Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Podścianka grubogłowa czyli po co komu pasożyty

sczachor

katarzyna_NiemczykOwady są znakomitym przykładem bogactwa gatunków i bogactwa nazw. Jak również dawnej kreatywności nie tylko ludu ale i uniwersyteckich entomologów. Bo jakoś tę mnogość trzeba nazwać. A gatunków jest tyle, że nawet poetom kończy się inwencja twórcza. Owady to także wielka różnorodność stylów życia. Wśród sześcionogów nie brakuje i pasożytów oraz parazytoidów, czego przykładem jest zamieszczona na zdjęciu muchówka o niecodziennym wyglądzie i równie frapującej nazwie.

Spośród wielu sposobów odżywiania i relacji międzygatunkowych jakoś największą awersję czujemy do pasożytów. Z estymą odnosimy się do drapieżników (wilka, lwa czy orki) ale pasożytów nie lubimy. Czym się różni drapieżnik od pasożyta? Drapieżnik zjada swoją ofiarę (zabija), pasożyt tylko trochę „nadgryza” (wykorzystuje ale najczęściej nie zabija). W piramidzie troficznej czy łańcuchu troficznym pasożyty i drapieżniki zajmują to samo miejsce. Tyle tylko, że ofiara drapieżnika jest mniejsza lub zbliżona wielkością do swojego prześladowcy a żywiciel w stosunku do pasożyta jest znacznie większy. Choć w przyrodzie wszystkie granice są nieostre. Można powiedzieć, że drapieżnik pasożytuje… na populacji a pasożyt na osobniku. Drapieżnik „podjada” populację i jej nie zabija. Mimo takich wyjaśnień pasożytów dalej nie lubimy. A roślinożerca? W sumie też albo w całości zabija roślinę jak drapieżnik albo znacznie częściej podgryza niczym pasożyt.

Życie pasożyta też nie jest łatwe, bo ofiara broni się na wszelkie sposoby. Trudy życia często pasożyty rekompensują wielką rozrodczością (albo sprytem). Bo i straty są wielkie. Biolodzy ewolucyjni wskazuję, że jeśli koszty obrony przed pasożytem są duże, to znaczy większe niż straty wyrządzane przez pasożyta, to żywicielskiej populacji lepiej jest (z ewolucyjnego punktu widzenia) „zaakceptować” pasożyta. I zamiast tracić energię na zwalczenie prześladowcy i unikanie kontaktu, lepiej przeznaczyć ją na większą swoją rozrodczość. Zamiast więc inwestować energię w walkę przeznaczyć ją na inwestycję w potomstwo. Być może z tych względów pasożytnictwo utrzymuje się w świecie żywym. A w ewolucyjnym interesie pasożyta jest nie zabijanie ofiary tylko ją umiarkowanie eksploatować. Nie można przecież podcinać gałęzi na której się żyje.

Długotrwałe zależności międzygatunkowe, nawet w kategorii pasożytnictwa, kończą się symbiozą. W przenośni można napisać, że długotrwałe współżycie kończy się małżeństwem. Bywa tak, że z czasem (w ewolucyjnym wymiarze) żywiciel nie może dobrze egzystować bez swojego pasożyta. Integracja jest wtedy bardzo mocna. Być może więc także i pasożyty są potrzebne na tym świecie by rozwijać bioróżnorodność i złożoność świata?

Do napisania niniejszego tekstu skłoniło mnie zdjęcie, przysłane przez znajomą z Ruszajn (koło Barczewa). Przedstawiało „dziwnego” owada. Okazała się nim muchówka z rodziny wyślepkowatych z rodzaju Myopa - podścianka, ślepotka (14 gatunków z tego rodzaju występuje w Polsce). Niesamowicie wyglądająca, oczy nie kojarzą się z oczami, stąd wydaje się, że jest ślepa. Nazwa rodziny - wyślepkowate dobrze oddaje charakter tych muchówek.

Wyślepkowate (Conopidae) to ciekawie ubarwione muchówki, imitujące żądłówki (taka mimikra daje bezpieczeństwo owadom, które same żądła nie mają). Ich ciała są stosunkowo smukłe, zwłaszcza odwłoki. Duże, szerokie i kanciaste są za to ich głowy, niejako pucołowate, co nadaje im niesamowity wygląd. Z przodu głowy mają przeważnie jasne ubarwienie. Większość z nich naśladuje swoim wyglądem różne żądłówki (osy, pszczoły, trzmiele, nastecznikowate, grzebaczowate). Głowa jest szersza od tułowia, czułki są trójsegmentowe. Trąbka ssąca, dwudzielna, jest zazwyczaj krótka, rzadziej długa (wygląda jak zawadiacko trzymana w zębach fajka). Odwłok rozszerzający się i opadający ku tyłowi, walcowaty. Larwy wszystkich gatunków wiodą pasożytniczy tryb życia - są endopasożytami błonkówek (żyją wewnątrz ciała ofiary a więc wielkościowo i skutkiem przypominają bardziej drapieżnika powoli zabijającego swoja ofiarę). Można je nazwać parazytoidami.

W Polsce do tej pory udokumentowano występowanie 52 gatunków z tej rodziny. W stadium imago są melitofagami, spijają nektar z kwiatów i zjadają pyłek. Przy okazji są zapylaczami (przenoszą pyłek i pomagają w zapłodnieniu roślin). Wczesną wiosną spotkać można je na kwitnących wierzbach a latem na kwitnących łąkach i polanach leśnych. Wiele gatunków związanych jest z łąkami kserotermicznymi. Niektóre gatunki są rzadkie i umieszczone na polskiej „Czerwonej liście zwierząt ginących i zagrożonych”.

Samiczki siedząc na kwiatach pożywiają się i wyczekują, aż w pobliżu pojawi się trzmiel lub pszczolinka czy inna żądłówka. Samica ląduje na grzbiecie przelatującej ofiary i szybkim ruchem nacina błonę między segmentami odwłoka żywiciela. Wykorzystuje do tego specjalny, łopatkowaty wyrostek, znajdujący się na sternicie piątego segmentu odwłoka. Wyrostek zaopatrzony jest w ząbki i bruzdy. Jest niczym sprawny otwieracz do konserw. Inne gatunki mają sztylecik, wykorzystywany w kopulacji i przy składaniu jaj w ciele żywiciela. Larwa wgryza się w odwłok ofiary, zjadając między innymi narządy rozrodcze. Potem przenosi się do tułowia. Po całkowitym zjedzeniu od środka swojego gospodarza, przepoczwarcza się i w nim zimuje. Jak widać nie tylko ludzie ubierają się w skóry innych zwierząt. Niektóre wyślepkowane składają jaja trzmielu (jajo zaopatrzone jest w specjalne haczyki, nie spadnie w czasie lotu) , np. ślipień trzemielowiec. Wraz z trzmielem jajo trafia do gniazda , tam wylęga się larwa, która prowadzi życie pasożyta gniazdowego, żywiąc się zapasami oraz larwami trzmieli.

Do najpospolitszych gatunków spośród wyślepkowatych można zaliczyć: ślipień trzmielowiec (Sicus ferrugineus), wyślepek czwórpasy (Conops quadrifasciatus), dętka rudonoga (Physocephala rufipes), Czyż polskie nazwy nie są urokliwie wymowne? Na zdjęciu prawdopodobnie jest uwiecznione podścianka grubogłowa (Myopa buccata), ale równie dobrze może być Myopa tessellatipennis (brak polskiej nazwy - ktoś musi się tym brakiem zająć).

Podścianka grubogłowa (Myopa buccata) jest średniej wielkości muchówką (6-11 mm) z charakterystyczną dla rodzaju dużą głową o silnie rozwiniętych i ubarwionych na biało policzkach. Ciało jest rdzawo-czarne, odwłok znacznie krótszy od skrzydeł. Skrzydła z niewyraźnymi białawymi i brunatnymi plamkami, żyłki częściowo poczernione. Spotykać ją można na nasłonecznionych skrajach lasu, zwłaszcza wiosną, w maju i w czerwcu. Dorosłe odżywiają się nektarem i pyłkiem. Szczyt pojawu wystepuje zwykle na przełomie maja i czerwca. Larwy są parazytoidami żądłówek, pasożytują zwłaszcza na pszczolinkach. Gatunek występuje pospolicie niemal w całej Europie.

Podścianka grubobłowa ma dużą, rozdętą głowę. Ale czy spotkać można ją pod ścianą? Jest parazytoidem pszczół ale i owadem zapylającym. Jest pasożytem ale przecież wpływa na ekosystemy i różnorodności biologiczną i procesy ewolucyjne. Za młodu pasożyty - w dorosłości zapylacze. W przyrodzie nic nie jest czarno-białe - natura jest bardziej złożona i kolorowa. 

 Fot. Ewa Biel

Źródła informacji:

  • Erazm Majewski, 1894. Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich.
  • Heiko Bellmann, 2007. „Owady”
  • Bogdanowicz w., Chudzińcka E., Pilipiuk I., Skibińska E. (red). 2007, Fauna Polski, tom II
  • Marek Kozłowski, 2008. Owady Polski

Anisoplia cyathigerum czyli giełczyk krzyżowiec czy nałanek, bronka i nierówienek na warmińskiej dachówce?

sczachor

anisoplia_agricolaW czasie majówkowego malowania na kamieniach, cegłach i dachówkach (Sztuka nie tylko ludowa - wyczarowane z gliny) malowaliśmy motywy przyrodnicze. Były krajobrazy warmińskie „chwasty” i owady (a nawet trafiła się krowa i papuga). Inspiracją była pamięć tego, co obserwujemy wokół nas oraz przyniesione książki z roślinami i owadami Polski.

Ania Wojszel wybrała m.in. chrząszcza z „Małego Atlasu Chrząszczy”. No i pojawił się mały problem, bo w książce była tylko nazwa łacińska (bez polskiej). Zacząłem więc poszukiwanie, bo rozjaśnić nieco bardziej.

W Małym Atlasie była tylko nazwa łacińska Anisoplia cyathigerum. Trochę trwało, zanim ustaliłem z pomocą internetowych baz danych, że jest to starszy synonim Anisoplia agricola. W poszukiwaniu polskiej nazwy sięgnąłem do „Słownika nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich Erazma Majewskiego z 1894 r. Dla rodzaju Anisoplia znalazłem takie nazwy polskie: nałanek (od występowaniu na łanie zbóż?), bronka (ta nazwa niezwykle tajemniccza), nierówienek. Dla nazwy Anisoplia fruticola - kłośnik, nałan kłosiniec. Jest w czym wybierać, by chrząszcza namalowany na dachówce miał jakąś polską nazwę. Dla gatunku Anisoplia crucifera - giełczyk, krzyżowiec. A skoro A. crucifera to synonim A. agricola i A. cyathigerum to wychodzi na to, że na dachówce jest giełczyk krzyżowiec. Ewentualnie nałanek, bronka i nierówienek.

Giełczyk krzyżowiec w Polsce występuje ale do tej pory na Warmii i Mazurach nie był stwierdzony. Teraz jest, namalowany na starej, warminskiej lub mazurskiej dachówce ze Skansenu w Olsztynku. Rysunek w kształcie krzyża w jakiś sposób nawiązuje do historii regionu i Krzyżaków (rosyjska nazwa gatunku kózka krzyżonośna lub kózka nosząca krzyż). Krzyżowiec też do rysunku nawiązuje. Nie wiem tylko skąd giełczyk. Ale brzmi tajemniczo i sympatycznie.

Anisoplia agricola (syn. A. cyathigerum, A. crucifera) jest chrząszczem z rodziny żukowatych (Scarabaeidae) - czyli jest kuzynem. skarabeusza (poświętnika), żuka gnojarza, chrabąszcza majowego, pachnicy dębowej, orszoła i wielu innych. Należy do podrodziny Melolonthinae - plemię Rutelini . Są to chrząszcze szeroko rozprzestrzenione w rejonach tropikalnych subtropikalnych, wiele z nich odznacza się pięknym ubarwieniem. Nasz giełczyk krzyżowiec też jest jak na żuka ładnie ubarwiony. W Europie grupa Rutelini jest stosunkowo nieliczna. Ponieważ larwy żyją w zbożach i odżywiają się korzeniami, to bywają te chrząszcze zaliczane do szkodników. Tyle, że są nieliczne i rzadkie, szkód więc nie czynią.

Uwieczniony na dachówce gatunek występuje w Europie południowo-wschodniej i w południowo-wschodniej części Europy Środkowej, na Kaukazie, w Azji Mniejszej, Armenii i Syberii Zachodniej. W Polsce chrząszcz tej jest nadzwyczaj rzadko spotykany, znany z kilku stanowisk w południowej części kraju, przy czym dane o rozmieszczeniu na Nizinie Sandomierskiej i w Beskidzie Zachodnim oparte są na znaleziskach sprzed przeszło stu lat i wymagają współczesnego potwierdzenia. Giełczyk zasiedla gleby gliniaste i czarnoziemy w strefie lasostepu. Larwy żyją w glebie, odżywiając się korzeniami traw i roślin zielnych. Cykl rozwojowy trwa około dwu lat. Postacie dorosłe spotkać można w lecie. (źródła: Coleoptera Poloniae, Baza Bioróżnorodności).

A nieco wyżej widać dachówkę z czerwończykiem nieparkiem. mojego autorstwa. 

Fot. Anna Wojszel.

Jestem Europejczykiem, tak jak moi przodkowie

sczachor

w_sloncuDługa majówka jest okazją do świętowania. Preferuję patriotyzm dnia codziennego. Przedkładam budowanie więzi i pielęgnowanie otwartego dziedzictwa nad nadęte słowa.

Jakiś czas temu, w ramach internetowego "patriotycznego"  hejtu i ludowej lustracji ukazał się taki komentarz do mie adresowany: (Cz. 2016-03-10 15:43): „(…) Bardzo mnie ciekawi skąd się wziął, skąd wziął nazwisko i inne podobne elementy. Mimo jego grzebania w genealogii, jakoś nie można rzeczywiście umiejscowić go w dziejach rodziny pozostałych Czachorowskich. Czyżby podrzutek jak "Komorowski"? Ciekawe...” A nieco wcześniej, „prawdziwy Polak” o imieniu Majsbek, syn byłego wojskowego z czasów PRL, który przeszedł na islam, pouczał mnie o patriotyzmie, polskości i zarzucał mi "targowicę". Kiedy korzystając z okazji zapytałem o jego genealogię… nic mi nie napisał (mimo deklaracji i obietnic) Zarzucał, że brukam tak zasłużone nazwisko (czyli moje, bo ośmielam się krytykować obecną władzę). Ale o tym „zasłużeniu” nic nie potrafił napisać, mimo moich nalegań. Z jego korespondencji wyciekała nacjonalistyczna bufonada, nakręcona przez „narodową” propagandę, ostatnio coraz obficiej płynącą z niektórych mediów.

Skąd się wziął Czachorowski? Pierwsze wzmianki o moich przodkach z Czachorowa pojawiają się już w XV wieku. Począwszy od XVI w. zachowały się już liczne zapiski metrykalne, pozwalające odtworzyć moją genealogię. Bezpośredni wywód genealogiczny mam od XVII wieku. Nawiązując do tradycji mogę napisać, że pieczętuje się herbem Rogala. Nie jestem "podrzutkiem" ani sroce spod ogona nie wypadłem. Luki w historii rodu staram się systematycznie uzupełniać (z myślą nie tylko o sobie). Zbieram historię szeroko rozumianego rodu i losy ludzi, rozsianych już po całym świecie. Dlatego śmiało mogę pisać, że jestem Europejczykiem, tak jak moi przodkowie w ciągu udokumentowanej historii połowy tysiąclecia. Do komunikacji z członkami rodu i rodziny muszę używać nie tylko języka polskiego, ale i rosyjskiego, białoruskiego, angielskiego, portugalskiego itd. różnice nie przeszkadzają w poczuciu więzi.

Jestem Europejczykiem polskiej narodowości. Świadomość wspólnej Europy, wspólnych wartości, w tym solidarności i współodpowiedzialności za nasze losy, jest dla mnie wartością nie tylko deklarowaną. Unia Europejska jest ukoronowaniem marzeń i zabiegów wielu pokoleń nie tylko Polaków. To mądre rozwinięcie i kontynuacja unii polsko-litewskiej i Rzeczypospolitej Obojga Narodów, to szersze spełnienie pomysłów na monarchię austro-węgiersko-polską.I wielu innych, wcześniejszy, podejmowanych prób federalizacji i wspólnoty europejskiej. Państwa narodowe to późny wymysł i na razie bardzo krótkotrwały. Solidarność w pełnym słowa tego znaczeniu ponad ksenofobię, prywatę, lokalne kompleksy.

Unia Europejska jest dla mnie symbolem rozwoju cywilizacji. Europa to ciągła i nieustająca odpowiedzialność i wyzwanie. Bo nic nie jest dane raz na zawsze. Unia Europejska jest znakomitym pomysłem na współistnienie bez wojen, bez zwalczających się nacjonalizmów i nieustannego przesuwania granic. Mogę jechać do Wilna (do rodziny) jak do swojego miasta, bez szabelki, konfliktów, przepychanek. I nie czuję się zagrożony, gdy na Warmii i mazurach mieszkam z Ukraińcami, Portugalczykami, Niemcami, Francuzami itd.

Dla mnie i mojego pokolenia wspólna Europa bez granic z zasięgami jest spełnieniem marzeń. Do tej pory, na lotnisku przy kontroli paszportowej odczuwam jakiś niepokój, głęboko skrywany strach. Bo pamiętam dawne kontrole graniczne, ze szlabanami, drutami kolczastymi. Mój syn nie ma tych obaw. Wyrósł w Europie bez granic. Jeździ do Brukseli, na Sycylię, do Irlandii tak jak do Warszawy, Gdańska czy Krakowa. To dla niego normalne.

Po wielu latach nie czuję już wstydu, kompleksów czy zażenowania, gdy wyjeżdżam prywatnie czy służbowo do krajów „Europy Zachodniej”. Nie czuję się gorszy, nie czuje się jak ubogi krewny. Czuję się dumnym Europejczykiem, co w niczym nie umniejsza mojej polskości. Jestem Polakiem, Europejczykiem, katolikiem, jestem wolnym człowiekiem. Polska od zawsze była w Europie. Nigdy z niej nie wychodziliśmy. Choć bywały okresy przymusowego izolowania, ograniczającej żelaznej kurtyny itd. Teraz nie chce byc ponownie odgrodzony od Europy przez nacjonalistyczne i ksenofobiczny pseudopatriotyzm zakompleksionych ludzi. Moich rodaków...

Cywilizacyjnie i kulturowo byliśmy i jesteśmy w Europie. Mam na myśli wartości i kulturę a nie położenie geograficzne. Symbolicznie Chrzest Polski, którego w tym roku obchodzimy jubileusz, był formalnym przypieczętowaniem oficjalnej obecności w Europie. Nawet nazwa herbata (herba tea) wskazuje na naszą kulturową przynależność do Europy Zachodniej a nie Wschodniej (gdzie używają nazwy czaj).

Obecnie symbolem naszej aktywnej i odpowiedzialnej przynależności do Europy jest nasze członkostwo w Unii Europejskiej. Nie tylko należymy ale współtworzymy Europę. I nie chcę, abyśmy z tej roli w jakikolwiek sposób rezygnowali. Jestem Europejczykiem i nim pozostanę. Każdą smutę można przetrwać. A w rodzinie różne już historie i chwalebne oraz mniej chwalebne czyny udało się udokumentować. Jak i w pełni europejskie koligacje. Myślę, że wiedza zarówno co do własnych korzeni jak i wiedza co do historii Europy jest najlepszym remedium na ksenofobię, nacjonalistyczna agresję i zaściankowy egoizm.

Czy już niebawem będę musiał wyrabiać paszport by jeździć do rodziny rozsianej po całej Europie?

Mówić do ludzi czy do naukowców?

sczachor

jeleniagoraJakiś czas temu, w wywiadzie prasowym prof. Jerzy Vetulani tak napisał "Niedawno miałem tzw. wykład noblowski na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Medycznego w Warszawie. Przypomnę, że tegoroczny Nobel z medycyny lub fizjologii został przyznany za odkrycie komórek w ludzkim mózgu, które odpowiadają za naszą orientację w przestrzeni. Ja oczywiście mogłem o tym wszystkim opowiedzieć dość ogólnie. Ale swój wykład wygłosił też mój młodszy kolega Rafał Czajkowski, bardzo zdolny neurobiolog, który przez trzy lata pracował z tegorocznymi noblistami. Dla mnie to, o czym mówił, było fascynujące. Ale większość słuchaczy, z którymi rozmawiałem po jego wykładzie, skarżyło się, że był on zbyt specjalistyczny, a więc - nużący. Ja miałem wykład popularyzatorski, on - świetny wykład naukowy. Wniosek z tego taki, że inaczej opowiada się o nauce, stojąc przed naukowcami, a inaczej - przed resztą ludzkości. Mówiąc do tzw. zwykłych ludzi, trzeba przede wszystkim złapać ich uwagę. Popularyzatorzy nauki używają tu jednego triku - dają słuchaczom do zrozumienia, że nie przekazują im informacji, ale że dzielą się z nimi własną wiedzą i doświadczeniami, a także wątpliwościami."

Od wielu lat prowadzę zajęcia dla studentów z prezentacji publicznych (autoprezentacja), czyli uczę wypowiedzi publicznych w formie referatów, dyskusji, dyskusji internetowych, plakatów, esejów, e-portfolio itd. Zajęcia wymuszają na mnie ciągłe obserwowanie, douczanie się, zastanawianie się... nad komunikacją w różnych sytuacjach. Ciągle odkrywam coś nowego. Z perspektywy lat mogę śmiało napisać, że szeroko rozumiana popularyzacja uczy wypowiedzi... także naukowych. Wymusza i ułatwia odejście od rytuału i pomaga skupić się na sensie wypowiedzi. Ułatwia dostrzeżenie.. słuchaczy. Z całą pewnością naukowcy powinni próbować wypowiadać się poza swoim, wąskim gronem. Bo wtedy lepiej będą mówili i pisali... treści naukowe!

Najpierw naśladujemy rytuał, w większości nie uświadamiając sobie tego rytuału. Mówimy tak.. jak się mówi w danym środowisku naukowym. Skoro używa się rzutnika z komputerem, to przygotowujemy prezentację i używamy "mądrego", specjalistycznego języka. Skupiamy się na formie i nierzadko mówimy do ekranu czy do prezentacji. Dbamy przede wszystkim by forma była odpowiednia. W gruncie rzeczy mówimy do siebie i do swojej prezentacji. Trudno oderwać się od siebie samego i komputera by dostrzec publiczność. I by mówić do ludzi a nie jedynie w ich obecności.

Nie ważne kto pierwszy powiedział  "wyobraźnia jest ważniejsza od wykształcenia" - miał rację. Ja mogę jedynie dodać, że ważna jest empatia, czyli wyobraźnia skierowana do drugiego człowieka i umiejętność patrzenia na siebie z boku, oczami słuchacza. Wtedy łatwiej jest mówić do ludzi, łatwiej jest się komunikować a nie tylko wygłaszać swoje myśli. Mówienie jest czymś innym niż pisanie, gdy nie ma się kontaktu z odbiorcą. Miał sporo racji Sokrates mówiąc, że pismo zabije sztukę mówienia i komunikacji. Zbyt często mówimy tak jakbyśmy pisali. Za dużo piszemy i to nam wchodzi w nawyk... nawet w czasie mówienia.

Narzekamy teraz na smarfony i tablety, na wielozadaniowość i podzielność uwagi. Zarówno na wykładach ze studentami (ba nawet na ćwiczeniach). jak i na prelekcjach w szkołach... widzę studentów/uczniów zerkających na swoje telefony (wydaje się im, że robią to dyskretnie i że nie widać). Czasem bywa to deprymujące, bo trudno poprawnie odczytać taki "język ciała". Używanie tabletu w czasie wykładu wcale nie musi jednak oznaczać braku uwagi czy braku szacunku. Elektronika zmienia nasz sposób komunikacji tak jak kiedyś zmieniło pismo....

Pismo nieodwracalnie zmieniło nasz sposób komunikacji międzyludzkiej. Podobnie jest z nowymi technologiami, blogami, portalami społecznościowymi, telefonami komórkowymi.  Cóż robić? pozostaje się uczyć... i oswajać rzeczywistość. Do tego na pewno potrzebna jest wyobraźnia. A czy szkoła uczy wyobraźni? Czy ją rozwija? Czy na egzaminach końcowych mierzymy wyobraźnię, kreatywność i postępy przez ucznia zrobione w tej kompetencji?

Poniższe zdjęcia znalazłem kiedyś na Facebooku - jakżesz symboliczne. To nowy sposób "czytania pod ławką", gdy zabrania się używania tabletów i tego typu urządzeń.

 10271_937911719632188_4370344197771598877_n

Gęś gęgawa czyli jak Olsztyn nieustannie przyrodą zaskakuje

sczachor

gesgegawa_1Olsztyn już mnie wielokrotnie zaskakiwał swoją przyrodą: zające w mieście, chruścik niprzyrówka rzeczna, motyl czerwończyk nieparek, tracz nurogęś i wiele innych. Idąc do pracy ostatnio słyszę żurawie. Wczoraj, przy samej ulicy zobaczyłem parę gęsi gęgawych z młodym pisklakiem. Chyba trzeba aparat fotograficzny nosić ze sobą codziennie (ten w telefonie nie jest najlepszy).

Te niespodzianki to wynik dwóch procesów. Z jednej strony dobry efekt ochrony przyrody (tak jak w przypadku bobrów czy łosi), w drugiej efekt procesów synurbizacji. Czyli ewolucyjnego przystosowywani się zwierząt i roślin do życia w warunkach miejskich. To fragment szerszego procesu synantropizacji. Bo człowiek zmienił większość ekosystemów, mocno je przekształcając. Dla dzikiej przyrody możliwości są dwie: albo wyginąć albo się ewolucyjnie przystosować.

Przechodząc codziennie obok dawnego jeziora Płuciduga Mała, widywałem już i sarny, wiele różnych drobnych zwierząt, owady, kilka lat temu gniazdo remiza. I sporo śmieci. Jak to w mieście. Przez kilka lat sam sprzątałem lub organizowałem sprzątanie… ale ciągle śmieci przybywa. Ani to ładnie ani bezpiecznie dla dzikiej przyrody. Kiedyś było tu jezioro, potem osuszone i zmeliorowane. Ale z czasem nieco zatkały się rowy i teren stał się podmokły z rozległym trzcinowiskiem. Trwa mino systematyczne zasypywania gruzem, śmieciami… I trwa przyroda.

Gęś gęgawa (Anser anser) to przodek naszej gęsi domowej. Gatunek zamieszkuje Eurazję a zimuje w basenie Morza Śródziemnego oraz w środkowej i południowej Azji. Gęgawy z Wielkiej Brytanii nie migrują, widać jest im tam wystarczająco ciepło przez cały rok. Do nas gęsi gęgawy przylatują w lutym i marcu. W drogę powrotną odlatują od września do listopada. Nie jestem ornitologiem, w domu mam tylko starsze książki przyrodnicze, w których zaznaczono, że gatunek jest rzadkim ptakiem łęgowym (czyli rzadko u nas gnieździ się i wyprowadza lęgi). W Wikipedii (a więc chyba najnowsze dane) znalazłem informację, że w Polsce populacja lęgowa liczy około 1500 par i to skupionych na zachodzie kraju). Łatwiej ją zobaczyć w czasie przelotów.

Wczoraj zobaczyłem parę gęsi gęgawych z jednym pisklęciem. Zarówno koniec kwietnia jak i obecność pisklęcia jednoznacznie wskazuje, że nie są one przelotem w Olsztynie i że tu było gniazdo. Spokojnie żerowały na trawniku przy alei Warszawskiej, dość ruchliwej. A na chodniku stali luzie i się przyglądali. Zmartwiłem się widokiem tylko jednego gęsiaka. Czyżby niezbyt udany lęg? Znajoma mi potem powiedziała, że tydzień wcześniej też te gęsi widziała z kilkoma gęsiakami. Może więc gdzieś się schowały, w pobliskich trzcinach a rodzice pilnowali najbardziej niesforne maleństwo, co w świat się za bardzo wybrało. A może jakiś drapieżnik w tym czasie skonsumował gęsiaki? Lisy bywają - sam widziałem. Domowe koty i psy tez sporo szkody wyrządzają. Ale może dotarła i norka amerykańska?

Gęgawy pasły się na skraju wspomnianego dawnego jeziora Płodicuga Mała (na dawnych mapach zaznaczona jako "Płudidupa Mała" - ale nieprzystojna nazwę zmieniono). Gęś gęgawa zasiedla zazwyczaj słodkowodne zbiorniki gęsto porośnięte trzcinami, bagniste łąki i moczary. Preferuje tereny trudno dostępne. Poza tym ostatnim wszystko by się zgadzało. Rozległe trzcinowiska są. Gniazdo buduje na lądzie lub wodzie, w trzcinach lub szuwarach na brzegach jezior i rzek, czasem w dziuplach i na budynkach. Budowane jest przez samice, wyścielone piórami puchowymi. Składa się z roślin wodnych, gałązek, liści i trawy. Stopniowo wyściełane jest puchem. Jak wyczytałem gęś gęgawa wyprowadza dwa lęgi w roku, składając w marcu lub kwietniu 2 do 20 białych jaj (w innych źródłach podają 4-8 jaj lub 3-10). Samica wysiaduje jaja przez 4 tygodnie. Musiały więc być już co najmniej od miesiąca. Gęsi gęgawe dojrzałość płciową osiągają po 2-3 lata, łączą się w trwałe pary. Są roślinożerne, więc nic dziwnego, że pasły się na ulicznym trawniku. Samica wodzi młode a samiec przebywa w pobliżu i ochrania.

Kilka lat temu był u mnie na półrocznym stażu w ramach programu Leonardo da Vinci Carlos z Hiszpanii. Był zachwycony olsztyńską przyrodą. Zobaczył gatunki, które mu rodzice w książkach pokazywali, że żyją na wsi. Mały skarb i warto o niego dbać. Jak ten samiec gęgawy o swoją samice i gęsiaki.

gesgegawa_32

Już zakwitają dzikie, leśne tulipany. Dobry czas by ich poszukać.

sczachor

Wjtowo_2015Kiedy rok temu, w marcu, pierwszy raz pisałem o leśnych tulipanach (O żółtych tulipanach, soku z trujących roślin i zapiskach kucharza), to wydawało mi się, że będzie pierwszy i ostatni raz. Wspominałem wtedy o zapiskach kucharza, poczynionych na marginesie książki, odnalezionych w aktach administracyjnych junkierskiej rodziny Finckensteinów (służył u Dönhoffów-Denhoffów w Drogoszach pod Kętrzynem). Moją uwagę zwrócił przepis na sok z leśnych tulipanów (obok zupy z warzuchy i octu brzozowego).

Tulipan dziki zwany także tulipanem leśnym (Tulipa sylvestris) jest gatunkiem wieloletnim, występuje w całej Europie i północnej Afryce oraz w Turcji. Populacje dziko rosnące zagrożone są wyginięciem . Według Roślin Polski (Szafer, Kulczyński i Pawłowski, wyd. piąte z 1986 r.) w Polsce prawdopodobnie występują populacje tylko zdziczałe (czyli jako roślina, która „uciekła” z ogrodów). Stwierdzany był  na Śląsku i północno-zachodnim podnóżu Tatr.

Nie jestem botanikiem i nie wiem, czy leśne tulipany w Polsce występowały w stanie naturalnym. Na pewno były hodowane w ogrodach. Później być może „zdziczał” czyli jest gatunkiem zawleczonym przez człowieka. Pozostaje jednak pytanie czy za sprawą człowieka skolonizował nowe tereny czy jedynie powrócił na pierwotne miejsca. Żeby to rozstrzygnąć potrzebne byłyby dedykowane badania łącznie z analizami genetycznymi. Najpierw trzeba by jednak zinwentaryzować miejsca współczesnego występowania. 

Zaskoczeniem dla mnie były informacje, które wskazują że leśne tulipany występują i to na północ od Śląska i podnóża Tatr. Otrzymałem informacje o utrzymywaniu się tego gatunku i to na północ od naturalnego zasięgu występowania. Najpierw pojawiła się informacja o występowaniu na Ziemi Lubuskiej - wieś Bożnów, koło Żagania, 50 km pod Zieloną Górą (Czy ktoś widział obecnie na Warmii i Mazurach dzikie, leśne tulipany?). Potem otrzymałem kilka informacji z Warmii i Mazur, częściowo w pobliżu miejsca pierwszej wzmianki w Drogoszach: Siemki koło Reszla, Smokowo koło Kętrzyna. Ale także w miejscowości Karwiny gmina Wilczęta („Pojawiają się w parku koło ruin kościoła i są piękne") i Wójtowo koło Olsztyna („U mnie są od około 10 lat, Jak sobie kojarzę to Babcia przywiozła cebulki od koleżanki tylko której, albo z Olsztyna ul. Rataja albo z Żabiego Rogu. Nie wiedziałam, że to taki skarb. Są śliczne w słońcu potem się zamykają"). A wczoraj dotarła do mnie informacja, że dzikie tulipany są także w Kajnach nad rzeką Łyną. 

koo_kaplicy_bTulipan dziki rośnie w lasach, na łąkach, w ogrodach, zaroślach i winnicach. Lokalnie zadomowiony, nieinwazyjny (nie ma we współczesnym wykazie roślin synantropijnych Polski), prawdopodobnie kenofit czyli gatunek roślin obcego pochodzenia, nienależący do flory rodzimej, który zadomowił się w ostatnich czasach. Za graniczną datę przyjmuje się odkrycie Ameryki, które zapoczątkowało migrację gatunków na niespotykaną dawniej skalę. W przypadku leśnego tulipana nie przybył on zza oceanu tylko z innych części Europy lub z Azji. Być może badania genetyczne pozwoliłyby ustalić skąd są nasze leśne tulipany.

Tulipan dziki (leśny), pochodzi z Europy południowo-zachodniej. Nie wiadomo kiedy pojawił się na terenie Polski. Może na fali osiemnastowiecznej mody na tulipany wśród arystokracji? Najpewniej był hodowany w ogrodach, z których wnikał do siedlisk częściowo przekształconych przez człowieka. Zapewne pierwotnym miejscem był Śląsk. Być może ze Śląska przywieziony został na Prusy Wschodnie.

Sok z leśnych tulipanów, w przepisie kucharza z Drogoszów, sugeruje, że prawdopodobnie była ta roślina wykorzystywana jako lecznicza lub jadalna. Dwa w jednym - i ładna i przydatna gospodarczo. Przepis na sok z leśnych tulipanów jest następujący: „zerwij leśne tulipany skoro tylko się pojawią [zatem w kwietniu lub maju] zalej je wrzątkiem, odstaw na 36 godzin, po czym wyciśnij z nich sok. Weź trzy kwaterki miodu, gotuj tak długo, aż się wyklaruje, odszumuj. Wlej do tak przygotowanego miodu cztery lub pięć kwaterek soku, dobrze zagotuj, ostudź.” Według przepisu to bardziej „sok z miodu”. Może to taki wiosenny napój? A może coś na kształt ziołomiodu? I dlaczego ten dodatek tulipanów?

W książce prof. Mowszowicza pt. „Przewodnik do oznaczania krajowych roślin trujących i szkodliwych” znalazłem informację o tulipanie ogrodowym (Tullipa gesneriana), zawierającym alkaloid tulipinę. Działanie toksyczne: tulipany działają trująco na konie, bydło, muły (znane są przypadki zatrucia, gdy zwierzęta zjadały tulipany uprawiane w celach dekoracyjnych - krowy w ogrodzie zrobią szkodę nie tylko uprawom ale i sobie). Z informacji moich korespondentów internetowych wynika, że na pewno leśne tulipany były zjadane przez kozy i nic im się złego nie działo. Prawdopodobnie także przez krowy. Czyli, że nie jest trujący tak jak jego krewniak tulipan ogrodowy? Może zawartość tulipiny jest niewielka? Aż się prosi „wziąć na laboratoryjny warsztat” leśne tulipany i sprawdzić, co mają w środku (jakie substancje). Zaciekawia to utracone dziedzictwo i przyrodniczego i kulturowego (kulinarnego).

Z dotychczasowej korespondencji wynika, że dzikie tulipany są u nas raczej „poniemieckie”. Nie wiem z jakiego okresu pochodzą zapiski kucharza z Drogosz. Na pewno przed 1945 rokiem. A może jeszcze wcześniej. Zatem były na naszym terenie w czasach Prus Wschodnich. Kolejne wzmianki pochodzą z różnych miejscowości. Raczej były sobie przekazywane w celach ogrodniczych. Ale na pewno były stanowiska „zdziczałe”, z których także przenoszono tulipany do ogródków. Drugim intrygującym problemem jest to, gdzie one współcześnie u nas występują. Czy tylko w ogrodach przydomowych czy także w miejscach „dzikich”, wokół siedzib ludzkich, dawnych lub współczesnych.

Właśnie jest okres kwitnięcia tych roślin. Dobry czas na poszukiwania. Może ktoś jeszcze wyśledzi u siebie te leśne, tajemnicze tulipany?

Jeszcze o tych tulipanach, z korespondencji

pierwszy raz widziałam u sąsiadki w ogródku jakieś 30 lat temu, było ich kilka-kilkanaście, ładne były ale i na czarnoziemie (ta sąsiadka nie żyje od wielu lat, więc się nie dowiem skąd miała, od dawna ich nie ma na tamtym miejscu) więc się nie dziwię, że dobrze rosły, potem mama mi powiedziała, że na naszej łące też takie są. Były i są ciągle, nieco zmieniają "położenie" i zwiększa się obszar, na jakim są widoczne ale ogólnie w tym samym miejscu. Od kilku lat w coraz większej ilości są w innym miejscu - koło kaplicy, przypuszczam, że posadzone przypadkiem wraz z innymi cebulkowymi przez kolejną sąsiadkę (ale o niej za chwilę). Kaplica jest we wsi od 25 lat a wcześniej tam tulipanów na 100 % nie było, codziennie chodziłam tamtędy - obok- do szkoły, więc bym zauważyła. Są jeszcze w trzech ogródkach: u mnie -ale to wykopałam na łące i wsadziłam, u pani (…). w ogródku - też celowo je przesadziła do swojego ogrodu i u pani (…). w sadzie. Moja teoria jest taka, że wszystkie tulipany są z ogródka/sadu pani M.R. Tam jest ich najwięcej i Ona mówiła kiedyś, że są od kiedy pamięta. W tym sadku są jakieś bodajże poniemieckie groby (…) Faktem jest, że nigdzie poza wsią się nie spotkałam z tymi tulipanami, (…) Z tego co zauważyłam, zdecydowanie lepiej rosną na glebach lżejszych i wilgotnych, nasza łąka to glina (…) i tam są raczej małe/nędzne a bliżej rzeczki dorastają do 0,5 m wysokości- sama byłam zdziwiona - bo na górce łąki - z 20-30 cm wysokości łącznie z kwiatem a kilka metrów dalej takie wysokie. Podobnie wysokie rosną koło kaplicy. W ogródku mają średnio 40 cm wysokości. Jak zaczną kwitnąć to porobię zdjęcia łodyg przy np. centymetrze krawieckim aby było widać różnicę.”

 smokowo

Zamieszczone zdjęcia zostały nadesłane od badaczy-korespondentów z Warmii i Mazur (Siemki, Smokowo, Wójtowo). 

Piję wodę codziennie (kranówkę). I jestem z tego dumny.

sczachor

czachorowski_wodaPiję w Olsztynie wodę z kranu bo jest dobra. Druga sprawa to troska o środowisko. Cena litra wody z kranu to około 1 grosz. A ile kosztuje litr wody w sklepie? Wszystko ponad 1 gr to koszty jednorazowego opakowania, koszty transportu i oczywiście marża handlowa. I to nie ze względu na marżę piję wodę z kranu. Po pierwsze warto zrezygnować z jednorazowych opakowań, bo jest to marnotrawstwo nieodnawialnych surowców (i zaśmiecanie przyrody, bo tam często trafiają te jednorazowe opakowania). Po drugie  woda w butelkach wożona jest czasem po kilkaset kilometrów. To zużycie paliw (surowce nieodnawialne) i emisja gazów cieplarnianych (pomijając zanieczyszczenia szkodliwe dla człowieka).

Tak więc piję kranówkę, bo jest to tańsze, przyjazne dla środowiska i wynika z odpowiedzialności za jego stan (odpowiedzialności za biosferę).

W Polsce działa akcja „Piję wodę z kranu”. To społeczna inicjatywa mająca promować rozsądne gospodarowanie surowcami i zrównoważony rozwój. W komentarzu na moim blogu niedawno ktoś napisał, że obchodzenie Dnia Ziemi to hipokryzja, bo przecież o Ziemię trzeba dbać codzienne a nie raz w roku. Słusznie. Ja piję wodę z kranu codziennie. 

Malowane dachówki wyczarowane z gliny

sczachor

12091163_1078349638843560_3701878115688649012_oW przyrodzie wszystko jest ze sobą powiązane. W kulturze chyba także. W majowy weekend malować będziemy dachówki i kamienie w Skansenie w ramach pikniku pt. „Jarmark sztuki nie tylko ludowej. Wyczarowane z gliny.” Będzie przyrodniczo i kulturowo i w powiązaniu z dziedzictwem. To będzie sztuka nie tylko ludowa. Dlaczego kamienie, dlaczego dachówki? I dlaczego bioróżnorodność?

1 maja 2016 r. w olsztyneckim Skansenie można będzie zobaczyć dawne zawody związane z gliną, ulepić garnek, a z nami pomalować dachówkę. 30 zabytkowych dachówek i trochę kamieni przygotował Skansen. Ale może dowieziemy dodatkowo jeszcze inne. Będzie co zjeść. Będą ludzie, z którymi można porozmawiać. My przy malowaniu opowiadać będziemy Wam o lokalnej przyrodzie: grzybach, roślinach, zwierzętach, trochę o dawnych zwyczajach. O zupie z pokrzywy i maści czarownic do latania i o Wimlandii. Jednym słowem o dziedzictwem przyrodniczym i kulturowym regionu. A Ania Broda zagra na wileńskich cymbałach i zaśpiewa.

Dachówki są z gliny. Ale najpierw były kamienie. Gdzieś w głębi ziemi gorąca lawa, która się wydostała, ostygła, skaliste góry tworzyła. Te smagane przez wiatr, wodę i mróz, kruszą się na coraz drobniejsze fragmenty: głazy, kamienie, kamyki. Płynąca woda frakcjonowała efekty wietrzenia, oddzielając żwir od piasku i od iłu. Ten ostatni osadzał się w wolno płynących odcinkach rzek, wraz z resztkami organicznymi. Tak powstały zwały gliny. A glinę wykopano i z niej zrobiono dachówki, cegły, garnki, kafle.

W każdej dachówce jest więc zaklęty kamień… z długą historią bycia w przyrodzie. Pamięta ruchy górotwórcze, wulkany oraz lodowiec (lądolód). I pamięta rzekę z żyjącymi tam chruścikami. A może jeszcze coś więcej?

Taka dachówka, leżąca przez lata na warmińskiej czy mazurskiej chałupie, oborze, stodole, kościele czy przydrożnej kapliczce, nie jedno widziała, nie jedno słyszała. Nie jedną rozmowę, nie jedno granie i śpiewanie. Ma swoją historię. A my jej nie wyrzucamy. Malujemy i dodajemy nową treść i nową historię. Podobnie z kamieniami, szarymi, niepotrzebnymi.

Pomalowaną przez siebie dachówkę lub kamień można będzie zabrać ze sobą. Albo zostawić na wystawę. Kto będzie malował? Stanisław Czachorowski, Ania Wojszel, Agnieszka Pacyńska-Czarnecka, Ania Broda... i może jeszcze inne osoby dołączą. Wy też możecie do nas dołączyć, zapraszamy do Olsztynka 1 maja br. w godzinach 10.00-16.00. Do skansenu - Muzeum Budownictwa Ludowego - Park Etnograficzny w Olsztynku.

A 25 maja zapraszam na Wydział Biologii i Biotechnologii, gdzie w ramach światowego Dnia Fascynujących Roślin i majówki z etnobotaniką malować będziemy łąkę na dachówkach. Rośliny i owady zapylające. I co tam tylko jeszcze z kwitnącą łąką lub śródleśną polaną się wiąże.

Co jeszcze będzie pierwszego maja w Olsztynku? Przede wszystkim zawody związane z gliną. Garncarstwo - jako jedno z najstarszych rzemiosł - polega na rękodzielniczym wyrobie glinianych naczyń i przedmiotów codziennego użytku. Formy gliniane toczone na kole garncarskim uznaje się za naczynia dopiero po ich wypale w piecu garncarskim. Wśród najbardziej typowych efektów pracy garncarza należy wymienić przede wszystkim: miski, kubki, garnki, dzbanki, butle, dwojaki, donice a także kafle piecowe. W cegielniach z gliny wypala się cegły i dachówki. Czy obecnie istnieje jeszcze tradycyjne garncarstwo? Czy któreś jego cechy pozostały do dzisiaj? Jak to rzemiosło wygląda współcześnie? Odpowiedzi na te pytania będzie można odnaleźć podczas „Jarmarku sztuki nie tylko ludowej. Wyczarowane z gliny”, który odbędzie się 1 maja w godz. 10:00-16:00. Towarzyszyć będzie kiermasz rzemiosła, sztuki i regionalnych kulinariów, na którym nie zabraknie wyrobów z dziedziny garncarstwa, ceramiki, wikliniarstwa oraz malarstwa. Odbędą się pokazy: wyrobów ceramicznych, toczenia naczyń na tradycyjnym kole garncarskim i ich wypału w piecu. Będzie można uczestniczyć w warsztatach lepienia z gliny, malowania kafli piecowych, malowania dachówek oraz hartowanych garnków dawnej garncarki. Dla dzieci teatrzyk zagra „Zawody naszych dziadków”. Odbędzie się również prelekcja o kaflarstwie ludowym oraz wystawa etnograficzna pt. „Powstało z gliny. Rzemiosło czy sztuka.” Na scenie wystąpi Węgojska Strużka oraz zespół Babsztyl.

 

Zdjęcia - Ania Wojszel

Więcej na ten temat:

http://muzeumolsztynek.com.pl/pl/aktualnosci/news/majowka-wyczarowana-z-gliny.html

http://dziedzictwo-kip.blogspot.com/2016/04/majowka-wyczarowana-z-gliny-tez-tam.html

1617805_1015828518429006_351196615412888833_o1

 

1617805_1015828521762339_6633053677153573678_o

Mój Dzień Ziemi

sczachor

skutki_wymierania_gatunkow_Elblag_2016O Dniu Ziemi usłyszałem chyba pod koniec lat 80. XX wieku. Nieco później przyjechał do mnie na roczny staż wolontariusz z Korpusu Pokoju. Był więc dodatkowy aspekt świętowania tego dnia. Świętować najlepiej z kimś. Dlatego wielokrotnie organizowałem różnorodne akcje ze studentami, szkołami czy organizacjami prośrodowiskowmymi by popularyzować ideę Dnia Ziemi i by coś konkretnie zrobić. Miło wspominam wspólne działania z redaktorem Wacławem Radziwinowiczem z Gazety Wyborczej. Wtedy powstawało Regionalne Centrum Edukacji Ekologicznej. Piękne czasy i miłe wspomnienia.

Dzień Ziemi, zainicjowany w latach 70. XX w USA jako inicjatywa obywatelska, społeczna, obchodzony jest 22 kwietnia. Każdy z nas jest mieszkańcem planety Ziemia i dlatego każdy z nas powinien czuć się odpowiedzialny za jej stan (w konsekwencji za jakość naszego życia). Nasze życie jest od biosfery uzależnione. Z tego powodu musimy o nią dbać, nie tylko 22 kwietnia, ale w każdy dzień. Święto jest jednak po to, by przypominać. W tym przypadku o Ziemi, o biosferze. Ludzkość nie ma Ziemi rezerwowej, zapasowej...

A jak w tym roku? W tym roku Dzień Ziemi spędzę w pociągu (transport publiczny) i w Elblągu, gdzie wybieram się z wykładem o bioróżnorodności. Przedstawię go nauczycielom i licealistom. Skosztuję także placków z pokrzywą (będzie to dzieło uczniowskie). Dlaczego różnorodność biologiczna? Bo cały czas trwa międzynarodowa Dekada Bioróżnorodności, ogłoszona przez ONZ (2011-2020). A gdyby ktoś chciał, to może świętować międzynarodowy Dzień Bioróżnorodności, który przypadnie 22 maja. 

Można świętować grupowo, masowo, ale można i indywidualnie. Na 8. marca kupujemy paniom kwiatek. Na Dzień Ziemi możemy zrobić coś małego, konkretnego, indywidualnego. Zrezygnować z jazdy samochodem, przejść się pieszo do parku lub nad rzekę by cieszyć się przyroda (póki jeszcze jest). I tysiąc innych, dobrych dla Ziemi rzeczy. Tym samy dobrych dla nas, ludzi.

A jak TY uczcisz Dzień Ziemi?

Muzyka, w której słyszę chruściki

sczachor

kamienie_i_ania_broda_2Muzyka odzyskana i wydobyta z przeszłości, nadjeziorna. Wyszperana przez Anię Brodę w Krainie Tysiąca Jezior. Angielski tytuł przygotowywanej płyty (Thousand Lakes) ma ułatwić wyjście tej przecudnej, folkowej muzyki poza prowincjonalne opłotki. W daleki świat.

Muzyka nadjeziorna, w której słyszę chruściki i brzęczące nad wodą owady. Przypomina mi się na przykład wyjątkowy i związany z jeziorami chruścik Hydroptila dampfi. On gdzieś w tych nutach na pewno jest. Mały, niepozorny acz wyjątkowy. A może jest i motyl szlaczkoń siarecznik? A może cytrynek latolistek?

Muzyczne warmińsko-mazurskie motywy przywracanie do życia są jak malowane butelki. stare dachówki czy polne kamienie. Kiedyś potrzebne, potem zapomniane i wyrzucone, pod płot, na strych, gdzieś do leśnego rowu. Dlatego wspieram projekt Ani Brody (więcej na stronie Polak Potrafi). I Ty też możesz zostać współproducentem wyjątkowej płyty z muzyką Krainy Tysiąca Jezior.

Dziedzictwo niematerialne jest jak życie, wymaga ciągłego odtwarzania, trwania. Nie można odłożyć gdzieś do szafy czy na strych. By żyła musi być ciągle odtwarzana, musi dźwięczeć wyspiewywana i odgrywana. Dziedzictwo niematerialne jest ulotne i trudne do zachowania. Wymaga stałej pracy, troski i nieustannego wykorzystywania. Muzyka towarzyszy człowiekowi od dziesiątków tysięcy lat. A może nawet setek. Ale zapisujemy nutami i zarejestrowanymi dźwiękami na płytach i plikach ją dopiero od niedawna. Wcześniej przekazywana była z ust do ucha, w bezpośrednim kontakcie człowieka z człowiekiem, kultury z kulturą. Tworzona jest w kontekście czasów i miejsca. We wspólnocie ludzi, którzy w codziennej pracy oraz różnorodnych uroczystościach czy chwilach wyjatkjowych nie tylko rozmawiają ale i śpiewają.

Śpiew i muzyka ułatwiają zapamiętanie treści (opowieści). Są jak rym i rytm w poezji. Pozwalają zapamiętać długie historie. Kiedyś rozmawialiśmy i śpiewaliśmy przy pracy, w życiu codziennym. Bez sprzętu elektronicznego sami wypełnialiśmy przestrzeń domową śpiewem i muzyką. Ten świat i te umiejętności odchodzą w przeszłość.

Na powrót wymyślamy sposoby życia wspólnotowego, na podwórku i ulicy. Już nie przy darciu pierza czy międleniu lnu. Przy wspólnym śpiewaniu, malowaniu kamieni czy zakładaniu trawnika między parkingami. Drugim kontekstem, w którym powstaje muzyka są instrumenty i technika. To jak potrafimy zbudować przyrządy do wydawania dźwięków wpływa na muzykę, jaką tworzymy i w jakiej uczestniczymy. W niepamięć odchodzą dawne instrumenty, bo teraz są doskonalsze, lepsze, elektryczne. Ewoluuje zatem i muzyka. Ale dzięki wytrwałym poszukiwaczom przeszłości odzyskujemy nie tylko historie minionych czasów ale i dźwięki archaiczne i przez to niezwykle egzotyczne.

Nawet w nowoczesności czerpiemy z dawnego dziedzictwa, również tego niematerialnego. Bo są rzeczy nieprzemijające w swojej wartości. Niedawno zakończył się rok Oskara Kolberga. Ale nie zakończyła się praca wielu osób, przywracających do życia dawne dziedzictwo muzyki regionalnej. Jedną z tych pracowitych osób jest Ania Broda. Liczę, że najnowsza płyta będzie mogła być wydana. Jeśli chcesz, wesprzyj i ty: https://polakpotrafi.pl/projekt/ania-broda-plyta.

Malowanie kamieni przy współczesnym, miejskim „łuskaniu fasoli”. Rozmowy i śpiewanie. Bo z muzyką łatwiej zapamiętać nawet zawiłe, ludzkie historie. Ponadto pojawia się dodatkowa treść, harmonia i piękno. Zostań współproducentem niebanalnych treści z prowincji.

Zobacz też:

kamienie_i_ania_broda_3

kamienie_i_ania_broda_1

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci