Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

studenci

Seminarium dyplomowe jako edukacyjne środowisko tworzenia

sczachor

seminarium_pisanie_pracyZdobywanie wiedzy na studiach to przede wszystkim porządkowanie a nie tylko dokładanie nowych faktów. Przekazywanie wiedzy jest procesem a nie tylko treścią. Dobrze to moim zdaniem ilustruje seminarium dyplomowe. Swoje lata już mam, siwe włosy też (dobrze że są i że jeszcze rosną), ale ciągle muszę się uczyć. Bo świat zmienia się nieustannie. I niestety bardzo szybko. Już nie tylko telefony trzeba zmieniać co roku. Jakże jednak żyć samemu w przytulnej stabilizacji, gdy studentów muszę przygotowywać do nieustannego uczenia się w zmieniających się świecie? Poznaję na własnej skórze jak to smakuje. I dzielę się swoim doświadczeniem (nie tylko na sali wykładowej czy laboratoryjnej).

Dzisiaj piszę o seminarium i jest to po części materiał powtórzeniowy dla studentów. Ale jednocześnie powoli przygotowuję się do poprowadzenia webinarium (nawet słowa trzeba tworzyć zupełnie nowe, pasujące do tej zmieniającej się rzeczywistości). Borykam się z techniką ale i z koncepcją. Trzeba zrozumieć jak przebiega komunikacja w tych nowych warunkach.

Najpierw będzie trochę wstępu wyjaśniającego (także i dla studentów, skąd to się wszystko wzięło). Piszę, by i samemu uporządkować swoje myśli. W dalszej części będzie wyjaśnienie tego, co widać na załączonym rysunku (grafice?).

Myślografię wyżej zamieszczoną (uczę się także technik myślenia wizualnego - rysnotek, ryślenia - by uczyć także moich studentów) rysowałem ręcznie, długopisem na papierowej kartce. Ale nie całkiem. Bo wykorzystując Bamboo Spark rysunek powstał także od razu w wersji elektronicznej. Pokolorowałem na tablecie wirtualnymi markerami. Potem umieściłem w chmurze (użyć cudzysłowu czy nie?), pobrałem na laptop a teraz zamieszczam na blogu. Nowe rzeczy, których się uczę. A ten chruścik w rogu też ma znaczenie.

W czasie seminarium staram się uczyć studentów pisania pracy dyplomowej. W zasadzie to jednak występuję w roli akuszerki - pomagam się urodzić. A jeszcze dokładniej to staram się stworzyć środowisko edukacyjne, które tym „narodzinom” będzie towarzyszyło i je ułatwiało.

Sam pisałem pracę magisterską a jako student uczestniczyłem w seminarium magisterskim (wtedy były tylko jednolite studia magisterskie). Potem byłem promotorem prac magisterskich z zakresu biologii i ekologii chruścików (Insecta: Trichoptera). Nie wystarczy jednak odwoływać się do przeszłości, tak jak kiedyś byłem uczony. Bo zbyt dużo się zmieniło przez ostatnie 30 lat. Wtedy były to studia magisterskie na kierunku biologia. Potem byłem promotorem prac dyplomowych na studiach podyplomowych dla nauczycieli (inna tematyka i inny charakter prac), prowadziłem seminarium na kierunku pielęgniarstwo (mój wydział otworzył studia z pielęgniarstwa by ułatwić powstanie wydziału medycznego), teraz na biotechnologii, czasem na biologii. No i pojawiły się studia w systemie bolońskim czyli licencjat i studia magisterskie (studia pierwszego i drugiego stopnia), W międzyczasie byłem także promotorem prac doktorskich. Jako recenzent wiele prac dyplomowych przeglądałem i analizowałem. W sumie doświadczenie spore.

Swoje obustronne (z tej i tamtej strony biurka w sali) i niesymetryczne (dużo częściej w roli promotora i prowadzącego zajęcia) od dawna uzupełniałem czytaniem adekwatnej literatury. Czyli korzystałem z doświadczenia innych w zakresie pisania prac dyplomowych i sensu seminarium dyplomowego. Czytałem autorów z różnych dyscyplin (nie tylko biologów) i często z bogatszym od mojego doświadczeniem. W ciągle i szybko zmieniającym się świecie nie wystarczyło raz (a dobrze) zapytać się i przemyśleć cel i sens pracy dyplomowej i samego seminarium. Ciągle trzeba dostosowywać metody do celu nadrzędnego. A i ten ostatni niewątpliwie się zmienia. I warto to dostrzec.

Na początku było seminarium magisterskie na kierunku biologia, w małych grupach. Studenci pisali zbliżone tematycznie prace z zakresu biologii i ekologii bezkręgowców wodnych (chruścików, pluskwiaków, chrząszczy, ważek, jętek, wodopójek). Często pracowali na tym samy obiekcie (jeziorze, rzece). Seminarium zaplanowane było na dwa lata. W dyskusji i zespołowo wypracowaliśmy program i harmonogram na dwa lata, z planowaniem badań (temat konkretny rodził się w dużo większym dialogu studenta i promotora, w porównaniu do sytuacji obecnej), często wspólnymi wyjściami terenowymi. Było więc na seminarium i planowanie badań terenowych, omawianie metod połowu bezkręgowców, było i omawianie metod analizy ze statystyką włącznie. Było omawianie wyników. Napisałem nawet dwa elektroniczne skrypty, dotyczące metodyki badań hydrobiologicznych jak i samego procesu pisania. Teraz muszę je znacznie zmienić by dostosować do obecnych potrzeb i aktualnej sytuacji.

Sporo się jednak zmieniło. Cel niby ten sam ale warunki inne. Inaczej wygląda egzamin dyplomowy - obecnie student musi przedstawić swoją pracę w formie prezentacji multimedialnej. A więc musi umieć coś nowego, w porównaniu do dawnych "dobrych czasów". Kiedyś pisaliśmy ręcznie i dawaliśmy do przepisania na maszynie maszynistce. Teraz najczęściej student sam pisze na komputerze, sam składa tekst (uczy się edycji). Jest więc i autorem i wydawcą jednocześnie. To więcej umiejętności niż kiedyś. Ale i możliwości technologiczne inne.

Co się jeszcze zmieniło? Jest dwusemestralne seminarium licencjackie i dłuższe seminarium magisterskie. Dla mnie zmieniło się jeszcze więcej. Mam obecnie zajęcia w większości z biotechnologami (wcześniej także z pielęgniarkami), dużo rzadziej z biologami. A ci ostatni i tak piszą prace odległe od mojej naukowej specjalności. Czyli uczę nie tego, na czym znam się najbardziej. Dawne wzorce omawiania metodologii badawczej straciło sens. Sam muszę nie tylko nauczyć się nowych merytorycznie rzeczy ale przemyśleć na nowo sens seminarium. Bo w grupie rozpiętość tematów prac dyplomowych jest znaczna. To nie są dyplomanci z jednej katedry… 

Jestem zoologiem a prowadzę seminarium dla biotechnologów i to także biotechnologii inżynierskiej (obecnie w dużo większym stopniu realizujemy program niz pokazujemy własne doświadczenie badawcze i własne odkrycia). Musiałem uwzględnić dwa nowe typy prac: aplikacyjne i projektowe (wcześniej, wraz z licencjatem pojawiły się prace przeglądowe). Nie sposób opowiadać o tym, co zna się tylko z książek… Sam więc musiałem na sobie sprawdzić na czym polegają prace aplikacyjne i projektowe.

To na czym skupić się dzisiaj by seminarium  nie było to tylko rytuałem i nudnym przedstawianiem (wygłaszaniem) prezentacji przez studentów? Duża grupa, tematyka o dużej rozpiętości, mało punktów styczności. A przynajmniej inne niż 20-30 lat temu.

Ciągłe uczenie się i odkrywanie wspólnego środowiska edukacyjnego (a więc nie tyle program co środowisko edukacyjne).

1. A więc student. To w jego głowie rodzi się utwór (sam komuteropis jest tylko formą utrwalenia tego utworu autorskiego). Dlatego znajduje się w centrum. Utwór powstaje przez procesy myślowe, dojrzewa, bo samo pisanie technicznie zajmuje mało czasu. Najpierw trzeba wiedzieć o czym napisać. Każda praca w tym sensie powstaje tak samo: czy to praca dyplomowa inżynierska, licencjacka czy magisterska. Student nie pracuje w próżni lecz w środowisku edukacyjnym (które uniwersytet powinien stworzyć, także poprzez pracowników takich jak ja).

2. Praca w laboratorium - bo moi studenci studiują na wydziale przyrodniczym. Nawet część prac licencjackich ma charakter badawczy (a nie tylko przeglądowy). Ekosystemy też są dla biologa laboratorium.

3. Biblioteka, jako miejsce, gdzie można odszukać potrzebne książki i czasopisma. W przypadku prac przeglądowych to tam znajduje się materiał badawczy. Umiejętność szukania… już nie w tradycyjnych szafkowo-szufladkowych katalogach bibliotecznych.

4. Zasoby internetowe stają się coraz ważniejsze… bo i dostęp do zasobów uniwersyteckiej biblioteki najłatwiejszy jest przez komputer… stojący w dowolnym miejscu. To zupełnie nowe umiejętności.

5. Promotor - główny konsultant i pomocnik. Grubość linii na rysunku ma odzwierciedlać skalę i intensywności kontaktów.

6. Grupa na Facebooku (bo tak pracuje obecnie ze studentami) to tylko przykład współpracy w chmurze. I kontaktów poza zajęciami.

7. Samo seminarium zostawiłem na końcu. Uczenie się dyskusji i współpraca zespołowa w myśleniu. Taka mała „szklarnia” gdzie w dyskusji wylęgają się poszczególne myśli.

Nieco inne warunki niż kiedyś. A przy okazji student nabywa dodatkowe umiejętności (kompetencje), przydatne nie tylko w trakcie pisania (przygotowywania) pracy dyplomowej i nie tylko w czasie studiów. Przydatne w całym życiu zawodowym. W takim rozumieniu seminarium nie jest tylko celem samym w sobie ale i elementem większej całości.

Kortowiada czyli „jakieś ramy trzeba w końcu temu hulaszczemu trybowi życia nadać”

sczachor

DSCN0576Kiedy w Olsztynie trwała tegoroczna Kortowiada, ja wracałem z konferencji naukowej z Lasów Janowskich. Podróż publicznymi środkami komunikacji ma tę zaletę, że więcej się widzi wokół siebie. Uwielbiam lubelską starówkę, kipiącą życiem artystycznym i wieloma masowymi imprezami. W podróży powrotnej skorzystałem by z dworca autobusowego w drodze na dworzec kolejowy przespacerować się przez uroczy Lublin. Jak zwykle robiłem zdjęcia.

Tuż za starym browarem robiłem zdjęcia porzuconym butelkom w ulicznej, odrapanej bramie. Podszedł do mnie wzbudzony pan w średnim wieku. I narzekał na Kozienalia (to nazwa lubelskich juwenaliów), że muzyka techno przez całą noc, pijackie burdy, spać nie można a rano trzeba do pracy. Rozumiem człowieka, bo głośnej muzyki też nie lubię, zwłaszcza techno.

W Lublinie jest kilka uczelni. Browar Perła (na zdjęciu), w historycznym budynku znajduje się w środku miasta. Głośna muzyka w nocy może być uciążliwa (kilka lat temu z rodziną byłem na wakacjach w Lublinie, okno naszego hostelu wychodziło na Krakowskie Przedmieście, vis-avis nocnego baru - noce mieliśmy "przechlapane" pijackimi imprezami, studentów tam nie było). Nawet jeśli pojawia się raz w roku. Spacerowałem po ulicach Lublina w samo południe. Obok Browaru Perła z banerem Kozienaliów studentów raczej nie widziałem, a przynajmniej pijących. Może pora nie ta. W bramach widziałem za to pijanych i pijących lubelskich żuli. Niektórzy zaczepiali przechodniów. Piwo w Lublinie tanie, w okolicach dworca kolejowego w klimatycznie spelunkowym barze po 4 zł. Odrapane i zniszczone kamienice w tym kwartale miasta to nie sprawa studentów i ich juwenaliów. Taka dzielnica.

DSCN0580Podobne miejsca znajdziemy i w Olsztynie. Z całą pewnością wymagają mądrej rewitalizacji i resocjalizacji ludzi. Na przykład poprzez wykształcenie. Im więcej ludzi studiuje, tym lepiej, po ogólny poziom wykształcenia się podnosi. Dokształcać mogą się także dorośli - są i studia wieczorowe, kursy, a potem nawet uniwersytety trzeciego wieku.

Olsztyńska Kortowiada ma znacznie lepszą lokalizację, na uboczu miasta i głośna muzyka z kortowskiej górki przeszkadza co najwyżej tylko mieszkającym na Słonecznym Stoku. Osobiście nie lubię wielkich koncertów i głośnej muzyki. Dwa razy, w latach ubiegłych, towarzyszyłem studentom zarówno w czasie parady przez miasto, jak i w boju wydziałów. Poznałem nieco Kortowiadę od podszewki. Moja znajoma (pracownik naukowy), opowiadała mi, że na koncerty Kortowiadowe chodzi wraz z córką. I nigdy nie spotkała się z agresją. Jak na tak wielką imprezę zadziwiająco jest bezpiecznie i spokojnie.

Nie jestem fanem Kortowiady, bo nie przepadam za masowymi i głośnymi imprezami. Brakuje jednak olsztyńskim juwenaliom dobrej promocji i pokazania wielu twarzy tego wydarzenia. Tam dzieje się wiele kameralnych i wartościowych działań, które najczęściej w ogóle nie są przez media dostrzegane. Widoczne jest tylko to, co głośne. Na dokładną obserwację zapewne brakuje czasu…

Jak co roku pojawiły się narzekania na studentów i Kortowiadę. Jak pisze Gazeta Wyborcza Olsztyn „Prym w tych krytycznych opiniach pod adresem młodzieży wiedli radni prawicy. - Jakieś ramy trzeba w końcu temu hulaszczemu trybowi życia nadać - mobilizował pozostałych radnych Jarosław Babalski z Prawa i Sprawiedliwości. - Nie może być tak, że miasto jest terroryzowane przez rozbawioną gawiedź. Czy to są studenci, czy nie. 20 lat temu studenci też szaleli, ale nie było takiej swobody, jaka jest dzisiaj. Jeśli w sposób publiczny spożywa się alkohol i ludzie na to patrzą, no to jaki to jest obrazek miasta Olsztyna?” Cały tekst.

Ponarzekać łatwo. Ale już dawno temu studenci zostali pozostawieni sami sobie (gdzie było wtedy miasto i radni?). Studenci znaleźli sponsora w postaci browarów. A mieli inne wyjście? Przecież nie jest to sponsor na darmowe piwo tylko duże koncerty muzyczne. Ja za "pijaństwem" nie jestem, ale jak na imprezę kilkudziesięciu tysięcy osób jest nadzwyczaj spokojnie i dużo lepiej niż w innych uniwersyteckich miastach. W czasie parady studenckiej przez miasto puszki są na ulicy, ale zaraz służby wszystko sprzątają. Że studenci piją w miejscu publicznym? A jak na Starówce ludzie piją piwo w ogródkach restauracyjnych, z widocznymi z daleka reklamami napojów alkoholowych, to przechodnie i turyści tego nie widzą? Wtedy to nie demoralizuje?

Zamiast narzekać na studentów warto ich mądrze wesprzeć. Miasto wspiera chyba dużo bardziej klub Stomil (a są w Olsztynie mecze piłkarskie, które przyciągną do miasta tylu przyjezdnych co Kortowiada?). Już wyobrażam sobie imprezę kibolską na kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Jak by Olsztyn wtedy wyglądał? Ile policji trzeba byłby przywieźć do Olsztyna dla zapewnienia bezpieczeństwa? Zatem drodzy radni - wesprzyjcie Kortowiadę finansowo, by nie musieli studenci szukać sponsora w postaci browarów. Przez Kortowiadę miasto Olsztyn zyskuje promocyjnie w całej Polsce. I zamiast tę imprezę zohydzać wesprzyjcie mądrą promocją.

Na Kortowiadzie dzieje się dużo więcej niż tylko picie piwa. Parada przez miasto dużo bardziej potrzebna jest miastu niż studentom. Kortowiada znakomicie się obejdzie bez parady. Zdaje się, że to w latach ubiegłych właśnie miasto Olsztyn zabiegało o paradę ulicami miasta, uzależniając od tego swoje dofinansowanie. Zachęcam do bardziej wnikliwego przyjrzenia się Kortowiadzie od środka. Jest tam więcej sensu niż się radnym prawicy wydaje. Pora by poznali rzeczywistość osobiście a nie ze swoich partyjnych mediów.

Miasto Olsztyn żyje ze studentów, np. w postaci wynajmu mieszkań. Czasem studenci bywają uciążliwi, jak to młodzi ludzie (my też tacy byliśmy, chyba, że ktoś ma już sklerozę i nie pamięta… albo nie chce pamiętać). Sam mieszkam w bloku, gdzie blisko połowa mieszkań jest wynajmowana studentom. Na ogół żyje się spokojnie i dobrze. Nawet w czasie Kortowiady. Jeśli radni (zwłaszcza ci z pisowskiej prawicy), chcieliby podnieść Kortowiadę na wyższy, artystyczny poziom, to niech dofinansują tę studencką imprezę, sławną na całą Polskę jako najlepsze juwenalia. I nie przez jałowe narzekania ale po pierwsze przez dofinansowanie i mądre inicjatywy. Gdyby studenckie juwenalia miały sponsora w postaci miasta, to studenci nie szukaliby sponsorów w postaci browarów. Po drugie - bawcie się razem ze studentami i pokażcie przykładem na czym mądra i dobra zabawa polega. Przykład ma najlepszą moc wychowawczą.

Co do pijaństwa studentów. Na Kortowiadę przyjeżdża dużo licealistów (i jeszcze młodszej dziatwy) z okolicy. Młodzież jest jaka jest... i wcale nie przez Kortowiadę. Na Kortowiadzie ujawnia się tylko wychowanie z domów wyniesione. I nie prawdą jest, że wszyscy studenci piją. Wielu z nich bawi się zupełnie na trzeźwo.

ps. oba zamieszczone zdjęcia zrobione zostały w Lublinie.

O ściąganiu i rzeczywistości równoległej

sczachor

lampanaftowaW dzieciństwie i wczesnej młodości, jeszcze w socjalistycznej rzeczywistości, denerwowało mnie stwierdzenie, że "w teorii to może i dobrze (prawda) ale w praktyce to jest zupełnie inaczej". Czyli teoria sobie a rzeczywistość sobie. Dwie prawdy, jedna na papierze a druga w realu? Nie rozumiałem tego rozdźwięku (typowego dla socjalizmu - teraz to wiem), przecież dobra teoria dobrze opisuje rzeczywistość. Rozdźwięk jest wtedy, gdy zła jest teoria (tak jak niedokładna mapa - zabłądzić łatwo). Dziwiły mnie te światy równoległe i nieprzystające do siebie: tworzenie pięknych teorii, których i tak się nie stosowało. Były bo były. A przecież z istoty nauki wynika, że jeśli eksperymenty (rzeczywistość) nie są zgodne z teorią czy hipotezą to zmienia się teorię, by poprawnie opisywała obserwacje.

Podobnie jest z biurokracją, oddzielna rzeczywistość zawarta w papierach a oddzielnie dziejące się rzeczy, często nieprzystające do siebie. Lepiej już chyba równoległej rzeczywistości szukać w literaturze czy grach komputerowych, przynajmniej nie szkodzą.

Jakiś czas temu na Facebooku toczyła się ciekawa dyskusja ze studentami o ściąganiu. Zamieściłem informację o studentach, którzy nie ściągali na egzaminie mimo, że wykładowca wyszedł. Kilka osób jakoś nie mogło uwierzyć w taką sytuację (sugerowali, że może kamera była zainstalowana a oni o tym wiedzieli). Ludzie, którzy nie ściągają czują się niejednokrotnie dziwadłami i boją się publicznie do tego przyznać. Bo po co odstawać od reszty? Ale może tych nieściągających jest znacznie więcej niż oni sami sądzą.

A oto fragment dyskusji z Facebooka:

  • Absolwent X „Na przedmiocie xyz wszyscy ściągali”
  • Stanisław Czachorowski: Rodzi się pytanie dlaczego. I chodzi mi o głębszą refleksję. Dlaczego ściągali i dlaczego "wszyscy"?
  • Student 1 „Było tak zwane obopólne przyzwolenie, a nawał egzaminów z innych przedmiotów był pewnie jedną z przyczyn”
  • Student 2 „chociaż sama nie ściągam (jak nie umiem, to na kilometr po mnie widać), to ciężko mi sobie wyobrazić opisaną sytuację”
  • Stanisław Czachorowski: Obopólne przyzwolenie? Czyli udawanie, że nie widzę, że ściągają? Tak, takie sytuacje też widywałem, jeszcze z czasów studenckich i opowieści rówieśników. Tworzenie pozorów, że niby moje zajęcia są na wysokim poziomie, bo dużo wymagam od studentów (jak przyjdzie władza skontrolować to się pochwalę wysokim poziomem) . W „teorii” jest pięknie, bogata wiedza faktohraficzna, a w realu... koń jaki jest każdy student widzi. I powoli się przyzwyczaja, traktuje jako powszechnie obowiązujący zwyczaj.
  • Student 3 "istnieją przedmioty, które są w zawodzie nieprzydatne tzw. zapychacze na studiach nie ma powodu by nimi zaprzątać sobie głowy albo wymaganie są niebotyczne,  wystarczy spytać każdego o przedmiot abc na wnm (np. dla ratownika potrzebne są podstawowe zagadnienia topograficzne a nie bruzdy żył czy inne małe rzeczy faktyczne, karta pacjenta wygląda, że jest narysowany obrys człowieka i się zaznacza krzyżykiem)"
  • Student 2 „w takim wypadku sugerujesz, że każdy byłby w stanie to zrobić i studia są niepotrzebne? Bo właśnie tym różni się osoba po studiach od pierwszej lepszej z ulicy, że wie i potrafi więcej niż zaznaczenie krzyżyka na obrysie ciała."
  • Student 3 "Sugeruję, że wiedza o każdej małej żyłce jest niepotrzebna, według mnie warto się skupić na przedmiotach klinicznych ale a nie np. na filozofii. Taki śmieszny przedmiot na ratownictwie rozumiem wykłady ale kolos?"
  • Student 4 "Z doświadczeń znajomych wiem, że na niektórych przedmiotach "dodatkowych" potrafi być kiepsko, ale to już wina paru osób prowadzących, które być może nie są dobre, w tym co robią. Ja natomiast ja trafiłam na dwoje bardzo fajnych prowadzących wykładowców."
  • Student 5 "Ale wciąż nie rozumiem powodu by dawać zapychacze. To jest nie szanowanie czasu studentów jak i wykładowców. Ten czas powinien być przeznaczony na przedmioty przydatne w zawodzie."

Powyższy fragment dyskusji oddaje chyba istotę problemu. Wobec spotkanego absurdu możliwe są różne postawy. 1. biernie akceptujemy, ale żeby przeżyć oszukujemy, bo chcemy przez absurd przejść najmniejszym kosztem. 2. buntujemy się i chcemy to zmienić, np. szukając sensu lub próbując zlikwidować absurd. Pkt.2 wymaga dyskusji i działania, jest ryzykowny... ale rozwija.

Człowiek jest istotą, która instynktowne do działania potrzebuje sensu. Chce widzieć, poznać, odkryć sens swoich działań. Sensu może szukać sam student (podejmując się odpowiedzialności za swój rozwój - bo przecież nie każdy chce być niewolnikiem)... albo prowadzący (jako bardziej doświadczony może pokazać sens praktyczny z poznawania np. filozofii nawet w zawodach ścisłe technicznych i naukowych). Uzasadnianie jest niezwykle ważne. Bo może się okazać, że to co wydaje się absurdem ma głębszy sens. Ale bez motywacji i widzenia sensu nie będziemy dobrze pracowali. Prowadzący może przekonać... albo zastraszyć.

Ściąganie jest chyba objawem choroby.... Ściąganie czasem (często?) odbywa się za cichą obustronną zgodą, wzajemnym udawaniem, kiedy obie strony nie widzą sensu... a mus to mus. Teoria sobie, praktyka sobie, jak w czasach socjalizmu. Tylko po co udawać? Rzeczywistość równoległa do niczego dobrego nie prowadzi.

Stare porzekadło mówi, że uczymy się na błędach, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy świadomi tych błędów. Jeśli życzliwie podchodzić do studenta, to wskazywanie błędów nie jest gnębieniem i ocenianiem człowieka tylko wskazywaniem postępów. Ściąganie (nawet za obopólną cichą zgodą), jest jak zbicie termometru... żeby wyleczyć chorobę. Nie widać problemu, to go nie ma. I tak przyzwyczajamy się udawać i zamiatać problemy pod dywan. Absolwenci nie potrafią się oceniać, potrafią za to pozorować i tworzyć bzdurne "papiery". Żeby ładnie wyglądało. Myślę sobie, że w tej mentalności głęboko jeszcze jesteśmy w czasach realnego socjalizmu i udawanej gospodarki.

Rzeczywistość jest piękniejsza od udawania, nawet jeśli bywa czasem bolesna. W życiu codziennym szukamy autentyczności, nawet w restauracji. Wystarczy tylko przypomnieć bajkę o nowych szatach króla....

Dlaczego studenci nie ściągali, chociaż mogli?

sczachor

sciagiStudentem byłem dawno, teraz jestem po drugiej stronie katedry. Ale dzięki własnym dzieciom i dzieciom znajomych możemy czasem zobaczyć studencki punkt widzenia. I taki studencki punkt widzenia mocno mnie ostatnio zaskoczył. Działo się to na trudnym kolokwium czy jakimś egzaminie. W pewnym momencie wykładowca wyszedł z sali. Studenci zostali sami. I nikt nie ściągał, chociaż było to możliwe. Wbrew obiegowym stereotypom o młodzieży. Czy ta młodzież była wyjątkowa i nietypowa?

Dlaczego nie ściągali, chociaż mogli? Najwyraźniej chcieli sprawdzić co rzeczywiście potrafią, co zapamiętali (uczyli się dla siebie nie dla ocen, więc po co samego siebie oszukiwac i lukrować rzeczywistość?). Bardzo dojrzała postawa. Nie żaden wyścig szczurów, oszukiwanie i walka o dyplomy, oceny itd. Być może takich dojrzałych studentów jest więcej niż myślimy.

Ale wróćmy do sytuacji opisywanej. Co sprawiło, że byli dojrzałymi ludźmi? Czy to uczelnia (akurat Uniwersytet Warszawski), wydział, kierunek tworzy dobre warunki do rozwoju osobowości i nabierania mądrych postaw życiowych? A może specyficzny kierunek studiów sprawił, że przyszli sami mądrzy i dobrze ukształtowani? Na ile wynika więc z klimatu uczelni a na ile ukształtowanych charakterów w domu rodzinnym?

Dla mnie pytanie zasadnicze: jak tworzyć taki klimat do dobrego rozwoju młodych ludzi? Ile drobne kanty, plagiaty, oszukiwania samych wykładowców tworzą klimat demoralizujący i kształtujący przyzwolenie do ściągania (wyścigu szczurów wszelkimi metodami)? Zły przykład demoralizuje, a studenci więcej widzą i rozumieją, niż nam się wydaje (podobno najbardziej demoralizują szczytne ideały, słowa poparte złym przykładem). Pamiętam to z czasów studenckich...

No cóż, chciałbym mieć takich studentów. A może mam? Dobro się nie afiszuje. To oszukujący "kujoni" są widoczni i uwierający ze swoim cwaniactwem i kombinowaniem (potem zapewne zostaje, nawet u posłów z lewymi delegacjami na samochód). Porządni i solidni są mniej widoczni... bo wydają się czymś normalnym i nie zwracamy na to uwagi?

I jak tworzyć na uczelni warunki do rozwoju dobrych cech charakteru? Przecież nie samymi informacjami absolwent potem żyje. Kompetencje społeczne też są ważne. Pytanie dobre na adwent :).

ps. Na zdjęciu ściągi z mojej uczelni, leżały na parapecie... Z całą pewnością nie byli to moi studenci (treść ściąg na to wskazuje). Ale przecież to tylko mały wycinek rzeczywistości.

Dlaczego chruściki są potrzebne światu?

sczachor

10606184_10204152473445435_1053726848173522273_nNa zaproszenie pani Ewy Romanow-Pękal z kwidzyńskiego Stowarzyszenia Eko-Inicjatywa (www.ekokwidzyn.pl) uczestniczyłem w spotkaniu edukatorów, którzy pracują nad publikacją - zbiorem scenariuszy zajęć z zakresu szeroko pojętej edukacji ekologicznej. Szukali osoby, która zainspirowałaby edukatorów do innowacyjnego, niestandardowego i twórczego spojrzenia na edukację przyrodniczą/ekologiczną. Wstępnie pani Ewa Romanow-Pękal zaproponowała mi wykład oraz zajęcia warsztatowe pt. Dlaczego chruściki są potrzebne światu? Spodobało mi się takie prowokacyjne podejście i z radością podjąłem się tego wyzwania. I przypmniały mi się refleksje z sierpniowej konferencji w Centrum Nauki Kopernik "Pokazać - Przekazać" oraz dyskusji panelowej „Naukowa podróż – czyli o przenikaniu przez ściany klas”.

Spotkanie odbyło się w uroczym w Młynie Klekotki, niedaleko Morąga. Ale najpierw kilka słów ogólnego wprowadzenia. Redukcjonizm i fragmentacja wiedzy zaowocowały ogromnym postępem cywilizacyjnym, ale i wielością coraz bardziej szczegółowych i wąskich dyscyplin (rosnąca specjalizacja: biologia, zoologia, entomologia, trichopterologia). W szkole wydzielono osobne przedmioty. Ale pojawia się problem jak integrować tę poszufladkowaną wiedzę. Od dawna środowiska nauczycielskie wskazują na niedomagania syntezy i ponownego składania w całość. Bo świat wokół nas jest spójną całością (mechanizmem).

A skoro świat jest spójną całością, to można za pomocą chruścików opowiedzieć o całym świecie i prawach przyrody. Dlatego chruściki są potrzebne światu. Ale ta grupa owadów wodnych jest tylko przykładem. Równie dobrze można to zrobić za pomocą dowolnej grupy organizmów czy zjawisk przyrodniczych. Nauka jest jak hologram, w każdym okruchu widać całość, choć niewyraźnie. Im więcej tych kawałków, tym wyraźniejszy obraz całości. Edukacja to mnożenie doświadczeń i przykładów by coraz wyraźniej i pełniej widzieć obraz całości. Spotkanie w Młynie Klekotki było bardzo inspirujące dla mnie, wydobyło wcześniejsze refleksje i przemyślenia oraz dostarczyło nowych pomysłów. Odświeżyłem ponadto znajomość języka rosyjskiego. I poznałem urokliwe miejsce.

W dyskusji sporo miejsca poświęciłem edukacji pozaformalnej. Być może różnego typu centra nauki, zielone szkoły oraz przewoźne eksperymentatoria będą sensownym i systemowym wsparciem powszechnej edukacji. Przynajmniej w odniesieniu do nauk przyrodniczych. Ale wróćmy do dnia codziennego w oświacie. Ostatnia reforma jest jedną z prób wychodzenia z przerostu analizy nad syntezą wiedzy: wydzielono w ramach gimnazjum przyrodę, integrującą dziedziny nauk ścisłych (chemię, fizykę, biologię, geografię). Niemniej nauczyciele mocno podkreślają niezadowolenie z braku korelacji międzyprzedmiotowej. U polskich uczniów wiedza jest mocno poszufladkowana i nie rzadkie jest zdziwienie ucznia, że te same pojęcia, zjawiska opisywane są przez fizykę i chemię lub biologię. To poszufladkowanie wiedzy widoczne jest także na uniwersytetach. Tę specjalizację widać także w sposobie uczenia przyrody (gimnazjum), bo łatwo poznać po wiedzy ucznia (zasób informacji i sposób myślenia), czy ten przedmiot nauczał geograf, biolog, fizyk czy chemik. Tak mówią nauczyciele. I chyba wiedzą co mówią. Jest to bezwład przeszłości, bo na studiach ci nauczyciele studiowali bądź fizykę, bądź chemię, biologię bądź geografię. Nawet po wielu latach trudno im jest odejść od dyscyplinowego poszufladkowania wiedzy (pomijając niesymetryczność posiadanej wiedzy i konieczność uzupełniania). W czasie spotkania w Klekotkach wielokrotnie padały postulaty by wprowadzić obowiązkowe kształcenie ekologczne dla studentów innych kierunków. Bo potem absowlenci wchodzą na rynek pracy i nie bardzo rozumieją zależności w przyrodzie: projektują niefunkcjonalne drogi i miasta, projektują złe urządzenia. 

Nauczyciele wyedukowani w starym systemie muszą inaczej kształcić swoich uczniów. I to jest swoista bariera a przynajmniej trudność. Na domiar złego zrezygnowano z kształcenia nauczycielskiego – nie ma już kierunków pedagogicznych na biologii, fizyce, chemii – są tylko kursy pedagogiczne dla chętnych (na dodatek odpłatne). Instytucjonalnie nie przykładamy wagi do kształcenia kadr nauczycielskich. Wydaje się, że każdy może być nauczycielem. Skutki widać w przeciętnej szkole, powszechnym narzekaniu i nieufności co do systemu edukacji. W Warszawie i inych dużych miastach wyrazem tej nieufności jest rozwój nauczania domowego (tak jak dawniej, z udziałem guwernantek). Na dodatek nauczyciele są coraz bardziej ubezwłasnowolnieni, niesamodzielni – mają tylko realizować odgórny program i podręczniki. Jak robotnik przy taśmie fabrycznej. Ale tak to można tylko uczyć wiadomości nie zaś rozumienia. Przekazujemy naukę jako produkt a nie proces. A powinno byc odwrotnie.

Trudność w szybkiej syntezie zaobserwować można na wszelkich konferencjach naukowych czy dyskusjach panelowych: dobrze analizujemy (czepiamy się szczegółów), słabiej syntetyzujemy czy uogólniamy, słabiej znajdujemy ogólne podobieństwa między jednostokowymi zjawiskami, informacjami. Nie potrafimy znaleźć wspolnych elementów i zawzięcie się kłócimy, obstając przy swoich koncepcjach i nie potrafimy znaleźć kompromisu. Przy braku czasu na uporządkowanie i przemyślenie pojawiają się kłopoty z szybkim podsumowaniem dyskusji w grupach, zarówno z utrzymaniem czasu wyznaczonego na relację i podsumowanie jak i samodyscypliny w klarownym myśleniu. Zamiast podsumowania tego, co się rzeczywiście wydarzyło, paneliści wygłaszają z góry i wcześniej przygotowane mądre myśli. Bo boją się, że nie potrafią dokonać syntezy. A żeby ładnie i mądrze wyglądało, to się wcześniej przygotowują. Przynoszą gotowce… tak jak uczeń na klasówkę.

Jest to dobre zilustrowanie problemu, z jakim szkoła musi się zmierzyć. Przecież dyskutanci (nauczyciele, edukatorzy, naukowcy itd.) wyrośli w starym systemie, nastawionym głównie na analizę i redukcjonizm, w systemie klasowo-lekcyjnym. Na dodatek w systemie korporacyjnej rywalizacji i uczenia się dla ocen. Często z podsumowaniami lepiej radzą sobie popularyzatorzy niż rasowi naukowcy. Kompetencje, nabyte w pracy we współczesnych mediach, okazują się bardzo przydatne do szybkiej i czasowo poprawnej syntezy dyskusji w grupie (zwłaszcza, gdy któś pracuje w radiu lub telewizji i przyzwyczajony jest do bezwzględnego rygoru czasowego). Wskazuje to na potrzebę integrowania różnych kompetencji, nie tylko integrowanie różnych dziedzin nauk ścisłych (fizyka, matematyka, biologia, chemia, geografia) ale także integrowania kompetencji twardych (wiedza faktograficzna) z umiejętnościami komunikacji i pracy zespołowej (kompetencje miękkie). Nawet wśród naukowców widoczne są braki w umiejętności adekwatnej do sytuacji i odbiorców komunikacji. Potrafią zazwyczaj operować jedynie swoim, żargonowym językiem, adresowanym do innych specjalistów tej samej dyscypliny naukowej.

10703663_10204152503766193_1749510943906405715_nMetoda projektu częściej stosowana w praktyce szkolnej (ale i na uniwersytecie!) wydaje się dobrym narzędziem w przedmiotach przyrodniczych, niejako jest naturalna dla tych dziedzin (obserwacja i eksperyment, wdrażanie do nauki jako procesu poznawczego). Metoda projektu (w świecie akademickim jest modna pod nazwą PBL) może dobrze integrować także i inne kompetencje poprzez ćwiczenie „opowiadania, relacjonowania” różnym odbiorcom. Nie tylko rozwiązywanie testów (w tym testów kompetencyjnych), czy pisanie prac klasowych, ale także pisanie raportów, sprawozdań, wystąpienia ustne, blogi itd. – czyli różne formy komunikacji w nowych mediach (w tym formy krótkie, wymagające zwięzłych podsumować i krótkich komunikatów), ze zróżnicowanym odbiorcą a nie tylko nauczycielem (oceniającym sędzią). Blogi i relacje na mini konferencjach czy piknikach naukowych, olimpiadach, konkursach mogą takie kompetencje skutecznie rozwijać. Wystarczy tylko tworzyć sprzyjające okoliczności.

Korzystając z szerokiego, pozauniwersyteckiego doświadczenia staram się coraz mocniej wdrażać swoich studentów do tych „dziwacznych” form wypowiedzi: krótkie eseje na blogu, Facebooku, opracowanie notatki prasowej jako uzupełnienie standardowych raportów (sprawozdań) z ćwiczeń itd. Bo wiem, że jest to niezwykle potrzebne. W czasopismach branżowych a nawet naukowych coraz więcej jest np. infografik. Chciałbym, aby moi studenci potrafili posługiwać się także i takimi formami wypowiedzi, zwłaszcza wypowiedzi syntetycznych. Nie ma więc pytania czy integrować ale jak integrować... pofragmentowaną i izolowaną w mentalnych szufladach wiedzę. I nie tylko raz, ale i wielokrotnie: spirala nieustannych procesów od ogółu do szczegółu (analiza) i od szczegółu do ogółu (synteza). Na każdym poziomie kształcenia. Mimo różnych niedostatków systemowych i ograniczeń w danej szkole, zawsze jest jakaś możliwość integrowania. Nie trzeba więc czekać na rewolucje i dekonstrucje obecnego systemu, można działać od zaraz w konkretnym miejscu. Tu i teraz. W szkolnej edukacji integrowanie wiedzy powinno następować wielokrotnie, jak wchodzenie po spiralnych schodach, coraz wyżej, ale ciągle pozornie pojawianie się w tym samym miejscu (ale zawsze coraz wyżej). To nie jest ta sama analiza (bo coraz dokładniej) ani ta sama synteza. Wiedza nie jest sumą informacji ale ma postać całościowego, spójnego, koherentnego systemu. Edukacja polega między innymi na kolejnych dezintegracjach pozytywnych – rearanżacji i budowaniu nowego systemu wiedzy (indywidualnego) z wykorzystaniem starych faktów i informacji, ale w nieco innych relacjach i konfiguracjach.

Proces ważniejszy jest niż produkt. Tak jak wędka (i umiejętność łowienia) zamiast ryby. Dlatego wpis ten ukazuje się w tym samym czasie, gdy mam wykład dla studentów biotechnologii. Pisanie na blogu traktuję także jako mniwykłady w ramach edukacji pozaformalnej. 

Więcej zdjęć z Młynu Klekotki i warsztatów dla edukatorów.

P.s. A dlaczego chruściki potrzebne są światu? By poznać i zrozumieć otaczającą nas przyrodę ... i siebie samych, by się zachwycać pięknem natury i by o tym opowiadać.

Mądrość jest jak ubranie

sczachor

969331_10200735206535898_728700720_n1

Mądrość jest jak ubranie. Można je zakładać wielokrotnie.

Ćwiczenie w krótkich formach wypowiedzi jest jednym ze sposobów uczenia się myślenia syntetycznego, uogólniania. Szkoła uczy nas dobrze analizy, dzielenia na "niepodzielne" atomy (części) i poznawanie tych części. Gorzej jest z ponowną syntezą, uogólnianiem, poszukiwaniem analogii i podobieństw między wieloma zjawiskami czy elementami. W rezultacie wiedza jest mocno poszufladkowana, pofragmentowana i bardziej jest zbiorem wiadomości niż spójnych systemem.

Przysłowia są krótkimi formami, swoistą syntezą. Dlatego pozwoliłem sobie jedno z nich przytoczyć. Dlaczego ilustracją są kredki na trawie (epizod z pleneru malarskiego)? Rozwój umiejętności artystycznych bardzo sprzyja myśleniu. Zauważono na przykład, że dzieci, które śpiewają lepiej radzą sobie z geometrią. Zresztą związek talentów muzycznych i matematycznych dostrzeżono już dawno. U progu nowego roku szkolnego warto pomyśleć o wszechstronnym rozwoju. O tym, żeby cały mózg pracował, a nie tylko jego fragmenty. 

Żeby móc ubranie zakładać wielokrotnie, trzeba o nie dbać, także o czystość (estetykę). I wiedzieć, gdzie wsi w szafie. Jeśli wiedza indywidulna jest spójnym systemem (ciągle przebudowywanym, rearanżowanych w pozytywnych dezintegracjach), to poszczególne wiadomości i fakty łatwo w głowie odnaleźć lub... samodzielnie wykreować. Jeśli się rozumie zjawisko, to można wywnioskować wiele faktów, tak jak wyprowadzić wiele równań fizycznych czy matematycznych (gdy się rozumie). Mądrość można wykorzystywać wielokrotnie jeśli jest dobrze "poukładana"w głowie, jeśli wiedza jest spójnym systemem a nie odklepywaniem zapamiętanych faktów.

Formatowanie studentów do bezmyślnej odtwórczości

sczachor

"Moi studenci w ciągu roku muszą napisać kilka tekstów - komentarzy do lektur. Takie ćwiczenia mają ich nauczyć unikania prostych błędów, są przygotowaniem do pracy rocznej. W ubiegłym roku w pierwszych miesiącach zajęć dostałam same teksty odtwórcze, streszczenia. Odsyłałam je i prosiłam o komentarz. Dopiero po jakimś czasie przyszła do mnie delegacja studentów z pytaniem, czy oni naprawdę w swoich pracach mogą napisać to, co myślą. Po tych wszystkich testach, rozwiązywaniu zadań pod klucz, obecnej maturze nie wierzyli w to, że ktoś naprawdę jest zainteresowany ich zdaniem na temat jakiejś lektury. Zetknęłam się z czymś takim po raz pierwszy, ale obawiam się, że następne roczniki będą tresowane w szkole w podobny sposób. Współczułam im, szkoła formatuje uczniów pod klucz i zabrania formułowania własnego zdania." Cały tekst

Ale takie formatowanie odbywa się nie tylko w szkołe lecz i na uczelniach. I to nie tylko teraz. Dawniej też tak było. Teraz może tylko bardziej razi, jako mocno nieadekwatne do rzeczywistości...

Pracy po tym faktycznie nikt nie znajdzie ?

sczachor

W dyskusjach o szansach na pracę dla absolwentów często pojawiają się różne opinie po jakich kierunkach praca jest a po jakich nie ma. Wiele w tym mitów. Bo nie ważne gdzie studiujesz, ważne kogo spotykasz. I ważne to, czy wiesz czego w życiu chcesz.

Powyższy komiksowy rysunek jest dobrą ilustracją. Samo pójście na "dobrą" uczelnię i "dobry" kierunek niczego nie gwarantuje. Samo się nie zrobi, trzeba popracować, poszukać. Samemu zadbać o swój rozwój.

Można konia przyprowadzić do wodopoju ale nie można zmusić go, by pił.

Ocenianie studentów

sczachor

Jak oceniać? Czy powiedział wszystko (co ja uważam za ważne*) czy też powiedział z sensem?

To pierwsze to nacisk na przerost wiedzy pamięciowej nad wiedzą funkcjonalną. Jest samochód, składa się z takich a takich części… ale czy jest sprawny, czy jeździ, czy jest wygodny? A w końcu czy potrafisz kierować samochodem? Co ci z wiedzy o śrubkach jak nie potrafisz uruchomić i pojechać? Fakt, bez wiedzy o śrubkach nie pojedziesz, nie poradzisz sobie w kłopocie i sytuacji niestandardowej.

Systemem oceniania nakłaniamy studentów do takiego lub innego modelu uczenia się i traktowanie jednych rzeczy za ważne, innych za mniej ważne.

Ja mam ciągle kłopoty z ocenianiem i ciągle mam wątpliwości. Nie jest to przyjemna czynność - oceniać innych - bo wiąże się z odpowiedzialnością...

* a skąd pewność, że moja wiedza jest wzorcem i najwłaściwszym punktem odniesienia? Wiem wszystko i najlepiej?

Finansjalizacja czyli czym się różni wartość rzeczy od ceny

sczachor

Są rzeczy ważne i mniej ważne. "Nie ucz dziecka jak być bogatym. Naucz go jak być szcześliwym, a będzie znało wartość różnych rzeczy, a nie ich cenę."

Uniwersytety - moim zdaniem - to nie tylko miejsce kształcenia zawodowego. Przede wszystkim to miejsce, gdzie powinniśmy uczyć studentów jak być szczęśliwymi. Do szczęścia potrzebne jest rozumenia świata wokół nas. A do rozumienia potrzebna wiedza.

Finansjalizacja, to postępująca zamiana relacji na transakcje (mylenie wartości rzeczy z inch cena). „Od 30 lat finansjalizacja dewastuje kolejne sfery życia społecznego. Zamienia pacjenta w klienta, a lekarza w dostawcę usługi medycznej. Ucznia zamienia w nabywcę oferty edukacyjnej, nauczyciela czyni jej wykonawcą. Czytelnika czy widza przemienia w target reklamowy, wierzyciela w anonimowego posiadacza prawa do kredytu, które może w każdej chwili komukolwiek odstąpić, z adwokata czyni przedstawiciela prawnego, z dziennikarza - mediaworkera, z naukowca - dostawcę wiedzy lub innowacji itp. Istotą przestaje być treść relacji, a staje się wartość transakcji.” Więcej...

Jacek Żakowski

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci