Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

studenci

Czy wiedza z Wikipedii jest wiarygodna?

sczachor

wikipediaW ostatnich latach sporo energii poświęcam na zajęciach ze studentami na rozważania czym jest nauka i czym jest metoda naukowa, jak powstaje wiedza. Ostatnio w jednej z prac zaliczeniowych znalazłem takie zdanie, które mnie sprowokowało do dłuższej wypowiedzi: „eseje zawierały definicję (….) w oparciu o artykuł z Wikipedii – to nie jest źródło wiarygodnej wiedzy, jest to strona, którą każdy z nas bez problemu może edytować w swoim domu!”

Studenci, tak jak wielu innych, korzystają z Wikipedii codziennie. Dlaczego ta wiedza miałaby być niewiarygodna? Czy dlatego, że „każdy z nas (a więc student czy nawet licealista też) bez problemu może edytować w swoim domu”? Czyli wiarygodne jest tylko to, co tworzone jest przez wybrane autorytety? Student nie ma prawa współtworzyć wiedzy (encyklopedii), zwłaszcza jeśli mógłby to robić u siebie w domu?

Czy w ogóle naukowcy mogą posługiwać się informacjami z Wikipedii? Wszystko zależy od kontekstu. Ostatnio w wielu różnych podręcznikach widzę definicje czy proste informacje zaczerpnięte m.in. z Wikipedii (bo łatwy jest dostęp do encyklopedii elektronicznej). Nic w tym złego. W encyklopediach i słownikach zazwyczaj są informacje podstawowe. I są wtórne. Bo oryginalne dane, koncepcje, teorie pojawiają się najpierw w publikacjach i książkach. Dopiero z takich źródeł po jakimś czasie trafiają do encyklopedii. Warto przy tej okazji podkreślić, że żadne źródło nie jest w 100 % wiarygodne (także i czas robi swoje, to co wczoraj było wiarygodne, dzisiaj może być przestarzałe i nieaktualne). Jeśli coś jest dla nas ważne i istotne, jeśli chcemy zgłębić temat, to musimy sięgnąć do kilku źródeł, aby wyrobić sobie w miarę obiektywne zdanie na dowolny temat.

W esejach, do których odnosi się krytyczna uwaga studenta, wspomniana Wikipediowa definicja nie była istotą wywodów. Co więcej, sprawdziłem w Wikipedii rzeczone hasło. Było całkiem przyzwoicie opracowane. Nie wnoszę uwag. Zajrzałem, bo Wikipedia jest „nierówna”, gdyż ciągle powstaje i się rozwija. Niektóre hasła są bardzo dobrze opracowane inne słabiej, są dopiero zalążkiem. Kontekst i konkret wiele zmienia.

Skąd zatem przekonanie, że w Wikipedii wiedza jest niewiarygodna jako taka? Bo każdy ją może tworzyć? Tu dochodzimy do istoty wiedzy naukowej i źródeł faktów naukowych: one zawsze powstają w dyskusji między wieloma naukowcami-osobami. Dokładnie tak samo powstają hasła na Wikipedii. Można napisać cokolwiek…. ale inni będą do tego się odnosić, potwierdzać lub usuwać jako niewiarygodne, dopisywać inne pomysły, inne fakty. Napisać można ale czy się utrzyma i przetrwa próbę czasu? W wiedzy naukowej także pojawiają się różne teorie, hipotezy, fakty by szybko zniknąć z „dyskursu”. Trzeba więc umieć nie tylko edytować Wikipedię (to na szczęście jest proste) ale wskazywać źródła swoich dopisywanych informacji (fragmentów ) i trzeba umieć uzasadniać, gdy pojawią się odmienne zdania czy kontrowersje. Trzeba więc umieć dyskutować i przekonywać. Zupełnie tak samo jak w nauce „prawdziwej”. Bo tak powstaje wiedza – w dyskusji, przekonywaniach, ponawianych eksperymentach, w dialogu. I na dodatek ta wiedza jest dynamiczna, ciągle się zmienia. Bo pojawiają się nowe odkrycia, nowe przemyślenia, nowe eksperymenty, nowe fakty. W nauce nie ma nic ostatecznego. Tak jak w hasłach na Wikipedii.

Pisanie, że hasła na Wikipedii są niewiarygodne (a jest to pogląd wyrażany przez wiele osób w wielu miejscach), wynika z niezrozumienia czym jest nauka i jak powstają fakty naukowe (skąd i jak się biorą treści w podręcznikach i encyklopediach). Wynika także z niezrozumienia jak funkcjonuje dyskusja w nauce i… na Wikipedii. W nauce nie powinno być autorytetów a jedynie argumenty. Metoda naukowa do tego dąży. Nie ważne kto mówi, ważne jak uzasadnia. Zatem i student może tworzyć wiedzę, np. na Wikipedii, jeśli dobrze stosuje metodę obiektywizmu naukowego, potrafi powoływać się na źródła i dobrze uzasadniać swoje wywody, pomysły, sformułowania. Dlatego w nadchodzącym semestrze wspólnie ze studentami stworzę, poprawię lub uzupełnię kilka haseł. Bo wikipediowanie to dobra metoda by uczyć rozumienia czym jest nauka i jak powstają fakty w podręcznikach. Nauka to przede wszystkim praca zespołowa. Wikipedia podobnie. I jest znakomitym przykładem na konektywizm. A więc kolejny powód by mówić o filozofii nauki.

Czy pozwalać studentom i uczniom korzystać z telefonów i tabletów na wykładach (lekcjach)?

sczachor

Telefon_na_wykadzieZamieszczone obok zdjęcie zrobione zostało w czasie wykładu dla uczniów w Iławie. Przyjechałem specjalnie kilkadziesiąt kilometrów, sala pełna, ponad 150 osób. Tyle wysiłku a oni co? Gapią się w te swoje telefony? Chciałbym się powiedzieć, ech ta dzisiejsza młodzież. I byłoby to… całkowicie nietrafione stwierdzenie. To, że patrzą w ekrany telefonów to znaczy, że słuchają wykładu! Po prostu zbyt stereotypowo oceniamy sytuację na zdjęciu. Kontekst zmieni wiele, dlatego zachęcam do dalszej lektury niniejszego tekstu by poznać ów kontekst sytuacji.

Sam tego niepokoju doświadczałem wielokrotnie. Na wykład się przygotowałem, napracowałem. Mówię coś, wydaje mi się, że ważnego, a część studentów mniej lub bardziej dyskretnie smyrga w telefonach. Znaczy lekceważą, nie słuchają bo zajmują się czymś innym? A gdyby notowali w zeszytach? Wtedy wykładowca czułby się dobrze, jest cisza i notują. Zaraz zaraz, a skąd wiadomo, że zapisują treści z wykładu a nie piszą listy miłosne, bazgrzą z nudów esy-floresy lub odrabiają zadania z innych zajęć (tych „ważniejszych”)? Język ciała i obserwowane sygnały zwrotne mogą wprowadzać w błąd. Może po prostu nie rozumiemy wykorzystania smartfonu… Najlepsza byłaby samoobserwacja: co ja robię na konferencjach, zebraniach, cudzych wykładach, gdy korzystam (lub nie korzystam) z telefonu?

Jakaś rada wydziału, ktoś czyta ważne dokumenty. Przy stołach siedzi kadra naukowa i to utytułowana (w większości). Na sali gwar, część rozmawia szeptem (ale na tyle głośnym, że słychać wszędzie), część „grzebie” w telefonach. Ci pierwsi są uciążliwsi bo wydawanymi dźwiękami nie tylko szum czynią ale ewidentnie przeszkadzają czytającemu – zapewne czuje się lekceważony, niesłuchany, marne uczucie (na wykładach to nigdy tak głośnego szeptanego hałasu nie słychać). Ważne ale nudne dokumenty i trudno się skupić? Może ma znaczenie brak poczucia sprawstwa? Bo wynik głosowania jest raczej znany. Dyskusji raczej nie będzie, a jeśli już to zdawkowa, formalna. Zatem można pogadać z sąsiadem na bardziej interesujące tematy lub skomentować fragment z czytanego dokumentu? Jeśli zrozumiemy siebie to może zrozumiemy studentów (uczniów). Potrzebna samoobserwacja. Oczekujemy od studentów, że nie będą korzystali z telefonów a sami to nagminnie czynimy? Ja korzystam. Czasem sprawdzam pocztę, czasem zajrzę na portal społecznościowy lub do serwisu informacyjnego sprawdzić co na świecie, czasem wyślę esemesa, że oddzwonię, bo teraz jestem na zebraniu i nie mogę odebrać telefonu, czasem szybko w słowniku lub jakiejś encyklopedii wyszukam trudne słowo, które się pojawiło „na obradach” a nie bardzo rozumiem co znaczy. Czasem zrobię zdjęcia jako formę notatki – by coś ważnego mi z konferencji nie umknęło. Zatem korzystam, gdy się nudzę lub mózg ma jeszcze wolne moce przerobowe by się czymś dodatkowo zająć. Może studenci (uczniowie) czynią podobnie? W podobnych stanach nudowo-mózgowych notuję coś, piszę konspekty lub po prostu rozmyślam o czymś innym niż to, co dzieje się na sali (konferencja/zebranie). Rozmyślania nie widać i nie przeszkadza? Korzystanie z mobilnego internetu także nie przeszkadza (przynajmniej mniej niż szeptanie). I przecież to nie jest cały czas a tylko w pewnych momentach.

Skąd więc niepokój, gdy studenci korzystają ze smartfonów? Odbieramy to jako sygnał języka ciała, że „teraz przynudzamy” lub „te treści ich nie interesują, nie absorbują”. Jeśli tak, to jest to ważny sygnał ewaluacyjny. Lepiej szybko otrzymywać sygnały o komunikacji niż dbać o złudzenia i pozory. Dla naszego języka ciała korzystanie z telefonów z mobilnym internetem jest czymś ewolucyjnie i kulturowo nowym (a przez to jeszcze obcym). W rozmowie oczekujemy, że słuchacz na nas patrzy. Wtedy odczuwany potwierdzenie, że jesteśmy słuchani. Ale i my musimy na słuchacza patrzeć, a nie na przykład mówić do ekranu czy komputerowego monitora… Czy jest chwila refleksji? Ważności i sensu siłą nie narzucimy. Co najwyżej uzyskamy pozory…

Sam robię czasem zdjęcia wyświetlanym na ekranie treściom. Bo nie zawsze można zdążyć z zanotowaniem treści, zanim prelegent zmieni obraz. Szybciej jest cyknąć zdjęcie. I mam notatkę, do której mogę wrócić. Najczęściej nie wracam, ale ruchowo i emocjonalnie angażuję się w notowanie. Tak samo ważne dla zapamiętywania jak ręczne notowanie. Jest jakąś formą aktywizującego słuchania. Czy wracacie do swoich konferencyjnych notatek? Po co więc je robić? By lepiej zapamiętywać i wspomagać myślenie, porządkowanie informacji w mózgu. Zawsze to trochę ruchu przy kilkugodzinnym siedzeniu na konferencji….

A gdy studenci robią zdjęcia na moim wykładzie? Zawsze pojawia się niepokój: może jakiś błąd na slajdzie, może krawat się przekrzywił lub mam plamę na spodniach albo rozpięty rozporek? Zrobią zdjęcie, gdzieś wrzucą i będą się wyśmiewać? Może jakieś błędy językowe robię a oni nagrywają, w podobnym celu? Na te niepokoje jest rada: samemu z telefonu korzystać (i zdecydowana większość to robi) oraz obserwować siebie samego. Może nie ma nic w tym złego? Co więcej, może wspomaga to proces edukacji i przekazywania wiedzy. Trzeba tylko ten świat odkryć i wykorzystać do celów komunikacji międzyludzkiej. Dwulicowość nie jest dobry rozwiązaniem (sami korzystamy, innym zabraniamy, przypisując niecne motywacje).

Od kilku lat próbuję wykorzystać możliwości internetu i mobilnej aktywności ludzi w sieci. Jednym z wcześniejszych pomysłów było wykorzystanie portali społecznościowych do komunikacji: przesyłania notatek z wykładów (slajdy z wykładu w formie pdf), dyskusji między wykładami, podsyłania materiałów dodatkowych. Czasem próbuję umieszczać linki do treści dodatkowych, np. w formie QR Kodu (bo łatwiej jest słuchaczowi zeskanować kod z ekranu niż wpisać długi i skomplikowany link). Czuję jednak duży niedosyt. Tego dialogu jest niewiele (mniej niz bym chciał), studenci nie są zbyt chętni do dyskusji. Próbuję dociec przyczyny: czy nie chcą w ogóle dyskutować w internecie, czy z tylko wykładowcami - bo to obce światy. Nie potrafią dyskutować czy tylko nie potrafią dyskutować w internecie? A może oferowane przeze mnie narzędzia komputerowo-internetowe nie są odpowiednie? Z tego powodu nieustannie się dokształcam i eksperymentuję.

Na wykładach, mniej więcej do 50-70% studentów potrafi skorzystać z mobilnego internetu. Być może powodem jest brak… dostępności bezpłatnego internetu na salach wykładowych. Jeśli nie mają swojego (a to kosztuje), to nie zawsze mogą skorzystać z wi-fi. Czy uczelnia jako instytucja i pracownicy także, myślą o tym, że niezbędnym warunkiem do dobrego kształcenia jest bezpłatne wi-fi na salach ćwiczeniowych i wykładowych? Pozostawiam to pytanie otwarte. Może sprawdzić w szkołach i na uczelniach.

Moje grupy wykładowe są małe, wnioski z ubiegłego roku nie muszą być więc w pełni wiarygodne. Dlatego, gdy zdarzyła się okazja, wykorzystałem wykład dla uczniów w Iławie.  Na sali było około 150 osób (w tylko kilkoro dorosłych). Pierwsza aktywność opierała się na wejściu na stronę i odpowiedzi na proste pytanie – rezultaty były widoczne od razu na ekranie (rycina powyżej). Prosty adres, prosta czynność. Zadanie to zrobiło 80-82 osoby (dwa różne zadania), zatem efektywność ponad 50%. Teraz znasz już Czytelniku kontekst górnego zdjęcia – słuchają bo posługują się telefonem by wykonać zadanie w czasie wykładu. Tak, pozory mogą mylić. Nie oceniajmy zbyt pochopnie nie znając sytuacji i kontekstu.

W podobnym czasie analogiczne zadanie na zajęciach wykonało 12 studentów spośród 14 obecnych na sali. Ale studenci to osoby dorosłe i nasycenie technologią i dostępem do internetu jest większe, więc nie powinno dziwić.Pozostaje jednak pytanie co zaoferować tym, którzy nie skorzystali? Tym dwóm osobom? Nie mają dostępu do nowych technologii (ograniczenie finansowe)? 

Z drugim zadaniem uczniowie z iławskich szkół podstawowych dużo słabiej sobie poradzili. Trzeba było zeskanować kod QR i wejść do grupy na Facebooku a następnie "zostawić swój ślad”. Spośród 150 uczniów tylko 22 „dotarło” do Facebooka a tylko dwie napisało przynajmniej jedno zdanie (pozostali tylko lajkowali). Podkreslic trzeba, że zadanie najpełniej wykonali czyniowie stari, z klasy VII a więc praktycznie gimnazjum. Młodsi sobie ewidentnie słabiej radzili (na informacji-plakacie była informacja, że na wykład warto przyjść z telefonem z mobilnym internetem). Niektórzy uczniowie sygnalizowali, że QR Kod nie działa (pomyślałem, że może jakiś błąd w generowaniu, ale potem sprawdziłem, wszystko było w porządku). Najwyraźniej nie do końca rozumieją działanie mobilnego internetu… że trzeba wcześniej włączyć wi-fi lub usługę internetowa we własnym telefonie. A skoro jeszcze nie rozumieją, to warto ich tego jak najszybciej nauczyć. 

Jeszcze jedna uwaga. Kilkoro uczniów zamiast wpisywać słowa, kojarzące się z biologią, wpisało jakieś niecenzuralne, hejtujące lub wulgarne (ot takie uczniowskie wygłupy). Margines ale jest. Cóż to znaczy? Że poczuli swoje sprawstwo, że mogą coś zrobić i.. zrobili to co potrafią. Najwyraźniej z takimi zadaniami na lekcji w szkole (z wykorzystaniem telefonu) do tej pory się nie spotkali. To było ich "pierwszy raz". Te uczniowskie wygłupy świadczą moim zdaniem o jeszcze niskich kompetencjach. Mają telefony, mają dostęp do internetu, ale uczą się tylko od siebie (bo ani rodzice nie uczą, ani szkoła). Więc najczęściej będą to wygłupy i hejt. Prawo wieku. Brakuje im sytuacji by mogli poznawać inne możliwości.

Nauczycielom i wykładowcom akademickim pozostaje nie tylko nauczać o świecie ale uczyć się z tym światem. Mitem jest chyba to, że młodzi ludzie sami się nauczą korzystania z nowych technologii i że są w tym lepsi od nas (poświęcają co prawda więcej czasu ale mają mniejszą wyobraźnię do czego wykorzystać - co najwyżej beda rozwijali we własnej, młodzieżówej subkulturze "podwórkowej"). Średnia przeciętna kompetencji jest taka sama, u młodych i u starych. Bo i starzy i młodzi uczą się teraz, gdy te technologie systematycznie się pojawiaają. Jedni szybciej i odważniej, inni w ogóle lub bardzo wolno. A skoro tak, to naszym, nauczycielskim obowiązkiem jest samemu sprawdzić, rozpoznać, doświadczyć, przeanalizować i jako ci doświadczeni pokazywać studentom i uczniom nowe możliwości.

Jest tylko jeden problem, Zarówno nauczyciele w szkołach jak i naukowcy na uniwersytetach muszą to robić…. za własne pieniądze. Oczywiście to państwo powinno wyposażyć swojego pracownika (nauczyciel, naukowe i wykładowca akademicki) w niezbędny sprzęt i oprogramowanie. Powinniśmy się tego domagać. Za długo przyzwyczajaliśmy się do akceptowania nienormalności. Póki to jednak nie nastąpi, trzeba sobie radzić tak, jak każdy umie i na własnym sprzęcie (ja na przykład muszę zmienić telefon, bo mam niewystarczający do potrzeb, jakieś 600-800 zł) i za własne pieniądze (do tego abonament za telefon i internet).

Na koniec (ilustracja na dole) wyniki krótkiego testu ze studentami. Korzystają z mobilnego internetu i telefonów. Ale wspólnie można nauczyć się więcej. Potrafią nawet dyskutować w grupie facebookowej, ale nie na wszystkie tematy. Muszą ich w jakiś sposób dotyczyć, być ważne i istotne. W trwającym semestrze już się czegoś nauczyłem, coś więcej zrozumiałem. Ale to ciągle za mało. Będę uczył się dalej. Uważam, że obowiązkiem akademickiego naukowca jest sprawdzać na sobie samym i dzielić się doświadczeniem ze studentami. A najlepiej wspólnie odkrywać i dyskutować. Po eksperymencie z uczniami (nie pierwszym zresztą) wnioskuję, że braki kompetencyjne w TIK moich studentów są efektem zaniedbań ze szkoły średniej (i gimnazjum). I nie ma co szukać winnych tylko uczyć się wspólnie. Bo nie ważne ile razy ptak zamachał skrzydłami – ważne jest jak wysoko się wzbił.

1jakwykorzystujetelefonnazajeciach

 2jakczestokorzystamztelefonunazajeciach

 

Czytaj także:

Seminarium dyplomowe jako edukacyjne środowisko tworzenia

sczachor

seminarium_pisanie_pracyZdobywanie wiedzy na studiach to przede wszystkim porządkowanie a nie tylko dokładanie nowych faktów. Przekazywanie wiedzy jest procesem a nie tylko treścią. Dobrze to moim zdaniem ilustruje seminarium dyplomowe. Swoje lata już mam, siwe włosy też (dobrze że są i że jeszcze rosną), ale ciągle muszę się uczyć. Bo świat zmienia się nieustannie. I niestety bardzo szybko. Już nie tylko telefony trzeba zmieniać co roku. Jakże jednak żyć samemu w przytulnej stabilizacji, gdy studentów muszę przygotowywać do nieustannego uczenia się w zmieniających się świecie? Poznaję na własnej skórze jak to smakuje. I dzielę się swoim doświadczeniem (nie tylko na sali wykładowej czy laboratoryjnej).

Dzisiaj piszę o seminarium i jest to po części materiał powtórzeniowy dla studentów. Ale jednocześnie powoli przygotowuję się do poprowadzenia webinarium (nawet słowa trzeba tworzyć zupełnie nowe, pasujące do tej zmieniającej się rzeczywistości). Borykam się z techniką ale i z koncepcją. Trzeba zrozumieć jak przebiega komunikacja w tych nowych warunkach.

Najpierw będzie trochę wstępu wyjaśniającego (także i dla studentów, skąd to się wszystko wzięło). Piszę, by i samemu uporządkować swoje myśli. W dalszej części będzie wyjaśnienie tego, co widać na załączonym rysunku (grafice?).

Myślografię wyżej zamieszczoną (uczę się także technik myślenia wizualnego - rysnotek, ryślenia - by uczyć także moich studentów) rysowałem ręcznie, długopisem na papierowej kartce. Ale nie całkiem. Bo wykorzystując Bamboo Spark rysunek powstał także od razu w wersji elektronicznej. Pokolorowałem na tablecie wirtualnymi markerami. Potem umieściłem w chmurze (użyć cudzysłowu czy nie?), pobrałem na laptop a teraz zamieszczam na blogu. Nowe rzeczy, których się uczę. A ten chruścik w rogu też ma znaczenie.

W czasie seminarium staram się uczyć studentów pisania pracy dyplomowej. W zasadzie to jednak występuję w roli akuszerki - pomagam się urodzić. A jeszcze dokładniej to staram się stworzyć środowisko edukacyjne, które tym „narodzinom” będzie towarzyszyło i je ułatwiało.

Sam pisałem pracę magisterską a jako student uczestniczyłem w seminarium magisterskim (wtedy były tylko jednolite studia magisterskie). Potem byłem promotorem prac magisterskich z zakresu biologii i ekologii chruścików (Insecta: Trichoptera). Nie wystarczy jednak odwoływać się do przeszłości, tak jak kiedyś byłem uczony. Bo zbyt dużo się zmieniło przez ostatnie 30 lat. Wtedy były to studia magisterskie na kierunku biologia. Potem byłem promotorem prac dyplomowych na studiach podyplomowych dla nauczycieli (inna tematyka i inny charakter prac), prowadziłem seminarium na kierunku pielęgniarstwo (mój wydział otworzył studia z pielęgniarstwa by ułatwić powstanie wydziału medycznego), teraz na biotechnologii, czasem na biologii. No i pojawiły się studia w systemie bolońskim czyli licencjat i studia magisterskie (studia pierwszego i drugiego stopnia), W międzyczasie byłem także promotorem prac doktorskich. Jako recenzent wiele prac dyplomowych przeglądałem i analizowałem. W sumie doświadczenie spore.

Swoje obustronne (z tej i tamtej strony biurka w sali) i niesymetryczne (dużo częściej w roli promotora i prowadzącego zajęcia) od dawna uzupełniałem czytaniem adekwatnej literatury. Czyli korzystałem z doświadczenia innych w zakresie pisania prac dyplomowych i sensu seminarium dyplomowego. Czytałem autorów z różnych dyscyplin (nie tylko biologów) i często z bogatszym od mojego doświadczeniem. W ciągle i szybko zmieniającym się świecie nie wystarczyło raz (a dobrze) zapytać się i przemyśleć cel i sens pracy dyplomowej i samego seminarium. Ciągle trzeba dostosowywać metody do celu nadrzędnego. A i ten ostatni niewątpliwie się zmienia. I warto to dostrzec.

Na początku było seminarium magisterskie na kierunku biologia, w małych grupach. Studenci pisali zbliżone tematycznie prace z zakresu biologii i ekologii bezkręgowców wodnych (chruścików, pluskwiaków, chrząszczy, ważek, jętek, wodopójek). Często pracowali na tym samy obiekcie (jeziorze, rzece). Seminarium zaplanowane było na dwa lata. W dyskusji i zespołowo wypracowaliśmy program i harmonogram na dwa lata, z planowaniem badań (temat konkretny rodził się w dużo większym dialogu studenta i promotora, w porównaniu do sytuacji obecnej), często wspólnymi wyjściami terenowymi. Było więc na seminarium i planowanie badań terenowych, omawianie metod połowu bezkręgowców, było i omawianie metod analizy ze statystyką włącznie. Było omawianie wyników. Napisałem nawet dwa elektroniczne skrypty, dotyczące metodyki badań hydrobiologicznych jak i samego procesu pisania. Teraz muszę je znacznie zmienić by dostosować do obecnych potrzeb i aktualnej sytuacji.

Sporo się jednak zmieniło. Cel niby ten sam ale warunki inne. Inaczej wygląda egzamin dyplomowy - obecnie student musi przedstawić swoją pracę w formie prezentacji multimedialnej. A więc musi umieć coś nowego, w porównaniu do dawnych "dobrych czasów". Kiedyś pisaliśmy ręcznie i dawaliśmy do przepisania na maszynie maszynistce. Teraz najczęściej student sam pisze na komputerze, sam składa tekst (uczy się edycji). Jest więc i autorem i wydawcą jednocześnie. To więcej umiejętności niż kiedyś. Ale i możliwości technologiczne inne.

Co się jeszcze zmieniło? Jest dwusemestralne seminarium licencjackie i dłuższe seminarium magisterskie. Dla mnie zmieniło się jeszcze więcej. Mam obecnie zajęcia w większości z biotechnologami (wcześniej także z pielęgniarkami), dużo rzadziej z biologami. A ci ostatni i tak piszą prace odległe od mojej naukowej specjalności. Czyli uczę nie tego, na czym znam się najbardziej. Dawne wzorce omawiania metodologii badawczej straciło sens. Sam muszę nie tylko nauczyć się nowych merytorycznie rzeczy ale przemyśleć na nowo sens seminarium. Bo w grupie rozpiętość tematów prac dyplomowych jest znaczna. To nie są dyplomanci z jednej katedry… 

Jestem zoologiem a prowadzę seminarium dla biotechnologów i to także biotechnologii inżynierskiej (obecnie w dużo większym stopniu realizujemy program niz pokazujemy własne doświadczenie badawcze i własne odkrycia). Musiałem uwzględnić dwa nowe typy prac: aplikacyjne i projektowe (wcześniej, wraz z licencjatem pojawiły się prace przeglądowe). Nie sposób opowiadać o tym, co zna się tylko z książek… Sam więc musiałem na sobie sprawdzić na czym polegają prace aplikacyjne i projektowe.

To na czym skupić się dzisiaj by seminarium  nie było to tylko rytuałem i nudnym przedstawianiem (wygłaszaniem) prezentacji przez studentów? Duża grupa, tematyka o dużej rozpiętości, mało punktów styczności. A przynajmniej inne niż 20-30 lat temu.

Ciągłe uczenie się i odkrywanie wspólnego środowiska edukacyjnego (a więc nie tyle program co środowisko edukacyjne).

1. A więc student. To w jego głowie rodzi się utwór (sam komuteropis jest tylko formą utrwalenia tego utworu autorskiego). Dlatego znajduje się w centrum. Utwór powstaje przez procesy myślowe, dojrzewa, bo samo pisanie technicznie zajmuje mało czasu. Najpierw trzeba wiedzieć o czym napisać. Każda praca w tym sensie powstaje tak samo: czy to praca dyplomowa inżynierska, licencjacka czy magisterska. Student nie pracuje w próżni lecz w środowisku edukacyjnym (które uniwersytet powinien stworzyć, także poprzez pracowników takich jak ja).

2. Praca w laboratorium - bo moi studenci studiują na wydziale przyrodniczym. Nawet część prac licencjackich ma charakter badawczy (a nie tylko przeglądowy). Ekosystemy też są dla biologa laboratorium.

3. Biblioteka, jako miejsce, gdzie można odszukać potrzebne książki i czasopisma. W przypadku prac przeglądowych to tam znajduje się materiał badawczy. Umiejętność szukania… już nie w tradycyjnych szafkowo-szufladkowych katalogach bibliotecznych.

4. Zasoby internetowe stają się coraz ważniejsze… bo i dostęp do zasobów uniwersyteckiej biblioteki najłatwiejszy jest przez komputer… stojący w dowolnym miejscu. To zupełnie nowe umiejętności.

5. Promotor - główny konsultant i pomocnik. Grubość linii na rysunku ma odzwierciedlać skalę i intensywności kontaktów.

6. Grupa na Facebooku (bo tak pracuje obecnie ze studentami) to tylko przykład współpracy w chmurze. I kontaktów poza zajęciami.

7. Samo seminarium zostawiłem na końcu. Uczenie się dyskusji i współpraca zespołowa w myśleniu. Taka mała „szklarnia” gdzie w dyskusji wylęgają się poszczególne myśli.

Nieco inne warunki niż kiedyś. A przy okazji student nabywa dodatkowe umiejętności (kompetencje), przydatne nie tylko w trakcie pisania (przygotowywania) pracy dyplomowej i nie tylko w czasie studiów. Przydatne w całym życiu zawodowym. W takim rozumieniu seminarium nie jest tylko celem samym w sobie ale i elementem większej całości.

Kortowiada czyli „jakieś ramy trzeba w końcu temu hulaszczemu trybowi życia nadać”

sczachor

DSCN0576Kiedy w Olsztynie trwała tegoroczna Kortowiada, ja wracałem z konferencji naukowej z Lasów Janowskich. Podróż publicznymi środkami komunikacji ma tę zaletę, że więcej się widzi wokół siebie. Uwielbiam lubelską starówkę, kipiącą życiem artystycznym i wieloma masowymi imprezami. W podróży powrotnej skorzystałem by z dworca autobusowego w drodze na dworzec kolejowy przespacerować się przez uroczy Lublin. Jak zwykle robiłem zdjęcia.

Tuż za starym browarem robiłem zdjęcia porzuconym butelkom w ulicznej, odrapanej bramie. Podszedł do mnie wzbudzony pan w średnim wieku. I narzekał na Kozienalia (to nazwa lubelskich juwenaliów), że muzyka techno przez całą noc, pijackie burdy, spać nie można a rano trzeba do pracy. Rozumiem człowieka, bo głośnej muzyki też nie lubię, zwłaszcza techno.

W Lublinie jest kilka uczelni. Browar Perła (na zdjęciu), w historycznym budynku znajduje się w środku miasta. Głośna muzyka w nocy może być uciążliwa (kilka lat temu z rodziną byłem na wakacjach w Lublinie, okno naszego hostelu wychodziło na Krakowskie Przedmieście, vis-avis nocnego baru - noce mieliśmy "przechlapane" pijackimi imprezami, studentów tam nie było). Nawet jeśli pojawia się raz w roku. Spacerowałem po ulicach Lublina w samo południe. Obok Browaru Perła z banerem Kozienaliów studentów raczej nie widziałem, a przynajmniej pijących. Może pora nie ta. W bramach widziałem za to pijanych i pijących lubelskich żuli. Niektórzy zaczepiali przechodniów. Piwo w Lublinie tanie, w okolicach dworca kolejowego w klimatycznie spelunkowym barze po 4 zł. Odrapane i zniszczone kamienice w tym kwartale miasta to nie sprawa studentów i ich juwenaliów. Taka dzielnica.

DSCN0580Podobne miejsca znajdziemy i w Olsztynie. Z całą pewnością wymagają mądrej rewitalizacji i resocjalizacji ludzi. Na przykład poprzez wykształcenie. Im więcej ludzi studiuje, tym lepiej, po ogólny poziom wykształcenia się podnosi. Dokształcać mogą się także dorośli - są i studia wieczorowe, kursy, a potem nawet uniwersytety trzeciego wieku.

Olsztyńska Kortowiada ma znacznie lepszą lokalizację, na uboczu miasta i głośna muzyka z kortowskiej górki przeszkadza co najwyżej tylko mieszkającym na Słonecznym Stoku. Osobiście nie lubię wielkich koncertów i głośnej muzyki. Dwa razy, w latach ubiegłych, towarzyszyłem studentom zarówno w czasie parady przez miasto, jak i w boju wydziałów. Poznałem nieco Kortowiadę od podszewki. Moja znajoma (pracownik naukowy), opowiadała mi, że na koncerty Kortowiadowe chodzi wraz z córką. I nigdy nie spotkała się z agresją. Jak na tak wielką imprezę zadziwiająco jest bezpiecznie i spokojnie.

Nie jestem fanem Kortowiady, bo nie przepadam za masowymi i głośnymi imprezami. Brakuje jednak olsztyńskim juwenaliom dobrej promocji i pokazania wielu twarzy tego wydarzenia. Tam dzieje się wiele kameralnych i wartościowych działań, które najczęściej w ogóle nie są przez media dostrzegane. Widoczne jest tylko to, co głośne. Na dokładną obserwację zapewne brakuje czasu…

Jak co roku pojawiły się narzekania na studentów i Kortowiadę. Jak pisze Gazeta Wyborcza Olsztyn „Prym w tych krytycznych opiniach pod adresem młodzieży wiedli radni prawicy. - Jakieś ramy trzeba w końcu temu hulaszczemu trybowi życia nadać - mobilizował pozostałych radnych Jarosław Babalski z Prawa i Sprawiedliwości. - Nie może być tak, że miasto jest terroryzowane przez rozbawioną gawiedź. Czy to są studenci, czy nie. 20 lat temu studenci też szaleli, ale nie było takiej swobody, jaka jest dzisiaj. Jeśli w sposób publiczny spożywa się alkohol i ludzie na to patrzą, no to jaki to jest obrazek miasta Olsztyna?” Cały tekst.

Ponarzekać łatwo. Ale już dawno temu studenci zostali pozostawieni sami sobie (gdzie było wtedy miasto i radni?). Studenci znaleźli sponsora w postaci browarów. A mieli inne wyjście? Przecież nie jest to sponsor na darmowe piwo tylko duże koncerty muzyczne. Ja za "pijaństwem" nie jestem, ale jak na imprezę kilkudziesięciu tysięcy osób jest nadzwyczaj spokojnie i dużo lepiej niż w innych uniwersyteckich miastach. W czasie parady studenckiej przez miasto puszki są na ulicy, ale zaraz służby wszystko sprzątają. Że studenci piją w miejscu publicznym? A jak na Starówce ludzie piją piwo w ogródkach restauracyjnych, z widocznymi z daleka reklamami napojów alkoholowych, to przechodnie i turyści tego nie widzą? Wtedy to nie demoralizuje?

Zamiast narzekać na studentów warto ich mądrze wesprzeć. Miasto wspiera chyba dużo bardziej klub Stomil (a są w Olsztynie mecze piłkarskie, które przyciągną do miasta tylu przyjezdnych co Kortowiada?). Już wyobrażam sobie imprezę kibolską na kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Jak by Olsztyn wtedy wyglądał? Ile policji trzeba byłby przywieźć do Olsztyna dla zapewnienia bezpieczeństwa? Zatem drodzy radni - wesprzyjcie Kortowiadę finansowo, by nie musieli studenci szukać sponsora w postaci browarów. Przez Kortowiadę miasto Olsztyn zyskuje promocyjnie w całej Polsce. I zamiast tę imprezę zohydzać wesprzyjcie mądrą promocją.

Na Kortowiadzie dzieje się dużo więcej niż tylko picie piwa. Parada przez miasto dużo bardziej potrzebna jest miastu niż studentom. Kortowiada znakomicie się obejdzie bez parady. Zdaje się, że to w latach ubiegłych właśnie miasto Olsztyn zabiegało o paradę ulicami miasta, uzależniając od tego swoje dofinansowanie. Zachęcam do bardziej wnikliwego przyjrzenia się Kortowiadzie od środka. Jest tam więcej sensu niż się radnym prawicy wydaje. Pora by poznali rzeczywistość osobiście a nie ze swoich partyjnych mediów.

Miasto Olsztyn żyje ze studentów, np. w postaci wynajmu mieszkań. Czasem studenci bywają uciążliwi, jak to młodzi ludzie (my też tacy byliśmy, chyba, że ktoś ma już sklerozę i nie pamięta… albo nie chce pamiętać). Sam mieszkam w bloku, gdzie blisko połowa mieszkań jest wynajmowana studentom. Na ogół żyje się spokojnie i dobrze. Nawet w czasie Kortowiady. Jeśli radni (zwłaszcza ci z pisowskiej prawicy), chcieliby podnieść Kortowiadę na wyższy, artystyczny poziom, to niech dofinansują tę studencką imprezę, sławną na całą Polskę jako najlepsze juwenalia. I nie przez jałowe narzekania ale po pierwsze przez dofinansowanie i mądre inicjatywy. Gdyby studenckie juwenalia miały sponsora w postaci miasta, to studenci nie szukaliby sponsorów w postaci browarów. Po drugie - bawcie się razem ze studentami i pokażcie przykładem na czym mądra i dobra zabawa polega. Przykład ma najlepszą moc wychowawczą.

Co do pijaństwa studentów. Na Kortowiadę przyjeżdża dużo licealistów (i jeszcze młodszej dziatwy) z okolicy. Młodzież jest jaka jest... i wcale nie przez Kortowiadę. Na Kortowiadzie ujawnia się tylko wychowanie z domów wyniesione. I nie prawdą jest, że wszyscy studenci piją. Wielu z nich bawi się zupełnie na trzeźwo.

ps. oba zamieszczone zdjęcia zrobione zostały w Lublinie.

O ściąganiu i rzeczywistości równoległej

sczachor

lampanaftowaW dzieciństwie i wczesnej młodości, jeszcze w socjalistycznej rzeczywistości, denerwowało mnie stwierdzenie, że "w teorii to może i dobrze (prawda) ale w praktyce to jest zupełnie inaczej". Czyli teoria sobie a rzeczywistość sobie. Dwie prawdy, jedna na papierze a druga w realu? Nie rozumiałem tego rozdźwięku (typowego dla socjalizmu - teraz to wiem), przecież dobra teoria dobrze opisuje rzeczywistość. Rozdźwięk jest wtedy, gdy zła jest teoria (tak jak niedokładna mapa - zabłądzić łatwo). Dziwiły mnie te światy równoległe i nieprzystające do siebie: tworzenie pięknych teorii, których i tak się nie stosowało. Były bo były. A przecież z istoty nauki wynika, że jeśli eksperymenty (rzeczywistość) nie są zgodne z teorią czy hipotezą to zmienia się teorię, by poprawnie opisywała obserwacje.

Podobnie jest z biurokracją, oddzielna rzeczywistość zawarta w papierach a oddzielnie dziejące się rzeczy, często nieprzystające do siebie. Lepiej już chyba równoległej rzeczywistości szukać w literaturze czy grach komputerowych, przynajmniej nie szkodzą.

Jakiś czas temu na Facebooku toczyła się ciekawa dyskusja ze studentami o ściąganiu. Zamieściłem informację o studentach, którzy nie ściągali na egzaminie mimo, że wykładowca wyszedł. Kilka osób jakoś nie mogło uwierzyć w taką sytuację (sugerowali, że może kamera była zainstalowana a oni o tym wiedzieli). Ludzie, którzy nie ściągają czują się niejednokrotnie dziwadłami i boją się publicznie do tego przyznać. Bo po co odstawać od reszty? Ale może tych nieściągających jest znacznie więcej niż oni sami sądzą.

A oto fragment dyskusji z Facebooka:

  • Absolwent X „Na przedmiocie xyz wszyscy ściągali”
  • Stanisław Czachorowski: Rodzi się pytanie dlaczego. I chodzi mi o głębszą refleksję. Dlaczego ściągali i dlaczego "wszyscy"?
  • Student 1 „Było tak zwane obopólne przyzwolenie, a nawał egzaminów z innych przedmiotów był pewnie jedną z przyczyn”
  • Student 2 „chociaż sama nie ściągam (jak nie umiem, to na kilometr po mnie widać), to ciężko mi sobie wyobrazić opisaną sytuację”
  • Stanisław Czachorowski: Obopólne przyzwolenie? Czyli udawanie, że nie widzę, że ściągają? Tak, takie sytuacje też widywałem, jeszcze z czasów studenckich i opowieści rówieśników. Tworzenie pozorów, że niby moje zajęcia są na wysokim poziomie, bo dużo wymagam od studentów (jak przyjdzie władza skontrolować to się pochwalę wysokim poziomem) . W „teorii” jest pięknie, bogata wiedza faktohraficzna, a w realu... koń jaki jest każdy student widzi. I powoli się przyzwyczaja, traktuje jako powszechnie obowiązujący zwyczaj.
  • Student 3 "istnieją przedmioty, które są w zawodzie nieprzydatne tzw. zapychacze na studiach nie ma powodu by nimi zaprzątać sobie głowy albo wymaganie są niebotyczne,  wystarczy spytać każdego o przedmiot abc na wnm (np. dla ratownika potrzebne są podstawowe zagadnienia topograficzne a nie bruzdy żył czy inne małe rzeczy faktyczne, karta pacjenta wygląda, że jest narysowany obrys człowieka i się zaznacza krzyżykiem)"
  • Student 2 „w takim wypadku sugerujesz, że każdy byłby w stanie to zrobić i studia są niepotrzebne? Bo właśnie tym różni się osoba po studiach od pierwszej lepszej z ulicy, że wie i potrafi więcej niż zaznaczenie krzyżyka na obrysie ciała."
  • Student 3 "Sugeruję, że wiedza o każdej małej żyłce jest niepotrzebna, według mnie warto się skupić na przedmiotach klinicznych ale a nie np. na filozofii. Taki śmieszny przedmiot na ratownictwie rozumiem wykłady ale kolos?"
  • Student 4 "Z doświadczeń znajomych wiem, że na niektórych przedmiotach "dodatkowych" potrafi być kiepsko, ale to już wina paru osób prowadzących, które być może nie są dobre, w tym co robią. Ja natomiast ja trafiłam na dwoje bardzo fajnych prowadzących wykładowców."
  • Student 5 "Ale wciąż nie rozumiem powodu by dawać zapychacze. To jest nie szanowanie czasu studentów jak i wykładowców. Ten czas powinien być przeznaczony na przedmioty przydatne w zawodzie."

Powyższy fragment dyskusji oddaje chyba istotę problemu. Wobec spotkanego absurdu możliwe są różne postawy. 1. biernie akceptujemy, ale żeby przeżyć oszukujemy, bo chcemy przez absurd przejść najmniejszym kosztem. 2. buntujemy się i chcemy to zmienić, np. szukając sensu lub próbując zlikwidować absurd. Pkt.2 wymaga dyskusji i działania, jest ryzykowny... ale rozwija.

Człowiek jest istotą, która instynktowne do działania potrzebuje sensu. Chce widzieć, poznać, odkryć sens swoich działań. Sensu może szukać sam student (podejmując się odpowiedzialności za swój rozwój - bo przecież nie każdy chce być niewolnikiem)... albo prowadzący (jako bardziej doświadczony może pokazać sens praktyczny z poznawania np. filozofii nawet w zawodach ścisłe technicznych i naukowych). Uzasadnianie jest niezwykle ważne. Bo może się okazać, że to co wydaje się absurdem ma głębszy sens. Ale bez motywacji i widzenia sensu nie będziemy dobrze pracowali. Prowadzący może przekonać... albo zastraszyć.

Ściąganie jest chyba objawem choroby.... Ściąganie czasem (często?) odbywa się za cichą obustronną zgodą, wzajemnym udawaniem, kiedy obie strony nie widzą sensu... a mus to mus. Teoria sobie, praktyka sobie, jak w czasach socjalizmu. Tylko po co udawać? Rzeczywistość równoległa do niczego dobrego nie prowadzi.

Stare porzekadło mówi, że uczymy się na błędach, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy świadomi tych błędów. Jeśli życzliwie podchodzić do studenta, to wskazywanie błędów nie jest gnębieniem i ocenianiem człowieka tylko wskazywaniem postępów. Ściąganie (nawet za obopólną cichą zgodą), jest jak zbicie termometru... żeby wyleczyć chorobę. Nie widać problemu, to go nie ma. I tak przyzwyczajamy się udawać i zamiatać problemy pod dywan. Absolwenci nie potrafią się oceniać, potrafią za to pozorować i tworzyć bzdurne "papiery". Żeby ładnie wyglądało. Myślę sobie, że w tej mentalności głęboko jeszcze jesteśmy w czasach realnego socjalizmu i udawanej gospodarki.

Rzeczywistość jest piękniejsza od udawania, nawet jeśli bywa czasem bolesna. W życiu codziennym szukamy autentyczności, nawet w restauracji. Wystarczy tylko przypomnieć bajkę o nowych szatach króla....

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci