Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

UWM

Budujemy kolejne hotele dla dzikich pszczół w Kortowie

sczachor

11068271_10205838621958094_3419890893164511886_nUrodziny warto godnie uczcić. A skoro są urodziny uniwersytetu to i świętowanie musi być jakieś niezwykłe. Uniwersytet to wspólnota uczących i nauczanych – a więc zrobić coś razem. Przy okazji będzie to nauka przez działanie. Nie tylko opowiadanie na wykładach ale wspólne działanie. Były dyskusje przy malowaniu niepotrzebnych i wyrzuconych butelek oraz słoików, było malowanie dachówek, rozpoczęło się malowanie kamieni… to teraz pora na lepienie z gliny. I wcale nie garnków tylko hoteli dla samotnych pszczół. Coś w stylu domu samotnej, owadziej matki. A skoro przy pracy będą i naukowcy i studenci, to dyskusja może być ciekawa.

Międzywydziałowy kierunek dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze uruchomiony został w październiku 2014 r., gdy naukę rozpoczęli pierwsi studenci. Pierwszego czerwca, w dniu święta uniwersytetu warto przypomnieć współpracę Wydziału Humanistycznego oraz Wydziału Biologii i Biotechnologii (przy wsparciu innych wydziałów). Właśnie tego dnia odbędzie się akcja studentów kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze, Instytutu Filozofii (Wydział Humanistyczny), Wydziału Biologii i Biotechnologii, Katedry Pszczelnictwa (Wydział Bioinżynierii Zwierząt), Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym UWM w Olsztynie i ludzi dobrych intencji. A tych ostatnich nie brakuje, np. leśnik Piotr Różański zobowiązał się dostarczyć kłodę próchniejącego drewna. Co ma próchniejący pień do hoteli dla pszczół? To także siedlisko dla ginących a pożytecznych owadów. W mocno zmienionym przed człowiek środowisku budujemy wyspy siedliskowe, umożliwiające rozwój wielu gatunkom owadów i innych bezkręgowców.

W Kortowie jest już kilka konstrukcji nazywanych hotelami dla pszczół samotnic. Niebawem mój licencjat zakończy prace dyplomową, dotycząca efektywności wykorzystania „hoteli” przez samotne pszczoły. Ale tym razem we współpracy archeologów, filozofów, biologów i entomologów powstaną konstrukcje gliniano-słomiano-drewniane, nawiązujące do dawnej architektury i do historii regionu. Będzie dużo gliny, więc dodatkowe siedlisko dla nieco innych gatunków owadów.

Mocno zaakcentowany będzie interdyscyplinarny dialog humanistów i przyrodników. Na przykład próbujemy nawiązać do dawnych Prusów. Uczymy się dodatkowo starych technologii obróbki gliny. Jak już się nauczymy to z przyjemnością zorganizujemy podobne akcje – edukacyjne pikniki w różnych miejscach naszego regionu. Działania prospołeczne w połączeniu z nietypowa edukacją.

W czasie zabawy połączonej z pracą w glinie i słomie (ci, którzy zechcą pomóc, najlepiej gdy przyjdą w krótkich spodenkach) można będzie porozmawiać z filozofami, archeologami, biologami, entomologami, ekologami. Uczone rozmowy przy lepieniu z gliny. A prz wyrabianiu gliny peeling dla stóp.  Można dołączyć, zapraszam. 1 czerwca 2015 w godzinach 10:00 - 15:00, w Kortowie, przed Biblioteką Główną UWM.

 11168157_10205856968496746_4847414278391900767_n

A tak wyglądają naturalne, gliniaste skarpy na brzegu rzeki naturalnie płynącej (erozja nieuregulowanej rzeki). Tyle, że takich siedlisk prawie już nie ma. Za sprawą człowieka i jego zapędu do betonowania, prostowania, regulowania itd. To gdzie te biedne owady mają odchować potomstwo? Nasze gliniane hotele będą namiastką takich właśnie siedlisk. Utraconych siedlisk.

Dodatkowe informacje:

Dobry wykład źle odebrany. Czyli o obowiązkowych wykładach na uniwersytecie cz. 7.

sczachor

Złożoność problemu jest duża (w dyskusji nad tym, dlaczego studenci nie chcą przychodzić na wykłady lub wykazują małą motywację do aktywności na zajęciach). Niech dla ilustracji posłuży drugie studium przypadku.

Rzecz dzieje się na ogólnopolskiej konferencji poświęconej dydaktyce akademickiej. Przyjechali tylko ci, którzy chcieli (i to raczej z dużą motywacją). Nikogo nie było z nagonki ani obowiązkowej obecności. Pełna dobrowolność. Prowadzący wykład dobrze się przygotował (bo to wykład zamawiany), napracował się. Z boku wyglądało na znakomite wykonanie. A jednak było wyczuwalne rozczarowanie. Wszystko powinno pójść jak najlepiej, ale jednak tak nie było w moim odczuciu (a po rozmowach kuluarowych z innymi uczestnikami konferencji mogę stwierdzić, że i inni myśleli podobnie). Było nawet oklaski. Pozornie więc wszystko było cacy.

ideatoriumpiotrWykład pt. „jak mówić by nas słuchali” miał Pan Piotr. Jak się można było zorientować – prowadzi warsztaty i szkolenie ze sztuki prezentacji (na pewno dla polityków). Wykład popołudniowy, ale zostałem specjalnie (rezygnując z kawy i przekąsek). Przyszedłem punktualnie, wybrałem dobre miejsce, bo temat mnie bardzo interesuje. O od kilkunastu lat prowadzę zajęcia i wykłady w podobnym temacie. Niby dużo wiem, ale zawsze czegoś nowego można się dowiedzieć i nauczyć. Motywacja była więc duża (w odróżnieniu od wcześniej opisywanego przykładu ze szkoleniem bhp) i duże zaciekawienie.

Pierwszy zgrzyt, prowadzący spóźnił się 5 minut, organizatorzy musieli szukać i wołać. O ile się spóźniają się uczestnicy (z przerwy kawowej) to jest to niezbyt sympatyczne ale akceptowalne. Przecież w dużym gronie zawsze się znajdą bardziej i mniej zainteresowani konkretnym tematem. Prowadzący w żadnym przypadku nie może się spóźniać na swój występ. Bo to jest oznaka lekceważenia słuchaczy (tak odbiera to słuchacz, ten swoisty język ciała). Na wstępie więc emocjonalny zgrzyt (złe wrażenie, malutkie, ale jednak).

Początek też nie najlepszy (choć był wstęp) - za dużo tekstu na slajdach (przynajmniej na początku), struktura wystąpienia bardzo schematyczna, powtarza zbyt często słowo „niezmiernie” - to zaczyna razić. Ale może dlatego, że wywołał swoim spóźnieniem złe wrażenie oraz jest to jednak wykład plenarny (a więc honorowe i prestiżowe miejsce, godzinny, a nie krótki referat). Duża część wystąpienia niezbyt zgodna z tytułem. Pojawia się więc zawód, i w konsekwencji zostały "nakręcone" złe emocje „czepiają się wszystkiego”. Być może i mówił o ciekawych sprawach, ale jednak niezgodnie z tytułem czyli oczekiwaniami słuchaczy. Wniosek z tego taki, że nawet dobry w mniemaniu wykładowcy (i kogoś z boku) wykład może być źle odebrany, bo zły język ciała na początku oraz zawartość niezgodna z opakowaniem (treść z tytułem).

Obiecywał aktywne uczestnictwo, ale pierwsza część to wykład (potem oczywiście aktywizacja była, i to całkiem udana). Chyba zbyt długo utrzymywało się rozczarowanie, co budowało i utrwalało nieprzychylne emocje. Poczucie zawodu i oszukania. Wystąpienie było dobre a nawet momentami bardzo dobre. Ale nie na temat zapowiedziany tytułem. I stąd poczucie zawodu u mnie, jako słuchacza (potem okazało się że u innych także).

Dobrym elementem wystąpienia pana Piotra to kontakt z publicznością, odgrywanie scenek, pytania do publiczności. Uczestnicy dobrze się wczuli w swoje, przydzielone role, publiczność była aktywna. Była jednak widoczna niezgodność realizowanych działań z wygłaszaną przez prelegenta treścią jak powinien wyglądać dobry wykład. Dobrze realizował kontakt z publicznością, aktywizował, ale w części teoretycznej nie wspomniał, że jest to cechą dobrego wykładu, że dzięki temu publiczność słucha (nie każdy powiąże te fakty i nie będzie wiedział co robić na wykładzie, by być słuchanym). Mówił natomiast, że na slajdach nie powinno być dużo tekstu, a na większości jego slajdów - było. Słuchacz trochę bardziej obyty z tematem może odnieść wrażenie, że prelegent przeczytał gdzieś w książce… ale nie rozumie, bo sam nie stosuje. Rozdźwięk między wygłaszanymi słowami a praktyką (kontekstowym językiem ciała). A czy nasi studenci czasem tak nie odbierają? "Coś przeczytał i nam mówi, a sam do końca nie rozumie"? I to się niestety da wyczuć.

Rozczarowałem się, bo tytuł inny niż zawartość (wykład z recyklingu, dostosowany do innego odbiorcy, najpewniej polityków, odświeżana kiełbasa, włożone w nowe opakowanie – takie odniosłem wrażenie). A czy i my, pracownicy uniwersyteccy czasem nie robimy podobnie? Stare slajdy lekko tylko podretuszowane, odświeżone i podawane jako nowe? To chyba da się wyczuć. I dlatego być może taka a nie inna jest reakcja naszych studentów na wykładach.

Niespójność wynika z wiedzy odtwórczej (pan Piotr jest młody, więc kiedyś treść zrozumie i będzie wiarygodny, musi tylko trochę poćwiczyć, musi zrozumieć te czytane treści i wtedy będzie profesjonalistą). Emocjami wyczuwamy autentyczność i wiarygodność i odróżniamy od wtórnej treści, przeczytanej i opowiadanej. W XXI w. każdy może sobie sam przeczytać. W uniwersyteckich wykładach chyba chodzi o coś innego, o autentyzm i wiedzę z pierwszej ręki (doświadczoną, przemyślaną, "przetrawioną").

Wróćmy do konferencyjnego przykładu. Pan Piotr na samym początku mocno się biznesowo autoreklamował (dobre w biznesie tu trochę raziło, nie tylko mnie - jak się z rozmów późniejszych okazało). Przecież nie przyszedł szkolić polityków jak uwodzić mają wyborców. Publiczność była wcześniej znana prelegentowi, to konferencja dla nauczycieli akademickich. W sporej więc części rozczarowanie wynikało z niedostosowania formy i treści do konkretnej publiczności. Prelegent nie dostosował formy i treści do odbiorców - na sali byli eksperci a nie dyletanci. Dodatkowo spóźnił się, a potem przedłużał poza wyznaczony czas swoje wystąpienie. Kumulacja drobnych, nieprzychylnych emocji. I sumarycznie zły odbiór całości (mimo dobrych i wartościowych fragmentów).

Kolejny element, które mnie zraził, to część o języku ciała. W sumie błędy i trywialności. To nie jest tak, że pojedyncze gesty (zwłaszcza wyuczone) zmienią sposób odbioru. Że jeśli zrobimy piramidkę z dłoni, to wydamy sobie się wiarygodni. To tylko to pozory, bo jeśli gesty nie wynikają z wewnętrznego przekonania (są wyćwiczone), to odbieramy jako sztuczne i niewiarygodne. Może politycy na to nabiorą się (informacja o cudownych i prostych sposobach by przekonać do siebie publiczności), ale chyba nie wykładowcy akademiccy z dużą praktyką. Sadzę, że raczej prelegent sam tego nie rozumie i przekazuje wiedzę, świeżo co wyczytaną, ale jeszcze głębiej nie „przetrawiona", nie sprawdzoną osobiście w praktyce i nie przemyślaną. Ten sam wykład, wygłoszony dla zupełnych laików, może byłby znakomicie odebrany a prelegent w opinii słuchaczy wydałby się mistrzem i ekspertem. Na sali jednak nie byli, początkujący z edukacją, laicy.

Było kilka dobrych i wartościowych momentów, z których skorzystałem. Ale złe wrażenie pozostało. Dowiedziałem się czegoś, ale złe wrażenie o prelegencie pozostało. Wniosek z tego wyciągnąć można taki, że nawet jak studenci się czegoś nauczą dobrego, to i tak mogą wykładowcę w ankietach źle ocenić, opierając się na emocjach i ogólnym wrażeniu, w tym przypadku rozbieżności między tytułem a treścią oraz niespójnością przekazu czy treścią trywialną dla konkretnych słuchaczy.

Od siebie dodam, że nie ma uniwersalnych regułek i schematów. Dużo zależy od kontekstu miejsca i czasu oraz konkretnej publiczności.

Jak więc oceniać efektywność dydaktyki akademickiej? Czy tylko wrażeniem „napracowania się” wykładowcy? Skoro się napracował, namęczył, doczytał, to „należy się” obecność studentów na wykładzie i docenienie! Mają być, nawet pod przymusem? Tak, tylko czy to, co otrzymują, jest im potrzebne? Czy widzą sens? Czy znamy kontekst całości i zewnętrznych uwarunkowań?

 

A tu początek całej dyskusji.

O obowiązkowych wykładach na uniwersytecie. Cz. 6. Test końcowy

sczachor

strazakbhpW poprzednich wpisach omawiałem studium przypadku, przykładowy kurs szkoleniowy, widziany z drugiej strony, z sali. Zbliżam się do końca tej analogii i kursu. Po 3,5 h zegarowej kolejna przerwa, 10 min., Po przerwie pojawia się pan Marek Świrski, zawodowy strażak. Najlepsza część szkolenia pod względem formy i skuteczności przekazywania informacji (hmm, dlaczego to ludzie spoza uniwersytetu błyszczą dobrą formą prezentacji?). Wyszedł zza pulpitu, blisko ludzi. Czyli zależy mu na mówieniu do ludzi i szuka kontaktu. Myszkę sobie wyciągnął daleko poza komputer, by zza pulpitu (od strony sali, nie mając podglądu na monitor) przewijać slajdy. Nawet jak sale są źle zaprojektowane, to zawsze można sobie jakoś poradzić, by ułatwić komunikację a nie ją utrudniać. Skupił się na najważniejszych aspektach, zadaje pytania, kierowane do publiczności na sali. Nawiązał dialog. O wiele lepiej się słucha. Już nie zaglądam do tabletu. Słucham. Pokazał filmik o gaśnicach. Ale jedna gaśnica stoi na biurku. Prawdziwy eksponat, coś realnego. Kolejny plus za komunikację. Padają trudne pytania z sali (niektóre w podtekście złośliwe, wynikające ze wstępnego, negatywnego nastawienia, o którym pisałem już wcześniej). Odpowiada z sensem i początkowe, negatywne nastawienie znudzonej publiczności wyraźnie się zmniejsza. Strażak mówi z głowy, sypie przykładami, ciągle próbuje pytaniami aktywizować. Najlepszy element całego szkolenia. Drugi filmik o gaszeniu płonącego oleju. Pytania o przepisy względem gaśnic. Nie trzyma się kurczowo przepisów, tylko wskazuje na sens i kontekst konkretnej sytuacji. Widać, że praktyk a nie biurokrata i wie, że przepisy interpretujemy względem kontekstu. Jest wiarygodny. Czuć, że wie o czym mówi, że to rozumie. „Jeśli nie ma innego wyjścia, to dlaczego nie pomóc” (to w kontekście niezbyt przepisowego użycia gaśnic). Z tej części szkolenia najwięcej zapamiętałem. Wiem dlaczego. Przez formę prezentowania treści.

Owszem z chęcią bym poćwiczył, ewakuację, gaszenie itd.

Na koniec szkolenia test sprawdzający, rozdany każdej osobie obecnej na sali. Głośne czytanie pytań. Czasem delikatna i dyskretna sugestia, która odpowiedź jest prawdziwa. Na sali głośnie komentarze i podpowiedzi poprawnych odpowiedzi. Bo uczestnicy chcą wypaść jak najlepiej (wzajemnie sobie pomagają). Ale jeśli się zastanowimy, to ten test jest fikcją. W papierach wszystko gra, ale przecież tak naprawdę niczego nie sprawdza. Pojawiły się chyba nawet dwa pytania o treści, które nawet na szkoleniu nie padły. Obie strony chcą już mieć to szkolenie z głowy, więc obustronne udawanie i przymykanie oka. Tak też jest niejednokrotnie na egzaminach, zaliczeniach ze studentami. Żeby wyglądało, swoisty teatr. Obie strony zostały przymuszone więc są dla siebie „ludzkie”.

Jaki sens jest tego testu? Może to sprytne sprawdzenie listy obecności? Bo dostają tylko osoby obecne na sali. Może to sposób na powtórzenie materiału, przecież wypełnianie testu z głośnymi podpowiedziami niczego nie sprawdza – ale przypomina, utrwala w dodatkowych emocjach. Nie sprawdza (ewaluacja) lecz może utrwala. To byłyby sensowne wytłumaczenia testu. Ale najpewniej ten test jest urzędowym pozorowaniem. Wyjdzie z tego testu, że uczestnicy znakomicie opanowali materiał. Łatwo będzie się "rozliczyć” ze szkolenia. Gdyby prowadzący zrobili prawdziwy test, z groźbą niezaliczenia, to by podniósł się bunt (co, jeszcze raz uczestniczyć w 5 h nudnego kursu?) – przecież to szkolenie było niechciane… i na niskim poziomie, było nudne. Przez analogię: jeśli studenci podnoszą sprzeciw w podobnych sytuacjach, to błędem byłoby interpretować, że wynika to tylko z lenistwa, że nie chcą się uczyć. Może nie chcą tylko wykonywać bzdurnej, niepotrzebnej pracy?

Zastanówmy się pięć razy, zanim zaczniemy oskarżać studentów o lenistwo, głupotę, brak ambicji. Może tylko praca, do której chcemy ich zmusić jest bezsensowna i nie daje perspektyw? Złej tanecznicy i falbana przeszkadza. Jeśli sale pustoszeją, to nie przymuszajmy do obecności ale solidnie zastanówmy się nad całym procesem dydaktycznym i misją uniwersytetu.

O obowiązkowych wykładach na uniwersytecie . Cz. 5 . Telefony, wielozadaniowość i brak uwagi

sczachor

To, że ktoś sprawdza obecność na wykładzie, to jego sprawa, jego koncepcja. Powodów może być wiele. I nic mi do tego. Ale gdy próbuje się narzucić obowiązkowe sprawdzanie listy na wszystkich wykładach, to już mnie to obchodzi bo i mnie dotyczy. Chcesz, to sprawdzaj, ale dlaczego narzucasz innym (regulaminy, rozporządzenia itd.)?

Zapewne każdy pamięta czasy szkolne. Tam było codzienne sprawdzanie listy obecności. Ale w szkole są nieletni, za których nauczyciel i szkoła ponoszą odpowiedzialność. Sprawdzanie obecności na lekcji ma inny sens. Ponadto dla rozbrykanej młodzieży sprawdzanie listy obecności na początku lekcji niesie funkcję wyciszania i wprowadzanie swoistego ładu. Ale na studiach są już ludzie dorośli, nie ponosimy za nich odpowiedzialność jak za nieletnich. I nie są już tak młodzieńczo rozbrykani. Przenoszenie wzorców bez refleksji nie musi przynosić dobrych efektów.

Wielokrotnie sam sprawdzałem listę obecności na wykładach. W dużej grupie nie ma sensu odczytywać na głos, puszczałem listę. W ciągu blisko 30 lat pracy stosowałem oba rozwiązania: z listą obecności i bez. Wykłady uważałem i uważam za przywilej dla studenta. A zmuszony do wystawiana oceny z wykładów… wyznaczam prace do wykonania. Oceniam więc efekty a nie obecność. Czasem jest to projekt, wspólny, zespołowy, czasem indywidualna praca do napisania. Ciągle poszukuję. Wykłady z tym zadaniem są powiązane i spójne. W przedmiotach, składających się z wykładów i ćwiczeń, te pierwsze są wstępem do zajęć praktycznych. Próbuję tworzyć spójny moduł. Różnie się to udaje, bo zależy od współpracy z innymi prowadzącymi ten sam przedmiot. Na ćwiczeniach odnotowuję obecność, czasem dyskretnie. Ale zawsze obecność jest drugoplanowa. Najważniejsza jest wykonana praca. Czasem student jest chory, czasem ma innym powód. A czasem jest ale nic nie robi. Jest bo jest. Jest dorosły i odpowiedzialny sam za siebie. Ale praca ma być wykonana. Ocena wnika z efektów a nie obecności.

Czasem dalej sprawdzam obecność w różny sposób, by wiedzieć ilu (jaki procent) chodzi na wykłady i by sprawdzać, czy jest jakiś związek z obecnością na wykładach a osiągniętymi efektami kształcenia. Taktuję to jako element ewaluacji. Wzdrygam się jednak przed narzucaniem innym obowiązkowej, jednej koncepcji, umocowanej w regulaminie studiów. Bo cóż niby nam daje to sprawdzanie listy i obowiązkowa obecność studentów na wykładzie? Klimat koszarowy?

bhp2wykladOpisuję w kolejnych wpisach na blogu – jako studium przypadku – jedno szkolenie bhp. Szedłem na nie z określonym nastawieniem: że raczej będzie nudno tak jak do tej pory. Kolejnym celem była ukierunkowana obserwacja dlaczego niektóre wykłady są nudne a inne nie. I czy warto do takich przymuszać obowiązkową obecnością. Skupiając się na swoich reakcjach chciałem sprawdzić, co z takiego wykładu zostaje w głowie (taki mały eksperyment). A że wszyscy uczestniczymy od czasu do czasu w podobnych szkoleniach, to to wspólne doświadczenie może być płaszczyzną do dyskusji o sensie obowiązkowego uczestnictwa studentów na wykładzie. Moja uwaga na opisywanym szkoleniu była ukierunkowana. Wiedziałem jakich sygnałów szukać i je notowałem. Z tego, co do tej pory opisałem (część 1, 2, 3 i 4) wynika, że nie warto upierać się przy obowiązkowych wykładach. Więcej szkód niż korzyści. Owszem, jest problem ale próbujmy go rozwiązywać inaczej.

Dlaczego denerwuję się (choć staram tego nie okazywać), gdy studenci wychodzą z telefonem poza salę lub esemesują (widać jak pod ławkami coś tam klikają)? Bo odbieram to jako wyraz lekceważenia mówcy i oznakę braku zainteresowania. A przecież napracowałem się w przygotowanie i staram się na wykładzie… Na tym szkoleniu wychodziłem z sali by zadzwonić, podobnie jak kilka innych osób. . Wiem, że nie wynikało to z lekceważenia prelegenta. Po prostu są czasem sprawy pilne do załatwienia. Czy coś straciłem przez chwilowe opuszczenie sali? Nie. Wychodziłem, kiedy niewiele się działo a kilkuminutowa nieobecność nie zrobiłaby wielkiej wyrwy informacyjnej. Zakazać używania urządzeń tego typu (żeby nie esemesowali)? A może tak sobie coś notują? Robią zdjęcia jako notatki, może sprawdzają w internecie, np. Wikipedii pojęcie, słowo, które padło a nie rozumieją? Przecież ja tak już wielokrotnie na różnych wykładach naukowych i szkoleniach robiłem (i widziałem podobnie zachowujących się innych naukowców). Skoro nie rozumiem, to szybko sprawdzam w internecie. To na prawdę jest przydatne. I dlatego, że inaczej odczytujemy ten język ciała to zakazać używania telefonów i tabletów? A jak się nudzą na wykładzie, to przynajmniej chwilami robą coś innego i będą mieli słabsze poczucie straconego czasu. W konsekwencji mniej negatywnych emocji. Skoro są na sali, to można ich szybko przywrócić do stanu „słuchania i uważania”.

Wielozadaniowość jest współczesnym faktem, A skoro tak, to trzeba powtarzać niektóre treści (te najważniejsze elementy), bo może wyszedł, może rozmyślał o niebieskich migdałach itd. i mu uleciało z głowy. Skupmy się na osiągniętym efekcie a nie na treści, które chcemy powiedzieć. Nie jest ważne co zostało powiedziane – ważne jest to, co zostało usłyszane i zapamiętane. Wystąpienie ustne ma swoją logikę i specyfikę, różną od tekstu pisanego. Więc mówmy a nie czytajmy. A niestety zbyt częstą praktyką jest… czytanie slajdów. I do takich wykładów mamy zmuszać studentów zapisami w regulaminach?

Wróćmy na salę szkoleniową (siedziałem tam 5 h). Trzeba odcierpieć swoje. Coś zapamiętam. Jaka jest efektywność zapamiętywania na wykładzie? Średnio 5 %. Na tym szkoleniu na pewno, jeśli nie mniej. Niewiele zapamiętałem, mimo, że było ciekawsze momenty. Dlaczego godzimy się na tak małą efektywność? Czy można wykład czymś zastąpić? Ależ oczywiście, ćwiczeniami praktycznymi oraz e-learningiem. Nie każdy wykład ale dużą część na pewno. W tym konkretnym przypadku szkolenia pracowniczego na pewno można było większość treści zastąpić działaniami praktycznymi. Efekty kształcenia byłyby znacznie większe. Nie piszę tego, by roztrząsać i oceniać jakieś tam szkolenie. To jest przede wszystkim refleksja dla mnie i dla kadry akademickiej, dyskutującej nad obowiązkowością wykładów. Czy ma to sens? Czy nie lepiej dokonać gruntownej zmiany form dydaktycznych?

Co zamiast wykładów? Ćwiczenia. Przykład szkolenia bhp – pięć godzin wykładów. Wolałbym ćwiczenia z reanimacji, z gaszenia pożarów, z ewakuacji, wolałbym studium przypadku z praw pracowniczych itd. To nie są tylko moje odczucia - naukowo udowodniono, że wykłady podające są najmniej efektywną formą kształcenia. Ćwiczenia angażując, zwłaszcza te praktyczne, zwiększają efektywność zapamiętywani treści i nabywania umiejętności. Co z tego, że przeczytam książkę kucharską, nawet nauczę się jej na pamięć (żeby celująco zdać egzamin), jeśli nawet raz nie spróbuję ugotować zupy, ulepić pierogów? Wiem ale nie umiem. A czyż jednym z ważniejszych zarzutów co do naszej uniwersyteckiej edukacji nie jest czasem brak umiejętności zastosowania wiedzy u naszych absolwentów?

Moja obecność na szkolenie bhp ro równocześnie dodatkowa ewaluacja - praktycznie i na sobie sprawdzam prawdziwość tez, jakie wygłaszam w czasie swoich wykładów na temat referowania (autoprezentacja). Nawet nudny wykład można zmienić w coś przydatnego. Inaczej by człowiek zwariował. Być może podobnie czynią studenci. Na swój sposób.

Mija godzina szkolenia, sala rozmawia, ludzie robią coś innego i tylko momentami słuchają. W szkoleniu chodzi o czas pracy. Zanotowałem, bo to krótkie chwile uwagi. Ważne problemy, prawo pracy, obowiązki pracownika, zwolnienia itd. Tu dygresja. Bez wątpienia służba BHP jest potrzebna na uczelni. Ale czy jedyną formą kontaktu mają być szkolenia raz na 6 lat? A może inna, stała więź z wykorzystaniem portali społecznościach? A może tę uwagę odnieść do wykładów i zajęć uniwersyteckich?

Sama ważkość problemu nie wystarczy by utrzymać uwagę i zainteresowanie słuchaczy. Musi być też forma w dobrej jakości (forma przekazywania treści). Ja oczekuję jakości a nie bylejakości. Studenci zapewne też tego samego oczekują. Jeśli nie przychodzą na wartościowe wykłady, to przynajmniej w części jest to efekt złej przeszłości (doświadczeń z przeszłości). Wina zbiorowa i skumulowana. Dbajmy o całość, bo sami też tracimy.

Na Facebooku znajomy podesłał mi link do e-behapowca - do materiałów e-learningowych z bhp. A może taka forma byłaby lepsza? Tylko jak sprawdzić, czy student zapoznał się z treścią? Sprawdzenie listy obecności wydaje się prostszym sposobem… ale jakże iluzorycznym.

Wszystko można ciekawie opowiedzieć, trzeba tylko chcieć mówić do ludzi a nie w ich obecności realizować program (czytanie i omawianie). Jak się głębiej zastanowić, to tak realizować można program… bez studentów. Że nie jest motywujące? Że oczekujemy satysfakcji i oklasków na stojąco? Bo się napracowaliśmy, wiele godzin przygotowania (nie mówiąc o zdobywaniu stopni i stanowisk), to teraz oczekujemy godziwej zapłaty w formie obecności i uwagi studentów? Niby oczekiwania uzasadnione. Ale czy system jest dobry?

Po 1,5 h 15 minut przerwy. Wreszcie. A jak studenci mają cały dzień wykłady, to jak oni wytrzymują… nudne wykłady. Sam pamiętam, z czasów studenckich, jakże to było ciężko. Dowcipkowaliśmy, bo humor pozwala znieść nawet katusze.

Rozmowy kuluarowe w przerwie. Wreszcie można być aktywnym. Ciekawa wymiana poglądów. Horyzontalna wymiana informacji. Może to jest równie ważne? Stworzyć sytuację, w której studenci będą razem. Jak masa krytyczna uranu. Wchodzą w interakcje i sporo się uczą. Może więc więcej przerw, aby te interakcje horyzontalne realizowały się najpełniej? To tak jak z konferencjami naukowymi, w jednym miejscu zbierają się ludzie o określonych zainteresowaniach. Nie tylko referaty, ale właśnie te nieformalne rozmowy jakże bywają owocne, inspirujące i wartościowe. Nie można konferencji oceniać po samych referatach.

Po przerwie kierownik znowu dobrze rozpoczyna, wychodzi blisko do publiczności, podaje przykłady z uniwersytetu. Pokazuje stronę www działu BHP i co tam można znaleźć. To jest przydatne. Bo choć nic nie zapamiętałem z informacji, to wiem gdzie ich szukać. Wspomaganie wykładu materiałami z internetu (najlepiej własnymi lub bezpośrednio związanymi z tematem) to dobre uzupełnienie tradycyjnych treści wykładowych. Pomaga poruszać się w nadmiarze i gąszczu informacji. Nie wystarczy powiedzieć ”znajdziecie w internecie” - trzeba pokazać jak i gdzie. Bo zasoby internetowe są rozległe jak pradawna i nieprzebyta puszcza.

Ale potem znowu jest fatalnie. Kolejny prelegent pokazuje na ekranie dokumenty, pdf i word. Wiele razy już to widziałem: przewijanie dokumentów. To się nie nadaje do prezentowania na wykładzie. Na ekranie niewiele widać. Kwintesencja lenistwa i arogancji. To tak, jakby wstać i głośno powiedzieć „Nie chciało mi się niczego dla was przygotowywać, mam was w nosie i co mi zrobicie?” Skoro tak pokazuje ktoś dokument, to równie dobrze można było wysłać mailem i poprosić o przeczytanie. Na wykładzie, pokazując na ekranie, lepiej jest wybrać fragmenty i pokazać w dużym powiększeniu, by było widoczne z daleka. I by pokazać jak szukać w dokumencie albo co jest w tym dokumencie najważniejszego. Prelegent trzyma mikrofon nisko, prawie nic nie słychać. Mówi cicho i monotonnie. Słuchacz obecnie oczekuje czegoś więcej. A bywając na różnych spotkaniach uczelnianych i pozauczelnianych te błędy widzę nagminnie (źle trzymamy mikrofon, przewijanie dokumentów). Prelegent mówi cicho i siedzi schowany za monitorem. Kontakt, tak ważny dla komunikacji, mocno utrudniony.

Choroby zawodowe, o to coś, co wzbudza zainteresowanie, bo mnie dotyczy. Dotyczy słuchacza.

Jak prowadzić wykłady? Pokazywać sens i to, do czego wysłuchiwana wiedza może się przydać. W końcu wykłady (tak jak i inne bezpośrednie kontakty) służą budowaniu więzi. W tym przypadku więzi między kadrą a studentami oraz między samymi studentami. Dodatkowa funkcja ale jakże ważna dla całości procesu edukacji - tworzenie więzi. Wykład z pytaniami do sali, to także tworzenie więzi. I aktywizowanie słuchaczy. Być może potrzeba jest też dobra fabuła, opowieść, dowcip.

Kto korzysta z wykładów, nawet tych nudnych? Ci, którzy mają wizję świata i motywację (kolektywizm i konstruktywizm jako podstawa teoretyczna do interpretacji). Wiedza nie jest sumą informacji, jest konstruktem, i wiedza powstaje w relacjach z innymi. Ci, którzy mają już jakiś szkielet, system, który uzupełniają puzzlami, wiedzą lub doświadczeniem. Wykład w oderwaniu od reszty kształcenia może być niezrozumiały. Czyli korzystają ci, którzy wiedzą, czego chcą. Mają cel i motywację, mają z grubsza system wiedzy, który uzupełniają. A czy przed naszymi wykładami (co do których chcemy zmusić obowiązkowa obecnością) sprawdzany takie elementy u studentów?

Na wykładzie można odpocząć, Cisza, czas na refleksje (jak w czasie podróży), przymusowe odizolowanie od niektórych innych działań. Na pełnych obrotach nie da się przecież cały czas żyć. Tak i ja teraz korzystam, choć krzesełko nie jest najwygodniejsze do notowania.

Koniec dygresji. Wracamy do studium przypadku (bo tak pracuje mózg słuchacza, przemieszane treści, trochę usłyszy, trochę pomyśli o swoich sprawach, poczyta na smartfonie). Nawet jak na Ciebie patrzy, to i tak nie wiesz co się w jego głowie dzieje. Nie wymuszaj uwagi. Co najwyżej prowokuj do uwagi i słuchania.

Przewijanie dokumentów doc na ekranie przez godzinę. Makabra, Czas wypełniony, sensu niewiele. Umiem czytać, sam sobie przeczytam i to znacznie szybciej. Ba, sam sobie znajdę, bo wujek Google jest uczynny i wie dużo. Może tak myślą studenci na naszych wykładach? Wykład, który byłby słuchany, to taki, który niesie coś oryginalnego, autentycznego (wszak płacą na prawa autorskie, to do czegoś zobowiązuje), Coś nowego, wyjątkowego, dedykowanego tu i teraz. Tak jak na koncercie muzycznym. Przecież teoretycznie można przyjść na dużą salę a ktoś będzie puszczał piosenki z płyty. A na ekranie zdjęcie. Lub filmik. Totalny play back

Teraz blok z udzielaniem pierwszej pomocy. Ważna informacja na wstępie – gdzie są defibratory u nas na UWM. Potem filmik. Szukanie pliku (zdradza słabe przygotowanie). Filmik jest już lepszy niż ciche mówienie i pokazywanie tekstów na ekranie. Ale przecież filmik to ja mogę sobie obejrzeć w internecie, u siebie w domu. Wystarczyło w ramach szkolenia przysłać dokumenty do przeczytania (te, co pokazywali na ekranie), link do filmiku i nie marnowałbym czasu. Te uwagi to pewnie przez efekt negatywnego nastawienia, wywołanego przymusem…. (pisałem o tym wcześniej, w poprzednich wpisach z tym tematem związanych).

Filmik lepszy…. Ale przecież pierwszej pomocy to najlepiej nauczyć się przez ćwiczenia a nie słuchanie treści czy ogadanie filmów. Ba, znam takiego jednego gościa co prawie na wszystkich wykładach puszczał filmy. Już nie pracuje. Opinie studentów były chyba mocno negatywne (ale zwolniony z zupełnie innego powodu – zła dydaktyka u nas jeszcze nie pozbawia pracy…). Ćwiczenia praktyczne są znacznie efektywniejsze. Na pewno możliwe w mniejszych grupach. Ale sens edukacyjny większy. Z samego słuchania i oglądania niewiele zapamiętałem. Chciałbym się nauczyć. Taka była moja motywacja przed szkoleniem. I przeczuwałem, że to szkolenie tego mi nie da. Studenci także niejednokrotnie wiedzą, że dana tematyka jest im potrzebna do pracy po studiach, czy do życia. I przeczuwają, że dany wykład (wykładowca) im tej wiedzy nie da. Dlatego nie przychodzą. Siłą zaciągnąć na wykład (dla dobrego samopoczucia wykładowcy)? Wiedzy im od tego nie przybędzie. Od lat postuluje się o więcej praktyki i ćwiczeń. A my dalej zamęczamy w części niepotrzebnymi wykładami. Bo jest w siatce godzin i nic nie zrobisz. W małej grupie zamieniam formę na bardziej hybrydową. Bo niech to się w programie nazywa wykład, ale formę realizacji i metody to dobieram ja. Tyle wolności mam. I chcę z tej wolności korzystać.

Po filmiku kierownik szkolenie komentuje. To dobrze, bo skazuje, uzupełnia, ukierunkowuje. Przydałby im się kurs jak mówić i jak szkolić (przeszkolić szkoleniowców). Wiedzę na pewno mają ale nie potrafią przekazać w pełni efektywnie. Może z uniwersyteckimi pracownikami jest podobnie?  Dział BHP uniwersytetu powinien być wzorcowy jeśli chodzi o szkolenia. Bo buduje prestiż i renomę uniwersytetu. Każdy z nas jest współodpowiedzialny za wizerunek. A jak nas widzą, tak potem w internecie i gazetach komentują.

Na pewno coś z tego szkolenia wyniosłem. Tak jak i inni. Ale jest to niska efektywność kształcenia, pewnie w granicach 5%. Średnia przeciętna. Ale przecież uniwersytet powinien być liderem w zakresie edukacji w każdym względzie. Ja mam duże wymagania i oczekiwania wobec tej instytucji. Inaczej jej autorytet zwiędnie. Drugi filmik z płytki (pojawiają się napisy o zastrzeżonych prawach autorskich), ten tekst szybko miga bez wyjaśnienia. Jako słuchacz nie mam pewności czy prelegenci nie naruszają prawa. Zapewne jest to w ramach dozwolonego użytku, ale aż się prosi o taki komentarz i wyjaśnienie. W jakimś stopniu wiąże się to z prawami pracowniczymi i naszą codzienną praktyką. Sam bym w tym zakresie chciał się wielu rzeczy dowiedzieć… No cóż, jak zwykle doczytam sobie w internecie…

Drugi filmik o zawartości apteczki. A nie lepiej byłoby pokazać "na żywca"? Apteczka nie jest duża, w torbie się zmieści, przynieść łatwo. Że sala duża i 60 osób? W sam raz na krótkie szkolenia w małych grupach ćwiczeniowych. Byłoby więc kilka terminów, łatwiej więc dostosować czas w dniu pracy. Fakt, więcej pracy dla szkolących. A tak to puszczą filmik i zaliczone. I z głowy.

Filmik to ja sobie mogę obejrzeć w doku, w internecie. A jak pojawią się momenty mniej ciekawe lub mi znane, to ciach, przewijam i nie marnuję czasu. Skupiam się na tym, czego nie wiem. Kolejny argument za tym, że 5 h szkolenia jest stratą czasu (możliwe, że podobnie o naszych wykładach myślą studenci). Rozesłanie dokumentów i linków do filmów (nawet w zamkniętej grupie) i najwyżej 1 h szklenia załatwiłoby sprawę. Filmik jest o apteczne samochodowej. Bo do innych celów został kiedyś nakręcony. Czy nie lepiej zainwestować i wykorzystując zasoby UWM nakręcić filmik o apteczce w 100% dostosowany do naszych uniwersyteckich warunków i potrzeb? I nie byłoby problemów z prawami autorskimi. Zawiesić na stronie i raz na rok przypomnieć mailem, że jest. W dowolnej chwili obejrzałbym, zapewne wielokrotnie z dużo większą efektywnością zapamiętania.

c.d.n

Czy wykłady na uniwersytecie powinny być obowiązkowe? Cz. 4 . W walce o etat i godziny

sczachor

kawaekonomiaNazbierało się sporo emocji przez lata, sporo dyskusji toczonych w różnych miejscach. Artykuł w Gazecie Wyborczej był kanalizatorem, wyzwalającym reakcję, a szkolenie bhp, wybrane jako studium przypadku (zobacz część 1, 2 i 3), jest pretekstem i tłem by włączyć się do dyskusji w uporządkowany i pełniejszy sposób. Nie ten gniazdo kala, który mówi, a ten co mówić nie pozawala. Motywacją jest więc troska o jakość, bo wierzę, że można naprawić i zmienić na lepsze. Gdybym nie wierzył, to bym milczał, bo po co się wychylać niepotrzebnie i nadaremno?

Wcześniej pisałem o motywacji, analizując na konkretnym przykładzie punkt widzenia słuchacza (studenta). W skali krajowej -  jeśli nie globalnej - mamy problemy z motywacją do nauki wśród nowego pokolenia. Magister nie jest już wyraźnym społecznym awansem, pracy nie ma itd. Kiedyś magister w małym miasteczku to był ktoś! Teraz 50 % młodzieży ma wyższe wykształcenie. Być licencjatem czy magistrem to nie jest ekskluzywny klub elity. Nie daje takiego prestiżu tak wiele lat temu, jak za naszej młodości czy młodości naszych rodziców. Ten aspekt motywowania do zwiększonego wysiłku już nie działa z taką siłą jak kiedyś. Stąd warto szukać nowych form, np. zajęcia praktyczne, gry, grywalizacja, lepiej dostosowanych do nowego pokolenia. Nasi studenci są ukształtowani w innym świecie. Czy do Chińczyków nie lepiej mówić po chińsku? Przecież nie wszyscy Chińczycy być może znają angielski a tym bardziej polski. Nie bardzo uświadamiamy sobie to, że są na sali przedstawiciele innej kultury (subkultury) i że nieadekwatnie odczytujemy ich język ciała. Jeśli patrzą z swoje smartfony i wysyłają esesemy, to wcale nie muszą okazywać braku zainteresowania, ostentacyjną niechęć itd. Jeśli robią zdjęcia slajdów naszego wykładu lub nagrywają na dyktafon czy kamerę wideo, to wcale nie dlatego, żeby nas ośmieszyć, wrzucając tendencyjnie zmontowany filmik czy fotkę na YouTube czy Facebooka. Nasza frustracja z pustoszejących sal czy braku uwagi bierze się w części z niezrozumienia sytuacji. Czy denerwuje nas mlaskanie przy jedzeniu, jako oznaka złego wychowania? Mnie tak. Ale przecież są kultury, w których to właśnie mlaskanie i siorbanie jest oznaką dobrego wychowania i uznania dla gospodarza. Inny język ciała… Jeśli spotkam się z przedstawicielami owej innej kultury, dobrze żeby o tych różnicach wiedział. Inaczej źle odczytam niewerbalny komunikat i podejmę błędne decyzje czy działania.

Koniec dygresji. Wracamy do studium przypadku - bo tak pracuje mózg słuchacza na wykładzie czy prelekcji, trochę usłyszy, trochę porozmyśla, trochę pod ławką poczyta. Wszytko to jest razem wymieszane. Mówimy z szybkością ok. 100 słów na minutę, zapiszemy najwyżej 25 (teraz już wiesz dlaczego studenci nie są w stanie wszystkiego, słowo w słowo, zapisać na wykładzie, a zwalnianie tempa mówienia by dyktować… nie ma sensu w XXI wieku!). Mózg ludzki przetwarza informacje z szybkością 600-1000 słów na minutę. Tak więc nawet szybko mówiący prelegent nie jest w stanie całkowicie zaangażować mocy obliczeniowych mózgu słuchacza. Samym mówieniem na pewno nie, chyba że w grę wejdą emocje, sens i wyobraźnia. Dyktować? I tak wszystkiego słowo w słowo nie zapiszą. Nie jesteś prorokiem, Twoje słowa nie są tak cenne. A poza tym są dyktafony, kserokopiarki i serwisy typu Chomikuj.pl. Sam możesz przygotować dodatkowe treści i udostępniać on-line. Tak więc na sali wykładowej, oprócz krzesełek, tablicy, ekranu i rzutnika multimedialnego powinno być wi-fi. To nie jest fanaberia, to niezbędna, współczesna pomoc dydaktyczna. Niejednokrotnie chwalimy się nowoczesnością… ale czy mamy takie podstawowe wyposażenie? Działające!

Wróćmy do studium przypadku. Szkolenie 5 h zegarowych. Dydaktycznych to pewnie więcej. Długo. Można było dać materiały do przeczytania lub przygotować materiały e-learningowe. Skoro my, wykładowcy, tego oczekujemy od szkolenia pracowniczego, to czy nie oczekują tego samego nasi studenci od naszych wykładów? Behapowców ktoś rozlicza z wykonania szkolenia o określonej długości. Mniej lub bardziej świadomie skupiają się na wypełnieniu czasu. Nie stawiają sobie najpierw celu i zakładanych efektów kształcenia a potem nie zastanawiają jak i jakie dla tego efektu, przy konkretnych uwarunkowania, zastosować formy edukacyjne i ile potrzebują na to czasu. Nie, szkolenie ma trwać 5 h i czymś je trzeba zapełnić.

A czy my, uniwersyteccy wykładowcy, nie czynimy tak samo? Jesteśmy rozliczani z pensum (nie z efektów!!!). Chcemy mieć więcej godzin na przedmiot, bo to gwarantuje nam pracę a "duży" przedmiot z egzaminem daje poczucie ważności (jestem ważną personą i mam pracę). Wywalczone godziny zapełniamy treścią (najczęściej dobieramy wartościową treści, ale dalej jest to wypełnianie czasu treścią a nie dobieranie treści i czasu do założonych efektów). Nie zaczynamy od efektów. Nawet teraz, gdy wdrażane są Krajowe Ramy Kwalifikacji i wypełniamy sylabusy. W założeniach KRK stawiają nacisk na efekty. Od nich powinniśmy zacząć jakiekolwiek układanie planu (a wcześniej mocno zastanowić się, jakie efekty chcemy sięgnąć). Ale raczej dopasowujemy efekty do wywalczonych godzin niż godziny dostosujemy do zaplanowanego efektu. Bo rozliczani jesteśmy z pensum. Być albo nie być.. pracownikiem. Więc bez zmiany systemu niewiele się zmieni. Nikt pod sobą dołków nie będzie kopał… Chyba że jakiś szaleniec.

Chcemy mieć godziny, wywalczymy o nie na radzie wydziału różnymi argumentami o niezbywalnej potrzebie takiej czy innej wiedzy (przedmiotu)… a potem zmuszamy do obecności. Bo pusta sala byłaby kompromitująca, a przynajmniej niosąca dyskomfort… i jeszcze by nam ktoś te godziny zabrał… Zmuszamy do obecności, by tworzyć atrapę poczucia ważności, sensu i potrzeby naszego wykładu. Do tego konieczny jest egzamin – można postraszyć (zmotywować), że to będzie na egzaminie! Im trudniejszy egzamin, tym sami jesteśmy ważniejsi… legenda wydziału a nawet uniwersytetu, co poziom studentów trzyma. Jak kapral w wojsku, przeczołga po błocie, każe szczoteczką do zębów wyczyścić podłogę. Jest co przez lata wspominać.

Czy przyprowadzając konia do wodopoju można go zmusić do picia, nawet wciskając łeb w koryto? Z daleka będzie wyglądało, że pije, bo pysk w wodzie… Ale czy chodzi nam o tworzenie pozorów? Patrząc na codzienną praktykę niestety tak, skupieni jesteśmy na pozorach… bo ta strategia nam się opłacała i opłaca. System trzeba zmieniać od góry…. Ale i od środka. Przynajmniej mówić. Nie ten gniazdo kala co mówi, ale ten co mówić nie pozwala.

Wróćmy do naszego studium przypadku (szkolenie). W dużym stopniu jest to tworzenie pozorów i obustronne udawanie, swoista gra. Wiemy – obie strony – że musimy, więc staramy się – obie strony – nie utrudniać sobie nawzajem życia. To widać w trakcie tego szkolenia – wystarczy odrobina uważnej obserwacji. W jakimś stopniu podobną grę prowadzimy na obowiązkowych wykładach. Skoro regulaminem jesteśmy zmuszeni do sprawdzania obecności, to puszczamy listę. I udajemy, że nie widzimy nadmiernie dopisanych osób (chyba, że przekroczone zostaną granice przyzwoitości i dopuszczalnych w tej grze reguł). Prowadząc tę wysublimowaną grę dostosowujemy się do systemu, by nie oberwać po głowie. Dyskomfort z tego udawania pozostaje. Ale jest jeszcze inna możliwość: ten system można zmienić, on może być sensowny i logiczny i udział w zmienionym kształceniu może dawać nam satysfakcję… Czy znajdą się odważni, którzy to zechcą zmienić? Nie będzie łatwo. Po co się wychylać i marnować czas, który można przeznaczyć na robienie kariery? Tak więc kluczowe jest poczucie wspólnotowości i traktowanie uniwersytetu jako wspólnej wartości, wspólnego dobra. Włączając w to studentów. Bo nie są przedmiotem, są podmiotem. Może więc problem obowiązkowych lub nie wykładów, to element wizji świata i traktowania drugiego człowieka?

c.d.n

ps. Zdjęcie z Facebooka - dobrze oddaje to, że można zrobić inaczej, wbrew utartym schematom.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci