Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

25 lat Internetu w Polsce... i zmieniająca się szkoła

sczachor

internetW sierpniu br. roku minęła 25 rocznica narodzin internetu w Polsce. Początku były skromne. Symbolicznie internet wiąże się z wolną Polską, III Rzeczypospolita. 25 lat to niewiele w skali czasu, ale w przecież tak wiele cywilizacyjnie. Wszystko się zmieniło. Nawet nie wiem już czy pisać „Internet” - tak jak dawniej, czy „internet” jak coraz częściej można spotkać.

Zmaterializowały się stopniowo dawne książki fantastyczno-naukowe. Ten nowy środek komunikacji zmienił sposób funkcjonowania społecznego. Niezwykły potencjał może osiągnąć dowolna grupa osób kolektywnie połączona dzięki komputerom i sieci internetowej. Widzimy to na co dzień. Nawet wojny i konflikty przenoszą się do sieci. Inteligencja kolektywna działa na zupełnie nowym poziomie. Tak jak w Cyberiadzie Stanisław Lema, gdy podłączeni ze sobą żołnierze i całe armie zaczynają funkcjonować zupełnie nieoczekiwanie.

A jak działała inteligencja kolektywna wcześniej? Na etapie hordy, plemienia, społeczeństwa industrialnego? Komunikacja była nie tylko realizowana za pomocą innych kanałów przekazy ale i wśród znacznie mniejszej liczny „podłączonych” mózgów (komunikujących się, współpracujących). Teraz nasze mózgi wspomagane są na dodatek elektronicznie. Prawdziwie inny świat. Widać to także w kulturze i życiu codziennym. Być może dawne prawa socjologii staną się nie do końca adekwatne w nowej, internetowej rzeczywistość funkcjonowania społeczeństwa.

Prawdziwie nowy świat w wielu wymiarach, z pozytywami i negatywami. Można to porównać do biologicznego pojęcia hologenomu - tworzy się swoista inteligencja zbiorowa, uwidacznia się efekt synergii na skalę internetową i globalną, złożona z niespokrewnionych elementów i w różnym stopniu zintegrowanych. Zachowanie tłumu, stada znacznie większego i połączonego słabszymi relacjami pozawerbalnymi. Ewolucyjnie przystosowaliśmy się do komunikacji językiem ciała. Przez komputer go nie widać (tworzymy zastępniki w formie np. emotikonów). Uczymy się nowych sygnałów. Zarówno tworzyć jak i odczytywać.

W grupie ludzie są silniejsi i bardziej przekonani o wartościach, jakie ich łączą. Odnajdują się ludzie o wartościach niszowych, wyjątkowych. Dzięki internetowi potrafią się odnaleźć i współdziałać w globalnym świecie miliardów ludzi na Ziemi. Grupa jest także tak silna, jak jej najsłabszy element. Tyle że w internetowym stadzie wypadnięcie nawet wielu pojedynczych elementów nie upośledza całości. Tak jak w hologramie czy ekosystemie. Dzięki internetowi nigdy wcześniej grupa nie przeżywała kontaktu tak pełnego i tak wyabstrahowanego z rozpraszającego otoczenia. Szumy i rozpraszanie bardziej generowane są w samym intrenecie. Komunikacja jest nieomal tak szybka jak myśl. Impulsy biegnące w neuronach przypominają te, biegnące w kablach. Albo odwrotnie. Biomasa współpracujących mózgów jest ogromna. I moc obliczeniowa czy raczej moc kulturowa także.

Dzięki internetowi integruje się zbiorowy, kolektywny super mózg, wymykający się regulacji i działa nieprzewidywalnie. W zupełnie nowy sposób. Dopiero odkrywamy jak on działa. I jak przyczynia się do nowych rewolucji społecznych, zmieniających oblicze polityczne świata. Bo zbiorowość internetowa wcale nie oznacza jednomyślność ani globalnego wszechporozumienia. Tak jak w ekosystemie. A mimo to działa. Siła wspólnot internetowych (tych chwilowych jak flashmob, jak i tych bardziej trwałych) tkwi w nieustannym osiąganiu porozumienia na przekór różnorodnym przeszkodom. Trwa nieustanne dyskutowanie. Uczymy się zbiorowo, popełniając różnorodne błędy. W kłótniach grupy się rozpadają. Ale potem znowu powstają. Jednostki systematycznie uczą się coraz lepiej i efektywniej współdziałać w takich cywilizacyjnie nowych grupach internetowych. Rozpadają sie więc grupy i powstawały nowe, bardziej spójne.

Tak jak podłączone komputery tak i „podłączone” sieciowo mózgi zwielokrotniają w internecie swoją „moc obliczeniową” (moc społeczną, moc kulturową). Grupa ludzi może razem działać i wykonywać jakieś zadanie, tak jakby była jednym, inteligentnym, samomonitorującym się i sterującym bytem, pracującym z jednym umysłem, a nie zbiorem niezależnych podmiotów intelektualnych. I znowu na myśl przychodzi mi porównanie do ekosystemu: wiele różnych, niezależnie działających osobników i gatunków a efekt wydaje się jakby był centralnie i całościowo zarządzany i sterowany.

Korzystanie z internetowych form międzyludzkiego kontaktu i związanych z tym zjawisk ułatwia jednostce sformułowanie własnych myśli i artykułowanie swoich opinii. Bo więcej „mówi” i pisze. Coraz bardziej określamy się w dialogu, tak jak chyba  nigdy do tej pory (ale może jest to wrażenie, bo nie znanym, nie pamiętamy tego świata przedinternetowego). W jakimś sensie utraciliśmy ciszę i wpadliśmy w gwar relacji i dyskusji. Jeśli dodać to tego telefonię komórkową i mobilny internet, to żadne wcześniejsze pokolenie nie pisało tak dużo jak obecne. Na pewno mniej milczymy, mniej mówimy ale z całą pewnością więcej piszemy.

Współpraca internetowa tworzy nowe formy, czego przykładem jest chociażby Nauka 2.0. Nauka 2.0 rozwija się na bazie nowych, internetowych narzędzi komunikacji i współpracy w sieci w formie blogów, różnych wiki czy portali społecznościowych. używanych przez naukowców. Rozwija się idea wolnego dostępu (Open Access, Open Data) oraz projekty współpracy naukowej pomiędzy akademikami i nie-akademikami (tzw. nauka obywatelska).

Dzięki internetowi zyskaliśmy niewyobrażalnie łatwy i ogromny dostęp do zasobów najróżniejszych informacji (prawdziwych, zmyślonych, zmanipulowanych). Nicolas Carr, amerykański badacz internetu twierdzi, że stan nadmiaru informacji prowadzi do cywilizacyjnego i ewolucyjnego cofnięcia się naszego gatunku. Coś na pewno ulega regresowi gdy równocześnie coś innego się rozwija. Trudno to teraz dobrze ocenić.

Powiększające się bogactwo zasobów w sieci, w tym zasobów na wolnej licencji i otwartych, z całą pewnością zmienia także szkołę i edukację w szerszym sensie. Tworzą się możliwości nowych relacji oraz zmianie ulega rola nauczyciela w klasie. No właśnie, czy na pewno już w klasie, tej tradycyjnej i z ławkami? Edukacja to nie tylko podręczniki szkolne i wiedza nauczyciela ale stale powiększające się zasoby, dostępne w sieci. Nauczyciel musi nie tyle nauczyć pisać i czytać, co poruszać się w gąszczu i nadmiarze informacji. Z tradycyjnej roli mentora nauczyciel przekształca się w przewodnika w społeczeństwie informacyjnym.

25 lat w życiu człowieka to tylko fragment (w życiu społeczny jeszcze mniej). Osiągniecie młodzieńczej dojrzałości. Co będzie dalej? 

O kłódkach zakochanych na moście, współczesnych czarownicach i o metodzie naukowej

sczachor

13767402_10208953183060175_8229544634758413128_oCzy metoda naukowa jest przydatna przeciętnemu człowiekowi? Czyli po co nam nauka? I jak jej uczyć w szkołach albo nie tylko w szkołach, gdyby okazała się przydatna w życiu codziennym? To wiodący temat zbliżającej się konferencji Pokazać-Przekazać w Centrum Nauki Kopernik.  

Moim zdaniem (i nie tylko moim) metoda naukowa jest znakomitą kompetencją… zawodową w XXI wieku. Da się zastosować do każdego aspektu rzeczywistości i każdego stanowiska pracy. Pozwala obserwować, analizować i wyciągać poprawne wnioski. A skoro to takie uniwersalne narzędzie to może warto sprawić by było powszechnie dostępne i stosowane? Warto jej nauczyć tak jak czytania i pisania.

Za przykład niech posłużą zlikwidowane kłódki na moście (przy olsztyńskim zamku nad rzeką Łyną), wieszane przez zakochanych. Moda ta dotarła i do Olsztyna już dawno. Ale od dłuższego czasu zarządcy dróg twierdzili, że owe kłódki "stają się ogniskami rdzy. (...) na dodatek wiszące ozdoby utrudniają konserwację." Tym razem dopięli swego i kłódki zniknęły. Wiele osób żałuje i czuje się zniesmaczonych. To nie pierwsza próba usuwania kłódek z olsztyńskiego mostu (Kłódki na moście czyli ogniska głupoty oraz Od czego rdzewieją kłódki na moście).

Metoda naukowa jest udoskonalonym procesem myślenia racjonalnego, które stosowali nasi przodkowie. Została tylko ulepszona. Tak jak wszytko, kiedyś garnki lepiliśmy sami, ręcznie. Teraz korzystamy z bardzo profesjonalnie wytwarzanej ceramiki przemysłowej. Lepsze i tańsze. Metoda naukowa pozwoliła ludzkości osiągnąć niesłychany postęp technologiczny.

Ale wróćmy do przykładu z kłódkami. Skoro na rdzewiejącej balustradzie wiszą kłódki to pewnie one są przyczyną odchodzenia farby i rdzewienia (taka pierwsza, robocza hipoteza). Jak sprawdzić, zweryfikować ową hipotezę? Można z wykorzystaniem metody naukowej (a ta metoda sprowadza się przede wszystkim do sposobu myślenia i weryfikowania a nie stosowanych przyrządów technicznych i specjalistycznej aparatury). Wspomniana hipoteza wydaje się uzasadniona, bo przecież kłódki mogą mechanicznie uszkadzać farbę, poruszane przez wiatr lub oglądających je ludzi. Jakoś to się mieści w naszym „paradygmacie” rozumienia świata. Takie wytłumaczenie pasuje nam do całości (systemu wiedzy i innych obserwacji). Ale metoda naukowa polega na weryfikacji wszystkich naszych mniemań, przypuszczeń, hipotez.

13653177_10208953182220154_6056097090877608843_o

Po pierwsze należało sprawdzić czy zawsze (lub najczęściej) rdzewienie dotyczy tylko fragmentów balustrady z kłódkami (próba kontrolna). Tak się składa, że w tym samym czasie, gdy malowano-odnawiano balustradę na moście, powstały inne, nowe barierki. Otóż (co pisałem już dużo wcześniej - linki wyżej i co zilustrowane jest zdjęciami wyżej) farba odłaziła również tam, gdzie nigdy kłódek nie było. Zatem taka próba kontrolna powinna dać do myślenia. W zasadzie obala hipotezę, że za zniszczenie balustrady odpowiedzialne są kłódki, wieszane przez zakochanych (a przynajmniej że są główną przyczyną). Można oczywiście zastosować właściwą nauce metodę ilościową i policzyć procent (skalę) odchodzenia farby w zależności od liczby kłódek na powierzchnię/długość itd. włączyć metody statystyczne itd. Niemniej wydaje się właściwym szukanie innej przyczyny. Może to wilgoć od rzeki? Może to wadliwe wykonanie malowania i użycie nieodpowiednich farb?

Po drugie można szukać innych miejsc, innych balustrad, gdzie wiszą kłódki. I takie w pobliżu można znaleźć. Wiszą kłódki (na razie pojedyncze) od co najmniej roku a żadnego odchodzenia farby i rdzewienia nie widać. To drugi mocny argument przeciw usuwaniu kłódek z mostu. Bo nie one są „winne”.

13641250_10208953191540387_7524376410926887903_o1Bo jeśli nie odkryjemy rzeczywistej (a przynajmniej bardziej prawdopodobnej) przyczyny to obecne odnowienie i konserwacja będą równie nieskuteczne co poprzednia.

Z tymi kłódkami na moście to jak z paleniem czarownic - kto inny zawinił, kogo innego ukarano. Możliwe, że kłódki to taka zasłona dymna dla ukrycia fuszerki. "Spali się kłódki" na stosie i nikt nie będzie pytał o rzeczywiste przyczyny. Widowiskowo będzie. Ale czy będzie zlikwidowana przyczyna rdzewienia?

Oczywiście, łatwiej jest wykonać odnowienie i malowanie, gdy kłódek nie ma. Z kłódkami byłoby trochę trudniej, ciut więcej pracy. Widziałem kłódki na moście w Wilnie. Po prostu były… pomalowane razem z balustrada. Nie odcinano ich.

I jeszcze jeden aspekt: jednym się kłódki podobają innym nie. Ale w dyskusji o kłódkach na moście używajmy rzeczywistych argumentów a nie populistycznych i "dorabianych". Że niby uzasadnione jest zlikwidowanie kłódek, bo most uszkadzają. Tak jak ze spaleniem ostatniej czarownicy w Reszlu, dwa wieki temu. Była podpalaczką miejskich domów… a skazano za czary.

Po co jest metoda naukowa zwykłemu zjadaczowi chleba? By poznawać rzeczywiste przyczyny i by działać skutecznie. Magię można porównać do inżynierii - także jest sposobem wpływania na rzeczywistość. Za pomocą zaklęć chcemy wpływać na zmianę biegu rzeczy (na przykład odgonić burzę z gradobiciem). O ile jednak w inżynierii (czy medycynie) metodą naukową weryfikuje się wszystkie pomysły, hipotezy, interpretacje oraz sprawdza rezultaty, o tyle w magii skuteczności zaklęć się nie weryfikuje. Jeśli zaklęcie nie pomogło… to nie oznacza, że zaklęcia są nic nie warte (podobnie jest w różnorodnych teoriach spiskowych). Na przykład winny jest sam zaczarowany (może pomylił się z w zaklęciu albo coś nie tak zrobił?). Ostatnio taki argument słyszałem w odniesieniu do znachorskiego leczenia chorób nowotworowych siłą woli. Nie pomaga? Znaczy za mało wierzył pacjent.. w siłę znachorskiej magii. Sama skuteczność owych znachorskich praktyk w ogóle nie jest poddawana weryfikacji…

Ostateczne rozstrzygniecie jest jak z tym złotym pociągiem z Wałbrzycha - można sprawdzić i rozkopać. Naukowcy też sprawdzili teren georadarem, ale inaczej zinterpretowali wyniki (pociągu się nie dopatrzyli). Poszukiwacze dopatrzyli się tunelu i pociągu. Dwie różne hipotezy w oparciu o te same metody georadarowe.  Nie wystarczy kupić sobie nowoczesny sprzęt, trzeba nauczyć się jeszcze poprawnie go obsługiwać i interpretować wyniki. Niemniej wykonanie wykopu definitywnie rozstrzyga czy jest tam tunel z jakimkolwiek pociągiem. Poprawna metoda weryfikacji, właściwe metodzie naukowej.

Podsumowując - szkoda pięknego moim zdaniem zwyczaju wieszania kłódek na moście. Ilekroć przechodziłem tamtędy z gośćmi, to prawie zawsze się zatrzymywali i oglądali. Szczególnie, gdy byli to młodzi ludzie. Była to niewątpliwie intrygująca atrakcja turystyczna. A skoro kłódki nie są "winne" rdzewieniu to może należało je pozostawić lub twórczo zaproponować inne miejsce do wieszania kłódek. I nie wrzucania kluczy do rzeki (przykład kreatywnych rozwiązań z kłódkami).  

Łyny kijem nie zawrócisz. Młodzi ludzie i tak je wieszają, na razie w innych miejscach, na innych balustradach i innych mostach. Quasi magiczne praktyki z obwinianiem kłódek i ich odpiłowywaniem nie pomagają...

Czy to problem z jętkami ?

sczachor

Jtki_Ciesielski_2Czasem owady sprawiają problem, ba nawet wzbudzają panikę. To co widać na zdjęciu obok to nie dym z komina ani mgła, to lecące owady. Jak w horrorze. Nic dziwnego więc, że od czasu do czasu dostaję różne ilustrowane zapytania: co to jest i jak sobie z tym radzić.

"Witam Panie Profesorze, mamy problem z jętkami. W maju i czerwcu pojawiają się ogromnymi chmarami wokół naszej nieruchomości położonej nad Zalewem Szczecińskim (...). Trudno wtedy oddychać. Zanieczyszczają elewację pałacyku, wdzierają się do wnętrz budynków. Czy są jakieś sposoby na pozbycie się tych owadów, a przynajmniej na zredukowanie ich liczby?"

Dlaczego akurat jętki? Być może takie skojarzenie pojawiło się po doniesieniach medialnych, gdy masowy wylot jętek nad jedną z rzek Polski, utrudnił przejazdy samochodów. Na filmiku było widać jak ludzie usuwają z mostu owe owady szuflami. Nad Zalewem Szczecińskim akurat masowo pojawiły się muchówki z rodziny ochotkowatych (Chironomidae), co dobrze widać na dolnym zdjęciu.

 Wcześniej dostałem także zapytanie co robić z takimi ochotkami nad Wisłą, gdzieś w okolicach Zalewu Włocławskiego. Innej osobie swą liczebnością utrudniały życie. Owady dla człowieka są bezpieczne. Mimo iż powierzchownie podobne są do komarów, to nie są krwiopijne. Larwy żyją w wodzie. Wędkarze i akwaryści używają ich jako przynętę (ci pierwsi) lub jako pokarm dla rybek (ci drudzy).

Nawet i chruściki (Trichoptera) kiedyś w Kanadzie wystąpiły z podobnej roli - masowy wylot Hydropsyche spowodował problemy na EXPO. Jak sobie radzić i przeciwdziałać? Najlepiej przeczekać. Tyle owadów to pokarm dla innych zwierząt. A w przypadku Chironomidae to swoiste oczyszczanie zbiorników wodnych, czy to Zalew Szczeciński czy Włocławski. Wynoszą ze sobą fosfor i azot (odpowiedzialne za eutrofizację wód) . Masowy wylot to forma obrony przed drapieżnictwem. Zsynchronizowany wylot to nagłe pojawienie się zasobów pokarmowych nie-do-przejedzenia.  Część zostanie zjedzona ale duża część przystąpi do rozrodu zupełnie bezpiecznie. Potem pokarm znika. I dla drapieżników po nagłej obfitości przychodzą dni postne. Podobne zjawiska ale w mniejszej skali obserwować możemy w miastach, gdy następuje rójka mrówek (wylot postaci dorosłych, uskrzydlonych). 

Wracając do początkowego pytania jak sobie z nimi radzić, tymi ochotkami. Po pierwsze stworzyć warunki dla zwierząt owadożernych, od ptaków i nietoperzy poczynając a na pająkach kończąc. Ale rzeczywisty problem jest w wodzie, gdzie rozwijają się larwy. Być może potrzeba więcej ryb i małych, drapieżnych bezkręgowców? Najlepiej byłoby ograniczać liczebność w stadium larwalny, bo gdy wylecą po przeobrażeniu to jest już za późno.

Przykład z ochotkami pokazuje, że źródła naszych problemów czasami leżą gdzieś daleko. Potrzebne są całościowe rozwiązania a nie miejscowe i doraźne. Podobnie jest ze skutkami zmian klimatu. Trzeba więc po pierwsze rozumieć mechanizmy funkcjonowania ekosystemów oraz zależności troficzno-regulacyjnych. Zarządzanie ekosystemami to niełatwe zadanie i trudna sztuka. Tym bardziej, że wszystkiego jeszcze nie wiemy a przyroda to niezwykle złożony i wieloelementowy "mechanizm".

 fot. nadesłane przez czytelnika

 Jtki_Ciesielski_1

Szablak krwisty na przystanku czyli czekanie na okazję

sczachor

14055022_158671641203594_53531032610080554_nPrzystanek kojarzy się z czekaniem (oczekiwaniem). Ale co do tego ma ważka szablak krwisty (Sympetrum sanguineum)? Już wyjaśniam. Będzie także o edukacji pozaformalnej w nietypowej formie i o planach na przyszłość.

W dobie powszechnych samochodów osobowych czekanie najczęściej kojarzymy ze staniem w korku lub na światłach (sygnalizacja świetlna). Ale dawniej powszechniejsze było wystawanie na przystanku, czekanie na okazję by ktoś podwiózł, gdy autobusu długo nie było. A generalnie z czekaniem na autobus. Bo a nuż przyjedzie trochę szybciej (więc trzeba być wcześniej). A zazwyczaj autobus się spóźnia, zwłaszcza przy złej pogodzie. Lub z powodu korków. Tak jak w sezonie turystycznym w okolicach Zakopanego. Nie dość że autobusy jeżdżą poza planem (różnie spóźnione, czasem bardzo dużo) to niekiedy jadą inną trasą, by ominąć korki. A przy okazji niektóre przystanki...

Jednym słowem przychodzisz na przystanek i czekasz. Sam lub w towarzystwie. Czekanie kojarzy się z nudą. Wiejski przystanek to miejsce publiczne, gdzie młodzież dawniej przesiadywała, wypisywała różne frazy na ścianie, i brzydkie i miłosne. Edukacja dość wątpliwa, czasem tanie wino i papierosy. Edukacja na przystanku kojarzy się z czymś złym, niepożądanym. I te nasze wiejskie przystanki (miejskie też) wyglądają zazwyczaj marnie: brzydkie, pogryzdane, zdewastowane.

Za sprawą artystów świat może być jednak inny. Anna Wojszej od jakiegoś czasu maluje przystanki. I nie jest to zwykłe malowanie lecz z podtekstem edukacyjnym. Utrwala lokalną bioróżnorodność. Przykładem jest szablak krwisty, który znalazł się na jej przystankowym dziele (pośród innych roślin i owadów).

Szablak krwisty (Sympetrum sanguineum) jest jednym z pospolitszych gatunków szablaków, żyjących w Polsce. Samce mają pięknie ubarwiony odwłok. Podobne czerwone zabarwienie ma także kilka innych gatunków. Ale można je od siebie odróżnić. Samica szablaka krwistego jest żółto-brązowa lub czerwonawa, a po bokach ma niebieskawy nalot.

Szablaka krwistego w stadium imago (czyli owada dorosłego) najczęściej spotkać można od czerwca do października nad różnego typu niewielkimi zbiornikami i stawami rybnymi (zwłaszcza tymi okresowo osuszanymi). Omawiane ważki jaja składają najczęściej poza wodą (a przecież jak wiadomo larwy ważek żyją w wodzie!), gdzieś na brzegu zbiornika, wśród traw i mchów. Jaja mają wielkość około 1 milimetra, uważne oko więc może je wypatrzeć. Trzeba tylko wiedzieć czego i gdzie szukać. No i kiedy. Na początku sablakowe jaja są białe a potem ciemnieją i stają się ciemnobrązowe. Zimują szablaki w stadium jaja. Dopiero wiosną kolejnego roku, gdy zbiornik wypełnia się wodą, jaja zalewane są wodą i wylęgają się z nich larwy. Larwy więc tak jak na ważki przystało żyją i rozwijają się w środowisku wodnym.

Jasne jest już więc powiązanie szablaka krwistego z przystankiem i czekaniem. To jaja tych ważek oczekują na zalanie wodą a za sprawą artystki z Wipsowa szablak krwisty znalazł się na przystanku w Wójtowie. A skoro już są przyrodniczo ozdobione przystanki, które cieszą oko przejeżdżających i oczekujących, to wpadłem na pomysł by wykorzystać je edukacyjnie. Taka edukacja przyrodnicza na przystanku. Nie jakieś tak odkrycia małolatów typu „ch... i p... w nocy gwizda” ale edukacja przyrodnicza, przybliżająca lokalną przyrodę. Kiedyś byliśmy blisko niej, teraz znacznie częściej poznajemy świat z telewizji i internetu. A że prawie każdy ma już smartfon z internetem, to zamierzam dołączyć do już istniejących ilustracji przystankowych krótkie opowieści o tym, co na przystanku. By sobie poczytać. Na przykład o czekaniu w czasie czekania.

13938039_158671724536919_8465559600083746074_o

Na letniej konferencji w Warszawie (Inspiracje 2016 - zobacz wystąpienie)  podawałem przykład przystanków, wymalowanych przez Annę Wojszel, jako możliwość nietypowej edukacji pozaformalnej. Właśnie się dowiedziałem, że pomysł ten naśladować będą w Wielkopolsce. Jak powstaną, to pokażę.

Wszystko zaczęło się mniej więcej dwa lata temu na plenerze w Tumianach, gdzie miałem okazję spotkać się z Anną Wojszel i w czasie pracy rozmawiać o różnorodności biologicznej wokół nas. Powstały nie tylko warmińskie malowane kamienie. Ale narodził się pomysł gadających dachówek… a teraz dojrzał i wykrystalizował się pomysł z edukacyjnymi przystankami. Dużo pracy przede mną by te przystanki edukacyjnie przemówiły donośnym głosem, słyszalnym daleko. Jak już skończę, to pokaże rezultaty.

Tymczasem jeszcze jedno wyjaśnienie autorki, jakie niedawno pojawiło się na Facebooku "Tu powstanie warmińska łąka" - tak napisałam na ścianie, zaczynając prace nad nowym, malowanym przystanku autobusowym na drodze DK 16 - Wójtowo w czasie ulewy :-)... i powstała łąka z kwiatami, trawami, ważkami, motylami i warmińskim słońcem. Przystanki autobusowe - miejscem nieformalnej edukacji przyrodniczej i piękną wizytówką Warmii... Łąki, kwiaty, ważki... Myślę, że to właśnie stanie się naszą nowoczesną warmińską tożsamością...dziękuję Stanisławowi Czachorowski emu za inspirację”. To ja dziękuję, za tak owocną i przyjemną współpracę. Inspiracja idzie we dwie strony. Efekt synergii.

Warto zajrzeć na stronę „Artystycznie malowane przystanki"

Niniejszy wpis ilustrowany jest fotografiami Anny Wojszej.

 13620239_1240438509301338_5559714645170625874_n1

Woda dla spragnionych na ulicy (w mieście turystycznym)

sczachor

pompaBez jedzenia można wytrzymać kilka dni, bez wody już nie. Zwłaszcza latem i w upał. Pragnienie czują zwłaszcza podróżujący, wędrowcy, turyści - gdy są z dala od swojej wody w domu. Skazani są na życzliwość miejscowych lub na kupno (komercyjny dostęp do wody). A cena wody bywa różna, nawet po kilka euro za butelkę. Wiedzą to ci, którzy odwiedzają różne popularne turystycznie miejsca.

Pamiętam upalne lata z dzieciństwa. I wędrówki do lasu czy nad jezioro (Mazowsze). A gdy pić się chciało, wstępowaliśmy do pierwszego lepszego gospodarstwa prosząc o wodę ze studni. Nigdy nam nie odmawiano. Takie zwyczajne dzielenie się tym, co w przyrodzie. Mile wspominam także ważkową wyprawę do Rumunii sprzed 10 lat. W wielu miejscach spotykaliśmy studnie, nawet w odludnych miejscach. A przy nich kubeczki. Nawet nie przywiązane. Gest życzliwości. Nawet obcy i podróżny może się napić, gdy spragniony.

Dostęp do czystej wody jest narastającym problemem globalnym. Zasoby wodne należy ochronić przed prywatyzacją i skrajną komercjalizacją. Nie wyklucza to restauracji, barów i kawiarni, w których za usługi i płyny się płaci. Mam na myśli bezpłatne ujęcia wody.

Pamiętam takie na dworcach kolejowych, w dawnych czasach. Bo nie każdego stać było kupić coś w dworcowym barze, a przecież i te nie zawsze były czynne. Po prostu wygoda dla podróżujących.

Olsztyn jest stolicą regionu turystycznego. Mamy bardzo dobrą wodę w wodociągach. Moglibyśmy się nią chwalić i wykorzystać w celach promocyjnych. A obecnie jedynie w trzech lokalach gastronomicznych podają wodę z kranu. Przypominam sobie swoje wyjazdy do Hiszpanii i Francji. Tam, gdy siedliśmy w restauracji czy oberży do stolika, to od razu stawiano nam zimną wodę z kranu. Za darmo. Potem i tak zamawialiśmy sporo. Mogłoby się wydawać, że jak gość spragniony to więcej wody kupi. Niby tak, ale jak uraczyć go darmową wodą z kranu (a w upalne dni pić się chce), to przecież wcale mniej pieniędzy nie wyda. Zakupi coś innego. W dobrym nastroju więcej wydajemy. A poczęstunek wodą pokazuje życzliwość i otwartość. Wzbudza sympatię. I to przekłada się na zyski.

Zmierzam do tego, że bezpłatny dostęp do wody, nawet w lokalach gastronomicznych wcale nie ujmuje dochodów restauratorom. Jednocześnie mogłoby być dobrym elementem promocyjnym miasta. Mamy czysta wodą i jesteśmy gościnni.

Na początku sierpnia dostałem taką nietypową prośbę "Wraz ze znajomym (…) złożyliśmy do OBO projekt o instalację zdrojów wody pitnej na terenie Olsztyna, dokładnie 16 sztuk (…). Projekt zakwalifikował się i na tym etapie staramy się przekonać mieszkańców, że jest wart oddania głosu (…). Założyliśmy na ten cel fanpejdż: https://www.facebook.com/H2OLpl. Na stronie http://pijewodezkranu.org/ umieszczona została Pańska wypowiedź dotycząca picia wody [ S.Cz.: Piję wodę z kranu, bo jest bardzo dobrej jakości, bo jest znacznie tańsza od butelkowej, kupowanej w sklepie oraz dlatego, że czuję się odpowiedzialny za przyrodę wokół mnie.]. Chciałabym zapytać czy byłby Pan tak uprzejmy i wypowiedział się na temat naszego projektu oraz wyraził zgodę na publikacje Pańskiej wypowiedzi w informacji prasowej, którą przygotowujemy?'

Szczytny cel wesprzeć warto. Bo to i dla ochrony środowiska ważne i dla samego Olsztyna. Niżej zamieszczam rozszerzoną wersję udzielonych odpowiedzi:

  • Czy uważa Pan, że cel jest słuszny? Jak najbardziej słuszny i potrzebny, zwłaszcza w mieście turystycznym. Ważne jest aby dzielić się wodą przy niskich kosztach środowiskowych: bez zbędnego transportu wody i bez zbędnej produkcji jednorazowych opakowań. Ludzi spragnionych napoimy a środowisko przez śmieciami ochronimy. Środowisko w skali globalnej jak i regionalnej.
  • Czy potrzebne są w Olsztynie punkty, z których można napić się w razie potrzeby czystej wody pitnej z naszych wodociągów? Dlaczego? Bardzo przydatne, tak jak kiedyś studnie. W zasadzie powracamy do tego, co było dawniej. Każdy, kto choć trochę wędrował wie, jak ważna jest życzliwość i dzielenie się wodą "przy studni". Mało jest punktów wody pitnej, z których można skorzystać poza domem. Dla mieszkańców ważne jest to w czasie upałów a dla turystów i podróżnych cały czas. Co Pan sądzi o wodzie butelkowanej i czym różni się woda z kranu od tejże? Jest porównywalna co do jakości. Różnią się ceną. Przy wodzie butelkowanej płacimy przecież za jednorazowe opakowanie (butelkę), transport z daleka i koszty utylizacji śmieci. Oczywiście, że woda w butelkach powinna być dostępna w sklepach. Ale można ograniczać zużycie surowców i energii upowszechniając picie wody z wodociągów. Chyba nas stać podzielić się z potrzebującymi i spragnionymi? Przecież to nie są duże koszty.
  • Jakie według Pana są ukryte koszty picia wody butelkowanej? Po pierwsze transport i zużycie paliw kopalnych, emisja do atmosfery dwutlenku węgla i innych substancji, w konsekwencji jest to wzrost zanieczyszczenia powietrza jak i przykładanie się do efektu cieplarnianego. Po drugie to koszty jednorazowych opakowań: zużycie ropy naftowej jako surowca i produkcja dużej ilości odpadów (śmieci). Ileż z nich ląduje w lasach i w jeziorach? W końcu to koszty handlowe. Woda powinna być dostępna dla wszystkich. Czysta woda. Darmowa woda z kranu powinna być wizytówką miasta turystycznego. Mniej zarobimy, bo można byłoby zarabiać na wodzie? Ale otwartość i życzliwość dla przyjezdnych (jak i miejscowych) to finalnie wyższe zyski z turystyki. Niewielkie koszty a wiele zyskujemy.
  • Jaki mamy wpływ na nasze środowisko mając do wyboru wodę w butelce i wodę z kranu? Już wymieniałem. Woda z wodociągów to niższe koszty dla środowiska: mniejsze zużycie energii, surowców, niższe koszty utylizacji odpadów. Nie żyjemy poza środowiskiem więc im lepszy stan środowiska tym nam się lepiej żyje.
  • Czy sądzi Pan, że promocja Olsztyna poprzez wodę jest krokiem w dobrym kierunku? W bardzo dobry, bo wtedy Olsztyn stanie się bardziej przyjazny dla mieszkańców (na spacerze) i dla turystów.

Pomysł wartościowy, wiec wspieram jak potrafię.. Na zdjęciu uwieczniona jest zabytkowa pompa, stojąca koło katedry w Płocku. NIe jest czynna. Tak jak wiele innych. Stoją jako zabytki dawnej użyteczności..

Mój ulubiony Tygodnik Powszechny

sczachor

TygodnikPowszechnyKraków to miejsce wspaniałe. Niezwykle przyjazne dla turystów i odwiedzających. I wyjątkowo tanie. Zjeść na starówce można taniej niż w Olsztynie - było to dla mnie wielkim zaskoczeniem. Jest co zwiedzać i gdzie przesiadywać. Czuje się klimat miejsca. 

Wielokrotnie bywałem w Krakowie i zawsze wracam z tego miasta nienasycony. Z chęcią powrotu. Kraków inspiruje. Narobiłem oczywiście mnóstwo zdjęć. Będą dobrą ilustracją do przyszłych tekstów.

Będąc w Krakowie nie mogłem zapomnieć o redakcji mojego ulubionego Tygodnika Powszechnego. Była akurat niedziela. Nie chciałem sprawdzać czy pracują :). Jest więc tylko zdjęcie przed wejściem do siedziby Redakcji.

Tygodnik Powszechny czytam regularnie od kilku lat. Dobre dziennikarstwo, dużó wartościowych tekstów. I bardzo różnorodnych. 

 

Skansen czyli Święto Ziół faryzejsko cenzurowane

sczachor

skansen_1Cudze dzieci szybko rosną (w naszym oczach). Bo widzimy je od czasu do czasu i wtedy łatwo zauważamy zmiany we wzroście. Swoje, oglądany codziennie, mimo, że tak samo rosną, wydają się nam jako nie zmieniające się. Bo różnice są słabo zauważalne. Łatwej dostrzegamy duże zmiany niż te małe, a że widzimy swoje dzieci codziennie, to i wydają się nam ciągle takie same. Trzeba więcej dystansu by wyraźnie różnice zauważyć.

Telewizora w domu nie mam, ale w czasie wakacyjnych wojaży, przy śniadaniu lub w hotelu, oglądałem publiczną telewizję. Zmiany na gorsze widać bardzo wyraźnie. Przecierałem oczy i uszy ze zdumienia. Siermiężna, partyjna propaganda jak za dawnych, komunistycznych czasów…

Skansen kojarzy się z muzeum ludowym, z przeszłością. Z gromadzeniem nie tylko muzealnych eksponatów ale i z odtwarzaniem dawnych zawodów, z rekonstrukcjami dawnego stylu życia. Odnoszę wrażenie, że w publicznych mediach mamy jeden wielki skansen PRL-u… Ale z nieco inną retoryką, bo widać jak Polska „brunatnieje”.

Ale po kolei. Jak co roku w olsztyneckim skansenie (dokładnie: Muzeum Budownictwa Ludowego – Park Etnograficzny w Olsztynku) odbyło się Regionalne Święto Ziół. Podobnych imprez w ciągu jest więcej (np. Targi Chłopskie itd.). Znacząco ożywiają codzienną pracę wystawienniczą. Na tegoroczne Święto Ziół także zjechały tłumy zwiedzających (zobacz zdjęcia), zabrakło nie tylko miejsca na parkingu ale tworzyły się bardzo długie kolejki do kasy biletowej. Swoje produkty rzemieślnicze i lokalne wystawiło wielu małych producentów - to przy okazji znakomita promocja naszego regionu (rejestracje samochodów zdradzały przyjezdnych z różnych części Polski). Pod względem liczby stanowisk porównywalne z Europejskimi Targani Produktów Regionalnych, które niedawno odwiedziłem w Zakopanem. Jednym słowem sukces edukacyjny i kulturalny.

Wybierając się na Święto Ziół do Olsztynka umieściłem na Facebooku link do mojego tekstu o bylicy pospolitej, z komentarzem „Tak dla przypomnienia, przed dzisiejszym Świętem Ziół w olsztyneckim skansenie.” Gdy wróciłem, znalazłem dopisek innej osoby „Raczej Świętem Marii Wniebowziętej.” A co ma piernik do wiatraka? Ironiczny przytyk rozumiem, ale wynika on z powierzchownej oceny i jest zupełnie nietrafiony. Święto Ziół to nazwa imprezy edukacyjnej w skansenie. Owszem, w programie była nawet msza święta w zabytkowym kościółku. Uczestniczyłem (dlatego przytyk nietrafiony). Oprawę muzyczną zapewnił zespół folklorystyczny z Ełku "Kapela Trzy Czwarte", specjalnie napisali muzykę do mszy świętej. Niezwykłe przeżycie i tłumy ludzi uczestniczący w tej mszy świętej. Wyjątkowej i mocno prawdziwej mszy. Było przecudnie, było także poświęcenie ziół - oczywiście nie ma to znaczenia teologicznego tylko kulturowo-tradycyjnego.

Złośliwa w/w uwaga pojawiła się bo w nazwie „Święto Ziół” nie ma wyeksponowanego „patriotyzmu” i państwowo-kościelnego święta? (a czy nazwa jest ważna czy treść? To nie było zamiast ani przeciw - była to przede wszystkim impreza edukacyjna!). Tak na marginesie, flagi państwowe były wywieszone. To ostentacyjne obnoszenie się z wiarą i religijnością (osoby zamieszczającej cytowany komentarz) jest takie faryzejskie... i pisowskie. Gorszy wierzących i niewierzących. A propos - święto religijne nosi nazwę, jeśli się nie mylę - Święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny (zatem poprawiający sam nie bardzo rozumie, chyba na pokaz bardziej niż z sensem).

I nie poświęciłbym temu większej uwagi gdyby nie inny fakt. Otóż patronami imprezy edukacyjnej w Olsztynku było m.in. Radio Olsztyn i TVP3. Na próżno jednak szukałem na stronach Radia Olsztyn informacji o Święcie Ziół w Olsztynku. Nie było także relacji w telewizji regionalnej, ani 15. sierpnia ani 16. Mimo, że ekipa była. W dniu 15. sierpnia br. regionalne Informacje (TVP3) wypełnione były informacjami… z Warszawy. Pokazywano władze. Z regionu oczywiście pokazano uroczystość religijną ze Świętej Lipki. Odniosłem wrażenie, że sposób myślenia mojej znajomej z Facebooka jest taki sam jak mediów publicznych (albo odwrotnie). Im się tylko z jednym kojarzy. I jest tylko jeden sposób pokazywania rzeczywistości. Stąd moje skojarzenie z medialnym skansenem PRL-u. W Olsztynku nie było władz.. więc po co pokazywać? No i Święto Ziół - przy powierzchownym i pobieżnym oglądzie nie widać „patriotyzmu” ani „kościelności”. Święto Ziół było wartościową imprezę kulturalną i edukacyjną. Nie zabrakło nawet wątków czystko religijnych w znakomitej oprawie. Ale nie było faryzejskiego obnoszenia się… stąd niezauważone. Mimo, że ważne w kontekście regionalnym.

Typowy skansen ma to do siebie, że wchodzimy tam tylko na chwilę. Nawet jeśli uczestniczymy w rekonstrukcji lepienia garnków, pieczenia chleba, mielenia ziarna na żarnach... to wychodząc ze skansenu wracamy do normalnej i współczesnej rzeczywistości. Z "medialnym skansenem" w mediach publicznych jest inaczej. To ciągle trwa. Dobrym rozwiązaniem pozostaje jedynie zmiana programu lub... pozbycie się telewizora. Radia słucham (wybrany program) a informacje wyszukuję w internecie. Jednak nieustannie sącząca się propaganda wpływa na ludzkie zachowania a te już dotykają nas codziennie.... Nie tylko na Facebooku. Mam jednak nadzieję, że ten "medialny skansen" też się niebawem skończy i powrócimy do normalności i normalnych mediów, zwłaszcza publicznych.

skansen_2

Regionalna bioróżnorodność czyli o ziołach we wianku, kłobuku i smoku wawelskim

sczachor

13975512_10209096038071461_3106601991215327753_oRegionalne Święto Ziół (15 sierpnia 2016) w  Muzeum Budownictwa Ludowego – Park Etnograficzny w Olsztynku. Wydarzenie przede wszystkim edukacyjne. Dobre połączenie dziedzictwa kulturowego i przyrodniego (zobacz zdjęcia). I ja miałem tam krótkie, edukacyjne wystąpienie.Było to etnograficzne spojrzenie na lokalną różnorodność biologiczną z ziołami w roli głównej.

Dawniej ludzie postrzegali świat jako całość, gdzie rzeczywistość materialna przenikała się z duchową. W przyrodzie obecne były więc różne duchy, demony a czarami i zaklęciami można było wpływać na rzeczywistość materialną. Magia była jak inżynieria czy medycyna - pozwalała (w mniemaniu naszych przodków) wpływać na rzeczywistość.  Różnorodne zioła były wykorzystywane do pośrednictwa między światem duchowym i materialnym. Dawniej więc podawano zioła choremu by wygonić złe duchy i w ten sposób przywrócić zdrowie. Obecnie także podajemy zioła chorym, ale inaczej objaśniamy ich działanie: za pomocą związków chemicznych i procesów fizjologicznych. Skutek ten sam ale wyjaśnienie zupełnie inne.

Wiele elementów z dawnych wierzeń zachowało się w zwyczajach ludowych jako mniej lub bardziej uświadamiane zwyczaje. Traktujemy je jako dziedzictwo kulturowe. To, co kiedyś było obrzędem, teraz jest kulturowym obyczajem. I jedynie etnolog odszukuje w nich ślady dawnego życia i dawnego widzenia rzeczywistości.

W wykładzie podałem kilka przykładów z ziołami (np. bylica pospolita, podbiał, arcydzięgiel, barszcz zwyczajny, lebioda, pokrzywa) ze wskazaniem elementów etnograficznych jak i współczesnej wiedzy biologicznej. Większość informacji opublikowałem wczesniej na moim blogu - można sobie wyszukać. Nie będę ich tu powtarzał. 

W nazwach gatunkowych wielu gatunków owadów zachowały się nazwy dawnych demonów słowiańskich (świtezianka, rusałka topielica, żyrytwa itd.) – a bez owadów wiele gatunków roślin nie byłoby w stanie się rozmnażać. Wspominałem także o Kłobuku i o tym jak naukowcy ożywili Smoka Wawelskiego jako gatunek biologiczny.

Współczesna gospodarka oparta na wiedzy interesuje się ziołami: nie z powodu magicznych właściwości ale jako surowiec do przemysłu medycznego, kosmetycznego i spożywczego. Element etnograficzny wykorzystywany jest natomiast w turystyce. Bo któż nie lubi przygody z szukaniem kwiatu paproci w noc świętojańską?

13995506_10209096053911857_8139478077791173626_o1

 

Najdłuższy maraton szycia - Rekord Polski

sczachor

celinkirekordpolski600x338

Kilka miesięcy temu pisałem o biciu rekordu w szyciu poszewek-celinek w Elblągu (Najdłuższy maraton szycia celinek dla chłopców i dziewczynek) a kilka dni temu otrzymałem taką oto wiadomości:

"(...), znalazłem przed chwilą artykuł na Pana stronie dotyczący Rekordu Polski na najdłuższy maraton szycia - (...) który w dniu wczorajszym [10 sierpnia - S.Cz.] został oficjalnie zweryfikowany i uznany jako Rekord Polski :) Chciałbym się zapytać czy byłaby możliwość umieszczenia w treści Pana artykułu linka http://biurorekordow.pl/najdluzszy-maraton-szycia-rekord-polski/ do naszego oficjalnego potwierdzenia tego rekordu? Byłbym bardzo wdzięczny za ten drobny gest.

Pozdrawiam

Paweł Chwalibóg

info@biurorekordow.pl"

Z wielką radością zamieściłem nie tylko link, ale i ponownie o inicjatywie niezwykłych elblążanek przypominam. 

(powyższa fotografia pochodzi ze strony Biura Rekordów)

 

Butelki i mój minimalizm czyli o ekonomii dzielenia się

sczachor

cegowka_aniaRozsiadłem się na wygodnej kanapie, ale Franciszek przypomniał mi o rzeczach na prawdę ważnych. Odmłodniałem. Słowo może dużo zdziałać. Wtedy, gdy mówiący ma coś sensownego do przekazania.

Żyjemy w świecie pośpiechu i rywalizacji, ciągłej pogoni za pieniądzem i pozycją społeczną. W świecie, gdzie często słychać „jeśli zwolnisz, przejdą po tobie i cię podepczą”. Stąd wyścig szczurów. Ale coraz głośniej słychać także inne głosy, kryjące się pod nazwami, slow life, slow movement, slow food, slow life, slow sex (to do niektórych może przemówić, bowiem żyjemy dodatkowo w czasach wyścigu za coraz większą przyjemnością), powolny rozwój, powolne dzieciństwo, mniej znaczy więcej. Te słowa mają sens.

Świat globalny jest w coraz większym kryzysie (ekonomicznym i ekologicznym). Z jednej strony komputery i maszyny odbierają pracę ludziom więc mogliby już tak ciężko nie pracować a z drugiej rosnące rozwarstwienie społeczne i ekonomiczne czyni ludzi biednymi. W sumie nic zaskakującego bo od lat o tym piszą i prognozują pisarze. Wiemy a nie potrafimy zaradzić tej niedobrej sytuacji. Jak w chocholim tańcu. Lub jak biegnący szczur w klatce na kręciołku. Im szybciej biegnie, tym szybciej zabawka się kręci, a im szybciej się kręci, tym szybciej gryzoń musi w niej biec. Zatrzymać się od razu nie da, ale może można zwalniać? Systematycznie. Zaradzeniem na rosnące rozwarstwienie być może byłoby skrócenie czasu pracy i lepszy podział pracy, pochwała powolności. Szybkość rozwarstwia społeczeństwa. Ale wymaga to zrezygnowania choć w części z własnego egoizmu i podzielenia się z innymi. To trudne. Ja także od kilku lat próbuję zwalniać. Z wielkim trudem i powoli mi to idzie. Od dawna nie mam telewizora. Jest znakomicie, bez reklam, bez zbędnego bicia piany.

„Minimalizm to dążenie do prostoty i ograniczania niepotrzebnych rzeczy, czynności, obowiązków w każdej dziedzinie naszej egzystencji. Pozwala uporządkować życie i uczynić je prostszym – jest swego rodzaju pozbyciem się "niepotrzebnego balastu", usunięciem iluzji, które przesłaniają nam obraz nas samych i otaczającego nas świata.” To bardzo chrześcijańskie. i staje się coraz modniejsze. Jesteśmy zamuleni w rdzy i mule konsumpcjonizmu. Nie widać nas siedzących na miękkiej kanapie pod tym naniesionym mułem. Widać tylko rzeczy. Franciszek poradził nam, aby zejść z kanapy i zadbać o dobre buty. Bo trzeba się będzie nachodzić. Ruch dla zdrowia i dla duszy.

Piję wodę z kranu. By nie marnować energii na daleki transport tego, co jest blisko. I by nie produkować zbędnych odpadów. Odpadów z szybkiej, jednorazowej konsumpcji. Nie mam samochodu, choć mam prawo jazdy i pieniądze. To nie z biedy czy nieudolności, to z wyboru. Podróż transportem publiczny jest dłuższa. I wymaga dostosowania się do rozkładu jazdy. Ale dłuższa podróż to więcej czasu na przemyślenia… i na rozmowy z ludźmi. To uświadomienie sobie tego, że jesteśmy zależni od innych.

Zbieram po lesie wyrzucone butelki. Usuwam śmieci ze środowiska. I ładniej dla oczu i bezpieczniej dla dzikiej przyrody. Ale w jeszcze większym stopniu po prostu nie wyrzucam. Maluję. Pospolite, szklane opakowania zyskują nową wartość. I rozdaję. Z cichym przesłaniem, że nie ma rzeczy niepotrzebnych ani ludzi zbędnych. Tych opakowań, co to mogą jeszcze się przydać, jest bardzo dużo. Zbyt dużo. Zbędne marnotrawstwo. Innym przez to nie starcza.

Żyjemy w stresie, wynikającym z poczucia konieczności utrzymania kontroli nad ciągle nawarstwiającymi się rzeczami: do zrobienia, do zapamiętania, do przygotowania, do kupienia, do załatwienia itd. Bo wszyscy tak mają więc i ja chce mieć. Bo wszyscy tam byli. Ja też tak żyję. I próbuję zwalniać do slow science, slow life, slow education. Jednym słowem citaslow nie tylko na krótkie wakacje.

W miarę upływu czasu, tak jak i u innych ludzi, przybywa mi rzeczy w domu. Nie tylko książek. Trudzimy się, by je zdobyć a potem zamartwiamy się jak je upilnować, ochronić przez zniszczeniem, kradzieżą, zalaniem itd. Zatraca się granica między tym czy ja mam te rzeczy czy też owe rzeczy mają mnie. Tak jak w układzie pasożyt-żywiciel, przy dużej zależności nie wiadomo kto traci kto zyskuje. Więc maluję słoiki i rozdaję. Z cichym przesłaniem. Bo przecież nie trzeba wszystkiego na głos mówić. Ludzie są inteligentni.

Jeśli w rzeczach upatruje się swojego szczęścia – trzeba zarabiać coraz więcej, by poczuć się spełnionym. Tym samym coraz więcej czasu przeznaczamy na pracę (i idziemy po trupach, bo nie ma lekko, życie to nie bajka i temu podobne frazesy pod nosem mruczymy). Albo się zadłużamy i stajemy się niewolnikami. W czasach młodość szkolnej, gdy czytałem o starożytności nie mogłem się nadziwić jak można było popaść w niewolę za długi. Albo oddawać swoje dzieci czy żonę w niewolę, za długi. Teraz zrozumiałem, bo widzę wielu zadłużonych niewolników wokół siebie. Mają… ale nie są szczęśliwi, nie są wolni. Mają domy kupione pod miastem (na kredyt), codziennie spędzają sporo czasu w samochodzie, na dojazdach, W sumie niewiele pomieszkują w tych domach. Więcej są w pracy i w dojazdach. Ale mają. I żyją w strachu czy spłacą raty bo frank poszedł w górę, albo bo mogą stracić pracę. Więc godzą się na każde warunki, na mobbing itd. Sprawdza się stare przysłowie, że im więcej się ma, tym więcej się chce mieć. Mamy dużo rzeczy… z których nie mamy za bardzo czasu korzystać. Bo przecież praca, praca, praca….

Mój minimalizm to pozbywanie się rzeczy po uprzednim ich upiększeniu. Upcykling (upcyclig).Taka wartość dodana. Butelki malowane, może w przyszłości decoupage, ulotne piękno, chwilowe, dekorowanie potraw, tak jak zamki na piasku czy rzeźby lodowe. Przemijające piękno. Jak my.

„Nie pozwól uczynić z siebie niewolnika przedmiotów (przy okazji długów) i toksycznych relacji. Nie pozwól się zapędzić do wyścigu szczurów. Rób mądrze zakupy – nie rzucaj się na każdą promocję, wybieraj to, co rzeczywiście jest Ci potrzebne i w czym dobrze się czujesz. Nie otaczaj się wianuszkiem ludzi, którzy są Ci nieżyczliwi – postaw na sprawdzone znajomości, pielęgnuj przyjaźnie.”

Sokrates twierdził, że człowiek mądry będzie instynktownie wiódł skromne życie. On sam nie nosił nawet butów; jednakże stale ulegał czarowi targu i często tam chodził, żeby popatrzeć na te wszystkie wystawione towary. Kiedy jeden z przyjaciół zapytał go, dlaczego tam chodzi, Sokrates powiedział: „Uwielbiam odkrywać, bez jak wielu rzeczy, jestem doskonale szczęśliwy".

A na zamieszczonej fotografii widać starą cegłówkę. Pomalowaną przez Annę Wojszel. Zamiast zalegać na śmietniku zdobi pomieszczenie Mazurskiego Parku Krajobrazowego. 

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci