Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Dlaczego studenci nie ściągali, chociaż mogli?

sczachor

sciagiStudentem byłem dawno, teraz jestem po drugiej stronie katedry. Ale dzięki własnym dzieciom i dzieciom znajomych możemy czasem zobaczyć studencki punkt widzenia. I taki studencki punkt widzenia mocno mnie ostatnio zaskoczył. Działo się to na trudnym kolokwium czy jakimś egzaminie. W pewnym momencie wykładowca wyszedł z sali. Studenci zostali sami. I nikt nie ściągał, chociaż było to możliwe. Wbrew obiegowym stereotypom o młodzieży. Czy ta młodzież była wyjątkowa i nietypowa?

Dlaczego nie ściągali, chociaż mogli? Najwyraźniej chcieli sprawdzić co rzeczywiście potrafią, co zapamiętali (uczyli się dla siebie nie dla ocen, więc po co samego siebie oszukiwac i lukrować rzeczywistość?). Bardzo dojrzała postawa. Nie żaden wyścig szczurów, oszukiwanie i walka o dyplomy, oceny itd. Być może takich dojrzałych studentów jest więcej niż myślimy.

Ale wróćmy do sytuacji opisywanej. Co sprawiło, że byli dojrzałymi ludźmi? Czy to uczelnia (akurat Uniwersytet Warszawski), wydział, kierunek tworzy dobre warunki do rozwoju osobowości i nabierania mądrych postaw życiowych? A może specyficzny kierunek studiów sprawił, że przyszli sami mądrzy i dobrze ukształtowani? Na ile wynika więc z klimatu uczelni a na ile ukształtowanych charakterów w domu rodzinnym?

Dla mnie pytanie zasadnicze: jak tworzyć taki klimat do dobrego rozwoju młodych ludzi? Ile drobne kanty, plagiaty, oszukiwania samych wykładowców tworzą klimat demoralizujący i kształtujący przyzwolenie do ściągania (wyścigu szczurów wszelkimi metodami)? Zły przykład demoralizuje, a studenci więcej widzą i rozumieją, niż nam się wydaje (podobno najbardziej demoralizują szczytne ideały, słowa poparte złym przykładem). Pamiętam to z czasów studenckich...

No cóż, chciałbym mieć takich studentów. A może mam? Dobro się nie afiszuje. To oszukujący "kujoni" są widoczni i uwierający ze swoim cwaniactwem i kombinowaniem (potem zapewne zostaje, nawet u posłów z lewymi delegacjami na samochód). Porządni i solidni są mniej widoczni... bo wydają się czymś normalnym i nie zwracamy na to uwagi?

I jak tworzyć na uczelni warunki do rozwoju dobrych cech charakteru? Przecież nie samymi informacjami absolwent potem żyje. Kompetencje społeczne też są ważne. Pytanie dobre na adwent :).

ps. Na zdjęciu ściągi z mojej uczelni, leżały na parapecie... Z całą pewnością nie byli to moi studenci (treść ściąg na to wskazuje). Ale przecież to tylko mały wycinek rzeczywistości.

Innowacja .... w połowie roboty

sczachor

wyastawadachowkowaKręte i długie są drogi wymyślania nowych rozwiązań. W zasadzie hipertekst istniał od dawna (przynajmniej w formie zalążkowej). Bo czym innym są powołania, cytaty i cytowanie? Odsyłaniem do innych źródeł, zarówno w celu "znajdź więcej na ten temat" jak i uwiarygodnienia. Ba, nawet w kulturze oralnej było odwoływanie się "a iksiński powiedział, widział etc.".

Na przestrzeni dziejów rosła szybkość docierania do "odsyłaczy" aż hipertekst wyłonił się w całej swej elektronicznej okazałości. Szybkość docierania do Iksińskiego (aby dopytać o więcej lub zweryfikować poprawność powoływania się na jego słowa) była niewielka a czasem niemożliwe było fizyczne dotarcie. A bez bezpośredniego kontaktu i rozmowy nie było przekazu. Gdy pojawił się druk zwiększyła się możliwość weryfikacji i docierania do pierwotnych źródeł, ale dalej było to kłopotliwe. Do bibliotek i księgozbiorów było daleko a zbiory niewielkie. Weryfikacja powołania czy cytacji była czasochłonna i pracochłonna.

Kolejnym przyspieszeniem było "wynalezienie" publikacji. Ale docieranie i sprawdzanie wszystkich źródeł, zawartych w czytanej publikacji, było dalej kłopotliwe i czasochłonne. Więc niewielu z tych możliwości praktycznie korzystało. W wielu przypadkach przepisywano bez sprawdzania. Pozorowany rytuał napędzany pośpiechem i koniecznością dużej wydajności.

Komputery i elektronika zmieniły wiele. Tekst nie musiał być linearny, hipertekstowe przekierowania w jednym dokumencie, jak i odwołania do innych za pomocą internetu, stworzyły zupełnie nowe możliwości. A w zasadzie pokusa by łatwo sprawdzić cytowanie, znaczenie słowa (już bez pracochłonnego sięgania do słowników czy encyklopedii) rozpraszała. Te oszałamiające możliwości utrudniły czytanie tekstów. Bo skoro łatwo można sprawdzić, iść do przekierowania, to łatwo zagubić się w dygresjach. Łatwo utracić kontakt z pierwotnymi tekstem. Zwłaszcza przy korzystaniu z zasobów inetrnetowych łatwo zagubić się w gąszczu pobocznych informacji i stracić kontakt z właściwym tekstem. Co, co kiedyś wynikało z ograniczeń, teraz musi być osiągane siłą woli i koncentracją. Zbyt duże możliwości rozpraszają.

Mobilny internet powszechnie dostępny zmienił jeszcze więcej. A w zasadzie dopiero stwarza takie możliwości. Dopiero uczymy się dostrzegać i wykorzystywać potencjał mobilnego internetu. Media stały się hybrydowe. Prasa wymieszana została z radiem i telewizją a do tego z namiastka bezpośredniej rozmowy (aktywizujące komentarze i portale społecznościowe). Środowisko akademickie powoli odkrywa te możliwości. Zmieniają się tradycyjne formy komunikacji naukowej. Już nie tylko seminaria, referaty, publikacje i sesje posterowe (a przecież poster to naukowa nowinka, upowszechniona w naukach przyrodniczych zaledwie dociera do nauk humanistycznych).

Eksperymentuję i ja  tworząc różnorodne innowacje. Na seminarium 12 grudnia sprawdzałem swój kolejny prototyp (na zamieszczonym zdjęcie dwie formy, na planszach i na dachówce). Działa. Oczywiście dostrzegam sporo różnych mankamentów, nie do końca trafnych rozwiązań. I będę to poprawiał w następnych realizacjach. Droga do innowacji jest długa. Wykonałem zaledwie kolejny krok, ani pierwszy ani ostatni. Eksperymentowanie pozwala zrozumieć proces i technologię. I wiem co trzeba wcześniej przygotować. Z pozoru wygląda to prosto i łatwo. Ale ważna jest treść. Ta jednak powstaje długo.

Hybrydowe formy komunikacji w nauce stają się faktem. Dla wielu jeszcze jako mglista fantazja, dla innych - rodząca się innowacja. Dla mnie jest to drugie. I to nabywane aktywnie i twórczo a nie biernie z trzeciej ręki (bo gdzieś w gazecie wyczytałem).

Niewolnica Izaura, stan wojenny i korposzczury

sczachor

Na początku lat osiemdziesiątych, kiedy byłem już na studiach, w telewizji pojawił się brazylijski serial „Niewolnica Izaura”. Mnie osobiście nudził i go nie lubiłem. W tym czasie byłem już na studiach więc i czasu na oglądanie telewizji było niewiele. Problemy niewolnicy wydawały się takie obce i odległe. Ale serial cieszył się ogromną popularnością, co nie wtedy dziwiło. Było to jeszcze w stanie wojennym lub tuż po. W każdym razie w czasach szarych i ponurych.

To, co mnie irytowało, to ta ciągnąca się niemożność wyrwania z niewolniczego układu. Dzień po dniu, ciągle to samo, mobbing, zniewolenie, niemożność. Teraz mam wrażenie, że może oddawało to stan ducha i stan życia ludzi uwięzionych w szarym socjalizmie i PRL-u bez perspektyw. Mnie osobiście, jako młodemu człowiekowi, w duszy rewolucjoniście i romantykowi, wszystko wydawało się możliwe. I byłem niecierpliwy. Jak każdy chyba młody człowiek. Ale teraz, jako osoba dorosła chyba rozumiem ten permanentny stan niemożności i brak perspektyw, brak możliwości wyrwania się z niekomfortowej sytuacji. I umiejętność znoszenia tego nieprzyjemnego, długotrwałego stanu.

Uwięzieni w szarym, koteryjny, donosicielski i dorobkiewiczowskim w PRL-y. Układ ciągłej niemożności, zniewolenia stanu wojennego, układów i układzików o charakterze niemalże dworskim i koteryjnym. Może to zadecydowało o popularności Niewolnicy Izaury? Może bardzo wielu ludzi utożsamiało się świadomie lub podświadomie z bohaterką serialu? Teraz ja czuję się jak pokolenie lat osiemdziesiątych.

Teraz tak się czuje wielu ludzi, również w poczuciu niemożliwości, braku perspektyw i uwięzienia w układach i układzikach. Przyczyna chyba podobna. Zmieniło się dużo a przecież postawy ludzkie wydają się takie same. Człowiek jako istota społeczna zapewne nie zmienił się od setek tysięcy lat. Każde pokolenia musi zmierzyć się z podobnymi problemami z pozoru różnymi, a przecież gdzieś w swej głębi niemalże identycznymi.

Poezbeccy karierowicze, intrygi i lewe interesiki na delegacjach. Co nie pozwala na wyrwanie się z mobbingu i zniewalających, deprawujących zależności? Teraz to strach przed zwolnieniem i niepewność jutra. Tkwimy uwięzieni w patologicznych układach, koteriach… jak niewolnica Izaura. Bezrobocie sprzyja koniunkturalizmowi? Ale nie każdy się temu poddaje. Tak jak kiedyś. Inaczej dalej byśmy żyli w dyktaturze czerwonego proletariatu i esbeckich dorobkiewiczów.

Jakże aktualne w świecie korposzczurów i społeczeństwie konsumpcyjnym, zadłużonych niewolników. Sami się zadłużamy, sami uczestniczymy w korporacyjnym mobbingu i wyścigach. W różnych rolach, ale jednak. Niemożność? Nie, można to zmienić. Tak jak udało się obalić socjalizm i czerwona dyktaturę drobnych cwaniaków. Każdy to musi sam dla siebie. By nie być niewolnikiem i by nie zniewalać. Nie kopać współpracowników w nadziei na podlizanie się i drobne profity. Kiedyś była to paczka kawy, rajstopy czy wczasy w Bułgarii. Dzisiaj nieco inne „marchewki”. Istota ludzkich postaw taka sama. Mamy zawsze wybór uczestniczyć lub nie uczestniczyć w klakierskim dworze i małych geszefcikach. Nawet, jeśli jest to tylko emigracja wewnętrzna.

PRLowski dwór zmienił się w patologie korporacji. Na akademickich salonach to nie nowość, to adaptacja, transformacja złych wzorców społecznych, złego zarządzania. W 1985 r. pracowałem jako laborant, więc widziałem to od środka, nie tylko jako student. Lizusów było wielu wtedy i jest wielu teraz.

Jak rozpoznać dorosłego chruścika?

sczachor

chruscikobjasnieniaDzisiaj jest Dzień chruścika (11 grudnia). Będzie więc o chruściku (Trichoptera).

Kiedy zaczęto naukowo opisywać gatunki, w tym i chruściki, rozpoczęło się tworzenie kolekcji. W dawnych czasach zasuszony czy inaczej zakonserwowany okaz był głównym sposobem gromadzenia wiedzy porównawczej. Okazy typowe, które posłużyły do opisania gatunki i nadawania mu naukowej nazwy, były szczególnie staranie chronione. Niczym wzorzec metra z Sevres. Bo to był główny punkt odniesienia i porównywania. Jeździło się więc od muzeum do muzeum, od specjalisty do specjalisty i porównywało, oznaczało okazy.

Naukowcy zbierali także publikacje z rysunkami i opisami gatunków. Co jakiś czas ktoś kusił się o stworzenie klucza do oznaczania lub atlasu (z rysunkami i cechami diagnostycznymi). Znacznie to ułatwiło rozpoznawanie gatunków. Jednakże w kluczach i atlasach zawarte były tylko nieliczne cechy gatunku. Te, na które akurat zwrócili uwagę naukowcy. A ponieważ dawniej opierano się na kolekcjach, to najczęściej podstawą diagnostyczną były aparaty kopulacyjne. Dla ich zachowania potrzebne były zbiory mokre – u zasuszonych owadów te cechy byłyby niewidoczne. Ze względu na szarobure ubarwienie skrzydeł chruścików, głównie to aparaty kopulacyjne stanowiły podstawę identyfikacji. Sporadycznie pojawiały się klucze, bazujące na skrzydłach chruścików (kształt i rysunek).

Przez lata naoglądałem się aparatów kopulacyjnych. Dziesiątki tysięcy osobników (nie licząc larw i ich cech). Przy okazji oglądałem całe osobniki… ale jakoś w pamięci inne cechy słabo zapadły (bo nie zwracałem na nie uwagi). I teraz mam problem. Pojawia się zupełnie nowa potrzeba. Wraz z upowszechnieniem się fotografii cyfrowej do internetu trafia dużo zdjęć chruścików. Możliwa jest więc nauka oparta na wolontariacie i hobby a główną metodą przyżyciowe obserwacje i fotografie. Ale do tego potrzebne jest porawne rozpoznanie gatunku.

Gdyby udawało się je oznaczać, byłoby więcej informacji o rozmieszczeniu chruścików. Ot na przykład zamieszczone zdjęcie Mateusza Sowińskiego. Jaki to gatunek? Cechą główną jest budowa aparatu kopulacyjnego, ale na zdjęciu przyżyciowym po prostu nie widać (czerwone kółko o czerwona strzałka). Cechami pomocniczymi, aby pośród ponad tysiąca gatunków europejskich szybciej znaleźć właściwy, są kolce na odnóżach (czarne kółka, niebieska strzałka). Na tym zdjęciu tylko częściowo widoczne. Mogą trochę pomóc ale nie widać wszystkich, więc trudno odczytać wzór. Ponadto obecność przyoczek (czerwone kółko, niebieska strzałka) – tu niestety w ogóle cecha niewidoczna. I liczba członków w głaszczkach szczękowych. Też słabo widoczna cecha.

Trochę jednak w pamięci zostaje z tych tysięcy przejrzanych okazów. Na przykład kolor tego chruścika – nie wszystkie są czarne. Pomyślałem więc, że może to Mystacides. Ale chyba za krótkie czułki i nieco iny kształt. Może Lasiocephala basalis? Ale inaczej zbudowana nasada czułków. Może Notidobia ciliaris? Trochę kształt skrzydeł nie taki. Może jakiś Athripsodes? Z czym porównywać? Ze zdjęciami w internecie? Ale tam nie wszystkie są wiarygodne i dobrze (poprawnie) podpisane. Wypadałoby zaglądnąć do swojej kolekcji – tyle, że ja przechowuję na mokro, więc skrzydła inaczej wyglądają (zwłaszcza kolorystycznie) a włoski często są pozlepiane.

Pozostaje cierpliwe gromadzenie informacji z pewnie oznaczonych zdjęć (chodzić w teren, fotografować i odławiać, by oznaczyć tradycyjną metodą). Jeśli jest potrzeba, to gromadzenie informacji przyniesie kiedyś rezultaty. Dla fotoamatorów i jednocześnie miłośników przyrody po prostu trzeba stworzyć zupełnie nowy klucz i atlas, oparty o zupełnie inne cechy diagnostyczne (widoczne na zdjęciach przyżyciowo wykonanych). Od jakiegoś czasu zwracam uwagę na te cechy i są rezultaty. Do niedawna wydawało mi się, że dwa gatunki są na zdjęciach nierozpoznawalne: Hagenella clathrata i Oligostomis reticulata mają charakterystyczne ubarwienie skrzydeł, wydaje się identyczne. Ale teraz dostrzegłem różnice w kolorze odnóży – da się więc je rozróżnić na zdjęciach. Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka. Takie przedsięwzięcie uda się jedynie w żmudnej pracy zespołowej. A taka jest przecież w swej istocie nauka.

Na razie nie wiem co to za gatunek na zamieszczonym zdjęciu.

Rośnie zainteresowanie edukacją nieformalną

sczachor
dachowka_w_moku

"Rośnie zainteresowanie edukacją nieformalną, alternatywną, w każdym czasie i miejscu – tym należy tłumaczyć popularność e-learningu, mentoringu czy zapisywania się na zajęcia pozaszkolne. Coraz częściej szkoła przestaje być postrzegana jako jedyne miejsce, w którym się uczymy, gdyż uczniowie otrzymują atrakcyjne propozycje edukacyjne spoza szkoły. Szkole stwarza to okazję do podejmowania działalności edukacyjnej korespondującej z edukacją pozaszkolną, a także do zastanowienia się nad tradycyjną praktyką edukacyjną, prze-analizowania treści, które przekazuje uczniom, i doświadczeń, które może im zaproponować. Zmienia się również nasze myślenie o środowisku edukacyjnym. Tradycyjnie miejsce, w którym zachodził proces edukacyjny, było fizycznie namacalne. Dziś mówimy raczej o przestrzeni lub przestrzeniach edukacyjnych. Stają się one bardziej społecznościowe, interdyscyplinarne i wspierane są przez technologie, które prowadzą do wirtualnej komunikacji i współpracy. Będzie to również miało istotne znaczenie dla szkół – miejsce edukacji może być w każdym „tu i teraz”, a nie w czterech ścianach klasy." (podkreślenia S.Cz., więcej http://www.edunews.pl/badania-i-debaty/badania/1135-raport-horyzontalny-dla-systemu-oswiaty-1)

W edukacji na każdym poziomie sporo się zmienia, zobacz także: "Przewrót kopernikański w edukacji dokonuje się na naszych oczach

O lamarkizmie, wiedzy i o konektywizmie

sczachor
galerai_i_smartfony

Ewolucja kulturowa i to, co dzieje się w umyśle, od dawna były pożywką dla neolamarkizmu (dziedziczenie cech nabytych). Teraz jednak biolodzy znaleźli molekularne podłoże i wyjaśnienie dziedziczenia cech nabytych (m.in. metylacja DNA, koncepcja hologenomu itd.). Przesłanki istniały od dawna. Skoro uczy się nasz system odpornościowy, to dlaczego miałoby to być wyjątkiem? Biologia jest jednak fascynująca. Zmienia wiele nawet w filozofii. Choć na to trzeba czasu, by informacje dotarły z laboratoriów do bibliotek. Ale one systematycznie docierają.

Także neurobiolodzy znaleźli potwierdzanie dla tezy jednego z nautorytetów w dziedzinie mediów, kanadyjskiego badacza Marshalla McLuhana, głoszącej, iż „człowiek tworzy narzędzia, a potem one kształtują nas”. Okazało się, że długotrwały kontakt z internetem doprowadza do zmian w neuronalnej budowie, a w dalszej konsekwencji w funkcjonowaniu mózgu cyfrowych tubylców. Oznacza to ich inny sposób myślenia, wymagający odmiennych metod edukacyjnego oddziaływania. Dobrą ilustracją jest zdjęcie, jakie ostatnio zrobiło karierę na Facebooku. Wprawia w osłupienie starsze pokolenie. Autor zamieszczonego zdjęcia, Stephen Zunes, takim zaopatrzył je komentarzem "A photo taken by a friend of a friend in one of the world's great art galleries, the Rijksmuseum in Amsterdam, in front of Rembrandt's famous masterpiece "The Night Watch."

Wiedza jest indywidualną interpretacją wybranych wycinków rzeczywistości zapisaną w umyśle człowieka. Podkreślał to m.in. jeden z największych współczesnych specjalistów w dziedzinie przemian cywilizacyjnych, amerykański ekonomista P. F. Drucker. Napisał, że mądrość i wiedza nie zamieszkują w książkach, programach komputerowych czy w Internecie. Tam są jedynie informacje. Mądrość i wiedza są zawsze ucieleśnione w człowieku, są zdobywane przez uczącą się osobę i przez nią wykorzystywane. Zatem wiedza to nie zbiór informacji, ale całościowy system tych informacji i relacje między nimi. To system umożliwia korzystanie z tych informacji... lub leżą niewykorzystane. Informacje i relacje między nimi, co zwyczajowo określamy umiejętnością myślenia i rozumienia faktów. Tak jak w organizmie: nie suma elementów ale ich organizacja i relacje między nimi przesądza o całościowym systemie.

Podobnie polski psycholog Czesława Nosala stwierdził, że "Wiedza jest tworzona przez umysły i nie istnieje poza umysłami. Książki i komputery nie zawierają wiedzy. […] . Coraz częściej traktujemy sieć jako zastępnik, a nie tylko uzupełnienie naszej pamięci. wiedza jest konstruktem indywidualnym i żadna maszyna nie wykona za nas czynności jej wytworzenia". Zdobywanie wiedzy wiąże się z wysiłkiem i żaden internet tego nie zastąpi. Bo i ze smartfonów, żeby wiedza w głowie powstała, wymaga od mózgu energetycznego wysiłku.

Wymienione stwierdzenia wzmacniają dwa nurty edukacyjne, nazywane konstruktywizmem i konektywizmem. Nasz mózg lubi się uczyć, co najwyraźniej widać u dzieci. Zostańmy dziećmi aż do starości. A elektronika i internet? No cóż, zmieni nasze mózgi tak jak zmieniła mapa i pismo (zwłaszcza drukowane). Teraz odnosimy się z nabożnym szacunkiem do książek i słowa pisanego, a przecież nieodwracalnie zniszczyły one kulturę słowa mówionego. I to całkiem niedawno, przed ostatnie 2-4 stulecia. Zniszczyły kulturę, która towarzyszyła człowiekowi przez setki tysięcy lat.

Mikołaj Kopernik, św. Mikołaj i bioróżnorodność

sczachor
kopernik_i_bioroznorodnosz_5122014

Wpisów na blogu zazwyczaj się nie zmienia (jeśli nie liczyć drobnych poprawek). Tym razem jest inaczej. Zapowiedź pojawiła się wcześniej. Wynikało to z konieczności wygenerowania adresu internetowego do wpisu... który właśnie się dopiero teraz pojawia. Pomysł nie do końca mi się udał z przyczyn czasowych - trochę się spóźniłem i na papierowych zaproszeniach nie ma kodu QR. Zaproszenie dotyczyło dzisiejszego wykładu pt. "Mikołaj Kopernik, św. Mikołaj i bioróżnorodność". To mikołajnowe spotkanie odbywa się pod patronatem J.M. Rektora UWM. Natomiast wykład odbywa się w cyklu Camerata Warmińsko-Mazurska - koncerty Pro Musica Antiqua, dofinansowanego przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Jako ekolog muszę dostrzegać związki między różnymi, odległymi z pozoru zjawiskami. W ekosystemach jest mnóstwo gatunków i potencjalnych relacji (oddziaływań) między nimi. Z pozoru odległe i niezależne zjawiska są jednak czasem zaskakująco powiązane i uzależnione od siebie. Co ma więc wspólnego Mikołaj Kopernik, św. Mikołaj i bioróżnorodność? Pośród wielu zależności ja skupię się na przewrocie kopernikańskim w edukacji i gospodarce (biogospodarka).

kopernik_i_bioroznorodnosz_1
O Koperniku wspominam wcale nie dlatego, że był z Olsztyna. Ławeczka z Mikołajem Kopernikiem, stojąca pod zamkiem, jak widać z wyślizganych fragmentów, cieszy się ogromną popularnością. Wielu ludzi robi sobie zdjęcia z Mikołajem Kopernikiem, siada mu na kolana i pociera nos (podobno wróży to szczęście). Ważniejsze jest jednak, to, że dokonał ogromnego przewrotu w nauce. Patrzył na te same gwiazdy i to samo niebo, ale widział co innego. Znacząco pomógł swoimi teoriami zmienić nasz sposób patrzenia. Ten przewrót kopernikański dokonał się więc przede wszystkim w naszych głowach, umysłach. Teraz dokonuje się znaczący przewrót kopernikański w edukacji oraz gospodarce. I oba zjawiska widoczne są w Olsztynie, myślę o udziale uniwersytetu w tych procesach (jubileusz powstania UWM jest dobrą okazją do przypomnienia tego faktu). Że nie wszyscy jeszcze dostrzegają? No cóż, ileż to dziesiątków lat, a raczej setek, dokonywała się nasza zmiana w sposobie patrzenia na układ planetarny, po opublikowaniu teorii Mikołaja Kopernika? Duże przewroty naukowe zachodzą wbrew pozoru powoli.

Ten przewrót dokonuje się także w postrzeganiu roli uniwersytetów. Także w Olsztynie. Zmienia się rola uniwersytetów w edukacji i zmienia się paradygmat kształcenia. Coraz bardziej wzrasta znaczenie kształcenia pozaformalnego i nieformalnego. Nie zmienia się misja uniwersytetu, zmieniają się... studenci. Słychać głosy zaniepokojenia, że w dobie niżu demograficznego ubywa nam studentów i uczelniom grozi kryzys. Nie prawda, chętnych do kształcenia jest równie wielu, ba - nawet może więcej. Zmienia się tylko forma. Centrum Nauki Kopernik w ciągu czterech lat odwiedziło pond 4 miliony zwiedzających (uczących się). Tak ogromna popularność placówek pozaformalnych jest objawem zmian w edukacji. Powstały podobne centra w Gdańsku, Gdyni, Toruniu, powstaje w Łodzi. A kiedy powstanie takie w Olsztynie? Analogicznych placówek, znacznie mniejszych, jest dużo w miasteczkach całej Polski.

Ogromną popularnością cieszą się np. Olsztyńskie Dni Nauki i Sztukiczy zbliżająca się Noc Biologów. Uniwersytet uczestniczy w różnych wykładach otwartych (także w formie objazdowej), zajęciach na uniwersytetach trzeciego wieku, uniwersytetach dzieci, różnorodnych projektach szkolnych (np. Za rękę z Einsteinem). To nie jest tylko zabawa i rozrywka. Przede wszystkim to są formy edukacyjne. Poza tym transfer wiedzy do różnych środowisk regionu odbywa się na wiele innych sposobów. Przykładem może być rozwijana wspólnie z Gazetą Olsztyńską Encyklopedia Przyrody Warmii i Mazur (wersja elektroniczna i papierowa), współpraca z różnymi czasopismami popularyzatorskimi, udział w programach radiowych i telewizyjnych.

Pracy mamy pełne ręce, a zmienił się tylko student i miejsce „wykładania”. Forma musi także nadążać za kontekstem miejsca i słuchacza. Akurat skończyły mi się wykładu z ochrony środowiska (w pierwszej części semestru). Teraz mam same wykłady pozauniwersyteckie. 28 listopada miałem wykład pt. "Ile kosztuje bioróżnorodność" w liceum w Piszu, 5 grudnia występuję przed bardzo wymagającą publicznością w uniwersyteckiej Starej Kotłowni, jutro (także w ramach koncertów Pro Musica Antiqua) w Miejskim Ośrodku Kultury – wykład pt. „Co można z chwastów wyczarować – dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe regionu”. Natomiast 16 grudnia dla olsztyńskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego będę opowiadał o tym "Jak zmienia się przyroda czyli zmierzchnica trupia główka i uprawy wierzby energetycznej”. Symboliczny znak czasu.

Jednak ta zmiana formy kształcenia nie jest jeszcze dostrzegana w algorytmach finansowych, uczelnie dostają pieniądze na liczbę tradycyjnych studentów i typowe publikacje naukowe. Na razie coś ważnego jest gubione i niedostrzegane. Ale to tylko kwestia czasu. Tak jak ogromne znaczenie dla transferu wiedzy i technologii do gospodarki regionu ma UWM, tak duże znaczenie mają szkoły wiejskie dla społeczności lokalnych. Nie możemy patrzeć tylko na prosty efekt finansowy i zamykać tych szkół.

Z zespołem Pro Musica Antiqua współpracuję w edukacji pozaformalnej już ponad 10 lat. Zaczęło się od Ornety i projektu „Z uniwersytetem na TY". To nieustanne poszukiwanie nowych form edukacji pozaformalnej i coś więcej niż koncerty.
kopernik_i_bioroznorodnosz_2
Święty Mikołaj kojarzy się z prezentami pod choinkę. Ale nie chcę mówić o popkulturowym i konsumpcyjnym Santaklausie lecz o pierwowzorze, o świętym Mikołaju. Z Kopernikiem wspólne ma imię. Ale nie to jest ważne w niniejszej wypowiedzi. Poprzez św. Mikołaja chcę zwrócić uwagę na rozwijającą się i coraz bardziej dostrzeganą ekonomię dzielenia się i zieloną gospodarkę. Nie wszędzie możemy postawić kasy fiskalne i nie wszystko, co ważne dla gospodarki i społeczeństwa, da się zamknąć w wymiarze fiskalnym. Rolą uniwersytetu jest także transfer wiedzy. Ale tylko fragment nauki od razu znajduje zastosowanie komercyjne.

Kulturotwórcze znaczenie uniwersytetu i jego oddziaływanie gospodarcze nie daje się wymierzyć jedynie liczbą patentów, wdrożeń i wynalazków. To mały fragment. Nauka uprawiana jest przede wszystkim dla czystej wiedzy. Nie zawsze i nie od razu wiedza znajduje praktyczne zastosowanie. Otwarte dzielenie się wiedzą jest istotą nauki i uniwersytetów. Empirycznie dowiedzione jest, że tam gdzie są uniwersytety, tam gospodarka rozwija się szybciej, bo więcej jest wynalazków. Nie do końca wiemy jak ta wiedza przenika (bo czyż warto wszystko tak skrupulatnie kontrolować?), ale przenika. Widzimy pozytywne skutki. Tej roli nie da się ująć we wskaźniki i algorytmy finansowania. Trzeba po prostu zaufać i… utrzymywać uniwersytety, zajmujące się czystą nauką. Na pewno długofalowo będą zyski ekonomiczne w całym społeczeństwie.
kopernik_i_bioroznorodnosz_51220141
I w końcu bioróżnorodność. Często zapominamy, że Mikołaj Kopernik był przede wszystkim lekarzem. Stąd na portretach malowany był z konwalią. Rośliną leczniczą. Dawniej i dziś korzystamy z bogactwa różnorodności biologicznej. Trudno oszacować pieniężną wartość roślin, grzybów, zwierząt i ekosystemów, które nas otaczają. Tym bardziej, że wielu substancji zawartych w organizmach żywych jeszcze nie odkryliśmy lub nie odkryliśmy ich zastosowania w medycynie, żywieniu czy kosmetologii. Ciągle odkrywany a nauki biologicznie są najprężniej rozwijającymi się naukami w tym stuleciu, zmieniając nie tylko filozofię ale i nasze życie codzienne.

Ochrona bioróżnorodności i dbałość o dziedzictwo przyrodnicze regionu z pewnością kosztuje. Wydawać się czasem może niepotrzebnym wydatkiem. Ale w dłuższej perspektywie czasowej są to „surowce” i zasoby dla rozwijającej się biogospodarki. Bo to nie tylko energia odnawialna z biomasy ale i surowce dla bardzo zawansowanych dziedzin medycyny, farmacji, rolnictwa, zdrowej żywności itd. To praca dla dobrze wykształconych ludzi. Warto przy okazji dodać, że biogospodarka nie jest synonimem, zielonej ekonomii. Ten drugi termin łączy społeczną odpowiedzialność. Ale obie bazują na kapitale ludzkim. O ile tradycyjne surowce są nieodnawialne (węgiel, ropa naftowa, rudy żelaza itd.), o tyle kapitał ludzki jest odnawialny i może się rozwijać (powiększać). Do tego potrzebne są uniwersytety, także ze swoją funkcją niekomercyjnego transferu technologii i edukacji pozaformalnej.

Możemy zastanawiać się na komercjalizacją wiedzy: czy wszystko patentować czy także umożliwiać miękkie przekazywanie wiedzy do całego społeczeństwa? Nawiążę do słów Alberta Schweitzera „Szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, jeśli się ją dzieli”. Podobnie jest z wiedzą – gdy się nią dzielić to jej przybywa. Więc dzielmy się i to na wolnych licencjach!

W poszukiwaniu nowych form upowszechniania wiedzy i tworzenia innowacyjności dla gospodarki wybrałem sią na staż do małego przedsiębiorstwa i tak powstały gadające dachówki (kolejny element, który pojawi się na wykładzie mikołajkowym). Surowcem są stare dachówki. Pozornie już niepotrzebne – tylko je wyrzucić po remoncie dachu. Ale zyskują nową wartość, poprzez połączenie sztuki, technologii i lokalnego dziedzictwa. Służą też celowi społecznemu (nie tylko innowacyjnego wspierania małych firm w branży turystycznej). Pomogą małej, wiejskiej szkole w Lamkowie (zapraszam na licytację 10 grudnia w BWA). Zróbmy prezent i innym. Mikołajki to nie tylko otrzymywanie prezentów ale i dawanie.

Mówiąc o bioróżnorodności warto podać przykład gatunku inwazyjnego - biedronki azjatyckiej. Jej inwazyjność wynika m.in. z obecności pasożytów. Mikrosporidia na pewno obciążają organizm biedronek, ale są zabójcze dla innych drapieżnych biedronek. Pasożyty są konkurencyjną przewagą biedronki azjatyckiej. Droga do "opanowania" choroby i pasożyta pewnie była długa, ale jakże owocna (pasożyt zmienia się w symbionta - taki biologiczny-organizmalny przewrót kopernikański). Nic, co dobre nie powstaje szybko.

Uniwersytety (i szkoły) także kosztują. Nie trzeba jednak wszystkiego skrupulatnie liczyć algorytmami (bo to biurokratyczne, uciążliwe zajęcia, zabierające czas naukowców i nauczycieli na jałową buchalterię zamiast na właściwą pracę) – możemy być pewni, że przynoszą dobre efekty w transferze wiedzy. A tym samym stymulują gospodarkę. W długofalowej perspektywie z pewnością się opłacają. Wieki doświadczeń to potwierdziły.

(więcej na wykładzie i w kolejnych wpisach na blogu)

O obcych w przyrodzie i kulturze

sczachor

Pociąga mnie poszukiwanie podobieństw między kulturą a przyrodą. W konwencji ogólnej teorii systemów poszukuję głębszych  podobieństw a nie tylko powierzchownych analogii czy zgrabnych alegorii. Czy w ewolucji biologicznej i ewolucji kulturowej działają podobne prawidłowości? Czy model ekosystemu może być inspirujący dla innych dziedzin nauki?

Obcy w kulturze i przyrodzie podobne wywołują reakcje. Czasem przynoszą ożywcze idee, ubogacają i rozwijają naszą kulturę (lub ekosystemy), czasem doprowadzają do wymieniania rodzimych gatunków i niszczenia lokalnej kultury. Jak zatem patrzeć na obcych? Pamiętając, że raz to my jesteśmy goszczącymi turystów tubylcami a innym razem to my jesteśmy przyjezdnymi i obcymi. W podróży spotykamy ludzi i … różne gatunki wirusów, bakterii, roślin, grzybów i zwierząt. Nie zawsze te spotkania są dla nas radosne i nie zawsze okazjonalne i krótkotrwale. W zamierzony lub niezamierzony sposób przenosimy gatunki z jednego miejsca na drugie. Ostatnio w naszym kraju pojawił się niezwykle wyglądający grzyb - okratek australijski (na ilustracji obok). Niezbyt przyjemnie pachnie – co jest cechą charakterystyczną dla sromotników (np. sromotnik bezwstydny) – i wygląda jak czerwona, mała ośmiornica, leżąca w trawie. Do Europy grzyb ten trafił w formie zarodników, na butach australijskich żołnierzy, którzy przybyli na front pierwszej wojny światowej. Od stu lat powoli rozprzestrzenia się po Europie. Na razie chyba nie szkodzi.

Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że ponad 30 % gatunków roślin, które widzimy wokół siebie, to przybysze. Dawniej o wiele śmielej przenosiliśmy gatunki z jednego kontynentu na drugi. Mamy przecież ziemniaki, pomidory, kukurydzę. Ale niechcący przewozimy choroby, szkodniki czy chwasty, z którymi potem zmagamy się przez wiele lat. Takie przypadki uczą nas ostrożności w stosunku do obcych. Dawnych przybyszów już zaakceptowaliśmy i wrośli się w nasz krajobraz kulturowy, nowi migranci często nas przerażają. Tak jak stonka ziemniaczana, stonka kukurydziana, biedronka azjatycka, nawłoć kanadyjska, barszcz sosnowskiego i setki innych inwazyjnych gatunków obcych. Za sprawą przybyszów giną nasze rodzime gatunki, takie jak rak szlachetny czy poczciwa biedronka siedmiokropka. Boimy się więc o swoją, unikalną i niepowtarzalną bioróżnorodność.

W krajobrazie polodowcowym Warmii i Mazur praktycznie wszyscy są przybyszami. Najpierw zasiedlając uwolnione od lodu tereny (tundra, torfowiska), potem gatunki lasów mieszanych i jezior. W jakims sensie człowiek przyczynił się do zwiększenia tempa dyspersji i rekolonizacji oraz rozszerzenia zakresu dopłuwających gatunków. Antropochoria byłaby więc szczególnym przypadkiem zoochorii. Integracja obecna w ramach Unii Europejskiej i otwarcie się na śwat także zaskutkowało liczniejszymi i dalszymi podróżami w obie strony. Staliśmy się mniej izolowani kulturowo. 

Nie każdy przybysz zapowiada coś dobrego. Czasem zwiastuje problemy. Już zapomnieliśmy, że byliśmy krajem malarycznym. Szczęśliwie udało się nam całkowicie pozbyć zarodźca malarii z naszego kraju. Ale z podróży zagranicznych niektórzy wracają chorzy na malarię. Mamy w kraju kilka gatunków komarów, które mogą być roznosicielem tej choroby. Wystarczy spotkanie z chorym… by na trwałe ponownie przenieść zarodźca do naszych ekosystemów.

Migracje w przyrodzie są czymś naturalnym, tak jak wymieranie gatunków. Podobnie jest w kulturze. Ciągle docierają do nas nowi ludzie, nowi przybysze. Przynoszą nowe trendy i nowe mody. Ubogacają, zmieniają a czasem… niszczą lokalną kulturę. Sceptycznie i wrogo odnosimy się do „nowych”, czego przykładem jest „warszafka” (pogardliwie o przyjezdnych z wielkich miast, nie koniecznie z Warszawy). Odwzajemniamy tylko niechęć i pogardę, skierowaną do „prymitywnych tubylców”? A może to my, z obawy o swoje wpływy i zasiedziane stanowiska, witamy ich wieloletnią niechęcią? Tak jak w stosunku do licznej grupy artystów z okolic Jonkowa, traktowanych jako „aliantów”. Niektórzy wracają po latach zagranicznych wojaży, tak jak Warmiak Edward Cyfus. Swój i oby zarazem. Inni przyjeżdżają z daleka, po raz pierwszy, tak jak Ślązaczka Eleonora Toś z Kaflarni Warmińskiej, czy Rafał Mikułowski, który osiadł pod Jezioranami.

Przykładów jest bardzo dużo, w tym ludzi wolnych zawodów, zamożnych, którzy szukają inspirującego spokoju do twórczości i pracy. Wielu warszawiaków kupuje o nas domy letniskowe, bywają więc okazjonalnie. Inni przenoszą się na stałe, przywożąc nowe pomysły na życie. Od lat widoczny jest Krzysztof Worobiec, angażując się w ochronę dóbr kultury jak i ochronę przyrody. Ostatni poznałem niezwykłych artystów ze Szczerzbowa. Ktoś inny kupił Młyn Klekotki, zamieniając w niezwykle urokliwe miejsce. Przybywa więc oryginalnych hoteli, pensjonatów, SPA, lokali gastronomicznych, do których klienci przyjeżdżają z daleka (tak jak do Oberży Pod Psem w Kadzidłowie). Bać się obcych? Izolować? W zasadzie jesteśmy regionem niedawnych przybyszów. Jeszcześmy się na dobre nie zakorzenili, nie zintegrowali, a już dociera do nas zupełnie nowa fala. Osiedlają się ludzie z dalekich miast a nawet krajów. Czasem wrastają w społeczności lokalne a czasem dość długo żyją w izolacji i niejako w odosobnieniu. Są tuż obok a zarazem bardzo daleko. Jesteśmy regionem wyludniającym się, bez pracy i przyszłości, z częstym marazmem w małych wioskach i miasteczkach. Nic tylko pić tanie wino lub emigrować za chlebem. Ale to właśnie ci nowi bardzo często są zaczynem zmian i nowej energii. Po prostu nie wiedzą jeszcze, że nic się nie da… i pełni zapału zmieniają najbliższe otoczenie, na inne. Być może są ożywczą solą ziemi. W krainie tysiąca jezior, sysydlaczków i cittaslow tworzy się coś nowego. Coraz więcej ludzi poszukujących wolnego życia i nowego sposobu na życie przyjeżdża do nas, tak jak kiedyś w Bieszczady. Czasem jest to więc ucieczka od świata, czasem przyjazd właśnie tu.

Z obcymi w kulturze lokalnej jest jak z gatunkami obcymi w ekosystemach, jedne ubogacają inne szkodzą i doprowadzają do zaniku miejscowej bioróżnorodności.



(rozszerzona wersja artykułu, wysłanego do czasopisma VariArt)

Jak obrońcy zwierząt krzywdę koniom i przyrodzie wyrządzili

sczachor

babaorzezZrozumienie kontekstu i szersza wiedza potrzebne są nawet do działań w obronie praw zwierząt. Stare przysłowie mówi, że dobrymi intencjami piekło jest wybrukowanie. Od lekarza wymaga się nie tylko znajomości działania danego lekarstwa ale i potencjalnych skutków ubocznych (kontekstu). Na przykład jeśli nie wiemy, że dziurawiec (takie ziele) działa fotouczulająco (wystawienie ciała na bezpośrednie działanie promieni słonecznych kończy się sporymi kłopotami zdrowotnymi), to zamiast pomóc cierpiącemu "na wątrobę' możemy jeszcze bardziej zaszkodzić.

Co jakiś czas w mediach pojawiały się informacje, że oto w Zakopanem padł (zdechł) koń, wykorzystywany przez górali do podwożenia turystów. W szlachetnym oburzeniu, że męczy się zwierzęta (w tym przypadku konie), podniosły się głosy o zakazie wykorzystywania koni w wożeniu turystów. Pozwolę sobie na małą dygresję - jeśli ktoś jedzie w góry, to po kiego grzyba chce być wożony? Przecież ma swoje nogi i dla zdrowia mógłby się trochę przejść. Przecież to sama przyjemność. Wróćmy jednak do koni. Na skutek oburzenia i działania obrońców praw zwierząt końskie zaprzęgi znikną a pojawią się meleksy, czyli elektrycznie napędzane wózeczki. Mogłoby się zdawać, że pełnia szczęście, oto zwierzęta zostaną uwolnione od męczącej pracy.

Spójrzmy jednak na kontekst i skutki. Stracą górale z Zakopanego, strąca konie i straci.... dzika przyroda. Odwołam się od innego przysłowia: wylano dziecko razem z kąpielą (brudną wodą po myciu). Od razu wyjaśnię, że jak najbardziej jestem przeciw dręczeniu zwierząt i niewłaściwym wykorzystywaniu zwierząt gospodarskich, w tym koni. Ale czy dobry gospodarz (a takich jest większość) mógłby nie dbać o swoje zwierzę? Mógłby je dręczyć i męczyć? Mógłby doprowadzić świadomie do śmieci... i w ten sposób tracić środki produkcji? Czy powinniśmy tworzyć prawo dla rozwiązania problemów marginesu? Kosztem pozostałych? Nawet szlachetne odruchy powinny patrzeć na dalsze skutki i kontekst zjawiska.

Dlaczego czasem konie zdychają na zakopiańskich, górskich drogach? Bo ciężko jest ciągnąć pod górę wóz z licznymi turystami? Bo z chęci zysku na wóz woźnica pakuje zbyt dużo ludzi? Bo zwierzęta zmuszane są do pracy ponad ich siły, w letnim upale? Możliwe, ale stanowi to z pewnością margines. Lepszym więc rozwiązaniem byłoby karanie samych woźniców, w tym odbieranie im prawa do wożenia ludzi. Zostaliby sami porządni i dbający o konie. Dodać przy okazji warto, że zwierzęta nie są nieśmiertelne i też czasem zdychają. Więc warto byłoby sprawdzić na ile jest to rzeczywisty problem z "męczeniem" koni w Zakopanem (statystyka!), a na ile jest to ckliwy problem medialny.

Jeśli wozy zastąpione zostaną meleksami, to pierwszym poszkodowanym będą... konie. Rolnicy przestaną je hodować, bo po co? Skoro nie można wykorzystać ich do pracy. Populacja koni kolejny raz się zmniejszy. Jeśli spojrzymy na nasze wsie, to pracujących koni już nie zobaczymy. A widoki, takie jak na załączonym wyżej zdjęciu (znalazłem kiedyś w internecie i już nie pamiętam źródła) nie należą do aż tak bardzo rzadkich. W tym roku na Warmii też widziałem, ale akurat w roli konia był mężczyzna. Jeśli nie ma konia, to samemu pług trzeba ciągnąć... Dlaczego konie zniknęły z polskich wsi? Po pojawiły się traktory. I wcale nie dlatego, że obrońcy praw zwierząt ujęli się za pracującymi końmi. Po polach jeżdżą ciągniki. A koni nie ma. Bo i po co. Kiedyś na wsi żyło wiele milionów koni, było potrzebne łąki. Dzisiaj zostały nieliczne, tylko w zasadzie do rozrywki - do jazdy wierzchem. I oczywiście hodowane na mięso. Ale to ostatnie w Polsce jest mało popularne. Populacyjnie konie wyraźnie straciły (z ekologicznego punktu widzenia to dla koni klęska). Dla ochrony niektórych ras, aby całkiem nie wyginęły, podejmuje się kosztowne programy ratunkowe.

Z ekologicznego punktu widzenia konie zyskują na integracji ekologicznej z człowiekiem, udomowienie i wykorzystywanie w codziennej pracy dawało populacyjny sukces. Zaznaczę przy okazji, że nie chodzi mi o dręczenie i znęcanie się nad zwierzętami. Patologie wszędzie się zdarzają. A czyż ludzie nie znęcają się nad ludźmi? Może jeszcze inny przykład: czasami słyszymy o marnych rolnikach, co pozostawiają bez jedzenia i opieki swoje bydło - zwierzęta cierpią, zdychają itd. Ale czy z tego powodów zakazujemy w ogóle hodowli rogacizny? Na szczęście nie. Karać winnych a nie pozbawiać smrodków do życia porządnych rolników.

Po drugie stracą górale.. stracą dodatkową pracę, uzupełniając dochody z marnego, górskiego rolnictwa. Zastąpieni zostaną elektrycznymi samochodami.

Po trzecie straci dzika przyroda. Bo konie na wsi to także koszenie łąk i zgryzanie roślin zielnych. Konie, owce, krowy są dla dzikiej przyrody znacznie lepszymi kosiarkami niż te mechaniczne, ciągnikowe. Wraz z większą liczbą traktorów i dużych maszyn na naszych polach zwiększyła się śmiertelność zajęcy, kuropatw, saren i innej zwierzyny. Znikają całe ekosystemy łąk wypasowych, giną dziesiątki gatunków roślin i zwierząt. Dla tatrzańskiej przyrody spadek pogłowia koni oznacza bardzo konkretne straty i szkody.

Szeroka wiedza potrzebna jest każdemu. A kontekst zmienia wiele, także w działaniach, zmierzających do poprawienia doli zwierząt domowych.

Kamień filozoficzny, złoto, jesienne liście i krasnoludki

sczachor

liscieWielokrotnie już pisałem  o pożytkach z liści leżących na trawniku. Uporczywe wygrabianie martwej materii organicznej zubaża ekosystemy miejskie. Ale okazuje się, że jest przyczyną braku bogactwa. Ale co ma grabienie liści do braku pieniędzy? W czym przynosi straty? Nie, nie będzie o zbędnych kosztach robocizny i utracie usług ekosystemowych ani o głodowaniu dżdżownic na trawniku. Będzie o … utracie złota. Które za sprawą liści na trawnikach mogłoby do nas trafić.

W średniowieczu mędrcy poszukiwali (próbowali odkryć lub wynaleźć) kamienia filozoficznego, który przemienia zwykły metal w złoto. W owych poszukiwaniach utopiono nie jedną fortunę, ale chęć szybkiego wzbogacenia się była wielka. Ewentualnie był to pęd do wiedzy i odkrycia tajemnic wszechświata, jak kto woli. Najpierw zajmowali się tym al-chemicy. Po zeuropeizowaniu zostali chemicy. I dalej poszukiwali, kamienia nie wynajdując, ale przy okazji powstał al-kohol. Dla zdrowotności i pocieszenia. Potem arabskie "al"- też zniknęło.

Fizycy kwantowi poznali w końcu tajemnicę atomów i materii, więc przemiana w złoto staje się już możliwa. Przynajmniej teoretycznie. I do takiej teoretycznej możliwości nawiązuje żart, jaki ostatnio zaczął krążyć w sieci. Jak z taniej rtęci zrobić drogie złoto i się wzbogacić?

Przepis jest prosty. 1. Kup kilogram rtęci metalicznej (około 1500 zł za 1 kg). 2. Usuń jeden proton z każdego atomu. 3. Masz kilogram czystego złota (około 136 000 zł za 1 kg). Wydaje się czysty zysk. Tyle, że protony mają jednak masę, więc jeśli z każdego atomu usunąć jeden proton, to z kilograma rtęci nie wyjdzie nam kilogram złota (dociekliwi mogą sobie policzyć o ile będzie mniej). Niemniej zysk nadal będzie duży. Ale co zrobić z usuniętymi protonami? I na to jest rada: 4. Nie wyrzucaj protonów! Kup Iryd i dołóż po protonie. Masz platynę. Co prawda iryd nie jest tani, ale i platyna ma swoją cenę. W przyrodzie i dobrej ekonomii nic się nie marnuje. Bo to jest gospodarka bezodpadowa.

Przepis jest prosty, gorzej z wykonaniem. Jeden z internatów napisał „w domu mam młotek i dłuto - usuwałem tym stare tynki - może się nada do usuwania tego protonu z atomu - jak się mocno nie trzymają to powinno się udać, możemy też pojechać na dwa młotki żeby to złoto szybciej robić.” Sądzę jednak, że w usuwaniu protonów znacznie lepsze są krasnoludki - swoimi małymi paluszkami capną i wyrzucą (proton z jądra atomu). Teraz pozostaje tylko problem, jak znaleźć krasnoludki... Jakoś ostatnio nie było ich widać. Ale i na to internauci (z poczuciem humoru i wiedzą przyrodniczo-etnograficzną) mają radę. „Kiedyś pamiętam siedziały jesienią pod liśćmi, ale jak zaczęli grabić wszystko, to szlag trafił i krasnoludki...”

Bo gdyby zostawić więcej liści na trawniku, nie tylko dla jeży, dżdżownic i owadów, to jeszcze mielibyśmy krasnoludki. A jakby były krasnoludki, to odrobinę mleka (aby miały gdzie sikać), okruszków i już można uruchomić alchemiczną zamianę rtęci w złoto. No tak, przez to grabienie liści będziemy biedni!

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci