profesorskie gadanie - Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawęd...
Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Hurmak olchowiec czyli o prowincjonalnym koronkarstwie

sczachor

hurmak1

Polacy nie gęsi… swoje stonki mają. Wiem wiem, w pierwowzorze chodziło o język gęsi a nie same gęsi. Ale ładnie brzmi więc w sparafrazowanej formie wykorzystuję. Bo będę opowiadał o stonce, ale nie tej zza Atlantyku, co przez morze się przedostała, by nasze ziemniaki bezprzykładnie zjadać. Okazuje się, że mamy własne stonki (chrząszcze z rodziny stonkowatych), I to takie, co koronki z liści robią. Takie lokalne rękodzieło.

Stonka, o której snuję opowieść, nie jest w paski. Jest metalicznie granatowa, czasem tylko prześwituje pomarańczowy brzuszek (oczywiście o odwłok chodzi, bo owady brzuchów nie mają, co najwyżej brzuszną stronę ciała). Chodzi o pospolitego u nas hurmaka olchowca. Hurmak – bo zazwyczaj gromadnie, tłumnie, masowo, hurmą występuje. A olchowiec? Bo na olchach żyje. To znaczy spotkać można go na wielu gatunkach drzew liściastych ale wyraźnie preferuje olsze. Nazwa dobrze oddaje istotę tego owada.

Skoro mowa o stonce ziemniaczanej czyli żuku kolorado, to nie jesteśmy dłużni Amerykanom - hurmak olchowiec został w 1912 roku zawleczony do Ameryki Północnej. Nie wiem jaki jest bilans transatlantyckiego meczu na stonki, bo gatunków jest dużo a ostatnio u nas szkody wyrządza stonka kukurydziana, również zza Atlantyku.

W naszej przyrodzie przeważają gatunki typowe, endemitów prawie nie mamy. Ale na przykład hurmak olchowiec jest typowym zwierzęciem dla lasu bagiennego. Na początku wiosny spotkać można go niemalże na każdym drzewie olchowym (ale w górach już nie). Pospolity na olszy szarej. Ale na niżu. W górach powyżej 600-700 m n.p.m. są już bardzo rzadkie, mimo że jest tam roślina żywicielska. Czyli o występowaniu nie decyduje samo jedzenie (nawet hurmaki nie tylko samym chlebem,... to znaczy olchą, żyją). Dla fitofagów liczą się także i inne czynniki. Związki fitocenozy i entomocenozy nie są takie proste i oczywiste. Uwarunkowane różnymi kontekstami, o których jeszcze nie wiemy. Ale jako ludzie ciekawi świata (nam na myśli naukowców zawodowych i amatorów) poszukujemy i odkrywamy.

Hurmak olchowiec występuje na skrajach wilgotnych lasów, zadrzewień nadbrzeżnych (jeziora, rzeki), przy drogach. Zasiedla Palearktykę, od Azji Mniejszej po północną Afrykę. No i od początku XX w. także Amerykę. Hurmak to metalicznie fioletowo-granatowa stonka, żerująca na liściach olchy. Pospolity gatunek, obok którego przechodzimy i go nie zauważamy. Krewniak stonki ziemniaczanej zza oceanu, równie kłopotliwy ale dla leśników (roślinożercy często uważani są za szkodniki jeśli akurat jedzą to, na czym i nam zależy). Hurmak olchowiec lokalnie może występować w dużej liczebności, co wyraźnie widać po śladach żerowania. Ale jedynie w szkółkach leśnych i uprawach może wyrządzić większe szkody, przyczyniając się nawet do zamierania drzewek. Leśnicy w takich przypadkach proponują aby wiosną, po wykryciu pierwszych chrząszczy, drzewa opryskać preparatami owadobójczymi o działaniu kontaktowym. Lepiej zdać się jednak na naturalnych wrogów. W przyrodzie jest tak, że raz zjadasz ty, a raz zjadają ciebie. Na przykład jajami i larwami hurmaka odżywia się drapieżny chrząszcz Hister helluo z rodziny gnilikowatych (Histeridae) .

Poza piękną barwą hurmaka podziwiać możemy jkoronkową robotę żarłoczności jego larw. Jest to najczęściej i najliczniej spotykana u nas stonka. Więc i wyszkieletyzowanych liści olchy można sporo spotkać. Wystarczy wybrać się na spacer i obserwować mikroświat. A jak wygląda olcha? Łatwo poznać po pokroju liści i innych cechach. W dobie internetu nie trudno przygotować sobie „ściągę” przed wycieczką. A wrzesień będzie dobrym miesiącem na obserwowanie hurmaków. We wrześniu najaktywniejsze są hurmaki około godziny 9 rano, najmniej aktywnie o 18 wieczorem, co wynika również z temperatury. Ciemna barwa ciała sprzyja pobieraniu ciepła z otoczenia.

Koronkową robota para się głównie w stadium larwalnym (larwy są czarne). Wygryza nieregularne otwory w blaszce liścia, fachowo nazywa się to szkieletyzowaniem liści. Po śladach żerowania można rozpoznać ten gatunek. Jestem przekonany że każdy widział hurmaka lub przynajmniej ślady jego żerowania. Hurmak olchowiec zwany także - hurma olszowiec Agelastica alni (L.) to chrząszcz z rodziny stonkowatych (Chrysomelidae). Dorosłe fioletowo-ciemnogranatowe z metalicznym połyskiem, wielkości 5-7 mm, z silnie wypukłym ciałem. Wierzch ciała pokryty gęstymi, drobnymi kropkami (wgłębieniami). Pokrywy skrzydłowe w tylnej części są lekko rozszerzone. Larwy koloru czarnego, z odnóżami (tak jak u chrząszczy przystało). Młodsze stadia larwalne zabarwione na oliwkowo-szaro, starsze owłosione, osiągają długość 12 mm. Poczwarki są jasnożółte, miękkie i delikatne.

Samice składają jaja (barwy żółtej) w płaskich pakietach po ok. 70 sztuk, umieszczonych na brzegach dolnej strony liści olchy. Łącznie samica składa w ciągu ponad miesiąca około 600-900 żółtych, owalnych jaj, potem ginie (ponad połowę mniej niż stonka ziemniaczana). Larwy wylegają się już po 5-12 dniach i intensywnie żerują na liściach olchy (spotkać je można od czerwca do lipca). Wyjadają miękki miąższ, zostawiając twarde żyłki (liść wygląda jak misterna koronka). Larwy najpierw żerują w gromadzie, potem rozpraszają się. Jedynie w trakcie linienia ponownie się skupiają w małe grupki. Larwy linieją trzykrotnie. Po wylince są koloru żółtawego, ale szybko ciemnieją. Z końcem lipca i w sierpniu wyrośnięte larwy schodzą na ziemię, gdzie pod powierzchnią ziemi przepoczwarczają się. Po tygodniu wychodzą dorosłe chrząszcze. Żerują na liściach olchy aż do nadejścia mrozów. W cyklu rozwojowym występuje jedno pokolenie w roku. Ślady żerowania dorosłych są inne niż ślady żerowania larw – dorosłe hurmaki wygryzają w liściach nieregularne otwory. Zimują schowane w ściółce, wychodzą wczesną wiosną. Pełen cykl życiowy trwa rok.

No to teraz zapraszam na jesienny spacer, najlepiej w godzinach przedpołudniowych. Gdzieś nad rzekę, jezioro lub w teren lekko wilgotny, tam gdzie olch najwięcej. I zachęcam do poszukiwania koronczarskich wytworów aktywności naszej rodzimej stonki. Lokalne, prowincjonalne rękodzieło (a w zasadzie żuwaczkodzieło). A na spacerze, jak to zwykle bywa, będzie o czym porozmyślać. To nic nie kosztuje a daje dużą przyjemnośc. Ponoć wydzielają się endorfiny w mózgu. Zupełnie za darmo i bez akcyzy.

 

Edukacja na przystanku...

sczachor

10590682_860555427289650_1581731989781734427_nPrzystanek autobusowy w czasach mojej młodości był miejscem spotkań młodzieży. Na wsi. Przecież nie było innej przestrzeni publicznej. Dorosły pili pod sklepem, a młodzi spotykali się na przystanku. Najczęściej brudnym, zdewastowanym, zaśmieconym i ozdobionym napisami. Najczęściej wulgarnymi. Przyzwoitej młodzieży nie wypadało wystawać na przystanku (jeśli akurat nie czekali na autobus). No bo czego można było się nauczyć w takim miejscu? Podwórkowej łaciny, inicjacji seksualne lub alkoholowej? Ale przecież nie było innych miejsc na spotkania...  Czemu więc dewastowane były te miejsca?

Ale przystanki mogą być inne, czego przykładem jest ten na zdjęciu, z Wójtowa, odmalowany przez Annę Wojszel z Wipsowa (w Wipsowie też jest cudny przystanek, przyrodniczo-lokalny, w ciepłych kolorach). Aż chce się wysiąść z autobusu w takiej miejscowości. Albo specjalnie przyjechać. Stojąc i czekając na autobus.... można się nieformalnie edukować. I nie w sensie odczytywania wulgarnych inskrypcji o tym, który klub sportowy to "pany"  lub o wulgarnych wyznawaniach miłości lub relacjach towarzyszko-lokalnych (co kto o kim niepochlebnie myśli).

Za sprawą artystów przystanki mogą stać się miejscem nieformalnej edukacji przyrodniczej i lokalnej (zobacz więcej zdjęć). Bo widać warmińską łąkę z rumiankami i makami, z owadami, motylami, biedronkami a nawet ważkami. Widać łątkę i widać żagnicę. Nieśmiało myślę, że być może te owady to jakiś skromny efekt dyskusji w czasie pleneru w Tumianach (zobacz więcej zdjęć). Opowiadanie artystom o owadach, o lokalnej bioróżnorodności, sprawia, że dostrzegają ją.... i po przetworzeniu pojawia się ona w nowym pięknie. A przez to dociera do zupełnie nowych odbiorców. Oddziałuje, niczym naskalne malowidła naszych przodków.

Interdyscyplinarna współpraca w edukacji przyrodniczej, nieformalne i pozaformalnej edukacji. Warto więc szukać nowym możliwości i przestrzeni. I mam cicha nadzieję ze takich pięknych przystanków przybędzie na Warmii... i innych małych, prowincjonalnych krainach. Nie tylko wielkie centra naukowe (jak CN Kopernik w Warszawie) ale i małe, lokalne miejsca to pokazywania innej, piękniejszej strony świata, prawdziwej przyrodniczo).

Takie przystanki to może także wyraz aktywnej dyskusji o lokalnym dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym, swoiste poszukiwanie współczesnej tożsamości, w tym przypadku warmińskiej. Tak więc, dalej na wiejskich przystankach toczy się dyskusja, ale w jakże innej formie!

Mądrość jest jak ubranie

sczachor

969331_10200735206535898_728700720_n1

Mądrość jest jak ubranie. Można je zakładać wielokrotnie.

Ćwiczenie w krótkich formach wypowiedzi jest jednym ze sposobów uczenia się myślenia syntetycznego, uogólniania. Szkoła uczy nas dobrze analizy, dzielenia na "niepodzielne" atomy (części) i poznawanie tych części. Gorzej jest z ponowną syntezą, uogólnianiem, poszukiwaniem analogii i podobieństw między wieloma zjawiskami czy elementami. W rezultacie wiedza jest mocno poszufladkowana, pofragmentowana i bardziej jest zbiorem wiadomości niż spójnych systemem.

Przysłowia są krótkimi formami, swoistą syntezą. Dlatego pozwoliłem sobie jedno z nich przytoczyć. Dlaczego ilustracją są kredki na trawie (epizod z pleneru malarskiego)? Rozwój umiejętności artystycznych bardzo sprzyja myśleniu. Zauważono na przykład, że dzieci, które śpiewają lepiej radzą sobie z geometrią. Zresztą związek talentów muzycznych i matematycznych dostrzeżono już dawno. U progu nowego roku szkolnego warto pomyśleć o wszechstronnym rozwoju. O tym, żeby cały mózg pracował, a nie tylko jego fragmenty. 

Żeby móc ubranie zakładać wielokrotnie, trzeba o nie dbać, także o czystość (estetykę). I wiedzieć, gdzie wsi w szafie. Jeśli wiedza indywidulna jest spójnym systemem (ciągle przebudowywanym, rearanżowanych w pozytywnych dezintegracjach), to poszczególne wiadomości i fakty łatwo w głowie odnaleźć lub... samodzielnie wykreować. Jeśli się rozumie zjawisko, to można wywnioskować wiele faktów, tak jak wyprowadzić wiele równań fizycznych czy matematycznych (gdy się rozumie). Mądrość można wykorzystywać wielokrotnie jeśli jest dobrze "poukładana"w głowie, jeśli wiedza jest spójnym systemem a nie odklepywaniem zapamiętanych faktów.

Poczytność bloga

sczachor

Piszę na blogu bo lubię, bo pisanie pozwala porządkować myśli, bo jest formą brudnopisową przygotowania bardziej rozbudowanych wykładów czy tekstów. Piszę, bo jest to dla mnie forma upowszechniania wiedzy. I jest także formą dialogu ze studentami, słuchaczami, innymi osobami. 

Nie przykładam większej wagi do statystyk. Dlatego z pewnym zdziwieniem odbieram sygnały o poczytności tego bloga. Poza informacjami bezposrednimy docierają do mnie także sygnały "statystyczne". Ot  na przykład wczoraj dostałem takiego maila:

Wczoraj pokazaliśmy światu nowy wygląd strony głównej Blox.pl. Ważnym elementem tej stronie jest rubryka "Blogi tygodnia". Miło nam Cię poinformować że jesteś w pierwszej grupie blogerów wyróżnionych tym tytułem. Nową stronę główną wraz z blogami tygodnia znajdziesz pod adresem: http://www.blox.pl/beta/start Gratulujemy!

Sprawdziłem przy okazji statystykę. W rankingu ninijeszy blog w ostatnich 2-3 dniach był na 107-110 pozycji względem popularności na blox pl. oraz nr 4 w kategorii nauka (na 379 737 blogów w tym serwisie). Jest to o tyle dla mnie dziwne, że uważam swój blog za niszowy. Okazuje się jednak, że przynajmniej niektóre wpisy znajdują szersze grono odbiorców (czasem widuję podlinkowane na różnych serwisach internetowych poszczególne wpisy, zwłaszcza te przyrodnicze).

No to będę dalej pisał, tak jak pisałem. A skoro serwis ma nowe możliwości techniczne i wizualne, to popróbuję technicznie ulepszyć. Człowiek uczy się całe życie.... 

 

 

 

Nauka na uniwersytecie - proces czy produkt?

sczachor

Pod koniec sierpnia miałem przyjemność uczestniczyć w konferencji, organizowanej przez Centrum Nauki Kopernik pt. "Pokazać- przekazać". Pojechałem na zaproszenie jako moderator dyskusji panelowej. Ale skorzystałem z wykładów, warsztatów i innych pokazów. Przy okazji nieco zwiedziłem wystawy edukacyjne Centrum Nauk. Sporo się nauczyłem i zainspirowałem.

Jakkolwiek konferencja adresowana była głównie do nauczycieli, to inspiracje i wiedza edukacyjna przydatna może być na uniwersytetach. Nie tylko dlatego, że uniwersytety mogą mocniej włączać się w kształcenie nieformalne i pozaformalne (co ma znaczenie także wobec niżu demograficznego i spadku zainteresowania tradycyjną edukacją). Problemy edukacji okazują się podobne. A czasami mam wrażenie, że dydaktyka na uniwersytetach jest niejako w zapóźnieniu do edukacji szkolnej. Być może dlatego, że nie przywiązujemy do niej dużej wagi (w uczelniach wyższych), koncertując się na indywidualnej karierze i uzyskiwaniu punktów?

Warszawska konferencja dobrze komponuje mi się z niedawno przeczytaną książką Marshalla McLuhana. Wysłuchane wykłady oraz dyskusja z nauczycielami uporządkowała mi wiedzę.

Szkoła i edukacja przeżywa swoisty kryzys, a w zasadzie konieczność reorganizacji wobec nowych wyzwań cywilizacyjnych. W coraz większym stopniu inwestować musimy w ... zorganizowaną edukację nieformalną i pozaformalną (na pierwszy rzut myśli takie sformułowanie może wydać się paradoksalne i wewnętrznie sprzeczne, ale niebawem poświęcę temu osobny wpis).

Ważnym motywem konferencji było aktywizowanie uczniów w procesie edukacji. Motto konferencji dobrze to ilustruje (widoczne na zdjęciu). Zdanie wypowiedziane sto lat temu staje się jakby jeszcze bardziej aktualne współcześnie.

To co mnie inspiruje to potrzeba rozwijania kompetencje w nauczaniu przez odkrywanie, gdzie uczeń będzie w centrum szkoły. Ale przecie i student powinien być w centrum uniwersytetu (starań dydaktycznych), a nie programy, siatki godzin, sylabusy. Zorientowanie na siatki godzin, pensa i sylabusy jako formalna biurokracja mocno przesłania sprawy najważniejsze - kształcenie studentów, w których będą podmiotem a nie przedmiotem (narzędziem do zapełniania godzin i realizowania tabelek). To ściana, przez którą nie mogę się przebić, ciągle słyszę, że to niemożliwe (bo siatki godzin, bo plan, bo sylabusy itd.).

Wracam z konferencji z nowymi pomysłami, nową energią. Wiele - jako jednostka - nie mogę zdziałać, ale przynajmniej zrobię to, co mogę, choćby tylko indywidualnie i pozaformalnie :).

Celem konferencji było naładowanie nauczycielskich akumulatorów (z naszego województwa było czterech nauczycieli). Ale i ja swoje akumulatory naładowałem. Nawet do zderzania się ze ścianą biurokratycznych niemożliwości.... Co tam, znowu trochę betonu niemożliwości nadkruszę.

c.d.n

Jabłka w Pluskach, czyli o barbarzyństwie dawniej i dziś

sczachor

Piszę, bo nie sposób milczeć. Milczenie byłoby podłością. Może pisaniem choć część traumy z siebie wyrzucę, choć część niepokojów i obaw. Nauki nie uprawia się w próżni społecznej. Kontekst otoczenia i czasów ma duży wpływ.

Nauki społeczne mają pewien kłopot, a mianowicie trudno jest o falsyfikację interpretacji historycznych (nie ma światów alternatywnych). A jednak, jeśli wziąć dłuższą perspektywę czasową i stawiać pewnie hipotezy w kontekście modeli i prawidłowość, to czasem przysłowiowe życie przynosi falsyfikację poprawności praw. I teraz mamy z czymś takim odczynienie. To kolejny krok w zbliżeniu nauk humanistycznych i przyrodniczych.

Niedawno byłem w Pluskach na spotkaniu Warmiaków. Wspominano historię i nie istniejącą już warmińską wieś - Orzechowo. Na stole były oczywiście i jabłka. Współczesny symbol sprzeciwy wobec barbarzyństwa i imperialnego totalitaryzmu. Historia lubi się powtarzać, w tym sensie, że pewne zjawiska społeczne i kulturowe są prawdziwe, niezależnie od miejsca i czasu.

Starzy Warmiacy, którzy przeżyli drugą wojnę światową, zaczynają mówić. Dopiero teraz, po kilkudziesięciu latach, zdecydowali się mówić. Bo chcą jeszcze zdążyć przed śmiercią, a przez te lata nie chcieli wspominać (dusili w sobie). Kobiety mówią o masowych gwałtach i barbarzyństwie Armii Czerwonej, o podpaleniach, morderstwach. Po żołdakach sowieckich pozostawały ruiny i choroby weneryczne. Potem wywozili do Rosji, wszystko co dało się zdemontować (najczęściej przy tym niszcząc, a czy obecne białe konwoje pomocy/przemocy czasem nie wywożą z Donbasu maszyn i zrabowanego dobra?). Dla Polaków, którym w Jałcie przydzielono te ziemie, było to niezrozumiałe - dlaczego rabują sojusznika?

Bestialstwo w Prusach Wschodnich wynikało z kilku przyczyn. Po pierwsze winny jest Hitler i faszyzm, który te okropieństwa w Europie rozniecił. O tym nie można zapominać ani przemilczać zbrodni i ludobójstwa hitlerowskich Niemiec. Prusy Wschodnie były pierwszym terenem niemieckim, do których dotarły wojska sowieckie. Barbarzyństwo wynikało z zemsty, na dodatek rozniecanej i gloryfikowanej przez najwyższe dowództwo. Zemstę można zrozumieć (jej przyczyny) ale nie jest to jednoznaczne z akceptacją. Ale cierpieli nie tylko winni ale zupełnie niewinni.

Przez długie lata edukacji szkolnej zadawałem sobie pytanie, dlaczego społeczeństwa Europy zezwoliły na rozwój zbrodniczego systemu. Teraz mogę niejako obserwować to na "żywca", w czasie rzeczywistym. Analogie są duże. I to dzieje się na prawdę a nie na filmie.

Wśród wielu analiz, doszukujących się przyczyn sukcesu faszyzmu w Niemczech i dużej akceptacji dla zaborczej wojny, wskazuje się frustracje i poczucie skrzywdzenia Niemców. W czasie pierwszej wojny światowej propaganda działała sprawnie i przekonywała obywateli, że armia niemiecka jest potężna, że odnosi sukcesy i lada moment zwycięży. Taka propaganda jest zrozumiała dla podtrzymania morale rekruta. Rzeczywistość była jednak inna, Niemcy przegrały i generałowie o tym wiedzieli, podpisując kapitulację. Ale naród był przekonany o zdradzie: jak to można kapitulować, gdy wojska wygrywały?

Ta frustracja i poczucie oszukania, zdrady, były pożywką dla faszyzmu i ideologii odzyskania straconych terytoriów, dla ideologii walki o przestrzeń życiową. Winnych zdradzie dość szybko "znaleziono" w Żydach. Stali się kozłem ofiarnym dla narodowych frustracji, zrodzonych z wojennej propagandy. Cywilizowany naród stał się barbarzyńcą i winnym ludobójstwa.

Kiedy rozpadał się Związek Radziecki nauki humanistyczne wskazywały, że w przyszłości zagrożeniem dla Europy będzie frustracja Rosjan. I po kilkunastu latach te hipotezy się sprawdzają. Przez długie lata ZSRR, propaganda sowiecka wbijała poczucie wielkości i siły w obywateli ZSRR. Biedę tłumaczono im tym, ze muszą dotować i utrzymywać takie kraje jak Polska, NRD, Czechosłowacja, Kuba i inne "demoludy" - znosili więc wyrzeczenia w imię budowania imperium komunistycznego i w imię budowania lepszego świata. Kiedy więc dawne kraje bloku sowieckiego w roku 1989 wywalczyły sobie niezależność i wolność, homo sovieticus uważał to za zdradę: "jak to, przez tyle lat was wspieraliśmy, dotowaliśmy, a wy teraz od nas uciekacie?" Poczucie zdrady wynikające z fałszywej, wieloletniej i kłamliwej propagandy...

Rosja ma swoje dobre i chwalebne chwile. Rosjanie powinni być wdzięczni zarówno Gorbaczowowi jak i Jelcynowi. Bo umożliwili pokojowe odejście od zbrodniczego komunizmu i ZSRR. Imperium które się rozpadało, imperium które żyło z pracy niewolniczej własnych obywateli (szacuje się że komunistyczne represje i gułagi zabiły 40-60 milionów obywateli ZSRR, gdy w czasie II wojny zginęło ich 20 mln, te liczby porażają!). Gorbaczow uratował Rosję przez losem Korei Północnej. Z takich ludzi Rosjanie mogą być dumni. Jelcyn natomiast, gwarantując nienaruszalność granic republik sowieckich uchronił kraje byłego ZSRR przez wielką i krwawą wojną domową. Tak jak stało się przy rozpadzie Jugosławii. To były dobre czasy dla Rosji, gdy pokojowo wracała do współpracy ze światem i dobrobytu.

Teraz w roli barbarzyńskiej dziczy występuje Rosja. Putin, niczym Hitler, wykorzystał frustracje wynikające z dawnej propagandy i wmówił swoim rodakom, że za całą biedę winny jest rozpad ZSRR i że teraz trzeba przywrócić wielkie imperium. To ma być balsam na narodowe i imperialne frustracje. Nie dziwmy się dużemu poparciu wśród Rosjan dla Putina - Hitler też doszedł do władzy w wyniku demokratycznych wyborów (wspomaganych terrorem), uzyskując w dawnych Prusach Wschodnich nawet do 80-90% poparcia. Paradoksalnie to właśnie ten rejon najbardziej ucierpiał w wyniku barbarzyństwa.... i przestał na dodatek być niemieckim.

Pierwszym odreagowaniem sfrustrowanego społeczeństwa upadłego imperium była Czeczenia. Ludobójstwo dokonane rękoma rosyjskich żołnierzy było absurdalne. Wojna i podbijanie Czeczenii nie wynikało ani z potrzeb gospodarczych ani terytorialnych. Czeczenia Rosji w ogóle nie jest potrzebna (teraz jest tylko obciążeniem budżetu). Ale to było rytualne odreagowanie, zemsta za upadłe imperium. Tak jak rytualna zemsta faszystowskich Niemice na Żydach. Czy frustracja została zaspokojona?

Niestety nie. Sny o wielkości ciągle były podsycane, a Żyrinowski ostatnio wprost mówi o Rosji jako monarchii z carem (z Putinem w roli cara). "Żeby nas się bali" tak jak kiedyś. Sny o nowym ZSRR (albo wielkiej monarchii absolutnej z carami na Kremlu). Nie licząc się z sensem i kosztami.

Dlaczego Rosja dopuszcza się barbarzyństwa i napaści na inne wolne państwo - Ukrainę? Dlaczego agresywnie utrzymuje wojska w Naddniestrzu i innych regionach? Chyba tylko dlatego, że traktują to jako zemstę za "zdradę". Coś jak bandyta-osiłek, który mówi swoje wybranej, "albo będzie moja (choć jestem pijak i cię gwałcę), albo niczyja - zamorduję cię." Dyktatorska Moskwa przestraszyła się kijowskiego majdanu i powiewu wolności (przecież kijowski majdan w ogóle nie był antyrosyjski!). Strach, że ta "zaraza" może się rozszerzyć także na Rosję. Może więc brutalna wojna z Ukrainą ma przestraszyć i zastraszy ć własnych obywateli?

Ukraińcy i Rosjanie to przez wieki dwa bratnie narody. I w ciągu kilku miesięcy Putin zmienił przyjaciół we wrogów. Moskwa na Ukraińcach odreagowuje swoje frustracje, także za nieudane (bo nieudolne) próby integracji państw w euroazjatyckiej unii celnej czy wspólnocie niepodległych państw (a nieformalnie podległych Moskwie). Putin chciał zrobić swoją Unię Europejską-bis... nie za pomocą negocjacji i wolne woli, ale szantażu ekonomicznego i czołgów.

Pora wrócić do Plusek i jabłek. Po nałożeniu embarga na produkty z Europy, w tym polskie jabłka, owoce te stały się subtelnym znakiem sprzeciwu wobec agresji i imperialnego barbarzyństwa. Symbolem społecznego sprzeciwu wobec agresywnej i imperialnej polityce Putina. Symbolicznie połączyły barbarzyństwa Armii Czerwonej w Prusach Wschodnich w czasie II wojny światowej i obecnego barbarzyństwa na Ukrainie.

Trudno zapobiec wojnie bo trudno szybko i sprawnie zrobić psychoterapie dla wielomilionowego narodu (Rosjanie). Wynarodowieni, wykorzenieni i wymieszani w czasach ZSRR nie pamiętają niczego dobrego.... oprócz tego, że ZSRR był wielkim krajem i liczono się z nim w świecie (nie pamiętają, dlaczego, że nie z miłości, ale ze strachu). Teraz militarną agresją na Ukrainę próbują odzyskać dobre samopoczucie. Przybywa jednak mogił i wrogów, a przyjaciół ubywa. Po aneksji Krymu i rozpoczęciu otwartej wojny z Ukrainą (za pomocą terrorystów i najemników) nawet Białoruś i Kazachstan mocno się do putinowskiej Rosji zdystansowały.

Każdy naród ma wybór. Nawet bardzo cywilizowany naród - na przykład Niemcy - może zaczadzieć i zdziczeć. Ale przecież nie na zawsze. Rosja i Rosjanie mają dobre strony. Teraz jednak dali prymat barbarzyństwu.

Sprawdzają się niektóre modele społeczne, które prognozowały zagrożenie ze strony Rosji i identyfikowały przyczyny. Jeśli tak, to możliwe, że i inne modele się sprawdzą. A to oznacza rychły rozpad Rosji na mniejsze kraje. I to krwawy rozpad. Nie jest to dobra wiadomość, bowiem jest tam dużo broni nuklearnej. Świat nie może spać spokojnie ani gdy Putin rządzi, ani gdy wtrącą go Rosjanie do więzienia (lub potraktują tak jak Rumuni Ceausescu). I to złe i tamto niebezpieczne.

Wśród krajów, do których mocarstwowa Rosja ma precesje jest Polska i kraje nadbałtyckie. Jeśli putinowska Rosja nie zaspokoi swoich paranoicznych frustracji na Ukrainie (tak jak wcześniej na Czeczenii), to i do nas przyjdą "zielone ludziki". Na razie mamy tylko wojnę ekonomiczną i informatyczną (cyberataki).

Tak, przeżywam obecną sytuację. Trudno mi spokojnie skoncentrować się na pracy zawodowej. Może choć pisząc ulżę swoim niepokojom? Może wykrzyczę....

O inteligentach, elitarności i wykształceniu

sczachor

Świat bez wątpienia nieustannie się zmienia. A mimo to są elementy niezwykle trwałe, niezmienne. Te niezmienniki przybierają nowe formy, aktualizacje wynikające z kontekstu. Tak jak owad: najpierw jajo, potem larwa, potem poczwarka i w końcu owad dorosły. Inne kształty, siedliska życia, formy aktywności... ale ciągle ten sam genotyp.

Ale miało być o upowszechnieniu wykształcenia, elitarności i inteligentach. Bo narzekamy, że wraz z powszechnością kształcenia inteligenci wymarli. Nazwa ta sama - inteligent, ale znaczenie chyba się zmienia. Może zmienia się interpretacja? Tak jak z chlebem, niby ta sama nazwa, ale inaczej smakuje, bo inaczej przyrządzany, z innych produktów, ulepszaczy itd. Nazwa została, ale desygnat się zmienił. Bywa też odwrotnie, desygnat pozostaje ale ubrany jest w nowa nazwę.

No więc wymarli inteligenci czy się transformowali? Dawny inteligent chciał kształtować rzeczywistość, czy to w tradycji romantycznej wzbudzać powstania i cierpieć za miliony, czy to w tradycji pozytywistycznej niczym Judym nieść kaganek oświaty, pod strzechy i do slumsów. Obie postawy nastawione były na wspólnotowość, a inteligent poczuwał się do odpowiedzialności za społeczność.

Dzisiejszy inteligent (mierząc wykształceniem a nie postawą wobec życia) jest ekspertem, fachowcem (bo wiele zawodów wymaga wyższego wykształcenia), profesorem, specjalistą w wąskiej dyscyplinie, poza którą nie wychodzi. Albo z egoizmu albo z obawy, że w wąskiej specjalizacji zatracił rozumienie całości. Tak czy owak opisuje rzeczywistość w swojej wąskiej dyscyplinie ale nie poczuwa się do kształtowania rzeczywistości. Jest bardziej rzemieślnikiem niż inteligentem w dawnym znaczeniu.

Może dawniejsza inteligencja czuła, że pochodzi od szlachty, że jest liderem w społeczeństwie? Dawna inteligencja projektowała przyszłość, marzyła, wymyślała i miała odwagę lobbować za tymi wizjami oraz osobiście ją budować. Dzisiaj wszystko szybko się zmienia. Trudno przewidzieć, co będzie za kilka lat. Ale to trudność tylko dla opisywaczy rzeczywistością nie dla kreatorów świata. Bo ci ostatni marzą, analizują i w oparciu o wartości starają się zrealizować swoje projekty. Kształtowanie to nie tylko wizje i marzenia, ale i budowanie tych wizji.

By być inteligentem w dawnym znaczeniu trzeba odwagi. Odwagi do zmierzania się z trudnościami, odwagi niezrozumienia i samotności, odwagi spotkania z porażką. I trzeba odpowiedzialności. Społeczeństwo potrzebuje tak rozumianej inteligencji – liderów, wizjonerów, animatorów.

Kiedyś inteligent w sensie społecznym mocno pokrywał się z wykonywanym zawodem „pracy umysłowej” i wykształceniem. Powojenna „ćwierć inteligencja” nie wynikała z braków w wykształceniu, ale z braku ambicji kształtowania rzeczywistości. Mentalność pokornych chłopów pańszczyźnianych: "cisze jedziesz, dalsze budziesz.

Jak dziś identyfikować inteligencję, rozumianą jako elitę społeczną, kreująca rzeczywistość społeczną? Kiedy wykształcenie wyższe stało się egalitarne a nie elitarne? Więc nie dyplom czy uzyskane dyplomy definiują inteligencję a postawa wobec świata. Oczywiście, ta postawa wynika z wykształcenia i wiedzy, pozwalającej rozumieć świat. Bo jak można kształtować coś, czego się nie rozumie? Jeśli nie próbuje się modelować przyszłości i próbować rozumieć zachodzące zjawiska, zarówno w aspekcie społecznym, jak i kulturowym?

Tak rozumiany inteligent to trochę lepszy ekspert – nie tylko wie, ale myśli, że rozumie i dlatego nie boi się sprawdzać tej wizji, nie boi się konfrontować swojej wizji z realiami. Jest hipoteza, jest i weryfikacja w eksperymencie. Są więc i porażki z nieudanych eksperymentów… lub niezrozumienia. Tak rozumiana inteligencja zawsze była elitarna (nieliczna). Teraz ta elitarność nie bierze się z urodzenia ale z postawy wobec świata.

Wiedzę (wykształcenie) stopniować można następująco: wiem, rozumiem, działam. Wiedza faktograficzna, encyklopedyczna, erudycja... nie muszą implikować rozumienia. Czego przykładem mogą być sawanci. Ale trudno rozumieć zjawisko nie posiadając wiedzy. Można więc wiedzieć z czego jest zbudowany samochód, można nawet rozumieć zasadę działania... ale to nie oznacza jeszcze umiejętności jazdy samochodem (także wtedy, gdy coś się psuje lub pojawiają się niestandardowe sytuacje). Żeby działać, trzeba wiedzieć i rozumieć. Dlatego działanie jest najwyższym stopniem kształcenia (i wiedzy).

Więc inteligent to ten co ma wiadomości (może nawet erudyta lub wąski specjalista), czy ten co nie tylko wie ale i rozumie jak funkcjonuje rzeczywistość. Czy dopiero ten, co działa - wykorzystując wiedzę i rozumienie świata?

Może więc inteligenci nie wymarli, może nawet nie jest ich mniej niż dawniej (elita), tylko inaczej trzeba ich definiować? I może prowincja wcale nie jest uboższa w inteligencję niż kiedyś. Szukać ich trzeba tylko nie po dworach (bo dworów już nie ma). I po stroju się chyba nie pozna. Trzeba rozpoznawać po owocach.... No cóż, tak jak kiedyś wielu patrzy, ale widzi niewielu (dostrzega).

Warmińskie kamienie i lokalna tożsamość

sczachor

Lokalna tożsamość rodzi się ciągle, nawet na jałowej ziemi. Tożsamość jest ciągłym ruchem, tak jak życie. Niby ten sam gatunek, ten sam ekosystem, ale wraz z ciągłymi narodzinami powoli i niezauważenie się zmienia. W zasadzie jest to - jeśli się trzymać porównań biologicznych - sukcesja (wymiana gatunków oraz zmienność, wynikająca z cykli życiowych) jak i ewolucja (ewolucja gatunków i koewolucja w obrębie ekosystemu).

Malowane warmińskie kamienie. Ot taki tam, jeden z wielu, efektów powiatowego pleneru malarskiego w Tumianach. Poszukiwanie własnej ekspresji, radość tworzenia i radość przebywania z ludźmi. Kiedyś było to darcie pierza, łuskanie fasoli, międlenie lnu czy praca przy żniwach. Teraz poszukujemy innych okazji do przebywania ze sobą, poszukujemy nowych form wspólnotowość lokalnej. Bo pierze na poduszki nie drzemy, gęsi w obejściach nie hodujemy, a prace w polu wykonujemy pojedynczo na wielkich maszynach (ze słuchawkami mp3 na uszach). Jest więc i ciągłość jak i poszukiwanie nowego. Wymyślanie swojej tożsamości na nowo. Zawsze tak było. Tak jak każdy człowiek rodzi się (na nowo) a zbiorowość trwa. Niby ta sama, ale ciągle złożona z innych osób (nowonarodzonych, starszych, dojrzalszych)

Tożsamość to nie jest martwa "cepelia", zamknięcie się w martwych wzorach z XIX wieku kultury agrarnej. Pamięć przeszłości jest ważna. Ale nie da się zamknąć wielowiekowej historii, wielokulturowej na dodatek, w jednym uniformie strojów ludowych czy tak zwanej sztuki ludowej.

Co jest współczesną tradycją ludzi mieszkających na Warmii?

Tożsamość rodzi się w kontekście, zarówno kontekście historii (pamięci, dziedzictwa) jak i w kontekście przestrzeni. Widać to w sztuce, gdzie obrazy zapamiętane wprost lub pośrednio uwidaczniają się w artystycznej ekspresji na płótnie, papierze czy desce. Krajobrazy, rośliny spotykane na codziennym spacerze, odgłosy przyrody.

Kiedyś na polach stały sterty (po mazowiecku - stygi), skoszonego zboża, powiązanego w snopki. Bo koszono kosą lub snopowiązałką. Zmieniły się maszyny. Teraz widać ciuki i belety, sprasowanej słomy czy siana. Ewentualnie białe walce (kiszonka zapakowana w białą folię). Krajobrazowo jest zupełnie inaczej. Zmieniło się to w ciągu 20-30 lat. Całkiem inny krajobraz. A to przykład jeden z wielu.

Znikają jedne rośliny i zwierzęta, pojawiają się inne. Zmienia się także surowiec malarski. Czasem są to kamienie, czasem niepotrzebne butelki i słoiki a czasem stare deski i dachówki z rozwalających się budynków. Stara deska przywracana jest do ponownego użytku. Ale w zupełnie nowej formie. Stare warmińskie siedlisko trwa w zupełnie nowej formie. Nic nie znika bez śladu...

Podobnie jest z tożsamością. Ciągle się powoli zmienia. Zanim socjolodzy i etnografowie opiszą, przeanalizują, skatalogują... to w przysłowiowym międzyczasie "w terenie" ona się już zmieni. Zamiast drewnianych chat krytych strzecha będą pomalowane przystanki autobusowe....

Na sierpniowym plenerze ph. ,,Pod warmińskim niebem'' w Tumianach byli: Krystyna Sól, Anna Rok, Alicja Czarnecka-Zyskowska, Teresa Wikiert-Walczak, Katarzyna Niemczak, Ewa Mielnik, Agnieszka Bogudał, Anna Wojszel, Rozalia Wojszel, Anna Bułakowska, Joanna Zawadzka, Krystyna Szter, Tadeusz Brzeski, Stanisław Czachorowski, Robert Cieślikiewicz. I parę innych osób, które dołączyły w trakcie, m.in. redaktor Władysław Katarzyński.

więcej zdjęć z pleneru: https://www.facebook.com/stanislaw.czachorowski/media_set?set=a.10203740702991431.1073741900.1634050064

O wojowaniu jabłkami, kreatywności i solidarności społecznej

sczachor

Kiedy w odpowiedzi na rosyjskie embargo polskich produktów, w tym jabłek, spontanicznie narodziła się akcja #jedzjabłka, niektórzy kpili i szydzili, że to dziecinada, że to bez sensu itd. No bo jak to, z jabłkami na ruskie czołgi?

Ta z pozoru nic nie znacząca i spontaniczna akcja ma jednak bardzo duże, pozytywne rezultaty. I jest bardziej skuteczna niż się marudom wydawało. Teraz już nie trzeba wyobraźni, teraz można analizować rezultaty.

Oczywistym jest, że nie jesteśmy w stanie zjeść tylu jabłek więcej co wynosił nasz eksport do Rosji. Ale ta prosta akcja była i jest wyrazem solidarności społecznej. Masowość i widoczność pokazuje solidarność społeczną w kłopotach. A to "broń" równie ważna co czołgi. Stalin kpił z papieża, że nie ma czołgów.... Ale przecież to nie czołgi pokonały ZSRR. Co więcej, "walcząc" jabłkami nie rozniecamy gorącej wojny. Nie ma eskalacji konfliktu (zbrojnego).

Wracając do okazywania solidarności - ma to duże znaczenie państwotwórcze i scalające społeczeństwo w obliczu nieszczęść, trudności i przeciwności. Już tylko dla tego akcja jedzenia jabłek "na złość Putinowi" ma duży i wymierny sens. Na wielu spotkaniach wprost lub aluzjami nawiązujemy do jabłek (a przecież nie tylko o jabłka chodzi). To swoisty kod kulturowy... z głębokim podtekstem.

Po drugie cała akcja to subtelne poczucie humoru. A dowcip jest oznaką inteligencji. Cieszy tak duży odsetek inteligentnych ludzi. To ogromny kapitał społeczny. Świadomość jego istnienia dodaje sił. I napawa optymizmem.

W końcu dwa wymierne ekonomicznie efekty. Dotyczą promocji polskich jabłek i polskiego przemysłu spożywczego. Najpierw na rynku wewnętrznym. Powtórnie dostrzegamy owoce, w tym jabłka, jako nasz lokalny produkt, w tym zwrócenie uwagi na stare odmiany i potrzebę ochrony bioróżnorodności. I co ważniejsze, jemy jabłka bo są zdrowe. To promocja zdrowego stylu życia i zdrowego odżywiania.

I jeszcze aspekt promocji zagranicznej. Polskie jabłka (i przetwory takie jak cydr) i przy okazji produkty przemysłu spożywczego otrzymały darmową i szeroką promocję międzynarodową (analogiczna kampania marketingowa kosztowała by setki milionów euro). To są wymierne efekty ekonomiczne, ważna dla naszej gospodarki.

I jeszcze jeden efekt. Będą w tym sezonie tańsze owoce. Może więcej Polaków zachce zrobić domowe przetwory. To sensowny krok w kierunku slow food i slow life. Drobne kroczki w kierunku gospodarki bardziej zrównoważonej. Są to działania niby drobne i rozproszone, stąd nie od razu będą widoczne. Ale to właśnie działania rozproszone są znakiem trzeciej rewolucji technologicznej i głębokich przewartościowań filozoficznych. To one stopniowo ale głęboko zmieniają naszą cywilizację. Nie każdy to od razu dostrzega. Tak jak rosnącą trawę na trawniku. Gdy przystanąć i patrzeć... to nie widać, że rośnie. Dopiero z perspektywy kilkunastu dni widać różnicę. 

Nie ma tego złego, co by na dobre nie można było obrócić. A do tego zdolny jest kapitał ludzki. Mamy go. I potrafimy spontanicznie, oddolnie a także profesjonalnie wykorzystywać. Jabłka i akcja #jedzjabłka to tylko przykład. Bo wbrew pozorom nie tylko o jabłkach jest ten wpis... Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Nie zabiło... więc?

ps. Co do skuteczności rosyjskiego embarga. Nasze jabłka i tak do Rosji dotrą, m.in. za pośrednictwem Białorusi, Turcji, Chin (będą tylko dla Rosjan droższe). A przy okazji zdobędziemy nowe rynki zbytu. Bardzo dobrze rozwinięty system przechowalnictwa sprawia, że nie trzeba sprzedawać ich od razu. Mogą poczekać nawet kilka miesięcy...

Nadrzewek długoskrzydły, terkotliwy drapieżnik podobny do pasikonika zielonego

sczachor

Sierpniowe wieczory muzycznie umilają nam pasikoniki. Duże, zielone i przepięknie cykające. Biolog powiedziałby – strydulujące (cykające dźwięki, powstające w wyniku pocierania podstawami skrzydeł pierwszej pary, podobne do dźwięków świerszczy – ale wprawne ucho wychwyci szybko różnice). Grają, „śpiewają”, strydulują samce, a samice słuchają ... uszami umieszczonymi na przednich odnóżach.

I skoro zajmujemy się stereotypami, to warto wspomnieć, że pasikoniki wbrew powszechnej opinii są głównie drapieżnikami. Napadają na pogrążone w nocnym śnie muchy czy inne drobne owady. Wieczorami wspinają się na drzewa i stamtąd dobiega ich przepięknych, charakterystyczny „śpiew”. Czasem wpadają do mieszkania w bloku. Najczęściej jest to pasikonik zielony (Tettigonia viridissima) lub pasikonik śpiewający (Tettigonia cantans).

Swego czasu odwiedził mnie długoskrzydlak sierposz. Ale wczoraj, wieczorek zobaczyłem pod sufitem miniaturkę pasikonika zielonego. Larwy są podobne do owadów dorosłych, ale nie mają skrzydeł. A ten miał skrzydła, więc to owad dorosły. Na dodatek wyraźnie widoczne było pokładełko – zatem samica. Niewyrośnięty pasikonik?

Jak szybko w książkach odszukałem to był inny pasikonik (bo z rodziny pasikonikowatych, z długimi czułkami) – nadrzewek długoskrzydły. Żona zapewne przyniosła go z kwiatem doniczkowym z balkonu.

Nadrzewek długoskrzydły (Meconema thalassinum) to niewielki (około 1,5 cm długości, u samic długość pokładełka zbliżona jest do długości odwłoka, więc sumarycznie jest owad jest dłuższy) jasnozielony pasikonik (owady z rzędu prostoskrzydłych – Orthoptera).

Gatunek pospolity więc niby nic nazdwyczajnego. A jednak coś interesującego zawsze się znajdzie. Samce nie „ćwierkają”, bo nie mają aparatów strydulacyjnych. Wabią samice terkocąc, bębniąc odwłokiem o liście. Nie usłyszymy „cykania” a jedynie charakterystyczne warkotanie (uderza odwłokiem o liść, na którym siedzi). Samicom nadrzewka najwyraźniej takie dźwięki bardzo się podobają. Inaczej gatunek nie przetrwałby z braku potomstwa.

W niektórych książkach można spotkać informacje, że gatunek ten (mowa o nadrzewku długoskrzydłym) w Polsce nie występuje. Świat się zmienia i ta informacja stała się już nieaktualna. W Polsce obecnie spotkać go można od lipca do października, głównie na krzewach i drzewach, w lasach liściastych i mieszanych, a także w parkach i ogrodach, preferuje dęby. Spotykany coraz częściej w miastach (czy można mówić o synantropizacji lub synurbizacji?). Prowadzi nocny, nadrzewny tryb życia. Żywi się owadami o miękkich powłokach ciała, zjada więc mszyce. Z tego powodu możemy go uznać za owada pożytecznego. Możliwe, że dorosłego komara także zje. Więc wczorajszego gościa wcale nie wyrzucałam. Jak mu (a w zasadzie jej) się znudzi, to sam wyjdzie przez otwarte okno.

A skoro o dziwnych prostoskrzydłych piszę, to warto wspomnieć także o niezdarce dziewcy (Saga pedo). Nazwa niezwykła. Ale ten największy (do 12 cm) środkowoeuropejski przedstawiciel pasikoników w Polsce jeszcze nie występuje. Z naciskiem na „jeszcze”. Zasiedla tereny stepowe w południowej Europie, spotykany w dolinie Renu w Szwajcarii. Znane są tylko dzieworodne samice. Są oczywiście drapieżne. Mało ruchliwy owad zasłużył na swoją nazwę – niezdarka. A że same dzieworodne samice to i dodatkowe określenie – dziewica. Czy wraz z ocieplaniem się klimatu i ten owad do nas za jakiś czas dotrze?

Modliszka w Olsztynie czyli zaskakujące skutki zmian klimatu

sczachor

Wydawało mi się, że w kwestii przyrody a zwłaszcza owadów nic w Olsztynie mnie nie zaskoczy. Już kilkakrotnie pisałem o obecności gatunków obcych i inwazyjnych oraz o gatunkach rozszerzających swój zasięg występowania na północ. Wędrując po kraju widać wyraźnie, że przyroda się zmienia. Antropogeniczne zmiany środowiska nie jeden wymiar mają. Ale pośród nich jest i ocieplanie się klimatu. Wiele osób twierdzi, że to bzdura, że to spisek ekologów (by wyłudzić pieniądze). Przyroda jednak nie daje się manipulować, jest obiektywnym „sędzią”. Podobno w Polsce pojawiły się szakale (normalnie żyją na Bałkanach), spodziewać się możemy w miastach… dzikich papug. Nie są to skutki jednorazowych anomalii pogodowych tylko są efektem długotrwałych i kierunkowych zmian.

Ale wróćmy do owadów. Na początku sierpnia dostałem nietypowe zdjęcie, wykonane w Lesie Miejskim, na skraju miasta. Stoi tam kilka budynków – kompleks konferencyjny Warmińsko-Mazurskiej Agencji Rozwoju Regionalnego SA w Olsztynie. I 4. sierpnia 2014 r.  pan Piotr Odoj na ścianie budynku spotkał… modliszkę zwyczajną. „Owad miał około 5-6 cm długości tułowia. Zdjęcie marne bo robione telefonem. Okoliczności: kilkudniowa fala upałów, budynek położony w lesie miejskim (był Pan u nas na jakiejś konferencji).”

Do tej pory myślałem, że modliszkę w Olsztynie to można spotkać tylko w sklepie zoologicznym.

Modliszka zwyczajna (Mantis religiosa) to jedyny krajowy i środkowoeuropejski przedstawiciel rodziny modliszkowatych (Mantidae). Na południu Europy występuje kilka innych gatunków modliszek, m.in. modliszka śródziemnomorska, modliszka niepozorna, modliszka mała.

Modliszka zwyczajna to jeden z najbardziej znanych i intrygujących swoim wyglądem i zachowaniem owadów. Na ogół znamy z książek, filmów itd. Zawsze marzyłem, żeby spotkać modliszkę w naturze. Wiedziałem, że muszę udać się na południe (Puszcza Sandomierska czy Lasy Janowskie). Ale zawsze brakowało czasu i sposobności. Nie chciał Mahomet przyjść do góry to góra przyszła do Mahometa…

Swoją łacińską i polska nazwę zawdzięcza ułożeniu odnóży pierwszej pary – niczym modląca się mniszka. Zwłaszcza, że jako owad drapieżny często zastyga w bezruchu, czekając na ofiarę. Niczym zagłębiona w głębokiej modlitwie i kontemplacji. W dawnych książkach spotkać można także nazwy: liściec modliszka, markaczka, modliszka bigotnik. Modliszki znamy z ich drapieżnych zwyczajów oraz faktu zjadania samca po kopulacji (kopulacja trwa długo, czasem kilka godzin). Niezwykły owad, niezwykłe zwyczaje… a teraz okazuje się, że będzie ją można być może spotkać w pobliżu domu. Ubarwienie ciała ma zazwyczaj zielone czasem żółtozielone lub jasnobrązowe. Samce są zazwyczaj mniejsze od samic. Sądząc po wielkości, w Olsztynie na zdjęciu uwieczniono samicę.

Pierwsza para nóg przekształcona jest w charakterystyczny narząd chwytny (podobne odnóża pierwszej pary maja larwy niektórych chruścików, np. z rodzaju Phryganea). Dorosłą modliszkę można ją spotkać od sierpnia do października, kiedy jest dostatecznie ciepło. Samica składa do kilkuset jaj, umieszczonych w charakterystycznym kokonie zwanym ooteką. Zimują jaja, a wczesną wiosną (zazwyczaj w maju) wylęgają się larwy, podobne do owadów doskonałych (ale bez skrzydeł). Larwy też są drapieżne.

Klimat zmienia także sens zapisów w książkach i encyklopediach. Do tej pory można spotkać się z informacją, że modliszka zwyczajna w Polsce występuje tylko w części południowej, na ciepłych i suchych stanowiskach, na śródleśnych łąkach, polanach i brzegach lasów. Typowym siedliskiem są zakrzaczone tereny trawiaste. W Polsce modliszka preferuje mocno nasłonecznione polany i brzegi borów sosnowych, porośnięte wrzosowiskami.

Samice raczej niechętnie latają (w książkach spotkać może informację, że do lotu zdolne są tylko samce – ale sam samiec nie wystarczy, by pojawiła się populacja na nowym terenie). Zatem tym bardziej zastanawia obecność tego owada w Olsztynie (północna Polska). Czy to skutek naturalnej migracji, przypadkowego zawleczenia czy też efekt wypuszczenia z hodowli? Czy przetrwa zimę i czy populacja się utrzyma?

Słyszałem już tegoroczne doniesienia o zauważaniu modliszek w Międzyrzecu (chyba chodziło o Międzyrzec Podlaski, gdzie widuje sie modliszki już od 2011 roku, jak się właśnie dowiedziałem). Nie byłaby to więc odosobniona sytuacja. W każdym razie oczy trzeba mieć szeroko otwarte.

W Polsce modliszka uważana jest za gatunek rzadki i spotykana jest na stanowiskach o szczególnie sprzyjającym mikroklimacie. W regionie śródziemnomorskim występuje licznie na wielu stanowiskach. W Polsce modliszka umieszczona jest w Czerwonej Księdze z kategorią EN (gatunek bardzo wysokiego ryzyka) i jest objęty ścisłą ochroną gatunkową.

Okazuje się, że takie niezwykłości spotkać można nawet w Olsztynie.

Co to znaczy być Warmiakiem (cz.3)

sczachor

Urodziłem się Lidzbarku Warmińskim, potem świadomie wybrałem region, jako miejsce zamieszkania. Jestem więc Warmiakiem z urodzenia i wyboru. Ale cóż to znaczy? Wychowywałem się na wsi (wakacyjnie). Ale była to historycznie Natagia. Odkryłem to po wielu latach i nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Nie czuję się żadnym Natangiem. A Warmiakiem się czuję. Moją krainą jest wieś warmińsko-mazurska, z czerwonymi dachami. Ale z głęboką tęsknotą za Wileńszczyzną. Z potrawami i gwarą przyniesioną z daleka i zakorzeniającą się pośród „Niemców”.

Wakacje spędzałem w Silginach (dawniej Zelginach) nad rzeką Liwną. Mocno wrosłem w ten krajobraz emocjonalnie. Gdy rodzice wyprowadzili się na Mazowsze (notabene kilka kilometrów od prasiedziby Czachorowskich z Czachorowa), zatęskniłem za Mazurami (bo tak nazywaliśmy wtedy ten region). W tęsknocie za moją małą ojczyzną wybrałem Olsztyn jako miejsce studiowania. Potem tu zostałem. Poprzez dogłębnie poznawanie historii, miejsc i ludzi jeszcze głębiej wrastałem w region.

Lasy, jeziora, rzeki – przyroda. Drugi wizualny wyznacznik tożsamości regionalnej. Bo dla mnie „Mazury” to była wakacyjna przygoda z przyrodą. Gdy w czasach licealnych wybraliśmy się dziko-harcerskim obozem na wakacje, to też były to „Mazury”. A jeziora, które poznałem były potem obiektem moich badań w ramach pracy doktorskiej. Ciągłe powroty w miejsca znajome

Tak więc kultura i przyroda kształtowały i kształtują moje poczucie warmińskości. Ale jaka ta jest moja warmińskość, gdy po mieczu jestem Mazowszaninem, po kądzieli Wilniukiem? Nowa fala napływowa i w dodatku wymieszana (w rodzinie osiadłej wżenili się krewniacy w autochtonów, dzisiaj już nie wiem czy Mazurów czy Niemców). W poszukiwaniach genealogicznych dotarłem do pierwszej fali migracji ludzi z północnego Mazowsza, już gdzieś w wieku co najmniej XV. Z tej fali pochodzą Czacharowscy (von Czacharowscy), wywodzący się z Czachorowa (gałąź, która wyemigrowała pod Grudziadz pisała się Ciachorowscy, co wynika z fonetycznego zapisu z typowym mazurzeniem). Drobna zmiana nazwiska (ale i teraz w podobny sposób przekręcane jest moje nazwisko), utrwalona niczym marker genetyczny. Część w Niemczech, część tu, z okolic Rumiana i Działdowszczyzny. Tak więc migracja z północnego Mazowsza odbywała się już w czasach krzyżackich. Nie jest niczym nowym. Mam prawo nazywać się tutejszym od pokoleń, od stuleci. A jeśli wziąć pod uwagę, że na Wileńszczyźnie sporo spolonizowanych Litwinów (o czym świadczą ich nazwiska) oraz przepływie ludności, Prusów na Litwę i odwrotnie, powrót Wilniuków na dawne Prusy nie jest więc niczym nowym dla tej krainy. Mam prawo więc czuć się tutejszy nawet po kądzieli.

Charakterystyczny krajobraz Warmii i Mazur, murowanych domów z czerwonymi dachami. Silginy, Skandawa, Krelikiejmy i Lwowiec (gdzie byłem chrzczony) mocno wdrukował się w moją wizualną pamięć regionu. Ale w domu dziadków panowała przemożna tęsknota za Wileńszczyzną. Była gwara bardzo charakterystyczna a dziadek zaciągał nawet trochę po białorusku (co odkryłem dopiero w larach 90. XX gdy pojechałem na Białoruś). Gwara, która nazywają chachłacką. Ale wielu ludzi tak mówiło. I ciocia, która była na zesłaniu w Kazachstanie (wyszła za mąż za westerplatczyka) – przepięknie śpiewała na dwa głosy. Kresowy klimat. W tym wyrastałem.

Kiedy jeszcze w latach 70. pojechałem na Wileńszczyznę (wtedy ZSRR) doznałem swoistego szoku. Gwara ta sama, ludzie tacy sami, ale architektura zupełnie inna. Drewniane domy, kryte gontem. Moja Wileńszczyzna miała obraz Warmii i Mazur… Albo moja warmińskość miała duszę wileńską. Oba elementy mocno ze sobą zrośnięte, zintegrowane, nierozerwalne, wyjątkowe.

Spędziłem długi czas na Mazowszu. Wtedy poznałem różnice w dziedzictwie niematerialnym – w dziedzictwie kulinarnym. Smakowało inaczej. Ale moja warmińskość miała smak... dawnej Wileńszczyzny i kresów.

W wakacyjnym czasie obcowałem oprócz Wilniuków z autochtonami. Słychać było to w twardej mowie. Ale byli także ludzie z Galicji, to znaczy Łemkowie i Ukraińcy, przesiedleni w ramach Akcji Wisła. I wrastałem w tym klimacie wielokulturowym i przesiedlonym. Trochę wykorzenionym, osieroconym. Tęsknota przesiedleńców była wszędzie widoczna. Nawet u pijących tanie wino pod sklepem. I tych co tu przybyli, i tych co wyjeżdżali. W krajobrazie z okolicznymi PGRami były nieustannie rozwalające się domy. I wyjazdy, wyjazdy, wyludniające się wsie. Bo to było blisko granicy z Obwodem Kaliningradzkim. Blisko żelaznej kurtyny i martwej granicy. Więc wyjeżdżali do RFN, do miasta, na Śląsk czy Gdańska, do pracy (teraz do pracy młodzi jadą do Londynu, Hiszpanii czy Niemiec).

Czasem przychodziły paczki z Ameryki (bo jeszcze w czasach przez II wojną światową część rodziny z Wileńszczyzny wyjechała do USA.) I zachował się ten tajemniczy zapach rzeczy z paczki… Wrastanie w wielokulturowość miała przeróżne smaki, zapachy, dźwięki, obrazy, wspomnienia.

Na studiach ta wielokulturowość była również widoczna, na WSP w Olsztynie. Dorastając bardziej to rozumiałem, bardziej doświadczałem. I w życiu dorosłym, gdy zacząłem dogłębniej poznawać historię miejsca i ludzi, odkryłem nowy element mojego dziedzictwa. Zarówno autochtonów w postaci Warmiaków i Mazurów, jak i Niemców (tutejszych Niemców). Potem było pozytywne odkrycie Państwa Krzyżackiego oraz Prusów. Potem kolejne poznawanie kultur. Ze zdziwieniem odkrywałem znanych ale przemilczanych Gotów i Wandalów, kultury okresu brązu i neolitu itd. Im szerzej i głębiej poznawać historię, tym bardziej była ona wielokulturową, wielowątkową, różnorodną. Tym bardzie widoczna reintegracja różnorodnych elementów.

Po 1989 r., wraz z otwarciem się na świat i europejską integracją, przyjeżdżać i osiedlać zaczęli się zupełnie nowi ludzie, nie tylko z różnych regionów Polski. Przyjeżdżali z nowymi wspomnieniami, z nowymi elementami dziedzictwa kulturowego. Z Hiszpanii, Portugalii, Francji, Niemiec, Szwajcarii, Holandii. Nawet z Rosji. To właśnie w ostatnich latach w klasie mojej żony (jest nauczycielką) zaczęli pojawiać się Rosjanie. Do codziennej komunikacji z rodzicami zaczął przydawać się język rosyjski – bo można było się skutecznie komunikować. Zupełnie nowe zjawiska, różne sytuacje. Jedni lepiej inni gorzej potrafiący się wpisać w krajobraz i zintegrować z już osiedlonymi. Europa regionów.

Z całą pewnością w naszym regionie jest coś wyjątkowego, specyficznego. To się czuje. Ale jak tę specyfikę przyrody, kultury i ludzi opisać i zdefiniować? Jako coś aktualnego i stającego się a nie zamrożonej historii czasów, które bezpowrotnie odeszły? Czy specyfiką jest duża liczba miast cittaslow? Czy duża liczba wiejskich teatrów amatorskich? Czy wyludniające się wioski popegeerowskie? A może wioski bocianów? Specyficzne Kresy, nowe „Bieszczady” dla twórców, poszukujących nowego życia, dla nowych Judymów i nowych Siłaczek. A przecież tych zjawisk u nas jest więcej. I jeszcze nie wszystkie potrafimy dostrzec i zauważyć.

Tworzymy na nowo swoją tożsamość. Każde pokolenie musi na nowo. I dla siebie. Jałowe jest kalkowanie przeszłości, bo wychodzi z tego martwa, nieautentyczna „cepelia”.

A granice Warmii? Dlaczego trzymać się historyczny granic Warmii jako domeny biskupiej? Przecież tylko w niewielkim stopniu pokrywała się ona z siedzibami Warmów-Prusów. Tak więc i teraz poprawnie byłoby nazywać Warmiakami wszystkich, zamieszkujących województwo warmińsko-mazurskie. Może lepiej Nowowarmiakami? Lub wymyśleć zupełnie nową nazwę, integrującą Warmię, Mazury, Górne Prusy, Prusy Wschodnie (w polskiej części) Powiśle itd. Biurokratyczne trzymanie się starych, administracyjnych podziałów nie bardzo ma sens.

zobacz część 1. i część 2.

Prus, Warm, Warmiak (cz. 2)

sczachor

Różne są drogi do odkrywania własnej tożsamości. Przychodzi taki okres chyba w życiu każdego, gdy pyta o przeszłość, o swoje korzenie. W dawnej kulturze mówionej, wieczorem dziadkowie opowiadali. I było się w stanie zapamiętać rozległe pokrewieństwa i koligacje wielodzietnych rodzin a przodków do 16. pokolenia. Gdy upowszechniło się pismo, przestaliśmy pamiętać. Po co zapamiętywać, gdy można zapisać? Na dodatek zaczęliśmy inaczej spędzać czas, przed gazetą, radiem, telewizorem czy internetem. Z braku kontaktu pamięć została przerwana.

W polskich warunkach doszła do tego wojna, zniszczenie archiwów, ogołocenie domów z pamiątek rodzinnych i zapisków. A potem sowiecki socjalizm. W wielu domach milczało się o przeszłości, bo było to niebezpieczne. Pochodzenie społeczne miało znaczenie, także dla przeżycia. Dopiero po roku 1989 w dużym stopniu upowszechniła się moda na poszukiwana genealogiczne (odtwarzanie i przypominanie sobie własnej przeszłości). Szperanie po archiwach, bibliotekach, wypytywanie po krewnych i rodzinie. Zaczęliśmy zborowo odzyskiwać przeszłość. Kiedy ja zaczynałem, nie znałem imion swoich pradziadków. Teraz z genealogią dotarłem do XV wieku. Poznawanie historii z perspektywy rodzinnej jest emocjonujące i zachęca do czytania, poszukiwania głębszego kontekstu. Zmusza do uzupełniania wiedzy. Pozwala lepiej zrozumieć świat, zwłaszcza ten miniony.

Tak jak i w dawnej kulturze mówionej (opowiadanej), tak i teraz w poszukiwaniach genealogicznych rodzi się pokusa na mitologizowanie przodków. Na siłę doszukujemy się szlacheckości, pochodzenia od sławnych, wielkich rodów, by niejako dodać sobie splendoru i wielkości. To zrozumiałe. Ale warto oddzielić fakty (literatura faktu) od literackiej mitologizacji.

To był potrzebny wstęp do dalszych rozważań o poczuciu tożsamości lokalnej, regionalnej i pytania co to znaczy współcześnie być Warmiakiem.

Dla mnie dobrym impulsem do staranniejszego poznawania lokalnej i regionalnej historii (poza rodzinnymi poszukiwaniami genealogicznymi) był aktywny udział w projekcie opisywania wsi na Wikipedii. Bo żeby coś napisać, najpierw trzeba przeczytać, poznać, potem znowu poszukać, zweryfikować itd. Wikipedia to jedna z kilku dobrych, aktywizujących form poznawania historii. Bo wymaga aktywności. Teraz, gdy jadę przez nasze miejscowości, to robię fotografie do zilustrowania haseł i coś o tych miejscowościach już wiem.

Sięgałem więc do licznych lokalnych wydawnictw o wsiach i miasteczkach (przez to stawały mi się bardzo bliskie, także te z Warmii), sięgałem do historii i to w szerszym europejskim kontekście. Tylko w takim kontekście lokalność jest bardziej zrozumiała. Sięgałem także do licznym opracowań historii ze średniowiecza oraz do kultur starożytnych z naszego regionu. W tym i do Prusów.

I tak jakiś czas temu kupiłem sobie książkę Lecha Niekrasza pt. "Gdzie jesteście Prusai?". Przeczytałem i się mocno zniesmaczyłem. Historia została mocno wymieszana z ideologią, jakąś dziwaczną ideologią, wręcz nacjonalizmem. Odradzam jako pozycję do poznawania wiedzy o Prusach. Ale dopiero teraz zrozumiałem jej kontekst - jest to jakaś literacka forma mitologizacji rodzinnej (genealogicznej) oraz próba tworzenia własnej tożsamości regionalnej (tworzenia ciut na siłę).

W poszukiwaniu tożsamości regionalnej na Warmii Prusowie są często wykorzystywani jako punkt odniesienia. Są próby ciałem sensowne, gdy próbuje się aktywnie poznawać historię tej ziemi, nawet z odtwarzaniem języka czy różnych technologii rzemieślniczych. Bo to taka mądra archeologia eksperymentalna. Lepiej można zrozumieć (i poznać) przeszłość, gdy się lepi garnki w dawnej technologii, tka płótno, gotuje jedzenie itd. Jest to jakaś forma rekonstrukcji historycznych oraz udziału w wielu festynach regionalnych.

Ale gdy miesza się literaturę faktu z literaturą fantazji i ideologii, to wychodzi coś okropnego, mylącego dla czytelnika. W książce Niekrasza sporo jest zafałszowań historycznych z próbą idealizacji Prusów. Że byli tu od wieków, że byli idealni, wspaniali itd. Dowiedzieć się można, że nawet Mikołaj Kopernik był Prusem (nie mówiąc o generale Dąbrowskim, Bolesławie Prusie i Marii Skłodowskiej Curie). Dlaczego? Bo jest to nawiązanie do szlachty pieczętującej się herbem Prus. Czyli jest to taka zmitologizowana historia genealogiczna, dla rodów z herbami Prus - próba stworzenia wspólnej, wspaniałej przeszłości.

Przez książkę przewija się na dodatek dawny, dziewiętnastowieczny nacjonalizm. Wyraźna jest antyniemieckość (antykrzyżackość), co jest pozostałością po historii po 1945 r. i ideologicznym uzasadnianiu praw do "ziem odzyskanych". Ale ten peerelowski nacjonalizm nabiera nowej formy i nowego, regionalnego wcielenia - próba tworzenia narodu pruskiego (staropruskiego). Lepiej to można zrozumieć, odwiedzając stronę www, zaznaczoną w stopce wydawniczej tej książki. Można tam znaleźć pretensje terytorialne do Obwodu Kaliningradzkiego... jako kraju Prusów.

Takie podejście w budowaniu tożsamości jest archaiczne i przebrzmiałe. W duchu i formie jest kalką dawnych nacjonalizmów, próbą literackiego budowania narodu. Jest także próbą budowania nowej religii neopogańskiej (ale takich prób budowania regionalnej tożsamości w oparciu o wyidealizowaną religię dawno-pogańską jest więcej, to zjawisko powszechne). Próbą kreowania nowego narodu, dawniej skrzywdzonego itd. Zupełnie nie pasuje do współczesnych potrzeb budowania tożsamości regionalnej. Nie pasuje do kontekstu współczesnych procesów społecznych i kulturowych. Dlatego jest tylko swoistą ciekawostką literacką.

Jako książka historyczna dzieło Lecha Niekrasza jest bezwartościowe (a nawet szkodliwe). Ale jest bardzo ciekawym materiałem dla socjologów oraz osób zajmujących się tożsamością regionalną. Jest w tym kontekście dobrym materiałem badawczym.

Czy można zbudować poczucie warmińskości, odwołując się do historii Prusów? Bo było plemię Warmów? Poznawanie historii bez wątpienia jest potrzebne dla poczucia zarówno tożsamości lokalnej jak i regionalnej. Ale nie wystarczy. Niezwykle ważna jest współczesność. Można przebrać się w ubrania w skóry, mieszkać w wigwamie, ale to dobre na wakacyjny wypoczynek i urlopową zabawę. Tak jak wizyta w skansenie, lunaparku czy na festynie wiejskim. Jest zabawą i niczym więcej.

Tożsamość jest tym, co ciągle się dzieje. Jest procesem a nie statycznym tworem. Tak jak w przeszłości tak i teraz ciągle dopływają nowe elementy, są integrowane, przetwarzane. Przeszłość jest bardzo różnorodna i zmienna. Dawne kultury, tak jak i obecne, są mocno wielokulturowe z ciągłym przyswajaniem nowych elementów.

Stopniowo pozbywamy się ideologicznego spojrzenia na historię. Bez wątpienia zasługa to integracji europejskiej i lepszego poznania historii zarówno innych narodów, państwa jak i regionów. Coraz śmielej w poznawaniu przeszłości łaskawszym okiem spoglądamy na Państwo Zakonne, jak i głębiej sięgamy do przeszłości, wspominając obecnych na tych ziemiach plemionach Wandalów czy Gotów.

Bo gdyby budować współczesną tożsamość w uparciu o dawnych Prusów czy polskojęzycznych Warmiaków (sprzed 1945 r.), to byłaby to tożsamość wykluczająca. Byłoby to dzielenie na prawdziwych i nieprawdziwych Warmiaków.

Współczesna warmińskość (jeśli taka jest) z konieczności procesów społecznych musi uwzględniać naszą wielokulturowość ludności napływowej. Ale jeśli pozna się historię lepiej i obiektywnie, zawsze tak było, nie tylko w naszym regionie: ciągłe migracje różnych ludów i kultur. Współczesną warmińskość kształtują zarówno tradycje autochtonów, jak i przeniesione kultury z Kresów (z Wileńszczyzny), z Kurpiów, z Mazowsza, z Bieszczadów (myślę o Łemkach i Ukraińcach) oraz współcześni przybysze z różnych części Europy i świata. Bo czyż Szwajcar, Anglik, Rosjanin, Francuz czy Portugalczyk, osiedlający się tu i żyjący, nie współtworzy naszej zbiorowej tożsamości? Naszej specyfiki?

Na pewno trzeba rozróżniać tożsamość lokalną (najbliższego miejsca) jak i tożsamość regionalną. O wiele łatwiej budować tożsamość lokalną. Znacznie trudniej o tożsamość regionalną. Ona z pewnością się tworzy. Trudnością jest jednak dostrzeżenie, opisanie i wyabstrahowanie jej specyfiki i charakteru. Wiele elementów się dopiero staje, jest w trakcie tworzenia...

c.d.n.

Co to znaczy być Warmiakiem cz.1

sczachor

Tożsamość jest czymś co intryguje nie tylko historyków ale i najmłodsze pokolenie. Kim jestem? Warmiakiem czy Nowowarmiakiem? A może Warmio-Mazurakiem? Łatwiej o identyfikację, jeśli zna się i rozumie historię ziemi, na której się mieszka. Ale zamykanie się w historii, zwłaszcza wąskiego, wybranego odcinka, prowadzi na tożsamościowe manowce. Teraz chyba najbardziej widoczne są próby definiowania tożsamości regionalnej w nawiązaniu do Prusów oraz Warmii (lub Mazur, w zależności od miejsca). Są to chyba (moim zdaniem) ułomne podejścia historyczne i chyba skazane na fiasko.

Silna potrzeba lokalnej identyfikacja jest zjawiskiem globalnym. Można powiedzieć, że drugą twarzą globalizacji. Globalna wioska to nie tylko homogenizacja produktów i popkultury w skali całego świata ale i mocne poszukiwanie lokalności. Można powiedzieć znak czasu. I pełne odniesienie do porównania „globalna wioska”. Globlokalizm lub glokalizacja. Jak zwał, tak zwał. U nas też to jest coraz wyraźniej widoczne.

Im bardziej czuję się Europejczykiem w Europie regionów, tym bardziej poszukuję tożsamości regionalnej, swojej własnej. Można byłoby więc powiedzieć, że poszukiwanie tożsamości lokalnej wynika z globalizacji i „ekologizacji”, natomiast poszukiwanie tożsamości regionalnej wynika z integracji europejskiej. Poczucie narodowe nie wymaga granic (współcześnie nie wymaga, bo granice nie izolują ani nie identyfikują, przynajmniej w Unii Europejskiej). A region ma granice ogarnialne indywidualną zdolnością do poznania historii i specyfiki. Oczywiście są to różne, nie wykluczające się a uzupełniające się, warstwy tożsamości: od lokalnej, do warmińskiej, polskiej, europejskiej itd.

I w końcu, nawiązując do McLuhana, kończą się narodowe nacjonalizmy, wykreowane przez słowo pisane i radio a ugruntowują się regionalizmy (przy jednoczesnej, szerszej integracji). Kreowane przez decentralizację i fragmentację internetu oraz trzecią rewolucję technologiczną. To jest chyba właściwy kontekst procesów i czasów, w których rodzi się zarówno współczesny lokalizm jak i regionalizm. 

Kultura i tożsamość rodzi się w dialogu. W dialogu z poznawaną przeszłością i w dialogu z teraźniejszością. Nic nie jest takie jak dawniej. Poznana i rozumiana w kontekście tamtych czasów historia pomaga w odnajdywaniu własnej tożsamości. Ale nie wystarcza. Poprzez pryzmat historii własnej rodziny czy rodu łatwiej ogarnąć historię Europy i świata. Genealogicznie jesteśmy mocno wielokulturowi.

Kto ma prawo czuć się Warmiakiem? Co definiuje? Miejsce urodzenia, wybór zamieszkania, tradycja rodzinna? Subiektywne poczucie identyfikacji z miejscem. Poszukujemy tradycyjnych wyznaczników w stroju ludowym, gwarze, architekturze? Zazdrościmy Kurpiom, Kaszubom czy góralom z Podhala – ale tam to jest żywe i trochę niechcący stymulowane zapotrzebowaniem turystycznym. Mają ciągłość tradycji. My nie mamy takich możliwość. Gwara nie istnieje (jest odtwarzana i będzie jako ciekawostka), stroje nie istnieją. Bo ludność jest napływowa, bo u nas jest mieszanka kultur. Do której tradycji się odwoływać? Zarówno w języku, stroju, kulinariach, muzyce? Nie ma szans na ponowne identyfikacje, bo granice się zmieniły. 

W skali regionu dobrze historycznie i w odniesieniu do XIX wieku zdefiniowana jest Warmia, Mazury a co z Prusami Górnymi, Powiślem, Wzniesieniem Elbląskim? To wyrzucenie poza możliwość identyfikacji regionalnej. Oni nie mają szansy na warmińskość i mazurskość, historycznie i polsko rozumianą. Co z Niemcami (nielicznie zostali), co z Ukraińcami i co z całą rzeszą tu przybyłych? Nie są prawdziwymi Warmiakami? Bo ich rodzice czy dziadkowie urodzili się gdzie indziej? Bo gwara warmińska nie jest ich korzeniem? A do jakich strojów ludowych (po co zaraz ludowych?) się odwoływać?

Diecezja Warmińska przecież także nie pokrywa się z terytorium plemienia Warmów. Zachowała się nazwa ale tożsamość wyrosła zupełnie inaczej, przestrzennie i kulturowo. Katolicka Warmia, osobne udzielne księstwo Rzeczypospolitej, a wcześniej wspólna historia państwa zakonnego. Wyraźnie się Warmia wyróżniała na tle protestanckich polskich Mazur i reszty Prus Wschodnich. Stąd te kapliczki. Ale tylko w historycznym odniesieniu do Mazur. Przecież kapliczki są wszędzie, nie tylko w Polsce. A teraz to nawet na historycznych Mazurach. Ceglane mury i czerwona dachówka w architekturze? Ale to efekt zmian w XIX wieku. Wcześniej były domy drewniane, strzechą kryte. Tak więc charakter zmieniał się od wieków. I zmienia się dalej. Tyle, że teraz nie jest historyczna Warmia wyizolowana i nie ma szansy na samodzielne budowanie tożsamości. Kulturowo i przyrodniczo nie różni się Warmia od innych regionów województwa warmińsko-mazurskiego.

Trudność z tożsamością regionalną uwidacznia się już w trudności z nazwą. Ani nie można jej nazwać warmińską, ani mazurska, ani pruską (staropruską). Ani niemiecką (wschodniopruską). Kto ma prawo czuć się Warmiakiem, prawdziwym Warmiakiem? Jaki jest wspólny mianownik do wspólnej tożsamości tu i teraz, z uwzględnieniem i zaakceptowaniem historii ale i sytuacji obecnej, wieloetnicznej i wielokulturowej (typowe dla Europy). Kontekst historii miejsca i uwarunkowań.

Europa regionów wzmacnia potrzebę poszukiwania identyfikacji regionalnej. Najbardziej realne to w mniej więcej granicach województwa warmińsko-mazurskiego. Co wyznacza, oprócz historii (nie zapominając o Wandalach i Gotach, którzy tu byli oraz o wcześniejszych kulturach neolitycznych i epoki brązu). Krajobraz pojezierny? Wakacyjne zaplecze do wypoczynku? cittaslow i biogospodarka? Popegerowskie zaniedbania, wyludniający się region, bliskość Obwodu Kalinigradzkiego? Tworzący tu ludzie?

Być może tożsamość rodzi się właśnie w trwających w wielu miejscach festiwalach dziedzictwa browarniczego, jarmarkach regionalnych, piknikach archeologicznych, powstających galeriach z lokalnym rękodziełem itd.

Cdn.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci