Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

O tym jak gryzuń zamieszanie na tarasie wywołał

sczachor

nastroszpolpawikOwady, zwłaszcza te duże, wywołują w nas uczucie zaniepokojenia, niezwykłości, czasem strachu i odrazy. Są jakieś takie obce. Jako bezkręgowce mają zupełnie inny plan budowy, w niczym do nas nie są podobne. Co innego z kręgowcami – każde małe kaczątko, kociątko, jeżątko wywołuje u nas odruch sympatii i czułości. A młody owad, na przykład taka larwa czy gąsienica motyla, czy wzbudza chęć pogłaskania, przytulenia? Gdy więc spotkamy dużego, nietypowego owada, jakiegoś "owadomotykla”, to zaraz dzwonimy do telewizji (czytaj Owadomotyl czyli nastrosz topolowiec jako nocna moczytrąbka). Albo wrzucamy na jakiś portal społecznościowy i szukamy wyjaśnienia.

Tak też zrobiła Katarzyna Enerlich, gdy o poranku na swoim tarasie zobaczyła coś wielkiego-niezwykłego. Cyk zdjęcie i prośba o pomoc „Taka sytuacja u mnie na tarasie, pomóż! Zidentyfikuj!” A skoro zostałem wywołany do tablicy, to sięgnąłem do książek. Od razu widać, że to para motyli przyłapana in flagranti (gwoli ścisłości, ani przestępstwa nie było ani nijakiej zdrady małżeńskiej, ot owady tak mają). Widać, że jakieś zawisaki (Sphingidae). Ale żeby rozpoznać gatunek, trzeba było sięgnąć do książek.

Po ubarwieniu tułowia i pierwszej pary skrzydeł uwiecznione na zdjęciu motyle (ćmy) wydały mi się nastroszem półpawikiem. Poprosiłem o jeszcze jedno zdjęcie. I już wątpliwości nie miałem. Było widać charakterystyczne pawie oko na drugiej parze skrzydeł. Fakt, motyl duży, rozpiętość skrzydeł dochodzi prawie do 8 cm (7-7,8 cm). A tu jeszcze dwa, więc wielkość zwielokrotniona. Nietypowe skrzydła dodają odrobiny niesamowitości. Emocje uzasadnione. A na dodatek przygodny turysta nie wie czy to groźne czy nie (przecież pierwszy raz w życiu widzi).

Nastrosz półpawik (Smerinthus ocellatus) zwany jest też gryzuń półpawik. Nastrosz to pewnie od kształtu skrzydeł. Półpawik – to od plam na skrzydłach drugiej pary, przypominających pawie pióra. Ale dlaczego gryzuń? Motyle (dorosłe) przecież nie gryzą, mają trąbkę, którą spijają nektar. Gryźć może jedynie gąsienia, pięknie ubarwiona na zielono z „kolcem” na końcu odwłoka. Gryzie oczywiście rośliny, bo jest roślinożerna. Gąsienice żerują od lipca do września na wierzbach, czasem na brzozie, jabłoni, gruszy, czeremsze, kalinie koralowej i topoli. Na zimę zakopują się w ziemi, gdzie następuje przepoczwarczenie. Owady dorosłe można spotkać od połowy maja do końca lipca. Jak na motyle nocne przystało żerują głównie nocą. A najczęściej spotkać je można w sadach, ogrodach, lasach liściastych i mieszanych, parkach oraz nadrzecznych zaroślach.

Nastrosz półpawik jest gatunkiem pospolitym w Polsce, ale ze względu na nocny tryb życia raczej go nie widujemy. Dlatego spotkanie z tym przepięknym zawisakiem wywołuje takie emocje i sensacje. Nastrosz dawniej lokalnie nazywany był także: lśniook, pawik, pawik nocny, półpawik, slniok, gryzuń, zmrocznica.

Po co mu te pawie oczy? Wcale nie do ozdoby, ale żeby przestraszyć. Po rozpostarciu skrzydeł nagle ukazują się… oczy. A skoro oczy to pewnie jest tu jakieś duże zwierzę, ptak (sowa) lub jakiś drapieżny ssak. Takie oczy mogą wystarczyć małego, owadożernego amatora nastrosza półpawika. Oczywiście pod warunkiem, że jest kręgowcem (ten drapieżnik).

Para nastroszy w miłosnej pozie przetrwała do wieczora – tak przynajmniej relacjonowała Katarzyna Enerlich. Nie wiem, czy swoimi wyjaśnieniami uspokoiłem mrągowską pisarkę, ale się starałem. Owad duży ale nie groźny dla człowieka, nie ugryzie, szkód w domu i obejściu nie na robi. Co najwyżej spije trochę nektaru. Ale to wszytko nocą, gdy domownicy śpią i nic nie widzą.

(Oba zdjęcia autorstwa Katarzyny Enerlich)

10341678_906906362710113_3533493623765027527_n

O tym jak maść do latania wynalazłem

sczachor

11415604_10206113427348057_8260995323096431495_oSłowo wynaleźć ma dwa znaczenia. Po pierwsze wynaleźć czyli odkryć coś nowego, skonstruować wynalazek itd. Niewątpliwie oznacza kreatywność. Po drugie w języku potocznym wynaleźć to wyszukać, wyszperać spośród tego co już jest, tylko gdzieś się zapodziało. Czyli przywrócić na nowo do życia. Maść czarownic do latania wynalazłem na dwa sposoby (efekty. Po pierwsze wyszperałem z zapomnianego dziedzictwa ale i mocno zmodyfikowałem, a więc jest coś na nowo opracowane (nie udałoby się bez współpracy). Maść do latania pojawia się w zupełnie nowym kontekście i znaczeniu.

Maść do latania naprawdę kiedyś istniała. A czarownice? Też były ale jedno i drugie miało inne znaczenie niż teraz im przypisujemy. Inaczej te słowa rozumieliśmy. Odtwarzanie maści czarownic jest formą edukacji przyrodniczej i działaniem na rzecz ochrony bioróżnorodności i atrakcyjności turystycznej prowincji. W ten sposób wspieram kreatywnością gospodarkę lokalną i współpracuję z lokalną przedsiębiorczością. Po to właśnie powstało na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym. Kontekst kulturowy z nutą dowcipu jest pomocny w promowaniu lokalnej żywności i dziedzictwa kulinarnego.

Nasi przodkowie świat poznawali organoleptycznie i obserwując skutki. Świadomie i nieświadomie eksperymentowali na sobie, gdzie głód i choroby motywowały do kolejnych prób i poszukiwań. Teraz korzystamy z ogromnego bogactwa roślin i zwierząt jako pokarmu, kosmetyków, leków. Ale poprzedzały to niezliczone próby wielu pokoleń, w tym otruć, śmierci i różnych porażek. Sporo z tego dawnego dziedzictwa zapomnieliśmy. Teraz na nowe je odkrywamy. Przykładem jest pokrzywa, która niedawno wróciła do kulinarnych łask a pomogła konsekwentna promocja i pokazywanie pokrzywy w różnorodnych, kulturowych kontekstach. Liczy się nie tylko smak ale i opowieść. Jest więc zupa z pokrzywy, pierogi z pokrzywą czy nawet lemoniada pokrzywowa. Lokalna i unikalna specjalność, w sam raz do pogłębionej turystyki. Dla ludzi poszukujących intelektualnej przygody.

To co jedli nasi przodkowie czasem leczyło, czasem przynosiło skutki nieoczekiwane. Czasem można było się otruć a czasem pojawiały się wizje, omamy, halucynacje. Dzisiaj wiemy, że to na skutek różnych substancji działających na nasze zmysły i układ nerwowy. W niewielkich ilościach mogą być lecznicze, w większych mogą okazać się trucizną. Tak jak każde lekarstwo.

Dawniej inaczej rozumiano otaczający nas świat, większym stopniu interpretowano świat jako połączenie sił duchowych i realnych. Wszystko było ze sobą pomieszane. Jeśli jakieś ziele leczyło… to dlatego, że miało moc magiczną czy przy współudziale demonów i sił tajemnych. Dzisiaj identyfikujemy konkretne związki biologicznie czynne i potrafimy opisać ich reakcję w organizmie. Ba, nawet syntetyzować podobne (np. antybiotyki), bo rozumiemy ich działanie na poziomie molekularnym i fizjologicznym.

Nasi przodkowie odkrywali, że po zjedzeniu niektórych roślin (lub zwierząt) czują się lepiej, pobudzeni, a czasem mają wizje. Tak odkryliśmy używki takie jak kawa czy herbata, ale i narkotyki. Wiele roślin i grzybów psychotropowych używana była w przeszłości. Niektóre używane były do praktyk szamańskich, bo świat przesycony demonami i siłami duchowymi, które można było umiejętnie wykorzystać do własnych celów (unikać niebezpieczeństwa, pozyskać wiedzę lub bogactwo). Tak powstała maść czarownic, z wykorzystaniem różnych roślin trujących a działających na układ nerwowy. A że dostępnośc roślin i grzybów psychotropowych była różna w różnych regionach, to i skład owych specyfików był różny.

Dlaczego czarownice? Bo czarownice, wajdeloci, zamawiacze, szeptuchy to były określenia na ludzi niebezpiecznych, czasem pomagających, czasem szkodzących (rzucających uroki). We współczesnej kulturze filmów i kreskówek, gdy mniej boimy się świata, dawne upiory, zmory, wampiry, czarownice „ucywilizowaliśmy” i sprowadziliśmy do postaci sympatycznych. Tak jak krasnoludki – kiedyś uważane za demony najczęściej szkodzące, przynoszące choroby. Dzisiaj w kulturze krasnoludek to sympatyczny karzełek, pomagający człowiekowi.

Maść czarownic nie służyła do smarowania miotły, ale do „odlotów” duchowych, wizji narkotycznych. Po zażyciu miało się wrażenie lotu… i docierania do innego, duchowego świata. Nie wiem kiedy pojawiała się w popkulturze miotła, ale najstarsze opowieści informowały o wchodzeniu do kotła, po posmarowaniu się maścią. Tłuszcz był elementem konserwującym i rozpuszczającym substancje roślinne. Teraz o tym wiemy. Jednym z wykorzystywanych tłuszczów był smalec gęsi. To na jego bazie przygotowywano maść czarownic, jadło się albo smarowano (w miejscach ciała o cienkiej skórze, by łatwiej wnikały substancje do krwi).

Po przestudiowaniu wielu opracowań historycznych i etnobotanicznych, po odfiltrowaniu treści fantastycznych od przyrodniczych zaproponowałem nowy skład dla maści do latania. We współpracy z kucharzem i restauratorem z Cudnych Manowców powstała manowcowa maść czarownic do latania. Ale w wersji bezpiecznej, bez użycia bielunia czy innych roślin trujących. Odgrzebany stary przepis, nawiązujący do historii oraz dziedzictwa niematerialnego ale przetworzony i na nowo opracowany. Maść czarownic wynaleziona na dwa sposoby.

Dlaczego pozostawiam nazwę na poły fantastyczną – maść do latania? Nie żeby oszukiwać i dawać złudną nadzieję na latania wbrew prawom fizyki, ani by promować dopalacze i inne narkotyki. Po to, by nawiązywać do bogatego dziedzictwa niematerialnego i przywracać zapomniane dziedzictwo kulinarne z wykorzystaniem takich „chwastów” jak bylica pospolita czy bluszczyk kurdybanek. Na nowo eksperymentować w kuchni i korzystając z lokalnej bioróżnorodności wynajdować nowe przepisy… albo odtwarzać stare. Ma to posmak archeologii eksperymentalnej i współczesnej innowacyjności.

Nie samym jedzeniem człowiek żyje ale i kulturą. Bylicę pospolitą, dawniej uważaną za roślinę magiczną, wykorzystywano także w noc świętojańską. Dlatego debiut manowcowej maści do latania odbył się w Noc Świętojańską. Degustacji towarzyszyły opowieści etnobotaniczne i historyczne oraz przecudna muzyka Ani Brody. Sama nazywa swoje granie jako muzyka elficka. Na starym instrumencie i w nawiązaniu do archaicznych stylów śpiewu (tzw. biały śpiew). Stara tradycja w zupełnie nowej aranżacji. Pełen folkloryzm, czerpanie z dziedzictwa ale i tworzenie czegoś zupełnie nowego, oryginalnego.

Smalec z gęsi… jest zdrowy ze względu na zwartość tłuszczów nienasyconych. W dobie „walki” ze „złym cholesterolem” warto przywrócić gęsinę tradycji kulinarnej. Poza hodowlą fermową polskiej wsi warto przywrócić małe, domowe hodowle i to najlepiej stare rasy zwierząt. Nie tylko polską gęś kołudzką białą ale wiele innych, starych i zapominanych ras. Przy okazji mogą .. gęsi robić za kosiarki do trawy. Mamy więc dwa motywy odtwarzania maści do latania: ochronę bioróżnorodności w postaci przywrócenia bylicy pospolitej na polskie i restauracyjne stoły oraz ochronę starych ras gęsi (a przy okazji bioróżnorodności łąki spasanej przez gęsi a nie wykaszanej kosiarką). Trzecim motywem jest dziedzictwo kulturowe. I jest jeszcze czwarty motyw: wsparcie lokalnej turystyki i lokalnych producentów żywności. Żywność wysokiej jakości potrzebuje wsparcia i ułatwienia współpracy małym przedsiębiorcom produkującym żywność, pensjonatom i restauracjom, rękodzielnikom. Maść do latania ma wspierać powstająca sieć współpracy, nazwanej Wimlandią. Jest to jedno z wielu zaplanowanych działań.

Czytaj także:

Dziedzictwo kulinarne - to jednorazowe i festiwalowe i to zakorzenione, trwałe

sczachor

dziedzictwo1

To było chyba pod koniec maja. Na weekend w Olsztynie pojawić się miał jarmark promujący regionalne dziedzictwo kulinarne. Lubię takie wydarzenia i pokazy. W sobotę nie mogłem odwiedzić Starówki, wybrałem się dopiero w niedzielę. Pojawiłem się w godzinach zaznaczonych na plakacie. Ale było biednie i pustawo. Jakichś kilka małych straganów, do tego baloniki i dmuchane zjeżdżalnie. Osobiście nie za bardzo kojarzy mi się z dziedzictwem, raczej z jednorazowymi, nieco tandetnymi pilnikami "pod remiza". Przygotowane stragany przy zamku były puste. Nie było tego, na co liczyłem najbardziej. Odbywał się tylko na dziedzińcu zamkowym pokaz gotowania w wielkim kotle, z darmowym jedzeniem. To zawsze przyciąga tłumy. Ktoś znany podpisywał książki. A jedzenie było z... plastikowych talerzyków. Wiem, wiem, tak musi być bo inaczej nie da się zrobić imprezy masowej. Muszą być plastiki i jednorazówki. Czyli produkowanie śmieci. Festiwalizacja dziedzictwa. Coś zgrzyta z wiarygodnością...

Wiem także i to, że takie jednorazowe pokazy, nawet w formie sfestiwalizowanej, są potrzebne. Coś jednak zgrzyta. Dlaczego stragany były puste? Może były zapełnione jedynie w sobotę? Może w niedzielę też się ktoś pojawił ale później? A może drobni producenci, restauratorzy mają w tym czasie pełnię sezonu i nie bardzo mogą pozwolić sobie na ciągłe wystawianie się na takich objazdowych jarmarkach? Przyczyn jest pewnie wiele, ale ewidentnie coś zgrzyta i czegoś brakuje. Bo zamiast promocji pojawiać się może zawód i rozgoryczenie. Bo pierwsze kroki dawno już zostały zrobione. To co było dobre 10 lat temu, teraz już nie wystarcza. Trzeba szukać twałych i ugruntowanych rozwiązań, np. takich, które sprawią, że stojące stragany na pobliskim Targu Rybnym zawsze będę zapełnione (czytaj więcej na ten temat).

 dziedzictwo_32

dziedzictwo21

Ale tego samego dnia, wracając nieco zniesmaczony tym mocno spłyconym, jednorazowym "dziedzictwem", spacerowałem po Starówce i widziałem zakorzenione, autentyczne dziedzictwo nie tylko kulinarne. Czynna galeria z aktualną wystawą, sklepik ze starociami, gdzie z obsługą można sympatycznie pogadać, wystawa w holu biblioteki i restauracja, gdzie poezja dziedzictwa uwidacznia się już menu. I co jeszcze ważniejsze - witrynka z innymi produktami regionalnymi, zarówno kulinarnymi jak i rękodzieła, Prawdziwe dziedzictwo na co dzień i na wyciagnięcie ręki. I dobry przykład wspierania się małych i drobnych przedsiębiorstw.

Zaskoczył mnie ten kontrast, między plastikową jednorazowością a cichym i trwałym dziedzictwem. Trzeba tylko poszukać, a się znajdzie coś wartościowego. I chyba trzeba zmienić formy promocji dziedzictwa niematerialnego. Na naszych ulicach też się wiele zmieniło. Zniknęły już stragany na łóżkach polowych i plastikowe krzesełka w ogródkach letnich.

dziedzictwo4

Piknik śniadaniowy i... niewykorzystany Targ Rybny

sczachor

targ_rybny

Targ Rybny na olsztyńskim starym mieście. Lokalizacja znakomita, nazwa przyciąga, a jednak zazwyczaj pustawy. Brak artystów malujących, grających, uczestniczących w życiu ulicznym. Są ogródki restauracyjne i kawiarniane, jest sąsiedztwo zabytkowe, w pobliżu kręcą się turyści. A jednak czegoś brak. Jest moda na historyczne grupy rekonstrukcyjne, na wioski tematyczne i eko-muzea, jest moda na proste i swojskie jedzenie i aktywne poznawanie historii. Gdy Targ Rybny pustką świeci w tym samym czasie na Święcie Ulicy Dąbrowszczaków mnóstwo przeróżnych kramików z rękodziełem, pamiątkami i swojskim jedzeniem (zdjęcie niżej). W takich warunkach nawet pajda chleba ze smalcem i ogórkiem "chodzi" po 5 zł.  A nie mogłoby być tak cały czas w sezonie turystycznym na Targu Rybnym? Bo takich straganów brakuje w średniowiecznej części Olsztyna. Jeden bukinista z katarynką klimatu nie stworzy. Czasem tylko na starówce pojawiają się stragany z lokalną żywnością. W prowizorycznych budach. A i tak cieszą się dużym zainteresowaniem olsztynianków. Lokalne dziedzictwo ze swoimi znakomitymi produktami gnieździ się w mało estetycznych warunkach na targowisku przy ul. Grunwaldzkiej. Dla turystów miejsce nieznane. Niewykorzystany potencjał synergii.

Są już na Targu Rybnym stałe ładne stragany (co widać na zdjęciu wyżej), co prawda upchnięte gdzieś z boku. Dlaczego są puste (jeśli nie liczyć 2-3 rękodzielników z pamiątkami)? Za duże opłaty? Za mało imprez promujących lokalność? A może kapitał ludzki leży odłogiem? Drobni restauratorzy od dawna mówią, że przydałoby się niewielkie zaplecze w miejscu, gdzie teraz są krzaki i szalet miejski. Niewielka ale potrzebna inwestycja. 

Co robią wycieczki i turyści? Zobaczą zamek, katedrę, dobrze jak trafią na jakąś imprezę uliczną, pospacerują i znikają. Im więcej atrakcji, tym dłuży pobyt. Zysk dla wszystkich. I jeszcze raz podkreślę:  jest moda na aktywnie przeżywaną historię, strzelanie z łuku, zdjęcia z krzyżakami lub innymi rycerzami. Czy nawet zwykłe uczestnictwo w kulturze.

A tymczasem poza Starówką pojawił się piknik śniadaniowy. Cieszy się dużą popularnością (tak jak i w innych miastach). Starówkowa drożyzna i niewielka liczba ulicznych atrakcji systematycznie pustoszy średniowieczną część Olsztyna. Aktywność turystów i olsztyniaków systematycznie przenosi się w nowe miejsca. Pozycja miejsca uprzywilejowanego rozleniwiła i uśpiła. A tymczasem Starówka zamiera w obliczu konkurencyjnych ofert, lepiej trafiających w potrzeby ludzkie.

pikniksniadaniowy11053716_10206137326545522_8001245162716113486_o

O samochodach na Starówce cd.

sczachor

uliczka1Wszystko można sprawdzić. Na tym polega metoda naukowa, że eksperyment jest elementem dyskusji o świecie i weryfikacji najróżniejszych hipotez. Ciekaw jestem czy protestujący przedsiębiorcy (domagający się utrzymania ruchu samochodowego na średniowiecznym fragmencie Olsztyna) przeprowadzili jakiekolwiek badania i analizy, oparte o rzetelne badania. Faktem jest, że olsztyńska Starówka zamiera. Ale czy samochody dojeżdżające w każde miejsce uratują biznes? Czy łatwy dojazd zapewni klientów?

W niedzielne, wakacyjne południe wybrałem się na obiad. Weszliśmy do Českiej Hospody, usytuowanej przy Targu Rybnym. Nie da się podjechać pod same drzwi nawet samochodom dostawczym. Ani od Targu Rybnego, ani od strony ogródka nie ma dojazdu i możliwości zaparkowania samochodu. Ale my z trudem znaleźliśmy miejsce przy stoliku.

uliczka2

Obłożenie prawie 100 %. Kelnerki od razu uprzedzają, że na zamówienia trzeba czekać do godziny (chodziło o dania, najwyraźniej kuchnia nie nadąża). Niewielu rezygnowało. No cóż, jak widać brak możliwości dojazdu wcale interesowi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Nie da się blisko zaparkować. Co przyciąga? Może umiarkowane ceny, może pomysł na usługę, może sympatyczna obsługa? Kiedyś w ramach Olsztyńskiej Kawiarni Naukowej często organizowaliśmy spotkania "U Artystów". Od dawna tam nie chodzimy.... I nie ma to żadnego związku z samochodami lub ich brakiem. uliczka41

Kilkadziesiąt metrów dalej (od Ceskiej Hospody), ulica Okopowa. Tu zawsze i przez cały rok jeżdżą samochody i parkują na chodniku. Miejsce atrakcyjne, blisko zabytkowy zamek, ławeczka z Kopernikiem, Amfiteatr z muzyką i koncertami. A jednak w lokalach pustki, nawet w "kultowej" Lipce. Ale kto będzie siedział w ogródku przy ulicy - tak jak na załączonym zdjęciu, po której ciągle jeżdżą samochody lub pod nosem zaparkowane są „blachosmorody (latem zapach od nagrzanych aut jest szczególnie intensywny). Miłośników parkingów nie jest aż tak zbyt wielu. Tuż obok Lipki, tam gdzie jeszcze nie tak dawno był ogródek letni… jest jednosamochodowy parking (zdjęcie niżej). Biznes pewnie kręci się zawrotnie... Podobnie na odcinku Okopowej już bliżej Mostu Jana.

 ulica81

 uliczka5

A jak przejść po takim chodniku, zniszczonym i zastawionym przez samochody? Z dziecięcym wózkiem się nie da, trzeba poruszać się po ulicy, konkurując z jeżdżącymi samochodami (mało to bezpieczne). Kobietom w szpilkach chodzenie po wyboistym bruku zapewnie nie sprawia zbyt wielu przyjemności. Podobnież z osobami niepełnosprawnymi.

Nie mam nic przeciw plakatowej akcji starówkowych przedsiębiorców - to ich prawo, ich wizja dyskusji. Klienci i tak zagłosują nogami. Mądrzej byłoby wcześniej zrobić rozeznanie, sprawdzić itd. Tak oczywiście też sprawdzą swoją koncepcję, ale potrwa dłużej i będzie bardziej kosztowne. Na dodatek nie wiadomo czy wyciągną poprawne wnioski.

uliczka7uliczka6

Samochody na Starówce czyli strzał w stopę lokalnej przedsiębiorczości

sczachor

starowkasamochodyprotestOstatnio w niektórych lokalach na olsztyńskiej Starówce pojawiły się plakaty z protestem przeciw zamykaniu tego miejsca dla samochodów. Od wielu lat toczy się spór i dyskusja o dopuszczeniu ruchu samochodowego w tej turystycznej części Olsztyna. A w zasadzie o wyprowadzeniu stamtąd samochodów. Opinie są różne a ja podzielę się swoją.

Diagnoza protestujących jest słuszna - Starówka umiera. Ale rozbieżne są zdania co do przyczyny i metod zaradzania. Oczywiście, jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Są tacy, co chcą niemalże do łóżka swojego wjechać samochodem. Tych klientów najpewniej restauratorzy mogą stracić. Ale samochody na starym mieście to odstraszanie zupełnie innych klientów i turystów. To nie brak ruchu po Starówce odstrasza ludzi od bywania tam i przy okazji korzystania z usług i robienia zakupów.

Nasza olsztyńska Starówka jest mała, mieści się w granicach średniowiecznego miasta. A wokół są parkingi. Te kilkaset metrów (200-400) można dojść pieszo. Nie jest to więc problem dostępności i komunikacji. Wczoraj idąc ul. Starą Warszawską zobaczyłem jakże typowy widok. Na chodnik wjechała pani w dużym samochodzie. Częściowo zatarasowała przejście i... psuła ewidentnie widok. Do najbliższego parkingu miała 100 m, do drugiego jakieś 300 m.  Dla mnie to buractwo i niepełnosprawność intelektualno-funkcjonalna - "liczę się ja i nic innego mnie nie obchodzi".

Ale wróćmy do Starówki. Tylko w okresie letnim ograniczony jest ruch po niektórych ulicach. A kiedy jest większy ruch na Starówce: wtedy, gdy wszędzie mogą jeździć samochody czy wtedy gdy ruch kołowy jest ograniczony? Niech protestujący restauratorzy się nad tym zastanowią. Wszystko można sprawdzić, więc i to, czy więcej klientów mają ci przy ulicach z ruchem czy tam gdzie tylko piesi mogą się poruszać (a w wyznaczonych godzinach także samochody dostawcze)?  Idąc przez Starówkę na przykład ulicę Okopową omijam z daleka. Bo tam jeżdżą samochody, chodniki są zastawione (i poniszczone kołami), trudno się chodzi. Coś za coś, albo miejsce dla samochodów albo... na ogródki restauracyjne.

Sam jestem turystą i wiem co mnie denerwuje, gdy zwiedzam i chcę robić zdjęcia: obrzydliwe reklamy, banery, wiszące bezładnie druty i zaparkowane samochody. Nie ma jak zrobić ładnego, pamiątkowego zdjęcia. A nasz gotycki ratusz poza sezonem jest zastawiony samochodami. Żadne zdjęcie się nie uda. Gotyckie budynki i piękno krajobrazu zeszpecimy samochodami. A kto chce pić kawę lub jeść obiad w ogródku letnim, gdy obok stoją lub jeżdżą samochody? Smród nie tylko spalin, rozgrzanej blachy ale i "odświeżaczy".

Samochody na Starówce ewidentnie odstraszają klientów i turystów, przyciągają jedynie coraz mniej liczną grupę fascynatów czterech kółek i podrywających na "brykę". Ale to odchodząca przeszłość. Posłużę się przykładem z ostatnich wyborów prezydenckich - jedna z partii kampanię wyborczą prowadziła w telewizji. I przegrała. Bo więcej ludzi teraz korzysta z Internetu a nie z telewizji. Podobnie nasi protestujący - żyją światem już prawie nie istniejącym. Powoli samochód przestaje wyznacznikiem statusu i prestiżu społecznego.

Na Starówkę przychodzimy siłą przyzwyczajenia, odstraszają wysokie ceny (pochodna wysokich czynszów i pazerności kamieniczników), brzydkie i oszpecające reklamy-banery, brak ładu estetycznego w ogródkach letnich, jeżdżące samochody, parkujące pod gotyckimi budynkami i słabe życie kulturalne. Przydałyby się jakieś galerie sztuki, ale nie utrzymają się przy tak wysokich czynszach. Klimat tworzą ludzie a nie zaparkowane blachosmrody. To widać nawet na zamieszczonym zdjęciu - obok plakatu z protestem wisi kartka o poszukiwanym kucharzu (bardziej doskwiera brak ludzi niż miejsc parkingowych). Bo dobry kucharz to podstawa restauracji. Do dobrego jedzenia to nawet najbardziej zamiłowani samochodziarze podejdą kilkaset metrów od parkingu.

Starówka umiera. Gwoździem do trumny będzie nowo otwarty kompleks nad Jeziorem Krzywym i... pojawiające się alternaty poza Starówką (Casablanka, Browar Restauracyjny nad Łyną itd.). Ludzie zagłosują nogami. Trochę szkoda by tak cenne miejsce starego miasta zmieniać na parking...

O nocy świętojańskiej, maści czarownic, lataniu na miotle i kwiecie paproci czyli dawnych i współczesnych gusłach

sczachor

1939895_10203121745677885_5863824852743550867_oZabobony i gusła to określenia pejoratywne, wskazujące na głupotę, ciemnotę i bezsensowne praktyki, oderwane od rzeczywistości i skuteczności. Wszystko jednak zależy od kontekstu i tego, jaką im przypisujemy wartość (znaczenie). Czy będzie to próba tworzenia surogatu religii czy też etnograficzna próba zrozumienia przeszłości i… współczesności. Odkrywanie dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego może być także elementem budowania ciekawej oferty turystycznej, przygody i elementem edukacji. A także przywracaniem utraconego dziedzictwa kulinarnego. O wielu gatunkach roślin jadalnych i przyprawowych już zapomnieliśmy, zachwycając się tymi, sprowadzanymi z daleka. Dostrzeżenie głębszego kontekstu kulturowego w wykorzystaniu chwastów, takich jak bylica (zobacz Bylica, piwo, pieczona gęś i maść do latania,  O bylicy, płodności, przyprawach, kadzidle i starodawnym środku na robaki i na wszy ) to nie tylko niezwykła przygoda kulinarna ale i ochrona lokalnej różnorodności biologicznej. Im mniej wozimy towarów z daleka tym mniejsza jest niepotrzebna emisja gazów cieplarnianych. Pokrzywę udało się w Olsztynie już wprowadzić na wykwintne, gastronomiczne salony. Pora na kolejne zapomniane „chwasty”, np. bylicę pospolitą.

„To czego nie rozumiemy głupim nam się wydaje.” Przysłowia, tak jak poezja, są syntetycznym zebraniem doświadczeń różnych społeczeństw. A że zmienia się kontekst przyrodniczy i kulturowy to i niektóre przysłowia wydają się nam głupie, zabobonne. Tak jak i zwyczaje. Ale jeśli rozpocząć podróż etnograficzną a to wtedy w każdym guśle dostrzeżemy jakąś logiczną przeszłość i sposób patrzenia na świat innych ludzi. To pogłębiona turystyka – bo dostrzega się nie tylko obce miejsca ale i inne, czasem zaginione kultury. Aby przeżyć przygodę nie trzeba jechać daleko. Wystarczy się zagłębić w kulturę.

Bo na przykład ile jest sensu w odtwarzaniu maści czarownic do latania lub w poszukiwaniu kwiatu paproci? Obie te kwestie w jakimś stopniu wiążą się ze zbliżającą się nocą świętojańską i ziołami, które można spotkać na talerzu. Maść czarownic do latania istniała naprawdę, ale nie chodziło o latanie na miotle, jak to teraz ugruntowało się popkulturze i kreskówkach dla dzieci. O współczesnej maści do latania opowiem w restauracji Cudne Manowce, we wtorek 23 czerwca w noc świętojańską. Teraz przemilczę szczegóły by nie zepsuć niespodzianki. Manowcowa maść do latania będzie przykładem tworzenia produktów lokalnych w nawiązaniu do dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego regionu.

Zabobony wymyślamy ciągle. Zapewne ze strachu, obaw, próbując wpłynąć i podporządkować sobie rzeczywistość. To nie żadna religia, wierzenia, to natura człowieka. Studniówkowe czerwone podwiązki, przydeptywanie indeksu, zaginanie ostatniej kartki w indeksie papierowym (ten zabobon, zwyczaj, zabawowy rytuał znika, bo znikają indeksy papierowe), przydeptywanie książki lub notatek gdy upada na podłogę, przed egzaminem itd. Ciągle wymyślamy nowe. Przetwarzamy i aktualizujemy to, co wymyślili nasi przodkowie i wymyślamy nowe. Kultura jest jak ekosystem, ciągle się zmienia a jednocześnie zachowuje ciągłość. Pojawiają się gatunki nowe na drodze dyspersji (gatunki obce), czasem wywołują „zamieszanie” i zmiany w ekosystemach, ale i ewoluują gatunki stare. Jest w tej zmienności ekosystemów sukcesja ekologiczna (wymiana gatunków) jak i cenofilogeneze, koowolucyjne zmiany starych gatunków.

Podobnie i w kulturze, ciągłe mieszanie się różnych trendów – rodzimych i obcych - zanikanie niektórych elementów kultury, powstawianie nowych, powracanie „żywych skamieniałości” itd. Dla zabawy ożywiamy stare gusła, przesądy, „magiczne obrzędy”. Bo chcemy się ze sobą spotykać i być ze sobą częściej i nie tylko przed monitorem komputera. To nie jakaś głębsza wiara czy religia, to forma rytualnych elementów kultury, często powierzchownych, zabawowych, oderwanych od szerszej całości. Teraz wykorzystywanych do urozmaicania zabaw ale i pretekst do poznawania dawnych kultur. Zabobony które mają charakter edukacyjnych.

Carl_Axel_Magnus_Lindman__C._A._M._Lindman_19171926_Bilder_ur_Nordens_Flora_Tavl._510.Każdy przeciętnie wykształcony człowiek wie, że paprocie to rośliny zarodnikowe a więc kwiatów nie mają. Ale w każdej bajce jest ziarno prawdy, ponadto świat istot żywych jest tak różnorodny, że i niemożliwe staje się możliwym. Nie wierzycie? To czytajcie dalej.

Znamy legendy o świętojańskiej nocy i szukaniu kwiatu paproci. Skąd się ona wzięła? Dawniej wiedza biologiczna nie była tak dokładna jak teraz. Być może więc co innego brane było za kwiat. Paprocie są roślinami, a rośliny mają kwiaty. Są paprocie z wyjątkowo pięknymi kłosami zarodnionośnymi – piękne i ozdobne niczym kwiaty. Przykładem jest nasięźrzał (Ophioglossum vulgatum), przypominający kwitnącą konwalię, lub długosz królewski (Osmunda regalis) – z kłosami zarodnionośnymi niczym kwiatostany różnych gatunków szczawiu. Na świętojański kwiat paproci najbardziej pasuje nasięźrzał. Skąd taka dziwna nazwa? Aleksander Brückner wyjaśnia, że nazwa jest bardzo stara, odnotowana już w XV wieku. Pierwotnie zapisana jako nasieźrze (podobnie dziwnie brzmi jak nazwa rośliny nietubyć – ale i język się zmienia), później dopiero jako nasięźrzał. Była to roślina „miłośnicza”, sprawiająca, że na się źrzeć (zerkać, spoglądać) będą. Nic dziwnego, że skoro miała w wierzeniach moc miłosną, to była pilnie poszukiwana w noc Kupały, późnej zwaną świętojańską.

Dawniej nasięźrzał nazywany był także językiem żmii – bo rzeczywiście kłos zarodnionośny języczek tego gada przypomina. Taką też ma nazwę w języku łacińskim (naukową), a pochodząca z języka greckiego: ophis – wąż, glossa – język. Max Toeppen także pisze o zielu wężonym, które kwitnie tylko w noc świętojańską i to bardzo krótko. Ale tłumacz i redaktor nowego wydania z 2014 r. (Oficyna Retman, Moja Biblioteka Mazurska) próbują przypisać tę nazwę do bylicy estragon (bylica głupich, draganek). Dalej Toeppen, zbierający w książce zabobony (wierzenia) ludu mazurskiego z XIX w. pisze wprost o paproci, która zakwita w noc świętojańską o północy.

Nasięźrzał jest małą paprocią (od 5 do 30 cm wysokości), ale z wieloma prymitywnymi cechami, nawiązującymi do całkowicie wymarłej grupy staropaproci. Jak wyczytałem, jest to roślina szczególna, bo posiadająca około 1260 chromosomów, co jest niewątpliwie rekordem, przynajmniej wśród roślin. Z pionowego kłącza wyrasta jeden liść na długim ogonku. Z tego liścia, z jego pochwiastej nasady, wychodzi cienki kłos zarodnionośny (zarodnikowanie od czerwca do sierpnia, więc na noc świętojańską pojawia się i „zakwita”). Wygląda to jakby język węża wychodzący z liścia. Nasuwa się analogia z wężem kuszącym Ewę w raju, oraz z Ewą kuszącą Adama. Być może dlatego nasięźrzał był uosobieniem sceny kuszenia i mającą mieć zdolność jednania miłości. Żeby się chłopaki za dziewczynami oglądały. Afrodyzjak i tajna, magiczna broń kobieca. Tak jak odnotował Zygmunt Gloger w „Encyklopedii Staropolskiej”:

Nasięźrzale, nasięźrzale,

Rwę cię śmiale,

Pięcią palcy, szóstą dłonią,

Niech się chłopcy za mną gonią;

Po stodole, po oborze,

Dopomagaj Panie Boże.

Skąd taka moc miłosnego afrodyzjaku? Czy tylko przez skojarzenie kształtu, czy też może dawniej utrwalone było to jakoś w tradycji i praktykach? Od zapachu, smaku czy czegoś jeszcze? Podobno ten kwiat paproci ujawnia swą moc dopiero wtedy, gdy będzie zebrany w szczególny sposób, bądź jeżeli nad rośliną tą wymówi się magiczną formułę. Dziewczyna chcąc zyskać miłość upatrzonego chłopca musi zdobyć tę paproć w szczególniejszy sposób. A więc upatrzywszy za dnia miejsce, gdzie rośnie nasięźrzał, musi iść tam o północy nago i obróciwszy się tyłem – żeby jej diabeł nie porwał – rwać go, wymawiając pewną formułę, którą wyżej zamieściłem. Tak przynajmniej odnotował Gloger.

Współcześnie do zwyczajów świętojańskich i kupalnocki przypisujemy mocno znaczenie seksualne. Ale czy tak było dawniej? Na świat patrzymy przez pryzmat własnego wnętrza, a na przeszłość i przyszłość przez pryzmat współczesności. To nasza kultura końca XX wieku i początków XXI jest przesycona seksem, golizna wyziera z każdego miejsca, sprawność i atrakcyjność seksualna jest powszechnie pożądana, co widać w kulturze jak i reklamach. I ten swój współczesny obraz tego, co w życiu najważniejsze, przenosimy na przeszłość. Wątpliwe czy poprawnie. Dawniej ludzie w dorosłość wchodzili znacznie wcześniej. Dziewczyny szykowały się do zamążpójścia już w wieku kilkunastu lat. A w tym wieku – tak jak i obecnie – jedną z najważniejszych rzeczy jest potrzeba akceptacji i atrakcyjności. Najważniejszym problemem jest to czy będzie się kochanym i czy samemu potrafi się kochać. Zatem pragnienie by chłopcy się za dziewczyną gonili (zwracali uwagę) „po stodole, po oborze” wcale nie musi nieść pragnień orgiastycznych. Wyjście za mąż dawało przepustkę do dorosłości, samodzielności, wyższej pozycji społecznej. Młode dziewczęta poszukiwały więc prawdopodobnie kwiatu paproci z chęci łatwego zyskania akceptacji i zamążpójścia (kariera, awans) a nie żadnego rozpasania seksualnego.

W przykładach, jakie zebrał Max Toeppen kwiat paproci ziele wężowe, kwitnące w noc świętojańską, także przynosi szczęście. Ale w dawnych czasach za szczęście (rzecz najważniejszą) uważano bogactwo. Seksualność nie była tak eksponowana jak współcześnie. Tak więc kto nosi przy sobie kwiaty tego ziela, temu przekazuje ono cudowną moc. Na przykład pozwala odgadnąć gdzie znajduje się skradziony koń lub można dowiedzieć się o ukrytych w ziemi skarbach. No cóż, dla jednych szczęście to miłość i zamążpójście, dla innych (albo w innych okresach życia) to pieniądze i bogactwo. W tym jesteśmy bardzo podobni do naszych przodków. Wróćmy jednak do wierzeń ludu mazurskiego, zebranych przez Toeppena. Kwiat paproci przynosi szczęście, ale rzadko kto odważy się wyjść w nocy - by je odnaleźć i zerwać – ze strachu przed diabłem i czarownicami. Siły demoniczne pokonać (obłaskawić) można różnymi rytuałami czy wypowiedzianymi zaklęciami. Tak jak i dzisiaj… zrywamy gałązki brzeziny z ołtarzy z procesji Bożego Ciała, nie stawiamy damskiej torebki na podłodze by pieniądze nie uciekły itd.

Wiemy, że kłosy zarodnionośne pojawiają się od czerwca do sierpnia. Czyli wiemy kiedy szukać kwiatu paproci. Ale gdzie go szukać? Nasięźrzał pospolity (Ophioglossum vulgatum L.) to gatunek umiarkowanie światłolubny, rośnie więc w miejscach umiarkowania oświetlonych (nie zupełnie na słońcu, nie zupełnie w głębokim cieniu). Rośnie na glebach wilgotnych, na łąkach, w zaroślach. A więc kwiatu paproci w lesie raczej szukać nie będziemy, raczej na polanach i to wilgotnych, gdzieś na skraju torfowisk lub w pobliżu wód. A jest to gatunek rzadki, więc trudno go obecnie spotkać. Na dodatek to gatunek chroniony, więc jak nawet spotkamy, to zrywać nie wolno i niszczyć w żaden inny sposób. W Polsce nasięźrzał jest obecnie rzadko spotykany i jest na Czerwonej liście roślin i grzybów Polski w grupie gatunków narażonych na wyginięcie (kategoria zagrożenia V). Objęty jest ścisłą ochroną gatunkową od 2004. Jako ciekawostkę można jeszcze dodać, że nasięźrzał żyje w mikoryzie z grzybami. Rozmnaża się także przez pączki przybyszowe, powstające na korzeniach. Występuje w Europie, północno-zachodniej Afryce, Azji Mniejszej, na Kaukazie i Bliskim Wschodzie, także w zachodniej Azji, w Japonii i Ameryce Północnej. W Polsce spotkać go można na kilu rozproszonych stanowiskach. W dawnych mitach kwiat paproci, zakwitał raz w roku, w czasie przesilenia letniego (najkrótszej nocy). A jeśli nie zakwitał tylko jednego dnia, to może warto go było zrywać w tę jedną noc, bo wtedy miał moc magiczną, miłość gwarantującą lub znalezienie skarbu ze złotymi monetami.

Według niektórych entobotaników legenda o kwiecie paproci wywodzi się ze zwyczaju smarowania się przez kobiety liśćmi nasięźrzału, w trakcie obchodów nocy świętojańskiej, co miało w magiczny sposób podnieść ich atrakcyjność. Smarowania się, a więc jakiś sok-kosmetyk co urody dodawał lub zapach zniewalający mężczyzn wydzielał po roztarciu. Podobnie działać miało ziele bylicy pospolitej, które zawiązywały kobiety na udzie, by doznania seksualne były silniejsze lub wiły wianki lub przepasywały się bylicą. Zważywszy na higienę dawnych czasów każda roślina aromatycznie i miło pachnąca ułatwiała zbliżenie… Nie musiał być to afrodyzjak w naszym rozumieniu.

Możliwe, że moc swoją nasięźrzał miał ze względu na skojarzenia z językiem żmij, węża czy innego gada. Działałby więc jak placebo (a czyż my nie stosujemy masowo leków homeopatycznych?). A może miało to ziele jakieś właściwości, o których już nie pamiętamy, a ze względu na rzadkość rośliny badać już nie będziemy (pod kątem zawartości różnych związków biologicznie czynnych).

Jeśli dobrze poszukać to niemożliwe staje się możliwe i nawet paproć „zakwita”. Wystarczy tylko dobrze poszukać w naszych przepastnych zasobach dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Skoro istnieje kwiat paproci… to i maść do latania istnieje.

C.d.n.

Ilustracja nasieźrzała (grafika niżej): Carl Axel Magnus Lindman - C. A. M. Lindman (1917-1926) Bilder ur Nordens Flora, Tavl. 510, Wiikimedia Commons.

zobacz też:

Chruścikowe lepianki, przeklęta panna i Jerzy Helwing

sczachor

lepionkiW starych archiwach można znaleźć dużo ciekawych i ważnych naukowo faktów. Trzeba tylko umieć szukać i je odczytywać (odszyfrowywać). Bowiem dawne nazwy nie zawsze były nazwami naukowymi. Czasem tylko jakiś pokrętny opis zwierzęcia czy rośliny. Ale znając kontekst historyczny i biologię gatunku można co nieco zidentyfikować. Mój znajomy z Warszawy - dr Stanisław Cios, specjalizuje się w docieraniu do dawno zapomnianych informacji. Szuka tam, gdzie inni nie zaglądali. Niedawno przysłał mi wycinek z Dziennika Poznańskiego, z roku 1897 (nr 277, 4 XII). Jest tam zdanie o chruścikach. "Lepionki sieciówek (Phryganea) (…) znalezione w Obornikach".

To pierwsze znalezione określenie na domki chruścików jako lepianki, lepionki. Dobrze oddaje charakter budowy domku: przyklejanie, lepienie z fragmentów roślin, kamyczków czy muszelek ślimaków. Niczym dawna lepianka. W tamtym okresie chruściki zaliczane były do sieciówek (sieciarek). Teraz mało kto o tym pamięta.

Mam chruściki z rzeki Wełny w Obornikach, znalezione przez Huberta Adamka w 2006 i 2011 roku Jeden jest tylko domkowy: Brachycentrus subnubilus, pozostałe budują sieci łowne, drapeżny Polycentropus flavomaculatus i filtratorzy z rodziny wodosówkowatych: Hydropscyhe contubernalis, Hydropsycje pellucidula i rzadki gatunek Hydropsyche guttata. W okolicach Obornik na pewno występowało i występuje dużo gatunków chruścików, nie tylko z rzeki. Najpewniej w cytowanym fragmencie chodziło o inne gatunki niż moje, budujące raczej duże domki.

Jak widać z zamieszczonego wycinka modne były w tamtym czasie prywatne kolekcje i gabinety osobliwości. Tak powstawały wspołczesnie znane muzea przyrodnicze. Przy tej okazji warto przypomnić niezwyką postać z naszego regionu Jerzego Andrzeja Helwinga , pastora, lekarza i botanika z Węgorzewa. Opisywał rośliny i tworzył unikalny zielnik. Przypomnijmy, to był wiek XVII ! Helwing to taki nasz Linneusz. Helwing zajmował się badaniem szaty roślinnej Prus. Opisał wiele gatunków roślin i zanotował ich lokalne, mazurskie nazwy. To ogromne bogactwo etnograficzne. Zielnik Helwinga się zachował można do niego jeszcze i dziś sięgać..

W Sulicach założył ogród botaniczny, gromadził w swoich zbiorach przyrodniczych, uważanych za największe w Prusach, bogate kolekcje skamielin. ryb, owadów, ślimaków, jaj ptasich, minerałów, bursztynów, Domyślam się ze i chruściki musiały tam być. Może zasuszone owady dorosłe a może domki (lepionki) chruścików. Ciekawe jak je wtedy nazywano, i domki i chruściki.

cykoriakwiatyW dawnych, lokalnych nazwach zapisana jest historia postrzegania świata przez człowieka. Nazwy roślin i zwierząt powiązane są różnymi historiami i interpretowaniem przyrody. Bo na przykład dlaczego na cykorię podróżnik dawniej na Prusach (co zanotował Helwing) mówiono Przeklęta panna? Roślina rośnie przy drogach polnych. Dlatego nazywana jest podróżnikiem. Roślina jadalna o pięknych niebieskawych kwiatach. Z korzeni robiło się kiedyś kawę lub dodawało do kawy zbożowej. Ktoś jeszcze pamięta kawę zbożowa z cykorią? Ale dlaczego przeklęta panna? Może wiąże się to z jakąś historią lub zwyczajami? Panny wygnanej ze wsi, przeklętej bo może „zbrzuchaconej” lub inaczej zhańbionej, wygnanej na poniewierkę, obnoszącej się ze wstydem?

Albo dlaczego na kąkol polny mówiono szalonka? To łatwiej odszyfrować. Kąkol to chwast, roślina trująca. Gdy nasiona dostają się do mąki, to chleb bywał gorzki i trujący. Zawarte substancje mogły mieć właściwości odurzające, stąd szalejące osoby po jej zjedzeniu (rośliny lub chleba z maki zanieczyszczonej kąkolem). Roślina szkodliwa także dla zwierząt domowych – to one mogły szaleć (dostawać szalonki).

Albo roślina o nazwie nietubyć, mająca chronić od uroku, bronić przeciw czarom. Dla entomologa ta roślina kojarzy się z czymś innym niż magią – jest rośliną żywicielską dla dwóch gatunków modraszków (takie niebieskie, małe motylek). Albo niewieście psiny. Nazwa urokliwa, tylko czy ktoś potrafi odtworzyć genezę tej nazwy i związane z tym historie (tak jak w przypadku ryżych zygmuntów)?

Lokalne nazwy szybko przemijają. Być może zostały gdzieś zapisane. Trzeba jednak wytrwałych i uważnych przeglądaczy archiwów by z miejsc nieoczekiwanych wydobyć słowa i historie, zdawałoby się dawno i nieodwracalnie utracone. Skarby wykopać można nie tylko na polu ale i w bibliotece. A teraz, gdy coraz więcej starych gazet i ksiąg dostępnych jest w wersji cyfrowej, to każdy może przeglądać przepastne zasoby biblioteczne całej ludzkości. Byle by dostęp do internetu i ciekawośc poznawcza były. Szukajmy więc starych historii.

Innowacyjne, pionowe ogrody w Olsztynie

sczachor

19399_10206028013212757_8655785745977040879_nO pionowych trawnikach, umieszczanych na ścianach budynków już słyszałem. Jeden taki niedawno powstał w Warszawie, na budynku pasywnym. Ale i do Olsztyna takie ciekawe nowinki docierają. Mamy już nie tylko zielone dachy (budynek uniwersytecki w Kortowie) ale i wertykalne żywe obrazy! W pierwszym pasywnym budynku wielorodzinnym w Olsztynie właśnie powstają pionowe ogrody (otwarcie 18 czerwca 2015 r.). Ogromnie nietypowe i nowatorskie rozwiązanie. Siedem małych (na każdym piętrze, na klatce schodowej) oraz jedna duża kompozycja na parterze, łącznie ponad 60 m2 pionowych ogrodów. I to powstałych w ciągu tygodnia (wliczając projektowanie)! Szalone tempo i niezwykle trudne wyzwanie. Realizacji podjęła się florystka Zofia Wojciechowska z małej firmy z Mrągowa oraz Joanna Bogdanowicz z Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Na co dzień pani Bogdanowicz zajmuje się epifitami w szklarniach.

Do realizacji tego śmiałego wyzwania potrzebna była duża kreatywność, by w ciągu tygodnia zaplanować kompozycję i ją zrealizować. Potrzebne było duże zaufanie i wsparcie kolejnej firmy z Mrągowa – Blixten. Pierwszą trudnością była zupełnie nowa technologia wertykalnego ogrodu. Nietypowa, więc panie musiały zastosować zupełnie nowe i szybko wymyślone rozwiązania. Ponieważ wszystkie wykonane pionowe ogrody znajdują się wewnątrz budynku to zaproponowały rośliny szklarniowe, epifity. Gatunki rodzime się nie nadawały. Ponadto czas realizacji – siedem dni. Nie byłoby skąd wziąć materiałów. Bo w ciągu tygodnia miała powstać gotowa kompozycja a nie zaczątek, który rósłby miesiącami.

Kompozycja roślinna jest obrazem, a w zasadzie cyklem żywych obrazów. Największa kompozycja to rzeka Łyna, kręta i błyszcząca się pośród zieleni. Nad Łyną drzewa, liście i… białe motyle. Osobiście wolałbym ważki i chruściki, ale wtedy storczyki musiałyby mieć inne kolory. Białe motyle też wyglądają urokliwie. Na drzwiach – bo to nawet nie ściany ale ruchome drzwi – na klatce schodowej dominują kompozycje, przypominające nadrzeczne drzewa. Żywe obrazy, ktre będą się rozwijały i zmieniały.

Gatunki roślin nie są przypadkowe. Po pierwsze wybrano szklarniowe epifity, by jak najlepiej znosiły warunki wnętrza budynku. Ale wybrano także gatunki, które będą nawilżały powietrze, będą miały właściwości dezynfekujące oraz będą oczyszczały powietrze z substancji szkodliwych, typowych dla nowego budynku (kleje, farby itd.). 1500 roślin przyjechało aż z Holandii, prosto od producenta roślin. W Polsce nikt w tak krótkim czasie nie był w stanie zagwarantować tylu konkretnych roślin.

Te żywe obrazy znajdują się w budynku mieszkalnym, ale ponieważ na ostatnim piętrze mieści się galeria sztuki, to będą mogły być podziwiane nie tylko przez mieszkańców tegoż budynku. Niech rosna i inspirują, by Olsztyn ponownie stał się miastem-ogrodem.

(więcej zdjęć na FB)

Jak Kłobuka do dziupli przeniosłem i co z tego wyniknęło

sczachor

dziuplaKłobuka umieściłem w dziupli w roku 2006. Byłem w tym czasie na stażu w pensjonacie w Łajsie. Jednym z efektów tego stażu był opracowany prototyp przewodnika turystycznego pt. „Łajs – niecodzienny przewodnik turystyczny po okolicy, przyrodzie i historii”. W tym czasie powstawała Aleja Biskupów w sąsiednich Bałdach. Piękna aleja z dziuplastymi drzewami (zdjęcie obok) – unikalnym już siedliskiem dla specyficznej fauny saproksylofagów. Szukałem pomysłu na połączenie elementów kultury z przyrodą. W ochronie przyrody znane jest pojęcie gatunku parasolowego (osłonowego). Ale chciałem znaleźć „gatunek” o silnych konotacjach kulturowych, trochę baśniowy. Kłobuk jako duszek, demon domowy mocno utrwalony jest w kulturze Warmii i Mazur. Kłopot tylko taki, że to postać mieszkająca w obejściu (a nie w lesie), przedstawiana pod postacią czarnej, zmokłej kury, czasem sypiącej iskrami. Pachnica dębowa nie byłaby dobrym gatunkiem dla ochrony drzew dziuplastych w powiązaniu z dziedzictwem kulturowym. Przeniosłem więc Kłobuka do dziupli.

Dla lepszego uzasadnienia przestudiowałem sporo opracowań etnograficznych, łącznie z mitologią Słowian. W ciągu kilku lat znajdowałem kolejne wątki i powstało na tej podstawie sporo felietonów i esejów. W latach 2008-2013 uklazywały się w Wiadomościach Uniwersyteckich felietony pod tytułem „Z kłobukowej dziupli”. Pod takim samym tytułem ukazywały się w latach 2013-14 felietony na stronie Radia Olsztyn .

Pierwszym ciekawym efektem, dla mnie zaskakującym, było wypatrzenie na stoisku z regionalnym rękodziełem… Kłobuka w dziupli! A więc się przyjęło. A gdy niedawno zainteresowałem się grywalizacją i questingiem, od bibliotekarzy przyszło zaproszenie na „Piknik z Kłobukiem” – na którym będę opowiadał o przyrodzie Warmii w połączeniu z dziedzictwem kulturowym.

Kłobuk to baśniowa postać a wcześniej demon domowy, chyba słowiański, na Prusy przywędrował wraz z osadnikami z północnego Mazowsza. Typowy demon domowy, przedstawiamy albo w kształcie człekopodobnym albo zwierzokształtnym (zoomorficznym). W tym drugim jak częściej w postaci zmokłej, czarnej kury.

Na sobotnim Pikniku z Kłobukiem, 13 czerwca 2015 r. w pogadance (wykład w terenie) zatytułowanej „Warmińskie pogadanki przyrodnicze - z kłobukowej dziupli", będę opowiadał o tym, jak to dawniej było, gdy świat był całością a elementy przyrodnicze łączyły się ze światem mitów i demonów. Dawniej cała przyroda była postrzegana jako mocno powiązana z demonami i siłami nadprzyrodzonymi. Współcześnie oddzielamy te dwa różne światy, ale sporo elementów dawnego świata zachowało się w nazwach gatunkowych roślin i zwierząt (kłobuk jako nazwa podbiału, owady: rusałki, wieszczyce, świtezianki, topielice, bagniki itd.) oraz jako inspiracja dla literatury: baśnie, bajki, fantazy (w tym Sapkowski i Wiedźmin). Ślad dawnego patrzenia na świat wokół nas zachować się więc w literaturze, mitologii i zwyczajowych nazwach organizmów żywych. Poza Kłobukiem można przecież nawiazać do takich demonów jak: Bagiennik, Bies, Boruta zwany Leśnym, Lesij, Leszy, Borowy, Wodnik (Utoplec, Utopek w folklorze śląskim), Rusałki - zwane też boginkami, Licho itd.

Obserwowanie przyrody wokół nas jest niezwykłą przygodą, swoistą grą terenową w pochody (questing przyrodniczy). Można wykorzystać mobilny internet oraz aparat fotograficzny (czy dyktafon) do rozpoznawania tego, co wokół nas. Na wycieczkę warto więc zaopatrzyć się w odpowiednie książki przyrodnicze… i zacząć szukać w terenie roślin i zwierząt, zrobić zdjęcie lub nagrać odgłosy. Spróbować rozpoznać z pomocą książek lub konsultacji internetowych na portalach społecznościowych napotkane gatunki roślin, grzybów i zwierząt. A potem poszukać o nich informacji w książkach (trzeba wybrać się do biblioteki) lub internecie (też można skorzystać z biblioteki). I odszyfrować zwyczaje tych gatunków oraz związki z kulturą, z dawnymi legendami, mitami, wykorzystaniem w magii czy w medycynie (zioła i leki). A nawet w kuchni.

Na sobotnie spotkanie wybrałem krótkie opowieści o organizmach żywych, które można spotkać w okolicy plaży miejskiej: 1. Kłobuk prosto z dziupli, gatunki zające w dziuplach i martwym drewnie; 2. Podbiał jako kłobuk, właściwości lecznicze ziół (związek z magią); 3. Kwitnący czarny bez (sok i naleśniki z czarnego bzu); 4. Motyle rusałki: rusałka pokrzywnik, rusałka admirał, rusałka osetnik, wędrówki motyli; 5. Zmierzchnica trupia główka – ćma która piszczy i szepcze do ucha czarownic; 6. Bylica pospolita roślina magiczna, wykorzystywana w noc świętojańską do wyrobu wianków i do produkcji maści do latania (domena szamanów, czarownic i wiedźm); 7. Owady wodne i demony słowiańskie: świtezianki, topielice, bagniki; 8. Owady zapylające i hotele dla pszczół, murarka leśna, co mieszka w muszli ślimaka; 9. Latarnia wróżki i knapiatek oraz pasożytnicze błonkówki.

Od umieszczenia Kłobuka w dziupli minęło już blisko 10 lat. Na razie zaowocowało zaproszeniem na Piknik z Kłobukiem i pogadanką nad jeziorem. Ale w przyszłości planuję rozwój innowacji, w kierunku questingu i gier terenowych z Kłobukiem w tle. Czyli z elementami edukacji pozaformalnej z nawiązaniem do dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego.

Wcześniejsze moje teksty o Kłobuku:

W 2006 roku tak pisałem:

Kłobuk – to bajkowy stwór z mazurskich i warmińskich bajań wzięty. Ale w diable zwanym Kłobukiem odnaleźć można bardzo stare ślady mitologii Słowian i Bałtów. Kłobuk wywodzi się z pierwotnego mitu demona domowego (może mieć człowiekowaty kształt) albo z demona leśnego. Zatem Kłobuka należałoby szukać w drzewach dziuplastych. Samo słowo „kłobuk” najprawdopodobniej pierwotnie oznaczało koguta. Nic więc dziwnego, że najczęściej przedstawiany był jako czarny kogut lub zmokła czarna kura (późniejsze moje ustalenie doprowadziły co do głuszca z Polesia). Wedle niektórych podać ludowych Kłobuk lubi spać w beczce z pierzem. Skoro lubi miękkie posłanie, tym bardziej należałoby go szukać w dziuplach z miękkim próchnem. W czasie spacerów po okolicznych lasach i przydrożnych zadrzewieniach warto rozejrzeć się za warmińsko-mazurskim Kłobukiem. Tak jak mazowiecki Kusy, możliwe że chroni się w przydrożnych, dziuplastych drzewach, czyniąc psoty przeróżne. Obecnie drzewa dziuplaste spotkać można prawie wyłącznie przy drogach. A przy drodze i o człowieka łatwiej, aby go nastraszyć, oszukać, wywieść na manowce. Kłobuk - demon domowy, pochodzący z przyrody (wtedy najpewniej z lasu, choć „kołpak” jako czapka wskazywałby step i najazdy koczowników) albo jako zmarły przodek. Kłobuk to także prasłowiańskie imię własne. Pozostałością jest mazowiecka wieś Kłobukowo, która nazwę wzięła od osadnika o imieniu Kłobuk. Imię „Kłobuk” nie jest niczym nadzwyczajnym, jako że i występowały imiona „Boruta”.

Kłobuk przybył z Mazowsza, wtopił się w mitologię Bałtów (Prusów), ze względu na duże podobieństwa mitologiczne i przenikanie się kultur (czarny kolor, zwierzęta-demony przynależne Welesowi. „Członkowie kultur tradycyjnych żyją w ścisłej więzi z otoczeniem przyrodniczym, które ich karmi, odziewa, umożliwia przetrwanie i pomaga. Relacje te mają charakter zwrotny, bez odpowiedniej troski ze strony człowieka symbioza ze środowiskiem leśnym czy polnym zakończyłaby się klęską – taką sytuację jakże często możemy obserwować dzisiaj wokół nas”Ale nie oznacza to, że społeczności tradycyjne nie wpływają na środowisko. Nawet najbardziej prymitywne kultury przekształcają środowisko, także w sensie negatywnym. To raczej podkreślenie silnego związku kultury z przyrodą i wzajemnego się mieszania: wpływu przyrody na człowieka, pomieszanie zjawisk kulturowych, religijnych i przyrodniczych. „Pozwolili natomiast mówić przyrodzie pełnym głosem, przypisując jej świadomość i ustanawiają szereg personifikujących pierwiastków otoczenia, które określa się jako demony. Ich zadaniem jest pośredniczenie, mediacja między naturą a światem kultury. Wyobrażenia, mity i obrzędy związane z tą sferą codziennego kontaktu rozpowszechniane były w kręgu rodzinno-rodowym”

(...)

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci