Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

O filozoficznym malowaniu kamieni i hybrydowej, wielowarstwowej komunikacji

sczachor

filozoficzne_malowanie_kamieniZ malowania kamieni z filozofami jestem zadowolony. Udało się. Dla mnie był to eksperyment na obcym gruncie, z tremą i obawami. Ale pomysł okazuje się dobry i warto go rozwijać. Mam nowe doświadczenia, spostrzeżenia i przemyślenia. Wykorzystam na zajęciach ze studentami w tym roku. A teraz, na gorąco kilka refleksji.

Dlaczego się zgłosiłem z malowaniem kamieni na Festiwal Filozofii – Filozofia i Sztuka? Okazja wydawała się dobra, bo tematyka dotyczyła refleksji i sztuki. Mówić o sztuce i filozofii czy ją przeżywać? Czy lepiej myśli się w ciszy dalekiej i męczącej pielgrzymki czy na głośnej konferencji? Sztuka, jako prosta czynność, ułatwiająca bycie ze sobą, tak jak na podwórku. Słowa są jak iskanie się a nie tylko przekazywanie informacji. Służą do tworzenie więzi. I chciałem to sprawdzić. W czasie malowania spotkałem filozofa, który zaczął pisać powieści. Bo mimo, że napisać wiele naukowych książek, także w językach kongresowych, to nie jest czytany (tak jakby chciał). W nadmiarze słów nie komentują jego książek. Bo zbyt dużo jest do komentowania i do przeczytania. A powieść? Ano zobaczymy, może forma nie odstraszy zupełnie innych czytelników i będą rozważać jego dyskretnie przemycane myśli filozoficzne? Myślę, że są to podobne poszukiwania nowych i bardziej adekwatnych form komunikacji w środowisku nie tylko akademickim. Nie jestem więc sam w tych swoich poszukiwaniach.

To nie pierwszy raz z tym „naukowo-konferencyjnym” malowaniem kamieni. Miałem już doświadczenia z dyskusjami przy malowaniu jako formą nietypowej kawiarni naukowej. Była też w maju realizacja na konferencji hydrobiologów (Warsztaty Hydrobiologiczne). Tam, wśród biologów wypadło lepiej bo, znacznie lepiej przyjęli organizatorzy (hydrobiolodzy) i bez oporów włączyli się w nowe wyzwania, odpowiednio planując w programie, jako element integracyjny. A uczestnicy odpowiedzieli licznie i ochoczo (ku mojemu zaskoczeniu, bo stereotypowo wydaje się, że naukowcy to "sztywniacy"). Ale tam, u hydrobiologów, za tym szalonym pomysłem stały dwie różne osoby, z różnych ośrodków akademickich i byli „swoi”, stąd może większe zaufanie do eksperymentu i eksperymentatorów. Ponadto sama forma warsztatowa konferencji hydrobiologicznej,  z nastawienie bardziej na wspólną pracę i badania a nie typowa konferencję. Myślowy przeskok był więc znacznie łatwiejszy.

Filozofowie przyjęli pomysł z mniejszą otwartością, z pewną rezerwą (myślę o organizatorach). Może dlatego, że zgłaszała to tylko jedna osoba i to „z innego podwórka”? Może zbyt odbiegało od dotychczasowych schematów i przyzwyczajeń? Początkowo moje zgłoszenie potraktowano standardowo, i wbrew sugestiom jak i opisowi, w programie umieszczono jako typowy referat (krótkie doniesienie). Ale się nie poddałem i sam, niejako na uboczu, dodatkowo zorganizowałem, poza programem dyskusyjne milczenie przy malowaniu kamieni. Bo przy wspólnym malowaniu można mówić ale nie trzeba. Można milczeć.

Postawiłem się na Festiwalu Filozofii w kłopotliwej sytuacji, odbiegając od schematów. Ryzykowałem, bo nie wiedziałem jaki będzie odbiór - wystąpienie zaplanowano w sesji pt. „Sztuka, osobowości, koncepty, osobliwości”. Być może za jakiś czas dowiem się, czy odebrany zostałem ze swoim pomysłem jako osobowość, koncept czy osobliwość. Ryzykowne przedsięwzięcia w 90% kończą się porażką. Taka ich specyfika. Tylko 10% kończy się sukcesem. Ale nie jest to szara przeciętność, więc warto zaryzykować. Notabene w nauce przeważają porażki, błędy, niepowodzenia. W publikacjach i podręcznika jest tylko wycinek naszej aktywności - ten zakończony już sukcesem. Ale bez porażek owe sukcesy nigdy by nie zaistniały. Eksperymenty i ryzyko są powinnością uniwersytetu. Bo jak mamy uczyć własnych studentów innowacyjności i ryzykowania, gdy sami nie ryzykujemy i nie poszukujemy innowacji? Gdy sami twórczo nie eksperymentujemy tylko toczymy się w utartych, bezpiecznych koleinach, zdobywają kolejne stopnie?

Zaryzykowałem bo jako naukowiec-przyrodnik wybrałem się na obce „podwórko”: do filozofów i artystów. Inny rytuał konferencyjny, inny język, inne zwyczaje. Prawie jak inna kultura. Od dłuższego czasu na różnych konferencjach, sympozjach, seminariach przyglądam się i próbuję zidentyfikować różne rytuały, zwyczaje (takie moje, specyficzne badania etnograficzne). A następnie staram się odnieść je do historii (jak powstawały i dlaczego), komunikacji nauowej oraz zastanawiam się czy dalej są efektywne w szybko zmieniającym się świecie. Rytuały ze swej natury mają to do siebie, że są nieco „spóźnione”, zastygłe w czasie. Ich sens rozumiemy jedynie w kontekście czasów i miejsca, w których powstawały. Nie zawsze dostrzegamy to, że zmienił się kontekst i niektóre z nich są już nieefektywną (pozorowaną) komunikacją. Służą jedynie wywieraniu wrażenia, budowaniu prestiżu ale nie komunikacji. Na obcym gruncie, jak w obcej kulturze, łatwo o niezrozumienie. Zarówno ja mogę nie zrozumieć jak i mnie mogą błędnie odebrać. Czułem więc tremę i nie miałem swobody wypowiedzi takiej, jaką bym chciał.Doświadczałem tego, co zazwyczaj studenci na zajęciach. Dzieki tym swoim emocjom, przypominaniu sobie, lepiej będę rozumiał studentów. Nie będzie "zapomniał wół jak cielęcięm bół"

Po drugie forma, jaką zaproponowałem, była inna niż standardowa. Osobliwość. Warsztaty, wspólne łuskanie fasoli czy proste prace, w tym przypadku malowanie kamieni, jakoś nie bardzo mieszczą się w standardowym myśleniu o konferencji. Przecież musi być mówca i odczyt, rzutnik i ekran, jakieś sesje i stół prezydialny. Już parę razy to robiłem, najpierw z malowaniem butelek  - jest w tym także ukryty przekaz o sensie rzeczy i ludzi niepotrzebnych, odzyskiwanych poprzez dostrzeganie nowych wartości, zebranych jako śmieci w lesie i przekształcanych w coś wartościowego. Wysiłek dostrzeżenia sensu i piękna w czymś/kimś z pozoru zbędnym, niepotrzebnym. Potem próbowałem z malowaniem kamieni – charakter surowca i farb wymaga mniej czasu, więc jest bardziej funkcjonalne. Były i dachówki, również stare i niepotrzebne.

Tak sobie myślę, że filozofowie (organizatorzy) nie do końca zaakceptowali moją propozycję (za mało wysiłku włożyłem w przekonywanie, pozostała zbyt "obca"). Narzucony był mi referat. Bo jak jest zgłoszenie, to się referat należy. Ale ja i tak zrobiłem malowanie. Niech będzie referat, ale samozwańczo i tak zrobiłem spotkanie z malowaniem. Na uboczu, na marginesie programu. W jakimś sensie porażka, bo nie odebrane zostało „poważnie”, posadzone mnie gdzieś „na końcu bocznego stołu”. Ale i tak się udało, i tak przyszli ludzie malować i milczeć przy kamieniach. Wiem, że następnym razem dużo więcej czasu poświęcę na przekonywanie organizatorów do takich pomysłów.

Był więc krótki referat z pokazem zdjęć (zdjęcia z dotychczasowych malowań w Olsztynie, Wójtowie, w Karkonoszach itd., było jeszcze w Barczewie, ale akurat zdjęć nie dodałem, i tak dużo było). Nie poszło mi tak jak chciałem, ale jak widziałem - ktoś słuchał. Na malowanie przyszły trzy osoby, w tym jedna (studentka) zupełnie z zewnątrz, spoza konferencyjnego grona. I rozmawialiśmy. Bez tremy, swobodnie. Ja z tych rozmów jestem zadowolony, bardziej niż z sesji referatowej, niby ujętej w ramy godzinowe ale ze sporymi zmianami i przesunięciami czasowymi. Przy kamieniach profesor filozof sporo mi objaśnił z tego, co przy malowaniu się dzieje. A to tego doliczyć trzeba kilkanaście osób, które były na sali w czasie mego referatu (nie wiem ile słuchało i ile treści dotarto, bo nie było relacji zwrotnych, tylko kontakt wzrokowy). A potem ktoś z uczestników przysiadł przy malowaniu kamieni. Ponadto była też krótka dyskusja na Facebooku – też się czegoś dowiedziałem, np. o dyskursie milczącym. Komunikacja hybrydowa, łącząca równe formy: referat, warsztaty, portal społecznościowy, mini-wystawa z tekstem i kodem QR, odsyłającym do internetu itd. okazuje się efektywną formą i bardziej dostosowaną do współczesnego, zabieganego czasu. Pozwala o wiele bardziej w komunikacji przekraczać czas, miejsce i odległość. Jestem pewien, że niebawem podobne rozwiązania staną się standardem konferencyjnym, tak jak swego czasu pełną akceptację uzyskały sesje posterowe i plakaty naukowe (dominują w naukach przyrodniczych, u humanistów jeszcze to relatywna rzadkość).

Będę eksperymentował dalej, dopracowując formę w oparciu o zdobywane doświadczenie, dyskusję i podpatrywanie innych rozwiązań. Kolejne refleksje z filozoficznego malowania i współczesnej komunikacji naukowej spiszę za jakiś czas. Także i na blogu. Zaglądajcie.

O osie dachowej, co za moim oknem mieszka

sczachor

osa_dachowaObserwując przyrodę dużo możemy się dowiedzieć o nas samych (bo na świat wokół nas patrzymy przez pryzmat naszego wnętrza). Osy społeczne inspirują do rozważań nad inteligencją kolektywną (wiedza kumulatywną). A przynajmniej nad dolą człowieka bezdomnego, niepotrzebnego czy pasożytniczo wykorzystywanego...

I w końcu przyleciała osa do mojego domu, przez otwarte okno. Kilka dni czekałem, aż się doczekałem. Za oknem, gdzieś pod daszkiem lub w styropianowej izolacji zrobiły sobie gniazdo. Przez kilka dni czekałem, bo chciałem ustalić czy to osa pospolita czy osa dachowa (pisałem wcześniej przy okazji trzmielówki: O trzmielówce co do gniazda os się wkrada).

A skoro wleciała do kuchni, to jej się z bliska przyjrzałem, także rysunkowi na głowie. Teraz już wiem na pewno, to osa dachowa (Paravespula germanica syn. Vespula germanica). Gniazdo się rozrasta, wiec pewnie teraz jest tam ich kilkaset, może nawet kilka tysięcy dzikich lokatorów.

Osy dachowe występują na terenach otwartych, suchych i umiarkowanie wilgotnych. Spotkać ja można od kwietnia do października. Tak więc osie sąsiedztwo za moim oknem potrwa jeszcze do dwóch miesięcy. Ale nie dłużej.

Osa dachowa jest gatunkiem pospolitym i licznie występujących. Razem z osą pospolitą to najczęściej spotykany gatunek os (osy właściwe – Vespidae). Najczęściej zakłada podziemne gniazda w starych norach niewielkich gryzoni. W środowisku antropogenicznym wybiera miejsca ciemne, dobrze zamaskowane, na przykład na strychach, pod daszkami itd. Takich siedlisk w mieście nie brakuje, w przeciwieństwie do pustych nor gryzoni. Jest osą społeczną, gniazda w wyjątkowo sprzyjających warunkach mogą dochodzić do metra średnicy, a w kolonii może przebywać do kilku tysięcy osobników.

Zarówno osa dachowa jak i osa pospolita należą do najbardziej uciążliwych dla człowieka. Ale „cięgi” zazwyczaj zbierają inne gatunki os. Osa dachowa bywa agresywna w pobliżu swojego gniazda. Ale nawet w oddaleniu od gniazda osy dachowe bywają agresywne. Dokuczliwe są latem, gdy przylatują do cukierni czy piekarni, zlizywać słodkości z bułek, ciast czy owoców. Osy dachowe swoje larwy karmią pokarmem mięsnym: innymi owadami, głównie muchówkami (także i komarami). Z tego powodu są pożyteczne. Ale tego nie widzimy. Widzimy jak dorosłe przylatują do słodkich rzeczy, soku, owoców itd. A że użądlenie nie należy do przyjemnych to i os się boimy. W dzieciństwie widząc osę przy słodkim ciastku wołaliśmy głośno „gorzko, gorzko”, licząc, że taka osa zrozumie nasz komunikat i da się oszukać. Mowy ludzkiej nie rozumieją. Ale krzycząc jakoś dodawaliśmy sobie odwagi.

Chcąc uporać się z „plagą” os w lecie niszczymy ich gniazda. Tyle tylko, że nie odnajdujemy dobrze ukrytych gniazd osy dachowej czy pospolitej, a dobrze widoczne gniazda innych gatunków. Tych gatunków, które są mało agresywne i nam się nie naprzykrzają. Kowal zawinił, Cygana powiesili – chciałoby się powiedzieć.

Zimują zapłodnione samice. Od wiosny zaczynają budować małe gniazdo, składają jaj i karmią pierwsze larwy. Wkrótce pojawiają robotnice (samice ale słabiej odżywione i nie rozmarzające się, w pewnym stopniu „upośledzone”). Społeczeństwo się rozwija. Opiekę nad młodymi przejmują robotnice a samica założycielka („królowa”) zajmuję się jedynie składaniem jaj. Matka rodzicielka. Z czasem robotnic jest więcej, dlatego larwy są lepiej odżywione. Z nich powstają samice (pełnowartościowe). Też składają jaja, ale z niezapłodnionych jaj wylęgają się samce. Także i samica założycielka z czasem składa coraz więcej niezapłodnionych jaj. Samców przybywa. Tegoroczne samice przestają być dziewicami. Z nadejściem pierwszych przymrozków cała kolonia gnie. Za wyjątkiem młodych samic – zaopatrzonych w ciała tłuszczowe, umożliwiające przeżycie. Wyszukują ukrytych miejsc i przeczekują zimę.

Życie osy dachowej nie jest lekkie. Są na przykład osy „kukułcze”, samice wkradają się do gniazda, zabijają „prawowitą królową” i składają swojej jaja. Robotnice opiekują się zupełnie innym gatunkiem. Pracują na cudze. O trzmielówce już pisałem. Warto wspomnieć jeszcze o innym owadzie, pasożytującym i kątem mieszkającym w gniazdach os – chrząszczu o urokliwej nazwie: sąsiad dziwaczek (Metoecus paradoxus), zwany też natrętem.

Co by nie mówić, nawet życie osy dachowej jest ciężkie. Nalata się za pokarmem dla młodych larw. Jak nie zginie od packi, zwiniętej gazety lub nie utopi się w butelce czy zginie od innej trucizny, to do gniazda wniknąć może jakiś pasożyt i wykorzystać cudzą pracę. A jesienią, gniazda się „rozpadają”, robotnice opuszczają gniazdo i jako bezdomne i nikomu już nie potrzebne szwendają się to tu to tam. U os prawie jak u ludzi. Albo odwrotnie. Przechodniu, ulituj się czasem nad uliczną osą…

Szkolne lektury z butelkami w tle – przywracanie wartości

sczachor

czytanie_przasnysz_1Malując butelki, czasem wyszperane ze śmietnika, leżące w lesie czy jeziorze, przywracam im wartość (subiektywną). Jeszcze raz spoglądamy na ten sam przedmiot, ale już z innej perspektywy. Dostrzegamy nie bezwartościowy śmieć, szpecący polską przyrodę, lecz surowiec do dalszej pracy. A potem ozdobę lub sztukę użytkową: niecodzienne opakowanie do nalewek, soku, wazon na kwiaty, pojemnik na zioła itd.

Pamiętacie lektury szkolne? Czasem wspominamy je sympatycznie, czasem jako nudną katorgę (więc zamiast czytać lepiej skorzystać ze streszczeń i opracowań). Mają dać nam wspólną płaszczyznę kulturową. Ale pamiętamy tylko to, co nasze dziecięce, uczniowskie oczy zdołały dostrzec. Niejednokrotnie nie były to nasze odkrycia tylko powielane, nieciekawe, przebrzmiałe fascynacje dawnych pokoleń. I Ameryka odkrywana po raz setny. Nuda….

Do lektur szkolnych wróciłem kilka lat temu. A to za sprawą e-booka, zaopatrzonego we wszystkie szkolne lektury, który dostałem wraz z nagrodą za popularyzację nauki. Urządzenie okazało się wygodne w podróży i w łóżku (przedsenne czytanie). Małe i lekkie. W przeciwieństwie do domowego regału zmieści się w e-booku znacznie więcej książek. Nie ma problemu z miejscem na rozrastającą się domową bibliotekę.

I zacząłem czytać te same książki co kiedyś. Te same lektury, ta sama czytająca osoba… ale zupełnie inne treści (refleksje, spostrzeżenia) do mnie docierały! Dostrzegałem inne szczegóły, inne akcenty. Jakbym czytał inną książkę. Czytałem przez pryzmat zupełnie innych doświadczeń życiowych i aktualnych problemów, właściwych dla wieku mocno dojrzałego. O wartości dzieła nie przesądza ono samo lecz także doświadczenie i wiedza czytającego. Poznanie ma charakter systemowy. Podobnie w nauce: nie ma gołych, obiektywnych faktów. Postrzegamy je przez pryzmat paradygmatu i większej całości jaka jest już w naszej głowie. Do obserwacji wiec potrzebne są nie tylko przyrządy badawcza ale i teoria (paradygmat), wiedza już posiadana. Obserwacje modyfikują tę naszą wiedzę, czasem mocno przeorganizowując wewnętrzny system wiedzy. Zmieniają system… ale nie pojawiają się na bezludnej pustyni...

Warto więc sięgną po rzeczy „wyrzucone”, zapomniane, odłożone w kąt na półkę. Przeczytać ponownie i dostrzec dawniej niewidoczne treści, konteksty, które posłużą do innych interpretacji. A wspólne czytanie to także budowanie więzi. Odkrywanie ich na nowo. Przecież wspólne, narodowe czytanie organizuje się nie dlatego, że część jest analfabetami. Są bowiem rzeczy, które znacznie przyjemniej robić wspólnie. Odkrywać nowe wartości w zapomnianych lekturach jak i nowe wartości w małej wspólnocie.

Za sprawą biblioteki w Przasnyszu moje malowane butelki towarzyszyć będą tegorocznemu, narodowemu czytaniu. Bibliotekarze w Przasnyszu wybrali z Lalki Bolesława Prusa rozdział „Jak wygląda firma J.Mincel i S. Wokulski przez szkło butelek?”. I wpadli na pomysł, że jako jednym z elementów wystroju wnętrza będą właśnie moje malowane butelki. Po butelki przyjechali ponad 100 km.

Narodowe czytanie przez szkło butelki. Niecodzienne asocjacje, także w kontekście malowania kamieni w czasie Festiwalu Filozofii i w Olsztynie. Tworzenie więzi przez sztukę oraz przez wspólne czytanie w miejscu publicznym. Biblioteki się zmieniają, to już nie są tylko magazyny z książkami do wypożyczenia, to coraz bardziej kulturotwórcze miejsca spotkań i życia społecznego. Odkrywanie kulturotwórczej roli tych miejsc dzieje się na naszych oczach. Spotkania w realu tu i teraz, ale i spotkania przez przestrzeń i czas, za pośrednictwem książek. A teraz i Internetu. Zupełnie nowe więzi i relacje w cyfrowym społeczeństwie epoki trzeciej rewolucji technologicznej.

I na koniec mała dygresja. Lektury często wydają się nudne (gdy czytamy w szkole). Bo ile razy można czytać kryminał, gdy znamy zakończenie? Nic nie ma już do odkrycia? Ale możemy poszukać dodatkowych niuansów i coś jeszcze odkryć? Ale nie po 10. czy 100 razach czytania! Tak jak z „odkrywaniem” fotosyntezy czy Ameryki. Dawne pokolenia przeanalizowały lektury w tę i z powrotem. Nuda. Można od razu sięgnąć do streszczeń i opracowań? To nauczyciel musi być twórczy, przecież to uczniowie odkrywają po raz pierwszy dla siebie. Kluczem jest ciekawość nauczyciela (zaraźliwa, przekazywana za pomocą prawdziwych emocji), zarówno przy analizowaniu (odkrywczym) lektury jak i fotosyntezy. To jego kondycja, ciekawość i zaangażowanie są kluczowe dla szkoły. To nauczyciel musi twórczo umieszczać w nowym kontekście czasów i problemów atrakcyjnych dla współczesnej młodzieży. Warto więc inwestować w nauczycieli, by byli wypoczęci i mieli dobre wsparcie. I tego im życzę w nowym roku szkolnym.

A że kształcenie ustawiczne i pozaszkolne jest znakiem czasu, to narodowe czytanie lektur jest nie tylko edukacyjne dla nas samych, ale i może być mądrym wsparciem szkoły. Twórzmy sytuacje edukacyjne i środowisko edukacyjne. Nie pozostawiajmy szkoły i nauczycieli samych w trudnym dziele edukacji i tworzenia wspólnych, ogólnonarodowych podstaw kulturowych. Byśmy mieli o czym ze sobą rozmawiać. I byśmy chcieli.

Fot. Miejska Biblioteka Publiczna w Przasnyszu

czytanie_przasnysz_2

Podwórkowy traktat o malowaniu kamieni czyli o slow science słów kilka

sczachor

malowanie_kamieniKażdy człowiek potrzebuje choć odrobiny filozofii i odrobiny sztuki. Bo potrzebuje sensu i piękna. Każdy człowiek jest twórcą, nawet lepiąc pierogi czy sprzątając mieszkanie. Nie jestem zawodowym filozofem ani zawodowym artystą. Jestem naukowcem (biologiem).

W czasie VIII Festiwalu Filozofii - Filozofia i Sztuka (Olsztyn, 3-4 września 2015), będę malował kamienie. To moja forma wypowiedzi i dyskusji o rytuale oraz o rzeczywistej komunikacji międzyludzkiej, w tym i naukowej. Taki mały protest przeciw korporatyzacji uniwersytetu, zapędzeniu się w zdobywaniu punktów i odgrywaniu rytuały udającego ciekawość i komunikację. Proponowałem spotkanie przy malowaniu kamieniu, ale organizatorzy wcisnęli mnie w konferencyjne schematy. Będzie więc „referat”, zaplanowany 3. września o godz. 13.15-13.35 (Centrum Nauk Humanistycznych, ul. Obitza 1, aula teatralna). W wystąpieniu, które przypominać będzie referat (ale będzie nastawione na komunikację a nie rytuał) opowiem o komunikacji w świecie trzeciej rewolucji technologicznej i nieadekwatnych formach komunikacji międzyludzkiej. Ale przede wszystkim o sensie wspólnego malowania kamieni. Tuż po, od przerwy kawowej, od. ok. 14.10, zapraszam do foyer auli teatralnej na wspólne malowanie kamieni. Kamień trzeba przynieść ze sobą. Będzie można pomilczeć.

Nie mam poletka z fasolą. Ale mam farby. Kamienie leżą wokoło, poszukaj i przyjdź z kamieniem małym lub dużym. Nie trzeba ich kupować. Nie będziemy łuskać fasoli. Będziemy wspólnie malować kamienie. Mówić można ale nie trzeba. Ciszy nie trzeba zabijać słowem. Można milczeć. Słów jest zbyt dużo. Mało kto ich słucha. A niektóre są takie mądre, że nawet mówiący ich nie rozumie. Spotkajmy się, by w prostej czynności przywracać sens i znaczenie rzeczom pozornie bezwartościowym. I ludziom. To nie będzie ani wykład ani komunikat ani referat. Ale będzie komunikacja międzyludzka. Bo nie tylko słowem przekazujemy treści. Będzie to wyjście poza schematy i utarte, akademickie rytuały. Nie potrzebuję auli (wystarczy trawnik, tak jak bezdomnemu), prądu, komputerów czy rzutnika multimedialnego. Nie potrzebuję punktów za rozdział w monografii. Bo to jest slow science na prowincji. Niech to będzie rewolucja, a kamienie kultury rzucimy na szaniec. Ale najpierw je pomalujemy.

Dla niektórych słowo prowincja, podwórko stygmatyzuje i ośmiesza. Jest czymś wstydliwym. Dla mnie podwórko ma sens jako sposób pełniejszego bycia ze sobą bez zbytniego nadęcia i dworskiej oficjalności. Dla mnie prowincja to styl życia, związanego z lokalnością i z trzecią rewolucją technologiczną.

Chcesz porozmyślać? Przyjdź. W malowaniu i filozofowaniu jestem takim samym amatorem jak Ty. A malowaniu kamieni towarzyszyć będzie komunikacja internetowa i wirtualna. Tak samo realna jak malowanie kamieni. Nie ogranicza nic w dyskusji ni przestrzeń, ni czas.

 

zobacz też wydarzenie na Facebooku: https://www.facebook.com/events/1074052469312404/

10 lat blogowania

sczachor

blogczachorowskicopy

Nawet nie zauważyłem, że dwa tygodnie temu minęła 10. rocznica mojego blogowania. Pierwszy wpis ukazał się 16 sierpnia 2005 roku ("W końcu dojrzałem"). W ciągu tej dekady umieściłem 1500 wpisów. Statystyki wskazują, że blog w tym czasie odwiedzony był blisko pół miliona razy (28 sierpnia wieczorem było to dokładnie 489330 wejść). Początkowo było to po kilka wejść dziennie, teraz po kilkaset (czasem po kilka tysięcy, gdy jakaś gazeta umieści link na swoim portalu do wybranego tekstu). Na kilku portalach mój blog był lub jest podlinkowany, czasem artykuły (jak nazwać wpis blogowy? Ta krótka forma nie jest ani esejem, ani felietonem, ani artykułem...) były "przedrukowywane" (ot, nawet przedrukiem tego nazwać nie można, bo nic nie było drukowane) na innych portalach przyrodniczych czy edukacyjnych.

Dużo się w ciągu tego czasu nauczyłem, poznałem zupełnie inną rzeczywistość komunikacji. Miałem okazję wielokrotnie rozmyślać nad komunikacją w trzeciej rewolucji technologicznej. I nad tym jak się świat zmienia.

10 lat profesorskiego gadania. Chyba dużo. Mimo wielu niedoskonałości technicznych tego serwisu, jakoś nie chcę go porzucić. Powoli dojrzewa we mnie myśl, by wybrać część tekstów, poprawić i spróbować wydać w wersji papierowej, czyli trwałej i uporządkowanej. Takie przyzwyczajenie człowieka starszej, papierowej epoki. Chyba, że wymyślę zupełnie coś innego.

ps. ilustracja to baner ze strony PTTK, gdzie linkowany był mój blog.

O trzmielówce co do gniazda os się wkrada

sczachor

trzmielowka_lesnaSezon na osy, i w przyrodzie i w mediach, trwa w najlepsze. Ukazują się sensacyjne materiały, jest strach i panika. O tej porze roku to normalka. A że przyrody nie rozumiemy, to jest i strach, co ma wielkie oczy. Jako dziecko też się bałem os, w szczególności serszeni. Bo potrafią bolesnie użądlić. Wolałem popatrzeć z daleka, zwłaszcza na gniazda, co już puste były.

Niedawno syn nas odwiedził i stwierdził, „chyba macie przy oknie gniazdo os”. Za kilka dni nowy lokator przyglądał się naszemu oknu i powiedział, że jest gniazdo os i trzeba po straż zadzwonić, żeby usunęli. Najwidoczniej osy znalazły jakąś dziurkę i zrobiły sobie gniazdo albo nad daszkiem wejściowym, albo w miejscu styropianowej izolacji. Pomyślałem sobie, że raczej krzywdy nikomu nie zrobią, więc niech sobie żyją w spokoju. Będzie okazja do obserwacji.

Wlot do gniazda był tuż przy naszym oknie. Ale postanowiliśmy osy zostawić w spokoju. Niech sobie żyją. Przecież to owady drapieżne, będą łowić komary, muchy czy inne owady (zwłaszcza te uważana za szkodniki). Co prawda jesienią będą zlatywać się do owoców, ale najwyżej zamknie się okno. W ciągu kilku dni wpadły do domu ze dwa-trzy razy. To je gazetą za okno wyrzuciliśmy. Gniazdo na razie się chyba rozrasta, bo os jakby więcej. Ale niebawem – zgodnie z cyklem rozwojowym – zniknie, robotnice jako "bezdomne" szwendać będą się po okolicy, gniazdo opustoszeje a samice poszukają kryjówki na zimę. Niech więc sobie kątem u nas mieszkają, w drogę sobie wchodzić nie będziemy. Spółdzielnia pewnie dodatkowego czynszu nie naliczy za nietypowych sublokatorów.

Jedząc śniadanie mogłem sobie obserwować życie os. Niedawno przyleciała jakaś muchówka. I całkiem odważnie zbliżała się do otworu wlotowego gniazda os. Odważna, myślę sobie. Nie boi się os, i tego, że ją mogą upolować. Muchówka wydała mi się znajoma. Szybko sprawdziłem, tak to trzmielówka leśna, wielokrotnie przeze mnie widywana na przydrożnych kwiatach. Gdzieś w głębi pamięci kołatała się myśl, że może ten owad jakoś pasożytuje na osach. Zacząłem sprawdzać. Swoją drogą to jest ciekawe, dlaczego osy na taką nie polują? Mimikra? Może jakiś zapach? Może poznanie tajemnic trzmielówki leśnej pozwoliłoby opracować jakiś środek "przeciw osom", to znaczy by być bezpiecznym i by ludzi nie żądliły, gdy czasem wejdziemy sobie w drogę.

Odpowiedniego hasła na Wikipedii nie było (o trzmielówce leśnej, o innych były). Więc sięgnąłem do źródeł papierowych (niektóre internetowe zawierały błędy) i szybko hasło na Wikipedii uzupełniłem. W cyfrowym świecie wiedza kolektywna taką ma właśnie postać – już nie opowieści w zimowy wieczór ale właśnie w cyfrowym, wspólnym i wolnym repozytorium. Ostatnio naczytałem się o inteligencji zbiorowej, kolektywnej, to i poczułem się w obowiązku uzupełniać zbiorową wiedzę. Gdybym wezwał straż i gdyby osy wypleniono, to bym nie mógł prowadzić obserwacji i nie miałbym okazji zobaczyć trzmielówki leśnej w akcji.

Trzmielówka leśna (Volucella pellucens) jest owadem z rzędu muchówek, należy do rodziny bzygowatych (Syrphidae). Długość ciała dorosłego owada waha się w granicach od 12 do 16 mm. Ciało czarno-granatowe z żółtym pasem. W odróżnieniu od trzmielówki łąkowej (Volucella bombylans), na obwodzie tarczki widoczny jest rząd ciemnych włosków. Trzemielówka łąkowa jest bardziej trzmielówkowata bo owłosiona i przypomina trzmiela. Trzmielówka leśna jest znacznie mniej owłosiona i mniej trzmielopodobna. I wbrew nazwie związana jest z osami a nie trzmielami (znalazłem gdzieś w internecie informacje, że trzmielówka leśna nęka trzmiele, ale jest to informacja niepewna i niepotwierdzona, być może błędna). Obecność i swoista „odwaga” trzmielówki leśnej za moim oknem nie były przypadkowe. Owady dorosłe (imagines) trzmielówki leśnej spotykana na kwiatach, na polanach, porębach, leśnych drogach i na skrajach lasów, od kwietnia do października choć najłatwiej spotkać je od maja do sierpnia. I tylko okazjonalnie w pobliżu gniazda os.

Larwy przechodzą swój rozwój w gniazdach os: osa pospolita (Paravespula vulgarus), osa dachowa (Paravespula germanica). Samica trzmielówki leśnej dostaje się do gniazda os i składa tam jaja na powierzchni plastra. Teraz jest już jasna obecność tego owada za moim oknem. Osy nie mieszkają samotnie. Życie biologiczne jest niezwykle ciekawe. Wystarczy trochę poobserwować. A że nie miałem sposobności osobiście do rzeczonego gniazda os zajrzeć, to polegam na informacja wcześniej zebranych i w różnych miejscach opublikowanych. Wylęgające się larwy trzmielówki dostają się do komórek z larwami os i żyją jako ektopasożyty (pasożyty zewnętrzne) ma ciele larw os. Później przegryzają się przez ścianę komórki na zewnątrz gniazda i na dnie gniazda żywią się martwymi osami i resztkami organicznymi (resztkami z "pańskiego stołu"). Na zimę przedostają się do gleby (ciekawe jak te to zrobią, gdy osie gniazdo w murze i na wysokości pierwszego piętra). Przepoczwarczenie odbywa się na wiosnę. Gatunek pospolity w Polsce, rozprzestrzeniony w Palearktyce: Europa, Syberia, Japonia.

A osy? Dalej nie wiem jaki to gatunek. Najpewniej to osa dachowa (Paravespula germanica). Ale czekam aż któraś wleci do domu i będę mógł jej przyjrzeć się dokładniej. Wtedy napiszę znowu, tym razem o osach. Osa dachowa to najczęstszy naprzykrzacz późnoletni w sklepach ze słodkimi bułkami i owocami. Gniazda ma ukryte, więc najczęściej obrywają inne, niewinne gatunki os, których gniazda są widoczne. Ale o tym później napisze, tymczasem czekam aż jakaś wleci mi do domu (od dwóch dni żadna nie chce…).

 

Bibliografia (czyli skąd czerpałem wiedzę o trzmielówkach)

  • Jiri Zahradnik Przewodnik Owady. Wyd. Multico, Warszawa 1996 r., ISBN 83-7073-132-5
  • Heiko Bellmann Owady. Spotkania z Przyrodą. Wyd. Multico, Warszawa 2007, ISBN 978-83-7073-218-3

O nauczeństwie co z Olsztyna zawędrowało do Centrum Nauki Kopernik

sczachor

konferencja_przekazac_pokazacNauczeństwo, to neologizm dla zjawiska obserwowanego w edukacji, rodzącego się w czasie trzeciej rewolucji technologicznej. Termin nauczeństwo, nauczeń (analogicznie do prosumpcji, połączenie w jedno procesów nauczania i uczenia się) wymyśliłem na zakończenie zajęć z autoprezentacji, gdy ze studentami dyskutowaliśmy na Facebooku realizacje projektu, Eksperymentowałem z grywalizacją i do opisu nowego zjawiska potrzebne było nowe słowo.

To było w kwietniu (zobacz wpis  ). Krótki tekst na blogu przedrukował portal edunews.  O sprawie prawie zapomniałem. Ale gdy zaproszony zostałem do Centrum Nauki Kopernik aby poprowadzić panel w czasie konferencji Pokazać-Przekazać, pomysł nabrał nowego życia. Neologizm dość trafnie opisywał sytuację, więc często się pojawiał. I tak, coś co się narodziło w Olsztynie, trafiło na „edukacyjne salony”. Pojawi się w tekście dla Newsweeka, w podsumowującym artykule pokonferencyjnym, zaistniał w telewizji. Tymi drogami dotrze do szerszej grupy odbiorców. Z neologizmami różnie bywa, czasem się przyjmują, a czasem nie. Nie słowo w tym wszystkim jest najważniejsze.

We wspomnianej konferencji uczestniczyłem z wielką radością. To był mój drugi raz (a sama konferencja odbywała się już po raz dziewiąty), i ponownie wróciłem z głowa kipiącą od pomysłów i chęcią do kolejnego eksperymentowania. Taka konferencja poszukującym nauczycielom pozwala uwierzyć w siebie. Mogą zobaczyć „ilu ich jest”. I gdy wrócą do szarej rzeczywistości borykać się z najróżniejszymi problemami, czują siłę do działania. Bo nie są sami, nie czują się odmieńcami, wybrykami natury. I ja się tak czuję.

Refleksje powoli dojrzewają (część z nich spisałem już w artykule, który ukaże się w specjalnym popularnonaukowym dodatku tygodnika Newsweek). W miarę możliwości będę się nimi dzielił tu na blogu (muszę znaleźć tylko trochę czasu by jeszcze pomyśleć, ułożyć zdania i poukładać myśli). A jeszcze chętniej wcielać będę je w życie. Jednym z pomysłów jest uzupełnienie Nocy Biologów o debatę z udziałem nauczycieli, akademików, biznesu, organizacji pozarządowych oraz samorządowców. Będzie to kontynuacja dyskusji panelowej z Warszawy i próba realizacji niektórych wniosków tam sformułowanych. Już teraz zapraszam na Noc Biologów 2016, w drugim tygodniu stycznia. Będzie nie tylko kolejny festiwal naukowy ale i dyskusja o tworzeniu środowiska edukacyjnego.

Nauczyciele, gdy słyszą o kolejnej reformie edukacji, czują przerażenie. I ja się temu nie dziwię. Znowu? Jedna reforma się nie wdrożyła a już kolejna? W takim nieustanym reformowaniu żyjemy już od dłuższego czasu. Dlaczego zatem od razu nie wymyślić reformy, która będzie aktualna przez kilkadziesiąt lat? Zrobić raz a dobrze. Chyba się jednak tak nie da, bo świat zmienia się zbyt szybko. Dawny model szkoły (przemysłowej, powstałej w wyniku drugiej rewolucji technologicznej) przestał być wydolny. To nie szkoła była zła tylko świat zmienił się zbyt bardzo. Tak jak dziecięce ubranko, z którego szybko wyrastamy. To nie dlatego musimy my dorośli uczyć technologii cyfrowych, obsługi tabletów, smartfonów, portali społecznościowych, że kiedyś zaniedbaliśmy swoją edukację lub szkoły źle pracowały. Po prostu kiedyś nie było tych urządzeń i internetu. Zmiany w czasie trzeciej rewolucji technologicznej są nieprzewidywalne. A swoja młodość oglądamy już w muzeach i skansenach.

Żyjemy w czasach trzeciej rewolucji technologicznej, a zachodzące zmiany są bardzo głębokie. W skali globalnej wymyślamy na nowo system edukacji, dostosowany do zupełnie nowych potrzeb i sytuacji. Nie można skupiać się na wieloletnim wprowadzaniu reform, tak jak robiliśmy to do tej pory: od przedszkola, by sukcesywnie wprowadzać co roku na kolejnych poziomach edukacji w szkole podstawowej, gimnazjum, liceum, aż do uniwersytetu. Przez 18 lat lub więcej: powolne, systematyczne budowanie „od fundamentów”. Ale zanim taka reforma dojdzie choćby to połowy to już konieczna jest kolejna zmiana i kolejna reforma. Nie warto więc zbytnio przyzwyczajać się do podstaw programowych, podręczników itd., bo zaraz i tak się zmieniają. łatwo się w tym pogubić. Alternatywą są zmiany jednoczesne: w szkołach podstawowych, gimnazjach, liceach, uniwersytetach… uniwersytetach trzeciego wieku oraz równolegle w powstających instytucjach i formach pozaformalnych (uniwersytet dzieci, kawiarnie naukowe, media, centra nauki itd.). Uznanie, że edukacja jest w ciągłej zmianie, to zmiana filozofii wprowadzania zmian. Należy zmieniać jednocześnie i wszędzie, tu i teraz, z gotowością na szybkie i kolejne zmiany. Uznanie „tymczasowości” rozwiązań to zrezygnowanie z wytrwałego dopracowywania biurokratycznego rytuału na rzecz skupienia się na istocie i najważniejszych efektach. Wymaga to także zwiększenia zaufania do nauczycieli i nadania im większej swobody działania (nauczania a nie tylko realizowania programu i podręczników). Bo nie można wcześniej przygotować koncepcji, w ciągu kilku lat wykształcić-przeszkolić kadrę na różnego rodzaju kursach a dopiero potem sukcesywnie taką reformę wdrażać przez lat kilkanaście. Nie budujemy domu od fundamentów, tylko jednocześnie stawiamy fundamenty, ściany, piętra, dach i wyposażamy pomieszczenia w meble i infrastrukturę. Rzadko które pokolenie staje przed takim trudnym wyzwaniem. My stanęliśmy. Dlatego potrzebna jest pogłębiona debata. Sierpniowa konferencja w CN Kopernik tylko tę debatę rozpoczęła.

Zmian potrzebują także uniwersytety w swojej codziennej pracy dydaktycznej. Wydawało mi się, że liderem zmian w systemie edukacji będą uniwersytety. Co prawda pracownicy uniwersyteccy uczestniczą w dyskusji, biorą udział w różnorodnych edukacyjnych eksperymentach, ale liderem zmian są zupełnie nowe instytucje edukacji pozaformalnej, m.in. Centrum Nauki Kopernik. Być może nowej instytucji jest łatwiej, bo nie jest obciążona standardami, tradycją, gorsetem rytuałów i naleciałości biurokratycznej, zatwierdzanymi programami itd. (na przykład wszystkie programy zajęć musza być przygotowane i zatwierdzone przez uruchomianiem cyklu kształcenia, i jeśli mam akurat zaplanowane zajęcia na trzeci roku studiów licencjackich... to musze co najmniej trzy lata wcześniej wszystko opracować - żadnej możliwości szybkiego eksperymentowania i modyfikowania. Chyba, że papiery sobie a dobre i nowoczesne kształcenie sobie...) . Nikt nie wie jak nowy system edukacji (środowisko edukacyjne w szerokim sensie) ma wyglądać i funkcjonować. Dlatego centra nauki mają dużą intelektualną swobodę w poszukiwaniu, eksperymentowaniu i próbowaniu (nie muszą pisać sylabusów, zdobywać punktów i mieścić się w siatce godzin). Na marginesie można dodać, że ani Mikołaj Kopernik, ani Karol Darwin nie pracowali na uniwersytecie a dokonali ogromnego przewodu i zainicjowali „rewolucje kopernikańskie”. W wymyślaniu nowych form i standardów swoboda jest zapewne bardzo potrzebna. I odwaga, by płynąć pod prąd lub wbrew biurokratycznej sprawozdawczości i papierologii. Udział w konferencji dodał mi sił w takich zmaganiach między rozsądkiem o formalna sprawozdawczością. Na ile mi tych sił starczy? Oby do następnej konferencji....

Wróciłem z warszawskiej konferencji z nową energią do działania i odwagą wychodzenia poza schematy. Nie jestem sam. Może i w Olsztynie uda się zrobić sensowny krok do przodu w rozwijaniu edukacji pozaformalnej i ustawicznej, we współpracy z organizacjami pozarządowymi, samorządami oraz biznesem. Nie zapominam o mediach. Z uporem próbował będę dalej. Bo skoro nauczeństwo i nauczeń zyskały zainteresowanie, to może znowu uda się zrobić coś wartościowego ze studentami i pozauniwersyteckimi partnerami.

P.S. - dla tych, co chcieliby się włączyć do dyskusji adres grupy, gdzie ona się toczy: https://www.facebook.com/groups/867891563294414/

Uniwersytet na umowach śmieciowych (z dygresją o edukacji)

sczachor

placiszileuwazaszTak zwane umowy śmieciowe (umowy o dzieło, umowy zlecenie itd.) to kwestia wyobraźni i czasu. Jest jak ziarno w na siew: zjeść teraz więcej a później zebrać mniejsze plony, czy głodować ale więcej wysiać i zebrać obfitsze plony. O ile oczywiście nie będzie suszy czy powodzi, co te plony zniszczy.

Więcej znaczy mniej. Albo odwrotnie. Dużo się ostatnio mówi o umowach „śmieciowych”, Czasem wskazuje się, że śmieciowe nie są takie śmieciowe, bo zostaje więcej pieniędzy w kieszeni pracownika (mniejszy „haracz” dla państwa). Pracownicy uniwersyteccy, wykładowcy i naukowcy, od dawna pracują na umowach śmieciowych i to w ramach stabilnego etatu. Już od wielu lat pracujemy na umowach o dzieło i prawie autorskim, gdzie większość pensji (etatu) dotyczy prawa autorskiego. Są ku temu podstawy, bo przecież pracujemy twórczo i tworzymy dzieła autorskie. Dzięki zastosowaniu prawa autorskiego więcej pieniędzy trafia do kieszeni pracownika (pracodawca wydaje tyle samo, koszty pracy więc są takie same). Czysty indywidualny, pracowniczy zysk? Ale mniejsza jest składka odprowadzana do ZUS. Teraz jest więcej pieniędzy, ale potem będzie mniej (na emeryturze). Co widać, gdy otrzymujemy od ZUS informacje o odprowadzonych składach i prognozowanej wysokości emerytury.

Sami się na to, jako środowisko akademickie, zgodziliśmy i wybraliśmy. Być może nie wszyscy zdawali sobie sprawę z konsekwencji. Ja wybierałem i w gruncie rzeczy nie żałuję.

Umowy autorskie (umowa o dzieło i prawa autorskie) to więcej pieniędzy teraz a mniej później. Ale to przede wszystkim tyle samo pieniędzy, tyle że więcej odpowiedzialności teraz i więcej swobody w inwestowaniu w swoją przyszłość. Bo można (a w zasadzie trzeba) samodzielnie zadbać o emeryturę. Jest drugi filar, jest i trzeci filar już dobrowolny. Czyli to samo co ZUS ale indywidulanie. Łatwiej w samodzielnym wybieraniu i łatwiej o lepszą decyzję…. jak i łatwiej o gorszą. Taj jak frankowicze, gdy okazuje się ich wybór kredytowy był korzystniejszy to są dumni… gdy jest strata, to lamenty i żądania rekompensat. Sam człeku wybierałeś. Bez ryzyka nie ma dużego zysku. Jest wiec większa odpowiedzialność.

Nieufność wobec ZUS wynika z nieufności wobec państwa. Sam zrobię lepiej. Czy na pewno? Sam zadbam, będę oszczędzał w banku lub sam się ubezpieczę. W obu przypadkach wysokość otrzymanego w przyszłości „zwrotu” uzależniona jest od współpracy społecznej. Bo w banku pieniądze mogą… stracić na wartości, gdy sprawy w państwie pójdę w złym kierunku. Populiści w sejmie mogę „ukraść”, zniweczyć pomysł na oszczędzania. Bo mogą zadłużyć państwo i doprowadzić do bankructwa, co obserwujemy teraz w Grecji. Inne towarzystwo ubezpieczeniowe? Ale żyjemy w gospodarce globalnej. Zarówno pieniądze w banku, w ZUS czy trzecim filarze, to pożyczanie pieniędzy innym ludziom. Bo to z ich przyszłej pracy będą się brały emerytury. To tylko różne sposoby zarządzania przyszłością i umowa społeczną.

Nic pewnego na tym świecie. Najmądrzejszą więc inwestycją jest… inwestycja w społeczeństwo i funkcjonowanie państwa. Egoizm jest iluzją, że zakopie swoje pieniądze i sam sobie ze wszystkim poradzę.

Umowy śmieciowe to przede wszystkim dyskusja o odpowiedzialności indywidualne j i społecznej, o wyobraźni, o kompetencjach ekonomicznych i społecznych – a więc o stanie naszej edukacji. Czy wiem i rozumiem co oznacza więcej pieniędzy teraz? Może teraz mody człowiek potrzebuje więcej na inwestycje, mieszkanie itd., a potem mniej? Tak zwane umowy śmieciowe dotyczą nawet etatów i stabilnej pracy (jeśli coś w ogóle stabilnego w dzisiejszych czasach może być). Umowy śmieciowe ułatwiają nieodpowiedzialność. Są dla obywateli a nie dla „parobków”. Są dla ludzi wykształconych i rozumiejących rzeczywistość. A czy tacy jesteśmy? Umowy śmieciowe są więc w pewnym sensie ewaluacją stanu edukacji. Dyskusja o nich pokazuje, jacy jesteśmy i czy rozumiemy współczesny świat.

Złe są nie dlatego, że są czasowe (na etacie też można pracować „śmieciowo”), mogą być szkodliwe gdy brakuje wiedzy i edukacji oraz poczucia odpowiedzialności za siebie i za innych. Czy sa dobre czy złe, to zależy od kontekstu, w tym przypadku kontekstu edukacyjnego.

Jak nawiązać współpracę o której wszyscy marzą, czyli edukacja spotyka naukę i biznes

sczachor

c52fca1dca23edb479c1bf5af0ff4220Technologie cyfrowe nie mają zastąpić bezpośrednich spotkań i dyskusji, mają tylko wspomagać. Są uzupełniającą formą a nie celem samym w sobie. W czasie konferencji Pokazać–Przekazać, odbywającej się w Centrum Nauki Kopernik w dniach 21-22 sierpnia 2015, będę moderował Panel dyskusyjny (nr 5.) pt. Jak nawiązać współpracę o której wszyscy marzą, czyli edukacja spotyka naukę i biznes. Będzie dużo osób, nie wszyscy być może będą mieli okazję uczestniczyć w dyskusji (bo paneli dyskusyjnych jest kilka, a rozdwoić się nie można). Nie wszyscy zainteresowani mogą przyjechać w tym czasie do Warszawy. Ponadto nie zawsze wystarczająco szybko poukładamy swoje myśli by publicznie zabrać głos. A czasem pomysł i refleksja przychodzi dopiero po kilku godzinach. Wymienione trudności można przynajmniej częściowo zmniejszyć, wykorzystując nowe technologie. Dlatego powstała grupa dyskusyjna na Facebooku. (Adres grupy na Facebooku: https://www.facebook.com/groups/867891563294414 )

W celu ułatwienia kontynuacji i rozszerzenia dyskusji w Panelu 5. (zwłaszcza dla tych, których tam nie było a zapewne mają coś ciekawego do powiedzenia), założyliśmy grupę na Facebooku. Będziemy tam zamieszczać materiały, przydatne linki i wnioski z dyskusji panelowej. Zapraszamy do udziału w dyskusji także i po zakończeniu konferencji. Temat jest ważny i szeroki. Dlatego warto go kontynuować także i po konferencji. Komentarze zamieszczać można także pod niniejszym wpisem na blogu (to dla niefacebookowych).

Bez wątpienia jesteśmy w okresie dużej transformacji systemu edukacji w skali globalnej (to nie tylko nasz, polski problem). Dawny model szkoły przestał być wydolny przede wszystkim dlatego, że zmieniło się społeczeństwo, gospodarka i otoczenie szkoły. Na nowo uczymy się współpracy i na nowo układamy relacje edukacji formalnej i nieformalnej (w połączeniu z kształceniem ustawicznym). Jak mają współpracować szkoły z uczelniami wyższymi oraz z biznesem? Celem dyskusji jest rozpoznanie problemu i refleksja nad stanem obecnym a także projektowanie pożądanej przyszłości.

Na bazie własnych doświadczeń zastanawiamy się jak budować partnerstwa szkół i uczelni oraz jak określać wzajemne potrzeby i korzyści? Odnosząc się do kolejnych etapów kształcenia oraz przyszłego życia społecznego i zawodowego skupimy się na kompetencjach i talentach przydatnych w dorosłym życiu, które powinna rozwijać współczesna szkoła. Porozmawiamy również o tym, jak przygotowywać uczniów do przyszłej pracy w zespołach, tworzących innowacyjne rozwiązania w nauce lub biznesie. Jaką rolę w każdej z wymienionych instytucji odgrywa współpraca i w czym wzajemnie mogą sobie pomagać?

Dyskusję toczymy w nawiązaniu do ogólnych ram konferencji (komplementarna część większej całości). W tym roku (2015, w czasie czwartej konferencji Pokazać-Przekazać) głównym tematem jest środowisko uczenia i zmiana kultury uczenia. Organizatorzy chcą powrócić do dyskusji nad postrzeganiem procesu uczenia jako naturalnej potrzeby ludzkiej i społecznej. Współcześni uczniowie (a szerzej każda osoba) poznają świat nie tylko w specjalnie powołanym do tego miejscu, czyli szkole. Proces ten zachodzi w codziennym życiu, niezależnie od miejsca i czasu. Uczenie to coś więcej niż nauczyciel i metoda.

Coraz bardziej dostrzegamy wagę środowiska edukacyjnego. Uczestnikom konferencji organizatorzy zaproponują dyskusję na temat korzyści płynących z uczenia w miejscach wpisujących się w szerokie i różnorodne spektrum środowisk edukacyjnych. Zapraszają do rozmowy o tym, jak świadomie budować partnerstwa instytucji prowadzących edukację formalną i nieformalną. Zależy nam na podkreśleniu roli i znaczenia współpracy, ale również na rozmowie o zmianie kultury uczenia w zakresie prawa do wolności i do wyboru modelu współpracy. Organizatorzy chcą, aby podczas konferencji wybrzmiało jak ważne jest budowanie kapitału społecznego, tworzenie partnerstw, relacje ze środowiskiem lokalnym.

Współczesna innowacyjna gospodarka potrzebuje nie rolników czy fabrycznych robotników a osoby kreatywne, poszukujące, umiejące współpracować. Jak uczelnie wyższe mają wspierać nauczycieli w ich doskonaleniu zawodowym i/lub w procesie kształcenia? Jak zorganizować uzupełnianie wiedzy (aktualizowanie do nowych potrzeb i środowiska edukacyjnego). Czy potrzebne są nowe formy (nie tylko studia i studia podyplomowe) a jeśli tak to jakie? Jak współpracować z biznesem w zakresie edukacji pozaformalnej i nieformalnej, zarówno szkoły jak i uczelnie wyższe? Pytanie o edukację to pytanie szersze niż tradycyjna szkoła: kto, jak, kiedy ma nauczać. Na ile edukacja, także ta formalna, ma pozostać monopolem państwa a w jakim zakresie uczestniczyć ma biznes? Jak zorganizować rzeczywistą współpracę miedzy różnymi placówkami edukacyjnymi, uczelniami i biznesem?

Od maści czarownic do biogospodarki czyli o święcie ziół w olsztyneckim skansenie

sczachor

11884692_1041525129213429_3402708981071869563_oMaść do latania czarownic naprawdę kiedyś istniała. A czarownice? Też, ale jedno i drugie miało inne znaczenie niż teraz im przypisujemy. Odtwarzanie maści czarownic jest formą edukacji przyrodniczej poza murami uniwersytetu i działaniem na rzecz ochrony bioróżnorodności i podnoszenia atrakcyjności turystycznej prowincji, w tym przypadku Warmii i Mazur.

W czasie Święta Ziół, które odbyło się 15 sierpnia 2015 r. w Muzeum Budownictwa Ludowego Parku Etnograficznym w Olsztynku (na co dzień zwane skansenem), miałem okazję i przyjemność wygłosić w warunkach polowych krótką prelekcję pt. „Od maści czarownic do biogospodarki czyli o wykorzystaniu ziół dawniej i dziś”. Co robi naukowiec, biolog i ekolog, badający chruściki (owady wodne), na festynie zielarskim w skansenie, niemalże na wiejski jarmarku? Powodów jest kilka. Po pierwsze jest to praktyczne poznawanie edukacji pozaformalnej i ustawicznej. Wspomniana forma edukacji dynamicznie się rozwija. Temu tematowi poświęcona będzie m.in. zbliżająca się konferencja Pokazać-Przekazać, która odbędzie się w Centrum Nauki Kopernik, w dniach 21-22 sierpnia 2015 r. Będę brał w niej czynny udział, w panelu dyskusyjnym na temat budowania współpracy szkół ze światem nauki i biznesu. I chcę włączyć się do dyskusji z własnymi doświadczeniami a nie tylko z tym, co wyczytam u innych. Misją uniwersytetu jest rozpoznawanie nowych trendów, w tym przypadku edukacyjnych, eksperymentowanie, a zdobyte doświadczenia i wiedzę aplikować w środowisku lokalnym. Po drugie powstało Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym na UWM w Olsztynie, powstał kierunek studiów o tej nazwie. Olsztyneckie spotkanie mieści się więc w naszej tematyce badawczej i dydaktycznej. Staramy się także współpracować z lokalnym biznesem i praktycznie tworzyć innowacyjność dla naszej, lokalnej gospodarki. Przykładem jest chociażby maść do latania.

Tyle tytułem wstępu, by wytłumaczyć swoją obecność (aktywną) na olsztyneckim Święcie Ziół. Jakieś wyrwane z kontekstu jedno zdanie w telewizji może być nieczytelne i niezrozumiałe.

Wracamy do ziół, do szerokiego wykorzystywania różnorodności biologicznej, ale nieco inaczej niż dawniej, bo inaczej postrzegamy świat i inną mamy już wiedzę zbiorową, wspólną (inteligencja zbiorowa). Współcześnie używamy takich samych słów czy pojęć tak jak przed wiekami ale inaczej je interpretujemy. Kontekst paradygmatu, ogólnej wiedzy wiele zmienia w rozumieniu. Nie jest łatwo zrozumieć dawną kulturę i dawne zwyczaje. Proste przenoszenie współczesnych wyobrażeń prowadzi do wielu nieporozumień i komicznych błędów.

Obecnie postać czarownicy ukształtowana jest przez wyobrażenia filmowe i popkulturowe: starej lub młodej kobiety, zielarki, latającej na miotle, postaci sympatycznej i wesołej, itd. Jest to sylwetka mocno oswojona i przetworzona, oderwana od dawnych realiów. W przeszłości czarownice inaczej traktowaliśmy – widoczne jest to jeszcze w starych bajkach i baśniach. Nie był to jakiś zawód czy grupa społeczna. Dawniej świat duchowy i materialny mocno ze sobą się łączyły, przenikały, wzajemnie na siebie wpływały. Świat był nieznany, a więc niebezpieczny, pełen demonów, sił nieczystych, czynników zagrażających życiu lub dobrobytowi. Ten świat należało obłaskawić rytuałami, zaklęciami itd. Czarownica, szeptucha, wiedźma to ktoś zły, groźny. Synonim złego i niebezpiecznego. Jeśli kobieta podpaliła dom, wywołując pożar w mieście, z powodu zazdrości i gniewu na niewiernego kochanka – to musiała być opętana jakimiś siłami nieczystymi. Musiała mieć kontakty z diabłem. Przecież normalny człowiek tego nie robi. A psychologia w świadomości ludzi jeszcze nie istniała. Więc skazywano taką podpalaczkę, w pierwszym rzędzie z zemsty za zniszczenie i pożar, ale pojawiało się słowo „czarownica” jako uzasadnienie. Podobnie gdy matka zabiła swoje nowonarodzone dziecko – musiała być opętana przez diabła. Nikt nie znał depresji poporodowej czy innych przyczyn także i społecznych (nie funkcjonowały takie pojęcia w języku i interpretacji zjawisk). Nie skazywano (wypędzano) za czary w takim rozumieniu jak dziś myślimy.

Świat pełen był demonów, które szkodziły lub – jeśli odpowiednio je ujarzmić słowem czy czynnością magiczną – pomagały człowiekowi. Jeśli zasnąć na słońcu w południe to łatwo o udar słoneczny. Tak to widzimy dzisiaj. Dawniej nasi przodkowie powiedzieliby, że to południca (nazwa demona aktywnego w południe) nam zaszkodziła. Nawet krasnoludki – współcześnie w popkulturze opisywane jako sympatyczne i pomagające człowiekowi istoty – bywały dawniej opisywane jako szkodliwe demony (chyba, że je odpowiednio udomowić, udobruchać, przekupić). Jeśli szalała zaraza na Mazurach, to interpretowano jako skutek tego, że jakiś trup zjada się od środka, w grobie. Więc żeby zaradzić epidemii rozkopywano groby na cmentarzu, wyrzucano złwoki na zewnątrz i szukano takich, ze śladami "samozjadania się". Teraz wystarczyło tylko odciąć głowę takiemu zombi by ludzie przestali chorować i umierać. Przytoczyłem tem przykład, by uświadomić, że wiedza ludowa i „medycyna” ludowa nie była tak świetlanie piękna i „ekologczna” jak dzisiaj w popkulturze ją kreujemy.

Tak więc czarownice kiedyś istniały, jako określenie tego, czego się boimy, co nam szkodzi. Że krowa mleko straciła – to na pewno przez czarownice, zły urok rzucony przez kogoś. Trzeba swoją pomyślność zabezpieczyć, ziołami magicznymi lub wynająć inną szeptuchę, mocniejszą, która urok zdejmie, a krowa do zdrowia powróci.

W Święto Wniebowzięcia Maryi Panny również do kościoła przynosimy zioła. Zewnętrznie rytuał podobny do dawnych wierzeń przedchrześcijańskich, ale z zupełnie inną interpretacją. Zachowały się w tradycji pewne elementy, związane z ziołami, ale są elementem innego paradygmatu. Nadajemy im znaczenie symboliczne (kulturowe), a nie magiczne. Tak jak np. koniczyna w symbolice chrześcijańskiej była uznawana za symbol zbawienia (średniowieczni chrześcijanie wierzyli, że stanowi antidotum na ukąszenie węży i skorpionów, łączonych w chrześcijaństwie z szatanem). "Poziomki, o białych kwiatach i czerwonych owocach, podkreślały jednoczesne dziewictwo i macierzyństwo Bożej Matki. Były też symbolem Raju i wiecznej szczęśliwości w niebie. Kwitnienie i owocowanie poziomek kojarzono z nieśmiertelnością" (czytaj więcej na ten temat). I dzisiaj do kościoła przychodzimy z ziołami czy płodami ziemi, ale nie dlatego by pozyskać instrumenty do magii i czarów. Język symboli nie jest więc językiem magii, choć powierzchownie może wydawać się podobny.

Kto był uważany za czarownicę? Ktoś stojący z boku społeczności, czasem stary i samotny, czasem ułomny. Czasem sam wybierał samotność, czasem był wypędzany ze społeczności na margines. Takich osób się bano (a czyż dzisiaj nie „boimy się” osób starych, brzydkich, schorowanych, ułomnych psychicznie?), ale krzywdy nie wyrządzano. Złe słowo, złe spojrzenie być może było jedyną skuteczną obroną. Czarownice, wajdeloci, zamawiacze, szeptuchy to były określenia na ludzi niebezpiecznych, czasem pomagających, czasem szkodzących (rzucających uroki). Można było opłacić/wynająć taką wiedźmę by odczyniła zły urok lub rzuciła złe czary na sąsiada czy nieprzyjaciela (dzisiaj wysyłamy anonimowe donosy na policję czy urzędu skarbowego). We współczesnej kulturze filmów i kreskówek, gdy mniej boimy się świata, dawne upiory, zmory, czarownice „ucywilizowaliśmy” i sprowadziliśmy do postaci sympatycznych.Kiedyś, gdy kogoś nie lubiliśmy, uważaliśmy za wroga, nazywaliśmy czarownicą, wiedźmą. Dzisiaj użylibyśmy słów pisior, leming, ubek itd...W jakimś sensie nie zmieniliśmy się przez wieki (słowem chcemy rzucić "urok" i uzasadnić swoją niechęć), zmieniły się tylko słowa....

Były więc czarownice. A czy była maść czarownic do latania? Tu dochodzimy do ziół czyli dużego bogactwa roślin. Ale nawet na lecznicze właściwości ziół inaczej współcześnie patrzymy. Bo inaczej interpretujemy ich właściwości. Jeśli pomaga czarny bez czy kwiat lipy na przeziębienie, to dlatego że ma w zawartości wiele różnych substancji biologicznie czynnych, różnych alkaloidów, garbników, terpenów, witamin. Znamy skład chemiczny i wiemy jak działa na fizjologię naszego organizmu. Dawniej również obserwowano pozytywne skutki… ale zdrowotne właściwości tłumaczono zupełnie inaczej – działaniami magicznymi, odczynianiem uroków itd. Jeśli dziecko (niemowlę) dużo płakało, to mógł być odmieniec, podrzucony przez rusałkę. Żeby odzyskać swoje dziecko należało domniemanego podrzutka mocno zbić, by głośno płakało, i wynieść za dom, gdzieś na obornik – a wtedy rusałka przyjdzie po swoje płaczące dziecko i odda właściwe... Owa dawna magia nie była tak sympatyczna, jak ją obecnie w telewizyjnych kreskówkach odmalowujemy…

Rośliny nie mają nóg, nie mogą uciekać od swoich konsumentów. Od kiedy pojawiły się na Ziemi, pojawili się i najróżniejsi roślinożercy. I jak tu się bronić, kiedy uciec nie ma jak? Jednym ze sposobów jest broń chemiczna. Rośliny produkują różne typy związków chemicznych, które mogą się okazać trujące lub przynajmniej odstraszające, zniesmaczające (nieprzyjemny smak, np. gorzki). Cała fabryka biotechnologiczna z bogactwem, z którego człowiek korzysta. I z której coraz bardziej chce korzystać współczesna biogospodarka.

Nasi przodkowie nie mieli laboratoriów. Świat poznawali organoleptycznie i obserwując skutki. Świadomie i nieświadomie eksperymentowali na sobie, gdzie głód i choroby motywowały do kolejnych prób. Teraz korzystamy z ogromnego bogactwa roślin i zwierząt jako pokarmu, kosmetyków, leków. Ale poprzedzały to niezliczone próby wielu pokoleń, w tym otruć, śmierci i różnych kulinarnych porażek. Sporo z tego dawnego dziedzictwa zapomnieliśmy. Teraz na nowo je odkrywamy. Przykładem jest pokrzywa, która niedawno wróciła do kulinarnych łask. Jest surowcem lokalnym, a przy okazji egzotycznie niezwykłym dla turystów, unikalnym i miejscowym. Jest przygodą odkrywania.

To co jedli nasi przodkowie czasem leczyło, czasem przynosiło skutki nieoczekiwane. Pojawiały się wizje, omamy, halucynacje. Dzisiaj wiemy, że to na skutek różnych substancji działających na nasze zmysły i układ nerwowy. W niewielkich ilościach mogą być lecznicze, w większych mogą okazać się trucizną (tak jak np. pokrzyk wilcza jagoda). Tak jak każde lekarstwo. Dawniej inaczej rozumiano otaczający nas świat, w większym stopniu interpretowano świat jako połączenie sił duchowych i realnych. Wszystko było ze sobą pomieszane. Jeśli jakieś ziele leczyło… to dlatego, że miało moc magiczną czy przy współudziale demonów i sił tajemnych. Dzisiaj identyfikujemy konkretne związki biologicznie czynne i potrafimy opisać ich reakcję w organizmie. Ba, nawet możemy syntetyzować podobne (np. antybiotyki), bo rozumiemy ich działanie na poziomie molekularnym i fizjologicznym.

Nasi przodkowie odkrywali, że po zjedzeniu niektórych roślin czują się lepiej, są pobudzeni, a czasem mają wizje. Tak odkryliśmy używki takiej jak kawa czy herbata, ale i narkotyki. Wiele roślin i grzybów psychotropowych używana była w przeszłości. Niektóre używane były do praktyk szamańskich, bo jak wspominałem świat postrzegany był jako przesycony demonami i siłami duchowymi, które można umiejętnie wykorzystać do własnych celów (unikać niebezpieczeństwa, pozyskać wiedzę lub bogactwo). Tak powstała maść czarownic, z wykorzystaniem różnych roślin trujących, a działających na układ nerwowy. Takie dawne dopalacze. Skutki chyba nie były najlepsze, skoro z nich społeczeństwa zrezygnowały.

Warto wspomnieć chociażby skandynawskich bersekerów – wojowników, którzy przez bitwą wypijali różne zioła (zapewne o właściwościach psychodelicznych). W transie nie odczuwali bóli, strachu, atakowali i walczyli z dużą furią. Doskonała broń. Ale po jakimś czasie takich praktyk następowały duże zmiany osobowości także i w czasie pokoju. Bersekerowie stanowili zagrożenie i byli uciążliwi dla własnych społeczności. Jeśli nie zginęli w walce to byli wypędzani z wioski lub sami odchodzili. Tak narodził się mit wilkołaków. Mamy więc czarownice i mamy maść, zawierającą różne rośliny o właściwościach halucynogennych i psychodelicznych. Był jeszcze tłucz w maści, który był elementem konserwującym i rozpuszczającym substancje roślinne. Mógł to być tłuszcz roślinny. Za doskonały uważano… tłuszcz niemowlęcia. Brzmi to makabrycznie. Nie wiem czy pozyskiwany z martwych płodów czy dopuszczano się zabójstwa. W każdym razie w zmarłym niemowlęciu czy dziecku dostrzegano moc magiczną niezrealizowanego jeszcze życia. Często jako ofiarę zakładzinową pod budowę domu wykorzystywano zmarłe niemowlę lub dziecko (wolę nie myśleć, że mordowano umyślnie, bo życie naszych przodków momentami było bardzo mroczne). Jednym z wykorzystywanych tłuszczów był smalec gęsi. To na jego bazie przygotowywano maść czarownic. Gęś jako ptak migrujący mogła być symbolem wędrówki i dalekiego lotu.

11222106_1041526245879984_5302849129135110722_o1A miotła, co z miotłą, tak charakterystycznym elementem czarownicy we współczesnej popkulturze? Nie mam pojęcia. Bowiem maść służyła do smarowania własnego ciała, tam, gdzie skóra jest najcieńsza (aby substancje psychodeliczne przedostawały się do krwi) lub spożywano. Pierwsza spisana relacja „latającej” kobiety-czarownicy wspomina o tym, że weszła do dużej kadzi. Miotła najwyraźniej pojawiła się później i głęboko zapadła w kulturze.

Zatem maść czarownic nie służyła do smarowania miotły, ale do „odlotów” duchowych, wizji narkotycznych. Po zażyciu miało się wrażenie lotu… i docierania do innego, duchowego świata. Po powrocie przynosiło się wiedzę potrzebą do różnych praktyk (w przypadku szamanizmu) lub było tylko samo odurzaniem się. Przecież i współcześnie narkomania jest problemem. Także i w współcześnie przynosi złe skutki zdrowotne i społeczne. Dawniej nasi przodkowie zapewne powiedzieliby, że zostali opętani przez siły nieczyste na skutek uprawiania czarnej magii itd.

Po przestudiowaniu wielu opracowań, odtworzyliśmy maść… czarownic do latania. Ale w wersji bezpiecznej, bez użycia bielunia czy innych roślin trujących. Pozostawiliśmy rośliny bezpieczne ale jednocześnie przyprawowe. Na przykład bylicę pospolitą, dawniej uważaną za roślinę magiczną, wykorzystywaną także w noc świętojańską. Poprzez maść czarownic do latania chciałbym przywrócić gastronomii te roślinę przyprawową, w otocze etnograficznej i magicznej przygody. Bylica nadaje się znakomicie jako przyprawa do pieczonego mięsa.

Po drugie smalec z gęsi… jest zdrowy ze względu na zwartość tłuszczy nienasyconych. W dobie walki ze „złym cholesterolem” warto przywrócić gęsinę tradycji kulinarnej. Poza hodowlą fermową polskiej wsi warto przywrócić małe, domowe hodowle i to najlepiej stare rasy zwierząt. Nie tylko polską gęś kołudzką białą ale wiele innych, starych i zapominanych ras. Przy okazji mogą .. gęsi robić za kosiarki do trawy.

Mamy więc dwa motywy odtwarzania maści do latania: ochronę bioróżnorodności w postaci przywrócenia bylicy pospolitej na polskie i restauracyjne stoły oraz ochronę starych ras gęsi (a przy okazji bioróżnorodności łąki spasanej przez gęsi, a nie wykaszanej kosiarką). produktu kulinarnego. I jest jeszcze trzeci motyw, wsparcie lokalnej turystyki i lokalnych producentów żywności. Żywność wysokiej jakości potrzebuje wsparcia i ułatwienia współpracy małym przedsiębiorcom produkującym żywność, pensjonatom i restauracjom, rękodzielnikom. Maść do latania ma wspierać powstająca sieć współpracy, nazwanej Wimlandią. Jest to jedno z wielu zaplanowanych działań. Zatem maść do latania czarownic nie jest jakimś elementem neopogaństwa czy praktyk magicznych. Jest dowcipnym i osadzonym w dawniej kulturze elementem marketingowym dla lokalnego, zdrowego produktu kulinarnego.

Jeśli odwoływać się do stylistyki słownej to żartobliwie można powiedzieć, że współcześnie są czarownice. Ale nie są stare i brzydnie, nie mieszkają w leśnej chatce na kurzej stopce, są młode, wykształcone i pracują w laboratoriach, opracowując różne kosmetyki, lekarstwa lub przyprawy, wzbogacające nasze stoły. W ziołach dostrzegamy nie magię i czary ale ogromny potencjał związków biologicznie czynnych, które możemy wykorzystać w dynamicznie rozwijającej się biogospodarce. Niby to samo: bylica, rumianek, czarny bez, pokrzywa, ale w kontekście innego systemu wiedzy i inaczej tłumacząc działanie dietetyczne, zdrowotne czy kosmetyczne.

 

Zdjęcia: autor - Muzeum Budownictwa Ludowego, źródło - Facebook

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci