Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Pozaformalna inauguracja roku akademickiego

sczachor

masc_do_lataniaPraca_aplikacyjnaKrótki tytuł ładnie brzmi albo przynajmniej intrygująco. Jeśli jednak ograniczyć lekturę do samego tytułu (nawyk medialnie hałasującej rzeczywistości) to interpretacje mogą być bardzo różne. Świat postrzegamy także przez pryzmat tego, co już wiemy i jakie wyobrażenia o nim mamy. Nie ma obiektywnych w pełni faktów i obserwacji. I w zależności od własnych doświadczeń powyższy tytuł odczytamy różnie. A niektórzy zaczną komentować... cały tekst. Zgodnie ze swoimi wyobrażeniami i interpretacjami tytułu. Czasem w zupełnym oderwaniu od treści.

Wczoraj uczestniczyłem w wydziałowej inauguracji roku akademickiego. Było niby tak samo ale jednak  inaczej. Na przykład studenci nie otrzymali indeksów. Bo po prostu indeksów papierowych już nie ma. Trzeba zmieniać wieloletni zwyczaj uroczystości inauguracyjnych. Nie ma już uroczystego wręczania indeksów. Rytuał akademicki trzeba zmieniać, dostosowywać. Zajęcia na swoim wydziale zaczynam w poniedziałek, z samego rana. A przecież inauguracja dydaktyczna już odbyła się...

Dzisiaj, czyli jeszcze przed typowymi zajęciami ze studentami, będę miał wykłady i zajęcia. Z zupełnie innymi studentami. Mam na myśli Europejską Noc Naukowców i coraz bardziej rozwijającą się na uniwersytetach edukację pozaformalną. A przecież już w wakacje jeździłem z krótkimi wykładami w ramach Letnich Koncertów Pro Musica Antiqua - w zupełnie nietypowych miejscach (kościoły, domy kultury, budynki zabytkowe). We wrześniu była edukacja pozaformalna w czasie Olsztyńskiej Wystawy Dalii oraz w czasie Dni Nauki i Sztuki. Tak więc praca akademicka trwa w najlepsze ... mimo, że nie rozpoczął się jeszcze nowy rok akademicki....

Pierwsze słowo tytułu niniejszego wpisu blogowego odnosi się do edukacji pozaformalnej i jest nawiązaniem do głębokich zmian, jakie dokonują się w edukacji, także tej uniwersyteckiej. Misja uczelni pozostaje ta sama ale zmieniają się nam studenci. Dla mnie dzisiejszy dzień to debiut... z kamishibai. Dziwna forma jak na wykłady akademickie? Świat się zmienia to i trzeba uczyć się nowych form komunikacji. Zadaniem uniwersytetu jest eksperymentować i kreatywnie poszukiwać, adoptować stare do nowej sytuacji. Dzisiaj będzie jeszcze typowa bajka dla dzieci (ale edukacyjna i przyrodnicza). Za jakiś czas będę chciał zrealizować typowy wykład akademicki dla studentów z... kamishibai. W dobie przerostu elektroniki, znudzenia schematami powiew nowości być może będzie przydatny. W tym "szaleństwie" jest poszukiwanie skutecznych form komunikacji i przypominanie sobie dawnych, efektywnych sposobów opowiadania. 

Europejska Noc Naukowców (tak jak i inne formy) jest dla mnie okazją do pokazania najnowszych poszukiwań, eksperymentów. popularyzacja wiedzy (przynajmniej dla mnie) nie jest odtwarzaniem starych rzeczy "dla małych". Tak jak każdy wykład akademicki - jest relacjonowaniem badań, poszukiwań, eksperymentów, pokazywania sukcesów i ślepych dróg. Jest dialogiem. Dzisiaj pokażę efekty niektórych eksperymentów edukacyjnych, współpracy z gospodarką. Będzie to okazja zarówno samemu krytycznie na efekty spojrzeć jak i w inspirującej rozmowie szukać pomysłów na kolejne ulepszenia. Uniwersytet to wiedza z pierwszej ręki. W trakcie powstawania, dlatego prawdziwa. 

Ilustracją są dwa slajdy tytułowe, jeden dotyczy wykładu, drugi uzupełnienia do wystawy malowanych dachówek. Także i tu, po samych tytułach różnie można interpretować domniemana zawartość. Jednak wszystkiego nie da się dowiedzieć z krótkiego wpisu internetowego. Trzeba przyjść i doświadczyć w bezpośrednim kontakcie. A niezrozumiałe słowa i pojęcia - takie jak kamishibai - szybko można sobie sprawdzić w internecie. Fakt, wymaga odrobiny wysiłku. Ale bez wysiłku wiedzy i umiejętności się nie zdobędzie. Własna aktywność poszukiwawcza, dociekania, zgłębiania, poszukiwania, eksperymentowania i dyskutowania z innymi - są niezbędne i sa istota studiowania na uniwersytecie. Także w wydaniu pozaformalnej edukacji.

 dachwki__21

Huculskie wiedźmy i zasada nieoznaczoności

sczachor

huculszczyzna2Ekolodzy także mają swoją zasadę nieoznaczoności.  Tak w sporym uproszczeniu. Bo ingerencja w środowisko, z pobieraniem prób, odłowem osobników itd, powoduje zmiany: korzystne dla jednych niekorzystne dla innych populacji. Zatem jeśli chcieć dokładniej zbadać np. chruściki w rzece Pasłęce, to należałoby pobrać więcej prób... a zatem wprowadzić większe zmiany. Być może częste pobieranie prób w większym stopniu eliminuje gatunki stenobiontyczne a ułatwia życie eurytopom. W jakimś sensie więcej znaczy mniej (więcej prób, mniej wiedzy o tym co było i jak było bez badań).

Podobny problem chyba mają  etnografowie. Im bardzie wypytują, starają się poznać, tym bardziej "tubylcy" tworzą legendy, rytuały itd. Dowcipnie o tym pisze Michał Kruszona w swojej książce "Huculszczyzna. Opowieść kabalistyczna":

"Ankiety takie służyły do tak zwanych wywiadów terenowych. Odtąd etnografowie, zwłaszcza ci z mniejszym doświadczeniem, słuchają od wioskowych mądrali dokładnie tego, co chcą usłyszeć. Współcześni molfarzy i wieszczuni [rzecz dotyczy Huculszczyzny, ale śmiało można uogólnić] przygotowują się do tych spotkań solidnie niby do seminariów, czytają książki i opracowania antropologiczne, nierzadko w obcych językach. Wymyślają coraz to nowe opowieści, przytaczając je jako prastare."

Omawiana książka (wraz z załączoną ilustracją) nie jest typową pracą naukową i etnograficzną. Niemniej autor ma odpowiednie wykształcenie i jak można wywnioskować dużą wiedzę o Huculszczyźnie. Natomiast ostrożność przy żadnej lekturze nie zawadzi.

Książka jest interesująca i warta przeczytania. Ukazuje przepiękny świat... którego już nie ma. Między wierszami znalazłem coś w interesującym mnie temacie, dotyczącym wiedźm. W jednym fragmencie autor wspomną o wiedzy ziołoleczniczej Hucułów (Rusinów, Karpatorusinów): "Huculi nad górnym Czeremeszem zamieszkiwali w XVIII wieku (...) głównie lasy i połoniny. Unikali uprawy roli, doskonaląc sposoby hodowli bydła i owiec. (...). Była też jeszcze jedna dziedzina, na której znali się jak mało kto, było nią znachorstwo wraz z towarzyszącą mu znajomością wszelakich ziół i naturalnych medykamentów. Ludzie obserwowali chore zwierzęta, bacznie przyglądając się roślinom wybieranym przez nie pośród innych (...) Później wzbogacali zwierzęcy instynkt o własną Intuicję, dodając do niej często niemałą dozę własnej inteligencji [oczywiście są to domniemania i interpretacje  Kruszony]". Sąsiadami Hucułów byli Żydzi (późniejsi Chasydzi). "powstawał system stosowany w praktykach magicznych i znachorskich. Podpatrywał te sposoby Beszt. Od Hucułoów przejął wiedzę na temat ziół i ich działania. Praktyczną wiedzę medyczną łączył z mistyką. Stworzył w ten sposób spójny system (...)" Tak powstał chasydyzm. O wiedźmach nie ma wzmianki ale jest o ziołolecznicztwie.

Kruszona wspomina o wiedźmach przy okazji fajki "Fajka ma wiele wspólnego z czarami. Zaczarować może każdego. Jej dym (...)." Jak na razie jest to przenośnia. Ale potem wspomina o kobietach, także palących fajkę, i ich zniszczonej cerze trudem życia. "Kiedy są młode [Hucułki], bywają piękne, stąd mamy na Huculszczyźnie czarodziejki i czarownice [te pierwsze młode, piękne, czarujące, te drugie stare i brzydkie]. Piękne czarnookie lansują między kawalerami swoją urodę, starając się być dostrzeżone zwłaszcza przez przybyszów spoza górskiej krainy. Czarują czarnymi oczyma. Dzisiaj mawia się, że różnica między lasowanie [to dotyczy więdnącej urody na starość] a lansowaniem zależy od wieku i jest tożsama z różnicą między czarownicą a czarodziejką".  

Nie zwróciłbym uwagi na te wzmianki o czarownicach, gdyby nie dalszy fragment, o starej Oksance, chodzącej po swoim obejściu między żmijami. Najwyraźniej była uważana przez miejscowych za czarownicę. Kiedy w czasie letniej powodzi porwała ją woda Czeremesza, nikt jej nie ratował. Utopiła się "Teraz straszą tam rybaków [kości po Oksance], a u nas i deszcz pada, i słońce świeci jak Bóg przykazał. Jest teraz spokojniej, bez czarownicy." Owa powódź była po ulewie, jaka spadła po długiej suszy.... Najwyraźniej za suszę miejscowi Huculi obwiniali wiedźmę-czarownice Oksankę. Stara była. Młoda i piękna może by ktoś i ratował..

 

 

Młodzież zaczyna dostrzegać nieopłacalność zbyt ambitnych planów edukacyjnych

sczachor

1040607_10200836507908369_1798674400_oPoczątek roku akademickiego nastraja refleksyjnie. Dlaczego nie jest tak dobrze, jakbyśmy chcieli? Skąd to się bierze? Narzekanie na studentów przypomina narzekanie lekarza na pacjentów, że są chorzy lub przychodzą nie z takimi chorobami, jakiebyśmy chcieli...

"Zgodnie z założeniem procesu bolońskiego jego zadaniem [systemu kształcenia wyższego] jest odpowiednie przygotowanie studentów do wyzwań nowoczesnego społeczeństwa i gospodarki opartej na wiedzy. Tymczasem indeks kapitału intelektualnego dla studentów z 2008 roku plasuje Polskę na 13. miejscu pośród 16 krajów europejskich objętych porównaniem." Ciekawe jak ta sytuacja przedstawia się w 2016 r. Czy podciągnęliśmy się czy nie. "Oznacza to, że w Polsce gorzej niż w większości krajów europejskich przygotowuje się młodych ludzi do wejścia w dorosłe życie, w tym na rynek pracy."

W Polsce "młodzi ludzie po zakończonych studiach wyższych dysponują pokaźną wiedzą teoretyczną i jednocześnie brakiem umiejętności potrzebnych, by odnaleźć się na rynku pracy." To nie są nowe dane, zmiany w szkolnictwie wyższym po tych różnych raportach (lata 2008-2011) były i są wprowadzane. Ale nie dziwmy się mniejszej motywacji studentów do nauki. Ciągłe rozpamiętywanie, że kiedyś było lepiej, nie ma sensu. Bo wcale tak lepiej nie było a na dodatek świat się ciągle szybko zmienia. Nie można stać w miejscu.

Wszystko to, co wyżej zaznaczone,  powoduje że "wykształcenie - bardzo wysoko cenione przez młodzież w dwóch ostatnich dekadach [czyli lata 90 XX w. i początek XXI w.] zaczyna nieco tracić na znaczeniu. Mimo że przysparza szans na lepszy los i skutecznie przeciwdziała degradacji, nie gwarantuje dziś sukcesu. Część młodzieży zaczyna dostrzegać nieopłacalność zbyt ambitnych edukacyjnych planów. Iluzoryczność dyplomu, oferta kształcenia nieodpowiadająca potrzebom rynku pracy, zjawisko bezrobocia wśród absolwentów szkół wyższych, trud i koszty wykształcenia - wszystko to wpływa na zmiany preferencji edukacyjnych i zmienia postawy wobec wykształcenia."

Dwie rzeczy trzeba robić równocześnie - dyskutować i wprowadzać zmiany dostosowawcze do całego systemu edukacji nie tylko wyższej  oraz każdego dnia robić swoje tak dobrze, jak się potrafi najlepiej. W tych, konkretnie warunkach. 

 

Cytowane źródła:

Raport o kapitale intelektualnym Polski, Warszawa 2008

Raport "Młodzi 2011". Warszawa 2012

Uczyć się inaczej. Kompendium wiedzy o edukacji pozaformalnej na podstawie doświadczeń uczestników i uczestniczek programu "Młodzież w działaniu" (2007-2013. Warszawa 2014

Róże zakwitające jesienią czyli o pożytkach z różnorodności

sczachor

14481753_10209448884652405_6559468705297065698_o

Róża zakwitająca pod koniec września (zdjęcie zrobione 26 września, w Olsztynie) to jakaś anomalia? Przecież już kwitła latem, teraz obsypane są owocami. Nie za późno na zakwitanie? Przecież owadów do zapylenia coraz mniej, a i przymrozki blisko. Czy zdąży wydać owoc? Wydaje się że to zupełnie bez sensu i szans na powodzenie. A jednak w tym przyrodniczym szaleństwie jest sens i metoda.

Różnorodność biologiczna to wielość gatunków w ekosystemie. Różnorodnych gatunków o bardzo zróżnicowanych strategiach życiowych i przystosowaniach ekologicznych. Jakiekolwiek by nie były warunki, czy to chłodno, czy upalnie, czy deszczowo czy raczej sucho - zawsze jakiemuś gatunkowi będzie to sprzyjało, innemu przeszkadzało. Zatem duża różnorodność sprzyja stabilności ekosystemów.

Podobnie jest z populacją jednego gatunku. Osobniki nie są identyczne, różnią się nieznacznie między sobą. Są więc i takie, które na skutek różnych sygnałów środowiskowych zakwitają jesienią, zupełnie nie w porę. Zazwyczaj jest to zmarnowany potencjał. Ale czasem może się opłacać. Jeśli tegoroczna jesień będzie długa i ciepła akurat może ta róża wyda owoc. Odniesie sukces w nietypowych warunkach. Dla całego gatunku może to oznaczać przetrwanie w nietypowych i zmiennych warunkach (pojawi się więcej osobników zakwitających pod koniec września). Zmiany klimatu są coraz bardziej widoczne. Skutkują zmianami w pogodzie. Dawna strategia i cykl życiowy może okazać się pułapką. To właśnie takie osobniki nietypowe mogą zagwarantować sukces całej populacji (gatunku).

Zmienność jest kosztowna, bo w warunkach bardzo stabilnych i powtarzalnych taka zmienność od optimum oznacza stratę. Ale w warunkach zmienności i niepowtarzalności warunków środowiskowych taka "rozrzutna" zmienność jest bardzo korzystna - zawsze jakiś zakres zmienności (osobników) "utrafi" w warunki środowiska danego okresu (roku, wielolecia).

Myślę że podobnie jest w kulturze i społeczności - różnorodność wydaje się rozrzutna i kłopotliwa ale właśnie w warunkach zmieniającego się środowiska może okazać się zbawienna. Skoro przyszłość nie jest do końca przewidywalna to nie wiadomo co się może przydać. Co okaże się bardzo korzystne.  Ujednolicanie narodu np. do "prawdziwych Polaków" może okazać się klęską w porównaniu do wielokulturowości pod każdym względem, nie tylko genetycznym ale i społecznym.

Jedno jest pewne, zmienia się nie tylko klimat ale i warunki cywilizacyjne. Nie nadążamy za zmianami. Nic nie będzie takiej jak wczoraj i dzisiaj. A skoro tak, to we własnym, narodowym interesie powinniśmy zadbać o dużą wielokulturowość, różnorodność pod każdym względem. Imigranci mogą okazać się życiodajną siłą, gwarantująca przetrwanie

 

 

 

Maść czarownic czyli jak w kulturze obłaskawiliśmy wiedźmy i je do dobrych działań skierowaliśmy

sczachor

14435073_1245047425515689_7094462183430988636_oNie ma tematów nienaukowych - są tylko metody naukowe i nienaukowe… zgłębiania dowolnego tematu, poznawania dowolnego zjawiska. Na Europejską Noc Naukowców przygotowałem wykład o maści czarownic do latania (Maść czarownic (do latania) z Wimlandii czyli o tym jak nauka wspiera lokalną przedsiębiorczość). Można będzie skosztować tej maści i wypróbować na miejscu.

Maść czarownic z tajemniczej Wimlandii nie jest wierną rekonstrukcją tej starożytnej i średniowiecznej (O tym jak maść do latania wynalazłem). Jest uwspółcześnionym i przetworzonym produktem, dostosowanym do potrzeb promocji lokalnej wytwórczości i potrzeb turystycznych. Jest efektem współpracy nauki z lokalną gospodarką. Wykład w czasie Europejskiej Nocy Naukowców 2016 jest etnograficznym i kulturowym poszukiwaniem, by lepiej zrozumieć co to jest wiedźma i czarownica. 

Przed wykładem o maści czarownic i tajemniczej Wimlandii odbędzie się krótki występ zespołu Wiedźmuchy (na zdjęciu). Tak o sobie piszą: „Wiedźmy - przede wszystkim, Czarownice, Babajędze, różnie o Nas mówią. Grupa artystyczna, estradowa. Nie jesteśmy okultystkami, po prostu dobrze się bawimy !” Są dowcipne i mają dystans do siebie „Jest nas 12 anonimowych cudownych kobiet z dystansem do siebie. Między nami są przedszkolanki, pedagog, wykładowca akademicki, lekarz, bizneswomen i jedna dziewica - kogoś trzeba zepsuć.” Grupa istnieje od czerwca 2016 r. Panie występy już w Rusi, Reszlu, Nidzicy, Biesalu, Gietrzwałdzie.

A ja tymczasem wracam do rozważań o wiedźmach. Są co najmniej dwa obrazy wiedźmy (i czarownicy), dawny, gdzieś do końca XIX wieku, i współczesny, tak od połowy XX wieku. Jedno słowo - dwa desygnaty. Być może i dawniej ten sam wyobrażeniowo-demoniczny desygnat miał wiele określeń w różnych czasach, kulturach. Stąd tak dużo południc, rusałek, wiedźm, czarownic etc..

Mała dygresja. Współcześnie występują wiedźmy w dawnym, złym znaczeniu. Inne mają jedynie nazwy: hejter, plotkarz, intrygant itd. (bo słowem złym szkodzą ludziom. Ale to temat na inną opowieść). Słowo pozostało a desygnat się zmienił. Zaś desygnat zyskał nowe określenie (hejterka. Intryganta -  nie zawitkami i magicznymi formułami, a wypisywaniem złych rzeczy, potwarzami, obmowami, szkodzą ludziom.)

Zatrzymajmy się tylko przy wiedźmach. W danych etnograficznych w naszej kulturze wiedźma jest synonimem (lub określeniem bardzo bliskoznacznym) czarownicy. Dawniej miało znaczenie półdemona złego i szkodzącego lub osoby ludzkiej, złej, szkodzącej, brzydkiej. Wywodzi się z czasów szamańskich i swoistego traktowania rzeczywistości materialnej poprzeplatanej z duchową. Współcześnie złe demony zostały w dużym stopniu obłaskawione i usympatycznione. Przykładem mogą być krasnoludki, rusałki itd. Z dawnego kultu poprzez literaturę trafiają w nowej roli ponownie do codziennej kultury. Może dlatego, że dawna rzeczywistość odeszła w niepamięć. Dawne strachy i trudy życia przestały istnieć. Nie chodzimy nocą przez las czy nieoświetlone pola. Nie jesteśmy uzależnieni od mleczności krowy. Dawne, rzeczywiste troski i strachy zniknęły, zostały słowa i szczątkowe wyobrażenia. Przez kulturę fantazji zagospodarowane zostały do nowej roli. Czarownice poprzez telewizyjne kreskówki stały się sympatyczne i miłe. A skoro nie szkodzą, to trzeba znaleźć dla nich nowe zajęcie. Już nie szkodliwe czary a... np. zielarstwo i coaching. Czy nawet rozrywka. Tak jaki kiedyś stało się z turoniem, lajkonikiem czy innymi ludowymi zabawami. Nastąpiło przejście od kultu i praktyk kultowych do kultury i rytuału na poły rozrywkowego (forma oderwana pd pierwotnej treści). Od wierzeń do zwyczaju, od szamańskich praktyk do przygodnej rozrywki. Relikty, choć zmodyfikowane, dawnej kultury i wyobrażeń o świecie.

W literaturze fantazji wielokrotnie wykorzystywane są dawne wierzenia, zwyczaje, rytuały. Odpowiednio zmienione i rozwinięte tworzą bardzo rozbudowane światy. Taki Tolkien czy Sapkowski i tysiące innych. Wszystko dobrze, gdy odróżniamy literaturę i sztukę od rzeczywistości. Czytając książki przygodowe o rycerzach czy Indianach, jako dzieci bawimy się w rycerzy i Indian. Kiedyś na podwórku, dzisiaj wykorzystując gry komputerowe. Modne są historyczne grupy rekonstrukcyjne (te bazują na prawdziwej wiedzy) ale i grupy rekonstruujące (odtwarzające w realu) świat fantazji literatury: różne Disneylandy z Kaczorem Donaldem jak i wioski Hobbitów. W tej grupie mieszczą się różnego rodzaju czarownice i zabawy w Halloween. Ale są i zjawiska pomieszane. Np. kreowanie fantastycznego neopogaństwa typu wiccianie i tworzenie (wymyślanie) czarostwa (nowe słowo). Niby w nawiązaniu do przeszłości. Ale z przeszłością wiele nie ma wspólnego. Taka twórcza interpretacja i bardzo dowolna. Tak jak pisanie, że wiedźmy to te, które wiedzą. Wiedzą o ziołach i o leczeniu itd. Jeśli traktować jako nowe zjawisko kulturowe - to jak najbardziej. Można tworzyć wszystko. Ale udowadnianie, że ma to kontynuację z pradziejów… to już mieszanie pojęć i jest w sprzeczności z faktami. Chyba wynika z ignorancji. Albo jest myleniem fantazji z rzeczywistością. Tolkien stworzył swój świat, bardzo kompletny. Ale od początku do końca jest to literatura. Dobra literatura.

Przejrzałem sporo materiałów etnograficznych, szukając ludowego rozumienia słowa wiedźma i ludowego, dawnego rozumienia takiej istoty. Znalazłem tylko określenie istoty półdeminicznej lub ludzkiej, złej i szkodzącej człowiekowi. Na ludzi leczących (jakkolwiek) lud miał inne określenia: znachorzy, babki, szeptuchy itd. Mimo, że często takowe leczenie mocno przesiąknięte było i jest magią czy praktykami szamańskimi. Wiedźmy stały się sympatyczne dopiero w drugiej połowie XX wieku. Współcześnie stanowią hybrydę różnych elementów kultury i kreacji rozrywkowych: spiczastą czapkę, różdżkę, miotłę na której latają, zioła którymi leczą.

Kazimierz Moszyński w swojej trzytomowej „Kulturze ludowej Słowian” (kolejne tomy wydane w latach: 1929, 1934, 1939) pisze o magii, złej, dobrej i mieszanej. W badaniach etnograficznych odnotowano, że osoby zajmujące się „dobrą magią”, pomaganiem człowiekowi, uzdrawianiem itd. określane są nazwami: znachor, szeptucha i ani razu nie pojawia się wiedźma czy czarownica. Wiedźmy w dawnej kulturze miały więc jednoznacznie złe znaczenie, istot szkodzących człowiekowi, przed którymi należało się chronić. Moszyński w swoim dziele „Kultura ludowa Słowian” pod pojęciem "demonologia" rozumiał wszystkie, oprócz bóstw, mityczne istoty człekokształtne. Zaznaczył, że jest to kontinuum, tak jak nie ma jasnej granicy pomiędzy bóstwami a demonami, tak nie ma jej również pomiędzy demonami a ludźmi. Tę przestrzeń, dzielącą demony od ludzi, wypełniają istoty półdemoniczne: wiedźmy, zmory, płanetniki i upiory. Półdemony, w podejściu Moszyńskiego, z reguły pozostają w ścisłym związku z określonymi ludźmi czy z ich duszami. Każda wiedźma, latająca nocną porą w postaci ptaka, ćmy itd., by wyżerać płód z łona istot ciężarnych, jest według wierzeń ludu (spisanych przez Moszyńskiego) konkretną, jakąś kobietą, z imienia czy nazwiska w danej chwili nieznaną, ale niezawodnie istniejącą w jakimś miejscu na Ziemi między żywymi (czy umarłymi) ludźmi i dającą się odszukać. Gdzieś istnieje można ją odszukać, wykryć i coś tam zrobić by ukarać za wyrządzane zło (choroby, pożary, susze itd.) lub zapobiec dalszemu złu. Ludowe samosądy licznie są udokumentowane w kronikach.

Ale wróćmy do Moszyńskiego:. „Podobnie zmora to określony człowiek żywy, zwykle miejscowa dziewczyna, w której ciele znajduje się demon, czy płanetnik; upiór, tylko ten nie jest określonym człowiekiem żywym lub jego duszą, ani nie jest duszą określonego człowieka zmarłego, lecz żywym trupem jakiejś danej osoby. Ogólnie jednak biorąc, istoty półdemoniczne mimo cech odróżniających je od demonów posiadają z nimi wiele wspólnego, nie ma więc sensu zdecydowanie ich rozgraniczać”. Czasem (w dawnym rozumieniu) wiedźmy to konkretne osoby, znane z imienia i nazwiska. Być może to logika swoistego gatunku literackich opowieści. A czy my, współcześnie, w opowieściach nie wstawiamy osób z nazwiskami, by nadać im więcej realizmu i wiarygodności. Mówimy, że szwagier widział, znajomy znajomego zna tę sprawę, bo widział itd.?

W demonologii ludowej Słowian Moszyński wyróżnił także i wiedźmy, jakkolwiek traktował je zamiennie z czarownicami. Tak więc przynajmniej w końcu XIX wieku wiedźmy i czarownice traktowany były jako te same istoty półdemoniczne. W zasadzie postać półdemonicznych wiedźm jest ludzka i tylko niektóre występują pod postaciami zwierząt lub innych zjawisk (np. świecąca kula), a i to czasowo.

Tak sobie dawny lud słowiański wyobrażał wiedźmy o ludzkiej postaci (wg materiałów zebranych przez Moszyńskiegoi): „Plamy ciemnosine na ustach i całym ciele zdradzać mają wiedźmę, a po silnym znaku w kształcie nożyc rozpoznaje się upiora.” (upiora umieściłem, bo wg Hucułów upiór to męska postać wiedźmy - Ażebym nie urzekł czyli wiedźmy huculskie, Część 3. Poszukiwanie genezy wiedźm). W opisie postaci półdemonicznych i demonicznych „najczęściej ognistość kojarzona jest z wiedźmami, skrzydlatymi żmijami (latającymi w nocy i świecącymi jak ogień, albo nawet miotającymi za siebie iskry naokół, zapalając snopy, plewy itp.) czy meteorytami ("rozzłoszczony odmieniec lecąc po niebie iskry z siebie wypuszcza")”. Z kolei „zrośnięte brwi utożsamiane są z obrazem dwuskrzydłej zmierzchnicy (Sphinx), zaś ćma jest uważana z jednej strony za bardzo częste wcielenie duszy ludzkiej (lub po prostu za tę osobę), z drugiej zaś - za wcieloną duszę wiedzmy lub zmory. Podobnie jak zbyt obfite brwi, tak i ich zupełny brak piętnuje demoniczność upośledzonej przez niego człekokształtnej istoty ("niedobry jest, kto nie ma brwi - to już nie człowiek"). O brak brwi posądza się demony leśne i upiory”. 

Wiedźmom lub czarownikom przypisywane są oczy czerwone (poza tym - ludziom złym). Natomiast w dawnych słowiańskich wierzeniach praktycznie nie występował motyw rogów na głowie : „motyw rogów dzięki znacznemu rozpowszechnieniu wśród słowiańskiego ludu chrześcijańsko-kościelnej koncepcji szatana czy diabła przeniknął do demonologii wiejskiej jako cecha demoniczna. Pierwotnie nie był on zupełnie znany Słowianom, a i dziś oprócz czorta, żaden prawie demon słowiański nie jest rogaty.” Według Moszyńskiego w demonologii Słowiańskiej długie sutki przypisuje się prawie wyłącznie demonom wodnym oraz demonom w rodzaju dziwożonek czy boginek. Czasami spotyka się podania, w których mowa jest o żelaznych piersiach, co cechowało demony strzegące pól i ogrodów, albo służące jako postrach dzieci (Baba Jaga, żelazna baba). Jakiś daleki związek ma to z wiedźmami. Kamienne palce przypisywane są wodnikom, czarownicom i czarownikom (podłamywane podczas wzajemnych walk i kłótni). Spiczasta czapka używana była przez czarty, a przypominająca wątek ostrej głowy demonów. Motyw ten kojarzony jest przede wszystkim z demonem "nocnego strzelca", prowadzącego "dzikie łowy". W dawnej kulturze Słowian wiedźmy spiczastych czapek nie miały. Mamy więc wyobrażenie jak na przełomie wieku XIX i XX lud słowiański wyobrażał sobie wiedźmę (a jak nie). Trudno powiedzieć czy było tak zawsze. Może niektóre opisowe cechy wędrowały od jednego półdemona do drugiego czy nawet demona. Kultura jest czymś żywym, umożliwiającym drobne modyfikacje lub większe zmiany, czego obecnie jesteśmy świadkami.

Przejdźmy teraz do relacji demonów w stosunku człowieka (we dawnych ludowych wyobrażeń). Dane zebrane przez Moszyńskiego są jednoznaczne: zdecydowanie szkodliwe dla ludzi są wszelkie istoty półdemoniczne (za wyjątkiem płanetników), a więc wiedźmy, zmory i upiory. Inne dane wskazują, że ten negatywny stosunek pochodzi z czasów pogańskich, przedchrześcijańskich. „Na ogół biorąc także stosunek demonów właściwych do ludzi jest mniej lub bardziej wrogi (jednak ta wrogość nie jest bezwzględna i przede wszystkim nie dotyczy osób bliżej z danym demonem związanych). Zresztą według wierzeń z różnych okolic niektóre istoty demoniczne są nawet dość życzliwe dla ogółu ludzi i tylko mszczą się na tych, co rozmyślnie lub mimowolnie im się narazili. Wiły na przykład często uchodzą za istoty dobroczynne (tylko gdy człowiek przestąpi ich koło taneczne, mszczą się, raniąc go strzałami). Poza tym nawet złośliwego demona można sobie ująć i zasłużyć na jego wdzięczność. Kiedy indziej można go znów zmusić do okazywania pewnych usług, na drodze fizycznego nad nim zwycięstwa albo za pomocą podstępu czy też magicznych zabiegów. Najzłośliwsze dla ludzi są - nie licząc półdemonów - demony chorób oraz czarty”. Zdaniem Moszyńskiego w kulturze ludowej Słowian spotkanie z demoniczną istotą lub jej napaść na człowieka przedstawia się w wyobraźni ludu daleko groźniej. Niekiedy już samo tylko zjawienie się demona wróżyło człowiekowi, który go ujrzał, śmierć albo nieszczęście (np. taki przesąd wiąże się z ujrzeniem wodnika). Tak więc rozmaite rodzaje chorób skóry, łamania w kościach, sine piętna na ciele itd. interpretowali Słowianie jako skutki uszczypnięć, dotknięć lub pobicia przez demoniczne istoty, pastwiące się nocą czy w południe nad śpiącym człowiekiem, albo pociągające go w topiel. Także wszelkie inne chorobliwe przypadłości, a już przede wszystkim obłęd, powodowane były ingerencjami demonów. Dlatego leczenie chorób uważane było za wypędzanie złych mocy. Jeśli były stosowane jakiekolwiek zioła, to ze względu na ich domniemaną moc magiczną a nie właściwości lecznicze, tak jak teraz rozumiemy. Dopiero późniejsza nauka sprawdzała wszystkie ludowe zioła, (magiczne, takiej jak chociażby arcydzięgiel, pokrzywa, ostrożeń warzywny). Niby skutek ten sam, ale zupełnie inna interpretacja. Tak więc łączenie we współczesnej kulturze wiedźm z ziołolecznictwem jest w pełni błędne z historycznego punktu widzenia. Jest po prostu twórczą i współczesną interpretacją, przetworzeniem i zaadoptowaniem dawnych elementów w zupełnie nowym kontekście i nowym znaczeniu.

Z opracowania Moszyńskiego wynika, że w dawnych wierzeniach najróżniejsze demony chciały ludzi opętać, porwać, albo w ten czy inny sposób uśmiercić, wabiąc do siebie na różne sposoby. Najczęściej uwodziły głosem (boginki, rusałki, demony wodne), rzadziej innymi sposobami w rodzaju rozwieszania chustek, wstążek i tym podobnych drobiazgów, na które jakoby mają się skusić młode nie doświadczone dziewczęta (tak kusić mają demony wodne) - mężczyzn uwodziły seksualnością urodziwych kobiet, kobiety bogactwem i urodą fatałaszków i biżuterii... "Niektóre demoniczne istoty przed zabiciem zwabionego czy też napotkanego człowieka zadają mu zagadki (w ten sposób zachowują się niekiedy południce zachodniosłowiańskie i rusałki oraz upiory ukraińskie). Zwykle o ile zagadki zostaną rozwiązane demon traci władzę nad człowiekiem (w przeciwnym razie dręczy go i uśmierca). Ten motyw sfinksa spotyka się także na zachodniej słowiańszczyźnie w zastosowaniu do dość łagodnych na ogół kraśniaków (w takim wypadku fantazja ludowa kładzie jednak nacisk tylko na pomyślne rozwiązanie, co ma być warunkiem otrzymania daru od pytającego).” Jednym słowem wiedza ocalić życie może. Zatem warto ćwiczyć się w rozwiązywaniu zagadek wszelakich i powiększać swoja wiedzę o świecie. 

Sporo ciekawych przypadków wabienia przez wiedźmy w ludzkiej, konkretnej postaci, znajdujemy w wierzeniach czy raczej baśniach Hucułów (spisanych sto lat temu) - następnym razem przytoczę, zazwyczaj dotyczyło to kobiet, starających się pozyskać miłość i zainteresowanie mężczyzn. Typowe zabiegi magiczne z czarowaniem włącznie. Magia rozumiana była dawniej jako działanie na rzeczywistość. Taka szamańska inżynieria: zrobić to i to, by osiągnąć taki a taki skutek.

„Różne są sposoby znęcania się demonów nad ludźmi, którzy dostali się w ich ręce. Demony domowe głaszcząc ofiarę, zdzierały z niej skórę. Demony leśne (dziwożony, niekiedy upiory, przede wszystkim jednak rusałki oraz nawki) dręczą przez łaskotanie, kończące się zwykle śmiercią schwytanego człowieka.” Inny sposób znęcania się demonów nad ludźmi (oraz zwierzętami) przedstawia duszenie ich, względnie gniecenie wtedy, gdy są pogrążeni we śnie. Takie duszenie czy też gniecenie (przedsiębrane niekiedy nawet w stosunku do przedmiotów martwych) cechuje przede wszystkim zmorę, która dlatego bywa nawet nazywana gniotkiem lub podobnie. Współcześnie koszmary nocne tłumaczymy przejedzeniem się na noc lub zjedzeniem czegoś niestrawnego. Skutek niby ten sam: męczenie się i koszmary senne - ale wyjaśnienie zupełnie inne. Tak na marginesie - nie istnieją obiektywne obserwacje (fakty) bez paradygmatu, bez teorii, umożliwiającej ich interpretację. 

Co jeszcze znajdziemy u Moszyńskiego? "Jeżdżenie na napotkanych przez siebie ludziach jak na koniach to już sprawka upiorów lub innych demonów, dzieje się to przez zaskoczenie ofiary, np. wskoczywszy im znienacka nocą na plecy czy ramiona. Ten motyw często jest tak ze utożsamiany z czartami i czarownicami wskakującymi nocą na wozy podróżnych. [czasem na parobków lub mężów - dotyczy oczywiście czarownic/wiedźm]  Posępny motyw wysysania krwi ze śpiących ludzi i ze zwierząt domowych, utożsamia się z nim upiory, czarownice i inne bliżej nieokreślone demony i półdemoniczne istoty. (...)Słyszy się także o wyżeraniu serca, względnie wątroby, pożeraniu noworodków, dzieci i ludzi dorosłych. Demony potrafią także ściąć ludziom głowę albo ją ukręcić. Czasami wywołując po prostu jej ból. O zabijanie strzałami oskarża się wiły. Według bardzo powszechnego przekonania ludów słowiańskich kobiety ciężarne i położnice są bardziej niż pozostali ludzie narażone na napaści demonów itp. czartów czy w ogóle nieokreślonych bliżej złych duchów, wiedźm, zmor, duchów zwanych senka i navak, boginek, południc, nawet kraśniaków etc. Nieraz spotkać się można także z porywaniem niemowląt, podmianą ich a także porywaniem dziewczyn i kobiet.”

O ile złośliwy stosunek demonów do ludzi znajduje wyraz w całym szeregu motywów, zwykle przy tym nadzwyczajnie rozpowszechnionych, o tyle stosunek przyjazny mniej jest opracowany przez ludową fantazję. Są jednak takie wątki które nadają demonom dobry charakter. Do nich należą: opiekowanie się dziećmi porzuconymi przez ludzi oraz niektóre formy zawierania z ludźmi miłosnych stosunków.

W dawnej kulturze ludowej przychylne dla ludzi bywały demony domowe: opiekowały się dobytkiem, pomnażały go, ostrzegły domowników przed grożącym nieszczęściem, pomagały im w pracy itp. Przyjazne bywały niekiedy nawet dziwożony. Ale wiedźm jako demonów domowych etnografia słowiańska nie odnotowała. Słowianie południowi przypisywali wiłom liczne cechy dodatnie, jak nauczanie ludzi znachorstwa, odkrywanie przed nimi wiedzy lekarskiej, wszelkiego rodzaju okazywanie pomocy. Mogłyby więc wiejskie znachorki czy szeptuchy swą wiedzę od demonów zdobywać (przynajmniej u południowych Słowian). Ale wiedźmy były synonimem zła i szkodzenia.. Jednym z najważniejszych wątków cechujących dodatnią działalność demonów, jest wspomniane już przed chwilą pomnażanie majątku i bogactwa. Wszędzie, gdzie istnieje żywa wiara w duchy czy demony domowe tam tym właśnie istotom przypisuje się pomnażanie dobytku. Pomagają nam demony także przy przędzeniu, pielęgnowaniu koni i śpiewie. Przykładem może być znany u nas Kłobuk.

Podsumowując: w dawnych wierzeniach, do początków XX wieku, wiedźmy i czarownice to były istoty półdemoniczne, złe i szkodzące człowiekowi. We współczesnej kulturze następuje powolna zmiana  - element wierzeń (sięgających korzeniami przedchrześcijańskiego szamaństwa) przechodzi w element kultury i zmienia swoją funkcję, na bardziej przyjazna człowiekowi. W miejsce magii pojawia się rozrywka. Być może dawniej taki sam proces zaszedł w przypadku wiejskiego chodzenia z Turoniem? Dawny demon zamieniony został w postać z rozrywkowego przedstawienia.

c.d.n... bo wyszukałem jeszcze sporo innych, etnograficznych ciekawostek, związanych z wiedźmami.

 

czytaj też: O wiedźmach czyli ewolucji znaczeń i kontekście co zmienia znaczenie

Masło wiedźm czyli wiedźmy i czarownice z przyrodniczego punktu widzenia

sczachor

Tremella_mesenterica_a1_Jerzy_OpioaJak podaje Moszyński w „Kulturze ludowej Słowian” ćma zmierzchnica (Sphinx a więc jakiś zawisak) jest uważana z jednej strony za bardzo częste wcielenie duszy ludzkiej (lub po prostu za tę osobę), z drugiej zaś za wcieloną duszę wiedźmy lub zmory. Mamy więc jakiś entomologiczny i przyrodniczy aspekt poszukiwania genezy wiedźm. Nie wiem czy chodziło Moszyńskiemu o zmierzchnicę trupią główkę (O motylu co trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera) czy dowolną ćmę z grupy zawisaków (albo jakąkolwiek dużą ćmę). Sama zmierzchnica trupia główka u nas rzadko się pojawiała. To motyl śródziemnomorski. Więc może w wierzeniach ludowych chodziło o ćmę w ogóle lub ćmę z rodziny zawisakowatych. Ewentualnie jest to kulturowe zapożyczenie, które do tradycji ludowej trafiło z książek poprzez kościół lub pański dwór.

Z kolei u Erazma Majewskiego (Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych z 1889 roku) pod polską nazwą „wiedźma” kryje się motyl Nymphalis velleda. Niestety nie mogę odszukać współczesnej, naukowej nazwy tego owada. Majewski użył chyba jakiegoś starszego synonimu. Natomiast pod nazwą „czarownica” kryła się u niego Circaea - roślina, zwana także czarnokwit, czarownik, czartawa, czartownik, czyrnidło, niewieście psiny.

Czartawa pospolita (Circaea lutetiana L.) to gatunek rośliny wieloletniej z rodziny wiesiołkowatych. Występuje w całej Europie, na znacznym obszarze Azji oraz w Afryce Północnej. W Polsce gatunek ten jest stosunkowo częsty i pospolity. U Majewskiego zapisana także pod nazwami: czarownica paryzka, czarownik, psiny niewieście (te psiny niewieście mocno mnie zastanawiają, co to znaczy i skąd się wzięło). W Rusińskim - czarnocvit, w chorwackim - vilenicka trawa, bahornica, carownik. Nie mogłem doszukać się wykorzystanie tejże rośliny w medycynie ludowej. Natomiast jako czarownik, czarnokwit, niewieście psiny wymieniana jest w „Zielniku czarodziejskim to jest zbiór przesądów o roślinach” Józefa Rostafińskiego z dopiskiem „Circe zamieniała nim ludzi w bestye rozmaite, w kamienie, drzewa i cokolwiek chciała”. Wskazywałoby to na zapożyczenie z kultury śródziemnomorskiej. Więcej doszukałem się w „Medycynie dawnej i współczesnej” Henryka Różańskiego (http://rozanski.li/1056/circaea-czartawa-w-ziololecznictwie-domowym/):  „W zielu czartawy występują flawonoidy (witeksyna, izowiteksyna, wicenina, orientyna w formie glikozydowej), leukoantocyjany, kwas synapinowy, cynamonowy, galusowy, kawowy i ferulowy. Surowcem jest ziele zbierane do jesieni, najlepiej w czasie kwitnienia i owocowania. Ziele z owocami zawiera więcej fitosteroli niż przed kwitnieniem. Herbatka z ziela czartawy działa odtruwająco i moczopędnie, nieznacznie wpływ na układ krążenia. W większych dawkach może mieć ochronny wpływ na wątrobę i rozkurczowy na drogi żółciowe, wreszcie żółciopędny. Prawdopodobnie poprawia też krążenie oczne i stabilizuje strukturę ścian naczyń krwionośnych. Napar nadaje się do codziennego picia zamiast herbaty, jest smaczny i zawiera antyoksydanty oraz wymiatacze wolnych rodników, substancje hamujące generalnie stany zapalne i rozkurczowe na mięśnie gładkie.(…) Dawki naparu z czartawy: zioło całkowicie bezpieczne, napar można pić szklankami. Wykazuje synergizm z głogiem, nawłocią, kaliną (kwiat i owoc), liściem i owocem borówki, diosminą, fiołkiem trójbarwnym, pokrzywą, wiesiołkiem, miłorzębem i glistnikiem.” Nie wiem czy te właściwości są potwierdzone medycznie i czy są to współczesne ustalenia czy też może pochodzą z przeszłości (utrwalone w tradycji ludowej). Bo przecież w każdym zielu coś się znajdzie, jeśli tylko poddać naukowej analizie. Mam na myśli różnorodne substancje biologicznie czynne. Można sądzić, że „magiczne” właściwości czartawy zawędrowały do nas wraz z literaturą starożytną (przez piśmienny kościół lub dwór). Mało prawdopodobne by była umocowana w dawnej tradycji prasłowiańskiej.

Znalazłem jeszcze grzyba o nazwie masło wiedźm. Tyle, że jest to tłumaczenie z języka angielskiego - witches’ butter. Zatem nazwa z wiedźmą powstała na Wyspach Brytyjskich a nie u nas. Niemniej chodzi o grzyba u nas występującego - trzęsaka pomarańczowożółtego (Tremella mesenterica Retz). W polskim piśmiennictwie gatunek ten występuje także pod nazwami: kisielec pomarańczowy, galaretowiec kruszkowy, galaretowiec pospolity, móżdżak kruszkowy, trzęsidło pomarańczowe, trzęsak pomarańczowy i trzęsak złotożółty. Nie jest trujący ale uważany za niejadalny. Nie odznacza się żadnym smakiem ani zapachem, jest galaretowatej konsystencji. Mało apetyczny. W naszej tradycji nie został powiązany z wiedźmami czy mocami nieczystymi.

W tradycji anglosaskiej, a co za tym idzie i w języku, więcej grzybów nosi nazwy diabelskie i czarownicze: witch’s hat - kapelusz czarownicy (wilgotnica czerniejąca Hygrocybe conica, grzyb lekko trujący, powoduje zaburzenia trawienne), destroying angel - niszczycielski anioł (muchomor jadowity - ten na pewno jest trujący), sevil’s urn - urna diabła. W jakimś stopniu można zaliczyć także dead man’s fingers (palce trupa, palce umarlaka - Palce umarlaka w Puszczy Białowieskiej). W polskie tradycji mamy tylko trującego „szatana” - borowika szatańskiego Rubroboletus satanas.

Dużo więcej demonów słowiańskich i prasłowiańskich kryje się w nazwach owadów takich jak wieszczki, wieszczyce, rusałki, świtezianki, topielice, żyrytwy itd. Dużo jest także w nazwach roślin (czarcie żebro itd.).

c.d.n. gdy powrócę do poszukiwań etnograficznych.

Fot. Jerzy Opioła, Wikimedia Commons https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Tremella_mesenterica_a1.JPG

Ażebym nie urzekł czyli wiedźmy huculskie (Część 3. Poszukiwanie genezy wiedźm)

sczachor

huculszczyznaKontynuuję swoje poszukiwania genezy słowa wiedźma. Po Polesiu (Wiedźmy poleskie czyli skąd się wiedźma u nas wzięła) tym razem sięgam do Huculszczyzny. Zajrzałem do starej, etnograficznej książki Włodzimierza Szuchiewicza pt. „Huculszczyzna” tom IV., wydanej w 1908 roku, dobra i rzetelna praca etnograficzna. Treść jeszcze nie została skarżona współczesnym, medialnym (Hollywoodzkim) punktem widzenia i nowym kulturowym kreowaniem fantastycznych światów. A materiały z żywej pamięci pochodzą z wieku XIX. Zatem materiał wiarygodny i rzetelny. W rozdziale XX („O bogach ziemskich i ludziach niezwykłych") przeczytać można i o wiedźmach. W zasadzie zawarte fakty etnograficzne (to jak sobie Huculi wyobrażali wiedźmy i co o nich sądzili) potwierdzają wcześniej przytaczane (w poprzednich wpisach o wiedźmach) zdanie Moszyńskiego, że wiedźmy należały do kategorii półdemonów, z pogranicza świata ludzi i demonów.

Cóż więc Huculi myśleli o wiedźmach? „Wiedźma to kobieta, z której podczas snu ulatuje dusza, wychodząc tyłem przez otwarte okno, drzwi lub komin. [tu moja mała dygresja - pogańska Słowiańszczyzna wyobrażała sobie duszę jako coś fruwającego zazwyczaj jako ptaka, być może czasem także owada-ćmy. W odniesieniu do ptaków zrozumiały był szacunek dla bocianów i jaskółek] Dusza wiedźmy wygląda jak świecąca, przejrzysta kula, która toczy się ogrodami, polami, na miejsce swojego przeznaczenia; można ją widzieć, a pochwycić ją może tylko kobieta połami swej koszuli, a mężczyzna spodniami, a przechować można ułowioną duszę tylko w makutrze; [makutra kojarzy mi się z ucieraniem maku. Być może owa makutra do przechowywania duszy wiedźmy ma jakiś związek z makiem i poprzednio przytaczanymi informacjami z Polesia, gdzie mak związany był z odczynianiem przeciw wiedźmom i zwany był wiedunem] gdyby przy tem ta kula pękła, umiera równocześnie kobieta, z której dusza uleciała. Gdyby kto pochwycił taką duszę, a ciału nadał inne położenie, jak to było, gdy ona z niego wyleciała, albo gdyby kto wziął ciało z miejsca, gdzie ta kobieta usnęła, ona nie ożyje, chociażby wypuścił ujętą duszę; trzeba poprzód położyć ciało na swoje miejsce i to w pierwotne położenie, wtedy dopiero wejdzie weń dusza i to tylko nocą, nigdy w dzień.”

No to mamy obraz wiedźmowej duszy. Pora coś więcej dowiedzieć się o samych wiedźmach: „Kobiety, co rodzą się wiedźmami, mają maleńki twardy ogon; są i bezogonowe wiedźmy, któremi stały się złe kobiety; te są wiedźmami od ludzi, a tamte od krów, owiec itp.”. Ewidentnie widać więc, że wiedźmy z zasady są złe. Mogą się takie urodzić. Być może ów ogon to medycznie udokumentowane przypadki urodzenia się ludzi z dłuższą kością ogonową. Jak każdy niecodzienny i „inny” przypadek w budowie anatomicznej budził strach i wymagał jakiegoś światopoglądowego uzasadnienia. 

Nocą siadają wiedźmy na kociubę [narzędzie do wygarniania węgli z pieca chlebowego albo pogrzebacz, rodzaj pogrzebacza służącego do rozgarniania żaru w piecu chlebowym, ale także rodzaj płaskiej szufli, służącej do wkładania i wyjmowania ciasta (bochenków chleba itd) z pieca chlebowego - jak widzimy nie tylko miotła służyła do latania] lub miotłę i wylatują zwyczajnie kominem na oznaczone miejsce, na jakiejś górze lub na miedzy, gdzie odbywają swe narady; tam rozdziela pomiędzy nie czart szczeć, ażeby miały czem ciąć ludzi.” W dalszej części jest wzmianka o cięciu, zatem pewnie tną ową szczecią. Mamy więc drugi sposób podróżowania, już nie tylko dusza ulatująca nocą ale i sama wiedźma może latać (na miotle lub kociubie). W każdym razie spotykają się z czartem, silą nieczystą i bezwarunkowo szkodzą ludziom. O żadnej wiedzy na temat ziołolecznictwa w świadomości Hucułów sprzed ponad wieku nie ma mowy. Pomocne to nam będzie do oddzielenie tego co było dawniej, od współczesnego tworzenia wizerunku wiedźm. Ale to inna oczywiście opowieść.Wróćmy do huculskich wiedźm (etnograficznych zapisków Szuchiewicza). „Wiedźmy nasyłają chorobę, lub szkodzą człowiekowi materyalnie, ogryzając np. las, skutkiem czego on usycha lub t.p. One czarują w miejscach, którędy bydło idzie do wody, nabierając gliny ze śladu bydlęcia, wyskubują mu włosy, udoją mleka, a urobiwszy z gliny, włosów i mleka maleńkie baryłeczki, przechowują je w drzewach świerkowych.” Szuchiewicz w przypisie zaznacza, że baryłeczki to poczwarki chrząszcza Monochamus sartor - żerdzianka krawiec, chrząszcz z rodziny kózkowatych, zasiedla bory iglaste. w Europie Środkowej gatunek współcześnie rzadki, larwy żyją pod korą i tam następuje przepoczwarczenie. Huculi mocno związani byli z lasem i drewnem, większość ich wyrobów była z drewna. Zapewne często tego chrząszcza spotykali. Jak widać przypisywali mu magiczne właściwości, efekt knucia wiedźm ale i dobry środek do pomnożenia bogactwa (o tym niżej). Może jakoś wiązało się to z opisywanym szkodzeniem w postaci „ogryzania lasu, skutkiem czego on usycha” ? Erazm Majecki w „Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich” z 1894 roku dla wspomnianego chrząszcza takie podaje polskie nazwy: cierniorożec, żerdziak, żerdzianka. „Kto taką baryłeczkę znajdzie, daje ja swej krowie, a krowa daje wskutek tego dużo tłustego mleka. [zatem jakiś sposób na przechytrzenie wiedźmy lub wykorzystanie jest działań na swoja korzyść] Wiedźma wchodzi do stajni, a gdy nassie się mleka, wraca wypełniona kulą do domu, gdzie wydaje mleko używane, a sama wchodzi przez usta w ciało. Wiedźma od krów może nadoić mleka i z międlicy, przysiadłszy koło niej, jak do podoju i wetknąwszy nóż w międlicę.”

Zatem wiedźmy kradną mleko krowom, przylatując jako dusza, zatem niewidzialna lub trudno dostrzegalna dla ludzi. W wielu opowieściach etnograficznych wiedźmy albo kradną mleko krowom, albo sprawiają, że krowy mało mleka dają (przez co działają na szkodę ludzi). Chciałbym na ten aspekt zwrócić uwagę. Praindoeuropejczycy wiązani są z udomowieniem bydła i hodowlą. Całoroczne wykorzystanie mleka dawało duży zysk cywilizacyjny i populacyjny (uniezależniało od sezonowości rolniczych plonów i zapobiegało głodowi). Być może stąd taka duża estyma dla bydła (widoczna także u indyjskich Ariów), zarówno w postaci wierzeń jak i obaw przez „zabraniem” mleka, podstawy wyżywienia i gospodarki. Te wywody o mleku i wiedźmach wskazywałyby, że wiedźmy jako złe demony czy półdemony pochodzą z dawnej prasłowiańskiej (może nawet praindoeuropejskiej) tradycji. Błędne są więc niektóre współczesne wywody jakoby dawniej, w przedchrześcijańskiej Słowiańszczyźnie wiedźmy były „dobre” i miały wiedzę jak wykorzystywać zioła do leczenia ludzi, a dopiero w czasach chrześcijańskich niesłusznie i z niewiedzy zostały uznane za złe. Zanim przytoczę kolejny fragment z „Huculszczyzny” Szuchiewicza, jeszcze małe wyjaśnienie czym jest międlica (młode pokolenie wiedzieć raczej nie może, chyba, że ze skansenu). Międlica, to drewniany przyrząd do międlenia lnu lub konopi. Z krową i mlekiem nic nie ma wspólnego. Może tylko wygląd, stojącej międlicy jakoś przypominałby czworonoga?

Huculi wiedźmy i upiory podobnie traktowali Upiór to znów taki mężczyzna, jak wiedźma. Jedni są od koni, inni od rybołowstwa, od myślistwa itd. Upiór wie, która z kobiet jest wiedźmą, to też może przeszkodzić jej zamysłom; jeżeli znają się oboje, wtedy zamienia się upiór na konia, a wiedźma jedzie na nim.” Ot, siła złego na jednego (człowieka). Skoro wiedźma czy upiór szkodzi to i wiele różnych praktyk magicznych z ziołami i innymi odstraszaczami wiedź i czarownic wszelakich zachowało się w zwyczajach ludowych, spisanych przez dawnych etnografów. Na przykład miotła czy siekiera położona na progu lub przy progu, wtykanie pokrzywy lub bylicy w strzechę obory, czy zakładanie na rogi krowom, by odstraszyć wiedźmy. Być może i świętojańskie wianki były sposobem zabezpieczania się ludzi przed wiedźmami. Traktowanymi jako zło czające się na zdrowie i majętność ludzi.

Wróćmy do Huculszczyzny „Wiedźma, która nie ma gniewu do nikogo, przemawia wchodząc do izby lub do stajni: Tnę a nie utnę! - wtedy nic złego nie stanie się; jeżeli zaś powie bez powyższych słów: Joj, jakie to piękne! np. dziecko, oho, ono pewnie umrze!” Jeszcze ja pamiętam z dzieciństwa i młodości (współczesność, druga połowa XX wieku!) zwyczajowe zawiązywanie małemu dziecku w wózku czerwonej wstążki, by obronić przed urokiem. Może już nie w sferze świadomego kultu czy wierzeń ale przynajmniej zwyczajów kulturowych. A czyż my czasem nie mówimy, gdy nam ktoś coś dobrego życzy „nie dziękuję, by nie zapeszyć”? Ciekaw jestem czy przedmaturalne wiązanie sobie (na studniówkę) czerwonych podwiązek nie jest jakąś przetworzoną pozostałością po tych dawnych, archaicznych wierzeniach i zabezpieczaniem się przed urokiem wiedźm. Ciekawy wątek do poszukiwań. Ale wróćmy do Hucułów i ich wyobrażeniom wiedźm: „Dlatego też każdy człowiek, co nie chce być podejrzany o to, że jest wiedźmą czy upiorem, powinien przed wyrażeniem zdziwienia swego najpierw splunąć, potem powiedzieć: Ażebym nie urzekł! - i dopiero, gdy domownicy od powiedzą: Nie urzekniesz! - powiedzieć: Jakie to piękne! Lub podobnie.” Widać być uznanym za wiedźmę czy upiora nie należało do dobrego tonu. Groziło sąsiedzkimi restrykcjami. Czy to magicznymi, odwetowymi działaniami na szkodę czy… topieniem w rzece. Bo zapiski o wschodniosłowiańskim topieniu czarownic znamy z relacji arabskich już z XI czy XII wieku - nie mają więc genezy chrześcijańskiej a są rodem z przedchrześcijańskiej Słowiańszczyzny. Sam z dzieciństwa i z Mazowsza pamiętam z rozmów różnych ludzi takie zwroty "Ażebym nie urzekł" czy coś podobnego. Tak głęboko w codziennej kulturze wryły się dawne i już zapomniane zabobony, wierzenia, kultowe praktyki.

I na koniec jeszcze jeden fragment z Huculszczyzny sprzed ponad wieku „Jeżeli wiedźma lub upiór umrze, kładą ich ciało twarzą ku ziemi i tak, ażeby głową było zwrócone ku wschodowi, a ksiądz ma taki grób zapieczętować w nogach i głowie, ażeby wiedźma czy upiór nie mogły wyjść z groby.” Wierzenia i kultura - jeśli nie zostały spisane - nie zachowują się. Ale ostatnia wzmianka jest już śladem dla archeologów. Dysponując spisanymi wyobrażeniami (etnografia), można próbować interpretować znacznie starsze znaleziska archeologiczne, czy to dotyczące pochówku czy innych materialnych pozostałości. Żmudna to praca. Ale pasjonująca.

Dotychczasowe poszukiwania wskazują, że dawniej wiedźma traktowana była jako półdemon czyniący ludziom zło. I to pejoratywne traktowanie ma genezę bardzo starą, przedchrześcijańską. Współcześnie (koniec wieku XX i początek XXI) przypisujemy wiedźmom i czarownicom inne znaczenie, ale jest to już współczesna kreacja i wynika nie tyle z sięgania do źródeł lecz przetwarzania na współczesne potrzeby. O tym także napiszę. Niebawem.

c.d.n. będą kolejne informacje etnograficzne z Huculszczyzny i Słowiańszczyzny Wschodniej oraz Wołoszczyzny.

Czytaj także:

 wiedzmy_huculskie

Wiedźmy poleskie czyli skąd się wiedźma u nas wzięła

sczachor

polesieosendowskiPrzygotowując wykład na Europejską Noc Naukowców (Maść czarownic (do latania) z Wimlandii czyli o tym jak nauka wspiera lokalną przedsiębiorczość) zaintrygowało mnie pochodzenie słowa „wiedźma”. Skąd pochodzi i co pierwotnie oznaczało? Tak, jak już wcześniej pisałem (O wiedźmach czyli ewolucji znaczeń i kontekście co zmienia znaczenie), „Słownik etymologiczny języka polskiego” Aleksandra Brücknera sugeruje, że „wiedźma”, pochodzi od słowa wiedma, które to słowo popularne było zwłaszcza w wieku XVII i wywodzi się z rusińskiego wied’ma (nie rosyjskiego ale rusińskiego, czyli współcześnie przykładalibyśmy do Ukrainy i ewentualnie Białorusi). Brückner wskazuje także na czeskie słowo wiedi oznaczające wieszcze. Sformułowałem więc hipotezę roboczą, że wiedźma pochodzi bardziej od wieszczenia i wieszczki niż wprost od wiedzy. Pomijając to jak współcześnie rozumiemy wiedźmę (bo znaczenia zmieniają się w historii - język i kultura są zjawiskami żywymi, ewoluującymi nieustannie).

Być może wiedźma pochodzi od wiedzy albo od wodzenia (wieść na manowce) albo od widzenia-wieszczenia. A skoro ze wschodu i z Rusi (nie mylić z Rosją), to tam należałoby szukać rozwiązania tej zagadki. U Moszyńskiego (Kultura ludowa Słowian) wiedźma występuje jako synonim czarownicy. Podobnie w Religii Słowian Andrzeja Szyjewskiego. Wskazuje to na źródła przedsłowiańskie, zarówno samego słowa jak i nieprzychylnego nastawianie dla czarownic. Czarownica była czarownicą w czasach już przedchrześcijańskich. I już wtedy czyniła źle ludziom, stąd jej się obawiano. Być może ślady tamtych wierzeń-wyobrażeń pozostały w niektórych świętach-obrzędach ludowych. Przecież wskazywano na wyjątkową aktywność złych mocy, w tym czarownic, w okolicach Nocy Świętojańskiej lub zielonych Świątek. Ślady tego odnajdujemy w magicznych ziołach. To oczywiście temat na inną opowieść.

Polesie, kraina ukryta na bagnach, pośród moczarów komarów i owadów krwiopijnych długo pozostawała na uboczu cywilizacji. Ale dzięki temu zachowało się w kulturze Poleszuków dużo archaizmów wręcz prasłowiańskich. Raj dla etnografów. Z wielką przyjemnością powtórnie sięgnąłem do książki Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego pt. „Polesie” (kiedyś było w Polsce i Rosji, teraz w części na Białorusi, Ukrainie i fragmentem w Rosji). Opisany świat pochodzi sprzed blisko stu lat. Zapewne już nie istnieje. Sięgnąłem po tę książkę by szukać śladów wiedźm.

Polesie, kraina na uboczu, zachowała nie tylko fragmenty dawnych, prasłowiańskich zwyczajów, ale stanowiła miejsce, gdzie chronili się różni zbiegowie. Liczyli, że w tych bagnach nikt ich szukać za bardzo nie będzie. Nie można więc traktować Polesia jako skansenu i reliktu przeszłości. Wpływy innych kultur cały czas wywierały swój różnoraki skutek. „W niedostępnych uroczyskach i na zapadłych w kniei nagich polalach-ihryszczach czaili się sekciarze, przybywający z Kamy i Ilmenia zwolennicy „starej wiary” [chodzi o prawosławnych Starowierów], zbiegowie z mroźnych Wysp Sołowieckich i ze skalnego Wałaamu (…) znajdowali tu przytułek i opiekę, a nawet częściowo posłuch przesiąknięci wschodnim fanatyzmem chłyści i pobratymcy ideowi derwiszów syryjskich, muraszkowcy - skakuny. Oni przynieśli ze sobą nowe fale ponurego mistycyzmu, który, połączony prastarymi kultami ludności Polesia, wytworzył dziwny, chaotyczny amalgamat chrześcijaństwa z pogaństwem. To ostatnie nigdy tu zresztą nie wygasło.” Ostatnie zdanie jest budzi nadzieję etnografów na odnalezienie „żywych skamieniałości”. O ile zostały spisane w wieku XIX i na początku XX.

Ossendowski pisze tak (a zbierał swoje obserwacje na przełomie wieków, sto lat temu): na Polesiu „na początku XX wieku kilkakrotnie zanotowano religijne praktyki pogaństwa słowiańskiego, co spowodowało nawet wysłanie na Polesie misjonarzy prawosławnych.” Tak zachęcony szukałem w książce jakichkolwiek wzmianek o wiedźmach. I coś znalazłem, okruchy. „W ciemne noce dziwne się dzieją rzeczy w głębiach leśnych, gdy na kujawach, nagich polanach w puszczy, tak zwanych ihryszczach, baraszkują i pląsają korowody duchów nieznanych - lasowików, rusałek, biesów i wiedźm.” Tutaj wiedźmy występują pośród innych niecnych i szkodliwych człowiekowi demonów. Znamienne jest i to, że rusałki współcześnie rozumiemy bardzo przyjaźnie i z sympatią. Podobny proces „ułaskawiania” wiedźm obecnie następuje. Przechodzenie od wierzeń do kultury. W przytoczonym wyżej kontekście wiedźma występuje jako siła nieczysta i szkodliwa, można byłoby uznać ją za synonim czarownicy. Albo coś zbliżonego.

Trochę i innych okruchów znalazłem: „Poleszucy uznali bowiem sało bobrowe [tłuszcz, sadło bobrze] za najskuteczniejszy lek przeciwko pospolitemu tu romatusowi [chyba chodzi o reumatyzm], o wiele potężniejszy środek niże nawet spirt hnany z muchomora.” Muchomor jest chyba śladem praktyk szamańskich. Jeszcze do niedawno szamani syberyjscy zjadali muchomory by wprowadzić się w trans. Ale samogon zrobiony z muchomorów? Może jakieś sposób zalewania alkoholem grzybów (porównaj Jaja czarownicy (wiedźmy) czyli dlaczego świat widzimy podwójnie) - do tej pory praktykowane we wschodniej Słowiańszczyźnie jako lekarstwo na różne dolegliwości).

Ale wróćmy jeszcze do książki Ossendowskiego „Kiedy bada się te stare gusła i czary, mimo woli przychodzi na myśl, że nie na tych zrodziły się bagnach. Raczej przyniosły je tu jakieś podmuchy z równiny syberyjskiej, z jałowej tundry północnej, ze stepów. Tam znają również ów trujący blokot i czemier, szamani leczą dywanną i czeredą i znają tajemną moc palonych piór czarnej kury i łoju zwierząt kryjących się na zimowe leża w norach, gdzie śpią do pierwszych dni wiosny.” Można się spierać z Ossendowskim. Praktyki szamańskie były wcześniej znane w całej Europie, nie musiały więc przywędrować z Syberii. Wspomniane czarne pierze i wielka estyma Poleszuków dla głuszca być może są śladem naszych wierzeń w Kłobuka - czarnego koguta-demona domowego (to oczywiście inna opowieść).

Wróćmy na Polesie. Gdzie „w kureniach, po chatach, po zmurszałych młynach wodnych i w innych miejscach, znanych tylko rybakom i łowcom, żyją też dawne zahowory i zasiekania - czary i uroki, gdzie sędziwy kołtuniasty dziad lub w kabłąk ku ziemi przygarbiona starucha umie zamówić wszelką chorobę: bolączkę, kryw, nocne zmory, pad, febrę, różę, nieznośny ból zębów, lub też stosowanym zamawianiem dopomóc w cierpieniu położnicy, zagasić pożar, odnaleźć zbłąkane na nietrach bydło; tu prasłowiańscy wołchwowie - znachorzy i znachorki przyrządzają niezawodne lubczyki, mieszając korę zrośniętych ze sobą dębu i brzozy, gotują małoczajak, aby krowy dawały dużo tłustego mleka, sprzedają talizmany, alby ule pełne były miodu, aby strzelba biła celnie i śmiertelnie, aby pszczoły się roiły, a ryba, jak oszalała, parła do jazów i sieci rybaków. Nie ma wioski i chutoru, gdzie nie kryłby się przed okiem popa i władz wieszczbiarz lub wieszczbiarka, wróżący ze słońca, księżyca, gwiazd, pogody, biegu rzeki, lotu i głosu traków, ze snów, a nawet na modłę szamańską - z trzewi i kości barana i wieprza.” Przytoczony fragment potwierdza zdanie Moszyńskiego, że wiedźmy i czarownice to postaci demoniczne (półdemoniczne), natomiast konkretni ludzie parający się leczniczymi czy magicznymi „zamawianiami” to znachorzy, wołchwowie itd.

Jeszcze jeden pozwolę sobie przytoczyć fragment, skazujący na liczne pozostałości szamańskiej kultury i wczesnych etapów cywilizacji, wśród Poleszuków. Według Poleszuków, opisanych przez Ossendowskiego, Bóg stworzył świat i wszystkie mieszkające na nim istoty. Ale się do tego świata już nie miesza. „Zniszczyć ogniem sąsiada, kaleczyć jego bydło, zakatrupić nieprzyjaciela za pomocą czarów i zawitków, spowodować nieurodzaj na polu lub naklikać - sprowadzić chorobę na całą rodzinę nieprzyjaznego sąsiada - to naturalny akt zemsty, lecz nie grzech. Natomiast straszny, brzemienny w ciężkie skutki, popełnia się występek, jeżeli nazwać po imieniu księżyc, Prypeć, ogień, zalać płomień wodą lub spalić w nim chleb; biec podczas grzmotu, pluć do wody; uderzać w ”ciężarną” na wiosnę ziemię, zabijać jaskółki, gołębie i bociany, podbierać pszczoły z cudzej barci…. Są to naprawdę śmiertelne grzechy, mszczące się na ludziach!”.

Ostatnia wzmianka o wiedźmach pojawia się przy opisie śmierci „Zabity na wojnie lub od pioruna, kobieta zmarła podczas porodu - idą do nieba. Biada, jeżeli żyjąca istota przeskoczy ciało nieboszczyka lub przejdzie nad nim. Zmarły będzie chodził po nocach i straszył. Jeżeli jednak wypadło komuś trupa przekroczyć, można przebłagać nieboszczyka, osypawszy go makiem-wiedunem, bo wtedy dusza jego, co to jest bu dymok, bu duszok, odleci spokojnie; to samo zaleca się czynić przy konaniu wiedźmy, która za życia zawitki zawiwaje [czyli magię na szkodę innych czyniła], tiahnie spur z żyta [to o sporyszu], z korow mliko.” [znaczy zabierała cudzym krowom mleko). Nie dość, że się wiedźma pojawia, jako półdemoniczna istota, zło czyniąca, to jeszcze mak określany jest słowem „wiedun”. Może ze względu na narkotyczne właściwości? Nieco dalej Ossendowski napisał o obrzędach weselnych, gdy panna młoda rzuca po dogach i ścieżkach ulęgałki (takie małe gruszki), aby nikt jej nie urzekł. W celu uniknięcia rzucenia złego uroku w czasie wesela „przez cały czas uroczystości weselnych w domu rodziców i męża dla odpędzenia nieszczęścia i czarów nosi [panna młoda] przy sobie talizmany - magiczne ziele odkaśnik i wiedun.”

No cóż, wiele o wiedźmach nie znalazłem (trzeba jeszcze do innych książek zajrzeć), ale kilka ciekawych wątków udało się odszukać.

c.d.n. opowieści o poszukiwaniach pochodzenia wiedźm. Tymczasem zapraszam na wykład, 30 września 2016 r., godz. 20.00, Biblioteka Głowna UWM (w czasie Europejskiej Nocy Naukowców).

Zmrocznik przytuliak z Uroczyska Deresze

sczachor

DereszeWiele par oczu potrafi zobaczyć więcej niż jedna para, nawet specjalisty. Dlatego rozwija się nauka obywatelska. To znaczy - wykorzystanie wiedzy i aktywności tak zwanych wolontariuszy. Mogą oni być w wielu miejscach jednocześnie, obserwować, dokumentować i przesyłać dane do ośrodków naukowych. Z dużej liczby danych, nawet obarczonych niedokładnością czy drobnymi błędami, można wykonać bardzo ciekawe analizy. Sam jestem zaskoczony informacjami, jakie pojawiają się w komentarzach i w korespondencji, w nawiązaniu do opublikowanych na blogu krótkich informacji przyrodniczych. Mimo że nie jest to żadna zorganizowana akcja udało się zebrać sporo interesujących informacji o zasięgu występowania niektórych gatunków owadów i roślin - widać przesuwanie się granic zasięgów.

Przykładem niech będzie zdjęcie gąsienicy motyla, które wykonano w Uroczysku Deresze (okolice wsi Giławy na Warmii). Wystarczy zwykły aparat fotograficzny, zintegrowany z telefonem komórkowym. Gąsienica zwróciła uwagę swoim nietypowym wyglądem i ubarwieniem. Nie trudno było ją rozpoznać, wystarczyło sięgnąć do entomologicznych książek - to, że akurat gąsienica jakiegoś zawisaka, to było widać na pierwszy rzut oka. Wystarczyło sprawdzić którego. Osobiście nigdy tego gatunku w terenie nie widziałem - jedynie namalowałem na butelce, bo niezwykle urokliwy.

Na górnym zdjęciu (fot. Katarzyna Przedwojewska) gąsienica zmrocznika przytuliaka (Hyles gailii syn. Celerio galii), motyla (nocnego, czyli ćmy) z rodziny zawisakowatych (Sphingidae). Dolne zdjęcie, już z postacią dorosłą, także jakiś czas temu otrzymałem (od pani Magdy Markiewicz z Motylarni w Marcinkowie k. Mrągowa). Ale niestety zbyt długo leżało w „szufladzie”. Tym sposobem jednocześnie opisuję znaleziska larwy i imago rzadkiego gatunku.

Zmrocznik przytuliak (podobny do niego jest zmrocznik wilczomleczek, znacznie częstszy i łatwiejszy do zaobserwowania) jest gatunkiem holarktycznym, czyli o szerokim zasięgu występowania. Występuje w całej Polsce. Jest jednak gatunkiem stosunkowo rzadkim, dlatego nie często jest widywany. Gąsienice żerują na wierzbówce kiprzycy (Chamaenerion angustifolium) oraz na przytulii pospolitej (Galium mollugo) i przytulii właściwej (Galium verum). Nazwę gatunkową motyl wziął od rośliny, przytulią zwanej, a nie od przytulania. Jeśli już to przytula się roślina. A zmrocznik - bo to typowy motyl nocny, aktywny o zmroku. Poza wymienionymi roślinami gąsienice czasami żerują także na innych gatunkach roślin zielnych.

13427848_1176582589061317_5097959965885545915_nDorosłe motyle można spotkać od początku maja do początku lipca, a jeśli występuje drugie pokolenie to także w sierpniu i połowie września. Gąsienice spotkać można od lipca do października (uwzględniając drugie pokolenie). Gąsienice żerują o zmierzchu i za dnia, w nasłonecznionych miejscach: przy rowach przydrożnych, przy torach i na łąkach. Spotkać je zatem można na śródleśnych łąkach, zrębach, nasłonecznionych stokach, parkach, ogrodach oraz przy drogach i torowiskach.

Przepoczwarczenie następuje w czasie zimy, w oprzędach na ziemi lub płytko pod jej powierzchnią.

Motyle dorosłe (imagines) latają w słoneczne dni i o zmroku. Samce przylatują do samiczek także w godzinach popołudniowych (co odróżnia je od innych zawisaków z grupy sphinksów).

Bibliografia:

Buszko Jarosław, Atlas motyli Polski. Częśc II. Prządki, zawisaki, niedźwiedziówki, Warszawa 1997.

Heintze Jerzy, Motyle Polski, atlas, część pierwsza. Warszawa 1990

Zmrocznik przytuliak (wikipedia) https://pl.wikipedia.org/wiki/Zmrocznik_przytuliak

Mądziak malinowy czyli obcych od razu widać

sczachor

dziwak_1Otrzymuję sporo różnych zapytań o identyfikację różnych gatunków i próśb o wyjaśnienie spotykanych niezwykłości. Niestety nie jestem w stanie na wszystkie te prośby odpowiedzieć od razu. Proszę mi wybaczyć. Zaległości przybywa.

Dzisiaj opiszę jedno, niezwykłe spotkanie z przyrodą. Zazwyczaj gatunki obce łatwiej zauważamy. Bo jest to coś nowego. O gatunkach pospolitych mało się pisze… Może należałoby częściej.

„Podczas moich bezskutecznych internetowych poszukiwań informacji na temat dziwnego grzyba, który wyrósł rodzicom na działce pod krzakiem agrestu, natknęłam się na Pana stronę. Może będzie Pan wiedział, co to takiego? Będę wdzięczna za informacje.

Pozdrawiam

Agnieszka Wojtanowska"

List otrzymałem we wrzeniu. Gatunek jest bardzo charakterystyczny. Początkowo myślałem, że to mądziak psi. Ale po zajrzeniu do fachowych książek okazało się, że to mądziak malinowy. Grzyb o mało przystojnym wyglądzie (tak jak sromotnik bezwstydny, czytaj:  Czarcie jajo czyli dlaczego przez owady tak cuchnie w lesie).  A o zapachu mało przyjemnym, podobnie jak i innych gatunek obcego grzyba (Okratek australijski w Szklarskiej Porębie oraz  Ośmiornica w lesie. Czy obcy przybłęda może być u nas gatunkiem chronionym?).

Tak jak wyżej wymienione mądziak malinowy (Mutinus ravenelii), zwany także czasem mądziakiem szkarłatnym, to grzyb z rodziny sromotnikowatych (Phallaceae). Pochodzi z Ameryki Północnej, u nas jest gatunkiem obcym. Podobny do niego jest mądziak śliczny (Mutinus elegans), również pochodzący z Ameryki Północnej. Rodzimym gatunkiem jest mądziak psi (Mutinus cannus).

Mądziak malinowy pochodzi z Ameryki Północnej, w Europie pojawił się w połowie XX wieku (pierwszy raz zanotowano w Berlinie w 1942 r.) W Polsce pierwszy raz zaobserwowano mądziaka malinowego w Krakowie w 1965 roku. Grzyb ten występuje w miejscach wilgotnych i bogatych w próchnicę: w szklarniach, wysypiskach śmieci, w parkach, na z łąkach, ogrodach i zanieczyszczonych lasach. Wydaje się, że preferuje wyższe temperatury. Dawniej był umieszczony na liście gatunków chroniony, ale od 2004 został z tej listy zdjęty. Uznany jest za gatunek obcy i ekspansywny. 

Tak jak i inne grzyby z tej rodziny mądziak malinowy wydziela nieprzyjemny zapach, wyczuwalny z odległości kilku metrów, zwabiający muchy (gatunki żywiące się odchodami lub padliną). Nieprzyjemny zapach mądziaka malinowego przypomina zapach fekalii lub psującego się mięsa. Owady padlinożerne, zwabione miłym dla nich zapachem, siadają na owocniku mądziaka, a do ich odnóży przyklejają się zarodniki. Owady roznoszą zarodniki na dość duże odległości. Zaobserwowano, że owocniki tego grzyba są chętnie i bez szkody dla ich zdrowia zjadane przez psy. Być może podobnie jest z mądziakiem psim - stad jego nazwa.

Owocniki mądziaka spotkać można od czerwca do listopada.

Bibliografia

fot. Agnieszka Wojtanowska

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci