Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Krutynia - rzeka wielu kultur i bogactwa wspomnień

sczachor

probarzekaW Mazurskim Parku Krajobrazowym koniec maja obrodził ciekawymi wydarzeniami, w których będę uczestniczył. I będę wspominał miłe chwile tam spędzone.. Zaczęło się jeszcze w czasach studenckich w postaci wycieczki przyrodniczej. Później, już jako pracownik Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie wraz ze studentami odbywającymi letnią praktykę biologiczna, odwiedziłem Krutyń w 1996 roku (zdjęcie obok). Zamieszkaliśmy w domku nad rzeką Krutynia. Teraz mieści się tam leśnictwo. Zbieraliśmy materiał do badań hydrobiologicznych. W letnie wyprawie uczestniczyli studenci kierunku biologia: Marta Tkaczuk, Iwana Jeleń, Ewa Jakóbowska, Letycka Karuzo, Katarzyna Stefańska, Agnieszka Linkiel, Elżbieta Dzioba, Wioletta Trzeciakowska, Katarzyna Białoskórska. Badaliśmy m.in. chruściki rzeki Krutyni i okolicznych jezior. W letnim obozie uczestniczyli z nami studenci z Białorusi a na dwa dni zawitali studenci z koła naukowego z ówczesnej ART. Przemierzyliśmy Park pieszo i kajakiem, odwiedzając także miejsca interesujące z kulturowego punktu widzenia. A na potańcówki chodziliśmy pieszo do Ukty. 

 Na całoroczne badania hydrobiologiczne wróciłem w lata 2001-2002. Była to kolejna okazja poznać przyrodę i kulturę Mazurskiego Parku Krajobrazowego. Z dużą sympatią wspominam sunę i nocna kąpiel w rzece Krutyni. Tak się złożyło, ze do tej pory nie było okazji całościowo opracować materiał chruścikowy z mazurskiego Paku Krajobrazowego. A dzięki dawnej współpracy z dr Wanda Szczepańską ze Stacji Hydrobiologiczej w Mikołajkach dysponuję bogatym materiałem z lat 1951-1966. 

Teraz ponownie wybieram się do Krutynia. W niedzielę 29 maja  uczestniczył będę w festynie edukacyjnym pn. "Dzień Bociana Białego". Zapraszam na wspólne malowanie mazurskiej przyrody na słoikach i butelkach. Następnego dnia, w poniedziałek 30 maja, w ramach konferencji "Krutynia - rzeka kultur" [przedstawię referat pt. "Czy w Mazurskim Parku Krajobrazowym żyją jakieś niezwykłe chruściki". Mam nadzieję, ze będzie to wystarczająca inspiracji by zebrać dotychczasowe dane i je opublikować. Oraz by rozpocząć systematyczne badania chruścików tego Parku. Chciałbym sprawdzić czy żyje tu jeszcze Erotesis baltica i Hydroptila dampfi. Oraz kilka innych, rzadkich gatunków.

"Krutynia- rzeka kultur" pod taką nazwa odbędzie konferencja organizowana przez Mazurski Park Krajobrazowy. Jest to spotkanie o charakterze popularno-naukowym, którego celem jest wymiana poglądów na temat walorów przyrodniczych, krajobrazowych, historyczno-kulturowych MPK, ze szczególnym uwzględnieniem znaczenia wód powierzchniowych w dalszym rozwoju regionu oraz roli edukacji ekologicznej w kształtowaniu postawy szacunku wobec przyrody u przyszłych pokoleń. Do uczestnictwa w konferencji zaproszono przedstawicieli samorządów, środowisk naukowych, centrów edukacji ekologicznej, Lasów Państwowych, lokalnych organizacji turystycznych i innych instytucji z terenu Parku i województwa działających na rzecz ochrony przyrody i krajobrazu, jak również przedstawicieli branży turystycznej i szkół z terenu Parku, dzięki czemu możliwa będzie wymiana doświadczeń oraz zacieśnienie współpracy w ochronie przyrody i edukacji ekologicznej. Konferencja odbędzie się w poniedziałek 30 maja 2016 roku w Hotelu Habenda w Krutyni. Partnerem w konferencji jest kierunek Dziedzictwo Kulturowe i Przyrodnicze Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Konferencja jest dofinansowana ze środków Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Olsztynie.

Odwiedzę Park z aparatem by nadrobić zaległości wieloletnie. Nie omieszkam zdać relację z tej wizyty. Ma nadzieję powrócić z bardziej systematycznymi badaniami. Wtedy i zdjęć będzie więcej.

Kortowiada czyli „jakieś ramy trzeba w końcu temu hulaszczemu trybowi życia nadać”

sczachor

DSCN0576Kiedy w Olsztynie trwała tegoroczna Kortowiada, ja wracałem z konferencji naukowej z Lasów Janowskich. Podróż publicznymi środkami komunikacji ma tę zaletę, że więcej się widzi wokół siebie. Uwielbiam lubelską starówkę, kipiącą życiem artystycznym i wieloma masowymi imprezami. W podróży powrotnej skorzystałem by z dworca autobusowego w drodze na dworzec kolejowy przespacerować się przez uroczy Lublin. Jak zwykle robiłem zdjęcia.

Tuż za starym browarem robiłem zdjęcia porzuconym butelkom w ulicznej, odrapanej bramie. Podszedł do mnie wzbudzony pan w średnim wieku. I narzekał na Kozienalia (to nazwa lubelskich juwenaliów), że muzyka techno przez całą noc, pijackie burdy, spać nie można a rano trzeba do pracy. Rozumiem człowieka, bo głośnej muzyki też nie lubię, zwłaszcza techno.

W Lublinie jest kilka uczelni. Browar Perła (na zdjęciu), w historycznym budynku znajduje się w środku miasta. Głośna muzyka w nocy może być uciążliwa (kilka lat temu z rodziną byłem na wakacjach w Lublinie, okno naszego hostelu wychodziło na Krakowskie Przedmieście, vis-avis nocnego baru - noce mieliśmy "przechlapane" pijackimi imprezami, studentów tam nie było). Nawet jeśli pojawia się raz w roku. Spacerowałem po ulicach Lublina w samo południe. Obok Browaru Perła z banerem Kozienaliów studentów raczej nie widziałem, a przynajmniej pijących. Może pora nie ta. W bramach widziałem za to pijanych i pijących lubelskich żuli. Niektórzy zaczepiali przechodniów. Piwo w Lublinie tanie, w okolicach dworca kolejowego w klimatycznie spelunkowym barze po 4 zł. Odrapane i zniszczone kamienice w tym kwartale miasta to nie sprawa studentów i ich juwenaliów. Taka dzielnica.

DSCN0580Podobne miejsca znajdziemy i w Olsztynie. Z całą pewnością wymagają mądrej rewitalizacji i resocjalizacji ludzi. Na przykład poprzez wykształcenie. Im więcej ludzi studiuje, tym lepiej, po ogólny poziom wykształcenia się podnosi. Dokształcać mogą się także dorośli - są i studia wieczorowe, kursy, a potem nawet uniwersytety trzeciego wieku.

Olsztyńska Kortowiada ma znacznie lepszą lokalizację, na uboczu miasta i głośna muzyka z kortowskiej górki przeszkadza co najwyżej tylko mieszkającym na Słonecznym Stoku. Osobiście nie lubię wielkich koncertów i głośnej muzyki. Dwa razy, w latach ubiegłych, towarzyszyłem studentom zarówno w czasie parady przez miasto, jak i w boju wydziałów. Poznałem nieco Kortowiadę od podszewki. Moja znajoma (pracownik naukowy), opowiadała mi, że na koncerty Kortowiadowe chodzi wraz z córką. I nigdy nie spotkała się z agresją. Jak na tak wielką imprezę zadziwiająco jest bezpiecznie i spokojnie.

Nie jestem fanem Kortowiady, bo nie przepadam za masowymi i głośnymi imprezami. Brakuje jednak olsztyńskim juwenaliom dobrej promocji i pokazania wielu twarzy tego wydarzenia. Tam dzieje się wiele kameralnych i wartościowych działań, które najczęściej w ogóle nie są przez media dostrzegane. Widoczne jest tylko to, co głośne. Na dokładną obserwację zapewne brakuje czasu…

Jak co roku pojawiły się narzekania na studentów i Kortowiadę. Jak pisze Gazeta Wyborcza Olsztyn „Prym w tych krytycznych opiniach pod adresem młodzieży wiedli radni prawicy. - Jakieś ramy trzeba w końcu temu hulaszczemu trybowi życia nadać - mobilizował pozostałych radnych Jarosław Babalski z Prawa i Sprawiedliwości. - Nie może być tak, że miasto jest terroryzowane przez rozbawioną gawiedź. Czy to są studenci, czy nie. 20 lat temu studenci też szaleli, ale nie było takiej swobody, jaka jest dzisiaj. Jeśli w sposób publiczny spożywa się alkohol i ludzie na to patrzą, no to jaki to jest obrazek miasta Olsztyna?” Cały tekst.

Ponarzekać łatwo. Ale już dawno temu studenci zostali pozostawieni sami sobie (gdzie było wtedy miasto i radni?). Studenci znaleźli sponsora w postaci browarów. A mieli inne wyjście? Przecież nie jest to sponsor na darmowe piwo tylko duże koncerty muzyczne. Ja za "pijaństwem" nie jestem, ale jak na imprezę kilkudziesięciu tysięcy osób jest nadzwyczaj spokojnie i dużo lepiej niż w innych uniwersyteckich miastach. W czasie parady studenckiej przez miasto puszki są na ulicy, ale zaraz służby wszystko sprzątają. Że studenci piją w miejscu publicznym? A jak na Starówce ludzie piją piwo w ogródkach restauracyjnych, z widocznymi z daleka reklamami napojów alkoholowych, to przechodnie i turyści tego nie widzą? Wtedy to nie demoralizuje?

Zamiast narzekać na studentów warto ich mądrze wesprzeć. Miasto wspiera chyba dużo bardziej klub Stomil (a są w Olsztynie mecze piłkarskie, które przyciągną do miasta tylu przyjezdnych co Kortowiada?). Już wyobrażam sobie imprezę kibolską na kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Jak by Olsztyn wtedy wyglądał? Ile policji trzeba byłby przywieźć do Olsztyna dla zapewnienia bezpieczeństwa? Zatem drodzy radni - wesprzyjcie Kortowiadę finansowo, by nie musieli studenci szukać sponsora w postaci browarów. Przez Kortowiadę miasto Olsztyn zyskuje promocyjnie w całej Polsce. I zamiast tę imprezę zohydzać wesprzyjcie mądrą promocją.

Na Kortowiadzie dzieje się dużo więcej niż tylko picie piwa. Parada przez miasto dużo bardziej potrzebna jest miastu niż studentom. Kortowiada znakomicie się obejdzie bez parady. Zdaje się, że to w latach ubiegłych właśnie miasto Olsztyn zabiegało o paradę ulicami miasta, uzależniając od tego swoje dofinansowanie. Zachęcam do bardziej wnikliwego przyjrzenia się Kortowiadzie od środka. Jest tam więcej sensu niż się radnym prawicy wydaje. Pora by poznali rzeczywistość osobiście a nie ze swoich partyjnych mediów.

Miasto Olsztyn żyje ze studentów, np. w postaci wynajmu mieszkań. Czasem studenci bywają uciążliwi, jak to młodzi ludzie (my też tacy byliśmy, chyba, że ktoś ma już sklerozę i nie pamięta… albo nie chce pamiętać). Sam mieszkam w bloku, gdzie blisko połowa mieszkań jest wynajmowana studentom. Na ogół żyje się spokojnie i dobrze. Nawet w czasie Kortowiady. Jeśli radni (zwłaszcza ci z pisowskiej prawicy), chcieliby podnieść Kortowiadę na wyższy, artystyczny poziom, to niech dofinansują tę studencką imprezę, sławną na całą Polskę jako najlepsze juwenalia. I nie przez jałowe narzekania ale po pierwsze przez dofinansowanie i mądre inicjatywy. Gdyby studenckie juwenalia miały sponsora w postaci miasta, to studenci nie szukaliby sponsorów w postaci browarów. Po drugie - bawcie się razem ze studentami i pokażcie przykładem na czym mądra i dobra zabawa polega. Przykład ma najlepszą moc wychowawczą.

Co do pijaństwa studentów. Na Kortowiadę przyjeżdża dużo licealistów (i jeszcze młodszej dziatwy) z okolicy. Młodzież jest jaka jest... i wcale nie przez Kortowiadę. Na Kortowiadzie ujawnia się tylko wychowanie z domów wyniesione. I nie prawdą jest, że wszyscy studenci piją. Wielu z nich bawi się zupełnie na trzeźwo.

ps. oba zamieszczone zdjęcia zrobione zostały w Lublinie.

Dzisiaj maluję dachówki

sczachor

13086755_10208273938239479_3263834375734331826_o

W niedzielę był Międzynarodowy Dzień Bioróżnorodności, we wtorek Dzień Ślimaka. A dzisiaj jest Majówka z Etnobotaniką. W światowym Dniu Fascynujących Roślin, który w Olsztynie obchodzony jest 25 maja (Majówka z Etnobotaniką), zapraszam na plener malarski pt. "Bioróżnorodność łąki na starych dachówkach". Przed budynkiem Collegium Biologiae (ul. Oczapowskiego 1A, Olsztyn-Kortowo) w godz. 10.00-16.00 farbami akrylowymi na starych dachówkach malować będziemy bioróżnorodność łąki: rośliny i owady (zapylacze), związane z łąką oraz inne rośliny w Polsce występujące. Przed budynkiem Collegium Biologiae powstanie konstrukcja przypominająca dach, pokryta wiosenną łąką kwietną, wymalowaną na dachówkach. Każdy będzie mógł pomalować jedną z takich dachówek (liczę zwłaszcza na pracowników i studentów, którzy swą wiedzę biologiczną utrwalą farbami). Część z prac zostanie wyeksponowana na wystawie w czasie Europejskie Nocy Naukowców (30 września 2016 r.). A jak zabraknie dachówek, to malować będzie także kamienie.

Małe i duże. Malowanie roślin na dachówkach będzie przypomnieniem historii nauki i historii botaniki. Najpierw powstawały zielniki. W czasach renesansu pojawiła się naukowa ilustracja botaniczna. Związki nauki ze sztuką wynikały ze wspólnego uczonym i artystom poszukiwaniom najlepszego sposobu opisu przyrody. Ale także opisu jej piękna i różnorodności. W tym czasie powstały piękne ryciny Leonarda da Vinci oraz Albrechta Durera. Piękno z detalami, spełniającymi wymaganiom naukowej ilustracji i dokumentacji.

Ilustrowanie roślin zaczęło się w renesansie, gdy uczeni zaczęli wychodzić w teren. Wielką pracę wykonał Kluzjusz (Carolus Clusius 1526-1609). Zbiór akwarel, malowanych przez największych mistrzów ale pod okiem botaników, znajduje się w Bibliotece Jagiellońskiej.Przez moment, w czasie Majówki z Etnobotaniką, poczujemy się jak prekursorzy współczesnej nauki. 

Piknik naukowy Majówka z Etnobotaniką i malowanie dachówek to spotkanie świata nauki i świata sztuki. Nasze prace nie będą tak doskonałe jak mistrzów renesansu. Głównym celem jest wspólna praca oraz popularnonaukowe dyskusje przy malowaniu. Niczym przy łuskaniu fasoli czy darciu pierza. Tyle tylko że w miasteczku uniwersyteckim i w naukowym gronie. Malowanie jest pretekstem do opowieści o roślinach i owadach zapylających. W miejscu, gdzie będziemy malowali, stoi "hotel dla owadów" (jeden z wielu w Olsztynie) - dodatkowy pretekst by rozmawiać o bioróżnorodności na miejskiej łące. Serdecznie zapraszam. Nie trzeba umieć malować, nie trzeba się znać na botanice i entomologii. Spotykamy się by razem dowiedzieć się czegoś więcej, by poczuć się jak dziecko w artystycznej ekspresji i ciekawości świata. Malować może każdy. Sztuka i nauka dostępne są dla wszystkich, od zaraz.

Kilka dni temu, w czasie XXIII Ogólnopolskich Warsztatów Bentologicznych w Lasach Janowski, razem z innymi hydrobiologami, malowałem koszulki, wzór bentosowy z chruścikami oczywiście. I w takiej koszulce jutro wystąpię. Swojej, własnoręcznie malowanej.

13232917_1103751809681759_6644624808160699587_n

Wyedukowana antropochoria w urbicenozie

sczachor

nasiona1Tytuł tak zawiły i nasycony naukowym żargonem, że "klękajcie narody". Ale i mnie czasem kusi by napisać tak mądrze że aż nie wiadomo o co chodzi. Zatem wyjaśniam tytuł i jaki ma on związek z załączonymi zdjęciami. 

Wczoraj obchodziliśmy międzynarodowy Dzień Bioróżnorodności. Chciałem coś specjalnie na to święto napisać, ale byłem w podróży i jakoś tak przemknęło. Więc dzisiaj będzie. Na dodatek już w środę w Olsztynie, w ramach międzynarodowego Dnia Fascynujących Roślin Wydział Biologii i Biotechnologii UWM zaprasza na majówkę z etnobotaniką. Ja zapraszam na malowanie dachówek (łąka z owadami).

Tytuł sprowokowała przesyłka, którą dzisiaj dostałem z Welskiego Parku Krajobrazowego. Obchodzą jubileusz dwudziestolecia. I z tej okazji wysyłają... małe paczuszki z nasionami "chwastów". Ucieszyła mnie ogromnie. Wysieję pod moim blokiem, gdzieś na trawniku lub na kwiatowych rabatach. Będzie to wyedukowana troska o bioróżnorodność w mieście.

Najpierw wyjaśnię termin antropochoria. Oznacza on rozprzestrzenianie nasion roślin przez człowieka. W części jest to typowa zoochoria (dyspersja roślin za pomocą zwierząt). To wszystkie te "rzepy" - nasiona, które przyczepiają się do naszych ubrań, niczym do sierści i futra, za pomocą różnorodnych haczyków.. Gdy wałęsamy się po "chaszczach" przynosimy na ubraniu wiele nasion. Rośliny wyspecjalizowały się do takiej podróży na gapę, Po prostu zwierzęta (w tym i człowiek) pomagają w dyspersji roślinom. Ale antropochiora ma jeszcze inne formy.

Jeśli jest to świadome rozprzestrzenianie  roślin uprawnych, to nazywamy ten rodzaj antropochorii etolochorią.  Bardzo często przenosimy gatunki roślin daleko poza ich naturalne zasięgi występowania. Towarzyszy temu udomawiania (domestykacja) i ewolucyjne dostosowanie się tych gatunków do trwałego współżycia z człowiekiem. Nie zawsze jednak świadomie rozprzestrzeniamy rośliny, przykładem jest speirochoria (rodzaj antropochorii). Jest to rozprzestrzenianie się diaspor chwastów towarzyszących uprawom. Niejako chwasty wykorzystują człowieka i dostosowują się do sposobu uprawy by "załapać się na gapę".  Cykl życiowy i budowa nasion ułatwia ich zbiór wspólnie z materiałem siewnym roślin uprawianych. W wyniki zmiany sposobu uprawy dawne chwasty są zagrożone wyginięciem. Ale w ich miejsce w agrocenozach pojawiają się inne gatunki. My tymczasem staramy się chronić niegdyś uciążliwe chwasty... bo giną. I jest w końcu agochoria czyli rozprzestrzenianie diaspor z rozmaitymi towarami, paszami, produktami spożywczymi, ziemią ogrodową itd. Ale tego sposobu atropochorii, który jest na załączonym zdjęciu jeszcze nie nazwano. Bo jest to świadome rozprzestrzenianie "chwastów" czyli bioróżnorodności. Umownie nazwałem to wyedukowaną antropochorią, swoistą ochroną przyrody poza obszarami chronionymi (parki narodowe, parki krajobrazowe, rezerwaty itd.).

Obserwujemy spadek różnorodności biologicznej w wielu ekosystemach. Miasta (owe w tytule zawarte  urbicenozy) mogą być miejscem "uprawy" różnorodności biologicznej i miejscem ochrony przyrody. Na przykład na miejskim trawniku. Wiele razy już pisałem o owadach zapylających, budowie hoteli dla pszczół itd. Czasami przywożę różne nasiona dziko rosnących roślin i próbuję rozsiewać w mieście. Teraz dostałem gotowy zestaw. Nawet nie wiem jakie to gatunki. Przygotowałem rabaty kwiatowe (by miejscy kosiarze nie wykosili roślin do gołej ziemi), ale oprócz sadzonek z kwiaciarni staram się "uprawiać" dziko rosnące gatunki. Niech będą pociechą dla oka, okazją do edukacji przyrodniczej oraz bazą pokarmową dla owadów zapylających. Część wysieję w skrzynkach balkonowych. Bo dzikie jest piękne.

 nasiona2

O owadach zapylających w mieście i o wydłużonej edukacji pozaformalnej

sczachor

DSCN3010Ten wpis jest komplementarnym dopełnieniem krótkiego programu telewizyjnego (wtorek 17 maja 2016, TVP3 Olsztyn, pasmo poranne, ok. godz. 7.40, powtórka o 17:45 i 19:30 - "Pora na przyrodę".). Tematem telewizyjnego materiału są owady zapylające w mieście i tak zwane hotele dla pszczół. Ale chodzi mi o coś więcej niż krótkotrwałe zadziwienie jakimś zjawiskiem, problemem, faktem (naukową „sensacją”). Chciałbym zachęcić do długotrwałego poznawania przyrody. Eksperymentuję, rozpoznaję nowoczesne narzędzia komunikacji i próbuję nowych możliwości w zakresie edukacji pozaformalnej (przede wszystkim poprzez współpracę - tak jak w ekosystemie o sukcesie decyduje wspólnotowość). Jest to jednorazowa próba, ale może z tego urodzi się coś więcej i na dłużej.

Dorośli też są ciekawi świata, jak dzieci. W telewizji był krótki materiał (7-8 minut) wraz z rozmową. Trochę mało? Dlatego proponuję doczytanie, na przykład na niniejszym blogu (potem może powstanie systemowe rozwiązanie). Zaciekawić, zadziwić i zachęcić do kontynuacji (w dalszej części będzie więcej na ten temat),

Ale najpierw o owadach wmieście. Nie tylko pszczoła miodna zapyla kwiaty. Bez owadów zapylających wiele gatunków roślin po prostu by wyginęło bo znacznie utrudnione byłoby zapylenie a w konsekwencji wydawanie nasion i rozmnażanie. Miliony lat koewolucji owadów i roślin doprowadziło do tej zależności ekologicznej. Blisko 70-80 procent roślin jadalnych (uprawianych przez człowieka) to gatunki owadopylne. Bez owadów świat były dużo uboższy i… bardzo dla nas ludzi nieprzyjemny.

Nie za bardzo sobie uświadamiamy fakt, że żyjąc w mieście żyjemy w przyrodzie, w niezwykle ciekawym ekosystemie (urbicenoza). Nie trzeba więc jechać daleko by być w sercu dzikiej przyrody (dzikiej w czasach nowoczesności).

Owady zapylające to na przykład pszczoły samotnice, motyle, muchówki i wiele innych. Czy zwracamy na nie uwagę? Potrzebne im miejsce do gniazdowania (siedlisko życia), a w mieście siedlisko bardzo przekształciliśmy (i to niekorzystnie dla przyrody i nas samych). Brak strzech, nieimpregnowanego drewna, szczelin, drzew dziuplastych. Wszystko sterylne, plastikowe, szklane, wybetonowane. Budowanie tak zwanych „hoteli” to zwiększanie miejsc dogodnych do bytowania, zakładania gniazd, schronienia dla wielu gatunków stawonogów. Poza tymi „domkami dla biedronek” potrzebne jest odpowiednie gospodarowanie terenem w mieście. Po trzecie potrzebny do życia owadom jest pokarm a więc kwitnące rośliny. To problem np. nadmiernie i nieumiejętnie wykoszonych miejskich trawników. Nie wystarczą hotele dla pszczół, potrzebne są kwitnące trawniki, balkony i miejsca zielone.

Niektóre pszczoły samotne budują swoje gniazda w łodygach trzciny (np. murarka ogrodowa), inne drążą w glinie (brak odsłoniętych skarp i glinianych lepianek), inne na odkrytej glebie piaszczystej lub gliniastej (przeczytaj o pszczolince). Jeszcze inne wykorzystują wosk i włoski roślin - zatem potrzebne są odpowiednie rośliny. W końcu inne budują w … pustych muszlach ślimaków. Różnorodność przyrody jest ogromna i niezwykle ciekawa.

Aby owady zapylające przetrwały w mieście powinniśmy tworzyć im odpowiednie siedliska. W tak zwane usługi ekosystemowe warto inwestować, tak samo jak w nowe technologie. Chcesz wiedzieć więcej? Przeczytaj i to:

DSCN1108Przejdźmy teraz do edukacji poza murami szkoły, także dorosłych (edukacja pozaformalna i ustawiczna). Jednym z atrakcyjnych tematów jest ekologia w mieście. Nie tylko poznać ciekawostki i wybrane fakty ale i przede wszystkim zrozumieć procesy zachodzące obok nas. Także i po to, by mądrzej i efektywniej gospodarować oraz organizować przestrzeń przyjazną dla człowieka (mieszkańca miasta) - aby Polak był mądry przed szkoda a nie po szkodzie..

W tak rozumianej edukacji ważne jest tworzenie okazji do samodzielnego odkrywania świata wokół nas, w tym przypadku przyrody. Poznawanie faktów ale i rozumienie zjawisk. Zadziwić, zainteresować a co dalej? Od nas coś zależy, możemy być aktywni. Po pierwsze kontynuować rozmyślania nad wybranym zjawiskiem, doczytać - bo cóż można się dowiedzieć w ciągu 7 minut programu telewizyjnego? Tymczasowo umieszczam niniejszy wpis na blogu, z linkami - obserwuj owady wokół swojego domu, poznawaj, działaj.

Doczytaj, dowiedz się więcej. Nie chodzi o krótkotrwałe „wybuchy i fajerwerki” na jednorazowym festiwalu naukowym (lepiej zostań twórcą a nie tylko biernym konsumentem). Chodzi o zwrócenie uwagi, zaciekawienie i inspirację do dalszych, samodzielnych poszukiwań (edukacja pozaformalna we współpracy z telewizją, w tym konkretnym przypadku). Obserwuj przyrodę w najbliższym otoczeniu. To najlepsza edukacja. Dostrzeż problem i dalej go poznawaj. Nie tylko wyszukując kolejne informacje ale i przez samodzielne i aktywne poznawanie (we współpracy np. z uniwersytetem czy innymi instytucjami, przygotowującymi materiału do inspiracji i do samodzielnych obserwacji). Obserwuj. Owady zapylające to wdzięczny obiekt badawczy. Oraz kwitnące rośliny w mieście. Siądź w oknie lub na ławeczce lub po prostu na trawniku, i obserwuj. Notuj, dyskutuj oraz publikuj (np. tu http://natura.wm.pl/)

Eksperymentuj. Zbuduj lub kup „hotelik”, umieść na ścianie budynku i obserwuj. Co i kiedy przylatuje. Może uda się rozpoznać gatunek? Dokumentuj obserwacje np. fotograficznie czy w swoim notatniku. I dziel się obserwacjami z innymi. Żywe laboratorium w mieście, na trawniku, balkonie, na miejskim czy wiejskim skwerze. W skrzynce balkonowej nie muszą być tylko kwiaty ogrodowe, mogą być zioła, „chwasty” i donica z glebą, w której pszczoły samotne zbudują norkę i złożą jaja. Albo mrówki. Przykłady obserwacji miejskich znaleźć można na niniejszym blogu, w tym z wykorzystaniem zdjęć i obserwacji moich czytelników. Eksperymentuj, jesteś w szkole. Takiej poza murami klasy.

A ja o rezultatach swoich edukacyjnych eksperymentów i obserwacji opowiem m.in. na trzech zbliżających się konferencjach dla nauczycieli (Uczę się, poszukuję, dyskutuję i próbuję realizować) :

Ps. Informacje z linkami jak zbudować dobry "hotel" dla pszczół umieszczę za kilka dni.

O gęsiówce piaskowej, bioróżnorodności w mieście i samoorganizacji życia

sczachor

trwanik2Życie jest fenomenem samoorganizacji, jakby istniała tajemnicza siła (np. syntropia), która niczym grawitacja, popycha różnorodne struktury do coraz większej złożoności. Życie to samoorganizacja i samoregulacja. Przekładając to na działania praktyczne i codzienne wystarczy tylko pozwolić na samodzielne działanie i „samo się zrobi”.

Posłużę się przykładem z miejskim trawnikiem. Można sadzić rośliny ludzką ręką, kupować w sklepie, przynosić, plewić „chwasty” by nasze rosło bez problemu. Ale można czy pozwolić rosnąć tym, które „same się zasiały”. Dosiewać nasiona roślin dziko rosnących i pozwolić na samo-pielęgnację trawnikowej łąki. A przynajmniej nie przeszkadzać zbytnio. Na przykład pod moim oknem wyrosła i cudnie wyglądała gęsiówka paskowa zwana także rzeżusznikiem piaskowym. Małe, delikatne kwiatki przepięknie komponują się z zasadzoną przez mnie niezapominajką i bratkami. Same wyrastają mniszki lekarskie. Wcześniej dosiane stokrotki "ogrodnicy miejscy zniszczyli w ubiegłym roku)... 

Praktyka "pielęgnacji zieleni” polega na usuwaniu tego, co samo wyrosło, i kosztowne sadzenie hodowlanych roślin. Jak co roku, pod nieobecność (byłem w pracy) wpadli urzędowi kosiarze i wygolili do niemalże gołej ziemi. Ostały się tylko fragmenty, w rabatach, osłoniętych kamieniami, jak granicą czy szańcem, barykadą. I tam by wygolił, gdyby nie hodowlane rośliny, jako znak „nie ruszać, sadzone ręka ludzką”. Tak ocalał bluszczyk kurdybanek (lokalnie nazywanym kocią morda, tez roślina kuchenna i przyprawowa, smaczna). Ale inne kwitnące rośliny zniknęły. I mniej ładnie i brak bazy pokarmowej dla owadów zapylających. Ciężko jest przyrodzie w mieście przy urawniłowkowych gustach niezbyt dobrze wyedukowanych pielęgnatorów zieleni miejskiej.

W innym miejscu rósł podagrycznik. W tym roku już go wykorzystywałem do sałatek, przepyszny. Miałem trawnik z ziołami. Teraz już go nie ma. Wykoszony. W ubiegłym roku też skosili, razem z zasadzoną przeze mnie różą (ogrodziłem palikami - nie pomogło). W tym roku osłoniłem ją szańcem z kamieni, może odbije i urośnie.A przy niej coś się jeszcze uchowa z bioróżnorodności wszelakiej.

Gęsiówka ocalała w mojej skrzynce balkonowej. I niech rośnie, dosadzę pelargonie (po „zimnej Zośce”) a ją zostawię. Na rozmnożenie. Bo to taki mini rezerwat bioróżnorodności w mieście. W skrzynkach balkonowych, w wydzielonych kamieniami i płotkami refugiach na trawniku, tworzyć możemy małe rezerwaty przyrody i rezerwaty bioróżnorodności. Nie tylko dla siebie ale i dla owadów. By potem obserwować je w naszym otwartym laboratorium przyrody.

Gęsiówka piaskowa, rzeżusznik piaskowy (Cardaminopsis arenosa syn. Arabis arenosa) to roślina roczna, dwuletnia lub wieloletnia. Wszystko zależy od warunków lokalnych i sprzyjających okoliczności. Niewielkich rozmiarów - od 4 do 40 (czasem nawet 80 ) centymetrów wysokości. Kwitnie od kwietnia do czerwca, czasem nawet do sierpnia. Gęsiówkę spotkać można na glebie piaszczystej, kamienistej oraz na siedliskach ruderalnych, nieużytkach, gruzowiskach, przy drogach. Jako „chwast” występuje w uprawach rolnych. Jest gatunkiem światłolubnym i synantropijnym (związanym z siedliskami ludzkimi).

Na swój miejski trawnik przyniosę w wakacje trochę nasion innych roślin, wspomagając samorozsiewanie się i dyspersję. Zeszłoroczne próby z malwami się nie powiodły... Ale nie zrezygnuję!. Życie i tak samorganizuje się. Będzie co obserwować, łącznie z zaburzającymi katastrofami, w tym przypadku powodowanymi przez mało adekwatne zabiegi „wykaszania” i pielenia.

Cudownie byłoby w pełni poznać tę zasadę samoorganizacji. W wiekach fizyki w filozofii nauk królowała II zasada termodynamiki i entropia. Teraz, w wieku biologii, coraz częściej „rozpycha” się w świadomości druga zasada samoorganizacji i umowna (ciut hipotertycznie na razie) syntropia. Wyglądając z okna i przyglądając się miejskiemu trawnikowi lub skrzynkom balkonowym (a tam nie tylko rośliny ale i owady są!), można przyglądać się przyrodzie i snuć rozmyślania o filozofii przyrody.

trawnik1

balkonowa

Chrabąszcze już latają. Uprzejmie donoszę.

sczachor

chrabaszczKiedy zobaczyłem u znajomej zdjęcie z chrabąszczem, to przypomniała mi się przygoda mojego kolegi ze studiów. Zaraz ją opowiem, będzie z morałem, a przynajmniej dygresją do narzekania na współczesnych studentów, że niby są tacy słabsi od tych dawniejszych (czyli nas).

Chrabąszcz majowy, jak sama nazwa wskazuje, pojawia się w maju. Mowa oczywiście o postaciach dorosłych, tak jak na załączonym zdjęciu. Bo larwy, zwane pędrakami, żyją w glebie przez około 3 lata (a wiec są tam cały rok fenologiczny, a nie tylko w maju). Traktowane są jako szkodniki. Chrabąszcz majowy to bez wątpienia owad lądowy. To podkreślenie jest ważne dla dalszej opowieści.

Mój kolega ze studiów pisał pracę na temat chrząszczy wodnych rzeki Pasłęki. Razem jeździliśmy w teren, bo moja praca magisterska dotyczyła chruścików(Trichoptera) tejże samej rzeki Pasłęki. Było to jakieś 30 lat temu. W tym czasie nie było u nas komputerów. Pracę pisało się odręcznie, zanosiło promotorowi do pokazania, poprawiało i kolejną wersję znowu odręcznie przepisywało. Czasem już w miarę końcową wersję już przepisaną na maszynie do pisania. Z naciskiem na "czasem". Choć z nieco późniejszych lat pamiętam z uniwersytetu w Mińsku (Białoruś) prace dyplomowe już w wersji ostatecznej napisane... ręcznie. U nas wcześniej też tak było. Sporo się trzeba było naprzepisywać. Ręcznie, za każdym razem od nowa, całość. Dużo pracy. Nie licząc samego wykonania badań, zestawień, obliczeń itp.

W tamtych czasach maszyna do pisania to był wynalazek i sprzęt drogi. Nie każdy miał. Na dodatek ówczesna władza (PRL) ograniczała dostęp do sprzętu piszącego, nie tylko ze względu na permanentny deficyt wszystkiego, ale i ze względu na tłamszenie wszelkich objawów "nieprawomyślności socjalistycznej". Aby opozycja nie miała na czym pisać i upowszechniać "bibuły".

Tak czy siak, nie każdy (a raczej niewielu) potrafiło samodzielnie pisać na maszynie do pisania. Bo dostępu nie było i nawet jak ktoś chciał to nie za bardzo miał się gdzie i jak nauczyć. Studenci więc pisali ręcznie i ostateczną wersję zlecali do przepisania zawodowym maszynistkom, płacąc za to oczywiście z własnej kieszeni. Aby mieć prace magisterską w kilku niezbędnych egzemplarzach, przepisywało się z użyciem kalki. Pierwszy egzemplarz był najładniejszy, kolejne już mniej wyraźne (zwłaszcza przy użyciu grubego papieru kredowego).

Wspomniany wyżej kolega ze studiów napisał swoją pracę, maszynopisy wziął i zaniósł do introligatorni celem oprawienia. Znowu kilka dni oczekiwania. Ale gdy poszedł odebrać pracę, to jakoś dziwnie odsyłali go na kolejne dni. Czuł, że coś jest nie tak. W końcu odebrał pracę - obrona za kilka dni, tuż tuż. Otworzył swoją prace dyplomową i nogi się pod nim ugięły. Zobaczył tytuł "Chrabąszcze wodne rzeki Pasłeki" (zamiast oryginalnego tytułu Chrząszcze wodne (Coleoptera) rzeki Pasłęki). Skala błędów wszelakich w środku była jeszcze wieksza. Okazało się, że w introligatorni przypadkiem spadła gilotyna na pracę oryginalną i ją przecieła. Zakład chciał szybko i dyskretnie naprawić szkodę i dał na własną rękę komuś do bardzo szybkiego przepisania. Ingnorancja przepisującego było duża: chrabąszcz czy chrząszcz, co to za różnica (zobacz też Bubel ze Szczebrzeszyna czyli wiedza przyrodnicza potrzebna jest nawet artyście), Z wielkiego stresu uratowała go teściowa, szybko przepisując, zarywając noc, całą pracę od nowa. W brzmieniu oryginalnym. Zdążył oddać do dziekanatu na ostatnią chwilę i obrona mogła się odbyć.

Wróćmy do współczesności, w której tak często narzekamy publicznie na obecnych studentów, że są słabsi niż kiedyś, że dużo niższy poziom ich wiedzy i umiejętności itd. Jednym słowem, kiedyś to było znakomicie a teraz tylko upadek. Otóż ośmielam się nie zgadzać z taką diagnozą i opinią. Współczesny student musi umieć dużo więcej niż kiedyś i przechodzimy z tym do porządku dziennego. Na przykład praktycznie każdy student musi samodzielnie napisać swoją pracę dyplomową na komputerze - czyli tak jak  kiedyś było - napisać na "maszynie". Chyba nie ma obecnie studentów, którzy dają swoją pracę do przepisania komuś innemu? Ale to nie wszystko. Pisanie na maszynie to... użycie jednej czcionki i nic więcej. Techniczne stukanie w klawisze i przesuwanie wałka. W przypadku druku to redaktor czy korektor nanosił znaki, umożliwiające zecerowi użycie kursywy i innych wyróżnień. Współczesny student musi nie tylko napisać ale i edytować. Siłą rzeczy musi umieć przynajmniej w stopniu podstawowym samodzielnie edytować tekst (złożyć i złamać, jakbyśmy to kiedyś określili). Zatem w jednej osobie autor, maszynistka i wydawnictwo. Ale i to nie wszystko. Obecnie wymagamy, aby w każdej pracy dyplomowej znalazło się streszczenie w języku angielskim (było nie było język obcy, kiedyś nie było takich wymagań). Na koniec egzamin dyplomowy, w czasie którego student musi przedstawić prezentację pracy. Taki mały referat z wykorzystaniem prezentacji multimedialnej. Kolejne nowe umiejętności sprawdzane praktycznie w działaniu.

Narzekając na poziom współczesnych studentów zapominamy, że nasze obecne wymagania są dużo wyższe niż kiedyś. A czas nie jest z gumy. Jeśli w jednych obszarach wymagamy więcej praktycznych umiejętności, to może mają mniej czasu na zakuwanie w innych? Jeśli porównujemy poziom studentów dawniej i dziś, to warto zrobić pełen bilans, a nie tylko wybiórczo. Osobiście wcale nie uważam, że kształcimy na niższym poziomie niż kiedyś. Kształcimy znacznie więcej osób, także tych, dla których kiedyś wykształcenie wyższe było reglamentowane, tak jak cukier na kartki. I zapominamy, że potrafią wiele rzeczy, o których nam się nie śniło. Ba, nawet do dzisiaj ich nie opanowaliśmy w stopniu wystarczającym.

Nie ma chrabąszczy wodnych (chyba, żeby uznać za takowe, te które akurat wpadną do rzeki). Narzekania na niski poziom obecnych studentów są także mocno przesadzone o ile w ogóle prawdziwe.

 (Fot. Anna Szymajda)

O soku z leśnych tulipanów i soku kapilarowym

sczachor

13152846_1020502474663940_1556861764_nCzłowieka stworzyła ciekawość poznawcza i gotowanie. Dzięki obróbce termicznej różnych pokarmów Homo sapiens zdobył nowe siedliska i nowe kontynenty, wygrał w konkurencji z innymi gatunkami i przetrwał niekorzystne warunki. Zaciekawionych tym tematem odsyłam do książki Richarda Wranghama „Walka i ogień - jak gotowanie stworzyło człowieka”. Ciekawość poznawcza, obserwacje świata w najbliższym otoczeniu oraz eksperymenty przez tysiąclecia budowały wiedzę ludzką i… tradycję kulinarną. Zarówno zmiany klimatyczne jak i wędrówki ludzi powodowały spotkania z nową przyrodą. Nie wszystko da się zjeść ze względu na trujące substancje. Ale sposoby gotowania, kiszenia, i przetwarzania nawet z niejadalnego tworzyły wartościowy pokarm. Jak i lekarstwa na różne dolegliwości.

Człowiek obserwował zwierzęta - to co jedzą i czego unikają (pierwowzór królika doświadczalnego). I eksperymentował na sobie. Dziedzictwo kulinarne i medyczne to tysiące udanych i nieudanych prób. Bezimienni bohaterowie ponieśli różną ofiarę, od niestrawności, złego samopoczucia aż do śmierci.

Eksperymentowaliśmy i udamawialiśmy kolejne gatunki roślin i zwierząt. O wielu już zapomnieliśmy. A teraz na powrót odtwarzamy dawne dziedzictwo kulinarne i medyczne, udoskonalając przepisy i odmiany uprawianych roślin. Mnie od jakiegoś czasu intrygują leśne tulipany. A to za sprawą notatki sporządzonej przez kucharza w Drogoszach: „zerwij leśne tulipany skoro tylko się pojawią, zalej je wrzątkiem, odstaw na 36 godzin, po czym wyciśnij z nich sok. Weź trzy kwaterki miodu, gotuj tak długo, aż się wyklaruje, odszumuj. Wlej do tak przygotowanego miodu cztery lub pięć kwaterek soku, dobrze zagotuj, ostudź.”

Pierwszą niespodzianką było to, że rośliny te ciągle u nas występują (zobacz informacje 1, 2,). Najnowsza informacja dotyczy Kocka k. Lubartowa z południowo-wschodniej Polski. Tulipany rosną dziko na terenie parku przylegającego do tamtejszego pałacu (fot. Agnieszka Szelech, nadesłała Edyta Wyrembska).

Drugą niespodzianką jest fakt, że w tulipanach stwierdzono tulipinę, trujący alkaloid. Zanotowano przypadki zatruć zwierząt gospodarskich, które zjadły tulipana ogrodowego (Tulipa gesneriana). Natomiast lekarze podkreślają, że tulipina, zawarta w tulipanach ogrodowych „działa toksycznie na rdzeń przedłużony oraz zakończenia nerwów czuciowych a także pobudzająco na wydzielanie gruczołów, podobnie jak akonityna. Poza tym wywołuje ciężkie uszkodzenia serca. Zatrucia mogą się zdarzyć wskutek pomylenia cebulek tulipana z cebulą jadalną (cebule tulipanów mają jednak inny kształt, zwykle są mniejsze i nie mają charakterystycznego zapachu cebuli). Możliwe są także przypadki zjadania kwiatów przez dzieci.”

Do czego więc drogoszowskiemu kucharzowi z czasów Prus Wschodnich potrzebny by ten sok z leśnych tulipanów (w zasadzie miodowy syrop)? Jako lekarstwo, trucizna czy aromatyczny dodatek do jakichś dań? Trucizny roślinne wykorzystywane były od dawna, np. akonityna w okresie renesansu była często stosowaną trucizną i zyskała miano arszeniku roślinnego. Gdyby jednak miała to być trucizna, to kucharz nie robiłby zapisków w księgach rachunkowych - bo łatwo byłoby znaleźć sprawcę. Pozostaje lekarstwo albo dodatek do dań.

W starych księgach kucharskich, z XIX wieku, można znaleźć przepisy na syropy z wiśni, malin - co nas nie dziwi, ale i syropy kwiatowe z róży, fiołków, jaśminu, przyrządzane na bazie cukru (ale wcześniej może miód był głównym „dosładzaczem”?). Syropy kwiatowe zachowywały zapach i smak. W tamtych czasach nie znano syntetycznych barwników czy aromatów, tak obficie obecnie dodawanych do żywności. Może więc próbowano z różnymi innymi roślinami, w tym z tulipanami? Tylko do czego używano syropów? Do herbaty, napojów zimnych czy też do innych dań?

Przy okazji poszukiwań historii bawarki (herbaty z mlekiem) natknąłem się na inny syrop roślinny, wytwarzany z paproci zwanej niekropień właściwy, złotowłos, andiantum rozwichrzone lub włosy Wenery (Adiantum capillus-veneris). Łacińska nazwa adiantum oznacza niezwilżalny, nie podlegający zamoczeniu. Ta ostatnia nazwa (włosy Wenery) jest dosłownym tłumaczeniem nazwy łacińskiej i zapewne zawiera w sobie etnograficzny przekaz z dawnych wieków.

Niekropień jest szeroko rozprzestrzeniony na świecie: w zachodniej Azji, w południowej Europie, Afryce i w obydwu Amerykach. W Polsce uprawiany jako roślina doniczkowa, czasami dziko rośnie jako efemerofit (gatunek obcy stosunkowo niedawno zawleczony). Może był uważany za roślinę leczniczą więc niekropeń był sprowadzany i uprawiany? O dawnych legendach i „mocach magicznych” z miłością związanych (wszak to włosy Wenery!) czy leczniczych już zapomnieliśmy. Została tylko roślina doniczkowa.

W gazetach z połowy XIX w., wydawanych w Warszawie, można było przeczytać ogłoszenia o sprzedaży soku malinowego, wiśniowego, porzeczkowego, berberysowego, orsadowego (syrop orszadowy to słodki syrop z migdałów ziemnych, cukru i różanej lub pomarańczowej wody kwiatowej, pierwotnie wytwarzany był z mieszanki jęczmienia i migdałów) i… kapilerowego (chodzi oczywiście o syrop kapilarowy, z paproci niekropień), przy informacji o tortach, pastylkach odrobaczających i innych leczniczych miksturach. Współcześnie udało mi się odszukać jedynie takie informacje o właściwościach złotowłosa: ściągające, antyseptyczne, łagodzące ból, powstrzymujące powstawaniu łupieżu , antyoksydant oraz zastosowanie w kosmetyce: przy schorzeniach skóry głowy takich jak łupież i łojotok. A przecież dużo wcześnie pito herbatę z syropem kapilarowym (Herbata z sokiem kapilarowym, kuksaj i bawarka) przez co niesłusznie niektórzy wyciągnęli wniosek, że bawarka nazwę swą wzięła od książąt bawarskich, pijących herbatę z sokiem kapilarowym.

W średniowiecznej księdze z XV w., znanej pod nazwą Manuskrypt Voynicha, jest wymieniony wyżej opisywany niekropień. Udało się rozpoznać po rysunku (tak jak i fiołek trójbarwny). Zatem od dawna niekropień był w zainteresowaniu zielarzy, alchemików czy innych poszukiwaczy wiedzy wszelakiej.

Tulipinę znamy jako trujący alkaloid. Ale podobny alkaloid występuje w wawrzynie, używanym w kuchni jako listek laurowy, listek bobkowy. Czyli wszystko to kwestia ilości. Liść laurowy może być stosowany przy zaburzeniach ukrwienia, kaszlu, schorzeniach skóry, przy chorobach reumatycznych (zastosowanie zewnętrzne - nacieranie nalewką). Kąpiel z dodatkiem olejku wawrzynowego jest pobudzająca. W gastronomii suszone liście są używane jako przyprawa, np. jako dodatek do bigosu, gulaszu, mięsa itd. W większych ilościach liść laurowy jest toksyczny. Liście odstraszają szkodniki (wkładane są do szaf, gdzie przechowuje się żywność). Znajduje też zastosowanie w perfumerii.

Być może dawniej eksperymentowano z syropem z leśnych tulipanów. Być może walory smakowe nie były tak rewelacyjne lub skutki medyczne nie tak zadowalające (lub pojawiły się lekarstwa przemysłowe, łatwo dostępne) albo też roślina była trudno dostępna. W każdym razie przepis został zapomniany.

Na razie zagadka pozostaje nierozwiązana do czego kucharz w Drogoszach używał soku z leśnych tulipanów. Czy jako lekarstwo (na co?), czy jako dodatek do dań.

Kubecznik i stare notatki - wreszcie znalazłem

sczachor

Będzie o sensie sporządzania notatek, gromadzenia danych i rozbudzaniu ciekawości oraz przyczynach spadku czytelnictwa. Prawie pół roku temu pisałem o kubeczniku i starych notatkach (Kubecznik co wspomnienia przyrodnicze z dzieciństwa przywołał). Dzisiaj je przypadkiem znalazłem. Szukałem czegoś innego, a w ręce wpadł mi stary zeszyt.

Wtedy nie wiedziałem co to jest. Dzisiaj już wiem. Notatkę zapisałem w zeszycie w 1977 roku, prawie 40 lat temu. Zaintrygował mnie swoim kształtem i dziwnością, to zrobiłem rysunki. Wtedy nie było aparatów cyfrowych w aparatach telefonicznych. Bo nie było ani telefonów komórkowych ani fotografii cyfrowej. Był zeszyt i ołówek. Na drugiej stronie zanotowałem "naliczyłem 40 grzybów, w tym 4 dojrzałe i 2 dojrzewające. Rysunek jest prawie naturalnych rozmiarów."

Świat się nieustannie zmienia, nie tylko w zakresie przyrody. Utrwalanie przemijającego służy poznawaniu. Bo te różne mniej lub bardziej dokładne notatki mogą być potem zbierane i analizowane. Korzystają historycy, korzystają biolodzy. Nowe technologie pozwalają na znacznie więcej niż kiedyś. Zbieranie, gromadzenie, przechowywanie i udostępnianie obserwacji, danych jest warunkiem uprawiania nauki. W zasadzie studentów uczymy tej rzetelności i skrupulatności. Tak wiec wykształcenie biologiczne (przyrodnicze) to coś więcej niż wiadomości o grzybach, roślinach, zwierzętach czy genach. I uczymy interpretować obserwowane zjawiska. A najważniejsze, że ta metodologia dostępna jest każdemu i od zaraz. Nawet na podwórku, zwłaszcza  w wakacje. Można notować w zeszycie jak i w internecie.

Od dłuższego czasu przez media przewija się lament, że Polacy mało czytają (książek). Ostatnio moja żona zwróciła mi uwagę, że to nie chodzi o znajomość liter. Chodzi o potrzebę poznawania świata. Bez wątpienia ma rację, wszyscy uczą się czytać i pisać, a tylko niewielu czyta systematycznie. Najwyraźniej nie czują potrzeby nie tylko czytania ale i poznawania świata.

A jeśli tak, to świadczy to o rodzinie i naszej szkole (systemie edukacji), że nie rozbudzają ciekawości (od przedszkola po doktora). Pierwszym i najważniejszym elementem budowania wartości i budzenia ciekawości poznawczej jest rodzina. Szkoła uzupełnia. Czasem nadrabiać powinna deficyty z najbliższego otoczenia. Każde dziecko jest ciekawe świata. Jak to więc się dzieje, że dorastając traci tę pasję poznawczą? Spadek czytelnictwa jest tylko elementem większej całości - spadku chęci poznawania świata (brak ciekawości i otwartości). Czytanie książek niewątpliwie sprzyja poznawaniu, odkrywaniu i powiększaniu swojej wiedzy o świecie. Ale przecież nie o samą umiejętność czytania chodzi. W naszych szkołach znikają eksperymenty, znikają pracownie. Przeładowane programy skłaniają do przekazywania treści (i sprawdzania efektywności tego przekazu) a nie podtrzymywaniu i rozbudzaniu ciekawości. Teraz chyba przezywamy renesans  eksperymentowania, czego przykładem są centra nauki i pikniki naukowe. 

To nie tablety czy smartfony powodują spadek czytelnictwa. Czytać można z papieru jak i z ekranu. Przyroda, nawet na podwórku, sprzyja rozbudzaniu ciekawości. Kiedy wiosna w pełni rozkwita, może warto częściej wychodzić na podwórko by poobserwować jak trawa rośnie, co robią mrówki, dokąd ślimak idzie.

Ja tymczasem zabieram się do wymyślania propozycji dla przedszkola.. by rozbudzać ciekawość świata już u najmłodszych. W zasadzie nie rozbudzać co jej nie gasić.... O dorosłych nie zapomnę. Można zacząć już od zaraz.

Bądź jak rzeka...

sczachor

 11742992_10206301147080933_9192984063825736765_n

Jeśli niesiesz w sobie treść, tak jak rzeka niesie wodę, nic cię nie zatrzyma. Ani tama, ani susza, ani kłoda leżąca w nurcie. Ani śmieci wrzucane przez przygodnych pijaczków czy beztroskich spacerowiczów. Przebijesz się bokiem. Więc nie martw się trudnościami. Dbaj o treść a nie o układy, punkty, oceny, przydziały i koterie. Na pozory szkoda czasu.

Kropla drąży skałę a cicha woda brzegi rwie. Powoli ale systematycznie. Rwij i drąż. Poza schematami. Kiedyś zobaczysz efekty.

Bądź jak rzeka, nieś wodę (treść)... i jak chruścik w tej rzece. Żyj.

Nie wysychaj, jak okresowa rzeka. Czekaj na deszcz w czasie posuchy.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci