Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Otwarte zasoby wiedzy, czyli 17. urodziny Wikipedii

sczachor

wiki2007plakatCzasami oglądając się wstecz można więcej zobaczyć. Zwłaszcza jeśli chodzi o procesy. Dzisiaj obchodzimy siedemnaste urodziny Wikipedii i możemy wyraźniej zobaczyć skutki trzeciej rewolucji technologicznej. Teraz, gdy mamy w zasięgu mobilny internet. W każdej chwili możemy zajrzeć do przepastnych zasobów internetowych, w tym do największej i ciągle rozwijającej się encyklopedii – Wikipedii. Prekursora otwartych zasobów.

15 stycznia powstała Wikipedia (angielskojęzyczna) a już we wrześniu, 17 lat temu, uruchomiona została polska Wikipedia (polskojęzyczny fragment). 12 lat temu i ja dołączyłem do grona wikipedystów. Doświadczyłem, poznałem także i od środka.

Co jest fascynującego w Wikipedii? Po pierwsze to, że jest to efekt międzynarodowej współpracy ludzi, którzy się nie znali. Globalna współpraca wolontariatu. Dojrzewanie standardów redagowania Wikipedii przypomina mi dojrzewania metodologii naukowej. Największą wartością jest możliwość uczestnictwa i tworzenia treści a nie tylko korzystanie z wolnych zasobów. Spróbuj, Ty tez możesz. I jesteś w stanie. Uczyć się dyskutowania, przekonywanie, pisanie obiektywnie, uwzględniania faktów. Bardzo budująca nauka. 

Wikipedia przetarła szlaki. Teraz w środowisku naukowych coraz częściej i głośniej mówi się o wolnym dostępie do wiedzy i wolnych zasobach. Powstają coraz liczniejsze otwarte repozytoria publikacji naukowych. Efekty trzeciej rewolucji technologicznej stają się coraz bardziej widoczne i mocno zmieniają uniwersytety.

W zbliżającym się semestrze po raz kolejny (po kilku latach przerwy) spróbuję ze studentami w ramach zajęć zrealizować „wikiprojekt”, efektem którego będzie uzupełnienie lub napisanie kilkudziesięciu haseł.I bardziej chodzi o proces i edukację niż przyrost treści. Błędy (np. w Wikipedii) są po to, by je poprawiać. Celem jest wzrastanie do globalnego współuczestnictwa i upowszechnianie wiedzy. 

Wikipedia jest dobrym przykładem konektywizmu, wiedzy rozproszonej, wspólnie tworzonej. Znalazła licznych naśladowców w postaci różnorodnych, mniejszych, specjalistycznych projektów.

Ilustracją tekstu jest plakat z 2007 roku. Ciągle aktualny, A tu link to relacji z obchodów 6. urodzin Wikipedii w Olsztynie: https://pl.wikimedia.org/wiki/6._urodziny_polskiej_Wikipedii#Olsztyn

 

O pomaganiu, Ukrainie, paczkach i Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy

sczachor

26220137_1817047298336594_7351546264513139090_nDlaczego piszę o wysyłaniu paczki na Ukrainę w czasie finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy? Powodów jest kilka, wszystkie szczegółowo wyjaśnię.

O Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy dowiedziałem się wiele lat temu od katechetki, która w małym miasteczku wraz z młodzieżą włączyła się w tę szlachetną akcję. I mnie wkręciła także. Początkowo z nieufnością i rezerwą włączałem się działalność tej niezwykłej Owsiakowej Orkiestry. Bo taka hałaśliwa pomoc? Po latach doceniłem jeszcze bardziej i zrozumiałem jej sens. Bo to nie tylko pomaganie, nie tylko akcja ale i kształcenie pracy zespołowej i poczucia obywatelskiej odpowiedzialności za świat. Jerzy Owsiak obudził w Polakach to, co najlepsze i najwartościowsze. W wielu małych wioskach i miasteczkach. Zaczęło się coś dobrego dziać. Dla wielu pierwszy krok ku dobroczynności i obywatelskiej, oddolnej aktywności. Dlatego i w tym roku wrzucam do puszek, dzielnie trzymanych przez młodych wolontariuszy. A na akcję do Purdy przekazałem drobne prezenty na licytację.

Jeszcze więcej lat temu, gdy byłem dzieckiem, moja rodzina otrzymywała paczki z Ameryki. Wszystko za sprawą dalekiej rodziny babci, która do Ameryki dawno temu wyemigrowała za chlebem i po wojnie pomagała krewniakom w Polsce. Gdy przychodziła „paczka z Ameryki” to dla nas było wielkie święto. Jakieś zabawki, nieznane produkty spożywcze, ubrania. A jeszcze ważniejsze – poczucie więzi i wspólnoty.

W stanie wojennym wielu Europejczyków, nam Polakom, pomagało, przysyłając paczki i dary, rozdzielane przez parafie. Paczki przysyłali także Niemcy – „odwieczni wrogowie”. Tak budowało się pojednanie między zwaśnionymi narodami. Tymi darami i paczkami zbudowali podstawę pod późniejszą Unię Europejską. Pomagali i Francuzi ze Stowarzyszenia Francja-Polska – przyjaźń została do dzisiaj.

Kto nie chce, zawsze znajdzie powód. I będzie wybrzydzał, namiętnie przekonywał, że pomaganie nie ma sensu, że lepiej na przedszkola, że lepiej Polakom, że lepiej to i tamto. Nie chcecie, to nie pomagajcie, nikomu. Ale nie marudźcie i nie hejtujcie dobroczynności innych. Być może tym publicznym marudzeniem ktoś próbuje zagłuszyć swoje sumienie. Muchy z Wami, nic to marudzenie nie zmieni. Pomagałem i pomagać będę na różne sposoby.

Nauczyłem się pomagać. I w czasie akcji i bardzo po cichu (żeby nie widziała lewica, co czyni prawica). Dawanie ubogaca, wiem to po sobie. Wielokrotnie osobiście doświadczyłem pomocy jak i udzielałem wsparcia. A w akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy ważna jest praca zespołowa, wzajemne świętowanie dobroczynności i poczucie obywatelskiej odpowiedzialności za innych i losy świata. Oszem, jedną akcją całego świata się nie zmieni. Ale zmieni się świat pojedynczych osób. I tyle wystarczy.

Dlaczego włączyłem się do akcji „Wyślij Paczkę na Ukrainę”? Bo są tam potrzebujący ludzie i akurat mogę. Więcej uzasadnienia nie trzeba. Ale dorzucę. To kolejna okazja do obywatelskiej akcji zespołowej. Między Polakami a Ukraińcami gdzieś jeszcze drzemie sporo niechęci i zaszłości historycznej. Wszyscy jesteśmy ludźmi, Europejczykami, chrześcijanami. Drobnym gestem, małą paczką można odbudowywać wspólnotę międzynarodową i poczucie więzi.

„Wyślij Paczkę na Ukrainę” to akcja oddolna, spontaniczna, taka prywatna polska polityka zagraniczna. Przyłącz się i pomóż ukraińskim rodzinom - wdowom i ich dzieciom, które straciły bliskich na wojnie w Donbasie. Jeśli cię nie stać, to możesz spróbować zebrać większe grono znajomych i wspólnie coś przygotować. Taka pomoc bezpośrednia, rodzina rodzinie, daleka jest od polityki. Osoby, które chcą pomóc mogą pisać bezpośrednio do Pani Grażyny Staniszewskiej i w ciągu jednego-kilku dni otrzymają opis i adres rodziny ukraińskiej. Kiedyś my dostawaliśmy paczki, zwłaszcza z Niemiec. Teraz my możemy pomóc! Marzenia są konkretne - spełnij te które możesz, potrzeba też rzeczy codziennych, ważny jest kontakt i gest pomocy!

Ja przygotowuję paczkę numer 80 (przy wsparciu znajomej – bo razem łatwiej). Trafi do wdowy z dwójką małych dzieci, do Kijowa. A dzisiaj z wielką radością wrzucę parę „groszy” do puszek Wielkiej Orkiestry świątecznej Pomocy. I będę się cieszył, widząc prospołeczne działania Polaków. To, co w nas najlepsze.

O całej akcji możesz przeczytać między innymi tu: http://natemat.pl/226159,waszczykowski-tak-sie-robi-polityke-zagraniczna-o-tej-bielszczance-z-wdziecznoscia-mowia-wdowy-zolnierzy-z-donbasu

Noc Biologów już po raz siódmy

sczachor

24909782_1788945631179169_2145433037706701426_nPomysł na Noc Biologów, jako jeszcze jeden ogólnopolski festiwal naukowcy, narodził się w Olsztynie w czasie spotkania dziekanów wydziałów biologicznych i przyrodniczych. Drugi piątek stycznia to termin trudny ale dobrze wpisuje się w roczny kalendarz pikników i festiwali naukowych. Noc Biologów jest wyrazem ogólnych trendów w dydaktyce pozaformalnej i upowszechnianiu nauki. Uczelnie wyższe i placówki naukowe otwierają się coraz bardziej z upowszechnianiem wiedzy i pełnej realizują swoją społeczna misję. 

Już po raz siódmy Wydział Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie włączył się do ogólnopolskiej akcji popularyzacji nauk biologicznych i przyrodniczych poprzez udział w Nocy Biologów. Siedem lat nieustannego uczenia się, eksperymentowania, budowania współpracy z różnymi podmiotami pozauniwersyteckimi.

Tegoroczna edycja Nocy Biologów w Olsztynie odbędzie 12 stycznia 2016 r. Oficjalne otwarcie Nocy Biologów o godz. 15.00 w holu Collegium Biologiae (budynek główny Wydziału Biologii i Biotechnologii), ul. Oczapowskiego 1 a. Program na stronie ogólnopolskiej: http://www.nocbiologow.pl/index.php?id=jednostka&nazwa=olsztyn

Pierwszą „Noc” w styczniu 2012 r. organizowało 16 jednostek naukowych a najbliższą Noc Biologów przygotowuje już 29 instytucji (strona główna akcji: http://www.nocbiologow.home.pl). Prawie dwukrotny wzrost liczby miejsc w ciągu siedmiu lat i mimo trudnych warunków finansowych to duży sukces i jednocześnie uwidocznienie społecznych potrzeb. W tym roku w Olsztynie do organizacji Nocy Biologów włączył się tradycyjnie Wydział Kształtowania Środowiska oraz kilka instytucji i drobnych przedsiębiorstw z regionu (m.in. Mazurski Park Krajobrazowy). Realizujemy w ten sposób społeczną misję uniwersytetu i zadanie współpracy z gospodarką i regionem.

Swój udział zapowiedziały już szkoły nie tylko z Olsztyna ale i całego województwa. W tym roku nastawieni jesteśmy głównie na aktywność popołudniową i wieczorną (do godz. 23.00) licząc na udział rodzin i młodzieży licealnej. Będą to kameralne spotkania z nauką i naukowcami.

Zdobywamy doświadczenie, które procentuje w postaci kolejnych projektów i przedsięwzięć edukacyjnych (np. Uniwersytet Młodego Odkrywcy).

Noc Biologów ma na celu przekazanie wiedzy przyrodniczej oraz wyników prowadzonych na UWM badań naukowych na różnych poziomach - od podstawowych wiadomości przyrodniczych do zagadnień problematycznych, nurtujących współczesną biologię i biotechnologię. Swój udział mają także studenci i doktoranci: przedstawią wykłady, pokazy, warsztaty. 

Zasadniczym celem Nocy Biologów jest upowszechnianie i popularyzacja nauki oraz instytucji zajmujących się problematyką przyrodniczą poprzez interesujące pokazy, warsztaty, prelekcje, wykłady, zwiedzanie laboratoriów, wystawy, dyskusje oraz materiały zamieszczone w prasie lokalnej, radiu, telewizji i internecie (m.in. blogi i portale społecznościowe). Celem jest wzbudzanie ciekawości oraz chęci do poznawania i rozumienia świata przyrodniczego, szczególnie u dzieci i młodzieży szkolnej w celu kształtowania poglądów, pozwalających na zrozumienie prawidłowości funkcjonowania przyrody oraz na nieszkodliwe obcowanie ze światem żywym (biologicznym). Celem jest również przedstawienie podstawowych, ale ważnych zagadnień, poszerzających wiedzę społeczeństwa na temat funkcjonowania świata przyrodniczego (m.in. problemy biogospodarki, biotechnologii, zdrowia ludzkiego czy ochrony przyrody) jak i zagadnień budzących wiele kontrowersji. W tym roku pojawią się treści dotyczące szczepień, medycyny alternatywnej oraz bakretii lekoopornych. Nie zabraknie zabawy z przymrużeniem oka.

Zapraszam do Olsztyna i każdego innego z blisko 30 ośrodków akademickich w Polsce.

Trzecia kultura a idea otwartego uniwersytetu

sczachor

26165647_1676648539062208_864880638777298770_nKiedy zmienia się szybko środowisko, to niektóre gatunki wymierają. Tak jak mezozoiczne dinozaury. Bez wątpienie w środowisku społecznym i edukacyjnym obecnie wiele się zmienia. Czy współczesne uniwersytety przetrwają (a jeśli tak, to w jakiej postaci)? Wracając do analogi z wymieraniem dinozaurów – nie wszystkie wymarły, niektóre przetrwały dzięki ewolucji. To ptaki, są liczne i powszechne. Zatem nie wszytko ginie, część się zmienia. To aluzja do tego, co zachodzi we współczesnej kulturze, edukacji i na nie tylko polskich uniwersytetach. Dlaczego i jak zachodzą te zmiany?

Coraz częściej i więcej pisze się i mówi o promocji nauki (i uniwersytetów) jak i popularyzacji wiedzy. Bez wątpienia działania te są słuszne. Ale w słowie „promocja” zawiera się trochę aspektów „chropowatych” – dlaczego niby promować wiedzę tak jak produkty w każdym biznesie i przedsiębiorstwie? Może wystarczy wynająć specjalistyczne firmy, zapłacić i nie zawracać sobie więcej głowy? Niech się zajmą fachowcy od marketingu. Z kolei popularyzacja wiedzy przez lata miała także pewien kontekst negatywny. Prawdziwi naukowcy są od uprawiania nauki a popularyzacją niech zajmą się jacyś dziennikarze, humaniści czy mniej zdolni naukowych. Przecież popularyzacja to mało twórcze zajęcie i podejście edukacyjne – prostymi słowy powiedzieć to, co już dawno wszyscy (w nauce) wiemy i od dawna jest w podręcznikach akademickich. Teraz tylko trzeba to zgrabnie opowiedzieć w czasopismach czy audycjach. Ale to nie jest przecież zadanie dla prawdziwych naukowców…

Na promocję nauki i popularyzację wiedzy można spojrzeć jednak inaczej, szerzej. Dlatego chcę mocniej położyć akcent na trzecią kulturę i pewne zjawiska, jakie zachodzą w kulturze i na uniwersytetach od kilku dziesięcioleci.

Jedno ze zjawisk w kulturze, kiedyś nazwane trzecią kulturą, teraz mocno objawia się w formie centrów naukowych, pikników naukowych, kawiarni naukowych czy naukowego blogowania. Trzecia kultura, narodziła się w Ameryce w drugiej połowie XX w. a przynajmniej tam została dostrzeżona i nazwana. Według Johna Brockmana trzecia kultura to uczeni i myśliciele badający świat empirycznie (nauki empiryczne, nauki przyrodnicze). Trzecia kultura to naukowcy, którzy dzięki swym pracom i pisarstwu przejmują rolę tradycyjnej „humanistycznej” elity intelektualnej w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, które od zawsze nurtują ludzkość: czym jest życie, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy, jaki jest sens istnienia. Zaskakujące jest również to, że często prowadzą dialog z mistycyzmem i religią.

To nie jest walka przyrodników z humanistyką, Bogiem itd., ale tylko (częściowa) rezygnacja z pośrednictwa humanistów i dziennikarzy w opowiadaniu (relacjonowaniu) odkryć przyrodniczych i ich interpretacji. W szczególności w naukach empirycznych dzieje się bardzo dużo, ciągle pojawiają się nowe odkrycia, nowe hipotezy, nowe teorie. I to takie które, „nawet filozofom się nie śniły”, zmuszając do ponownego przemyślenia kwestii, które od dawna wydawały się raz na zawsze rozstrzygnięte. Od czasów rewolucji naukowej z XVI wieku proces ten nabiera przyspieszenia. Po wieku chemii i fizyki nadszedł wiek biologii. Zmiany i skala odkryć są tak duże, że podręczniki za tym nie nadążają (zbyt wolny cykl wydawniczy w stosunku do pojawiających się odkryć). W rezultacie ogólne kształcenie przyrodnicze w szkołach średnich i na studiach szybko się w części dezaktualizuje a wykształcony człowiek może mieć znaczące luki w wiedzy i rozumieniu współczesnego stanu wiedzy (niech za przykład posłużą tylko napisy na etykietach produktów spożywczych „bez GMO”). Dotyczy to także naukowców różnych specjalności (przykład z książką „Sapiens. Od zwierząt do bogów” z mocno zdezaktualizowanymi informacjami na temat ewolucji, człowieka i kultury).

Kiedyś to humaniści byli pośrednikiem w przekazywaniu, analizowaniu i upowszechnianiu wiedzy przyrodniczej (całej wiedzy, w tym, i przyrodniczej). Wszystko w kontekście najważniejszych pytań ludzkości. Narastał coraz większy dysonans między przyrodnikami a humanistycznymi elitami. Pół wieku temu chemik fizyczny i pisarz w jednej osobie, Charles Snow w książce „Dwie kultury” trafnie to opisał. Zbyt szybki jest przyrost wiedzy, by mogli interpretować i przekazywać społeczeństwu humaniści (jedynie oni). To nie jest negowanie znaczenia humanistyki, to jest rezygnacja z nieporadnego pośrednictwa (coś na pewno trzeba zmienić). Bo przy gwałtownym przyroście wiedzy we wszystkich dyscyplinach oraz rosnącej specjalizacji naukowej wszyscy potrzebujemy stałego aktualizowania i przystępnego, jasnego popularyzowania wiedzy z innych dyscyplin. W oświeceniu można było być uczonym i mieć aktualną wiedzę o wszystkich badaniach z zakresu całej wiedzy. Teraz można być tylko wyspecjalizowanym naukowcem a wiedza ogólna wyniesiona przed laty ze szkoły (czy nawet studiów) jest mocno nieaktualna. Zmierzam do tego, że tak zwana popularyzacja i upowszechnianie wiedzy nie jest jak kiedyś przekazem (z pośrednictwem) od naukowców do zwykłych zjadaczy chleba a jest upowszechnianiem wiedzy dla wszystkich (także skierowana do naukowców). Jest bardziej dialogiem interdyscyplinarnym i wzajemnym aktualizowanie stanu wiedzy w różnych jej obszarach.

Wyodrębnione przez Snowa "dwie kultury" to kultura humanistów ("uczonych o literackiej proweniencji" – teoretycznie lepiej wprawionych w komunikacji międzyludzkiej, sprawniej i lepiej opowiadających i piszący, bo mówienie i pisanie to domena humanistów i ich warsztatu) oraz kultura przyrodoznawców, empiryków (naukowcy o chyba mniej sprawnej komunikacji, nie docierają co szerokiej publiczności, kiepsko mówią i kiepsko piszą – tak przynajmniej było, w pewnym uproszczeniu). Przyczyną narastającego od XIX wieku podziału stał się z jednej strony, burzliwy rozwój nauk ścisłych i techniki, z drugiej zaś konserwatyzm elit społecznych, z uporem lansujących tradycyjny, humanistyczny model kształcenia. Zajęte kiedyś pozycje elit intelektualnych były pilnie strzeżone przed nowymi „probówkarzami”, poruszającymi zasadnicze dla ludzkości kwestie. W zasadzie nowożytna nauka zaczęła się w Renesansie gdy uczeni przestali studiować jedynie księgi a zapragnęli sprawdzić w terenie jak wygląda mandragora, ssaki, ogień, Ziemia itd. Nie tylko analizować tekst z księgi ale sprawdzić w terenie i eksperymentalnie. Tak narodziła się współczesna rewolucja naukowa. Rola weryfikacji empirycznej stale rosła.

W połowie XX wieku C.P. Snow ujawnił narastający konflikt i wywołał ożywioną dyskusję. Sam pamiętam dyskusje (nie wiedząc nic jeszcze o książce „Dwie kultury) rozmowy z pewnym chemikiem – dziwiliśmy się, dlaczego niektórzy humaniści z dumą podkreślają publicznie, że nie znają się na fizyce, biologii czy chemii. A jednocześnie przyrodniczy raczej nie obnoszą się z faktem braków w lekturze Szekspira itd. Zatem nawet u nas trzeba się wstydzić braku znajomości teatralnej czy literackiej ale już nie ignorancji w zakresie wiedzy przyrodniczej.

Snow liczył na dialog i wzajemne zrozumienie obu kultur. Brockman poszedł niecierpliwie dalej, stworzył termin trzeciej kultury jako swoistej samodzielności komunikacyjnej przyrodników, tych którzy sami o swoich odkryciach piszą i mówią, wprowadzając je do obiegu ogólnospołecznego także w kontekście najważniejszych pytań ludzkości. Temu procesowi sprzyjało upowszechnienie się druku, podniesienie poziomu scholaryzacji i wzrost czytelnictwa. Wydaje się, że w wieku XXI procesy ujawniania się trzeciej kultury nabrały dynamizmu i powszechności. Stąd coraz częściej mówimy z afirmacją o promocji nauki czy popularyzacji wiedzy.

Ujawniony przez Snowa i Brockmana konflikt w kulturze w jakimś stopniu był tylko fragmentem szerszych zmian w społeczeństwie współczesnym. Po ich publikacjach narodziła się trzecia rewolucja technologiczna. We współczesnym świecie zmieniło się jeszcze więcej i jeszcze szybciej. Narodziły się zupełnie nowe formy komunikacji, skracające znacząco dystans między laboratorium a „szarym” obywatelem. Już w wieku XXI jak grzyby po deszczu powstawać zaczęły centra naukowe, upowszechniające naukę, pikniki i festiwale naukowe. Narodziła się zupełnie nowa jakość a w jakimś sensie tradycyjne uniwersytetu poczuły się zagrożone. Dzięki mobilnemu internetowi i upowszechniającej się coraz bardziej literaturze faktu dostęp do wiedzy jest tak duży jak nigdy wcześniej.

O jeszcze jednym czynniku chciałbym wspomnieć: znaczący wzrost liczby osób wykształconych na poziomie wyższym. Magistrów, licencjatów i inżynierów jest stanowczo za dużo, jeśliby wykształcenie wyższe traktować jako elitarne i zawodowe. Ale wystarczająco dużo jest przygotowanych odbiorców kultury naukowej, głodnych wiedzy o świecie (uniwersytet zmienia się z elitotwórczego i zawodowego na kulturotwórczy). Dostrzegliśmy edukację ustawiczną i pozaformalną. Uniwersytety albo dostrzegą tę szansę (i ewolucyjnie się zmienią), albo „wyginą”, to znaczy ich rola zostanie zmarginalizowana, np. przez zupełnie nowe formy upowszechniania wiedzy i edukacji.

Do tradycyjnej już misji uniwersytetów tworzenia nauki i standardowej dydaktyki (studenci w cyklach kilkuletnich) dodać trzeba coraz istotniejszą trzecią misję – misję społeczną, w tym edukację otwartą, pozaformalną. Twórcze uniwersytety otwierają się coraz bardziej, czego znamiennym przykładem jest chociażby siódma już ogólnopolska Noc Biologów, która odbędzie się 12 stycznia 2018 roku. Do tego trzeba zupełnie nowych form. W tej misji mieści się zarówno popularyzacja wiedzy jak i promocja nauki. Ale rozumiane nie jako proste działania marketingowe, mające zapewnić kandydatów na studia czy proste upowszechnianie wiedzy od naukowców do mniej wiedzących uczniów, ale jako szeroką dyskusję i upowszechnianie wiedzy także skierowanej do innych naukowców. Może zabrzmi to paradoksalnie ale trzeba upowszechniać naukę … wśród samych naukowców.

Dużo się zmienia, ale chyba jeszcze w przynajmniej małej części, funkcjonują te dwie kultury (humaniści i przyrodnicy), które się nie rozumieją. Pierwsza, przyzwyczajona jest do roli lidera i pośrednika - intelektualiści słowa i pióra ale nie nadążają za światem odkryć naukowych i nie rozumieją go. A dalej chcą być na pierwszym planie „celebrytów”. Druga ostatnio „brutalnie” różnymi wskaźnikami, parametryzacją i punktami w jakimś stopniu „się odgryza” i spycha humanistów na margines (przynajmniej finansowy i prestiżowy). Może oba te zjawiska są przyczyną powrotu teorii spiskowych i antynaukowych? Bez wątpienia trzeba nam nowej transformacji w obrębie nauki i uniwersytetów i ich relacji z kulturą.

Trzecia kultura to swoiste wyjście ludzi uniwersytetów (nie tylko przyrodników) na „ulicę” i bezpośredni dialog ze społeczeństwem. To opowiadanie o tym, co dzieje się w laboratoriach fizyków, chemików, matematyków, biologów, w pracowniach nauk empirycznych ale i archiwach historyków, pracowniach antropologów, filozofów, literaturoznawców.

W potocznej kulturze zbyt dużo nagromadziło się wyeksploatowanych faktów, dawno już odkrytych, dawnych przemyśleń i konstatacji. Zbyt „przetrawiona” kultura potrzebuje nowości, bo wiele intelektualnych „elit” skupiona jest wyłącznie na sobie i na tworzeniu komentarzy do komentarzy czy na krytyce krytyki (hermetyczny krąg wysublimowanej wzajemnej adoracji). Można odnieść wrażenie, że urwał się już kontakt z rzeczywistością. Tym bardziej, że ta rzeczywistość tak gwałtownie się zmienia za sprawą współczesnych odkryć naukowych i technologii, towarzyszących nam na co dzień. Współczesne odkrycia biologów wnoszą dużo nowego także do dyskusji filozofów jak i przeciętnego człowieka (GMO, in vitro, bakterie antybiotykooporne, sztuczna inteligencja itd.). Coraz bardziej nie rozumiemy świata, która nas otacza i na co dzień musimy w nim funkcjonować. Szukamy objaśnienia, zrozumienia… albo uciekamy w denialistyczne teorie spiskowe… Być może popularność różnych teorii spiskowych i negacji wynika z tego konfliktu „dwóch kultur” i braku umiejętności dialogu oraz kulturowej recepcji współczesnych odkryć naukowych.

W XX wieku w potocznej kulturze z odpowiedzi na najistotniejsze pytania człowieka zbyt bardzo wykluczono takie postaci jak Einstein, Bohr, Heisenberg, Feynman, Hubble, Darwin. Teraz tę listę trzeba uzupełnić o zupełnie nowe nazwiska współczesnych uczonych i współczesnych odkryć...

Długie lata oczekiwano, że to humaniści staną się pośrednikami między naukami przyrodniczymi a społecznością. Uczeni tworzący tak zwaną trzecią kulturę sami chwycili za pióra i językiem prostym objaśniają najbardziej zawiłe aspekty rzeczywistości, bezpośrednio opowiadając o swoich przemyśleniach, wątpliwościach, teoriach i odkryciach. W ten sposób liczne elementy nauki trafiają coraz szerszym nurtem do ogólnej kultury. W wieku XXI ważnym kanałem tej komunikacji sa blogi naukowe i różnorodne portale społecznościowe. Bo nauka jest źródłem nowości, niezmiernie ożywczej dla kultury w szerokim sensie.

Jeszcze do niedawna komunikowanie o odkryciach nauki powierzano tak zwanym popularyzatorom, najczęściej dziennikarzom lub osobom spoza głównego nurtu uniwersyteckiego. Bo popularyzacja wydawała się czymś niegodnym porządnego naukowca. Ale codziennie na łamach gazet, tygodników, na antenie radia czy telewizji pojawiają się tematy dotyczące biologii molekularnej, sztucznej inteligencji, teorii chaosu, teorii wszechświata inflacyjnego, kwarków, fraktali, superstrun, bioróżnorodności, nanotechnologii, bioniki, genomiki, cyberprzestrzeni, hipotezy Gai i setek innych.

Wielu humanistów może z dumą powiedzieć, że nie rozumie czy nie ma pojęcia o matematyce, fizyce, chemii, kosmologii czy biologii. Ale równocześnie jeśli przyrodnik nie czytał Miłosza, Szymborskiej wcale nie jest z tego dumny. Czasem mogłoby się wydawać, że tylko humaniści mają niekwestionowany monopol na rozwiązywanie zagadek egzystencjalnych. Przyrodnicy trzeciej kultury przeczą temu mitowi. Tyle tylko, że do tradycyjnych kompetencji warsztatu akademickiego i naukowego trzeba teraz dodać umiejętność sprawnej komunikacji z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. Już nie tylko kursowe wykłady na uczelni i specjalistyczne publikacje naukowe ale wykłady na otwartych piknikach naukowych, czasopisma popularne, współpraca z mediami, proste i zrozumiałe pisanie w internecie. To nowe środowisko edukacyjne dopiero powstaje na naszych oczach i nie do końca jeszcze wiadomo jaki przyjmie ostatecznie kształt. Uniwersytety powinny aktywnie dyskutować o tych kompetencjach i świadomie współtworzyć wspomniane nowe środowisko edukacyjne. Odkrywać, eksperymentować i współtworzyć.

Trzecia kultura to naukowcy (nie ograniczałbym ich jednak tylko do przyrodników ale rozumiem naukowców wszystkich specjalności i dziedzin badawczych, z humanistyką włącznie) poszukujący autentycznych praw dotyczących ludzi, ich świadomości, struktury Wszechświata a jednocześnie osobiście uczestniczą w badaniach naukowych. Profesorowie, którzy piszą językiem prostym o swoich badaniach nie tylko dla szerokiej publiczności ale także dla naukowców innych specjalności. Niestety język prosty nie jest ceniony. Bo nawet i w USA mętne wypowiedzi uznawane są za trudne a więc mądre. W ten sposób robi się karierę. Naukowcy objaśniający w prosty sposób koncepcje naukowe ludziom spoza świata nauki, spoza własnej, wąskiej dyscypliny, często traktowani byli pogardliwie przez kolegów „z branży”. To się w ostatnich latach chyba zasadniczo zmienia. Za sprawą takich słów jak „promocja” i „popularyzacja” nauki. Ja dorzuciłbym jeszcze takie określenia jak: otwarty uniwersytet, otwarta wiedza, edukacja pozaformalna.

W moim odczuciu zainicjowany w 2017 roku Marsz dla Nauki, jest jeszcze jednym przykładem zachodzących, głębokich procesów w kulturze.

 

Plakat dotyczy spotkania w dniu 10 stycznia, w ramach Twórczego Uniwersytetu, w Łodzi. (zobacz szczegóły)

W poszukiwaniu tożsamości, Europa i nacjonalizm

sczachor

26233712_10213646730955939_4147057336352947585_oW czasie świąt przeczytałem "Na krańce świata. Podróż historyka przez historię." Teraz wracam do wcześniej przeczytanych książek Normana Daviesa. Mój ulubiony historyk. Czytam by lepiej zrozumieć nie tylko historię ale i Europę. Oba paszporty, widoczne na zdjęciu, są moje. Jeden historyczny, drugi aktualny, Polaka i Europejczyka. Warto poznawać i pogłębiać swoją tożsamość.

„Na krańce świata” urzekły mnie dyskretną perspektywą filatelistyczną. Znaczki i poczta jako pretekst do zastanawiania się nad historią i geografią a także imperializmem. Drugim sympatycznym wątkiem, jaki uwzględnił Norman Davies, to wątek polski. Prawie wszędzie Autor, w swojej podróżny dookoła świata, spotykał Polaków. Imigrantów i emigrantów jak i podróżników. Stąd paszporty na zdjęciu, obok książek.

Z przyjemnością wróciłem do wcześniejszych książek Walijczyka. Przeglądam i przypominam sobie zaznaczone kiedyś fragmenty. „(…) Ruch Europejski jest z natury zaprzysięgłym wrogiem wszelkich nacjonalizmów – francuskiego, niemieckiego, walijskiego, szkockiego, irlandzkiego, polskiego, rosyjskiego, estońskiego, albańskiego czy angielskiego. We wszystkich narodach są patrioci – mężczyźni i kobiety, którzy kochają swój kraj, nie gardząc innymi. We wszystkich są ludzie obojętni. We wszystkich są też nacjonaliści - wojowniczy mężczyźni i kobiety, którzy codziennie gotują się z wściekłości w obliczu rzekomych zniewag i szczerze wierzą, że miłość do kraju pociąga za sobą nienawiść do reszty.”

 

O prelegencie na konferencji

sczachor

wykad_w_lamkowieWygłaszanie referatów w czasie konferencji to codzienność pracownika naukowego. Po latach praktyki i przemyśleń uświadomiłem sobie, że prelegent na konferencji ma wygłosić ciekawą (zajmująca, intrygującą, inspirującą) opowieść z zakresu literatury faktu. Nie tylko przekazać nowe i wartościowe informacje ale także opowiedzieć ciekawą historię. Wtedy chce się słuchać. Zwłaszcza teraz, w epoce łatwego dostępu do informacji.

Opowiadający (referujący, mówiący, wykładający), także w gremiach naukowych, jest w centrum społecznej uwagi. Przez moment stoi wyżej w hierarchii społecznej. Dlatego zdarzają się uszczypliwe uwagi i ataki słowne na prelegenta. Niektórzy starają się wykazać błędy, złośliwie coś skomentować a nie tylko dociekać prawdy i sensu. Czasem na siłę sami chcą zabrać głos by "zaistnieć" (być w roli prelegenta).  W polskich gremiach naukowych doświadczyłem tego i obserwowałem wielokrotnie. Teraz dopiero w pełni to zrozumiałem.

Zrozumiałem także, że konferencje naukowe, wykłady i referaty to element komunikacji społecznej, uzależnionej od naszych ewolucyjnie ukształtowanych predyspozycji biologicznych i kulturowych. Zrozumiałem dzięki kilku fascynującym i pięknie napisanym książkom naukowców-przyrodników (biologów, antropologów itd.). Piękna może być nie tylko literatura (czyli fikcji, kreacji) ale i literatura faktu. Czyli przekaz naukowy i popularnonaukowy. To taka mała dygresja do tzw. trzeciej kultury.

Literatura faktu też może być ciekawie opowiadana i spisywana. Wymaga to podniesienia kompetencji w komunikacji międzyludzkiej wśród pracowników naukowych. Ale dzięki temu nauki przyrodnicze, jej osiągnięcia, lepiej i pełniej przebijają się do kultury i świadomości społecznej. Świat i nasza wiedza o nim zbyt szybko się zmienia by zdać się tylko na tradycyjnych pośredników w objaśnianiu sensu odkryć przyrodniczych. Tak rodzi się „trzecia kultura” już od połowu wieku XX. Teraz jakby te procesy nabrały przyspieszenia. Być może dlatego, że nowe technologie dały nam zupełnie nowe możliwości. Przyrodnicy od szkiełka i oka nie są w gorszej pozycji niż humaniści, którzy tradycyjnie, przez "zasiedzenie", jak i na skutek lepszego przygotowania do pięknego mówienia i pisania, brylowali od wieków na kulturowych "salonach". Być może nawet przyrodnicy łatwiej radzą sobie z nowymi formami: referatem multimedialnym z pokazywanymi obrazami, animacjami, filmami (a nie tylko odczyt z kartki). Radzą sobie coraz lepiej także z pisaniem w mediach społecznościowych.

Na zdjęciu wyżej wykład w Lamkowie, w kościele. Miejsce nietypowe. Działo się to w czasie szkolnego pikniku naukowego a kościół dysponował największą salą, a więc najwygodniejszą. Cieszy taka dobra współpraca parafii, szkoły i… uczelni wyższej. Bo Lamkowo to mała wioska daleko od szosy (brak komunikacji publicznej upośledza i wyklucza całą społeczność – mieszkańcom trudniej dostać się do pracy a młodzieży do szkół i edukacji).

Poprzez wykłady w nietypowych (niestandardowych) miejscach łatwiej mi było zrozumieć, że każdy referat powinien być ciekawie opowiedzianą historią z zakresu literatury faktu, dostosowaną do poziomu odbiorcy. To nie rzutnik, komputer czy inne rytualne wodotryski są ważne, lecz opowieść dostosowana do kontekstu miejsca, sytuacji i odbiorcy

 

ps. wpis zacząłem tworzyć wczoraj... dla Telewizji Kopernik, bo akurat byli, pytali o edukację i Wielkie Jeziora Mazurskie i potrzebowali ujęcia z pisania bloga... więc zacząłem. A potem na spokojnie dokończyłem w domu. 

Wśród najlepszych blogów naukowych roku 2017

sczachor

Totylko_teoriaZ dużą satysfakcją dowiedziałem się, że mój blog "Profesorskie Gadanie" został zauważony i doceniony "gdzieś daleko". To Tylko Teoria umieściła mój blog wśród dziesięciu najlepszych polskich blogów naukowych w roku 2017. Uznanie środowisk zewnętrznych cieszy podwójnie. Postaram się utrzymać poziom.

Jak się dowiedziałem? Przypadkiem. Co jakiś czas sprawdzam statystyki i skąd następują wejścia na mój blog. Dzisiaj zauważyłem sporo wejść właśnie z blogu "To Tylko Teoria". I kliknąłem, żeby sprawdzić dlaczego jest to przekierowanie. I tak dowiedziałem się o zaszczytnym dla mnie wyróżnieniu. 

 Jak napisał Łukasz Sakowski "Mojej ocenie podlegały następujące kryteria: jakość treści (merytoryczność, źródła, wzbudzenie zainteresowania), częstość publikacji treści (blogi długo nieaktualizowane zostały odrzucone, blogi bardzo rzadko uaktualniane traciły), popularność (zasięgi na platformie oryginalnej i w social media), odpowiedzialność (przemyślane, proedukacyjne treści), wygląd bloga/filmów na vlogach oraz inne, do których zaliczałem: niszowość i oryginalność czy zaangażowanie.". [wyróżnienie - S.Cz.]

Sam blog został scharakteryzowany następująco: "Profesorskie gadanie – blog profesora Stanisława Czachorowskiego z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, hydrobiologa i entomologa, na którym poruszane są tematy ogólnonaukowe: od edukacyjno-akademickich po popularyzację nauki."

 zobacz szczegóły rankingu: http://www.totylkoteoria.pl/2018/01/ranking-polskich-blogow-naukowych-2017.html

 

 

Smok wawelski i Homo sapiens czyli o podobieństwach systemów biologicznych i kulturowych (językowych)

sczachor

1024pxSmok_wawelski_szkieletFascynujące jest to, że można analizować coraz więcej systemów biologicznych i kulturowych i doszukiwać się podobieństw, analogii czy wręcz wspólnego, uniwersalnego sposobu działania. Ogólna teoria systemów coraz bardziej może się krystalizować. Wymaga tylko analiz interdyscyplinarnych.

W naukach biologicznych coraz więcej wiemy o molekularnych mechanizmach naprawy DNA. Bo okazuje się, że jest wiele czynników, które codziennie w różnorodny sposób uszkadzają zapis genetyczny w DNA. W przenośni można by napisać, że jest wiele molekularnych chochlików czyniących psoty. Ale i są molekularni korektorzy – strażnicy poprawnego zapisu. Zupełnie niedawno, w 2015 roku, nagrodę Nobla z chemii przyznano trzem badaczom (Tomasowi Lindahlowi, Paulowi Modrichowi oraz Azizowi Sancarowi) za badania mechanizmów naprawy DNA. Jest więc w każdym organizmie swoista "Rada Dbałości o Poprawność Języka Genetycznego", zapisanego w DNA. Sposób zapisu w DNA zmienia sens genów, replikacji itd.

Na całe szczęście te mechanizmy naprawcze nie działają ze 100 procentową skutecznością. Bo trochę zmienności jest przydatne jako podglebie dla ewolucji. Przy odczytywaniu ‘błędów” inne struktury inaczej rozumieją ten sens i powstają nieco inne białka czy inaczej działają mechanizmy regulacyjne. Ot, takie małe nieporozumienie na poziomie molekularnym ale z widocznymi fenotypowo efektami. Czyli zmiany są szkodliwe i trzeba je naprawiać, ale troszkę zmienności też się przydaje. Organizmy biologiczne szukają tego złotego środka i harmonii.

W kulturze, w zawłaszcza w języku również dochodzi do różnych, przypadkowych, nieprzewidzianych zmian w zapisie słów. Sposób zapisu zmienia sens (znaczenie) a więc i końcowe efekty. Co chciał przekazać nadawca a co odczytał odbiorca (kodowanie i odkodowanie)? Słowo lud i lód wymawia się tak samo (może kiedyś było inaczej?). W rozmowie, to z kontekstu zdania i opowieści musimy wyłowić czy chodzi o lud czyli ludzi, czy też o lód jako stan skupienia wody (język jest całościowym system i lód musi pasować do lodów). W razie czego zawsze możemy dopytać. Inaczej jest w piśmie (słowach zapisanych), nie widzimy autora i dopytać nie możemy. To z ortografii i interpunkcji odczytujemy sens. Lud od ludzi, lód od lodu. Rosnąca różnica między językiem mówionym a językiem pisanym wynika z ewolucji. Język jest czymś żywym, pismo jest bardziej skostniałe… bo ma więcej cenzorów i „naprawiaczy”, strażników poprawnej np. polszczyzny, dbających o standardy. Ale nawet i w piśmie dokonuje się powolna ewolucja. Kilkadziesiąt lat temu chruściki pisano jako chróściki (co mnie kiedyś mocno zdziwiło, gdy dotarłem do przedwojennych publikacji. Coś, co dziś jest błędem, kiedyś było poprawne... (dzisiejsza poprawność wtedy była błędem).

Dobrze, że są słowniki oraz srodzy poprawiacze i strażnicy poprawnej ortografii i wymowy. Niemniej na szczęście i oni nie są skuteczni w 100%... bo język się zmienia i ewoluuje.

Dla komunikacji ma znaczenie jak się niektóre słowa i zwroty zapisze (że przytoczę klasyczny przykład jest różnica czy zrobisz komuś laskę czy łaskę - jedna kreseczka a zmienia sens, podobnie jest w DNA, czasem mała, niepozorna zmiana czyni wiele ). Ma znaczenie czy coś zapiszemy Homo sapiens czy homo sapiens (w niektórych komunikatorach nie można użyć kursywy, ale duże i małe litery zawsze są dostępne). Pierwszy zwrot odnosi się do nazwy gatunkowej (krótsza forma, bo pełna zawiera także nazwisko i rok, tym czasem aspekt ten pomińmy). Na świecie są miliony gatunków. Istnieją więc w zoologii, botanice itd. specjalne kodeksy a sami naukowcy rygorystycznie pilnują, by używać poprawnych, jednoznacznych nazw gatunkowych. Mają być unikalne i niepowtarzalne. W języku potocznym, np. polskim, nazwy nie są już tak rygorystycznie pilnowane. Dany gatunek może mieć kilka, równoprawnych nazw, np. stokrotka, stokrotka pospolita, stokrotka łąkowa, stokrotka trwała. Nazwa naukowa jest jednoznaczna: Bellis perennis. Przy okazji przypomnę, że polskie nazwy gatunkowe piszemy małą literą.

Skoro trzeba stworzyć miliony nazw naukowych dla milionów gatunków to… potrzeba dużej inwencji i kreatywności. Czasem dochodzi do tego dowcip. Przykładem jest Smok wawelski.

Niecałe 10 lat temu, jednemu ze znalezionych skamieniałości dinozaura nadano naukową nazwę gatunkową Smok wawelski. Na całym świecie nie ma problemu (bo nie znają języka polskiego i nie rozumieją słów "smok wawelski" ani kontekstu kulturowego opowiści o smoku spod Wawelu), tylko w Polsce może być zamieszanie. Bo można zapisać tę nazwę na trzy sposoby: Smok wawelski, Smok Wawelski i smok wawelski. I za każdym razem będzie inny desygnat (będzie oznaczało coś innego).

Tak, w świecie szybkich zmian, zmienia się i język mówiony i język pisany. Połapać się w tym czasem trudno.

Na ilustracji wyżej szkielet smoka wawelskiego, zwanego także smokiem z Lisowic (autor: Panek - Praca własna, GFDL, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=22708287)

Czytaj także:

 

ps. W poprzednim wpisie na blogu użyłem zwrotu "zapisać dużą literą". Zostałem przez kilka osób zganiony, za niepoprawną formę, np. "Ani z dużej, ani dużą. Wielką literą, panie poprawiaczu." Miałem wątpliwości już na etapie pisania, co jest formą poprawną. Dlatego wcześniej sprawdziłem. Otóż Słownik Języka Polskiego PWN podaje taką informację: "Jedni wolą pisać dużą literą, inni wielką literą to kwestia wyłącznie upodobań, żadnych zakazów ani nakazów tu nie ma. Trzeba tylko pamiętać, aby nie pisać z dużej (wielkiej) litery, gdyż wyrażenia te mają złą opinię w wydawnictwach poprawnościowych, mimo że ich frekwencja w tekstach jest duża. "  (źródło: sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/wielka-litera-czy-duza-litera;443.html ).

Pewnie dla mnie nie jednego są tylko duże i małe litery. Sąd wielka i duża są synonimami (ten sam desygnat). Ale może kiedyś było inaczej, może były wielkie, duże i małe litery i każda co innego znaczyła (a przy okazji inaczej wyglądała). Dlatego wśród regół było zaczynanie znania wielką literą. Ale chyba coś w sposobie pisania się zmieniło. Niemniej został gdzieś zakaz-reguła w świadomości wielu osób. Codzienna praktyka wprowadziła zmiany na tyle istotne, że językoznawcy dopuszczają poprawność ubu form.

Być może podobne zjawiska występują na poziomie molekularnym. Inspirujące byłoby poszukanie takich analogii.

Homo sapiens sponiewieramy przez historyka

sczachor

Nie jestem statystycznym Polakiem – lubię czytać. I to przede wszystkim literaturę faktu. Właśnie skończyłem kolejną „cegłę” Normana Daviesa pt. „Na krańce świata. Podróż historyka przez historię”. Wspaniała lektura, 824 strony, a czyta się lekko z przyjemnością i mocno edukacyjnie ! Rozochocony zabrałem się za kolejną książkę, kupioną w okresie świątecznym. I niestety poległem przy trzecim rozdziale.

Ewolucja człowieka oraz wzajemne przenikanie się ewolucji biologicznej i kulturowej jest fascynującym tematem. W ostatnich latach, dzięki badaniom genetycznym oraz odkryciom skamieniałości, dużo się nowego pojawiło. Powstały także bardzo ciekawe teorie dotyczące powstania mowy i wykorzystania ognia do przygotowywani pokarmu. Koncepcje te bazują na wielu szczegółowych odkryciach z różnych dziedzin ale i na bardzo oryginalnych przemyśleniach. Dzieje się więc dużo i można czytać kolejne, ciekawe pozycje.

Przechodząc między półkami w księgarni, pośród wielu interesujących, nowych pozycji (z żalem nie kupiłem… na razie!) , zauważyłem „Sapiens. Od zwierząt do bogów” Yuvala Noaha Harariego. Przejrzałem spis treści – zapowiadał ciekawą lekturę. Zajrzałem na ostatnią stronę okładki… i zmroził mnie notoryczny błąd humanistów „homo sapiens”. Dlaczego w książce, wydanej przez poważne wydawnictwo PWN i PZWL znajdują się tak podstawowe błędy? Przecież naukowa nazwa gatunku człowieka brzmi Homo sapiens ! Pisany z dużej litery i kursywą (tak, wiem popełniłem błąd językowy, poprawnie powinno być dużą literą - razi dusze humanistów i językoznawców?). Czy reklamowany bestseller może zawierać takie błędy? Szybko poszukałem w treści nazw gatunkowych i wyłowiłem poprawnie zapisane Homo erectus, Homo floresiensis itd. Uf, to pewnie tylko błąd wydawnictwa i osoby mało kompetentnej, która pisała reklamową treść okładki. Kupiłem.

Wczoraj zacząłem czytać. I się przeraziłem w tekście notorycznie pojawia się „homo sapiens”. Wynika z tego, że to chyba albo poważny błąd tłumacza (Justyn Hunia) albo wydawnictwa albo… samego autora. Musiałbym dotrzeć do oryginalnego hebrajskiego a potem angielskiego wydania. Czytałem dalej i niesmak się pogłębiał. Ewidentnie autor popełniał błędy nie tylko w nazwie gatunkowej człowieka ale i w licznych uproszczeniach biologicznych.

Yuval Noah Harari – ktoś to jest? Szybko na Wikipedii znalazłem biogram i dorobek. To historyk (to teraz rozumiem te błędy). Nawet w haśle na polskiej Wikipedii o autorze były błędy z pisownią Homo sapiens. Szybko poprawiłem. Widać hasło do Wikipedii pisał także jakiś „humanista”, wzorując się na wydanej książce. To wskazuje, że błędy popełniane przez poważane i wiarygodne wydawnictwo łatwo się rozchodzą. Nawet jeśli w oryginale był błędny zapis to PWN na etapie tłumaczenia i przygotowania do druku mogło poprawić! Pośpiech jest złym doradcą i wrogiem solidności. Ewidentnie książka jest merytorycznie (to wina autora) i stylistycznie (językowo) niedopracowana (to pewnie wina tłumacza).

mapka

Jakość książki widać po załączonej ilustracji. To nie tylko błędnie zapisana nazwa naukowa człowieka, ale i błędnie zamieszczone objaśnienia. W tej postaci jest bzdurą. Tylko podstawowa wiedza o ewolucji hominidów pozwala stwierdzić, że zasięg występowania neandertalczyka jest tam, gdzie sugeruje owa mapa „inne gatunki człowieka, 100 tysięcy lat temu”. Homo sapiens chyba jest dobrze oznaczony. Pisze chyba, bo tylko domyślam się intencji autora.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby historycy pisali rozprawy o ewolucji Homo sapiens, zwłaszcza jeśli jest to opowieść o ewolucji biologicznej i ewolucji kulturowej (tu przecież pojawia się historia). Ale wypadałoby poprawnie pisać przynajmniej nazwy gatunkowe. Bo przecież ma znaczenie czy napiszemy lud czy lód. Wymawia się tak samo, ale znaczy coś innego. Podobnie z Homo sapiens – w tej postaci to nazwa gatunkowa, a w formie „homo sapiens” to określenie stylistyczne tak samo jak homo faber czy homo ludens. Sposób zapisu zmienia sens i treść. W teście jest często fraza „homo sapiens”. Tłumacz polski mógł to w wielu miejsca zastąpić „człowiek” lub „ludzie”. Sens byłby poprawny a nie raziło by kłującym w oczy błędem pojęciowym i ignorancją biologiczną.

Temat jest ciekawy, ale lektura okazała się mordęga, bo ciągle w oczy kłuło, np. „a Chińczycy geny [odziedziczyli] Homo erectusa” – nazw naukowych się nie odmienia. Bardzo ciekawie zapowiadająca się w książce „rewolucja poznawcza” opisywana jest za pomocą takich sformułowań „Można by to nazwać mutacją Drzewa Wiedzy. Dlaczego wystąpiła ona w DNA homo sapiens, a nie neandertalczyków?”.

W książce pojawiają się porównania także oderwane od rzeczywistości przyrodniczej, bo wielokrotnie autor podaje przykład lwa „podchodzącego stado bizonów”. Już zastanawiałem się czy autor ma głęboką wiedzę przyrodniczą i odnosi się do stanu w Ameryce Północnej sprzed okresu wyginięcia lwów na tym kontynencie. Nie, nie o to chodzi, tylko o brak elementarnej wiedzy: lwy żyją w Afryce (i Azji były jeszcze nie tak dawno) a bizony w Ameryce Północnej. Ale dla autora to bez różnicy…. Chyba, że tłumacz źle przetłumaczył, może to chodziło o afrykańskiego bawoła?

Wiedza przyrodnicza z zakresu ekologii, ewolucji, antropologii, etologii jest raczej powierzchowna i popkulturowa. Coś na pewno czytał i chciał opowiedzieć swoją historię. Tyle, że trudno czytać, gdy trafia się na takie fragmenty: „Dane, jakimi obecnie dysponujemy, wskazują, że zmiany we wzorcach społecznych, wymyślanie nowych technologii i zasiedlanie obcych środowisk były raczej wynikiem mutacji genetycznych i presji środowiska niż inicjatyw w sferze kultury.” Nie wiem jakiego skrótu myślowego użył autor, ale wychodną z tego bzdury. I ignorancja biologiczna. Raczej jest to pisarstwo odtwórcze, mało wartościowe. „Tak jak długo Homo erectus [znamienne, że nazwy gatunkowe innych gatunków z rodzaju Homo pisane są poprawnie, a tylko Homo sapiens jest sponiewierany] nie ulegał dalszym mutacjom genetycznym, jego kamienne narzędzia zasadniczo nie zmieniały się – i to przeszło milion lat!”. Tak jakby postęp kulturowy wynikał z mutacji genetycznych…. To ogromne uproszczenie !

Gdy w trzecim rozdziałem trafiłem na „Teoria genu „objadania się” cieszy się powszechnym uznaniem”, to się załamałem. Totalne uproszczenia innych, znakomitych lektur, które niedawno czytałem. „Nastanie rolnictwa i przemysłu stworzyło parasol ochronny osobnikom o niskiej inteligencji. Pracując w charakterze nosiwody albo przy linii montażowej, można było przetrwać i przekazać swoje kiepskie geny kolejnym pokoleniom.” Poległem. Dalej niż do połowy trzeciego rozdziału nie dobrnąłem.

Stanowczo odradzam kupowanie książki Harariego „Sapiens. Od zwierząt do bogów.” Przytoczyłem tylko mały fragment dostrzeżónych błędów. Tematyka jest ciekawa, polecam znakomite książki: np. Adama Rutherforda „Krótka historia wszystkich ludzi którzy kiedykolwiek żyli”, Robina Dunbara (w bibliografii opisywanej książki nazwisko tego autora raz napisane jest poprawnie, a raz z błędem i to przy tej samej książce) „Człowiek – biografia” oraz „Nowa historia ewolucji człowieka”. Czy chociażby „Homo przypadkiem sapiens” Konrada Fiałkowskiego i Tadeusza Bielickiego. Jest jeszcze kilka innych, niezwykle wartościowych - sami znajdziecie.

Na koniec mała refleksja. „Sapiens” to pozycja mocno przereklamowana. Szkoda, że dotarła do bardzo wielu czytelników na całym świecie, bo upowszechnia nie tylko drobne błędy w pisowni nazw gatunku Homo sapiens (niestety nagminne u humanistów!) ale i sporo płytkich i błędnych koncepcji biologicznych. Wręcz archaicznych. Napiszę wprost – książka szkodliwa. I wtórna. Ale mocno reklamowana jako międzynarodowy bestseller, polecany przez wielkich tego świata (Barack Obama, Mark Zuckenberg i Bill Gates).

Druga refleksja jest także, że potrzeba jest powszechnej edukacji biologicznej, także skierowanej do samych naukowców. Wiedza biologiczna szybko się zmienia, postęp naukowy jest naprawdę szybki. I szkoda by w różnych książkach interdyscyplinarnych upowszechniane były stare, nieaktualne koncepcje ewolucyjne. W tym dotyczące człowieka. I mam na myśli trzecią kulturę a nie tylko proste upowszechnianie nauki (o tym niebawem napiszę szerzej i opowiem na ciekawym seminarium w Łodzi).

Może kiedyś przeczytam całego „Sapiensa”. Teraz z przyjemnością czytam „Tajemnicze życie grzybów” Roberta Hofrichtera (tłumaczenie Monika Kilis, Bartosz Nowacki).

WP_20171221_14_50_42_Pro

Żeberka kurze i piwo bez GMO czyli współczesne fobie i marketing

sczachor

piwo_GMOMarketingowiec sprzeda klientowi wszystko, czego ten sobie zażyczy. A przynajmniej to, czego oczekuje. Reklamy produktów w dużym stopniu pokazują to, co w danym czasie i danym społeczeństwie jest modne lub ważne. A do zdrowia przywiązujemy dużą uwagę. Tu dochodzimy do cudownych recept. Kiedy swego czasu nauka i technika były modne (i święciły swoje sukcesy), towary i lekarstwa reklamowane były jako najnowsze, nowoczesne, amerykańskie itd. Kiedy w modzie science ustąpiło fantazy, odnotowaliśmy powrót do „natury” i starodawnych przepisów, czasem egzotycznych, czasem miejscowych. Pojawiły się więc produkty „babuni”, „dziadunia” (symbolicznie nawiązuje do czegoś ludowego i starego), dawne receptury, „bez chemii” itd.

Kwintesencją marketingowca jest pewna góralka, która gdy usłyszała, że Szymborska dostała Nobla odrzekła „Aaa, na nobla to najlepsze świstacze sadło”. Nasz klient nasz pan a od dawna wiadomo, że cudowne lekarstwa dobre są na wszystko.

Kiedy ukazało się dużo informacji o zawałach, chorobach wieńcowych i przyczynach je wywołujących, w tym enigmatyczne dane o cholesterolu, pojawiły się produkty bez cholesterolu i usuwające cholesterol. Pośród informacji prawdziwych były i informacje mocno podkoloryzowane. Bezcholesterolowe na etykiecie były także produkty z zasady nie zawierające cholesterolu (np. oleje roślinne). Każdemu to, czego potrzebuje. Pojawiła się moda na wędliny drobiowe (jako zdrowsze), to i można było znaleźć żeberka kurze lub żeberka drobiowe (nie pamiętam dokładnie nazwy). Coś dla smakoszy uwielbiających żeberka… ale żeby czuli się bardziej zdrowo to mogą kupić przecież żeberka drobiowe, czyli zdrowsze niż te tradycyjne, wieprzowe (dla jasności dodam, że o żadne żeberka z drobiu nie chodziło). Wystarczy tylko dobrze nazwać towar i już lepiej się sprzedaje? Ignorancja kupujących i spryt marketingowców.

Ostatnio modne jest GMO a w zasadzie produkty bez GMO. Szczytem jest chyba sól kamienna z dopiskiem na etykiecie „bez GMO” (towar zagraniczny, widziałem gdzieś w internecie). Ale i my dzielnie walczymy na tej niwie. Poza wieloma sytuacjami, gdzie taka informacja jest sensowna, są i liczne, gdzie napis „bez GMO” jest przykładem cwanego marketingu nakierowanego na głupotę kupujących. Nasz klient nasz pan?

Wcześniej pisałem o serku bez GMO (Serek wolny od GMO – rzecz o informacji zbędnej i bałamutnej). Kilka dni temu moją uwagę wzbudziło piwo „bez GMO”. Samo piwo mocno mnie zaciekawiło. Żołędziowe – pomyślałem, że może jako goryczki użyto żołędzi zamiast chmielu (na Warmii swego czasu odtworzono piwo lawendowe, które kiedyś warzono z braku chmielu). W jakimś stopniu może nawiązuje to do dawnych prób kulinarnego wykorzystywania dębowych żołędzi. Nasi przodkowie jedli żołędzie w czasach głodu. Nigdy jednak dębów ludzie nie poddali skutecznym zabiegom hodowlanym by wyselekcjonować odmiany bez dużej ilości substancji gorzkich. Żołędzie nie weszły do naszego menu, choć teoretycznie mogły. Piwo nie było rewelacyjne, ale potraktowałem jako sympatyczną ciekawostkę i odskocznię od ujednoliconych smaków dużych kompanii piwowarskich. Małe browary wzbudzają moją ciekawość i sympatię, raz że są lokalne, dwa że są mocno zróżnicowane smakowo (ich produkty, a nie same browary).

Czar sympatii prysł, gdy obejrzałem etykietkę (był jednak chmiel, więc nie wiem po co dodawano żołędzi). Z przodu była obszerna informacja o powrocie do tradycji i kilkuletnich staraniach przywrócenia starej receptury (czy aby na pewno jest to stara receptura? Bo może to po prostu współczesne eksperymenty? Eksperymentować warto, tylko po co udawać, że to jakieś odtwarzanie tradycji?). Ale z tyłu znalazłem godny pochwały dokładny skład co do słodu, żołędzi, chmielu i drożdży. Zaniepokoił mnie dopisek „bez GMO”. Odnosił się do drożdży. Co ma GMO do piwa? I dlaczego ma być niby bez GMO? Teoretycznie jakieś organizmy modyfikowane genetycznie mogły by być wykorzystywane do produkcji. Ale w czym to miałoby upośledzać produkt? Współczesny zabobon „szkodliwego” GMO?

Zaletą etykiet jest to, że podają zawartość produktu. Można się dowiedzieć dużo o produkcie. I można być świadomym konsumentem: wiedzieć co się je i wiedzieć jaki potencjalnie wpływ wywiera się na biosferę (efekt cieplarniany, zrównoważona gospodarka, uczciwa płaca itd.). Tyle, że ten dopisek „bez GMO” wydał mi się bałamutny i nic nie wnoszący. Ot taka moda i odczynianie uroków (browar stracił w moich oczach, bo traktuje klienta jak niedouczonego idiotę).

Skoro jest informacja o drożdżach, to łatwo było sprawdzić co to za jedne: Drożdże US-05 "Drożdże suche, górnej fermentacji. Wyselekcjonowane w Stanach Zjednoczonych. Nadają piwu lekki i orzeźwiający smak. Polecane do piw w stylu amerykańskim". Teoretycznie mogą być organizmy modyfikowane genetycznie i wykorzystywane w fermentacji. Ale przecież proces hodowli i udomawiania roślin i zwierząt przez tysiąclecia aktywności ludzkości polegał na modyfikowaniu genetycznym i selekcjonowaniu nowych, lepszych odmian i ras. W czym metody biotechnologiczne miałyby być gorsze lub mniej „naturalne”?

Wróćmy jeszcze do opisu użytych drożdży, o których znalazłem więcej informajci: „Drożdże (Saccharomyces cerevisiae), Czynnik rehydratacyjny (emulgator) E491 (…), Ilość żywych komórek: > 6 x 109 / gram, bakterie ogółem*: < 5 / ml, bakterie kwasu octowego *: < 1 / ml, Lactobacillus*: < 1 / ml, Pediococcus*: < 1 / ml, dzikie drożdże inne niż Saccharomyces*:< 1 / ml, patogenne mikroorganizmy: zgodnie z regulacjami”  Źródło: https://www.piwo.org/forums/topic/954-fermentis-safale-us-05/

Wyszukałem także informacji o producencie tych drożdży piwowarskich „Założona w 1853 r. przez Louisa Lesaffre w Marcq-en-Baroeul, Północna Francja, Grupa Lesaffre jest obecnie światowym liderem w produkcji drożdży oraz ekstraktu drożdżowego. Aktywność Grupy koncentruje się na rynku piekarskim. Grupa rozwinęła szeroką gamę produktów związanych z przemysłem fermentacyjnym: drożdże, zakwasy i pochodne takie jak polepszacze do pieczywa. (…).Louis Lesaffre (1802-1869), współczesny Pasteur’owi, założyciel Grupy, która nadal istnieje pod jego nazwiskiem, szybko zainteresował się tymi nowymi odkryciami. Uzyskawszy rozległe doświadczenie w zakresie fermentacji ziarna, założył fabrykę świeżych drożdży we Francji. Był jednym z pionierów przemysłu drożdżowego, wraz z Baronem Max de Springer i aktywnie przyczynił się do rozwoju rzemiosła piekarskiego. Drożdże stały się podstawą do dalszego rozwoju firmy oraz dywersyfikacji rodzinnego biznesu. Przez pokolenia, firma Lesaffre stopniowo rozwijała się, by w końcu stać się główną Grupą w biznesie specjalizującą się w biotechnologii.http://www.lesaffre.pl/firma/lesaffre-na-swiecie

Po co ten dopisek „bez GMO”, skoro podano nazwę szczepu, co umożliwia nie tylko odszukanie producenta ale i dokładnej charakterystyki mikrobiologicznej? Dla zaznaczenia, że to piwo jest „eko-koszerne”? Ale przecież brakuje informacji znacznie istotniejszych.

W dyskusji faceboowej o wspomnianym piwie ktoś mi zwrócił uwagę, że „Informacja na etykiecie, że dany surowiec jest bez GMO, jest wymogiem prawnym w produktach z certyfikatem EKO o ile nie istnieje na rynku dany surowiec w jakości EKO.” Tyle tylko, że na etykiecie nie było żadnych znaków z certyfikatami „eko” (słowo wytrych, więc to konkretne certyfikaty mają znaczenie). Może chodzi o certyfikat żywności ekologicznej ? Owszem wymogiem europejskiego certyfikatu żywności ekologicznej jest to, że do produkcji takiej żywności nie wykorzystuje się organizmów GMO. Ale ważne jest spełnienie także innych warunków, w tym "Specjalnie traktowane są też rośliny oraz gleba, w której rosną. Przede wszystkim ograniczone jest stosowanie nawozów i środków użyźniających glebę." I to ma sens, bo sporo różnych np. chemioterapeutyków dostaje się z gleby do roślin, nie wspominając o chemicznych środkach ochrony roślin. I co mi z bałamutnej informacji, że drożdże bez GMO (jakby w jakiś sposób GMO mogło szkodzić zdrowiu), jeśli nie wiem nic o zbożach i o chmielu, jak były uprawiane i czy nie zawierały różnych chemioterapeutyków, pestycydów czy innych substancji, których tak nie powinno być?

Dla gawiedzi jest „bez GMO”, a to co naprawdę ważne, jest zatajone lub nieznane. Znacznie ważniejsza byłaby dla konsumenta informacja czy roślinny (zboża i chmiel) pochodzą z upraw biodynamicznych oraz czy badane były pod kątem ewentualnej zawartości chemioterapeutyków lub innych zanieczyszczeń cywilizacyjnych a niepożądanych.

Nawiązując do starej gaździny to można powiedzieć, że na GMO to najlepsze jest świstacze sadło. Najlepiej syntetyczne bo świstaków żal.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci