Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Opowieści warmińskiej dachówki – bliski kontakt z kulturą i naturą

sczachor

1972545_377350695766477_4126431421660728903_nCzy kamienie mogą mówić? A dachówki? Mogą, ale te zrobione z warmińskiej gliny. Wypalone w piecu opalanym warmińskim drewnem z okolicznych lasów. Te drzewa dużo widziały. Mogą opowiedzieć. A i dachówki, leżąc dziesięciolecia na warmińskich domach, oborach, stodołach były świadkiem wielu wydarzeń. Tych zwykłych i tych burzliwych. I tego, jak zmieniała się przyroda. Teraz mogą opowiedzieć o dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym regionu

Pomysł z gadającymi dachówkami jest z jednej strony pokłosiem pleneru w Tumianach (wtedy malowaliśmy warmińskie kamienie), z drugiej są efektem mojej obecności na stażu w małym przedsiębiorstwie z Warmii i Mazur. Projekt realizowany jest przez Centrum Innowacji i Transferu Technologii UWM w Olsztynie (Dotyczy udziału w projekcie pt. „REGIONALNY TRANSFER WIEDZY Z NAUKI DO BIZNESU – staże i szkolenia praktyczne naukowców w przedsiębiorstwach Warmii i Mazur” współfinansowanym ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego).

Gadające dachówki to połączenie etnobotaniki z przyrodą oraz artererapią i warsztatami rękodzieła artystycznego. Motywy jakie znajdą się na dachówkach to rośliny znajdujące się w ogrodzie i okolicznych terenach zielonych, lokalne gatunki owadów itd. Jednym słowem przyroda Warmii i Mazur, kultura i natura w jednym.

Na malowanych dachówkach umieszczone zostaną kody QR, odsyłające do wpisów na moim blogu - filozofujących opowieści o namalowanych gatunkach roślin i zwierząt czy warmińskich przyrodniczych krajobrazów. Będzie więc to łączenie przeszłości z przyszłością, dawnych technik z nowoczesnymi technologiami mobilnego internetu. I przywracanie znaczenia rzeczom wyrzuconym, niepotrzebnym. Czyli tego, co od dawna robię z butelkami i słoikami.

Ale będzie coś więcej. Będzie akcja społeczna: pomalowane i ozdobione dachówki zostaną wystawione na aukcje, a dochód przeznaczony zostanie na wsparcie zakupu autobusu dla szkoły w Lamkowie. Bo i dachówki są z Lamkowa. I jeszcze coś będzie - usługa turystyczna jako innowacja. Ale o tym napiszę dokładniej w innym teminie.

Na razie coś więcej o dachówka z Lamkowa. Ze starej stodoły - budynku gospodarczego, należącego do szkoły. Tak zaczyna się niezwykła i jeszcze nie do końca wymyślona warmińska historia. W tajnej misji łączenia dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego na razie uczestniczą: Zofia Wojciechowska, Agnieszka Pacyńska-Czarnecka, Anna Wojszel, Stanisław Czachorowski a obiecała także Katarzyna Enerlich. Kolejni uczestnicy ujawnią się za jakiś czas. Może to będzie nawet warmińsko-mazurska historia? Na pewno prowincjonalna. Ale baaaaardzo nowoczesna i technologicznie zaawansowana. Przyrodnicza, artystyczna, historyczna. Na razie akcja jest tajna, zaledwie uchylamy rąbka tajemnicy. Tak tajna, że nawet jej uczestnicy nie wiedzą wszystkiego. Nie bójmy się tego napisać: wiedzą prawie tyle co nic. Ale są kreatywni. A jak już zrobimy, to ho ho. Będzie niby tradycyjnie ale i multimedialnie. Bo to nie byle jakie dachówki. Z samego Lamkowa! Nie jedno widziały i nie jedno słyszały. I nie jeden ptak na nie siadał. Albo taka mucha. Nie. Much to było pewnie ze dwie albo i trzy. A może nawet jakiś chruścik? A co będą te dachówki opowiadać? Gdzie? I jak? Na razie to tajemnica. Powoli będziemy ujawniać. Tyle możemy możemy zdradzić, że będą to ozdrowieńcze opowieści.

Zbierajcie stare dachówki - nie dajcie im zginąć w niepamięci.

fot. Agnieszka Pacyńska-Czarnecka

Czy chruścik może ugryźć?

sczachor

oligostomis1Są pytania, które wprawiają w zdumienie. Bo są nietypowe i niestandardowe. Zazwyczaj dzieci zadają takie trudne (czasami nazywamy takie pytania „głupimi”), ale i dorosłym zdarza się zapędzić specjalistę w kozi róg. Są to pytania, których specjaliści sami sobie nie zadają. Dlaczego? Bo wynikają z zupełnie nieschematycznego punktu widzenia.

Wydawało mi się, że o chruścikach wiem dużo. Ale wczoraj dostałem list elektroniczny z bardzo zaskakującym pytaniem:

"Panie Profesorze, szukam w internecie informacji na temat dorosłej postaci chruścików. (…) Do poszukiwania informacji na temat tych owadów zmusiła mnie przykra przygoda jaka spotkała moją mamę podczas tegorocznych wakacji (…) Otóż mamę ukąsił jakiś owad. Wpadł do nogawki spodni i pewnie ze strachu zaatakował. Mama poczuła ukąszenie i odruchowo pacnęła owada przez spodnie. Wypadł ale odfrunął, bo jak mówi, był bardzo twardy. To było w sierpniu a do dzisiaj mama leczy miejsce po ukąszeniu, ponieważ powstał tam najpierw ropień a teraz martwica i czekamy na wyniki antybiogramu, bo dwa dotychczasowe antybiotyki nie działają. (…)Z opisu wynika, że ten owad miał około centymetra długości, był bursztynowej barwy i składał skrzydełka nie jak motyl, na płasko tylko wzdłuż ciała na plecach. (…) Oglądałyśmy różne zdjęcia owadów i wydaje nam się, że to dorosły chruścik. Mama spędzała wakacje nad samą rzeką więc może faktycznie. (…) I wreszcie dotarłam do właściwego pytania: czy dorosłe chruściki kąsają? W internecie nie znalazłam odpowiedzi ale ufam, że Pan ją zna, serdecznie pozdrawiam, A. C.”

Mnie osobiście nigdy dorosły chruścik nie ugryzł. Teoretycznie nie jest to możliwe. Chruściki (dorosłe, stadium imago) mają zredukowany aparat gryzący, przystosowany do zlizywania soków roślinnych. Nie miałby więc czym i jak ugryźć. Podobno dorosłe chruściki zlizują sok roślinny, z owoców i innych części. Kłopot w tym, że obserwacji o odżywianiu się dorosłych chruścików jest niewiele. Niemniej budowa wskazuje, że imago nie mogłoby ugryźć, tym bardziej boleśnie. Chruściki nie mają też żądła, a więc i użądlić by nie mogły. Nawet, gdyby chciały i w obronie własnej. Najwyraźniej nie był to chruścik. Być może jakaś błonkówka. A może jakaś krwiopijna muchówka z rodziny Tabanidae?

To nie pierwsze pytanie z prośbą o identyfikację. Niezwykle trudne, bo brakuje samego okazu. Nie ma nawet zdjęcia. Jest tylko opis nie-entomologa. Ugryźć by mogły larwy – ale te żyją w wodzie i skrzydeł nie mają. Zdarzało mi się, że wzięte w rękę larwy drapieżnych Polycentropodidae czy Rhyacophilidae, a nawet Hydropsychidae, próbowały swoimi żuwaczkami ugryźć w palec. Ale ja jestem za gruboskórny dla takich małych owadów. Mimo, że żuwaczki chitynowe, to przeznaczone dla dużo mniejszych stworzeń. Ludzka skóra jest zbyt gruba. Ale sam widok próbującego ugryźć owada może wystraszyć. A strach ma wielkie oczy.

Wracając do listu i zapytania. Coś niewątpliwie ugryzło lub użądliło. I najwyraźniej zainfekowało ranę. Na pytanie w liście odpowiedziałem, teraz jeszcze raz udzielam obszerniejszej odpowiedzi. Ale po głowie kołaczą się myśli o odżywianiu się dorosłych chruścików. Jak je podejrzeć by sprawdzić czym, kiedy i jak się odżywiają? Do jakich owoców przylatują? A może preferują inne soki roślinne?

Na zdjęciu u góry chruścik Oligostomis reticulata z Białowieskiego Parku Narodowego. Czy tak poczciwie i sympatycznie wyglądający owad mógłby ugryźć?

Szewnica bzówka czyli nigdy nie jesteśmy samotni

sczachor

szewnicaPrzyroda – na co dobitnie zwraca uwagę ekologia – ma charakter wspólnotowy. Nigdy i nigdzie nie jesteśmy sami. Nawet w pustelni mamy bogate życie wewnętrzne… biologiczne życie wewnętrzne. Naukowcy wyliczyli, że liczba komórek bakteryjnych, które mamy w swoim organizmie, jest większa niż liczba naszych komórek. Na szczęście komórki bakteryjne są znacznie mniejsze wielkościowo niż nasze, eukariotyczne. Korzystamy także z genów tych „obcych” organizmów. Samodzielnie byśmy nie przeżyli. Do tego dochodzą bogate relacje z innym organizmami (gatunkami), jako zależności pokarmowe, pasożytnicze, konkurencyjne, symbiotyczne itd.

Ten wstęp był potrzebny by… kontynuować opowieść o czarnym bzie. Ten krzew tak jak i inne gatunki, nie żyje w samotności. Wchodzi w rozliczne relacje. O grzybie, uszaku bzowym, już pisałem. Teraz będzie krótka opowieść o szewnicy bzówce, która swego czasu przyleciała na ścianę mojego domu. Tuż obok liczne są krzewy bzu czarnego. W Parku im. J. Korczaka, nad Łyną. Co prawda teraz te krzewy są przysypywane gruzem i ziemią budowlaną. Ale coś może ocaleje… Szewnice na to liczą.

Szewnica bzówka - Spilosoma lutea (Hufn.) jest motylem nocnym, należącym do rodziny niedźwiedziówkowatych (Artcidae). Nocnym – to znaczy, że owady dorosłe aktywne są w nocy. Zapewne trudno jest fruwać po ciemku. Ale drapieżnikom owadożernym, na przykład ptakom, też jest trudno. Nocny tryb życia motyli nocnych (jak i chruścików) to ucieczka przed drapieżnictwem. A że w przyrodzie nie ma pustki (przynajmniej zbyt długo), to i na drodze ewolucji pojawiły się nocne drapieżniki – nietoperze. Nawigują nie wzrokiem a echolokacją. I przed tymi drapieżnikami motyle nocne próbują się skryć. Dlatego ćmy (motyle nocne) są takie włochate - co widać na powyższym zdjęciu. Taka puszysta i mechata struktura tłumi dźwięki. A skoro tak, to i nietoperzom trudniej „dojrzeć” włochate motyle.

W sumie człowiek mógłby brać przykład i w podobny sposób tłumić nieznośny hałas miejski. Że ludzie mają być bardziej włochaci? Nie, nie o to chodzi. Im więcej szorstkich powierzchni, tym lepsze tłumienie dźwięków. A więc powinno byc w mieście więcej niskiej i wysokiej zieleni, więcej trawników niż betonu. A tymczasem kolejny fragment parku zamienia się w parking…

Ale wróćmy do naszej bzowej opowieści i szewnicy bzówki. Nazwa sugeruje, że owad ten ma jakieś relacje z bzem. Owady dorosłe szewnicy spotkać można w lasach liściastych i mieszanych od końca maja do końca lipca. Jest gatunkiem o rozsiedleniu palearktycznym, w Polsce pospolitym. Ale to nie znaczy że widzieliście szewnicę bzówkę. W nocy śpimy, więc żyjemy obok siebie ale się mijamy. Chyba, że przyleci do światła. Ta moja także najpewniej przyleciała do lampy przy klatce schodowej. Siedziała na ścianie, myśląc że jest dobrze skryta. Skrzydła owadów dorosłych u szewnicy bzówki są koloru żółtego. Na przednim skrzydle widoczne są niewielkie, czarne i ciemnobrązowe kropki (plamki), plamki te często układają się w ukośny rząd. Na skrzydłach drugiej pary ciemne plamki są nieliczne. Rozpiętość skrzydeł wynosi 34-40 mm. Ciekawe gdzie zazwyczaj za dnia przesiaduje, bo należy przypuszczać że opisany i zilustrowany kolor skrzydeł jest maskujący.

Odwłok jest żółty (ciut ciemniejszy niż skrzydła), z rzędem ciemnych plamek z górnej strony i po bokach. Motyle dorosłe pojawiają się w końcu maja i latają do końca lipca. Oczywiście nocami, za dnia siedzą. Spotkać je można w lasach liściastych i mieszanych, w zaroślach, parkach, sadach i ogrodach. Gąsienice żerują na pokrzywie, szczawiu, babce i mniszku. Żerują także na krzewach takich jak malina właściwa i bez czarny. Od tego ostatniego motyl wziął nazwę gatunkową. Gąsienicy szewnicy jeszcze nie widziałem. Będę musiał bacznie oglądać krzewy bzu czarnego.

W Polsce występują także dwa inne gatunki szewnicy: szewnica miętówka i szewnica pokrzywnica – owady dorosłe mają skrzydła koloru białego. Szewnice swoją urodą tak mnie zauroczyły, że namalowałem je na butelkach. Teraz stoją na wystawie w Bibliotece Głównej UWM. I myślę, że taka butelka z szewnicą bzówką znakomicie nadaje się na sok z czarnego bzu lub na nalewkę z kwiatów lub owoców bzu czarnego. Ba, nawet na wino się nadaje. Czarnobzowe oczywiście. A że - jak pisałem wyżej - gąsienice żerują także na innych roślinach, to gama trunków pasujących do tej butelki jest szeroka. Tak jak nasze relacje z innymi gatunkami.

Co to jest ekosystem inwestycyjny ? Albo ekologia mediów?

sczachor

10497889_598928876872214_6875096820284979704_oNauki biologiczne mają ogromne oddziaływanie kulturowe. Widać to w języku codziennym, widać w filozofii ale widać i w swoistych zapożyczeniach w innych naukach. W moim odczuciu nie jest to tylko powierzchowne naśladownictwo lecz coś głębszego. Nazwałbym to krokiem ku ogólnej teorii systemów i interdyscyplinarnej integracji.

Być może ekologia jest inspirująca ze względu na analizowanie wielu obiektów i wielu relacji jednocześnie. Tę złożoność dostrzegamy także w coraz to nowych dziedzinach. Dostrzegamy także wspólnotowość i kontekstowość. Niemniej zaskakują mnie odkrycia w książkach naukowych terminologii ekologicznej... w zupełnie nowym kontekście i zastosowaniu.

Bo co to jest ekosystem inwestycyjny ? Kalka słowna z nauk przyrodniczych czy inspiracja metodologiczna?

Skumulowany wzrost gospodarczy w latach 2010–2012 wyniósł ok. 10 proc., a ekosystem inwestycyjny rozwijał się m.in. dzięki przedsięwzięciom realizowanym w ramach przygotowań do Euro 2012, projektom samorządowym oraz środkom z unijnej perspektywy finansowej 2007–2013.” „Z odmienną sytuacją mamy do czynienia obecnie. Rok 2013 to niski wzrost gospodarczy, klif inwestycji publicznych, który zaczął się po Euro 2012, wygasające fundusze unijne i brak dużych projektów, które byłyby kołem zamachowym aktywującym ekosystem inwestycyjny.” (Nowy sposób na inwestycje – Debata „Rz” przed Forum Ekonomicznym).

Albo książka pod tytułem "Nowa ekologia mediów". Konwergencja a metamorfoza" Karola Jakubowicza. Od dłuższego czasu czytam te książkę. Bez wątpienia zaintrygował mnie tytuł. Czytam do poduszki. Utknąłem w drugiej połowie....

Poza gazetowymi "kolorami ekologicznymi, muzyką ekologiczną, pralniami ekologicznymi itd., pojawiają się więc ekosystemy inwestycyjne i całkiem nowe ekologie mediów. I to w poważnych książkach naukowych. Ciekawe zjawisko proszące się o dokładniejsze zbadanie.

Zgamifikowana taksonomia roślin

sczachor

1654323_10204192088875796_1927600315156531452_nDobrzy ludzie sami nas znajdą. Wystarczy wyjść na rozstaje dróg. Nawet tych wirtualno-blogowo-facebookowych. Ledwie napomknąłem coś o swoich grywalizacyjnych pomysłach i próbach a już dwie przesympatyczne osoby (z Olsztyna i Gdańska) zaoferowały pomoc i podsunęły interesującą literaturę do poczytania. Grywalizacyjna i zgamifokowana przygoda się rozpoczyna. 

Po inspirującej, wieczornej  lekturze w nocy wymyśliłem pomysł na zgamifikowane zajęcia z autoprezentacji w przyszłym semestrze. A budziłem się kilka razy. To przez komórkę (telefon komórkowy), która co jakiś czas piskiem żałosnym sygnalizowała, że bateria jej się rozładowuje. Po którymś razie nie wytrzymałem, wstałem i podłączyłem do prądu. Nie wiedziałem, że "proście a  będzie wam dane" odnosić się może do telefonów komórkowych... Ewentualnie moja komórka (ta telefoniczna a nie somatyczna) też brała udział w grywalizacyjnym spisku.

Mam już zarys fabuły. Wcześniejsza koncepcja zajęć okazała się bardzo łatwa do zgrywalizowania. W zasadzie była to jakaś ukryta gra, o czym sam nie wiedziałem. Ale teraz dopracuję. I będzie to Wiedzmińska wyprawa Drużyny Lasera przeciw Nudziolom. Bo bawić się będą nie tylko studenci ale i ja (a może uda mi się namówić do udziału także współpracowników?). Przecież chodzi także i o moją motywację. Żeby każde zajęcia były jak pierwsze, z tą przygodą nieznanego, odkrywczego i zaskakującego.

A odważyłem się gdy zobaczyłem pomysły na wykłady z taksonomii roślin na kierunku biologia (pomysł i realizacja prof. Joanna Mytnik-Ejsmont). Z kodami QR i mottem "Nauka jest najbardziej efektywna, kiedy sprawia radość". Dodałbym od siebie, że jest to radość zarówno studentów jak i wykładowców. I odwagi nabrałem jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się, że w grywalizacje bawią się nauczyciele w szkole podstawowej.  Wielką radość sprawia także o to, że odkrywa się istnienie ludzi z dowcipem i dystansem do siebie na akademickich katedrach i uniwersyteckiej celebrze. I ludzi, którzy ocalili w sobie coś z dziecka. Jeszcze świat do końca nie zwariował, gdy zajęcia wymyśla Stara Szamanka (ale przecież nie taka znowu stara!). Edukacyjne odloty od rutynowej nudy na siedmiu poziomach. Poczucie nie-samotności dodaje skrzydeł i ochoty... do walki z korporacyjnymi Nudziolami.

Za jakiś czas zdam relację jak idą prace nad zgamifikowaniem autoprezentacji dla biotechnologów oraz seminarium dyplomowego. Jestem ciekaw czy uda się zmotywować moich studentów do większego wysiłku i odwagi próbowania nowego i nowoczesnego komunikowania wiedzy. Na razie obserwuję jak rozwija się pomysł na "naukę w puszce" czyli odkrywanie ogólnej teorii puszkowatości świata.

Grywalizacja a sprawa uniwersyteckiej punktozy

sczachor

10250067_10204152504646215_6889277368622067219_nStudiuję poradnik do grywalizacji Fundacji Orange (publikacja dostępna na licencji Creative Commons - zachęcam więc do zajrzenia). Poza ciekawymi inspiracjami, które chcę wykorzystać w zajęciach dydaktycznych na moim rodzimym uniwersytecie, szukam pomysłów do opracowywanej innowacji (w ramach odbywanego stażu w małym przedsiębiorstwie). Przy porannej lekturze znalazłem kilka ciekawych zdań, odnoszących się do obecnej sytuacji na polskich uczelniach. A w szczególności do "punktozy" (nazwa sugeruje jakąś chorobę i ja się z tym zgadzam).

Grywalizacja (zwana także w polskim piśmiennictwie gryfikacją lub gamifikacją - to ostatnie to od angielskiej nazwy gamification) – wykorzystanie mechaniki gier do zachęcania ludzi, by robili rzeczy, na które zazwyczaj nie mają ochoty lub nie wiedzą, że mogą to zrobić inaczej. Grywalizację wymyślali ludzie od dawna, nie znając teorii i nazwy (tak jak w sztuce: mieszczanin nie wiedział, że mówi prozą). Zwłaszcza dla urozmaicania nudnej pracy. Grywalizacja nadaje się do edukacji (by nauka nie była nudna) jak i do motywowania ludzi do wykonywania ważnych społecznie prac. Na przykład do recyklingu czy zbierania po swoich pieskach odchodów, pozostawionych na trawniku. W państwach totalitarnych i policyjnych sięga się raczej po zastraszanie, kary i rozkazy (wierząc w ich magiczną siłę). W społeczeństwach demokratycznych  i wolnych trzeba motywować. Technika grywalizacji bazuje na przyjemności, jaka płynie z pokonywania kolejnych wyzwań, rywalizacji, współpracy. Grywalizacja pozwala zaangażować ludzi do zajęć, które są zgodne z oczekiwaniami autora projektu, nawet jeśli są one uważane za nudne lub rutynowe (dla wykonujących je ludzi). Jako metoda głęboko sięga w różnorodne teorie psychologiczne i pedagogiczne. Bo to nie tylko reguły postępowania w wymyślaniu grywalizacji ale i podbudowa teoretyczna, pozwalająca poznać mechanizmy działania ludzi w różnych sytuacjach.

Zatem przechodzę do ciekawego fragmentu z podręcznika do grywalizacji:

"Większości ludzi grywalizacja kojarzy się intuicyjnie z przydzielaniem punktów za różne aktywności. Również projektanci mają skłonności do opierania o nie systemów grywalizacji. Tymczasem jak mówi nauka o motywacji - wykorzystanie nagród do zwiększania zaangażowania jest jednym z najsłabszych i najmniej trwałych bodźców. Owszem, sprawdzają się jako skutecznie motywujący czynnik, ale tylko w określonych warunkach - kiedy są uzupełnieniem dla innych bodźców zwiększających zaangażowanie lub kiedy motywują do wykonywania algorytmicznych czynności, w trakcie których nie ma miejsca na kreatywność lub inwencję graczy." (wyróżnienia S.Cz.)

W życiu codziennym podobnie fetyszyzujemy nagrody pieniężne. Pieniądze są takimi uniwersalnymi punktami, które mają motywować.Czasem rzeczywiście motywują, czasem nie (powyższy cytat wyjaśnia dlaczego). Czasem takie behawiorystyczne podejście prowadzi do znaczących patologii i wypaczeń. W szkole takimi punktami są oceny, plusy, słoneczka i cyfrowe punkty. Punkty w szkole i oceny kształtują kujonów. Nie zrobią nic, co nie przekłada się na punkty. A później na pieniądze. A my staramy się opunktować wszystko. Oceny, punkty, pieniądze wspomagają. Jeśli stają się wyłącznym lub głównym mechanizmem motywacyjnym, to doprowadzają do wypaczeń społecznych, zarówno w edukacji jak i w życiu społecznym.

Uniwersytety też przeżywają modę na punkty - mają zmotywować do pracy. Istna punktoza. Coś, co było miernikiem (uzupełniającym, dodatkowym) skuteczności publikowania, stało się miernikiem wartości naukowej. Już nie tylko cyfrowy (z założenia ułomny i ograniczony) miernik bibliometryczny do publikacji (cytowalności) - z informacją dla bibliotek, które czasopisma kupować przy ograniczonym budżecie (tak to jest, jak bez pełnego zrozumienia używa się narzędzia zaprojektowanych do zupełnie innej rzeczy). Na punkty przekładamy każdą działalność uniwersytecką, dodatkowo  uzależniając nie tylko awans zawodowy i procedury nadawania stopni i tytułów naukowych, ale i pensje. Jesteśmy punktowo oceniani co roku. W intencji punktowych lobbystów ma to podnieść wydajność polskiej nauki. Pobieżna obserwacja wskazuje jednak na narastanie różnorodnych patologii (plagiaty, dopisywanie do publikacji, mnożenie współautorów itd. Trudno ocenić skalę tych wypaczeń. Nie wiadomo czy ich jest więcej, mniej czy tyle samo co dawniej. To trzeba byłoby starannie zmierzyć i policzyć. Na pewno przyrost widoczny w polskiej nauce widoczny jest... w puntach i wskaźnikach. Czy przełoży się to na rzeczywisty wpływ na naukę światową (też przezywa punktozę i też ta punktoza jest coraz mocniej kontestowana) i na postęp cywilizacyjny? Wątpliwe. Bo na to wskazują badania nauk o motywacji. Punkty motywują "do wykonywania algorytmicznych czynności, w trakcie których nie ma miejsca na kreatywność lub inwencję." Nauka opiera się natomiast na kreatywności i innowacyjności. O wiele bardziej motywuje ciekawość, poczucie spełnienia i misja społeczna.

Efektem uniwersyteckiej punktozy będzie raczej spadek kreatywności i inwencji badawczej. Dla kujonów nauka jako proces dochodzenia do prawdy jest nudna. Wytrenowani są do zdobywania punktów a nie zaspokajania ciekawości i rozwiązywania problemów (zwłaszcza wymagających długotrwałego wysiłku). Jak na razie punktoza na polskich uniwersytetach rozwija się w najlepsze. Najgorsze jeszcze przed nami. Mimo, że czasem jakieś dziecko krzyknie, że król jest nagi, dworski orszak idzie dalej i śpiewa pieśni pochwalne  nowych szatach króla.

ps. punktoza to uboczny efekt skrajnej specjalizacji. Ekspert (profesor lub inaczej utytułowany) z fizyki, chemii, biotechnologii, geodezji uważa się za eksperta od motywowania i procesów społecznych. Gdzieś brakuje samokrytyki i samoograniczania... Stanowiska kadry zarządzającej powierzamy ekspertom... od nauk w danym instytucie, a więc historykom, polonistom, zoologom, geofizykom itd.

Czego szuka entomolog w Ogrodach Zdrowia?

sczachor

Fot._A.SkragoChciałbym podziękować Pani Zofii Wojciechowskiej za zaproszenie do udziału w pierwszej edycji Horti Festiwalu w Mrągowie (29 września 2014 r.) – mieście festiwalowym. Pierwsza edycja to jeszcze niewielkie przedsięwzięcie - ale nawet daleka podróż rozpoczyna się od małych kroków. Idea tego festiwalu ma duży potencjał i jest potrzebna naszemu regionowi, gdyż znakomicie wpisuje się w koncepcję rozwoju z wykorzystaniem zarówno turystyki jak i promocji zdrowia i zdrowego stylu życia. Ogrody zdrowia to dobre nawiązanie do dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego regionu, które warto rozwijać na Warmii i Mazurach. To jest pierwszy, instytucjonalny, powód mojej obecności na tym festiwalu. Chciałbym jednocześnie zapewnić, że Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym włączy się w rozwijanie i promowanie tej pięknej i praktycznej idei Ogrodów Zdrowia. Postaramy się, w miarę naszych możliwości, zaangażować potencjał uniwersytetu w rozwój Festiwalu.

Można oczywiście zadać pytanie co w seminarium poświęconym ogrodom robi ekolog i entomolog, specjalizujący się w owadach wodnych. Tam gdzie są rośliny są i owady. Ogrody są swoistymi ekosystemami antropogenicznymi, ważnymi dla ochrony zagrożonej różnorodności biologicznej. I mam na myśli nie tylko różnorodne odmiany roślin ozdobnych (w tym stare odmiany roślin użytkowych). Ochrona dziedzictwa i bioróżnorodności odnosi się także do roślin dzikich i tak zwanych chwastów. Są to gatunki zagrożone wyginięciem w agrocenozach, ze względu na inny sposób uprawy (inne maszyny i sposoby uprawy, chemizacja i środki ochrony roślin, brak wypasu itd.). Gatunki te mogą przetrwać właśnie w ogrodach, traktowanych jako swoiste banki genów. Wraz ze zmieniającą się świadomością przyrodniczą coraz więcej osób zaczyna uprawiać „chwasty” polne w ogródkach, ciesząc się nie tylko bogactwem barw i zapachów ale wartością przyrodniczą i unikalnością wielu gatunków.

Ogrody właściwie utrzymane to także miejsce życia wielu owadów, a zwłaszcza owadów zapylających, w tym dzikich pszczołowatych. Te gatunki w zmieniającym się środowisku także są zagrożone. Dlatego w ramach różnorodnych działań zaczynają się pojawiać, zwłaszcza w ogrodach miejskich, „domki dla biedronek” i „hotele dla pszczół”, powstają motylarnie i łąki (ogrody) dla owadów. To zupełnie nowe spojrzenie na ogrody, nie tylko jako miejsce radości dla ludzi ale jako miejsce ochrony dziedzictwa przyrodniczego i swoista funkcja usług ekosystemowych. W takich ogrodach pojawiają się także małe oczka wodne i stawy przydomowe. Są to ważne siedliska życia dla płazów jak i owadów wodnych. W niektórych regionach antropogeniczne zbiorniki wodne są niezwykle ważne dla przetrwania wielu gatunków owadów wodnych (np. ważki, chrząszcze wodne, chruściki), gdyż pierwotne siedliska w zbiornikach naturalnych (jeziora, stawy naturalne, oczka polodowcowe) ulegają zniszczeniu (wysychanie, eutrofizacja, zasypywanie śmieciami) i znikają z krajobrazu. W tym kontekście ogrody są ogrodami zdrowia … dla ekosystemów.

Ale jest jeszcze jeden powód mojej obecności na festiwalu, bardzo osobisty. Wykonuję trudny zawód, w którym nie za bardzo widać efekty pracy. Przez wiele miesięcy pracuję w terenie, zbieram dane, liczę owady, oznaczam gatunki, potem analizuję i piszę publikacje. Na efekt końcowy trzeba czekać bardzo długo (wiele miesięcy lub nawet lat). A to jest frustrujące i grozi szybkim wypaleniem zawodowym. Inaczej jest z pracą w ogrodzie – niektóre efekty widoczne są od razu: skopane grządki, zasadzone rośliny, przycięte żywopłoty. Moim ogrodem jest jedynie skrzynka na balkonie i trawnik przed domem.

Dla mnie relaksem jest malowanie na szkle. Nauczyłem się tej techniki od nauczycielki pracującej w szkole przy szpitalu psychiatrycznym. Od samego początku malowanie na szkle było dla mnie aktywnością społeczną (pomijając momenty samotnego i relaksującego malowania w domu). Malowanie na szkle daje mi więc relaks i angażuje prawą półkulę (to równowaga dla mózgu) i ma wymiar społeczny. Jest więc swoistą arteterapią indywidualną oraz społeczną (w formie warsztatów z dorosłymi lub dziećmi). A jako biolog maluję prawie wyłącznie lokalną bioróżnorodność: rośliny, owady, pajęczaki, mięczaki. Motywy malarskie nawiązują więc do ogrodów.

W otaczającej rzeczywistości przyrodniczej dostrzegam nie tylko zależności przyczynowo-skutkowe, prawidłowości i obiekty badawcze, ale także piękno. Motywem malowania jest chęć czynienia świata piękniejszym, nawet jeśli to piękno jest ulotne. Podstawowym surowcem są odpady cywilizacji nadmiernej i szybkiej konsumpcji – szklane butelki i słoiki (zbędne opakowania). Butelki i słoiki zbieram w dzikich zakątkach przyrody Warmii i Mazur, w litoralu jezior, na brzegu rzek, w lasach i przydrożnych wiejskich drogach. Tam są szpecącymi odpadami i pułapkami, w których giną owady (łatwo wejść do butelki, trudno wyjść). Zebranym śmieciom – poprzez ich pomalowanie - nadaję nową wartość. Jest to filozoficzny podtekst nadawania rzeczom zbędnym, także i ludziom wykluczonym, spisanym na straty, zapomnianym, nowej ważności i wartości. Nie ma rzeczy zbędnych tak jak nie ma ludzi zbędnych – trzeba tylko spojrzeć inaczej i dostrzec tę wartość. Jest to nieco inne spojrzenie na ogrody zdrowia.

Moje malowanie, jako recykling rzeczy i znaczeń, to promocja postaw przyjaznych środowisku i ludziom. Malowanie butelek jest jak nauka – ma służyć ulepszaniu świata. Jest dla mnie jak chasydzka przypowieść, by za pomocą drobiazgu, jaką jest przywrócona do życia butelka, opowiedzieć o rzeczach ważnych i większych - za pomocą części pokazać całość. Bo o konkretnych gatunkach roślin i owadów można długo opowiadać. Ku mojemu zaskoczeniu pani Zofia Wojciechowska już wykorzystała moje malowane bioróżnorodnością słoiczki, jako specyficzne „lalki” do pracy z dziećmi i opowieści o mazurskiej łące.

Lubię malować z ludźmi w przestrzeni publicznej, by wspólnie odzyskiwać ją dla społecznego życia. Nauka jest ważną częścią kultury. Wyjaśnianie złożonej rzeczywistości wymaga wytrwałości. Malowanie na szkle także. Ludzie dzielą się wiedzą (ale i sztuką, miłością) nie tylko ze względu na korzyści finansowe, lecz coraz częściej po to, żeby uczynić świat miejscem lepszym do życia. Swoisty trend dzielenia się (ang. sharing economy/collaborative consumption – ekonomia dzielenia się) obserwowany jest zarówno w sieci (zwłaszcza w mediach społecznościowych czy dziennikarstwie obywatelskim), jak i w świecie realnym (np. bookcrossing). Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki: jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań. Rozdaję swoje butelki ludziom i instytucjom by przeciwdziałać wykluczeniu i rozmyślać nad nowym urządzeniem cywilizacji, nową odpowiedzią jak żyć. Na co dzień. Sztuka jest polem działania dla intuicji. Nauka jest polem działania racjonalności. Malujący naukowiec to negocjacje tych dwóch światów. W wymiarze osobistym malowanie jest relaksem i wyjściem z wąskich ram życia zawodowego.

Ogrody zdrowia leczą pracą i wysiłkiem fizycznym. W tym drugim procesie wydzielają się w naszym mózgu endorfiny, co daje mam poczucie radości i szczęścia. Rośliny to olbrzymie fabryki najróżniejszych związków chemicznych od dawna wykorzystywanych w medycynie. Zostało jeszcze wiele do odkrycia jak te związki wpływają na nasz metabolizm i w konsekwencji na zdrowie. Przebywanie w ogrodzie to także kontakt z substancjami lotnymi, które wdychamy. Są to bez wątpienia wrażenia estetyczne, związane z odczuwanie zapachów. Ale te związki lotne to także związki biologicznie czynne, np. fitoncydy unieszkodliwiające wiele mikrooganizmów (bakterie i grzyby). Ogrody leczą tak jak i inne zbiorowiska roślinne (np. las). Współczesna medycyna nie tylko poznaje skutki ale – tak jak biologia molekularna – próbuje precyzyjnie rozpoznać mechanizm tego oddziaływania.

I jeszcze kilka słów w kontekście drugiego elementu Horti Festiwalu – cukrzycy. Na człowieka można spojrzeć jako na złożony ekosystem. Na skutek różnych błędów genetyczny pojawiają się braki w szlakach metabolicznych. Przykładem jest witamina C, które nasz organizm nie potrafi syntetyzować (ale inne zwierzęta potrafią, np. szczury). W zasadzie oznaczałoby to śmierć, ale człowiek pozyskuje ten ważny metabolicznie związek z pokarmu. Własne więc niedoskonałości naprawia poprzez relacje z innymi gatunkami (w tym przypadku zależność troficzna). Inne defektem jest cukrzyca, gdy organizm traci zdolność do endogennego wytwarzania insuliny. Ten fizjologiczny deficyt staramy się zrekompensować dostarczaniem insuliny z zewnątrz. Ale także staramy się wykorzystać inne gatunki organizmów żywych (np. modyfikowane genetycznie), w ten sposób próbujemy „naprawić” naturę. Na przestrzeni lat obserwujemy duży postęp w leczeniu cukrzycy z coraz wygodniejszym dla pacjenta podawaniem insuliny. Marzeniem byłoby skonstruować w laboratorium mikroorganizmy, która na stałe osiedliłyby się w naszym organizmie i dostarczały organizmowi niezbędnej insuliny (jak probiotyki wydzielane do gleby). To na razie wyzwanie przyszłości. Już teraz jednak dostrzegamy potencjał genetyczny i metaboliczny mikroorganizmów, żyjących w naszym przewodzie pokarmowych, na skórze i w innych tkankach. Wiemy, że jesteśmy złożonym ekosystemem, niczym ogrodem z wieloma współbytującymi gatunkami. I że nasze zdrowie zależy od obecności konkretnych mikroorganizmów w najbliższym naszym otoczeniu.

Mrągowo jako miasto festiwalowe jest dobrym miejscem dla rozwoju Hori Festiwalu. Ogrody zdrowia to zdrowie człowieka (psychiczne i fizyczne) i zdrowie ekosystemu. Uniwersyteckie Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym z wielką przyjemnością wspierać będzie w przyszłości tę cenną inicjatywę.

 

zdjęcie u góry: moje malowanki jako pomoc dydaktyczna, w czasie Horti Festiwalu, fot. A. Skrago, Radio Olsztyn (http://ro.com.pl/horiterapia-czyli-ogrody-ktore-lecza/01158170)

Nie cytują? I całe szczęście.

sczachor

chrusiki_z_ostoi

Jak tu się cieszyć, gdy ktoś nie cytuje mojej pracy (publikacji)? Wbrew logice? Jakiś czas temu koleżanka z Lublina podesłała mi publikację z ewidentnymi zapozyczeniami z mojej chruścikowej publikacji. Jak przeczytałem, to nawet się ucieszyłem, że brak cytowania. W zasadzie naukowcom (i pisarzom) bardzo zależy na cytowaniu (powoływaniu się na) ich prac. Bo to jakiś dowód, że własna praca ma sens, że komuś się przydaje, że wywołuje rezonas intelektualny. Ba, cytowanie jest obecnie miarą wartości naukowej i ujęte jest w różnego typu komputerowe algorytmy, indeks Hirsza i temu podobne wynalazki bibliometryczne. Ba, nawet wysokośc pensji od tego zależy.Dlatego naukowcy - niczym karkonoski Liczyrzepa - starannie liczą, wpisują do baz danych i pilnują. Czasem forma przerasta treść, ale "takie czasy, panie, takie czasy"....

Wrócmy do nieoznaczonego cytatu. W zamieszczonym fragmencie z publikacji wydanej z pieniędzy Unii Europejskiej bez trudu rozpoznałem daleko idące zapożyczenia  z mojego opracowania. Fakty naukowe nie są objęte prawem autorskim ale trzeba podawać źródło informacji (cytować). Łatwo rozpoznałem zarówno niektóre sformułowania jak i podane liczby (we wscześniejszych publikacja ich nie było - zapozyczenia i plagiaty można rozpoznac i bez komputera). Kłopot tylko taki, że zaczerpnięto informacje niezbyt starannie i pojawiło się sporo będów. I właśnie z powodu tych błędów cieszę się, że nie zacytowano mojej oryguinalnej pracy (klucza do oznaczania larw) jak i nie podano nazwiska. Zanim bym się wytłumaczył, że to nie ja wprowadziłem te błędu, sporo by czasu upłynęło. 

Przytaczam ten fragment: 

"Przystanek 2 Współrzędne: N49°30'40,79"; E20°11'55,22" Temat: Wodoochronna i gleboochronna funkcja lasów, Chruściki (....). Chruściki (Trichoptera) – dla naukowców do poł XX wieku "chróściki", regionalnie nazywane kłódkami (od kłoda, mała kłódka), klajdukami, obszywkami – to włoskoskrzydłe owady spokrewnione z motylami. W Polsce liczbę Chruścików szacuje się na 300 gatunków, w Europie zaś ponad 900, a na całym świecie opisano ponad 11 tysięcy gatunków, co nie oznacza że jest to liczba zamknięta. Istnieją przypuszczenia, że współcześnie na Ziemi może występowad nawet do 50 tysięcy gatunków chróścików. Chruściki podobnie jak raki czy porosty, są niezwykle istotne w bioindykacji czyli procesie badania reakcji organizmów żywych na zmiany stanu środowiska. Badania głównie dotyczą poziomu zanieczyszczeo, a w przypadku chruścika bioindykatorem są larwy żyjące w górskich potokach. Ciekawostka : 11.12 ogłoszono dniem Chruścika Ciekawostka: Trichopterologia – to dział entomologii zajmujący się wyłącznie Chruścikami . W Polsce istnieje ok. 350 aktywnych trichopterologów."

Nie wiem kto jest autorem tego "dzieła" (chyba szkodliwego bo w czesci wprowadza fałszywe informacje) ale kilka drobnych spraw wymaga sprostowania. Chjruściki obecnie piszemy przez u otwarte a nie ó kreskowane. Ponadto tak jak inne polskie nazwy gatunkowe piszemy mała litera (chruściki a nie "Chruściki"). W Polscve aktywnych jest około pięciu trichopterologów. Liczba 350 w mojej publikacji odnosiła się do trichopteroplogów na całym świecie. A że moja publikacja ma już kilka dobrych lat to liczba znanych i opisanych gatunków chruścików na całym świecie przekroczyła już liczbę 13 tysięcy gatunków. Podobnie jest z liczbą gatunków znanych z Europy. Jest ich sporo więcej niz 900. Co do liczby gatunków w Polsce to można podać bardziej precyzyjną liczbę - około 280. Wiemy po prostu więcej niż dawniej. I jeszcze jeden typowy błąd "w przypadku chruścika bioindykatorem są larwy żyjące w górskich potokach" . Jakiego chruścika? Dlaczego liczba pojedyncza? Powinno być "w przypadku chruścików" - bo dotyczy wielu gatunków a nie jednego czy nawet jednego osobnika. 

No cóż, nie wszystko co napisano i wydrukowano ma bezdyskusyjną wartość. Najlepiej weryfikować różne źródła. Żyjemy  w czasach nadmiaru źródeł, wręcz hałasu informacji. Trzeba umieć więc odróżnić ziarno od plew by wyrobić swoje, samodzielne zdanie na dowolny temat.

A na koniec jeszcze pierwsza strona tegoż opracownaia. Skoro ja znalazłem błędy przy chruścikach to możliwe że naukowych "baboli" jest tam więcej. 

 

 

Dlaczego chruściki są potrzebne światu?

sczachor

10606184_10204152473445435_1053726848173522273_nNa zaproszenie pani Ewy Romanow-Pękal z kwidzyńskiego Stowarzyszenia Eko-Inicjatywa (www.ekokwidzyn.pl) uczestniczyłem w spotkaniu edukatorów, którzy pracują nad publikacją - zbiorem scenariuszy zajęć z zakresu szeroko pojętej edukacji ekologicznej. Szukali osoby, która zainspirowałaby edukatorów do innowacyjnego, niestandardowego i twórczego spojrzenia na edukację przyrodniczą/ekologiczną. Wstępnie pani Ewa Romanow-Pękal zaproponowała mi wykład oraz zajęcia warsztatowe pt. Dlaczego chruściki są potrzebne światu? Spodobało mi się takie prowokacyjne podejście i z radością podjąłem się tego wyzwania. I przypmniały mi się refleksje z sierpniowej konferencji w Centrum Nauki Kopernik "Pokazać - Przekazać" oraz dyskusji panelowej „Naukowa podróż – czyli o przenikaniu przez ściany klas”.

Spotkanie odbyło się w uroczym w Młynie Klekotki, niedaleko Morąga. Ale najpierw kilka słów ogólnego wprowadzenia. Redukcjonizm i fragmentacja wiedzy zaowocowały ogromnym postępem cywilizacyjnym, ale i wielością coraz bardziej szczegółowych i wąskich dyscyplin (rosnąca specjalizacja: biologia, zoologia, entomologia, trichopterologia). W szkole wydzielono osobne przedmioty. Ale pojawia się problem jak integrować tę poszufladkowaną wiedzę. Od dawna środowiska nauczycielskie wskazują na niedomagania syntezy i ponownego składania w całość. Bo świat wokół nas jest spójną całością (mechanizmem).

A skoro świat jest spójną całością, to można za pomocą chruścików opowiedzieć o całym świecie i prawach przyrody. Dlatego chruściki są potrzebne światu. Ale ta grupa owadów wodnych jest tylko przykładem. Równie dobrze można to zrobić za pomocą dowolnej grupy organizmów czy zjawisk przyrodniczych. Nauka jest jak hologram, w każdym okruchu widać całość, choć niewyraźnie. Im więcej tych kawałków, tym wyraźniejszy obraz całości. Edukacja to mnożenie doświadczeń i przykładów by coraz wyraźniej i pełniej widzieć obraz całości. Spotkanie w Młynie Klekotki było bardzo inspirujące dla mnie, wydobyło wcześniejsze refleksje i przemyślenia oraz dostarczyło nowych pomysłów. Odświeżyłem ponadto znajomość języka rosyjskiego. I poznałem urokliwe miejsce.

W dyskusji sporo miejsca poświęciłem edukacji pozaformalnej. Być może różnego typu centra nauki, zielone szkoły oraz przewoźne eksperymentatoria będą sensownym i systemowym wsparciem powszechnej edukacji. Przynajmniej w odniesieniu do nauk przyrodniczych. Ale wróćmy do dnia codziennego w oświacie. Ostatnia reforma jest jedną z prób wychodzenia z przerostu analizy nad syntezą wiedzy: wydzielono w ramach gimnazjum przyrodę, integrującą dziedziny nauk ścisłych (chemię, fizykę, biologię, geografię). Niemniej nauczyciele mocno podkreślają niezadowolenie z braku korelacji międzyprzedmiotowej. U polskich uczniów wiedza jest mocno poszufladkowana i nie rzadkie jest zdziwienie ucznia, że te same pojęcia, zjawiska opisywane są przez fizykę i chemię lub biologię. To poszufladkowanie wiedzy widoczne jest także na uniwersytetach. Tę specjalizację widać także w sposobie uczenia przyrody (gimnazjum), bo łatwo poznać po wiedzy ucznia (zasób informacji i sposób myślenia), czy ten przedmiot nauczał geograf, biolog, fizyk czy chemik. Tak mówią nauczyciele. I chyba wiedzą co mówią. Jest to bezwład przeszłości, bo na studiach ci nauczyciele studiowali bądź fizykę, bądź chemię, biologię bądź geografię. Nawet po wielu latach trudno im jest odejść od dyscyplinowego poszufladkowania wiedzy (pomijając niesymetryczność posiadanej wiedzy i konieczność uzupełniania). W czasie spotkania w Klekotkach wielokrotnie padały postulaty by wprowadzić obowiązkowe kształcenie ekologczne dla studentów innych kierunków. Bo potem absowlenci wchodzą na rynek pracy i nie bardzo rozumieją zależności w przyrodzie: projektują niefunkcjonalne drogi i miasta, projektują złe urządzenia. 

Nauczyciele wyedukowani w starym systemie muszą inaczej kształcić swoich uczniów. I to jest swoista bariera a przynajmniej trudność. Na domiar złego zrezygnowano z kształcenia nauczycielskiego – nie ma już kierunków pedagogicznych na biologii, fizyce, chemii – są tylko kursy pedagogiczne dla chętnych (na dodatek odpłatne). Instytucjonalnie nie przykładamy wagi do kształcenia kadr nauczycielskich. Wydaje się, że każdy może być nauczycielem. Skutki widać w przeciętnej szkole, powszechnym narzekaniu i nieufności co do systemu edukacji. W Warszawie i inych dużych miastach wyrazem tej nieufności jest rozwój nauczania domowego (tak jak dawniej, z udziałem guwernantek). Na dodatek nauczyciele są coraz bardziej ubezwłasnowolnieni, niesamodzielni – mają tylko realizować odgórny program i podręczniki. Jak robotnik przy taśmie fabrycznej. Ale tak to można tylko uczyć wiadomości nie zaś rozumienia. Przekazujemy naukę jako produkt a nie proces. A powinno byc odwrotnie.

Trudność w szybkiej syntezie zaobserwować można na wszelkich konferencjach naukowych czy dyskusjach panelowych: dobrze analizujemy (czepiamy się szczegółów), słabiej syntetyzujemy czy uogólniamy, słabiej znajdujemy ogólne podobieństwa między jednostokowymi zjawiskami, informacjami. Nie potrafimy znaleźć wspolnych elementów i zawzięcie się kłócimy, obstając przy swoich koncepcjach i nie potrafimy znaleźć kompromisu. Przy braku czasu na uporządkowanie i przemyślenie pojawiają się kłopoty z szybkim podsumowaniem dyskusji w grupach, zarówno z utrzymaniem czasu wyznaczonego na relację i podsumowanie jak i samodyscypliny w klarownym myśleniu. Zamiast podsumowania tego, co się rzeczywiście wydarzyło, paneliści wygłaszają z góry i wcześniej przygotowane mądre myśli. Bo boją się, że nie potrafią dokonać syntezy. A żeby ładnie i mądrze wyglądało, to się wcześniej przygotowują. Przynoszą gotowce… tak jak uczeń na klasówkę.

Jest to dobre zilustrowanie problemu, z jakim szkoła musi się zmierzyć. Przecież dyskutanci (nauczyciele, edukatorzy, naukowcy itd.) wyrośli w starym systemie, nastawionym głównie na analizę i redukcjonizm, w systemie klasowo-lekcyjnym. Na dodatek w systemie korporacyjnej rywalizacji i uczenia się dla ocen. Często z podsumowaniami lepiej radzą sobie popularyzatorzy niż rasowi naukowcy. Kompetencje, nabyte w pracy we współczesnych mediach, okazują się bardzo przydatne do szybkiej i czasowo poprawnej syntezy dyskusji w grupie (zwłaszcza, gdy któś pracuje w radiu lub telewizji i przyzwyczajony jest do bezwzględnego rygoru czasowego). Wskazuje to na potrzebę integrowania różnych kompetencji, nie tylko integrowanie różnych dziedzin nauk ścisłych (fizyka, matematyka, biologia, chemia, geografia) ale także integrowania kompetencji twardych (wiedza faktograficzna) z umiejętnościami komunikacji i pracy zespołowej (kompetencje miękkie). Nawet wśród naukowców widoczne są braki w umiejętności adekwatnej do sytuacji i odbiorców komunikacji. Potrafią zazwyczaj operować jedynie swoim, żargonowym językiem, adresowanym do innych specjalistów tej samej dyscypliny naukowej.

10703663_10204152503766193_1749510943906405715_nMetoda projektu częściej stosowana w praktyce szkolnej (ale i na uniwersytecie!) wydaje się dobrym narzędziem w przedmiotach przyrodniczych, niejako jest naturalna dla tych dziedzin (obserwacja i eksperyment, wdrażanie do nauki jako procesu poznawczego). Metoda projektu (w świecie akademickim jest modna pod nazwą PBL) może dobrze integrować także i inne kompetencje poprzez ćwiczenie „opowiadania, relacjonowania” różnym odbiorcom. Nie tylko rozwiązywanie testów (w tym testów kompetencyjnych), czy pisanie prac klasowych, ale także pisanie raportów, sprawozdań, wystąpienia ustne, blogi itd. – czyli różne formy komunikacji w nowych mediach (w tym formy krótkie, wymagające zwięzłych podsumować i krótkich komunikatów), ze zróżnicowanym odbiorcą a nie tylko nauczycielem (oceniającym sędzią). Blogi i relacje na mini konferencjach czy piknikach naukowych, olimpiadach, konkursach mogą takie kompetencje skutecznie rozwijać. Wystarczy tylko tworzyć sprzyjające okoliczności.

Korzystając z szerokiego, pozauniwersyteckiego doświadczenia staram się coraz mocniej wdrażać swoich studentów do tych „dziwacznych” form wypowiedzi: krótkie eseje na blogu, Facebooku, opracowanie notatki prasowej jako uzupełnienie standardowych raportów (sprawozdań) z ćwiczeń itd. Bo wiem, że jest to niezwykle potrzebne. W czasopismach branżowych a nawet naukowych coraz więcej jest np. infografik. Chciałbym, aby moi studenci potrafili posługiwać się także i takimi formami wypowiedzi, zwłaszcza wypowiedzi syntetycznych. Nie ma więc pytania czy integrować ale jak integrować... pofragmentowaną i izolowaną w mentalnych szufladach wiedzę. I nie tylko raz, ale i wielokrotnie: spirala nieustannych procesów od ogółu do szczegółu (analiza) i od szczegółu do ogółu (synteza). Na każdym poziomie kształcenia. Mimo różnych niedostatków systemowych i ograniczeń w danej szkole, zawsze jest jakaś możliwość integrowania. Nie trzeba więc czekać na rewolucje i dekonstrucje obecnego systemu, można działać od zaraz w konkretnym miejscu. Tu i teraz. W szkolnej edukacji integrowanie wiedzy powinno następować wielokrotnie, jak wchodzenie po spiralnych schodach, coraz wyżej, ale ciągle pozornie pojawianie się w tym samym miejscu (ale zawsze coraz wyżej). To nie jest ta sama analiza (bo coraz dokładniej) ani ta sama synteza. Wiedza nie jest sumą informacji ale ma postać całościowego, spójnego, koherentnego systemu. Edukacja polega między innymi na kolejnych dezintegracjach pozytywnych – rearanżacji i budowaniu nowego systemu wiedzy (indywidualnego) z wykorzystaniem starych faktów i informacji, ale w nieco innych relacjach i konfiguracjach.

Proces ważniejszy jest niż produkt. Tak jak wędka (i umiejętność łowienia) zamiast ryby. Dlatego wpis ten ukazuje się w tym samym czasie, gdy mam wykład dla studentów biotechnologii. Pisanie na blogu traktuję także jako mniwykłady w ramach edukacji pozaformalnej. 

Więcej zdjęć z Młynu Klekotki i warsztatów dla edukatorów.

P.s. A dlaczego chruściki potrzebne są światu? By poznać i zrozumieć otaczającą nas przyrodę ... i siebie samych, by się zachwycać pięknem natury i by o tym opowiadać.

Metoda projektu czyli podziękujmy dobrym nauczycielom za ich mozolną pracę

sczachor

10675529_10204152490685866_779907861717134786_nNa naukę można spojrzeć jako na proces lub jako na produkt. Proces to poszukiwanie czegoś nowego, to opowieść, uczenie odkrywania. Produkt to fakty w podręczniku. Do tego ostatniego sprowadza się zazwyczaj edukację, niestety nawet i na uniwersytetach. To próba skopiowania i indywidualnego wyposażenia absolwenta w podręczną encyklopedię (niezbednik inteligenta, inżyniera, magistra). Kłopot tylko taki, że tej wiedzy jest zbyt dużo (nie zmieści się w indywidualnej głowie, nawet ta z wąskiej dyscypliny) oraz jest znacząco łatwy dostęp z dowolnego miejsca do światowego repozytorium wiedzy. Zatem znacznie ważniejsze jest uczyć planowania i wykonywania eksperymentów, myślenia niż zapamiętywania faktów.

Dlaczego uczniowie nienawidzą szkoły i nienawidzą myślenia? Przecież uczenie się samo w sobie jest przyjemne. Uczenie się w sensie odkrywania, poznawania a nie w sensie zakuwania. Oczywiście, nic co dobre nie przychodzi łatwo, potrzeba wysiłku.

W zakresie edukacji ważne jest pytanie: współpraca czy rywalizacja w klasie? Zapewne ważne jest i jedno i drugie. Kłopot tylko taki, że uczymy rywalizacji i nic więcej. Bo praca w grupach nie jest pracą zespołową. Preferujemy w systemie edukacji egoistów i kujonów, od przedszkola aż po studia doktoranckie. Kortpotartyzacja życia we wszystkich wymiarach nie powinna więc dziwić.

Dobrym rozwiązaniem są różnego typu projekty pozaszkolne. Umożliwiają nie tylko pracę zespołową ale także integracją międzypokoleniową. Bo przecież w normalnym, pozaszkolnym świecie żyjemy nie w jednowiekowych klasach ale zróżnicowanym także i wiekowo społeczeństwie. Od dawna staram się realizować jak najwięcej zajęć ze studentami metodą projektu, skupiając się na nauce jako procesie a nie produkcie. Od razu pojawiają się kłopoty z ocenianiem. Bo muszę stawiać oceny cyfrowe a nie opisowe (a czy lekarz stawia nam dioagnozy indywidualne czy stawia cyfrowe? Co byśmy z informacji, że zdrowie mamy na 4 zrozumieli i potrafili zastosować?). Encyklopedyczną i faktograficzna wiedzę bardzo łatwo oceniać – przymierzając odpowiedzi (ustne czy pisemne) do ”wzorca z Sevres” czyli wiedzy egzaminatora - Pan Bóg wie wszystko ale wykładowca akademicki wie lepiej). A jak oceniać indywidualnie na miarę możliwości i wysiłku pojedynczego studenta? Gdy zależy nam na rozwoju każdej osoby a nie osiąganiu górnych stanów wiedzy? I jak oceniać rozumienie procesu metodologii naukowej? Jak oceniać umiejętności pracy zespołowej lub kompetencje miękkie? Ocena opisowa, zindywidualizowana miałaby sens... tyle tylko, że na uniwersytetach jej nie ma. W indeksie lub USOSie musi być cyfra. A system komputerowy pozwala tylko na wybierania „pól wyboru” – czyli nic, niestandardowego nie jest możliwe.

Postęp cywilizacyjny wynika z ciężkiej pracy zespołowej, w lokalnej i globalnej skali. Klasa to zamrożenie ról i pozycji społecznych. Podobnie z grupami zajęciowymi na studiach. W praktyce szkolnej i uniwersyteckiej lepiej więc tworzyć krótkotrwałe grupy i zespoły zadaniowe. A to możliwe jest w czasie realizacji dowolnego projektu.

Szkolni olimpijczycy i laureaci konkursów są narzędziem w indywidualnej karierze nauczycieli, nierzadko zaspokajają ich egoizm. Podobnie na studiach: prymusi są łakomym kąskiem dla wykładowców i promotorów - bo można się nimi chwalić w indywidulanej karierze. Jest to instrumentalne, przedmiotowe traktowanie studentów. To jest korporacyjna rywalizacja a nie misja szkoły czy uniwersytetu (cele wspólnoty są mniej ważne od celów osobistych). Powszechna staje się nauka dla ocen, nawet na studiach doktoranckich. I to mnie przeraża. Ale ta nauka dla ocen, punktów itd. jest efekt rywalizacji. Oceniamy egoizm, indywidualizm a trudno oceniać współpracę, bo jak? Oceny? Pochwały? Dyplomy i wyróżnienie? Inna forma oceniania bo i inne kompetencje.

Nauczyciele traktujący uczniów i studentów podmiotowo skazani są na brak sukcesów. Ich wysiłki najczęściej nie są widoczne w systemie nagród i ocen. Muszą mieć silną motywację i silny charakter. Muszą czerpać potwierdzenie sensu swoich działań z systemu pozaszkolnego. A że w edukacji prawdziwe efekty widoczne są dopiero po latach, to narażeni sa na zwątpienie, frustrację i wypalenie zawodowe. W projekcie również ewaluacja i „ocena” wynika z silnej motywacji oraz umiejętności odczytywania sygnałów ze społecznego otoczenia. Trzeba samemu dostrzec swoją rzeczywistą pracę i wysiłek, swoje sukcesy i porażki w pracy zespołowej. Projekt dąży do celu. Nagrodą, dającą satysfakcję, jest osiągnięcie celu a nie ocena w dzienniku czy indeksie.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci