Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

przemyślenia

Plac zabaw – kojec czy podwórkowe laboratorium ?

sczachor

10563042_10203596234379806_8171555717519565113_nPlac zabaw dla dzieci - jaki powinien być? Wyizolowany i zapewniający pełną kontrolę oraz bezpieczeństwo czy wkomponowany w przestrzeń miejską (wiejską)? Mamy za sobą ponad wiek dyskusji, eksperymentów, ogródków Jordanowskich, a zdaje się, że wróciliśmy do punktu wyjścia. Inspiracją do niniejszego tekstu są dwa zdjęcia z Olsztyna. Górne wykonane chyba rok temu w śródmieściu, wśród zabudowy z XIX wieku. Przestrzeń tak była zaplanowana, że nie było miejsca na place zabaw dla dzieci. Pozostawało podwórko. Teraz tę podwórkową przestrzeń najczęściej tarasują… samochody. A te dwie dziewczynki bawią się na chodniku przy bocznej uliczce. Tak jak 100-200 lat temu. Dolne zdjęcie pochodzi z nowego osiedla z apartamentami, koniec drugiej dekady XXI wieku. Niby profesjonalnie i kolorowo przygotowany plac zabaw, ale w kontekście otaczającej przestrzeni jest kuriozalnie rażący. W tym pierwszym przynajmniej dzieci nie są zamknięte w kojcu…, nie są wyizolowane. W tym drugim jest piaskownica, ławeczka (poza kojcem) dla rodzica by doglądał dziecko, a obok wylot wentylacji z parkingu podziemnego. W sumie jak mały wybieg dla psów…

Że bezpiecznie, bo dziecko nigdzie nie wybiegnie, nie wejdzie w pokrzywy, pies nie nasika do piaskownicy? Niby tak, ale jak się w tym bawić? Ryzyko jest wkomponowane w zabawę. To dziecięca wyobraźnia nawet z najbezpieczniejszych sprzętów może uczynić ryzykowną sytuację. Ponadto ryzyko jest elementem życia. Kiedyś trzeba się nauczyć samodzielności. Dzieci w kojcach i prowadzane na smyczy (są takie, w połączeniu z szelkami, jak dla pieska, czy kota, żeby nie uciekł) nie dorosną nigdy.

Zupełnie innym podejściem do placów zabaw są na przykład leśne przedszkola (kilka godzin na podwórku, w przyrodzie, niezależnie od pogody) czy warsztatownie miejskie, gdzie z rodzicem dzieciaki przychodzą pomajsterkować, bo są tam narzędzia, materiały, przestrzeń. Tak jak za naszych czasów szopa dziadka z gwoździami, młotkiem, piłą i innymi ostrymi, „groźnymi” przedmiotami. Dzieci same potrafią zorganizować sobie zabawę. Tak jak te dziewczynki na ulicznym chodniku.

Potrzebne są nam nowe ogródki Jordanowskie. Bo te współczesne niby kolorowe, plastikowo-metalowe place zabaw cofnęły nas w rozumieniu dzieci i dojrzewania. Co widać na wielu osiedlach miejskich i wiejskich. Pamiętacie naturalne place zabaw z kłodami drzew a nie plastikowe i metalowe?

podworkoiplac_zabaw

Przytłoczyła nas Iluzja tego, że jeśli coś jest specjalnie zrobione lub kupione, to jest lepsze. Profesjonalne. Widać to w placach zabaw jak i w urządzaniu zieleni miejskiej. Ma być widać, że coś się robiło: dużo hałasu i ingerencji - nawet jeśli wycina się drzewa by posadzić nowe (np. tuje), gdzie plantuje się naturalną zieleń by zasadzić trawnik, nieskazitelnie zielony, podlewany i często koszony. Sporo to kosztuje, więc „nie deptać zieleni”. Usiąść nie można – tylko popatrzeć?

Moim zdaniem – zarówno do projektowania placów zabaw jak i zieleni miejskiej - lepsza jest filozofia judo: wykorzystać siłę i aktywność „przeciwnika” czyli tego co już jest i dostosować (wykorzystać siłę przyrody i przestrzeni: naturalny wzrost roślin, naturalne ukształtowanie terenu). Wykorzystać samosiejki i to, że samo rośnie, a nie wygolić by zasadzić nowe, ze sklepu ogrodniczego (by było widać ingerencję, działanie, że nie za darmo się bierze pieniądze). Mniej widoczna ingerencja jest wyrazem mądrości i dojrzałości a nie „zaniedbania”. Bo ma być widać, że coś robiono? Czy nie lepiej, żeby kryterium był komfort i przyjemność? Zatem nie produkcja lecz podtrzymanie stanu (czy w domu ma być widać. Że ktoś sprzątał czy też ma być czysto?).

Proszę jeszcze raz spojrzeć na to dolne zdjęcie (wiem, że trudno ten plac zabaw zobaczyć, taki mały). Plac zabaw dla dzieci. Jak w klatce. A przecież tyle wspaniałej przestrzeni obok… ale zarezerwowanej na parking, chodnik (pewnie kredą dzieci nie mogą tam rysować), duża dzika zieleń tuż za siatką. Zamiast rewitalizować te mokradła i dostosować przyrodę, to się ją niszczy, osusza, zasypuje gruzem, by potem rozwinąć trawnik z rolki. I zakazać deptania….

Dzieci wychowywane wśród asfaltu i betonu cierpią na deficyt kontaktu z przyrodą. Tak twierdzą psycholodzy i pedagodzy. W pełni się z nimi zgadzam. Biolodzy czasem mówią, że ludzie wykazują biofilię – naturalną potrzebę kontaktu z przyrodą. Inaczej umierają.

Niedawno w Parku Centralny, przy okazji bardzo sympatycznego happeningu, poświęconego drzewom, miałem okazję wejść na drzewo. Co za radość, jak za dziecięcych lat. Jedno, porządne drzewo z wygodnymi gałęziami lepsze jest od kolorowego placu zabaw (tego z fotografii). I nie trzeba kupować, instalować. Wystarczy pozwolić wyrosnąć i nie obcinać gałęzi.

Drzewo na podwórku miejskim, na modernistycznym osiedlu, jest systematycznie przycinane. Obcinane są nisko rosnące gałęzie (tam gdzie pracownik sięgnie piłą, żeby pokazać, że coś "się robiło, dbało”). Nie można wejść na takie drzewo, a obcinane zbyt grube konary nie mają szansy się zabliźnić, drzewo atakowane jest przez grzyby i choruje. Powoli próchnieje i zamiera. Ciężko rosnąć w warunkach miejskich, zwłaszcza gdy jest się w taki dziwny sposób „pielęgnowane”. Służby za nasze pieniądze kaleczą drzewa i likwidują przestrzeń do kreatywnej zabawy.

W literaturze specjalistyczne pojawił się termin placemaking. Te obce słowo (w języku polskim jeszcze chyba nie stworzyliśmy własnego) to idea projektowania miejsc także jako projektowanie relacji międzyludzkich. Bo przestrzeń albo ułatwia albo utrudnia różnorodne relacje międzyludzkie. Dla mnie jako ekologa jest to oczywiste: to siedlisko (środowisko) kreuje biocenozy i interakcje międzygatunkowe. Tworzy dla nich podstawę, rusztowanie.

Żeby miejsce żyło, nie trzeba fajerwerków. Wystarczy dobrze zaprojektowana przestrzeń dla samoistnego nawiązywania się dobrych relacji międzyludzkich. Na przykład wystarczy inaczej ustawić ławki, by umożliwić siedzącym na nich ludziom rozmowę i kontakt (nie w jednej linii, ale naprzeciw lub prostopadle).

W moim mieście, Olsztynie, trwa od dłuższego czasu dyskusja na temat ożywiania zamierającej Starówki. A gdzie tam są miejsca do zabaw dla dzieci i młodzieży? Czasem, od wielkiego dzwonu, postawią na kilka dni karuzelę (w czasie jarmarku) albo dmuchaną brykalnię, albo duże planszowe gry. Tylko na obrzeżu starego miasta (w dawnej fosie), w pobliżu Łyny znajdują się dwa małe place zabaw. Tradycyjnie ogrodzone. Dzieci będą się z oczywistych względów nudzić. Jedna jaskółka wiosny społecznej nie czyni. Cały Targ Rybny (i kilka innych placyków) jest niewykorzystany pod tym względem. A gdyby dzieci miały co robić, to i rodzice byliby z nimi. Na dłużej. W parku przecież mogą być swoiste przyrodnicze warsztatownie (nie trzeba byłoby zakazywać dzieciom wchodzić do fontanny).

Na olsztyńskiej Starówce korzystamy z nielicznych animacji społecznych, głównie artystycznych, czasem pikników naukowych. A może park jako plac zabaw i laboratorium, całorocznie a nie tylko przy okazji jarmarku? Tak jak jest już np. przez Centrum nauki Kopernik (Ogród Odkrywców)?

Zamiast płotu lepsza byłaby zieleń, np. żywopłot. Nie tylko wydzielałaby przestrzeń ale sam byłby elementem zabawy. Fantazja dzieci jest ogromna.

Spoglądam za okno na ten osiedlowy plac zabaw na dolnym zdjęciu. Jak się przyjrzeć, to widać na nim czarną tablicę, do rysowania kredą. Ale ona jest czysta. Natomiast kilkanaście metrów dale widać dziecięce rysunki na uliczce i na parkingu. A może place zabaw zintegrowane z siłownią dla dorosłych, niech spędzają czas razem, w pobliżu, każdy w swojej aktywności. Razem, wielofunkcyjne a nie oddzielnie.

Teraz jest znacznie więcej miejsca na parking niż do zabawy dla dzieci (nie depcz trawników?, nie rysuj kredą po chodniku?, nie graj w piłkę?). Jak kojec dla psów. Samochód ważniejszy niż dziecko (własne), niż człowiek. Zachwianie wartości jest wyraźne. A obok obszerna przestrzeń zielona, gdzie można byłoby przeżywać przygody, bawić się w chowanego, poparzyć pokrzywą, zobaczyć ślimaka i biedronkę, usłyszeć żabę. Przestraszyć się pająka lub innym tajemniczym stworem. Wakacyjna przygoda w mieście. Teraz mamy miasto samochodów, w którym jesteśmy tylko dodatkiem i to zawadzającym.

Przyjazna przestrzeń publiczna buduje tożsamość. W Łodzi powstają na przykład parki kieszonkowe. W lukach po domach. Zamiast je zabudowywać, tworzą wielofunkcyjne małe parki, dla małych i dużych. Gdzie można usiąść i mieć kontakt z przyrodą. Lub z drugim człowiekiem. Nawet, jeśli jest cudzoziemcem lub imigrantem. Człowiekowi jest to potrzebne do życia. Komfortowego życia.

Najpierw trzeba wyobraźni i wiedzy o człowieku… i jego potrzebach, prawidłowościach rozwoju. Potem można projektować coś wygodnego. I zatrudniać podwórkowych, osiedlowych animatorów. Kiedyś byli to starsi koledzy i koleżanki, którzy wymyślali i inicjowali zabawy. Teraz, gdy dzieci na podwórku jest mniej, można przecież zatrudniać przygotowanych specjalistów. Lub wolontariuszy.

Proste prace fizyczne wykonują za nas maszyny.

A ja oczywiście w podwórkach i placach zabaw dla dzieci widzę znakomitą przestrzeń do edukacji pozaformalnej!

Sztuka może zmieniać rzeczywistość, czyli o dziurawej drodze do Wipsowa

sczachor

17523107_1908138972766537_5093932016346795556_nLudzie twardo osadzeni w realiach życia często lekceważą kulturę. Ot na przykład taki Stalin kpiąco pytał „a ile dywizji czołgów ma papież ?”. I my współcześnie szeroko rozumianą kulturę traktujemy z politowaniem: przecież liczy się dochód, twarde inwestycje i codzienna materialność. Nie traktujemy kultury jako inwestycji gospodarczej. Z wielkim zdziwieniem docierają do naszej świadomości informacje, że absolwenci filozofii znajdują pracę i są poszukiwani na rynku pracy. I wcale nie jako nauczyciele filozofii.

Nawet niewielkie działania artystyczne mogą wywierać duży wpływ. Trudno uchwytny ale bardzo skuteczny. Ot na przykład taka podrzędna droga do Wipsowa. Przez lata straszyła dziurami. Mimo próśb ciągle brakowało pieniędzy na jej remont. Były ważniejsze i pilniejsze sprawy. Ale wiosną ktoś umieścił kwiaty w dziurach . Teraz trudno było nie zauważyć problemu. Ktoś inny zrobił zdjęcie i upowszechnił. Jak wirus informacja się rozeszła i dotarła do osób wpływowych (jak kamień w bucie duszę uwierała). Żadna blokada drogi, żadne palenie opon, ot tylko kwiaty w dziurze na drodze. I już dziury nie ma, załatane.

19875097_1957992657781168_9073028162401488608_n

Sztuka może wpływać na naszą codzienną rzeczywistość, mimo że nie mierzy się jej w tonach węgla czy stali lub liczbą wyprodukowanych samochodów. Influencerzy – ludzie wywierający wpływ – działają w obszarze szeroko rozumianej kultury. Albo taka biała róża. Kwiat jak kwiat, ale blisko 80 lat temu za białą różę można było być rozstrzelanym lub trafić do obozu koncentracyjnego. W roku 2017 również ten kwiat wprawia niektórych w popłoch: osoba z kwiatem białej róży może być zatrzymana przez policję i spisana (o innych działaniach przemilczę).

Kwiat osadzony w kulturowym kontekście.. i już zmienia rzeczywistość. Czy to wetknięty w dziurę na drodze, czy to trzymany w ręku lub zatknięty za okratowanie policyjnego samochodu. Kultura (a sztuka jest częścią kultury) zmienia rzeczywistość. Inwestujmy w kulturę a nie tylko w beton. To samo można przecież odnieść do rewitalizacji olsztyńskiej starówki (to mój głos w toczącej się aktualnie publicznej dyskusji).

 

Fotografie znalezione na Facebooku.

 

Nieprzewidziane skutki straszenia GMO

sczachor

mleko_z_gmo

Czasem można przedobrzyć. Także i w marketingu. GMO (organizm genetycznie modyfikowane) są jednym ze współczesnych straszaków. W popkulturowym przekonaniu GMO to coś groźnego, niedobrego. Tak jak kiedyś czarownice, wilkołaki, strzygi czy inne utopce. Każdy coś tam słyszał o GMO, że to coś niezdrowego, że coś nienaturalnego, że jest be (nawet jak nie wiadomo co to jest i dlaczego złe). Więc najpewniej przeciętny klient będzie wystrzegał się GMO jak uroku wiedźmy. Kiedyś modny był strach przed cholesterolem (że niezdrowy), to na produktach zamieszczano informację, że nie zawiera cholesterolu. Niby potrzebna informacja dla ludzi, przestrzegających diety. Ale jeśli pojawia się na produktach, które z zasady nie mają cholesterolu? To jest to chwyt marketingowy i spam informacyjny (notabene dużo tego  w czasach post prawdy). Podobnie jest z GMO. Widziałem nawet zdjęcie na słoiku z solą, że produkt nie zawiera … GMO. Znaczy zdrowy, dobry można kupować.

Wcześniej pisałem o serku z mleka bez GMO i o tym, że jest to informacja bałamutna (Serek wolny od GMO – rzecz o informacji zbędnej i bałamutnej,  O istocie życia czyli czy krowa jedząca paszę z GMO sama staje się GMO). Ta sama firma oznacza także i inne swoje produkty owym tajemniczym znaczkiem (wolne od GMO). Na mnie działa odstraszająco (jako nierzetelna i bałamutna, wybieram inne produkty). Ale rzecz ciekawa, jak widać na zdjęciu, ta sama firma sprzedaje podobne towary różnie oznakowane, jedne nic nie mają, inne, że są bez GMO. To znaczy jak? W tym przypadku zsiadłe mleko jest z GMO? Tak można wywnioskować z zestawienia obu produktów. Bo przecież nie ma informacji, że brak – tak jak na sąsiednim produkcie.

Wyszedł z tego marketingowy strzał w kolano. Na jogurcie naturalnym, dla podkreślenia że jest naturalny, dodano dwie dodatkowe informacje: 1. że nie zawiera GMO (absurdalność takiego zapisu omawiałem w poprzednich tekstach), 2. nie zawiera mleka w proszku. Mało kto zrozumie także tę drugą informację. Najpewniej chodzi o to, że jogurt nie jest zagęszczany mlekiem w proszku (dość powszechna praktyka). Naturalny jogurt ma naturalnie gęstą konsystencję. A jeśli nie ma, to się go „podrasowuje” dodając mleko w proszku. Poprawnie powinna informacja brzmieć: "(jogurt) nie zagęszczany mlekiem w proszku". Bo samo mleko w proszku nie jest czymś złym i niezdrowym (natomiast zagęszczanie "jogurtu" mlekiem w proszku jest w jakimś sensie fałszowaniem produktu i udawaniem, że to jest jogurt zamiast wprost napisać "deser mleczny"). A taki wydźwięk ma napis „Nie zawiera mleka w proszku”. Tak jak nie zawiera cholesterolu, glutenu itd.

Najwyraźniej ktoś od marketingu po prostu „przefajnował”, przedobrzył z popkulturowymi informacjami o „naturalności” produktów. Zamiast przyciągać – odstrasza… np. od innych produktów tego samego producenta.

Edukacja potrzebuje zupełnie nowej przestrzeni

sczachor

18198487_10211479713061846_2675394095773558507_nZmieniło się bardzo dużo, zarówno w odniesieniu do społeczeństwa, gospodarki jak i naszej wiedzy o uczeniu się. Nic więc dziwnego, że poszukujemy nowych sposobów, a w zasadzie nowej przestrzeni edukacyjnej. Pojawiają się nowe koncepcje pedagogiczne np. konektywizm. Ale przede wszystkim nieustannie eksperymentujemy (przynajmniej niektórzy, najbardziej "niepokorni", "niezadowoloeni"). I wcale nie dlatego, że stare było złe. Ale dlatego, że pojawiły się zupełnie nowe wyzwania. Inaczej się komunikujemy, inne są zasoby wiedzy i czego innego wymaga rynek pracy. Wielu ludzi w tej nowej rzeczywistości czuje się zaginionych. Powrót do przeszłości wydaje się im remedium na kłopoty. Dlatego tak ważna jest teoria, opisująca świat. Bo ona pozwala mam zrozumieć zarówno obecną sytuację jak i próżnować przyszłość. I w konsekwemncji wybierać dobre rozwiązania.

Tradycyjna szkoła i tradycyjny uniwersytet stają się coraz mniej wydolne. A eksperymentów przybywa. Nowa przestrzeń edukacyjna (niektórzy piszą – ekosystem edukacyjny) dopiero jest odkrywana. Coraz więcej zajęć pozaszkolnych, pozaformalnych, coraz więcej propozycji także dla dorosłych i seniorów. Ten „zamęt” jeszcze sporo potrwa. Być może nawet przestrzennie inaczej urządzimy klasy, uniwersytetu, wydziały…

A zdjęcie obok? Pozornie nie ma nic wspólnego z niniejszym tekstem. Tylko pozornie. Bo odnosi się do nowej przestrzeni edukacyjnej i form aktywności. Na przykład na trawniku oraz z działaniami artystycznymi, które dają duże poczucie sprawstwa.

Grzyb na drzewie czy raczej szczyt ślepego egoizmu?

sczachor

18519801_1506147009416498_2666914816872597490_nKoło mojego bloku niedawno wycięto piękną wierzbę a dwie pozostałe mocno ogołocono z gałęzi. Stoją jak kikuty. Nieoficjalnie można było się dowiedzieć, że wycięto… bo liście spadały na zaparkowane w pobliżu samochody i brudziły karoserię. Ewidentnie ktoś mocno w siebie zapatrzony nie potrafi dostrzec innych korzyści z dużego drzewa w mieście. Ot chociażby takiego, że samochód stoi w cieniu a nie na słońcu. Zbliża się upalne lato… A w szerszym kontekście zieleń w mieście to poprawa zdrowia i samopoczucia ludzi. To „urządzenia" nie tylko produkujące tlen, zmniejszające ilość zanieczyszczeń (w tym pyłów), wytłumiające hałas ale i „urządzenia” produkujące fitoncydy i oczyszczające powietrze z bakterii. To obiekty, które człowiekowi poprawiają samopoczucie. Nie tylko oczy ale i cały człowiek najlepiej wypoczywa patrząc na zieleń, na przyrodę. No cóż, skrajni i krótkowzroczni (w sensie wyobraźni) egoiści niszczą publiczną przestrzeń nie tylko dla siebie…ale i dla innych.

Na zdjęciu zamieszczonym wyżej  wcale nie jest uwidoczniony grzyb, mimo że z daleka podobny jest do żółciaka siarkowego. Zdjęcia przysłała mi znajoma z takim komentarzem: „Z fascynacją przyglądałam się pstrykanemu grzybkowi, który fociłam – pośród wiosennej zieleni... Tym razem fascynacja zmieniła się w złość na człowieka. Pani, którą na spacer wyprowadził husky, nie mykolog wcale, wyjaśniła mi, że to nie grzyb, to pianka. Była tu dziupla, gniazdo ptaków, którą zakleił pianką jakiś facet, bo mu ptaszki brudziły parkowany pod drzewem samochód... Barbarzyńca, tą pianką sama bym go potraktowała...”

Lex Szyszko jedynie ujawniło i usankcjonowało (dowartościowało) duże pokłady szkodliwego egoizmu. Bez wyobraźni, bez liczenia się z negatywnymi skutkami własnych działań. I dotyczy to nie tylko traktowania przyrody jako dobra wspólnego i przestrzeni publicznej. Odnosi się także do traktowania drugiego człowieka. To ostatnie najłatwiej zaobserwować w sklepie. Jak niektórzy klienci traktują personel (sprzedawców, kasjerki).

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci