Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

UWM

Czy wykłady na uniwersytecie powinny być obowiązkowe? Cz. 3. A jak to było dawniej?

sczachor

stliknaulicyZa moich czasów - stanu wojennego i końcówki PRL- też wykłady były obowiązkowe. Były listy obecności puszczane po sali itd. I wtedy też niektórzy "truli" niesamowicie, inni mówili ciekawie, ich wykłady były wartościowe. Ale nawet na tych najlepszych bywały chwile krótsze lub dłuższe z nudnymi fragmentami. Zapewne 100% efektywności się nie osiągnie, ale warto ku temu podążać.

Można regulaminem studiów sprawić, aby student był na sali, ale nie, żeby jego mózg słuchał i robił to, co chcemy. Można konia, nawet siłą, przyprowadzić do wodopoju, ale nie można zmusić do tego, by napił się wody. Wstępna motywacja też jest ważna (pisałem o tym poprzednio). Jeśli przymus, to słuchacz emocjonalnie ustawia się okoniem, jeśli własny wybór, to ciut więcej pozytywnych emocji i większa motywacja. Czy owo „ciut” to rzecz warta zabiegów? Moim zdaniem warta jest starań.

Tak, kiedyś wykłady były obowiązkowe. Wtedy myśleliśmy „że tak musi być”. Teraz studenci mają wiedzę, że istnieje inny świat poza nudnymi wykładami.

„Jedźmy dalej” (powracam do studium przypadku, cz. 1 i cz. 2)… Prelegent odwołał się do szerszego kontekstu (a nie tylko omawianie regulacji prawnych), to sprzyja słuchaniu i zapamiętywaniu. Warto więc takie elementy na wykładzie co jakiś czas przywoływać. Na każdym wykładzie. Motywowanie do BHP, bo jest w przepisach, np. unijnych. Ani słowa, że to w naszym interesie, że te przepisy przecież powstały po wielu negatywnych doświadczeniach, by zapobiegać nieszczęściom i wypadkom, by minimalizować straty, by zapewniać interes pracownika lub pracodawcy. Czyli nie dlatego, że to jest dobre samo w sobie, ale tylko że przepisy to regulują? Zapamiętywać, bo to jest w przepisach? Przepisy się zmieniają…. A czy my jesteśmy tak propaństwowi, żeby przepis był nadrzędna wartością? Silniejszą motywacją jest poczucie sensu. 

„Trzy lata na dochodzenie swoich roszczeń”. Odwoływanie się do przepisów a nie do sensu. Ludzie wewnętrznie zawsze i wszędzie poszukują sensu. W różnej skali. Warto im ten sens pokazywać. „Żeby państwa całkiem nie zanudzić” – czyli zdaje sobie sprawę z nudnej formy. Nie wie tylko, że można inaczej. Bo niby skąd? Sam się nudził na wykładach. I pewnie myśli, że trzeba mieć talent do mówienia. Że to musi być nudne bo taka jest istota rzeczy. Wykłady muszą być nudne….. zwłaszcza te z BHP. Hmm, przecież to nie jest prawda! Zawsze można lepiej, choć trochę. Przecież nawet to omawiane szkolenie jest lepsze w formie niż to, na których byłem 5 lat temu. Czyli da się. Wystarczy tylko chcieć zmian, chcieć się doszkalać. Czyli najpierw dostrzec problem i dobrze go zidentyfikować. A więc ponownie emocje i motywacja.

Wykładowca podaje przykłady "z życia". Od razu sala bardziej słucha. Wtrąca się kierownik (element ożywczego dialogu) i podaje przykład choroby zawodowej, typowej dla środowiska akademickiego. Tak, to jest interesujące, bo mnie,  jako słuchacza, dotyczy. Słucham. I znowu kierownik wyszedł zza biurka "w salę", nawet wchodzi między rzędy. Szuka kontaktu i od razu lepiej się słucha, bo czuć, że mówi do ludzi a nie do monitora. Oczywiście, nasze sale są źle architektonicznie i koncepcyjnie przygotowane do wykładów nie-nudnych. Można jednak choć trochę przełamywać te niesprzyjające okoliczności. Dobrze trzyma mikron (prelegent za nisko, stąd jest słabo słyszany). Prosta czynność a jak bardzo pomaga w uwadze i słuchaniu.

Dlaczego szkolenia bhp są (były?) synonimem nudnych szkoleń? Zły pijar i teraz trudno będzie odczarować złą opinię? Trzeba czasu i wysiłku. Uniwersytet to wspólnota i zbiorowa odpowiedzialność, jeden zanudzi… inni cierpią. Potrzeba więc świadomości dobra wspólnego i współpracy. Współpraca jest możliwa wtedy, gdy jest wzajemne zaufanie i bezpieczeństwo. Kiedy nie ma obawy, że inni mnie wygryzą, wykopią itd.

W analizowanym całym szkoleniu brak było wstępu dlaczego mielibyśmy słuchać, było bez mocnego odwołania się do korzyści słuchacza „co ja będę miał, z tego, że będę słuchał”? Można było też zastosować zaskoczenie „wiem, że uważacie że będzie nudno bo to tylko szkolenie bhp, ale ja was zaskoczę, tym razem nie będzie nudno! Tym razem będzie inaczej!”

Jeszcze jedna refleksja a propos obowiązkowości wykładów: skupić się na efekcie kształcenia a nie na formie. Może więc nie zawsze warto kruszyć kopie o te wykłady? Może przynajmniej część warto zamienić na ćwiczenia?  Czy zatem wykłady są potrzebne? Tak, bo żaden materiał multimedialny, żadna książka nie zastąpi bezpośredniego kontaktu z człowiekiem. O ile nie nudzi i jest autentyczny. Kontakt z człowiekiem to język ciała i emocje. Tego nie ma ani w książkach ani w internecie (najwyżej fragmentarycznie). Bo w bezpośrednim kontakcie możemy zarazić się emocjami, zaciekawieniem i wtedy, zmotywowani, zaintrygowani sami będziemy zgłębiali dane zagadnienie. Tyle tylko, że bezpośredni kontakt może być realizowany w formie wykładów lub... ćwiczeń i konwersatoriów. 

Czy dostrzegamy, że świat się zmienia? Stosowanie regułek (zasad) ma sens ale tylko wtedy, gdy pasują do kontekstu. Raz zadziała, ale w innym kontekście nie zadziała. Nie jest winna „regułka” tylko umiejętność jej zastosowania w konkretnej sytuacji. Na wspominanym szkoleniu był też strażak i mądrze odpowiadał na pytania, np. czy można gasić człowieka gaśnicą z dwutlenkiem węgla itd. Wskazywał na cel i kontekst sytuacyjny. Było widać, że rozumie, a nie tylko wyczytał coś w książce i powtarza (czyta). Autentyzm był widoczny… i dlatego był słuchany. O wykładzie strażaka jeszcze napiszę.

Pora na kolejną dygresję jak to było kiedyś. Po wojnie prawie nie było książek, podręczników, nie było skryptów. Ocalała głównie wiedza w ludzkich głowach. Wtedy wykłady były głównym i podstawowym źródłem wiedzy. Dlatego trzeba było na nich być. I robić notatki, i wymieniać się notatkami, bo przecież jeden nie spamięta wszystkiego.  Ponad pół wieku później mamy biblioteki pełne książek. Co tam, jest internet i szybo można znaleźć wiele informacji, zwłaszcza tych starszych (z mobilnym internetem to nawet na smartfonie, pd ławką, w czasie wykładu). Studenci znają języki obce, nie to co kiedyś. Nie trzeba więc im opowiadać po polsku, co w zagranicznych książkach napisali. Jest nadmiar informacji a nie jej brak. Czyli zupełny inny kontekst. I dlatego wykłady pełnią zupełnie inną rolę, Już nie są podstawowym źródłem informacji (bo te szybko i łatwo studenci znajdują gdzie indziej). Ale wykłady mogą być objaśnieniem rzeczywistości, pokazywaniem co, gdzie i jak szukać, mogą w końcu pokazywać sens. Nie można bezrefleksyjnie powielać wzorów z przeszłości, bo wtedy się sprawdziły. Trzeba sprawdzić kontekst, czyli rozumieć istotę komunikacji i współczesne realia. A obecnie i student jest inny i dostęp do informacji jest inny.

Kiedyś wykłady były źródłem informacji (bo nigdzie indziej ich nie było lub były trudno dostępne), teraz mogą pomagać poradzić sobie w nadmiarze informacji, by szybko odszukać to, co wartościowe. Niby forma taka sama – ktoś coś mówi i coś pokazuje, ale to tylko powierzchowne podobieństwo. I nie chodzi o to, że pokazujemy na ekranie za pomocą komputerowej prezentacji, zamiast jak kiedyś pisać kredą po tablicy czy pokazywać pożółkłe „folijki”.

„O Boże znowu prezentacja” tak często studenci reagują i pod nosem komentują. Wyżej cenią profesorów bez prezentacji, tych którzy mówią ze swojego doświadczenia. Wniosek z tego taki, że celem wykładu wcale nie jest pokazywanie prezentacji multimedialnej (bo to robią wszyscy i nie jest żadną nowinką) i realizowanie programu, lecz żywy kontakt z autentycznym człowiekiem. Tego nie ma w książkach ani w internecie.

W obecnej sytuacji społecznej i informacyjnej być może wykład nie jest najlepszą formą przekazywania wiedzy. Może nie trzeba wprowadzać obowiązkowej obecności na wykładach tylko coś innego w systemie kształcenia zmienić? Bo, że coś nie działa, to wszyscy odczuwamy na własnej skórze. Kwestią dyskusyjną pozostaje to, co szwankuje i jak sytuację uzdrowić. Dlatego warto ten temat drążyć.

c.d.n.

Czy wykłady na uniwersytecie powinny być obowiązkowe? Cz. 2. Studium przypadku

sczachor

Jeśli nie masz odwagi spojrzeć na problem, to nie czytaj. Jeśli chcesz żyć w iluzjach – też nie czytaj. Z racji prowadzonego przedmiotu (autoprezentacja) często zaglądam do różnych artykułów i poradników, dotyczących wystąpień publicznych. Niedawno przeglądałem artykuł, w którym autor zachęcał do uczenia się trudnej sztuki wygłaszania referatów. Cytuję z pamięci jak autor zachęcał: „zapewne pamiętasz nudne wykłady z uczelni (tylko rzadko trafiają się dobre), ale nie bierz z nich przykładu.” Trudno o gorszą reklamę uniwersytetów. Ale widać autor bazuje na swoich doświadczeniach i odwołuje się do doświadczeń czytelników. Skąd się taka opinia bierze? Przecież w uczelniach gros czasu poświęcamy na komunikację międzyludzką, na przekazywanie wiedzy. Więc umiejętność dobrego mówienia i pisania powinniśmy mieć opanowane do perfekcji. A przecież to nie nas podają jako przykład dobrych wystąpień. Dlaczego? Tak, dużo mówimy… ale czy efektywnie i z sensem? A jeśli nie, to dlaczego?

phpwykladKontynuuję rozważania o sensie obowiązkowych (dla studentów) wykładów na uczelniach wyższych. Studium przypadku ze szkoleniem BHP (każdy co jakiś czas przez to przechodzi, więc łatwo jest mi się odwołać do własnych doświadczeń czytelnika). Aha, skoro tekst będzie długi i rozpisany na części, to warto i w tym miejscu to powiedzieć: wykłady jako forma kształcenia są potrzebna na uniwersytecie, mogą być lepsze i bardziej efektywne. Wprowadzanie obowiązkowej obecności nie jest dobrą metodą podnoszenia ich jakości, wręcz przynoszą skutki odwrotne od zamierzonych.

Zatem wróćmy do tematu, bazując na studium przypadku. Opowiem teraz o szkoleniu BHP, pt. „szkolenie okresowe pracowników”. (czytaj część 1 – wprowadzenie). Miałem okazję poczuć się jak student i wykorzystać nawet niekomfortową sytuację do refleksji i ukierunkowanej obserwacji… by zrozumieć lepiej całe zjawisko. I tymi refleksjami się dzielę, mocno zachęcając do dyskusji. Dlaczego bywa nudno na wykładach? Świadomie przeżywałem to „studium przypadku”, by przemyśleć i z czymś konkretnym włączyć się do dyskusji o obowiązkowych wykładach.

BHP, rzecz potrzebna do życia, wiem. Bo czasem się coś wydarzy a nie wiadomo jak się zachować i stoi się jak słup soli. Chciałbym wiedzieć i umieć. A mimo to szedłem jak na skazanie, jak student w poniedziałek na wykład o 7. rano. Trzeba być, odbębnić, bo obowiązkowe i jest lista obecności. Tak jak kiedyś na „wojsku” (w dawnych czasach szkolenie wojskowe, raz w tygodniu), też czuliśmy się jak na durnych, obowiązkowych zajęciach, trzeba jakoś przeżyć ten dzień wyjęty z życiorysu… No więc mam okazję poznać problem z drugiej strony pulpitu wykładowego.

Motywacja: lista i przymus. Czasem trzeba przymusić "bo studenci są głupi i nie wiedzą co dobre"? Ujawnia się tu stosunek do drugiego człowieka, to jak patrzymy na świat i na ludzi…)? Ale skoro mus… to od razu wewnętrzny sprzeciw, bunt i ukierunkowywane przekonywanie się, że to nie ma sensu, że bzdura (odnotować w pamięci wszystko to, co „udowadnia” bzdurę”). Ukierunkowana aktywność mózgu na wyszukiwanie dowodów, że to bzdura (wyszukiwanie wszystkich potknięć i utwierdzanie się w pierwotnym nastawieniu). Refleksja: zła motywacja, złe nastawienie (przez wcześniejsze doświadczenie, lub przekazane przez kogoś innego) negatywnie wpływa na uwagę i zapamiętywanie. Jest to selektywne zapamiętywanie. Nawet tendencyjne.

Na wykładach z autoprezentacji mówię o znaczeniu emocji? O tym, że przynajmniej na początku ważne są emocje a nie treść. Bo przecież nie zawsze i nie wszyscy przychodzą "gotowi", dobrze zmotywowani i przychylnie nastawieni. To emocje decydują o tym, co, ile i jak do nas dociera. Tak, to prawda. Teraz tego doświadczam na sobie… Zła legenda, to złe emocje już na starcie. Wypadałoby je jakoś zneutralizować i odwrócić. Ale trzeba najpierw o tym wiedzieć i uświadomić sobie taką konieczność. Zaczynamy słuchać emocjami. Nawet na wykładach "gra wstępna" jest potrzebna.

Czasem trzeba przymusić? Ryzykowne, bo przymus wyzwala złe emocje i złe nastawienie (dystansowanie się). Lepiej byłoby, gdyby sam student wybierał (sam podejmuje decyzję, że będzie obecny, z własnej woli). Jeśli sami wybieramy… to od razu lepiej emocjonalnie się do treści nastawiamy (przecież nie mogliśmy wybrać głupio). Tak jest ze wszystkim, z wyborem (narzuceniem) współmałżonka, książki, dania w restauracji itd. Przymus to złe rozwiązanie. Lepsze rozwiązane jest wtedy, gdy student wybiera sam. USOS i system boloński teoretycznie to umożliwia. Ale my poprawiamy i ograniczamy wybór, często sprowadzając co atrapy wyboru (byle „na papierze” dobrze wyglądało, w razie kontroli, akredytacji itd.). Obłuda i samooszukiwanie się, jak w socjalizmie. Bo student mógłby wybierać nie tylko przedmioty ale także porę roku, semestru, tygodnia, a nawet wykładowcę. Dlaczego wykłady na tej samej uczelni nie miałyby odbywać się wspólnie dla wszystkich wydziałów? Powiedzmy zoologia: kilka ofert z kilku wydziałów czy kilku kierunków (UWM na kilka wydziałów przyrodniczych, wiele kierunków). Czyli tak jak jest teraz, ale studenci nie mogą wybierać z pełnej oferty, tylko z tej „swojej” (ograniczony „wybór” jak w sklepie w stanie wojennym, jest ocet i można wybrać: kupisz lub nie). Jeśli nie pasuje w poniedziałek na wydziale A, to może w środę na wydziale B? Dałoby się pogodzić konieczność dorabiania i studiowania. Albo jeśli nie odpowiada Iksiński to może wybierze Ygrekowskiego? Jakich informacji i jak dostarczyć studentowi, żeby mógł świadomie wybierać? Czy odważymy się na pełny wybór? A jeśli nie wybierze nas tylko „konkurencję”?

Wróćmy do studium przypadku ze szkoleniem BHP. 5 godzin wykładów (szkolenia). No to będę oceniał tak, jak student w ankiecie ewaluacyjnej. Skoro zostałem zmuszony, to nie będzie litości – odwzajemniam się, negatywne nastawienie owocuje. Być może tak lub podobnie myślą (czują) studenci na naszych wykładach.

Mam okazję być studentem. Usiądę z tyłu, daleko od prelegenta (żeby w spokoju robić, to co chcę). Na sali jakieś 60 osób, rozrzuceni po całym pomieszczeniu, ze skłonnością raczej dalej niż bliżej…. Hmmm, to tak jak nasi studenci. Skąd to podobieństwo? Zaczęło się. Kierownik szkolenia przedstawił cel wykładów: przypomnieć naszą wiedzę i zapoznać z nowościami (zmianami). Czyli przypominanie z niewielką dozą nowości. I na to ma być aż 5 godzin zegarowych? Samodzielnie przeczytałbym w pół godziny (i z rozmów w kuluarach, w czasie przerwy wynika, że takie przekonanie jest powszechne u uczestników…). Nie jest to zbyt motywujące. Ale na plus zapiszmy dwie rzeczy: podanie celu szkolenia i wyjście z mikrofonem do publiczności (bez siedzenia za komputerem i pulpitem). Wyraźnie (i dobre) szukanie kontaktu z publicznością. Jest zapowiedź testu i o której godzinie (ci, którzy chcą wyrwać się po podpisaniu listy, będą wiedzieli, kiedy wrócić). Ludzki wykładowca, na pewno zyskał trochę sympatii. To na początek szkolenie dobre rozwiązanie. Na ile starczy?

Było więc bez wprowadzenia, bez wstępu, w którym zawarta byłaby motywacja: dlaczego słuchać i do czego to się może przydać. Przecież nie każdy musi być dobrze zmotywowany "przed". Od razu do sedna sprawy, cel szkolenia i treść. Odwoływanie się do korzyści słuchacza jest ważnym elementem: spowodować, by chciał słuchać. Mówię o tym na swoich wykładach. A teraz mam możliwość doświadczać… Emocje i motywacja to ważna rzecz. Czuję to na sobie i widzę po sali. Warto przeznaczyć na początku trochę czasu na przekonanie i zmotywowanie, na wywołanie dobrych emocji….

Na początek dobra wiadomość, że teraz takie szkolenie raz na 6 lat a nie co 5 lat (gdzieś w tle wyczuwalna atmosfera, że sami prowadzący czują, że to szkolenie nie jest lubiane, że słuchacze chcą od razu czmychnąć, więc jest próba obłaskawiania - w części skuteczna). Jest puszczona lista obecności, każdy może się wpisać. Jak sprawdzić, by nikt się nie dopisał nie będąc na szkoleniu? Pod koniec zajęć każdy do ręki dostaje test do rozwiązania – a więc tylko tyle egzemplarzy, ile osób na sali. Jest więc weryfikacji liczby…. ale czy mógł ktoś przyjść za kogoś i odbębnić? Mógł. A czy czasem nie robią tak studenci na wykładach? Przymus prowokuje to nieuczciwości… dopisywania do listy (można przetrzymywać listę, by wykładowca dostał dopiero na koniec i nie mógł zweryfikować), obecności osób podstawionych, wyjść po podpisaniu, np. w czasie przerwy itd. I tak przez zły system wspomagamy kształcenie niewłaściwych postaw. Czy potem możemy się dziwić temu rozdźwiękowi między tym co w papierach i tym co w rzeczywistości? Uczymy się jak sprytnie robić, żeby w papierach się zgadzało….. Skutki w gospodarce są widoczne. Papier wszystko przyjmie. I na co dzień, w rzeczywistości uniwersyteckiej (jak i pozauniwersyteckiej) sporo rzeczy robimy tylko, by w papierach było ładnie… Takie jest to nasze uniwersyteckie kształcenie z licznymi pozostałościami po fasadowym picu realnego socjalizmu…

Wróćmy do naszego studium przypadku. Mam wrażenie, że prowadzący czują lub wiedzą (z poprzednich szkoleń), że słuchacze nie chcą tu być i traktują jako zło konieczne. A i czy my nie mamy takich odczuć? Sprzężenie zwrotne emocji… Ta drobna, obopólna niechęć jest wyczuwalna. Zróbmy więc tak, byśmy sobie życia nie utrudniali, musimy (dwie strony) to odbębnić, więc odbębniajmy. A czy takiej gry nie robimy na salach wykładowych? Tak szczerze. Dlaczego tak robimy (czasem, jedni więcej, inni mniej)? Bo i wykładowca jest do czegoś przymuszony, bo jest kontrolowany i bardziej „boi” się reakcji zwierzchności niż reakcji studentów?

Po zapowiedzi pierwszy wykład, prawnika. Stoi za pulpitem, pod ekranem. Postawa gorsza niż kierownika zapowiadającego szkolenie. Na ekranie dużo tekstu. Młody człowiek, chyba po prawie. Fatalny sposób prezentowania treści, średnia przeciętna. Nie jest to mówienie od publiczności tylko realizowanie programu. Czyli tego, co ma zapisane na slajdach. Czasem czyta, czasem (na szczęście) komentuje. Po godzinie sala „odleciała”, słychać szum, rozmowy, skupienie niewielkie. Początkowa życzliwość w słuchaniu (tych co słuchali, bo znaczna część sali zajęła się swoimi sprawami, laptopami, telefonami i esemesami, poprawianiem notatek czytaniem książek w czytników ebooków). W sumie tak samo jak na wykładach zachowują się studenci. Zwłaszcza na tych nudnych. Nudnych ze względu na formę a nie potencjalną treść.

Wróćmy na wykład, który trwał chyba półtorej godziny, bez przerwy (strach przerwę robić, bo jeszcze nie wrócą, gdy lista już podpisana). Norma akademicka. Stał w koncie, za biurkiem, za monitorem, czasami czytał tekst z monitora. Dlaczego tak? Bo nasze sale wykładowe, jako Polska długa i szeroka, są źle przygotowane (zaprojektowane). Projektował ktoś, kto nie miał pojęcia o procesie komunikacji międzyludzkiej i języku ciała. Na pewno kształcił się na uczelni wyższej i w ogromnym uproszczeniu, to myśmy go tego (nie)nauczyli. A wykładów pewnie było dużo, i to obowiązkowych. Zawsze jest jakieś biurko, pulpit i „emocjonalna” barykada. A skoro barykada, to po drugiej stronie jest wróg. Jeśli prezentacja, to wykładowca chcąc mieć podgląd z monitora, musi stać za komputerem. Czasem usiądzie i wtedy w ogóle go nie widać. Jak lektor w starym kinie….

Włączyłem tablet. Eduroam nie działa. Czyli standard ("w papierach" zapisane że jest). Może brak mobilnego internetu jest po to, żeby studenci na wykładach nie korzystali? Mają swój, w telefonach. Tak jak i ja mam. Żadna przeszkoda. A co tam na szkoleniu? Prelegent komentuje. Już lepiej się słucha (bo czytanie slajdów na prawdę nie wygląda dobrze). Prezentacja głównie pokazuje na ekranie tekst, czasem zbyt małą czcionką, ilustracje są jak na lekarstwo. Jestem wzrokowcem, do mnie bardziej docierają i przemawiają obrazy niż literki. Czasem pojawiają się ozdobniki, ale tylko przeszkadzają w przeczytaniu treści. Zdradza duża nieporadność i brak warsztatowego przygotowania (myślę o przygotowaniu prezentacji w Power Poincie). I co z tego, że ten młody człowiek na studiach miał zapewne dużo informacji podawanych na wykładach (może w taki sam sposób, więc tylko reprodukuje styl)? Nie nauczono go przygotowywać prezentacji i mówić do ludzi (a nie tylko realizować program w obecności ludzi). Sami żeśmy tak wykształcili. Cierpimy.. i dobrze nam tak! Czy dziwić się potem opiniom z poradników, którą zamieściłem na wstępie tego wpisu blogowego?

„Jedźmy dalej” – widać, że prelegent w tej roli nie czuje się najlepiej. A czy my na swoich wykładach czasem się tak nie czujemy? Czujemy, że jest coś źle, ale brniemy dalej, realizujemy, „jedziemy dalej”, bo trzeba…. A może nie trzeba? A może można inaczej? Tak jak wspomniałem, może można zacząć od lepszej i bardziej dostosowanej do słuchania sali wykładowej (tworzyć dobre warunki)? Żeby nie wchodzić w złe, utarte koleiny. Żeby oświetlenie sali było wygodne (a nie jest, trzeba kombinować, żeby było dostatecznie przyciemnione, aby było widać prezentację, i dostatecznie jasno, by można było notować). I może warto skupić się na umiejętnościach naprawdę ważnych dla absolwenta. Jak się okazuje, każdy może się znaleźć w roli prelegenta. I co wtedy, z bólem i niesmakiem zanudzać? Samemu źle się czuć?

„Jedźmy dalej”, słucha się z nudów. I zawsze coś ciekawego się wyłowi. Gdyby nie obecność, toby dawno robiło się coś innego. Dlatego e-learning jest tak trudny. Trzeba ciągle utrzymać motywację uczącego się. Bo jak się znudzi, to wyłączy…. I nie zobaczy tego, co byłoby dla niego ważne, przydatne, wartościowe. Zanudzająca forma zabijać może nawet najlepszą treść. Dbajmy więc o formę. I kształćmy studentów w zakresie komunikacji międzyludzkiej, wygłaszania referatów, przemówień publicznych. To na prawdę ważne. Przekonuję się właśnie w tej sytuacji szkolenia BHP, potraktowanej jako studium przypadku. Wielu nauczycieli akademickich doświadcza to na własnej skórze… Bo każdy musi iść na jakieś szkolenie zawodowe lub behapowskie. Nudzimy się i cierpimy? Sami sobie ten los zgotowaliśmy…

Oj, padł ważny komunikat z ust prelegenta „To na pewno będzie w teście” – odwołanie się do korzyści słuchaczy, „słuchaj, bo to będzie na egzaminie”… Jakaś forma mobilizowania (ale w sumie jest to uczenie się dla stopni, ocen, dla egzaminu a nie dla wiedzy potrzebnej w życiu). Ważne ale nie wystarczające, bo jeśli tylko tak motywujemy, to powiedzenie „zakuć, zaliczyć, zapić, zapomnieć” staje się zbyt często praktykowane. Dlaczego zapić? By łatwiej zapomnieć…zbędne i niepotrzebne informacje, tak jak wyrzucanie śmieci do kosza. Niebawem wielkie juwenalia – Kortowiada.… czas totalnego zapominania. Bo jest wiedza jednorazowa, potrzebna do przejścia przez bramkę, przez „ważny” egzamin… żeby dalej być studentem (danina, podatek, haracz). I tylko do tego potrzebna, Zapominanie jest nam w życiu potrzebne. Bez niego nie bylibyśmy w stanie funkcjonować.

cdn.

(czytaj część pierwszą)

Czy wykłady na uniwersytecie powinny być obowiązkowe. Cz. 1.

sczachor

Od co najmniej kilku lat toczy się dyskusja o tym, czy wykłady na uniwersytecie powinny być obowiązkowe czy raczej dobrowolne. Jedni odwołują się do wielowiekowej tradycji, inni do pustoszejących sal i nieodpowiedzialności studentów. Ostatnio ta dyskusja została podsycona przez artykuł w Gazecie Wyborczej, informujący o decyzji, która zapadła na UAM w Poznaniu – wykłady mają być obowiązkowe.

Problem sam odczuwam, gdy widzę pustawą salę, przykre to, irytujące. Pojawiają się w środowisku akademickim próby szukania szybkiego rozwiązania. "To studenci są głupi, nieodpowiedzialni, bumelują. Przymusić do wiedzy, bo my lepiej wiemy co ważne. " Szybkie, łatwe rozwiązanie?

Dodatkowo studenci na wykładach nie uważają, patrzą w smartfony (zakazać?), rozmawiają. Zmusić do słuchania i notowania? Czy są gorzej wychowani czy taka postawa wynika zupełnie z czegoś innego? Na przykład może to być podzielność uwagi i wielozadaniowość cyfrowych tubylców. Jestem osobiście za nieobowiązkowymi wykładami oraz za solidnymi zmianami w dydaktyce akademickiej. Nie sprawdzam obecności - bo szkoda mi czasu na wyczytywanie nazwisk, bo nie chcę zbić termometru aby udawać, że choroby nie ma. Dla lepszego wyłuszczenia mojego poglądu (rozmyślam nad tym już blisko 30 lat! - nie jest więc to opinia powstała ad hoc) dokładniej przedstawię problem w kilku wpisach blogowych i postaram się przedstawić swoje argumenty. Trzeba postarać się zrozumieć sytuację by racjonalnie a nie chaotycznie działać.

Wśród tych, co nawołują do obowiązkowych wykładów (dawni absolwenci, obecni pracownicy), padają argumenty jak to kiedyś było. I że powinno być tak samo. Obwiniana jest masowość kształcenia (ograniczyć liczbę studiujących, tak jak kiedyś, to będzie dobrze). Zakazać używania smartfonów i telefonów, bo to demoralizuje studentów – zajmują się innymi rzeczami zamiast słuchać i notować? Wprowadzić obowiązkowe wykłady z etykiety, bo studenci są źle wychowani itd.?

Świat się jednak zmienił, coś się zmieniło w społeczeństwie i w otoczeniu edukacji uniwersyteckiej. Czy warto upierać się przy wykładach obowiązkowych? Dlaczego? W tym kierunku potoczą się moje blogowe rozważania. Ale najpierw odwołam się do osobistego doświadczenia wszystkich dyskutantów. Nie tego, sprzed 20-30 lat z ówczesnych studiów, ale obecnego. Szkolenia BHP są obowiązkowe, co kilka lat wszyscy je przechodzimy, zarówno obecna kadra uniwersytecka jak i dawni absolwenci pracujący w różnych miejscach. Przypomnij sobie Czytelniku (lub Czytelniczko) swój udział na takich szkoleniach, jak się nudziłeś, jak marnowałeś czas, podpisywałeś listę i zmykałeś, jak prosiłeś o wpisanie na listę będąc nieobecnym. Jak czułeś, że mało treści przy długim czasie (na siłę zapełnianie czasu by wyrobić przepisowe godziny), że dałoby się to skrócić o połowę albo i o więcej, jak ściągałeś (lub sam prowadzący podpowiadał) na teście końcowym. Przypomniałeś to sobie Czytelniku? I co, ma to sens, ma tak zostać? A może tak – w mniejszym lub większym stopniu czują się studenci. I co, też mamy ich przymuszać wszelkimi sposobami? Tak ma wyglądać współczesny uniwersytet? Pewnie może tylko po co?

Niewątpliwie problem jest i to poważny z pustoszejącymi salami. Niewątpliwie potrzebny jest wysiłek intelektualny całego środowiska, aby zrozumieć co i dlaczego się dzieje. I dyskusje także są potrzebne. Dlatego, odwołując się do osobistego doświadczenia nas wszystkich, opowiem o moim szkoleniu BHP. Ale to tylko przykład, bo w gruncie rzeczy chcę pokazać jak czuje się student na obowiązkowych wykładach. Przynajmniej tych niektórych.

Szedłem na obowiązkowe, kilkugodzinne szkolenie BHP jak na skazanie, z ogromnym uprzedzeniem. Bo przecież już kilka razy byłem (w latach minionych). Zawsze było nudno, głupawo, beznadziejnie. Niewątpliwa strata czasu. Gdyby nie przymus pracodawcy, to bym nie poszedł. A skoro przymus i wiem, że będzie fatalnie, to od razu w głowie pojawia się myśl, czy nie da się tego jakość obejść, „załatwić” (tak jak przyzwyczailiśmy się w czasach minionych realnego socjalizmu). Będzie lista, to trzeba być. Ale żeby przetrwać, to trzeba wziąć ze sobą coś do roboty, do poczytania, żeby czymś się zająć. Moja postawa była powszechna (rozglądałem się po sali) a nie wyjątkowa i odosobniona. Skąd takie negatywne nastawienie? Efekt doświadczeń z czasów minionych, uprzedzenie. Emocjonalne nastawienie „na nie” zamin wykłady i szkolenie się zaczęły. A czyż nasi studenci nie mają czasem takich złych doświadczeń? I a priori zakładają, że będzie nuuuuda i stracony czas? To swoista zbiorowa odpowiedzialność pracowników uniwersytetu i tylko pracą zespołową, a nie pojedynczymi inicjatywami, możemy coś na lepsze zmienić. Zatem wszyscy powinniśmy dbać o jakość wykładów (nawet nie swoich), bo łyżka dziegciu psuje całą beczkę miodu. I wtedy rzeczywiście, nasi studenci ze złymi doświadczeniami, wyniesionymi ze szkoły i ze studiów, mogą nie przyjść na wartościowy wykład i stracić coś ważnego.

Ale ja (i chyba większość uczestników) wiedziałem, że to szkolenie  - a w zasadzie wiedza w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy jest ważna, że się przyda (wiedza, nie szkolenie – a to przecież nie to samo). Bo chciałbym umieć pomóc w razie wypadku, pożaru, nawet znać prawa pracownicze (wiele rzeczy jest nieznanych, pieniądze przechodzą obok nosa). Ale nawet najważniejsze treści można zniszczyć złą formą.

Wiedziałem, że ta wiedza mi jest potrzebna i przeczuwałem (efekt dawnych doświadczeń), że szkolenie tej wiedzy mi nie da (lub tylko w ograniczony zakresie), że będzie to ewidentna strata czasu, bo sam mógłbym sobie to przeczytać szybciej i lepiej. A czy nie tak czują się studenci na obowiązkowych wykładach? Coś jest na pewno nie tak, coś szwankuje. Ale niekoniecznie absencja wynika z głupoty i nieodpowiedzialności studentów, że nie wiedzą o wadze wiedzy i przydatności w przyszłej pracy.

A jeśli kiedykolwiek studiowałeś czytelniku, to przypomnij sobie swoje dawne wykłady, czy wszystkie były wartościowe? Niektóre na pewno tak, inne były przeciętne a jeszcze inne beznadziejne: nieaktualna wiedza, treści nie na temat, nudna i fatalna forma przedstawiania informacji. To teraz kwestia proporcji: ile jest tych różnych wykładów? I ile jest dziegciu w uniwersyteckiej beczce miodu?

Owszem, z każdego wykładu można coś wynieść, nawet z tego najgorszego. Tylko czy o taką efektywność nauczania nam chodzi? Mądry student, dobrze zmotywowany, o własnej aktywności, nawet na nudnym wykładzie skorzysta. Dzięki inteligencji wyłowi jakieś przydatne informacje, albo w tym czasie będzie rozmyślać o czymś wartościowym. Nawet patrząc na wykładowcę i kiwając ze zrozumieniem głową może myśleć o czymś zupełnie innym, nawet „tak, tak, chrzanisz bracie, ale kiwam głową, byś się dobrze czuł i nie robił nam nieprzyjemności i awantur”.

Szkolenie, na którym byłem, okazało się lepiej poprowadzone niż te poprzednie. Jest więc postęp. Tak więc z pozoru najbardziej nudne treści można przedstawić lepiej. Wystarczy tylko popracować nad formą. Nie jesteśmy więc skazani na nudne, obowiązkowe wykłady i siłowe zapędzanie studentów do sal wykładowych „dla ich dobra”. Wcale nie wiemy najlepiej, co jest im potrzebne. Bo może akurat muszą dorabiać do studiów i absencja na danym wykładzie wynika z kolizji czasowej? Czy studenci mają możliwość realną wyboru wykładów: z różnych ofert o różnej porze i przez różne osoby prowadzone?

c.d.n.

Dlaczego nie jestem entuzjastą doceniania dydaktyki akademickiej ?

sczachor

013W systemie awansu zawodowego i stabilności pracy na uczelniach wyższych dydaktyka nie jest doceniania. Jest gdzieś na marginesie. Liczy się przede wszystkim aktywność publikacyjna… a jakość zajęć nie wzbudza zainteresowania. Są bo są, byleby były. A przecież uczelnie wyższe w dużym stopniu utrzymują się dzięki studentom. Teoretycznie powinno więc zależeć na jak najwyższej jakości pracy dydaktycznej, bo z niej bierze się zadowolenie i satysfakcja studentów, potem absolwentów. I jakość kapitału ludzkiego na rynku pracy. Liczne są głosy, że należy docenić jakość dydaktykę akademicką i odzwierciedlić w awansie zawodowym. Ja jednak jestem przeciw…. i zaraz wyjaśnię skąd takie przewrotne i kontrowersyjne i „nielogiczne” zdanie. Bo przecież zależy mi na jakości usług uniwersyteckich.

W zaganianym zawodowym życiu ciągle brakuje czasu na refleksję, na opowiedzenie wrażeń i na spokojne spisanie wszystkich przemyśleń. Na przykład pokonferencyjnych. Chwila wyrwana z wyścigu szczurów, więc spisuję. Niedawno byłem na III Ogólnopolskiej Konferencji Dydaktyki Akademickiej Ideatorium. W czasie debaty ekspercka pt. „Dydaktyka jako piąte koło u wozu? Systemowe rozwiązania na rzecz poprawy jakości dydaktyki akademickiej” padły bardzo ciekawe stwierdzenia. Wypowiedziane chyba (jeśli mnie pamięć nie myli) przez Jarosława Jendzę z Uniwersytet Gdańskiego. Panelista przewrotnie stwierdził, że nie są możliwe zmiany w systemie awansu akademickiego, bo do prawdziwych zmian potrzebne jest naruszenie obecnego systemu. Osobiście podejście systemowa bardzo mi odpowiada.

Dlaczego nie chciałbym, aby dydaktyka była doceniana? By chronić przed punktozą tę sferę życia akademickiego. Wyraźnie obserwujemy to w zakresie publikacji, zapatrzenie na punkty, punkty i jeszcze raz punkty. Owocuje to dopisywaniem się do publikacji (by wzajemnie pomagać sobie w uzyskiwaniu punktów, ważnych w karierze), rozdrabnianiem publikacji (by pomnożyć punkty, bo liczy się sztuką), fałszowania wyników, przedwczesnym publikowanie wyników. Duża część czasu i aktywności idzie w sprawozdawczość i wyszukiwania jak najowocniejszego liczenia owych punktów. Podobne trendy docierają i do aktywności dydaktycznej. Tak więc analogiczne docenienie dydaktyki spowoduje wzmożenie sprawozdawczości. Już teraz sylabusy, zestawienia itd. zajmują zbyt dużo czasu. A co będzie, gdy znajdzie się to w sferze zainteresowania wyścigu szczurów? Może więc niech lepiej dydaktyka zostanie polem na indywidualną charyzmę i zaangażowanie (wewnętrzne zmotywowanie a nie poganianie batem punktów). Bo przecie będziemy robili (ci co chcą) to samo a dojdzie jeszcze dodatkowa biurokratyczna sprawozdawczość i wyliczanie punktów….

Ale wróćmy do dyskusji ze wspomnianej konferencji. Prawdziwe zmiany nie są możliwe… jeśli nie zmieni się systemu. Wspomniany panelista wspomniał o trzech kulturach (wzorcach) uprawiania nauki. Pierwszy to kultura aureoli i prestiżu – nakierowanie na rozwój osobisty, potrzeba zdobywania uznania (publikacje, nagrody, dyplomy itd.). Ponieważ takie osoby zdobywają „punkty” to cenione są przez uczelnie. Druga to kultura umiłowania prawdy i jest nakierowana na odkrywanie, poświęcenie się poszukiwaniu czystej wiedzy. Osoby takie nie są zainteresowanie publikowaniem a odkrywaniem prawdy. Wiele wyników leży w szufladzie i czeka na ogłoszenie. Taki wzorzec mieści się w tradycji akademickiej. Trzeci wzorzec to kultura atrakcyjnego mówcy - lubi mówić i być słuchany. Przemawia na zebraniach, na wykładach, na konferencjach, w ciałach kolegialnych takich jak rady wydziału, senat uczelni, spotkania towarzystw naukowych, i oczekuje oklasków, podziwu, uznania.

Otóż te trzy wzorce to skoncentrowanie się na sobie. Dobrze oddaje funkcjonowanie człowieka w organizacji. Nazywane bywają ego-logiką. Dbanie o siebie. Dotychczasowe bibliometryczne i punktowe docenianie rozwoju takich wzorców owocuje punktozą i rozwijaniem postaw radzenia sobie w uniwersyteckiej korporacji. I wcale niekoniecznie przekłada się to na sukces samej instytucji. To ściganie się w liczbie i punktach z publikacji (prestiż), różnorodnych nagrodach i wyróżnieniach. Jeśli włączyć w ten wyścig i dydaktykę, to czy rzeczywiście podniesie się jakość? Raczej wątpliwe. A jeśli już to w stopniu minimalnym. Podniesie się w sprawozdawczości ale nie w rzeczywistości.

Jest jeszcze systemowo inny wzorzec. Eko-logika to skoncentrowanie na dobru wspólnym, na systemie, na ulepszaniu systemu, na wspólnotowości. Uniwersytet traktowany jest jako dobro wspólne, o które warto się troszczyć. Prymat wspólnoty nad dobrem własnym (czy to poszukiwaniu prestiżu, czy prawdy, czy atrakcyjnego mówcy). Prawdą jest również to, że nam Polakom ewidentnie brakuje umiejętności pracy zespołowej (eko-logicznej). Pracujemy w grupie ale nie zespołowo. W docenianiu dydaktyki należałoby przede wszystkim docenić eko-logiczne podejście (nie wyrywanie sobie zajęć ale skoncentrowanie się na studencie i efekcie finalnym). A to wymaga gruntownej zmiany systemowej. Czy na to jest gotowe środowisko akademickiej? Przecież nawet za bardzo nie dyskutuje w tym duchu.

W naszym życiu niestety dominuje ekonomia korporacyjna. I po co jeszcze zaśmiecać nią proces dydaktyczny? Lepiej pozostańmy „niedocenieni”. Przynajmniej mniej będzie zbędnej biurokracji. A proces edukacyjny nie jest łatwy do zmierzenia. Przecież wiele efektów jest długofalowych, widocznych dopiero po wielu latach. Jak to mierzyć? Teraz w bibliometrycznej ocenie wartości publikacji liczy się szybki efekt – publikowanie w punktowanym czasopiśmie i szybkie cytowanie. W wielu dyscyplinach publikacje szybko się starzeją, po 3-6 latach nikt już do takich publikacji nie zagląda i nie cytuje. Są jednak dyscypliny, w których mniej jest zaangażowanych pracowników i węższy front robót. W takich dyscyplinach prace (publikacje) czytane są i cytowane po 10-50 latach. W systemie punktowym są bezwartościowe, bo co komu po „puntach” jak już dawno wyrzucą go z pracy lub będzie na emeryturze? Rozliczani jesteśmy praktycznie co roku…. Przeniesienie tego wzorca na aktywność dydaktyczną przyniesie jedynie produkcję papierów i dużo pracy pozorowanej. Już teraz to widać. I jakby się nasilało…

Bez wewnętrznej motywacji system punktowy, zliczany co roku, niczego nie wniesie. Ludzie, zwłaszcza na uniwersytetach, nie są głupi. Dość szybko dostosowują się do każdego systemu oceny. Bo od tego zależy zatrudnienie i wysokość pensji. Tak jak w szkole uczymy się dla ocen. Nie dla siebie. W szkole dzieci pytają czy będzie za to piątka… my ile za to będzie punktów. Ego-logika. Dlaczego nie chciałbym, aby dydaktyka była doceniana? Bo bez zmiany systemu będzie to kolejna punktoza (skoncentrowanie na dokumentowaniu i starannym wyliczaniu aktywności na papierze). Biurokracja i robienie czegoś dla punktów przesłoni zasadniczą aktywność. A już teraz jesteśmy przepracowani i zatopieni w papierowej sprawozdawczości.

Trawa nie rośnie dlatego, że ją się ciągnie do góry za źdźbło, ale dlatego ze się podlewa i nawozi. Zatem bardziej istotne jest tworzenie warunków do rozwoju niż tworzenie kolejnych rankingów i korporacyjnego wyścigu szczurów. Dlatego potrzebna jest gruntowna zmiana systemu. Nie ma potrzeby wymyślania coraz to nowych sposobów ciągnięcia trawy do góry. Skoncentrujmy się na podlewaniu i nawożeniu. Czyli na tworzeniu warunków. Bez kształcenia wewnętrznie zmotywowanego człowieka stworzymy ego-logiczną, korporacyjną grupę ścigających się szczurów. I nawzajem podgryzających.

Zdjęcie ze strony http://www.ideatorium.ug.edu.pl.

O podręczniku ekologicznego obozowania co z pracy magisterskie powstał i o zanikającej autonomii uniwersytetu

sczachor

kowalczykpodrecznikTrzymam w ręku książkę, którą już wiele lat temu, w wersji prototypowej, nie tylko trzymałem ale i recenzowałem. Odkrywam ją na nowo i jestem pod pozytywnym wrażeniem. Wszystko za sprawą niedawnego wykładu w Ostródzie dla Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewodników Turystycznych i Pilotów Wycieczek. Po wykładzie od autora dostałem tę właśnie książkę (ilustracja okładki obok): Krzysztof Kowalczyk "Podręcznik ekologicznego obozowania", wydana w 2014 r. przez Niezależne Wydawnictwo Harcerskie. Książka wywołuje we mnie różnorodne, uniwersyteckie refleksje.

Pierwsza wersja książki powstała w 1992 r., jako praca magisterska na kierunku pedagogicznym. Zostałem poproszony o recenzję pracy dyplomowej. Bo już wtedy zajmowałem się edukacją ekologiczną. Ale byłem z innego wydziału. Praca powstała na Wydziale Pedagogicznym a ja byłem z Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego. Dobra tradycja otwartości i obiektywizmu (szukamy specjalisty, który się zna i recenzentów na prawdę zewnętrznych i obiektywnych).

Odnoszę niejednokrotnie wrażenie, że w tamtych czasach na WSP (Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Olsztynie) więcej było uniwersyteckości niż teraz w Kortowie. Może to klimat tamtych lat a może coś innego (a może tylko mi się zdaje, bo to osobista refleksja a nie systemytyczne badania). Więcej moim zdaniem wtedy było otwartości i poszukiwań, więcej autentyczności. Wtedy dostawałem jako recenzent prace dyplomowe nie tylko z innych kierunków ale i wydziałów. Próbuję tę tradycję kontynuować w Kortowie, dając do recenzji prace licencjackie i magisterskie pracownikom z innych katedr (innych zespołów) ale w obrębie jednego wydziału. Bez jednak widocznej reakcji i wzajemności (naśladowania, kontynuowania itd.). Za bardzo na naszym uniwersytecie przywykamy do chowu wsobnego, gdzie refleksji nie budzi nawet fakt, że syn ma promotora rodzica a drugi rodzic jest recenzentem pracy dyplomowej. To skrajny przypadek, ale mniej drastycznych jest więcej i zostają milcząco akceptowane. "Bo tak się robi", bo brakuje wzorców i świadomości, że można inaczej.

Wróćmy do książki. To nie była typowa praca magisterska. Nie za bardzo mieściła się w utartych schematach i szablonach. Była wartościowa, co pokazał czas i trzymana w ręku książka (pozytywnie zweryfikowana przez świat pozauniwersytecki i tak zwany rynek). Przypomina mi się atmosfera lwowskiej szkoły matematyków (znam tylko z literatury). Szkoda, że tego otwartego i autentycznego klimatu zaczyna brakować. Skupienie się na biurokratycznym wypełnianiu tabelek i formalnym robieniu kariery. Każda nowość, która nie mieści się w odgórnie przygotowanych "rubryczkach", jest niechętnie przyjmowana (bo jak to wpisać do wypełnianych sprawozdawczych tabelek?). Formalizm sprawozdawczości zastępuje autentyzm poszukiwać i ciekawość.

Na ile starczy mi (i nielicznym innym) sił na kreatywność i innowacyjność? To się ewidentnie nie opłaca. Opłaca się przede wszystkim spółdzielcze dopisywanie do publikacji i dbałość o wskaźniki aktualnie ważne do prestiżu i awansu.... Niedawno na Facebooku fizycy kpili z pewnej publikacji. Praca opublikowana była w piśmie medycznym, a więc dobrze punktowanym. Miała już wiele cytowań, a więc autor miał dobry IF (impact factor) i wysoki zapewne indeks Hirscha. Tak więc same ochy i achy i ważny dorobek w rozwoju naukowym-stanowiskowym. Tyle tylko, że autor ogłosił jako swoją metodę całkowania (chyba za pomocą trapezów czy jakoś tak, nie zapamiętałem, bo nie jestem matematykiem i nie rozumiem). A metoda znana jest od lat, tyle że matematykom (jeśli nie na poziomie dawnych liceów to na poziomie studenckim na pewno). A więc ktoś ogłasza jako własne odkrycie starą metodę (odkrywa Amerykę na nowo), publikuje w recenzowanym piśmie o wysokim IF i jest przez wielu innych naukowców cytowany (jak widać też ignoranci w matematyce). Trudno mi powiedzieć czy był to świadomy plagiat czy tylko wynikający z niewiedzy (nieuctwa), ale ktoś na bzdurze w świetle wskaźników robi karierę naukową. A wszystko przez zamknięcie się we własnym środowisku. Gdyby do recenzji dostał tę pracę przed drukiem jakiś matematyk, to sprawy by nie było (nie ukazałaby się i nie byłoby teraz kpin). Dawanie recenzji "swoim" to strategia o małych perspektywach. Prędzej czy później szydło wyjdzie z worka i będzie wstyd. Wielu osobom, nie tylko autorowi. Po drugie, żadne wskaźniki nie zastąpią rzetelnej wiedzy i zwykłego myślenia.

Przypomina mi się opowieść mojego dawnego szefa, Profesora W. Jezierskiego. Opowiadał o pewnym doktoracie z pogranicza sadownictwa i przetwórstwa. Obie recenzje pracy doktorskiej były pozytywne. Ale gdy je odczytano na radzie wydziału, to zapadła konsternacja. Jeden recenzent, sadownik napisał, że pod względem sadownictwa to praca nie przedstawia żadnej wartości, ale na pewno coś wartościowego jest w zakresie przetwórstwa. Drugi recenzent był specjalistą z przetwórstwa. Napisał, że w zakresie przetwórstwa to praca jest bardzo słaba i nic nie wnosi, ale na pewno coś wartościowego jest w części sadowniczej. Z formalnego punktu widzenia obie recenzje były pozytywne, więc doktorat się "należał". Ale po zestawieniu recenzji i logicznej analizie rada naukowa zawiesiła przewód doktorski (by nie robić zbyt dużego wstydu promotorowi) i nigdy nie został wznowiony. Ale byli ludzie, którzy nie zrezygnowali z myślenia.

Miałkość jest przemijająca. Nauka potrzebuje otwartości, niestandardowości i otwartości poszukiwań. Tymczasem uniwersytety same zrezygnowały ze swojej autonomii i decydowania o awansach. Zamiast recenzji dorobku z czytaniem prac jest tylko porównywanie liczb (wskaźników). Buchalteria tabelek a nie analiza osiągnięć (proszę zwrócić uwagę jak naukowcy łatwo mówią o liczbie uzyskanych punktów w ważnych czasopismach a jak trudno o swoich odkryciach i co ich odkrycia nowego wnoszą do nauki).

Odpowiedzialność za jakość naukową uniwersytety scedowały na wydawnictwa zewnętrzne. Bo o awansie decyduje suma punktów, uzyskanych (przyznanych) przez pozauniwersyteckie czasopisma i wskaźniki. Cóż w zasadzie robią rady wydziałów? Sprawdzają w zasadzie papiery od strony formalnej (bo nie ma czasu na dokładne analizowanie). A recenzenci nierzadko przepisują zdania z autoreferatu, bez sięgania do prac i ich analizowania, w tym sensowności i oryginalności badań, w tym wkładu osoby ocenianej. Może pójść krok dalej? Uzyskiwanie stopni i tytułów naukowych może odbywać się on-line: delikwent wpisze swoje dane, pobierze z baz danych wykazy publikacji, program policzy punkty i wg algorytmu przyzna doktorat, habilitację czy profesurę. Oczywiście jeśli osiągnie dolną, wymaganą liczbę punktów we wszystkich uwzględnionych w algorytmie kategoriach. Ideał szkiełka i oka. I nikt nie będzie analizował co w tych publikacjach jest, czy i jaką mają wartość, jaki wkład wniósł autor w wieloautorskiej publikacji (nie trzeba samemu nic odkrywać, wystarczy się dopisywać i być dopisywanym). W każdym razie centralny komputer będzie przyznawał doktoraty, habilitacje, profesury i wszelakie nagrody. Same środowiska uniwersyteckie, z własnej woli, do takiej wizji dążą. Amerykanie się już buntują jawnie, w Polsce ani śladu wyraźnej kontestacji(*) i prób odzyskania uniwersyteckiej autonomii.

Tak na prawdę wiele osób ze środowiska akademickiego mówi o tym... tyle, że jedynie ściszonym głosem i w gabinetach a nie na forum publicznym. Bo po co się narażać? A może z niepewności, bo może tak właśnie trzeba? Czekamy aż Amerykanie za nas sprawę załatwią? Tak więc o autentycznej autonomii uniwersytetów (tej autonomii i samodzielności intelektualnej) trzeba zapomnieć (z swej szerokiej masie - bo szczęśliwe wyspy na pewno istnieją nawet w naszym środowisku - tyle, że na razie to nie one nadają klimat i powszechnie stosowane standardy). 

Książkę czytam, Dobrze napisana, zarówno pod względem merytorycznym jak i językowym, ze znakomitym dowcipem. Wyzwoliła jednocześnie, jak katalizator, inne refleksje i myśli tlące się od dawna.

 

(*) - to znaczy czasem w gazecie to i owo można przeczytać, nawet bardzo krytyczne głosy. Czasem studentów i doktorantów, czasem samych profesorów. Ale te teksty nie wywołują szerszej i głębszej dyskusji w samym środowisku akademickim. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci