Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

przemyślenia

Nie starcza czasu by cieszyć się życiem

sczachor

licie_na_awce

"(...) Owszem, jest co jeść, jest gdzie spać, ale nic poza tym. Niby panuje dobrobyt, lecz nie ma jak z niego korzystać, nie starcza czasu, by cieszyć się życiem. Jakby powrócił rytm: pracuj, bądź cicho i równaj krok."

Słowa, które wielu można uznać za swoje, w wielu krajach, w wielu grupach zawodowych. Paradoks wydajności i konsumpcji. Cytat pochodzi z artykułu Michała Zabłockiego pt. "Czeski paradoks" z Tygodnika Powszechnego (5 listopada 2017). Odnosi się do czeskiej rzeczywistości powyborczej. Ale zacytowany fragment oddaje stan ducha wielu ludzi. Jest uniwersalny. I być może zdradza przyczyny wielkich perturbacji na całym świecie.

Pracujemy coraz więcej. Coraz dłużej. Nawet jeśli przychodzimy do domu... to razem z pracą "po godzinach" i dyspozycyjnością. Jeden, wielki wyścig. I rosnąca frustracja, bo nie ma czasu żyć pełnią życia i cieszyć się życiem. 

A u góry zdjęcie z arboretum w środkowej Francji. Przykład landartu. Jakże niewiele trzeba by zobaczyć piękno i cieszyć się życiem. Tylko na to trzeba trochę czasu.... Bunt i protest medyków jest wierzchołkiem góry lodowej. Dotyczy wielu krajów, wielu zawodów. Jest chyba znakiem czasu. Czasu przełomu i przewartościowania.

Każdemu potrzeba indywidualnych decyzji... ale i wspólnego urządzenia na nowo życia społecznego I być może poziomu konsumpcji. Ze szczególną mocą powraca pytanie "Być czy mieć".

 

Typowo nietypowa inauguracja roku akademickiego 2017/2018

sczachor

22181264_10212860185932805_240132433775205125_oCzy w tytule czasem nie ma błędu? Jak może coś być jednocześnie typowe i nietypowe? Zaraz wyjaśnię. A tak na marginesie zaznaczę, że przyroda jest tak niezmierzenie bogata, że i paradoksy (na ludzki rozum) licznie się trafiają. Różnorodność zjawisk przyrodniczych jest ogromna.

Zatem inauguracja roku akademickiego była typowa w swej nietypowości. Ten paradoks wynika z etapu przejściowego, zmiany, swoistej ewolucji. Żyjemy po prostu w nietypowych czasach.

Przez wiele lat uczestniczyłem w uczelnianych i wydziałowych inauguracjach roku akademickiego. Były one podobne, typowe i nawiązujące do wielowiekowej tradycji, czego symbolem są togi. Zakładamy przecież je tylko na takie niezwykłe, uroczyste chwile. Ceremoniał i stroje zakorzenione są głęboko w przeszłości. To stały rytuał. Przewidywalny.

Przez wiele lat było standardowo. Niedawno pojawiły się pierwsze zmiany. Nie ma już tradycyjnych papierowych indeksów, cała dokumentacja jest w komputerach, dostępna przez internet. Został więc dawny rytuał… ale już nie wręcza się indeksów. Po cóż zatem się spotykać? Zamiast wręczania indeksów następuje wyczytywanie immatrykulowanych studentów. I przyjmowane jest ślubowanie. Uroczysta chwila.

Ale ja nie o takiej nietypowości chcę pisać. W gruncie rzeczy jest to uroczysta inauguracja w togach, z przewidzianymi na tę chwilę pieśniami, przemówieniami i wykładem inauguracyjnym. Na takiej nieco zmienionej, ale tradycyjnej, inauguracji wydziałowej byłem w piątek, 29 września. Niby rok akademicki zaczyna się pierwszego października, ale jest wiele inauguracji wydziałowych i jedna uczelniana, więc trzeba je jakość rozmieścić czasowo. Byłem zatem w todze, studentów rozpoczynających naukę przywitałem, wykładu inauguracyjnego wysłuchałem. Ale zaraz po odwieszeniu togi ubrałem koszulkę okolicznościową i… pobiegłem na Europejską Noc Naukowców. Taki nowych choć zakorzeniający się w nowej tradycji akademickiej piknik naukowy. Festiwale nauki i pikniki są nowe w naszej uniwersyteckiej rzeczywistości, a więc w jakiś sposób nietypowe… choć już stające się czymś standardowym. Okres przejściowy.

Tak więc inauguracja roku akademickiego zastała mnie na pikniku naukowym w Bibliotece Uniwersyteckiej, w okolicznościowym T-shircie (a nie todze). Uczestniczyłem w przygotowanej grze terenowej z molami książkowymi i malowanymi dachówkami w tle (forma questingu i gry miejskiej). Takich form edukacji kiedyś nie było. Ponadto opowiadałem bajkę edukacyjną w formie kamishibai, uczestniczyłem w warsztatach klejenia domków dla chruścików (chodzi o maskotki, pluszaki) i wspierałem występ artystyczny Wiedźmuch. Takie nowe formy edukacji pozaformalnej są nietypowe dla uniwersytetu. A w zasadzie były nietypowe, bo stają się czymś … typowym . Odbiorcą tejże edukacji nie jest standardowy student lecz bardzo zróżnicowana publiczność: od przedszkola do seniora. Ponadto przekazywanie wiedzy nie odbywa się w formie długich kursów lecz małych porcji informacji czy umiejętności, gdzie rozrywka miesza się z edukacją.

To nie koniec nietypowości. Bowiem w poniedziałek z samego rana udałem się do kina, aby w krótkim wykładzie, poprzedzającym film, opowiadać o przyrodzie i bioróżnorodności. Publicznością byli uczniowie klas I-III. I miejsce i okoliczności nie były typowe dla tradycyjnego uniwersytetu. Mój wykład inauguracyjny odbiegał znacząco od dawnych schematów.

Z kolei we wtorek pojechałem do Warszawy na konferencję by nauczycielom biologii i przyrody opowiadać o metodach edukacji. Sam też się od innych uczyłem. W czwartek miałem wreszcie pierwsze „normalne” zajęcia ze studentami. Kursowy wykład z „biologii wód” dla studentów mikrobiologii. Ale ciut wcześniej, z samego rana, miałem jeszcze jeden nietypowy wykład inauguracyjny. Za pomocą Skypa połączyłem się z uczniami z Górznej (północna Wielkopolska, Krajna), z klasy III i IV. Miała być tylko próba techniczna... a wyszło sympatyczne spotkanie z uczniami w formie telekonferencji (załączone wyżej zdjęcie). Próba, bo w piątek rano ma odbyć się telekonferencja z uczniami z Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii w Radawnicy. Natomiast w sobotę e-konferencja EduMocOnline (dla nauczycieli i edukatorów).

Była tradycyjna inauguracja roku akademickiego ale z bardzo dużym udziałem nietypowych form edukacji pozaformalnej. Poza typowymi studentam, w tym nietypowym rozpoczęciu nowego roku akademickiego, uczestniczyli bardzo zróżnicowani słuchacze, znacząco odbiegający od standardowego wyobrażenia studentów. Było więc nietypowo. Tyle tylko, że jest to już typowe. Znak czasu - uniwersytet otwiera się coraz bardziej na różne formy edukacji (trzecia misja uniwersytetu). Poza badaniami i kształceniem „tradycyjnym” studentów, uniwersytety coraz bardziej realizują trzecią, społeczną misję. Tradycyjnych studentów ubywa a przybywa tych „nietypowych” i jest to stały, cywilizacyjny trend. A więc staje się czymś typowym.

Typowa nietypowość to oznaka transformacji, zmiany, ewolucji. Ewolucyjnie stare zanika a pojawia się nowe. Zmienia się forma wykładów. Już coraz częściej nie stajemy za mównicą (katedra na podwyższeniu) by wykładać. A po drugiej stronie coraz częściej znajdują się zupełnie inni studenci (odbiegający od dawnych standardów). W końcu oprócz długich kursów pojawiają się małe i krótkie, patchworkowe formy przekazywania wiedzy… i nauczanie ustawiczne.

Niby wszystko pozostaje po staremu: misja uniwersytetu w upowszechnianiu wiedzy. Jest więc typowo. Ale pojawiają się zupełnie nowe formy, jest więc nietypowo.

Głupota i wiedza przy jednym stole. To przez milczenie !

sczachor

22181351_10212824619243660_972752626263205495_o

 

"Jak to się stało, że głupotę sadza się dziś przy jednym stole z wiedzą i obu stronom przyznaje się po jednym głosie?"

Szymon Hołownia "Z głupotą przy stole", Tygodnik Powszechny nr 40 (3560), 1.10.2017

 

"Ale - myśląc szeroko - czyż nie jest to winą naukowców, że nie zadali sobie trudu, by ze swojej opowieści o udanej walce z zagrożeniem chorobami takimi jak odra czy polio uczynić nie mniej atrakcyjny mit?"

Anna Dziewit-Meller "Król Herod w Białogardzie", Tygodnik Powszechny nr 40 (3560), 1.10.2017

 

W czasach post-prawdy rzetelność i wiedza spychane są na margines. Może to jakaś cykliczna oscylacja w rozwoju społecznym, może coś poszło nie tak, może przez pychę i zbytni pośpiech, może przez pazerność na sławę, popularność i pieniądze. W każdym razie warto się zatrzymać i gruntowniej przemyśleć. Popularyzacja wiedzy (upowszechnianie wiedzy) staje się coraz niezbędniejsza. 

W pogoni za punktami i kariera o czymś ważnym zapomnieliśmy. 

 

 

Czy internet spłyca myślenie?

sczachor

Często można spotkać się z opiniami, że „Internet spłyca myślenie”. Ale czy jest tak naprawdę? Jaki powinien być punkt odniesienia? Być może porównujemy nie te elementy komunikacji, które należałoby. Z całą pewnością powszechny dostęp do komputerowych technologii zmienił nasz sposób komunikacji. Zastanówmy się co i jak zmienia. Pytanie, czy to dobrze czy źle, jest już znacznie trudniejsze.

Dla naczelnych, w tym człowieka, aspekt społeczny i komunikacji jest niezwykle ważny. Przyjaźnie, sojusze odgrywają dużą rolę w budowaniu pozycji socjalnej. Na początku było to przytulanie i iskanie się. To one w jakimś sensie limitowały liczebność grupy. Bo żeby przeżyć hominidy musiały dzielić czas na zdobywanie pożywienia i budowanie relacji społecznych (swój, bardziej swój, obcy, wróg itd.). Przy iskaniu się liczebność grupy, a więc i utrzymywanych kontaktów, ogranicza się do ok. 50 osobników.

Pierwszą adaptacją u hominidów, być może w rodzaju Homo, był rytuał oparty na rytmie, tańcu i być może specyficznym śpiewie-muzyce (dźwięki ale jeszcze nie mowa). Niezwykłą adaptacją człowieka (Homo sapiens) była mowa. Można utrzymywać więź z innymi i jednocześnie zajmować się zbieraniem pożywienia, czy jak współcześnie - pracą. Mowa to takie iskanie się na odległość. Równoczesne zajmowanie się pracą-szukaniem jedzenia i utrzymywaniem więzi. Podzielność i wielozadaniowość miała swoje początki setki tysięcy lat temu. Dorzućmy to tego sztukę i malowidła, a mamy pierwotny obraz więzi dawnych, niepiśmiennych ludzi. Kultura opowieści, oparta na mowie, jak i malowidłach (obraz), tańcu i pieśni, budujące rytuał a tym samym i więź w społeczności. Liczebność grupy wzrosła do ok 150. I tak żyliśmy jako Homo sapiens przez dziesiątki tysięcy lat. To niewyobrażalnie długo w porównaniu do współczesności.

W dużych społecznościach rolniczych powstało pismo. To kolejna adaptacja (tym razem kulturowa a nie biologiczna), która umożliwiła utrzymywanie więzi z większą grupą ludzi. Także z tymi, których nie widzimy. Bo już dawno nie żyją, lub są daleko. Tak daleko, że ich ani słyszymy ani widzimy. Pismo zmieniło wiele. Długo trwało doskonalenie słowa pisanego (gramatyka, interpunkcja, styl itd.). Początkowo pismo było nakładką na język mówiony: stąd w poezji rym i rytm, ułatwiające niepiśmiennym zapamiętywanie długich treści. Potem pismo wytworzyło swoje gatunki literacie i swój, zupełnie nowy, sposób przekazu. Tak żyliśmy zaledwie kilka tysięcy lat. Pamiętając, że piśmienni byli tylko niektórzy. Powstanie pisma możemy wiązać z rolnictwem i pierwszą rewolucją technologiczną. Społeczności rolnicze były przegęszczone, słabiej odżywione (co widać w wymiarach ciała i chorobach), ale to one wygrały cywilizacyjnie ze społecznościami nomadów, łowców-zbieraczy czy myśliwymi. Bo byli liczniejsi i w kontaktach utrzymywali więzi z większą liczbą osób. Biomasa współpracujących mózgów była większa. Pismo było jednym z elementów utrzymywania poszerzonych więzi i pamięci rozszerzonej. Zapisany papirus był pozamózgową pamięcią zewnętrzną.

Epoka przemysłowa to druga rewolucja technologiczna. Kolej żelazna ułatwiła dalekie i łatwe podróże (podobnie jak żegluga). Przeciętny człowiek spotykał w swoim życiu więcej ludzi niż jego średniowieczni przodkowie. Wynalezienie druku znacznie potaniło i przyspieszyło upowszechnianie słowa pisanego. Pojawiło się szkolnictwo powszechne. Rozkwitła kultura taniego słowa pisanego (drukowanego, z gazetami włącznie). Sokrates narzekał, że pismo zabije pamięć. I miał rację, skoro można zapisać, to nie trzeba pamiętać. Komunikacja pisana jest nieco inna od tej mówionej.

Pismo, powszechnie dostępne, bardzo zmieniło nasze społeczeństwa. Nie wszyscy za tym nadążają, ujawniły się wcześniej nieistotne dysfunkcje, np. dysleksja. Pewne inne formy przekazu i komunikacji zostały zmarginalizowane. A przecie uważamy kulturę pisaną za ogromne osiągnięcie.

Teraz żyjemy w czasach trzeciej rewolucji technologicznej i dominacji komunikacji elektronicznej, w tym internetowej. Nic już nie będzie takie jak dawniej. W epoce cyfrowej słowo zastępowane jest obrazem i filmem. Na powrót ważniejsze stały się nieco inne kanały informacji. Czy to źle? Po prostu inaczej.

Ważną cechą epoki cyfrowej jest… kolejne poszerzenie kręgów komunikacji – kontaktujemy się z jeszcze większą liczba ludzi. Liczba kontaktów jest chyba większa niż biologiczne możliwości naszego mózgu. Przecież ukształtowane w zupełnie innych warunkach. Ewolucja kulturowa znacznie wyprzedziła ewolucję biologiczną. A nasza zewnętrzna pamięć jeszcze bardziej została poszerzona. Nie musimy pamiętać, nie musimy mieć zapisanego w podręcznej biblioteczce… a i tak mamy do tego dostęp. Jak nie na dysku, to w "chmurze".

Dopiero w takim kontekście możemy „narzekać” na wszystkie braki epoki cyfrowej. Na przykład na swoisty narcyzm, egoizm, widoczny w portalach społecznościowych. Tyle tylko, że wcześniej też tacy byliśmy… w rozmowach między sobą. O czym plotkowaliśmy, jak nie o sobie i tym, co inni "do nas mają"? Mówimy z niezwykłą łatwością, pisze się znacznie trudniej. Mam na myśli pismo ręczne i drukowane. W mowie potocznej nie zwracamy uwagi na gramatykę i styl. Co innego w treści zapisanej. Teraz, dzięki technologiom cyfrowym, piszemy znacznie łatwiej i taniej niż kiedyś. Gdy papier sdużo kosztował a pisało się stalówką lub długopisem, nie wszystkie treści przenosiliśmy w postali liter i wyrazów. Zapisywaliśmy rzeczy tylko najważniejsze (odfiltrowane, odsiane). Podobnie jest ze zdjęciami cyfrowymi: pstrykamy na potęgę. Inaczej było w przypadku zdjęć analogowych: klisza kosztowała, odbitki kosztowały, długo się czekalo na wywołanie, więc z obrazów, jakie widzieliśmy wybieraliśmy tylko niektóre. Do utrwalenia i pokazania.

Niektórzy mówią, że cyfrowa kultura to „kultura krótkiego trwania”. Ma to sens jedynie w porównaniu do pisma. Bo przecież mowa potoczna też jest "kulturą krótkiego trwania". Błahe rzeczy po chwili zapominamy. Elektronika zbliżyła pismo do… dawnej mowy. Można powiedzieć, że dopiero teraz jak w lustrze siebie samych dostrzegamy.

Kultura cyfrowa spłyca? A czy codzienne rozmowy nas spłycają? Przez setki tysięcy lat nas spłycały? Sokrates narzekał na pismo, my narzekamy na media elektroniczne. A to tylko jeszcze jedna, nowa forma komunikacji i zewnętrznego (pozamózgowego) przechowywania informacji, danych itd.

Literatura na początku była kalką kultury oralnej. Potem dopiero się usamodzielniła, wykorzystując specyfikę swojego narzędzia. Myślę, że podobnie dzieje się z mediami elektronicznymi i internetem. Kulturowo ten nowy sposób komunikacji dopiero się krystalizuje i nabiera własnego charakteru. Paradoksalnie przywraca dawne kanały komunikacji, takie jak obraz i film (bezpośrednie uczestnictwo w spotkaniu z ludźmi). Do porównań kultury cyfrowej winniśmy przykładać adekwatne porównania a nie tylko literaturę pisaną. Która przecież w historii Homo sapiens jest tylko krótkim fragmentem naszego dziedzictwa i komunikacji.

Jedno jest pewne: media cyfrowe znacznie poszerzają nasze kontakty, w czasie, przestrzeni i kulturze. Efekt jest nieprzewidywalny. Nadmiar informacji dopływających do naszego mózgu na pewno nas zmienia. Już w dawnych czasach pustelnicy uciekali od gwaru tego świata, by "usłyszeć" swoje myśli. My również musimy się nauczyć żyć w tym hałasie bodźców i informacji.

Narzekamy na bylejakość różnych wpisów na internetowych portalach. Że ujawnia się tam pochopność decyzji, agresja, nienawiść i ignorancja. Ale tak od zawsze było w maglu, na ulicy czy przy wiejskim płocie. Nikt jednak wcześniej na to nie zwracał uwagi. Bo docierało do mniejszej liczby osób… i uważaliśmy za coś oczywistego. Z tych plotek w pamięci zostaało niewiele, interpretacja, synteza, podsumowanie, wybrane cytaty.

Konflikt najbardziej widoczny jest międzypokoleniowo: bo starsi i młodsi inaczej się komunikują, żyją według innych wzorców. Szczególnie jest to widoczne w szkole. I z tym problemem trzeba się zmierzyć. Mądrze zmierzyć a nie jałowo narzekać.

Kup nowy odkurzacz, czyli prawo do naprawy

sczachor

cma_zmierzchnicaA było to tak. Jakiś czas temu kupiliśmy odkurzacz. Bo stary się zepsuł. Nowy odkurzacz spisywał się znakomicie, firmy Elektrolux. Ale jak to w życiu bywa, zdarzają się nieoczekiwane wypadku. Zniszczyła się jedna z końcówek (szczotka). Szukaliśmy w sklepie – ale nie można było dokupić. No cóż, pozostała jeszcze druga – mniej wygodna do dywanów. Niedawno zepsuła się i druga końcówka. Pokleiliśmy taśmą, ale odkurzanie to istna mordęga. Znowu poszliśmy do kilku sklepów szukać brakującej końcówki. Ale Elektrolux już nie produkuje takich odkurzaczy (3 lata to już epoka), ponownie wrócił do okrągłego przekroju rury ssącej. Czyli nie można dokupić ani u producenta ani z innych modeli (bo nie pasuje). Pisać do serwisu i producenta? Potrwa długo i z niewiadomym rezultatem.

Uprzejmy pan w dużym sklepie poradził „trzeba kupić nowy odkurzacz”. Zepsuła się mała część a ja mam kupować nowy odkurzacz i produkować stertę śmieci? Gospodarka nastawiona na nieustanny rozwój wymusza kupowanie... rzeczy zbędnych. Bo na początku produkuje się rzeczy solidne. Ale jak już wszyscy kupią sobie odkurzacze, pralki, lodówki, telewizory, drukarki komputerowe? To wtedy sztucznie skraca się żywotność towarów by wymusić kolejne zakupy. Ba, producenci wstawiają różnorodne zabezpieczenia, uniemożliwiające samodzielną naprawę. Nawet w drogich traktorach (można kupić hakerski program i wtedy rolnik sam może naprawiać tam gdzie chce). W odpowiedzi na te działania, określone już terminem „spisek żarówkowy”, pojawił się ruch „prawo do naprawy”.

Nie ulegliśmy z żoną. Nie będziemy kupować nowego odkurzacza skoro zepsuła się tylko mała część. Trafiliśmy do zakładu naprawy sprzętu AGD na ul. Grunwaldzkiej (vis-a-vis mostu Jana). I tam nabyliśmy za kilkanaście złotych złączkę: z jednej strony pasuje do nietypowej i wycofanej z produkcji owalnej rury Elektroluxa, a z drugiej ma już standardowy kształt. Dokupiliśmy jeszcze dwie szczotki i po naprawie. Niczego zbędnego na śmieci nie wyrzucamy i nowego odkurzacza nie kupiliśmy. A w domu ponownie wygodnie można odkurzać.

Prawo do naprawy to ważna rzecz. Po pierwsze dotyczy zrównoważonego rozwoju i przeciwdziała zbędnej produkcji odpadów: oszczędza surowce i energię, nie produkuje zbędnych śmieci. Filozofia gospodarki opartej o nieustanny rozwój musi ulec zmianie. Inaczej ani klimat nie wytrzyma ani nie starczy nam zasobów Ziemi dla przyszłych pokoleń.

Całe szczęście, że istnieją takie małe, „starodawne” punkty naprawy i że znajdują się ludzie kreatywni, potrafiący systemowo obejść „spisek żarówkowy”.

Wracając do gospodarki. Świat się niesłychanie zmienił, trzeba wymyślić społeczeństwo i gospodarkę od nowa, zupełnie inaczej. To co było dobre jeszcze kilkadziesiąt lat temu, teraz staje się niewydolne i rodzi ogromne kryzysy.  Zmienianie nie jest łatwe i nie stanie się szybko. 

 

ps. Tekst ilustruje zdjęcie starej, niepotrzebnej butelki, pomalowanej w lipcowego czasie pleneru w Reszlu. Została w uroczej kawiarni. Wszystko można "naprawić" i przywrócić do użytku. Nie ma ludzi niepotrzebnych, nie ma rzeczy zbędnych, można w małym i dużym poszukać sensu i wartości. I nie przestraszy mnie hejt prawackiego anonima z Debatki, wielokrotnie szydzącego z mojego malowania butelek, dachówek i kamieni. Będę malował dale i o tym opowiadał. Malował z ludźmi w przestrzeni publicznej.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci