Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Kamień filozoficzny, złoto, jesienne liście i krasnoludki

sczachor

liscieWielokrotnie już pisałem  o pożytkach z liści leżących na trawniku. Uporczywe wygrabianie martwej materii organicznej zubaża ekosystemy miejskie. Ale okazuje się, że jest przyczyną braku bogactwa. Ale co ma grabienie liści do braku pieniędzy? W czym przynosi straty? Nie, nie będzie o zbędnych kosztach robocizny i utracie usług ekosystemowych ani o głodowaniu dżdżownic na trawniku. Będzie o … utracie złota. Które za sprawą liści na trawnikach mogłoby do nas trafić.

W średniowieczu mędrcy poszukiwali (próbowali odkryć lub wynaleźć) kamienia filozoficznego, który przemienia zwykły metal w złoto. W owych poszukiwaniach utopiono nie jedną fortunę, ale chęć szybkiego wzbogacenia się była wielka. Ewentualnie był to pęd do wiedzy i odkrycia tajemnic wszechświata, jak kto woli. Najpierw zajmowali się tym al-chemicy. Po zeuropeizowaniu zostali chemicy. I dalej poszukiwali, kamienia nie wynajdując, ale przy okazji powstał al-kohol. Dla zdrowotności i pocieszenia. Potem arabskie "al"- też zniknęło.

Fizycy kwantowi poznali w końcu tajemnicę atomów i materii, więc przemiana w złoto staje się już możliwa. Przynajmniej teoretycznie. I do takiej teoretycznej możliwości nawiązuje żart, jaki ostatnio zaczął krążyć w sieci. Jak z taniej rtęci zrobić drogie złoto i się wzbogacić?

Przepis jest prosty. 1. Kup kilogram rtęci metalicznej (około 1500 zł za 1 kg). 2. Usuń jeden proton z każdego atomu. 3. Masz kilogram czystego złota (około 136 000 zł za 1 kg). Wydaje się czysty zysk. Tyle, że protony mają jednak masę, więc jeśli z każdego atomu usunąć jeden proton, to z kilograma rtęci nie wyjdzie nam kilogram złota (dociekliwi mogą sobie policzyć o ile będzie mniej). Niemniej zysk nadal będzie duży. Ale co zrobić z usuniętymi protonami? I na to jest rada: 4. Nie wyrzucaj protonów! Kup Iryd i dołóż po protonie. Masz platynę. Co prawda iryd nie jest tani, ale i platyna ma swoją cenę. W przyrodzie i dobrej ekonomii nic się nie marnuje. Bo to jest gospodarka bezodpadowa.

Przepis jest prosty, gorzej z wykonaniem. Jeden z internatów napisał „w domu mam młotek i dłuto - usuwałem tym stare tynki - może się nada do usuwania tego protonu z atomu - jak się mocno nie trzymają to powinno się udać, możemy też pojechać na dwa młotki żeby to złoto szybciej robić.” Sądzę jednak, że w usuwaniu protonów znacznie lepsze są krasnoludki - swoimi małymi paluszkami capną i wyrzucą (proton z jadra atomu). Teraz pozostaje tylko problem, jak znaleźć krasnoludki... Jakoś ostatnio nie było ich widać. Ale i na to internauci (z poczuciem humoru i wiedzą przyrodniczo-etnograficzną) mają radę. „Kiedyś pamiętam siedziały jesienią pod liśćmi, ale jak zaczęli grabić wszystko, to szlag trafił i krasnoludki...”

Bo gdyby zostawić więcej liści na trawniku, nie tylko dla jeży, dżdżownic i owadów, to jeszcze mielibyśmy krasnoludki. A jakby były krasnoludki, to odrobinę mleka (aby miały gdzie sikać), okruszków i już można uruchomić alchemiczną zamianę rtęci w złoto. No tak, przez to grabienie liści będziemy biedni!

Sysydlaczki, tomity i złożony cykl życiowy (z aluzją to teorii spiskowych)

sczachor

Suctoria_wikiDamin_H._ZanetteŚwiat jest skomplikowany, nawet sysydlaczki mają złożony cykl życiowy. Przypomnę, że sysydlaczki to pierwotniaki, czyli organizmy jednokomórkowe. Konkretnie orzęski (na fotografii obok sysydlaczek, źródło: Wikimedia Commons, autor: Damián H. Zanette).

O sysydlaczkach już wcześniej pisałem (Sysydlaczki z Krainy Tysiąca Jezior  , Czy sysydlaczki są zwierzętami? , Życie seksualne sysydlaczków ), ale okazuje się, że temat ciągle jest niewyczerpany.

W swojej konstrukcji duchowej człowiek poszukuje jednej zasady, jednego wzoru na wszystko. Ale nawet fizykom się to nie udało w zakresie jednolitej teorii oddziaływań. A gdzie reszta świata? Ja ogromne nadzieje wiążę z ogólną teorią systemów. W wersji ludowej ta dążność do jednej zasady objawia się czasem w różnych wydaniach teorii spiskowej – jeden czynnik i wszystko jest wytłumaczone (np. za wszystko odpowiadają Żydzi, albo Moskale, albo enigmatyczni ONI).

Jako ekolog, zajmujący się badaniami ekosystemowymi oraz relacjami między gatunkami, na co dzień spotykam się z koniecznością analizowania wielu elementów na siebie oddziaływujących. Im więcej się wie, tym bardziej złożona wydaje się rzeczywistość i trudniej o proste wytłumaczenia. Tak na przykład teraz siedzę nad chruścikami z rzeki Krąpieli i analizuję m.in. skutki bagrowania rzeki. W badaniach uwzględniono wiele różnych czynników a uzyskany obraz trudny jest do jednoznacznej interpretacji. Zawsze pojawia się jakieś „ale”.

Wróćmy jednak do sysydlaczków. Czy jednokomórkowce mogą mieć złożone cykle życiowe? Do tej pory spotykałem się z tym tylko u glonów. Dlatego z wielkim zdziwieniem i ekscytacja wyczytałem o złożonym cyklu życiowym sysydlacza Tachyblaston ephelotensis. Tachyblaston ephelotensis jest pasożytem... innego sysydlaczka (ach, jak ten świat biologiczny jest złożony i zapętlony) z rodzaju Ephelota gemmipara, wytwarzającego długi stylik (taka długą „nóżkę”), na którym osadzone jest kubkowate ciało tegoż orzęska. Niczym wiejskim starodawny gołębnik, stojący na podwórku. Cechą charakterystyczną sysydlaczków z rodzaju Ephelota jest obecność dwóch rodzajów rurek ssących („normalne” sysydlaczki mają jeden rodzaj rurek ssących). Obok typowych, zakończonych przyssawką jak na sysydlaczka przystało, Ephelota ma jeszcze rurki znacznie dłuższe, giętkie, która nachylają się w kierunku złapanej zdobyczy (np. innego orzeska) i pomagają w unieruchomieniu pojmanej ofiary.

Ephelota gemmipara jest gatunkiem pospolicie występującym w morzach, gdzie osiedla się na glonach lub mszywiołach. I na takim Ephelota gemmipara pasożytuje wspomniany sysydlaczek Tachyblaston ephelotensis, który osiedla się między rurkami swojego żywiciela jako wydłużony, nieorzęsiony tomit (tomit to taka forma młodociana sysydlaczka, można byłoby powiedzieć, że larwa). Gdy tomit osiedli się, wtedy ciało żywiciela - Ephelota gemmipara – zapada się, tworząc kanał, w którym pasożytniczy sysydlaczek Tachyblaston ephelotensis rozwija się. Pasożyt wytwarza rurki, za pomocą których ssie cytoplazmę swojego żywiciela. Gdy osiągnie odpowiedni rozmiar, na drodze pączkowania zewnętrznego wytwarza orzęsione tomity. Orzęsione tomity pływają, po czym dość szybko osadzają na podłożu – zazwyczaj na styliku swojego żywiciela. Czyli daleko nie odpływają (chyba, że wybiorą innego osobnika).

Te orzęsione i osiedlone tomity wytwarzają styliki i otaczają się osłonka w kształcie kubka. Nie przyjmują żadnego pożywienia, pączkują i wytwarzają robakowate, nieorzęsione formy, które pełzając dostają się na ciało żywiciela (musza się drapać po długim styliku). Tak więc u Tachyblaston ephelotensis występuje przemiana pokoleń: pasożytniczego i osiadłego, a każde pokolenie przechodzi własny, odrębnie przebiegając,y rozwój (ontogeneza) przez wytwarzanie odmiennych tomitów (jedne orzęsione inne robakowate i bez rzęsek). Nawet więc jednokomórkowe orzęski maja przemianę pokoleń.

Czyli sysydlaczek Ephelota gemmipara, będący orzęskiem przecież, zjada jako drapieżnik inne orzeski, a sam jest pasożytniczo podjadany przez inne sysydlaczki (Tachyblaston ephelotensis). Nawet świat jednokomórkowców jest złożony i skomplikowany. Nie dziwmy się więc złożoności naszego życia. Złożoność relacji jest ciekawsza niż proste, spiskowe tłumaczenie rzeczywistości.



Źródła:
Anna Czapik, Podstawy protozoologii, PWN 1976, Warszawa
Zdzisław Raabe, Zarys protozoologii, PWN, 1972, Warszawa

O wiedzy i wyobraźni czyli bezmyślność a identyfikacja z firmą

sczachor
10644569_10204445932101718_4589371217384504821_n

Dlaczego ludzie wykonują swoją pracę głupio zamiast sensownie? Czy wiąże się to z wykształceniem (brak umiejętności dostrzegania kontekstu i szerszego horyzontu) orazi zdolnościami intelektualnymi czy też z odpowiedzialnością i identyfikacją z firmą (wykonywaną pracą). A więc czy czują się właścicielami czy tylko wynajętymi robotnikami, bez odpowiedzialności i prawa głosu.

Kiedyś wujek opowiadał mi o pracy meliorantów, prostych robotników, bardziej myślących o tym gdzie i jak wypić tanie wino niż o wykonywanej pracy. Traktor z odpowiednim pługiem wykopywał rów na łące, a „melioranci” układali na dnie rowu ceramiczne rurki. Praca prosta. Ale w którymś momencie pług podskoczył nieco na kamieniu. Robotnik położył jedną rurkę przed… a następna za kamieniem. Przecież nie trzeba wielkiej inteligencji czy wyobraźni, aby wiedzieć, że woda nie przepłynie przez kamień. Dlaczego tak zrobił i wykonał bezmyślną pracę? Przecież należało wykopać kamień, aby prawidłowo ułożyć ceramiczne dreny (dla zapewnienie przepływu wody). Albo ominąć układanymi drenami kamień. W obu przypadkach wymagałoby to dodatkowego nakładu pracy. Pracownik musiałby zadecydować także o .. swoim wysiłku ponad przewidziany standard. Zatem ta absurdalna praca raczej nie wynikała z ograniczenia umysłowego lecz braku odpowiedzialności (po co się wysilać – to firma straci nie on). A co go obchodzi czy wykonywana melioracja będzie działała? Nie jego cyrk, nie jego małpy. Wydawać by się mogło, że bezsensowna i bezmyślna praca odeszła wraz z minionym ustrojem socjalizmu realnego.

Listopad 2014 roku. Ucieszyłem się z nasadzeń drzew i krzewów, jakie ostatnio dokonują się w Olsztynie. Ze zdziwieniem i rozgoryczeniem zobaczyłem efekt nasadzeń na ul. Obrońców Tobruku. Dorodne drzewka zasadzono także pod linią wysokiego napięcia (a inne fragmenty zostały puste, bez drzew - więc było bardziej odpowiednie miejsce!). Przecież wystarczy spojrzeć, aby wiedzieć, że niebawem, jeśli trochę podrosną, to drzewa będą przeszkodą i trzeba je będzie wyciąć. Bezsensowna praca i marnowanie pieniędzy. Czy robotnicy wykonujący nasadzenia nie potrafią podejmować samodzielnych decyzji i modyfikować otrzymanych planów? A więc czy nie widzieli absurdalności wykonywanej pracy czy tylko nie interesował ich skutek? W tym drugim przypadku oznaczałoby to brak identyfikacji z własną pracą i własną firmą. A pośrednio mówi to o sposobie zarządzania – nie czują się podmiotem a jedynie „robolami” – przedmiotem, który i tak nie ma prawa głosu. Robią zgodnie z otrzymanym planem i nie potrafią lub nie chcą (bo oznacza to wysiłek) modyfikować planów i dostosowywać do zastanego kontekstu.

Dostrzeżona bezmyślność bierze się albo ze sposobu kształcenia… albo z zarządzania. Czy pracownik traktowany jest podmiotowo i identyfikuje się ze swoją firmą czy też traktowany jest przedmiotowo, jak niewolnik na plantacji. Nie ufa się mu, lekceważy i dlatego nie słucha ani nie oczekuje się inicjatywy? Trafi firma… z winy kadry zarządzającej.

Czy firma (dowolna, bo myślę także o uniwersytecie) dba o szerokie horyzonty i edukację podwładnych, ufa w kompetencje i inicjatywę pracownika, czy też taktuje przedmiotowo – „robol” ma wykonywać polecenia i nie dyskutować. Czy też wolno mu myśleć i czuć się odpowiedzialnym?

Wniosek dla szefów wszelkiej maści: rozmawiać z podwładnymi, ufać i pozwalać myśleć. Tylko w wojsku, na froncie, sprawdza się zasada, „wykonać bez dyskusji”. Drugi wniosek odnosi się do edukacji: wyobraźnia ważniejsza jest od wykształcenia (kujońskiego zapamiętywania faktów, wiedzy faktograficznej). Ważne jest nie tylko żeby mieć wiedzę specjalistyczną (wiadomości , informacje) ale także umieć ją zastosować w różnym kontekście. To drugie wymaga umiejętności refleksyjnego myślenia.

Zatem czy studia uniwersyteckie powinny być zawodowe czy raczej uczące myślenia i dostosowania wiedzy do kontekstu?

Dużo nieważnych głosów - wtórny analfabetyzm czy protest wyborców?

sczachor

W pierwszej turze tegorocznych wyborów samorządowych pojawiło się dużo nieważnych głosów, najwięcej w przypadku sejmików wojewódzkich. Średnio w kraju wypadło to około 18 % oddanych głosów, a w woj. warmińsko-mazurskim boisko 20%. O czym to świadczy? Czy o wtórnym analfabetyzmie tak dużego odsetka dorosłych Polaków? O stanie edukacji?

Na wtórny analfabetyzm i trudności ze zrozumieniem prostej instrukcji od wielu lat zwracają uwagę różnorodne badania. W tym roku zamiast dużej płachty z komitetami wyborczymi i kandydatami do sejmików wojewódzkich pojawiły się "książeczki". Podobno informacja wyborcza PKW mówiła, że na jednej karcie należy postawić tylko jeden krzyżyk (trudność ze zrozumieniem czym jest karta do głosowania a czym jest kartka w karcie?). Być może więc część wyborców źle to zinterpretowała? Nieważnych głosów było o 5 punktów procentowych więcej niż w poprzednich wyborach.

Idąc do lokalu wyborczego przez moment się zmartwiłem, że nie zapoznałem się z instrukcją. Ale przecież w razie czego można zapytać. W lokalu wyborczym zauważyłem wiszącą instrukcję, wystarczyło 2-3 minuty, aby zapoznać się z zasadami. Krótka i prosta instrukcja. Jak można nie zrozumieć? A jednak. Badania wskazują, że duży odsetek nie potrafi zrozumieć rozkładu jazdy i prostych instrukcji.

Wróćmy do dużej liczby nieważnych głosów - być może wskazuje to, że nie czytamy instrukcji i postępujemy rutynowo. Albo nie potrafimy zrozumieć prostych instrukcji. Mówienie o wtórnym analfabetyzmie jest jak najbardziej zasadne. Wybory i duży odsetek nieważnych głosów jest w jakimś sensie ewaluacją systemu edukacji. Coś robimy źle. Zarówno w szkole (uczymy schematów rozwiązywania testów) jak i w brakach kształcenia ustawicznego i pozaformalnego.

Świat wokół nas jest jednak bardziej skomplikowany. Nie ma prostych zależności: wiele czynników wpływa na pojedyncze zjawiska. A w interpretacji ważny jest kontekst. Być może część nieważnych głosów wcale nie wynika z wtórnego analfabetyzmu. Być może jest to protest wyborców. Chcą iść na wybory bo czują się obywatelami, ale świadomie oddają np. puste głosy, bo nie znajdują dla siebie sensownego wyboru. Trudno ocenić ile z nieważnych głosów to efekt wtórnego analfabetyzmu a ile to efekt protestu wyborców przeciw klasie politycznej.

Ludzie, którzy nie rozumieją rzeczywistości wokół siebie preferują teorie spiskowe. Bo jest jedna, prosta recepta na wszystko - spisek. Stąd tak dużo w mediach głosów o fałszerstwach wyborczych itd. Brak natomiast dyskusji o ... wtórnym analfabetyzmie i przyczynach tego zjawiska. Nie wspominając o pomysłach na zaradzenie temu niedobremu stanowi rzeczy. Wtórny analfabetyzm (analfabetyzm funkcjonalny) w dużym stopniu dotyczy także klasy politycznej. Nie dziwiły by więc protesty wyborców w formie nieważnych głosów...

Tożsamość lokalna i folkloryzm

sczachor

Tożsamość dość często utożsamiamy z folklorem ludowym, agrarnym. Przykładem może być poszukiwanie warmińskiej tożsamości. Odwołujemy się do XIX wieku polskojęzycznych Warmiaków, próbując odtwarzać gwarę, muzykę i strój ludowy. Jakkolwiek w większości jesteśmy ze wsi, a więc wywodzimy się z kultury i tradycji wiejskiej, to wszystko się zmieniło. Ani my w większości nie mieszkamy na wsi ani wieś nie jest taka jak kiedyś (zwłaszcza ta warmińska czy mazurska). Za sprawą PRL-u tradycję w największym stopniu utożsamiamy z tradycją wiejską i to z XX wieku (góra początków XX). A dlaczego nie szukać korzeni i identyfikacji wcześniej?

Folklor (z niemieckiego Volk, folk – lud, ludowy) to ludowa twórczość artystyczna (najczęściej właśnie dotycząca stanu kultury wiejskiej z XIX wieku i początków XX), dotycząca muzyki, pieśni, tańców, strojów, zdobnictwa, baśni i podań. A jak w XXI wieku identyfikować twórców ludowych? Kto może się uważać za twórcę ludowego? Czy twórczość amatorska, naiwna (tworzenie z potrzeby serca) jest twórczością ludową?

Wszystko w kulturze się zmienia i podlega różnych, zewnętrznym wpływom. Nawet Fryderyk Chopin (choć w mojej młodości za poprawne uchodziło - Szopen) czerpał z lokalnej kultury ludowej. Ale znacząco ją przetwarzał. I chyba było tak zawsze, że czerpaliśmy z korzeni (tradycji, przeszłości), twórczo ją przekształcając i aktualizując. Tożsamość budowana w oparciu o zasuszony, zakonserwowany folklor wydaje się czymś sztucznym, nieautentycznym, skansenowym i nie przystającym do życia. Częściej więc mówimy i muzyce etnicznej, muzyce ziemi itd.(szukamy słów by nazwać dostrzeżone zjawisko). Poprawniejszym terminem jest chyba folkloryzm.

Folkloryzm rozumiany jest jako przetwarzanie autentycznych elementów folkloru lokalnego przez stylizację i aranżację i nadawanie nowej, uwspółcześnionej formy, mniej lub bardziej odległej od pierwowzoru. Folkloryzm to styl kultury popularnej i masowej, opierający się na twórczej adaptacji, elementów folkloru przez osoby niezwiązane z daną tradycją kulturową (a trudno być wspołczesnie związanym kulturowo z wsią z XIX wieku). Bo każda tradycja odchodzi w przeszłość. Na wsi zmienił się styl życia, wiele dawnych zwyczajów jest po prostu nieadekwatna do rzeczywistości. Ubrania kupujemy w sklepie a nie samodzielnie tkamy na krosnach. Styl więc wynika nie z lokalnych wzorów, możliwości technicznych i dostępnych środków a z wzornictwa przemysłowego i globalnego rynku pracy. Podobnie z językiem, obrzędami czy kulturą mówioną (oglądamy telewizyjne seriale a nie słuchamy opowieści wędrownego dziada, siedząc przy piecu w chałupie). Jest w tym i efekt globalizacji (ujednolicania kultury). Ale coraz silniejsze poszukiwanie tożsamości w nawiązaniu do lokalności jest w jakimś stopniu odreagowaniem na globalizację. Szukamy czegoś lokalnego, unikalnego, autentycznego.

W kulturze, nawet tej popularnej, odwołujemy się nie tylko do tradycji wiejskich z XIX wieku, ale szukamy znacznie głębiej, do średniowiecza (np. różne grupy rekonstrukcyjne, odtwarzanie muzyki dawnej itd.). Nie tylko nie mieszkamy na wsi i nie żyjemy jak w XIX wieku ale jeszcze dalej mamy do średniowiecza. A jednak poszukujemy tam źródeł i zaczepienia dla własnej tożsamości. Na naszym terenie jest to chociażby odwoływanie się do kultury dawnych Prusów. Folkloryzm w takim ujęciu to nie tylko nawiązywanie do tak zwanej kultury ludowej (folklor) z terenów wiejskich, ale także nawiązywanie do kultury miejskiej, nawet z epoki nowoczesności. Na różne sposoby poszukujemy dla siebie tożsamości, która pasowałaby do otaczającej nas rzeczywistości.

Rude i żywe kamienie z rzek Warmii i Mazur

sczachor

hildebrancjaCzy kamienie mogą być żywe? Zasadniczo nie, ale biolog zawsze znajdzie jakieś ale. Skoro są na Warmii "gadające dachówki" to dlaczego nie miałoby być żywych i kolorowych kamieni? Co prawda nie same kamienie żyją ale porastające je glony (krasnorost, w starszych publikacja pisany jako Hildebrandtia rivularis , w nowszych -  Hildebrandia rivularis). Tyle tylko, że plecha jest skorupiasta i wydaje się, że to taki łaciato-kolorowy, fioletowo-bordowy kamień. Więc w przenośni można powiedzieć, że to żywe kamienie. Spotkać je można w Krutyni, Łynie, Pasłęce, Kirsnie, rzece Ełk (i być może jeszcze gdzieś – wymieniam tylko miejsca, gdzie sam widziałem i stwierdziłem obecność tego gatunku).

W czasie letniego maratonu malarskiego Malality (działo się to w Pałacu Młodzieży w Olsztynie), znany olsztyńskim artysta Zbigniew Urbalewicz namalował obraz. Zatytułował go „kamienie”. Jak wyjaśnił, inspiracją były kamienie w rzece Krutyni. Artysta dostrzegł w nich piękno. Przyrodnik widzi coś więcej – organizmy żywe: krasnorosty o poetyckiej nazwie Hildebrandtia rivularis. Polskiej nazwy nie mają, na razie. Może trzeba te „kamienie” nazwać, np. hildebrancja rzeczna?

Krasnorosty znamy z mórz i oceanów lub z podręczników szkolnych i encyklopedii przyrodniczych. Hildebrandia rivularis to jedyny słodkowodny krasnorost (Rhodophyta) w naszych wodach. Ale zazwyczaj go nie dostrzegamy – kamień to kamień. Najbardziej znane są te z rzeki Krutyni (turyści zabierali na pamiątkę, co zagrażało temu gatunkowi i trzeba było wprowadzić specjalny program ochrony), ale są bardzo charakterystyczne dla całego naszego regionu. Jeśli spotkasz w rzece, to ciesz się widokiem i zrób zdjęcie. Ale nie zabieraj do domu.

Ten niewielki glon zasiedla wody bieżące i porasta kamienie, nadając im charakterystyczny czerwono-fioletowawe (czerwonobrunatne, rudawe) zabarwienie. Hildebrandia należy do glonów epifitycznych (porastających inne powierzchnie). Swoją charakterystyczną barwę krasnorosty zawdzięczają barwnikom: fikoerytrynie i fykocyjaninie. Ten ostatni barwnik ma właściwości fluorescencyjne.

Hildebrandia rivularis  to glon występujący w czystych wodach i w słabo przekształconych przez człowieka małych i średniej wielkości rzekach. Możemy więc uznać go za wskaźnik dobrej jakości ekosystemów wodnych. Dawniej spotkać można go było także w zacienionym litoralu czystych jezior. Najwyraźniej jeziora zbyt mocno zniszczyliśmy. Nasi przodkowie oglądali je w jeziorach. My już niestety nie.

Krasnorost Hildebrandia rivularis stanowi główną atrakcję rzeki Krutyni. Dawniej wielu turystów zabierało te niezwykłe kamienie na pamiątkę, przy okazji niszcząc zagrożony gatunek. Zakazy kierowane do krutyńskich flisaków nie skutkowały. Licząc na przypodobanie się niemieckim klientom z chęcią wyławiali je z rzeki i rozdawali turystom. Niezbyt chlubny proceder udało się powstrzymać przez wydrukowanie ulotek w języku niemieckim i adresując je do zdyscyplinowanych i praworządnych Niemców. Nie wolno to nie wolno. Trzeba coś zostawić przyszłym pokoleniom (i nie o stery śmieci mi chodzi!).

Znacznie liczniej tego krasnorosta spotykałem w środkowej Łynie, na obszarze rezerwatu Las Warmiński. Ale tam turystów niewielu. Nielicznie glon ten spotykałem w Łynie na wysokości Rusi, Bartąga a nawet w samym Olsztynie. Spotykałem także w rzece Kirsnie (dopływ Łyny) w obszarze Natura 2000 Swajnie oraz w rzece Ełk. Można więc sądzić, że ten niezwykły krasnorost występuje w wielu innych rzeczkach Warmii i Mazurach. A może nawet jeszcze w jakimś jeziorze. Miejcie więc oczy szeroko otwarte i wypatrujcie tych naszych niezwykłości warmińsko-mazurskich – żywych kamieni z rzek i jezior.

Zobacz także:

  1. http://czachorowski.blox.pl/2010/01/Hildebrandtia-rivularis.html
  2. http://www.przyroda.mazury.pl/index.php?page=nature&id=149
  3. http://ro.com.pl/kamienie-ktore-zyja-hildebrancja-rzeczna/01114083

System klanowy, zarządzanie rozkazywaniem lub przekonywaniem oraz krajowe ramy kwalifikacji

sczachor

Polska w 2012 roku stała u progu zmian – wtedy następowało wprowadzenie Polskiej Ramy Kwalifikacji (Krajowe Ramy Kwalifikacji), co miało promować edukację opartą na rzeczywistych efektach uczenia się. Ważniejsze miało się stać nie to, jaki kurs czy studia skończyliśmy, ale to, co wiemy i co dzięki temu potrafimy zrobić. Minęły ponad dwa lata. O KrK na uczelniach mówi się dużo, ale czy rzeczywiście coś się zmieniło? Dyplomy powinny mówić o tym, co dana osoba naprawdę umie robić, a nie ile lat chodziła do szkoły czy studiowała. Miało być pięknie a wyszło jak zwykle. Dlaczego?

Para poszła w gwizdek, brak było i jest dyskusji merytorycznych i strategicznych a omawiane są szeroko jedynie sprawy techniczne i trzeciorzędne. Wysiłek skupiony jest na dopracowywaniu systemu komputerowego i obiegu dokumentów. Dlaczego tak mało rzeczywistych i oczekiwanych efektów? Moim zdaniem wynika to ze sposobu zarządzania, wielokrotnie już krytykowanego przez specjalistów nie tylko w odniesieniu do szkolnictwa wyższego. Był komunikat „macie wykonać”. Ale bez próby przekonania dlaczego to zrobić. Mus to mus, i tak zostało to zrobione. Czyli jak zwykle.

Na wszystkich szczeblach, poczynając od ministerialnego, zabrakło przekonywania co do samej istoty (w każdym razie zbyt mało do potrzeb było tego przekonywania i uzasadniania). Środowisko nie poczuło identyfikacji z zadaniem do wykonania. Identyfikacja to poczucie, że jest moje, że akceptuję i że warto. Ludzie potrzebują widzieć sens wykonywanych czynności, od sprzątania aż po edukację uniwersytecką.

Było odgórne polecenie – no to trzeba zrobić, aby się tylko w papierach zgadzało, jak będą kontrolowali. Wykonanie administracyjne, powstała uciążliwa struktura (sylabusy i system komputerowy), ale cel (jeszcze) nie został osiągnięty. Ten zasadniczy cel. Czynności i działań było dużo, aż się pot lał z czoła i złorzeczenie na zajmowanie czasu. Ale od tego mieszania w szklance herbata wcale nie robi się słodsza.

Jest jak było, tylko więcej administracyjnej i biurokratycznej pracy ma każdy nauczyciel akademicki (dużo więcej papierów i tabelek do pouzupełniania). Oczywiście bym przesadził, gdybym mówił, że nic sensownego się nie wydarzyło. Cały proces coś jednak dał: zastanawianie się nad celami. Było i jest tego jednak zbyt mało w stosunku do potrzeb. Jednak uczelnie dalej nie skupiają się na edukacji. Dlaczego?

Bo brak etosu, zaangażowania i identyfikacji, a karierę robi się w oparciu o publikacje. A nie jakąś tam dydaktykę czy jakość nauczania. Punktami mierzymy wartość publikacji. A dydaktyka? Zero zainteresowania. Jest i tyle. Niby ma być w uwzględniona postępowaniu habilitacyjnym (i innych awansach akademickich)…. Ale kto do tego przywiązuje rzeczywistą uwagę? Jak się pracuje to się jakieś zajęcia prowadzi i to wystarcza. W postępowaniu habilitacyjnym zrezygnowano nawet z wykładu w czasie kolokwium. A przecież habilitacja i wykład kiedyś dawały prawo do nauczania na uczelniach, prawo do wykładania. Bo w jakiś stopniu poświadczało kompetencje akademickie: potrafi coś zrobić nowego (dorobek naukowy) i mówić o tym (wykład). Teraz wychodzi na to, że uczyć może każdy…. I dlatego jest jak jest.

Założenia i plany były bardzo sensowne (w odniesieniu do Krajowych Rak Kwalifikacji). Zapoznałem się z nimi. Nakierowanie uwagi na cele a nie godziny i plany. Możliwość walidacji wiedzy dla osób, które nie uczęszczały na zajęcia. Tak mają (miały) być sformułowane efekty edukacyjne, aby osoba z ulicy mogła przyjść, zdać egzamin z kompetencji i otrzymać dyplom. Bo nie liczy się czas chodzenia do szkoły ale rzeczywista wiedza i umiejętności. Czyli otwiera się droga dla walidacji i kształcenia pozaformalnego. Takie podejdzie ogromnie mi się podobało. Dalej jest jednak tylko postulatem. Przecież tak jest w egzaminie na prawo jazdy – nie trzeba chodzić na kurs, można nauczyć się samemu (ekstermistycznie). Kompetencje sprawdza egzamin teoretyczny i praktyczny. I dostaje się dyplom – prawo jazdy. Dla uczelni to problem… bo musi mocno i sensownie zastanowić się, jakie efekty edukacyjne ma osiągnąć absolwent i jak to wiarygodnie sprawdzić (teraz sprawdza głównie czy chodzi na zajęcia i zalicza przedmioty). To zostało prawie całkowicie przemilczane i zostało poza powszechną dyskusją. Tkwimy w siatkach godzin, planach zajęć i sylabusach. Zbierane są dane cząstkowe ale w gruncie rzeczy nie są sprawdzane ani analizowane i nie wracają informacje zwrotne do nauczycieli akademicki. Rób coś i wypełniaj papiery. Bo w papierach ma się zgadzać. Sprawdzano czy zgadzają się trzeciorzędne szczegóły… ale nie sens, cele i zgodność z celami kierunkowymi i misją uniwersytetu.

Działalność pozorna i pozorowana, dużo pracy i wysiłku ale zupełnie poza efektem. Owszem, to bardzo duży wysiłek i wymaga dużego zaangażowania. A jeśli wydano tylko polecenie… to dlaczego pracownik, który nie identyfikuje się z założeniami i sensem tych zmian, miałby wkładać w proces swoją energię? Tym bardziej, że nie rozumie co i po co się robi. System komputerowego wybory jest odmóżdżający, mocno ograniczony (wybiera się to co najbardziej pasuje). W papierach wszystko gra, w sensie edukacji nic lub bardzo niewiele się zmieniło. Jest tylko walka o godziny – bo to walka o miejsce pracy, kosztem kolegów i koleżanek a nie dbałość o jakość finalną. Byłem ja miał godziny… a potem to choćby potop. Czy absolwent znajdzie pracę? Byle studenci na zajęciach byli…

Dydaktyka akademicka choruje tak jak cały system edukacyjny. Brak celów, brak etosu, brak poczucia misji. Pozostaje korporacyjny wyścig szczurów w indywidualnej karierze i ewentualnie w drobnych geszeftach (cwaniaczków nie brakuje w żadnej grupie zawodowej). Jakoś się w życiu trzeba ustawić. A wszystko przez kulturę pracy: wydawanie poleceń ale nie przekonywanie co do sensu. Kultura zarządza bardzo niska i rodem z feudalizmu lub autorytarnego PRLu. W konkurencji międzynarodowej z takim systemie przegramy. Już przegrywamy…

Jesteś tym, kogo znasz a nie tym co umiesz. Jest to po prostu dobieranie plemienne a nie zadaniowe. I tu i tam wybieramy (dobieramy ludzi) najlepszych… tylko cel jest inny (mój człowiek z mojego plemienia, klanu, grupy lub człowiek o najlepszych kompetencja do konkretnego zadania). W takim systemie po co są kompetencje, po co skupiać się na rzeczywistej wiedzy, umiejętnościach i kompetencja? Przecież liczy się to, z jakiego klanu jestem (stada, plemienia, hordy – tak jak przez setki tysięcy lat Homo sapiens). Widać to w samorządach, miejscach pracy, parlamencie…. Wydolność takiego systemu jest niska. Wspierasz swoich a nie kompetencje? Zysk chwilowy i ułuda zwycięstwa, bo i tak przegrasz, razem ze wszystkimi. Wyobraź sobie jazdę samochodem osobowym w daleką podróż. Kogo wybierzesz na kierowcę? Tego, kogo najbardziej lubisz (z twego klanu) czy najlepszego kierowcę? Pierwsza alternatywa da ci szybką satysfakcje i poczucie zwycięstwa… druga długofalowy spokój jazdy i bezpieczne oraz szybkie dotarcie do celu…. A czy umiesz wybierać według kompetencji? Czy to kiedykolwiek robiłeś (aś)?

c.d.n. (bo wszystkiego w krótkim tekście nie da się wypowiedzieć)

O bursztynce, cudzych genach i bolesnym poprawianiu urody

sczachor

bursztynkaPrzygotowuję wystawę fotograficzno-opisową, dotyczącą zakończonych badań nad różnorodnością biologiczną upraw wierzby energetycznej. Będzie to bardzo nietypowa „publikacja”, mocno odbiegająca od dotychczasowych standardów (ale to co dzisiaj jest nowinka jutro staje się standardem a pojutrze archaicznym skansenem). Zamiast tradycyjnego tekstu będą plansze ze zdjęciami i krótkie opisy oraz linki (forma hipertekstu). W sumie nie ma w tym nic dziwnego – upowszechnianie wyników badań ciągle przybiera nowe formy a naukowcy poszukują coraz bardziej adekwatnych form komunikacji. Znajdą więc się na planszach ze zdjęciami także i QR kody, by z pomocą mobilnego internetu wykorzystać do objaśnień zewnętrzne zasoby informacji niczym „cudze geny” (rozszerzony fenotypy).

Przeglądając zdjęcia trafiłem na śliczną bursztynkę (na fotografii obok), spotkaną w Samławkach w uprawie wierzby. Nie o bursztyn chodzi ale o ślimaka. Nad wodami i na terenach podmokłych możemy spotkać ślimaka bursztynkę (Succinea sp.). Ślimak z delikatną muszlą bursztynowego koloru sam w sobie jest piękny. Ale niektóre mają przepięknie ubarwione czułki i do tego pulsujące. To co widzimy, to mieszkający w ślimaczym czułku pasożyt – przywra Leucochloridium macrostomum. (zobacz film). Czułki z przywrami dodają niejako urody ślimakowi. Ale i w świecie ludzkim czego to kobiety dla urody nie zrobią (mężczyźni zresztą też): nakłuwają różne części ciała, wstawiają gliniane krążki w wargi (jak pewne afrykańskie plemię – Mursi), wycinają fragmenty ciała lub wszczepiają silikon tu i tam. Zdrowia to nie poprawia, ale urodę w mniemaniu właścicieli to nawet bardzo.

Ale wróćmy do przywry. To pasożyt dla którego ślimak jest żywicielem pośrednim. W odpowiednim momencie rozwoju przywra wędruje do czułków ślimaka i zmienia jego zachowanie. Ślimaki wbrew swoim przyzwyczajeniom wychodzą na „widok” a przywra umiejscowiona w czułku zaczyna się ruszać. Pulsujący czułek ślimaka z przywrą w jakimś stopniu upodabnia się do larwy owada, co zwabia ptaki. Zjadają one albo same czułki albo całego ślimaka (ani jedno ani drugie dla ślimaka nie jest przyjemne ani pożądane). Przywra w ten sposób dostaje się do żywiciela ostatecznego i kończy swój rozwój. Ta ciekawa właściwość zmieniania (wpływania) na zachowanie swojego żywiciela była podstawą sformułowania hipotezy egoistycznego genu. Bo skoro pasożyty mogą modyfikować zachowanie żywiciela, aby robił to, co korzystne dla propagacji pasożyta, to może egoistyczne geny też nami sterują? Podobnie zmieniają zachowania owadów pasożytnicze nitnikowce – nawet lądowe owady czują pociąg do wody (bo tam rozwijają się pasożyty). Analogicznie w naszym genomie miałyby być egoistyczne geny, sterujące naszym zachowaniem.

Drugim elementem teorii egoistycznego genu było odkrycie, że ludzkie DNA zawiera tylko niewiele sensownego DNA z zakodowanymi genami – reszta to śmieciowe DNA do niczego nie potrzebne. Tak się nam wydawało (teraz wiemy dużo więcej o „śmieciowym DNA” i jego roli). A skoro nie koduje żadnych genów to zapewne są tam „pasożyty”, sterujące naszym zachowaniem. W zasadzie jesteśmy tylko opakowaniem dla genów. Hipoteza egoistycznego genu R. Dawkinsa przez kilka dziesięcioleci cieszyła się dużą popularnością. Po rozszyfrowaniu ludzkiego DNA teoria egoistycznego genu stała się mocno nieaktualna. Po pierwsze nie znaleziono owych hipotetycznych genomowych pasożytów. Po drugie śmieciowe DNA nie jest takim śmieciowym i zbędnym jak się wydawało. To rezerwuar do zmienności i rekombinacji oraz zasobnik z genami regulatorowymi. Teorię egoistycznych genów coraz bardziej zastępuje teoria hologenomu.

W końcu okazało się, że bez cudzych genów nie jesteśmy w stanie żyć. Powoli dojrzewa paradygmat wspólnotowości. Najpierw odkryliśmy, że mamy więcej białek niż genów w naszym DNA. Dawny dogmat genetyczny „jeden gen = jedno białko” legł w gruzach, gdy poznaliśmy mechanizmy genetyczne u eukariontów. Pojawiły się w teoriach biologicznych introny i egzony oraz duża modyfikacja genów (rearanżacja fragmentów). Stąd więcej białek niż genów. Po drugie okazało się, że nasze własne geny i enzymy nie wystarczą nam do funkcjonowania i życia. W znakomity sposób korzystamy z potencjału genetycznego i enzymatycznego mikroorganizmów, żyjących w naszym organizmie. Liczbowo komórek bakteryjnych jest więcej w naszym organizmie niż naszych własnych. Ale ponieważ bakterie są dużo mniejsze niż komórki eukariotyczne to wagowa w naszym organizmie jest tak około 1-1,5 kg. Niemniej do codziennego życia wykorzystujemy także „cudze geny”. Tak jak moje przygotowywane plansze będę wykorzystywały zewnętrzne zasoby informacji.

Proste pojęcie zysku i straty nie bardzo ma zastosowanie w biologii. Bakterie i grzyby, których jest w naszym organizmie coś około półtora kilograma, pod względem liczby komórek to nawet jest ich więcej niż naszych (bo dużo mniejsze). A więc nie tylko obcy to pasożyt i wróg a raczej symbiont i przyjaciel. Nawet medycyna przestała zwalczać zawzięcie „zarazki”. Teraz mówi się o probiotykach i właściwej „florze” bakteryjnej i grzybowej nie tylko w jelicie ale i na skórze. Nie jesteśmy sami i w tej wspólnotowości żyje się nam znacznie lepiej. To ogromna zmiana paradygmatu, a myślę że i ogromny wpływ na współczesną filozofię. Biologia na prawde zmienia nasz świat. Także ten filozoficzny i duchowy.

W warstwie społecznej coraz bardziej przekonujemy się, że o jakości społeczeństwa nie decydują jednostki i supermani a współpraca i jakość relacji między członkami społeczności. Odeszły więc do lamusa projekty naprawiania ludzkości poprzez eliminację „złych” genów w piecach krematoryjnych czy przez przymusową sterylizację niepełnosprawnych. Na szczęście teraz coraz bardziej kładziemy nacisk na umiejętność pracy zespołowej i jakość relacji społecznych. To one, w swoistej wspólnotowości, decydują o naszym sukcesie. Patrząc na ślimaka bursztynkę z pięknymi czułkami… współczujemy, myśląc o pasożycie gnieżdżącym się w jej ciele. Ale czy my ludzie, dla domniemanej urody, nie robimy równie szkodliwych dla zdrowia zabiegów? Możemy z politowaniem patrzeć na okaleczone kobiety Mursi, ale przecież w naszym nowoczesno-silikonowym świecie podobnie się zachowujemy. Nastolatki niszczące sobie cerę zbędnymi kosmetykami to tylko mały pikuś. Może chcemy być bardziej widoczni i podziwiani? Czego to kobiety nie wycierpią aby ładnie wyglądać… Jak tak przywra i bursztynka?

Na moich wystawowych planszach takimi przywrami będę QR kody. Daleko idące porównanie i analogia? Możliwie. Ale w kontekście ogólnej teorii systemów to nie tylko powierzchowną analogia.

Zobacz wcześniejszy tekst na stronie Radia Olsztyn

Uniwersytet a polityka kulturalna miasta

sczachor

maszynadopisanie

Kilka dni temu wybrałem się do Muzeum Nowoczesności w dawnym tartaku Raphalsonów na spotkanie poświęcone polityce kulturalnej miasta. Szedłem z niepewnością i obawami. Bo takie debaty bywają nudne i jałowe. Ale tym razem było warto, bo usłyszałem wiele mądrych słów i trafnych stwierdzeń.

Przy stoliku „prezydialnym” z panelistami stała woda w butelkach plastikowych. A przecież mogła to by być zwykła woda kranowa w dzbanku. W Olsztynie można, bo woda jest dobra i smaczna. Jak się później okazało, moja w cichości pomyślana uwaga była jak najbardziej na miejscu. Bo polityka kulturalna miasta i takie elementy może obejmować.

Kultura sprawia, że miasto jest czymś więcej niż tylko zbiorem ulic i budynków oraz poruszających się po ulicach ludzi. Polityka kulturalna może sprawić aby potencjał twórczy mieszkańców został wykorzystany do tworzenia miasta przyjaznego zarówno mieszkańcom jak i turystom. Olsztynowi brakuje spójnej polityki kulturalnej, obejmującej miejskie instytucje kultury, organizacje pozarządowe oraz indywidualnych twórców. Mam nadzieję, że trwający projekt to zmieni. Spotkanie, w którym rolę głównych gości pełniły ważne osoby , poświęcone było tworzeniu diagnozy stanu kultury w Olsztynie. Ale jak rozumianej, tradycyjnie? A co z trzecią kulturą (bezpośrednim przekazem naukowców, bez pośredników)? W trakcie spotkania kilkakrotnie różni rozmówcy odwołali się do uniwersytetu. Na szczęście więc kultura postrzegana jest znacznie szerzej i pełniej. Bo przecież nauka i uniwersytet mocno są zakorzenione w mieście Olsztynie. Przykładem niech będzie rola nauk biologicznych, w których dokonuje się największy postęp w ostatnich dziesięcioleciach. Odkrycia biologów wywracają nam dawne rozumienie świata, wpływają na filozofię oraz na kulturę (także tę potoczną). Wystarczy sobie uświadomić jak wiele miejsca w kulturze zajmuje debata nad GMO, zapłodnieniem in vitro, eutanazją, gender, szczepieniami obowiązkowymi, ociepleniem klimatu itd. Nauka pozwoliła dostrzec problemy (niektóre sama stworzyła) nad którymi ciągle i w różnorodny sposób dyskutujemy. Przeżywamy w kulturze.

Rola kultury w mieście to kapitał społeczny, kapitał ludzki. Kulturę można postrzegać statycznie (bierna polityka kulturalna) i dynamicznie. Niewątpliwie czegoś istotnego brakuje nam w polityce kulturalnej Olsztyna. Sama debata daje nadzieję na sensowny dialog i przygotowanie strategii sensownej. Dlatego nie żałuję z obecności na tym spotkaniu. Okazuje się, że np. Gmina Pacanów 80% dochodu ma ... z Koziołka Matołka. Kultura więc daje możliwości zarabiania i rozwoju ekonomicznego. Trzeba tylko umieć dostrzec ten kapitał społeczny i głębokie potrzeby ludzkie. Jeszcze raz okazuje się, że wyobraźnia ważniejsza jest od wykształcenia.

Rozumienie kultury i uczestnictwo w kulturze bywa różne. Nie tyle ważne jest ile jest teatrów, galerii i kin w mieście, ale ilu mieszkańców uczestniczy w kulturze i jak uczestniczy. Znikają widzowie z filharmonii czy teatru lub innych tradycyjnych imprez kulturalnych? Może gdzie indziej uczestniczą. Bo przecież nie zanikają potrzeby kulturalne. Świat wokół nas się zmienia. Coraz więcej osób uczestniczy na przykład w różnego typu piknikach naukowych (Noc Biologów, Olsztyńskie Dni Nauki, kawiarnia naukowa). W ciągu czterech lat warszawskie Centrum Nauki Kopernik odwiedziło ponad 4 miliony widzów. Podobne centra nauki powstają w innych miastach. To jeszcze jeden przykład jak bardzo liczy się tak zwana trzecia kultura i zupełnie nowe formy uczestnictwa w kulturze. Jeśli w tradycyjnych statystykach widzimy „ubytek” uczestników to wcale nie musi oznaczać to spadku udziału w kulturze aktywnej. Bo może ludzie spotykają się i realizują potrzeby kulturalne w miejscach, których nie monitorujemy . Przykładem niech będą książki i biblioteki. Owszem, jest spadek czytelnictwa… ale jednocześnie rośnie sprzedaż książek fachowych, poradników i specjalistycznych. Nie ma więc spadku czytelnictwa tylko preferujemy inny rodzaj książek. Podobnie z bibliotekami. Teraz zdecydowanie więcej książek mamy w domu, więc nie musimy korzystać z bibliotek. Te ostatnie stają się coraz bardziej miejscem spotkań niż wypożyczalnią książek. Równocześnie rozwijają się takie formy jak bookcrossing i ekonomia dzielenia się.

Wykorzystać potencjał kulturowy nie jest łatwo. Od razu trzeba zadać sobie pytanie jak wpisać to w inne potrzeby i funkcję miasta. Tu wracam do wody z kranu. Rezygnacja z wody w butelkach jednorazowych (przynajmniej na miejskich imprezach i spotkaniach oficjalnych) to zmniejszenie ilości śmieci w mieście i brak potrzeby dowożenia wody samochodami, a to oznacza poprawę jakości powietrza (mniej spalin). Korzystanie z samochodu… czy pieszo lub rowerem do miejsc kultury? To polityka kulturalna miasta o szerszych ambicjach i zakresie oddziaływania. I spójna z innymi działaniami w mieście. Polityka kulturalna może współgrać z rozwiązywaniem innych problemów, być synergią a nie oderwanym i izolowanym bytem. Potrzebna jest więc całościowa i koherentna wizja. Do tego konieczny jest dialog.

Kultura dialogu to także otwartość na zmiany. To jest potrzebne, a więc inwestycje w kompetencje a nie tylko w budynki. W tej i w innych kwestiach kilku dyskutantów kierowało wprost lub ogródkami zwracało się do olsztyńskiego uniwersytetu, licząc na zaangażowanie środowiska akademickiego. Czy UWM sprosta tym oczekiwaniom? Słyszę je „na mieście” od kilku lat. Czy zaangażować się ma uniwersytet jako instytucja czy raczej ludzie uniwersytetu – przecież też są mieszkańcami. Na sali dopatrzyłem się aż co najmniej 6 osób z UWM. Procentowo jest więc to udział znaczny. Czy będzie tak w trakcie budowania strategii i polityki kulturalnej?

W dyskusji zwracano uwagę na codzienne spotkania mieszkańców, tożsamość Olsztyna oraz budowanie tej tożsamości. Wspominano zjawisko zwane folkloryzmem. Cz,y a jeśli tak to jak, uniwersytet i środowisko akademickie uczestniczy w budowaniu tej tożsamości? Chciałbym poznać odpowiedź na to pytanie. Kilka osób – a ja to mocno podzielam – zwracało uwagę na potrzebę budowania przestrzeni publicznej do spotkań, także tych kulturalnych.Takimi przestrzeniami są chociażby parki i skwery. Czy tylko tradycyjne miejsca takie jak teatr, filharmonia muzeum? Przecież sam uczestniczę w różnych nietypowych spotkaniach kulturalnych na trawniku, w kawiarni czy w trakcie plenerów malowania dachówek.

Do niekorzystnych zjawisk zaliczyć trzeba ogólnopolską festiwalizację kultury (podobnie jak pikników naukowych) – skupienie się na masowości, widowiskowości i krótkotrwałych, ulotnych efektach. Dla mieszkańca jest ważne to, czy tylko korzysta on czy także współuczestniczy i współtworzy kulturę.

Spotkanie w Muzeum Nowoczesności było na tyle interesujące, że zachęca do współudziału i śledzenia tego projektu.

Pochwała akademickiej codzienności

sczachor

banaszak1Milczenie nie oznacza ciszy. Myśli bywają spisywane i schowane w szufladzie. A potem, czasem... wydawane drukiem. I to, co przez lata było milczeniem lub szeptaniem po kątach, staje się publicznym wywodem. Wtedy czasem triumf zamienia się w klęskę. Odwołam się do ostatniego przykładu z tanimi geszeftami posłów, rozliczających delegację na samochody... mimo, że nie jechali. Przychodzi taki moment, że "sprawa się rypnie", bo ktoś w taki czy inny sposób coś powie. Przez lata przemilczane tanie geszefciki staja się powodem do wstydu. A słowo drukowane utrwala na długo. Trwalsze jest od efemerycznych artykułów w internecie.

Od wczoraj na moim biurku leży drugi, opasły tom dzienników bydgoskiego naukowca, profesora Józefa Banaszaka. Tym razem jego dzienniki obejmują okres 2009-2013. Poprzedni tom wywołał sporą burzę nie tylko w środowisku bydgoskim. W Olsztynie też ludzie ze środowiska akademickiego piszą pamiętniki i dzienniki (niektórzy o tym wspominają, być może odważą się je opublikować). Może kiedyś, może niebawem ukażą się drukiem lub przynajmniej w internecie? Spisane będą słowa i uczynki, subiektywnie ale jednak. I to, co po kątach bywa z niesmakiem szeptane nagle może trafić do publicznego, oficjalnego obiegu. Słabi i przegrani wcale nie muszą być tacy słabi... Cwaniacy i spryciarze, tak jak wspomniani posłowie, strąceni zostaną ze świecznika, przynajmniej w zakresie publicznej opinii.

Koniec dygresji. Wrócę na chwilę do dzienników prof. Banaszaka. Czy kogoś może interesować codzienne życie naukowca entomologa, pracownika akademickiego? Wprawny czytelnik dostrzeże nie tylko to zapisane, ale wyczyta wiele między wierszami. Zwłaszcza jeśli czytelnik zna środowisko akademickie dowolnego ośrodka. Dzienniki odbrązawiają. Ale i dla innych jest to interesujący zapis socjologiczny i kulturowy życia codziennego w wieku XXI.

Kilka książek autobiograficznych polskich przyrodników już przeczytałem. Żałuję, że takie opracowania nie powstają w Olsztynie. Nie ma o czym pisać? Nie ma komu pisać? O jakości i dojrzałości środowiska akademickiego świadczą książki biograficzne i wspomnieniowe. Świadczy ich jakość (lub miałkość i brak jakości). Wielu profesorów odeszło na emeryturę, inni odchodzą. Co pozostawią po sobie w ludzkiej pamięci? Może właśnie z takich książek i dzienników można będzie się przekonać, jaki ślad trwały w sercach ludzkich zostawiają? Jedne gwiazdy zszarzeją, inne Kopciuszki zakwitną blaskiem... dnia codziennego.

Słowo pisane w wersji drukowanej ma dużą siłę oddziaływania...

 

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci