Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

O gastronomii, nowożytnej nauce i o kulinarnych eksperymentach z tulipanami

sczachor

jadane_kwiaty_1O dzikich, leśnych tulipanach pisałem już kilkukrotnie. Przytaczałem stary przepis na sok z tulipanów. Wyszperany i udostępniony na niniejszym bogu przepis niedawno znalazłem w książce pt. „Jadane kwiaty” Małgorzaty Kalemby-Drożdż. Upowszechnianie wiedzy na wolnej licencji ma sens, bo ułatwia obieg informacji i wykorzystanie wiedzy. Przy okazji jest to mała ewaluacja, że mój blog jest czytany i wykorzystywany (a nie zawsze zostaje ślad w komentarzach).

Ciekawość ludzka jest ogromna i nadal eksperymentujemy z kulinarnym wykorzystaniem różnorodności biologicznej. Nie ograniczamy się tylko do znanych i sprawdzonych gatunków ale ciągle poszukujemy nowych. Czy to wertując stare księgi, czy to docierając do niespisanej tradycji. Ale także przez nieustanne eksperymenty w kuchni. Moda na wegetarianizm i weganizm jest chyba dodatkowym impulsem do poszukiwań. Ale impulsem jest także poszukiwanie nowych doznań i odkrywanie zapomnianego dziedzictwa.

Nauka przebadała już sporo roślin ale wiele jest jeszcze do odkrycia. Nowożytna nauka rozpoczęła się od wyjścia poza książki i przetwarzania dawno utrwalonych treści i rozpoczęcie poszukiwania roślin i zwierząt w terenie. Rozpoczęła się wraz empirycznym sprawdzaniem i doświadczaniem. Nie tylko przeczytać w starych księgach ale i samodzielnie sprawdzić, doświadczyć.

Współczesna gastronomia ma wiele wspólnego z nowożytną nauką. I nie mam na myśli kuchni molekularnej ale właśnie odwagę i gotowość do eksperymentowania. Nie tylko wyszukiwanie wiadomości w książkach i publikacjach ale samodzielne próbowanie, weryfikowanie wyczytanych informacji itd. Sprawdzanie jak to smakuje i czy da się zjeść (nie tylko raz).

Ostatnio pojawiło się kilka książek z takimi zebranymi danymi, popartymi własnymi eksperymentami smakowo kulinarnymi. Pierwsza, o której chciałbym wspomnieć, to „Jadalne rośliny dziko rosnące” (Lecznicze właściwości i składniki odżywcze 200 gatunków polskich roślin) Sfeffena Guido Fleishhauera, Jurgena Guthmanna i Rolanda Spiegelbergera (wyd. 2014). Drugą jest książka Łukasza Łuczaja (notabene naukowca) pt. „Dzika kuchnia” (wyd. 2016). I trzecia z mojej półki bibliotecznej to książka autorstwa Małgorzaty Kalemby-Drożdż pt. „Pyszne chwasty” (wyd. 2014).

Czwartą miałem tylko w ręku przez chwilę. Ale właśnie tam znalazłem informację o tulipanach w kuchni. To właśnie tam odnalazłem wygrzebany i umieszczony na moim blogu przepis na sok z dzikich tulipanów. Bardziej jednak zainteresowały mnie doświadczenia samej autorki, bo najwyraźniej jadła tulipany. Więcej znalazłem na jej blogu. Niemniej wykorzystywała zwykłe, ogrodowe tulipany, jako „opakowanie” dla lodów. Z tekstu wynika, że zjadła. I żyje. Czyli tulipina nie jest taka groźna dla człowieka, przynajmniej w małych ilościach.

tulipan1Nie wszystkie jednak zawarte w książce i na blogu autorki informacje są dla mnie czytelne (wnioskuję, ze nie wszystkie wynikają z doświadczenia czy empirycznego sprawdzenia w laboratorium lub kuchni). O toksynach, czyli tulipinie, pisze jedynie w odniesieniu do cebulek. Pisze, że jadalne są płatki kwiatów i łodygi. Pisząc o tulipinie wspomina o konieczności usunięcia słupka. Wydaje mi się, że usunięcie słupka wynika z tego, żeby wygodniej nałożyć lody do środka, a nie dlatego, że tam jest tulipina (czy autorka sprawdziła doświadczalnie?). Wzbudza to moją wątpliwość, skąd autorka wzięła informacje o tulipinie w cebulkach i słupku a braku w łodydze i płatkach? Taki jest niestety urok książek nie-naukowych (innych niż publikacje). W typowych publikacjach naukowych powinien znaleźć się odnośnik do pozycji z literatury. Struktura publikacji naukowej ukształtowała się przez dziesięciolecia by oddać obiektywizm i ułatwić powtarzanie wyników (prymat obiektywizmu nad pięknem języka). W jasny i przejrzysty sposób ma być oddzielona metodyka (materiał i metody) od własnych wyników i od dyskusji (z przypisami do innych opracowań). Ale książka kucharska nie jest publikacją naukową i takiej struktury nie musi mieć. Tym bardziej, że czytelnikom utrudniałoby to lekturę.

W innym miejscu w internecie znalazłem informację, że w Holandii w czasie głodu w okresie II wojny światowej ludzie zjadali cebulki tulipanów. Nie wiem czy na surowo (tak jak cebulę) czy po jakiejś obróbce. Niemniej te różne dane wskazują, że w niewielkich ilościach tulipina nie jest szkodliwa (z detoksykacją radzi sobie nasz organizm). Oczywiście, to są średnie wyniki. Każdy z nas jest indywidualnością. Niektórzy są uczuleni nawet na zwykłe produkty, nieszkodliwe dla innych. Nasz metabolizm zależy od genów oraz… mikroflory jelitowej, czyli genów współżyjących z nami organizmów (teoria hologenomu). To co dobre dla jednego nie musi być dobre dla innego. Nawet leki (zerknij na ulotkę, zawsze są jakieś przeciwskazania).

Wspomniana autorka na swoim blogu (http://pinkcake.blox.pl/2016/04/Lody-w-tulipanie.html) tak pisze: Kwiaty tulipana mają jadalne płatki, ale całe kwiaty tulipana można też wykorzystać jako naczynie do serwowania. Pomysł na lody straciatella z kakaowca podpatrzyłam w Top Chefie. Tulipanowy serwis to już moja inwencja. Lody kokosowe z limonką i ziarnami kakaowca w tulipanie: (…) 4 tulipany. Mleko, miód i sok z cytryny wlać do maszyny do lodów. Ziarna kakaowca surowe (lub prażone - jakie wolicie) pokruszyć i dodać do gotowych lodów. Można dać bardzo dużo, że uzyskamy coś w rodzaju straciatelli, albo tylko troszkę - jak wolicie. Jeżeli masa nie zgęstniała odpowiednio można ją wstawić na 20 minut do zamrażarki. Z tulipanów ostrożnie usunąć słupek i pręciki. Kwiaty umieścić w kieliszkach lub naczynkach do jajek, nałożyć do środka kwiatu lody, posypać dodatkowymi okruszkami nasion kakaowca i od razu podawać. Delikatnie słodkie lody z mleka kokosowego z dodatkiem ziaren kakaowca bardzo przyjemnie naciągają zapachem tulipanów. Kto chciał mógł zjeść lody razem z czarką, w której zostały podane. Można też w takiej formie zamrozić porządnie te lody, ale wtedy już nie będzie wyboru - trzeba będzie zjeść z przymarzniętymi płatkami.

Co do tulipiny, to należałoby laboratoryjnie sprawdzić czy jest w płatkach i w jakich ewentualnie ilościach. Ale jak wykazał kulinarny eksperyment trochę można zjeść, beż żadnych skutków ubocznych. Autorka wykorzystała tulipany ogrodowe, ale na blogu zauważyłem jedno jej zdjęcie z Żuław, na którym są dzikie tulipany. Jedno jest pewne, przytaczany wcześniej przepis na sok z leśnych tulipanów nie był trucizną. Na pewno był wykorzystany w kuchni. Ciekawe jak smakuje. I czy zrywano same kwiaty czy też z łodygami.tulipan2

Jest jednak nowa informacja, jaką znalazłem przy okazji sprawdzania lodów z płatkami tulipanów. „Tulipany są kwiatami, które mogą wywołać reakcję alergiczną, więc do ich spożycia należy podejść z zachowaniem środków ostrożności, czyli na pierwszy raz spróbować tylko trochę.” Czynnikiem alergizującym wcale nie musi być tylko tulipina. Niezwykle ciekawa jest także dyskusja pod blogowym wpisem autorki „Jadalnych kwiatów” - z której wymika, że bardziej obawiamy się zanieczyszczeń środowiska i stosowanych środków ochrony roślin niż toksyn naturalnie obecnych w roślinach.

Komentarze Gość: Maria, "Czy wszystkie tulipany są jadalne? Np. Czy te z własnego ogrodu lub doniczki? Przyznam, że to bardzo ''przystojny'' i pełny elegancji deser."

pinkcake "Mario, takie z własnego ogródka są najlepsze, bo niczym nie pryskane! Przede wszystkim najlepsze byłyby dzikie tulipany, ale one są malutkie. Poza tym raczej sugeruję odmiany proste, nie strzępiaste, szpiczaste czy wielokwiatowe." (Pinkcake to autorka bloga)

Nie omieszkałem i ja zapytać w interesującej mnie kwestii: sczachor "Tulipany zawierają trującą tulipinę. Z informacji, do jakich dotarłem, tulipina występuje także w kwiatach (zatrucia dzieci). Ciekawi mnie ile Państwo zjedliście tych tulipanów jednorazowa i czy były jakieś dolegliwości. Czy na surowo z lodami czy w jakiś sposób przetworzone? Może zalanie wrzątkiem lub inny sposób przetwarzania niszczy tulipine? A może nie jest jej dużo?"

pinkcake „Nigdy ani ja ani nikt z mojej rodziny nie miał żadnych dolegliwości po spożyciu tulipanów. Zazwyczaj konsumpcję ograniczaliśmy do kilku płatków. Ze względu na możliwe niekorzystne działanie, zawsze przy przepisach z wykorzystaniem tulipana zamieszczam ostrzeżenie. Tulipany bez wątpienia są trujące dla bydła i koni. Jednak nawet cebulki, w których stężenie alkaloidów jest wielokrotnie wyższe niż w innych częściach rośliny, nie są trujące dla wszystkich ludzi. Tulipany były masowo spożywane w Holandii w czasie wojny i to prawda, zdarzały się przypadki zatruć, jednak były sporadyczne. Są również osoby, które mają alergię kontaktową na tulipany. Ponadto cebulki tulipanów były spożywane przez Sybiraków. Szczególnie lubiły je zjadać dzieci. Również cebulki arabskich gatunków tulipana były jadane na surowo. Wiele roślin zawiera trujące związki, jednak objawy zatrucia zależą od dawki, indywidualnej wrażliwości i zdolności metabolicznych. Ja np. ciężko choruję po zwykłej cebuli, a po tulipanach nie.”

W innym miejscu internetowym wyczytałem, że „Wszystkie części rośliny z wyjątkiem płatków zawierają jednak związki toksyczne mogą powodować chorobę. Tulipany zawierają związki, które są toksyczne. Zjadanie cebulek tulipanów może powodować zawroty głowy, nudności , bóle brzucha i rzadko drgawki i śmierć . W przypadku zgłoszonych przez Davida Spoerke i Susan Smolinske w "toksyczności domowe" ludzie, którzy jedli gotowaną potrawę, zawierającą cebulki tulipanów, mieli trudności w oddychaniu, poty, wymioty i intensywne ślinienie się w ciągu 10 minut. (…)” Dwa alergeny obecne są w cebulkach tulipanów: tulipina A i tulipina B. Mogą powodować wysypki skórne i kruchości paznokci. Ludzie, którzy zajmują się cebulkami tulipanów w ogrodnictwie (także w czasie pakowania) i mają wysoką ekspozycję na kurz z tulipanów mogą mieć objawy nie tylko w ich rękach, ale i innych częściach ciała (typowe dla różnego typu alergii). Objawy mogą pojawiać się dopiero 12 godzin po ekspozycji na alergeny tulipana, ale nie wszystkie osoby są wrażliwe na te alergeny. Czasami płatki tulipanów , które nie są toksyczne , służą jako dodatek do potraw lub jako składniki w deserach i sałatkach. Kwiaty jednakże mogą zawierać substancje alergiczne. (Źródło).

Dużo więcej informacji można znaleźć na temat zatrucia tulipanami… w odniesieniu do zwierząt domowych: psów i kotów. W wielu miejscach zaznacza się, że trujące są cebulki. Ale skoro tulipany zjadają zwierzęta, to przecież jedzą raczej tylko części naziemne, liście, i kwiaty.

Inne przykłady i nformacja o zatruciach domowymi kwiatami, wśród których wymieniane sa tulipany (niestety zbiorczo):

  • narcyz, tulipany, hipeastrum i kliwia (z rodziny amarylkowatych), psianka paprykowa (koralowa), bluszcz, wisteria, amarylis, żonkil, oleander pospolity, hiacynt, irys, trójskrzyn pstry (bardzo popularna roślina doniczkowa), wilczomlecz piękny (popularnie: gwiazda betlejemska), cyklamen perski (fiołek alpejski) – powodują wymioty, biegunkę, podrażnienie żołądka (źródło
  • Tulipany i hiacynty. Tulipany zawierają alergizujące laktony, natomiast w hiacyntach można znaleźć podobne do nich alkaloidy. Te toksyczne substancje zawarte są w największej ilości w cebulkach. Podczas żucia drażnią tkanki jamy ustnej i przełyku, a typowymi objawami zatrucia są wymioty, obfite ślinienie oraz biegunka. Gdy zwierzę spożyje duże ilości cebulek, mogą wystąpić objawy sercowo-oddechowe, takie jak: przyśpieszenie akcji serca czy niefizjologiczne oddychanie. Zostały one zaobserwowane u krów oraz "nadgorliwych" labradorów. (źródło

Osy w Tramp-ku (z dygresją do stanu wojennego)

sczachor

osa_dachowa1Tramp to ”człowiek lubiący się włóczyć; wagabunda, obieżyświat, włóczęga, włóczykij”. Ale to także nazwa spotkań turystycznych, odbywających się w Olsztynie w Pubie Sowa. W zdrobnieniu - trampek - to już nazwa popularnego, taniego obuwia. Obuwie dla turysty i obieżyświata jest ważne, bo jak coś w nim uwiera, to wędrówka staje się boleścią.

Nie tylko gwóźdź czy kamień w bucie dokucza turyście. Dokuczają najróżniejsze owady, zarówno w marszu, gdy siądzie na trawie, jak i gdy spocznie w schronisku. Owady wadzą. Owady mogą nie tylko wadzić ale i stanowić atrakcję wędrówki. Bo można dostrzegać więcej i więcej spróbować zrozumieć. To turystyka z refleksją przyrodniczą.

Gdy idziesz, lub odpoczywasz, a coś Cię gryzie. I nie o sprawy duchowe tu chodzi, tylko o głodnych braci naszych mniejszych. Bo może to być refleksja nad tym, dlaczego gryzą, żądlą i szczypią. „Osy, szerszenie i pszczoły - żądlący sąsiedzi ze szlaku i z domu” to tytuł prezentacji, jaką przedstawię 13 grudnia na spotkaniu turystów Tramp. (zobacz szczegóły).

13 grudnia opowiem o owadach pasożytach co jawnie i skrycie piją naszą krew. Opowiem o ewolucji i pasożytnictwie, o tym czy bronić się czy przecierpieć i nie marnować energii. Tu pojawia się mała analogia społeczne (bo biologia ma duży kontekst filozoficzny i społeczny) z internetowym hejtem i analogowym plotkarstwem. Ignorować czy zwalczać? Bilans energetyczny (w przypadku biologii) i emocjonalny (w przypadku człowieka społecznego) może być różny. Nie zawsze walka jest lepsza.

Trudne jest życie pasożyta. Najczęściej ginie w nierównej walce z dużo większym żywicielem. A i czasem pasożyt staje się pożytecznym symbiontem. I to nie tylko w kontekście ewolucyjnym ale i bardzo krótkookresowym. Czyli jak pasożyta zmienić na symbionta? Biolodzy coraz częściej mówią o hologenomie i o tym, że korzystamy z cudzych genów w codziennym życiu.

Są jednak i takie owady, co nas żądlą w obronie własnej i obronie swojego potomstwa. Albo życia swoich sióstr. Skąd altruizm w świecie zwierzęcym, gdzie powinna być według nas nieustanna walka na kły i pazury, gdzie powinien być tylko egoizm? I nad tym od lat zastanawiają się biolodzy. W sumie turysta także może. Wędrować, podziwiać przenajróżniejsze uroki przyrody i rozważać życie w każdym jego wymiarze.

Ot chociażby nad czymś takim, że w dojrzałych ekosystemach mniej jest związków antagonistycznych a więcej protekcjonistycznych. Zło (pasożytnicze) organizm czasem zwycięża dobrem. Bilans jest ciekawy. I okazja do refleksji nad światem. Zwłaszcza w dniu 13 grudnia, rocznicy stanu wojennego.

Coś nas gryzie bo jest głodne i nas podjada lub się tylko broni. Albo przypadkiem. Jeśliś ciekawy to przyjdź na spotkanie lub poczytaj, np. artykuliki podlinkowane niżej.

O chruścikach, maści czarownic i o tym jak trafiłem do przewodnika kulinarnego

sczachor

15195885_10210035072226728_4041983578087506646_oChruściki kojarzą się wielu osobom z faworkami, ciastkami. W czasach studenckich, moja obecna żona, zastanawiała się dlaczego ja na biologii zajmuję się ciastem (bo wiedziała, że pracę magisterską piszę z chruścików). Szybko wyjaśniłem, że chodzi o chruściki owady wodne (Trichoptera).

Przytoczę jeszcze jedną anegdotę. To było chyba w latach 90. XX wieku, albo na przełomie lat 80. i 90. Internetu jeszcze wtedy u nas nie było. Ale hejterzy byli. Mieli tylko inne metody. Najwyraźniej byłem wtedy obiektem takiego hejtera, który rozpowiadał w rektoracie, że słaby jestem naukowo i asekurancko uciekam w gastronomię. Być może w swej niewiedzy ów hejter skojarzył chruściki z faworkami. Albo z premedytacja liczył na niewiedzę słuchających. 

Ale teraz już nie za sprawą chruścików-faworków trafiłem do renomowanego przewodnika kulinarnym Gault&Millau Polska (2017). Wszystko z powodu współpracy z drobnymi przedsiębiorcami z Warmii i Mazur. Nie tylko odbyłem staże w przedsiębiorstwach (w ramach projektów nastawionych na innowacyjność) ale współpracuję z małymi i średnimi przedsiębiorstwami (głównie z z regionu, czasem z dalej położonymi podmiotami) indywidualnie oraz w ramach działań Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym. Wspieram m.in. grupę Wimlandia. Jedna z restauracji, działająca we wspomnianej grupie, została nominowana do renomowanego przewodnika. Osoby weryfikujące odwiedziły więc Restaurację Cudne Manowce (anonimowo i dyskretnie). I najwyraźniej zwróciły uwagę na maść czarownic do latania i być może dotarły do wpisów na blogu.

Poza popularyzowaniem dawniej wykorzystywanych roślin (czarny bez, pokrzywa, arcydzięgiel itd.) próbuję we współpracy tworzyć zupełnie nowe produkty. Takie jak maść czarownic do latania (na badzie smalcu gęsiego) z zakorzenieniem w wiedzy etnograficznej i przyrodniczej. Taką działalność uważam za ściśle związaną z misją Uniwersytetu - transfer wiedzy do szeroko rozumianej gospodarki. I nie tylko do dużych koncernów, oferujących wsparcie finansowe na badania ale także do całych i średnich przedsiębiorstw. Wzmianka w przewodniku kulinarnym jest miłym śladem efektów transfery wiedzy. Nie ma za to punktów w karierze akademickiej ale dla mnie bardzo wartościowe.

Synergia ma to do siebie, że stale tworzą się nowe wartości. We współpracy z cukiernią obmyślam teraz chruściki-faworki. Ale będą one niezwykłe i mocno osadzone w dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym. 

galu

Dzięgielówka - dawno temu na Kazimierzu (i na Kociewiu)

sczachor

dziegielowka1Kiedy latem jechałem na Podhale, osobiście poznać tamtejszą litworówkę (tradycyjna nalewka górali na arcydzięglu litworze), zatrzymałem się w urokliwym Krakowie. Na Kazimierzu trafiłem do klimatycznie osadzonej w żydowskiej tradycji restauracji o jakże znaczącej nazwie „Dawno temu na Kazimierzu”. Wystrojem wnętrza nawiązuje do starych zakładów rzemieślniczych. Przy muzyce na żywo (najpewniej imigranci z Ukrainy), rozkoszowaniu się starymi maszynami do szycia, w karcie zobaczyłem dzięgielówkę. Z wielką ciekawością spróbowałem. Wytrawna wódka dla zdrowotności, o ziołowym smaku.

Siła tradycji, na „nizinach” dzięgielówka - w górach litworówka. Może na nizinach łatwiejszy dostęp do rosnącego po lasach dzięgiela leśnego, a w górach - arcydzięgla litwora? Tak było może kiedyś, w uwarunkowaniu do tego, co rośnie najbliżej. Teraz, gdy arcydzięgiel hodowany jest w ogrodach, możliwe że i dzięgielówkę robią z korzenia arcydzięgla (bo łatwo dostępny na rynku zielarskim). Niemniej w nazwach zachowane został dawne dziedzictwo.

Nalewki produkowano kiedyś dla zdrowia. Pito w niewielkich ilościach w celach medycznych. Właściwości arcydzięgla znane od dawna i od dawna wykorzystywane. Poza różnymi likierami, w skład których wchodzi i arcydzięgiel, dwie nalewki bazują głównie na tej roślinie: litworówka i dzięgielówka.

W przepastnych zasobach Internetu znalazłem kilka przepisów na dzięgielówkę. Pierwszy z nich: „Dzięgielówka - nalewka z korzenia arcydzięgla”. Według informacji tam zawartych, dzięgielówka jest nalewką z korzenia arcydzięgla i ma działanie lecznicze. Przyrządza się ją z 80 g korzenia arcydzięgla, 1 l spirytusu, 1 l wody, 500 g cukru, kory cynamonowej, goździków, gałki muszkatołowej. Można zatem powiedzieć, że litworówka różni się od dzięgielówki tym, że jest słodzona miodem. Ale wróćmy do przepisu: korzeń arcydzięgla dokładnie myjemy i kroimy w drobne kawałki. Wrzucamy go do słoja, po czym zalewamy spirytusem,rozcieńczonym pół litrem wody. Szczelnie zamknięty odstawiamy na dwa tygodnie. Potem dodajemy przyprawy: kawałek kory cynamonowej, 10 goździków, około połowy gałki muszkatołowej. Szczelnie zamykamy i ostawiamy na kolejny tydzień. Trzecim etapem jest filtrowanie uzyskanego nastawu i łączenie go z syropem cukrowym. Połączony nastaw alkoholowy i syrop znów szczelnie zamykamy w słoju i zostawiamy na trzy tygodnie. Ostatni etap wykonywania dzięgielówki to filtrowanie nalewki i przelanie jej do butelek. Szczelnie zamknięte zostawiamy w chłodnym miejscu na kolejne trzy miesiące." Tak jak przy produkcji innych nalewek potrzebny czas i cierpliwość. Czyli slow life a nie żaden tam pośpiech.

Korzeń arcydzięgla działa rozkurczowo, wykrztuśnie, moczopędnie, kojąco, pobudza czynność żołądka, wzmacnia naczynia krwionośne, reguluje krwawienia miesiączkowe, pracę jelit, układ trawienny. Te właściwości znano od dawna. Można wykorzystywać napar (herbatkę) lub nalewkę. Warto jednak pamiętać, że dzięgiel i arcydzięgiel zawierają furanokumaryny, które działają fotouczulająco. Zatem po wypiciu raczej należy unikać wychodzenia na słońce (wypiłeś? - zostań w domu). Tak jak w każdym lekarstwie warto znać kontekst: ile i kiedy z niego korzystać. Zwłaszcza w przypadku nalewek (alkoholowych)…

Jak podają źródła internetowe, dzięgielówka jest wyborną, wytrawną wódką ziołową o charakterystycznym dla arcydzięgla aromacie. Sporządzona jest według znanej od lat receptury, bardzo popularnej w rejonie wschodnich Karpat (ale na Podhalu znana jest pod nazwą litworówka). Kiedyś używana była jako lekarstwo na problemy trawienne. Współcześnie wykorzystywana jest do sporządzania różnorodnych drinków.

Tak jak uznanie i międzynarodową renomę zdobyła żubrówka, przygotowywana na bazie aromatycznej trawy turówkii wonnej (Hierochloë odorata), tak może uznanie zdobędzie również dzięgielówka i litworówka. Karpacka dzięgielówka w 1996 roku wyróżniona została złotym medalem na Międzynarodowych Targach POLAGRA 96.

Ale dzięgielówka znana jest nie tylko w Karpatach i Małopolsce. W 2006 roku została wpisana na listę produktów tradycyjnych województwa kujawsko-pomorskiego. W opisie tego tradycyjnego produktów smak określono jako korzenny, cierpki. Zawartość alkoholu 35%-45%, Łodyga arcydzięgla musi być zbierana nad rzeką w maju. Wynika z tego, że produkowana jest najpewniej albo z podgatunku arcydzięgla nadbrzeżnego, albo z hodowli ogródkowych albo produkowana jest z dzięgla leśnego. Arcydzięgiel litwor nie występuje na stanowiskach naturalnych na Kujawach.

Według opisu z listy produktów tradycyjnych dzięgielówkę przyrządza się z owoców, korzeni i ziela (liście i łodyga) arcydzięgla. Zanim rozpowszechnił się w Europie cukier, dosładzano je miodem. W zależności od regionu i tradycji pojawiały się różne warianty tej samej receptury. Przepis na dzięgielówkę pochodzi z książki „W kuchni i przy stole – Ksiónżka o jeściu na Kociewiu” pod redakcją Romana Landowskiego (wydana w 2002 r. w Tczewie). Kociewskiej dzięgielówki jeszcze nie kosztowałem. I nie wiem czy współczesna dzięgielówka wyrabiana jest na bazie cukru czy miodu. Trzeba będzie wybrać się na wycieczkę i sprawdzić.

Poznawanie dziedzictwa kulturowego jest nie tylko intrygujące ale i smaczne. Zanim jednak się w podróż wybiorę kilka innych przepisów na dzięgielówkę.

Dzięgielówka BahusaNajlepiej do nalewki używać świeżych korzeni (kopanych w maju) i łodyg arcydzięgla, ale można też przyrządzać ją na suszonym korzeniu. Nalewka robiona ze świeżych łodyg ma śliczny oliwkowo-zielony kolor. Wykopane korzenie należy lekko oskrobać, dokładnie umyć, osuszyć, pokroić. Do gąsiorka wrzucić 50 g korzenia arcydzięgla, dodać łyżeczkę otartej skórki pomarańczowej i kilka ziarenek kardamonu, zalać 3 l 45 - 50% wódki, zakorkować, zostawić w cieple na 8 - 10 dni, codziennie potrząsając gąsiorkiem, po czym zlać, przefiltrować, porozlewać do butelek, zostawić na co najmniej 4 - 5 miesięcy. Jednak im dłużej stoi tym nabiera szlachetniejszego smaku.”

Dzięgielówka dla cierpliwych to likier z arcydzięgla. Składniki: 40g korzenia arcydzięgla, 3g nasion kopru włoskiego, 3g owoców kolendry, 0,7l spirytusu, 0,7l wody, 400g cukru. „Zioła należy zalać wrzącym syropem z wody i cukru, pogotować 2 min i odstawić na 2 dni. Po 2 dniach odcedzić zioła, do wyciągu wlać spirytus, wymieszać, rozlać do butelek, odstawić w ciemne miejsce na co najmniej 3 miesiące (…). Pełen bukiet i charakterystyczny, lekko gorzkawo-słodki smak, likierek dostaje po kilku miesiącach leżakowania, ale warto czekać.”

Nalewka dzięgielówka, produkcja przemysłowa, Zawartość alkoholu: 40% obj. Nalewka sporządzona z mieszanki różnych ziół. Barwa żółto-zielonkawa, smak przyjemny ziołowy. Podstawowymi składnikami mieszanki ziół jest korzeń i nasiona arcydzięgla, owoce kopru włoskiego i kolendra.

Jak więc widać odnalezionych przeze mnie przepisach do wytwarzania dzięgielówki wykorzystywany jest arcydzięgiel litwor (Angelika archangelica syn. Archangelica officinalis - obecna polska nazwa to także dzięgiel litwor) a nie dzięgiel leśny (Angelika sylvestris). Jedynie Łukasz Łuczaj w książce „Dzika kuchnia” podaje przepis na nalewkę z dzięgiela, wykorzystując właśnie dzięgiel leśny (zamiennie z arcydzięglem). W swoim przepisie Łukasz Łuczaj proponuje dodać także owoce kardamonu i kawałek skórki pomarańczowej.

krakow1_344

Szlakiem tradycji, wiedźm, bab i czarownic

sczachor

Pogłębiona turystyka wymaga wiedzy, zarówno etnograficznej jak i historycznej. Wiedza pozwala dostrzegać więcej niż zobaczą oczy i nos wywącha. Pozwala zobaczyć nie tylko mury, miejsca, ale także odtwarzać zjawiska i procesy, które te miejsca kształtowały. Pogłębiona turystyka dotyczy również dziedzictwa niematerialnego. Od jakiegoś czasu na niniejszym blogu relacjonuję swoje etnograficzne wędrówki w poszukiwaniu wiedźm i czarownic. W nazwach roślin i odkrywanych dawnych zwyczajach odszukać można okruchy dawnych światów. Dzisiaj dotarłem aż do Scytów. Jesteście ciekawi? To czytajcie.

Na Mazowieckim Szlaku Tradycji wyczytać można także o radomskich czarownicach (czyt. Radomskie czarownice). Jak można wyczytać „czarownicom przypisywano wiele występków. Według chłopów miały powodować choroby, impotencję, utratę płodności, opętania, otrucie, wreszcie śmierć. Z kolei na zwierzęta zsyłały pomór i niepłodność, a także odbierały krowom mleko. Wiedźmy wywoływały nieurodzaj, sprowadzały deszcz i grad, klęski żywiołowe i plagi szkodników. Oskarżenia dotyczyły też kanibalizmu, profanacji hostii i mszy świętej oraz konszachtów z diabłem. Czarownice działały za pomocą szerokiego wachlarza czarów wykorzystując słowne zaklęcia, zadawanie uroku spojrzeniem i gestem oraz wykonywanie magicznych czynności przy pomocy ziół i różnych przedmiotów.” Potwierdza wcześniejsze moje ustalenia, że czarownice i wiedźmy (przynajmniej w wieku XIX i XX) traktowane były synonimicznie. I że uosabiały złe moce a przynajmniej miały konszachty z siłami nieczystymi.

Wiedźmy, czarownice i czarownicy (jako pojęcia) związani są z określoną wizją świata, zakorzenioną w czasach szamańskich. Trochę w formie zmienionej dotarło do naszych czasów. Najogólniej rzecz ujmując za przyczynę choroby uważano działanie rzuconego uroku czy ingerencję demonicznej siły. Tak jak współczesny lekarz rozpoznaje (diagnozuje) zarówno samą chorobę jak i jej przyczynę, tak kiedyś w myśleniu szamańskim i magicznym także najpierw szukano przyczyny. Czyli kto i jaki urok rzucił. Leczenie sprowadzało się to zneutralizowaniu tego uroku czy działania złej siły. Do rozpoznawania, odgadywania przyczyny potrzebne było wróżenie. Stąd w leczeniu pojawiają się różnorodne wątki z wróżbitami. Moje przypuszczenia wczesnej publikowane na tym blogu, że słowo wiedźma wywodzić się może z wieszczki i wróżenia jest prawdopodobne.

W swoich etnograficznym poszukiwaniu trafiłem na książkę Juliana Tolko-Hryncewicza pt. „Zarys lecznictwa ludowego na Rusi południowej”, wydanej w 1893 roku. Ciekawym elementem w tej książce jest to, że pojawia się płeć męska. Zatem są i czarownicy, wróżbici jak i znachorzy, a nie tylko same „baby” - znachorki, wiedźmy i czarownice. Zamieszczone urywki pochodzą z tejże książki. Jeszcze w wieku XIX na Rusi wierzono w nadprzyrodzone (magiczne) wpływy na zdrowie. Jedni (czarodzieje i wróżbici) przy pomocy złego ducha szkodzili zdrowiu ludzi (mogli za opłatą zdrowie przywracać - można powiedzieć, że to prekursorzy szantażystów i mafijnych wymuszeń haraczu), inni (znachorzy i baby) spełniając rolę lekarzy i przy pomocy Boga oraz świętych pomagajli ludziom.

czarodzieje

Często odwołujemy się do dawnego wykorzystywania ziół. Tyle tylko, ze wtedy inaczej je wykorzystywano. To znaczy uważano, że inaczej działają. Poszukiwano podobieństwa (np. korzenia, łodygi, liści) do chorego narządu lub podobieństwa koloru. I wierzono, że poprzez siły magiczne one leczą. Czyli inne było teoretyczne podłoże poszukiwania ziół i interpretacji ich działania. Z tego bogactwa tradycji od wielu lat korzystamy sprawdzając zioła już pod innym katem - zawartości związków biologicznie czynnych i ich działania na organizm.

wrozbita

Wróćmy do książki Tolk-Hryncewicza. Pierwsza kategoria są czarodzieje i wróżbici. W mniemaniu ludu ruskiego czynili zło. Ale jak widać nie brakowało chętnych b się do nich po rade udawać. Miłość najwyraźniej od dawna zaślepia….

Wróżbita wróży z kart (to chyba stosunkowo nowy nabytek) jak i z rak czy nasion np. bobu. Ale najwyraźniej głównym zajęciem wróżbitów było leczenie chorób. Nieodłącznym elementem jest przecież odgadniecie choroby - rozpoznanie przyczyny. Do tego różne sposoby wróżenia są niezbędne. I jak wynika z przytoczonego fragmentu Tolko-Hryncewicz dopatruje się analogii ze zwyczajami starożytnych Scytów. Zatem geneza wiedźm byłaby bardzo stara. Z całą pewnością i nazwy i wyobrażenia zmieniały się przez wieki i kultury, niemniej sporo chyba jeszcze pozostało. W sam raz do odkrywania na szlaku kultur nie tylko mazowieckich.

znachorzy

Najpopularniejszym określeniem ludzi leczących byli znachorzy i znachorki. Zatem od bardzo dawna istniał w kulturze ludowej podział na szkodliwe czarownice i pożyteczne znachorki czy inne baby. Jak widać z zamieszczonego fragmentu kategoria pomocnych bab jest równa od znachorek do pomagających jedynie w porodzie. I znajdujemy takim niezwykle interesujący fragment o wied’mach czyli wiedźmach. Jeśli dobrze rozumiem sens zamieszczonego tam zdania to wiedźmy byłyby kategorią znachorem (a wiec leczące) jednak pozostające w stosunkach ze złymi mocami, ponadto oprócz leczenia zajmowały się czynieniem zła (szkodzeniem ludziom). Czyli tak jak czarownicy.

baby_wiedzmy

Ale i znachorzy rozpoczynają leczenie od praktyk magiczno-wieszczących. Diagnoza poprzez rozpoznanie uroku. A kto rzucił urok? Możliwe, że jakaś wiedźma-czarownica. Pławienie czarownic byłoby więc jakimś sposobem leczenia chorób. Magiczny kozioł ofiarny, ludyczne odreagowanie i znalezienie winnego. korzeniami sięga epoki kamienia łupanego i szamanizmu. Ale jeśli dobrze się przyjrzeć naszej współczesnej rzeczywistości... to to ludyczne zabobony dość często dostają się do ław sejmowych i rządowych...

znachor2

dziedziczenie_czarw

Entomologiczne andrzejki

sczachor

wonnica_pimwkaMożna wróżyć z wosku, cyny, fusów, wnętrzności zwierząt, odgaszanych węgli, lotu ptaka, świńskiej lub krowiej łopatki czy nawet czerpiąc wodę przetakiem. A można i wróżyć sobie owadami. Tak przynajmniej było jakieś sto lat temu na Warmii, o czym można wyczytać w „Dorocznych zwyczajach i obrzędach Warmii” Jana Chłosty.

Otóż dziewczęta na wsi kopały dołek w ziemi i szukały chrząszczy. Jeśli znalazły błyszczącego - to oznaczało, że wybranek będzie wojskowym. Jeśli znalazły czarnego chrząszcza - to przyszły mąż miał być kominiarzem. A jeśli jasny (biały) to znaczyło że będzie młynarzem. Domyślam się, że błyszczący czy czarny to może być owad dorosły (imago). Zapewne jakieś chrząszcze epigeiczne, szukające schronienia. Może jakieś biegaczowate (Carabidae), może trzyszcze a może tylko żuki gnojarze. Białe to już najpewniej są larwy, żyjące w glebie.

Wróćmy jednak jeszcze do tych dawnych, wiejskich wróżb na Warmii. Jeśli „robak” (wszystko zależy jaką wiedzę zoologiczną miały warmińskie dziewczyny i czy potrafiły odróżnić owady od innych bezkręgowców) miał szorstką powierzchnię to znaczyło, że mąż będzie bogaty. A jeśli gładką - ubogim.

Pośród innych andrzejkowych wróżb z dawnej Warmii warto wspomnieć (za Janem Chłostą) o umieszczaniu w łóżku nasion lnu lub owsa. Dodatkowo dziewczęta wypowiadały przy tej czynności sentencje, aby we śnie pojawił się wybrany chłopak. Bo wróżbom trzeba dyskretnie pomóc (podpowiedzieć). Koło Biskupca natomiast w andrzejkowy czas dziewczęta kładły pod poduszkę męskie spodnie lub nieumytą łyżkę.

Andrzejkowe wróżby są dobrym pretekstem by się spotkać w sympatycznym gronie. Wróżby i zabawy towarzystwie nie muszą się sprawdzać. Wszak sami jesteśmy kowalami własnego losu.

A na zamieszczonym zdjęciu chrząszcz z rodziny kózkowatych, wonnica piżmówka, sfotografowana w czasie badań w Delcie Wisły, kilka lat temu.

Czytaj także: O chrząszczach, motylach i wróżbach andrzejkowych

Jaka jest korzyść z wyższego wykształcenia?

sczachor

Od dłuższego czasu w różnych gremiach słyszę narzekanie na zbyt powszechne kształcenie wyższe. Że za dużo jest magistrów. Czasem słychać też postulat ograniczenia kształcenia uniwersyteckiego, bo „po co nam tylu magistrów?”. Moim zdaniem, bardzo subiektywnym bo nie popartym badaniami socjologicznymi, przyczyną tego narzekania jest niedostrzeżenie głębokich zmian cywilizacyjnych i społecznych (nie zauważyliśmy trzeciej rewolucji technologicznej, która właśnie wokół nas się dzieje). Nie uważam, że mamy za dużo wykształconych osób. Sądzę że powszechność kształcenia na poziomie wyższym jest cechą rozwiniętych społeczeństw. Zmieniła się jednocześnie rola dyplomów szkół wyższych. Kiedyś były one wyznacznikiem przynależności do elit. Dziś już nie. I nie widzę w tym nic złego. Już wyjaśniam dlaczego.

Jest oczywiście ważne pytanie: po co kształcić na poziomie wyższym? Czy edukacja uniwersytecka jest zawodowa czy kulturotwórcza? W jakimś sensie jest zawodowa, ale tylko w takim, że daje ogólne horyzonty, uczy krytycznego myślenia, pozwala na rozwój osobowości i uczy uczyć się w zmieniającym się otoczeniu.

Dyplom magistra czy inżyniera nie jest już wyznacznikiem elit. Egalitarność (i powszechność) jest w sprzeczności z elitarnością. Tylko że współczesna gospodarka oparta na wiedzy potrzebuje ludzi wykształconych. Tak jak kiedyś wprowadzenie powszechnej edukacji na poziomie elementarnym (szkoły podstawowe) umożliwiło rozwój społeczny w czasie drugiej rewolucji technologicznej, tak teraz powszechność kształcenia wyższego umożliwia rozwój gospodarczy w dobie trzeciej rewolucji technologicznej. W dawnych wiekach, w starożytności czy średniowieczu, umiejętność czytania i pisania była elitarna. Mało kto potrafił. Ale już w wieku XIX i XX ta umiejętność stała się powszechna. Umiejętność czytania i pisania nie czyniła z człowieka elity a umożliwiała uczestnictwo w społeczeństwie przemysłowym. Robotnik mógł przeczytać instrukcję obsługi maszyny itd. Chłop pańszczyźniany mógł być analfabetą - robotnik w fabryce już raczej nie.

Przed II wojną światową w Polsce był niewielki odsetek maturzystów i młodzieży studiującej. Większość z nich pochodziła z klas wyższych. Oba te czynniki sprawiały, że wszyscy absolwenci uniwersytetów teoretycznie mogli się nawet znać osobiście. Bo było ich niewielu, prawdziwa elita. Dyplom uniwersytecki dawał możliwość awansu społecznego i był to przepustką do elity. To silna motywacja do nauki. W społecznej świadomości takie wyobrażenie zostało jeszcze długo. Dla mojego pokolenia wykształcenie wyższe stanowiło awans społeczny i zawodowy. Najczęściej dawało szansę na stanowisko kierownicze (niezależnie od kierunku studiów). Magister to był ktoś. A teraz? Gdy blisko 40-50% młodych ludzi studiuje? Żaden awans społeczny. W świadomości pozostało jeszcze oczekiwanie awansu... mocno rozmijające się z realiami. W nie tylko polskiej rzeczywistości odczuwamy „nadmiar” osób z wyższym wykształceniem. Jedną z przyczyn narzekania na zbytnią powszechność kształcenia uniwersyteckiego jest moim zdaniem owo mniemanie o awansie i przynależności do elit (to se ne wrati). Z definicji elita jest nieliczna. Rodzi się więc pokusa ograniczenia liczby miejsc na uniwersytetach, pod pretekstem np., podnoszenia jakości kształcenia.

Za moich czasów było znacznie mniej miejsc na studiach niż liczba chętnych. Odczuliśmy to w latach 90. XX wieku, gdy bramy szkół wyższych otworzyły się na masowe studia zaoczne. Wtedy ta „pożyczka" peerelowska płaciła za swoje studia, znacząco wspomagając finansowo rozwój szkół wyższych. Teraz studentów zaocznych jest niewielu, śladowe ilości. Po prostu nie ma zaległości edukacyjnych w polskim społeczeństwie.

Po co nam tylu magistrów, licencjatów i inżynierów? Podam dwa przykłady długofalowych zysków społecznych.

W Polsce odnotowaliśmy niewątpliwy sukces uczniów (edukacji młodzieży), co widać w testach i sprawdzianach kompetencji, tych międzynarodowych i tych krajowych (wykres wyżej, z zasobów internetowych). Z dalekiego miejsca poniżej średniej np. w przedmiotach przyrodniczych, wywindowaliśmy się do światowej czołówki wśród krajów rozwiniętych. Jest kilka przyczyn tego sukcesu. Jedną z nich jest reforma edukacji i wprowadzenie gimnazjów (m.in. wydłużenie kształcenie ogólnego i wyrównanie szans w środowiskach wiejskich i małomiasteczkowych). Wyraźny postęp, zwłaszcza wśród tych najsłabszych. To nie tylko gimnazja ale i jakość kadr są autorami polskiego sukcesu edukacyjnego. Drugą bardzo istotną przyczyną jest wzrost wykształcenia kadry nauczycielskiej. Wzrost jakości edukacji to efekt umasowienia (upowszechnienia) wyższego kształcenia. Nauczyciele są dużo lepiej wykształceni i na dodatek potrafią się uczyć. W roku 1988 (mniej więcej w tym czasie opuściłem mury Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie) zaledwie nieco ponad 18 % nauczycieli miało wykształcenie wyższe. W 1992 r. co ósmy nie miał kierunkowego wykształcenia (dotyczyło głównie języka polskiego, matematyki i języków obcych). W 2016 roku aż 99 % nauczycieli czynnych to osoby z wyższym wykształceniem, a 90 % stale się doskonali (studia na drugim kierunku, studia podyplomowe, kursy, szkolenia).

Trudno nazwać nauczycieli elitą, zarówno ze względu na niewysokie pensje jak raczej niski prestiż społeczny. Jak pisze Justyna Suchecka w artykule „Obyś cudze dzieci uczył za dwa tysiące na rękę” (Gazeta Wyborcza, 18-20 listopada 2016) przeciętny nauczyciel dziennie pracuje 9.5 h, 47 h tygodniowo. To oczywiście średnia. Zwykli pracownicy... gospodarki opartej na wiedzy. Zresztą nigdy zawód nauczyciela nie cieszył się zbytnim szacunkiem, uznaniem finansowym czy prestiżem. Wykształcenie wyższe nie czyni więc elitą. Ale jak na tym przykładzie widać przynosi bardzo dobre efekty społeczne. Wszyscy na tym korzystamy. Nie o kreowanie elit chodzi we współczesnym kształceniu uniwersyteckim.

Przykład drugi. Od co najmniej kilku-kilkunastu lat widać znaczące ożywienie w środowiskach wiejskich. Wsie wypiękniały i się zaktywizowały. I nie tylko za sprawą wsparcia finansowego z Unii Europejskiej. Znacznie ważniejszy jest czynnik ludzki. Z moich obserwacji wynika (nie są to jednak usystematyzowane badania), że najwięcej ożywczego i prorozwojowego „fermentu” wnoszą ludzie wykształceni na poziomie wyższym, często dopiero w ostatnich latach osiadający na wsiach. Po drugie, znacznie aktywniejsze są kobiety. Na wsi z dyplomem uczelni wyższej nie jest już tylko ksiądz i nauczyciel. To właśnie środowiska defaworyzowane, w tym przypadku wiejskie, są widocznym beneficjentem wykształcenia wyższego. Ewidentny zysk społeczny i gospodarczy.

Czy w imię elitarności kształcenia uniwersyteckiego mamy ograniczać liczbę miejsc na studiach? Rezygnując z widocznych efektów społecznych i gospodarczych? Hydraulik i sprzątaczka też może mieć wykształcenie wyższe i dyskutować o filozofii, obserwować ptaki i ważki (nie zapominając o chruścikach), uczestnicząc w inwentaryzacji bioróżnorodności. I jak mielibyśmy ograniczać liczbę miejsc na uniwersytetach? Stawiając zaporę finansową? Studia tylko dla bogatych? Albo przyjąć kryterium pochodzenia społecznego? I co z tą młodzieżą, która teraz jest na studiach? Ma szlifować bruki i stać na wiejskim przystanku lub pod sklepem? Tylko w imię zaspokojenia dawnych wyobrażeń o elitarności?

Dzięki technologii (praca maszyn i komputeryzacja) nie musimy jako społeczeństwo tyle pracować co nasi przodkowie. Szersze horyzonty, samorozwój, poszukiwanie celu i sensu życia, wykształcenie ogólne i umożliwienie udziału w kulturze powinno być powszechnym dostępem. Uniwersytety nie powinny być sztucznie ograniczane dla „elit”.

Owszem, mamy problemy z kształceniem uniwersyteckim. Można odnieść wrażenie, że dawniej studenci byli pilniejsi, mądrzejsi, bardziej pracowici. Ale to złudzenie. Zmieniło się otoczenie edukacyjne i zmieniło się społeczeństwo, dlatego dawne wzorce i metody dydaktyczne stają się nieefektywne. Uniwersytety nie są już monopolistą w upowszechnianiu wiedzy. Dzięki internetowi dostęp do wiedzy jest zupełnie inny niż kiedyś. Dzisiaj sercem uniwersytetu nie jest już biblioteka z papierowymi książkami i czasopismami. Trzecia rewolucja technologiczna naprawdę gruntownie zmienia ludzkie społeczności. Ale było tak rónież w czasie pierwszej i drugiej rewolucji technologicznej. Nic nowego.

Z całą pewnością uniwersytet musi się zmienić i zmienić sposób kształcenia. Bo świat się zmienił. Mam jednak nadzieję, że rzeczywisty dyskomfort zaowocuje mądrymi dyskusjami i zmianą form kształcenia a nie ograniczaniem miejsc w ławach akademickich. Tym bardziej, że rozwijają się nie tylko uniwersytety trzeciego wieku ale i przybywa kształcenia typu 40 plus. Czyli dorośli i pracujący wracają po naukę.

Pajędza (czarownica), która Antarktydzie zagraża i być może uczestniczyła w andrzejkowych wróżbach

sczachor

1024pxPoa_annuaBiolodzy szukają w genach pozostałości po biologicznej przeszłości poszczególnych gatunków. Z różnych okruchów rekonstruują filogenezę i dawne pokrewieństwo różnych taksonów. W kulturze jest podobnie. Przykładem niech będzie jędza. Ale co to za jędza (czarownica), co by zagrażała Antarktydzie? To już nie krowom mleko zabiera, uroków nie rzuca, dzieci nie podmienia a Antarktydzie zagraża? No cóż, widać globalizacja swoje zrobiła. Wszystko po kolei wyjaśnię, czytajcie cierpliwie.

Zaczęło się kilka dni temu na seminarium. Referat studenta dotyczył rośliny, wiechliny rocznej zwanej także wykliną roczną (Poa annua L.). Ale ludowa nazwa tej rośliny to pajędza. Wcześniej już spotykałem tę nazwę w botanicznym zestawieniu, ale nie zwróciła mojej uwagi. Jednak, kiedy od kilku miesięcy doczytuję różne etnograficzne opracowania, dotyczące wiedźm i czarownic, moja uwaga na jędze i wiedźmy jest wyczulona. Teraz dopiero więc pajędzę dostrzegłem. Ale zanim opiszę zagrożoną Antarktydę (co i dlaczego), najpierw zajmijmy się rzeczona jędzą.

W słowniku języka polskiego PWN jędza ma dwa znaczenia: 1. «zgarbiona starucha z długim nosem – postać z bajki uosabiająca zło», 2. pogardliwie «kłótliwa i dokuczliwa kobieta». W Słowniku Języka Polskiego w zestawieniu Baba-Jędza oznacza „1. wiedźma z bajki; Baba Jędza, 2. niesympatyczna lub brzydka kobieta, czarownica; baba jaga; baba-jaga.” Jeśli kiedyś jędza uosabiała zło (np. Baba Jędza, Baba Jaga), to może miała związek jakiś z czarownicami i wiedźmami? Gdzieś w dawnych wierzeniach (systemie wiedzy o świecie) naszych przodków? Wskazuje na to opis, zamieszczony w Wikipedii: „Jędza, jęza, jęga, zła baba, jędza baba, jędzyna – demon starosłowiański, pierwotnie zła bogini, wyobrażająca chorobę i gniew, po chrystianizacji zdegradowana do miana gniewliwej, wychudzonej czarownicy, o charakterze strzygi, porywająca i pożerająca dzieci. Była starą, wysoką, chudą, bardzo złą kobietą, zamieszkującą pustkowia. Wykradała matkom dzieci, zasadzała do klatek, wykarmiała, a następnie upieczone lub surowe pożerała.” Łączenie jędzy (pajędzy) z czarownicami i wiedźmami jest więc jak najbardziej właściwe. Zapewne nie dotrzemy do pełnej rekonstrukcji znaczeniowej, ale coś już wiemy.

Aleksander Brϋckner w Słowniku etymologicznym języka polskiego tak opisuje: „jędza, jędzona (ludowe), złośnica i czarownica, z jęg-ja, do lit. engti uściskać, ingti ubożeć, ignasti ubolewać; z g ocalało w nazwie rus. baba-jaga (z jęga), dla czarownicy. Byłby to więc pierwotnie demon (żeński) choroby, bólu.” O ile zła konotacja demona Jędzy (Jęgi), przynoszącej chorobę i ból, odnoszącej się do czarownicy, a współczesnej do kobiety starej, złej i wrednej, nie budzi wątpliwości, to jaki ma to związek z trawą?

Wiechlina roczna, wyklina roczna (Poa annua) - nazwa zwyczajowa – pajędza. Do tej pory nazwa trawy - wyklina - wydawała mi się zwykła i oczywista. Ale teraz dostrzegam znacznie więcej. W końcu dlaczego trawę nazywano wikliną (szczegóły niżej)? Przecież współcześnie pod nazwą wiklina kryje się wierzba, krzew, wykorzystywany w plecionkarstwie. Ma chyba związek z rokitą, rokicina, gęstymi łozowiskami. Od których nazwę chyba wziął nasz pospolity diabeł Rokita. Rokita - bo mieszkający, psocący w wierzbowych łozowiskach, krzakach itd. No cóż, etnografia i etymologia pozwalają zobaczyć więcej w zwykłych słowach… Wiechlina - to nazwa od typu kwiatostanu (wiecha).

Ale wróćmy do naszej pajędzy - dwa inne określenia: wyklina i wiklina też są tajemnicze i chyba ze sobą powiązane. Zatrzymajmy się jednak przy biologii tej trawy. Jest to gatunek kosmopolityczny, który wraz z człowiekiem rozprzestrzenił się po całym świecie. Można by powiedzieć, że jest to ikona globalizacji. A ze względu na swoją wszędobylskość uważany jest za jeden z najkłopotliwszych chwastów świata (także w Polsce). Niczym jakaś wredna czarownica czy jędza.

Pajędza została zawleczona także do Antarktyki (Antarktyda i wyspy znajdujące się wokół tego kontynentu). Jest trzecim gatunkiem roślin naczyniowych, występujących we florze Antarktyki. Po raz pierwszy została zauważona na przełomie lat 1984/85 przy głównym budynku polskiej stacji badawczej im. Henryka Arctowskiego na Wyspie Króla Jerzego. Od tej pory znacznie się rozprzestrzeniła. Czym się martwić? Od przybytku głowa nie boli? Kolejny gatunek być może wzmocni ekosystem Antarktyki. Zwłaszcza, że wraz z ociepleniem, zmniejsza się powierzchnia lodu i rozpoczyna się sukcesja ekologiczna. Lokalnie więc można by uznać pojawienie się pajędzy jako dobry znak. Tyle tylko, że jest ekspansywna i zagraża dwóm innym, rodzimym gatunkom roślin antarktycznych. O ile wiechlina roczna wszędzie występuje, to gatunki antarktyczne już nie są tak rozprzestrzenione. Zatem w skali globalnej grozi nam utrata bioróżnorodności. A przecież te dwa zagrożone gatunki roślin mogą się nam do czegoś „przydać”. Pajędza więc zagraża różnorodności biologicznej w Antarktyce tak jak kiedyś Jędza czyniła zło i przynosiła choroby. Tym razem szkodzi na Antypodach. I to za sprawą człowieka. Bo najpewniej przywlekli ją naukowcy… lub turyści, coraz liczniej odwiedzający Antarktykę. W Polsce wiechlina roczna rośnie przy droga, rowach, w ogrodach, na pastwiska i polach uprawnych (jako chwast). Rośnie również w miejscach intensywnie wydeptywanych (np. ścieżki).

Wróćmy do tajemniczej nazwy „pajędza”. U Erazma Majewskiego (1894 rok), Poa annua zapisana została pod nazwą zwyczajową jako wiklina roczna, wyklina (po chorwacku lasji matere božje). Z kolei pajędza odnosi się do skorupiaka Scyllarus (także płaskonóg - to ostatnie zostało, ogólnym pokrojem skorupiak ten przypomina krępą, grzbietobrzusznie spłaszczoną langustę). Dlaczego pajędza przeszła ze skorupiaka morskiego na trawę? I czy pajędza ma coś z wikliną lub wyklinaniem? I skąd takie zestawienie pa-jędza? Że niby jędza pa-pa, czyli żegnaj jędzo?

O wiklinie i diable Rokicie pisałem wyżej. Wyklina natomiast kojarzy się z wyklinamiem czyli z ciskaniem gromów, ciskaniem lub rzucaniem klątw (to już oczywista domena wiedźmy i czarownicy, łącznie z rzucaniem uroków), złorzeczeniem, przeklinaniem (w sensie rzucaniem klątwy a nie używaniem brzydkich wyrazów), piętnowaniem, potępianiem , smaganiem, ekskomunikowaniem, krytykowaniem, odsądzaniem od czci i wiary, narzekaniem, psioczeniem, lżeniem, obrażaniem, wymyślaniem, zrzędzeniem, urąganiem, wyzywaniem itd. W słowniku synonimów języka polskiego dla słowa wyklinać znajdują się 54 synonimy. Bogactwo wielkie.

Ale co wspólnego ma niepozorna trawa - wiechlina roczna, pajędza, wyklina - z jędzami, czarownicami i z wyklinaniem? Czy jest to jakieś przypadkowe nadanie nazwy zwyczajowej przez szukających inspiracji dawnych botaników? Czy też może jest to jakiś zapomniany ślad wykorzystywania tejże małej, niepozornej trawy w dawnych praktykach magicznych? Może odstraszających jędze? Na razie pozostaje to dla mnie tajemnicą. Ale może kiedyś, przypadkiem natrafię na kolejny ślad. Może ktoś podzieli się swoją wiedza? Może była wykorzystywana w jakichś wróżbach?

Fot.  Rasbak,  CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=95915

Marzą mi się osiedlowe kompostowniki

sczachor

kompost2Ostatnio codziennie rano, tuż po szóstej, pani sprzątająca warczy wentylatorem. Bardzo głośnym. Zgarnia liście. A w zasadzie zdmuchuje. Spółdzielnia pomyślała o nowoczesności, ale wątpliwa to nowoczesność. Zatruwa hałasem jak i szkodzi przyrodzie (brak martwej materii organicznej na trawnikach, erozja gleby, zużycie paliw kopalnych, zanieczyszczanie powietrza spalinami itd.). Zdmuchuje dmuchawą liście, a potem grabi na kupki i ktoś kiedyś wywiezie. Spory wysiłek, wydatek energetyczny jak i uciążliwe dla mieszkańców (hałas). A dodatkowo nieprzyjazne dla miejskiej bioróżnorodności.

Miasto jest ekosystemem, jest więc produkcja pierwotna i odpady organiczne. Martwa materia organiczna ma swoich konsumentów, a w wyniku ich działalności materia wraca do biologicznego obiegu. Nie warto tego procesy zakłócać źle pojętą estetyką.

Olsztyn tak jak i wiele innych polskich miast boryka się z nadmiarem śmieci (odpadów). Recykling realizowany jest w małym stopniu, wokół śmietników jest nieustający bałagan. Niezbyt miły widok. O ile jeszcze można liczyć że szkło, papier i plastik w końcu będą recyklingowane (mieszkańcy się nauczą), to co zrobić z biomasą? Przez moment były pojemniki do biomasy, ale szybko zniknęły (chyba źle były wykorzystywane przez mieszkańców).

Drugim problemem jest brak przestrzeni dla aktywności mieszkańców na osiedlach. A można te dwa problemy rozwiązać i połączyć w formie osiedlowych kompostowników. Mała, estetyczna architektura (w wielu miejscach Europy i Polski już widziałem takie). Te kompostowniki mogą być umieszczone w różnych punktach, a w sąsiedztwie ławeczka. Niekoniecznie przy tradycyjnych śmietnikach. Niewielka budowla o funkcjach edukacyjnych. Bo przecież ścianki konstrukcji można wykorzystać jako element edukacyjny: niewielkie plansze z tekstem, zdjęciami (grafikami edukacyjnymi) i QR Kodami, odsyłającymi do znacznie bogatszych treści. Internet mobilny jest powszechny, więc można przyjść, poczytać i wykorzystać swoją komórkę (telefon) by dowiedzieć się więcej. A także usiąść na ławeczce i obserwować przyrodę. A jeśli będą w kompostowniku prześwity, to będzie widać wszystkie procesy zachodzące w glebie, w tym związane z dekompozycja biomasy. Można oczywiście na ściankach umieścić także hotele dla owadów zapylających. Kilka funkcji w jednej konstrukcji.

Cykl produkcji kompostu to od 3 miesięcy do roku lub ciut dłużej. Oczywiście o ile jest prawidłowo prowadzony. Ale przecież służby porządkowe, zamiast tylko warczeć dmuchawą, mogą wykonywać i takie prace: nadzór merytoryczny nad kompostownikiem. Fakt, wymaga to wiedzy. Ale czy brakuje nam ludzi wykształconych? Lub czy nie jesteśmy wstanie szybko przeszkolić dowolnych pracowników? Mamy takie możliwości, potrzeba tylko wyobraźni. Żyjemy w epoce gospodarki opartej na wiedzy i powszechnym, wyższym wykształceniu. Najwyższy czas z tego korzystać.

Co do środka? Na pewno resztki organiczne z domów. Mniej trafi na komunalne wysypisko, więc z punktu widzenia miasta jak najbardziej przydana aktywność. Ponadto trawa ze koszonych trawników. I oczywiście liście grabione jesienią. To także obniżka kosztów utrzymania zieleni (nie trzeba wywozić i płacić za utrzymanie wysypiska, które i tak zbyt szybko się wypełnia). Zatem inwestycja w tę małą architekturę i ewentualne szkolenie kadr zwróci się mniejszymi kosztami utylizacji odpadów.

A co z wytworzoną próchnicą? Można wykorzystać do nawożenia trawników i miejskiej zieleni. Znowu zysk finansowy. I zysk ekologiczny. Bo więcej próchnicy w glebie to większe zatrzymywanie wody.

W ramach działań edukacyjnych (informacje na ścianach kompostownika oraz internet mobilny) można popularyzować karmniki dla dżdżownic (jeszcze mniejsze obiekty), domki dla jeży i estetyczne karmniki dla ptaków (nie będzie chleba na chodniku) oraz wyżej wspomniane hotele dla owadów. Jeśli zadbamy o dżdżownice to będzie pokarm dla wielu ptaków żyjących w mieście. Ptaków, które lubimy oglądać i słuchać. Ułatwi to kontakt z przyrodą i skanalizuje aktywność wielu mieszkańców. Wolontariat miejski i „partyzantka” ogrodnicza w jednym. I tak dochodzimy do elementu integracji osiedlowej. Nie tylko wspólne użytkowanie kompostownika ale okazja do prac społecznych i pielęgnacji zieleni (a w zasadzie bioróżnorodności) osiedlowej).

Marzy mi się osiedlowy kompostownik. To sposób na zwiększenie recyklingu odpadów, poprawę warunków funkcjonowania przyrody w mieście jak i sposób na aktywizacje i integrację społeczności lokalnej (osiedlowej). Owszem, realizacja wymaga logistyki i wiedzy. Wymaga nie tylko zatrudniania zwykłych cieci do grabienia liści ale dobrze przygotowanych kadr. To wszystko mamy. Wystarczyłoby tylko w wieku XXI wykorzystać istniejący potencjał kapitału ludzkiego.

Marzą mi się osiedlowe kompostowniki… Czasem marzenia się spełniają…

Ja też jestem imigrantem

sczachor

jestem_imigrantemGdy dzieje się niegodziwość (tu i teraz) milczenie byłoby podłością. Przestrzeganie prawa i polskiej konstytucji obowiązuje wszystkich a nie tylko cudzoziemców, imigrantów, ateistów, prawosławnych, muzułmanów czy „gorszy sort”. Mnie, jako Polaka i katolika, słowa pani poseł Beaty Mateusiak-Pieluchy po prostu obrażają (bo niby w moim imieniu, jako poseł, to mówi). I bardzo niepokoją, bo kojarzą się z niemiłą przeszłością. Wtedy też miłe były bardzo złego początki.

Chcę być solidarnym z tymi, których miałoby się deportować. Więc jestem imigrantem. W swojej drodze do pracy mijam budowę, słyszę ukraińską mowę. Sezonowi pracownicy, imigranci albo po prostu ludzie. Boję się, że narastająca atmosfera nacjonalizmu rozpocznie się podpisywaniem absurdalnych deklaracji, a zakończy się zakładaniem opasek i „deportowaniem” w bydlęcych wagonach.

Jestem imigrantem do szpiku kości. A wszystko zaczęło się jakieś 4 miliardy lat temu. Może troszkę później. Wtedy pojawiło się życie biologiczne na Ziemi. Wcześniej go nie było, więc jest bez wątpienia imigrantem. Przybyszem, czymś nowym. I na dodatek owo życie diametralnie zmieniło planetę w skali globalnej a nie tylko lokalnej. Spytajcie geologów. Ja jestem istotą żywą.

Człowiek ewolucyjnie ukształtował się w Afryce. Tam wyewoluowały hominidy i rozdaj Homo. Najpierw do Europy przybył jako imigrant Homo erectus. Dotarł do Azji i być może jeszcze dalej. Potem w Europie byli Neandertalczycy, może tu powstali może przybyli jako imigranci. Być może dotarli także Denisowianie. W każdym razie po Neandertalczykach mamy jakieś 1,9% genów. 

Homo sapiens sapiens dotarł do Europy jako imigrant, chyba 40-50 tys. lat temu. I wyparł Neandertalczyków. Szczegółów nie znamy. Jako Homo sapiens sapiens bez wątpienia jestem imigrantem w Europie. Gdy ustąpił lodowiec z terenów współczesnej Polski, najpierw pojawili się tu łowcy reniferów. Gdy klimat jeszcze bardziej się ocieplił powędrowali za swoimi reniferami na północ. Może niektórzy tu zostali. Ale raczej niewielu. Przywędrowali rolnicy, najpewniej z Azji Mniejszej. Jak zawsze ludzie wędrowali, kultury się mieszały a cywilizacje rozwijały. Dzięki różnorodności i współpracy. Mimo wojen.

Gdzieś w dolinie Dunaju powstali Indoeuropejczycy (ściślej Praindoeuropejczycy). Moi przodkowie. Zasiedlili całą Europę, duże części Azji i dotarli aż do Indii. Po pierwotnych Europejczykach niewiele zostało. Chyba bezpośrednimi potomkami są Baskowie. W epoce brązu na ziemiach polskich mieszkały ludy kultury łużyckiej. Potem przywędrowali tu germańscy Wandalowie, zasiedlając tereny między Odrą a Wisłą. Byli też Goci, którzy wywędrowali aż nad Morze Czarne. Słowianie przyszli jako imigranci gdzieś koło szóstego wieku naszej ery (gdy Wandalowie poszli na zachód i dotarli aż do Afryki - więc może migranci z północnej Afryki to po prostu potomkowie Wandalów, wracający do swojej ojcowizny?). Zapewne imigranci-Słowianie w części zasymilowali pozostałą ludność tu mieszkającą (w tym i Wandalów). Ale w większości byliśmy imigrantami znad Dniestru - miejscowych, jeśli zostali, to zeslawizowaliśmy. Także i na tym etapie moi przodkowie byli imigrantami.

W linii męskiej dobrze w metrykach i księgach mam udokumentowane przebywanie moich bezpośrednich przodków na północnym Mazowszu. W Czachorowie. Od tej wsi wzięło się notabene nazwisko, które umożliwiło śledzenie genealogii w księgach metrykalnych. Zasiedziali imigranci, tak co najmniej od początku XIV wieku. Na Prusy dotarli najpóźniej w XV wieku. Ale moja bezpośrednia linia siedziała cały czas na północnym Mazowszu. Inni rozeszli się po całym świecie, dotarli do obu Ameryk i jeszcze dalej.

Ma Warmię i Mazury przyjechał mój ojciec (z Mazowsza). Za starszym bratem. Ten przyjechał tu nie z własnej woli, bo na roboty w czasie wojny. Był deportowanym imigrantem i człowiekiem gorszego sortu III Rzeszy Niemieckiej. Co prawda urodziłem się w Lidzbarku Warmińskim, ale z pokolenia imigrantów.

W linii żeńskiej płynie we mnie domieszka krwi litewskiej i białoruskiej, możliwe że i tatarskiej. Wszystko w ramach tolerancyjnej i wielokulturowej, wielonarodowej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Tak jak we współczesnej Unii Europejskiej. Dziadkowie z mamą przyjechali po 1945. Byli tak zwanymi repatriantami. Czyli imigrantami. Przyjechali z własnej woli, w bydlęcych wagonach. Tak jak i inni, zamieszkali w cudzych domach. Mieszkali w jednej wsi Niemcy, Mazurzy (autochtoni, jeden nawet był Szwajcarem), Kresowiacy, ci z Centrali no i Łemkowie oraz Ukraińcy. Ci ostatni zostali tu deportowani. Przymusowi imigranci.

Na studia do Olsztyna przyjechałem z Płocka (w międzyczasie rodzina wróciła na Mazowsze). Zostałem na Warmii, więc jestem imigrantem. Studiowałem z potomkami imigrantów, w tym z Ukraińcami.

Kiedy pani poseł pisze o składaniu deklaracji i grozi deportacjami, to przypominają mi się losy mojej rodziny. Ojciec jako dziecko był w obozie w Działdowie, cudem przeżył. Rodzinę deportowano z ich gospodarstwa. Po wojnie wrócili na swoje. Z kolei rodzina mamy tułała się po gułagach na wschodzie, a dziadek uciekł z więzienia w Połocku (nie chciał się zrzec obywatelstwa polskiego). Część została na zawsze, część wróciła lub przez Iran powędrowała dalej. Rodzina rozsiana po całym świecie. Mówimy różnymi językami, choć wszyscy pochodzimy z jednej wsi na północnym Mazowszu.

Wydawało mi się, że żyję w szczęśliwych, spokojnych czasach. Ale już od roku słyszę ciągle o lepszym i gorszym sorcie, a teraz pani poseł z PiSu apeluje o podpisywanie deklaracji i „obiecuje” deportacje. Jako Polak i praktykujący katolik, gdy słyszę to dzielenie na lepszych i gorszych, mówię głośno: ja też jestem imigrantem! Jeśli ich to i mnie. Deportujcie i mnie. Milczenie byłoby podłością. Moją ojczyzną odziedziczoną w kulturze była Rzeczypospolita Tolerancyjna, Republika Trojga Narodów. Tę ideę współcześnie o wiele bardziej realizuje Unia Europejska niż zaściankowa ksenofobia zagubionych intelektualnie i duchowo ludzi.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci