Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

varia

Raduj się Europo, pokojem

sczachor

europa

O, radości, iskro bogów, kwiecie Elizejskich Pól,
Święta, na twym świętem progu staje nasz natchniony chór.
Jasność twoja wszystko zaćmi, złączy, co rozdzielił los.
Wszyscy ludzie będą braćmi tam, gdzie twój przemówi głos.} x2

Patrz, patrz, wielkie słońce światem biegnie, sypiąc złote skry.
Jak zwycięzca i bohater biegnij, bracie tak i ty.
Radość tryska z piersi Ziemi, radość pije cały świat.
Dziś wchodzimy, wstępujemy na radości złoty ślad.} x2

Ona w sercu, w zbożu, w śpiewie, ona w splocie ludzkich rąk.
Z niej najlichszy robak czerpie, w niej największy nieba krąg.
Wstańcie ludzie, wstańcie wszędzie, ja nowinę niosę wam:
Na gwiaździstym firmamencie bliska radość błyszczy nam.} x2

 

Juror to ma klawe życie

sczachor

pressO tym, że są jakieś kanały popularnonaukowe na YouTube, to coś wiedziałem. Ale raczej niewiele. Z niektórych czasem korzystałem (oglądałem). Ale dopiero, gdy pismo Press zaprosiło mnie do oceny kanałów popularnonaukowych na YouTube, to zobaczyłem całe bogactwo. Jedne lepsze, inne gorsze ale sporo bardzo dobrych. Oglądałem z przyjemnością.

Bycie jurorem ma tę zaleta, że się odkrywa świat nieznany. Niejako z konieczności. Bo jest praca domowa i trzeba odrobić. I tym sposobem dociera się do "nieznanych lądów". Nie lubię oceniać, bo zdaję sobie sprawę  z subiektywizmu. 

Kilka kanałów w moim odczuciu ma duże walory edukacyjne. I teraz się zastanawiam jak te kanały spopularyzować i wykorzystać edukacyjnie. To znaczy jako swoistą "lekturę uzupełniającą". Zwłaszcza te, które pokazują proste eksperymenty i sposoby aktywnego poznawania tajemnic świata.

 

Wspomniane kanały popularnonaukowe są elementem współczesnego środowiska edukacyjnego.  Także i z tego powodu warto je poznać i nauczyć się z nich korzystać. I zachęcać innych do tworzenia kolejnych. 

 

 

Właśnie znalazłem wiewiórkę w swoim samochodzie czyli o autyzmie i o tym, po co są łańcuszki szczęścia na Facebooku

sczachor

wiewirkaWłaśnie znalazłem wiewiórkę w swoim samochodzie. A przecież ja nie mam samochodu! W każdym razie mam problem bo ani tak, ani siak. Pokuta. Drugi raz mnie to spotkało.

Tak napisałem na swojej tablicy na Facebooku. Wybrałem wersję lajtową, inni wybierali bardziej odważne np., z brudnymi majtkami. Zrobiłem (wpis o wiewiórce), choć bez przekonania. Większość takich łańcuszków przerywam, to znaczy ignoruję. Ale ten dotyczył autyzmu, więc umieściłem (skoro dałem się złapać), coś od siebie dodałem, by jednocześnie zawrzeć ostrzeżenie dla innych, by nie lajkowali i nie komentowali (ten kto raz trafił na podobny, łatwo odczyta ostrzeżenie i ukrytą informację). Czyli zrobiłem, ale z małą, ostrzegawczą informacją.

Po kilkunastu godzinach zrozumiałem sens takich zabaw i gier. Jaki sens? To niezamierzone chyba poskramianie hejterów. I zawstydzanie ich. Edukacyjne i wychowawcze.

Hejtowanie jest powszechne, ogólnopolskie, a internet znakomicie ten proceder ułatwia. Kiedyś zwało się to plotkowaniem w maglu, w kolejce po mleko, w autobusie. „Taka niestety jest prawda”, to typowy zwrot, który pamiętam z tego analogowego hejtowania - czyli ordynarnego plotkowania o tych wielkich, którym zazdrościmy, i o sąsiadach - zaocznie, nie mają szansy się obronić, ani ripostować plotkarzom i obmawiaczom. A co ma wiewiórka do hejtowania? Te wpisy wyglądają na głupawe, prowokują do komentowania. No i znajomi komentują, najczęściej dowcipnie i życzliwie. Ale nie hejterzy. Ci po swojemu dostrzegają okazję i łatwy łup. I swoje dodają, złośliwie, z satysfakcją. Otrzymują w zamian prywatny komunikat o grze i konieczności umieszczenia tekstu na swojej tablicy (sam komunikat umieściłem na końcu niniejszego wpisu). Rzadko kiedy to robią, bo do tego trzeba dystansu. Dostrzegają, że ich złośliwy wpis był pudłem. Zamiast przyznać się do błędu lub włączyć się do gry (pokutnie), najczęściej milczą i udają, że nic nie było. Myślę, że tego typu łańcuszki są dobrym biczem na hejterów. Dowcip obnaża ich złe intencje i słabości charakteru. A przy okazji popularyzowana jest wiedza np. o autyzmie.

Autyści przyjmują świat i komunikaty dosłownie. Dlatego trzeba mówić do nich bez porównań, aluzji, dowcipu. Taka choroba. Skłonność do plotek, obmawiania i hejtu jest chorobą? Jeśli jest, to można się z tego wyleczyć. Z autyzmem nie jest tak łatwo. Mocno utrudnia życie. Warto więc wiedzieć czym jest autyzm i jakie sprawia kłopoty w życiu autysty. Bądźmy dla nich wyrozumiali i zrozummy ich sposób funkcjonowania.

A teraz rzeczony wpis, który wiąże się z wiewiórką w samochodzie. Pisownia oryginalna (bez polskich znaków)

ehe nie powinienes byl polubic ani komentowac mojego ostatniego statusu hahaha. Teraz musisz wybrac i umiescic jedna opcje z ponizszych i umiescic jako swoj status. Jest to gra z okazji roku swiadomosci na temat autyzmu. Nie psuj zabawy. Wybierz jedna z ponizszych pozycji i opublikuj jako swoj status.

1. Wlasnie znalazlem wiewiorke w swoim samochodzie.

2. Wlasnie zgodzilem sie wyswiadczyc usluge seksualna w zamian za anulowanie mandatu.

3. Nie mam czystych majtek na jutro, wiec mam zamiar przelozyc te na druga strone.

4. Moje hemoroidy oszalaly dzis wieczorem!

5. Chyba wlasnie przyjalem oferte matrymonialna przez internet!

6. Zdecydowalam przestac zakladac majtki.

7. Potwierdzone: Bede tata!

8. Wlasnie zdobylem udzial w najnowszej edycji "Mam talent"!

9. Zaakceptowano mnie do 'Randki w ciemno'.

10. Dostalem zywa malpke!!!

11. Wlasnie sie posikalem!

12. Powaznie mysle o implantach posladkow

13. Wlasnie wygralem w zdrapke 700 zl!

14. Wyprowadzamy sie do Oslo pod koniec tego roku!

15. Majonez z czekoladowymi kulkami Nesquick jest taki doooobry!

16. Dostalem sie do programu "Ugotowani"!

Opublikuj post bez zadnego wyjasnienia. Wybacz, tez musialem tak zrobic. Czekam na Twoj status. Ach, i nie zepsuj tego (Nie zdradz sekretu). I pamietaj to jest rok swiadomosci na temat autyzmu. Baw sie dobrze!

Ps. Kiedyś były to inne łańcuszki św. Antoniego, z tekstem pisanym ręcznie i wysyłaniem analogową pocztą pocztówek lub listów. Teraz mamy internet. Ale wspomniana zabawa przyczynia się do popularyzacji wiedzy o autyzmie. Bicz na hejterów to bonus.

Polska obojga narodów

sczachor

Tytuł nie jest pomyłką. Nawiązuje do Rzeczypospolitej (republiki) Obojga Narodów, do (dobrowolnej) unii dwóch państw: Korony (Królestwa Polskiego) i Litwy (Wielkiego Księstwa Litewskiego). Narodów w sensie etnicznym było więcej. Ważna była integracja i wspólna ojczyzna, zbudowana z dwu różnych organizmów państwowych, różnych historii, różnych kultur. Taki prototyp Unii Europejskiej.

Ale ja o czymś innym chciałem napisać – nie o łączeniu a o dzieleniu. O dzieleniu Polski, kraju zamieszkałego przez dwa narody… Polaków. Narody, coraz bardziej sobie wrogie. Nie łączenie a dzielenie. Niby ten sam język, ta sama wiara i ta sama, wspólna historia. Ale chyba różna kultura, skoro się dzielimy, rozwarstwiamy (jak ewoluujące gatunki na dwa potomne). Na razie są złe słowa, raniące, podsycające nienawiść (ale już od wielu lat). A czy potem będą dwa kraje? Tak jak Pakistan i Indie, Korea Południowa i Korea Północna, Wietnam Południowy i Wietnam Północny, Niemcy Wschodnie i Niemcy Zachodnie? Czy rozpadnie się jak Jugosławia? Takie kraje czasem się rozpadają, a czasem potem łączą. Po drodze jednak jest dużo ofiar, ran i urazów. Czy Polak będzie mądry przed szkodą?

Agresja służy samookreśleniu, poprzez zdefiniowanie wroga. Bo żeby się wyróżnić, trzeba zdefiniować tego złego. Tak jak w rozpadającym się małżeństwie. Negatywne emocje uzasadniają odejście. Więc te negatywne emocje potrzebują pożywki dla samouzasadnienia, wytłumaczenia i samousprawiedliwienia swoich rozłąkowych działań. Bo opuszczać kogoś dobrego jest niefajnie (jakoś tak brzydko, wina na nas spada, co przynosi dyskomfort). Ale jeśli to wróg, zło wcielone, to co innego. Więc tego wroga trzeba wykreować. Coraz bardziej nienawistnymi słowy. Drobnymi, dużymi, codziennymi.

A więc jest pierwszy i drugi sort Polaków, potomkowie AK i spolonizowani sowieci, Europejczycy i sekta smoleńska, Polacy i Wolacy, Polacy i zdrajcy itd. Nieostry podział ale ciągle się pogłębiający. Widać to nie tylko w polityce ale i w życiu codziennym, w rodzinie, w pracy, w kulturze. Słowna wojna hybrydowa. Lecz nieustannie podsycana raniącymi słowami i nienawiścią nabiera realnych kształtów… i rękoczynów. Nienawiść, która odmawia innym bycia Polakiem (prawdziwym Polakiem?). Czy dojdzie do gorącej wojny? Do nie tylko słownych podziałów na obywateli lepszej i gorszej kategorii, do dyskryminacji w prawach?

Czy Polska zostanie podzielona granicą – skoro nie będziemy już mogli ze sobą pokojowo żyć? Czy wyzwiska skończą się rękoczynami? Może tylko restrykcjami prawnymi ?

Czarna to wizja na rozpoczynający się rok 2017. Rok, który zaczął się już śmiercią, zamieszkami i rzucaniem kamieniami w policję. Czy znajdzie się ktoś, kto unię spowoduje między dwoma narodami Polaków i nastanie Polska Obojga Narodów, jako dobrowolna unia?

Czy przyjdzie w porę opamiętanie, i na górze i na dole. Każdy z nas może albo dolewać oliwy do ognia albo wylewać oliwę na wzburzone fale. Każdego dnia, słowem i czynem najdrobniejszym. Można być wzmacniaczem, potęgując i upowszechniając złe emocje. Lub być jak ściana w studiu radiowym – wyciszać wszelkie szumy i ze hałasy.

 

ps. zdjęcie zrobiłem w czasie wakacji w Krakowie...

Życzenie świąteczne (z morałem i nadzieją)

sczachor

15578499_715144871983384_6798674166312472858_nTak bardzo rzadko kiedy życzenia spokojnych świąt nabierają wyjątkowej wymowy i szczególnego znaczenia. To już nie są kurtuazyjne słowa, rytualnie i machinalnie wypowiadane, grzecznościowo i symbolicznie - bo tak wypada.

Życzę Wam, czytelnikom niniejszego bloga, spokojnych i refleksyjnych świąt Bożego Narodzenia. Niech wyciszenie od zgiełku mediów i rozpalonych społecznych emocji skłoni nas do otwartych dyskusji przy świątecznym stole. I do głębszych przemyśleć. Życzę otwartości na drugiego człowieka, jego przeżycia, myśli i emocje. Wysilmy się by je dostrzec. I spróbujmy zrozumieć. Tak jak i swoje. By nie szukać drzazgi w oku bliźniego, będąc ślepym na belkę we własnym oku.

Świat najskuteczniej zmieniać od siebie samego. Bo przecież mamy niewielki wpływ na innych, a na siebie bardzo duży (tak mówi moja żona - i ma pełną rację!). Możemy być sprawczy od zaraz. To jest w naszej mocy, zmienić siebie samego. Tu i teraz. Można zacząć od zmiany języka, by słowa nie raniły, nie były jak kamienie rzucane w nienawiści i by zranić, lecz by były nośnikiem treści, informacji, porozumienia. Trzeba umieć mówić i umieć słuchać. To wszystko jest w nas.

Spokojnych świąt! Bo niespokojnie jest i na szerokim świecie i w Polsce. I blisko nas. W globalnym świecie niepokój i nieszczęście, dziejące się gdzieś daleko, dociera i do nas. Jak fala wzbudzona skrzydłami motyla. Jest wiele problemów do rozwiązania. Trudnych, nabrzmiałych. Refleksja przy świątecznym stole jest potrzebna by zrozumieć świat, jego prawdziwe problemy (a nie te wydumane). Mądrość jest nam potrzebna. Bo jak mawiał ks. Tischner - w głupim brak miejsca na dobro.

Spokojnych i refleksyjnych świąt - by zacząć zasypywać wojenne okopy. Emocje i rozbudzana nienawiść zaślepia. Patrzymy a nie dostrzegamy, nie tylko tego co pod nogami i w zasięgu ręki, ale nawet tej przysłowiowej belki we własnym oku. I własnych słów, które ranią… nie słyszymy.

Życzę świąt spokojnych i radosnych - moim czytelnikom - tym, którzy zaglądają tu z sympatią, jak i tym, co szukają okazji do złośliwych komentarzy. Niech Święta Narodzenia Pańskiego otworzą nas na przyjazne spojrzenie na siebie nawzajem. Dla jednych te święta będą podbudowane przeżyciami religijnymi, dla innych radością, wynikającą z klimatu świątecznego spotkania przy stole. Z bliższymi i dalszymi. Rozmów nie unikniemy. Zostawmy oręże słowne w przedpokoju. Lub gdzieś na ulicy.

Niech puste, wigilijne nakrycie nabierze głębokiego, rzeczywistego znaczenia. Niech ten rytuał przestanie być pustym gestem. Ktoś czeka. Bliżej lub dalej, ale czeka. Na ciepły posiłek lub tylko dobre słowo.

Szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia i Szczęśliwego Nowego Roku.

Celinka i Dzień Chruścika

sczachor

celinka_chrucikListonosz mi przypomniał o Dniu Chruścika. A w zasadzie celinka. Nie jakaś tak mała Celina a celinka z chruścikiem. Celinka to poszewka na poduszkę. Ale to nie byle jaka tam poszewka (czytaj więcej: Najdłuższy maraton szycia celinek dla chłopców i dziewczynekSzyjemy celinki dla chłopca i dziewczynki). Dzieło mojej koleżanki, która w sekrecie uszyła, a listonosz przyniósł. Zaskoczenie było duże. Bo to pierwszy na świecie celinkowy chruściki. Polska może poszczycić się pierwszym na świecie znaczkiem pocztowym z chruścikiem (Trichoptera), To teraz będzie się szczyciła niezwykłą poszewką. A w zasadzie ja, bo u mnie na fotelu dzielnie spoczywa.

Przyglądam się i zastanawiam się z jakiej rodziny to jest larwa. Najpewniej z Limnephilidae. Ale możliwe że i z Lepidostomatidae lub Brachycentridae. Muszę się jej dokładnie przyjrzeć i starannie przeanalizować. W sam raz rozważania na Dzień Chruścika (też wymyślony w Polsce, a konkretnie to w Olsztynie).W każdym razie nowy dla nauki gatunek. Nazwę go Kaemka celinkai

Dzień Chruścika obchodzony jest 11 grudnia już od 2002 roku. Ostatnio trochę o nim zapomniałem. Ale celinka dowodzi, że święto się przyjęło i żyje własnym, zaskakującym życiem. W ubiegłych latach organizowaliśmy seminaria naukowe lub popularnonaukowe, czasem z udziałem gości zagranicznych. Spotykaliśmy się także w kawiarni by dyskutować o nauce, chruścikach i o życiu akademickim (w tym poczuciu humoru wśród naukowców). Wydawaliśmy newsletter Trichopteron.

Skoro chruścik o sobie przypomniał, to może warto powrócić do dawnej tradycji... w tym świętowania Dnia Chruścika. 

 celinkanafotelu

 

Szlakiem tradycji, wiedźm, bab i czarownic

sczachor

Pogłębiona turystyka wymaga wiedzy, zarówno etnograficznej jak i historycznej. Wiedza pozwala dostrzegać więcej niż zobaczą oczy i nos wywącha. Pozwala zobaczyć nie tylko mury, miejsca, ale także odtwarzać zjawiska i procesy, które te miejsca kształtowały. Pogłębiona turystyka dotyczy również dziedzictwa niematerialnego. Od jakiegoś czasu na niniejszym blogu relacjonuję swoje etnograficzne wędrówki w poszukiwaniu wiedźm i czarownic. W nazwach roślin i odkrywanych dawnych zwyczajach odszukać można okruchy dawnych światów. Dzisiaj dotarłem aż do Scytów. Jesteście ciekawi? To czytajcie.

Na Mazowieckim Szlaku Tradycji wyczytać można także o radomskich czarownicach (czyt. Radomskie czarownice). Jak można wyczytać „czarownicom przypisywano wiele występków. Według chłopów miały powodować choroby, impotencję, utratę płodności, opętania, otrucie, wreszcie śmierć. Z kolei na zwierzęta zsyłały pomór i niepłodność, a także odbierały krowom mleko. Wiedźmy wywoływały nieurodzaj, sprowadzały deszcz i grad, klęski żywiołowe i plagi szkodników. Oskarżenia dotyczyły też kanibalizmu, profanacji hostii i mszy świętej oraz konszachtów z diabłem. Czarownice działały za pomocą szerokiego wachlarza czarów wykorzystując słowne zaklęcia, zadawanie uroku spojrzeniem i gestem oraz wykonywanie magicznych czynności przy pomocy ziół i różnych przedmiotów.” Potwierdza wcześniejsze moje ustalenia, że czarownice i wiedźmy (przynajmniej w wieku XIX i XX) traktowane były synonimicznie. I że uosabiały złe moce a przynajmniej miały konszachty z siłami nieczystymi.

Wiedźmy, czarownice i czarownicy (jako pojęcia) związani są z określoną wizją świata, zakorzenioną w czasach szamańskich. Trochę w formie zmienionej dotarło do naszych czasów. Najogólniej rzecz ujmując za przyczynę choroby uważano działanie rzuconego uroku czy ingerencję demonicznej siły. Tak jak współczesny lekarz rozpoznaje (diagnozuje) zarówno samą chorobę jak i jej przyczynę, tak kiedyś w myśleniu szamańskim i magicznym także najpierw szukano przyczyny. Czyli kto i jaki urok rzucił. Leczenie sprowadzało się to zneutralizowaniu tego uroku czy działania złej siły. Do rozpoznawania, odgadywania przyczyny potrzebne było wróżenie. Stąd w leczeniu pojawiają się różnorodne wątki z wróżbitami. Moje przypuszczenia wczesnej publikowane na tym blogu, że słowo wiedźma wywodzić się może z wieszczki i wróżenia jest prawdopodobne.

W swoich etnograficznym poszukiwaniu trafiłem na książkę Juliana Tolko-Hryncewicza pt. „Zarys lecznictwa ludowego na Rusi południowej”, wydanej w 1893 roku. Ciekawym elementem w tej książce jest to, że pojawia się płeć męska. Zatem są i czarownicy, wróżbici jak i znachorzy, a nie tylko same „baby” - znachorki, wiedźmy i czarownice. Zamieszczone urywki pochodzą z tejże książki. Jeszcze w wieku XIX na Rusi wierzono w nadprzyrodzone (magiczne) wpływy na zdrowie. Jedni (czarodzieje i wróżbici) przy pomocy złego ducha szkodzili zdrowiu ludzi (mogli za opłatą zdrowie przywracać - można powiedzieć, że to prekursorzy szantażystów i mafijnych wymuszeń haraczu), inni (znachorzy i baby) spełniając rolę lekarzy i przy pomocy Boga oraz świętych pomagajli ludziom.

czarodzieje

Często odwołujemy się do dawnego wykorzystywania ziół. Tyle tylko, ze wtedy inaczej je wykorzystywano. To znaczy uważano, że inaczej działają. Poszukiwano podobieństwa (np. korzenia, łodygi, liści) do chorego narządu lub podobieństwa koloru. I wierzono, że poprzez siły magiczne one leczą. Czyli inne było teoretyczne podłoże poszukiwania ziół i interpretacji ich działania. Z tego bogactwa tradycji od wielu lat korzystamy sprawdzając zioła już pod innym katem - zawartości związków biologicznie czynnych i ich działania na organizm.

wrozbita

Wróćmy do książki Tolk-Hryncewicza. Pierwsza kategoria są czarodzieje i wróżbici. W mniemaniu ludu ruskiego czynili zło. Ale jak widać nie brakowało chętnych b się do nich po rade udawać. Miłość najwyraźniej od dawna zaślepia….

Wróżbita wróży z kart (to chyba stosunkowo nowy nabytek) jak i z rak czy nasion np. bobu. Ale najwyraźniej głównym zajęciem wróżbitów było leczenie chorób. Nieodłącznym elementem jest przecież odgadniecie choroby - rozpoznanie przyczyny. Do tego różne sposoby wróżenia są niezbędne. I jak wynika z przytoczonego fragmentu Tolko-Hryncewicz dopatruje się analogii ze zwyczajami starożytnych Scytów. Zatem geneza wiedźm byłaby bardzo stara. Z całą pewnością i nazwy i wyobrażenia zmieniały się przez wieki i kultury, niemniej sporo chyba jeszcze pozostało. W sam raz do odkrywania na szlaku kultur nie tylko mazowieckich.

znachorzy

Najpopularniejszym określeniem ludzi leczących byli znachorzy i znachorki. Zatem od bardzo dawna istniał w kulturze ludowej podział na szkodliwe czarownice i pożyteczne znachorki czy inne baby. Jak widać z zamieszczonego fragmentu kategoria pomocnych bab jest równa od znachorek do pomagających jedynie w porodzie. I znajdujemy takim niezwykle interesujący fragment o wied’mach czyli wiedźmach. Jeśli dobrze rozumiem sens zamieszczonego tam zdania to wiedźmy byłyby kategorią znachorem (a wiec leczące) jednak pozostające w stosunkach ze złymi mocami, ponadto oprócz leczenia zajmowały się czynieniem zła (szkodzeniem ludziom). Czyli tak jak czarownicy.

baby_wiedzmy

Ale i znachorzy rozpoczynają leczenie od praktyk magiczno-wieszczących. Diagnoza poprzez rozpoznanie uroku. A kto rzucił urok? Możliwe, że jakaś wiedźma-czarownica. Pławienie czarownic byłoby więc jakimś sposobem leczenia chorób. Magiczny kozioł ofiarny, ludyczne odreagowanie i znalezienie winnego. korzeniami sięga epoki kamienia łupanego i szamanizmu. Ale jeśli dobrze się przyjrzeć naszej współczesnej rzeczywistości... to to ludyczne zabobony dość często dostają się do ław sejmowych i rządowych...

znachor2

dziedziczenie_czarw

Nie ma Ojczyzny bez miłości i ochrony przyrody ojczystej

sczachor

14591640_10209729895157492_4395132419957597248_n

"Nie ma Ojczyzny bez miłości i ochrony przyrody ojczystej, więc ucząc kochać i szanować przyrodę krzewimy miłość Ojczyzny"

prof. Adam Wodziczko, 1932 rok.

A ja mam taką propozycję, przynajmniej na jeden dzień. Zrecykluj swoje śmieci i porządnie wynieś do śmietnika, włóż do odpowiedniego  pojemnika (nie zostawia w torbie przed). Jeśli palisz, to nie wyrzucaj petów przez okno. A jeśli żujesz gumę, to nie rzucaj jej na chodnik. Będzie choć trochę piękniej i estetyczniej. Jeśli masz piec w domu to nie pal śmieciami i nie zanieczyszczaj powietrza. Zostaw trochę liści na trawniki, dla dżdżownic i jeży. Przejść się choć jednego dnia pieszo, samochód zostaw w garażu. I powietrze będzie czystsze i Ty fizycznie sprawniejszy.

Cóż po wielkich słowach jednego dnia, cóż z ostentacyjnym machaniu flagami… gdy na co dzień będzie szpecił piękno Twej ojczyzny, zatruwał powietrze i niszczył przyrodę?

Bardziej od capstrzyków i apeli odpowiada mi patriotyzm dnia codziennego, z szacunkiem do przyrody włącznie. 

O rozumieniu słów, soku z tulipanów, włosach Wenery i ukropku czyli herbacie

sczachor

W moim ulubionym programie radiowym usłyszałem mądre słowa: „Nie wystarczy znać słowa, trzeba rozumieć ich znaczenie”. Znaczenie słów zależne jest od kontekstu, w którym są umieszczone (w wypowiedzi) i w którym są usłyszane. Kontekst zależy od mówiącego (kodującego) jaki i od słuchającego (odkodowującego). Kontekstów może być dużo, nawet intonacja głosu może zmienić sens i znaczenie pojedynczego słowa. Ale i różne subkultury (czy grupy zawodowe) mają swoje rozumienie słów (swój żargon). Cukiernik inaczej zrozumie „zrobić loda” niż młodzież na ulicy.

Kultura i język się zmieniają, zatem w różnych czasach te same słowa mogą mieć różne znaczenie, różne rozumienie. Dzisiejszy kontekst tych samych słów (nie znaczy, że tych samych desygnatów) zmienia się. Nauka stara się uczynić język (naukowy) precyzyjnym. Dlatego podawane są definicje czyli jak w danym tekście rozumiane jest konkretne słowo. Metodologia naukowa doszła do tego po wiekach dyskusji i zbędnych kłótni (nieporozumień). W życiu codziennym rzadko uzmysławiamy sobie, że nie wystarczy znać słowa. Zapominamy, że równie ważne jest ich rozumienie. Na tym polega wykształcenie, żeby używać z sensem i rozumieniem. Jeśli przysłuchać się dyskusjom polityków i celebrytów w mediach, można odnieść wrażenie, że rozumienie słów jest na bardzo niskim poziomie - używane są dowolnie i często w złym kontekście. Tyle tytułem wstępu (może trochę za długiego).

Kilka razy pisałem o tajemniczym soku z tulipanów. Dalej jest dla mnie zagadną, do czego był używany: czy jako lekarstwo, czy dodatek smakowy do deserów czy jako trucizna. Zapomniany eksperyment dawnych poszukiwań. Szukając śladów innych soków kwiatowych trafiłem także na inne, zapomniane już soki z fiołków, dziewanny i syrop kapilarowy. Ten ostatni przypomniał mi moje dawne poszukiwania źródeł herbaty z mlekiem czyli bawarki.

Syropy kwiatowe zachowywały zapach kwiatów, co wykorzystywane było w gastronomii. Ale miały także właściwości lecznicze (domniemane czy rzeczywiste). Konkurentem konserwowania cukrem były nalewki (konserwowanie alkoholem). A że dawniej cukier był drogi to syropy robione na bazie miodu. Samo zdrowie.

Syrop kapilarowy dawniej robiono z rośliny, paproci zwanej niekropień, z których niekropień właściwy (Adiantum capillus-veneris) zwany jest właśnie włosami Wenery. Niekropień właściwy, andantium rozwichrzone to gatunek szeroko rozprzestrzeniony na świecie. Występuje w zachodniej Azji, w południowej Europie, Afryce. W Polsce czasami był i jest uprawiany jako roślina doniczkowa (rośnie w półcieniu), czasami dziko rośnie jako efemerofit.

W starych książkach wyczytać można, że niekropień „kwitnie od maja do sierpnia i liścia nie roni”. Niekropień to paproć. Jakżeż może kwitnąć? Kwiat to współcześnie dobrze zdefiniowane pojęcie biologiczne, znane uczniom szkoły podstawowej (czyli praktycznie wszystkim). Na zdjęciu obok paproć niekropień właściwy..andantium "Liści nie roni", to znaczy najpewniej, że nie zrzuca liści na zimę. Ale co znaczy kwitnie? Czy że w tym czasie rośnie czy że wydaje zarodniki? „Właściwości lekarskie Kapiloru każdemu są wiadome: robią z niego syrop, na piersi pomagający” (w rozumieniu przeziębień chyba, zapalenia oskrzeli czy coś podobnego). Do dzisiaj przekonanie o leczniczych właściwościach włosów Wenery nie przetrwały. Dlaczego dawniej uważano, że ma właściwości lecznicze? Być może to przeżytek dawnego myślenia magicznego, przywiązywania znaczenia do nazwy i domniemanego powiązania z demonami, siłami duchowymi i magią. Wieloletnia praktyka a najpewniej wersyfikacja naukowa i medyczna nie potwierdziła przypuszczenia o wartościowych leczniczych właściwościach syropy z niekropienia (syropu kapilarowego). Być może podobnie było z syropem z tulipanów. Ani w medycynie ani w gastronomii nie przetrwała tradycja używania. Ludzkość eksperymentuje z wieloma gatunkami. O niektórych zapominamy, do innych ponownie wracamy.

Andantium wymieniane jest jedynie jako jeden ze składników przeciwłupieżowy płynu tonizującego o nazwie Derforforante. Można także znaleźć informacje o właściwościach włosów Wenery: ściągające, antyseptyczne, łagodzące ból, powstrzymujące powstawaniu łupieżu, antyoksydant. A zastosowanie znajduje obecnie w kosmetyce, gdzie stosowany jest przy schorzeniach skóry głowy takich jak łupież i łojotok. 

Ale dlaczego piszę o soku kapilorowym, gdy w tytule jest herbata z mlekiem czyli bawarka? Bo niektórzy wywnioskowali, że bawarka pochodzi od Bawarii, powołując się na zapis z XIX książki: „Bavaroise czyli bawarska herbata, Xiążęta barwascy w Paryżu u Prokopa kazali sobie dawać herbatę z sokiem kapilarowym. Przyjęty i u nas ten napój, zwłaszcza podczas Małachowskiego sejmu. Lepiej wszakże robili i robią ci, którzy zamiast obcych listków, opłacanych drogo, w potrzebie rumianku, szałwii, mięty, dziewanny, bratków, betoniki, melisy, Weroniki, róży, poziomek suszonych itp.” (dzieło Łukasza Gołębiowskiego z 1830 r. "Domy i dwory"). Z tego fragmentu, wyrwanego z kontekstu, rzeczywiście można pomyśleć, że bawarska herbata to może bawarka (herbata z mlekiem). Ale w tej samej książce, kilka wersów wyżej opisana jest herbata z mlekiem. Skoro więc autor wymienia osobno bawarkę jako herbatę z mlekiem i bawarską herbatę jako herbatę z syropem kapilarowym, to są ro różne rzeczy i różne napoje. Na dodatek opis owej bawarskiej herbaty wskazuje, ze jest to herbata bez mleka ale za to z syropem roślinnym - herbata z syropem kapilarowym tak jak z innymi ziołowymi, na przeziębienie szykowanymi. Teraz już z fiołków (bratków), dziewanny zazwyczaj nie pijamy. Ale herbatę z lipą jak najbardziej. Bavaroise (herbata bawarska) wymieniona jest obok herbaty, kawy, czekolady, grogu i innych napitków czy nawet lodów. Nie jest więc synonimem herbaty ani jej odmianą. Dalej w cytowanej książce jest o herbacie pijanej z mlekiem (ale ani razu nie pada stwierdzenie, że jest to bawarka). Z innych źródeł wiemy, że zwyczaj pijania herbaty z mlekiem do Polski przyszedł z Wielkiej Brytanii, a nie Francji.

slownik_Doroszewskiego

Kiedyś znalazłem w książce kucharskiej wzmiankę, że bawarka miała także nazwę ukropek. Maria Disslowa, w książce kucharskiej z 1935 r., opisuje ukropek (bawarka) jako napój sporządzony z połowy szklanki śmietanki i połowy szklanki wrzącej wody oraz kawałka cukru (wtedy powszechny w użyciu był cukier w głowach, więc się go najczęściej w kawałku brało do ust i popijało – zbyt długo trzeba byłoby czekać na rozpuszczenie w filiżance z herbatą ). Ale sam przepis wskazuje na fakt, iż pierwotnie bawarka (ukropek) nie była sporządzana na bazie herbaty. Ukropek oznacza także i współcześnie regionalną zupę (woda, śmietana, czosnek i omaszczone słoniną).

Słowo ukropek przypomniało mi się gdy dotarłem do wzmianki o ukropku jako herbacie (fragment zamieszczony u góry). Dawniej jako chiński ukropek czyli herbata. Może dlatego, że gorący napój? Może dlatego, że wcześniej takich gorących i zaparzanych płynów nie zwykliśmy pijać (za wyjątkiem może leczniczych ziół)? W każdym razie wzmacnia to przypuszczenie, że bawarka, czyli herbata z mlekiem, pochodzi od ukropu, ukropka czyli może oznaczało białą warkę (wrzątek, ukrop) lub rozbawiane (rozcieńczane) mleka gorąca wodą lub gorącą herbata.

Więcej na ten temat, we wcześniejszych tekstach:

Dziady i Halloween czyli kołtun, kołdun, kałdun i kałdunia - co mają ze sobą wspólnego i z wiedźmami?

sczachor

pierogiW rozważaniach nad ty co rodzime a tym co obce bój toczymy: czy obchodzić Dziady czy Halloween. Czy może Dzień Zaduszny i Wszystkich Świętych? I co jest zabawą, zwyczajem kulturowym a co jest wiarą i czymś poważniejszym?

W języku jak w genach, sporo zachowało się dawnej historii. Słowa zmieniają się nieco - tak jak geny, czasem zmieniają funkcje i relacje z innymi elementami. Lepiej rozumiejmy słowa jeśli potrafimy je umieścić w dawnym kontekście. Tak jak gatunki w ekosystemie.

Przeszukując encyklopedie w różnych językach w poszukiwaniu źródłosłowu czarownic i wiedźm - natknąłem się w języku rosyjskim na колдун, (kołdun - zamawiacz, zaklinacz, przepowiadacz) i колдунья (чаровница) — kołdunia jako synonim czarownicy - kobiety uprawiającej magię (kołdostwo - колдовство). Zabrzmiało znajomo. Ale co kołdunia i kołdun (rodzaj męski) ma wspólnego z kołdunami-pierożkami czy dawnym kołtunem na głowie?

Jak dobrze poszukać, to się związki znajduje. Kołdun, kołdunia, kołdostwo odnoszą się do czarów i osób je wykonujących. Jedno z wielu słów w Słowiańszczyźnie. Te akurat obecne u Słowian Wschodnich. "Колдовство́ (чародейство, ведовство, волхование волшба, волшебство занятие магией как ремеслом, при котором колдун заявляет о контакте сосверхъестественными силами (демонами, духами предков, природы и другими)" (za rosyjskojęzyczną Wikipedią).

Czarownica po rosyjsku to ведьма, колдунья w wierzeniach ludowych to kobieta umiejąca czarować, rzucać czary, zaklęcia, ale także волшебница (od słowa wołchw), колдун, чароде́йка, чародейка. W potocznym znaczeniu i w przenośni wiedźma w rosyjskim także oznacza kobietę starą i brzydką (bo zło zawsze jest brzydnie i odpychające, w naszym języku podobnie). W języku rosyjskim etymologia słowa kołdostwo jest niejasna, ale przypuszcza się, że pierwotnie oznaczało tyle co zamawiać (заговаривать), natomiast kołdun, kołdunia oznaczałoby: zaklinacz, zamawiacz (заклинатель, заговариватель). Inni autorzy wywodzą z zapomnianego już, staroruskiego słowa кълдъ (колд) „колдун, волшебник“ „говорящий“».- oznaczającego wołchwa. Andrzej Szyjewski w Religii Słowian (Wyd. WAM, Kraków 2003) wspomina także o określeniu kudieśnik, którym posługiwano się na północy Rusi, a oznaczającego czarownika, osobę rzucająca czary oraz wróżąca. Zatem kołdun, kołdunia oznaczałoby wróżbitę, zaklinacza, czarownika (słowami wpływającego na świat demoniczny by zmieniać rzeczywistość, by na nią wpływać).

Prawdopodobnie pojęcia kołdun i kołdostwo u wschodnich Słowian sformułowało się pod wpływem wyobrażeń o wołchwach, żercach, „kapłanach” pogańskich, którzy mogli prorokować, wieszczyć oraz zaklinać przyrodę i dychy. Wołchować oznaczało mówić niejasno (Слово волховать — «говорить сбивчиво, неясно»). Z kolei Rosjanie słowo czary wywodzą z indoeuropejskiego rdzenia, oznaczającego czynić (Устаревшее «чары», «колдовство, волшебство», восходит к др.-рус. Чаръ («колдовство, заклинание») > ст.-слав.*čarъ, которое в свою очередь восходит к индоевропейскому глаголу *kuer («делать»).).

Jeszcze na moment powrócę do wiedźmy, które to słowo do polskiego trafiło ze wschodu. Wiedma (wiedźma) to ta, co umie, zna, wie: «Ведовство» произошло от глагола «ведать», которое является исконно русским словом общеславянского происхождения (др.-рус. вѣдѣти, ст.-слав. Вѣдѣти «знать, уметь»).

Ale wróćmy do określenia kołdun, kołdunia. Skojarzenie pierwsze jest z brzuchem, kałdunem. W słowniku etymologicznym języka polskiego (A. Brucner) takie znajdujemy objaśnienie: Kałdun - trzewia, brzuch, wnętrzności, „żagle kałdoni wiatr - w znaczeniu nadyma, rozdyma. Zatem kałdun to ciepłe wnętrzności i duży brzuch. Tak używamy na co dzień. Ale i myśliwi używają kałduna na określenie wnętrzności upolowanej zwierzyny. We współczesnym słowniku języka polskiego kałdun posolicie (i rubasznie) oznacza duży brzuch, a w gwarze łowieckiej ciepłe wnętrzności zwierzyny łownej.

Co wspólnego może mieć brzuch i wnętrzności z kołdunem jako zamawiaczem, wróżbitą? Ano to, że dawniej Słowianie (i nie tylko Słowianie) wróżyli z wnętrzności zwierząt ofiarnych. I w tym przypadku to określenie kałdun na duży brzuch lub wnętrzności (zwłaszcza ciepłe czyli świeżo wydobyte) wzięłoby się od wieszczenia i wieszczącego kołduna, a nie odwrotnie. Chyba, żeby jednak…

Z kolei kołduny (w szczególności litewskie) to pękate pierożki z mięsem. Ciepłe i pękate. Na zdjęciu akurat zwykłe pierogi (ale za to z makiem, także dawniej uwazanym za magiczny), inaczej ulepione. Kołduny wschodniosłowiańskie inaczej są lepione, inną techniką stąd inny mają kształt.

I pora na kołtun… na głowie. Ale jeśli głębiej sięgniemy to kołtun oznaczał coś więcej niż tylko pozlepiane włosy (często za sprawą wszawicy). Kołtun to efekt działania czarów i rzuconego uroku. Kołtun w definicji słownikowej to po pierwsze zbity kłąb brudnych włosów na głowie, powstający w przypadkach szczególnych zaniedbań higienicznych, połączony zwykle z wszawicą. Po drugie w rozumieniu potocznym i zazwyczaj używane w liczbie mnogiej, kołtuny to brudne, rozczochrane włosy oraz coś skłębionego, zmierzwionego. W ujęciu medycznym (za Wikipedią) „kołtun (łac. Plica polonica– kołtun polski, Plica neuropathica, ang. Polish plait), zwany także gwoźdźcem, goźdźcem lub pliką – sklejony łojem i wydzieliną wysiękową (np. z powodu wszawicy) pęk włosów na głowie, powstały na skutek braku higieny lub niekorzystania ze szczotki bądź grzebienia. Powstawaniu kołtuna sprzyjało także powszechne wśród chłopstwa noszenie czapki”. Niezbyt chwalebna dla Polaków to definicja. W XVIII i XIX wieku uważano kołtun za chorobę, która miała przybyć na ziemie polskie ze wschodu. Ale jak się przekonamy kołtunienie włosów było znane i praktykowane wśród Germanów. A współcześnie kołtun nazywany … dredami. Też celowo i dla urody wykonywane.

Niekiedy kołtun był zapuszczany celowo poprzez intensywne pocieranie włosów i niszczenie przez to ich struktury, co powoduje ich spilśnienie – w tym wypadku nie ma to związku z zaniedbaniami higienicznymi. (…) Takie właśnie celowo hodowane kołtuny noszono na Pińszczyźnie i Mazowszu jeszcze na początku XIX w.” Etnograficznie zachowane zwyczaje przyczyniły się do powstania medycznego określenia z Polską w nazwie.

Można się teraz zastanowić po co celowo hodowano i noszono kołtun? Czy dla urody, tak jak współcześnie nosimy dredy? Czy też miało to związek z jakimiś praktykami magicznymi? Chyba to drugie: „Stare przesądy medyczne zabraniały obcinania kołtunów z obawy przed negatywnym wpływem na zdrowie (zaburzenia psychiczne, ślepota). Noszenie kołtuna miało chronić przed chorobami i diabłem. Najdłuższy zachowany kołtun znajduje się w Muzeum Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego, pochodzi z XIX w. i po rozwinięciu ma 1,5 m długości.” Kołtun znany był plemionom germańskim, żyjącym nad Renem i w Bawarii. Najwyraźniej we Wschodniej Słowiańszczyźnie dłużej te zwyczaje przetrwały. Nazwa kołtun pochodzi od rosyjskiego kiełtania (kołysanie). Kołtuny nazywano także skrzatami, goźdźcem, gośćcem (czy ma to coś wspólnego z guślarzem i gusłami?), wieszczycą, dobrodziejem, kołtkami, kraczycami. MNiezwykle ciekawy jest związek ze skrzatami i wieszczycą. Pierwsze to demony domowe, zmitologizowane duchami przodków - a więc jest jakiś związek z tytułowymi Dziadami. Wieszczyce - jako jedno z określeń kołtuna na głowie - kojarzą się z wieszczeniem i… kołduniami (wieszczkami-czarownicami).

A związek z wszawica i brudem? Ci co nosili dredy wiedzą, że pielęgnacja spilśnionych włosów jest dużo trudniejsza - nie da się wszy gęstym grzebieniem wyczesać ani innych zabiegów zrobić. Stąd może wtórnie kołtun skojarzono z brudem i wszawicą. W każdym razie walka z zabobonnym kołtunem w XIX wieku była zawzięta i żmudna - ludzi z kołtunem nie wpuszczano do urzędów, trafiających do szpitala od razu nożyczkami kołtuna pozbawiano.

W dawnych wierzeniach w jakiś sposób  kołtun miał chronić przed chorobą czy złym. W jednej z książek znalazłem opis, że kołtun to taki demon, co jak wejdzie w człowieka, to trzeba jeść, tyle ile on zapragnie. Stąd może jakiś związek z brzuchem i kałdunem? Współcześnie powiemy - pogardliwie kołtun o człowieku zacofanym, ograniczonym intelektualnie; obskurant. Zapewne to ślad zwalczania zabobonów, związanych z noszeniem kołtuna.

O sprowadzenie kołtuna (mody na kołtuna, wierzenia w ten zabobon) obwiniano Tatarów i Żydów, ale przecież wcześniej znano i u plemion germańskich. Raczej jest więc to pozostałość po dawnych czasach pogańskich i jakichś zabiegach magicznych, przed złem chroniących, a przynajmniej przed chorobą. O sprowadzanie kołtuna podejrzewano też złe duchy i czarownice. Tu więc dochodzimy do jakiegoś związku kołtuna z czaronicami czyli kołduniami. Ale wiele dawnych informacji, zapisanych w różnych miejscach, wskazuje, że kołtun umyślnie hodowano - „skrapiano włosy lepkimi substancjami, winem, wywarem z mchu, no i przede wszystkim unikano grzebienia. Nie należy włosów czesać przez kilka tygodni, włożyć między nie wosku z paschy i włosy wydobyte z woreczka, a głowę zmyć albo skropić barwinkiem - zalecał przepis na hodowanie kołtuna, a kmiecie powtarzali rymowankę: "Kołtonie, kołtonie, wloześ mi na głowe, dopóki tam siedzis, to będę mioł zdrowi". [źródło].

Pierwotna funkcja magiczna (szamańska) kołtuna uległa zapomnieniu. Być może uważano, że kołtun to wyciąganie choroby z człowieka (wierzono, że mieszkają w nas różne robaki, choroby wywołujące - można powiedzieć że jakiś prekursor teorii hologenomu :) ). Być może był elementem odczyniania od uroków, wykonywanych przez kołdunie-czarownice? Albo też że przez owe kołdunie-czarownice czy czarowników był wywołany. Jako rzucony urok. Kołtun to bestia w człowieku mieszkająca, której „czego się zechce, trzeba jej dać, aby szkody nie uczyniła”.

Gdy w kulturze zapomnieniu uległa funkcja magiczna, skupiono się na zwalczaniu tejże choroby „Występował tak powszechnie, że w jego zwalczaniu wyspecjalizowała się oddzielna grupa znachorów, "gościarzy". Po odmówieniu modlitw skrapiali włosy cierpiącego barwinkiem moczonym w winie lub myli głowę grochowianką i chmielem moczonym w wodzie. Inni wosku święconego kawałek wkładają we włosy, poczem zazwyczaj w kilka dni gościec się zwija”. A może od dawna znachorzy leczyli z chorób i urocków, których zewnętrznym, widocznym objawem był kołtun?

W pomrokach dziejów i języka gnie etymologia kołtuna i kołduna. Czy kołtun wywoływały złe wiedźmy-kołdunie czy też raczej one jako znachorki-szeptuchy leczyły? I nad tym można się zadumać, jedząc ciepłe kołduny w rosole (w czasie listopadowego zimna dobrze coś ciepłego zjeść), w czasie Dnia Zadusznych czy Dziadów ostatnio Halloween nazywanymi. Jeśli zagłębić się w historię i etnografię Indoeuropejczyków, to Halloween bliskie jest naszym Dziadom. Trochę więc bezsensowne jest publiczne piętnowanie zabaw halloweenowych - są bardziej nasze niż się wydaje (ale to dłuższa opowieść). Czym innym jest jednak zabawa, inspirowana poplkulturą, czym innym wiara i Wszystkich Świętych. Choć w kulturze i tak się splatają. Jak geny w genotypie czy gatunki w ekosystemie.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci