Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Dobrowolna prostota czyli dlaczego piję wodę z kranu ?

sczachor

20141006_163655Woda z kranu to dobrowolna prostota, swoisty minimalizm stylu życia. Piję wodę z kranu bo jest bardzo dobrej jakości, bo jest znacznie tańsza od butelkowej, kupowanej w sklepie oraz dlatego, że czuję się odpowiedzialny za środowisko wokół mnie. Butelkowa woda to znacznie obciążenie środowiska przyrodniczego w postaci produkcji zbędnych śmieci i zbędnego transportu czyli zużywania nieodnawialnych surowców i emisji gazów cieplarnianych. A na dodatek z plastikowych butelek mogą uwalniać się szkodliwe substancje (zwłaszcza gdy butelka dłużej poleży w słońcu, np. bisfenole). Butelka na zdjęciu jest specjalna, z tworzywa bez bisfenoli.

Picie wody z kranu to kwestia zaufania i wiedzy o świecie. Boimy się tego co nieznane, a obecnie żyjemy w świecie konsumpcji, półek sklepowych i docierającej do nas reklamy. Reklamę znamy, dociera do nas każdego dnia z telewizji, radia, Internetu, gazet, ulicznych bilbordów. Przyrodę znamy dużo mniej. I też głównie z telewizji lub książek. Wody kranowej nikt w zasadzie nie reklamuje, a poza tym jest „za darmo”. W świecie nieustającej konsumpcji „za darmo” jest mocno podejrzane. Jakieś dziwne. A jak w sklepie kupione, to musi być dobre. Markowe. Jak ubrania z odpowiednią metką. Ta metka jest ważna. Jak dużo kosztuje, to znaczy dobre, ważne i daje poczucie spełnienia. Sklepowe daje poczucie spełnienia w świecie globalnej konsumpcji.

Picie wody z kranu to odpowiedzialność za losy biosfery, w które żyjemy i wpływu na globalne ocieplenie (skutki coraz bardziej odczuwalnej). Picie wody z lokalnego ujęcia to brak potrzeby zbędnego transportu. Jeśli pijemy wodę kupioną w sklepie… to płacimy za zbędne, jednorazowe opakowanie (od razu ląduje na śmietniku, a za wywożenie śmieci z miasta przecież płacimy). Płacimy także za zużyte paliwo na przywiezienie górskiej wody, kilkaset kilometrów do krainy tysiąca jezior. To tak, jakby drzewo wozić do lasu. . A po co kupować zbędne paliwo na transport i jednorazowe opakowanie? Po co przywozić z daleka to, co mamy u siebie, pod ręką? Dla dobrego konsumpcjonistycznego samopoczucia?

A może ta kupowana w plastykowej butelce jest lepsza? Dostęp do czystej wody to dostęp do zdrowia i wysokiej jakości życia. Na zdrowiu nie będziemy przecież oszczędzać. Tylko czy rzeczywiście ta woda butelkowa jest lepsza od zwykłej kranówki? Najczęściej nie. Woda wodociągowa też pochodzi z ujęć głębinowych, jest badana, kontrolowana i często dodatkowo uzdatniania, np. przez filtrowanie, ozonowanie itd. Być może w pamięci mamy wodę chlorowaną, kiepskiej jakości. Pamiętam te czasy, gdy mieszkałem w Płocku. Nawet po przegotowaniu woda była słabej jakości smakowej i nie najprzyjemniej pachniała. Ale te czasy dawno odeszły w przeszłość, przede wszystkim za sprawą postępu technologicznego.

Kiedyś piliśmy wodę ze źródła, ze strumienia, ze studni. Dawno temu. Krystalicznie czysta woda. Przynajmniej w stosunku do tej z rzeki, jeziora czy stawu. Krowy i konie poimy wodą „z przyrody”, ale sami nie wypijemy.

Jakiś czas temu, latem wybrałem się ze studentami do źródeł rzeki Łyny. Ja piłem wodę ze źródliskowego strumyka, studenci z plastykowych butelek. W moim plecaku było mniej bagażu, bo nie woziłem ( i nie kupowałem), tego co było za darmo na miejscu. Dlaczego moi studenci obawiali się napić wody ze źródła? Nie było kranu, białej glazury, tylko piasek i rośliny wokół. Ale ja znałem wcześniejsze badania tej wody i rozumiem procesy zachodzące w przyrodzie. Wiem, że to nie jest deszczówka czy woda z przydrożnej kałuży. Filtrowała się przez pokaźne złoża piasku i żwiru. I trwało to relatywnie długo. Przeciętnemu mieszczuchowi już łatwiej byłoby się napić wody ze studni. Bo studnia to specjalnie do wody wykopana, a źródło? Gdy wokoło drzewa, liście. Może jakieś pasożyty. Przecież bakterii nie widać. A może jakieś szkodliwe związki chemiczne, jakieś zanieczyszczanie. Tyle tylko, że łatwiej o zanieczyszczenia wód gruntowych, zasilających niejedna studnię, zwłaszcza gdy obok nieskanalizowana chlewnia czy leżący na pryzmie obornik. Czasem to naturalne, samoistne jest lepsze od tego specjalnie wytworzonego przez człowieka.

Woda ze źródła czy ze studni nie jest badania. Możemy tylko zaufać w jej jakość. Ale ta „z kranu” jest systematycznie badana. Może więc w rurach się „brudzi”. W Olsztynie, tam gdzie mieszkam, w wodzie jest stosunkowo dużo związków żelaza. W wyniku utleniania się wytrącają się nierozpuszczalne w wodzie tlenki żelaza i widzimy „rdzawe” nacieki. Widać to przy każdym źródle, gdy woda głębinowa wydostaje się na powierzchnie i styka się z tlenem atmosferycznym. Najczęściej to nie rury rdzewieją tylko wytraca się tlenek żelaza.

Wodę z kramu można przecież filtrować we własnym zakresie. Kiedyś tak robiłem. W wielu zakładach gastronomicznych tak robią. Ale to ze względu na odkładających się „kamień” w urządzeniach (tak jak w naszej pralce czy w czajniku). W procesach technologicznych te związki mineralne mogą przeszkadzać. Ale my potrzebujemy minerałów. Dlatego pijemy w czasie upałów wodę mineralną. Najczęściej taką wodę mineralna mamy… w kranie.

Z dużym zadowoleniem widzę coraz więcej restauracji, serwujących wodę z kranu oraz w hoteli i pensjonatów, z własnym ujęciem. Mają własna „kranówkę”, w estetycznych butelkach szklanych (firmowych) lub karafkach. Mniejsza produkcja śmieci (jednorazowe opakowania) i mniejsze zużycie paliw kopalnych. To biznes społecznie i ekologicznie odpowiedzialny, przy okazji przyjazny dla kieszeni.

Woda z kranu, wlana do dzbanka, to niemalże rękodzieło. Coś zrobione sobie samemu. Pełna lokalność. I powoli popularyzuje się moda na lokalność (bez konieczności zbędnego wożenia towarów). Rękodzieło nie jest gorsze od wielkoprzemysłowego, masowo produkowanego towaru. Cittaslow i dobrowolna prostota może zaczynać się od wody z kranu.

Wielokulturowość regionu jest większa niż uważamy – cyfrowi tubylcy

sczachor

czosnek_i_piecWielokulturowość regionu warmińsko-mazurskiego jest większa niż uważamy. To nie tylko wynika z faktu, że oprócz historycznej Warmii i Mazur znajduje się kawałek Suwalszczyzny, Ziemi Chełmińskiej czy Powiśla. To nie tylko fakt licznych mniejszości narodowych i religijnych, nie tylko głęboka wymiana ludności w ostatnich dziesięcioleciach i ciągłe napływy przesiedleńców. Tę specyficzną wielokulturowość raczej dostrzegamy. Ale nie zauważamy, że pojawiło się pokolenie cyfrowych tubylców, inaczej komunikujących się ze sobą i inaczej uczestniczących w kulturze szeroko rozumianej.

Piszę o współczesnej kulturze i jej wielokulturowości a nie archiwaliach muzealnych i biurokratyczno-sprawozdawczych kronikach. Młodzi ludzie, którzy wyrośli w świecie cyfrowym (są tubylcami w tym świecie) różnią się zasadniczo od nas, cyfrowych emigrantów. Wyrośliśmy w innej kulturze a media cyfrowe i świat cyfrowy jest dla nas wtórny, wyuczony, mniej lub bardziej obcy. Rozmawiając o kulturze i tożsamości regionalnej, o tym aspekcie i tych różnicach najczęściej zapominamy. My, starsze pokolenie. My, którzy swą młodość znajdujemy w skansenach i muzeach. Być może naszą, ważną acz niedostrzeganą, misją jest rola tłumacza, pomostu między starym a nowym światem.

Dwa elementy zazwyczaj w dyskusji o kulturze regionalnej są pomijane, właśnie obecność cyfrowych tubylców i tak zwana trzecia kultura (aktywny udział nauki w tworzeniu kultury i kształtowaniu dnia codziennego). Zmiany technologiczne są tak duże i tak szybkie, że niektórzy antropolodzy zastanawiają się czy to gwałtowne tempo nie przekracza już ludzkich zdolności do adaptacji. Języka ojczystego łatwo się uczymy bo w nim wyrastamy i za jego pomocą myślimy. Uczenie się języków obcych jest trochę trudniejsze. Kilka możemy opanować, by się jako tako komunikować. Ale czy jesteśmy w stanie co 2-4 lata uczyć się nowego języka, zarzucając wcześniej wyuczone? A przecież w takim tempie docierają do nas nowe technologie, zmieniające nasze codzienne życie i funkcjonowanie w społeczeństwie. Zanim nauczę się w pełni korzystać z telefonu komórkowego… już wchodzą nowe smartfony. I uczyć się trzeba od nowa. Z ogromnej większości funkcji i dostępnych programów w komputerze, laptopie, smartfonie nie jestem w stanie skorzystać. Nie zdążę odkryć ich możliwości, istnienia i zalet. Bo już wchodzą nowe i trzeba uczyć się od nowa. To tylko jeden przykład. W rezultacie machamy ręką i nie podążamy za wszystkimi nowinkami. Ale młode pokolenie w tym wyrasta, jak w języku ojczystym. I nie rozumie w pełni naszej kultury, kultury, w której wyrośliśmy i w głębi duszy funkcjonujemy. Dwa różne światy.

Współczesna kultura przesiąkła nauką i techniką a nie tylko teatrem, filharmonią, galerią sztuki czy literaturą. Niektóre lamenty o upadku kultury wynikają tylko z niezrozumienia rzeczywistości i tego co się wokół nas dzieje. Niezrozumienia tego, że inaczej wyrażamy swą aktywność w kulturze. Ale póki nie dostrzeżemy wielokulturowości (tej w szerokim sensie a nie tylko w tym tradycyjnym), póty będziemy zagubieni i będziemy jałowo narzekać. Potrzebny jest dialog międzykulturowy. Mocno uświadamiam sobe to, bo akurat przygotowuję się do wykładów w nowym semestrze. I myślę o tym, jak dotrzeć z przekazem do młodego pokolenia. Prawie jak przygotowywanie wykładu w obcym języku i do studentów zupełnie obcej kultury...

Często słyszymy o spadku czytelnictwa ale czy oznacza to spadek udziału w kulturze i komunikacji międzyludzkiej? Podobno Polacy mniej czytają książek. Jako naukowiec-przyrodnik pytam się o metody badań – czyli na jakiej podstawie wyciągane są te wnioski? Czy analizowana jest liczba wypożyczeń książek w bibliotekach? Ale jesteśmy znacznie bogatszym społeczeństwem niż kiedyś a drukowane książki są tanie. Wielu z nas nie chodzi do biblioteki bo po prostu książki kupuje. A może analizowana jest sprzedaż książek na rynku księgarskim? Tu obserwować możemy znaczny wzrost literatury faktu: książek naukowych, popularnonaukowych, historycznych, biograficznych, poradników gastronomicznych, hobbystycznych, poradników zawodowych. Mniej sprzedaje się literatury pięknej. Ale wynika to najpewniej z dwóch powodów: nadrukowaliśmy już dużo literatury klasycznej a nowości być może jest tyle samo co dawniej. Po drugie i znacznie ważniejsze – przeżywanie przygody i fikcji przenieśliśmy z drukowanych książek… do gier komputerowych i filmów.

Ludzie, jako istoty społeczne, lubią żyć opowieściami. Przez dziesiątki tysięcy lat były to opowieści ustne. Słowo drukowane, zwłaszcza w powszechnym wymiarze, pojawiło się stosunkowo niedawno. Udział literatury w kulturze powszechnej to zaledwie epizod 2-3 wieków. Spadek czytelnictwa nie jest więc żadnym upadkiem kultury. Obecna rewolucja formy opowieści nie jest też pierwszą w naszej historii. Teraz więcej opowieści jest w filmie, internecie, grach komputerowych. Zwłaszcza te ostatnie umożliwiają bardziej aktywną rolę odbiorcy w kształtowaniu fabuły.

Ale wróćmy do stanu czytelnictwa. Jak formułowane są pytania? Bo czy jest to pytanie o przeczytaną książkę (w domysle rozumianą jako papierową) czy o fakt czytania w ogóle? Czy książka przeczytana w czytniku (a więc na sprzęcie elektronicznym) będzie uznana za czytelnictwo przez ankietowanego? Ta sama treść a jedynie nośnik inny. A jaka oszczędność miejsca – na jednym dysku zmieścić można pokaźną bibliotekę. Ja przerzucam się na wersje cyfrowe ze względu na brak miejsca w domowej biblioteczne. A co z „książkami” jedynie elektronicznymi? Czy to jest czytanie w tradycyjnym rozumieniu? Bo przecież jest to takie samo przyswajanie treści. Czy podręcznik pt. Nowoczesna dydaktyka akademicka Błażeja Sajduka, to książka czy nie książka? Zamiast obrazków ma filmiki, nie jest to wersja pdf, wydrukować się nie da, "strony" są niejednakowej wielkosci. Można czytać tylko w wersji internetowej i elektronicznej, w "chmurze".

Ciągle słyszę o tym, że ludzie teraz mniej czytają. Ale to błąd, wynikający z nieuświadomienia sobie tego, jak współczesny człowiek funkcjonuje w kulturze. Owszem, współczesny student przeczyta zaledwie 8 książek (w zasadzie podręczników) w ciągu semestru ale w tym czasie przejrzy aż 2300 stron internetowych i 1281 profili na Facebooku. Prawdopodobnie czyta więcej (bo więcej na to poświęca czasu) niż jego poprzednicy (moje pokolenie). Owszem, zapisze w notatkach zeszytowych przeciętnie 42 strony (papierowe) ale równocześnie napisze 500 stron w e-mailach (nie licząc smsów). Ludzie wcale nie czytają mniej! Czytają inaczej. A na dodatek piszą dużo więcej. Świat się zmienił. Najwyższa pora to zauważyć i ankiety przygotowywać inaczej, bez merytorycznych (koncepcyjnych) błędów. Chyba jeszcze żadne pokolenie nie pisało tak dużo jak wspołcześni młodzi ludzie.

„Literatura” fikcji opowiadana jest teraz inaczej, zwłaszcza w pokoleniu cyfrowych tubylców. Nie znika tradycyjna literatura, ale zmieniają się proporcje. Nie jest to jednak powód do lamentów. Biadolić mogą jedynie księgarze i papierowi wydawcy bo zmniejsza się popyt na ich usługi. Ale nie na usługi w komunikacji międzyludzkiej i komunikacji kultury. Są zawody archaiczne takie jak bednarz, kowal, kołodziej, bartnik, szewc… byc może dołaczy księgarz. Nie znikają całkowicie z kultury ale zajmują już inne miejsce, bardziej niszowe, elitarne, egzotyczne.

Jest też faktem obecność literatury faktu (ksiązki naukowe, popularnonaukowe, podręczniki, poradniki itd.). Ale i ta powoli przenosi się w nowe obszary cyfrowych technik komunikacji. Bo dojrzewa pokolenie cyfrowych tubylców.

Wzrost czytelnictwa podręczników i literatury specjalistycznych poradników wynika z faktu… dużego wykształcenia społeczeństwa. Jeszcze nigdy nie było tak dużo ludzi wykształconych (ubocznym skutkiem są narodziny prekariatu). Więcej ludzi się uczy, w tym także w nowych formach kształcenia pozaformalnego i nieformalnego (samodzielnego). W jakimś sensie to też jest powrót do korzeni, bo tak było przed wiekami, zanim narodziła się powszechna, industrialna szkoła z klasami i lekcjami. Na fali zainteresowania wiedzą obserwujemy wysyp uniwersytetów trzeciego wieku, różnych kursów szkoleniowych. Do tradycyjnych form komunikacji międzyludzkiej i przekazywania wiedzy dołączają zupełnie nowe: webinaria, chaty (czaty), telekonferencje, e-learning. Dostęp do mistrzów i autorytetów jest bez porównania łatwiejszy i powszechniejszy… nawet w wioskach położonych daleko od szosy (ale z dostępem do internetu).

Lament o upadku kultury, w tym upadku czytelnictwa jest pomyłką i wynika z niedostrzegania obecności innej kultury cyfrowych tubylców. Są obok nas, jak swoiści „imigranci” z zupełnie innego świata. Nakładają się na już istniejącą wielokulturowość Warmii i Mazur. I z tego tworzy się niezwykle ciekawa mieszanka. Rzeczywistość jeszcze nie odkryta. Mnie zżera ciekawość poznania tej nowej, rodzącej się kultury, tak jak wyprawa badawcza do odległych plemion w egzotycznych krajach.

Warmińsko-mazurskie ma szansę na bardzo ciekawy dialog międzykulturowy w jednoczącej się Europie. Młode pokolenie jest na dodatek dużo bardziej mobilne od nas. Inaczej traktują własne mieszkanie, pracę, inaczej rozumieją patriotyzm. Prawdopodobnie inaczej rozumieją i wyrażają dużo więcej aspektów współczesej kultury. Kultura to coś więcej niże teatr, filharmonia, biblioteka, muzeum, galeria sztuki. Zmiana się sposób uczestnictwa w kulturze. Także z faktu, że prekariat jest ubogi i nie stać na bilety wstępu. Uczestnictwo w kulturze jest bardziej… aktywne i cyfrowe. Więcej jest happeningów, gier, grywalizacji, geochatchingu itd. Nowe zjawiska to i nowe, niezrozumiałe słowa. Język polski nie wynalazł jeszcze własnych określeń. I być może nie wynajdzie, bo kultura staje się bardziej globalna i międzynarodowa.

Rok 2015 ogłoszony Rokiem Kultury na Warmii i Mazurach nie powinien moim zdaniem sprowadzać się do uroczystych akademii, „defilad i capstrzyków”, rozdawania dyplomów uznania, lecz bardziej na dyskusji i na rozpoznawaniu problemu. Poznawać jaka ta nasza kultura jest, tu i teraz. Z ciekawością wypatruje głosów w dyskursie w różnych mediach (a nie tylko w Gazecie Olsztyńskiej. Niech się naszą aktywnością ujawniają wyspy na Archipelagach Kultury. Niech Rok Kultury będzie poznawczym trzęsieniem ziemi i aktywnością wulkaniczną, która wyłoni najróżniejsze wyspy, tworzące mniej lub bardziej izolowane od siebie wyspy na rozległym, wielokulturowym archipelagu. Rozpocznijmy przygodę podróży i odkrywania tych nowych, nieznanych światów.

Jak ślimak winniczek reaguje na post? Daje nogę.

sczachor

DSCN1690Zaczął się post. Dawniej oznaczało to poważne ograniczenia w spożyciu mięsa, więc nasi przodkowie ubogacali jadłospis różnymi „nie mięsnymi” mięsami. Jedli ryby, bobry (bo na ogonie bóbr ma łuski i żyje w wodzie, więc pod rybę podpadał), a także różne bezkręgowce, na przykład ślimaki winniczki. Noga ślimaka jest zjadana od średniowiecza jako cenne i postne źródło białka. A cofając się jeszcze głębiej w przeszłość to ludzie jedli różne dziwne „owoce morza i lasu”.

Tradycja kulinarna spożywania ślimaka winniczka przetrwała w niewielu krajach. Dlatego nasze ślimaki wywożone są do Francji. A że zapotrzebowanie na egzotyczne i wyszukane dania nie maleje to w wielu krajach rozpoczęto hodowlę ślimaków afrykańskich (większe i bardziej opłacalne).

Nasze zapomniane dziedzictwo kulinarne jest ogromne. Bogactwo rozleniwia i upraszcza jadłospisy. Bieda poszerza umiejętności i kreatywność, także kuchenną. Umiarkowanie w konsumpcji nie tylko pomaga rozwiązać problem ze śmieciami ale i kultywuje nasze historyczne korzenie.

Już drugi rok nie można będzie zbierać w naszym województwie ślimaka winniczka w celach zarobkowych, a więc i kulinarnych. Badania wykazały spadek liczebności populacji ślimaka winniczka (trzeba chronić by całkiem u nas nie wyginął). Trzeba więc dać mu czas na wzrost i rozmnażanie, aby ponownie za jakiś czas eksploatować populację zarobkowo i gospodarczo. Tymczasem już w drugim (kolejnym) roku Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Olsztynie podjął decyzję, że na terenie województwa warmińsko-mazurskiego nie będzie prowadzone pozyskanie ślimaka winniczka. (Przeczytaj cały tekst: Coraz mniej winniczków na Warmii i Mazurach, więc są pod ochroną ).

Do nas, na dawne Prusy, ślimak winniczek trawił najprawdopodobniej w średniowieczu, możliwe za sprawą Krzyżaków lub innych zakonów. W sensie historycznym jest gatunkiem obcym ale teraz jest chroniony. Obcy, jak się mocno zakorzeni to potem jest chronionym, bo bez niego żyć nie możemy. Za bardzo wrósł w nasze w dziedzictwo.

Pierwotny zasięg występowania winniczka obejmował najpewniej jedynie południową Polskę (Małopolska, Górny Śląsk, Rzeszowszczyzna). Na pozostałe tereny został przeniesiony przez człowieka. Najbardziej przyczynili się do tego zakonnicy, którzy począwszy od średniowiecza hodowali winniczka w ogrodach i parkach przyklasztornych. Mimo, że powolny to „pouciekał” z przyklasztornych hodowli i zasiedlił inne ekosystemy. Teraz w jakimś sensie też prowadzimy gospodarkę hodowlaną i zbieramy w celach zarobkowych. Ale jak każdy dobry ogrodnik czy hodowca, musimy zadbać aby populacji nie przeeksploatować. Z zagrożenia udało się nam wyprowadzić co najmniej kilka gatunków: żubra, bobra, łosia. Niegdyś zagrożone wyparciem teraz są zwierzętami pospolitymi i mogłyby być wykorzystywane łowiecko. Ale najlepiej byłoby, aby przetwórstwo było na miejscu a nie gdzieś daleko. Tak jak ze ślimakiem winniczkiem. Może i on kiedyś trafi ponownie na nasze lokalne stoły. Na przykład w poście. I niech Francuzi do nas na ślimacze specjały przyjeżdżają (przy okazji więcej zarobimy, bo to i nocleg w hotelu i inne okolicznościowe wydatki).

Ślimak winniczek (Helix pomatia) należy do rodziny ślimakowatych (Helicidae), inne nazwy to: winniczek, ślimak winnicowy, na wschodzie Europy zwany rawłyk, wawryk. Dawniej w niektórych regionach nazywany go kukuluch, krzyncyca, słymusz (Huculszczyzna), smarszcz, smarzyk. Wielkość dorosłego osobnika wynosi 4-5,5 cm. Żyją do 15 lat. Spotkać go można w lasach, zaroślach, ogrodach, cmentarzach. Czasami występuje masowo i wtedy może być szkodnikiem warzyw i roślin ozdobnych. Jest to gatunek o rozmieszczeniu południowo-środkowoeuropejskim i środkowoeuropejskim. Obecnie ślimak winniczek może być uważany za gatunek synantropijny, gdyż bardzo często i łatwo wnika do siedlisk zmienionych przez działalność człowieka. Można go zbierać w okresie od 1 do 31 maja (ale nie w 2015 r. w warmińsko-mazurskim), eksportowany jest do Francji, gdzie uważany jest za przysmak.

W układzie rozrodczym występują dwa gruczoły palczaste oraz woreczek, w którym wytwarzany jest wapienny sztylecik, zwany strzałką miłosną. W czasie godów sztylecik miłosny wbijany jest w ciało partnera (ślimakowate są obojnakami) i pełnią rolę stymulacyjną (jak widać gadżety erotyczne przyroda wymyśliła na długo przed człowiekiem).  Po zapłodnieniu pojedynczy osobnik składa 40-60 jaj, umiejscowionych w jamkach w ziemi. W ciągu całego życia jeden winniczek składa ponad 200 jaj. Oczywiście jeśli go wcześniej nie zbierzemy i nie zjemy. Zatem zakaz zbierania ma służyć spokojnej prokreacji i wzrostowi liczebności populacji.

Czytaj też: O ślimaku winniczku i poszukiwaniu drugiej połówki

Bzyg rarytas i entomologiczna majówka w Lesie Miejskim

sczachor

11002212_817998684940087_590709287_oFoto-makro-bloger, Mateusz Sowiński, niestrudzony poszukiwacz tajemnic przyrody w skali mikro od kilku lat przemierza olsztyński Las Miejski i okolice Olsztyna z aparatem fotograficznym. O każdej porze roku znajduje coś ciekawego, uwiecznia i opisuje na swoim blogu (swiatmakrodotcom.wordpress.com). Nawet zimą i na śniegu znajduje aktywne życie przeróżnych bezkręgowców, nie tylko owadów. W zasadzie to powinien już napisać i wydać książkę, bogato ilustrowaną, o niepozornym aż niezwykle bogatym życiu w naszym najbliższym otoczeniu. Bo fotografii i spotkanych gatunków ma całe mnóstwo.

Wielokrotnie pokazuje na swoich zdjęciach nie tylko gatunki niezwykłe, ale i rzadkie. Ot na przykład uwieczniona na zdjęciu muchówka z rodziny bzygowatych (Syrphidae) o naukowej nazwie Chalcosyrphus eunotus. Gatunek w ubiegłym roku spotkany w naszym Lesie Miejskim a umieszczony w Polskiej Czerwonej Liście Zwierząt Ginących i Zagrożonych w Polsce z kategorią CR (ang. critically endangered - gatunek krytycznie zagrożony wyginięciem w stanie dzikim). Jednym słowem rzadkość.

Trzeba jednak wprawnego oka i dużej cierpliwości w bezkrwawych łowach by o tych niezwykłościach się przekonać i poinformować innych. W Polsce występuje 7 gatunków muchówek z rodzaju Chalcosyrphus . Na swoim blogu Mateusz Sowiński tak opisuje ten gatunek: „Teoretycznie łatwo go oznaczyć, jednak kiedy pierwszy raz się z nim spotkałem, to przyznam, że miałem z nim kłopot. Po sfotografowaniu kilku osobników czym prędzej wróciłem do domu i zacząłem poszukiwać odpowiedzi na pytanie: co to za gatunek? Oczywiście znalazłem Ch. eunotus, ale gdy zobaczyłem jaki on jest rzadki… musiałem mieć pewność, że to on, dlatego poprosiłem o pomoc znawców z forum entomo.pl, a także syrphidae.insects.pl, którzy na szczęście potwierdzili moje przypuszczenia. Rodzaj Chalcosyrphus zaliczany jest oczywiście do rodziny bzygowatych (Syrphidae), co widać nawet na pierwszy rzut oka. Nie od dziś wiadomo, że wiele tych muchówek lubi naśladować swoim wyglądem groźniejsze od siebie owady, szczególnie błonkówki. Przeważnie małpują od os, ale co niektóre imitują swym wyglądom pszczoły lub pszczolinki i tak jest właśnie z naszą muszką” (czytaj całość).

Mateusz Sowiński tak dzisiaj napisał na Facebooku:

"Dzisiaj podczas spaceru po Lesie Miejskim wpadłem na pewien spontaniczny, ale ciekawy pomysł. Zimą mamy np. Dzień Chruścika (12 grudnia), Noc Biologów (drugi weekend stycznia). Jesienią są Olsztyńskie Dni Nauki (wrzesień) i tym podobne dni związane z przyrodą. A gdyby tak zorganizować coś podobnego wiosną? I to nie gdzieś w zamknięciu, ale na świeżym powietrzu, z przyrodą za pan brat. Ano właśnie. Tak sobie pomyślałem, że można by zorganizować takie wspólne, przyrodnicze spotkanie w Lesie Miejskim Olsztyna. Jak by miało wyglądać? Np. tak, że na początku urządziło by się spotkanie edukacyjne. Przyrodnicy, fotografowie i osoby związane z lasem mogły by kolejno opowiadać o różnych elementach przyrody i pokazywać przedstawiające je zdjęcia. Chociażby o ptakach, roślinach, albo jakichś przyrodniczych zjawiskach. Później mogło by dojść do jakiejś wycieczki, jakiegoś spaceru po Lesie Miejskim, podczas której wspólnie byśmy fotografowali i poznawali przyrodę lasu. A na koniec? Można by coś zrobić dla samego lasu, np. urządzić wspólne sprzątanie tego wspaniałego miejsca (ilekroć w nim bywam, przekonuje się jak bardzo jest to potrzebne). Na razie to tylko taki mój pomysł, ale w najbliższym czasie planuje wykombinować bardziej szczegółowy plan takiego przedsięwzięcia. Kiedy miało by dojść do takiego spotkania? Może to być np. majowy, długi weekend, albo czerwcowy. A nawet każda normalna sobota i niedziela. To jeszcze się ustali. Mam nadzieje że dzięki pomocy pana profesora Stanisław Czachorowski ta inicjatywa się ziści.”

A skoro zostałem wywołany do tablicy, to z chęcią przyłożę do tego rękę. Niech więc będzie entomologiczna majówka w Lesie Miejskim, z opowieściami niezwykłej o przyrodzie, fotografowaniem i zwykłym piknikowaniem. Kto się przyłączy?

 P.S. A może i więcej przyrodniczych fotografów dołączy i wydamy książkę o przyrodzie Lasu Miejskiego? Szukamy funduszy?

Górne zdjęcie autorstwa Mateusza Sowińskiego, dolne - mojego (na zdjęciu M. Sowiński w czasie lipcowego śniadania na trawie w Parku Centralnym, fotografuje jakiegoś owada na kocu)

 

Wełniczka czyli stokrotki na drzewie

sczachor

welniczka

Gruszki na wierzbie a stokrotki na modrzewiu? Wydaje się niemożliwe. Kiedy jednak patrzy się na owocniki wełniczki pasożytniczej to odnosi się wrażenie, że są to stokrotki albo rumianki. Oczywiście, tylko na zdjęciu (fot. Mirosława Wantoch-Rekowska), gdy nie mamy odniesienia do rzeczywistej wielkości. Niemniej warto uważnie patrzeć pod nogi, bo kryje się tam niepozorne piękno.

Wełniczka pasożytnicza (Lachnellula willkommii) to grzyb z niewielkimi owocnikami. Należy do rodziny przezroczkowatych (Hyaloscyphaceae), grzyby te mają miseczkę orzęsiona na brzegu. Stąd nawa – wełniczka, niby pokryta wełną. Grzyby z rodziny przezroczkowatych należą do saprifitów lub pasożytów. Wełniczka jak sama nazwa gatunkowa wskazuje należy do pasożytów. Owocniki grzybów z rodzaju Lachnellula (około 20 gatunków) mają miseczkę zwykle pomarańczową, zazwyczaj pasożytują na drzewach iglastych.

Wełniczka pasożytnicza (Lachnellula willkommii, synonim Trichoscyphella willkommi), występuje na opadłych gałązkach modrzewia (Larix). Owocniki są niewielkie, 2-5 mm szerokości. Brzegi wełnisto owłosione, środek pomarańczowo-żółty. Dokładniej rozpoznać gatunki można po zarodnikach (niezbędna obserwacja pod mikroskopem). Tego urokliwego grzyba spotkać można cały rok. Podobny jest kuzyn wełniczka gałązkowa (Lachnellula occidentalis), jest jednak saprofitem. Jak widać od saprofityzmu do pasożytnictwa niewielka droga.

Piękno jest wokół nas, choć nie zawsze je dostrzegamy. Najpierw grzybnia wełniczki rozwija się w drewnie, zupełnie dla nas niewidoczna. Dostrzegamy tylko owocniki. Ale i one są małe, więc trzeba uważnie patrzeć pod nogi. I nie spieszyć się, bo ominie nas wiele cudownych widoków.

Źródło: Barbara Gumińska i Władysław Wojewoda, „Grzyby i ich oznaczanie”, wyd. III, PWRiL, Warszawa 1985.

Eko-innowacje oraz e-dyskusja czyli kobyłka u płota

sczachor

ekoinnowacje2015A było to tak. 12. lutego, w ramach jednodniowej konferencji pt. „Eko-Innowacje – kreowanie rozwiązań przyjaznych środowisku” (zorganizowanej przez Samorząd Województwa Wamińsko-Mazurskiego), zaplanowana była dyskusja panelowa, którą miałem moderować. W panelu dyskusyjnym pt. „Eko-innowacje – nieopłacalne inwestycje czy realne oszczędności?” uczestniczyli: Ryszard Kozyra (wójt Gminy Barciany), Wiesław Krawczyk (przedsiębiorca i wynalazca), Adam Krynicki (prezes Zarządy Krynicki Recykling S.A.), Mariusz Rychcik (dyrektor Regionalnego Centrum Projektów Środowiskowych WFOŚiGW, dr Ewelina Olba-Zięty (Centrum Badań Energii Odnawialnej UWM w Olsztynie).

Z przyczyn niezależnych od panelistów zabrakło czasu na spokojną i wyczerpującą temat dyskusję, zadawanie pytań i odpowiedzi (konferencja się przedłużyła a obiad czekał, z czego zrezygnować - z dyskusji czy posiłku, który da nam energię do codziennego życia?). Wobec niekomfortowej sytuacja, w której wszyscy się znaleźliśmy (łącznie z uczestnikami konferencji), zaproponowałem ad hoc „innowacyjne rozwiązanie”: kontynuacje dyskusji w formie elektronicznej. Tak jak obiecałem, umieszczam więc wpis temu poświęcony, aby umożliwić zadawanie pytań, komentarze i dyskusję. Nie ma takiej sytuacji (nawet wydającej się na beznadziejną), z której nie można jakoś sensownie wybrnąć. Podobnie jest z sytuacją energetyczną – zamiast skupiać się na jałowym narzekaniu i szukaniu winnych (z tego szukania i obwiniania niewiele wynika) lepiej skupić się na szukaniu rozwiązań. Z konieczności będą innowacyjne. Bo gdyby wszystko było dobrze, to po co się męczyć i wymyślać coś nowego, innowacyjnego?

Brak czasu w jakimś sensie jest symboliczny. W odniesieniu do energii odnawialnej jak i innowacyjności może być podobnie: zmarnujemy czas na jałowe dyskusje, zbyt opieszałe podejmowanie decyzji i znajdziemy się w sytuacji mocno cywilizacyjnie niekomfortowej. Po prostu zamiast być liderem znowu zostaniemy zapóźnionym zaściankiem i szanse uciekną nam sprzed nosa.

W czasie konferencji kilka osób mniej lub bardziej wyraźnie wskazywało, że nasz region jest niejako predysponowany do innowacji energetycznych. Odnawialne źródła energii są dla nas szansą. Niemalże cała gospodarka regionu opiera się o dobry stan środowiska: turystyka, przemysł meblarski, przemysł spożywczy i dopiero rozwijająca się nowoczesna biogospodarka. Jednocześnie stara infrastruktura energetyczna ulega dekapitalizacji. Niebawem po prostu może nam zabraknąć energii. A ta, która dysponujemy jest droższa niż w innych częściach Polski.

W tym kontekście OZE (odnawialne źródła energii) są szansą na rozwój gospodarczy bo mogą nam dać w ogóle energię i po drugie tańszą niż ta, importowana spoza regionu. Prelegenci zwracali uwagę na wiele problemów jak i na rodzące się możliwości finansowe. Ale czy potrafimy współpracować międzysektorowo: środowiska naukowe, biznes, samorządy, parlamentarzyści, instytucje państwowe? Od tej współpracy uzależniony jest nasz sukces… albo porażka. Czy warmińsko-mazurskie będzie liderem czy też "prowincją zabitą dechami" w zakresie innowacji? Co trzeba zrobić żeby się udało wykorzystać szanse? Skoro na sali zabrakło czasu na spokojna i głębszą dyskusję, to należy ją kontynuować w różnych innych miejscach. Na przykład tu (i wielu innych miejscach, gremiach, sposobnościach). Zaproponowałem kontynuację w formie e-dyskusji. I oto kobyłka stoi u płota. Zapraszam, do zamieszczania głosów w dyskusji, pytań, komentarzy (jeśli zajdzie potrzeba, to po zredagowaniu upowszechnię także w innych miejscach, by dyskusja dotarła do szerszego grona odbiorców).

Region predysponowany do innowacyjności i gospodarki czerpiącej ze środowiska przyrodniczego. Więc o to środowisko trzeba dbać jako o podstawę naszej ekonomii. Czysty region to także miejsce atrakcyjne do życia… dla osób kreatywnych. Jeśli się tu osiedlą (innowacyjny kapitał ludzki), to być może będziemy wśród liderów gospodarczych. Bo przecież nie mamy ani ropy naftowej, ani węgla, ani hut żelaza, ani fabryk samochodów. Mamy przyrodę, która jest zasobem środowiskowym dla biogospodarki. Ale czy tego czasu nie zmarnujemy? Nie przegadamy? Czy potrafimy międzysektorowo współpracować? Jakie są bariery takiej współpracy?

W jednym z głosów w czasie panelu padło sformułowanie, że trudna jest współpraca biznesu z Uniwersytetem. Po części to zapewne prawda, po części już nieaktualna sytuacja (reminiscencje z przeszłości). Uniwersytet w ostatnim czasie wyraźnie się zmienia i otwiera na współpracę. Być może znakiem czasu jest powstawanie i rozwój ogólnouczelnianych czy międzywydziałowych centrów badawczych, takich jak Centrum Badań Energii Odnawialnej czy Centrum Innowacji i Transferu Technologii czy nawet niedawno powstałe Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i przyrodniczym. Jeśli stara, wydziałowa struktura była niewydolna wobec zupełnie nowych potrzeb i wyzwań, to być może nowe organizacyjne i strukturalne rozwiązania okażą się efektywne.

Sytuacja w opóźnieniem na konferencji jest niejako symboliczna. Na końcowy efekt złożyło się wiele niezależnych czynników i zdarzeń cząstkowych. Ktoś przedłużył swoje wystawienie, ktoś nie zdyscyplinował niektórych prelegentów, wobec dużej liczby uczestników i przerwy kawowej sami uczestnicy nie pojawili się na wyznaczony czas. W przypadku konferencji przedłużenie czasu nie było wielkim problemem (czasem nie warto stawiać wyżej zaplanowanego porządku niż trwającej dyskusji czy interesującego wykładu). Wykorzystuję tę sytuacje tylko jako porównanie, jako analogię do problemu z eko-inwestycjami. W obu przypadkach istotna jest współodpowiedzialność. Wiele czynników, wiele osób podejmujących różnorodne decyzje i stąd rozmyta odpowiedzialność, niech ktoś, gdzieś, kiedyś zadziała.... żeby było dobrze. Niech przewodniczący-prowadzący konferencję zainterweniuje wobec gaduły, niech prelegenci nie przedłużają lub skrócą swoje referaty, niech uczestnicy w czasie przerwy kawowej nie piją kawy zbyt długo itd. "Ja nie oddam nic ze swego, nie narażę się z interwencją, nie zrezygnuje ze swojego czasu" itp. W rezultacie sytuacja rozwija się przypadkowo i „wygrywa z silniejszymi łokciami albo ten w przypadkowo uprzywilejowanej sytuacji”.

W przypadku eko-innowacji i energii odnawialnej potrzebna jest dużo większa współodpowiedzialność i współpraca wielu środowisk. Potrzebne są wynalazki, potrzebne są inwestycje, potrzebne są decyzje i rozporządzenia legislacyjne. Opóźnienia i zaniechania w którymkolwiek elemencie powoduje opóźnienia w całości procesu. I symbolicznie możemy nie zdążyć zjeść obiadu (ujmując rzecz anegdotycznie).

Program konferencji

  • Uroczyste otwarcie – słowo wstępne Sylwia Jaskulska, członek Zarządu Województwa Warmińsko-Mazurskiego,
  • „Zarządzanie eko-innowacjami”, dr Edward Hościłowicz, rektor Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Białymstoku, członek Krajowej Rady Przedsiębiorczości Ministra Gospodarki,
  • „Bariery we wdrażaniu i komercjalizacji eko-innowacji w Polsce”, Andrzej Koniecko, Prezes Warmińsko-Mazurskiej Agencji Energetycznej Sp. z o.o., Członek Rady Naukowej Centrum Badań Energii Odnawialnej UWM,
  • „Finansowanie innowacji ekologicznych (możliwości finansowe w regionie)”, Mariusz Rychcik, dyrektor Regionalnego Centrum Projektów Środowiskowych Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Olsztynie,
  • „Innowacyjne ekorozwiązania do wdrożenia w MŚP”, Rafał Tyszka, ZETO SOFTWARE Sp. z o.o.,
  • „Prezentacja własnych wynalazków”, Wiesław Krawczyk, Przedsiębiorstwo Budowlane Eksportowo-Importowe „Krawczyk”,
  • „Prezentacja dobrych praktyk w zakresie komercjalizacji eko-innowacji”, dr Ewelina Olba-Zięty, Centrum Badań Energii Odnawialnej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie ,
  • „Prezentacja dobrych praktyk w zakresie współpracy nauki i biznesu w temacie eko-innowacji”, Adam Krynicki, Prezes Zarządu Krynicki Recykling S.A. ,
  • „Prezentacja dobrych praktyk w zakresie organizacji zielonych wydarzeń” Wojciech Ogłuszka, Przewodniczący Zarządu Mazurskiego Związku Międzygminnego – Gospodarka Odpadami,
  • Panel dyskusyjny pt. Eko-innowacje – nieopłacalne inwestycje czy realne oszczędności.

Dyskusja panelowa rozpoczęła się 5 minut po czasie, w którym miała się zakończyć, a następnym punktem programu był obiad. Sytuacja trudna i niekomfortowa. Dlatego szukając wyjścia z tej trudnej sytuacji zaproponowałem kontynuację w formie e-dyskusji. I oto jest. Wprowadzenie do dyskusji upubliczniłem wcześniej (czytaj), a głównym pytaniem jakie padło w czasie panelu było" czy potrafimy współpracować międzysektorowo, jakie są bariery i jak je przełamywać?".

Eko-innowacje - nieopłacalne inwestycje czy realne oszczędności ?

sczachor

ekoinnowacjecbeo

Oprócz tego, że dzisiaj jest tłusty czwartek i Dzień Darwina to w Olszynie, na skraju miasta (Centrum Wdrażania i Promocji Innowacji w Olsztynie, Warmińsko-Mazurska Agencja Rozwoju Regionalnego S.A. w Olsztynie, ul. Jagiellońska 91a ) odbywać się będzie w godzinach 11.00-14.15 interesująca konferencja, dotycząca eko-innowacji.Wybieram się tam, nie tylko posłuchać ale i wziąć aktywny udział w panelu dyskusyjnym „Eko-innowacje - nieopłacalne inwestycje czy realne oszczędności”

Zachwyceni niedawną obniżką cen ropy naftowej zapominamy, że utrzymywanie obecnego poziomu wydobycia odbywa się przy wyraźnym wzroście liczby działających szybów wydobywczych. Lepiej już było. Mimo inwestycji w najbliższych latach spodziewać się można zarówno wzrost cen surowców ze źródeł nieodnawialnych jak i spadku wydobycia. Czy zdążymy odpowiednio wcześnie zainwestować w badania, technologii i inwestycje pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych? Przy spadku wydobycia i wzroście cen opłacalność energii odnawialnej będzie systematycznie wzrastać. I pytanie zasadnicze o nasz region - jakie jest miejsce Warmii i Mazur w dokonującej się trzeciej rewolucji technologicznej.

Pytanie o zyski z eko-innowacji jest pytaniem o wizję przyszłości – czy wiemy co nas czeka? Każda inwestycja kosztuje i wymaga na początku wydatków. W jakiej perspektywie liczony jest zysk z eko-innowacji? Czy mamy realną wizję przyszłości by przewidywać zyski długo-terminowe? Czy wiemy jakie będą ceny energii konwencjonalnej (jakie są zasoby i na ile lat starczą, jak będzie rosła cena energii przy wyczerpywaniu się zasobów konwencjonalnych)? Jakie są koszty zmian klimatycznych dla wszystkich podmiotów gospodarczych i społeczeństwa? Jakie będą preferencje konsumentów w przyszłości: zorientowane na ilość i stopę ży-ciową czy na jakość i komfort życia? Ile kosztuje bioróżnorodność i środowisko przyrodnicze?

Kiedyś pustynne piaski krajów arabskich wydawały się bezwartościowe. Bieda z nędzą. Do czasu, gdy rozwój technologii nie zaczął wykorzystywać ropy naftowej jako surowca dla gospodarki. Wtedy piaski ożyły inwestycjami. Po wieku fizyki nastał wiek biologii, powoli rozwija się biogospodarka. Czy Warmia i Mazury będą w centrum tych przemian czy też pozostaną na marginesie trzeciej rewolucji technologicznej?

Czego oczekują klienci i gospodarka dziś a czego poszukiwać będę w bliższej i dalszej perspektywie? Innowacje w ochronę środowiska to podnoszenie jakości życia. Czekać na gotowe technologie i kupować licencje czy samemu poszukiwać i rozwijać współpracę między przemysłem, nauką a społecznościami lokalnymi (samorządami)?

Czy w regionie potrafimy współpracować i wykorzystywać potencjał kapitału ludzkiego i zasoby środowiska? Jaka jest a jaka powinna być rola państwa w pobudzaniu innowacyjności w zakresie ochrony środowiska, biogospodarki i energii odnawialnej? Czekać na odgórne dyspozycje i regulacje czy aktywnie lobbować za pożądanymi rozwiązaniami legislacyjnymi? Więcej pytań niż odpowiedzi ale bez interdyscyplinarnego dialogu nauki, biznesu i samorządu pozostaniemy na marginesie zachodzących zjawisk.

Na wyżej postawione pytania poszukiwał będę odpowiedzi wraz z przedstawicielami samorządu terytorialnego, biznesu, instytucji państwowych i instytucji naukowych. Wszystko w zakresie nauk stosowanych i wdrażania innowacji w gospodarce.

A po południu już bardziej naukowo-teoretyczne spotkanie z okazji Dnia Darwina i równie ciekawa dyskusja akademicka o ewolucji z filozofami i organizacjami społecznymi. W tak zwanym międzyczasie znajdzie się czas na konsumpcję pączka, oczywiście z preferencja dla wyrobów tradycyjnych, lokalnych a nie taśmowo-wielkoprzemysłowych (i przy okazji mało zdrowych).

pczki1

Dzieci i emeryci na uniwersytecie

sczachor

warszawawydzialSobotni poranek w Warszawie, widok z akademika na Wydział Biologii UW. Tłumy dzieci z rodzicami wchodzą do budynku. Na początku zdziwienie - czego oni szukają na Wydziale Biologii, przecież na studentów nie wyglądają? Potem szybka refleksja, przecież i u nas tak jest, zmienia się oblicze uniwersytetów. Jeszcze kilkanaście lat temu w sobotę i niedzielę można było spotkać tłumy studentów zaocznych. To była swoista "pożyczka PRLu". Nadrabiali zaległości, wcześniej nie mieli możliwości studiować, bo brakowało miejsc i nie mieli pieniędzy na studiowanie (ich rodzice). Jako dorośli i pracujący uzupełniali wiedzę i finansowali rozwój uczelni. Później w weekendy wielu dorosłych się pojawiało również, ale byli (i są) to słuchacze studiów podyplomowych. Kształcenie ustawiczne i uzupełnianie oraz aktualizowanie wiedzy.

Teraz w dniach wolnych od nauki dla "zwykłych" studentów na uniwersytecie pojawiają się dzieci i młodzież. Czasem także... emeryci, bo jak grzyby po deszczy wyrastają uniwersytety trzeciego wieku. Powstaje taki teraz w Barczewie. Niemalże każde już miasteczko ma swój uniwersytet trzeciego wieku. Bo ludzie chcą się kształcić nie z powodów zawodowych ale z ciekawości i pędu do czystej wiedzy.

Zmienia się oblicze uniwersytetów, uczelnie wyższe dalej kształcą i upowszechniają wiedzę, ale zmieniają się studenci. To nie znaczy, że dziennych ("normalnych") studentów już nie będzie. Będą, ale zmieniają się proporcje i w tych samych murach uniwersyteckich pojawiają się przedstawiciele wszystkich pokoleń. Uniwersytety otwierają się na różne formy upowszechniania wiedzy i kształcenie ustawiczne. Uniwersytety próbują się do nowej rzeczywistości dostosować. Misja pozostaje ta sama, zmieniają się formy i społeczne oczekiwania.

Trzecia kultura, czyli kawiarnia naukowa w Archipelagach Kultury

sczachor

w_mragowieCzy nauka i upowszechnianie wiedzy, zwłaszcza tej przyrodniczej, to element kultury? W księgarniach książki popularnonaukowe, czyli te w przystępny sposób objaśniające wiedzę przyrodniczą, zazwyczaj zepchnięte są gdzieś w kąt. Tuż obok ezoteryki i innych egzotycznych dziwactw. Warto podkreślić, że przy spadku czytelnictwa (a raczej „kupowalnictwa” – kupowania książek w księgarniach) wzrasta czytelnictwo fachowych poradników, podręczników i literatury faktu, w tym faktu naukowego.

Trzecia kultura od dawna funkcjonuje w formie olsztyńskiej kawiarni naukowej nieformalnego kluby profesorów Collegium Copernicanum (powstała jako jedna z pierwszych, współczesnych kawiarni naukowych w Polsce). Tylko z rzadka kawiarnia gościła „na prowincji”, włączając się w różnorodne małe projekty i pikniki naukowe (na zdjęciu obok, Mrągowo, fot. Z. Wojciechowska).

Warto wspomnieć o projekcie realizowanym dekadę temu w Ornecie przez prof. Leszka Szarzyńskiego, pt. „Z Uniwersytetem na Ty”, czy nieco później w Dobrym Mieście (Salon Artystyczno-Naukowy). Oba projekty łączyły sztukę z nauką i dodatkowo tworzyły miejsce do odbioru kultury. Kulturotwórcza rola nauki, upowszechnianej w formie popularnej, widoczna jest w różnego typu festiwalach naukowych i piknikach takich jak Olsztyńskie Dni Nauki i Sztuki, Europejska Noc Naukowców, Noc Biologów itd. Udział naukowców w kulturze powszechnej (popularnej) już wcześniej określona została terminem „Trzecia kultura”.

Trzecia kultura, która podobno narodziła się w Ameryce w drugiej połowie XX w., według Johna Brockmana to uczeni badający empirycznie świat (a więc przedstawiciele nauk przyrodniczych, zazwyczaj nie kojarzeni z wydarzeniami kulturalnymi). To naukowcy, którzy dzięki swym pracom i pisarstwu (także w nowoczesnej, internetowej formie) przejmują rolę tradycyjnej „humanistycznej” elity intelektualnej w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania od zawsze nurtujące ludzkość: czym jest życie, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy jaki jest sens istnienia. 

Trzecia kultura to swoiste wyjście ludzi uniwersytetów na „ulicę” i bezpośredni dialog ze społeczeństwem. To opowiadanie o tym, co dzieje się w laboratoriach fizyków, chemików, matematyków, biologów, geografów, geologów, astrofizyków. W potocznej kulturze zbyt dużo nagromadziło się wyeksploatowanych faktów, dawno już odkrytych, dawnych przemyśleń i konstatacji. Zbyt „przetrawiona” kultura potrzebuje nowości, bo wiele intelektualnych „elit” skupiona jest wyłącznie na sobie i na tworzeniu komentarzy do komentarzy czy na krytyce krytyki. Można odnieść wrażenie, że urwał się już kontakt z rzeczywistością. Jednocześnie brakuje w codziennym obiegu kulturalnym zupełnie nowych faktów i teorii opisanych przez naukowców. Zwłaszcza dotyczy to biologii w ostatnich dekadach. Bo w tej dyscyplinie dzieje się dużo i pojawiają się nowe, niemalże rewolucyjne teorie. Co więcej, wpływają one na nasze życie codzienne, np. powszechne stosowanie GMO, zapłodnienie in vitro, niewyobrażalne dawniej możliwości medycyny itd., które na nowy otworzyły pytania czym jest życie, od kiedy do kiedy, kim jest człowiek i czym jest człowieczeństwo. W potocznej kulturze z odpowiedzi na najistotniejsze pytania człowieka zbyt bardzo wykluczono takie postaci jak Einstein, Bohr, Heisenberg, Feynman, Hubble, Darwin. Teraz należałoby dopisać znacznie więcej nazwisk z nauk biologicznych i medycznych, których nawet nie kojarzymy. Zanim wejdą do obiegu powszechnego minie wiele lat a nawet dziesięcioleci. I o tyle będziemy spóźnieni w tym kulturotwórczym dialogu społecznym.

Długie lata oczekiwano, że to humaniści staną się pośrednikami między naukami przyrodniczymi a społecznością. Ale wprawni w komunikacji społecznej humaniści sami mają zaległości w nadążaniu za odkryciami naukowymi. Uczeni, tworzący tak zwaną trzecią kulturę (to coś więcej niż popularyzacja nauki), sami chwycili za pióra i językiem prostym objaśniają najbardziej zawiłe aspekty rzeczywistości, bezpośrednio opowiadając o swoich przemyśleniach, wątpliwościach, teoriach i odkryciach. W ten sposób liczne elementy nauki trafiają coraz szerszym nurtem do ogólnej kultury. Bo nauka jest źródłem nowości, niezmiernie ożywczej dla kultury w szerokim sensie.

Jeszcze do niedawna komunikowanie o odkryciach nauki powierzano tak zwanym popularyzatorom, najczęściej dziennikarzom lub osobom spoza głównego nurtu uniwersyteckiego. Bo popularyzacja wydawała się czymś niegodnym porządnego naukowca. Ale codziennie na łamach gazet, tygodników, w przestrzeni internetowej blogów i portali społecznościowych, na antenie radia czy telewizji pojawiają się tematy dotyczące biologii molekularnej, sztucznej inteligencji, neurobiologii, teorii chaosu, teorii wszechświata inflacyjnego, kwarków, fraktali, superstrun, bioróżnorodności, nanotechnologii, bioniki, genomiki, cyberprzestrzeni, hipotezy Gai, skutków globalnego ocieplenia klimatu, nowych technologii wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych i setek innych. Coraz więcej poważnych instytutów naukowych i uniwersytetów sięga po profesjonalne biura… public relations i upowszechniania wiedzy. Bo chcą szybciej i bez zniekształcać komunikować o swoich odkryciach. Skoro nauka utrzymywana jest z podatków, to owi podatnicy powinni wiedzieć z pierwszej ręki, co wynika z nauki.

Trzecia kultura to naukowcy poszukujący autentycznych praw dotyczących ludzi, ich świadomości, struktury Wszechświata a jednocześnie osobiście uczestniczą w badaniach naukowych. Profesorowie piszą językiem prostym o swoich badaniach nie tylko dla szerokiej publiczności ale także dla naukowców innych specjalności. Niestety język prosty nie jest ceniony. Bo nawet i w USA mętne wypowiedzi uznawane są za trudne a więc mądre. W ten sposób robi się karierę. Naukowcy objaśniający w prosty sposób koncepcje naukowe ludziom spoza świata nauki, spoza własnej, wąskiej dyscypliny, często traktowani są pogardliwie przez kolegów „z branży”.

W coraz liczniejszych intelektualnych spotkaniach w publicznej przestrzeni miasta, w formie otwartych wykładów, dyskusji panelowych, pikników na trawie widać obecność nauk empirycznych w kulturze naszego miasta. A przecież to zjawisko globalne a nie lokalne. Pewien rodzaj wizji naukowych nie ma szansy na zaistnienie w tradycyjnych publikacjach naukowych czy na specjalistycznych konferencjach (bo są adresowane te konferencja czasopisma do wąskiego grona specjalistów). Ale filozofujący naukowcy istnieli od wieków, w znaczący sposób wpływając na kulturę ogólną. A jednym z większych współczesnych problemów jest syntetyzowanie wiedzy.

Nauka jest niezbywalnym elementem kultury, dlatego naukowców, a reprezentantów nauk ścisłych w szczególności, nie może zabraknąć w powstających Archipelagach Kultury woj. warmińsko-mazurskiego. Pora wykonać także kolejny krok, aby ta obecność była widoczna „daleko od szosy”, by docierała do małych lokalnych społeczności w małych miasteczkach czy nawet wioskach. Bez względu gdzie mieszkamy i jaki mamy dostęp do kultury łączy nas ciekawość świata. Natomiast konieczność mówienia językiem zrozumiałym dla niespecjalistów pomaga w lepszym formułowaniu myśli. Udział naukowców w kulturze popularnej i kulturze dnia codziennego korzystny jest dla obu stron.

DSC08380W trakcie akcji ze studentami biologii przy budowaniu "hoteli dla pszczół" - przykład upowszechniania wiedzy ekologicznej z udziałem lokalnych mediów (zdjęcie znalezione w internecie, już nie pamiętam autora...)

Wiejska półka z książkami

sczachor

ksiazki_z_wipsowaZachwyciła mnie półka bookcrossingowa w Wipsowie, stworzona przez Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Wsi Wipsowo (fot. Anna Wojszel). Nie dość, że udostępniają książki sobie nawzajem, to jeszcze jak piękna jest ta półka! I mądrze i ładnie. Nasza prowincja ma już zupełnie nowe oblicze.

Najdłużej działająca półka bookcrossingowa w Olsztynie (wg mojej wiedzy) jest ta, znajdująca się w Bibliotece Wojewódzkiej na Starówce. Sam z niej wielokrotnie korzystałem, zostawiając (uwalniając) i wypożyczając książki. Wiele lat temu, ze studentami biologii zorganizowaliśmy taką półkę w czytelni wydziałowej (wtedy Wydział Biologii UWM). Ale od lat nie ma już czytelni wydziałowej to i półki nie ma. Niedawno powstała półka z książkami w sklepie osiedlowym. Książek i czasopism nie ubywa, a wręcz przeciwnie, ostatnio dostawiono drugi regał. (Bookcrossing - czyli Olsztyn jaki lubięOsiedlowy bookcrossing). Ale te książki dostępne były w mieście. A co z prowincja, tam gdzie dostęp do kultury jest dużo trudniejszy?

Prawie dziesięć lat temu (w 2006 r.), gdy byłem na stażu w małym pensjonacie w Łajsie, zorganizowałem małą półkę bookcrossingową. Był to element innowacji, jaką starałem się na tamtym stażu wypracować (czytaj Bookcrossing w lesieBookcrossing przenosi się z miasta na wieś). Wtedy tak zachęcałem

„Podziel się swoją książką (i nie tylko książką) dla środowiska przyrodniczego, dla kultury i z miłości do drugiego człowieka. Przyjeżdża do nas wielu turystów. Czasem pada deszcz. Czasem mają już dość słońca, czasem się nudzą w pensjonatach na wsi i w lesie. To dobry moment aby sięgnąć po książkę, przeczytać coś wartościowego. W zabieganym świecie pracoholików nie mamy czasu na spokojna lekturę: tylko krótkie esmesy, newsy w Internecie, po 5-10 sekund. Ale w ciszy lasu, czy nad jeziorem gotowi jesteśmy sięgnąć i po poezje, i po „arlekiny”, po książkę przyrodniczą, a nawet i filozoficzną czy psychologiczną. Dlatego chciałbym zachęcić do włączenia się do akcji „uwalniania” książek w ośrodkach wypoczynkowych, pensjonatach, gospodarstwach agroturystycznych. Książki zostawiać mogą sami turyści (weź ze sobą książkę, do domu zabierzesz inną), jak i wydawnictwa, instytucje itd. Możemy promować książki wartościowe jak i te o przyrodzie. Niech turysta wiem co widzi i słyszy w lesie. Warszawiacy! Przyjeżdżając na Mazury i na Warmie przywieźcie ze sobą książki do "uwolnienia", a z powrotem zabierzcie swoje śmieci! W ten sposób zostawicie po sobie miłe wspomnienia.”

Książki mogą być przykładem i pierwszym krokiem w edukacji na rzecz ekonomii dzielenia się. Jak również edukacji prośrodowiskowej – żeby nie wyrzucać, tego co może się jeszcze przydać (a wcześniej nie kupować rzeczy zbędnych). Trwałość i solidność zamiast rozrzutnej i zaśmiecającej jednorazowości.

W czasie Nocy Biologów w 2012 roku również pojawił się motyw uwalniania książek  (Przyrodniczy bookcrossing czyli podaruj książkę studentowi lub wiejskiej bibliotece). A potem w czasie olsztyńskiego śniadania na trawie (Olsztyńskie śniadanie na trawie w parku Centralnym).

O przecudnej półce z Wipsowa dowiedziałem się z... powstającego klastra Archipelagi Kultury. Pierwszym i najłatwiej zauważalnym efektem rodzącej się współpracy jest przepływ informacji. Można poznać szeroko rozumianą kulturę na prowincji. I nie jest ona ani banalna ani byle jaka. Warto wspólnie wyruszyć w tę intelektualną podróż by odkrywać dla siebie i dla innych niezwykłe wyspy kultury na warmińsko-mazurskich Archipelagach Kultury. Przygoda właśnie się zaczęła.

Dzielenie się wiedzę odbywa się w trakcie rozmowy za pomocą słów. Ale także i za pomocą słów spisancyh i wydrukowanych. Prowincja swoim spokojem zachęca do przemyśleń, w czasie spaceru jak i w czasie lektury. To miejsce dla ludzi twórczych. Dostęp do kultury to czas wolny dla pracowników... i tym chetniej firmy będą inwestowały. Dostęp do kultury i aktrakcyjne zapewnienie czasu wolnego jest wartością ekonomiczną. A przecież nie w każdej wsi mogą być filharmonie, kina, teatry. Ale półka bookcrossingowa może być :). To tylko przykład, bo przecież mądrej głowie dość dwie słowie.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci