Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Masło wiedźm czyli wiedźmy i czarownice z przyrodniczego punktu widzenia

sczachor

Tremella_mesenterica_a1_Jerzy_OpioaJak podaje Moszyński w „Kulturze ludowej Słowian” ćma zmierzchnica (Sphinx a więc jakiś zawisak) jest uważana z jednej strony za bardzo częste wcielenie duszy ludzkiej (lub po prostu za tę osobę), z drugiej zaś za wcieloną duszę wiedźmy lub zmory. Mamy więc jakiś entomologiczny i przyrodniczy aspekt poszukiwania genezy wiedźm. Nie wiem czy chodziło Moszyńskiemu o zmierzchnicę trupią główkę (O motylu co trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera) czy dowolną ćmę z grupy zawisaków (albo jakąkolwiek dużą ćmę). Sama zmierzchnica trupia główka u nas rzadko się pojawiała. To motyl śródziemnomorski. Więc może w wierzeniach ludowych chodziło o ćmę w ogóle lub ćmę z rodziny zawisakowatych. Ewentualnie jest to kulturowe zapożyczenie, które do tradycji ludowej trafiło z książek poprzez kościół lub pański dwór.

Z kolei u Erazma Majeckiego (Słownik nazwisk zoologicznych i boranicznych z 1889 roku) pod polską nazwą „wiedźma” kryje się motyl Nymphalis velleda. Niestety nie mogę odszukać współczesnej, naukowej nazwy tego owada. Majecki użył chyba jakiegoś starszego synonimu. Natomiast pod nazwą „czarownica” kryła się u niego Circaea - roślina, zwana także czarnokwit, czarownik, czartawa, czartownik, czyrnidło, niewieście psiny.

Czartawa pospolita (Circaea lutetiana L.) to gatunek rośliny wieloletniej z rodziny wiesiołkowatych. Występuje w całej Europie, na znacznym obszarze Azji oraz w Afryce Północnej. W Polsce gatunek ten jest stosunkowo częsty i pospolity. U Majeckiego zapisana także pod nazwami: czarownica paryzka, czarownik, psiny niewieście (te psiny niewieście mocno mnie zastanawiają, co to znaczy i skąd się wzieło). W Rusińskim - czarnocvit, w chorwackim - vilenicka trawa, bahornica, carownik. Nie mogłem doszukać się wykorzystanie tejże rośliny w medycynie ludowej. Natomiast jako czarownik, czarnokwit, niewieście psiny wymieniana jest w „Zielniku czarodziejskim to jest zbiór przesądów o roślinach” Józefa Rostafińskiego z dopiskiem „Circe zamieniała nim ludzi w bestye rozmaite, w kamienie, drzewa i cokolwiek chciała”. Wskazywałoby to na zapożyczenie z kultury śródziemnomorskiej. Więcej doszukałem się w „Medycynie dawnej i współczesnej” Henryka Różańskiego (http://rozanski.li/1056/circaea-czartawa-w-ziololecznictwie-domowym/):  „W zielu czartawy występują flawonoidy (witeksyna, izowiteksyna, wicenina, orientyna w formie glikozydowej), leukoantocyjany, kwas synapinowy, cynamonowy, galusowy, kawowy i ferulowy. Surowcem jest ziele zbierane do jesieni, najlepiej w czasie kwitnienia i owocowania. Ziele z owocami zawiera więcej fitosteroli niż przed kwitnieniem. Herbatka z ziela czartawy działa odtruwająco i moczopędnie, nieznacznie wpływ na układ krążenia. W większych dawkach może mieć ochronny wpływ na wątrobę i rozkurczowy na drogi żółciowe, wreszcie żółciopędny. Prawdopodobnie poprawia też krążenie oczne i stabilizuje strukturę ścian naczyń krwionośnych. Napar nadaje się do codziennego picia zamiast herbaty, jest smaczny i zawiera antyoksydanty oraz wymiatacze wolnych rodników, substancje hamujące generalnie stany zapalne i rozkurczowe na mięśnie gładkie.(…) Dawki naparu z czartawy: zioło całkowicie bezpieczne, napar można pić szklankami. Wykazuje synergizm z głogiem, nawłocią, kaliną (kwiat i owoc), liściem i owocem borówki, diosminą, fiołkiem trójbarwnym, pokrzywą, wiesiołkiem, miłorzębem i glistnikiem.” Nie wiem czy te właściwości są potwierdzone medycznie i czy są to współczesne ustalenia czy też może pochodzą z przeszłości (utrwalone w tradycji ludowej). Bo przecież w każdym zielu coś się znajdzie, jeśli tylko poddać naukowej analizie. Mam na myśli różnorodne substancje biologicznie czynne. Można sądzić, że „magiczne” właściwości czartawy zawędrowały do nas wraz z literaturą starożytną (przez piśmienny kościół lub dwór). Mało prawdopodobne by była umocowana w dawnej tradycji prasłowiańskiej.

Znalazłem jeszcze grzyba o nazwie masło wiedźm. Tyle, że jest to tłumaczenie z języka angielskiego - witches’ butter. Zatem nazwa z wiedźmą powstała na Wyspach Brytyjskich a nie u nas. Niemniej chodzi o grzyba u nas występującego - trzęsaka pomarańczowożółtego (Tremella mesenterica Retz). W polskim piśmiennictwie gatunek ten występuje także pod nazwami: kisielec pomarańczowy, galaretowiec kruszkowy, galaretowiec pospolity, móżdżak kruszkowy, trzęsidło pomarańczowe, trzęsak pomarańczowy i trzęsak złotożółty. Nie jest trujący ale uważany za niejadalny. Nie odznacza się żadnym smakiem ani zapachem, jest galaretowatej konsystencji. Mało apetyczny. W naszej tradycji nie został powiązany z wiedźmami czy mocami nieczystymi.

W tradycji anglosaskiej, a co za tym idzie i w języku, więcej grzybów nosi nazwy diabelskie i czarownicze: witch’s hat - kapelusz czarownicy (wilgotnica czerniejąca Hygrocybe conica, grzyb lekko trujący, powoduje zaburzenia trawienne), destroying angel - niszczycielski anioł (muchomor jadowity - ten na pewno jest trujący), sevil’s urn - urna diabła. W jakimś stopniu można zaliczyć także dead man’s fingers (palce trupa, palce umarlaka - Palce umarlaka w Puszczy Białowieskiej). W polskie tradycji mamy tylko trującego „szatana” - borowika szatańskiego Rubroboletus satanas.

Dużo więcej demonów słowiańskich i prasłowiańskich kryje się w nazwach owadów takich jak wieszczki, wieszczyce, rusałki, świtezianki, topielice, żyrytwy itd. Dużo jest także w nazwach roślin (czarcie żebro itd.).

c.d.n. gdy powrócę do poszukiwań etnograficznych.

Fot. Jerzy Opioła, Wikimedia Common https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Tremella_mesenterica_a1.JPG

Ażebym nie urzekł czyli wiedźmy huculskie (Część 3. Poszukiwanie genezy wiedźm)

sczachor

huculszczyznaKontynuuję swoje poszukiwania genezy słowa wiedźma. Po Polesiu (Wiedźmy poleskie czyli skąd się wiedźma u nas wzięła) tym razem sięgam do Huculszczyzny. Zajrzałem do starej, etnograficznej książki Włodzimierza Szuchiewicza pt. „Huculszczyzna” tom IV., wydanej w 1908 roku, dobra i rzetelna praca etnograficzna. Treść jeszcze nie została skarżona współczesnym, medialnym (Hollywoodzkim) punktem widzenia i nowym kulturowym kreowaniem fantastycznych światów. A materiały z żywej pamięci pochodzą z wieku XIX. Zatem materiał wiarygodny i rzetelny. W rozdziale XX („O bogach ziemskich i ludziach niezwykłych") przeczytać można i o wiedźmach. W zasadzie zawarte fakty etnograficzne (to jak sobie Huculi wyobrażali wiedźmy i co o nich sądzili) potwierdzają wcześniej przytaczane (w poprzednich wpisach o wiedźmach) zdanie Moszyńskiego, że wiedźmy należały do kategorii półdemonów, z pogranicza świata ludzi i demonów.

Cóż więc Huculi myśleli o wiedźmach? „Wiedźma to kobieta, z której podczas snu ulatuje dusza, wychodząc tyłem przez otwarte okno, drzwi lub komin. [tu moja mała dygresja - pogańska Słowiańszczyzna wyobrażała sobie duszę jako coś fruwającego zazwyczaj jako ptaka, być może czasem także owada-ćmy. W odniesieniu do ptaków zrozumiały był szacunek dla bocianów i jaskółek] Dusza wiedźmy wygląda jak świecąca, przejrzysta kula, która toczy się ogrodami, polami, na miejsce swojego przeznaczenia; można ją widzieć, a pochwycić ją może tylko kobieta połami swej koszuli, a mężczyzna spodniami, a przechować można ułowioną duszę tylko w makutrze; [makutra kojarzy mi się z ucieraniem maku. Być może owa makutra do przechowywania duszy wiedźmy ma jakiś związek z makiem i poprzednio przytaczanymi informacjami z Polesia, gdzie mak związany był z odczynianiem przeciw wiedźmom i zwany był wiedunem] gdyby przy tem ta kula pękła, umiera równocześnie kobieta, z której dusza uleciała. Gdyby kto pochwycił taką duszę, a ciału nadał inne położenie, jak to było, gdy ona z niego wyleciała, albo gdyby kto wziął ciało z miejsca, gdzie ta kobieta usnęła, ona nie ożyje, chociażby wypuścił ujętą duszę; trzeba poprzód położyć ciało na swoje miejsce i to w pierwotne położenie, wtedy dopiero wejdzie weń dusza i to tylko nocą, nigdy w dzień.”

No to mamy obraz wiedźmowej duszy. Pora coś więcej dowiedzieć się o samych wiedźmach: „Kobiety, co rodzą się wiedźmami, mają maleńki twardy ogon; są i bezogonowe wiedźmy, któremi stały się złe kobiety; te są wiedźmami od ludzi, a tamte od krów, owiec itp.”. Ewidentnie widać więc, że wiedźmy z zasady są złe. Mogą się takie urodzić. Być może ów ogon to medycznie udokumentowane przypadki urodzenia się ludzi z dłuższą kością ogonową. Jak każdy niecodzienny i „inny” przypadek w budowie anatomicznej budził strach i wymagał jakiegoś światopoglądowego uzasadnienia. 

Nocą siadają wiedźmy na kociubę [narzędzie do wygarniania węgli z pieca chlebowego albo pogrzebacz, rodzaj pogrzebacza służącego do rozgarniania żaru w piecu chlebowym, ale także rodzaj płaskiej szufli, służącej do wkładania i wyjmowania ciasta (bochenków chleba itd) z pieca chlebowego - jak widzimy nie tylko miotła służyła do latania] lub miotłę i wylatują zwyczajnie kominem na oznaczone miejsce, na jakiejś górze lub na miedzy, gdzie odbywają swe narady; tam rozdziela pomiędzy nie czart szczeć, ażeby miały czem ciąć ludzi.” W dalszej części jest wzmianka o cięciu, zatem pewnie tną ową szczecią. Mamy więc drugi sposób podróżowania, już nie tylko dusza ulatująca nocą ale i sama wiedźma może latać (na miotle lub kociubie). W każdym razie spotykają się z czartem, silą nieczystą i bezwarunkowo szkodzą ludziom. O żadnej wiedzy na temat ziołolecznictwa w świadomości Hucułów sprzed ponad wieku nie ma mowy. Pomocne to nam będzie do oddzielenie tego co było dawniej, od współczesnego tworzenia wizerunku wiedźm. Ale to inna oczywiście opowieść.Wróćmy do huculskich wiedźm (etnograficznych zapisków Szuchiewicza). „Wiedźmy nasyłają chorobę, lub szkodzą człowiekowi materyalnie, ogryzając np. las, skutkiem czego on usycha lub t.p. One czarują w miejscach, którędy bydło idzie do wody, nabierając gliny ze śladu bydlęcia, wyskubują mu włosy, udoją mleka, a urobiwszy z gliny, włosów i mleka maleńkie baryłeczki, przechowują je w drzewach świerkowych.” Szuchiewicz w przypisie zaznacza, że baryłeczki to poczwarki chrząszcza Monochamus sartor - żerdzianka krawiec, chrząszcz z rodziny kózkowatych, zasiedla bory iglaste. w Europie Środkowej gatunek współcześnie rzadki, larwy żyją pod korą i tam następuje przepoczwarczenie. Huculi mocno związani byli z lasem i drewnem, większość ich wyrobów była z drewna. Zapewne często tego chrząszcza spotykali. Jak widać przypisywali mu magiczne właściwości, efekt knucia wiedźm ale i dobry środek do pomnożenia bogactwa (o tym niżej). Może jakoś wiązało się to z opisywanym szkodzeniem w postaci „ogryzania lasu, skutkiem czego on usycha” ? Erazm Majecki w „Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich” z 1894 roku dla wspomnianego chrząszcza takie podaje polskie nazwy: cierniorożec, żerdziak, żerdzianka. „Kto taką baryłeczkę znajdzie, daje ja swej krowie, a krowa daje wskutek tego dużo tłustego mleka. [zatem jakiś sposób na przechytrzenie wiedźmy lub wykorzystanie jest działań na swoja korzyść] Wiedźma wchodzi do stajni, a gdy nassie się mleka, wraca wypełniona kulą do domu, gdzie wydaje mleko używane, a sama wchodzi przez usta w ciało. Wiedźma od krów może nadoić mleka i z międlicy, przysiadłszy koło niej, jak do podoju i wetknąwszy nóż w międlicę.”

Zatem wiedźmy kradną mleko krowom, przylatując jako dusza, zatem niewidzialna lub trudno dostrzegalna dla ludzi. W wielu opowieściach etnograficznych wiedźmy albo kradną mleko krowom, albo sprawiają, że krowy mało mleka dają (przez co działają na szkodę ludzi). Chciałbym na ten aspekt zwrócić uwagę. Praindoeuropejczycy wiązani są z udomowieniem bydła i hodowlą. Całoroczne wykorzystanie mleka dawało duży zysk cywilizacyjny i populacyjny (uniezależniało od sezonowości rolniczych plonów i zapobiegało głodowi). Być może stąd taka duża estyma dla bydła (widoczna także u indyjskich Ariów), zarówno w postaci wierzeń jak i obaw przez „zabraniem” mleka, podstawy wyżywienia i gospodarki. Te wywody o mleku i wiedźmach wskazywałyby, że wiedźmy jako złe demony czy półdemony pochodzą z dawnej prasłowiańskiej (może nawet praindoeuropejskiej) tradycji. Błędne są więc niektóre współczesne wywody jakoby dawniej, w przedchrześcijańskiej Słowiańszczyźnie wiedźmy były „dobre” i miały wiedzę jak wykorzystywać zioła do leczenia ludzi, a dopiero w czasach chrześcijańskich niesłusznie i z niewiedzy zostały uznane za złe. Zanim przytoczę kolejny fragment z „Huculszczyzny” Szuchiewicza, jeszcze małe wyjaśnienie czym jest międlica (młode pokolenie wiedzieć raczej nie może, chyba, że ze skansenu). Międlica, to drewniany przyrząd do międlenia lnu lub konopi. Z krową i mlekiem nic nie ma wspólnego. Może tylko wygląd, stojącej międlicy jakoś przypominałby czworonoga?

Huculi wiedźmy i upiory podobnie traktowali Upiór to znów taki mężczyzna, jak wiedźma. Jedni są od koni, inni od rybołowstwa, od myślistwa itd. Upiór wie, która z kobiet jest wiedźmą, to też może przeszkodzić jej zamysłom; jeżeli znają się oboje, wtedy zamienia się upiór na konia, a wiedźma jedzie na nim.” Ot, siła złego na jednego (człowieka). Skoro wiedźma czy upiór szkodzi to i wiele różnych praktyk magicznych z ziołami i innymi odstraszaczami wiedź i czarownic wszelakich zachowało się w zwyczajach ludowych, spisanych przez dawnych etnografów. Na przykład miotła czy siekiera położona na progu lub przy progu, wtykanie pokrzywy lub bylicy w strzechę obory, czy zakładanie na rogi krowom, by odstraszyć wiedźmy. Być może i świętojańskie wianki były sposobem zabezpieczania się ludzi przed wiedźmami. Traktowanymi jako zło czające się na zdrowie i majętność ludzi.

Wróćmy do Huculszczyzny „Wiedźma, która nie ma gniewu do nikogo, przemawia wchodząc do izby lub do stajni: Tnę a nie utnę! - wtedy nic złego nie stanie się; jeżeli zaś powie bez powyższych słów: Joj, jakie to piękne! np. dziecko, oho, ono pewnie umrze!” Jeszcze ja pamiętam z dzieciństwa i młodości (współczesność, druga połowa XX wieku!) zwyczajowe zawiązywanie małemu dziecku w wózku czerwonej wstążki, by obronić przed urokiem. Może już nie w sferze świadomego kultu czy wierzeń ale przynajmniej zwyczajów kulturowych. A czyż my czasem nie mówimy, gdy nam ktoś coś dobrego życzy „nie dziękuję, by nie zapeszyć”? Ciekaw jestem czy przedmaturalne wiązanie sobie (na studniówkę) czerwonych podwiązek nie jest jakąś przetworzoną pozostałością po tych dawnych, archaicznych wierzeniach i zabezpieczaniem się przed urokiem wiedźm. Ciekawy wątek do poszukiwań. Ale wróćmy do Hucułów i ich wyobrażeniom wiedźm: „Dlatego też każdy człowiek, co nie chce być podejrzany o to, że jest wiedźmą czy upiorem, powinien przed wyrażeniem zdziwienia swego najpierw splunąć, potem powiedzieć: Ażebym nie urzekł! - i dopiero, gdy domownicy od powiedzą: Nie urzekniesz! - powiedzieć: Jakie to piękne! Lub podobnie.” Widać być uznanym za wiedźmę czy upiora nie należało do dobrego tonu. Groziło sąsiedzkimi restrykcjami. Czy to magicznymi, odwetowymi działaniami na szkodę czy… topieniem w rzece. Bo zapiski o wschodniosłowiańskim topieniu czarownic znamy z relacji arabskich już z XI czy XII wieku - nie mają więc genezy chrześcijańskiej a są rodem z przedchrześcijańskiej Słowiańszczyzny. Sam z dzieciństwa i z Mazowsza pamiętam z rozmów różnych ludzi takie zwroty "Ażebym nie urzekł" czy coś podobnego. Tak głęboko w codziennej kulturze wryły się dawne i już zapomniane zabobony, wierzenia, kultowe praktyki.

I na koniec jeszcze jeden fragment z Huculszczyzny sprzed ponad wieku „Jeżeli wiedźma lub upiór umrze, kładą ich ciało twarzą ku ziemi i tak, ażeby głową było zwrócone ku wschodowi, a ksiądz ma taki grób zapieczętować w nogach i głowie, ażeby wiedźma czy upiór nie mogły wyjść z groby.” Wierzenia i kultura - jeśli nie zostały spisane - nie zachowują się. Ale ostatnia wzmianka jest już śladem dla archeologów. Dysponując spisanymi wyobrażeniami (etnografia), można próbować interpretować znacznie starsze znaleziska archeologiczne, czy to dotyczące pochówku czy innych materialnych pozostałości. Żmudna to praca. Ale pasjonująca.

Dotychczasowe poszukiwania wskazują, że dawniej wiedźma traktowana była jako półdemon czyniący ludziom zło. I to pejoratywne traktowanie ma genezę bardzo starą, przedchrześcijańską. Współcześnie (koniec wieku XX i początek XXI) przypisujemy wiedźmom i czarownicom inne znaczenie, ale jest to już współczesna kreacja i wynika nie tyle z sięgania do źródeł lecz przetwarzania na współczesne potrzeby. O tym także napiszę. Niebawem.

c.d.n. będą kolejne informacje etnograficzne z Huculszczyzny i Słowiańszczyzny Wschodniej oraz Wołoszczyzny.

Czytaj także:

 wiedzmy_huculskie

Wiedźmy poleskie czyli skąd się wiedźma u nas wzięła

sczachor

polesieosendowskiPrzygotowując wykład na Europejską Noc Naukowców (Maść czarownic (do latania) z Wimlandii czyli o tym jak nauka wspiera lokalną przedsiębiorczość) zaintrygowało mnie pochodzenie słowa „wiedźma”. Skąd pochodzi i co pierwotnie oznaczało? Tak, jak już wcześniej pisałem (O wiedźmach czyli ewolucji znaczeń i kontekście co zmienia znaczenie), „Słownik etymologiczny języka polskiego” Aleksandra Brücknera sugeruje, że „wiedźma”, pochodzi od słowa wiedma, które to słowo popularne było zwłaszcza w wieku XVII i wywodzi się z rusińskiego wied’ma (nie rosyjskiego ale rusińskiego, czyli współcześnie przykładalibyśmy do Ukrainy i ewentualnie Białorusi). Brückner wskazuje także na czeskie słowo wiedi oznaczające wieszcze. Sformułowałem więc hipotezę roboczą, że wiedźma pochodzi bardziej od wieszczenia i wieszczki niż wprost od wiedzy. Pomijając to jak współcześnie rozumiemy wiedźmę (bo znaczenia zmieniają się w historii - język i kultura są zjawiskami żywymi, ewoluującymi nieustannie).

Być może wiedźma pochodzi od wiedzy albo od wodzenia (wieść na manowce) albo od widzenia-wieszczenia. A skoro ze wschodu i z Rusi (nie mylić z Rosją), to tam należałoby szukać rozwiązania tej zagadki. U Moszyńskiego (Kultura ludowa Słowian) wiedźma występuje jako synonim czarownicy. Podobnie w Religii Słowian Andrzeja Szyjewskiego. Wskazuje to na źródła przedsłowiańskie, zarówno samego słowa jak i nieprzychylnego nastawianie dla czarownic. Czarownica była czarownicą w czasach już przedchrześcijańskich. I już wtedy czyniła źle ludziom, stąd jej się obawiano. Być może ślady tamtych wierzeń-wyobrażeń pozostały w niektórych świętach-obrzędach ludowych. Przecież wskazywano na wyjątkową aktywność złych mocy, w tym czarownic, w okolicach Nocy Świętojańskiej lub zielonych Świątek. Ślady tego odnajdujemy w magicznych ziołach. To oczywiście temat na inną opowieść.

Polesie, kraina ukryta na bagnach, pośród moczarów komarów i owadów krwiopijnych długo pozostawała na uboczu cywilizacji. Ale dzięki temu zachowało się w kulturze Poleszuków dużo archaizmów wręcz prasłowiańskich. Raj dla etnografów. Z wielką przyjemnością powtórnie sięgnąłem do książki Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego pt. „Polesie” (kiedyś było w Polsce i Rosji, teraz w części na Białorusi, Ukrainie i fragmentem w Rosji). Opisany świat pochodzi sprzed blisko stu lat. Zapewne już nie istnieje. Sięgnąłem po tę książkę by szukać śladów wiedźm.

Polesie, kraina na uboczu, zachowała nie tylko fragmenty dawnych, prasłowiańskich zwyczajów, ale stanowiła miejsce, gdzie chronili się różni zbiegowie. Liczyli, że w tych bagnach nikt ich szukać za bardzo nie będzie. Nie można więc traktować Polesia jako skansenu i reliktu przeszłości. Wpływy innych kultur cały czas wywierały swój różnoraki skutek. „W niedostępnych uroczyskach i na zapadłych w kniei nagich polalach-ihryszczach czaili się sekciarze, przybywający z Kamy i Ilmenia zwolennicy „starej wiary” [chodzi o prawosławnych Starowierów], zbiegowie z mroźnych Wysp Sołowieckich i ze skalnego Wałaamu (…) znajdowali tu przytułek i opiekę, a nawet częściowo posłuch przesiąknięci wschodnim fanatyzmem chłyści i pobratymcy ideowi derwiszów syryjskich, muraszkowcy - skakuny. Oni przynieśli ze sobą nowe fale ponurego mistycyzmu, który, połączony prastarymi kultami ludności Polesia, wytworzył dziwny, chaotyczny amalgamat chrześcijaństwa z pogaństwem. To ostatnie nigdy tu zresztą nie wygasło.” Ostatnie zdanie jest budzi nadzieję etnografów na odnalezienie „żywych skamieniałości”. O ile zostały spisane w wieku XIX i na początku XX.

Ossendowski pisze tak (a zbierał swoje obserwacje na przełomie wieków, sto lat temu): na Polesiu „na początku XX wieku kilkakrotnie zanotowano religijne praktyki pogaństwa słowiańskiego, co spowodowało nawet wysłanie na Polesie misjonarzy prawosławnych.” Tak zachęcony szukałem w książce jakichkolwiek wzmianek o wiedźmach. I coś znalazłem, okruchy. „W ciemne noce dziwne się dzieją rzeczy w głębiach leśnych, gdy na kujawach, nagich polanach w piszczy, tak zwanych ihryszczach, baraszkują i pląsają korowody duchów nieznanych - lasowików, rusałek, biesów i wiedźm.” Tutaj wiedźmy występują pośród innych niecnych i szkodliwych człowiekowi demonów. Znamienne jest i to, że rusałki współcześnie rozumiemy bardzo przyjaźnie i z sympatią. Podobny proces „ułaskawiania” wiedźm obecnie następuje. Przechodzenie od wierzeń do kultury. W przytoczonym wyżej kontekście wiedźma występuje jako siła nieczysta i szkodliwa, można byłoby uznać ją za synonim czarownicy. Albo coś zbliżonego.

Trochę i innych okruchów znalazłem: „Poleszucy uznali bowiem sało bobrowe [tłuszcz, sadło bobrze] za najskuteczniejszy lek przeciwko pospolitemu tu romatusowi [chyba chodzi o reumatyzm], o wiele potężniejszy środek niże nawet spirt hnany z muchomora.” Muchomor jest chyba śladem praktyk szamańskich. Jeszcze do niedawno szamani syberyjscy zjadali muchomory by wprowadzić się w trans. Ale samogon zrobiony z muchomorów? Może jakieś sposób zalewania alkoholem grzybów (porównaj Jaja czarownicy (wiedźmy) czyli dlaczego świat widzimy podwójnie) - do tej pory praktykowane we wschodniej Słowiańszczyźnie jako lekarstwo na różne dolegliwości).

Ale wróćmy jeszcze do książki Ossendowskiego „Kiedy bada się te stare gusła i czary, mimo woli przychodzi na myśl, że nie na tych zrodziły się bagnach. Raczej przyniosły je tu jakieś podmuchy z równiny syberyjskiej, z jałowej tundry północnej, ze stepów. Tam znają również ów trujący blokot i czemier, szamani leczą dywanną i czeredą i znają tajemną moc palonych piór czarnej kury i łoju zwierząt kryjących się na zimowe leża w norach, gdzie śpią do pierwszych dni wiosny.” Można się spierać z Ossendowskim. Praktyki szamańskie były wcześniej znane w całej Europie, nie musiały więc przywędrować z Syberii.. Wspomniane czarne pierze i wielka estyma Poleszuków dla głuszca być może są śladem naszych wierzeń w Kłobuka - czarnego koguta-demona domowego (to oczywiście inna opowieść).

Wróćmy na Polesie. Gdzie „w kureniach, po chatach, po zmurszałych młynach wodnych i w innych miejscach, znanych tylko rybakom i łowcom, żyją też dawne zahowory i zasiekania - czary i uroki, gdzie sędziwy kołtuniasty dziad lub w kabłąk ku ziemi przygarbiona starucha umie zamówić wszelką chorobę: bolączkę, kryw, nocne zmory, pad, febrę, różę, nieznośny ból zębów, lub też stosowanym zamawianiem dopomóc w cierpieniu położnicy, zagasić pożar, odnaleźć zbłąkane na nietrach bydło; tu prasłowiańscy wołchwowie - znachorzy i znachorki przyrządzają niezawodne lubczyki, mieszając korę zrośniętych ze sobą dębu i brzozy, gotują małoczajak, aby krowy dawały dużo tłustego mleka, sprzedają talizmany, alby ule pełne były miodu, aby strzelba biła celnie i śmiertelnie, aby pszczoły się roiły, a ryba, jak oszalała, parła do jazów i sieci rybaków. Nie ma wioski i chutoru, gdzie nie kryłby się przed okiem popa i władz wieszczbiarz lub wieszczbiarka, wróżący ze słońca, księżyca, gwiazd, pogody, biegu rzeki, lotu i głosu traków, ze snów, a nawet na modłę szamańską - z trzewi i kości barana i wieprza.” Przytoczony fragment potwierdza zdanie Moszyńskiego, że wiedźmy i czarownice to postaci demoniczne (półdemoniczne), natomiast konkretni ludzie parający się leczniczymi czy magicznymi „zamawianiami” to znachorzy, wołchwowie itd.

Jeszcze jeden pozwolę sobie przytoczyć fragment, skazujący na liczne pozostałości szamańskiej kultury i wczesnych etapów cywilizacji, wśród Poleszuków. Według Poleszuków, opisanych przez Ossendowskiego, Bóg stworzył świat i wszystkie mieszkające na nim istoty. Ale się do tego świata już nie miesza. „Zniszczyć ogniem sąsiada, kaleczyć jego bydło, zakatrupić nieprzyjaciela za pomocą czarów i zawitków, spowodować nieurodzaj na polu lub naklikać - sprowadzić chorobę na całą rodzinę nieprzyjaznego sąsiada - to naturalny akt zemsty, lecz nie grzech. Natomiast straszny, brzemienny w ciężkie skutki, popełnia się występek, jeżeli nazwać po imieniu księżyc, Prypeć, ogień, zalać płomień wodą lub spalić w nim chleb; biec podczas grzmotu, pluć do wody; uderzać w :”ciężarną” na wiosnę ziemię, zabijać jaskółki, gołębie i bociany, podbierać pszczoły z cudzej barci…. Są to naprawdę śmiertelne grzechy, mszczące się na ludziach!”.

Ostatnia wzmianka o wiedźmach pojawia się przy opisie śmierci „Zabity na wojnie lub od pioruna, kobieta zmarła podczas porodu - idą do nieba. Biada, jeżeli żyjąca istota przeskoczy ciało nieboszczyka lub przejdzie nad nim. Zmarły będzie chodził po nocach i straszył. Jeżeli jednak wypadło komuś trupa przekroczyć, można przebłagać nieboszczyka, osypawszy go makiem-wiedunem, bo wtedy dusza jego, co to jest bu dymok, bu duszok, odleci spokojnie; to samo zaleca się czynić przy konaniu wiedźmy, która za życia zawitki zawiwaje [czyli magię na szkodę innych czyniła], tiahnie spur z żyta [ to o sporyszu], z korow mliko.” {znaczy zabierała cudzym krowom mleko). Nie dość, że się wiedźma pojawia, jako półdemoniczna istota, zło czyniąca, to jeszcze mak określany jest słowem „wiedun”. Może ze względu na narkotyczne właściwości? Nieco dalej Ossendowski napisał o obrzędach weselnych, gdy panna młoda rzuca po dogach i ścieżkach ulęgałki (takie małe gruszki), aby nikt jest nie urzekł. W celu uniknięcia rzucenia złego uroku w czasie wesela „przez cały czas uroczystości weselnych w domu rodziców i męża dla odpędzenia nieszczęścia i czarów nosi [panna młoda] przy sobie talizmany - magiczne ziele odkaśnik i wiedun.”

No cóż, wiele o wiedźmach nie znalazłem (trzeba jeszcze do innych książek zajrzeć), ale kilka ciekawych wątków udało się odszukać.

c.d.n. opowieści o poszukiwaniach pochodzenia wiedźm. Tymczasem zapraszam na wykład, 30 września 2016 r., godz. 20.00, Biblioteka Głowna UWM (w czasie Europejskiej Nocy Naukowców).

Zmrocznik przytuliak z Uroczyska Deresze

sczachor

DereszeWiele par oczu potrafi zobaczyć więcej niż jedna para, nawet specjalisty. Dlatego rozwija się nauka obywatelska. To znaczy - wykorzystanie wiedzy i aktywności tak zwanych wolontariuszy. Mogą oni być w wielu miejscach jednocześnie, obserwować, dokumentować i przesyłać dane do ośrodków naukowych. Z dużej liczby danych, nawet obarczonych niedokładnością czy drobnymi błędami, można wykonać bardzo ciekawe analizy. Sam jestem zaskoczony informacjami, jakie pojawiają się w komentarzach i w korespondencji, w nawiązaniu do opublikowanych na blogu krótkich informacji przyrodniczych. Mimo że nie jest to żadna zorganizowana akcja udało się zebrać sporo interesujących informacji o zasięgu występowania niektórych gatunków owadów i roślin - widać przesuwanie się granic zasięgów.

Przykładem niech będzie zdjęcie gąsienicy motyla, które wykonano w Uroczysku Deresze (okolice wsi Giławy na Warmii). Wystarczy zwykły aparat fotograficzny, zintegrowany z telefonem komórkowym. Gąsienica zwróciła uwagę swoim nietypowym wyglądem i ubarwieniem. Nie trudno było ją rozpoznać, wystarczyło sięgnąć do entomologicznych książek - to, że akurat gąsienica jakiegoś zawisaka, to było widać na pierwszy rzut oka. Wystarczyło sprawdzić którego. Osobiście nigdy tego gatunku w terenie nie widziałem - jedynie namalowałem na butelce, bo niezwykle urokliwy.

Na górnym zdjęciu (fot. Katarzyna Przedwojewska) gąsienica zmrocznika przytuliaka (Hyles gailii syn. Celerio galii), motyla (nocnego, czyli ćmy) z rodziny zawisakowatych (Sphingidae). Dolne zdjęcie, już z postacią dorosłą, także jakiś czas temu otrzymałem (od pani Magdy Markiewicz z Motylarni w Marcinkowie k. Mrągowa). Ale niestety zbyt długo leżało w „szufladzie”. Tym sposobem jednocześnie opisuję znaleziska larwy i imago rzadkiego gatunku.

Zmrocznik przytuliak (podobny do niego jest zmrocznik wilczomleczek, znacznie częstszy i łatwiejszy do zaobserwowania) jest gatunkiem holarktycznym, czyli o szerokim zasięgu występowania. Występuje w całej Polsce. Jest jednak gatunkiem stosunkowo rzadkim, dlatego nie często jest widywany. Gąsienice żerują na wierzbówce kiprzycy (Chamaenerion angustifolium) oraz na przytulii pospolitej (Galium mollugo) i przytulii właściwej (Galium verum). Nazwę gatunkową motyl wziął od rośliny, przytulią zwanej, a nie od przytulania. Jeśli już to przytula się roślina. A zmrocznik - bo to typowy motyl nocny, aktywny o zmroku. Poza wymienionymi roślinami gąsienice czasami żerują także na innych gatunkach roślin zielnych.

13427848_1176582589061317_5097959965885545915_nDorosłe motyle można spotkać od początku maja do początku lipca, a jeśli występuje drugie pokolenie to także w sierpniu i połowie września. Gąsienice spotkać można od lipca do października (uwzględniając drugie pokolenie). Gąsienice żerują o zmierzchu i za dnia, w nasłonecznionych miejscach: przy rowach przydrożnych, przy torach i na łąkach. Spotkać je zatem można na śródleśnych łąkach, zrębach, nasłonecznionych stokach, parkach, ogrodach oraz przy drogach i torowiskach.

Przepoczwarczenie następuje w czasie zimy, w oprzędach na ziemi lub płytko pod jej powierzchnią.

Motyle dorosłe (imagines) latają w słoneczne dni i o zmroku. Samce przylatują do samiczek także w godzinach popołudniowych (co odróżnia je od innych zawisaków z grupy sphinksów).

Bibliografia:

Buszko Jarosław, Atlas motyli Polski. Częśc II. Prządki, zawisaki, niedźwiedziówki, Warszawa 1997.

Heintze Jerzy, Motyle Polski, atlas, część pierwsza. Warszawa 1990

Zmrocznik przytuliak (wikipedia) https://pl.wikipedia.org/wiki/Zmrocznik_przytuliak

Mądziak malinowy czyli obcych od razu widać

sczachor

dziwak_1Otrzymuję sporo różnych zapytań o identyfikację różnych gatunków i próśb o wyjaśnienie spotykanych niezwykłości. Niestety nie jestem w stanie na wszystkie te prośby odpowiedzieć od razu. Proszę mi wybaczyć. Zaległości przybywa.

Dzisiaj opiszę jedno, niezwykłe spotkanie z przyrodą. Zazwyczaj gatunki obce łatwiej zauważamy. Bo jest to coś nowego. O gatunkach pospolitych mało się pisze… Może należałoby częściej.

„Podczas moich bezskutecznych internetowych poszukiwań informacji na temat dziwnego grzyba, który wyrósł rodzicom na działce pod krzakiem agrestu, natknęłam się na Pana stronę. Może będzie Pan wiedział, co to takiego? Będę wdzięczna za informacje.

Pozdrawiam

Agnieszka Wojtanowska"

List otrzymałem we wrzeniu. Gatunek jest bardzo charakterystyczny. Początkowo myślałem, że to mądziak psi. Ale po zajrzeniu do fachowych książek okazało się, że to mądziak malinowy. Grzyb o mało przystojnym wyglądzie (tak jak sromotnik bezwstydny, czytaj:  Czarcie jajo czyli dlaczego przez owady tak cuchnie w lesie).  A o zapachu mało przyjemnym, podobnie jak i innych gatunek obcego grzyba (Okratek australijski w Szklarskiej Porębie oraz  Ośmiornica w lesie. Czy obcy przybłęda może być u nas gatunkiem chronionym?).

Tak jak wyżej wymienione mądziak malinowy (Mutinus ravenelii), zwany także czasem mądziakiem szkarłatnym, to grzyb z rodziny sromotnikowatych (Phallaceae). Pochodzi z Ameryki Północnej, u nas jest gatunkiem obcym. Podobny do niego jest mądziak śliczny (Mutinus elegans), również pochodzący z Ameryki Północnej. Rodzimym gatunkiem jest mądziak psi (Mutinus cannus).

Mądziak malinowy pochodzi z Ameryki Północnej, w Europie pojawił się w połowie XX wieku (pierwszy raz zanotowano w Berlinie w 1942 r.) W Polsce pierwszy raz zaobserwowano mądziaka malinowego w Krakowie w 1965 roku. Grzyb ten występuje w miejscach wilgotnych i bogatych w próchnicę: w szklarniach, wysypiskach śmieci, w parkach, na z łąkach, ogrodach i zanieczyszczonych lasach. Wydaje się, że preferuje wyższe temperatury. Dawniej był umieszczony na liście gatunków chroniony, ale od 2004 został z tej listy zdjęty. Uznany jest za gatunek obcy i ekspansywny. 

Tak jak i inne grzyby z tej rodziny mądziak malinowy wydziela nieprzyjemny zapach, wyczuwalny z odległości kilku metrów, zwabiający muchy (gatunki żywiące się odchodami lub padliną). Nieprzyjemny zapach mądziaka malinowego przypomina zapach fekalii lub psującego się mięsa. Owady padlinożerne, zwabione miłym dla nich zapachem, siadają na owocniku mądziaka, a do ich odnóży przyklejają się zarodniki. Owady roznoszą zarodniki na dość duże odległości. Zaobserwowano, że owocniki tego grzyba są chętnie i bez szkody dla ich zdrowia zjadane przez psy. Być może podobnie jest z mądziakiem psim - stad jego nazwa.

Owocniki mądziaka spotkać można od czerwca do listopada.

Bibliografia

fot. Agnieszka Wojtanowska

Dachówki, butelki i sprzątanie świata 2016

sczachor

butelki_z_daliamiTegoroczne Sprzątanie Świata – Polska 2016 odbędzie się w dniach 16-18 września. To już 23. edycja tej akcji, tym razem przebiega ona pod hasłem „Podaj dalej... drugie życie odpadów".  Głównym przesłaniem akcji jest:

  • promowanie poszanowania zasobów i efektywnej segregacji,
  • unikanie odpadów – szacunek do przedmiotu,
  • uświadomienie Polaków o ich wpływie na środowisko i ilość wytwarzanych odpadów podczas codziennych czynności.

„Daj drugie życie przedmiotom, nie wyrzucaj ich pochopnie do kosza! Zrób wszystko, by odpad za szybko nie trafił na wysypisko!”

Malowanie zbędnych już butelek i słoików (śmieci?) jest całorocznym realizowaniem wyżej wspomnianego hasła. Podobnie z malowaniem dachówek – zamiast wyrzucać można nadać in inny sens, inną wartość. Mogą być jeszcze potrzebne. Butelkowy i dachówkowy upcykling to inne, praktyczne spojrzenie na świat. Zamiast nadmiernej konsumpcji… bycie ze sobą razem. Wspólne malowanie w przestrzeni publicznej to tworzenie relacji międzyludzkich zamiast tworzenia śmieci pokonsumpcyjnych.

Malowanie butelek i dachówek, pozornie prostych i banalnych czynności, niesie w sobie ukrytą, głębszą treść filozoficzną (o której pisałem już wielokrotnie). Sprzątanie Świata jest dobrą okazją przypomnieć tę treść. Na dodatek głównym motywem malowania jest lokalna różnorodność biologiczna. Taka przyrodnicza edukacja pozaformalna i nieformalna. Jest o czym porozmawiać w czasie malowania… i w czasie wystaw. Efekty są, na przykład widoczne w książkach beletrystycznych i na autobusowych przystankach. Rozchodzi się po świecie bez zbędnego napuszenia (tak realizowana edukacja pozaformalna jest po prostu skuteczna).

Malowane dachówki można będzie obejrzeć w czasie zbliżającej się Europejskiej Nocy Naukowców, 30 września: Noc Naukowców i bioróżnorodność na dachówkach malowana. Z kolei butelki i słoiki malowane w czasie Olsztyńskiej Wystawy Dalii (Plener z daliami) pokażemy m.in. w czasie Nocy Biologów 2017 (styczeń). Zapraszam na wystawy, zapraszam do wspólnego malowania. A w czasie zbliżającego się weekendu gorąco namawiam do Sprzątania Świata. „Co roku w do akcji przyłącza się kilka milionów wolontariuszy - dołącz i Ty! Specjalnie dla Ciebie inicjatorka akcji, Mira Stanisławska-Meysztowicz wystosowała zaproszenie (zobacz też tegoroczne hasło).

Czynić świat piękniejszym i pełnym sensu… to takie proste. A jednocześnie takie trudne. We wspólnocie łatwiej. Więc zrób to z kimś. A jak dostrzeżesz piękno w znalezionych śmieciach, zabierz ze sobą i wykorzystaj w artystycznym upcyklingu. Okazji będzie wiele. Przyjdź ze swoją butelką, słoikiem czy czymś innym, i na wspólnym spotkaniu, w czasie rozmowy o przyrodzie i o ludziach, nadamy jej nową wartość. Bo nie ma rzeczy ni ludzi niepotrzebnych...

Puszcza Białowieska jest unikatem na skalę międzynarodową czyli wystawa na Noc Naukowców

sczachor

1dninauko2016tytulowyPuszcza Białowieska jest unikatem na skalę międzynarodową, a na pewno europejską. Jest ostatnim fragmentem w miarę pierwotnej puszczy na nizinach. Jest europejskim laboratorium, w którym uczymy się jak rozsądnie gospodarować w lasach, także gospodarczych. Jest swoistym, ekologicznym „wzorcem z Sevres” a jednocześnie „magazynem gatunków”. I ja miałem przyjemność nie tylko odwiedzać Puszczę ale i prowadzić tam badania nad chruścikami. Stosunkowo pierwotny krajobraz powoduje, że ekosystemy wodne wraz z żyjącymi tam gatunkami (np. chruścikami) są dobrym punktem odniesienia do badania zmian antropogenicznych w wodach śródlądowych nizinnej części Europy.

W Puszczy Białowieskiej żyje wiele unikalnych gatunków zwierząt, roślin i grzybów, niektóre gatunki spotkać można tylko tu. Te gatunki mogą nam „się przydać”, zarówno w przemyśle farmaceutycznym, medycynie jak i szeroko pojętej gospodarce XXI w. Z tych właśnie powodów w wielu miejscach świata chroni się bioróżnorodność (różnorodność na poziomie genetycznym, gatunkowych oraz ekosystemowym).

Na zbliżającą się Europejską Noc Naukowców przygotowałem wystawę zdjęć z krótkimi opisami oraz QR Kodami, linkującymi do obszerniejszych artykułów  (wykorzystanie mobilnego Internetu). Funduszy starczyło na 6 plansz. Po wystawie 30 września można będzie plansze pokazywać w innych miejscach - łatwa do transportu i zawieszenia (jeśli by znalazły się fundusze to przygotuję kolejne plansze o przyrodzie Puszczy Białowieskiej z moimi zdjęciami).

Wystawa jest relacją z badań przyrodniczych, prowadzonych na terenie Puszczy Białowieskiej wraz z elementami kultury materialnej, zachowanej wokół Puszczy. Są to zdjęcia unikalnej przyrody Puszczy Białowieskiej oraz wyniki badań (linki), dotyczące owadów wodnych różnych siedlisk, ze szczególnym uwzględnieniem chruścików (Trichoptera). Uwzględnione zostało także siedlisko martwego drewna w Puszczy Białowieskiej i w lasach gospodarczych (warto ten wątek w przyszłości rozwinąć w postaci dodatkowych plansz). Przyroda może być podstawą rozwoju gospodarczego i rynkiem pracy dla społeczności lokalnej. Nie tylko w okolicach Puszczy Białowieskiej.

Bogactwo grzybów jest ogromne, jedna plansza poświęcona jest palcom umarlaka (lokalna nazwa grzyba).  Wiele z nich to gatunki saproksyliczne, żyjące na martwym drewnie. W naturalnym lesie martwego drewna jest dużo – stanowi ono ok. 30 % żywego drzewostanu (czasem nawet do 50%). W naszych lasach gospodarczych, gdzie martwe drewno jest usuwane a próchniejące drzewa wycinane, tych gatunków jest znacznie mniej bo uboższe jest siedlisko martwego drewna..

Rzadkie gatunki roślin, grzybów i zwierząt są atrakcją turystyczną. Nad rozlewiska Biebrzy i Narwi corocznie przyjeżdżają rzesze turystów oglądać dziką przyrodę. I to w miesiącach tradycyjnie „nieturystycznych”. Podobnie jest z Puszczą Białowieską i innymi parkami narodowymi. A my ciągle nie mamy swojego Mazurskiego Parku Narodowego... Przyroda wokół nas jest jak muzeum lub galeria sztuki. Potrzebny tylko dobry przewodnik, który nam o tym opowie lub aktualny „katalog wystawowy”.

Wbrew pozorom Puszcza Białowieska nie jest dziewiczym terenem. Nawet w rezerwacie ścisłym widać dawne działania ludzkie (na wystawie nie zmieściły się fotografie ilustrujące ten proces). Jednak skala zmian jest niewielka. W Polsce żyje około 35 tys. gatunków bezkręgowców, z których około 26 tys. to owady. W Puszczy Białowieskiej wykazano obecność 11 700 gatunków bezkręgowców, ale żyje tu najprawdopodobniej ich 22 tys. Sam,  w czasie badań zbiorników wodnych Puszczy, spotkałem dwa nowe dla Parku Narodowego gatunki chruścików. A wydawało się, że chruściki (Trichoptera) należą do dość dobrze poznanej grupy na obszarze Puszczy.

Puszcza w obecnych granicach to niewielki stosunkowo obszar. Dla zachowania tej unikalnej przyrody konieczne jest rozszerzenie granic obecnego parku narodowego. Nie kłóci się to z rozwojem gospodarczym. Przyrodnicza sława Puszczy Białowieskiej przyciąga nie tylko naukowców z całego świata, ale także i turystów. Rocznie sam park narodowy odwiedza ponad 100 tys. turystów z całego świata. Miejscowości i gminy, które wykorzystują turystykę przyrodniczą, wyraźnie się rozwijają. Te, które stawiają na przemysł drzewny, wyraźnie są w stagnacji gospodarczej. Tak więc rozszerzenie granic parku narodowego to nie tylko wartość naukowa i przyrodnicza ale to także wartość gospodarcza. W Puszczy Białowieskiej jest dużo martwego drewna. A jest to unikalne siedlisko dla wielu gatunków grzybów, bezkręgowców i ptaków. Ale taka sytuacja jest tylko w parku narodowym. Pozostała część puszczy przypomina las gospodarczy. Chodzi więc o to, aby sensowną ochroną objąć większe obszary Puszczy Białowieskiej. Rozszerzenie granic parku narodowego jest mądrą i długofalową inwestycją, która z pewnością nam Polakom się opłaci.

Badania nad larwami chruścików Puszczy Białowieskiej przeprowadzone zostały w 2010 roku w kilku ciekach (strumienie i małe rzeczki) oraz zbiornikach okresowych. Wcześniej badane były jedynie imagines odławiane do światła (Mohammad et al. 1987, Czachorowski 2001, Gutowski et al. 2009). W zebranym w 2010 r. materiale wykazano dwa gatunki Trichoptera nowe dla Białowieskiego Parku Narodowego oraz 10 nowych dla Puszczy Białowieskiej. Dwa nowe gatunki są typowym elementem małych, śródleśnych rzeczek o piaszczystym dnie.

Mam wielką nadzieję kontynuować badania nad chruścikami i wodnymi bezkręgowcami Puszczy Białowieskiej...

 

czytaj także: http://copernicanum.blogspot.com/2016/09/puszcza-biaowieska-dziedzictwo.html

O wiedźmach czyli ewolucji znaczeń i kontekście co zmienia znaczenie

sczachor

czarownicazakopaneW czasie Europejskiej Nocy Naukowców w Olsztynie, 30 września będę miał krótki wykład o maści czarownic do latania, jako… produkcie kulinarnym, wykorzystanym w promocji turystycznej regionu. Maść czarownic ma intrygować i zaciekawiać, ale ponieważ czasem rodzą się nieoczekiwane skojarzenia i opaczne rozumienie treści, czuję się w obowiązku napisać więcej i bardziej dokładnie. By nie mylić etnologii z okultyzmem.

Słowa zmieniają swoje znaczenie tak jak gatunki zmieniają nisze i przystosowania do środowiska. Ewolucja kulturowa podobna jest chyba do ewolucji biologicznej, struktura pozostaje (słowo) ale zmienia się funkcja. Takim słowem jest na przykład wiedźma (wiedźmy). We współczesnej kulturze słowo wiedźma nabrała zupełnie innego znaczenia niż kiedyś - obecnie oznacza kogoś dobrego, znającego się na ziołolecznictwie, bliskiego przyrodzie itd. I w takiej zmianie znaczenia (funkcji) nie ma nic złego ani dziwnego. To normalny proces. Gorzej jeśli współczesne znaczenie przenosimy w przeszłość i interpretujemy niezgodnie z kontekstem miejsca i czasu. Wtedy zaciera się różnica między literacką fantazją a nauką i powstają dziwaczne hybrydy gatunkowe.

Wiedźma nie jest jedynym i pierwszym słowem, które zmieniło znaczenie. Na przykład kobieta - kiedyś określenie pejoratywne, dzisiaj odbieramy zupełnie dostojnie. Czy inne słowo: dziwka/dziewka - kiedyś oznaczało po prostu dziewczynę, dzisiaj na pejoratywny kontekst. Niby też dziewczyna (lub kobieta) ale o określonej proweniencji. Sam, z dzieciństwa pamiętam, jak dziadek w swojej chachłackiej gwarze mówił do nas „nie ruchaj” (w znaczeniu nie ruszaj). Myśmy odbierali to jako wulgarne określenie seksualne, pod nosem się uśmiechając bo naruszone zostało tabu. Teraz owo słowo ponownie utraciło swoje pikantne znaczenie (dlatego piszę wprost, bez wykropkowań). Ważny jest kontekst wypowiedzi. Słowo pojawiające się w określonym kontekście zaczyna zmieniać swoje znaczenie np.: pedał, zrobić loda itd. Uczymy się znaczenia słów w kontekście, w jakim są używane i w dopełnieniu do mowy ciała. A nie tylko przez ich definicję.

Współczesne znaczenie słowa wiedźma wywodzone jest od wiedza, wiedzieć. Czyli wiedźma to kobieta która wie, ma wiedzę. I to w kontekście wiedzy dobrej, w tym znaczeniu znającej się na ziołach i leczeniu. Czasem jednak takie tłumaczenie, zgodnie ze współczesnym rozumieniem słów i bez wiedzy o przeszłości, może prowadzić na manowce. Bo równie dobrze niewiasta oznacza kobietę, która nie wie a dziewica - ta która się dziwi. Łatwo zostać dziewicą, wystarczy się zdziwić. Czasem dowcipna zabawa słowna może nabrać własnego życia.

Interpretacje etymologiczne i etnologiczne nie są łatwe (nie zapominając o entomologicznych), bowiem nie wszystkie ślady zostały utrwalone w piśmie, są one fragmentaryczne i trzeba sporego wysiłku by coś z mniejszą lub większą pewnością ustalić. Tak jak z odtwarzaniem dawnego życia na podstawie skamieniałości. I jak to w nauce bywa, argumentacje są różnorodne, hipotezy różne a ustalenia zmienne. Trzeba więc szukać w wielu źródłach. Proste googlanie jednego słowa nie pomoże. Nie jestem etymologiem (jestem entomologiem, słowa podobne ale znacznie zasadniczo różne), do poniższej analizy wykorzystałem jedynie podręczne książki z domowej biblioteczki i opracowania oraz umiejętności stosowania narzędzi naukowego myślenia.

Aby sprawdzić, skąd się wzięło słowo wiedźma w języku polskim, sięgnąłem do „Słownika etymologicznego języka polskiego” Aleksandra Brücknera (pierwsze wydanie w 1927, moje reprintowe z 1974 roku). Nie wszystko tam dla mnie jest jasne i nie wszystko potrafię poprawnie zrozumieć i odcyfrować specjalistyczny i skrótowy żargon słownikowy). Z hasła w tym słowniku wynika, że wiedźma, pochodzi od słowa wiedma, które to słowo popularne było zwłaszcza w wieku XVII i wywodzi się z rusińskiego wied’ma (nie rosyjskiego ale rusińskiego, czyli współcześnie przykładalibyśmy do Ukrainy i ewentualnie Białorusi). Brückner stawia znak zapytania czy aby to słowo nie jest czasem własne (czyli polskie). Wskazuje także na czeskie słowo wiedi oznaczające niby wieszcze. Czyli wynikałoby, że wiedźma pochodzi bardziej od wieszczenia i wieszczki niż wprost od wiedzy. Owszem, żeby wieszczyć (wróżyć) trzeba mieć jakąś określoną wiedzę, trzeba "widzieć". W każdym razie Brückner zasiał ziarno niepewności i zaciekawienia. Oczywiście w słowniku zawarte jest uogólnienie i brakuje danych wyjściowych, na których wspomniany autor oparł swoje wnioski i interpretacje. Teraz należałoby głębiej sięgnąć do języka rusińskiego (Łemkowie, Bojkowie, Ukraińcy), kultury i znaczeń by pełniej zrozumieć skąd się słowo wied’ma wzięło i co oznaczało w tamtej kulturze. Póki co nie mam takiej możliwości.

Według „Małego słownika języka polskiego” (PWN, Warszawa 1969, wydanie z 1989 r .) słowo wiedźma ma dwa znaczenia 1. wg dawnych wierzeń ludowych i w baśniach wiedźma to kobieta mająca związek ze złymi mocami, czarownica, zła wróżka 2. (pogardliwie) - kobieta zła i brzydka. Także używane w znaczeniu wyzwiska. Drugie źródło wskazuje na pejoratywne znaczenie wiedźmy, w odróżnieniu od współcześnie nadawanego znaczenia w popkulturze telewizyjnej (może po części za sprawą takich filmów jak Harry Potter). Z kolei „Słownik wyrazów bliskoznacznych” pod red. S. Skorupki (Warszawa 1990) dla słowa wiedźma jako bliskoznaczne podaje: czarownica, złośnica. Czyli też coś nieprzyjemnego.

Sięgając do starszych źródeł słownikowych odnajdujemy pejoratywne znacznie, ale we współczesnej kulturze już nabrało odcienia sympatii i akceptacji i swoistych konotacji "ekologicznych". Różny czas to i różne znaczenie. Bowiem inny jest kontekst historyczny, społeczny i kulturowy. Potem zajmę się rozważaniami, dlaczego nastąpiła zmiana znaczenia i odbioru.

„Słownik etymologiczny języka polskiego” Izabeli Malmor z 2010 roku wiedźmę umieszcza wśród wyrazów pochodnych od słowa wiedzieć, obok powiedzieć, świadek, świadomy, w zestawieniu wiadomość, wiedza, wiedźma. Podaje także fragment tekstu źródłowego „Kłodę baranią wiedma w kocieł wwaliła" (Jakub Żebrowski, XVII w.). Natomiast samo słowo wiedzieć definiuje tak: 1. Być świadomym czegoś, zdawać sobie z czegoś sprawę, orientować się w czymś., 2. mieć wiedzę, wiadomości o czymś, 3. Dawniej też „znać”. 4. staropolskie (XV w.) także potrafić, umieć, móc. Etymologię słowa wiedzieć wywodzi od praindoeuropejskiego widzieć - nastąpiło rozszerzenie znaczenia: widziałem kogoś, coś czyli wiem o kimś, czymś. Niemniej na podstawie tego słownika współczesne powiązanie wiedźmy z wiedzą wydaje się jak najbardziej uzasadnione i poprawne,. Ciekawy jest natomiast trop powiązania ze słowem widzieć co może jakoś łączyć się z wieszczyć.

Więcej światła na omawiane zagadnienie wnoszą książki etnograficzne odnoszące się do wierzeń ludowych i słowiańskich. Tam wyraźnie widać powiązanie wiedźmy z półdemonami czy istotami złymi, pośrednimi między ludźmi a demonami. Moszyński w swojej "Kulturze Ludowej Słowian" słowa wiedźma używa jako synonim czarownica. Czary i czarowanie rozumie ów autor (opierając się na bogatych badaniach etnograficznych z końca XIX i początków XX w.) jako praktyki magiczne wykonywane na szkodę bliźnich. Ludowe rozumienie czarownicy (a więc i wiedźmy) wiąże się ze złem, wyrządzanym ludziom. Dlatego jest jednoznacznie pejoratywne. O tym dokładniej napiszę kolejnym razem.

Na koniec mała dygresja, nawiązująca do współczesnego popkulturowego wiązania czarownic, wiedźm itd., ze średniowieczem i paleniem na stosie przez świętą inkwizycję. To część współczesnej, kulturowej „mitologii”. Pozwolę sobie przytoczyć obszerniejszy fragment sprzeczny z tymi wyobrażeniami „Proceder topienia i palenia czarownic na stosach przywędrował do Polski w epoce renesansu [a więc po okresie średniowiecza - S.Cz.] prosto z Niemiec, nigdy jednak nie przyjął nawet w dziesiątej części takich rozmiarów, jak u naszych zachodnich sąsiadów… Oskarżenia o czary wnosiły osoby prywatne i rozpatrywały je sądy świeckie (a nie kościelne, jak zwykło się uważać). Pierwszą czarownicę spalono w Polsce w Chwaliszewie koło Poznania w 1511 roku. Ostatni zaś proces o czary, bardzo zresztą głośny, odbył się w Doruchowie w 1775 roku, kiedy to spalono czternaście kobiet.” („Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach”, Paweł Zych, Witold Vargas, Wyd. Bosz, 2015 r.). To kolejny przykład tego, że współcześnie popularne poglądy czasem dalekie bywają od historyczny realiów (czyli w skrócie od tak zwanej prawdy).

Najwyraźniej w naszym potocznym rozumieniu za średniowiecze rozumiemy to co było kiedyś, dawno temu, w zupełnym oderwaniu od historycznych epok.

W naszym regionie przypomina mi się spalenie czarownicy w Reszlu, sprzed dwóch wieków. Ale warto zaznaczyć, że nie była to wtedy Polska tylko zabór pruski i protestantyzm (ani czas ani kontekst nie dotyczył więc świętej inkwizycji). Na dodatek kobieta była podpalaczką. Tak więc skazano ją w zasadzie za podpalenie. Nazwano czarownicą… bo było to słowo, określające kogoś złego, omotanego siłami nieczystymi. No bo kto normalny podpalałby domy w mieście? Akurat chyba zrobiła to z zazdrości na niewiernym kochanku. To oczywiście zupełnie inna opowieść.

Na ilustracji czarownica lub wiedźma na miotle (w każdym razie jakaś baba) z Zakopanego.

Do pełnego poznania skąd się wzięło słowo wiedźma i co kiedyś oznaczało potrzeba większej ilości danych i przejrzanych źródeł. Zachęcam do włączenia się w poszukiwania wiedźmy. Zajrzyj do biblioteki, poszukaj w internecie i podeślij (np. w komentarzach) swoje ustalenia. Nauka to dyskusja i falsyfikowanie hipotez w dialogu i eksperymentach empirycznych.

c.d.n. i będzie o wiedźmach, czarownicach, dziwożonach, Babie Jadze i innych wstrętnych babach, czyli o przechodzeniu pojęć z mitologii do kultury. Tak jak gatunków z ekosystemów do ekosystemów i innych środowisk. Teraz też pojęcia zmieniają znaczenie przechodząc z mitologii do kultury. Zwłaszcza popkultury telewizyjno-festiwalowej.

Mocne rozpoczęcie roku szkolnego

sczachor

wrzesien_wejscia_na_bllogW minionym tygodniu (początek września) na moim blogu odnotowałem 13 769 wejść (tak przynajmniej wskazuje licznik). To więcej niż przeciętnie w ostatnich miesiącach. Ale górki i dołki są czymś normalnym. Na dodatek popularność jest tylko elementem dodatkowym. Nie jest dla mnie wyznacznikiem tego co i jak mam pisać. Piszę bo chcę, niczego nie muszę. Dużo bardziej przydatne są bezpośrednie kontakty z czytelnikami. Bo rozmowa lub korespondencja to znacznie pełniejsza komunikacja niż sucha statystyka.

Kiedy zaczynałem, ponad 10 lat temu, średnio dziennie było kilka wejść. Potem systematycznie liczba wejść rosła. W ostatnim roku średnio było to 300-500 odwiedzin dziennie. I tylko czasem zainteresowanie wzrastało do kilku tysięcy. Za każdym razem wiązało się to z umieszczeniem tekstu (przedruk – o ile do internetu można takiego słowa użyć) gdzież w jakimś serwisie informacyjnym (wraz z linkiem). Czasami link zamieszczany był na jakimś forum dyskusyjnym lub w facebookowej grupie. Jest to jakaś forma ewaluacji – odbierania dalekich i mniej precyzyjnych sygnałów o odbiorze treści.

Pierwszy tydzień września – jak mogę wywnioskować ze statystyk i źródeł ruchu sieciowego – odnotował zwiększone wejścia z linków umieszczonych na Facebooku. I chyba dotyczył wpisu na temat modliszki. Sam tekst opublikowany był dwa lata temu. To przykład na to, że blog jako forma komunikacji nie jest ulotny i przemijający jakby się mogło wydawać. Dzięki wyszukiwarkom, słowom kluczowym a także różnym linkom na wielu portalach i serwisach, nawet do dawnych treści można dotrzeć i przeczytać. I zareagować. Pojedynczy wpis nie jest tylko czytany w ciągu kilku dni od napisania.

Statystyki bywają zwodnicze. Wejście nie oznacza czytania… więcej niż samego tytułu. Jakimś wyznacznikiem, poza statystyką, są polubienia poszczególnych artykulików (ale dotyczy tylko osób z kontem na FB), dalsze udostępniania na FB czy Google + a także wykorzystanie w formie „przedruku”. Raz opublikowany żyje swoim życiem. I są oczywiście komentarze. Ale i komentarze bywają zwodnicze, bo czasami mogę odnieść wrażenie, że komentujący przeczytał tylko tytuł… i dyskutuje ze swoimi wyobrażeniami o temacie a nie z rzeczywistym tekstem (wypowiedzą).

Teksty publikowane są na wolnej licencji – ułatwia to upowszechnianie treści. Blog jest swoistą formą upowszechniania wiedzy. Internet trochę ułatwia śledzenie efektu i wpływu. Wszystkiego jednak poznać się nie da. I bardzo dobrze.

Blogowanie jest dla mnie formą porządkowania myśli jak i sposobem komunikowania się nie tylko ze studentami ale i formą edukacji pozaformalnej. Blogowanie ma swoje ograniczenia. Ale ma niezaprzeczalny walor szybkiego i szerokiego docierania do czytelników. Czytelników bardzo zróżnicowanych zarówno w zakresie wiedzy ogólnej, wiedzy przyrodniczej jak i zawodu, wieku, kapitału społecznego itd. Mieści się w uniwersyteckiej misji  upowszechniania wiedzy. Odbiorca-student jest tylko dużo bardziej zróżnicowany, co wymusza uczenie się zupełnie nowych form wypowiedzi i prezentowania poglądów. W małych (krótkich) porcjach oraz do bardzo zróżnicowanego odbiorcy.

W ciągu dekady blogowania dorobiłem się nie tylko licznych czytelników ale własnych, osobistych hejterów. Nieliczni, ale są, wierni i zajadli. Piszą mi całkiem nową biografię. Sam jestem zaskoczony tym, co robiłem w ich mniemaniu. Mieć własnych hejterów to jednak coś. Czuje się doceniony. Najwyraźniej wywieram wpływ. A że docieram do różnych osób, o różnym poziomie wiedzy i kultury dyskusji, to i takie efekty „ewaluacyjne” się trafiają.

Festiwalowe budowanie kapitału naukowego na prowincji

sczachor

kopernikkapital

Udział w konferencji to okazja do wysłuchania wykładów i dyskusji z ludźmi spoza własnego kręgu znajomości. Niby wszystko można znaleźć w Internecie bez ruszania się z domu. Ale skoro tak, to dlaczego tak niewielu z tego korzysta? Po drugie, kiedy sami szukamy to podążamy znanymi sobie ścieżkami. Konferencja to spotkanie nieoczekiwanego i nieznanego. Podobnie rozmowa kuluarowa - jest otwarciem się na nowe.

Także i po tegorocznej konferencji Pokazać-Przekazać wróciłem mocno zainspirowany. Poczułem, że uczestniczyłem w czymś, co na prawdę zmienia polską edukację w szerokim sensie. Teraz przez kilka miesięcy będę próbował zmaterializować inspirację z Centrum Nauki Kopernik. Zaproszę do współudziału w kolejnych eksperymentach i w podróży w nieznane swoich studentów. Mam nadzieję, że się włączą (ja oczywiście będę namawiał).

Jednym z ciekawych wątków, jakie usłyszałem, dotyczą kapitału naukowego. Po raz pierwszy usłyszałem o kapitale naukowych na wykładzie dr Ilony Iłowieckiej-Tańskiej. Ważne jest to, kogo uczeń zna. W tym kontekście czy zna osobiście jakiegoś naukowca, np. w rodzinie, wśród sąsiadów. Bo czym innym jest osobiście znać a czym innym czerpać wiedzę ze stereotypów.

Różnorodne festiwale nauki i pikniki naukowe już na trwałe wrosły w krajobraz Polski i regionu. Jednak zbyt często traktowane są jako rozrywka, z przymrużeniem oka. Kto by tam poważny się w to angażował. Niby trzeba bo wypada… ale nie ma komu poważnie się zaangażować. Jakieś wybuchy, show, koncerty i spotkania z gwiazdami... A przecież najważniejszą wartością jest bezpośrednie spotkanie z nauką i naukowcem, odwiedzenie prawdziwego laboratorium. Jest to szczególnie ważne na prowincji, w naszym regionie. Bo ilu mamy pracujących naukowców, tak aby dzieci miały możliwość spotkać naukowca w realu? Chyba jedyną szansą są właśnie festiwale naukowe, takie na przykład jak Olsztyńskie Dni Nauki i sztuki, Europejska Noc Naukowców lub Noc Biologów. Oraz wszystkie inne mniejsze formy, z kawiarnią naukową, gościnnymi wykładami w szkołach, wizytami szkolnymi w laboratoriach UWM w czasie całego roku. To nie spektakularne „wybuchy” i sceniczne show z udziałem gwiazd przesądzają o wartościach pikników naukowych ale właśnie możliwość spotkania i "dotknięcia" prawdziwego naukowca.

Bo nie o rozrywkę, wybuchy, koncerty i spotkania ze sławnymi (z estrady) ludźmi chodzi. Najważniejszy jest bezpośredni kontakt z nauką i naukowcami. To jest ważny element budowania społecznego kapitału naukowego. Ten ostatni właśnie decyduje o tym, że sięgamy po książki lub po informacje w Internecie.

Centrum Nauki Kopernik jest także ośrodkiem naukowym (a nie tylko edukacyjnym). Współpracuje z innymi międzynarodowymi instytucjami w rozpoznawaniu i budowaniu kapitału naukowego na każdym etapie kształcenia. Profesor Louise Archer z Kings College twierdzi, że kluczowy wpływ na aspiracje zawodowe uczniów ma poziom ich kapitału naukowego. Wspomnianym wielokrotnie kapitałem naukowym są zasoby determinujące to, jak dzieci i młodzież myślą o sobie samych i nauce. Na tak rozumiany kapitał naukowy składa się:

  • alfabetyzm naukowy, czyli to, co wiedzą uczniowie o nauce,
  • przekonanie o własnych kompetencjach naukowych, czyli m.in. to, co myślą o sobie pod wpływem ocen i opinii nauczycieli,
  • codzienne i niecodzienne praktyki związane z nauką: odwiedzanie muzeów, ogrodów botanicznych, skansenów i centrów nauki, uczestnictwo w kołach zainteresowań, śledzenie wiadomości dotyczących nauki w Internecie,
  • to, kogo znają, czyli prywatna relacja z osobami zajmującymi się zawodowo nauką.

Pisząc o znaczeniu kawiarni naukowych i pikników naukowych mam na myśli właśnie ten ostatni aspekt. Według danych z Kings College dzieci, które mają w najbliższej rodzinie naukowca lub badacza, niemal dwukrotnie częściej wykazują wysokie aspiracje, jeśli chodzi o własną przyszłość naukową. Współczesna gospodarka potrzebuje naukowo aspirujących młodych ludzi. Brytyjczycy zrobili badania i dostrzegli potencjalny brak w przyszłości wystarczającej liczby chętnych do kariery naukowej w różnorodnych laboratoriach przemysłowych, uniwersytetach itd. A dostrzegając te lukę już teraz, 20-30 lat do przodu podejmują odpowiednie kroki. Podobnie myślą w Korei Południowej. Bo może zabraknąć ludzi, którzy wiedzą jak działa smartfon (nie chodzi o korzystanie lecz rozumienie i możliwość ulepszania). 

A jak jest u nas? Czy w ogóle dostrzegamy kapitał naukowy, budujący nowoczesną gospodarkę? Czy badamy poziom tego kapitału i podejmujemy wyprzedzające środki zaradcze?

Niezależnie od procesów globalnych i krajowych, na miejscu w Olsztynie oraz na Warmii i Mazurach, pozostaje robić to, co jesteśmy w stanie. Tu i teraz i siłami, jakimi się dysponuje. Kawiarnie naukowe, pikniki i festiwale naukowe nie są tak banalne i mało ważne jakby się wydawało. To nie tylko promocja uniwersytetu czy instytucji naukowych, to dobrze pojęta edukacja i kształcenie zawodowe szerokich mas społecznych. Zwłaszcza tych żyjących daleko od szosy i z niewielkimi szansami na awans społeczny (czy cywilizacyjny).

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci