Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Tygrzyk paskowany czyli o tacierzyńskiej miłości i o potrzebie edukacji przyrodniczej

sczachor

tygrzykKiedy w najpopularniejszych serwisach informacyjnych pojawiają się wiadomości przyrodnicze o różnych gatunkach roślin, grzybów i zwierząt, to się zazwyczaj cieszę. Ale czasem się smucę. Tak na przykład wczoraj sensacją dnia był „jadowity” pająk znaleziony w przenośnej toalecie. Wezwano straż miejską i weterynarza. Początkowo, widząc zdjęcie pająka pomyślałem, że jakiś taki podobny do tygrzyka paskowanego, pospolitego gatunku rodzimego pająka. Ale sądziłem, że skoro piszą w ogólnopolskim serwisie, to pewnie jakiś rzeczywiście jadowity i egzotyczny. Dopiero później doczytałem: „Żółto-czarnego pająka, przypominającego osę, znaleziono w przenośnej toalecie, stojącej nieopodal centrum Jeleniej Góry (woj. dolnośląskiej). Okazało się, że to jadowity pająk, którego ukąszenie może mieć poważne konsekwencje dla alergików. Pająka znalazł w toalecie kierowca autobusu miejskiego z Jeleniej Góry. (…)Tygrzyk z toi toia został przewieziony do schroniska dla małych zwierząt. Tam obejrzał go weterynarz. Pająk trafił do lasu”. (źródło

Tyle ambarasu z powodu jednego pająka? Sezon ogórkowy czy… po prostu oderwanie współczesnego człowieka od otaczającej przyrody? Chyba jednak to drugie. Kiedyś mieliśmy znacznie większy kontakt z przyrodą. Była ona dla nas czymś oczywistym i dobrze znanym. Świat się zmienił, większość czasu spędzamy w domach, w samochodach i przed komputerem. Przyrodę znamy zazwyczaj z komputerowego, telewizyjnego czy smartfonowego monitora. To co dla naszych przodków było codzienną oczywistością dla nowego pokolenia staje się sensacją. Pomijając fakt, że przyroda się zmienia i jest gatunkowo i krajobrazowo inna niż ta, widziana oczami naszych ojców, dziadków i pradziadków.

Richard Louv w książce „Ostanie Dziecko Lasu” opisał „Zespół braku kontaktu z naturą” (Nature Deficit Disorder - opisuje zaburzenia w procesach poznawczych, emocjonalnych i rozwojowych dziecka, wynikające z braku kontaktu z przyrodą). Dostrzegając ten pogłębiający się brak niezbędnego kontaktu z przyrodą, jak grzyby po deszczy wyrastają np. leśne przedszkola. Nawet w Polsce już są uruchomione pierwsze, a będzie ich z pewnością więcej. W zasadzie park, las czy łąka jest jednym, wielkim interaktywnym Centrum Nauki. I to za darmo, bez inwestycji, bez budowania. Wystarczy skorzystać.

Sensacja z tygrzykiem uzmysławia mi jak duża jest skala przyrodniczego analfabetyzmu i jak wielki tkwi potencjał w szeroko rozumianej edukacji ekologicznej i przyrodniczej. Potrzeby są coraz większe. To jakaś perspektywa dla naszego regionu, i to nie tylko dla zielonych szkół, ale i innych form pozaformalnej edukacji przyrodniczej dla dużych i mały,

Pierwszy raz tygrzyka paskowanego Agriope bruennichi (rodzina krzyżakowate Araneidae) zobaczyłem jakieś 30 lat temu, na Mazowszu. W dzieciństwie nie widywałem. Dlatego wydał mi się bardzo egzotyczny. W tym czasie rzeczywiście w Polsce był stosunkowo rzadki, znalazł się nawet na liście gatunków chronionych. W ostatnich latach tygrzyki widywałem często w wielu miejscach (na spacerach i przy okazji badań terenowych). Stał się gatunkiem pospolitym nie tylko dlatego, że nauczyłem się go dostrzegać. Rzeczywiście jego liczebność wzrosła w ostatnich 20 latach, dlatego zdjęto go z listy gatunków chronionych. Być może ocieplenie klimatu miało na to wpływ i poszerzenie dogodnych dla tego gatunku siedlisk. W każdym razie teraz jest gatunkiem pospolitym, łatwym do zaobserwowania nawet w północnej Polsce. W ostatnich latach widać wyraźną tendencję ekspansji tego gatunki na północ (nie on jeden, przykładem może być także modliszka: Modliszka w Olsztynie czyli zaskakujące skutki zmian klimatu).

Wróćmy do tygrzyka, który zyskał tak duże medialne zainteresowanie. Jest bardzo charakterystycznie ubarwiony więc łatwo go rozpoznać. Samice są większe, dlatego to je zazwyczaj widzimy. Samce osiągają długość ok. 5 mm a samice nawet 20 mm. Są więc cztery razy większe. O konsekwencja tej różnicy napisze niżej.

tygrzyk2Tygrzyk jest przedstawicielem fauny południowej. U nas rodzaj Agriope reprezentowany jest przez jeden gatunek (właśnie tygrzyka paskowanego). W strefie tropikalnej i subtropikalnej występuje wiele gatunków z tego rodzaju. Samice budują okrągłe sieci (tak jak przystało na rodzinę krzyżakowatych), jednak łatwo zauważyć charakterystyczne, zygzakowate wzmocnienie. Już po samej sieci możemy rozpoznać tygrzyka. Na początku lat 80. XX wieku pisano o nim, że żyje na nasłonecznionych choć wilgotnych łąkach i nad brzegami wód. I że jest gatunkiem rzadkim. To ostatnie się zdezaktualizowało. Być może za sprawą globalnego ocieplenia klimatu.

Gatunek palearktyczny, w Europie występuje strefie umiarkowanej. W Polsce spotykany był częściej najliczniej na południu, głównie na porośniętych wysoką trawą, zarówno suchych, jak i wilgotnych łąkach, torfowiskach, nieużytkach, ogrodach, skrajach młodników, nad brzegami zbiorników wodnych. Ważnymi dla tygrzyków czynnikami środowiskowymi są nasłonecznione miejsca ze sztywną roślinnością zielną lub krzewiastą, na której rozpina swoją sieć.

Tygrzyki paskowane żywią się owadami, które wpadną w ich sieć. Najczęściej są to szarańczaki. A samice żywią się także samcami. I jest jeszcze kilka innych, sensacyjnie ciekawych elementów życia tygrzyków. Znacznie ciekawszych niż spotkanie w miejskim toi toiu.

Tygrzyki żyjące na północy są trochę mniejsze od tych południowych. U nas zazwyczaj tygrzyka spotkać można od lipca do października (wcześniej są małe i trudne do zaobserwowania). Czekają, siedząc na swojej sieci, skierowane głową w dół. Zaniepokojone wprawiają sieć w ruch (trzęsą nią), próbując odstraszyć intruza (zbyt dużego by zjeść) oraz stają się trudniejsze do wypatrzenia i zjedzenia przez drapieżnika

Okres godowy tygrzyków przypada na koniec lata. Mniejsze samce swoją obecność sygnalizują poprzez szarpanie nici. Nie chcą być zjedzone, zanim nie spełnią swej prokreacyjnej powinności. Ostrożnie zbliżają się do samicy. Jeżeli samica gotowa jest do kopulacji, pozwala samcowi wśliznąć się pod jej odwłok. Mały samiec ma więc problem jak rozpoznać, kiedy samica jest gotowa. W innym przypadku szybko zostanie zjedzony. Ale życie samca i tak jest przekreślone, bowiem zjadany jest zaraz po kopulacji, a czasami nawet w czasie jej trwania. Niemniej dochodzi do zaplemnienia i w ten sposób przekazania „samczych” genów. Parafrazując, jest to rodzicielska miłość z narażeniem życia. Dlaczego rodzicielska? Bo nakarmiona samcem samica może złożyć więcej i lepiej wyposażonych w pokarm jaj, a tym samym liczniejsze i silniejsze jest potomstwo. Taka tacierzyńska opieka i dbałość o potomstwo. I to z poświęceniem własnego życia. Bo rzadko który samiec przeżyje kopulację. Chyba tylko tam, gdzie siedlisko jest zasobne w pokarm a samica najedzona i syta. Tu mała dygresja, wyobraźcie sobie panowie, co by było, gdyby ludzie mieli podobne zwyczaje, a jak wiadomo kobieta w ciąży ma niespodziewane i zaskakujące zachciewajki pokarmowe… i z braku śledzi, kiszonych ogórków popijanych kolą w środku nocy... dobrała by się do nas. Bez porównania tygrzykom paskowanym płci męskiej jest trudniej w życiu…

Po kopulacji (mam na myśli oczywiście tygrzyki paskowane) i posiłku samica przędzie kokon, w którym składa jaja. W kokonie wylęgają się, a następnie zimują młode pajączki.

Jadowitość tygrzyka nie jest jakaś nadzwyczajna. Są w Polsce pająki, które kąsają boleśniej i z gorszymi konsekwencjami (czytaj: Spotkanie z jadowitym bagnikiem oko w oko).

Źródła informacji z kolorowymi ilustracjami (po datach wydań książek widać, że już dawno funkcjonuje nawet w popularnonaukowej literaturze, dostępnej w każdej bibliotece)

  • Świat zwierząt. PWRiL, Warszawa 1983.
  • Bellmann H., Pająki - najważniejsza gatunki krajowe. Multico (brak daty wydania, ale chyba lata 90. XX wieku).
  • Bellmann H., Owady . Multico, Warszawa 2007 . (często pająki spotkać można w książkach o owadach..)
  • Baehr B., Baehr, Jaki to pająk, Multico, Warszawa 2008

Co robi naukowiec w Centrum Nauki Kopernik?

sczachor

czachorowskikopernikCentra nauki często traktowane są jako miejsca rozrywki i to dla najmłodszych. A jeśli już nawet uważamy je za miejsca edukacji… to także dla uczniów lub dorosłych w formie kształcenia pozaformalnego i ustawicznego. Ale po co do takiego Centrum Nauki Kopernik miałby wybrać się naukowiec? Powodów jest kilka i o nich opowiem.

Miałem przyjemność już trzeci raz uczestniczyć w konferencji „Pokazać-Przekazać”, organizowanej co roku przez CN Kopernik w Warszawie. W tym roku była to jubileuszowa, dziesiąta. Uczestniczyłem z różnych powodów. Po pierwsze zostałem zaproszony do przygotowania i poprowadzenia panelu dyskusyjnego pt. „Myślenie naukowe. Mamy je w naturze, czy musimy się go nauczyć?”. Więc niby jako ekspert, który ma coś powiedzieć, zorganizować, poprowadzić dla mniej obeznanych nauczycieli? Byłoby to błędne wyciąganie wniosków. Ani byłem mądrzejszy (bardziej doświadczony) od innych ani się taki czułem. Bo nie o transmisję wiedzy chodziło. W samych warsztatach uczestniczyli nie tylko nauczyciele ale i naukowcy, edukatorzy, przedstawiciele różnych instytucji. Byłem tylko jednym z uczestników tej niezwykle ciekawej dyskusji (napiszę o niej później, jak dokładniej przemyślę a wnioski i refleksje spokojnie „dojrzeją”).

Już wiele razy byłem uczestnikiem dyskusji panelowych, występując w roli eksperta-panelisty. Kilka razy prowadziłem takie dyskusje w formie tradycyjnej oraz w nieco odmiennej formie pracy w podgrupach i przedstawiania wyników dyskusji w szerszym gronie. Można powiedzieć, że mam już spore doświadczenie. Ale gdy rozmawialiśmy z organizatorami z Kopernika (długo przed konferencją), to padł pomysł zupełnie innego zorganizowania tej dyskusji. W formie w jakiej nigdy nie uczestniczyłem ani tym bardziej nie prowadziłem. Podjąłem wyzwanie i zrobiłem coś, czego nigdy wcześniej nie znałem. W uproszczeniu zrobiłem coś po raz pierwszy. Trudno więc byłoby uważać mnie za eksperta. Ale to typowe dla naukowców, bowiem najczęściej robimy rzeczy, na których się nie znamy. Bo na tym polega odkrywane by robić rzeczy nowe, po raz pierwszy, by eksperymentować. A jak już robimy rzeczy znane to nie jest to nauka tylko dydaktyka...

Jest więc już jasny pierwszy powód, dla którego pojechałem do Centrum Nauki Kopernik. Pojechałem jak do laboratorium by eksperymentować, także i na sobie. By poznać nieznane, ocenić, poddać refleksji i opowiedzieć o wynikach innym. Nie wszystkie eksperymenty się udają. Często popełniamy błędy, korygujemy je i dalej próbujemy. „Ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi”. Trzeba mieć więc odwagę do eksperymentowania i być gotowym na porażki. Oczywiście samej debaty i jej formy nie uważam za porażkę. Było to nowe doświadczanie, mocno inspirujące (w osobnym wpisie dokładniej je opiszę).

Czyli centra nauki są i dla naukowców by w zorganizowanej przestrzeni mogli eksperymentować. Bez konferencji w Koperniku chyba bym w ogóle nie wpadł (lub nie szybko) na pomysł, że można spróbować inaczej zorganizować dyskusję panelową. Ponadto, gdybym nawet miał taki pomysł, to trudno byłoby go zrealizować. A tu przyjeżdżają ochotnicy, gotowi się uczyć od innych i to na drodze eksperymentów. Otwarte umysły nauczycieli z różnych szkół i z całej polski, to tego naukowcy i przedstawiciele różnorodnych instytucji edukacyjnych. Społeczny potencjał o dużej mocy dyskusji i inspiracji.

Oczywiście, były bardzo ciekawe wykłady, jak to na konferencji. Już tylko dla nich warto było przyjechać… nawet pracownikowi uniwersytetu. My też przecież kształcimy i warto poznać zarówno najnowsze trendy teoretyczne, dotyczące edukacji (w tym zachodzących procesów) jak i poznać relacje z różnych prób i eksperymentów edukacyjnych. Poza panelem w nowej formie miałem okazję doświadczyć żywej biblioteki (w wersji popularnonaukowej). Coś na kształt stolika ekspertów. Sama „żywa książka” wydawała mi się sztucznym i dziwacznym pomysłem, zwłaszcza w odniesieniu do tematów naukowych (upowszechniających wiedzę). Zauczestniczyłem i… zmieniłem zdanie. Jest to inspirujący pomysł, który będę chciał w zmodyfikowanej formie zrealizować na dowolnej… konferencji naukowej. Albo w czasie dowolnego festiwalu nauki (np. najbliższa Noc Biologów). I chciałbym wprowadzić jako jeszcze jedną formę komunikacji naukowej (razem ze studentami na moim uniwersytecie dalej poeksperymentujemy z tą formą komunikacji i upowszechniania wiedzy). Zobaczyłem prototypowy eksperyment, mogłem w nim uczestniczyć. A to zupełnie coś innego niż przeczytać o eksperymencie w książce czy czasopiśmie. Uczestniczyłem także w warsztatach niby dla nauczycieli, w jednym z edukacyjnych laboratoriów. Mogłem poczuć się jak uczeń (załączone zdjęcie). Takie doświadczenie potrzebne jest wtedy, gdy samemu chce się organizować centra nauki lub laboratoryjne zajęcia w edukacji pozaformalnej. Po prostu jest to podglądanie jak to działa od strony uczestnika. Po drugie można sprawdzać na sobie jak działają nowe form edukacji. Od zaraz przyda sie w dydaktyce akademickiej.

Centrum Nauki dla naukowca jest swoistą pracownią, laboratorium, majsternią, eksperymentatorium i inspiratorium zarazem. Zatem to nie tylko miejsce, gdzie wyłacznie dzieciaki i dorośli mogą poznawać wiedzę, eksperymentując na różnych eksponatach edukacyjnych. To nie jest park rozrywki, to jest laboratorium w szerokim tego słowa znaczeniu. Laboratorium ogólnopolskie. Osobiście uważam, że pracownicy uczelni wyższych częściej powinni tam bywać. A ja mam cichą nadzieję, że CN Kopernik zacznie organizować specjalne konferencje,  dedykowane dla mojego środowiska akademickiego

Samo Centrum Nauki Kopernik jest jednym, wielkim eksperymentem. Ważnym dla edukacji narodowej. To tu sprawdza się to, jak powinna wyglądać edukacja w epoce trzeciej rewolucji technologicznej. Co więcej, zbudowali nie tylko obiekt, w którym coś się dzieje. CN Kopernik jest już jednostką badawczą. Sprawdzają jak ludzie uczą się w takiej przestrzeni. Jest to więc laboratorium szkoły XXI wieku (a dokładniej przestrzeni edukacyjnej), w którym bada się cały proces. Czysta nauka. Nie tylko dla pedagogów i socjologów.

c.d.n.

I obiecany w czasie debaty link do grupy facebookowej: https://www.facebook.com/groups/867891563294414/ (debata o współpracy). Zachęcam uczestników do kontynuacji naszej dyskusji, dzielenia się wrażeniami. A kto nie uczestniczył... może włączyć się teraz.

25 lat Internetu w Polsce... i zmieniająca się szkoła

sczachor

internetW sierpniu br. roku minęła 25 rocznica narodzin internetu w Polsce. Początku były skromne. Symbolicznie internet wiąże się z wolną Polską, III Rzeczypospolita. 25 lat to niewiele w skali czasu, ale w przecież tak wiele cywilizacyjnie. Wszystko się zmieniło. Nawet nie wiem już czy pisać „Internet” - tak jak dawniej, czy „internet” jak coraz częściej można spotkać.

Zmaterializowały się stopniowo dawne książki fantastyczno-naukowe. Ten nowy środek komunikacji zmienił sposób funkcjonowania społecznego. Niezwykły potencjał może osiągnąć dowolna grupa osób kolektywnie połączona dzięki komputerom i sieci internetowej. Widzimy to na co dzień. Nawet wojny i konflikty przenoszą się do sieci. Inteligencja kolektywna działa na zupełnie nowym poziomie. Tak jak w Cyberiadzie Stanisław Lema, gdy podłączeni ze sobą żołnierze i całe armie zaczynają funkcjonować zupełnie nieoczekiwanie.

A jak działała inteligencja kolektywna wcześniej? Na etapie hordy, plemienia, społeczeństwa industrialnego? Komunikacja była nie tylko realizowana za pomocą innych kanałów przekazy ale i wśród znacznie mniejszej liczny „podłączonych” mózgów (komunikujących się, współpracujących). Teraz nasze mózgi wspomagane są na dodatek elektronicznie. Prawdziwie inny świat. Widać to także w kulturze i życiu codziennym. Być może dawne prawa socjologii staną się nie do końca adekwatne w nowej, internetowej rzeczywistość funkcjonowania społeczeństwa.

Prawdziwie nowy świat w wielu wymiarach, z pozytywami i negatywami. Można to porównać do biologicznego pojęcia hologenomu - tworzy się swoista inteligencja zbiorowa, uwidacznia się efekt synergii na skalę internetową i globalną, złożona z niespokrewnionych elementów i w różnym stopniu zintegrowanych. Zachowanie tłumu, stada znacznie większego i połączonego słabszymi relacjami pozawerbalnymi. Ewolucyjnie przystosowaliśmy się do komunikacji językiem ciała. Przez komputer go nie widać (tworzymy zastępniki w formie np. emotikonów). Uczymy się nowych sygnałów. Zarówno tworzyć jak i odczytywać.

W grupie ludzie są silniejsi i bardziej przekonani o wartościach, jakie ich łączą. Odnajdują się ludzie o wartościach niszowych, wyjątkowych. Dzięki internetowi potrafią się odnaleźć i współdziałać w globalnym świecie miliardów ludzi na Ziemi. Grupa jest także tak silna, jak jej najsłabszy element. Tyle że w internetowym stadzie wypadnięcie nawet wielu pojedynczych elementów nie upośledza całości. Tak jak w hologramie czy ekosystemie. Dzięki internetowi nigdy wcześniej grupa nie przeżywała kontaktu tak pełnego i tak wyabstrahowanego z rozpraszającego otoczenia. Szumy i rozpraszanie bardziej generowane są w samym intrenecie. Komunikacja jest nieomal tak szybka jak myśl. Impulsy biegnące w neuronach przypominają te, biegnące w kablach. Albo odwrotnie. Biomasa współpracujących mózgów jest ogromna. I moc obliczeniowa czy raczej moc kulturowa także.

Dzięki internetowi integruje się zbiorowy, kolektywny super mózg, wymykający się regulacji i działa nieprzewidywalnie. W zupełnie nowy sposób. Dopiero odkrywamy jak on działa. I jak przyczynia się do nowych rewolucji społecznych, zmieniających oblicze polityczne świata. Bo zbiorowość internetowa wcale nie oznacza jednomyślność ani globalnego wszechporozumienia. Tak jak w ekosystemie. A mimo to działa. Siła wspólnot internetowych (tych chwilowych jak flashmob, jak i tych bardziej trwałych) tkwi w nieustannym osiąganiu porozumienia na przekór różnorodnym przeszkodom. Trwa nieustanne dyskutowanie. Uczymy się zbiorowo, popełniając różnorodne błędy. W kłótniach grupy się rozpadają. Ale potem znowu powstają. Jednostki systematycznie uczą się coraz lepiej i efektywniej współdziałać w takich cywilizacyjnie nowych grupach internetowych. Rozpadają sie więc grupy i powstawały nowe, bardziej spójne.

Tak jak podłączone komputery tak i „podłączone” sieciowo mózgi zwielokrotniają w internecie swoją „moc obliczeniową” (moc społeczną, moc kulturową). Grupa ludzi może razem działać i wykonywać jakieś zadanie, tak jakby była jednym, inteligentnym, samomonitorującym się i sterującym bytem, pracującym z jednym umysłem, a nie zbiorem niezależnych podmiotów intelektualnych. I znowu na myśl przychodzi mi porównanie do ekosystemu: wiele różnych, niezależnie działających osobników i gatunków a efekt wydaje się jakby był centralnie i całościowo zarządzany i sterowany.

Korzystanie z internetowych form międzyludzkiego kontaktu i związanych z tym zjawisk ułatwia jednostce sformułowanie własnych myśli i artykułowanie swoich opinii. Bo więcej „mówi” i pisze. Coraz bardziej określamy się w dialogu, tak jak chyba  nigdy do tej pory (ale może jest to wrażenie, bo nie znanym, nie pamiętamy tego świata przedinternetowego). W jakimś sensie utraciliśmy ciszę i wpadliśmy w gwar relacji i dyskusji. Jeśli dodać to tego telefonię komórkową i mobilny internet, to żadne wcześniejsze pokolenie nie pisało tak dużo jak obecne. Na pewno mniej milczymy, mniej mówimy ale z całą pewnością więcej piszemy.

Współpraca internetowa tworzy nowe formy, czego przykładem jest chociażby Nauka 2.0. Nauka 2.0 rozwija się na bazie nowych, internetowych narzędzi komunikacji i współpracy w sieci w formie blogów, różnych wiki czy portali społecznościowych. używanych przez naukowców. Rozwija się idea wolnego dostępu (Open Access, Open Data) oraz projekty współpracy naukowej pomiędzy akademikami i nie-akademikami (tzw. nauka obywatelska).

Dzięki internetowi zyskaliśmy niewyobrażalnie łatwy i ogromny dostęp do zasobów najróżniejszych informacji (prawdziwych, zmyślonych, zmanipulowanych). Nicolas Carr, amerykański badacz internetu twierdzi, że stan nadmiaru informacji prowadzi do cywilizacyjnego i ewolucyjnego cofnięcia się naszego gatunku. Coś na pewno ulega regresowi gdy równocześnie coś innego się rozwija. Trudno to teraz dobrze ocenić.

Powiększające się bogactwo zasobów w sieci, w tym zasobów na wolnej licencji i otwartych, z całą pewnością zmienia także szkołę i edukację w szerszym sensie. Tworzą się możliwości nowych relacji oraz zmianie ulega rola nauczyciela w klasie. No właśnie, czy na pewno już w klasie, tej tradycyjnej i z ławkami? Edukacja to nie tylko podręczniki szkolne i wiedza nauczyciela ale stale powiększające się zasoby, dostępne w sieci. Nauczyciel musi nie tyle nauczyć pisać i czytać, co poruszać się w gąszczu i nadmiarze informacji. Z tradycyjnej roli mentora nauczyciel przekształca się w przewodnika w społeczeństwie informacyjnym.

25 lat w życiu człowieka to tylko fragment (w życiu społeczny jeszcze mniej). Osiągniecie młodzieńczej dojrzałości. Co będzie dalej? 

O kłódkach zakochanych na moście, współczesnych czarownicach i o metodzie naukowej

sczachor

13767402_10208953183060175_8229544634758413128_oCzy metoda naukowa jest przydatna przeciętnemu człowiekowi? Czyli po co nam nauka? I jak jej uczyć w szkołach albo nie tylko w szkołach, gdyby okazała się przydatna w życiu codziennym? To wiodący temat zbliżającej się konferencji Pokazać-Przekazać w Centrum Nauki Kopernik.  

Moim zdaniem (i nie tylko moim) metoda naukowa jest znakomitą kompetencją… zawodową w XXI wieku. Da się zastosować do każdego aspektu rzeczywistości i każdego stanowiska pracy. Pozwala obserwować, analizować i wyciągać poprawne wnioski. A skoro to takie uniwersalne narzędzie to może warto sprawić by było powszechnie dostępne i stosowane? Warto jej nauczyć tak jak czytania i pisania.

Za przykład niech posłużą zlikwidowane kłódki na moście (przy olsztyńskim zamku nad rzeką Łyną), wieszane przez zakochanych. Moda ta dotarła i do Olsztyna już dawno. Ale od dłuższego czasu zarządcy dróg twierdzili, że owe kłódki "stają się ogniskami rdzy. (...) na dodatek wiszące ozdoby utrudniają konserwację." Tym razem dopięli swego i kłódki zniknęły. Wiele osób żałuje i czuje się zniesmaczonych. To nie pierwsza próba usuwania kłódek z olsztyńskiego mostu (Kłódki na moście czyli ogniska głupoty oraz Od czego rdzewieją kłódki na moście).

Metoda naukowa jest udoskonalonym procesem myślenia racjonalnego, które stosowali nasi przodkowie. Została tylko ulepszona. Tak jak wszytko, kiedyś garnki lepiliśmy sami, ręcznie. Teraz korzystamy z bardzo profesjonalnie wytwarzanej ceramiki przemysłowej. Lepsze i tańsze. Metoda naukowa pozwoliła ludzkości osiągnąć niesłychany postęp technologiczny.

Ale wróćmy do przykładu z kłódkami. Skoro na rdzewiejącej balustradzie wiszą kłódki to pewnie one są przyczyną odchodzenia farby i rdzewienia (taka pierwsza, robocza hipoteza). Jak sprawdzić, zweryfikować ową hipotezę? Można z wykorzystaniem metody naukowej (a ta metoda sprowadza się przede wszystkim do sposobu myślenia i weryfikowania a nie stosowanych przyrządów technicznych i specjalistycznej aparatury). Wspomniana hipoteza wydaje się uzasadniona, bo przecież kłódki mogą mechanicznie uszkadzać farbę, poruszane przez wiatr lub oglądających je ludzi. Jakoś to się mieści w naszym „paradygmacie” rozumienia świata. Takie wytłumaczenie pasuje nam do całości (systemu wiedzy i innych obserwacji). Ale metoda naukowa polega na weryfikacji wszystkich naszych mniemań, przypuszczeń, hipotez.

13653177_10208953182220154_6056097090877608843_o

Po pierwsze należało sprawdzić czy zawsze (lub najczęściej) rdzewienie dotyczy tylko fragmentów balustrady z kłódkami (próba kontrolna). Tak się składa, że w tym samym czasie, gdy malowano-odnawiano balustradę na moście, powstały inne, nowe barierki. Otóż (co pisałem już dużo wcześniej - linki wyżej i co zilustrowane jest zdjęciami wyżej) farba odłaziła również tam, gdzie nigdy kłódek nie było. Zatem taka próba kontrolna powinna dać do myślenia. W zasadzie obala hipotezę, że za zniszczenie balustrady odpowiedzialne są kłódki, wieszane przez zakochanych (a przynajmniej że są główną przyczyną). Można oczywiście zastosować właściwą nauce metodę ilościową i policzyć procent (skalę) odchodzenia farby w zależności od liczby kłódek na powierzchnię/długość itd. włączyć metody statystyczne itd. Niemniej wydaje się właściwym szukanie innej przyczyny. Może to wilgoć od rzeki? Może to wadliwe wykonanie malowania i użycie nieodpowiednich farb?

Po drugie można szukać innych miejsc, innych balustrad, gdzie wiszą kłódki. I takie w pobliżu można znaleźć. Wiszą kłódki (na razie pojedyncze) od co najmniej roku a żadnego odchodzenia farby i rdzewienia nie widać. To drugi mocny argument przeciw usuwaniu kłódek z mostu. Bo nie one są „winne”.

13641250_10208953191540387_7524376410926887903_o1Bo jeśli nie odkryjemy rzeczywistej (a przynajmniej bardziej prawdopodobnej) przyczyny to obecne odnowienie i konserwacja będą równie nieskuteczne co poprzednia.

Z tymi kłódkami na moście to jak z paleniem czarownic - kto inny zawinił, kogo innego ukarano. Możliwe, że kłódki to taka zasłona dymna dla ukrycia fuszerki. "Spali się kłódki" na stosie i nikt nie będzie pytał o rzeczywiste przyczyny. Widowiskowo będzie. Ale czy będzie zlikwidowana przyczyna rdzewienia?

Oczywiście, łatwiej jest wykonać odnowienie i malowanie, gdy kłódek nie ma. Z kłódkami byłoby trochę trudniej, ciut więcej pracy. Widziałem kłódki na moście w Wilnie. Po prostu były… pomalowane razem z balustrada. Nie odcinano ich.

I jeszcze jeden aspekt: jednym się kłódki podobają innym nie. Ale w dyskusji o kłódkach na moście używajmy rzeczywistych argumentów a nie populistycznych i "dorabianych". Że niby uzasadnione jest zlikwidowanie kłódek, bo most uszkadzają. Tak jak ze spaleniem ostatniej czarownicy w Reszlu, dwa wieki temu. Była podpalaczką miejskich domów… a skazano za czary.

Po co jest metoda naukowa zwykłemu zjadaczowi chleba? By poznawać rzeczywiste przyczyny i by działać skutecznie. Magię można porównać do inżynierii - także jest sposobem wpływania na rzeczywistość. Za pomocą zaklęć chcemy wpływać na zmianę biegu rzeczy (na przykład odgonić burzę z gradobiciem). O ile jednak w inżynierii (czy medycynie) metodą naukową weryfikuje się wszystkie pomysły, hipotezy, interpretacje oraz sprawdza rezultaty, o tyle w magii skuteczności zaklęć się nie weryfikuje. Jeśli zaklęcie nie pomogło… to nie oznacza, że zaklęcia są nic nie warte (podobnie jest w różnorodnych teoriach spiskowych). Na przykład winny jest sam zaczarowany (może pomylił się z w zaklęciu albo coś nie tak zrobił?). Ostatnio taki argument słyszałem w odniesieniu do znachorskiego leczenia chorób nowotworowych siłą woli. Nie pomaga? Znaczy za mało wierzył pacjent.. w siłę znachorskiej magii. Sama skuteczność owych znachorskich praktyk w ogóle nie jest poddawana weryfikacji…

Ostateczne rozstrzygniecie jest jak z tym złotym pociągiem z Wałbrzycha - można sprawdzić i rozkopać. Naukowcy też sprawdzili teren georadarem, ale inaczej zinterpretowali wyniki (pociągu się nie dopatrzyli). Poszukiwacze dopatrzyli się tunelu i pociągu. Dwie różne hipotezy w oparciu o te same metody georadarowe.  Nie wystarczy kupić sobie nowoczesny sprzęt, trzeba nauczyć się jeszcze poprawnie go obsługiwać i interpretować wyniki. Niemniej wykonanie wykopu definitywnie rozstrzyga czy jest tam tunel z jakimkolwiek pociągiem. Poprawna metoda weryfikacji, właściwe metodzie naukowej.

Podsumowując - szkoda pięknego moim zdaniem zwyczaju wieszania kłódek na moście. Ilekroć przechodziłem tamtędy z gośćmi, to prawie zawsze się zatrzymywali i oglądali. Szczególnie, gdy byli to młodzi ludzie. Była to niewątpliwie intrygująca atrakcja turystyczna. A skoro kłódki nie są "winne" rdzewieniu to może należało je pozostawić lub twórczo zaproponować inne miejsce do wieszania kłódek. I nie wrzucania kluczy do rzeki (przykład kreatywnych rozwiązań z kłódkami).  

Łyny kijem nie zawrócisz. Młodzi ludzie i tak je wieszają, na razie w innych miejscach, na innych balustradach i innych mostach. Quasi magiczne praktyki z obwinianiem kłódek i ich odpiłowywaniem nie pomagają...

Czy to problem z jętkami ?

sczachor

Jtki_Ciesielski_2Czasem owady sprawiają problem, ba nawet wzbudzają panikę. To co widać na zdjęciu obok to nie dym z komina ani mgła, to lecące owady. Jak w horrorze. Nic dziwnego więc, że od czasu do czasu dostaję różne ilustrowane zapytania: co to jest i jak sobie z tym radzić.

"Witam Panie Profesorze, mamy problem z jętkami. W maju i czerwcu pojawiają się ogromnymi chmarami wokół naszej nieruchomości położonej nad Zalewem Szczecińskim (...). Trudno wtedy oddychać. Zanieczyszczają elewację pałacyku, wdzierają się do wnętrz budynków. Czy są jakieś sposoby na pozbycie się tych owadów, a przynajmniej na zredukowanie ich liczby?"

Dlaczego akurat jętki? Być może takie skojarzenie pojawiło się po doniesieniach medialnych, gdy masowy wylot jętek nad jedną z rzek Polski, utrudnił przejazdy samochodów. Na filmiku było widać jak ludzie usuwają z mostu owe owady szuflami. Nad Zalewem Szczecińskim akurat masowo pojawiły się muchówki z rodziny ochotkowatych (Chironomidae), co dobrze widać na dolnym zdjęciu.

 Wcześniej dostałem także zapytanie co robić z takimi ochotkami nad Wisłą, gdzieś w okolicach Zalewu Włocławskiego. Innej osobie swą liczebnością utrudniały życie. Owady dla człowieka są bezpieczne. Mimo iż powierzchownie podobne są do komarów, to nie są krwiopijne. Larwy żyją w wodzie. Wędkarze i akwaryści używają ich jako przynętę (ci pierwsi) lub jako pokarm dla rybek (ci drudzy).

Nawet i chruściki (Trichoptera) kiedyś w Kanadzie wystąpiły z podobnej roli - masowy wylot Hydropsyche spowodował problemy na EXPO. Jak sobie radzić i przeciwdziałać? Najlepiej przeczekać. Tyle owadów to pokarm dla innych zwierząt. A w przypadku Chironomidae to swoiste oczyszczanie zbiorników wodnych, czy to Zalew Szczeciński czy Włocławski. Wynoszą ze sobą fosfor i azot (odpowiedzialne za eutrofizację wód) . Masowy wylot to forma obrony przed drapieżnictwem. Zsynchronizowany wylot to nagłe pojawienie się zasobów pokarmowych nie-do-przejedzenia.  Część zostanie zjedzona ale duża część przystąpi do rozrodu zupełnie bezpiecznie. Potem pokarm znika. I dla drapieżników po nagłej obfitości przychodzą dni postne. Podobne zjawiska ale w mniejszej skali obserwować możemy w miastach, gdy następuje rójka mrówek (wylot postaci dorosłych, uskrzydlonych). 

Wracając do początkowego pytania jak sobie z nimi radzić, tymi ochotkami. Po pierwsze stworzyć warunki dla zwierząt owadożernych, od ptaków i nietoperzy poczynając a na pająkach kończąc. Ale rzeczywisty problem jest w wodzie, gdzie rozwijają się larwy. Być może potrzeba więcej ryb i małych, drapieżnych bezkręgowców? Najlepiej byłoby ograniczać liczebność w stadium larwalny, bo gdy wylecą po przeobrażeniu to jest już za późno.

Przykład z ochotkami pokazuje, że źródła naszych problemów czasami leżą gdzieś daleko. Potrzebne są całościowe rozwiązania a nie miejscowe i doraźne. Podobnie jest ze skutkami zmian klimatu. Trzeba więc po pierwsze rozumieć mechanizmy funkcjonowania ekosystemów oraz zależności troficzno-regulacyjnych. Zarządzanie ekosystemami to niełatwe zadanie i trudna sztuka. Tym bardziej, że wszystkiego jeszcze nie wiemy a przyroda to niezwykle złożony i wieloelementowy "mechanizm".

 fot. nadesłane przez czytelnika

 Jtki_Ciesielski_1

Szablak krwisty na przystanku czyli czekanie na okazję

sczachor

14055022_158671641203594_53531032610080554_nPrzystanek kojarzy się z czekaniem (oczekiwaniem). Ale co do tego ma ważka szablak krwisty (Sympetrum sanguineum)? Już wyjaśniam. Będzie także o edukacji pozaformalnej w nietypowej formie i o planach na przyszłość.

W dobie powszechnych samochodów osobowych czekanie najczęściej kojarzymy ze staniem w korku lub na światłach (sygnalizacja świetlna). Ale dawniej powszechniejsze było wystawanie na przystanku, czekanie na okazję by ktoś podwiózł, gdy autobusu długo nie było. A generalnie z czekaniem na autobus. Bo a nuż przyjedzie trochę szybciej (więc trzeba być wcześniej). A zazwyczaj autobus się spóźnia, zwłaszcza przy złej pogodzie. Lub z powodu korków. Tak jak w sezonie turystycznym w okolicach Zakopanego. Nie dość że autobusy jeżdżą poza planem (różnie spóźnione, czasem bardzo dużo) to niekiedy jadą inną trasą, by ominąć korki. A przy okazji niektóre przystanki...

Jednym słowem przychodzisz na przystanek i czekasz. Sam lub w towarzystwie. Czekanie kojarzy się z nudą. Wiejski przystanek to miejsce publiczne, gdzie młodzież dawniej przesiadywała, wypisywała różne frazy na ścianie, i brzydkie i miłosne. Edukacja dość wątpliwa, czasem tanie wino i papierosy. Edukacja na przystanku kojarzy się z czymś złym, niepożądanym. I te nasze wiejskie przystanki (miejskie też) wyglądają zazwyczaj marnie: brzydkie, pogryzdane, zdewastowane.

Za sprawą artystów świat może być jednak inny. Anna Wojszej od jakiegoś czasu maluje przystanki. I nie jest to zwykłe malowanie lecz z podtekstem edukacyjnym. Utrwala lokalną bioróżnorodność. Przykładem jest szablak krwisty, który znalazł się na jej przystankowym dziele (pośród innych roślin i owadów).

Szablak krwisty (Sympetrum sanguineum) jest jednym z pospolitszych gatunków szablaków, żyjących w Polsce. Samce mają pięknie ubarwiony odwłok. Podobne czerwone zabarwienie ma także kilka innych gatunków. Ale można je od siebie odróżnić. Samica szablaka krwistego jest żółto-brązowa lub czerwonawa, a po bokach ma niebieskawy nalot.

Szablaka krwistego w stadium imago (czyli owada dorosłego) najczęściej spotkać można od czerwca do października nad różnego typu niewielkimi zbiornikami i stawami rybnymi (zwłaszcza tymi okresowo osuszanymi). Omawiane ważki jaja składają najczęściej poza wodą (a przecież jak wiadomo larwy ważek żyją w wodzie!), gdzieś na brzegu zbiornika, wśród traw i mchów. Jaja mają wielkość około 1 milimetra, uważne oko więc może je wypatrzeć. Trzeba tylko wiedzieć czego i gdzie szukać. No i kiedy. Na początku sablakowe jaja są białe a potem ciemnieją i stają się ciemnobrązowe. Zimują szablaki w stadium jaja. Dopiero wiosną kolejnego roku, gdy zbiornik wypełnia się wodą, jaja zalewane są wodą i wylęgają się z nich larwy. Larwy więc tak jak na ważki przystało żyją i rozwijają się w środowisku wodnym.

Jasne jest już więc powiązanie szablaka krwistego z przystankiem i czekaniem. To jaja tych ważek oczekują na zalanie wodą a za sprawą artystki z Wipsowa szablak krwisty znalazł się na przystanku w Wójtowie. A skoro już są przyrodniczo ozdobione przystanki, które cieszą oko przejeżdżających i oczekujących, to wpadłem na pomysł by wykorzystać je edukacyjnie. Taka edukacja przyrodnicza na przystanku. Nie jakieś tak odkrycia małolatów typu „ch... i p... w nocy gwizda” ale edukacja przyrodnicza, przybliżająca lokalną przyrodę. Kiedyś byliśmy blisko niej, teraz znacznie częściej poznajemy świat z telewizji i internetu. A że prawie każdy ma już smartfon z internetem, to zamierzam dołączyć do już istniejących ilustracji przystankowych krótkie opowieści o tym, co na przystanku. By sobie poczytać. Na przykład o czekaniu w czasie czekania.

13938039_158671724536919_8465559600083746074_o

Na letniej konferencji w Warszawie (Inspiracje 2016 - zobacz wystąpienie)  podawałem przykład przystanków, wymalowanych przez Annę Wojszel, jako możliwość nietypowej edukacji pozaformalnej. Właśnie się dowiedziałem, że pomysł ten naśladować będą w Wielkopolsce. Jak powstaną, to pokażę.

Wszystko zaczęło się mniej więcej dwa lata temu na plenerze w Tumianach, gdzie miałem okazję spotkać się z Anną Wojszel i w czasie pracy rozmawiać o różnorodności biologicznej wokół nas. Powstały nie tylko warmińskie malowane kamienie. Ale narodził się pomysł gadających dachówek… a teraz dojrzał i wykrystalizował się pomysł z edukacyjnymi przystankami. Dużo pracy przede mną by te przystanki edukacyjnie przemówiły donośnym głosem, słyszalnym daleko. Jak już skończę, to pokaże rezultaty.

Tymczasem jeszcze jedno wyjaśnienie autorki, jakie niedawno pojawiło się na Facebooku "Tu powstanie warmińska łąka" - tak napisałam na ścianie, zaczynając prace nad nowym, malowanym przystanku autobusowym na drodze DK 16 - Wójtowo w czasie ulewy :-)... i powstała łąka z kwiatami, trawami, ważkami, motylami i warmińskim słońcem. Przystanki autobusowe - miejscem nieformalnej edukacji przyrodniczej i piękną wizytówką Warmii... Łąki, kwiaty, ważki... Myślę, że to właśnie stanie się naszą nowoczesną warmińską tożsamością...dziękuję Stanisławowi Czachorowski emu za inspirację”. To ja dziękuję, za tak owocną i przyjemną współpracę. Inspiracja idzie we dwie strony. Efekt synergii.

Warto zajrzeć na stronę „Artystycznie malowane przystanki"

Niniejszy wpis ilustrowany jest fotografiami Anny Wojszej.

 13620239_1240438509301338_5559714645170625874_n1

Woda dla spragnionych na ulicy (w mieście turystycznym)

sczachor

pompaBez jedzenia można wytrzymać kilka dni, bez wody już nie. Zwłaszcza latem i w upał. Pragnienie czują zwłaszcza podróżujący, wędrowcy, turyści - gdy są z dala od swojej wody w domu. Skazani są na życzliwość miejscowych lub na kupno (komercyjny dostęp do wody). A cena wody bywa różna, nawet po kilka euro za butelkę. Wiedzą to ci, którzy odwiedzają różne popularne turystycznie miejsca.

Pamiętam upalne lata z dzieciństwa. I wędrówki do lasu czy nad jezioro (Mazowsze). A gdy pić się chciało, wstępowaliśmy do pierwszego lepszego gospodarstwa prosząc o wodę ze studni. Nigdy nam nie odmawiano. Takie zwyczajne dzielenie się tym, co w przyrodzie. Mile wspominam także ważkową wyprawę do Rumunii sprzed 10 lat. W wielu miejscach spotykaliśmy studnie, nawet w odludnych miejscach. A przy nich kubeczki. Nawet nie przywiązane. Gest życzliwości. Nawet obcy i podróżny może się napić, gdy spragniony.

Dostęp do czystej wody jest narastającym problemem globalnym. Zasoby wodne należy ochronić przed prywatyzacją i skrajną komercjalizacją. Nie wyklucza to restauracji, barów i kawiarni, w których za usługi i płyny się płaci. Mam na myśli bezpłatne ujęcia wody.

Pamiętam takie na dworcach kolejowych, w dawnych czasach. Bo nie każdego stać było kupić coś w dworcowym barze, a przecież i te nie zawsze były czynne. Po prostu wygoda dla podróżujących.

Olsztyn jest stolicą regionu turystycznego. Mamy bardzo dobrą wodę w wodociągach. Moglibyśmy się nią chwalić i wykorzystać w celach promocyjnych. A obecnie jedynie w trzech lokalach gastronomicznych podają wodę z kranu. Przypominam sobie swoje wyjazdy do Hiszpanii i Francji. Tam, gdy siedliśmy w restauracji czy oberży do stolika, to od razu stawiano nam zimną wodę z kranu. Za darmo. Potem i tak zamawialiśmy sporo. Mogłoby się wydawać, że jak gość spragniony to więcej wody kupi. Niby tak, ale jak uraczyć go darmową wodą z kranu (a w upalne dni pić się chce), to przecież wcale mniej pieniędzy nie wyda. Zakupi coś innego. W dobrym nastroju więcej wydajemy. A poczęstunek wodą pokazuje życzliwość i otwartość. Wzbudza sympatię. I to przekłada się na zyski.

Zmierzam do tego, że bezpłatny dostęp do wody, nawet w lokalach gastronomicznych wcale nie ujmuje dochodów restauratorom. Jednocześnie mogłoby być dobrym elementem promocyjnym miasta. Mamy czysta wodą i jesteśmy gościnni.

Na początku sierpnia dostałem taką nietypową prośbę "Wraz ze znajomym (…) złożyliśmy do OBO projekt o instalację zdrojów wody pitnej na terenie Olsztyna, dokładnie 16 sztuk (…). Projekt zakwalifikował się i na tym etapie staramy się przekonać mieszkańców, że jest wart oddania głosu (…). Założyliśmy na ten cel fanpejdż: https://www.facebook.com/H2OLpl. Na stronie http://pijewodezkranu.org/ umieszczona została Pańska wypowiedź dotycząca picia wody [ S.Cz.: Piję wodę z kranu, bo jest bardzo dobrej jakości, bo jest znacznie tańsza od butelkowej, kupowanej w sklepie oraz dlatego, że czuję się odpowiedzialny za przyrodę wokół mnie.]. Chciałabym zapytać czy byłby Pan tak uprzejmy i wypowiedział się na temat naszego projektu oraz wyraził zgodę na publikacje Pańskiej wypowiedzi w informacji prasowej, którą przygotowujemy?'

Szczytny cel wesprzeć warto. Bo to i dla ochrony środowiska ważne i dla samego Olsztyna. Niżej zamieszczam rozszerzoną wersję udzielonych odpowiedzi:

  • Czy uważa Pan, że cel jest słuszny? Jak najbardziej słuszny i potrzebny, zwłaszcza w mieście turystycznym. Ważne jest aby dzielić się wodą przy niskich kosztach środowiskowych: bez zbędnego transportu wody i bez zbędnej produkcji jednorazowych opakowań. Ludzi spragnionych napoimy a środowisko przez śmieciami ochronimy. Środowisko w skali globalnej jak i regionalnej.
  • Czy potrzebne są w Olsztynie punkty, z których można napić się w razie potrzeby czystej wody pitnej z naszych wodociągów? Dlaczego? Bardzo przydatne, tak jak kiedyś studnie. W zasadzie powracamy do tego, co było dawniej. Każdy, kto choć trochę wędrował wie, jak ważna jest życzliwość i dzielenie się wodą "przy studni". Mało jest punktów wody pitnej, z których można skorzystać poza domem. Dla mieszkańców ważne jest to w czasie upałów a dla turystów i podróżnych cały czas. Co Pan sądzi o wodzie butelkowanej i czym różni się woda z kranu od tejże? Jest porównywalna co do jakości. Różnią się ceną. Przy wodzie butelkowanej płacimy przecież za jednorazowe opakowanie (butelkę), transport z daleka i koszty utylizacji śmieci. Oczywiście, że woda w butelkach powinna być dostępna w sklepach. Ale można ograniczać zużycie surowców i energii upowszechniając picie wody z wodociągów. Chyba nas stać podzielić się z potrzebującymi i spragnionymi? Przecież to nie są duże koszty.
  • Jakie według Pana są ukryte koszty picia wody butelkowanej? Po pierwsze transport i zużycie paliw kopalnych, emisja do atmosfery dwutlenku węgla i innych substancji, w konsekwencji jest to wzrost zanieczyszczenia powietrza jak i przykładanie się do efektu cieplarnianego. Po drugie to koszty jednorazowych opakowań: zużycie ropy naftowej jako surowca i produkcja dużej ilości odpadów (śmieci). Ileż z nich ląduje w lasach i w jeziorach? W końcu to koszty handlowe. Woda powinna być dostępna dla wszystkich. Czysta woda. Darmowa woda z kranu powinna być wizytówką miasta turystycznego. Mniej zarobimy, bo można byłoby zarabiać na wodzie? Ale otwartość i życzliwość dla przyjezdnych (jak i miejscowych) to finalnie wyższe zyski z turystyki. Niewielkie koszty a wiele zyskujemy.
  • Jaki mamy wpływ na nasze środowisko mając do wyboru wodę w butelce i wodę z kranu? Już wymieniałem. Woda z wodociągów to niższe koszty dla środowiska: mniejsze zużycie energii, surowców, niższe koszty utylizacji odpadów. Nie żyjemy poza środowiskiem więc im lepszy stan środowiska tym nam się lepiej żyje.
  • Czy sądzi Pan, że promocja Olsztyna poprzez wodę jest krokiem w dobrym kierunku? W bardzo dobry, bo wtedy Olsztyn stanie się bardziej przyjazny dla mieszkańców (na spacerze) i dla turystów.

Pomysł wartościowy, wiec wspieram jak potrafię.. Na zdjęciu uwieczniona jest zabytkowa pompa, stojąca koło katedry w Płocku. NIe jest czynna. Tak jak wiele innych. Stoją jako zabytki dawnej użyteczności..

Mój ulubiony Tygodnik Powszechny

sczachor

TygodnikPowszechnyKraków to miejsce wspaniałe. Niezwykle przyjazne dla turystów i odwiedzających. I wyjątkowo tanie. Zjeść na starówce można taniej niż w Olsztynie - było to dla mnie wielkim zaskoczeniem. Jest co zwiedzać i gdzie przesiadywać. Czuje się klimat miejsca. 

Wielokrotnie bywałem w Krakowie i zawsze wracam z tego miasta nienasycony. Z chęcią powrotu. Kraków inspiruje. Narobiłem oczywiście mnóstwo zdjęć. Będą dobrą ilustracją do przyszłych tekstów.

Będąc w Krakowie nie mogłem zapomnieć o redakcji mojego ulubionego Tygodnika Powszechnego. Była akurat niedziela. Nie chciałem sprawdzać czy pracują :). Jest więc tylko zdjęcie przed wejściem do siedziby Redakcji.

Tygodnik Powszechny czytam regularnie od kilku lat. Dobre dziennikarstwo, dużó wartościowych tekstów. I bardzo różnorodnych. 

 

Skansen czyli Święto Ziół faryzejsko cenzurowane

sczachor

skansen_1Cudze dzieci szybko rosną (w naszym oczach). Bo widzimy je od czasu do czasu i wtedy łatwo zauważamy zmiany we wzroście. Swoje, oglądany codziennie, mimo, że tak samo rosną, wydają się nam jako nie zmieniające się. Bo różnice są słabo zauważalne. Łatwej dostrzegamy duże zmiany niż te małe, a że widzimy swoje dzieci codziennie, to i wydają się nam ciągle takie same. Trzeba więcej dystansu by wyraźnie różnice zauważyć.

Telewizora w domu nie mam, ale w czasie wakacyjnych wojaży, przy śniadaniu lub w hotelu, oglądałem publiczną telewizję. Zmiany na gorsze widać bardzo wyraźnie. Przecierałem oczy i uszy ze zdumienia. Siermiężna, partyjna propaganda jak za dawnych, komunistycznych czasów…

Skansen kojarzy się z muzeum ludowym, z przeszłością. Z gromadzeniem nie tylko muzealnych eksponatów ale i z odtwarzaniem dawnych zawodów, z rekonstrukcjami dawnego stylu życia. Odnoszę wrażenie, że w publicznych mediach mamy jeden wielki skansen PRL-u… Ale z nieco inną retoryką, bo widać jak Polska „brunatnieje”.

Ale po kolei. Jak co roku w olsztyneckim skansenie (dokładnie: Muzeum Budownictwa Ludowego – Park Etnograficzny w Olsztynku) odbyło się Regionalne Święto Ziół. Podobnych imprez w ciągu jest więcej (np. Targi Chłopskie itd.). Znacząco ożywiają codzienną pracę wystawienniczą. Na tegoroczne Święto Ziół także zjechały tłumy zwiedzających (zobacz zdjęcia), zabrakło nie tylko miejsca na parkingu ale tworzyły się bardzo długie kolejki do kasy biletowej. Swoje produkty rzemieślnicze i lokalne wystawiło wielu małych producentów - to przy okazji znakomita promocja naszego regionu (rejestracje samochodów zdradzały przyjezdnych z różnych części Polski). Pod względem liczby stanowisk porównywalne z Europejskimi Targani Produktów Regionalnych, które niedawno odwiedziłem w Zakopanem. Jednym słowem sukces edukacyjny i kulturalny.

Wybierając się na Święto Ziół do Olsztynka umieściłem na Facebooku link do mojego tekstu o bylicy pospolitej, z komentarzem „Tak dla przypomnienia, przed dzisiejszym Świętem Ziół w olsztyneckim skansenie.” Gdy wróciłem, znalazłem dopisek innej osoby „Raczej Świętem Marii Wniebowziętej.” A co ma piernik do wiatraka? Ironiczny przytyk rozumiem, ale wynika on z powierzchownej oceny i jest zupełnie nietrafiony. Święto Ziół to nazwa imprezy edukacyjnej w skansenie. Owszem, w programie była nawet msza święta w zabytkowym kościółku. Uczestniczyłem (dlatego przytyk nietrafiony). Oprawę muzyczną zapewnił zespół folklorystyczny z Ełku "Kapela Trzy Czwarte", specjalnie napisali muzykę do mszy świętej. Niezwykłe przeżycie i tłumy ludzi uczestniczący w tej mszy świętej. Wyjątkowej i mocno prawdziwej mszy. Było przecudnie, było także poświęcenie ziół - oczywiście nie ma to znaczenia teologicznego tylko kulturowo-tradycyjnego.

Złośliwa w/w uwaga pojawiła się bo w nazwie „Święto Ziół” nie ma wyeksponowanego „patriotyzmu” i państwowo-kościelnego święta? (a czy nazwa jest ważna czy treść? To nie było zamiast ani przeciw - była to przede wszystkim impreza edukacyjna!). Tak na marginesie, flagi państwowe były wywieszone. To ostentacyjne obnoszenie się z wiarą i religijnością (osoby zamieszczającej cytowany komentarz) jest takie faryzejskie... i pisowskie. Gorszy wierzących i niewierzących. A propos - święto religijne nosi nazwę, jeśli się nie mylę - Święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny (zatem poprawiający sam nie bardzo rozumie, chyba na pokaz bardziej niż z sensem).

I nie poświęciłbym temu większej uwagi gdyby nie inny fakt. Otóż patronami imprezy edukacyjnej w Olsztynku było m.in. Radio Olsztyn i TVP3. Na próżno jednak szukałem na stronach Radia Olsztyn informacji o Święcie Ziół w Olsztynku. Nie było także relacji w telewizji regionalnej, ani 15. sierpnia ani 16. Mimo, że ekipa była. W dniu 15. sierpnia br. regionalne Informacje (TVP3) wypełnione były informacjami… z Warszawy. Pokazywano władze. Z regionu oczywiście pokazano uroczystość religijną ze Świętej Lipki. Odniosłem wrażenie, że sposób myślenia mojej znajomej z Facebooka jest taki sam jak mediów publicznych (albo odwrotnie). Im się tylko z jednym kojarzy. I jest tylko jeden sposób pokazywania rzeczywistości. Stąd moje skojarzenie z medialnym skansenem PRL-u. W Olsztynku nie było władz.. więc po co pokazywać? No i Święto Ziół - przy powierzchownym i pobieżnym oglądzie nie widać „patriotyzmu” ani „kościelności”. Święto Ziół było wartościową imprezę kulturalną i edukacyjną. Nie zabrakło nawet wątków czystko religijnych w znakomitej oprawie. Ale nie było faryzejskiego obnoszenia się… stąd niezauważone. Mimo, że ważne w kontekście regionalnym.

Typowy skansen ma to do siebie, że wchodzimy tam tylko na chwilę. Nawet jeśli uczestniczymy w rekonstrukcji lepienia garnków, pieczenia chleba, mielenia ziarna na żarnach... to wychodząc ze skansenu wracamy do normalnej i współczesnej rzeczywistości. Z "medialnym skansenem" w mediach publicznych jest inaczej. To ciągle trwa. Dobrym rozwiązaniem pozostaje jedynie zmiana programu lub... pozbycie się telewizora. Radia słucham (wybrany program) a informacje wyszukuję w internecie. Jednak nieustannie sącząca się propaganda wpływa na ludzkie zachowania a te już dotykają nas codziennie.... Nie tylko na Facebooku. Mam jednak nadzieję, że ten "medialny skansen" też się niebawem skończy i powrócimy do normalności i normalnych mediów, zwłaszcza publicznych.

skansen_2

Regionalna bioróżnorodność czyli o ziołach we wianku, kłobuku i smoku wawelskim

sczachor

13975512_10209096038071461_3106601991215327753_oRegionalne Święto Ziół (15 sierpnia 2016) w  Muzeum Budownictwa Ludowego – Park Etnograficzny w Olsztynku. Wydarzenie przede wszystkim edukacyjne. Dobre połączenie dziedzictwa kulturowego i przyrodniego (zobacz zdjęcia). I ja miałem tam krótkie, edukacyjne wystąpienie.Było to etnograficzne spojrzenie na lokalną różnorodność biologiczną z ziołami w roli głównej.

Dawniej ludzie postrzegali świat jako całość, gdzie rzeczywistość materialna przenikała się z duchową. W przyrodzie obecne były więc różne duchy, demony a czarami i zaklęciami można było wpływać na rzeczywistość materialną. Magia była jak inżynieria czy medycyna - pozwalała (w mniemaniu naszych przodków) wpływać na rzeczywistość.  Różnorodne zioła były wykorzystywane do pośrednictwa między światem duchowym i materialnym. Dawniej więc podawano zioła choremu by wygonić złe duchy i w ten sposób przywrócić zdrowie. Obecnie także podajemy zioła chorym, ale inaczej objaśniamy ich działanie: za pomocą związków chemicznych i procesów fizjologicznych. Skutek ten sam ale wyjaśnienie zupełnie inne.

Wiele elementów z dawnych wierzeń zachowało się w zwyczajach ludowych jako mniej lub bardziej uświadamiane zwyczaje. Traktujemy je jako dziedzictwo kulturowe. To, co kiedyś było obrzędem, teraz jest kulturowym obyczajem. I jedynie etnolog odszukuje w nich ślady dawnego życia i dawnego widzenia rzeczywistości.

W wykładzie podałem kilka przykładów z ziołami (np. bylica pospolita, podbiał, arcydzięgiel, barszcz zwyczajny, lebioda, pokrzywa) ze wskazaniem elementów etnograficznych jak i współczesnej wiedzy biologicznej. Większość informacji opublikowałem wczesniej na moim blogu - można sobie wyszukać. Nie będę ich tu powtarzał. 

W nazwach gatunkowych wielu gatunków owadów zachowały się nazwy dawnych demonów słowiańskich (świtezianka, rusałka topielica, żyrytwa itd.) – a bez owadów wiele gatunków roślin nie byłoby w stanie się rozmnażać. Wspominałem także o Kłobuku i o tym jak naukowcy ożywili Smoka Wawelskiego jako gatunek biologiczny.

Współczesna gospodarka oparta na wiedzy interesuje się ziołami: nie z powodu magicznych właściwości ale jako surowiec do przemysłu medycznego, kosmetycznego i spożywczego. Element etnograficzny wykorzystywany jest natomiast w turystyce. Bo któż nie lubi przygody z szukaniem kwiatu paproci w noc świętojańską?

13995506_10209096053911857_8139478077791173626_o1

 

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci