Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Zmora trupia głowa pojawiła się w okolicach Morąga

sczachor

1779811_726709020717546_1535183154553511145_nW swojej elektronicznej skrzynce pocztowej znalazłem wiadomość elektryzującą, niczym news na Halloween. Rzecz dotyczy istoty, która  w średniowieczu wzbudzała popłoch. Sądzono, że szepcze czarownicom do ucha imiona osób, które mają umrzeć. 

Wiadomość sensacyjna dla entomologów, bo chodzi o motyla, który trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera. Być może stwierdzenie obecności tego motyla koło Morąga (w okolicy miejscowości Jurki) jest jeszcze jednym przykładem skutków ocieplenia klimatu. Jeśli coś może być groźne i niepokojące, to właśnie skutki ocieplenia klimatu ale nie sam motyl. Piękny, duży i uroczy. A to tylko nasza wyobraźnia karze nam widzieć trupią czaszkę na grzbiecie tego motyla. Inna sprawa, że zwyczaje tej ćmy są na prawdę niezwykłe.

Zdjęcie zamieszczone obok wykonał Marcin Korczakowski a zamieszczone zostało na facebookowej stronie Morąskiego Stowarzyszenia Miłośników Przyrody "Eko-Głos".

Ale oto ten elektryzujący entomologów i przyrodników list:

"Witam Pana Profesora,

mam ciekawą informację o ponownym stwierdzeniu trupiej główki na ziemi morąskiej. Mój znajomy Edward Korczakowski po raz kolejny zanotował obecność gatunku w okolicach Morąga. Tak na marginesie trzeba mieć dużo szczęścia, żeby tego południowego migranta napotkać w swoim życiu dwukrotnie. Bardzo mu zazdroszczę. Zdjęcia zrobione przez jego syna Marcina można zobaczyć na: stronie Morąskiego Stowarzyszenia Miłośników Przyrody. Piszę do Pana w nadziei, że ta informacja troszeczkę zelektryzuje środowisko przyrodnicze naszego regionu. Pozdrawiam serdecznie, Robert Gawroński"

I zlelektryzowała. Zapewne niebawem opublikowane zostaną bardziej szczegółowe informacje (czekają na nie entomolodzy). Jest to ciekawostka naukowa, ale i przy okazji ciekawostka dotyczaca regionalnej przyrody.

Zmierzchnica trupia główka (Acherontia atropos) to ćma, motyl nocny, zamieszkujący południową część Europy. Do nas, do dawnej krainy Prusów, czasem zalatuje (pokonując tysiące kilometrów!) ale ze względu na warunki klimatycznie nie kończy zazwyczaj rozwoju (jak uda się przepoczwarczyć to odlatuje na południe, podobnie jak kilka innych gatunków motyli, migrujących). Przynajmniej tak było do tej pory. Więcej o tym niezwykle interesującycm motylu tu: O motylu co trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera albo na stronie Radia Olsztyn.

Ostrożeń lancetowaty co kłuje ale zjeść się da

sczachor

ostozenOstrożeń lancetowy, brzmi groźnie jak nazwa broni, bo nie dość że ostre to jeszcze lancetowate (lancet lub lanca). W dawnych książkach spotkać można go pod nazwą oścień, oset, ostrożeń, ostrzeń, sierpak, rogowicz. Niczym poczet broni starożytnej lub średniowiecznej. Do ostrożenia podobne są osty (rodzaj Cardus). Teraz rozróżniam, ale w dzieciństwie, wszystko co kłujące o fioletowych kwiatach to był oset. Szczególnie dotkliwy gdy suchy. Zarówno w snopku zboża, jak i w sianie, gdy w stodole chciało się wygodnie położyć. Albo, gdy bosymi stopami biegło się ścieżką przez pastwisko nad rzekę. Bardziej uciążliwy niż pokrzywa.

Ostrożeń lancetowaty (Cirsium vulgare synonim Cirsium lanceolatum ) to gatunek dwuletniej rośliny zielnej, należący do rodziny astrowatych (Asteraceae). Preferuje brzegi lasów, zarośli, miejsca ruderalne (jest to roślina azotolubna), przydroża, zręby oraz pastwiska. Występuje na siedliskach wilgotnych lub suchych. Można powiedzieć, że gatunek przywiązał się do człowieka. Dorasta do wysokości 0,5-1,5 m. Nazwę swoją ostrożeń lancetowaty bierze zapewne od kształtu liści, które są pierzastodzielne o kolczasto ząbkowanych odcinkach, w zarysie lancetowatych lub wąskojajowatych, zakończonych długim, żółtawym kolcem. Liście są owłosione. Fioletowe kwiaty zwabiają liczne owady. Można obserwować wiele gatunków motyli, korzystających z nektaru. Ostrożeń lancetowaty kwitnie od czerwca do września. Jest rośliną owadopylną.

Tworzy mieszańce miedzygatunkowe z ostrożeniem warzywnym (czytaj więcej). Jakby złośliwie zacierając sztywne granice wyznaczone przez taksonomów. Ale świat przyrodniczy ciągle wymyka się ludzkim schematom. Ostrożeń lancetowany uważany jest za roślinę szkodliwą dla zwierząt domowych, bowiem zjadana rani błony śluzowe (kolczaste oskrzydlenia liści i łodygi). W sumie po to ewolucyjnie roślina wytworzyła kolce, by zniechęcać roślinożerców przez konsumowaniem.

Jakkolwiek człowiekowi kolce ostrożenia zawadzają to jest to roślina wykorzystywana kulinarnie jako jarzyna. Człowiek nauczył się omijać kolące kolce. Zjadać można młode korzenie – po wysuszeniu zmielić na mąkę warzywną. Dawniej używana była taka mąka do wzbogacania mąki zbożowej. No cóż, z głodu to i korę jedli nasi przodkowie. Korzenie po ugotowaniu można podsmażyć na patelni. Aż mnie zaciekawiło jak to może smakować. Łodygę i liście można zjadać, gdy są jeszcze bardzo młode. Przed okresem kwitnienia można zjadać na surowo. Albo przyrządzać jak szpinak. W maju, gdy pojawiają się kwiaty, można je zrywać i gotować jak warzywa albo marynować w solance. Płatki kwiatowe używane bywały jako jadalna dekoracja sałatek oraz jako składnik past kanapkowych. Ja nie jadłem (jeszcze), ale w książce pt. Jadalne rośliny dziko żyjące” wyczytałem, że smakuje jak liście buraka. Zanim staliśmy się lekomanami, zaopatrującymi się w aptekach w różne tabletki, syropy u mikstury, wykorzystywaliśmy różne rośliny w celach leczniczych. Pośród nich jest i ostrożeń lancetowty, który ma podobne właściwości co ostrożeń warzywny. A wszystko przez znajdujące się w nim : inulinę, olejek eteryczny, żywice, związki wapnia, kwas krzemowy.

Dlaczego rozpisuje się o ostrożeniu lancetowatym? Bo niebawem znajdzie się jako motyw na „gadającej dachówce”. Odciśnie więc swoje piętno także w sztuce.

Życie seksualne sysydlaczków

sczachor

podoph00Ile jest sysydlaczków w Polsce? Oczywiście nie chodzi mi o policzenie wszystkich osobników lecz o rzecz znacznie łatwiejszą do oszacowania: ile gatunków sysydlaczków żyje w Polsce. Ale i na to pytanie trudno znaleźć mi odpowiedź. Bo chyba jeszcze nikt nie policzył a specjalistów sysysaczkologów najwyraźniej brak.

W opracowaniu „Różnorodność biologiczną Polski” (Andrzejewski R. i Weigle A., red.) jest informacja, że wszystkich orzęsków (Typ Ciliophora) do tej pory naliczono 577 a spodziewać się można ponad tysiąc. Znamy więc mniej więcej połowę ( o reszcie mamy przypuszczenie, że żyją u nas, ale nikt jeszcze nie potwierdził, nie zobaczył – takie są luki w wiedzy o krajowej bioróżnorodności). W gromadzie Phyllopharyngea (do której zaliczają się sysydlaczki) w Polsce udokumentowano 56 gatunków (a nie wiadomo ile ich rzeczywiście jest). O samych sysydlaczkach dokładnej informacji nie ma. Możemy więc przypuszczać, że samych sysydlaczków (Suctoria) może być coś 40-50 gatunków. A może dwa razy więcej?

Sysydlaczki (Suctoria) są najbardziej zmienioną grupa spośród wszystkich orzęsków. Formy dojrzałe prowadzą osiadły tryb zycia i zupełnie pozbawione są rzęsek (orzęsione są jedynie formy młodociane). Sysydlaczki nie mają także cytostomu jak przystałoby na orzęski. Pokarm pobierają przez rurki ssące, rozmieszczone po powierzchni ciała lub skupione w pęczkach.

Ale sysydlaczki – tak jak inne orzęski – mają dymorfizm jądrowy (coś jakby dymorfizm płciowy). Rozmnażają się przez pączkowanie, w wyniku którego powstakją orzęsione larwy (ale one również nie mają cytostomu tak typowego dla orzęsków).

Sysydlaczki są drapieżne (dlatego niektórzy uważali je za zwierzęta – takie określenia można znaleźć w wielu starszych książkach). A ponieważ prowadza osiadły tryb życia to czekają na swoje ofiary niczym jamochłony (takie jak stułbia). Co zjadają – na co polują sysydlaczki? Ich ofiarami są inne orzeski. Rurki służą zarówno do wysysania cytoplazmy ofiary jak i do wstrzykiwania do komórki ofiary ciała paraliżujące i ułatwiające trawienie. Niczym jakiś pająk lub pluskwiak z makroświata. Są wśród sysydlaczkó także formy pasożytnicze (o tym napisze kolejnym razem).

Życie seksualne sysydlaczków jest złożone i momentami dramatyczne. Rozmnażanie przez podział u sysydlaczków rzadko obserwowano. Występują natomiast aż trzy typy pączkowania, w wyniku których powstają tomity (postacie larwalne, postacie młodociane, ale najbardziej adekwatna nazwa jest po prostu tomit). Taki tomit (młodociany sysydlaczek) pływa kilka godzin a następnie osiada na podłożu, do którego przyczepia się albo bezpośrednio swoim ciałem albo wytwarza specjalny stylik (coś jakby byty na wysokich obcasach - by wyżej sięgnąć). Rzęski i kinetosomy (przydatne do planktonicznego trybu życia i aktywnego pływania) zanikają a pojawiają się ssawki – rurki ssące. Procesy stricte płciowe, tak jak u innych orzęsków, przebiegają na drodze koniugacji. A ponieważ są osiadłe (sysydlaczki a nie procesy), to w koniugacji biorą udział osobniki sąsiadujące. Czasem jednak podczas koniugacji jeden osobnik zostaje całkowicie wessany przez drugiego. Takie zjawisko zaobserwowano u sysydlaczka o naukowej nazwie rodzajowej Lernaeophrya. Zatem modliszki czy pająki wcale nie były pierwsze w konsumowaniu partnera po kopulacji (procesie płciowym z wymianą i rekombinacją materiału genetycznego).

acinet00Na fotografii obok uwieczniony jest sysydlaczek z rodzaju Acineta (źródło http://www.micrographia.com/specbiol/protis/cili/suct0100.htm). Prawda że piękny? Ale jednocześnie groźny… dla innych orzęsków z mikroświata w kropli wody. Gatunki z rodzaju Acineta budują sobie osłonkę, do której ich ciało szczelne przylega. Nasuwa się skojarzenia albo ze ślimakami albo z moimi ulubonymi chruścikami domkowymi. Rurki ssące skupione są w dwóch pękach. Acineta Rozmnaża się przez pączkowanie wewnętrzne (w czasie pączkowania powierzchnia ciała zapada się tworzą komorę, połączoną tylko małym otworem ze światem zewnętrznym. Na dnie komory powstaje pączek, który następnie odrywa się i wypływa na zewnątrz). Gdzie spotkać można akinetę (Acineta)? Na powierzchni wody, to znaczy w neustonie (hyponeustonie), przyczepioną do błonki powierzchniowej, niczym nietoperz, głową w dół (o ile sysydlaczki głowę mają, powiedzmy górną stronę… ale i ta potrafi być na dole, tak to już jest w tym mikro świecie). I taka Acineta „wisi” sobie w towarzystwie innych protistów (eukariotycznych jedkokomórkowców – wiciowców, promiecnowców, korzenonówzek itd.), wrotków (Rotatoria).

Na fotografii wyżej widoczny jest sysydlaczek z rodzaju Podophyra (źródło http://www.micrographia.com/specbiol/protis/cili/suct0100.htm). Aciteta i Podophyra to dwa najpospolitsze rodzaje sysydlaczków. Jednym słowem sysydlaczki są wśród nas, w pobliżu. I w mikroświecie rozgrywają się przeróżne historie makabryczne (z pożeraniem) lub erotyczne (z rozmnażaniem). Świat podobny ale jednak całkiem innym.

Źródła:

  • Anna Czapik, Podstawy protozoologii, PWN 1976, Warszawa
  • Zdzisław Raabe, Zarys protozoologii, PWN, 1972, Warszawa

Czy sysydlaczki są zwierzętami?

sczachor

 Na początku sysydlaczki były zwierzętami. Czyli wtedy, gdy bliski ale ukryty świat mikro został wreszcie dostrzeżony przez człowieka. Człowiek żył przez tysiąclecia obok sysydlaczków, ale dopiero w XVII wieku zobaczył je po raz pierwszy.

Wszystko przez Leeuvenhoeka, który skonstruował mikroskop i spojrzał, co żyje w kropli wody. Wtedy właśnie ludzkość odkryła świat maleńkich istot, jak się później okazało, zbudowanych tylko z jednej komórki. Jedna komórka a cały organizm. Te maleńkie żyjątka, niewidoczne gołym okiem, potraktowano jako prymitywne istoty o prostej budowie i nazwano je Protozoa czyli zwierzęta pierwotne, pierwotniaki.

W ślad za Leeuvenhoekiem inni przez coraz doskonalsze mikroskopy zaglądali w świat kropli wody, i wszystkiego innego. Odkryty został wielki ląd, niczym Ameryka, a mikroskopowi podróżnicy co i rusz odkrywali nowe istoty, gatunki, ba nawet całe królestwa. Nauka, która bada pierwotniaki to protozoologia. Jeszcze w nazwie pobrzmiewa „zoologia” (z przedrostkiem ale jednak) a już sysydlaczki i inne pierwotniaki … przestały być zwierzętami. Bo odkryto organizmy jednokomórkowe z chlorofilem, a więc potraktowano jako rośliny (glony). Potem odkryto bakterie, też jednokomórkowe ale całkiem inne. Kolejne królestwo (ba, carstwo) w świecie istot najmniejszych. Świat organizmów jednokomórkowych, eukartiotycznych (a więc nie licząc bakterii i archeonów, archeowców – bo i bakterie teraz nie są uważane za grupę jednolitą) to świat mocno zróżnicowany, gdzie są i autotrofy i saprotrofy i heterotrofy. Pełen ekosystem. Do tego różnorodność kształtów: wiciowce, pełzaki, słonecznice, sporowce i w końcu orzęski. A ponieważ odkryto endosymbiozę oraz inne formy horyzontalnego transferu genów, zrewidowano nie tylko samo drzewo filogenetyczne, ale nawet jego koncepcję. Mówi się wręcz o kręgu życia. Sieć powiązań i wymiany w tych pradawnych mikro-ekosystemach, co uniemożliwia rysowanie linearnych i dychotomicznie rozgałęziających się drzew życia. Na razie dotyczy to jedynie początków życia i jednokomórkowców, z których wyodrębniły się bakterie, archeowce (Archaea - wiem, wiem, w szkole o tym dawniej nie było… ale teraz jest, bo biologia jest najbardziej dynamicznie rozwijająca się nauką) i eukarionty. Trzy domeny życia. Systematyka tak się rozbudowała, że pierwotnych nazw: królestwa, klasy, rzędy, rodziny) dawno już zabrakło. Pojawiają się więc nowe, dodatkowe.

Ale wróćmy do pierwotniaków, nazwy, która już nie oznacza pierwotnych zwierząt. Ale nazwa dyscypliny naukowej pozostała. Trzy stulecia zaglądania przez coraz doskonalsze mikroskopy (także elektronowe) oraz rozwój biologii molekularnej i badanie genów, sprawiło, że z dawnej grupy Protozoa (w opozycji do Metazoa) wyodrębniono pięć osobnych linii filogenetycznych. Jest jeszcze sporo znaków zapytania, więc proszę się zbytnio nie przyzwyczajać do podziału, który niżej podaję. Kolejne odkrycia mogą i ten schemat zmienić.

Po pierwsze są więc Excavata i należą tu jednokomórkowce pasożytnicze, drapieżne i fotosyntetyzujące (eugleniny, znane z podręczników szkolnych). Druga grupa to Chromalveolata (że dziwne te nazwy? Jakoś nazwać trzeba, bo świat życia bogatszy niż nasz język) – tu należą sysydlaczkowe orzęski, ale w towarzystwie fotosyntetyzujących okrzemek czy brunatnic. Są i pasożytnicze zarodźce (w tym ten od malarii). Trzecią grupą „pierwotniaków” są Rhizaria – gatunki ameb, z których większość ma pseudopodia (nibynóżki) w kształcie nitek. Czwarta jest Archaeplastida, gdzie znajdują się krasnorosty, ramienice i zielenica oraz wywodzą się rośliny zielone (te jakie znamy na co dzień). W zasadzie rośliny naczyniowe to wielokomórkowe Archaeplastida. Obraz zupełnie inny, niż pamiętamy ze szkoły. A nie pisałem już, że biologia to najdynamiczniejsza nauka w ostatnim stuleciu? Jest i piąta grupa – Unikonta, grupa eukariontów, do której należą ameby o płatowych lub rurkowanych nibynóżkach (pseudopodiach) a także… zwierzęta i grzyby.

Widać więc wyraźnie, że świat jednokomórkowców jest ogromnie zróżnicowany. A świat nie dzieli się już na jednokomórkowce i wielokomórkowce, ale na inne, filogenetyczne grupy (nazwy nam wydają się obce i nieznane, ale nasze wnuki do nich przywykną). Sysydlaczki, jako orzeski, znajdują się w jednej z nich (Chromalveolata), równie daleko od innych „zwierząt pierwotnych” co i od roślin naczyniowych czy zwierząt. Ogromną różnorodność świata żywego nazywać musimy na nowo, by uwzględnić wiedzę, jaką o życiu już zdobyliśmy. Biolodzy są jak Adam, co zobaczą – to nadają nazwę. W życiu codziennym zwierzętami będą jedynie… ssaki (a ptaki, to ptaki, owady to owady). W każdym razie sysydlaczki nie są zwierzętami w sensie systematycznym i biologicznym. Kiedyś były ale teraz już nie są. Nie są nawet zwierzętami pierwotnymi mimo, że ich badaniem zajmuje się protozoologia.

 zobacz też: Sysydlaczki z Krainy Tysiąca Jezior 

Na fotografii u góry sysydlaczki, fot. Damián H. Zanette, Wikimedia Commons.

Systematyka za: Biologia (Campbell i inni), Rebis, 2012, Rozdział 28 "pierwotniaki"

Sysydlaczki z Krainy Tysiąca Jezior

sczachor

Suctoria1_wikiDamin_H._Zanette_Original_uploader_was_Dhzanette_at_en.wikipediaBez rzęsek, czyli łyse. Mamy dużo jezior, to i sysydlaczków mamy dużo. Piękna nazwa, choć nikt (prawie nikt) ich nie widział. Statystycznie rzecz biorąc na kilka miliardów ludzi – tych co widzieli sysydlaczki i wiedzą o ich istnieniu to jest tak niewielu, że poniżej błędu statystycznego. Więc jakby ich nie było. A są.

Są małe, że gołym okiem ich nie widać. Ale pod mikroskopem ukazują swoje tajemnicze piękno. Tajemnicze sysydlaczki z litoralu jezior i innych wód, jakich w krajobrazie pojeziernym jest dużo. Warmia i Mazury to Kraina Tysiąca Jezior … i sysydlaczków. Ale nikt o nich nie mówi.

Miliony poszły na reklamę "Mazury Cud Natury"… ale ani grosza, ani słowa o sysydlaczkach. Co tam, praktycznie nic tam konkretnego nie było (ani chruścików, ani ważek ani o owadach lądowych, ani o ciekawych roślinach - a przecież wszystkie widoczne nawet gołym okiem!). Więc ważni panowie w garniturach o sysydlaczkach nie wspominali. Bo sysydlaczki są bardzo małe. Małych wielcy nie dostrzegają. To znaczy prawdziwie wielcy małych dostrzegają a jedynie ci, którym się zdaje, że są, to nie zwracają na małych uwagi. Bo małe istoty stanowisk nie rozdają, urzędów nie piastują, nie jeżdżą drogimi samochodami, w telewizji nie występują, w radiu wywiadów nie udzielają itd. A sysydlaczki? Ani tego zjeść się nie da, ani zapolować z flintą. Do czegóż więc sysydlaczki potrzebne, by na nie uwagę zwracać?

Sysydlaczki to nawet nie są ani zwierzęta, ani rośliny ani grzyby, ani bakterie, ani wirusy. Są eukariontami i pierwotniakami (czasem protistami zwane). Sysydlaczki, bezrzęski (Suctoria) - gromada w typie orzęsków (Ciliata). W internecie na pojskojęzycznych stronach o sysydlaczkach nie można wiele znaleźć. Ot kilka zdań natury ogólnej. Że w postaci dojrzałej pozbawione są całkowicie rzęsek, zastąpionych rurkami ssącymi (naukowo to się te mikrorurki nazywają tentacule), służącymi do pobierania pokarmu. Należą do sysydlaczków różnopostaciowe pierwotniaki, przytwierdzone nóżką do podłoża. Sysydlaczki to przeważnie mieszkańcy litoralu wód słodkich, rzadziej morskich. I co w tym ciekawego?

Jeśli się wczytać w książkach papierowych (na szczęście takie istnieją, bo nie wszystkie ważne rzeczy zostały jeszcze zdigitalizowane) jest dużo informacji. A każda prawie sensacyjna. No bo niby tak, należą do orzęsków. Jak sama nazwa wskazuje orzęski powinny mieć rzęski. A sysydlaczki w swej dojrzałości są po prostu "łyse" (bezrzęskowe, co dawniej skutkowało wydzielaniem ich w osobną grupę istot). W czym są podobne trochę do ludzi, bo mężczyźni także w swej dojrzałości tracą tu i ówdzie owłosienie. Ale sysydlaczki w stadium młodocianym mają rzęski. Więc jednak coś z orzęsków mają. Młodzieńczość przesądza o (o)rzęskowatości sysydlaczków.

Zanim napiszę coś więcej o biologii tych istot niezwykłych, jeszcze kilka słów o nazwie. Wydawała mi się fikuśną i tajemniczą. Ale jeśli sysydlaczki mają ssawki, którymi ssąc pobierają pokarm, wręcz wysysają… to nazwa staje się zrozumiała. Sysydlaczki pochodzą od sysania. Polska nazwa jest stara, co najmniej XIX wieczna. Bo już wtedy funkcjonowała. Teraz nazwalibyśmy je raczej wysysaczki, ewentualnie siorbaczki. W sumie też pięknie. W tym swoim wysysaniu znowu podobne są do człowieka – boż my ssakami jesteśmy. Też to i owo ssiemy lub wysysamy. W tych czynnościach człowiek ma coś z sysydlaczka. Albo na odwrót.

Biologia sysydlaczków jest niezwykle ciekawa. Bo mimo, że są pierwotniakami, to już u niektórych gatunków występuje przemiana pokoleń. Tak jak u fotosyntetyzujących eukariontów lub Metazoa. Czytam o sysydlaczkach (rozdziały w dwóch książkach protozoologicznych) i się zachwycam. A swoim zachwytem niebawem się podzielę. Nawet nie przypuszczałem, że tyle wiemy o tej grupie organizmów i że są tak ciekawe nie tylko dla biologa. Sami się przekonacie. Nie będę tej wiedzy zatrzymywał tylko dla siebie.

Na fotografii u góry sysydlaczki, fot. Damián H. Zanette, Wikimedia Commons.

zobacz też:

Opowieści warmińskiej dachówki – bliski kontakt z kulturą i naturą

sczachor

1972545_377350695766477_4126431421660728903_nCzy kamienie mogą mówić? A dachówki? Mogą, ale te zrobione z warmińskiej gliny. Wypalone w piecu opalanym warmińskim drewnem z okolicznych lasów. Te drzewa dużo widziały. Mogą opowiedzieć. A i dachówki, leżąc dziesięciolecia na warmińskich domach, oborach, stodołach były świadkiem wielu wydarzeń. Tych zwykłych i tych burzliwych. I tego, jak zmieniała się przyroda. Teraz mogą opowiedzieć o dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym regionu

Pomysł z gadającymi dachówkami jest z jednej strony pokłosiem pleneru w Tumianach (wtedy malowaliśmy warmińskie kamienie), z drugiej są efektem mojej obecności na stażu w małym przedsiębiorstwie z Warmii i Mazur. Projekt realizowany jest przez Centrum Innowacji i Transferu Technologii UWM w Olsztynie (Dotyczy udziału w projekcie pt. „REGIONALNY TRANSFER WIEDZY Z NAUKI DO BIZNESU – staże i szkolenia praktyczne naukowców w przedsiębiorstwach Warmii i Mazur” współfinansowanym ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego).

Gadające dachówki to połączenie etnobotaniki z przyrodą oraz artererapią i warsztatami rękodzieła artystycznego. Motywy jakie znajdą się na dachówkach to rośliny znajdujące się w ogrodzie i okolicznych terenach zielonych, lokalne gatunki owadów itd. Jednym słowem przyroda Warmii i Mazur, kultura i natura w jednym.

Na malowanych dachówkach umieszczone zostaną kody QR, odsyłające do wpisów na moim blogu - filozofujących opowieści o namalowanych gatunkach roślin i zwierząt czy warmińskich przyrodniczych krajobrazów. Będzie więc to łączenie przeszłości z przyszłością, dawnych technik z nowoczesnymi technologiami mobilnego internetu. I przywracanie znaczenia rzeczom wyrzuconym, niepotrzebnym. Czyli tego, co od dawna robię z butelkami i słoikami.

Ale będzie coś więcej. Będzie akcja społeczna: pomalowane i ozdobione dachówki zostaną wystawione na aukcje, a dochód przeznaczony zostanie na wsparcie zakupu autobusu dla szkoły w Lamkowie. Bo i dachówki są z Lamkowa. I jeszcze coś będzie - usługa turystyczna jako innowacja. Ale o tym napiszę dokładniej w innym teminie.

Na razie coś więcej o dachówka z Lamkowa. Ze starej stodoły - budynku gospodarczego, należącego do szkoły. Tak zaczyna się niezwykła i jeszcze nie do końca wymyślona warmińska historia. W tajnej misji łączenia dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego na razie uczestniczą: Zofia Wojciechowska, Agnieszka Pacyńska-Czarnecka, Anna Wojszel, Stanisław Czachorowski a obiecała także Katarzyna Enerlich. Kolejni uczestnicy ujawnią się za jakiś czas. Może to będzie nawet warmińsko-mazurska historia? Na pewno prowincjonalna. Ale baaaaardzo nowoczesna i technologicznie zaawansowana. Przyrodnicza, artystyczna, historyczna. Na razie akcja jest tajna, zaledwie uchylamy rąbka tajemnicy. Tak tajna, że nawet jej uczestnicy nie wiedzą wszystkiego. Nie bójmy się tego napisać: wiedzą prawie tyle co nic. Ale są kreatywni. A jak już zrobimy, to ho ho. Będzie niby tradycyjnie ale i multimedialnie. Bo to nie byle jakie dachówki. Z samego Lamkowa! Nie jedno widziały i nie jedno słyszały. I nie jeden ptak na nie siadał. Albo taka mucha. Nie. Much to było pewnie ze dwie albo i trzy. A może nawet jakiś chruścik? A co będą te dachówki opowiadać? Gdzie? I jak? Na razie to tajemnica. Powoli będziemy ujawniać. Tyle możemy możemy zdradzić, że będą to ozdrowieńcze opowieści.

Zbierajcie stare dachówki - nie dajcie im zginąć w niepamięci.

fot. Agnieszka Pacyńska-Czarnecka

Czy chruścik może ugryźć?

sczachor

oligostomis1Są pytania, które wprawiają w zdumienie. Bo są nietypowe i niestandardowe. Zazwyczaj dzieci zadają takie trudne (czasami nazywamy takie pytania „głupimi”), ale i dorosłym zdarza się zapędzić specjalistę w kozi róg. Są to pytania, których specjaliści sami sobie nie zadają. Dlaczego? Bo wynikają z zupełnie nieschematycznego punktu widzenia.

Wydawało mi się, że o chruścikach wiem dużo. Ale wczoraj dostałem list elektroniczny z bardzo zaskakującym pytaniem:

"Panie Profesorze, szukam w internecie informacji na temat dorosłej postaci chruścików. (…) Do poszukiwania informacji na temat tych owadów zmusiła mnie przykra przygoda jaka spotkała moją mamę podczas tegorocznych wakacji (…) Otóż mamę ukąsił jakiś owad. Wpadł do nogawki spodni i pewnie ze strachu zaatakował. Mama poczuła ukąszenie i odruchowo pacnęła owada przez spodnie. Wypadł ale odfrunął, bo jak mówi, był bardzo twardy. To było w sierpniu a do dzisiaj mama leczy miejsce po ukąszeniu, ponieważ powstał tam najpierw ropień a teraz martwica i czekamy na wyniki antybiogramu, bo dwa dotychczasowe antybiotyki nie działają. (…)Z opisu wynika, że ten owad miał około centymetra długości, był bursztynowej barwy i składał skrzydełka nie jak motyl, na płasko tylko wzdłuż ciała na plecach. (…) Oglądałyśmy różne zdjęcia owadów i wydaje nam się, że to dorosły chruścik. Mama spędzała wakacje nad samą rzeką więc może faktycznie. (…) I wreszcie dotarłam do właściwego pytania: czy dorosłe chruściki kąsają? W internecie nie znalazłam odpowiedzi ale ufam, że Pan ją zna, serdecznie pozdrawiam, A. C.”

Mnie osobiście nigdy dorosły chruścik nie ugryzł. Teoretycznie nie jest to możliwe. Chruściki (dorosłe, stadium imago) mają zredukowany aparat gryzący, przystosowany do zlizywania soków roślinnych. Nie miałby więc czym i jak ugryźć. Podobno dorosłe chruściki zlizują sok roślinny, z owoców i innych części. Kłopot w tym, że obserwacji o odżywianiu się dorosłych chruścików jest niewiele. Niemniej budowa wskazuje, że imago nie mogłoby ugryźć, tym bardziej boleśnie. Chruściki nie mają też żądła, a więc i użądlić by nie mogły. Nawet, gdyby chciały i w obronie własnej. Najwyraźniej nie był to chruścik. Być może jakaś błonkówka. A może jakaś krwiopijna muchówka z rodziny Tabanidae?

To nie pierwsze pytanie z prośbą o identyfikację. Niezwykle trudne, bo brakuje samego okazu. Nie ma nawet zdjęcia. Jest tylko opis nie-entomologa. Ugryźć by mogły larwy – ale te żyją w wodzie i skrzydeł nie mają. Zdarzało mi się, że wzięte w rękę larwy drapieżnych Polycentropodidae czy Rhyacophilidae, a nawet Hydropsychidae, próbowały swoimi żuwaczkami ugryźć w palec. Ale ja jestem za gruboskórny dla takich małych owadów. Mimo, że żuwaczki chitynowe, to przeznaczone dla dużo mniejszych stworzeń. Ludzka skóra jest zbyt gruba. Ale sam widok próbującego ugryźć owada może wystraszyć. A strach ma wielkie oczy.

Wracając do listu i zapytania. Coś niewątpliwie ugryzło lub użądliło. I najwyraźniej zainfekowało ranę. Na pytanie w liście odpowiedziałem, teraz jeszcze raz udzielam obszerniejszej odpowiedzi. Ale po głowie kołaczą się myśli o odżywianiu się dorosłych chruścików. Jak je podejrzeć by sprawdzić czym, kiedy i jak się odżywiają? Do jakich owoców przylatują? A może preferują inne soki roślinne?

Na zdjęciu u góry chruścik Oligostomis reticulata z Białowieskiego Parku Narodowego. Czy tak poczciwie i sympatycznie wyglądający owad mógłby ugryźć?

Szewnica bzówka czyli nigdy nie jesteśmy samotni

sczachor

szewnicaPrzyroda – na co dobitnie zwraca uwagę ekologia – ma charakter wspólnotowy. Nigdy i nigdzie nie jesteśmy sami. Nawet w pustelni mamy bogate życie wewnętrzne… biologiczne życie wewnętrzne. Naukowcy wyliczyli, że liczba komórek bakteryjnych, które mamy w swoim organizmie, jest większa niż liczba naszych komórek. Na szczęście komórki bakteryjne są znacznie mniejsze wielkościowo niż nasze, eukariotyczne. Korzystamy także z genów tych „obcych” organizmów. Samodzielnie byśmy nie przeżyli. Do tego dochodzą bogate relacje z innym organizmami (gatunkami), jako zależności pokarmowe, pasożytnicze, konkurencyjne, symbiotyczne itd.

Ten wstęp był potrzebny by… kontynuować opowieść o czarnym bzie. Ten krzew tak jak i inne gatunki, nie żyje w samotności. Wchodzi w rozliczne relacje. O grzybie, uszaku bzowym, już pisałem. Teraz będzie krótka opowieść o szewnicy bzówce, która swego czasu przyleciała na ścianę mojego domu. Tuż obok liczne są krzewy bzu czarnego. W Parku im. J. Korczaka, nad Łyną. Co prawda teraz te krzewy są przysypywane gruzem i ziemią budowlaną. Ale coś może ocaleje… Szewnice na to liczą.

Szewnica bzówka - Spilosoma lutea (Hufn.) jest motylem nocnym, należącym do rodziny niedźwiedziówkowatych (Artcidae). Nocnym – to znaczy, że owady dorosłe aktywne są w nocy. Zapewne trudno jest fruwać po ciemku. Ale drapieżnikom owadożernym, na przykład ptakom, też jest trudno. Nocny tryb życia motyli nocnych (jak i chruścików) to ucieczka przed drapieżnictwem. A że w przyrodzie nie ma pustki (przynajmniej zbyt długo), to i na drodze ewolucji pojawiły się nocne drapieżniki – nietoperze. Nawigują nie wzrokiem a echolokacją. I przed tymi drapieżnikami motyle nocne próbują się skryć. Dlatego ćmy (motyle nocne) są takie włochate - co widać na powyższym zdjęciu. Taka puszysta i mechata struktura tłumi dźwięki. A skoro tak, to i nietoperzom trudniej „dojrzeć” włochate motyle.

W sumie człowiek mógłby brać przykład i w podobny sposób tłumić nieznośny hałas miejski. Że ludzie mają być bardziej włochaci? Nie, nie o to chodzi. Im więcej szorstkich powierzchni, tym lepsze tłumienie dźwięków. A więc powinno byc w mieście więcej niskiej i wysokiej zieleni, więcej trawników niż betonu. A tymczasem kolejny fragment parku zamienia się w parking…

Ale wróćmy do naszej bzowej opowieści i szewnicy bzówki. Nazwa sugeruje, że owad ten ma jakieś relacje z bzem. Owady dorosłe szewnicy spotkać można w lasach liściastych i mieszanych od końca maja do końca lipca. Jest gatunkiem o rozsiedleniu palearktycznym, w Polsce pospolitym. Ale to nie znaczy że widzieliście szewnicę bzówkę. W nocy śpimy, więc żyjemy obok siebie ale się mijamy. Chyba, że przyleci do światła. Ta moja także najpewniej przyleciała do lampy przy klatce schodowej. Siedziała na ścianie, myśląc że jest dobrze skryta. Skrzydła owadów dorosłych u szewnicy bzówki są koloru żółtego. Na przednim skrzydle widoczne są niewielkie, czarne i ciemnobrązowe kropki (plamki), plamki te często układają się w ukośny rząd. Na skrzydłach drugiej pary ciemne plamki są nieliczne. Rozpiętość skrzydeł wynosi 34-40 mm. Ciekawe gdzie zazwyczaj za dnia przesiaduje, bo należy przypuszczać że opisany i zilustrowany kolor skrzydeł jest maskujący.

Odwłok jest żółty (ciut ciemniejszy niż skrzydła), z rzędem ciemnych plamek z górnej strony i po bokach. Motyle dorosłe pojawiają się w końcu maja i latają do końca lipca. Oczywiście nocami, za dnia siedzą. Spotkać je można w lasach liściastych i mieszanych, w zaroślach, parkach, sadach i ogrodach. Gąsienice żerują na pokrzywie, szczawiu, babce i mniszku. Żerują także na krzewach takich jak malina właściwa i bez czarny. Od tego ostatniego motyl wziął nazwę gatunkową. Gąsienicy szewnicy jeszcze nie widziałem. Będę musiał bacznie oglądać krzewy bzu czarnego.

W Polsce występują także dwa inne gatunki szewnicy: szewnica miętówka i szewnica pokrzywnica – owady dorosłe mają skrzydła koloru białego. Szewnice swoją urodą tak mnie zauroczyły, że namalowałem je na butelkach. Teraz stoją na wystawie w Bibliotece Głównej UWM. I myślę, że taka butelka z szewnicą bzówką znakomicie nadaje się na sok z czarnego bzu lub na nalewkę z kwiatów lub owoców bzu czarnego. Ba, nawet na wino się nadaje. Czarnobzowe oczywiście. A że - jak pisałem wyżej - gąsienice żerują także na innych roślinach, to gama trunków pasujących do tej butelki jest szeroka. Tak jak nasze relacje z innymi gatunkami.

Co to jest ekosystem inwestycyjny ? Albo ekologia mediów?

sczachor

10497889_598928876872214_6875096820284979704_oNauki biologiczne mają ogromne oddziaływanie kulturowe. Widać to w języku codziennym, widać w filozofii ale widać i w swoistych zapożyczeniach w innych naukach. W moim odczuciu nie jest to tylko powierzchowne naśladownictwo lecz coś głębszego. Nazwałbym to krokiem ku ogólnej teorii systemów i interdyscyplinarnej integracji.

Być może ekologia jest inspirująca ze względu na analizowanie wielu obiektów i wielu relacji jednocześnie. Tę złożoność dostrzegamy także w coraz to nowych dziedzinach. Dostrzegamy także wspólnotowość i kontekstowość. Niemniej zaskakują mnie odkrycia w książkach naukowych terminologii ekologicznej... w zupełnie nowym kontekście i zastosowaniu.

Bo co to jest ekosystem inwestycyjny ? Kalka słowna z nauk przyrodniczych czy inspiracja metodologiczna?

Skumulowany wzrost gospodarczy w latach 2010–2012 wyniósł ok. 10 proc., a ekosystem inwestycyjny rozwijał się m.in. dzięki przedsięwzięciom realizowanym w ramach przygotowań do Euro 2012, projektom samorządowym oraz środkom z unijnej perspektywy finansowej 2007–2013.” „Z odmienną sytuacją mamy do czynienia obecnie. Rok 2013 to niski wzrost gospodarczy, klif inwestycji publicznych, który zaczął się po Euro 2012, wygasające fundusze unijne i brak dużych projektów, które byłyby kołem zamachowym aktywującym ekosystem inwestycyjny.” (Nowy sposób na inwestycje – Debata „Rz” przed Forum Ekonomicznym).

Albo książka pod tytułem "Nowa ekologia mediów". Konwergencja a metamorfoza" Karola Jakubowicza. Od dłuższego czasu czytam te książkę. Bez wątpienia zaintrygował mnie tytuł. Czytam do poduszki. Utknąłem w drugiej połowie....

Poza gazetowymi "kolorami ekologicznymi, muzyką ekologiczną, pralniami ekologicznymi itd., pojawiają się więc ekosystemy inwestycyjne i całkiem nowe ekologie mediów. I to w poważnych książkach naukowych. Ciekawe zjawisko proszące się o dokładniejsze zbadanie.

Zgamifikowana taksonomia roślin

sczachor

1654323_10204192088875796_1927600315156531452_nDobrzy ludzie sami nas znajdą. Wystarczy wyjść na rozstaje dróg. Nawet tych wirtualno-blogowo-facebookowych. Ledwie napomknąłem coś o swoich grywalizacyjnych pomysłach i próbach a już dwie przesympatyczne osoby (z Olsztyna i Gdańska) zaoferowały pomoc i podsunęły interesującą literaturę do poczytania. Grywalizacyjna i zgamifokowana przygoda się rozpoczyna. 

Po inspirującej, wieczornej  lekturze w nocy wymyśliłem pomysł na zgamifikowane zajęcia z autoprezentacji w przyszłym semestrze. A budziłem się kilka razy. To przez komórkę (telefon komórkowy), która co jakiś czas piskiem żałosnym sygnalizowała, że bateria jej się rozładowuje. Po którymś razie nie wytrzymałem, wstałem i podłączyłem do prądu. Nie wiedziałem, że "proście a  będzie wam dane" odnosić się może do telefonów komórkowych... Ewentualnie moja komórka (ta telefoniczna a nie somatyczna) też brała udział w grywalizacyjnym spisku.

Mam już zarys fabuły. Wcześniejsza koncepcja zajęć okazała się bardzo łatwa do zgrywalizowania. W zasadzie była to jakaś ukryta gra, o czym sam nie wiedziałem. Ale teraz dopracuję. I będzie to Wiedzmińska wyprawa Drużyny Lasera przeciw Nudziolom. Bo bawić się będą nie tylko studenci ale i ja (a może uda mi się namówić do udziału także współpracowników?). Przecież chodzi także i o moją motywację. Żeby każde zajęcia były jak pierwsze, z tą przygodą nieznanego, odkrywczego i zaskakującego.

A odważyłem się gdy zobaczyłem pomysły na wykłady z taksonomii roślin na kierunku biologia (pomysł i realizacja prof. Joanna Mytnik-Ejsmont). Z kodami QR i mottem "Nauka jest najbardziej efektywna, kiedy sprawia radość". Dodałbym od siebie, że jest to radość zarówno studentów jak i wykładowców. I odwagi nabrałem jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się, że w grywalizacje bawią się nauczyciele w szkole podstawowej.  Wielką radość sprawia także o to, że odkrywa się istnienie ludzi z dowcipem i dystansem do siebie na akademickich katedrach i uniwersyteckiej celebrze. I ludzi, którzy ocalili w sobie coś z dziecka. Jeszcze świat do końca nie zwariował, gdy zajęcia wymyśla Stara Szamanka (ale przecież nie taka znowu stara!). Edukacyjne odloty od rutynowej nudy na siedmiu poziomach. Poczucie nie-samotności dodaje skrzydeł i ochoty... do walki z korporacyjnymi Nudziolami.

Za jakiś czas zdam relację jak idą prace nad zgamifikowaniem autoprezentacji dla biotechnologów oraz seminarium dyplomowego. Jestem ciekaw czy uda się zmotywować moich studentów do większego wysiłku i odwagi próbowania nowego i nowoczesnego komunikowania wiedzy. Na razie obserwuję jak rozwija się pomysł na "naukę w puszce" czyli odkrywanie ogólnej teorii puszkowatości świata.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci