deszcze, powodujące powodzie. Na te gwałtowne zjawiska atmosferyczne nie są przygotowane nasze sieci kanalizacyjne. Bo były budowane do zupełnie innych warunków. I dlatego coraz częściej w miastach mamy podtopienia po ulewnych deszczach. A będzie jeszcze gorzej.

Problem wody bezsensownie wożonej z miejsca na miejsce dostrzegły już niektóre kraje (np. Australia, USA). Pojawiły się nawet przepisy prawne, zakazujące sprzedaży wody w butelkach. Można kupić puste butelki i można nabrać wody (lub kupić). W ten sposób przeciwdziała się nie tylko niepotrzebnemu transportowi ale także eliminuje się zbędne opakowania. Plastikowe butelki to także zużycie surowców nieodnawialnych oraz produkcja śmieci. To wszystko globalnie kosztuje.

We Francji podoba mi się zwyczaj serwowania bezpłatnej wody w restauracjach. Najczęściej jest to po prostu woda z kranu (czasem schłodzona w lodówce). Owszem, jak ktoś chce, to może kupić sobie (zamówić) wodę butelkowaną, renomowanej firmy.

Zwyczaj z wodą do posiłku powoli przenika do Polski. Dzisiaj spotkałem tę modę w Olsztynie (pierwsza jaskółka). Konkretnie na Starówce w restauracji Prosta 38 (górne zdjęcie). Restauracja na razie serwuje bezpłatną wodę do posiłku... ale kupowaną w sklepie, w butelkach. Nie mają jeszcze odwagi po prostu odkręcić kran. Potrzeba zmian w myśleniu, zarówno konsumentów jak i restauratorów. Ale wielkie brawa za wodę gratisową do posiłku. Pierwszy krok wykonany.

Olsztyńska woda jest dobra. Za zachętę do zmian niech posłuży dolne zdjęcie z Francji. Restauracja zrobiona w starym budynku gospodarczym (z żywnością lokalną, z produktów pochodzących z tamtejszej farmy). A wodę można nawet nalać samemu, prosto z kranu, na widoku. Miejsce cudne. A w restauracji Prosta 38 spodobały mi się także warmińskie sery, produkowane z mleka owczego i krowiego gdzieś koło Srokowa. Sery były pyszne. Że Srokowo to nie Warmia? Ale restauracja na Warmii. W każdym razie żywność regionalna i smaczna.

woda2

 

 

 

 

 

 

Narodziny festiwalu hortiterapii

sczachor

Nawet duże przedsięwzięcia są na początku małe. Do "wielkości" potrzeba wytrwałości i systematyczności. Z inicjatywy podmiotów pozauniwersyteckich, na styku nauki i zastosowania wiedzy w praktyce rodzi się hortifestiwal. Czyli festiwal ogrodów. W tym roku pierwsza, jeszcze skromna edycja, której pomysłodawca oraz inicjatorem jest Zofia Wojciechowska. W jakimś sensie jest to jeden z ubocznych efektów stażu pracowników UWM w przedsiębiorstwach i prób tworzenia innowacji.

DSCN3335Pomysłodawczyni tak pisze o inicjatywie:

Hortifestiwal - to innowacyjna forma spotkań dedykowanych hortiterapii, poświęcona działaniom w obszarach nowych metod zarówno w profilaktyce jak i terapii prozdrowotnej opartej na kontakcie z roślinami. Festiwal jest pierwszym tego typu wydarzeniem na Warmii i Mazurach, to formuła odbiegająca od przyjętego wzorca festiwalowych wydarzeń. Spotykamy się w Olsztynie i Mrągowie w dniu 28 wrzenia i 29 września - będą to dwa dni warsztatów o interaktywnym charakterze, mające na celu zapoznanie się z hortiterapią. Służące przede wszystkim nawiązaniu kontaktów, by w dalszej perspektywie tworzyć pomost współpracy dla rozwoju ogrodoterapii i turystyki prozdrowotnej.

Hortifestiwal to kreatywne spotkania z twórczymi ludźmi zainteresowanymi nowymi proinnowacyjnymi możliwościami edukacji ekologicznej, specjalistycznych metodyk, profilaktyki opartej na zasobach środowiska naturalnego z zachowaniem praw zrównoważonego rozwoju, bioróżnorodności ogrodów, oraz tworzeniem specjalnych miejsc dla hortiterapii. Podniesienia poziomu dynamiki działań pro środowiskowych i potencjału agroturystyki przez budowanie systemu zielonych miejsc pracy.

HORTIFESTIWAL 28.08.- 29.09. 2014 r.

Program:

Blok I: Olsztyn Ogrody Zdrowia - Hortiterapia bez tajemnic

  • 11.00 Spotkanie w ogrodzie UWM z dr Beatą Płoszaj Witkowską (zwiedzanie kompleksu i pracowni) - warsztaty pokazowe
  • 13.00 Spotkanie z prof. Stanisławem Czachorowskim Dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze - Pogadanka i wykład w terenie
  • 14.00 Hortiterapia sposób na aktywizację zawodową - spotkanie ze słuchaczami studiów podyplomowych Hortiterapia UWM
  • 15.00 Horyzonty hortiterapii - spacer po miasteczku uniwersyteckim UWM Kortowo
  • 15.30 Hortiterapia -Trans granica. Prezentacja uczestników. Nowe formy współpracy, nowe produkty i nowe trendy. Platforma rozwoju agroturystyki i turystyki prozdrowotnej - moderator pani Wioletta Sokół (specjalista współpracy międzynarodowej Polska - Rosja)
  • Propozycja : 17.30 Warsztaty Hortiprodukty Wizyta w Galerii Warmińskiej – moderator studenci UWM i woluntariusze AIESEC
  • Wieczorne warsztaty "hortiterpia bez tajemnic" Instytut Hortiterapii - Zielony Samorząd - transmisja i spotkanie e- lerningowe na skype

29.09.2014 r. II Blok: Mrągowo "Natura i psychologia przeciwko cukrzycy" (c) prowadzenie - Instytut Hortiterapii, mgr Zofia Wojciechowska

  • 11.00 Seminarium - Hortiterapia Nowe metody w diabetologii
  • 11.30 Ogrody Zdrowia - prezentacja projektu i warsztat komunikacji
  • 12.30 Natura i psychologia przeciwko cukrzycy prowadzenie - interaktywne warsztaty z diabetologiem
  • 14.00 warsztaty hortiterapii - Instytut Hortiterapii, mgr Zofia Wojciechowska
  • 15.00 Zielony Pomost - wspólny spacer hortiterapeutyczny nad jeziorem Czos - pogadanka i wykład w terenie
  • 15.30 Kreacja czasu i miejsca zajęcia praktyczne z hortiterapii
  • 16.00 zwiedzanie Ekomariny i Centrum Edukacji Ekologicznej
  • 16.30 Uroczyste zakończenie Hortifestiwalu Wręczenie pamiątkowych dyplomów 
  • Wieczorne warsztaty "hortiterpia bez tajemnic" spotkanie na skype. Dla zaproszonych Gości !

Betonowy park a usługi ekosystemowe

sczachor

park1Mamy wielu specjalistów, potrafiących analizować i rozkładać wszystko na czynniki pierwsze ale brakuje nam umiejętności do syntezy i dostrzegania rzeczy w kontekście (czasu i sytuacji). Żyjemy jako cywilizacja chwilą, bez praktycznej umiejętności myślenia perspektywicznego. Mam na myśli średnią przeciętną. Negatywne skutki takiego sposobu myślenia i patrzenia na świat widoczne są na co dzień. Przykładem jest nie dostrzeganie usług ekosystemowych. Na przykład sposób patrzenia na zieleń (i parki) w mieście. Olsztyn jest dobrym przykładem choć nie tylko w tym mieście parki są "betonowe" i traktowane jako nieużytki inwestycyjne.

Bo po co jest park w mieście? Lub zielony skwer? Długofalowych skutków ekosystemowych raczej się nie dostrzega - bo trzeba wyjść poza swoją specjalność zawodową i spojrzeć nie tylko w całościowym kontekście ale i dłuższej perspektywie. Trzeba dostrzegać nie tylko inwestycje ale i jakość życia mieszkańców.

Kiedy ponad 10 lat temu szukałem mieszkania, brałem pod uwagę dostęp do terenów zielonych (nawet tych, uwzględnionych w planach). Kupiłem sobie mieszkanie na Osiedlu Mleczna. Przed oknami (za ulicą) miałem teren zielony (dawne ogródki działkowe) i rzekę Łynę. W planach nawet ten park in statu nascendi miał nazwę - park im. Janusza Korczaka. Dość szybko jednak doświadczyłem miejskiego poglądu na tereny zielone. Owszem, zaczęły się inwestycje, ale zupełnie inne niż myślałem.

Najpierw część parku wydzielono i powstał tam salon samochodowy. Potem dwukrotnie na tereny zielone wjeżdżały spychacze, wyrzucano gruz i ziemię (zapewne z jakieś okolicznej budowy) i całkowicie zdewastowano istniejącą tam zieleń. Pozostały zwały ziemi i goła pustynia, po której wiatr kurz roznosił. Przez moment myślałem, że to może zapowiedź realizacji planów z parkiem. Przecież na planach, opublikowanych w gazetce osiedlowej, były alejki, tereny zielone nawet boiska sportowe (rekreacyjne). Nic z tych rzeczy. Jedyne działania w ciągu ostatniej dekady to od czasu do czasu wykoszenie wysokiej trawy (miejscami) przycięcie drzewek i podsypanie alejki (bo chodzą tamtędy tłumy ludzi).

Po tych pobudowlanych dewastacjach zieleń samoistnie, powoli odrastała. Robiło się nawet sympatycznie choć dziko. Ale potem na osiedlu wybudowano sklep wielkopowierzchniowy. I nie było chętnych do kupna (wynajęcia). Więc kosztem planowanego parku wybudowano duży (kolejny) parking (pisałem już o tym wcześniej). Owszem, parking zbudowano ale o kilkunastu metrach chodnika zapomniano. I tak jest do dzisiaj. Nieopodal zasypano bagienko i budują kolejny sklep wielkopowierzchniowy W statystyce to niebawem Olsztyn  będzie miastem superparketów i galerii handlowych a nie miastem-ogrodem....

Od kilku dni znowu park im. J. Korczaka zasypywany jest ziemią i gruzem budowlanym. Podobno ma powstać jakaś myjnia samochodowa. Jak widać na zdjęciach, wywożony jest przede wszystkim gruz i ziemia budowlana. Park traktowany jest jak nieużytek, na który wyrzuca się różne śmieci, a potem przykrywa jakąś inwestycją. Planowa i przemyślana dbałości o zieleń? Trudno to dostrzec...

Tereny zielone traktowane są jak "nieużytki" budowlane a nie jako ważny obiekt infrastruktury miejskiej, poprawiający jakość życia mieszkańców. W tym przypadku zasypywana jest dolina rzeki Łyny. W razie wysokiego stanu wody w rzece Łynie... woda po prostu zaleje domy, bo zasypujemy naturalne poldery i dolinę. Kilka lat temu mówiłem znajomym, żeby się powodzi nie obawiali, bo jest szeroka dolina, która przyjmie ewentualna wysoka wodę 9rozleje się na terenach zielonych). Dolina rzeki zasypywana jest w Bartągu, powyżej Olsztyna, a teraz w samym Olsztynie. Moje uspokajające słowa trąca na aktualności. Ewidentnie zmienia się klimat i należy oczekiwać intensywniejszych opadów. Wiele europejskich miast przygotowuje się do takich sytuacji, nawet drobnymi inwestycjami. U nas żyjemy chwilą....

To tylko jeden przykład usług ekosystemowych, dewastowanych i zaprzepaszczanych. Planowany park systematycznie kurczy się, zajmowany przez kolejne inwestycje. Terenów do rekreacji coraz mniej.... No tak, ale władza mieszka w domkach z ogrodami, gdzieś pod miastem, a zwykły plebs może mieszkać na parkingu... Chyba, że zadecyduje nogami... i się wyprowadzi. Razem z podatkami.

Władze miasta chwalą się Parkiem Centralnym. Tak, to bardzo potrzebna mieszkańcom inwestycja. Ale warto przypomnieć, że plany tworzenia tam parku liczą ponad 30 lat i że część terenów wydzielono pod budowę domów i innych obiektów. Początkowo planowany by nawet miejski ogród botaniczny. Więc ocenę Parku Centralnego warto zrobić właśnie w kontekście... kilku dekad oczekiwania, zmniejszenia powierzchni i zaniechania tworzenia ogrodu botanicznego.

 

 Parking przy ul. Iwaszkiewicza zbudowano a o kilkunastu metrach chodnika zapomniano. I tak jest od kilku lat. Dobrze, że chociaż drzewka zasadzono... w dobrej porze fenologicznej i nie uschły.

 

 

O studentach i uczniach, którzy chcą być traktowani podmiotowo...

sczachor

Zamieszczam maila od czytelnika a zarazem studenta. By wskazać nauczycielom i kadrze akademickiej, jak myślą studenci. I żeby się samemu nie czuć jak samotny, wołający na puszczy. Zbyt często nie jest dobrze a my zbyt często karmimy się pozorami...

Szanowny Panie Profesorze,

Nazywam się (....) studiuję na (....), moją pasją jest informatyka i w tej branży pracuję. Dzisiaj trafiłem na Pana bloga (czachorowski.blox.pl) i od dłuższego czasu nie mogę się od niego oderwać. Dziękuję za ogromną ilość bardzo ciekawego tekstu, który czyta się z przyjemnością. Najbardziej interesujące są dla mnie wpisy z tagami: edukacja, studenci, uniwersytet. I w tym temacie chciałbym się z Panem podzielić się swoją historią. Z góry przepraszam, jeżeli tekst będzie długi, jednak widząc Pana chęć samodoskonalenia się w swojej roli i poznawania swoich studentów czuję, że muszę się tym podzielić.

Przede wszystkim, dla mnie relacja mistrz-uczeń była jedną z najważniejszych relacji jaka może być. Jednak młodemu człowiekowi współcześnie niezmiernie ciężko znaleźć jakikolwiek autorytet. W swoim życiu spotkałem zaledwie dwie takie osoby, które jak myślę - odmieniły moje życie.

Pierwszą osobą była wychowawczyni - nauczyciel informatyki w gimnazjum. Była to pierwsza osoba, która zatroszczyła się moim talentem i moją pasją - informatyką, programowaniem. Przez pewien czas prowadziła koło informatyczne tylko dla mnie. Wielokrotnie mocno przekraczała swoje uprawnienia, żeby mi "pomóc". Jak np. nie miałem ochoty ćwiczyć na WFie to się pytałem, czy nie mogę zrobić czegoś "komputerowego" i zwalniała mnie z tych zajęć pozwalając robić coś, co lubię i potrafię. Na samych zajęciach pozwalała mi - zamiast robić swoje ćwiczenie - chodzić po klasie i pomagać innym. Przeciętny pedagog pewnie powie, że postępowała - szczególnie z tym pierwszym - złe i nieodpowiedzialne, ale wybór który mi pozastawiała sprawiał, że chodziłem do szkoły chętnie. Swoją drogą, sam często zostawałem po lekcjach w sali komputerowej, żeby coś zrobić. Na koniec gimnazjum dostałem też coś, z czego jestem dumny bardziej niż z biało-czerwonych pasków: "nagrodę za całoroczną opiekę nad pracownią komputerową". Była to jedyna osoba, z którą odczuwałem relację mistrz-uczeń, w której czułem się wolny i otoczony zaufaniem, którego mi brakło później.

Piekło przyszło w technikum informatycznym. Tylko jeden nauczyciel zostawił mi dość dużą swobodę - po trzecich zajęciach pozwolił mi iść ścieżką oddzielną od reszty grupy - tj. dostawałem ćwiczenia na płycie, miałem stworzyć program rozwiązujący dany problem, pokazać, że działa i miałem resztę czasu wolne na swoje sprawy (musiałem tylko być w sali i siedzieć przy komputerze, żeby w razie "kontroli" nikt się nie czepiał, że nie robię tego co wszyscy) lub pomagałem innym. Chętnie przyjmował moje pomysły na "usprawnienie" przeprowadzania testów (pomijając sensowność testów). Tj. przygotowałem program, do którego importowało się listę pytań i odpowiedzi, uczniowie rozwiązywali zadania i program sam wystawiał ocenę. Wcześniej odbywało się to na kartkach, a nauczyciel przynosił oceny po kilku dniach.

Zawsze uczyłem się w ciszy, w domu lub w bibliotece, na lekcjach nie byłem w stanie wysiedzieć. W sumie, to siedziałem, bo było trzeba. Ale po powrocie do domu musiałem samemu, jeszcze raz wszystko przeczytać. Szkoła, to dla mnie był hałas, nauczyciel nie panujący nad grupą, zbiorowa odpowiedzialność (kartkówki - których sam nauczyciel by nie napisał na ocenę pozytywną - za złe zachowanie klasy, gdzie "łobuziakom" było wszystko jedno, a takim jak ja się obrywało potem niższą średnią).

Zdarzało mi się dojechać do szkoły, popłakać przed nią i wrócić do domu. Dwie nauczycielki stosowały wobec nas wręcz przemoc psychiczną. Chciałem porozmawiać więc z wychowawczynią o indywidualnym toku nauczania, na co dostałem odpowiedź, że "gdyby tak każdy chciał to by.. (szczerze mówiąć, nie pamiętam co powiedziała, w każdym razie argumentacja była mocno nietrafiona)". W szkole był zakaz chodzenia w krótkich spodenkach, np. nauczyciel WOSu kazał wyjść z sali lub odpytywał takie osoby. A ubranie długich spodni po godzinnym bieganiu na WFie powodował, że z nas się lało i ciężko było wytrzymać. Nie można było także (na przerwach) korzystać z telefonów komórkowych (oficjalna wersja brzmiała tak, że "kiedyś umawiali się na sprzedaż narkotyków przez telefon", choć moim zdaniem chodziło o to, by nie nagrywać patologii, która momentami się tam działa. Jak nauczyciel "dyżurujący" zobaczył że się korzysta z telefonu to należało go oddać, był chowany w sejfie i musiał przyjechać rodzic żeby go odebrać. W technikum ma się 16-20 lat. W wieku 19 lat założyłem własny biznes. I na przerwie nie mogłem oddzwonić lub odebrać telefonu od klienta, bo miałem zakaz jego używania. Już nie mówiąc o tym, że czasem w internecie można było znaleźć przystępniejsze wytłumaczenie jakiegoś zagadnienia niż w podręczniku i regularnie korzystałem z telefonu także w celu edukacyjnym. W sumie paradoksalnie, musiałem chować się z użyciem telefonu żeby czegoś się nauczyć w... szkole.

Należałem do ZHP (może nie należałem, ale regularnie wyjeżdżałem), z kolegą z drużyny przynosiliśmy różne planszówki żeby sobie pograć na długiej przerwie. Nauczyciel podchodził i mówi, żebyśmy to schowali, bo to nie bar. Nie można było także siedzieć na podłodze. Ławek czasem nie było.. Na parapetach tradycyjnie też nie było można siadać. Co ciekawe, mimo tych wszystkich zakazów, jedna z toalet była przeznaczona na palarnie i czasem tylko dla przyzwoitości wpadał tam nauczyciel i wszystkich wyganiał, ale w sumie było na to przyzwolenie.. Co ciekawe - na całej szkole były naklejki "zakaz palenia na terenie całego obiektu", a któregoś razu idę do pedagoga pogadać o koleżance (miała straszne problemy rodzinne, przez jakiś czas mieszkała u mojej babci bo nie miała gdzie pójść), a pani pedagog bierze papierosa, zapalniczkę i próbuje przypalić i... Poprosiłem, żeby się wstrzymała (nienawidzę dymu tytoniowego). Rozumiem, że szkoła może ustalić jakieś zasady. Ale te zasady nie powinny być wręcz tyrańskie. Do szkoły chodziłem tylko na sprawdziany i połowę lekcji (tak, żeby nie mieć nieklasyfikowania), mimo to skończyłem szkołę z najwyższą średnią w klasie, najlepiej zdanym egzaminem zawodowym w szkole i najlepiej zdaną maturą z matematyki. Ale przez to niechodzenie zostałem wysłany do poradni pedagogiczno-psychologicznej. Miałem tam spotkanie z psychologiem. Byłem wtedy człowiekiem mocno wierzącym, spotykałem się wtedy ze swoją obecną narzeczoną niecałe dwa lata i z nią jeszcze nie współżyłem - oboje wyznawaliśmy ten sam pogląd i świadomie to odłożyliśmy. Z resztą poznaliśmy się w górach na katolickim wyjeździe. Pani psycholog w czasie wywiadu (który nie wiem czemu odbywał się przy mojej mamie, co mogłoby wpłynąć na moje odpowiedzi) pytała czy mam dziewczynę i czy z nią współżyję. Odpowiedziałem że mam, ale nie współżyjemy bo jesteśmy katolikami. Po czym pani psycholog z wielkim oburzeniem zaczęła mnie krytykować, mówić że sama skończyła uczelnie katolicką i że byli tam księża pedofile.. Że to pewnie przez napięcie seksualne itp. Musiałem się tłumaczyć dlaczego nie chcę współżyć. Następnego dnia pani psycholog zadzwoniła do mojej mamy i powiedziała, że myślała najpierw, że przyszedłem naćpany na ten wywiad, ale że teraz przeprasza i że zrozumiała, że jestem nieco inny, bo teraz spotyka inną młodzież..

To technikum miało jeszcze wiele innych wad - np. rozgrywki personalne dyrekcji. Przez rok mieliśmy naprawdę super nauczyciela od programowania. Ta pani naprawdę wiedziała co to znaczy programowanie. Organizowała konkursy, olimpiady (czego wcześniej nie było!). Oczywiście dyrekcji to się nie podobało i przesunęli tą panią do przedmiotu, którego nigdy nie uczyła: sieci komputerowe (podczas gdy programować uczyła ponad 20 lat). Chodziło o to, by dać pretekst do jej zwolnienia. Bo w technikach jest tak, że jak ma się uprawnienia do uczenia przedmiotów zawodowych, to do wszystkich danego zawodu. Ale przez 20 lat trochę się w informatyce zmienia.. Gdy poszliśmy do dyrekcji powiedzieć, że lekcje się nie odbywają, za pół roku egzamin zawodowy a my nic nie umiemy bo nawet jedna lekcja nie była poprowadzona, to wicedyrektor zarzucił nam zaniedbanie z wcześniejszych lat. Jak to usłyszeliśmy - i nasi rodzice - byliśmy w szoku. Ten beton był nie do ruszenia.

System pewnie też jest zły. Ale dzieje się coś nieprawdopodobnego z nauczycielami. Nie wiem czy kiedyś też tak było, ale po moich "przygodach" moim marzeniem jest to, żeby moje dzieci nie chodziły do szkoły..

W końcu czas na studia. Zdecydowałem się studiować zaocznie, także w związku z przeżyciami na poprzednim etapie, a poza tym chciałem zająć się pracą. Na rozpoczęciu roku akademickiego jak usłyszałem, że uniwersytet to "wspólnota nauczających i uczących się" mocno się wzruszyłem. Poczułem, że to miejsce będzie dla mnie. Ale znowu. Problemy może nie tak dramatyczne jak wcześniej, ale te znane każdemu studentowi.. USOS, panie w dziekanacie, rejestracje na przedmioty z odświeżaniem usosa co sekundę. Mało dyskusji, suche przekazywanie wiedzy (często tej samej przez kilkanaście/kilkadziesiąt lat tj. często nieaktualnej lub niestosowanej), nudne wykłady..

Zdarza nam się usłyszeć, że jesteśmy gorsi, bo studiujemy zaocznie, że jesteśmy pokoleniem zmarnowanym.. Podczas gdy wybraliśmy inną ścieżkę - duża część z nas pracuje, często dlatego że nie stać ich na studiowanie dziennie. Łatwiej jest wydać 500zł/msc czesnego+1000zł za pokój i jedzenie, przy pracy za nawet 1500zł/msc niż studiować dziennie, w efekcie nie pracować i wydawać także te 1000zł. Ja akurat mam inny powód, ale jestem przerażony, że osoba z tytułem doktora potrafi powiedzieć taką rzecz..

I to co chciałem Panu powiedzieć od początku, ale bez tej historii nie miałoby to sensu. Jak Pan spotka studenta, który jest zniechęcony, który boi się wykazać swoją kreatywnością, który boi się wręcz pomyśleć, niech Pan wie, że od podstawówki prawie każdy nauczyciel jest dla ucznia wrogiem. Zabija w nim kreatywność, zdolność myślenia, ciekawość świata. W technikum na odpowiedź "dlaczego tak się to powinno liczyć" na zajęciach matematyki, kolega otrzymał odpowiedź: idź na studia to się dowiesz. Analiza wiersza odbiegająca od klucza jest nic nie warta, a próba interpretacji "po swojemu" kończy się solidnym ochrzanem. Przez dobre kilka lat współczesny uczeń słyszy jaki jest kiepski, że teraz średnie wykształcenie jest nic nie warte, że kiedyś matura to było coś, że kiedyś to było trzeba się uczyć się na pamięć to, co teraz jest na kartce ze wzorami.. I w sumie jak nawet zda tą maturę, to i tak nic mu po niej. Do Pana przychodzą ludzie, którzy często nie wierzą w samych siebie, przyzwyczajeni do przepisywania całych książek i powtarzania tych samych wzorów z setką różnych przykładów. Przyzwyczajonych do metody "zakuj, zalicz, zapomnij", bo na pytanie: "do czego nam się przyda funkcja kwadratowa" nauczyciel nie jest w stanie kreatywnie odpowiedzieć tylko mówi: nie mądrzyj się. (autentyczne przykłady!)

Cieszę się, że są tacy ludzie jak Pan, przywraca mi Pan nadzieję. Jestem pewny, że Pana studenci nie zamieniliby się na żadnego innego. Jeżeli Pan tu dotarł, dziękuję za cierpliwość i przepraszam za zbytnie rozpisanie. Przy okazji: tworzę strony internetowe. Gdyby kiedyś jakieś Pana działania spotkały się z potrzebą założenia innej strony niż te, które pozwalają serwisy typu blox.pl - proszę dać znać, nieodpłatnie w ramach swoich możliwości chętnie pomogę. I jeszcze jedno: chętnie bym obejrzał Pana wystąpienie na TEDx! I jednocześnie polecić dwie bardzo wartościowe prezentacje:

https://www.youtube.com/watch?v=ktjMz7c3ke4

https://www.youtube.com/watch?v=_uLgYvtwgbY

Pozdrawiam! PS. na stronie nie działa zakładka "o jego uczniach"

Najwyraźniej strona o kole naukowym została usunięta z serwera uczelnianego... Muszę więc usunąć link....

W poszukiwaniu lokalnego dziedzictwa pod warmińskim niebem

sczachor

PLAKAT2

Dziedzictwo lokalne jest dla mnie źródłem inspiracji. I to nie tylko artystycznych. Powoli próbuję ukonkretnić także interdyscyplinarne badania nad dziedzictwem przyrondiczym i kulturowym i ich wzajemnych relacjach. Zanim jednak o tym napiszę bardziej szczegółowo, zapraszam na wernisaz wystawy "Pod Warminskim Niebem" do barczewskiej Synagogi. 

Dyskusje są jak ziarno zasiane w glebie, czyli opowieść o szkole i edukacji wyższej

sczachor

20140823_092247

Dyskusje są jak ziarno zasiane w glebie. Czasem kiełkują szybko, czasem ze znacznym opóźnieniem. Tak jak istnieje glebowy bank nasion, tak pewnie istnieje w kulturze (i pojedynczym umyśle) „pokonferencyjny bank refleksji i pomysłów”. Dyskusje ubogacają, nawet jeśli nie pozostawiają pisemnych (publikacyjnych) śladów. Od konferencji w warszawskim Centrum Nauk Kopernik upłynęło już sporo dni, ale ciągle kiełkują w mojej głowie jakieś myśli. Dla jednych konferencja była katalizatorem do zwerbalizowania, dla innych pełna inspiracją. Pisemna relację z panelu dyskusyjnego, poświęconego integracji międzyprzemiotowej w szkole już dawno oddałem organizatorom. Ale ciągle jeszcze jest sporo myśli niewypowiedzianych (bo ograniczało miejsce). Na dodatek kolejne sytuacje (np. zbliżający się nowy rok akademicki) działają jako stymulatory. Zupełnie jak w glebowym banku diaspor. Ciągle coś kiełkuje.

Szkoła i uniwersytet zajmują się edukacją. Jak więc sensownie zorganizować ten proces? Co i jak powiedzieć uczniom/studentom (np. na zbliżających się zajęciach na studiach podyplomowych dla nauczycieli chce podpowiadać jak mogą ulepszyć swoja pracę). Tak, żeby było prawdziwe a nie pozorowane?

Nie jest tak ważne CZEGO się uczysz (co studiujesz) ale JAK się uczysz (jak studiujesz), kogo spotykasz, jakie stawiasz pytania, jak szukasz odpowiedzi. Studiowanie to proces a nie produkt (a ty nie jesteś konsumentem produktu. Z edukacją szkolna jest podobnie: szkoła to nie punkt ksero gdzie gotowe treści kopiuje się do głów uczniów. Człowiek jest całością, świat w którym żyje człowiek też jest całością. Wiedza – zarówno ta indywidualna w głowie jak i ta sumaryczna, ogólnoludzka – jest systemem, niejako organizmem ze sprawnie dopasowanymi o współpracującymi elementami. To nie jest worek (magazyn) z nawrzucanymi informacjami.

Dlaczego w Centrum Nauki Kopernik zajmowano się integracją międzyprzedmiotowa? Współczesna szkoła dobrze sobie radzi z analiza i rozkładaniem na części. Ale trzeba pamiętać, że podejście redukcjonistyczne i analityczne jest tylko etapem poznawania całości. Musi następować także synteza, uogólnienie. Bo wiedza ma charakter systemowy. I nad tym jak zorganizować składanie wiedzy w system nauczyciele i edukatorzy się zastanawiali. Nie czy ale jak to zrobić.

Spośród kilku sposobów chcę wspomnieć o jednym. Integracja międzyprzedmiotowa może odbywać się w ramach szkoły, w formie ścieżki międzyprzedmiotowej, korelacji międzyprzedmiotowej (zespoły szkolne), projektów szkolnych, konkursów i wewnątrzszkolnych pikników naukowych. W tak rozumianych działaniach możliwa jest integracja wiedzy przyrodniczej z różnych przedmiotów: biologii, chemii, geografii, fizyki, matematyki a nawet języka polskiego, angielskiego itd. Kluczem do takich działań jest praca zespołowa. Każdy z nauczycieli prowadzi swój przedmiot, w programie jest on mniej lub bardziej skorelowany z treściami innych, równoległych przedmiotów. Integracja międzyprzedmiotowa w szkole wymaga współpracy co najmniej dwu nauczycieli (np. chemika i biologa w szkole średniej, albo biologa z fizykiem). To tradycyjny punkt widzenia.

Ja chcę zwrócić jeszcze uwagę na inny aspekt. Możliwe jest integrowanie różnych przedmiotów, ale także i postaw społecznych czy komunikacji społecznej. Czyli integracja nauk przyrodniczych z humanistycznymi i artystycznymi.

Jednak jest małe ale. Takie podejście wymaga pracy zespołowej w szkole, a nie zawsze się to udaje. Deficytem nie są umiejętności (kompetencje) nauczycieli w odniesieniu do ich dyscyplin przyrodniczych a kompetencje społeczne (domena nauk humanistycznych czy nawet artystycznych). W dużym stopniu sukces takiej integracji międzyprzedmiotowej (na poziomie szkoły) zależy od dyrekcji szkoły: czy potrafi stworzyć taką atmosferę współpracy, czy też nakręca atmosferę rywalizacji i wyścigu szczurów )takim kompetencji zarzadzania raczej żadna komisja nie zauważa przy konkursach na dyrektorów). Zależy także od umiejętności interpersonalnych grona pedagogicznego i poszczególnych nauczycieli. Wymaga bowiem pokonania egoizmów indywidulanych na rzecz dobra wspólnego. W indywidualnej karierze nauczyciela (np. awans zawodowy) liczą się sukcesy indywidualne, dlatego nie tak rzadko nauczyciele „wyrywają” sobie zdolnych uczniów, olimpijczyków itd., aby ich sukcesy sobie przypisywać. Dobry zespół to nie jest tylko suma wybitnych jednostek pod względem kompetencji twardych. To także umiejętność współpracy w zespole. Do tego przydatne są kompetencje społeczne (empatia, współpraca, życzliwość, koleżeńskość itd.). A czy te kompetencje są w ogóle dostrzegane i nagradzane? Nagradzane – aby wskazać na ich ważność i niebagatelną rolę.

Czasem współpracy wewnątrzszkolnej sprzyja (motywuje) zagrożenie zewnętrzne w formie groźby rozwiązania szkoły ze względu na małą liczbę dzieci itp. O skuteczności integracji szkolnej w nauczaniu decyduje umiejętność pracy zespołowej, umiejętności interpersonalne i dialogowania samych nauczycieli. Od razu rodzi się pytanie czy byli do tego przygotowaniu w dotychczasowym systemie edukacji, także na studiach wyższych? Czy te kompetencje świadomie rozwijane są już w czasie kariery szkolnej w ramach kształcenia ustawicznego? Czy te kompetencje rozwijane sa na studiach? To pytanie kieruję do siebie, przed inauguracją nowego roku akademickiego. I szukam konkretnych odpowiedzi nie czy ale jak to zrobić. W codziennej pracy ze studentami, jak i z nauczycielami (studia podyplomowe). Ale także sam próbuje poznać możliwości np. edukacji pozaformalnej. Dlatego wybrałem się do Barczewa na warsztaty z malowania na szkle. Nie tylko teoretyzować, ale poznać, przeżyć, doświadczyć c i spróbować zrobić t lepiej. Dlatego te rozważania będę wykorzystywał nie tylko w standardowej pracy akademickiej ale także w innych formach edukacji „pozaszkolnej”.

Zagrożeniem dla integracji międzyprzedmiotowej (różne lekcje) w ramach szkoły jest egoizm i indywidualizm poszczególnych osób, „wyrywanie” sobie uczniów zdolniejszych – olimpijczyków, wygrywających konkursy, bo wpływają na zawodowe sukcesy nauczycieli. Obserwuje się także próby eliminowania z klasy uczniów słabszych i z deficytami, bo wymagają znacznie większego wysiłku i zaniżają średnią ocen. Łatwo sprawdzić wiedzę uczniów w testach kompetencyjnych, porównać średnie ocen, sukcesy pozaszkolne, znacznie trudniej sprawdzić umiejętności społeczne, w tym pracę zespołową, postawy społeczne, wspieranie się itd. Ponadto trudniej sprawdzić ile osiągnął nauczyciel poprzez swoją pracę z konkretnym uczniem. Uczniom zdolnym i z dobrym wsparciem rodzinnym nauczyciel niewiele musi pomagać – sami osiągają sukcesy. Gdy jednocześnie uczniom z indywidualnymi czy społecznymi deficytami osiągnięcie nawet poziomu trójkowego wymaga dużej pracy nauczyciela. Testy kompetencyjne mierzą jedynie efekt końcowy a nie przyrost wiedzy i włożony wysiłek.

Podobne zjawiska obserwuje od wielu lat na uczelniach wyższych – student traktowany bywa jako przedmiot, swoisty łup i element do indywidualnej kariery. Dlatego studenci „słabi” są pozostawiani samym sobie, są spychani i oddawani pracownikom, będącym dalej od „koryta” w wyścigu szczurów i awansu zawodowego. Piszą o kompetencjach empatii czy pracy zespołowej mam na myśli cała gospodarkę. Bo w każdym zespole tacy pracownicy są niezbędni. Jak smar w silniku.

Sytuacja w gronie pedagogicznych (oraz w gronie akademickim) jest dobrą ilustracją tego, do jakich warunków przygotowujemy ucznia czy studenta. Już w październiku przekonamy się jacy uczniowie przyjdą na zajęcia, a potem jacy absolwenci znajda się na rynku pracy. Czy będę potem indywidualistami i egoistami, konkurującymi ze sobą w wyścigu szczurów i czy też dobrze wpisywać się będę w zespoły i będą potrafili pracować w zorientowaniu na cel wspólnotowy (grupy, zespołu, firmy). Zagrożeniem dla tworzenia nauczycielskich zespołów wewnątrzszkolnych jest brak czasu, finansów, zła kultura pracy a także niskie społeczne zaufanie do nauczycieli (ciągłe kontrole i konieczność pisanie wielu obszernych sprawozdań i podsumowań). Zagrożeniem dla dobrego kształcenia akademickiego także są te same deficyty kadry akademickiej. Ale czy ktoś świadomie rozwija w tym kierunku kadrę uniwersytecką? Liczą się tylko punkty i papierowe sprawozdania….

 

ps. zdjęcie z wykłady w czasie sierpniowej konferencji w Warszawie (Centrum Nauki Kopernik)

Krajobraz rolniczy, ochrona bioróżnorodności i biogospodarka czyli o bankach ekosystemów

sczachor

DSCN9251

W stosunku do trwania ekosystemu (i krajobrazu w sensie ekologicznym) żyjemy krótko. Nie dostrzegamy więc zmian, jakie się nieustannie dokonują. I nie zdajemy sobie sprawy, że przyroda, jaka oglądamy jest inna niż ta, którą widzieli nas przodkowie. Ba, nawet nasi rodzice. Zmiany następują tak szybko, że przyroda dzieciństwa jest też inna niż przyroda, widziana oczami dorosłego człowieka. Uświadomiłem sobie to patrząc na pola. W moim dzieciństwie na polach stały kupki (stygi) zżętego zboża. Teraz widać duże pola z ciukami różnego kształtu. Wizualnie zupełnie inny krajobraz. Ale przecież to nie tylko estetyka ale i duże zmiany bioróżnorodności. Na krajobraz z sentymentem patrzą zarówno artyści jak i ekolodzy.

Na ogół atrakcje dzikiej przyrody kojarzymy z lasem i jeziorami. Krajobraz rolniczy wydaje się nieciekawy i przekształcony. Ale prawdą jest tylko to drugie. Krajobraz użytkowany rolniczo jest ciekawy nie tylko dla malarzy i fotografów ale i dla naukowców oraz ma wartość w ocalaniu różnorodności biologicznej, ważnej także dla biogospodarki.

Warto przy okazji przypomnieć, że lasy i jeziora też są mocno ukształtowane przez działalność człowieka. Pierwotne puszcze już od tysiącleci były wypalane, wycinane a na coraz większych polanach powstawały pastwiska i pola uprawne. Wraz z tymi zmianami siedliskowymi pojawiały się w naszym krajobrazie coraz to nowe gatunki roślin i zwierząt. Zając, bocian biały, kuropatwa kojarzą się nam z zanikającą i dziką przyrodą, a przecież to typowi mieszkańcy krajobrazu rolniczego. Teraz napływa do nas fala kolejnych gatunków, po części związanych ze zmianami klimatu ale jeszcze bardziej z powodu zupełnie nowych przekształceń krajobrazu (sposobu uzytkowania). Widzimy więc nawłoć kanadyjską, dab czerwony, niecierpka himalajskiego, jenoty, raka amerykańskiego itd. Takich roslin czy zwierząt nie widzieli nasi przoddkowie.

Krajobraz rolniczy i związana z nim przyroda zmienia się wraz ze sposobem użytkowania rolniczego. W ostatnich dziesięcioleciach zmiany są szczególnie szybkie i głębokie. Najpierw była to gospodarka żarowa: ludność epoki brązu wypalała fragment lasu i zakładała swoje małe pola uprawne. Po kilku latach gleba ulegała wyjałowieniu i takie pole pozostawiano jako pastwisko. Ale po 20-30 latach ludność przenosiła się w inne miejsce a na dawne pola i pastwiska wkraczał ponownie las. Mała dygresja - czy skoro tak krótko się mieszkało w jednym miejscu, to czy warto było budować trwałe i wymagające dużego wysiłku domostwa?

Zatem pierwotna puszcza ze średniowiecza nie była taka pierwotna i dziewicza jakby się nam wydawało. Była w części ukształtowana przez człowieka. Tak jak i przez inne zwierzęta – obecność roślinożerców kształtuje ekosystem. Te zależności są oczywiście obustronne. Gdy zwiększyła się gęstość zaludnienia dawny sposób gospodarowania nie był już możliwy. W średniowieczu pojawiła się trójpolówka ze wspólnymi pastwiskami. Las też był pod wpływem wypasu, czyli obecności świń i bydła. Teraz leśnicy-ekologowie zastanawiają się jak ten las wyglądał. I rodzą się pomysły eksperymentów, żeby stare rasy zwierząt (bo odporne) wprowadzić gdzieś do lasu i zobaczyć jaki skutek wywrze takie gospodarowanie. I porównać do ekosystemu kształtowanego przez żubry i jelenie. Czekać trzeba będzie zapewne kilkadziesiąt lat na pełne wyniki. Ale dzięki temu uda się zrozumieć przeszłość… a w konsekwencji i teraźniejszość. Że długo trwa taki eksperyment? No cóż, ekologia tak ma, długo się czeka na efekty eksperymentu.

Ale wróćmy do przekształceń lasu. Jeszcze później – po podziale ziemi- w krajobrazie liczne były miedze i małe pola. Takie ekstensywne rolnictwo jest już w zaniku – „wymiera” jak dinozaury. A wraz ze zmianą użytkowania zmienia się i przyroda. Wiele gatunków „chwastów” jak i zwierząt (nawet „szkodników”) jest obecnie zagrożonych wyginięciem. W krajobrazie widzimy wielohektarowe uprawy monokultur. Wraz z brakiem miedz i „nieużytków” znikają kolejne gatunki roślin zielnych, wiele gatunków owadów, ptaków i drobnych ssaków. Duże i ciężkie maszyny wymagają wczesnego, wiosennego osuszenia pół, aby mogły wjechać i nie ugrzęznąć. Skutkuje to coraz liczniejszymi osuszającymi melioracjami. Z krajobrazu rolniczego znikają torfowiska i małe zbiorniki wodne. Na to nakładają się zmiany klimatu.

Zmienia się krajobraz rolniczy. Ślady tych zmian obserwować można w różnych miejscach naszego regionu. Czy potrafimy rozpoznać gatunki roślin i zwierząt, związane z pierwotną puszczą, gatunki typowe dla dawnego rolnictwa ekstensywnego oraz gatunki „obce” (przybyszów z XX i XXI wieku) ? Rozpoznać w terenie i opowiedzieć ich historię? Archeolodzy, szukający starych grodzisk Prusów zastanawiają się także nad szatą roślinną. Czy po tylu wiekach od powstania tych warowni, gdzie w terenie pozostał tylko ledwo widoczny pagórek, jest jeszcze jakaś „pamięć przyrody” – specyficzne gatunki roślin? Botanicy nazywają je archeofitami. Bo ekosystemy zmieniają się wolno, wraz z sukcesją i koewolucją (cenofilogeneza), składających się na nie gatunków.

Dziedzictwem przyrodniczym regionu (a zatem i atrakcją turystyczną) są nie tylko lasy i jeziora, pozornie dziewicze. Tym dziedzictwem jest także krajobraz rolniczy, który się zmienia. Dlatego warto chronić dawny krajobraz, tak jak chroni się lasy i jeziora w rezerwatach przyrody. Ale jak chronić krajobraz rolniczy? Przede wszystkim chroniąc procesy. A to nie będzie takie łatwe. Może przynajmniej w skansenach albo jako atrakcja turystyczna? Bo wtedy spadek dochodów, wynikający z mniejszej wydajności rekompensowany będzie innymi źródłami dochodów. Chroniąc dawne ekosystemy chronić trzeba dawne zawody i sposoby gospodarowania ziemią.

Tak jak są banki genów tak być może pora pomyśleć o bankach ekosystemów?

O wykładach: „niestety prezentacja”

sczachor

10344414_10203312025314757_8193832403318386839_o

Wykład z rzutnikiem multimedialnym, komputerem i prezentacją (np. w Power Poicie) wydawać by się mógł nowoczesnością i szczytem profesjonalizmu. Ale jakiś czas temu usłyszałem od studenta opinię "znowu niestety prezentacja" jako reakcja na wykład* z Power Pointem. Dlaczego tak? Dlaczego studenci mogą mieć dosyć wykładów z prezentacją a chwalą sobie profesora, który tylko opowiadał, ale za to z sensem i z pasją?

Bo może studenci odróżniają prawdę od udawania i podróbki? Jeśli się głębiej zastanowić, to jaka jest różnica między czytaniem z kartki, czy z folii czy z ekranu komputera? Że sprzęt jest inny? Że się potrafi obsłużyć komputer? A czy jak pojawiają się jakieś tecbniczne problemy ze sprzetem czy programem to czy taki czytacz slajdów rzeczywiście sobie sam poradzi czy woła na pomoc studentów z sali lub wzywa "fachowca"? 

W czasach mojej młodości nudziliśmy się na odtwórczych wykładach czytanych z kartki lub książki. Potem były folie - to samo. Innym razem puszczane były filmy... Niby więcej techniki, ale jedni wykładali jak autorzy, inny odczytywali folie, czasem nie przez siebie przygotowane (a czy teraz wyświetlamy własne prezentacje czy też przygotowane przez innych i jedynie nieco zmodyfikowane?). Teraz mamy powszechniej znane prawo autorskie i umowy o dzieło. Więc jesteśmy bardziej świadomi, że wykład powinien być autorskim dziełem z oryginalną treścią czy interpretacją. O dziele nie decyduje forma upowszechnienia, powielenia, wykonania, nawet animacje komputerowe. Sam komputer i prezentacja nie doda mądrości. Może jedynie być ekscytującą nowinką techniczną (ale obecnie Power Point już nowinką nie jest).

Nauczanie jest całością. Uczyć trzeba nawet ogłady… gdy dostrzeże się taką lukę/potrzebę. Bo jest to uzupełnianie całości. Edukacja buduje podstawy osobowości ucznia/studenta/kursanta. Edukacja całościowa to sprawdzanie przez projekty (zadania): zobaczyć jak sobie radzą, z czym mają problemy. I wtedy na tych deficytowych umiejętnościach/kompetencjach/wiadomościach się koncentrować. A więc w kontekście. Edukacja do dialog, a więc wymaga słuchania (mam na myśli to, że wykładowca powienien słuchać i obserwować, poszukiwać reakcji zwrotnych). To nie jest jednokierunkowy monolog (odzczytywanie treści bez względu na kontekst sytuacji i słuchacza). Nie przez oderwane od życia, od środowiska duchowego, od kontekstu… wypowiadane treści. Bo nawet najmądrzejsze akurat nie będą pasowały do kontekstu.

 „Czytać slajdy na wykładzie”...  porozkładać na części różnorodne, wyszperane informacje, ale już bez ponownego złożenia w spójną całość! Cała uniwersytecka Polska czyta studentom... chciałoby sie sparafrazować. Kiedyś z kartek i książek, teraz ze slajdów, wyświetlanych na ekranie. A co to książek w bibliotece nie ma (tak jak było zaraz po wonie) czy dostępu do internetu ? A i studenci zdaje się czytać potrafią (choć są i tacy, którzy wolą, jak ktoś im czyta i zmusza do zapisywania - to taka mnemotehcnika).

Czytanie slajdów to tylko powierzchowny rytuał. Obecnie Power Poit nie wabi (nie jest już nowinką, spowszedniał) a wręcz odstrasza (kiedyś były to „stare folijki”). Technologia tylko pozornie maskuje braki treści, braki pomysłu na porzekaz, autorski przekaz i dialog. Jest zwykłym zapełniaczem czasu a nie przekazem przemyślanej treści. Uczy co najwyżej słuchania a nie myślenia (po co, jak, dlaczego), Wtedy student jest przedmiotem a nie podmiotem działań. 

Słowa wypowiadane do ludzi dają szerszy i głębszy przekaz niż słowo drukowane. Dlatego nie okaleczać wykładów do „tekstu czytanego”… slajdzie prowadź. Czasem więc nawet przeszkadza, bo utrudnia kontakt ze studentem, jak mentalne kajdany zamyka w sposobie wypowiadania się. Czyta się w samotności i w indywidualnym tempie. Mówi się do ludzi i wśród ludzi. Wykłady są w grupie i wśród ludzi. Mówienie jest lepszym sposobem komunikowania treści. A rzutnik multimedialny może być jedynie uzupełnieniem, dodatkiem. I to wcale niekoniecznym. Na co zwrócił mi uwagę ów student. Z radością czasem studenci słuchają wykładu... gdy nie ma rytualnego rzutnika. To warto zapamiętać by nie męczyć siebie i studentów (oni oczekują tresci a nie technicznych gadżetów). W relacjach bezpośrednich od razu jest widać, czy ktoś (wykładowca) ma coś oryginalnego do powiedzenia czy nie. 

Nawet w dobie powszechnego, mobilnego internetu i rosnących cyfrowych repozyteriów,  wykłady na uniwersytecie są i będą potrzebne. Bo nic nie zastąpi bezpośredniego kontkaktu (i dialogu) człowieka z człowiekiem. Uniwersytet to mieszanina pracy własnej (czytanie) i pracyw w grupie: słuchanie, dyskutowanie, mówienie. Jest w tym miejsce na wykłady. Tyle tylko, że w walce o etaty... wykłady prowadzą nawet ci, którzy nic nie mają oryginalnego do powiedzenia, wypełniają tylko czas, "od dzwonka do dzwonka". Jak szarwar. A póki co studenci u nas za wielkiego wyboru nie mają. Dostają w pakiecie zestaw lekcji obowiązkowych.... ze sprawdzaniem obecności (a nie kompetencji). 

 

* nie o mój wykład chodziło, ale na mnie zadziałało jak sygnał alarmowy

O durniu, mądrości i szczęściu

sczachor

"Nawet każdy dureń wie, że nie porzeba wcale pieniędzy, aby umieć wyciskać radość z życia."

Thomas Merton ("Siedmiopiętrowa góra")

A skoro tak, to dlaczego tylu nominalnie mądrych ludzi goni za pieniądzem i karierą przy okazji przekreślając swoje szczeście? Bo czyż zapracowani i bogaci pracoholicy są szczęśliwi? Czasem tak... a częściej nie. Może nie ten jest mądry, który za takiego się podaje i może nie każdy "dureń", na dodatek niezamożny, rzeczywiście jest durniem?

To tak na początek roku szkolnego, jako sentencja czego warto się uczyć w życiu i na czym mądrość polega. Bo przecież chyba każdy człowiek pragnie szczęścia i chce być szczęśliwym (ponoć w głupim jest za mało miejsca na szczęście). Dobra edukacja to pewnie taka, która daje mądrość do bycia szczęśliwym. Daje umiejętność znajdowania radości i bycia szczęśliwym, pogodnym. 

Niebawem i mój początek roku akademickiego i nieustające pytanie (kierowane do siebie), czego i jak uczyć moich studentów. Żeby uczyć rzeczy ważnych i potrzebnych a nie szkodliwych bzdetów. Na razie rozpocząłem staż w mikroprzedsiębiorstwie. Mam wymyślać inowację (w zakresie turystyki i dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego), by firma ta odnosiła sukcesy ekonomiczne. Mam okazję poznać realne warunki, do których trafią moi studenci. Więc przy okazji skorzysta nie tylko firma, ale i moi studenci. Pod warunkiem, że będę dobrym obserwatorem, kóry nie tylko patrzy ale i widzi. Jednym słowem komercjalizacja i transfer wiedzy.

Hurmak olchowiec czyli o prowincjonalnym koronkarstwie

sczachor

hurmak1

Polacy nie gęsi… swoje stonki mają. Wiem wiem, w pierwowzorze chodziło o język gęsi a nie same gęsi. Ale ładnie brzmi więc w sparafrazowanej formie wykorzystuję. Bo będę opowiadał o stonce, ale nie tej zza Atlantyku, co przez morze się przedostała, by nasze ziemniaki bezprzykładnie zjadać. Okazuje się, że mamy własne stonki (chrząszcze z rodziny stonkowatych), I to takie, co koronki z liści robią. Takie lokalne rękodzieło.

Stonka, o której snuję opowieść, nie jest w paski. Jest metalicznie granatowa, czasem tylko prześwituje pomarańczowy brzuszek (oczywiście o odwłok chodzi, bo owady brzuchów nie mają, co najwyżej brzuszną stronę ciała). Chodzi o pospolitego u nas hurmaka olchowca. Hurmak – bo zazwyczaj gromadnie, tłumnie, masowo, hurmą występuje. A olchowiec? Bo na olchach żyje. To znaczy spotkać można go na wielu gatunkach drzew liściastych ale wyraźnie preferuje olsze. Nazwa dobrze oddaje istotę tego owada.

Skoro mowa o stonce ziemniaczanej czyli żuku kolorado, to nie jesteśmy dłużni Amerykanom - hurmak olchowiec został w 1912 roku zawleczony do Ameryki Północnej. Nie wiem jaki jest bilans transatlantyckiego meczu na stonki, bo gatunków jest dużo a ostatnio u nas szkody wyrządza stonka kukurydziana, również zza Atlantyku.

W naszej przyrodzie przeważają gatunki typowe, endemitów prawie nie mamy. Ale na przykład hurmak olchowiec jest typowym zwierzęciem dla lasu bagiennego. Na początku wiosny spotkać można go niemalże na każdym drzewie olchowym (ale w górach już nie). Pospolity na olszy szarej. Ale na niżu. W górach powyżej 600-700 m n.p.m. są już bardzo rzadkie, mimo że jest tam roślina żywicielska. Czyli o występowaniu nie decyduje samo jedzenie (nawet hurmaki nie tylko samym chlebem,... to znaczy olchą, żyją). Dla fitofagów liczą się także i inne czynniki. Związki fitocenozy i entomocenozy nie są takie proste i oczywiste. Uwarunkowane różnymi kontekstami, o których jeszcze nie wiemy. Ale jako ludzie ciekawi świata (nam na myśli naukowców zawodowych i amatorów) poszukujemy i odkrywamy.

Hurmak olchowiec występuje na skrajach wilgotnych lasów, zadrzewień nadbrzeżnych (jeziora, rzeki), przy drogach. Zasiedla Palearktykę, od Azji Mniejszej po północną Afrykę. No i od początku XX w. także Amerykę. Hurmak to metalicznie fioletowo-granatowa stonka, żerująca na liściach olchy. Pospolity gatunek, obok którego przechodzimy i go nie zauważamy. Krewniak stonki ziemniaczanej zza oceanu, równie kłopotliwy ale dla leśników (roślinożercy często uważani są za szkodniki jeśli akurat jedzą to, na czym i nam zależy). Hurmak olchowiec lokalnie może występować w dużej liczebności, co wyraźnie widać po śladach żerowania. Ale jedynie w szkółkach leśnych i uprawach może wyrządzić większe szkody, przyczyniając się nawet do zamierania drzewek. Leśnicy w takich przypadkach proponują aby wiosną, po wykryciu pierwszych chrząszczy, drzewa opryskać preparatami owadobójczymi o działaniu kontaktowym. Lepiej zdać się jednak na naturalnych wrogów. W przyrodzie jest tak, że raz zjadasz ty, a raz zjadają ciebie. Na przykład jajami i larwami hurmaka odżywia się drapieżny chrząszcz Hister helluo z rodziny gnilikowatych (Histeridae) .

Poza piękną barwą hurmaka podziwiać możemy jkoronkową robotę żarłoczności jego larw. Jest to najczęściej i najliczniej spotykana u nas stonka. Więc i wyszkieletyzowanych liści olchy można sporo spotkać. Wystarczy wybrać się na spacer i obserwować mikroświat. A jak wygląda olcha? Łatwo poznać po pokroju liści i innych cechach. W dobie internetu nie trudno przygotować sobie „ściągę” przed wycieczką. A wrzesień będzie dobrym miesiącem na obserwowanie hurmaków. We wrześniu najaktywniejsze są hurmaki około godziny 9 rano, najmniej aktywnie o 18 wieczorem, co wynika również z temperatury. Ciemna barwa ciała sprzyja pobieraniu ciepła z otoczenia.

Koronkową robota para się głównie w stadium larwalnym (larwy są czarne). Wygryza nieregularne otwory w blaszce liścia, fachowo nazywa się to szkieletyzowaniem liści. Po śladach żerowania można rozpoznać ten gatunek. Jestem przekonany że każdy widział hurmaka lub przynajmniej ślady jego żerowania. Hurmak olchowiec zwany także - hurma olszowiec Agelastica alni (L.) to chrząszcz z rodziny stonkowatych (Chrysomelidae). Dorosłe fioletowo-ciemnogranatowe z metalicznym połyskiem, wielkości 5-7 mm, z silnie wypukłym ciałem. Wierzch ciała pokryty gęstymi, drobnymi kropkami (wgłębieniami). Pokrywy skrzydłowe w tylnej części są lekko rozszerzone. Larwy koloru czarnego, z odnóżami (tak jak u chrząszczy przystało). Młodsze stadia larwalne zabarwione na oliwkowo-szaro, starsze owłosione, osiągają długość 12 mm. Poczwarki są jasnożółte, miękkie i delikatne.

Samice składają jaja (barwy żółtej) w płaskich pakietach po ok. 70 sztuk, umieszczonych na brzegach dolnej strony liści olchy. Łącznie samica składa w ciągu ponad miesiąca około 600-900 żółtych, owalnych jaj, potem ginie (ponad połowę mniej niż stonka ziemniaczana). Larwy wylegają się już po 5-12 dniach i intensywnie żerują na liściach olchy (spotkać je można od czerwca do lipca). Wyjadają miękki miąższ, zostawiając twarde żyłki (liść wygląda jak misterna koronka). Larwy najpierw żerują w gromadzie, potem rozpraszają się. Jedynie w trakcie linienia ponownie się skupiają w małe grupki. Larwy linieją trzykrotnie. Po wylince są koloru żółtawego, ale szybko ciemnieją. Z końcem lipca i w sierpniu wyrośnięte larwy schodzą na ziemię, gdzie pod powierzchnią ziemi przepoczwarczają się. Po tygodniu wychodzą dorosłe chrząszcze. Żerują na liściach olchy aż do nadejścia mrozów. W cyklu rozwojowym występuje jedno pokolenie w roku. Ślady żerowania dorosłych są inne niż ślady żerowania larw – dorosłe hurmaki wygryzają w liściach nieregularne otwory. Zimują schowane w ściółce, wychodzą wczesną wiosną. Pełen cykl życiowy trwa rok.

No to teraz zapraszam na jesienny spacer, najlepiej w godzinach przedpołudniowych. Gdzieś nad rzekę, jezioro lub w teren lekko wilgotny, tam gdzie olch najwięcej. I zachęcam do poszukiwania koronczarskich wytworów aktywności naszej rodzimej stonki. Lokalne, prowincjonalne rękodzieło (a w zasadzie żuwaczkodzieło). A na spacerze, jak to zwykle bywa, będzie o czym porozmyślać. To nic nie kosztuje a daje dużą przyjemnośc. Ponoć wydzielają się endorfiny w mózgu. Zupełnie za darmo i bez akcyzy.

 

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci