Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

UWM

O tym jak zostałem hunwejbinem dla antyszczepionkowców

sczachor

JaskowskiA było to tak. Wróciłem właśnie z Wrocławia, z bardzo interesującej debaty panelowej nt. "Przekazywanie informacji naukowej i nie tylko" (9 listopada 2017 r.) (czytaj także na Facebooku). Pojechałem tam na zaproszenie studentów redagujących Miesięcznik Studentów Politechniki Wrocławskiej „Żak” oraz Centrum Wiedzy i Informacji Naukowo-Technicznej. Bardzo inspirująca dyskusja o poruszaniu się w gąszczu informacji internetowych, o sposobach pozyskiwania rzetelnej informacji w bibliotekach, zasobach elektronicznych oraz o sposobach odróżniania rzetelnych informacji od manipulacji czy dezinformacji. Pojawiło się także pytanie o powody nieprzyswajania wiadomości niepasujących do naszego światopoglądu (szerszą relację z refleksjami po tej dyskusji panelowej zamieszczę niebawem).

Pomyślałem sobie, że są jeszcze młodzi ludzie zaniepokojeni zalewem faktoidów (materiałów przypominających fakty ale faktami nie będące) i próbujących poważnie dyskutować o przyczynach pojawiania się postprawdy i sposobów odróżniania informacji prawdziwych od medialnych manipulacji. W duchu zazdrościłem Politechnice Wrocławskiej aktywnych i odważnych studentów.

I kiedy tak „zazdrościłem” na wydziałowy Fan Page na Facebooku przyszły wiadomości od naszych studentów. Alarmujących głosów było kilka, zauważyłem także na fanpage uczelnianym. Potem także na innych wydziałach. Otóż studenci zwracali uwagę na jakieś dziwne spotkanie antyszczepionkowców, zaplanowane na naszej uczelni. W pierwszej chwili pomyślałem, że chyba przesadzają. Przecież to niemożliwe, aby u nas ktoś organizował takie antynaukowe spotkania. Poprosiłem o sprawdzenie, może to jakiś po prostu fejk lub żart. Studenci podesłali materiały ze strony Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Wiedzy o Szczepieniach STOP NOP. Sama nazwa niewiele mówi, wyguglałem i poczytałem o działaniach tegoż Stowarzyszenia i wygłaszanych poglądach pana Jerzego Jaśkowskiego. Tak, niepokój naszych studentów i troska o dobre imię uniwersytetu były jak najbardziej właściwe i wskazane. I poczułem dumę – my też mamy rozsądnych i aktywnie działających studentów !

Owszem pojawia się pytanie czy uniwersytet powinien być otwartym miejscem na debaty na każdy temat. Dla nauki nie ma tematów tabu lub zakazanych (to wyjaśnię niżej). Ale pozostaje forma i rzetelność (a nie manipulacja).

W słusznej sprawie trzeba wspierać studentów. To była sobota, święto państwowe, dzień wolny. Potem niedziela, też dzień wolny. Studenci napisali list do Rektora z zamiarem zbierania podpisów od rana w poniedziałek. Aby ułatwić upowszechnienie informacji zamieściłem list studentów na blogu wydziałowym . Nie umieściłem nazwisk studentów z dwóch powodów. Po pierwsze by nie narażać ich na niepotrzebne przykrości (i było to trafne bo nawet bez nazwisk otrzymali telefon z pogróżkami, z numeru zastrzeżonego). Po drugie dopiero się organizowali i nie mieli zebranych podpisów (w sumie jak się później okazało na kilku wydziałach zebrali ponad 550 podpisów (czytaj więcej na ten temat).

15 listopada ukazał się tekst pana Jaśkowskiego, w którym nazwał mnie hunwejbinem. Młodsi czytelnicy mogą nie wiedzieć co to znaczy, otóż „Hunwejbini albo Czerwona Gwardia – komunistyczna organizacja młodzieżowa działająca w Chinach podczas rewolucji kulturalnej, w latach 1966-1968. Podobnych organizacji powstawało wówczas wiele, ale Czerwona Gwardia była najbardziej wpływowa. Dziś określenie hunwejbin jest używane na określenie członków wszystkich z nich. Chociaż według propagandy hunwejbini mieli się zajmować prowadzeniem rewolucji, to w rzeczywistości wykorzystywani byli do wewnątrzpartyjnych rozgrywek między liderami chińskiej partii komunistycznej. Czerwona Gwardia pozostawała pod rozkazami przewodniczącego partii Mao Zedonga. Popełniała liczne okrucieństwa, torturując, przetrzymując, poniżając, a niekiedy zabijając ludzi uznanych za "wrogów ludu", do których zaliczano przede wszystkim nieliczną chińską inteligencję.” (Źródło: Wikipedia, hasło Hunwejbini https://pl.wikipedia.org/wiki/Hunwejbini)

Pan Jaśkowski użył tego epitetu ewidentnie by obrazić. Przecież nie jestem ani komunistą, ani nie prowadzę rewolucji kulturalnej itd. Taki nieuczciwy atak osobisty zamiast rzetelnych argumentów. Zwykły zabieg erystyczny, jakich w debacie akademickiej nie powinno być. Nic dziwnego, że takich prelegentów nie chcą nawet studenci ("nawet", bo młodzi ludzie mogą nie mieć jeszcze osobistych doświadczeń z manipulacjami i erystycznymi zabiegami).

Ale wróćmy jeszcze do wywodów pana Jaśkowskiego. Jednoznacznie stwierdza, że to ja jestem autorem listu do rektora. Na jakiej podstawie? Moje nazwisko widnieje jako admiratora, który zamieścił wpis na blogu. Uważa, że to z mojej strony manipulacja i podszywanie się pod studentów. Być może sądzi wedle swoich doświadczeń i wewnętrznych odczuć lub też szukał pretekstu by kogokolwiek zaatakować werbalnie. Przypisywanie mi autorstwa wynika z braku elementarnej rzetelności i zwykłej manipulacji. Albo nieporozumienia. Być może to jakieś nawykowe, niemniej typowe dla heroldów teorii spiskowych.

Dlaczego wspomnianemu stowarzyszeniu zależało na prelekcji pana Jaśkowskiego akurat w murach uniwersytetu? Przecież sal w Olsztynie nie brakuje na wszelakie spotkania duże i małe. Jak wynika z pisma pana kanclerza UWM, w zgłoszeniu stowarzyszania spotkanie zatytułowało „Edukacja w zakresie szczepień i zdrowia dzieci w tym autystycznych”. Bardzo poprawnie i daleko od pokazania poglądów głoszonych przez pana Jaśkowskiego. Typowe spotkanie edukacyjne? Gdyby nie studenci, którzy znaleźli ogłoszenie i znali poczynania tegoż Stowarzyszenia, nikt by nie zwrócił uwagi na ten sprytny kamuflaż. Wykład doktora nauk medycznych (kto by wiedział o odebraniu uprawnień?) i w murach uniwersytetu miał zapewne dodawać akademickiej wiarygodności głoszonym antynaukowym tezom. Zapewne wielu postronnych słuchaczy dałoby się nabrać na tę swoistą „mimikrę”. Stąd zapewne złość organizatorów, telefoniczne pogróżki czy wypisywane ataki na łamach portali wątpliwej jakości.

Czy na uczelni wyższej jest miejsce na każdą debatę i każdy wykład, np ruchów antyszczepionkowych? Jeśli debata, poważna to jak najbardziej, nawet z prezentacją poglądów antynaukowych. Ale z możliwością dyskusji i możliwością odniesienia się do takich poglądów. W najbliższą Noc Biologów planowana jest sesja studencka z referatami i debatą o szczepionkach i szczepieniach. Żadne poglądy nie są wykluczone z dyskusji. Ale zasady są jedne: żadnych nieuczciwych, erystycznych manipulacji. Fakty a nie faktoidy, dowody i argumentacja a nie manipulacja. Uniwersytet nie zamyka się na żadne tematy, nawet z pozoru najbardziej dziwne. To nie temat a sposób prowadzenia wywodów i debaty jest ważny i definiujący akademickość dyskusji.

Dlaczego to jest groźne?

Poglądy i sposób głoszenia treści przez ruchy antynaukowe, w tym antyszczepionkowców to także podwójne zagrożenie dla całego społeczeństwa. Po pierwsze stanowią zagrożenie nie tylko dla pojedynczych osób, oszukanych niby naukową otoczką (przecież na uniwersytecie to mówili), ale stanowią zagrożenie epidemiologiczne dla całego społeczeństwa. Równie groźne jak ataki terrorystyczne z użyciem broni biologicznej. Drugie niebezpieczeństwo to osłabiona odporność na internetowe manipulowanie i wojnę hybrydową. Już wyjaśniam, co mam na myśli.

Obowiązkowe szczepienia dotyczą groźnych chorób mogących wywoływać epidemie (lub groźnych dla zdrowia). Jeśli liczba osób niezaszczepionych wyraźnie wzrośnie, wtedy groźba epidemii staje się coraz bardziej realna. Masowe zachorowania. Zupełnie jak przy ataku bronią biologiczną. Mocne słowa? Jeśli trzeba, to je szczegółowo uzasadnię. W każdym razie działalność takich ruchów antyszczepionkowych stanowi zagrożenie dla całego społeczeństwa.

I drugi aspekt. Poprzez anonimowe, czasem generowane przez boty (sztuczną inteligencję) faktoidy i zmanipulowane informacje, szybko roznoszące się wiralowo w internecie, można wpływać na wybory parlamentarne całych narodów. W ostatnich latach mieliśmy tego wyraźne przykłady w kilku miejscach na świecie. To może zagrażać bezpieczeństwu całego narodu czy państwa. Sprawa jest więc bardzo poważna. Jak bronić się przed takimi destrukcyjnymi manipulacjami? Można porównać tę wojnę internetową do choroby zakaźnej. Jeśli duża część społeczeństwa będzie potrafiła weryfikować informacje, sprawdzać ich wiarygodność, to społeczeństwo jako całość będzie odporne na manipulacje i wojnę hybrydową. Pozwolę sobie porównać edukację do szczepienia i odporności grupowej. W tym przypadku odporności na kłamstwa, faktoidy i post prawdę.

Cywilizacyjnie sprawa jest naprawdę bardzo poważna. Dlatego bardzo się cieszę z postawy i skutecznego działania studentów, zarówno tych w Politechnice Wrocławskiej jak i naszych na UWM. Potrafią nie tylko dostrzegać problem ale i skutecznie działać zespołowo. Zebranie ponad pół tysiąca podpisów w ciągu kilku godzin na kilku wydziałach świadczy nie tylko o zaangażowaniu ale i umiejętności pracy zespołowej.

Miałem dużą przyjemność choć w małym stopniu wesprzeć ich poczytania. Tak jak wielu innych pracowników mojego Uniwersytetu.

Debata na każdy temat? Tak. Manipulacje? Nigdy! Przynajmniej nie w przestrzeni uniwersyteckiej.

Tekst pana Jaśkowskiego, zamieszczony na górze (fragment) pochodzi z tego bloga: http://www.kuprawdzie.pl/jaskowski-kontra-czachorowski/ 

Niżej skany i zrzuty ekranów, odnoszące się do omawianych treści.

kanclerz

plan_dojazdu

23318966_1605739719483292_6006497947898162886_n

Studencie, nie bój się popełniać błędów

sczachor

kamishibaiSłowa te kieruję przede wszystkim do studentów, z którymi prowadzę zajęcia. Ale z uwagi na fakt, że żyjemy w czasach edukacji ustawicznej, kieruję je praktycznie do każdego. Wszyscy się ciągle uczymy, nie tylko w szkole czy na sformalizowanych kursach.

Dlaczego nie bać się popełniania błędów? Przecież błąd to coś niedobrego, niepoprawnego, niedoskonałego, coś za co obniżają ocenę, wypominają, czasem szydzą i wyśmiewają się. Same zło? Być może z tego strachu przed popełnieniem błędów boimy się wypowiedzieć, działać, spróbować czegoś nowego. A przecież uczymy się poprzez działanie, poprzez podejmowanie kolejnych prób. Zdobywamy w ten sposób doświadczenie i wiedzę głębszą niż tylko powierzchowną.

Aby to zilustrować posłużę się trzema przykładami. Pierwszy dotyczy dawnych czasów licealnych, a drugi jest współczesny i odnosi się do zamieszczonego zdjęcia.Trzeci najbardziej aktualny.

W czasach liceum nie wiedziałem, że jestem dyslektykiem. W pierwszej klasie na pierwszej pracy klasowej popełniłem kilka błędów. Otrzymałem ocenę niedostateczną. Przypomnę, że wtedy to była najniższa ocena, jedynek nie było. Wystraszyłem się swoich błędów (przy walnym udziale polonistki). Na kolejnych pracach klasowych starałem się jak naj mniej pisać. Po prostu bałem się pisać…. I moje wypracowania wychodziły marnie, brak ciekawej treści a do tego zawsze jakieś błędy w ortografii czy interpunkcji. Za sukces uznałem ocenę 3 z trzema minusami...  Kilkuletnia trauma. Dopiero na korepetycjach, u innej polonistki, nauczyłem się pisać jako tako. Chodzi o kompozycję (uwierzyłem w siebie, że dam rade... zdać do nastęnej klasy). A jeszcze inna polonistka, w kolejnych latach nauki, bardzo dyskretnie nauczyła mnie odwagi. Do tego stopnia, że na pracy klasowej pisałem wiersze jako element … wypracowania. Pełna odwaga wypowiedzi i otwarcie na świat. Jestem jej wdzięczny do dzisiaj. Za wydobycie odwagi i to, co w wypowiedziach młodego człowieka było najważniejsze, najciekawsze. Oczywiście, dyslektykiem pozostałem i błędy robię dalej. Ale błędy ortograficzne, literowe czy interpunkcyjne można poprawiać . Wymaga to tylko więcej pracy. Dysleksja to zaproszenie do cięższej pracy.

Strach przed popełnieniem błędu powoduje, że nic lub niewiele robimy. Wciskamy się w kąt życia a swoje talenty ukrywamy (nawet o nich nie wiedząc). To tak jakby pójść na urodziny i nie zjeść urodzinowego tortu… ze strachu, że być może zaszkodzi itd.

Minęło wiele lat. Czas studiów to dobry okres na naukę i poszukiwania, próbowania wielu różnych możliwości. Uczeń-student ma prawo czegoś nie wiedzieć czegoś nie umieć perfekcyjnie. Przecież dopiero się uczy. A jak ma kucharz nauczyć się gotowania, gdy praktycznie nie spróbuje? Ciągle czegoś nowego. Nawet jeśli na początku przypali, przesili, przesłodzi… to zdobywa doświadczenie. Wie już ile to jest szczypta soli. Nabiera wprawy manualnej i wyobraźni jak produkt będzie wyglądał finalnie. Błądzenie i popełnianie pomyłek jest elementem uczenia się. To w wyniku kolejnych prób, powtarzania dochodzimy do wprawy. Zatem spróbuj czegoś nowego. A ponieważ jest to nowe, to z oczywistych względów nie będzie jeszcze doskonałe.

Na zdjęciu moja próba z opowiadaniem bajki kamishibai. Od prawie roku próbuję i ćwiczę przed różną publicznością, w różnych warunkach. Za każdym razem dostrzegam swoje kolejne niedociągnięcia, braki (jak i to, co się udało). Teraz dostrzegam co i jak należy zmienić i czego jeszcze się nauczyć. Samo czytanie o kamishibai nie dałoby mi takiej głębszej wiedzy. Praktyczne działanie, własne próby i obserwacja rezultatów (jak i siebie samego w akcji) pozwala na pełniejsze zrozumienie. Pozwala na dostrzeżenie swoich słabych i mocnych stron. A przy kolejnym razie, dostrzegę swoje kolejne niedociągnięcia. Bo w miarę uzyskiwania doświadczenia i wprawy, dostrzega się znacznie więcej. Samokrytyka jest potrzebna, lecz trzeba trzymają ja na wodzy… nawet jeśli inni ochoczo w tym nam pomagają.

I przykład ostatni, sprzed kilku dni. Brałem udział jako wykładowca w e-konferencji (webinarium). Nigdy wczesniej tego nie robiłem (a wiem, że trzeba się tego nauczyć - takie czasy). Co prawda dwa razy uczestniczyłem jako bierny słuchacz w webinariach – czyli miałem jakieś mgliste wyobrażenie. Ale czym innym jest słuchać, a czym innym mówić i pokazywać. Przede wszystkim to kwestia techniczna – czy będę potrafił? Przygotowałem się i zrealizowałem. Potem mogłem odsłuchać się i zobaczyć jak to wypadło „z drugiej strony”. Dostrzegłem kilka problemów, o których nie pomyślałem wcześniej. Po pierwsze animacje w prezentacji nie zadziałały. Wniosek dla mnie, że trzeba inaczej przygotować samą prezentację. Po drugie wskaźnik za bardzo „latał” po ekranie (mogło to rozpraszać). Okazuje się także, że ważna jest kamera i mikrofon. Korzystanie z laptopa jest gorsze niż z komputera stacjonarnego… bo w laptopie mikrofon zbyt mocno zbiera dźwięki z klawiatury. Zatem nie należy pisać na czacie, gdy się jest prelegentem z włączonym mikrofonem. Itd., itp. Gdybym nie spróbował, to bym nie miał tego doświadczenia i tych refleksji. Na własnych błędach sporo się można nauczyć. Teraz przede mną kolejne wyzwanie – zorganizować webinarium lub e-konferencję jako organizator. Potrzebne będą kolejne umiejętności techniczne, nie widoczne dla uczestnika….

Zatem droga studentko i drogi studencie – nie bójcie się popełniania błędów! A w zasadzie powinienem napisać tak: nie bój się nowych wyzwań i próbowania nowych działań, mimo że wiąże się z niedoskonałością pierwszych prób, czasem topornością „dzieła” czy ujawnieniem się różnych braków. W procesie uczenia się, w poszukiwaniach, masz prawo do popełniania różnych błędów. Jeśli nie teraz, to kiedy? Teraz jest jeszcze nauka i ktoś, kto podpowie, skoryguje. Potem będzie praca i życie na serio. Z mniejszą wyrozumiałością otoczenia.

Śmiało. Zrób coś nowego. Studia to nie tylko uczenie się z książek i chodzenie na zajęcia. To okazja by poznać nowych ludzi. Nie ważne gdzie studiujesz, ważne kogo spotykasz. Dotyczy to także wyzwań i różnorodnych działań.

Niech strach przed błędami nie blokuje ci dostępu do wszelakiego eksperymentowania.

Muzeum Nauki cz. 6. Czy lepiej być brudnym czy głupim?

sczachor

Czy lepiej być brudnym czy głupim? Oczywiście, że głupim… bo nie widać. Tak anegdotycznie można zilustrować niewidoczność (nieuchwytność) wiedzy. Mają z tym problem nauczyciele na wszystkich poziomach: od przedszkola do doktora (studia doktoranckiej). Po prostu nie widać tego, co jest w głowie.

Wiedzę rozumianą jako wiadomości, umiejętności i rozumienie, oceniać można po efektach. Przypomina to trochę rozpoznawanie przedmiotów z zamkniętymi oczami, tylko po dotyku. Nic dziwnego, że o zabawne pomyłki nie trudno.

Jaką wartość mają badania naukowe? Setki naukowców przebywa w swoich laboratoriach, salach wykładowych, ba nawet kawiarniach. Cóż oni robią? Siedzą i myślą? A czy jest to jakikolwiek wysiłek? Nie machają kilofem, młotkiem czy łopatą, a więc z pozoru „nic nie robią”. Tylko czasem trud myślenia uwidacznia się na twarzy… ale raczej wtedy, gdy z myśleniem są jakieś kłopoty, na przykład na egzaminie czy klasówce.

Czy istnieje coś, czego gołym okiem nie widać? Społeczeństwa coraz więcej pieniędzy wydają na utrzymanie instytucji naukowych, na badania i eksperymenty. Czy warto i czy są jakieś wartościowe owoce tych działań? Wiedzy nie widać. Dostrzec możemy jedynie wytwory tej wiedzy. Ale nawet do zdawałoby się najprostszych wynalazków, teorii, koncepcji ludzkość dochodziła zbiorowym wysiłkiem przez stulecia. Korzystając na co dzień z różnorodnych urządzeń, korzystając z zasobów wiedzy i rozumienia świata wokół nas, najczęściej zapominany o tej mało widocznej pracy intelektualnej. Bo przecież na pierwszy rzut oka nie widać na ulicy, kto jest mądry, kto przeciętny a kto głupi. Co innego z czystością – brudnego dostrzeżemy od razu.

W ramach Olsztyńskich Dni Nauki w 2007 roku powstała czasowa wystawa, zatytułowana „Muzeum nauki”. Pisałem już o niej kilka razy. Przypominam, bo sprawa jest cały czas aktualna i warto do niej wracać. Nie było to muzeum techniki, ale właśnie muzeum nauki w szerokim słowa tego znaczeniu. Trudno jest udokumentować proces powstawiania wiedzy. Ale można zgromadzić wytwory tej wiedzy i w ten sposób opowiedzieć jak zmieniał się świat. Od astrolabium i tablicy astronomicznej Kopernika do telefonów komórkowych i nawigacji satelitarnej, od żarna i sierpa do roślin transgenicznych i kurnika z Internetem, od gęsiego pióra i inkaustu do komputerów.

Na wspomnianej wystawie przed dziesięciu laty zgromadzone zostały także przedmioty towarzyszące powstawaniu wiedzy w czasie różnorodnych dyskusji, konferencji, kongresów, seminariów. Drobne gadżety próbujące udokumentować to, co trudne jest do dostrzeżenia.

Społeczeństwo wiedzy to społeczeństwo, którego rozwój oparty jest o wiedzę. To znacznie więcej niż wąsko pojmowana gospodarka oparta na wiedzy. Także filozofia, humanistyka i sztuka wpływają na rozwój gospodarczy, pomimo że nie wytwarzają technicznych wynalazków. Ale znacząco wspomagają proces powstawania wynalazków. Być może tamta wystawa pozwoliła niektórym osobom zobaczyć to, co nieuchwytne, ulotne a jednocześnie niezwykłe. Sądzę jednak, że warto takie wystawy organizować częściej lub stworzyć stale działające Muzeum Nauki.

Niżej przypominam kilka opisów, które na tablicach towarzyszyły tamtej wystawie. Treść jest aktualna.

Sala wykładowa i konferencyjna

Kiedyś była tylko kreda i tablica. Potem pojawiły się pierwsze rzutniki pisma oraz epidiaskopy. Pierwsze foliogramy były przygotowywane ręcznie. Teraz w salach wykładowych i podczas konferencji królują rzutniki multimedialne i prezentacje komputerowe. Drewniane wskaźniki zastąpione zostały wskaźnikami laserowymi.

Pierwsze plakaty naukowe (postery) wykonywane były prostymi technikami graficznymi, z piórkiem kreślarskim, patyczkiem, tuszem, wzornikami do pisma, aerografem. Rapidograf i literki samoprzylepne wydawały się wielkim ułatwieniem pracy. Teraz cały plakat przygotowywany jest w komputerze, przenoszony do drukarni na płycie CD i drukowany w dowolnej liczbie egzemplarzy, nie tylko na papierze ale i różnorodnych tworzywach. Niebawem pojawią się pewnie plakaty umieszczane na „papierze”-ekranie ciekłokrystalicznym, będącym zarówno przekazem multimedialnym jak i interaktywnym.

Wszystkie te zmieniające się coraz szybciej gadżety technologiczne wspomagają jedynie warunki powstawania myśli. Bo te rodzą się w trakcie dyskusji osoby z osobą. Gadżety ułatwiają tylko komunikację i coraz sprawniejszy przekaz informacji. Istotne pozostaje jednak samo spotkanie i sama dyskusja, sam przepływ myśli z głowy do głowy.

W terenie i laboratorium

Niegdysiejszy szkicownik zastąpiły najpierw aparaty fotograficzne (analogowe). Teraz na wyposażeniu naukowca są aparaty cyfrowe, dyktafony, GPS-y, laptopy, palmtopy, telefony komórkowe i inne cuda „nafaszerowane” elektroniką. Z użycia zniknęły dyskietki pięciocalowe a bliskie wycofania są dyskietki 3,5 calowe [pisałem to w roku 2007 , teraz tych dyskietek już niema, a i płyty CD wychodza z uzycia...] . Obecnie królują płyty CD, DVD i przenośne nośniki pamięci. W szybkim tempie zmieniają się „gadżety” do spisywania myśli, które rodzą się w głowach naukowców. Mimo jednak ogromnego postępu technologicznego i licznych „gadżetów” – procesy myślowe dalej są nieuchwytne.

Gadżety konferencyjne

Naukowcy nie jeżdżą na konferencje i sympozja po kubki, koszulki czy na uroczyste kolacje. Głównym celem udziału w konferencji jest dyskusja i wymiana myśli, poszukiwanie naukowych inspiracji do dalszych badań. Naukowiec jeździ na kongresy aby przedstawić własne wyniki badań i poddać je obiektywnej dyskusji, jeździ aby zapoznać się z wynikami innych naukowców z całego świata. W końcu spotkać się z ludźmi z bardzo daleka i podyskutować. Nauka rozwija się poprzez dyskusje. Im więcej osób uczestniczy w tych dyskusjach, tym szybsza i głębsza jest wymiana myśli, a co za tym idzie postęp naukowy.

Po tych spotkaniach i rozmowach pozostają jedynie wtórne ślady: zdjęcia, programy, zaproszenia, streszczenia referatów oraz różnego typu gadżety konferencyjne takie jak: identyfikatory, okolicznościowe znaczki i koszulki, notatniki, okolicznościowe długopisy, kubki, maskotki itd. Myśli naukowców są dla nas niewidoczne. Jako ślad pozostają tylko drobiazgi konferencyjne. Identyfikatory ułatwiają odszukanie się osób w czasie konferencji, programy i streszczenia ułatwiają dotarcie do interesującego posteru czy referatu, kubeczki i koszulki z logo konferencji mają ułatwić zapamiętanie spotkania, adresu instytucji naukowej czy zespołu badawczego. Wszystko są to ślady spotkań i dyskusji naukowych. Nie są nimi samymi. Tak jak ślad stopy na piasku są tylko śladem obecności osoby, a nie nią samą.

Dyskusje odbywają się w trakcie różnorodnych seminariów, konferencji, zjazdów, posiedzeniach naukowych z obronami prac doktorskich i kolokwiami habilitacyjnymi. Ale dyskusja odległych osób odbywa się także za pomocą tradycyjnej korespondencji, publikacji naukowych drukowanych w specjalistycznych czasopismach (najczęściej międzynarodowych), książek i monografii. W ostatnich latach dyskusja uległa zintensyfikowaniu dzięki poczcie elektronicznej i Internetowi.

Muzeum Nauki, cz. 5. Kręta droga i muzeum przyrodnicze ciągle w marzeniach

sczachor

Gablota z wystawy W 2007 roku marzyło mi się profesjonalne muzeum przyrodnicze (w szerszym sensie muzeum nauki) w Olsztynie. Muzeum gromadzące zbiory dla celów naukowych, zarówno w postaci zwierząt i roślin czy banku nasion, które będą w przyszłości wykorzystywane do badań genetycznych, jak i zbiory gromadzące okazy do dalszych badań taksonomicznych, morfologicznych, anatomicznych itd. Wiele elementów tak rozumianego muzeum wtedy już było i obecnie też jest – rozproszona po wydziałach i katedrach oraz w zbiorach prywatnych i instytucjach pozaakademickich. Ale czasem bywa tak, że naukowy odchodzą na emeryturę a ich zbiory i kolekcje ulęgają powolnemu zniszczeniu i rozproszeniu.

Marzyło mi się muzeum, które oprócz celów naukowych miałoby funkcje popularyzatorskie i dydaktyczne, które w atrakcyjny i profesjonalny sposób ukazywałoby osiągnięcia równych dziedzin naukowych. Tak rozumiane muzeum byłoby kolejną atrakcją turystyczną Olsztyna oraz znakomitym elementem zaplecza badawczego. Jak już wspomniałem, wiele elementów już jest. I jestem przekonany, że środowisko akademickiego powoli, ale systematycznie w tym kierunku zmierza. Tak pisałem w 2007 roku. Chyba się pomyliłem. Potencjał cały czas jest, ale muzeum przyrodniczego nie widać. Wiele przyczyn się na to złożyło. Modne stały się inne kierunki działań naukowych. A prawdziwe muzeum przyrodnicze powstają na innych uniwersytetach. Może i w Olsztynie kiedyś pojawi się sprzyjająca okazja na tak rozumiane muzeum przyrodnicze.

Moja inicjatywa w 2007 roku, przy okazji V Olsztyńskich Dni Nauki, była tylko jednym z wielu, maleńkich kroczków. Bo nauka to działanie zespołowe i kumulatywne.Udaje się te przedsięwzięcia, które realizowane są przez wielu, czasem niezależnie od siebie, ale w jednym nurcie. 

Celem wystawy  „Muzeum Nauki” z 2007 roku, którą wtedy przygotowaliśmy, było to przypomnienie o istnieniu Archiwum i Muzeum Uniwersyteckiego, gromadzącego określone pamiątki po olsztyńskich naukowcach (ale pamiątki takie znajdują się także w Muzeum Warmii i Mazur). Nie można tworzyć wystawy z niczego. Pomysłem na wystawę było pokazanie procesów „naukowego myślenia”, poprzez zebranie różnorodnych drobiazgów, towarzyszących naukowcom w trakcie różnorodnych dyskusji, konferencji. Ważnym elementem było opowiadanie o tym, dlaczego naukowcy wyjeżdżają na konferencje, czasami bardzo daleko. Żmudne i czasochłonne badania w końcu przekładają się na wynalazki i udogodnienia w życiu codziennym. We współczesnym świecie nauka jest już świadomie wspierana jako zyskowny element rozwoju gospodarczego. Żyjemy w społeczeństwie, którego gospodarka oparta jest na szeroko rozumianej wiedzy. Choć czasem można odnieść wrażenie, że dominują w życiu codziennym irracjonalne teorie spiskowe i egzotyczne zabobony. 

Sama nazwa „Muzeum Nauki” może wzbudzać zdziwienie. Muzeum kojarzy się nam z muzeum techniki, muzeum historycznym, archeologicznym. Ale jak można pokazać naukę? Czyli co? Naukowców w ich pracy, w ich tajemniczym procesie odkrywania, wytwory ich pracy, zarówno te wytwory pomagające odkrywać, jak i te produkty finalnej, jakie znamy z życia codziennego. W sumie nie jest to żadna zbytnia nowinka, bo w Warszawie już od dawna istnieje Muzeum Ewolucji. A od kilku lat z sukcesem funkcjonuje Centrum Nauki Kopernik. Do dobrego muzeum potrzebne są eksponaty i opowieść. Sama opowieść ( i trochę gadżetów multimedialnych) nie wystarczy, jak i nie wystarczą same eksponaty, poukładane w gablotach. Zatem zbierajmy eksponaty (uchrońmy je prze zniszczeniem i wyrzuceniem na śmietnik) i wymyślajmy opowieści.

Olsztyn jest coraz bardziej miastem turystycznym. Tylko co w nim oglądać? Jeden zamek, starówkę, katedrę? Co jeszcze można zobaczyć, tak żeby zatrzymać się na dłużej? Olsztyn to miasto uniwersyteckie. Czy wiedza naukowa może być atrakcją do oglądania, zwiedzania? W 200 7 roki i obecnie twierdzę, że wiedza może być atrakcją turystyczną w szerokim rozumieniu. Sukcesy centrów nauki (Warszawa, Toruń, Gdańsk, Gdynia) są tego dobrym przykładem. A także duża frekwencja na różnego typu uniwersyteckich piknikach naukowych. 

Najsławniejszym naukowcem Olsztyna jest bez wapnienia Mikołaj Kopernik. Trochę pamiątek można zobaczyć w Muzeum Warmii i Mazur na zamku, obejrzeć dwa pomniki. I co dalej? W Planetarium (trochę niestety niepotrzebnie przez olsztyniaków zapomnianym) można zobaczyć „kamienie z nieba”. Niektóre „naukowo magiczne” miejsca wymagają odkrycia i wypromowania.

Środowisko akademickie w Olsztynie jest od ponad pół wieku (nie licząc seminarium). Czy nie ma po działalności naukowej żadnego śladu, dostrzegalnego dla turysty? Czy tylko nazwy ulic w Kortowie i na Brzezinach i kilka głazów oraz tablic pamiątkowych? Nie, śladów jest wiele. Warto je tylko wydobyć do społecznej świadomości i dobrze pokazać także i turystom. 

Nauka i naukowcy cieszą się dużym autorytetem w polskim społeczeństwie. Jeszcze. Wielu przeciętnych zjadaczy chleba chciałoby „podpatrzeć” naukowców w ich pracy, chociaż przez chwilę być współuczestnikiem odkryć, poszukiwań, chociaż przez chwilę poczuć klimat „badań i odkrywania”. Być może dlatego, że każdy z nas choć w maleńkiej części czuje się odkrywcą, poszukiwaczem i eksperymentatorem.

Śladów badań naukowych jest wiele. Trzeba umieć je tylko pokazać. Miejsca różnych eksperymentów, miejsca pracy itd. Wystarczy tylko mu o tym opowiedzieć w przystępny i zrozumiały sposób, a w tafli jeziora „zobaczy” więcej. Poczuje, że jest w „magicznym” miejscu, poczuje się współuczestnikiem.

To samo można powiedzieć o zwykłych konferencyjnych gadżetach. Nie są one przecież celem wyjazdów na konferencje naukowe. Są one tylko śladem, pamiątką, praktycznym gadżetem, ale przemijającym. Co i ile można wyczytać z okolicznościowego długopisu, programu czy zaproszenia? Potrzebna jest wypowiedź uczestników, „świadków”. I potrzebne są sprawne pióra, które spiszą w ciekawy sposób opowieści o ludziach, ich odkryciach, życiu i pasji. Samo zebranie naukowych drobiazgów to tylko pierwszy krok. Ogromnie przydatne byłyby wspomnienia. Te sukcesywnie drukować może prasa (ale nie tylko papierowa lecz i internetowa). Byłby to swoisty przewodnik „muzealny” w odcinkach i przypomnienie wybitnych profesorów, naukowców, związanych z Olsztynem. Część z nich jest już na emeryturze, o części pamiętają jeszcze znajomi, rodzina. Może pomogą ocalić od zapomnienia, osoby i myśli, które mniej lub bardziej zmieniły naszą rzeczywistość.

Mamy już dobre narzędzia do takich opowieści: escape-roomy, grywalizacje, questingi itd. W regionie powstają różnorodne wioski tematyczne. Może znajdą się kreatywni ludzie, którzy zaproponują podobne rozwiązania, wykorzystujące naukę i naukowców z Olsztyna oraz regionu.

Muzeum nauki, cz. 2. z dygresją do 8. marca (Dnia Kobiet) i podróży Odysa

sczachor

muzeum_naukiPrzypominam dyskusję sprzed 10 lat, w sprawie Muzeum Nauki, pokazując początki. Bo przez te lata dyskusja nie zamarła, przybierała różne formy, w tym „faktów dokonanych” czyli zrealizowanych przedsięwzięć, popularyzujących naukę (wiedzę). Warto co jakiś czas obejrzeć się za siebie i chwilę się zastanowić.

Drugim pretekstem jest zbliżający się Dzień Kobiet. 10 lat temu posłużyłem się tym przykładem, by uzmysłowić sens pikników naukowych, jako przedsięwzięć wcale nie jednodniowych i jednorazowych. Wtedy mieliśmy tylko Dni Nauki, zapoczątkowane w wielu uczelniach Polski z inicjatywy Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Na początku XXI wieku urodził się pomysł popularyzacji nauki i uczelni w formie pikników naukowych. Pomysł przerwał próbę czasu i znacząco się rozrósł.

Dla podkreślenie znaczenia kobiety, dla swoistego uhonorowania i wydobycia ważnej roli z cienia niedostrzegania, ustanowiono Dzień Kobiet. I nie chodzi o to, żeby kobiety szanować i zwracać na nie uwagę przez jeden dzień w roku. Sensem Dnia kobiet jest zwrócenie uwagi, przypomnienie. Podobnych „dni” wymyślono więcej, m.in. Dni Nauki. Dzień Nauki nie ma jeszcze ustalonego dnia w kalendarzu. Od początku XXI w. we wrześniu z inicjatywy ministerstwa, w wielu ośrodkach akademickich organizowane są pikniki naukowe. Podobne festiwale naukowe odbywają się także i w innych terminach. Częśc uczelni przeniosła te festiwale na maj i czerwiec. Ale powstały i inne, np. Noc Biologów w styczniu, czy mmiedzynarodowy Dzień Fascynujących Roślin (w maju). 

gazetauniwOtwarcie się Olsztyńsich Dni Nauki na inne środowiska (pozauczelniane) oraz media zaowocowało przekształceniem Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki (sztuka pojawiła się w trakcie by pełniej oddać charakter akademickiego pikniku) w imprezę widoczną i o dużej skali. Jedną z przyczyn tego sukcesu było traktowanie upowszechniania nauki jako ważnego i wartościowego elementu misji uniwersytetu. Gdzieś w tle przewijała się cały czas idea „muzeum nauki”, w szerokim sensie tego określenia. I dążność by upowszechnianie nauki w nowoczesnej formie nie trwała tylko przez trzy dni w roku, lecz by był to proces ciągły. Rok później, w 2008 roku,  udało się uzyskać grant europejski na Noc Naukowców („Olsztyn Science Days Researchers Night 2008”), będącą finałem Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki. Akronim też był znaczący: ODYSNight. Długa podróż do olsztyńskiego, nowoczesnego Muzeum Nauki, ciągle trwa.

achremczyk20091Można by zadać pytanie: dlaczego po ogromnych odkryciach naukowych i zastosowaniu ich w praktyce w wieku XX, dlaczego w wieku XXI określanym jako wiek gospodarki opartej na wiedzy i społeczeństwa informatycznego, w ogóle „emancypować” badania naukowe i poprzez Dzień Nauki zwracać na naukę uwagę społeczeństwa? Czyż wartość nauki nie jest widoczna i oczywista sama przez się? Czyż w społeczeństwie coraz lepiej wykształconym z rosnąca liczbą inżynierów, magistrów i doktorów warto jeszcze popularyzować badania naukowe? Czyż mało jest programów edukacyjnych w radio, telewizji, Internecie, czyż mało jest popularyzatorskich czasopism, aby jeszcze angażować w pokazywanie wyników badań samych naukowców i otwierać drzwi uniwersyteckich laboratoriów? Na wszystkie powyższe pytania można odpowiedzieć twierdząco: tak, trzeba, warto. Tym bardziej, że z radia i telewizji zniknęły programy popularnonaukowe. Być może uda się je przywrócić na nowo, pokazując jak ważna jest nauka i że jest ważną częścią kultury

Badania naukowe nie są wiedzą tajemną i zastrzeżoną. Wiedza naukowa jest dla wszystkich (a teraz rozwijany jest na duża skalę projekt Uniwersytetów Młodego Odkrywcy - w naszym województwie aż cztery projekty!). Co więcej, badania naukowe w Polsce są bardzo słabo finansowane – w porównaniu do innych krajów rozwiniętych. Tak było w 2007 roku i jest jeszcze obecnia (mimo widocznego postępu). Zarówno jeśli chodzi o dotacje z budżetu (a więc z kieszeni podatnika), jak i wsparcie z gospodarki. Jeśli Polska ma się liczyć we współczesnym świecie i gospodarce opartej na wiedzy, musimy więcej inwestować. Żeby inwestować, ogół społeczeństwa musi rozumieć istotę badań naukowych i szybko poznawać efekty. Jak na razie wydatki na naukę przegrywają z różnymi innymi „pilnymi” potrzebami. O finansowaniu badań naukowych decyduje po pierwsze podatnik (a więc przeciętny Kowalski), po drugie przemysł i gospodarka. Taki jest właśnie sens Olszyńskich Dni Nauki – popularyzacja osiągnięć i wspieranie wielu innych, standardowych działań Uniwersytetu.

Jednym z przykładów wartości badań naukowych jest „przewrót kopernikański” – opracowanie nie tylko nowego modelu kosmologicznego (opisanie ruchów planet), ale dogłębne przewartościowanie systemu myślowego i filozoficznego. Zdawałoby się, że jeden człowiek, związany z Olsztynem, Mikołaj Kopernik w zaciszu pracowni dokonał genialnego odkrycia. Odkrycia, które zmieniło obraz cywilizacji. To oczywiście uproszczony i skrócony obraz odkrycia naukowego. Bo o ile odkrycia dokonał jeden człowiek, to w potwierdzanie, sprawdzanie i uzasadnianie zaangażowanych było setki, a raczej tysiące innych.

Często w opinii potocznej przedstawiany jest obraz Kopernika, który z obawy przed Kościołem opóźniał wydanie swojego dzieła (ukazała się na łożu śmierci). Więcej w tym schemacie ideologii niż zrozumienia istoty badań naukowych. Kopernik dość szybko w szkicu opublikował zarys swojego heliocentrycznego pomysłu. W tym czasie jednak ukazało się duże i kompleksowe dzieło z systemem ptolemeuszowskim. Sam Kopernik uznał, że aby przekonać do swojego pomysłu, do swojej idei, musi dokładniej uzasadnić i dokonać wielu obserwacji i pomiarów, że musi opracować równie obszerne i kompleksowe dzieło (współcześnie przy silnej presji na "punkty" nie miałby szansy pracy na żadnej uczelni...). Sprawdzanie i uzupełnianie zajęło mu kilkadziesiąt lat życia. A i tego było za mało – w koncepcji Kopernika było i wiele wyjątków, wiele niewiadomych. Do pełnej weryfikacji i przyjęcia za obowiązująca teorię potrzeba było jeszcze kolejnych 150 lat, potrzeba było opracowania nowej metodologii naukowej, wynalezienia teleskopu, opracowania nowych technik badawczych, potrzeba było Galileusza, Keplera i wielu innych mało znanych poszukiwaczy prawdy naukowej. Aby „wstrzymać Słońce i ruszyć Ziemię” potrzeba było nie tylko geniuszu Kopernika, Galileusza, Keplera, potrzebny był wielowiekowy rozwój nauki przed Kopernikiem, jak i wiele tysięcy „osobogodzin” mało widowiskowego ślęczenia w laboratorium.

Sensem Dni Nauki (a od kilku lat Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki) i różnego typu festiwali naukowych (Europejska Noc Naukowców. Noc Biologów, Uniwersytetu Młodego Odkrywcy itd.) jest otwarcie „tajemniczych” laboratoriów naukowych i pokazanie owego żmudnego poszukiwania, sprawdzania, weryfikowania. Na jedno odkrycie, na jeden wynalazek przypada dziesiątki nieudanych prób, błądzenia, wiele nieudanych prototypów. Ale tak jak w dalekiej pielgrzymce, potrzebne są żmudne pojedyncze kroki, aby dojść do celu, tak i w badaniach naukowych potrzebne jest codzienna praca. Czyż nie jest intrygującym podejrzeć tą tajemniczą prace badawczą? A najlepiej samemu choć na krótko być współuczestnikiem? Odyseusz i jego długa podróż, może być dobrym symbolem poszukiwań naukowych. 

Warto przy okazji przypomnieć, że badania naukowe to nie tylko skomplikowane przyrządy, droga aparatura czy wymyślne laboratoria. W badaniach naukowych najważniejszy jest sposób myślenia – choć myślenia nie można zobaczyć (jedynie wytwory).

Czym jest nauka rozumiana jako proces badawczy? Jest sposobem poznawania świata, a więc tym, czym w mniejszym lub większym stopniu zajmują się wszyscy ludzie od zarania dziejów. Wszyscy poznajemy świat z czystej tylko ciekawości oraz z chęci uczynienia świata wygodniejszym, bezpieczniejszym. Wiedzę naukową można porównać do mapy – im lepsza wiedza (pełniejsza, dokładniejsza, bliższa rzeczywistości), tym łatwiej i szybciej trafić do wybranego celu, nie zbłądzić, uniknąć niebezpieczeństwa. Kiedy idziemy na spacer bez celu, dokładna mapa nie jest nam potrzebna. Kiedy jednak chcemy dotrzeć do określonego celu w szybkim czasie – im dokładniejsza mapa, tym lepiej. W gospodarce opartej na wiedzy „dokładne mapy” są nam niezwykle potrzebne i przynoszą nam wymierne korzyści ekonomiczne.

Badania naukowe są udoskonalonym, skodyfikowanymi i kontrolowanym „zwykłym” procesem ludzkiego poznania. Są jak traktor z wieloskibowym pługiem w porównaniu do sochy. Idea orki pozostaje ta sama, ale efektywność jest inna. A myślenie krytyczne i stosowanie metodologii naukowej przydaje się każdemu w życiu codziennym. Dlatego największą wartością kształcenia uniwersyteckiego jest wyposażenie absolwentów w kompetencje myślenia naukowego (krytycznego)

Wiedzę naukową porównać można do programu komputerowego – jako takiej nie widać. Kiedy komputer jest wyłączony lub program nie uruchomiony – trudno poznać wartość i przydatność takiego programu komputerowego. Gdy program działa (np. edytor tekstu, w którym piszę niniejszy artykuł) na ogół nie zdajemy sobie sprawy ile osób i jak długo pracowało i udoskonalało to narzędzie pracy. Nawet biblioteka – jeśli książki nie są czytane – jest tylko składem papieru. Poprzez swoją wirtualną nieuchwytność wiedza naukowa jest najczęściej niedoceniana, niedostrzegana. Widzimy jedynie nośniki i wytwory tej wiedzy.

Dni Nauki były i są więc takim włączeniem komputera i uruchamianiem programu, są otwieraniem zgromadzonych książek (przynajmniej żeby obejrzeć obrazki lub spis treści). Ale także nauką dla samych naukowców, nauką jak przystępnie opowiadać i pokazywać kulisy swojej pracy. Dni Nauki są jeszcze jednym elementem wypełniania misji uniwersytetu – upowszechniania i popularyzacji wiedzy naukowej.

Tak jak warto pamiętać o kobietach nie tylko 8. marca, tak warto uświadomić sobie, że mury uniwersyteckie dla społeczeństwa otwarte są nie tylko w jeden dzień w roku, a form „podglądania” naukowców przy ich pracy równie wiele.

Tak pisałem w 2007 roku. Jest to ciągle aktualne. Udało się wiele przedsięwzięć zrealizować. Dekada pisania o nauce zainspirowała do wiele osób, także do wymiernych działań. Teraz są oczywistą oczywistością. Ale końca tej intelektualnej podróży jeszcze nie widać. Dlatego warto pisać i dyskutować o nowoczesnym Muzeum Nauki. Jak miałoby wyglądać, jak funkcjonować i jak opowiadać o odkryciach, budując regionalny kapitał naukowy. Może coś w stylu Centrum Nauki Kopernik w Warszawie i rozwijaniu nowoczesnej edukacji pozaformalnej?

Ps. Zamieszczone ilustracje: skan z Gazety Uniwersyteckiej oraz z książki prof. Stanisława Achremczyka pt. „Nauk przemożnych perła. Uniwersytet Warmińsko- Mazurski w Olsztynie 1999-2009, ISBN 978-83-61602-62-0

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci