Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

UWM

Lumen czyli blog na wolnej licencji i dyspersja myśli

sczachor

lumenblog

Przygoda z Wikipedia pozwoliła mi poznać i zrozumieć publikowanie treści na wolnej licencji (creative commons). Od dawna stosuję w praktyce, m.in. na swoim blogu. Od kilku tygodni na portalu Lumen (portal szkolnictwa wyższego) czytać można wybrane moje wpisy blogowe http://www.lumenportal.pl/content/blog/270. Pytali o pozwolenie (choć w zasadzie nie musieli), udzieliłem, wskazując na licencję CC-BY. Wybierają te wpisy, które w jakimś stopniu dotyczą szkolnictwa wyższego. To już kolejny portal, który wybiera tematycznie mu bliskie artykuliki i upowszechnia na swoich łamach. Poza tematami edukacyjnymi, przyrodniczymi i społecznymi teraz będą i te, dotyczące uniwersytetu i szkolnictwa wyższego.

Wolna licencja ma tę zaletę, że piszesz w jednym miejscu a w kilku się pojawia. Wolna licencja ułatwia realizację misji uniwersyteckiej. Ułatwia dyspersję i rozprzestrzenianie się myśli. W pewnym sensie jest elementem współczesnego środowiska edukacyjnego. Środowiska, które staram się odkryć (przynajmniej dla siebie) i wykorzystać w codziennej praktyce.

Istota uniwersytetu nie ulega zmianie. W zasadzie dojrzała w starożytnej Grecji (przynajmniej tam została odnotowana w kulturze i utrwalona w piśmiennictwie). Polega na dialogu i poszukiwaniu prawdy: w jednym miejscu spotyka się kilka osób. Jest jeden lub więcej nauczycieli i co najmniej kilku uczniów. Rozmawiają, czasem nauczyciel mówi dłużej, dzieli się swoim doświadczeniem i przemyśleniami. Czasem uczniowie mówią dłużej. Wspólnie poszukują, dociekają prawdy przez rozmowę i słuchanie swoich argumentów. Najpierw nazywało się to Akademią, Gimnazjum, potem Liceum, a dzisiaj mówimy o Uniwersytecie. Mimo różnych nazw i sposobu organizacji istota sprowadzała się dialogu i wspólnoty nauczających i nauczanych.

Dawniej były to tylko spotkania tu i teraz oraz przekaz słowny. Wiedza gromadziła się w głowach (pamięci). Dialog i częste rozmowy utrwalały zapis pamięci. Potem pojawiło się pismo, nie tylko ułatwiło „zapamiętanie” treści i uniezależnienie się od biologicznego mózgu śmiertelnego człowieka. Pismo umożliwiło poszerzenie kręgu odbiorców jak i kręgu „spotykających” się dyskutantów. Druk - czyli szybkie powielenie pisma - jeszcze bardziej rozszerzyło krąg dyskutujących i współpracujących w tym dialogu mózgów. Przekraczając czas biologiczny i pokonując daleka przestrzeń. Wraz z tymi wynalazkami zmienił się i sam uniwersytet. Coraz ważniejszą częścią stała się biblioteka (a nie tylko mózgi żywych nauczycieli).

A teraz jest internet i nowe możliwości zorganizowania przestrzeni edukacyjnej uniwersytetu. Daleko, szybko, w zupełnie nowy sposób. Tradycyjny rytuał uniwersytecki jeszcze nie nadąża za możliwościami trzeciej rewolucji technologicznej. Istota się nie zmienia, ale zmieniła się forma i zakres dialogu uczestniczących w nim ludzi.

Moje już ponad 10-letnie eksperymenty z blogiem są poszukiwaniem i odkrywaniem tych nowych możliwości i sposobu komunikacji. Mimo że w nazwach i stroju uniwersytet mocno nawiązuje do Średniowiecza (togi, birety, katedry), to nie wygłaszamy swoich myśli zza katedry. Raczej zza monitora laptopa. Albo za pomocą bloga. Zupełnie nowy rodzaj „pisarstwa” (komunikacji) edukacyjno-naukowej. Jeszcze nie jest uwzględniony w ocenie dorobku. Ale odkrywanie właśnie polega na tym, że robi się coś nierutynowego. I ryzykuje poszukując. Bo poszukiwanie i odkrywanie nieodłącznie wiąże się z błędami, pomyłkami i ślepymi drogami. Potrzeba odwagi.

Teraz myślę jak sprytnie i sensownie połączyć np. wpisy blogowe, myślenie wizualne i portale społecznościowe z wykładem (czytaj Ile czasu potrzeba by przygotować wykład?). 

Na razie jest wirtualna kawiarnia z duża liczbą słuchaczy. Niektórzy nawet komentują.

Zapraszam na Noc Biologów w Olsztynie

sczachor

kotlogo4W najbliższy piątek 13 stycznia w Olsztynie, na UWM, odbędzie się szósta edycja Ogólnopolskiej Nocy Biologów. Wydział Biologii i Biotechnologii uczestniczy w tym festiwalu nauki od samego początku. W tym roku na uczestników czeka ponad 110 różnych wykładów, warsztatów, wystaw, wycieczek, pokazów, dyskusji naukowych oraz edukacyjna gra terenowa. Na wszystkie zajęcia, odbywające się w godz. 8.00-23.00 wstęp jest wolny. Zajęcia są zróżnicowane, każdy znajdzie coś odpowiedniego: od przedszkola do seniora.

W Olsztynie spodziewamy się ponad 500 uczestników, zarówno zorganizowanych przyjazdów szkół jak i odwiedzin indywidualnych i rodzinnych. Z rezerwacji na niektóre zajęcia wynika, że jadą do nas uczniowie m.in. z Sierpca, Ciechanowa, Giżycka, Nidzicy, Pisza, Lidzbarka Warmińskiego, Morąga, Bartoszyc, Braniewa, Ostródy, Olsztyna, Lamkowa i Durąga.

Noc Biologów to nie tylko mądra rozrywka ale także edukacja i innowacyjność. Nie tylko pokazana zostanie wiedza przyrodnicza (nauka) w przystępnej i atrakcyjnej formie ale także pokażemy współpracę uniwersytetu z małymi i średnimi przedsiębiorstwami z regionu oraz innymi instytucjami, z którymi współpracuje Wydział Biologii i Biotechnologii. Nie zabraknie okazji do nieformalnych dyskusji i możliwości wstępnego nawiązania współpracy. Transfer wiedzy z uniwersytetu do gospodarki szeroko rozumianej jest faktem. W czasie Nocy Biologów można się będzie o tym przekonać .

Będą wykłady oraz zajęcia laboratoryjne (na niektóre trzeba się wcześniej zapisać, gdyż liczba miejsc jest ograniczona) z różnych dziedzin nauk biologicznych. Nie zabraknie także odrobiny humoru i przygody. Będzie edukacyjna gra z rozwiązywaniem tajemnic niezwykłego motyla nocnego – zmierzchnicy trupiej główki, będzie prapremiera żywej biblioteki popularnonaukowej, a wieczorem pojawią się nawet dwa pieczone dziki, Wiedźmuchy i można będzie samemu skosztować maści czarownic do latania. Jakieś pytania? Będzie okazja by bezpośrednio porozmawiać z naukowcami, bez stresu.

A gdy skończy się Noc Biologów, to Wydział Biologii i Biotechnologii zaprasza do innych form współpracy edukacyjnej, dla szkół oferujemy całoroczną akcję „Wypożycz sobie naukowca” oraz „Uniwersytet Młodego Odkrywcy”.

Początek XXI wieku przyniósł wiele niezwykłych odkryć biologicznych. Nauki biologiczne nie tylko zmieniają nasze codzienne życie ale i podręczniki do filozofii. Nic dziwnego, że biologią interesuje się niemalże każdy. Okazją do zajrzenia do biologicznych laboratoriów i pracowni naukowych jest Noc Biologów, po raz szósty organizowana w Olsztynie oraz 29 innych ośrodkach akademickich w Polsce. Oferta UWM w Olsztynie należy do najbogatszych i najciekawszych – ponad 110 różnych wykładów, warsztatów, laboratoriów, pokazów, wystaw, wycieczek, spotkań z naukowcami i nauką, od 8 rano do 23 w nocy.

Ostatnie lata przyniosły wiele niezwykłych odkryć. Zaczęto poznawać genomy wielu organizmów, w tym człowieka. Na coraz szerszą skalę są uprawiane rośliny modyfikowane genetycznie (GMO). Trwa spór o globalne zmiany klimatyczne i ich wpływ na różnorodność biologiczną. Pojawienie się nowych chorób, groźnych dla człowieka, wyzwoliło lawinowy rozwój nauk biomedycznych. Wyzwaniem staje się dalszy rozwój cywilizacyjny w zgodzie z możliwościami środowiska. Wiele wskazuje na to, że XXI stulecie będzie wiekiem biologii. Trudno się więc dziwić, że ta fascynująca dziedzina nauki przyciąga rzesze chętnych do zgłębiania jej tajemnic.

Noc Biologów to nie tylko popularyzacja nauki ale i wspólne odkrywanie nowych metod edukacji pozaformalnej i ustawicznej. To pełniejsze wypełnianie misji uniwersytetu w upowszechnianiu wiedzy i kształcenia kadr. Poza sprawdzonymi wcześniej warsztatami, wykładami i pokazami w tym roku pojawi się sporo nowości i eksperymentów edukacyjnych, np. żywa książka popularnonaukowa oraz edukacyjna gra terenowa. W Nocy Biologów wezmą udział instytucje i przedsiębiorstwa współpracujące z wydziałem (np. Mazurski Park Krajobrazowy, Nadleśnictwo Olsztynie, Warmińsko-Mazurski Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli itd.). Wspólnie poszukujemy innowacji dla naszego regionu. Na bazie zdobytych doświadczeń od lutego do czerwca 2017 r.

Wydział Biologii i Biotechnologii zrealizuje zajęcia dla młodzieży szkolnej w ramach projektu Warmińsko-Mazurski Uniwersytet Młodego Odkrywcy. To pomysł na trwała współpracę edukacyjną ze szkołami z regionu. Tematem Nocy Biologów 2017 w Olsztynie jest upowszechnianie i promocja wiedzy biologicznej w popularnonaukowej formie (edukacja pozaformalna) oraz budowanie kapitału naukowego w młodym pokoleniu. Zostaną pokazane w interesujący sposób i dostosowany do różnego poziomu odbiorców, różnorodne zagadnienia związane z biologią, biotechnologią i biogospodarką – od podstawowych informacji o bioróżnorodności na poziomie genetycznym, gatunkowym i ekosystemowym do zagadnień związanych z biologią molekularną, fizjologią, genetyką i neurobiologią. Jednym z celów akcji jest również zaszczepienie przekonania o znaczącej roli nauk przyrodniczych w egzystencji populacji ludzkiej na Ziemi oraz pokazana będzie naukowa metoda poznawania świata.

Pokazy, warsztaty, wystawy, spotkania w formie „żywej książki” i zwiedzanie laboratoriów mają za zadanie przybliżenie specyfiki pracy naukowca (element budowania kapitału naukowego). Temu celowi służyć będą także spotkania w formie żywej książki. Noc Biologów 2017 w Olsztynie to przedsięwzięcie upowszechniające naukę, kierowane zarówno do dzieci, młodzieży szkolnej jak i do osób dorosłych miasta Olsztyna, regionu i województwa warmińsko-mazurskiego a także powiatów z północnego Mazowsza. Poza bezpośrednimi pokazami na terenie uczelni przekaz popularnonaukowy docierać będzie za pośrednictwem mediów: gazety, radia, telewizji i internetu, dzięki czemu znacznie rozszerzony będzie krąg odbiorców. Po prostu próbujemy odkryć szeroko rozumiane współczesne środowisko edukacyjne.

Bogata i ciekawa oferta programowa w ramach Nocy Biologów w latach 2012- 2016, przygotowana przez pracowników naukowych a także doktorantów i studentów UWM w Olsztynie, spotkała się z ogromnym odzewem ze strony społeczeństwa w mieście Olsztynie i całym województwie. Celem Nocy Biologów 2017 w Olsztynie jest upowszechnianie i popularyzacja wiedzy z zakresu nauk biologicznych i zastosowań biologii oraz popularyzacja instytucji naukowych, zajmujących się problematyką przyrodniczą. Przedsięwzięcie ma na celu zapoznanie z osiągnięciami nauk biologicznych, ich zastosowaniem w gospodarce i życiu codziennym a także zapoznanie ze specyfiką pracy naukowej oraz metodą naukową (stawianie hipotez, falsyfikacja, eksperymenty, wnioskowanie).

Noc Biologów ma na celu budowanie kapitału naukowego wśród mieszkańców Warmii i Mazur oraz przekazanie wiedzy przyrodniczej oraz wyników prowadzonych na UWM badań naukowych na różnych poziomach - od podstawowych wiadomości przyrodniczych do zagadnień problematycznych, nurtujących współczesną biologię i biotechnologię. Ważnym elementem jest budowanie kapitału naukowego u młodzieży m.in. poprzez bezpośredni kontakt z naukowcami. W roku 2017 chcemy położyć nacisk na biogospodarkę w szerokim sensie, w tym na usługi ekosystemowe w tym skutki zmiana klimatu, różne formy terapii z wykorzystaniem metod biologicznych oraz wykorzystanie wyników nauki w gospodarce. Jednym z celów akcji jest zaszczepienie przekonania o kluczowej roli nauk przyrodniczych w egzystencji populacji ludzkiej na Ziemi a także znaczenie biogospodarki w rozwoju regionalnym w północno-wschodniej Polsce.

Poprzez Noc Biologów 2017 chcemy zapoznać społeczeństwo regionu z pracą badawczą, specjalistycznym sprzętem laboratoryjnym a także z osiągnięciami naukowymi wydziałów przyrodniczych UWM, głównie Wydziału Biologii i Biotechnologii. Popularyzacja wiedzy przyrodniczej odbywać się będzie z podkreśleniem wartości aplikacyjne tej wiedzy. Chcemy wzbudzać ciekawość oraz chęci do poznawania i rozumienia świata przyrodniczego, szczególnie u dzieci i młodzieży szkolnej w celu kształtowania poglądów, pozwalających na zrozumienie prawidłowości funkcjonowania przyrody oraz na niedestrukcyjne obcowanie ze światem żywym (biologicznym). Zamierzamy poprzez działania realizowane w czasie Nocy Biologów budować kapitał naukowy poprzez bezpośredni kontakt z naukowcami i laboratoriami.

Więcej informacji:

Festiwalowe budowanie kapitału naukowego na prowincji

sczachor

kopernikkapital

Udział w konferencji to okazja do wysłuchania wykładów i dyskusji z ludźmi spoza własnego kręgu znajomości. Niby wszystko można znaleźć w Internecie bez ruszania się z domu. Ale skoro tak, to dlaczego tak niewielu z tego korzysta? Po drugie, kiedy sami szukamy to podążamy znanymi sobie ścieżkami. Konferencja to spotkanie nieoczekiwanego i nieznanego. Podobnie rozmowa kuluarowa - jest otwarciem się na nowe.

Także i po tegorocznej konferencji Pokazać-Przekazać wróciłem mocno zainspirowany. Poczułem, że uczestniczyłem w czymś, co na prawdę zmienia polską edukację w szerokim sensie. Teraz przez kilka miesięcy będę próbował zmaterializować inspirację z Centrum Nauki Kopernik. Zaproszę do współudziału w kolejnych eksperymentach i w podróży w nieznane swoich studentów. Mam nadzieję, że się włączą (ja oczywiście będę namawiał).

Jednym z ciekawych wątków, jakie usłyszałem, dotyczą kapitału naukowego. Po raz pierwszy usłyszałem o kapitale naukowych na wykładzie dr Ilony Iłowieckiej-Tańskiej. Ważne jest to, kogo uczeń zna. W tym kontekście czy zna osobiście jakiegoś naukowca, np. w rodzinie, wśród sąsiadów. Bo czym innym jest osobiście znać a czym innym czerpać wiedzę ze stereotypów.

Różnorodne festiwale nauki i pikniki naukowe już na trwałe wrosły w krajobraz Polski i regionu. Jednak zbyt często traktowane są jako rozrywka, z przymrużeniem oka. Kto by tam poważny się w to angażował. Niby trzeba bo wypada… ale nie ma komu poważnie się zaangażować. Jakieś wybuchy, show, koncerty i spotkania z gwiazdami... A przecież najważniejszą wartością jest bezpośrednie spotkanie z nauką i naukowcem, odwiedzenie prawdziwego laboratorium. Jest to szczególnie ważne na prowincji, w naszym regionie. Bo ilu mamy pracujących naukowców, tak aby dzieci miały możliwość spotkać naukowca w realu? Chyba jedyną szansą są właśnie festiwale naukowe, takie na przykład jak Olsztyńskie Dni Nauki i sztuki, Europejska Noc Naukowców lub Noc Biologów. Oraz wszystkie inne mniejsze formy, z kawiarnią naukową, gościnnymi wykładami w szkołach, wizytami szkolnymi w laboratoriach UWM w czasie całego roku. To nie spektakularne „wybuchy” i sceniczne show z udziałem gwiazd przesądzają o wartościach pikników naukowych ale właśnie możliwość spotkania i "dotknięcia" prawdziwego naukowca.

Bo nie o rozrywkę, wybuchy, koncerty i spotkania ze sławnymi (z estrady) ludźmi chodzi. Najważniejszy jest bezpośredni kontakt z nauką i naukowcami. To jest ważny element budowania społecznego kapitału naukowego. Ten ostatni właśnie decyduje o tym, że sięgamy po książki lub po informacje w Internecie.

Centrum Nauki Kopernik jest także ośrodkiem naukowym (a nie tylko edukacyjnym). Współpracuje z innymi międzynarodowymi instytucjami w rozpoznawaniu i budowaniu kapitału naukowego na każdym etapie kształcenia. Profesor Louise Archer z Kings College twierdzi, że kluczowy wpływ na aspiracje zawodowe uczniów ma poziom ich kapitału naukowego. Wspomnianym wielokrotnie kapitałem naukowym są zasoby determinujące to, jak dzieci i młodzież myślą o sobie samych i nauce. Na tak rozumiany kapitał naukowy składa się:

  • alfabetyzm naukowy, czyli to, co wiedzą uczniowie o nauce,
  • przekonanie o własnych kompetencjach naukowych, czyli m.in. to, co myślą o sobie pod wpływem ocen i opinii nauczycieli,
  • codzienne i niecodzienne praktyki związane z nauką: odwiedzanie muzeów, ogrodów botanicznych, skansenów i centrów nauki, uczestnictwo w kołach zainteresowań, śledzenie wiadomości dotyczących nauki w Internecie,
  • to, kogo znają, czyli prywatna relacja z osobami zajmującymi się zawodowo nauką.

Pisząc o znaczeniu kawiarni naukowych i pikników naukowych mam na myśli właśnie ten ostatni aspekt. Według danych z Kings College dzieci, które mają w najbliższej rodzinie naukowca lub badacza, niemal dwukrotnie częściej wykazują wysokie aspiracje, jeśli chodzi o własną przyszłość naukową. Współczesna gospodarka potrzebuje naukowo aspirujących młodych ludzi. Brytyjczycy zrobili badania i dostrzegli potencjalny brak w przyszłości wystarczającej liczby chętnych do kariery naukowej w różnorodnych laboratoriach przemysłowych, uniwersytetach itd. A dostrzegając te lukę już teraz, 20-30 lat do przodu podejmują odpowiednie kroki. Podobnie myślą w Korei Południowej. Bo może zabraknąć ludzi, którzy wiedzą jak działa smartfon (nie chodzi o korzystanie lecz rozumienie i możliwość ulepszania). 

A jak jest u nas? Czy w ogóle dostrzegamy kapitał naukowy, budujący nowoczesną gospodarkę? Czy badamy poziom tego kapitału i podejmujemy wyprzedzające środki zaradcze?

Niezależnie od procesów globalnych i krajowych, na miejscu w Olsztynie oraz na Warmii i Mazurach, pozostaje robić to, co jesteśmy w stanie. Tu i teraz i siłami, jakimi się dysponuje. Kawiarnie naukowe, pikniki i festiwale naukowe nie są tak banalne i mało ważne jakby się wydawało. To nie tylko promocja uniwersytetu czy instytucji naukowych, to dobrze pojęta edukacja i kształcenie zawodowe szerokich mas społecznych. Zwłaszcza tych żyjących daleko od szosy i z niewielkimi szansami na awans społeczny (czy cywilizacyjny).

Nauczeństwo czyli niech MOOC będzie z wami

sczachor

Czachorowski_Gliwice_2015W tytule pojawił się neologizm, wyglądający na błąd językowy. I jeszcze słowo zbliżone do „moc”, co w zdaniu nawiązuje do Gwiezdnych Wojen. To symboliczne odniesienie do zupełnie nowej rzeczywistości, w której żyjemy. I nie do końca jeszcze sobie to uzmysłowiliśmy. A wpis będzie o nowych technologiach w edukacji czyli dlaczego szkoła musi się zmieniać.

Niezadowolenie z edukacji na każdym poziomie jest uzasadnione. Nie wynika ono z faktu, że mamy leniwych nauczycieli, głupich uczniów/studentów czy złe podręczniki. Świat się tak szybko zmienia, że stare wzorce szybko się dezaktualizują. Zmuszeni jesteśmy ciągle poszukiwać, ciągle dostosowywać i ciągle eksperymentować. Dlaczego eksperymentować? Bo nowe jest nowe i nikt jeszcze nie wie jak najlepiej dostosować system edukacji do nowej rzeczywistości. Trzecia rewolucja technologiczna odmienia nie tylko technologie ale i całe społeczeństwa.

Nie osiągniemy sukcesu (i zadowolenia z edukacji), gdy cofniemy się i przywrócimy stare wzorce (bo kiedyś było dobrze) dlatego, że nowe rozwiązania nie do końca nas satysfakcjonują. Eksperyment z gimnazjami (czyli wydłużeniem kształcenia ogólnego) częściowo się powiódł, częściowo nie. Prosta, automatyczna likwidacja gimnazjów niczego nie rozwiąże, a nawet zaszkodzi chaosem wynikającym z nagłych i nieprzemyślanych zmian. Trzeba zastanowić się i przedyskutować czego od edukacji oczekujemy i które elementy poprawić. I jak poprawić. Wydaje się, że sensownym jest zwiększenie efektywności kształcenia w zakresie nauk przyrodniczych i kreatywnych kompetencji. Czyli więcej eksperymentów i poszukiwań w szkole, na każdym poziomie. Przykład jeden z wielu.

Dawniej, gdy świat zmieniał się wolno lub bardzo wolno, kilka pokoleń żyło w takich samych warunkach, w takim samym świecie. Kolejne pokolenie przejmowało wzorce pokolenia rodziców i dziadków. W edukacji można było przygotować nauczyciela, który przekaże wiedzę całego pokolenia. Czyli nauczyciel sam długo się uczy, a potem idzie do szkoły i tę wiedzę przekazuje. Lepiej lub gorzej ale przekazuje. Teraz na oczach jednego pokolenia świat zmienia się kilkakrotnie. Trzecia rewolucja technologiczna dużo odmieniła. Owszem, jest jeszcze dużo wiedzy i kompetencji, które się nie dezaktualizują (są uniwersalne i ponadczasowe) i mogą być przekazywane dawną metodą. Ale postęp technologiczny jest tak szybki, że zmiany następują w ciągu jednego pokolenia. Wiele starych umiejętności staje się zupełnie zbędnych a do nowych nauczyciele się nie przygotowali. Muszą uczyć się razem z uczniami. Być jednocześnie uczniem i nauczycielem, czyli nauczniem. (zobacz np. Nauczeństwo czyli edukacja w formie prosumenckiej)

Jak uczyć posługiwania się nowymi technologiami gdy są one nowe i dla ucznia i dla nauczyciela? I nie chodzi tylko o drobne gadżety, zmienia się cały system edukacyjny od przedszkola do seniora. Kiedyś uczyliśmy się pisać stalówką i atramentem, potrzebowaliśmy bibuły, ołówka i temperówki. Teraz… musimy uczyć programowania z wykorzystaniem tabletów i smartfonów. 20 lat temu nie wiedzieliśmy co to są tablety czy telefony komórkowe. Dzisiejsze dzieci nie wiedzą co to jest bibuła, stalówka i obsadka.

Eksperymentują wszyscy. Dzisiaj jadę do Barczewa na drugie spotkanie kawiarni naukowej. W planach mam także uruchomienie podobnej inicjatywy w Olsztynku (wstępne rozmowy już się toczą). A niebawem zrealizuję przygotowane szkolenie dla przedsiębiorców w zakresie wykorzystania nowych technologii w biznesie i zarządzaniu rozproszonym. Uczę sam się ucząc i eksperymentując. By rozumieć rzeczywistość i by na bazie doświadczeń proponować zmiany (ulepszenia) w systemie edukacji. Rolą uniwersytetu jest tworzenie innowacyjności i transfer do społeczności lokalnej. Tak uważam.

Kolejny przykład, tym razem dotyczący MOOCy, czyli masowych otwartych kursów online. Zaczęło się w USA, gdy Uniwersytet Harvarda oraz Instytut Technologiczny w Massachusetts (czy muszę przypominać, że należą do najlepszych uczelni na świecie?), uruchomiły wspólną platformę z wykładami on-line. Uczelnie amerykańskie zainwestowały w projekt ponad 60 mln dolarów. Na razie wykłady są… są za darmo. W przyszłości może to być inwestycja dochodowa. Ale nie wiadomo, bo na razie trwa eksperyment. Większość studentów tych kursów on-line mieszka… poza USA. Czyli Amerykanie wydają pieniądze na edukację nie swoich obywateli. Czy ma to sens? Wielu studentów pochodzi z Ameryki Południowej i Azji Południowo-Wschodniej. Są i studenci z Polski. Może inni w ten sposób wybierają sobie imigrantów … najmądrzejszych?

Dzisiaj odkryłem, że podobne rozwiązanie pojawiło się i w Polsce (na razie w wersji beta). Copernicus College   "to miejsce, gdzie każdy może studiować za darmo, online, po polsku, u najlepszych polskich uczonych oraz młodych ambitnych naukowców. Copernicus College jest pierwszą polską platformą MOOC (masowych otwartych kursów online), czyli darmowym serwisem umożliwiającym studiowanie przez Internet.” Poza nagranymi wykładami w oferowanych kursach odszukać można artykuły naukowe, e-podręczniki, fragmenty książek, literaturę uzupełniającą czy zestawy ćwiczeń i testów (jako materiały uzupełniające). Czyli wszystko to, co pozwala samodzielnie zdobywać wiedzę… bez wychodzenia z domu. Na razie zakres tematyczny oferowanych kursów jest ograniczony. Ale należy spodziewać się, że będzie ich coraz więcej. Jednym słowem edukacja rozproszona i z wykorzystaniem nowej technologii rozwija się i do nas dociera. Copernicus College jest projektem non-profit, wszystkie materiały dostępne są za darmo dla wszystkich zarejestrowanych użytkowników.

To nie tylko początek rewolucji w nauczaniu, to jej rozwój i upowszechnianie. W pewnym sensie jest to demokratyzacja dostępu do nauki (i wiedzy) na skalę, jakiej w historii jeszcze nie doświadczyliśmy. O edukacji on-line słyszeliśmy od dawna. Teraz nabiera ona znaczącego przyspieszenia i nowych kształtów. A czy jesteśmy organizacyjnie na nią gotowi? Edukacja trafia pod strzechy, daleko na prowincję i daleko do krajów biednych czy zaniedbanych, na każdym kontynencie. Dlaczego amerykańskie uczelnie wyłożyły tak dużo pieniędzy w kształcenie on-line? Najlepszym studentom z całego świata oferują kontynuację nauki u siebie, już całkowicie w realu. Odkrywają talenty i… proponuję zrobienie u siebie doktoratu. Odkrywają.. tak jak kiedyś złoża ropy naftowej, węgla czy złota.

Trzecia rewolucja technologiczna bazuje nie na surowcach czy konwencjonalnych źródłach energii, ale na kapitale ludzkim. Odnawialne źródła energii mogą być rozproszone, dostępne dla każdego. Nie trzeba więc koncentrować produkcji w jednym miejscu, blisko surowców i elektrowni. Podobnie decentralizuje społeczeństwo internet (współpraca możliwa niezależnie od miejsca przebywania). Teraz ten efekt decentralizacji i rozproszenia dociera do edukacji. Nic dziwnego, że szkoła musi się zmieniać.

Także i na Harvardzie czy MIT panuje przekonanie, że edukacja to nie tylko chodzenie na wykłady, ale też fizyczna obecność w zróżnicowanej grupie studentów, w tradycyjnym środowisku edukacyjnym uniwersytetu. Bo w kampusie uniwersyteckim ważna jest nie tylko biblioteka, wykłady, ale i kontakty międzyludzkie, dyskusje, inicjatywy i wszystko to co możemy nazwać transferem horyzontalnym wiedzy. Studenci uczą się bo są razem i uczą się w obecności wykładowców. Uniwersytet i szkoła to nie tylko miejsce i budynki lecz środowisko edukacyjne. Tak jak w ogrodzie stworzyć dobre warunki, nawozić, podlewać a rośliny same pięknie wyrosną.

Bezpośrednie kontakt studenta z innymi studentami i z nauczycielem akademickim (oraz biznesowym otoczeniem uniwersytetu) zawsze był ceniony i stanowił o wartości uniwersytetu. Bezpośredniego kontaktu nie zastąpi internet i wykłady on-line. Czemu więc amerykańskie, wiodące uczelnie, a teraz i w Polsce Copernicus College, decydują się na takie eksperymenty? Twórcy tych projektów zapewniają, że nauka na miejscu przetrwa niezależnie od rozwoju wykładów internetowych. A zatem to nie zamiast ale w uzupełnieniu. Taki swoisty „abgrejt” (upgrade).

Uniwersytet jako miejsce spotkań pozostanie, nauka odbywa cię przecież w sieci społecznej (konektywizm). Ale te spotkania mogą mieć zupełnie inny charakter, także z wyjazdami do małych miejscowości i z wykładami kierowanymi do zupełnie innego studenta, kształcącego się przez całe życie małymi porcjami (edukacja ustawiczna przez całe życie).

MOOC to eksperyment, nikt jeszcze nie, co z tego wyjdzie za kilka-kilkanaście lat. Ale jeśli chce się być w czołówce to trzeba eksperymentować i poszukiwać. W przeciwnym razie zrobią to inni i wyprzedzą we współczesnej gospodarce opartej na wiedzy. Osobiście nie czekam na to, co zrobi mój uniwersytet i jakie przyjdą rozporządzenia z ministerstwa. Eksperymentuję, uczę się. A na razie jadę z wykładem do kawiarni naukowej w małym miasteczku cittaslow.

Może eksperyment się nie przyjmie a ja zmarnuję czas (i opóźnię swoją karierę zawodową, stracę finansowo itd.). Raczej te formy nie zastąpią tradycyjnej nauki. Ale nie chcę być biernym widzem zmian, jakie dokonują się w świecie. Żeby być profesjonalistą nie wystarczy czytać książki. Trzeba samemu doświadczać. Wtedy te wyczytywane z książek treści rozumie się pełnij. To tak jak czytać książkę kucharską – jeśli niewiele się dań spróbowało, to trudno zrozumieć, o czym napisano w tej książce kucharskiej.

 

Strasznie słaba Wasza strona ....

sczachor

Co jakiś czas mailem lub przez Facebooka docierają do nie różne zapytania, np. o rekrutację, kierunki studiów itd. Pytają dalsi lub bliżsi znajomi a nawet nieznajomi (bo gdzieś przypadkiem mój adres znaleźli). Nie zawsze potrafię doradzić, bo sam się nie zawsze orientuję. Czasem przed odpowiedzią szukam na naszych stronach uczelnianych czy wydziałowych stosownych informacji. O słabości informacyjnej jak i promocyjnej stron www mówię w odpowiednich gremiach od lat. Raczej bez rezultatu. Więc już machnąłem ręką - nie jestem Don Kichotem. Założyłem blog wydziałowy i kierunkowy i staram się radzić sobie sam, tak jak potrafię... Przynajmniej w zakresie promocji. Odnosiłem wrażenie, że może tylko mi się coś w głowie przewraca (i oczekuję Bóg wie czego), że może wszystko jest ok.

Dzisiaj  było kolejne zapytanie o rekrutację. Akurat "nie jestem w temacie" więc odesłałem do strony głównej i wydziałowej (odpowiedniego wydziału). Taki dostałem komentarz: "Strasznie słaba Wasza strona jest pod względem informacyjnym (...) chodzi mi o strony wydziałów. Ciekawe czy jak napiszę maila na podany adres wydziału to ktoś mi odpisze?". Narzekamy na brak studentów, przymierzamy się od lat, aby przyjmować studentów zagranicznych. Ale czy są strony angielskojęzyczne? Proszę sobie sprawdzić. Owszem, jest tu i ówdzie dużo wodotrysków, ale bardziej urzędniczych niż funkcjonalnych dla użytkownika z zewnątrz. Jak cię widza, takie kandydaci podejmują decyzje...

W sumie to szkoda "strzępić język", bo i tak jest to wołanie na puszczy.... Co prawda w Warszawie powstała ciekawa firma i strona Science PR  z mottem "Komunikacja, która wspiera rozwój nauki". Ale czy środowisko akademickie i naukowe dojrzało już do takich decyzji by zajmować się public relations w pełni profesjonalni? Komunikacja wspiera rozwój nie tylko nauki ale i uniwersytetu. Ale po pierwsze trzeba na prawdę chcieć się komunikować, po drugie ewaluować i usprawniać kanały informacyjne, dostosowując do wygody odbiorcy.

Budujemy kolejne hotele dla dzikich pszczół w Kortowie

sczachor

11068271_10205838621958094_3419890893164511886_nUrodziny warto godnie uczcić. A skoro są urodziny uniwersytetu to i świętowanie musi być jakieś niezwykłe. Uniwersytet to wspólnota uczących i nauczanych – a więc zrobić coś razem. Przy okazji będzie to nauka przez działanie. Nie tylko opowiadanie na wykładach ale wspólne działanie. Były dyskusje przy malowaniu niepotrzebnych i wyrzuconych butelek oraz słoików, było malowanie dachówek, rozpoczęło się malowanie kamieni… to teraz pora na lepienie z gliny. I wcale nie garnków tylko hoteli dla samotnych pszczół. Coś w stylu domu samotnej, owadziej matki. A skoro przy pracy będą i naukowcy i studenci, to dyskusja może być ciekawa.

Międzywydziałowy kierunek dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze uruchomiony został w październiku 2014 r., gdy naukę rozpoczęli pierwsi studenci. Pierwszego czerwca, w dniu święta uniwersytetu warto przypomnieć współpracę Wydziału Humanistycznego oraz Wydziału Biologii i Biotechnologii (przy wsparciu innych wydziałów). Właśnie tego dnia odbędzie się akcja studentów kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze, Instytutu Filozofii (Wydział Humanistyczny), Wydziału Biologii i Biotechnologii, Katedry Pszczelnictwa (Wydział Bioinżynierii Zwierząt), Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym UWM w Olsztynie i ludzi dobrych intencji. A tych ostatnich nie brakuje, np. leśnik Piotr Różański zobowiązał się dostarczyć kłodę próchniejącego drewna. Co ma próchniejący pień do hoteli dla pszczół? To także siedlisko dla ginących a pożytecznych owadów. W mocno zmienionym przed człowiek środowisku budujemy wyspy siedliskowe, umożliwiające rozwój wielu gatunkom owadów i innych bezkręgowców.

W Kortowie jest już kilka konstrukcji nazywanych hotelami dla pszczół samotnic. Niebawem mój licencjat zakończy prace dyplomową, dotycząca efektywności wykorzystania „hoteli” przez samotne pszczoły. Ale tym razem we współpracy archeologów, filozofów, biologów i entomologów powstaną konstrukcje gliniano-słomiano-drewniane, nawiązujące do dawnej architektury i do historii regionu. Będzie dużo gliny, więc dodatkowe siedlisko dla nieco innych gatunków owadów.

Mocno zaakcentowany będzie interdyscyplinarny dialog humanistów i przyrodników. Na przykład próbujemy nawiązać do dawnych Prusów. Uczymy się dodatkowo starych technologii obróbki gliny. Jak już się nauczymy to z przyjemnością zorganizujemy podobne akcje – edukacyjne pikniki w różnych miejscach naszego regionu. Działania prospołeczne w połączeniu z nietypowa edukacją.

W czasie zabawy połączonej z pracą w glinie i słomie (ci, którzy zechcą pomóc, najlepiej gdy przyjdą w krótkich spodenkach) można będzie porozmawiać z filozofami, archeologami, biologami, entomologami, ekologami. Uczone rozmowy przy lepieniu z gliny. A prz wyrabianiu gliny peeling dla stóp.  Można dołączyć, zapraszam. 1 czerwca 2015 w godzinach 10:00 - 15:00, w Kortowie, przed Biblioteką Główną UWM.

 11168157_10205856968496746_4847414278391900767_n

A tak wyglądają naturalne, gliniaste skarpy na brzegu rzeki naturalnie płynącej (erozja nieuregulowanej rzeki). Tyle, że takich siedlisk prawie już nie ma. Za sprawą człowieka i jego zapędu do betonowania, prostowania, regulowania itd. To gdzie te biedne owady mają odchować potomstwo? Nasze gliniane hotele będą namiastką takich właśnie siedlisk. Utraconych siedlisk.

Dodatkowe informacje:

Dobry wykład źle odebrany. Czyli o obowiązkowych wykładach na uniwersytecie cz. 7.

sczachor

Złożoność problemu jest duża (w dyskusji nad tym, dlaczego studenci nie chcą przychodzić na wykłady lub wykazują małą motywację do aktywności na zajęciach). Niech dla ilustracji posłuży drugie studium przypadku.

Rzecz dzieje się na ogólnopolskiej konferencji poświęconej dydaktyce akademickiej. Przyjechali tylko ci, którzy chcieli (i to raczej z dużą motywacją). Nikogo nie było z nagonki ani obowiązkowej obecności. Pełna dobrowolność. Prowadzący wykład dobrze się przygotował (bo to wykład zamawiany), napracował się. Z boku wyglądało na znakomite wykonanie. A jednak było wyczuwalne rozczarowanie. Wszystko powinno pójść jak najlepiej, ale jednak tak nie było w moim odczuciu (a po rozmowach kuluarowych z innymi uczestnikami konferencji mogę stwierdzić, że i inni myśleli podobnie). Było nawet oklaski. Pozornie więc wszystko było cacy.

ideatoriumpiotrWykład pt. „jak mówić by nas słuchali” miał Pan Piotr. Jak się można było zorientować – prowadzi warsztaty i szkolenie ze sztuki prezentacji (na pewno dla polityków). Wykład popołudniowy, ale zostałem specjalnie (rezygnując z kawy i przekąsek). Przyszedłem punktualnie, wybrałem dobre miejsce, bo temat mnie bardzo interesuje. O od kilkunastu lat prowadzę zajęcia i wykłady w podobnym temacie. Niby dużo wiem, ale zawsze czegoś nowego można się dowiedzieć i nauczyć. Motywacja była więc duża (w odróżnieniu od wcześniej opisywanego przykładu ze szkoleniem bhp) i duże zaciekawienie.

Pierwszy zgrzyt, prowadzący spóźnił się 5 minut, organizatorzy musieli szukać i wołać. O ile się spóźniają się uczestnicy (z przerwy kawowej) to jest to niezbyt sympatyczne ale akceptowalne. Przecież w dużym gronie zawsze się znajdą bardziej i mniej zainteresowani konkretnym tematem. Prowadzący w żadnym przypadku nie może się spóźniać na swój występ. Bo to jest oznaka lekceważenia słuchaczy (tak odbiera to słuchacz, ten swoisty język ciała). Na wstępie więc emocjonalny zgrzyt (złe wrażenie, malutkie, ale jednak).

Początek też nie najlepszy (choć był wstęp) - za dużo tekstu na slajdach (przynajmniej na początku), struktura wystąpienia bardzo schematyczna, powtarza zbyt często słowo „niezmiernie” - to zaczyna razić. Ale może dlatego, że wywołał swoim spóźnieniem złe wrażenie oraz jest to jednak wykład plenarny (a więc honorowe i prestiżowe miejsce, godzinny, a nie krótki referat). Duża część wystąpienia niezbyt zgodna z tytułem. Pojawia się więc zawód, i w konsekwencji zostały "nakręcone" złe emocje „czepiają się wszystkiego”. Być może i mówił o ciekawych sprawach, ale jednak niezgodnie z tytułem czyli oczekiwaniami słuchaczy. Wniosek z tego taki, że nawet dobry w mniemaniu wykładowcy (i kogoś z boku) wykład może być źle odebrany, bo zły język ciała na początku oraz zawartość niezgodna z opakowaniem (treść z tytułem).

Obiecywał aktywne uczestnictwo, ale pierwsza część to wykład (potem oczywiście aktywizacja była, i to całkiem udana). Chyba zbyt długo utrzymywało się rozczarowanie, co budowało i utrwalało nieprzychylne emocje. Poczucie zawodu i oszukania. Wystąpienie było dobre a nawet momentami bardzo dobre. Ale nie na temat zapowiedziany tytułem. I stąd poczucie zawodu u mnie, jako słuchacza (potem okazało się że u innych także).

Dobrym elementem wystąpienia pana Piotra to kontakt z publicznością, odgrywanie scenek, pytania do publiczności. Uczestnicy dobrze się wczuli w swoje, przydzielone role, publiczność była aktywna. Była jednak widoczna niezgodność realizowanych działań z wygłaszaną przez prelegenta treścią jak powinien wyglądać dobry wykład. Dobrze realizował kontakt z publicznością, aktywizował, ale w części teoretycznej nie wspomniał, że jest to cechą dobrego wykładu, że dzięki temu publiczność słucha (nie każdy powiąże te fakty i nie będzie wiedział co robić na wykładzie, by być słuchanym). Mówił natomiast, że na slajdach nie powinno być dużo tekstu, a na większości jego slajdów - było. Słuchacz trochę bardziej obyty z tematem może odnieść wrażenie, że prelegent przeczytał gdzieś w książce… ale nie rozumie, bo sam nie stosuje. Rozdźwięk między wygłaszanymi słowami a praktyką (kontekstowym językiem ciała). A czy nasi studenci czasem tak nie odbierają? "Coś przeczytał i nam mówi, a sam do końca nie rozumie"? I to się niestety da wyczuć.

Rozczarowałem się, bo tytuł inny niż zawartość (wykład z recyklingu, dostosowany do innego odbiorcy, najpewniej polityków, odświeżana kiełbasa, włożone w nowe opakowanie – takie odniosłem wrażenie). A czy i my, pracownicy uniwersyteccy czasem nie robimy podobnie? Stare slajdy lekko tylko podretuszowane, odświeżone i podawane jako nowe? To chyba da się wyczuć. I dlatego być może taka a nie inna jest reakcja naszych studentów na wykładach.

Niespójność wynika z wiedzy odtwórczej (pan Piotr jest młody, więc kiedyś treść zrozumie i będzie wiarygodny, musi tylko trochę poćwiczyć, musi zrozumieć te czytane treści i wtedy będzie profesjonalistą). Emocjami wyczuwamy autentyczność i wiarygodność i odróżniamy od wtórnej treści, przeczytanej i opowiadanej. W XXI w. każdy może sobie sam przeczytać. W uniwersyteckich wykładach chyba chodzi o coś innego, o autentyzm i wiedzę z pierwszej ręki (doświadczoną, przemyślaną, "przetrawioną").

Wróćmy do konferencyjnego przykładu. Pan Piotr na samym początku mocno się biznesowo autoreklamował (dobre w biznesie tu trochę raziło, nie tylko mnie - jak się z rozmów późniejszych okazało). Przecież nie przyszedł szkolić polityków jak uwodzić mają wyborców. Publiczność była wcześniej znana prelegentowi, to konferencja dla nauczycieli akademickich. W sporej więc części rozczarowanie wynikało z niedostosowania formy i treści do konkretnej publiczności. Prelegent nie dostosował formy i treści do odbiorców - na sali byli eksperci a nie dyletanci. Dodatkowo spóźnił się, a potem przedłużał poza wyznaczony czas swoje wystąpienie. Kumulacja drobnych, nieprzychylnych emocji. I sumarycznie zły odbiór całości (mimo dobrych i wartościowych fragmentów).

Kolejny element, które mnie zraził, to część o języku ciała. W sumie błędy i trywialności. To nie jest tak, że pojedyncze gesty (zwłaszcza wyuczone) zmienią sposób odbioru. Że jeśli zrobimy piramidkę z dłoni, to wydamy sobie się wiarygodni. To tylko to pozory, bo jeśli gesty nie wynikają z wewnętrznego przekonania (są wyćwiczone), to odbieramy jako sztuczne i niewiarygodne. Może politycy na to nabiorą się (informacja o cudownych i prostych sposobach by przekonać do siebie publiczności), ale chyba nie wykładowcy akademiccy z dużą praktyką. Sadzę, że raczej prelegent sam tego nie rozumie i przekazuje wiedzę, świeżo co wyczytaną, ale jeszcze głębiej nie „przetrawiona", nie sprawdzoną osobiście w praktyce i nie przemyślaną. Ten sam wykład, wygłoszony dla zupełnych laików, może byłby znakomicie odebrany a prelegent w opinii słuchaczy wydałby się mistrzem i ekspertem. Na sali jednak nie byli, początkujący z edukacją, laicy.

Było kilka dobrych i wartościowych momentów, z których skorzystałem. Ale złe wrażenie pozostało. Dowiedziałem się czegoś, ale złe wrażenie o prelegencie pozostało. Wniosek z tego wyciągnąć można taki, że nawet jak studenci się czegoś nauczą dobrego, to i tak mogą wykładowcę w ankietach źle ocenić, opierając się na emocjach i ogólnym wrażeniu, w tym przypadku rozbieżności między tytułem a treścią oraz niespójnością przekazu czy treścią trywialną dla konkretnych słuchaczy.

Od siebie dodam, że nie ma uniwersalnych regułek i schematów. Dużo zależy od kontekstu miejsca i czasu oraz konkretnej publiczności.

Jak więc oceniać efektywność dydaktyki akademickiej? Czy tylko wrażeniem „napracowania się” wykładowcy? Skoro się napracował, namęczył, doczytał, to „należy się” obecność studentów na wykładzie i docenienie! Mają być, nawet pod przymusem? Tak, tylko czy to, co otrzymują, jest im potrzebne? Czy widzą sens? Czy znamy kontekst całości i zewnętrznych uwarunkowań?

 

A tu początek całej dyskusji.

O obowiązkowych wykładach na uniwersytecie. Cz. 6. Test końcowy

sczachor

strazakbhpW poprzednich wpisach omawiałem studium przypadku, przykładowy kurs szkoleniowy, widziany z drugiej strony, z sali. Zbliżam się do końca tej analogii i kursu. Po 3,5 h zegarowej kolejna przerwa, 10 min., Po przerwie pojawia się pan Marek Świrski, zawodowy strażak. Najlepsza część szkolenia pod względem formy i skuteczności przekazywania informacji (hmm, dlaczego to ludzie spoza uniwersytetu błyszczą dobrą formą prezentacji?). Wyszedł zza pulpitu, blisko ludzi. Czyli zależy mu na mówieniu do ludzi i szuka kontaktu. Myszkę sobie wyciągnął daleko poza komputer, by zza pulpitu (od strony sali, nie mając podglądu na monitor) przewijać slajdy. Nawet jak sale są źle zaprojektowane, to zawsze można sobie jakoś poradzić, by ułatwić komunikację a nie ją utrudniać. Skupił się na najważniejszych aspektach, zadaje pytania, kierowane do publiczności na sali. Nawiązał dialog. O wiele lepiej się słucha. Już nie zaglądam do tabletu. Słucham. Pokazał filmik o gaśnicach. Ale jedna gaśnica stoi na biurku. Prawdziwy eksponat, coś realnego. Kolejny plus za komunikację. Padają trudne pytania z sali (niektóre w podtekście złośliwe, wynikające ze wstępnego, negatywnego nastawienia, o którym pisałem już wcześniej). Odpowiada z sensem i początkowe, negatywne nastawienie znudzonej publiczności wyraźnie się zmniejsza. Strażak mówi z głowy, sypie przykładami, ciągle próbuje pytaniami aktywizować. Najlepszy element całego szkolenia. Drugi filmik o gaszeniu płonącego oleju. Pytania o przepisy względem gaśnic. Nie trzyma się kurczowo przepisów, tylko wskazuje na sens i kontekst konkretnej sytuacji. Widać, że praktyk a nie biurokrata i wie, że przepisy interpretujemy względem kontekstu. Jest wiarygodny. Czuć, że wie o czym mówi, że to rozumie. „Jeśli nie ma innego wyjścia, to dlaczego nie pomóc” (to w kontekście niezbyt przepisowego użycia gaśnic). Z tej części szkolenia najwięcej zapamiętałem. Wiem dlaczego. Przez formę prezentowania treści.

Owszem z chęcią bym poćwiczył, ewakuację, gaszenie itd.

Na koniec szkolenia test sprawdzający, rozdany każdej osobie obecnej na sali. Głośne czytanie pytań. Czasem delikatna i dyskretna sugestia, która odpowiedź jest prawdziwa. Na sali głośnie komentarze i podpowiedzi poprawnych odpowiedzi. Bo uczestnicy chcą wypaść jak najlepiej (wzajemnie sobie pomagają). Ale jeśli się zastanowimy, to ten test jest fikcją. W papierach wszystko gra, ale przecież tak naprawdę niczego nie sprawdza. Pojawiły się chyba nawet dwa pytania o treści, które nawet na szkoleniu nie padły. Obie strony chcą już mieć to szkolenie z głowy, więc obustronne udawanie i przymykanie oka. Tak też jest niejednokrotnie na egzaminach, zaliczeniach ze studentami. Żeby wyglądało, swoisty teatr. Obie strony zostały przymuszone więc są dla siebie „ludzkie”.

Jaki sens jest tego testu? Może to sprytne sprawdzenie listy obecności? Bo dostają tylko osoby obecne na sali. Może to sposób na powtórzenie materiału, przecież wypełnianie testu z głośnymi podpowiedziami niczego nie sprawdza – ale przypomina, utrwala w dodatkowych emocjach. Nie sprawdza (ewaluacja) lecz może utrwala. To byłyby sensowne wytłumaczenia testu. Ale najpewniej ten test jest urzędowym pozorowaniem. Wyjdzie z tego testu, że uczestnicy znakomicie opanowali materiał. Łatwo będzie się "rozliczyć” ze szkolenia. Gdyby prowadzący zrobili prawdziwy test, z groźbą niezaliczenia, to by podniósł się bunt (co, jeszcze raz uczestniczyć w 5 h nudnego kursu?) – przecież to szkolenie było niechciane… i na niskim poziomie, było nudne. Przez analogię: jeśli studenci podnoszą sprzeciw w podobnych sytuacjach, to błędem byłoby interpretować, że wynika to tylko z lenistwa, że nie chcą się uczyć. Może nie chcą tylko wykonywać bzdurnej, niepotrzebnej pracy?

Zastanówmy się pięć razy, zanim zaczniemy oskarżać studentów o lenistwo, głupotę, brak ambicji. Może tylko praca, do której chcemy ich zmusić jest bezsensowna i nie daje perspektyw? Złej tanecznicy i falbana przeszkadza. Jeśli sale pustoszeją, to nie przymuszajmy do obecności ale solidnie zastanówmy się nad całym procesem dydaktycznym i misją uniwersytetu.

O obowiązkowych wykładach na uniwersytecie . Cz. 5 . Telefony, wielozadaniowość i brak uwagi

sczachor

To, że ktoś sprawdza obecność na wykładzie, to jego sprawa, jego koncepcja. Powodów może być wiele. I nic mi do tego. Ale gdy próbuje się narzucić obowiązkowe sprawdzanie listy na wszystkich wykładach, to już mnie to obchodzi bo i mnie dotyczy. Chcesz, to sprawdzaj, ale dlaczego narzucasz innym (regulaminy, rozporządzenia itd.)?

Zapewne każdy pamięta czasy szkolne. Tam było codzienne sprawdzanie listy obecności. Ale w szkole są nieletni, za których nauczyciel i szkoła ponoszą odpowiedzialność. Sprawdzanie obecności na lekcji ma inny sens. Ponadto dla rozbrykanej młodzieży sprawdzanie listy obecności na początku lekcji niesie funkcję wyciszania i wprowadzanie swoistego ładu. Ale na studiach są już ludzie dorośli, nie ponosimy za nich odpowiedzialność jak za nieletnich. I nie są już tak młodzieńczo rozbrykani. Przenoszenie wzorców bez refleksji nie musi przynosić dobrych efektów.

Wielokrotnie sam sprawdzałem listę obecności na wykładach. W dużej grupie nie ma sensu odczytywać na głos, puszczałem listę. W ciągu blisko 30 lat pracy stosowałem oba rozwiązania: z listą obecności i bez. Wykłady uważałem i uważam za przywilej dla studenta. A zmuszony do wystawiana oceny z wykładów… wyznaczam prace do wykonania. Oceniam więc efekty a nie obecność. Czasem jest to projekt, wspólny, zespołowy, czasem indywidualna praca do napisania. Ciągle poszukuję. Wykłady z tym zadaniem są powiązane i spójne. W przedmiotach, składających się z wykładów i ćwiczeń, te pierwsze są wstępem do zajęć praktycznych. Próbuję tworzyć spójny moduł. Różnie się to udaje, bo zależy od współpracy z innymi prowadzącymi ten sam przedmiot. Na ćwiczeniach odnotowuję obecność, czasem dyskretnie. Ale zawsze obecność jest drugoplanowa. Najważniejsza jest wykonana praca. Czasem student jest chory, czasem ma innym powód. A czasem jest ale nic nie robi. Jest bo jest. Jest dorosły i odpowiedzialny sam za siebie. Ale praca ma być wykonana. Ocena wnika z efektów a nie obecności.

Czasem dalej sprawdzam obecność w różny sposób, by wiedzieć ilu (jaki procent) chodzi na wykłady i by sprawdzać, czy jest jakiś związek z obecnością na wykładach a osiągniętymi efektami kształcenia. Taktuję to jako element ewaluacji. Wzdrygam się jednak przed narzucaniem innym obowiązkowej, jednej koncepcji, umocowanej w regulaminie studiów. Bo cóż niby nam daje to sprawdzanie listy i obowiązkowa obecność studentów na wykładzie? Klimat koszarowy?

bhp2wykladOpisuję w kolejnych wpisach na blogu – jako studium przypadku – jedno szkolenie bhp. Szedłem na nie z określonym nastawieniem: że raczej będzie nudno tak jak do tej pory. Kolejnym celem była ukierunkowana obserwacja dlaczego niektóre wykłady są nudne a inne nie. I czy warto do takich przymuszać obowiązkową obecnością. Skupiając się na swoich reakcjach chciałem sprawdzić, co z takiego wykładu zostaje w głowie (taki mały eksperyment). A że wszyscy uczestniczymy od czasu do czasu w podobnych szkoleniach, to to wspólne doświadczenie może być płaszczyzną do dyskusji o sensie obowiązkowego uczestnictwa studentów na wykładzie. Moja uwaga na opisywanym szkoleniu była ukierunkowana. Wiedziałem jakich sygnałów szukać i je notowałem. Z tego, co do tej pory opisałem (część 1, 2, 3 i 4) wynika, że nie warto upierać się przy obowiązkowych wykładach. Więcej szkód niż korzyści. Owszem, jest problem ale próbujmy go rozwiązywać inaczej.

Dlaczego denerwuję się (choć staram tego nie okazywać), gdy studenci wychodzą z telefonem poza salę lub esemesują (widać jak pod ławkami coś tam klikają)? Bo odbieram to jako wyraz lekceważenia mówcy i oznakę braku zainteresowania. A przecież napracowałem się w przygotowanie i staram się na wykładzie… Na tym szkoleniu wychodziłem z sali by zadzwonić, podobnie jak kilka innych osób. . Wiem, że nie wynikało to z lekceważenia prelegenta. Po prostu są czasem sprawy pilne do załatwienia. Czy coś straciłem przez chwilowe opuszczenie sali? Nie. Wychodziłem, kiedy niewiele się działo a kilkuminutowa nieobecność nie zrobiłaby wielkiej wyrwy informacyjnej. Zakazać używania urządzeń tego typu (żeby nie esemesowali)? A może tak sobie coś notują? Robią zdjęcia jako notatki, może sprawdzają w internecie, np. Wikipedii pojęcie, słowo, które padło a nie rozumieją? Przecież ja tak już wielokrotnie na różnych wykładach naukowych i szkoleniach robiłem (i widziałem podobnie zachowujących się innych naukowców). Skoro nie rozumiem, to szybko sprawdzam w internecie. To na prawdę jest przydatne. I dlatego, że inaczej odczytujemy ten język ciała to zakazać używania telefonów i tabletów? A jak się nudzą na wykładzie, to przynajmniej chwilami robą coś innego i będą mieli słabsze poczucie straconego czasu. W konsekwencji mniej negatywnych emocji. Skoro są na sali, to można ich szybko przywrócić do stanu „słuchania i uważania”.

Wielozadaniowość jest współczesnym faktem, A skoro tak, to trzeba powtarzać niektóre treści (te najważniejsze elementy), bo może wyszedł, może rozmyślał o niebieskich migdałach itd. i mu uleciało z głowy. Skupmy się na osiągniętym efekcie a nie na treści, które chcemy powiedzieć. Nie jest ważne co zostało powiedziane – ważne jest to, co zostało usłyszane i zapamiętane. Wystąpienie ustne ma swoją logikę i specyfikę, różną od tekstu pisanego. Więc mówmy a nie czytajmy. A niestety zbyt częstą praktyką jest… czytanie slajdów. I do takich wykładów mamy zmuszać studentów zapisami w regulaminach?

Wróćmy na salę szkoleniową (siedziałem tam 5 h). Trzeba odcierpieć swoje. Coś zapamiętam. Jaka jest efektywność zapamiętywania na wykładzie? Średnio 5 %. Na tym szkoleniu na pewno, jeśli nie mniej. Niewiele zapamiętałem, mimo, że było ciekawsze momenty. Dlaczego godzimy się na tak małą efektywność? Czy można wykład czymś zastąpić? Ależ oczywiście, ćwiczeniami praktycznymi oraz e-learningiem. Nie każdy wykład ale dużą część na pewno. W tym konkretnym przypadku szkolenia pracowniczego na pewno można było większość treści zastąpić działaniami praktycznymi. Efekty kształcenia byłyby znacznie większe. Nie piszę tego, by roztrząsać i oceniać jakieś tam szkolenie. To jest przede wszystkim refleksja dla mnie i dla kadry akademickiej, dyskutującej nad obowiązkowością wykładów. Czy ma to sens? Czy nie lepiej dokonać gruntownej zmiany form dydaktycznych?

Co zamiast wykładów? Ćwiczenia. Przykład szkolenia bhp – pięć godzin wykładów. Wolałbym ćwiczenia z reanimacji, z gaszenia pożarów, z ewakuacji, wolałbym studium przypadku z praw pracowniczych itd. To nie są tylko moje odczucia - naukowo udowodniono, że wykłady podające są najmniej efektywną formą kształcenia. Ćwiczenia angażując, zwłaszcza te praktyczne, zwiększają efektywność zapamiętywani treści i nabywania umiejętności. Co z tego, że przeczytam książkę kucharską, nawet nauczę się jej na pamięć (żeby celująco zdać egzamin), jeśli nawet raz nie spróbuję ugotować zupy, ulepić pierogów? Wiem ale nie umiem. A czyż jednym z ważniejszych zarzutów co do naszej uniwersyteckiej edukacji nie jest czasem brak umiejętności zastosowania wiedzy u naszych absolwentów?

Moja obecność na szkolenie bhp ro równocześnie dodatkowa ewaluacja - praktycznie i na sobie sprawdzam prawdziwość tez, jakie wygłaszam w czasie swoich wykładów na temat referowania (autoprezentacja). Nawet nudny wykład można zmienić w coś przydatnego. Inaczej by człowiek zwariował. Być może podobnie czynią studenci. Na swój sposób.

Mija godzina szkolenia, sala rozmawia, ludzie robią coś innego i tylko momentami słuchają. W szkoleniu chodzi o czas pracy. Zanotowałem, bo to krótkie chwile uwagi. Ważne problemy, prawo pracy, obowiązki pracownika, zwolnienia itd. Tu dygresja. Bez wątpienia służba BHP jest potrzebna na uczelni. Ale czy jedyną formą kontaktu mają być szkolenia raz na 6 lat? A może inna, stała więź z wykorzystaniem portali społecznościach? A może tę uwagę odnieść do wykładów i zajęć uniwersyteckich?

Sama ważkość problemu nie wystarczy by utrzymać uwagę i zainteresowanie słuchaczy. Musi być też forma w dobrej jakości (forma przekazywania treści). Ja oczekuję jakości a nie bylejakości. Studenci zapewne też tego samego oczekują. Jeśli nie przychodzą na wartościowe wykłady, to przynajmniej w części jest to efekt złej przeszłości (doświadczeń z przeszłości). Wina zbiorowa i skumulowana. Dbajmy o całość, bo sami też tracimy.

Na Facebooku znajomy podesłał mi link do e-behapowca - do materiałów e-learningowych z bhp. A może taka forma byłaby lepsza? Tylko jak sprawdzić, czy student zapoznał się z treścią? Sprawdzenie listy obecności wydaje się prostszym sposobem… ale jakże iluzorycznym.

Wszystko można ciekawie opowiedzieć, trzeba tylko chcieć mówić do ludzi a nie w ich obecności realizować program (czytanie i omawianie). Jak się głębiej zastanowić, to tak realizować można program… bez studentów. Że nie jest motywujące? Że oczekujemy satysfakcji i oklasków na stojąco? Bo się napracowaliśmy, wiele godzin przygotowania (nie mówiąc o zdobywaniu stopni i stanowisk), to teraz oczekujemy godziwej zapłaty w formie obecności i uwagi studentów? Niby oczekiwania uzasadnione. Ale czy system jest dobry?

Po 1,5 h 15 minut przerwy. Wreszcie. A jak studenci mają cały dzień wykłady, to jak oni wytrzymują… nudne wykłady. Sam pamiętam, z czasów studenckich, jakże to było ciężko. Dowcipkowaliśmy, bo humor pozwala znieść nawet katusze.

Rozmowy kuluarowe w przerwie. Wreszcie można być aktywnym. Ciekawa wymiana poglądów. Horyzontalna wymiana informacji. Może to jest równie ważne? Stworzyć sytuację, w której studenci będą razem. Jak masa krytyczna uranu. Wchodzą w interakcje i sporo się uczą. Może więc więcej przerw, aby te interakcje horyzontalne realizowały się najpełniej? To tak jak z konferencjami naukowymi, w jednym miejscu zbierają się ludzie o określonych zainteresowaniach. Nie tylko referaty, ale właśnie te nieformalne rozmowy jakże bywają owocne, inspirujące i wartościowe. Nie można konferencji oceniać po samych referatach.

Po przerwie kierownik znowu dobrze rozpoczyna, wychodzi blisko do publiczności, podaje przykłady z uniwersytetu. Pokazuje stronę www działu BHP i co tam można znaleźć. To jest przydatne. Bo choć nic nie zapamiętałem z informacji, to wiem gdzie ich szukać. Wspomaganie wykładu materiałami z internetu (najlepiej własnymi lub bezpośrednio związanymi z tematem) to dobre uzupełnienie tradycyjnych treści wykładowych. Pomaga poruszać się w nadmiarze i gąszczu informacji. Nie wystarczy powiedzieć ”znajdziecie w internecie” - trzeba pokazać jak i gdzie. Bo zasoby internetowe są rozległe jak pradawna i nieprzebyta puszcza.

Ale potem znowu jest fatalnie. Kolejny prelegent pokazuje na ekranie dokumenty, pdf i word. Wiele razy już to widziałem: przewijanie dokumentów. To się nie nadaje do prezentowania na wykładzie. Na ekranie niewiele widać. Kwintesencja lenistwa i arogancji. To tak, jakby wstać i głośno powiedzieć „Nie chciało mi się niczego dla was przygotowywać, mam was w nosie i co mi zrobicie?” Skoro tak pokazuje ktoś dokument, to równie dobrze można było wysłać mailem i poprosić o przeczytanie. Na wykładzie, pokazując na ekranie, lepiej jest wybrać fragmenty i pokazać w dużym powiększeniu, by było widoczne z daleka. I by pokazać jak szukać w dokumencie albo co jest w tym dokumencie najważniejszego. Prelegent trzyma mikrofon nisko, prawie nic nie słychać. Mówi cicho i monotonnie. Słuchacz obecnie oczekuje czegoś więcej. A bywając na różnych spotkaniach uczelnianych i pozauczelnianych te błędy widzę nagminnie (źle trzymamy mikrofon, przewijanie dokumentów). Prelegent mówi cicho i siedzi schowany za monitorem. Kontakt, tak ważny dla komunikacji, mocno utrudniony.

Choroby zawodowe, o to coś, co wzbudza zainteresowanie, bo mnie dotyczy. Dotyczy słuchacza.

Jak prowadzić wykłady? Pokazywać sens i to, do czego wysłuchiwana wiedza może się przydać. W końcu wykłady (tak jak i inne bezpośrednie kontakty) służą budowaniu więzi. W tym przypadku więzi między kadrą a studentami oraz między samymi studentami. Dodatkowa funkcja ale jakże ważna dla całości procesu edukacji - tworzenie więzi. Wykład z pytaniami do sali, to także tworzenie więzi. I aktywizowanie słuchaczy. Być może potrzeba jest też dobra fabuła, opowieść, dowcip.

Kto korzysta z wykładów, nawet tych nudnych? Ci, którzy mają wizję świata i motywację (kolektywizm i konstruktywizm jako podstawa teoretyczna do interpretacji). Wiedza nie jest sumą informacji, jest konstruktem, i wiedza powstaje w relacjach z innymi. Ci, którzy mają już jakiś szkielet, system, który uzupełniają puzzlami, wiedzą lub doświadczeniem. Wykład w oderwaniu od reszty kształcenia może być niezrozumiały. Czyli korzystają ci, którzy wiedzą, czego chcą. Mają cel i motywację, mają z grubsza system wiedzy, który uzupełniają. A czy przed naszymi wykładami (co do których chcemy zmusić obowiązkowa obecnością) sprawdzany takie elementy u studentów?

Na wykładzie można odpocząć, Cisza, czas na refleksje (jak w czasie podróży), przymusowe odizolowanie od niektórych innych działań. Na pełnych obrotach nie da się przecież cały czas żyć. Tak i ja teraz korzystam, choć krzesełko nie jest najwygodniejsze do notowania.

Koniec dygresji. Wracamy do studium przypadku (bo tak pracuje mózg słuchacza, przemieszane treści, trochę usłyszy, trochę pomyśli o swoich sprawach, poczyta na smartfonie). Nawet jak na Ciebie patrzy, to i tak nie wiesz co się w jego głowie dzieje. Nie wymuszaj uwagi. Co najwyżej prowokuj do uwagi i słuchania.

Przewijanie dokumentów doc na ekranie przez godzinę. Makabra, Czas wypełniony, sensu niewiele. Umiem czytać, sam sobie przeczytam i to znacznie szybciej. Ba, sam sobie znajdę, bo wujek Google jest uczynny i wie dużo. Może tak myślą studenci na naszych wykładach? Wykład, który byłby słuchany, to taki, który niesie coś oryginalnego, autentycznego (wszak płacą na prawa autorskie, to do czegoś zobowiązuje), Coś nowego, wyjątkowego, dedykowanego tu i teraz. Tak jak na koncercie muzycznym. Przecież teoretycznie można przyjść na dużą salę a ktoś będzie puszczał piosenki z płyty. A na ekranie zdjęcie. Lub filmik. Totalny play back

Teraz blok z udzielaniem pierwszej pomocy. Ważna informacja na wstępie – gdzie są defibratory u nas na UWM. Potem filmik. Szukanie pliku (zdradza słabe przygotowanie). Filmik jest już lepszy niż ciche mówienie i pokazywanie tekstów na ekranie. Ale przecież filmik to ja mogę sobie obejrzeć w internecie, u siebie w domu. Wystarczyło w ramach szkolenia przysłać dokumenty do przeczytania (te, co pokazywali na ekranie), link do filmiku i nie marnowałbym czasu. Te uwagi to pewnie przez efekt negatywnego nastawienia, wywołanego przymusem…. (pisałem o tym wcześniej, w poprzednich wpisach z tym tematem związanych).

Filmik lepszy…. Ale przecież pierwszej pomocy to najlepiej nauczyć się przez ćwiczenia a nie słuchanie treści czy ogadanie filmów. Ba, znam takiego jednego gościa co prawie na wszystkich wykładach puszczał filmy. Już nie pracuje. Opinie studentów były chyba mocno negatywne (ale zwolniony z zupełnie innego powodu – zła dydaktyka u nas jeszcze nie pozbawia pracy…). Ćwiczenia praktyczne są znacznie efektywniejsze. Na pewno możliwe w mniejszych grupach. Ale sens edukacyjny większy. Z samego słuchania i oglądania niewiele zapamiętałem. Chciałbym się nauczyć. Taka była moja motywacja przed szkoleniem. I przeczuwałem, że to szkolenie tego mi nie da. Studenci także niejednokrotnie wiedzą, że dana tematyka jest im potrzebna do pracy po studiach, czy do życia. I przeczuwają, że dany wykład (wykładowca) im tej wiedzy nie da. Dlatego nie przychodzą. Siłą zaciągnąć na wykład (dla dobrego samopoczucia wykładowcy)? Wiedzy im od tego nie przybędzie. Od lat postuluje się o więcej praktyki i ćwiczeń. A my dalej zamęczamy w części niepotrzebnymi wykładami. Bo jest w siatce godzin i nic nie zrobisz. W małej grupie zamieniam formę na bardziej hybrydową. Bo niech to się w programie nazywa wykład, ale formę realizacji i metody to dobieram ja. Tyle wolności mam. I chcę z tej wolności korzystać.

Po filmiku kierownik szkolenie komentuje. To dobrze, bo skazuje, uzupełnia, ukierunkowuje. Przydałby im się kurs jak mówić i jak szkolić (przeszkolić szkoleniowców). Wiedzę na pewno mają ale nie potrafią przekazać w pełni efektywnie. Może z uniwersyteckimi pracownikami jest podobnie?  Dział BHP uniwersytetu powinien być wzorcowy jeśli chodzi o szkolenia. Bo buduje prestiż i renomę uniwersytetu. Każdy z nas jest współodpowiedzialny za wizerunek. A jak nas widzą, tak potem w internecie i gazetach komentują.

Na pewno coś z tego szkolenia wyniosłem. Tak jak i inni. Ale jest to niska efektywność kształcenia, pewnie w granicach 5%. Średnia przeciętna. Ale przecież uniwersytet powinien być liderem w zakresie edukacji w każdym względzie. Ja mam duże wymagania i oczekiwania wobec tej instytucji. Inaczej jej autorytet zwiędnie. Drugi filmik z płytki (pojawiają się napisy o zastrzeżonych prawach autorskich), ten tekst szybko miga bez wyjaśnienia. Jako słuchacz nie mam pewności czy prelegenci nie naruszają prawa. Zapewne jest to w ramach dozwolonego użytku, ale aż się prosi o taki komentarz i wyjaśnienie. W jakimś stopniu wiąże się to z prawami pracowniczymi i naszą codzienną praktyką. Sam bym w tym zakresie chciał się wielu rzeczy dowiedzieć… No cóż, jak zwykle doczytam sobie w internecie…

Drugi filmik o zawartości apteczki. A nie lepiej byłoby pokazać "na żywca"? Apteczka nie jest duża, w torbie się zmieści, przynieść łatwo. Że sala duża i 60 osób? W sam raz na krótkie szkolenia w małych grupach ćwiczeniowych. Byłoby więc kilka terminów, łatwiej więc dostosować czas w dniu pracy. Fakt, więcej pracy dla szkolących. A tak to puszczą filmik i zaliczone. I z głowy.

Filmik to ja sobie mogę obejrzeć w doku, w internecie. A jak pojawią się momenty mniej ciekawe lub mi znane, to ciach, przewijam i nie marnuję czasu. Skupiam się na tym, czego nie wiem. Kolejny argument za tym, że 5 h szkolenia jest stratą czasu (możliwe, że podobnie o naszych wykładach myślą studenci). Rozesłanie dokumentów i linków do filmów (nawet w zamkniętej grupie) i najwyżej 1 h szklenia załatwiłoby sprawę. Filmik jest o apteczne samochodowej. Bo do innych celów został kiedyś nakręcony. Czy nie lepiej zainwestować i wykorzystując zasoby UWM nakręcić filmik o apteczce w 100% dostosowany do naszych uniwersyteckich warunków i potrzeb? I nie byłoby problemów z prawami autorskimi. Zawiesić na stronie i raz na rok przypomnieć mailem, że jest. W dowolnej chwili obejrzałbym, zapewne wielokrotnie z dużo większą efektywnością zapamiętania.

c.d.n

Czy wykłady na uniwersytecie powinny być obowiązkowe? Cz. 4 . W walce o etat i godziny

sczachor

kawaekonomiaNazbierało się sporo emocji przez lata, sporo dyskusji toczonych w różnych miejscach. Artykuł w Gazecie Wyborczej był kanalizatorem, wyzwalającym reakcję, a szkolenie bhp, wybrane jako studium przypadku (zobacz część 1, 2 i 3), jest pretekstem i tłem by włączyć się do dyskusji w uporządkowany i pełniejszy sposób. Nie ten gniazdo kala, który mówi, a ten co mówić nie pozawala. Motywacją jest więc troska o jakość, bo wierzę, że można naprawić i zmienić na lepsze. Gdybym nie wierzył, to bym milczał, bo po co się wychylać niepotrzebnie i nadaremno?

Wcześniej pisałem o motywacji, analizując na konkretnym przykładzie punkt widzenia słuchacza (studenta). W skali krajowej -  jeśli nie globalnej - mamy problemy z motywacją do nauki wśród nowego pokolenia. Magister nie jest już wyraźnym społecznym awansem, pracy nie ma itd. Kiedyś magister w małym miasteczku to był ktoś! Teraz 50 % młodzieży ma wyższe wykształcenie. Być licencjatem czy magistrem to nie jest ekskluzywny klub elity. Nie daje takiego prestiżu tak wiele lat temu, jak za naszej młodości czy młodości naszych rodziców. Ten aspekt motywowania do zwiększonego wysiłku już nie działa z taką siłą jak kiedyś. Stąd warto szukać nowych form, np. zajęcia praktyczne, gry, grywalizacja, lepiej dostosowanych do nowego pokolenia. Nasi studenci są ukształtowani w innym świecie. Czy do Chińczyków nie lepiej mówić po chińsku? Przecież nie wszyscy Chińczycy być może znają angielski a tym bardziej polski. Nie bardzo uświadamiamy sobie to, że są na sali przedstawiciele innej kultury (subkultury) i że nieadekwatnie odczytujemy ich język ciała. Jeśli patrzą z swoje smartfony i wysyłają esesemy, to wcale nie muszą okazywać braku zainteresowania, ostentacyjną niechęć itd. Jeśli robią zdjęcia slajdów naszego wykładu lub nagrywają na dyktafon czy kamerę wideo, to wcale nie dlatego, żeby nas ośmieszyć, wrzucając tendencyjnie zmontowany filmik czy fotkę na YouTube czy Facebooka. Nasza frustracja z pustoszejących sal czy braku uwagi bierze się w części z niezrozumienia sytuacji. Czy denerwuje nas mlaskanie przy jedzeniu, jako oznaka złego wychowania? Mnie tak. Ale przecież są kultury, w których to właśnie mlaskanie i siorbanie jest oznaką dobrego wychowania i uznania dla gospodarza. Inny język ciała… Jeśli spotkam się z przedstawicielami owej innej kultury, dobrze żeby o tych różnicach wiedział. Inaczej źle odczytam niewerbalny komunikat i podejmę błędne decyzje czy działania.

Koniec dygresji. Wracamy do studium przypadku - bo tak pracuje mózg słuchacza na wykładzie czy prelekcji, trochę usłyszy, trochę porozmyśla, trochę pod ławką poczyta. Wszytko to jest razem wymieszane. Mówimy z szybkością ok. 100 słów na minutę, zapiszemy najwyżej 25 (teraz już wiesz dlaczego studenci nie są w stanie wszystkiego, słowo w słowo, zapisać na wykładzie, a zwalnianie tempa mówienia by dyktować… nie ma sensu w XXI wieku!). Mózg ludzki przetwarza informacje z szybkością 600-1000 słów na minutę. Tak więc nawet szybko mówiący prelegent nie jest w stanie całkowicie zaangażować mocy obliczeniowych mózgu słuchacza. Samym mówieniem na pewno nie, chyba że w grę wejdą emocje, sens i wyobraźnia. Dyktować? I tak wszystkiego słowo w słowo nie zapiszą. Nie jesteś prorokiem, Twoje słowa nie są tak cenne. A poza tym są dyktafony, kserokopiarki i serwisy typu Chomikuj.pl. Sam możesz przygotować dodatkowe treści i udostępniać on-line. Tak więc na sali wykładowej, oprócz krzesełek, tablicy, ekranu i rzutnika multimedialnego powinno być wi-fi. To nie jest fanaberia, to niezbędna, współczesna pomoc dydaktyczna. Niejednokrotnie chwalimy się nowoczesnością… ale czy mamy takie podstawowe wyposażenie? Działające!

Wróćmy do studium przypadku. Szkolenie 5 h zegarowych. Dydaktycznych to pewnie więcej. Długo. Można było dać materiały do przeczytania lub przygotować materiały e-learningowe. Skoro my, wykładowcy, tego oczekujemy od szkolenia pracowniczego, to czy nie oczekują tego samego nasi studenci od naszych wykładów? Behapowców ktoś rozlicza z wykonania szkolenia o określonej długości. Mniej lub bardziej świadomie skupiają się na wypełnieniu czasu. Nie stawiają sobie najpierw celu i zakładanych efektów kształcenia a potem nie zastanawiają jak i jakie dla tego efektu, przy konkretnych uwarunkowania, zastosować formy edukacyjne i ile potrzebują na to czasu. Nie, szkolenie ma trwać 5 h i czymś je trzeba zapełnić.

A czy my, uniwersyteccy wykładowcy, nie czynimy tak samo? Jesteśmy rozliczani z pensum (nie z efektów!!!). Chcemy mieć więcej godzin na przedmiot, bo to gwarantuje nam pracę a "duży" przedmiot z egzaminem daje poczucie ważności (jestem ważną personą i mam pracę). Wywalczone godziny zapełniamy treścią (najczęściej dobieramy wartościową treści, ale dalej jest to wypełnianie czasu treścią a nie dobieranie treści i czasu do założonych efektów). Nie zaczynamy od efektów. Nawet teraz, gdy wdrażane są Krajowe Ramy Kwalifikacji i wypełniamy sylabusy. W założeniach KRK stawiają nacisk na efekty. Od nich powinniśmy zacząć jakiekolwiek układanie planu (a wcześniej mocno zastanowić się, jakie efekty chcemy sięgnąć). Ale raczej dopasowujemy efekty do wywalczonych godzin niż godziny dostosujemy do zaplanowanego efektu. Bo rozliczani jesteśmy z pensum. Być albo nie być.. pracownikiem. Więc bez zmiany systemu niewiele się zmieni. Nikt pod sobą dołków nie będzie kopał… Chyba że jakiś szaleniec.

Chcemy mieć godziny, wywalczymy o nie na radzie wydziału różnymi argumentami o niezbywalnej potrzebie takiej czy innej wiedzy (przedmiotu)… a potem zmuszamy do obecności. Bo pusta sala byłaby kompromitująca, a przynajmniej niosąca dyskomfort… i jeszcze by nam ktoś te godziny zabrał… Zmuszamy do obecności, by tworzyć atrapę poczucia ważności, sensu i potrzeby naszego wykładu. Do tego konieczny jest egzamin – można postraszyć (zmotywować), że to będzie na egzaminie! Im trudniejszy egzamin, tym sami jesteśmy ważniejsi… legenda wydziału a nawet uniwersytetu, co poziom studentów trzyma. Jak kapral w wojsku, przeczołga po błocie, każe szczoteczką do zębów wyczyścić podłogę. Jest co przez lata wspominać.

Czy przyprowadzając konia do wodopoju można go zmusić do picia, nawet wciskając łeb w koryto? Z daleka będzie wyglądało, że pije, bo pysk w wodzie… Ale czy chodzi nam o tworzenie pozorów? Patrząc na codzienną praktykę niestety tak, skupieni jesteśmy na pozorach… bo ta strategia nam się opłacała i opłaca. System trzeba zmieniać od góry…. Ale i od środka. Przynajmniej mówić. Nie ten gniazdo kala co mówi, ale ten co mówić nie pozwala.

Wróćmy do naszego studium przypadku (szkolenie). W dużym stopniu jest to tworzenie pozorów i obustronne udawanie, swoista gra. Wiemy – obie strony – że musimy, więc staramy się – obie strony – nie utrudniać sobie nawzajem życia. To widać w trakcie tego szkolenia – wystarczy odrobina uważnej obserwacji. W jakimś stopniu podobną grę prowadzimy na obowiązkowych wykładach. Skoro regulaminem jesteśmy zmuszeni do sprawdzania obecności, to puszczamy listę. I udajemy, że nie widzimy nadmiernie dopisanych osób (chyba, że przekroczone zostaną granice przyzwoitości i dopuszczalnych w tej grze reguł). Prowadząc tę wysublimowaną grę dostosowujemy się do systemu, by nie oberwać po głowie. Dyskomfort z tego udawania pozostaje. Ale jest jeszcze inna możliwość: ten system można zmienić, on może być sensowny i logiczny i udział w zmienionym kształceniu może dawać nam satysfakcję… Czy znajdą się odważni, którzy to zechcą zmienić? Nie będzie łatwo. Po co się wychylać i marnować czas, który można przeznaczyć na robienie kariery? Tak więc kluczowe jest poczucie wspólnotowości i traktowanie uniwersytetu jako wspólnej wartości, wspólnego dobra. Włączając w to studentów. Bo nie są przedmiotem, są podmiotem. Może więc problem obowiązkowych lub nie wykładów, to element wizji świata i traktowania drugiego człowieka?

c.d.n

ps. Zdjęcie z Facebooka - dobrze oddaje to, że można zrobić inaczej, wbrew utartym schematom.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci